12 powodów, przez które nie lubię świąt - Katarzyna Wit-Formela - ebook
NOWOŚĆ

12 powodów, przez które nie lubię świąt ebook

Wit-Formela Katarzyna

3,5

88 osób interesuje się tą książką

Opis

Zosia nigdy nie była fanką świąt. Od dzieciństwa kojarzyły jej się ze sztucznością, rodzinnymi napięciami i wiecznym porównywaniem jej do kuzynki.

W zeszłoroczną Wigilię przekonała się o tym po raz kolejny. Na dzień przed ślubem odkryła, że narzeczony ją zdradza. Zerwała zaręczyny i wraz z nimi pogrzebała resztki wiary w to, że święta mogą przynieść coś dobrego.

Wszystko zmienia nieoczekiwane spotkanie z mężczyzną, który sprawia, że zaczyna na nowo otwierać się na ludzi. Może nawet uda jej się spojrzeć inaczej na zimową aurę, której dotąd tak nie znosiła?

Podczas urodzinowej imprezy przyjaciółki niespodziewanie powraca jednak przeszłość, a z czasem na jaw wychodzą rodzinne sekrety, które zmieniają wszystko, co Zosia dotąd uważała za prawdę.

Czy uda jej się ponownie zaufać i znaleźć powód, by pokochać święta?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 117

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
1
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AleksandraPilarczyk

Z braku laku…

Naprawdę słaba i infantylna
00
rybcia0106

Nie oderwiesz się od lektury

swietna historia,polecam
00



12 powodów, przez które nie lubię świąt

Katarzyna Wit–Formela

Tytuł: 12 powodów, przez które nie lubię świąt

Autorka: Katarzyna Wit–Formela

Korekta i redakcja: Agata Marzec

Skład: Joanna Postój

Projekt okładki: Gosia Zimniak

Elementy graficzne: Joanna Postój

Cykl: 12 szans na miłość

ISBN: 978–83–977286–4–6

© by KWF

Wydanie pierwsze

Cedry Małe, wrzesień 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie oznacza naruszenie praw autorskich.

Publikacja powstała dzięki wsparciu ORLEN Kolej sp. z o.o.

Marcie

Patronat medialny

Uwaga!

12 powodów, przez które nie lubię świąt jest drugą częścią cyklu 12 szans na miłość. Każdy ze zbiorów można czytać oddzielnie, ale zachęcam do rozpoczęcia swojej przygody od pierwszej części: 12 randek do świąt. Dzięki temu wszystkie poruszone wątki będą bardziej zrozumiałe.

Rozdział I – Świąteczne piosenki

Elegancka kobieta, w niebotycznie wysokich szpilkach, biegła przez przejście dla pieszych. W jednej ręce trzymała kawę z pobliskiej kawiarni, w drugiej torebkę. Barkiem dociskała telefon do ucha i starała się przekrzyczeć panujący na ulicy hałas.

– Mówiłam, że będę za kwadrans!

Zdenerwowana, nie zwracała uwagi na otaczający ją świat i doprowadziła do tego, że kierowca małej ciężarówki musiał ostro hamować, po czym, zirytowany, nacisnął klakson. Zosia jednak nic sobie z tego nie zrobiła. Ba, nawet nie zarejestrowała tego wydarzenia. Dalej pędziła przed siebie.

Zziajana, wpadła do kliniki stomatologicznej, w której od kilku lat pracowała. Rzuciła mordercze spojrzenie młodej recepcjonistce, która chwilę wcześniej dwukrotnie do niej dzwoniła i bez słowa udała się do swojego gabinetu.

Uwielbiała pracować w tym budynku, jednak największym minusem tej lokalizacji był problem ze znalezieniem miejsca parkingowego w najbliższej okolicy.

W ekspresowym tempie przebrała się, wzięła kilka łyków, wciąż gorącej, kawy i poprosiła pierwszego pacjenta do gabinetu.

