Zwyczajna kobieta - Anna Płowiec - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zwyczajna kobieta ebook

Anna Płowiec

4,4

69 osób interesuje się tą książką

Opis

Bohaterka tak normalna, że podążamy za nią całym sercem, angażując się w jej świat, który przez swą zwyczajność jest nam bliski. To opowieść o projekcjach, w jakie ubieramy codzienność. O uczuciach, które od zawsze towarzyszą związkom. Nie ma tu niespodziewanego spadku po bogatym krewnym, nie ma ucieczki na wieś, nie ma tajemniczego listu zmieniającego losy świata. Są za to codzienne emocje i rozterki, takie jak zachwianie zaufania do partnera, brak samoakceptacji, podejrzliwość, czasem naiwność. Są pragnienia, do których nie chcemy się głośno przyznawać.

Danka i Tomek tworzą zgodne małżeństwo. Podział zadań jest jasny: on zarabia, ona dba o dom i dzieci. Jednak kobiecie to nie wystarcza. Ma wrażenie, że mąż odsuwa się od niej, a ona chciałaby czegoś więcej od związku i od życia. Usiłuje za wszelką cenę udowodnić mu swoją atrakcyjność - stara się ponownie go uwieść i pokazać, że jest lepsza od jego młodych, atrakcyjnych koleżanek z pracy. Tymczasem Tomek, nie znajdując czasu na wspólny urlop, wysyła Dankę na kobiece warsztaty. Ten wyjazd zmienia wszystko…

W tej komedii omyłek bohaterka pokazuje, jak ważne są dla kobiety poczucie własnej wartości, umiejętność wyważonej oceny, trzeźwe myślenie i prawidłowa komunikacja w związku.

Anna Płowiec - pracowała w biurze maklerskim, jednak wywróciła swoje życie do góry nogami, by pisać. W twórczości literackiej uwielbia to, że bohaterowie ożywają, stają się samodzielnymi bytami. Dobrze się czuje w ich towarzystwie. W życiu czasami bywa trudno, dlatego w swoich książkach daje czytelnikom pogodę ducha, optymizm i wiarę w lepsze jutro. Dotychczas wydała dwie powieści obyczajowe - "W cieniu magnolii" i "Sekrety Julii".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 377

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (21 ocen)
11
8
2
0
0
Sortuj według:
Alina1A

Dobrze spędzony czas

Książka bardzo dobra na poprawę humoru, lecz niestety audiobuk ze względu na lektorkę, która czyta BEZ ZROZUMIENIA czytanego tekstu i z BARDZO ZŁĄ INTONACJĄ - nie do słuchania!
00
MMdobryrok

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa ksiazka,zywa akcja. Zwykle a jednoczesnie niezwykle przygody .....Z minusow to duzo pustych stron....ale moze to celowe....
00
Magia00

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna, pełna humoru obyczajówka, .
00

Popularność




 

Pełna zabawnych sytuacji opowieść o tym, że każda z nas ma w sobie kobiecą moc. Trzeba ją tylko… okiełznać. Płowiec stworzyła ciepłą, choć niepozbawioną codziennych przeciwności losu historię, która pokazuje, że najlepszą życiową inwestycją jest ta w samą siebie. Wystarczy tylko zgromadzić odpowiedni „kapitał”.

Joanna Wolf,

NIEnaczytana

 

Walka o autentyczność – o bycie sobą – zawsze ma swoją cenę. Ale warto ją podjąć, jak bohaterka książki, bo mimo wszystko daje w rezultacie – szczęście i samospełnienie. Osiągając je, stajemy się świadomi swoich zalet i wad, zyskujemy poczucie własnej wartości.

Katarzyna Krauss,

Damosfera (damosfera.com)

 

Anna Płowiec pokazuje, że powinnyśmy dążyć do realizacji własnych celów. Szczera rozmowa w związku pozwoli uniknąć niedomówień i późniejszych rozczarowań. Autorka przedstawia, do czego może doprowadzić brak komunikacji.

Urzekła mnie swoim piórem od samego początku.

Julita Serafinko,

Zaczytany Książkoholik

 

W Zwyczajnej kobiecie nie ma nic zwyczajnego. Autorka pięknie punktuje, jak ważna dla kobiety jest świadomość własnej wartości, to, że czasem trzeba postawić na swoje potrzeby. Zwariowane losy Danki pokazują, jak w prozie życia możemy zgubić najbardziej istotne: miłość, o którą powinniśmy z całych sił walczyć – i to nie zawsze miłość do kogoś innego, ale także do samego siebie. 

Dominika „Iwi” Smoleń,

Nasz Ksiażkowir

 

Zwyczajna kobieta to historia o codzienności, o wzlotach i upadkach zwyczajnych małżonków, którzy w pogoni za szczęściem zapomnieli o sobie nawzajem i o pielęgnacji swojej miłości. Tu każdy z nas odnajdzie siebie, takiego autentycznego, stawiającego czoło problemom, które przynosi każdy dzień. Ciepła, wciągająca, emocjonująca i przede wszystkim prawdziwa. Ta powieść jest jak spotkanie z serdeczną przyjaciółką, po którym inaczej patrzymy na życie.