Idąc na studia, Zosia myślała, że robi rodzicom na złość, wybierając kierunek, który nie był zgodny z ich pomysłem na jej przyszłość, ale z perspektywy czasu zdała sobie sprawę, że tak naprawdę to uprzykrzyła życie sobie, a nie im. Od ukończenia studiów ciągle spędzała czas na zaglądaniu ludziom w zęby, podczas gdy z każdym kolejnym dniem, nienawidziła tego coraz bardziej.

Z uwagi na poranne opóźnienie, dzień zleciał jej niesamowicie szybko. Wychodząc z budynku, po raz kolejny obrzuciła recepcjonistkę nienawistnym spojrzeniem, nie zaszczycając jej nawet słowem. Zmęczona ruszyła do zaparkowanego w sporej odległości od miejsca pracy czarnego SUVa. Szła przez mokre od porannego deszczu ulice Sopotu i marzyła tylko o powrocie do domu. Szpilki nie były najlepszym wyborem na taką pogodę, ale cóż… miała do nich ogromną słabość i nie potrafiła z nich rezygnować, aż do momentu, gdy pojawiał się pierwszy śnieg. Na szczęście dla niej, pogoda w Polsce zimą bywała coraz mniej śnieżna, więc zdarzały się lata, gdy bez przerwy mogła chodzić w ukochanych butach.

Lekko przemarznięta dotarła do swojego samochodu. Z uśmiechem na ustach zajęła miejsce kierowcy i na chwilę zamknęła oczy. Odetchnęła głęboko. Odpaliła silnik, a do jej uszu momentalnie dotarł głos Deana Martina, śpiewającego o tym, aby padał śnieg.

– Mamy dopiero początek listopada – jęknęła, przełączając stację radiową. Dopiero na czwartej, jej uszu nie atakowały świąteczne piosenki. Zadowolona z siebie ruszyła w kierunku mieszkania, które od niespełna roku było jej własnością. Z niczego innego w swoim życiu nie była tak dumna, jak z wyglądu tego miejsca.

Po głośnym rozstaniu z narzeczonym, na dzień przed ślubem, nie zważając na innych, wyjechała sama w, zaplanowaną tuż po świętach, podróż poślubną. Czuła się tak bardzo upokorzona, że pragnęła zniknąć. Nie chodziło nawet o jego zdradę z jej przyjaciółką, ale o fakt, że wszyscy się o tym dowiedzieli i to podczas kolacji wigilijnej. Sama przed sobą przyznała, że nigdy nie kochała Konstantego, dlatego bardziej niż serce, bolała ją duma.

Po powrocie z Bali zachowywała się, jakby nic się nie wydarzyło. Postanowiła zainwestować w swoją przyszłość i przy pomocy potężnego kredytu kupiła mieszkanie w jednym z apartamentowców w Brzeźnie. Po odebraniu kluczy, rodzice w ramach prezentu na jej trzydzieste szóste urodziny, opłacili jej fachowców, którzy z pustych ścian wyczarowali prawdziwie sielankowe mieszkanie. Idealnie skrojone pod nią. Kobieta była zadowolona, że mężczyźni nie zważali na uwagi jej matki, mimo, że to ona im płaciła, tylko robili wszystko wedle jej wskazówek.

Po zaparkowaniu w garażu podziemnym ruszyła w kierunku mieszkania, mieszącego się na drugim piętrze. Była zmęczona i cieszyła się, że jest już piątek. Listopad nigdy nie należał do jej ulubionych miesięcy, a jego pierwszy tydzień w tym roku dosłownie ją przeorał. Powolnym krokiem dotarła do mieszkania i już po chwili, ubrana w wygodne dresy, leżała na kanapie w salonie.