Beata Buzun,

Miss B

 

 

Copyright © Anna Płowiec, 2021

 

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

 

Ilustracja na okładce

© BiZkettE1/www.freepik.com;

Satyrenko/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Bożena Hulewicz

 

ISBN 978-83-8234-789-0

 

Warszawa 2021

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

PROLOG

Danka zachwiała się na wysokich obcasach. Jej małżeńsko-egzystencjalne problemy pod wpływem szoku chwilowo uleciały w niebyt.

– Łaaa! – Zbiorowy jęk zachwytu dobył się z czterech gardeł.

– Podoba się wam? – Blondynka w granatowym szlafroku z motywem złotego chińskiego smoka skuliła się nieco w sobie, choć jej wzrok pojaśniał.

Dla wzmocnienia efektu pstryknęła włącznikiem. Kinkiety w kształcie dużych muszli rozjarzyły się. Migoczące refleksy błysnęły na opuszczonych bordowych roletach. Dzienne światło, które sączyło się przez wąskie szpary pomiędzy nimi a framugą, zostało skutecznie zdominowane sztucznym blaskiem.

Stały na progu olbrzymiej łazienki, utrzymanej w odcieniach różu i złota. Pośrodku królowała okrągła wanna. Odbijały się w niej małe światełka rozmieszczone na suficie w nieregularnych odstępach. Srebrzyście połyskiwały na metalowych zakończeniach dysz do hydromasażu.

– A nie mówiłam, że w tej wannie zmieścimy wszystkie nasze lalki? – Dziewczynka z jasnymi warkoczykami odwróciła się do ciemnowłosych koleżanek, które zaniemówiły z wrażenia. – Będziemy się bawić cały dzień w księżniczki, a to będzie nasz królewski zamek z wieeelkim… – rozłożyła szeroko ramiona, jakby chciała nimi objąć całą wannę – …czarodziejskim basenem.

Klaudia i Paulinka z pytaniem w oczach spojrzały na Dankę. Tej zaś – jak nigdy – brakło słów na skomentowanie wytwornej łazienki.

– Mamo, możemy?

– Po to przyjechałyśmy, żebyście miały cały dzień na zabawę – odpowiedziała w końcu, ciągle zszokowana rozmachem i wytwornością ekskluzywnego przybytku. Jej wzrok przesuwał się z kinkietu na kinkiet, z sufitu na podłogę, wreszcie spoczął na kobiecie otulającej się cienkim szlafrokiem. – Przepraszam, że jesteśmy tak wcześnie, ale dziewczyny ciągną mnie od samego rana. „Chcemy zobaczyć łazienkę i kąpać lalki! Musimy się wybawić na zapas, bo zaraz będzie koniec wakacji” – śpiewnie naśladowała głos córek.

Mała gromadka ciągle stała w przedpokoju przed otwartymi drzwiami. Trzy dziewczynki, dzierżąc w dłoniach torby z mnóstwem lalek, nie śmiały wejść w swoich sandałkach na błyszczące marmury. Danka przenosiła wzrok z lekko zmieszanej Alicji na wnętrze łazienki i z powrotem. Mimo że raz na jakiś czas odwiedzała przyjaciółkę, śledząc na bieżąco postępy robót w mieszkaniu, to i tak efekt końcowy każdego normalnego śmiertelnika zwaliłby z nóg.

– Że też ci się udało tego dokonać… – Kręciła głową z podziwem.

Alicja ze skromnym uśmiechem wzruszyła ramionami, zbierając na piersiach poły śliskiego jedwabnego szlafroka.

– Miałam motywację.

No tak, odpowiednia motywacja potrafi zdziałać cuda. Zwykle ostrożna i rozważna przyjaciółka poszalała jak nigdy – zrobiła totalną demolkę w mieszkaniu, żeby stworzyć salon kąpielowy na wzór fotografii z ekskluzywnego czasopisma wnętrzarskiego. Chciała wyjść z psychicznego dołka po śmierci męża i matki, a jednocześnie uszczęśliwić swoją córkę Kasię. Kasia bowiem na dziesiąte urodziny wymarzyła sobie różową okrągłą wannę, którą wypatrzyła w tymże pisemku dla bogatych i szalonych. Remont rzeczywiście dobrze Alicji zrobił – jej twarz nie miała już tego nieszczęśliwego, smutnego wyrazu, oczy odzyskały blask. A i Kasia, która ostatniej nocy spała u Danki razem z jej córkami, była bardziej wesoła niż jeszcze parę miesięcy temu.

Danka postanowiła nie zawracać przyjaciółce głowy swymi małżeńskimi problemami, choć jeszcze przed chwilą miała taki zamiar.

Alicja poprawiła nieuczesane włosy spadające jej na twarz i odwróciła błyszczący wzrok od mieniącego się delikatnymi kolorami wnętrza.

– Zostawmy je, bo już przebierają nogami do zabawy. Napijmy się kawy – zaproponowała. – Co masz taką zwarzoną minę? Niewyspana czy stało się coś?

– Niewyspana. – Danka twardo trzymała się poczynionych przed chwilą postanowień. Bo czymże były jej problemy w porównaniu z górą nieszczęść, które w ostatnich miesiącach zwaliły się na przyjaciółkę – wypadek męża i śmiertelna choroba matki? Zwykłym banałem.

– W takim razie kawa dobrze ci zrobi. A wy – Alicja spojrzała na drepczące nerwowo w miejscu trzy dziewczynki, niepewne, co mają robić – możecie napuszczać wodę do wanny i wskakujcie razem ze swoimi lalkami. Zmieścicie się wszystkie.

Radosny okrzyk i gwałtowny szturm na łazienkę prawie zwaliły je z nóg.

– To dziewczyny mamy z głowy. – Danka wycofała się w stronę kuchni, zrzucając po drodze szpilki. – Byłam pewna, że dziś będą nieprzytomne. Wariowały w nocy strasznie.

– W tym wieku ma się niespożytą energię. Nie to co my, starsze panie. – Alicja, idąc za nią, zaśmiała się tak młodzieńczo, że Danka obejrzała się ze zdziwieniem. Dawno nie słyszała tak swobodnego śmiechu przyjaciółki. Ten remont naprawdę dobrze jej zrobił.

A jej? Co by dobrze zrobiło na poprawę nastroju?

No cóż, parę zaskakujących rzeczy, które wydarzyły się ostatnio, rzeczywiście spowodowało, że jej samopoczucie podskoczyło o parę punktów na skali. Począwszy od nowej niezłej pracy poprzez wakacyjny wyjazd nad morze aż do niespodziewanej zażyłości z…

Poczuła ciepło i rumieniec spłynął z jej policzków w głęboki dekolt letniej sukienki, widoczny spod rozchylonego swetra. Wolała nie brnąć w dalsze rozważania.

W kuchni Danka ostrożnie zaczęła kroić jeszcze ciepły sernik. Upiekła go przed wyjściem. Wolała wstać o świcie i zająć się czymś, niż przewracać z boku na bok, dręcząc się ponurymi myślami. Wystarczyło, że Tomek parę razy wrócił później z tego swojego klubu. Zmęczony pracą, w milczeniu wypijał parę łyków whisky, mówił, że jest wykończony, po czym padał na łóżko jak kłoda. Nie trzeba chyba dodawać, że kłoda zazwyczaj nie jest zainteresowana seksem. Ani płodzeniem potomka.

Alicja wyjęła z szafki delikatne filiżanki i postawiła je na kuchennym blacie. Nasypała do każdej po dwie łyżeczki aromatycznej kawy i zalała wrzątkiem. Danka w tym czasie przeniosła na stół talerz z ciastem i usiadła na krześle. Zaciągnęła się kuszącym zapachem, który rozniósł się po całej kuchni. Pachniało tak, że aż ślinka ciekła. Świeżo zaparzona kawa i ciepły sernik z waniliową nutą – afrodyzjak dla każdego łasucha. Ale nawet upajająca woń nie zagłuszyła przygnębiających myśli.

Spojrzała na odsuwającą krzesło przyjaciółkę, ale i tak przed oczami miała ziewającego umęczonego Tomaszka.

– Wiesz, jaki ekspres mam w pracy? Robi ci wszystko, co chcesz; cappuccino, espresso, latte, spienia mleko i w ogóle. Koniecznie musisz do nas zajrzeć – powiedziała, żeby skupić się na czymś innym.

– Po co? – Alicja spojrzała na nią badawczo. – Żeby zobaczyć twojego nieziemsko przystojnego szefa?

Karcący ton przyjaciółki zupełnie ją zaskoczył.

– Coś ty! – Danka odchyliła się od stołu. – Przecież ja nie w tym sensie.

Chyba trafiła kulą w płot. Szybko nałożyła ciasto na mały talerzyk stojący przed nią i zgrabnie zmieniła temat:

– Spróbuj, rano piekłam.

– To pewnie dlatego jesteś taka nieprzytomna. Spać nie możesz? – Alicja nachyliła się ponad dużym owalnym stołem i sięgnęła po ciasto. Spróbowała. – Dobry, chociaż mało słodki.

Masywny mebel przez całe wakacje z powodu remontu i wszechobecnego pyłu chroniony był przez kolorową ceratę. Teraz doczekał się eleganckiego ręcznie dzierganego koronkowego obrusa. Z jego śnieżną bielą pięknie kontrastował kolorowy talerz, a leżący na nim sernik z półksiężycami brzoskwiń, pokryty puszystą kremową pianką wyglądał nad wyraz kusząco i apetycznie.

Alicja przełknęła napoczęty kawałek i dokończyła myśl:

– Jakieś podejrzenia nie dają ci spokojnie spać? – Przyjrzała się Dance uważnie. – Czy prozaiczny brak seksu?

Danka pokręciła głową i zaczęła powoli mieszać kawę, żeby fusy opadły na dno.

– Co nic nie mówisz? – spytała ponaglająco Alicja między jednym kęsem a drugim.

Danka milczała. Brak seksu to jedno, a fakt, że Tomek nie mówi jej całej prawdy – drugie. Nałożyła sobie kolejny kawałek – w końcu sernik dietetyczny, specjalnie taki upiekła. Dosłodziła kawę i zaczęła ze smakiem jeść. Usiłowała zapomnieć, że od czasu powrotu znad morza spódnice znów zaczęły ją cisnąć – a ledwo parę dni minęło.

– Ej, Danka, co się dzieje?