Tak naprawdę nikt, kto ją znał, nie wiedział, jaka jest naprawdę. Całkowicie otworzyła się tylko przed jedną osobą, ale to było kilka lat temu. Zofia z jednej strony nie lubiła wracać do tych wspomnień, ale z drugiej, tylko one jej zostały po tamtym szalonym uczuciu. Do dziś nie wybaczyła sobie tego, jak wówczas postąpiła i dlaczego. Była głupia i kierowała się w życiu nie tym, czym powinna. Teraz to wiedziała, ale ta mądrość spłynęła na nią zbyt późno.

Przyszykowała sobie sałatkę, po czym nalała odrobinę whisky. Mówi się, że to zazwyczaj mężczyźni są fanami tego trunku, ale ona zdecydowanie mogłaby temu zaprzeczyć. Wino, które było kojarzone jako damski alkohol, to kompletnie nie jej smak. Ona zawsze wolała wyrazistsze doznania.

Wieczór upływał jej spokojnie. Odpaliła swoje social media. Zaczęła skrolować treści znajomych: imprezy, spotkania rodzinne, drinki w pubie. Nie chcąc być gorsza, wyszła na balkon ze szklanką. Ustawiła ją ładnie na stoliku. Wróciła do środka i z bukietu w wazonie, który sama sobie kupiła dzień wcześniej, wyciągnęła jedną różę. Następnie położyła ją obok szklanki. Zrobiła kilka zdjęć pod różnym kątem. Zadowolona z efektów szybko stworzyła dwuznaczny post, który miał sugerować, że nie spędza tego wieczoru samotnie, po czym opublikowała go w sieci.

– Ciekawe – wyrwał ją z zamyślenia męski głos. Zaskoczona zaczęła się rozglądać. I już po chwili go ujrzała. Przystojny mężczyzna, stojący na balkonie w bloku naprzeciwko, przyglądał się jej bacznie.

– Co pana tak zaciekawiło? – zapytała wojowniczo.

– Pani – odpowiedział z szelmowskim uśmiechem. – A konkretnie pani zachowanie – doprecyzował swoją wypowiedź.

– A co dokładnie w moim zachowaniu panu przeszkadza?

– Ale ja nie powiedziałem, że cokolwiek mi przeszkadza.

– To o co panu chodzi?

– Zamierza pani wypić tę whisky, czy tylko była potrzebna do zdjęć?

– Oczywiście, że zamierzam wypić, co pan insynuuje?

– Nic – odpowiedział, po czym znowu się do niej uśmiechnął i zniknął we wnętrzu swojego mieszkania.

Skonsternowana Zofia zrobiła to samo, uprzednio zabierając ze sobą do środka szklankę oraz różę. Czuła, że lekko przemarzła, dlatego usiadła na kanapie, po czym przykryła się kocem. Sięgnęła po leżący na stoliku kawowym kryminał i pogrążyła się w lekturze. Ot, idealny piątkowy wieczór.

***

Następnego dnia od rana padało, przez co Zofia nie czuła chęci, aby wyściubiać chociażby nos z łóżka. Wiedziała jednak, że prędzej czy później będzie do tego zmuszona, ponieważ jej lodówka świeciła pustkami i wizyta w sklepie była po prostu koniecznością.

W okolicach południa opuściła swoje wygrzane łóżko i ubrała się w, najmodniejsze w tym sezonie, antracytowe spodnie oraz kaszmirowy sweter w popielatym kolorze. Tęsknie spojrzała na szpilki i sięgnęła po botki na obcasie, do tego włożyła płaszcz, wzięła torebkę i była gotowa. Energicznym krokiem zbiegła do parkingu podziemnego i już po chwili gnała do najbliższej galerii handlowej. Doskonale zdawała sobie sprawę, że za tydzień czeka ją wyjazd do rodzinnej Warszawy z okazji urodzin matki, więc należałoby kupić jej jakiś drogi (i całkowicie zbędny) przedmiot. Nie lubiła tam wracać. Szczerze mówiąc, chyba nie posiadała w ogóle pozytywnych wspomnień z tego miejsca. Jej dzieciństwo oraz wczesna dorosłość nie były czymś, do czego chętnie wracała myślami. Najszczęśliwsza była przez te cudowne siedem lat, gdy mieszkała w Londynie. Wtedy wszystko wydawało się takie właściwe.