– Coś ty, nic się nie dzieje. – Przełknęła łzy razem z kawałkiem ciasta. – Zupełnie nic, naprawdę. – Postanowiła szybko zmienić temat. – Pokazałaś już Kasi zdjęcie jej dziadka? – Nawiązała do starych listów ojca Alicji, pisanych z Ameryki do jej zmarłej matki. Znalazły je w szufladzie starej komody przy okazji wspólnych porządków podczas remontu. Alicja nigdy nie poznała swojego ojca, bo jego istnienie było skrzętnie ukrywane przez matkę. To znalezisko było dla przyjaciółki kolejnym niespodziewanym szokiem wkrótce po stracie męża i matki. Poczuła wtedy, że straciła również ojca, o którym nigdy wcześ­niej nie myślała. Danka uświadomiła to sobie i ugryzła się w język. Tak niefrasobliwie przywołać trudne wspomnienia – jest kompletną idiotką.

– Nie pokazałam, coś ty. – Niebieskie oczy Alicji wypełniły się łzami. – Powiedziałam ci już: Kasia i tak miała zbyt dużo emocji w swoim dziesięcioletnim życiu. Wystarczy jej.

Wstała z krzesła i podeszła do przeszklonych drzwi prowadzących na podwórko. Zapatrzyła się na dorodne drzewo obsypane zielonymi liśćmi rosnące pośrodku placu. Ściszonym głosem podjęła:

– Kasia nie musi wiedzieć, że miała dziadka w Ameryce. On nawet nie chciał mnie zobaczyć – swojej córki, a jej matki. Usprawiedliwiam go, bo tak mi łatwiej, ale dziecku wolę oszczędzić tych wrażeń. I to nieważne, co ojciec pisał do mamy ani jak się tłumaczył w listach.

– Przepraszam – powiedziała ze skruchą Danka. – Rzeczywiście, mówiłyśmy o tym. – Zrobiło się jej strasznie głupio. Chciała uniknąć rozmowy o sobie, a nieświadomie zagrała na emocjach przyjaciółki. A już było tak dobrze. Alicja nawet zaczynała się śmiać. A teraz? Znowu miała łzy w oczach. – To dlatego, że nie chciałam mówić ci o Tomku… Ale właściwie to ci powiem. – Odłożyła niedojedzone ciasto na talerzyk i zaczerpnęła tchu. – Bo widzisz, ja znowu nie wiem, czy on tyle pracuje, czy robi nie wiadomo co… i dlatego tak palnęłam.

– Czułam, że o to chodzi. – Alicja odwróciła się wreszcie od okna. – Ale wiesz co? – Na jej ściągniętej twarzy było tyle bólu, że Danka musiała odwrócić wzrok, by nie pękło jej serce. – Ja wiem, Danusia, że pewnie doceniasz to wszystko, co masz, ale proszę cię, doceń jeszcze bardziej. Masz wspaniałe córki, które mają oboje rodziców i dziadków, masz męża, który cię kocha. Przestań go podejrzewać o jakieś głupie historie, bo on jest ostatnim, który by to zrobił. – Alicja zaczerpnęła tchu, a przez głowę najwyraźniej przeleciała jej jakaś myśl, bo zaśmiała się niespodziewanie. – Z was dwojga chyba ty byłabyś do tego pierwsza.

Danka nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Usiłowała oblec twarz w maskę oburzenia, ale nie bardzo jej to wyszło.

Alicja tymczasem wzięła się niefrasobliwie pod boki. Złoty ogon smoka zalśnił w świetle padającym od strony okna. Uważnym wzrokiem przeszyła Dankę.

– Przestań, żartuję przecież! Nie rób takiej miny. Ale jedno ci powiem. – Jej spojrzenie przesunęło się od bosych stóp przyjaciółki, z pomalowanymi na czerwono paznokciami, aż po czubek głowy okolonej włosami układającymi się w niesforne brązowe fale. – Nie wmawiaj sobie, że Tomek cię nie chce, bo jesteś za gruba. Ten wypad nad morze dobrze ci zrobił, naprawdę świetnie wyglądasz. Już ci to mówiłam na imprezie Kasi, pamiętasz? A przy okazji, jeszcze raz dziękuję, że wyprawiłaś jej te urodziny. – Alicja na podsumowanie przemowy mocniej zacisnęła pasek od szlafroka. – No! To nie myśl już więcej o głupotach, tylko zadbaj o swoją rodzinę, bo sama widzisz, jakie to wszystko ulotne.

Danka była w stanie tylko kiwać głową. Czuła, że przyjaciółka ma stuprocentową rację. Tomek rzeczywiście jest wspaniałym mężem, cała jej rodzina w ogóle jest wspaniała, i powinna być szczęśliwa i wdzięczna, i jest, oczywiście, że jest, tylko…

– O rany, Alicja, jaka ja czasami jestem głupia! – Ze wstydem skryła twarz w dłoniach.

– Nie jesteś głupia, tylko zbyt impulsywna i porywcza. – Danka przez cienki sweterek poczuła delikatne głaskanie po ramieniu. – A teraz chodź, zobaczymy, jak nasze księżniczki baraszkują w pałacowym basenie.

Znowu kiwając głową, powoli podniosła się z krzesła. Milczała. Ciężko jej było zebrać myśli i ułożyć je w całość, a co dopiero prowadzić logiczną rozmowę na temat swojego małżeństwa i rodziny. Zwłaszcza że Alicja, jej najbliższa przyjaciółka od lat, część własnej rodziny straciła bezpowrotnie.

 

Z chłodnej kamienicy Danka wyszła wprost na zalaną sierpniowym słońcem ulicę Grodzką. Pożałowała, że opuszczając dom, odruchowo włożyła sandały na obcasie. Stąpała teraz ostrożnie po bruku, uważając, by cienka szpilka nie osunęła się w szczelinę. Ta wymuszona uważność rozpraszała jej niewesołe myśli. Zaraz pojedzie do salonu, gdzie ma już umówione klientki, i zajmie się pracą, więc czas zleci szybko. Ale co z popołudniem?

Jej córki zostaną u Alicji aż do jutra. Będą moczyć się w wannie do pomarszczenia skóry, wariując w bąblach i masując się biczami wodnymi. Alicja z radością gościła je u siebie, a dziewczynki, bawiąc się we trzy, były bezproblemowe i samoobsługowe.

Po pracy czeka ją więc długie leniwe popołudnie bez dzieci i męża. Może by skoczyć do klubu Tomka i sprawdzić, czy młode instruktorki ślinią się na widok jej przystojnego męża? Czy lepiej sobie tego oszczędzić?

Rozejrzała się, mrużąc oczy. Tłumów nie było, jak to się zdarzało w trakcie roku szkolnego. Gdyby nie turyści, wakacyjną porą miasto byłoby całkiem wyludnione. Przyjezdni – coraz częściej różnych narodowości – przechadzali się grupkami po rynku i otaczających go uliczkach. Czasem przystawali i podziwiali jakąś szczególnie ładną kamienicę. Jedni akurat stanęli przed bielącą się w słońcu fasadą barokowego kościoła Świętych Piotra i Pawła, koło którego właśnie przechodziła.

Z przyzwyczajenia i ona podniosła wzrok na figury dwunastu apostołów patrzących na nią z filarów ogrodzenia przed świątynią. Napotkawszy ich kamienny potępiający wzrok, wzdrygnęła się, choć przedpołudniowe słońce mocno przypiekało przez cienki sweterek. Szybko odwróciła oczy, czując na karku ścigające ją nieruchome spojrzenia i gorący dotyk złotych promieni. Kierowana impulsem, przecięła na ukos plac Marii Magdaleny, spoglądając na pomnik Piotra Skargi górujący nad nim od paru lat.

Chcąc nie chcąc, zaśmiała się do siebie. Przypomniały jej się skrajne opinie związane z tym dziwnym pomnikiem i żarcik, który obiegł swego czasu Kraków, dotyczący nazwiska wykonawcy rzeźby: „Czesław, nie Dźwigaj więcej takich pomników, bo znów będą same Skargi”. Rzeczywiście, za każdym razem, gdy tylko widziała tę figurę, miała wrażenie, że kaznodzieja – nie dość, że brzydki, to w dodatku chwiejnie ustawiony – zaraz z wielkim hukiem spadnie z postumentu, a jego głowa, aż nazbyt realistyczna, roztrzaska się o bruk.

Zagłębiła się w chłód ulicy Kanoniczej, dotarła do Plant okalających rynek i z ulgą weszła w zacienioną alejkę, która biegła między starymi sękatymi drzewami o rozłożystych koronach. Wyszukała ławeczkę stojącą w jasnej drgającej plamie światła i przysiadła, dając wytchnienie zmęczonym stopom. Już nie wiedziała, czy szuka słońca, czy cienia. Przymknęła oczy i wystawiła twarz ku ciepłym promieniom. Zamyśliła się – nad trudnym losem Alicji, jej refleksyjną długą przemową i przede wszystkim nad sobą.

Moje życie jest – obiektywnie patrząc – nie najgorsze, stwierdziła. Alicja ma rację. Nie powinnam narzekać. Ale… coś ostatnio idzie nie tak. Nie, przecież nie narzekam, to nie w moim stylu. Działam, jak umiem. Ale czy ten cholerny Tomek na pewno mnie nie zdradza? Jeszcze niedawno rękę bym sobie dała za niego uciąć. Co tam rękę! Głowę! Ale teraz? Sama już nie wiem…

Zamrugała szybko i rozmasowała pulsujące skronie. Unios­ła głowę ku słońcu. Kojące ciepło wysuszyło łzy zbierające się w kącikach oczu, grzało jej twarz i odkryty dekolt. Przenikało skórę i rozluźniało ciężar, który zalegał na piersi, utrudniając oddychanie. To delikatne wrażenie subtelnej pieszczoty rozlało się po całym jej ciele. Nadmorskie wspomnienie odżyło w głowie i niespodziewanie spiętym podbrzuszu, wywołało rumieńce na rozgrzanych policzkach i przywołało niedawne emocje.

Wspomnienia wróciły…

Pławiła się w przyjemnym cieple. Dzięki lekkiej bryzie od morza upał nie był aż tak odczuwalny. Wygrzewała się na plaży jak kot, czy może raczej foka, a promienie rozkosznie pieściły jej nagą skórę. Ale nie tylko promienie.

– Danusia, posmarować cię? Spalisz się.

– Nie spalę, ale smaruj.

Ciepłe uważne dłonie przesuwały się po plecach Danki, rozsmarowując krem z filtrem. Niespiesznie sięgały do dołków przy obojczykach, muskały odsłoniętą szyję, błądziły w okolicy pach i przygniecionego biustu. Delikatnie wślizgiwały się pod przecinający plecy sznurek od bikini.