Droga do Galerii Bałtyckiej, jak zwykle w soboty, była zakorkowana. Znudzona Zosia odpaliła radio, ale po raz kolejny została dosłownie zaatakowana wydzierającą się Mariah Carey, która była tak wielką desperatką, że do szczęścia na święta wystarczał jej tylko facet. Szybko przełączyła na podkast dentystyczny, aby wyciszyć swoje emocje. Ku jej zaskoczeniu, nim udało jej się zaparkować na zatłoczonym parkingu, przesłuchała niemal całe nagranie.

Od razu ruszyła do najdroższego sklepu, w którym wiedziała, że znajdzie dodatki do domu. Jej matka uwielbiała wszystko co drogie i luksusowe. Nieważne nawet, czy jej się to podobało. No cóż… taka właśnie była Lucyna – prawdziwa snobka. Chciała ociekać bogactwem i nigdy nie wahała się nim epatować. Jeszcze do niedawna Zofia potrafiła zachowywać się bardzo podobnie.

Kobieta weszła do sklepu i bezmyślnie odwracała przedmioty, sprawdzając ich cenę. Szukała czegoś małego, ale bardzo drogiego. Jeżeli ten plan by nie wypalił, zawsze mogła udać się do sklepu jubilerskiego po jakieś złote kolczyki, których jej matka miała dosłownie setki. Wpadła jej nawet do głowy myśl, że może powinna kupować matce biżuterię taką, która bardziej podobała się jej samej, bo w końcu kiedyś odziedziczy te wszystkie świecidełka. Rozbawiona tą myślą sięgnęła po jakiś mały, ale bardzo drogi i połyskujący wazon. Zadowolona ze swojego znaleziska od razu udała się do kasy. Oczekując na swoją kolej, do jej uszu dotarła piosenka zespołu De Su, z której miała się dowiedzieć, „kto czeka za rogiem?”. Przewróciła oczami.

– Wspaniały ten wazon, prawda? – odezwał się do niej kasjer, gdy podała mu przedmiot.

– Cudowny – odpowiedziała tonem pełnym sarkazmu, którego mężczyzna zdawał się nie wyczuwać.

– Do zestawu jest jeszcze mała taca…

– Taca? Na co?

– Na co pani chce, można tam położyć klucze albo owoce – zasugerował.

– Klucze albo owoce? – zdziwiła się. – Wie pan co, niech pan daje – stwierdziła po chwili, wiedząc, że jej matce na pewno ten kicz się spodoba. Dom jej rodziców był kiedyś miejscem z prawdziwą klasą. Ale było to spowodowane tym, że przy jego wyglądzie pracował bardzo dobry architekt wnętrz, który miał perfekcyjne wyczucie stylu. Potem jej matka zaczęła kupować coraz więcej dodatków wpisujących się w najnowsze wnętrzarskie trendy, ale nijak nie pasujących do siebie, przez co, z każdym kolejnym zakupem to miejsce coraz bardziej przypominało kolorowy namiot cyrkowy zamiast domu poważanych właścicieli kliniki medycyny estetycznej.

Ta myśl uzmysłowiła jej, że najwyższy czas odwiedzić biznes rodziców. W klinice, Mariusz, jej lekarz i zarazem zaufany kolega, doradzi, jakim zabiegom powinna się teraz poddać, żeby dalej wyglądać nienagannie, bez nawet jednej zmarszczki. Mając za rodziców Lucynę i Teodora, trudno było nie mieć obsesji na punkcie wyglądu. Matka podarowała Zosi pierwszą wizytę w klinice w prezencie na osiemnaste urodziny. Kolejne, aż do wyjazdu dziewczyny ze stolicy, odbywały się co trzy miesiące, również dzięki „uprzejmości” mamy. Gdy kobieta mieszkała w Londynie jej wizyty w gabinetach medycyny estetycznej ograniczały się do minimum, jednak po powrocie do kraju ten nałóg znowu ją dopadł, chociaż na szczęście już w ograniczonej formie.