– Rozwiąż, żeby mi się pasek nie opalił – wymruczała niewyraźnie Danka, otumaniona słońcem i tym zniewalającym dotykiem.

Cienkie kolorowe paseczki opadły na bok i spoczęły na piasku niczym wijące się żmijki. Ręce znowu podjęły swoją wędrówkę, głaszcząc ramiona, obejmując czule szyję aż po nasadę włosów, masując okolice żeber i zakradając się pod brzuch, by zaraz przesunąć się w górę, muskając przy okazji bledsze miejsca na bokach piersi.

Danka uniosła ręce i zaplotła je nad głową. Nie zważając na przytrzymujące ją dłonie, przeciągnęła się powoli, biorąc głęboki wdech i wyprężając się. Tym ruchem usiłowała uwolnić nagromadzone w ciele napięcie niewiadomego pochodzenia, które skumulowało się w dole jej brzucha i sztywniejących sutkach.

– Ależ błogo… – wymruczała w ręcznik.

Ręce, jakby w odpowiedzi na te słowa, wsunęły się głębiej, sięgając aż do nabrzmiałych brodawek, po czym objęły piersi, ściskając je mocno. Danka mimowolnie jęknęła. Gwałtowny przypływ podniecenia był zupełnie nieoczekiwany. Porażona, nie była w stanie nawet zareagować. Gardło miała ściśnięte niemocą, a fala pobudzenia zagłuszała rozsądek, pulsując pomiędzy udami.

– Co robisz? Przestań… – Ledwo udało jej się wydobyć głos.

Gorące pełne wargi znalazły się tuż przy jej uchu, szepcząc z poczuciem winy:

– Przepraszam, nie mogę się powstrzymać. Tak na mnie działasz, że… po prostu nie daję rady. – Usta – najpierw delikatnie, z obawą, potem coraz śmielej i natarczywiej – zaczęły błądzić po jej szyi, język muskał rozgrzaną, lekko spoconą skórę, zęby ostrożnie kąsały. – Odwróć się do mnie, proszę… – Namiętny, błagalny szept tchnięty prosto w ucho Danki sprawił, że odwróciła głowę. Jej wargi zetknęły się z czekającymi na nią delikatnymi ustami.

Ten pocałunek, subtelny i czuły jak muśnięcie skrzydeł motyla, sprawił, że zupełnie bezwiednie rozchyliła wargi. Nie myśląc o niczym, przymknęła oczy, chroniąc się przed rażącym słońcem i wstydem, który ją ogarnął. Zupełnie wbrew sobie czuła, że poruszają się w niej wszystkie głęboko ukryte kobiece zmysły, i przez sekundę chciała poddać się temu cała, zapadając się w tę cudowną otchłań bez dna. Coraz gwałtowniejszy, a jednocześnie czuły i namiętny taniec spragnionych, pożądliwych ust i języków wprawiał wszystkie komórki jej ciała w szalone wibracje i tęsknotę za pełnią rozkoszy i zjednoczeniem dusz.

Największym wysiłkiem woli odwróciła głowę w drugą stronę.

– Nie mogę, wiesz, że nie mogę…

– Wiem, ale zaczekaj jeszcze chwilę…

Dłoń delikatnie pchnęła Dankę, powodując, że ta powoli przewróciła się na plecy, ciągle oszołomiona, zapominając o rozwiązanej górze od kostiumu. Jej ciężkie bujne piersi opad­ły na boki. Zawstydzona, skrzyżowała ręce, chcąc się zasłonić przed sunącym po jej ciele płomiennym wzrokiem.

Nic to jednak nie dało. Jej ręce zostały oderwane od klatki piersiowej i przyciśnięte do gorącego piasku, a ona… wcale się nie broniła. Dalej nie dowierzając w to, co się dzieje, leżała bez ruchu, wpatrzona w pochyloną nad nią smukłą piękną twarz o pałających oczach i cudownie wykrojonych pełnych ustach, lekko teraz obrzmiałych.

Mocna dłoń puściła w końcu jej rękę i czule nakryła okrągłą białą pierś, bezwstydnie sterczącą w pełnym blasku słońca.

– Piękna jesteś, wiesz o tym? Aż tryskasz kobiecością.

Nie mogąc pokonać wstydu ani obezwładniającego podniecenia, Danka odwróciła głowę na bok i zamknęła oczy, mimowolnie wsłuchując się w dochodzący z oddali miarowy szum fal. Jednocześnie czuła, że dłoń, pieszcząca i gładząca przed chwilą jej pierś, powoli zsuwa się na brzuch, coraz niżej i niżej, aż do granicy skąpego dołu bikini. Jej ślad palił bardziej niż pełne słońce stojące w zenicie, a cały ogień skumulował się w pulsującym miejscu ukrytym między jej zaciśniętymi udami.

Gorące palce na chwilę się zatrzymały, wsunięte już na milimetry pod kolorowy strzępek materiału. Biodra Danki, jakby dając przyzwolenie na dalszą wędrówkę, mimowolnie się unios­ły, poddając lekkiemu, ale jednocześnie zdecydowanemu dotykowi. Nagle poczuła nachylającą się ku jej piersi głowę. Zanim zdążyła zareagować, podrażniony wcześniej twardy sutek został objęty przez łapczywe usta i delikatnie zassany.

Bliska paniki, przełknęła ślinę.

Na otoczonych suchą kłującą roślinnością wydmach poza nimi nie było nikogo. Ich dołek do opalania znajdował się dość daleko od głównej plaży – właśnie po to, by uniknąć tłumu nadmorskich turystów. Wiedziała, że nikt jej nie uratuje przed nią samą i przed jej nagle eksplodującym pożądaniem. Wstyd i rozkosz jednocześnie paliły jej wnętrze. Miała ochotę się wyprężyć, złapać tę zdecydowaną, coraz śmielej naruszającą granicę bikini dłoń, wsadzić sobie głęboko między uda i zacisnąć je mocno. Jęknęła, ledwo panując nad uniesieniem pośladków do góry i wygięciem ciała w łuk…

– Przepraszam, czy wszystko w porządku?

Poczuła, że ktoś dotyka jej ramienia, i nieprzytomnie otworzyła oczy. Pochylała się nad nią starsza kobieta, trzymając w ręce małą butelkę.

– Jęczała pani i trzymała się za brzuch. – Poorana głębokimi bruzdami twarz wyrażała szczerą troskę. – Może trzeba pani pomóc? Może wody?

Danka powoli wracała do rzeczywistości.

– Nie, dziękuję, wszystko w porządku. To tylko taki nagły skurcz. – Rzeczywiście, jak na zawołanie, poczuła tępy ból. Skrzywiła się.

– Jest pani w ciąży? – Kobieta z wyraźną ciekawością spojrzała na jej brzuch rysujący się delikatnie pod lekką luźną sukienką.

– Nie, nie – gwałtownie zaprzeczyła Danka, wściekła na siebie i na swoje ciało, którego znowu było za dużo. – Tylko tak… – Urwała, nie wiedząc, co powiedzieć.

– To dobrze, przepraszam, że przeszkodziłam. – Starsza pani uśmiechnęła się łagodnie i powoli odeszła alejką.

Danka przez chwilę patrzyła za nią w oszołomieniu. Matko jedyna, całkiem wariuję, pomyślała. Co mnie doprowadziło do takiego stanu? Wnioski Alicji na temat mojego życia? Potępiające spojrzenia dwunastu apostołów? A może sama się do tego doprowadziłam? Wpadam w paranoję… co do swojego wyglądu i co do zdrad Tomka, nie wiem nawet, rzeczywistych czy wyimaginowanych. Jak to się stało? Jak do tego doszło po trzynastu latach udanego małżeństwa?

I jeszcze to pytanie, czy jest w ciąży. Ufff… naprawdę chciałaby.

Właśnie, może chciałaby za bardzo?

Schowała twarz w dłoniach i zapłakała z bezsilności.

 

CZĘŚĆ I. WCZEŚNIEJ

 

1

Drzwi do pokoju dziewczynek były lekko uchylone. Danka zatrzymała się w pół kroku, słysząc podekscytowane głosy córek. A miały być cicho i szykować się do spania, małe urwisy.

– W naszej klasie jednej dziewczynce niedawno urodziła się siostrzyczka. Ela mówi, że taka różowa, piszczy jak mały kotek i tak śmiesznie macha rączkami i nóżkami. – To była Klaudia, żywy głosik z typową dla niej zadyszką, gdy w coś mocno się angażowała. Chyba właśnie z zapałem demonstrowała machanie czterema kończynami naraz.

– Ja bym już chyba wolała małego kotka niż takie różowe dziecko. – W głosie Paulinki pobrzmiewało niezdecydowanie.

– Coś ty, my nie możemy mieć kotka. Mama jest uczulona na zwierzęta i nie wiadomo dokładnie na jakie. – Klaudia, jako starsza siostra, weszła na pouczające tony. – Pamiętasz, jak rok temu pszczoła użądliła ją w gardło i mało nie umarła?

W tym momencie dziewczynka pewnie się zamyśliła, bo na moment zamilkła. Danka trwała bez ruchu, zaintrygowana rozmową. Rzeczywiście, omal nie doszło wtedy do tragedii. Tomek zareagował błyskawiczne, zabierając ją na pogotowie. Jakie to szczęście, że dziewczynek przy tym nie było – historię znały tylko ze słyszenia, i to ogólnikowo.

– Ja to bym nawet chciała mieć siostrzyczkę. Ty już jesteś za duża, żeby się tobą opiekować, a taka mała byłaby akurat. – Głosik Klaudii stał się tęskny, rozmarzony.

– Ale mama chyba jest za stara, żeby znowu mieć dziecko. Widziałaś, jakie ma zmarszczki na czole?

Danka wytrzeszczyła oczy i odruchowo rozmasowała miejsce między brwiami. Co to dziecko wygaduje? Naprawdę już mam takie zmarszczki? Musi się dokładnie obejrzeć w lustrze i szybko zastosować jakieś środki zaradcze. Jad żmii? Albo śluz ślimaka?

Mocniej zawinęła się szlafrokiem, zdecydowana na dłuższy postój pod drzwiami dziecięcej sypialni.

– To chyba ze zmartwienia, nie ze starości. Słyszałam raz w nocy, jak żaliła się tacie na swoją pracę.

– Podsłuchiwałaś pod salonem? Wiesz, że nie wolno! Mama by cię skrzyczała. – Paulinka była święcie oburzona, a Danka poczuła, jak czerwień wypływa jej na policzki.