Od zawsze czuła się pewna siebie tylko wtedy, kiedy dobrze wyglądała i chciała, aby ten stan utrzymywał się jak najdłużej. Czterdziestka zbliżała się wielkimi krokami i kobieta starała się chociaż trochę oszukać upływający czas.

Zosia opuściła galerię handlową i udała się do położonego nieopodal supermarketu. Zrobiła nieduże zakupy: trochę warzyw, pieczywo, hummus i kilka innych, niezbędnych do przygotowania posiłków na weekend, rzeczy. Gotowanie było jedną z tych rzeczy, które od kilku lat sprawiały jej ogromną przyjemność. Lubiła wyszukiwać coraz to nowsze przepisy i próbować stworzyć idealne w smaku potrawy. Czasem powtarzała jakieś danie wielokrotnie, ponieważ wciąż była niezadowolona z uzyskanego smaku. Od kiedy pamiętała była perfekcjonistką, dlatego wszystko co robiła było naznaczone tą cechą jej charakteru.

Gdy wróciła do samochodu pomyślała, że skoro już wyszła z domu to należałoby udać się na siłownię i spalić trochę zbędnych kalorii. Zajrzała do bagażnika, upewniwszy się że torba z jej rzeczami do ćwiczeń się tam znajduje, wsiadła do samochodu.

Gdy tylko odpaliła auto Last Christmas opanowało cały samochód.

– Przecież to jest pieprzona piosenka o nieszczęśliwej miłości, to nie powinien być świąteczny szlagier! – sfrustrowana krzyknęła. – Jak ja nienawidzę świątecznych piosenek! – jęknęła wyłączając radio. Wróciła do słuchania przerwanego wcześniej podkastu.

Rozdział II – Rodzinna atmosfera

Zofia nigdy nie była rodzinną osobą. Wszelkie rodowe spędy przyprawiały ją o ból głowy. Pomimo tego, że w jej rodzinie nie brakowało konfliktów, to wszyscy regularnie się spotykali na różnego rodzaju uroczystościach. Tak miało być i tym razem. Przyjęcie z okazji urodzin jej mamy, Lucyny, miało się odbyć czternastego listopada. Sala restauracyjna została zarezerwowana już wiele miesięcy temu. Oczywiście w najmodniejszym, na tę chwilę, miejscu w Warszawie.

Zosia, chcąc uniknąć dłuższego (niż konieczne) przebywania w towarzystwie rodziców, uznała, że do stolicy wyruszy dopiero w sobotę rano. Oczywiście dzień wcześniej musiała wysłuchać lamentu matki, że jest niewdzięczna, bo nie chciała spędzać czasu z rodzicami. A tak naprawdę to, że przyjeżdża na ostatnią chwilę to i tak tylko wierzchołek góry lodowej i zwyczajny pretekst do tego, żeby Lucyna, mogła po raz kolejny wyrzucać wszystko Zosi, która jej zdaniem nie zachowywała się tak, jak na idealną córkę przystawało.

Nie żeby się tym jakoś bardzo przejęła, ale męczyło ją wieczne wysłuchiwanie „gorzkich żali” swojej rodzicielki. Tym bardziej, że nigdy nie spędzały ze sobą dużo czasu. Nawet teraz rodzice nigdy nie proponowali jej, że mogłaby u nich przenocować. Za każdym razem była zmuszona rezerwować nocleg w hotelu. Dzięki temu udało jej się zdobyć kartę stałego klienta w jednym z hoteli dużej sieci.

Pogoda tego dnia była kapryśna. Od rana padał deszcz. Zosia podeszła do okna, na dworze panowały egipskie ciemności. Spojrzała na zegarek. Dochodziła szó