– Wcale nie podsłuchiwałam, tylko akurat szłam się wysikać! – Głos drugiej dziewczynki wyrażał jeszcze większe zbulwersowanie.

No właśnie, Danka odetchnęła z ulgą. Ona też tylko przystanęła, jak szła się wysikać.

– Aha, no dobrze. – Właśnie. Przystanięcie jest dopuszczalne. Uff. – A co dokładnie mama mówiła?

– Że konkurencja ją wykończy.

– Ale nie na śmierć ją wykończy, jak ta pszczoła, co? – wystraszyła się Paulinka.

– Chyba nie o to jej chodziło – powiedziała Klaudia, choć z wyraźnym wahaniem. – Mówiła coś o swoim sklepie z kosmetykami, ale nie wszystko zrozumiałam.

– To na wszelki wypadek może lepiej, żeby jednak urodziła to dziecko. Siedziałaby z nim w domu, a ja też bym się mogła opiekować. Może to lepsze niż mały kotek? – Paulinka najwidoczniej próbowała przekonać samą siebie. – I żadnej konkurencji do domu nie będziemy wpuszczać.

Danka własnym uszom nie wierzyła. To ci małe intrygantki! Siostrzyczki się im zachciało, instynkt opiekuńczy się w nich obudził, myślałby kto.

– I może wtedy tak by się nie przejmowała naszymi stopniami tylko tym, że dziecko jest różowe. Choć na szczęście zaraz wakacje.

– I nie jeździłaby na różne kursy, tylko siedziała na tyłku. – Paulinka, skarcona zapewne wzrokiem starszej siostry, od razu się zastrzegła: – Tata raz tak powiedział.

Zdrajca Tomaszek! Nie podoba mu się, że ona się chce rozwijać?! Takie słowa przy dzieciach! Już ona mu powie do słuchu!

– To w takim razie spytam pani na przyrodzie, ona jest fajna i mądra, czy mama nie jest za stara na dziecko i co dokładnie trzeba zrobić, żeby je urodzić – przejęła inicjatywę Klaudia. – I od razu się dowiem, co to właściwie jest ta konkurencja i jak wykańcza ludzi. Trzeba mieć na nią oko.

Dance włos się zjeżył na głowie. I choć rozmowa stawała się coraz bardziej intrygująca, postanowiła wkroczyć do akcji.

– A co wy tu jeszcze gadacie, zamiast spać? O co chcecie pytać panią od przyrody?

Siedzące na łóżkach brązowowłose aniołki w jednakowych błękitnych piżamkach w obłoczki spojrzały na siebie niepewnie.

– Czy ty jeszcze możesz nam urodzić dzidziusia? – wyrwała się Paulinka, natychmiast skarcona spojrzeniem starszej siostry, która zapewne chciała najpierw sama zbadać grunt i przygotować się teoretycznie do poważnej rozmowy.

– To nie zależy tylko ode mnie.

– A od czego? – Klaudia była konkretna. Zwłaszcza jak już się na coś nastawiła.

– Nooo… – Danka nie wiedziała, jak wybrnąć. – Od tatusia, czy on też by chciał, od tego czy…

– Co miałbym chcieć? – Tomek wetknął do pokoju świeżo ostrzyżoną głowę.

Danka spojrzała na niego z nadzieją. Nie była jeszcze pewna, czy przyszedł ratunek, czy ostateczne pogrążenie.

– Nowego dzidziusia! – wykrzyknął zgodny dziecięcy duet.

– Aleście wymyśliły! – Tomek zaśmiał się, po czym wszedł, by ucałować córki na dobranoc. – Dwie duże rozrabiaki w zupełnością mi wystarczą. Nawet was ciężko zagonić do łóżek, jak same widzicie. Więc teraz już spać, raz-dwa! A ty chodź, Danusia, bo twoje M jak miłość zaraz się zacznie. – Objął żonę wpół, wyprowadzając z pokoju, i na tym rozmowa się zakończyła.

Ale Danka, nim zasiadła na wygodnej kanapie w objęciach Tomka, zajrzała do łazienki. Zbliżyła twarz do lustra i rozciąg­nęła skórę na czole. Przejeżdżając palcem po ledwo widocznej zmarszczce, przypomniała sobie dawną rozmowę z przyjaciółką, gdy w czasie studiów Alicja spędzała u niej parę dni, uciekając przed zaborczym narzeczonym. Rozmarzyły się któregoś razu na temat przyszłości. Danka, choć nie znała wtedy Tomka, już miała bardzo sprecyzowane plany. „Jak wyjdę za mąż za porządnego chłopaka, to od razu po ślubie najpierw jedno dziecko, potem drugie, bo parka lepiej się chowa – stwierdziła. – A po kilku latach trzecie, żeby się odmłodzić”. Ta scena pojawiła się teraz przed jej oczami jak żywa.

Właściwie czemu nie? Może to nie jest taki głupi pomysł? Zmarszczki na czole nie są takie duże, jeszcze byłaby z niej młoda mama jak malowanie. I dziewczynki byłyby szczęśliwe. A Tomek… pewnie koniec końców też.

I tak ziarenko zostało zasiane i powolutku zaczęło kiełkować, wypuszczając listek po listku.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI