Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jedno lato. Jedna decyzja i konsekwencje, których nie da się zignorować.
Tamtego lata w Pacific Shores Darby po raz pierwszy poczuła, że naprawdę żyje. Leo, surfer z blizną nad sercem i oceanem w oczach, nauczył ją wolności, odwagi i tego, że jej ciało i wybory należą tylko do niej. Ich miłość była intensywna jak przypływ i równie niebezpieczna. A potem przyszła noc, która odebrała im wszystko.
Dziesięć lat później Darby ma wyjść za mąż z rozsądku. Leo jest sławny, ale wciąż nie potrafi zapomnieć o dziewczynie, która zniknęła bez pożegnania. Jeden list zmusza ich do zmierzenia się z przeszłością i tajemnicami, które zbudowały mur trudny do przebicia. Czy kiedy los da im drugą szansę, odważą się ją wykorzystać?
To emocjonalna historia o pierwszej miłości, stracie, drugiej szansie i sile wyboru własnej drogi. Dla czytelniczek romansów pełnych tęsknoty, namiętności i motywu second chance.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 471
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:
Heathen & Honeysuckle (Pacific Shores Series Vol. 1)
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska
Wydawczyni: Ewelina Czajkowska
Redakcja: Ewa Kosiba
Korekta: Kinga Dąbrowicz
Projekt okładki: Wojciech Bryda
Zdjęcie na okładce: © R / Stock.Adoce.com
Wyklejka: © OHishi_Foto / Stock.Adobe.com
DTP: Maciej Grycz
Heathen & Honeysuckle: Copyright © 2025 by Sarah A. Bailey
Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Ewelina Gałdecka, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone.
Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-791-4
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Wszystkim zagubionym duszom, które wciąż się odnajdują, oraz wszystkim grzecznym dziewczynkom, które chcą być troszeczkę niegrzeczne. Jesteście ze mną bezpieczne. (Z Leo również).
OstrzeżenieZostań ze mną to książka dla dorosłych czytelników. Zawiera treści o trudnym ładunku emocjonalnym oraz o charakterze seksualnym. Szczegółowe informacje można znaleźć na stronie: www.sarahbaileyauthor.com
Teraz, 7 maja
Ten list jest spóźniony o dziesięć lat. Boże, tak mi przykro. Tak bardzo, bardzo mi przykro.
Zawsze chciałam, żebyś wiedział, że to wszystko nie miało nic wspólnego z Tobą. Tak bardzo za Tobą tęskniłam. Nadal tęsknię. Zawsze miałam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane Cię spotkać. Choćby po to, by się wytłumaczyć, dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej. Zasługujesz na coś więcej niż list, na coś więcej niż rozmowa telefoniczna, ale obawiam się, że niczego więcej niż ten list nie mogę Ci zaoferować. Obawiam się, że szansa na ponowne spotkanie, na rozmowę z Tobą, szybko wymyka mi się z rąk.
Za dwa tygodnie wychodzę za mąż.
Jackson nie jest złym człowiekiem. Oboje zostaliśmy wychowani w przekonaniu, że tak właśnie powinno wyglądać nasze przeznaczenie, że biorąc ślub, realizujemy jakiś wyższy cel, ale on nie jest moją drugą połową. Nigdy nie był. Wiem, że nie mogę go pokochać, ponieważ próbowałam. Wiem, że nie mogę go pokochać, bo na własne oczy widziałam, jak wygląda prawdziwa miłość. Pochłaniająca do cna, przepełniająca duszę, jedyna na całe życie. Znam ją z pierwszej ręki. Doświadczyłam jej. To, co łączy mnie z Jacksonem, nie jest takim uczuciem, i myślę, że gdzieś głęboko w środku on również ma tego świadomość. Mimo to nadal orbitujemy wokół siebie,przygotowując się do tej chwili przed ołtarzem, kiedy na zawsze się ze sobą zwiążemy. A ja się obawiam, że właśnie wtedy moje życie – życie, jakie sobie wymarzyłam – się skończy.
Chyba właśnie dlatego piszę ten list. Żeby przelać te słowa na papier – podzielić się nimi z kimś – nawet jeśli dobrze wiem, że nigdy ich do Ciebie nie wyślę. Dawno temu to Ty byłeś osobą, której o wszystkim mówiłam i której ufałam najbardziej na świecie. I myślę, że być może nadal nią jesteś. Sama nie wiem, jak to o mnie świadczy, że ktoś, do kogo zwracam się w najtrudniejszych chwilach, ktoś, za kim tęsknię, kiedy czuję się samotna, ktoś, komu wciąż zwierzam się ze swoich najgłębszych obaw i najdzikszych marzeń, jest jednocześnie osobą, którą najokrutniej zdradziłam.
Może poślubienie mężczyzny, którego tak naprawdę nie kocham, i odsiedzenie wyroku dożywocia w domu, który nigdy nie wydawał mi się prawdziwym domem, to kara za to, co Ci zrobiłam. Co zrobiłam nam.
Co za głupia myśl!
Nic mi nie jest. Jestem bezpieczna. Wszystko będzie dobrze.
Po prostu chciałam, żebyś wiedział, że żałuję. Mam nadzieję, że u Ciebie również wszystko w porządku.
Wiciokrzew
Wtedy, 2 czerwca
Odwracam się i rozglądam po swoim nowym pokoju, podczas gdy z głośników płynie piosenka Kacey Musgraves. Przez otwarte okno, które wychodzi na ocean, wpadają orzeźwiająca bryza i promienie słońca. Pachnie świeżym powietrzem i słoną wodą. Lato w Crestwell w Kansas nigdy nie miało takiego zapachu.
Byłam wściekła na tatę, kiedy powiedział, że spędzę te miesiące u mojej babci w Kalifornii. Nie mam pojęcia, co się wydarzyło pomiędzy moimi rodzicami i siostrą. Wiem jedynie, że kiedy dwa tygodnie temu wróciłam ze szkoły i zastałam ich troje siedzących przy eleganckim stole w jadalni, twarz taty była czerwona z wściekłości, matki – blada i pozbawiona emocji, a siostry – skąpana we łzach.
Dahlia ciągle wycinała jakieś numery: uciekała z domu, wagarowała, umawiała się z chłopakami, których tata nie akceptował. Kiedy w zeszłym roku skończyła liceum, rodzice zmusili ją do zaczęcia studiów na Wichita State, uznawszy, że to najlepszy sposób, żeby mieć ją na oku. Najwyraźniej jednak coś musiało pójść nie tak, bo kiedy przyjechała do domu na zakończenie semestru wiosennego, rozpętało się piekło.
Tamtego wieczoru nie pozwolili mi z nią porozmawiać, nie powiedzieli, co zrobiła ani co się stało, a jedynie poinformowali, że wyjadę na lato do Kalifornii, podczas gdy oni posprzątają „bałagan”, którego narobiła moja siostra.
Wyłączyli jej komórkę i mogę zamienić z nią kilka słów jedynie w czasie cotygodniowych połączeń przez Skype’a z mamą i tatą w niedzielne popołudnia. Nigdy do tej pory nie musiałam tak długo wytrzymywać bez widzenia się z siostrą. A co dopiero bez rozmowy z nią. To moja najlepsza przyjaciółka, jedyna solidna, niezawodna, stała siła w moim życiu. Mimo że jest uosobieniem chaosu.
Następnego dnia po tamtym wieczorze Dahlia wróciła na uniwersytet, żeby spakować rzeczy. Towarzyszyła jej mama – bez wątpienia po to, by ją pilnować. Ja spędziłam cały tydzień na zdawaniu egzaminów końcowych. Ostatni dzień roku szkolnego był dopiero wczoraj, ale tata wsadził mnie do pierwszego samolotu do San Diego.
Teraz, kiedy miałam już czas, aby się oswoić z nowinami, że spędzę lato z dala od rodzinnego miasteczka, że rozdzielono mnie z siostrą i nie mam pojęcia, co się dzieje w domu, zaczynam się otwierać na możliwość cieszenia się pobytem tutaj. Moje ponure myśli przejaśniają się stopniowo, od kiedy podczas lądowania zobaczyłam rozciągający się w dole przejrzysty błękit Pacyfiku.
Nigdy nie mieszkałam w pobliżu plaży. Dotyku wody oceanu doświadczyłam jedynie kilka razy, z czego większość w czasie wakacji w dzieciństwie. Zawsze jednak podobała mi się taka wizja. Życie wolne od rygoru. W takich niewielkich miejscowościach jak Pacific Shores wszystko wydaje się nieco spowolnione. I łatwiejsze.
Dom mojej babci stoi na klifie, z którego roztacza się widok na molo u stóp wzgórza. Babcia jest twardą, surową kobietą, zamkniętą w sobie i arogancką, ale zawsze dobrze się dogadywałyśmy. Wydaje mi się, że widzi we mnie to, czego moi rodzice nie potrafią dostrzec. Nie umiem tego inaczej wytłumaczyć. Mam jej oczy i włosy w takim samym kolorze, choć jej powoli zaczynają siwieć. Przy niej nie staram się tak bardzo ukrywać emocji, bo i tak udaje jej się mnie przejrzeć. Nie mam więc wyjścia: muszę być z nią szczera – i w jakiś sposób jest to wyzwalające.
Babcia przeznaczyła dla mnie pokój gościnny z widokiem na ocean. Kupiła nową pościel w kolorze kremowym i delikatnej żółci. Powiedziała, że kojarzy jej się ze słonecznym dniem, tak samo jak ja. Żółty to mój ulubiony kolor, ale nie sądzę, żebym ją kiedykolwiek o tym informowała. I nie wydaje mi się, by moi rodzice to zapamiętali, gdybym im o tym wspomniała. Ale babcia… po prostu mnie rozumie.
Ta świadomość w połączeniu z zapachem oceanu i możliwościami, jakie niesie ze sobą początek lata, sprawia, że zabierając się do rozpakowywania, czuję przypływ optymizmu.
Będę tęsknić za przyjaciółmi. Za rodzicami. Za własnym łóżkiem. Za Dahlią. Ale mam słońce, piasek, nowe miejsca do odwiedzenia i restauracje do wypróbowania. A może nawet nowych ludzi do poznania.
Głęboko w kościach czuję, że to lato w Pacific Shores w Kalifornii może odmienić moje życie.
Podskakuję, kiedy coś stuka głośno o ścianę domu pod moim oknem. Odczekuję chwilę, żeby sprawdzić, czy sytuacja się powtórzy. I tak się dzieje. Tym razem ściana wydaje się drżeć delikatnie, jakby ktoś czymś w nią rzucił. Podchodzę do okna i odsuwam beżową zasłonę.
– Nie wiem, co to za muzyka, której słuchasz, ale jest do bani!
Wystawiam głowę z okna na piętrze i ze zmarszczonymi brwiami spoglądam w kierunku źródła głosu. W moje orzechowe oczy spogląda para najjaśniejszych niebieskich tęczówek, jakie w życiu widziałam. Chłopak z włosami w kolorze piasku, gęstymi, rozczochranymi i opadającymi na uszy, uśmiecha się do mnie szeroko. Na jego policzkach pojawiają się dołeczki i wydaje mi się, że moje serce się zatrzymuje.
Jest lekko opalony, skórę na piersi ma gładką, kiedy tak stoi pod domem mojej babci bez koszulki. Jego szyję zdobi sznurkowy naszyjnik. Ubrany jest jedynie w piaskowe szorty plażowe i Vansy w czarno-białą kratkę. Przy boku trzyma deskę surfingową. Dostrzegam ciemne linie tatuażu wijące się po jego żebrach, ale nie widzę dokładnie, co przedstawia.
– Nie jesteś Diane – zauważa, a ten łobuzerski uśmiech nie znika mu z twarzy.
– Nie – odpowiadam bez tchu. – Jestem jej wnuczką.
Przygląda mi się przez chwilę.
– Cóż… Witaj w Pacific Shores…
– Darby – mówię.
Śmieje się.
– Darby. Witaj w Pacific Shores, Darby.
Mrugam zaskoczona.
– Och! Dziękuję…
– Ale muzyka, której słuchasz, naprawdę jest do bani. Możesz ją przyciszyć?
Czuję, jak moje nozdrza się rozdymają. Rozważam zatrzaśnięcie okna i wyłączenie muzyki. Nie wiem, dlaczego od razu przyjmuję taką defensywną postawę. Nie muszę niczego nikomu udowadniać. To nie zbrodnia słuchać muzyki country w zaciszu własnej sypialni. Ale i tak czuję się dziwnie zawstydzona. Moje pierwsze wrażenie – ten chłopak jest jedną z najpiękniejszych osób, jakie w życiu widziałam. Jego – ta dziewczyna ma fatalny gust muzyczny.
Nadal uśmiecha się żartobliwie, kiedy przez moją twarz przemykają kolejne emocje. Biorę wdech, uspokajam się i w końcu mówię:
– A może ja będę robić to, na co mam ochotę, a ty wyniesiesz się z mojego podwórka?
Unosi brew w wyrazie zaskoczenia, ale zaraz wybucha śmiechem, który kojarzy mi się z dzwonkami wietrznymi poruszanymi przez bryzę. Jest taki beztroski i dziecięcy, w przeciwieństwie do wyglądu chłopaka.
– Okej… Nowa dziewczyna w miasteczku ma pazurki. – Jego głos robi się nieco ochrypły. – Podoba mi się to.
– Możesz sobie pójść i dać mi w spokoju posłuchać mojej okropnej muzyki country? Wszedłeś na teren prywatny.
Uśmiecha się łobuzersko. Błękitne oczy idealnie pasują do oceanu ciągnącego się aż po horyzont za jego plecami. Wygląda jak na zdjęciu z czasopisma dla surferów.
– Przez podwórko twojej babci prowadzi droga na skróty do zatoki. A tak przy okazji: ona mnie kocha. – Coś w wyrazie jego twarzy mówi mi, że to nieprawda. – Sugeruję jedynie, żebyś, skoro już będziesz mieszkać przy plaży, przerzuciła się na, powiedzmy, Boba Marleya. Albo Vance Joy? No wiesz, dopasujesz się do tubylców. Taka mała przyjacielska rada. – Puszcza do mnie oko.
Przewracam oczami.
– Nie mieszkam tu. Wpadłam tylko z wizytą.
Przechyla głowę.
– Skąd jesteś?
– Z Kansas – odpowiadam niepewna, dlaczego mu pobłażam.
Znowu się śmieje w ten irytująco uroczy sposób.
– To tłumaczy twój akcent.
– Nie mam żadnego akcentu.
Powoli unosi brew.
– Ależ masz. Brzmisz, jakbyś mówiła z miodem w ustach.
– A ty, jakbyś pieprzył głupoty. Skąd ten akcent? – Uśmiecham się, ale zaraz zaciskam wargi. Nigdy tak nie mówię. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło.
Posyła mi uśmiech, który może zwiastować jedynie kłopoty.
– Taaak… Wiciokrzew.
– Słucham?
– Kojarzysz mi się z wiciokrzewem*. Nektar słodki niczym miód, zupełnie jak dźwięk twojego głosu. Ale jego jagody są zdradliwe. Jeśli je zjesz, możesz się nimi otruć. – Lekko wzrusza ramionami. – Piękne i śmiertelnie niebezpieczne.
Moja skóra płonie. Policzki mam tak czerwone, że pewnie widzi to nawet z tego miejsca pod domem, w którym teraz stoi. Dołeczki na jego policzkach pojawiają się ponownie – kpiące i wszechwiedzące. Intensywność jego spojrzenia wyciska mi powietrze z płuc. Jakby był w stanie wyczytać każdą myśl, która przebiega mi przez głowę.
Cofam się gwałtownie, zatrzaskuję okno i zaciągam zasłony.
Przysięgam, że niemal słyszę radosne dzwonki jego śmiechu cichnące na zewnątrz.
Pocieram twarz dłonią i biorę się w garść po tym przedziwnie elektryzującym spotkaniu. Odwracam się i wzdrygam, kiedy w moich drzwiach pojawia się jakaś sylwetka.
Babcia ma na sobie letnią sukienkę w kwiatowy wzór i słomkowy kapelusz. Jej rękawice ogrodnicze są pokryte ziemią, co oznacza, że była na zewnątrz i zajmowała się kwiatami przez całą moją wymianę zdań z chłopakiem, którego imienia nie poznałam.
Splatając ręce na piersi, gromi mnie wzrokiem.
– Ten chłopiec to bezbożnik. Jeśli jesteś mądra, będziesz się trzymać od niego z daleka.
– Zgadzam się – odpowiadam, choć mam świadomość, że nie jestem tak mądra, za jaką mnie uważa.
Bezbożnik
Teraz, 18 maja
Dzwonek nad drzwiami sygnalizuje mi, że ktoś wchodzi do sklepu. Podnoszę wzrok i widzę ciemne, błyszczące oczy uśmiechniętego Everetta.
– Przyszedłem cię zastąpić, partnerze.
Ściągam brwi.
– Dlaczego?
Według grafiku mam dziś zmianę aż do zamknięcia. Zawsze pracuję we wtorki – to jedyny dzień, kiedy mogę mniej się skupić na swojej wymagającej karierze, a bardziej na tym, co sprawiło, że w ogóle wkroczyłem na jej ścieżkę: dziecięcej pasji, która niegdyś mnie napędzała.
To moja forma terapii – stanie za ladą naszego sklepu i przyglądanie się dzieciakom wchodzącym do środka z zachwytem w oczach i błagającym rodziców o nowe deski. Oraz to, że ludzie mnie rozpoznają – nie z okładek w „Sports Illustrated” czy „GQ”, ale ze względu na zdobyte przeze mnie mistrzowskie tytuły i rekordy, które ustaliłem. I że proszą mnie o radę, ponieważ pewnego dnia chcą być tacy jak ja.
To jedyne, co sprawia, że nadal surfuję zawodowo.
W ciemnobrązowych oczach mojego brata pojawia się radosny błysk, kiedy posyła mi krzywy uśmieszek. Masywną, pokrytą tatuażami ręką przyciska do lady kopertę.
– Dostałeś list. Uznałem, że pewnie chciałbyś go przeczytać w domu.
Mrużę oczy.
– Ktoś mnie pozwał?
Śmieje się.
– Nie. Po prostu… zaufaj mi.
Obchodzę ladę i zabieram mu list. Kiedy spoglądam na adres zwrotny, oddech więźnie mi w gardle.
– To jakaś ściema?
Uśmiech Everetta blednie, jakby dopiero teraz dotarło do niego, jak ona nadal na mnie działa.
– Nie widzę powodu, dla którego miałoby tak być. Ale nie dowiesz się, dopóki nie otworzysz.
Z zaciśniętym żołądkiem wymijam go szybko i wypadam z naszego sklepu ze sprzętem do surfowania, po czym pokonuję dwadzieścia jardów, które dzielą wejście do niego od mojego mieszkania na tyłach budynku. Wchodzę na górę.
Gdy tylko zamykają się za mną drzwi, rozdzieram kopertę.
Pozwalając jej upaść na podłogę, rozkładam pojedynczą kartkę wyjętą ze środka. Na widok odręcznego pisma, które pamiętam równie dobrze jak własne, moje serce się otwiera, a jej słowa torują sobie drogę przez szczeliny.
Wiciokrzew
Wtedy, 7 czerwca
Woda rozchlapuje się wokół moich kostek, kiedy kopię fale spokojnie liżące brzeg w ten cichy poranek. Słońce dopiero wzeszło, poznaczone różowymi i fioletowymi chmurami niebo ma kojący niebieskozielony kolor z pomarańczowymi przebłyskami. Plaża jest niemal pusta, po piasku spaceruje jedynie garstka ludzi.
W pewnej odległości widzę stojącą w kółeczku grupkę surferów, którzy wyglądają, jakby przygotowywali się do wejścia do wody, gdy tylko słońce wyjrzy zza wierzchołków gór za nami. Idę przed siebie ze spuszczoną głową i z sandałami dyndającymi w jednej dłoni, wpatrując się w piasek w poszukiwaniu muszelek. Zbliżywszy się do surferów, omijam ich szerokim łukiem. Nagle czuję się nieswojo. Większość z nich wygląda, jakby byli moimi rówieśnikami, a ja od zawsze nie cierpiałam być wykluczoną dziwaczką. Decyduję, że nie będę nawet próbować zagadywać, i po prostu przechodzę obok, jakbym ich nie widziała.
Kiedy ich mijam, rozlega się melodyjny, dźwięczny śmiech, który odróżnia się od reszty.
– Wiciokrzew? To ty?
Śmiech natychmiast cichnie.
Podnoszę głowę i widzę wpatrzone we mnie pięć par oczu, ale tylko jedna z nich ma ten głęboki błękitny odcień oceanu. Przenoszę wzrok na jego usta, a potem na równie rozpraszające dołeczki, które pojawiają się w policzkach, kiedy się do mnie uśmiecha.
– Co ty tu robisz tak wcześnie rano? – pyta.
Spoglądam na otaczających go towarzyszy. Ciemnowłosy i ciemnooki chłopak oraz dziewczyna, która wygląda dokładnie jak on, patrzą na mnie z zaciekawieniem. Jej kręcone włosy są upięte w nieporządny kok, piankę ma rozpiętą i zwiniętą wokół talii. Wygląda spod niej czarne bikini – odsłaniające o wiele więcej niż cokolwiek, co wolno mi nosić – a ona wydaje się tym zupełnie nie przejmować. Chłopak zerka na Bezbożnika – jak zdecydowałam się go nazywać, skoro nie znam jego imienia – ze znaczącym uśmieszkiem.
Dwaj ich koledzy – jeden z krótkimi czarnymi włosami i brązowymi oczami, a drugi zielonooki z ciemniejszą cerą i wyglądający na młodszego od pozostałych – również mi się przyglądają. Dociera do mnie, że nie odpowiedziałam.
– Wybrałam się na spacer – mamroczę, ponownie spuszczając głowę, żeby ukryć twarz.
– Naprawdę nazywasz się Wiciokrzew? – pyta chłopak, który ma siostrę bliźniaczkę. A przynajmniej zakładam, że on i dziewczyna obok niego są bliźniętami. Albo po prostu rodzeństwem.
– Nie. Nazywam ją Wiciokrzewem, bo jej usta mi go przypominają. Słodkie, ale niebezpieczne. – Bezbożnik się uśmiecha. – Mieszka na Oceanside Drive, wprowadziła się w zeszłym tygodniu.
Chłopak obok niego prycha.
– I oczywiście już wiesz, jak smakują jej usta.
Moje policzki płoną z upokorzenia. Odwracam twarz od grupy i plaży za ich plecami. Położone na wschodzie góry nagle wydają mi się znacznie bardziej interesujące. Biorę głęboki wdech przez nos, uspokajając się, żeby rumieniec zniknął, a gdy z powrotem kieruję wzrok w ich stronę, patrzę jedynie na Bezbożnika.
Jego twarz przybiera wyraz powagi, do której nie wydawał mi się zdolny. Popycha kolegę tak mocno, że ten wpada na deskę surfingową leżącą na piasku, przewraca się do tyłu i ląduje na niej.
– Nie o to mi chodziło, dupku!
Nic nie mówię, za bardzo tym wszystkim zawstydzona. Grupa nieznajomych uważa, że całowałam się z facetem, którego nawet nie znałam, kiedy przyjechałam do miasteczka.
– Nazywam ją Wiciokrzewem ze względu na dźwięk jej głosu i ten uroczy wiejski akcent – wyjaśnia Bezbożnik.
Śliczna dziewczyna kiwa na mnie głową. Ten ruch przykuwa moją uwagę.
– Powiedz coś. Chcę usłyszeć twój akcent.
– Nie mam akcentu – burczę cicho. – Powiedziałam, że jestem z Kansas, a on się do tego przyczepił.
Dziewczyna parska.
– Rzeczywiście trochę zaciągasz.
Moje policzki ponownie się rozgrzewają. Spoglądam na horyzont, jakby miał mi zdradzić coś, co powinnam wiedzieć.
– Powiedziałam babci, że niedługo wrócę, więc muszę już iść do domu. – Wymijam całą grupkę oraz deski, które przygotowali na piasku. – Miło było was poznać – dodaję, machając niezręcznie na pożegnanie.
– Odprowadzę cię! – woła Bezbożnik, podbiegając do mnie, po czym zarzuca mi rękę na ramiona, jakbyśmy znali się od lat. Pachnie pomarańczami i wodą z oceanu.
Strząsam z siebie jego ramię.
– Nie trzeba. Poradzę sobie.
Jego przyjaciele śmieją się za naszymi plecami.
– Mówiłem wam, że jest niebezpieczna! – krzyczy do nich kompletnie nieprzejęty. – Nie musisz ze mną rozmawiać, ale i tak cię odprowadzę – rzuca nonszalancko, idąc krok za mną.
– Dlaczego?
– Bo teraz już wiem, że będziesz wracać sama. Muszę się upewnić, że dotarłaś bezpiecznie. Jeśli pozwolę ci odejść i nigdy więcej cię nie zobaczę, przez resztę życia będę się zadręczał, że coś ci się stało. Nie chcę musieć się zastanawiać, czy mogłem temu zapobiec, więc dopilnuję, żebyś wróciła cała i zdrowa.
Zatrzymuję się i odwracam do niego.
– Ale jeśli dzisiaj dotrę do domu bezpiecznie, a jutro zostanę porwana i zamordowana, wszystko będzie w porządku, bo nie będziesz ostatnią osobą, która widziała mnie żywą?
Przybiera beznamiętną minę.
– To byłoby oczywiście okropne, Wiciokrzewie, ale… Tak, wtedy nie czułbym się winny.
– Dziwny jesteś.
– To część mojego uroku.
Nie silę się na odpowiedź.
– Przy okazji przepraszam cię za moich przyjaciół. Everett jest… idiotą.
– Everett? Ten, który insynuował, że wiesz, jak smakują moje usta?
Słyszę, jak przełyka ślinę.
– Tak. Jak powiedziałem, to idiota. Ale jego siostra bliźniaczka, Elena, jest w porządku. Właściwie są moim rodzeństwem.
Nadal idę o krok przed nim.
– A pozostali dwaj?
– Zach i August. Bracia – odpowiada, doganiając mnie. Spoglądam na niego zaciekawiona, bo ci dwaj w ogóle nie są do siebie podobni. Śmieje się. – Zach, ten starszy, został adoptowany. August pojawił się parę lat później.
Potakuję nieobecnym ruchem i przez chwilę idziemy wzdłuż plaży w milczeniu. Zachwycam się barwami nieba i tym, jak kontrastuje z wodą. Horyzont wydaje się nieskończony – niemal jakby pozwalał zobaczyć, jak świat się zakrzywia. Nie przestaje wiać, ale przy coraz mocniej grzejącym słońcu bryza jest ożywcza. Uspokajająca. Niezawodna. Palmy trzepoczą nad naszymi głowami, miasto zaczyna się budzić. Dobiega mnie dźwięk dzwonków nad otwierającymi się i zamykającymi drzwiami do sklepów. Zapach kawy z kafejki na promenadzie. Szum samochodów pędzących autostradą międzystanową biegnącą wzdłuż klifów nad nami.
Oddalamy się od plaży i kierujemy drogą wiodącą na wzgórze przez dzielnicę mieszkalną. Chłopak idzie pomiędzy jezdnią a mną, zawsze o krok w tyle, jakby był gotowy w każdej chwili interweniować. Dociera do mnie, że jest z natury opiekuńczy. Uświadamiam sobie również, że nie wiem o nim nic poza tym oraz faktem, że surfuje i lubi się droczyć z dziewczynami, które dopiero poznał.
– Nie znam nawet twojego imienia – wyduszam. – W myślach nazywam cię Bezbożnikiem.
Słyszę, jak jego kroki zatrzymują się gwałtownie, i boję się, że może go obraziłam. Odwracam się w samą porę, żeby zobaczyć, jak jego twarz się rozświetla – niczym rozpalony właśnie ogień – kiedy wybucha głośnym śmiechem. Nie mogę się powstrzymać i wtóruję mu, a niedługo potem oboje leżymy na chodniku zgięci w pół, kompletnie bez tchu.
– Wiesz, kim jest bezbożnik? – pyta.
Wzruszam ramionami.
– Moja babcia tak cię nazwała. Myślałam, że miała na myśli kogoś w rodzaju… przestępcy?
Znowu się śmieje.
– I myślisz, że nim właśnie jestem, słodka?
Odwracam wzrok.
– Wyglądasz mi na kogoś, kto nieszczególnie przejmuje się przestrzeganiem zasad.
Swobodnym gestem wsuwa dłonie do kieszeni szortów, a ja czuję wdzięczność, że tym razem włożył koszulkę. Nadal chichocze, kiedy prowadzi mnie dalej na wzgórze.
– Przejmuję się przestrzeganiem właściwych zasad, ale chyba… Cóż, chyba rzeczywiście jestem bezbożnikiem. – Odwraca się i idzie teraz tyłem, żeby móc na mnie patrzeć. – Wiesz, co dokładnie oznacza „bezbożnik”?
– Coś mi mówi, że poinformujesz mnie tak czy inaczej, więc proszę bardzo – mamroczę pod nosem, idąc za nim.
– Bezbożnik to ktoś, kto nie praktykuje żadnej formalnej religii, choć pewnie twoja definicja jest bardziej zbliżona do współczesnego, metaforycznego pojmowania tego terminu. – Wzrusza ramionami. – Nie mylisz się jednak. Nie wyznaję żadnej religii i niezbyt przejmuję się większością zasad społecznych.
– Nie wierzysz w Boga? – dukam.
– Wierzę w jakąś siłę wyższą. Boską interwencję. Wszechświat. Nazwij to, jak chcesz. – Odwraca się i idzie teraz tyłem do mnie. Bezskutecznie staram się zignorować to, jak mięśnie jego ramion napinają się przy każdym kroku. – Ale czy wierzę, że jakiś koleś w białej szacie ukarze mnie, bo nie stosuję się do zasad spisanych w starej jak świat książce? Nie, nieszczególnie.
Z trudem zduszam westchnienie. Mówi to tak swobodnie, tak kompletnie bez lęku.
– Nie o to w tym wszystkim chodzi – protestuję, przełknąwszy ślinę. – Chodzi o bycie dobrym człowiekiem. Niektórzy biorą Biblię bardziej dosłownie od innych, ale tam, skąd pochodzę, wierzymy, że Bóg wymaga od nas jedynie, żebyśmy się starali być dobrymi ludźmi. Pomagali innym. Mieli w sobie empatię. Byli życzliwi.
– Ja również wierzę w te zasady, Wiciokrzewie. Po prostu nie sądzę, że tylko człowiek bogobojny może żyć w zgodzie z nimi. Zamierzam być dobrym człowiekiem, ponieważ tego chcę, a nie dlatego, że ktoś inny powiedział mi, że powinienem.
Docieramy do schodów prowadzących do domu mojej babci, a on raz jeszcze odwraca się przodem do mnie.
– Rozumiem to – mówię. Właściwie to jestem pod wrażeniem jego słów, ale tego mu nie powiem. – Mnie wychowano na kogoś, kto przestrzega zasad. Chodź do kościoła w każdą niedzielę, nie przeklinaj, wracaj do domu przed wyznaczoną godziną i dawaj dobry przykład. Zdobywaj celujące oceny. Zawsze bądź grzeczna i cicha. Rób, co ci każą, i nie pyskuj. Nie wygłaszaj swoich opinii niepytana, a już nigdy w obecności mężczyzny. – Twarz Bezbożnika wykrzywia się w grymasie przypominającym obrzydzenie. Otrząsam się z wrażenia, jakie to na mnie wywiera, i dodaję: – Nie zadawaj się z dzieciakami, które sprawiają kłopoty… – Z dzieciakami takimi jak moja siostra, chciałby zapewne dodać mój ojciec, ale nigdy tego nie robi. Przekręcam złotą obrączkę na palcu serdecznym lewej dłoni. To nerwowy tik, który mam od lat. – Zachowaj wstrzemięźliwość do ślubu. – Zamykam usta. Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam.
Bezbożnik uśmiecha się ze zrozumieniem, zerkając na obrączkę.
– Myślę, że musisz się nauczyć odróżniać zasady, które są istotne, od tych istniejących jedynie po to, żeby je łamać. – Pochyla się do przodu i wyciągając jedną rękę na bok, kłania się teatralnie. – Cóż… Oficjalnie dotarłaś do domu. Nie jestem już odpowiedzialny za twoje bezpieczeństwo. – Prostuje się i uśmiecha, pokazując te swoje dołeczki w pełnej krasie. – Do następnego razu, kiedy cię zobaczę, oczywiście.
Zastanawiam się, dlaczego czuje potrzebę wzięcia na siebie odpowiedzialności za coś takiego jak moje bezpieczeństwo. Pewnie traktuje tak wszystkich wokół siebie.
– Mówisz to, jakby miał być następny raz.
Żartobliwie wzrusza ramionami.
– Powiedziałem ci, że wierzę w boską interwencję, prawda? Sam nie wiem… Coś mi mówi, że to nie jest ostatnia chwila, którą z tobą spędzam. – Wkłada ręce do kieszeni i odwraca się na pięcie, jakby chciał mi zostawić te słowa do przemyślenia. – Nawiasem mówiąc, mam na imię Leo. Do zobaczenia, Wiciokrzewie.
– Jeśli dalej będziesz mnie nazywać Wiciokrzewem, ja będę cię nazywać Bezbożnikiem! – wołam za nim, kiedy odchodzi.
W odpowiedzi dobiega mnie jego dźwięczny śmiech, którego echo czuję aż w kościach.
Wiciokrzew
Teraz, 28 maja
Odwracam spojrzenie od okładki magazynu leżącego na środku stolika kawowego w apartamencie panny młodej. Nie da się od niego uciec! Zawsze tak było, ale dziś, ze wszystkich innych dni, naprawdę nie potrzebuję jego twarzy w zasięgu wzroku.
Dobrze mi szło unikanie okładek z jego zdjęciami i tłumienie pokusy oglądania jego występów na zawodach. Wywiadów. Starych nagrań. Tabloidowych spekulacji o jego poliamorycznych związkach z modelkami i dziedziczkami fortun.
Ale oczywiście dzisiaj musiało się tak złożyć, że zdobi okładkę wydanego dobre trzy lata temu numeru „Sports Illustrated”, leżącego na stoliku w apartamencie panny młodej przylegającym do kościoła, w którym mam wziąć ślub.
Odrywam od niego wzrok, odwracając na palcu ostentacyjnie wielki pierścionek z diamentem z nadzieją, że uspokoję w ten sposób trzęsącą się dłoń. Wokół mnie rozbrzmiewają rozmowy, śmiech i muzyka, ale ja nie słyszę żadnego dźwięku.
Jakaś kobieta, której imienia nie potrafię zapamiętać, oddziela pasmo moich włosów i nawija je na dużą lokówkę. Przełykam ślinę, kiedy kątem oka dostrzegam białą suknię wiszącą na drzwiach.
Moje dłonie ponownie zaczynają drżeć.
Mama Jacksona zerka na mnie znad książki, którą czyta w kącie pokoju. Gniewny grymas wydaje się na stałe przyklejony do jej twarzy, ale widzę, że dzisiejsze spojrzenie ma w sobie więcej dezaprobaty niż zwykle. Odwracam wzrok i spoglądam na swoje odbicie w lustrze. Pomimo ogromnej ilości korektora nadal mam cienie pod oczami. Moje policzki wydają się zapadnięte, a twarz chyba już na zawsze przybrała taki sam wyraz jak oblicze mojej przyszłej teściowej.
Nie. Na mojej maluje się ból, nie rozczarowanie.
Z wysiłkiem unoszę kąciki ust, żeby się uśmiechnąć, jak przystało na pannę młodą w najpiękniejszym dniu jej życia, ale moje oczy nie potrafią kłamać równie dobrze, więc nie wypada to wiarygodnie.
Zastanawiam się, jak to możliwe, że jestem w pokoju z tyloma osobami, a jednak żadna z nich nie dostrzega rozpaczy kryjącej się w moim spojrzeniu. Ani moje przyjaciółki, które pracują ze mną w tej samej szkole podstawowej i teraz siedzą sobie razem w głębi pokoju, pociągając szampana, jakby w ogóle zapomniały o mojej obecności. Ani moja matka. Wolałabym mieć za druhny przyjaciółki z college’u, a nawet Maggie – moją szefową z kwiaciarni, w której pracowałam w Wichita – ale nie dane mi było wybrać kobiet, które staną dziś ze mną przy ołtarzu. Zrobiła to moja matka.
Poza jedną osobą.
Dahlia wpada przez drzwi apartamentu chwilę później. Policzki ma zaróżowione, jej szyfonowa suknia pierwszej druhny kołysze się w rytm kroków. Krąży po pokoju, przynosząc mi biżuterię i przypominając wszystkim, ile czasu zostało na przygotowania.
Pochyla się nad stołem i szuka czegoś w papierowej torbie, a wtedy zauważa moje odbicie w lustrze. Zastyga gwałtownie i przez dłuższą chwilę wpatrujemy się w siebie. Potrafi mnie odczytać lepiej niż ktokolwiek inny na tym świecie i widzi w mojej twarzy każde słowo, którego nie wolno mi wypowiedzieć.
Nie mogę tego zrobić.
Wiem, że nasi rodzice nieprzypadkowo włożyli tyle wysiłku, żeby trzymać nas dwie z dala od siebie. Zawsze uważali, że Dahlia ma na mnie zły wpływ. Nie umieli zapanować nad starszą córką już od dnia jej urodzenia. Zawsze była buntowniczką, nie godziła się z ograniczeniami, które niosły ze sobą oczekiwania narzucane przez wychowanie. Ja z kolei – pod niemal wszystkimi względami – byłam jej przeciwieństwem.
Sprzeciwiała się mojemu związkowi z Jacksonem, od kiedy się tylko zaczął siedem lat temu, ale ja zainwestowałam zbyt dużą część swojego życia w niego, w to miasto i swoją karierę zawodową. To jedyne, czym mogę się poszczycić. Gdybym się teraz wycofała, zostałabym z niczym.
Dahlia może mieć gdzieś swoją reputację, zadowalanie rodziców czy znalezienie męża, który pasowałby do standardów naszego ojca. Ale ona ma coś, o co warto walczyć. Ma Lou, a to jest cenniejsze niż pozycja społeczna, status czy majątek.
Ja nie mam zupełnie nic.
Dahlia tego nie rozumie. Od dnia, kiedy poznałam Jacksona, namawia mnie, żebym go zostawiła. W głębi serca wie, że ten związek to tylko układ biznesowy. Chociaż nie z braku starań. Naprawdę próbowałam pokochać tego mężczyznę. I myślę, że on również, przynajmniej kiedyś. Jakimś cudem potrafię winić jedynie siebie. Myślę, że on ma tego świadomość. Że kiedy mnie całuje, trzyma za rękę i mówi mi, że mnie kocha, dobrze wie, że nigdy nie odwzajemnię jego uczuć. Że nie jestem już do tego zdolna.
Nie mogę go winić, że po tylu latach się poddał i w końcu zaakceptował ten układ takim, jaki jest: idealny (przynajmniej na papierze) związek dwóch pustych dusz.
Jackson dostanie firmę, na której budowanie poświęcił całe dorosłe życie. Biznes mojego ojca pozostanie tym samym w rękach rodziny bez konieczności przekazania go mojej siostrze lub mnie. Ja otrzymam rodzinny dom – w prezencie ślubnym od rodziców. A także akceptację i aprobatę mojego taty. Bezpieczeństwo finansowe, a może i dzieci, które pewnego dnia będę mogła kochać i otoczyć opieką.
I dopilnuję, żeby to wystarczyło.
Gdyby Dahlia wyczuła choćby ślad mojego… wahania co do tych zaślubin, na pewno coś by z tym zrobiła. Wykradłaby mnie w środku nocy. Zmusiła do przyznania się do myśli, które w sobie duszę.
Moi rodzice to wiedzą.
Ja to wiem.
Więc przystałam na zwiększenie dystansu pomiędzy nami. Dałam ojcu się namówić do wyprowadzki z domu, w którym mieszkałam z Dahlią i moją siostrzenicą Lou, i na czas przygotowań do wesela przeniosłam się z powrotem do rodziców. Mama przekonywała, że dzięki temu pomoże mi z planowaniem.
Nie umknęło mi również, że tuż po moich zaręczynach tata zaczął wysyłać Dahlię jako szefową działu marketingu swojej firmy deweloperskiej na liczne „konferencje” poza granicami stanu, rozdzielając ją nie tylko ze mną, ale również z jej własną córką. Niewiele było rzeczy, na które nie byłoby go stać, żeby tylko osiągnąć to, czego chciał, a mój ślub z Jacksonem nie stanowił w tej kwestii wyjątku.
Nie dzwoniłam do siostry tak często, jak powinnam. W czasie każdej rozmowy zapewniałam, że jestem szczęśliwa, i śmiałam się do słuchawki, a po zakończeniu połączenia zalewałam łzami. Wiedziałam, że jeśli pozwolę jej dostrzec prawdę kryjącą się pod moją maską, sama będę musiała stawić jej czoła.
Stawić czoła faktowi, że nigdy nie pokocham Jacksona tak, jak powinnam. Moi rodzice wiedzieli jednak, że nie pójdę do ołtarza, jeśli Dahlii przy mnie nie będzie. Niezależnie od tego, jaki mężczyzna by tam na mnie czekał, jeżeli nie byłoby tam mojej siostry, to mnie również. To dlatego w nocy przyleciała ze „spotkania biznesowego” z Chicago i rano popędziła do kościoła.
A teraz wpatruje się w moje odbicie w lustrze i widzi, jak maska ześlizguje mi się z twarzy. Dostrzega prawdę, którą wszyscy dookoła – w tym także ja sama – zdecydowali się ignorować.
Bo moje oczy nie potrafią kłamać tak dobrze jak usta.
Fryzjerka nawija ostatnie pasmo włosów, a Dahlia pyta:
– Możemy zrobić sobie przerwę, dopóki loki się nie utrwalą?
Stylistka potakuje i odchodzi. Siostra pojawia się za mną, nasze oczy spotykają się w lustrze, kiedy patrzę, jak sięga po tamten egzemplarz „Sports Illustrated” i nonszalanckim ruchem wrzuca go do śmietnika obok drzwi.
– Dziękuję – mówię do niej bezgłośnie.
Podchodzi do mojego krzesła z miną, z której nie potrafię nic wyczytać, i pochyla się tak, żeby znaleźć się na moim poziomie. Patrząc mi w oczy w lustrze, przybliża się i szepcze:
– Wiciokrzewie?
Moje ciało sztywnieje. Wzdycham głośno, dławiąc się powietrzem, które więźnie mi w płucach.
– Co ty powiedziałaś?
Bezbożnik
Wtedy, 15 czerwca
Wpatruję się w bielony dwupiętrowy dom z rosnącymi przed nim hortensjami i okalającą go werandą. Idealnie pasuje do innych uroczych starszych budynków stojących wzdłuż Oceanside Avenue. Jest ładniejszy od tego, w którym mieszkam. Nieco większy. Ma widok na ocean. Oraz podwórze na tyłach zawieszone nad klifem, dzięki czemu zieleń trawy zderza się z błękitem ciągnącego się po horyzont oceanu.
Nie wiem, dlaczego właściwie tu przyszedłem. Nie jestem w stanie tego wyjaśnić. I nie potrafię wyrzucić z głowy wspomnienia tych orzechowych oczu od chwili, kiedy pierwszy raz je zobaczyłem. Powiedziałem jej, że przypomina mi wiciokrzew ze względu na słodki głos i kryjącą się w słowach truciznę. Tak naprawdę jednak chodzi o to, że wszystko w niej kojarzy mi się z miodem.
To, jak dźwięki wypływają z jej ust – gęste, słodkie, leniwe, aż chcesz smakować każde słowo. Nawet te, które sprawiają ból. Również kolor jej oczu kojarzy mi się z miodem. Najłatwiej byłoby powiedzieć, że są orzechowe, ale kiedy odbija się w nich słońce – jak tamtego ranka, gdy zobaczyłem ją na plaży – przypominają raczej bursztyn. I jeszcze złote włosy sięgające za ramiona gęstymi, prostymi pasmami… Cała jest w miodowych barwach.
Założę się, że jej usta też smakują miodem.
Minął tydzień, od kiedy zostawiłem ją przed frontową werandą tego domu, i od tamtej pory jej nie widziałem. Każdy dzień spędzam z Carlosem i Everettem w warsztacie. Początek lata to pracowity okres. Bogacze wyprowadzają z garaży swoje kabriolety i klasyki, które całą zimę spędziły pod pokrowcem i wymagają odświeżenia, zanim wrócą na drogę. Rodziny potrzebują naszych usług, nim rozpoczną wakacyjne wojaże.
Muszę zarabiać na utrzymanie, więc w lecie pracuję codziennie. Nikt z rodziny Ramosów nie powiedział mi wprost, że powinienem pomagać w warsztacie w zamian za to, że u nich mieszkam, ale zdaję sobie sprawę, że nie jest im łatwo. Wiem, że moja darmowa praca i napiwki, które zbieram, żeby się dorzucić do wydatków, pozwalają im nadal wspierać mnie, jak tylko mogą. Jestem im to winien.
Może właśnie dlatego tu przyszedłem. Czasem mam wrażenie, że się u nich duszę. Wszyscy starają się sprawić, żebym czuł się częścią rodziny. Żebym czuł się jak w domu. I przez większość czasu właśnie tak jest. Ale zdarzają się chwile, kiedy przypominam sobie, że nie noszę nazwiska Ramos. To nie mój dom. Tak naprawdę nie mam rodziny. Jestem sam.
W oczach Darby widzę coś, co podpowiada mi, że ona również czasem się tak czuje. Może dlatego tu przyszedłem. Szukam ukojenia w tym, że nie jestem jedyną osobą na świecie, która doświadcza czegoś takiego. Ale nie tylko. Budzi moją ciekawość. Dlaczego nagle trafiła do babci w Pacific Shores? Jak długo planuje zostać?
I może też zastanawiam się, jak smakują jej usta.
Przekradam się wzdłuż bocznej ściany domu i cicho otwieram furtkę. Często to robię i chociaż jestem niemal pewien, że Diane, babcia Darby, ma tego pełną świadomość, staram się nie hałasować. Poprzedni właściciel, kimkolwiek był, musiał wyznaczyć tę ścieżkę. Jest stroma i niebezpieczna, ale kiedy już zejdziesz na plażę, czujesz się odizolowany od reszty świata. To jak prywatna oaza pośród zatłoczonych plaż południowej Kalifornii, a ponieważ ma świetny rozkołys, jest idealną prywatną miejscówką do surfowania. Dziś w nocy jednak nie chcę się dostać do zatoczki. Dziś w nocy chcę się dostać do dziewczyny, która prawdopodobnie śpi w pokoju na górze.
Przechodzę na tył domu i zatrzymuję się pod jej oknem. Kiedy dostrzegam słabe światło przebijające się zza zasłon, przepełnia mnie nadzieja, że jeszcze nie zasnęła.
Podnoszę z ziemi garść kamyków i zaczynam nimi rzucać w okno. Nie mam pojęcia, gdzie znajduje się sypialna jej babci, więc staram się nie robić zbyt dużo hałasu, na wypadek gdyby była z tej samej strony domu.
Po rzuceniu trzeciego kamyka światło w pokoju nagle gaśnie. Darby albo próbuje udawać, że śpi, albo się boi. Cofam się odrobinę, żeby nie stać na widoku na trawniku jasno oświetlonym przez księżyc, który jest niemal w pełni. Kiedy moje oczy dostosowują się do cienia, wyłapuję ruch za zasłonami. Nie widzę jej, ale wiem, że wygląda zza nich, by sprawdzić, kto rzuca żwirem w jej szybę. Unoszę ręce i macham, uśmiechając się szeroko, by zwrócić jej uwagę.
Nagle zasłona przesuwa się gwałtownie na jedną stronę, a okno otwiera szeroko.
– A ty co?! John Hughes*?! Czego chcesz? – krzyczy szeptem.
– Kto? – odpowiadam.
Robi wielkie oczy i przewraca nimi tak teatralnie, że widzę to nawet z miejsca, w którym stoję.
– Co ty tu robisz?
– Nudzę się. – Wzruszam ramionami. – Chcesz się wymknąć i złamać kilka zasad?
– Wymykanie się samo w sobie jest złamaniem jednej z zasad – ripostuje.
– Dobra – rzucam przeciągle. – Chcesz się wymknąć, a potem nie złamać żadnej innej zasady?
Ponownie przewraca oczami.
– Nie, dzięki.
Prycham, przeczesując włosy dłonią. Czuję się rozczarowany, choć nie powinienem być zdziwiony. Przecież ona mnie nie zna. Zakradam się na jej podwórko w środku nocy i proponuję, żeby wymknęła się ze mną w ciemności. To oczywiste, że nie chce tego zrobić.
Jestem idiotą.
– Przepraszam, że zawracałem ci głowę. Do zobaczenia innym razem, Wiciokrzewie.
Mam już odejść, kiedy słyszę, jak pyta słodkim głosem:
– Co się stało?
Odwracam się z powrotem do niej i uśmiecham.
– Nic takiego. Jak mówiłem, po prostu się nudzę. Pomyślałem więc, że spróbuję sprowadzić na złą drogę nową dziewczynę w miasteczku.
– Kłamiesz – stwierdza i przechyla głowę, jakby usiłowała wyczytać informacje z mojej twarzy, ponieważ wie, że nie usłyszy ich z moich ust.
– Nie kłamię. Naprawdę chcę sprowadzić na złą drogę nową dziewczynę w miasteczku. – Posyłam jej diabelski uśmieszek, a potem wzruszam ramionami. – Ciężka noc, ale nic mi nie jest. Na pewno jeszcze się zobaczymy. Dobranoc, Wiciokrzewie.
Wzdycha.
– Poczekaj.
Zanim zdążę odpowiedzieć, okno się zamyka.
Mam wrażenie, że przez całe lata krążę po podwórku niepewny, co miała na myśli, kiedy kazała mi czekać, i jak długo powinienem to robić, zanim się poddam i sobie pójdę. W końcu słyszę, jak drzwi się otwierają, a potem zamykają z cichym kliknięciem. Ciemna sylwetka zbiega po schodach z tylnej werandy.
Policzki Darby są nieco zaczerwienione, jej piękne włosy związane z tyłu w koczek. Ma na sobie bawełniane szorty, które odsłaniają rozpraszająco duży fragment gładkiej skóry, i krótką bluzę dresową, spod której wygląda skrawek jej brzucha.
Nagle odrobinę miękną mi kolana.
– Cześć – mówi.
Kiedy dociera do mnie, że chłonę wygłodniałym wzrokiem każdy cal jej ciała, szybko spoglądam jej w twarz.
– Cześć.
– Więc co robimy?
Przygryzam wargę, ukrywając uśmiech.
– Cóż… Myślę, że najlepiej będzie, jak wprowadzimy cię w świat łamania zasad powoli. Ponieważ już się wymknęłaś, resztę nocy spędzimy bez większych szaleństw. Może zrobimy sobie pasujące do siebie tatuaże? Albo przekłujemy języki?
Jej oczy robią się ogromne. Otwiera szeroko usta. Wygląda, jakby próbowała coś powiedzieć, ale tylko rozchyla i zaciska wargi niczym ryba. Wybucham śmiechem.
– Żartuję, Wiciokrzewie. Pierwsza lekcja zepsucia: nie dawaj się tak łatwo wkręcać.
Zamyka usta, jej nozdrza falują. To cholernie słodkie.
Popycha mnie, mamrocząc pod nosem coś, co brzmi jak „idiota”, po czym przekradamy się wokół domu i przez furtkę.
– Chodźmy na molo. Widziałaś je już w pełni oświetlone?
Potrząsa głową.
Razem schodzimy ze wzgórza.
– À propos tatuaży… Ty już jeden masz – zagaja.
– Tak – odpowiadam.
– Nie widziałam, co dokładnie przedstawia. Zauważyłam tylko, że jest na boku.
– Może kiedyś ci go pokażę, jeśli będziesz miała szczęście.
Słyszę, jak głośno nabiera powietrza, i nie mogę powstrzymać uśmiechu, który wywołuje u mnie ten dźwięk. Lubię ją tak zaskakiwać.
– Czyli masz osiemnaście lat? – pyta.
Potrząsam głową.
– Nie. Siedemnaście. Po wakacjach zacznę ostatnią klasę liceum. Tatuaż zrobiłem sobie w zeszłe lato.
– Ja też.
Odwracam się i uśmiecham do niej szeroko.
– Zrobiłaś sobie tatuaż w zeszłe lato?
Przewraca oczami, ale dostrzegam, że kąciki jej ust lekko drgają.
– Nieee… – odpowiada przeciągle. – Też idę do ostatniej klasy liceum. Jedenastego listopada skończę osiemnaście lat.
– A ja drugiego maja.
Marszczy brwi.
– Jakim cudem zrobiłeś sobie tatuaż jako szesnastolatek?
– Znam jednego gościa… – Wzruszam ramionami.
Wydaje z siebie taki dźwięk, jakby się nad czymś zastanawiała, ale dalej idziemy w ciszy. Kiedy docieramy do mola, słyszę, jak wzdycha. Najbardziej w molu w Pacific Shores lubię to, że nigdy nie jest zamykane. Nawet poza godzinami otwarcia sklepów i restauracji miasto pozostawia tu włączone światła i nierzadko zdarza się, że ludzie wracający do domu po nocy spędzonej w barach kręcą się po promenadzie, podziwiając je. Diabelski młyn stoi dumnie na tle nieba podświetlony na czerwono, fioletowo i niebiesko. Żółte żarówki oplatają poręcze mola, nadając mu wygląd pasa startowego wcinającego się w wody oceanu. Palmy rosnące wzdłuż promenady są owinięte sznurami kolorowych lampek. Bliski pełni księżyc sprawia, że wszystko wydaje się jeszcze bardziej rozświetlone.
Odwracam się, żeby spojrzeć na twarz Darby i wychwycić jej reakcję. Sądząc po dźwięku, który z siebie wydała, zakładam, że od przeprowadzki nie miała okazji zobaczyć mola. Jej oczy rozbłyskują zaskoczeniem, wydatne usta rozchylają się odrobinę. Twarz ma nieco zaczerwienioną po spacerze. Pasmo złotych włosów opada jej na czoło.
Zawsze zachwycało mnie piękno promenady nocą, ale szybko uświadamiam sobie, że nie może się ono równać ze złotą dziewczyną, która stoi teraz przede mną.
Obserwuję, jak przebiega wzrokiem po otoczeniu, a jej twarz się rozpromienia, kiedy chłonie te wszystkie światła.
– Pięknie tu – mówi.
– Moje najulubieńsze miejsce na całym świecie – odpowiadam.
Spogląda mi w oczy, a jej uśmiech rozszerza się i obejmuje całą twarz. Nigdy wcześniej nie spotkałem dziewczyny, której bycie piękną przychodziłoby tak kompletnie bez wysiłku. Czuję, że brakuje mi tchu, a nogi ponownie przybierają konsystencję galarety, ale Darby tylko dalej uśmiecha się do mnie pogodnie.
Mam przeczucie, że należy do osób, które nieustannie za bardzo się wszystkim przejmują. Ten moment jest dla niej prawdopodobnie najbardziej beztroskim od dłuższego czasu i na myśl o tym, że to ja jej go podarowałem, przepełnia mnie coś na kształt dumy.
Bez słowa chwytam ją za rękę i ciągnę w kierunku mola. Nie zabieram jej jednak na promenadę ani do diabelskiego młyna – kieruję nasze kroki pod pomost. Znam tam pewne miejsce, w którym woda jest spokojna, a na brzegu można często znaleźć piaskowe dolary**. W nocy światła z mola przenikają przez szczeliny pomiędzy deskami, oświetlając przestrzeń. Czujesz się wtedy, jakbyś oddychał, stał i chodził pod wodą w jakiś przedziwny sposób chroniony przed światem nad twoją głową.
Schodzę tam czasem nocą. W noce takie jak dzisiejsza, kiedy czuję, że się duszę, że jestem bezdomny, że jestem ciężarem. W noce, gdy za dużo myślę o swoim życiu przed poznaniem Ramosów, a także o tym, jak wyglądałoby ono bez nich.
Lubię spoglądać w górę, na szczeliny, przez które przenikają światła promenady, i moczyć stopy w wodzie. Czasami dopływam do miejsca, gdzie nie sięgam już dna, aż mam wrażenie, że nic nie ważę i mogę przez chwilę poczuć się, jakbym był gdzieś indziej.
Pacific Shores to moje ulubione miejsce na świecie, bo to ono mnie ukształtowało, ale przypomina mi również o każdym błędzie, który kiedykolwiek popełniłem. Każdej obietnicy, którą złamałem. Każdym rozczarowaniu, które z mojego powodu dotknęło kochanych przeze mnie ludzi. Kiedy rozrabiam, łamię zasady i generalnie robię zamieszanie, czuję, jakbym odzyskiwał odrobinę Pacific Shores. Jakbym je sobie zawłaszczał, dopilnowując, żeby nikt z tutejszych nigdy o mnie nie zapomniał.
Na pewno istnieją lepsze sposoby zapisania się w pamięci niż kradzież znaków drogowych, nielegalne wchodzenie na teren sąsiadów czy imprezowanie w wieku dalekim od pełnoletniości, ale moje metody są zdecydowanie zabawniejsze. Poza tym trzymam się jednej zasady, którą sam dla siebie ustaliłem. Jednej zasady, której zawsze przestrzegam. Brzmi ona: łamię jedynie te reguły, których przekroczenie dotyka mnie osobiście. Nigdy celowo nie zrobiłbym czegoś, co może skrzywdzić inną osobę.
Dopóki się tego trzymam, dopóty mogę żyć sam ze sobą.
– Nie zamierzam uprawiać z tobą seksu, wiesz? – mówi Darby, kiedy ciągnę ją przez plażę, a potem pod molo.
– Skończ z tymi kosmatymi myślami, Wiciokrzewie. – Gdy docieramy do mojego ulubionego miejsca pod pomostem, puszczam jej rękę i odwracam się twarzą do niej. Jej ciało jest skąpane w różnych odcieniach błękitu, fioletu i złota. Z zachwyconą miną okręca się, podziwiając otoczenie. – Nie próbuję cię uwieść. Pokazuję ci miejscówkę, do której lubię przychodzić, kiedy świat wydaje się nieco zbyt głośny. Mam wrażenie, że ty też możesz potrzebować takiego miejsca.
Jej spojrzenie zatrzymuje się na mnie, usta zaciskają się w cienką linię.
– Dlaczego tak mówisz?
– Sprawiasz wrażenie, jakbyś żyła pod dużą presją. Nie wygląda mi na to, żebyś przyjechała tu na całe wakacje z własnej woli. – Wzruszam ramionami. – Poza tym twoja babcia jest naprawdę surowa, nie? Pomyślałem, że możesz potrzebować jakiegoś miejsca, żeby… się odprężyć. Tak jak ja. Na twoje szczęście jestem skłonny podzielić się moim.
Prycha.
– Jak mogłeś wywnioskować to wszystko na podstawie dwóch interakcji?
„Bo uważam, że przypominasz mnie bardziej, niż jesteś skłonna przyznać”, chcę powiedzieć, ale tego nie robię.
– Jestem empatą.
Z jej gardła wyrywa się chichot, a potem dźwięczny, melodyjny śmiech. Zakrywa usta, a ja czuję gwałtowną potrzebę odciągnięcia jej dłoni, żeby zobaczyć uśmiech, który sam umieściłem na jej ustach.
Gdy tylko odzyskuje panowanie nad sobą, pyta:
– Świat był dziś zbyt głośny, Leo? To dlatego tu przyszedłeś?
Tak. Ale jeszcze bardziej chodziło o to, że nie mogłem przestać o niej myśleć. Chciałem, żeby przyszła tu ze mną. Nie mogę jej jednak tego wyznać, więc zamiast tego rzucam pytanie:
– Surfowałaś kiedyś?
Wiciokrzew
Teraz, 28 maja
Odwracam się na krześle i spoglądam w górę na siostrę, która przygląda mi się z niemożliwą do rozszyfrowania miną. Rozejrzawszy się dookoła, aby się upewnić, że nikt nie zwraca na nas uwagi, chwyta mnie za rękę, podnosi z krzesła i zaciąga do sąsiadującej z pokojem łazienki.
Zamyka drzwi na klucz, po czym prowadzi mnie do dalszego narożnika pomieszczenia, gdzie pod ścianą umieszczono toaletkę z dwoma umywalkami i lustrem oraz przewijak.
– Nie musisz tego robić, Darby. Nie jest za późno, żeby to wszystko odwołać. Wiem, że tego nie chcesz. Zasługujesz na więcej. Zasługujesz na coś lepszego i…
– Nie. Nie będziemy teraz prowadzić tej rozmowy. – Potrząsam głową. – Dlaczego przed chwilą tak mnie nazwałaś?
Przygryza wargę, przyglądając mi się z ciekawością.
– Chciałam zobaczyć twoją reakcję.
Czuję, jak mój puls przyśpiesza. W uszach dzwoni mi echo ksywki, której tak dawno nie słyszałam.
– Dlaczego?
– Przekazano mi, że przed kościołem czeka facet, który chce porozmawiać z siostrą panny młodej. Bardzo konkretne życzenie. To dlatego wcześniej wyszłam.
Przypominam sobie, jak pół godziny temu koordynatorka weselna zajrzała do apartamentu i poprosiła na chwilę Dahlię. Byłam tak zatopiona we własnych myślach, że w ogóle mnie to nie zastanowiło.
– Na parkingu stał pewien bardzo znany mężczyzna z bukietem kwiatów dla ciebie. Poprosił mnie, bym się upewniła, że je otrzymasz. Z dala od oczu naszych rodziców, jak podkreślił. – Unosi brew i wskazuje na coś za moimi plecami.
Odwracam się i wzdycham głośno, kiedy na toaletce widzę bukiet, o którym wspomniała. Zmrużonymi oczami przyglądam się białym i różowym płatkom, długim żółtym pręcikom wyglądającym z ich środków oraz niewielkim jagodom na wierzchołkach.
Bukiet złożony wyłącznie z gałązek wiciokrzewu.
Moje myśli biegną w tysiąc różnych kierunków i przez chwilę zatrzymują się na liście, który napisałam dwa tygodnie temu. Tym, który zamknęłam bezpiecznie w szufladzie biurka, żeby nikt go nigdy nie zobaczył, a tym samym, by nigdy nie doszło do takiej sytuacji jak obecna.
To musi być jakiś żart.
Moje oczy otwierają się szeroko.
– Czy Jackson się o nim dowiedział? Robi to, żeby mnie ukarać? – Bojąc się dotknąć kwiatów, spoglądam na siostrę. – A może tata?
Dahlia potrząsa głową.
– Nie, Darby. Osobiście rozmawiałam z Leo dwadzieścia minut temu. To on czekał na zewnątrz z kwiatami w dłoni.
Leo. Imię, którego nie wypowiedziałam od lat. Nie pozwalałam sobie na to nawet w myślach. Kiedy miałam dwadzieścia lat, tuż po mojej pierwszej randce z Jacksonem, którejś nocy pękłam i opowiedziałam Dahlii o wszystkim. Zdradziłam każdy szczegół tamtego lata, tamtej nocy i tego, co się wydarzyło później.
A gdy już to z siebie wyrzuciłam, powiedziałam jej, że nie chcę nigdy więcej o tym rozmawiać. Że nigdy więcej nie chcę rozmawiać o nim. O tym, co zrobiłam i z czego zrezygnowałam. Przywykłam do trzymania tych wspomnień i uczuć zamkniętych w niewielkim pudełku ukrytym gdzieś z tyłu głowy.
Wiciokrzewy stojące przede mną są niczym klucz otwierający myśli o rzeczach, które przez całe lata – walcząc z pamięcią zębami i pazurami – starałam się zapomnieć. Te kwiaty są niczym konieczność konfrontacji. Ale również szansa na ucieczkę.
– Nie musisz tego robić – powtarza moja siostra, opierając się o ścianę. Jej suknia w kolorze szampana się marszczy. – Masz teraz inne wyjście.
Na trzęsących się nogach podchodzę do toaletki i drżącymi dłońmi sięgam po kwiaty. Patrzę w lustro i przyglądam się swojemu odbiciu. Oczy mam szeroko otwarte i zaczerwienione od powstrzymywania niewylanych łez. Blond włosy są nawinięte na absurdalnie wielkie wałki przypięte po obu stronach głowy. Jedwabna biała piżama wisi na mojej sylwetce.
– Dlaczego mówisz to właśnie teraz? – Zaciskając zęby, odwracam się do siostry. Czuję chwytający mnie za gardło gniew. – Za trzy godziny mam pójść do ołtarza. Jest już, kurwa, za późno, Dahlia.
Ten gniew nie jest skierowany jedynie przeciw niej. Również przeciwko niemu. Wiele lat temu ucięłam naszą relację i chociaż skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miałam nadziei, iż przyjedzie mnie szukać, jego pojawienie się właśnie teraz jest zdecydowanie spóźnione. W tej chwili nie można już nic zrobić.
– Dlaczego tak nagle się tu zjawił? Skąd w ogóle wiedział? – Czuję gorącą łzę spływającą mi po policzku.
– Wysłałam mu twój list – szepcze moja siostra. – I być może przed nadaniem uzupełniłam go o datę i godzinę ślubu oraz adres kościoła.
Czuję, że mój podbródek drży, a nozdrza falują. Całe moje ciało się trzęsie. Widzę, jak Dahlia się krzywi. Pokonuje dzielącą nas odległość i kładzie mi dłonie na barkach. Próbuję je strząsnąć, ale trzyma mnie mocno.
– Zapomniałam o podpisaniu zgody dla Lou, więc któregoś ranka, kiedy podrzucałam ją do szkoły, zajrzałam do twojej klasy, żeby ukraść długopis. Znalazłam list w szufladzie biurka.
– Dlaczego miałabyś go przeczytać? – syczę.
– Bo jesteś moją siostrą i czujesz się nieszczęśliwa, a ja mam tego kurewsko dość, Darby. Przez lata ukrywałaś prawdę o tamtym lecie, ale kiedyś zapytałam o nie babcię. Powiedziała, że nigdy nie widziała cię tak pełnej życia, jak wtedy, kiedy miałaś siedemnaście lat. I że od tamtej pory jesteś w środku martwa. Gdyby tu teraz była, pewnie doradziłaby ci, żebyś tego nie ciągnęła. Gdyby znalazła list, wysłałaby go. A gdyby ten mężczyzna – wskazuje w kierunku drzwi – pojawił się na tym ślubie i byłaby choć najmniejsza szansa, żeby cię z tego wszystkiego wyplątać, zmusiłaby cię, żebyś z niej skorzystała.
Pociera twarz dłonią i przytula mnie do piersi. Dopiero wtedy uświadamiam sobie, że szlocham.
– Zobaczyłam na kopercie jego imię i musiałam się przekonać, co zawiera. Kiedy przeczytałam list, wiedziałam, że on też powinien to zrobić.
– Jak do niego dotarłaś?
– Ma skrytkę pocztową na listy od fanów, ale wiedziałam, że jeśli umieszczę na kopercie twoje nazwisko, na pewno przykuje jego uwagę. – Odsuwa się ode mnie i uśmiecha. – I wygląda na to, że tak właśnie się stało.
Ocieram oczy i robię krok w tył.
– Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś. – Czuję, jak mój oddech ponownie przyśpiesza. – Pewnie przyjechał tu tylko po to, żeby mi wygarnąć. Nie wiem… Nie wiem, czego mógłby chcieć.
– Otwórz liścik i się przekonaj.
Dopiero teraz zauważam niewielką białą kartkę wsuniętą pomiędzy kwiaty. Wyjmuję ją niepewnymi, drżącymi palcami. Dahlia bierze ode mnie bukiet, a ja otwieram kopertę.
Kiedy czytam wiadomość zapisaną pismem równie znajomym jak moje własne, łzy strumieniami spływają mi po policzkach.
Wiciokrzew
Wtedy, 15 czerwca
Surfowałaś kiedyś?
Nie umyka mi, że zignorował moje wcześniejsze pytanie, co samo w sobie jest dla mnie odpowiedzią.
Jego niebieskie oczy, najjaśniejsze, jakie w życiu widziałam, są pełne światła i życia, ale jednocześnie udręczone. Wyraźnie nie czuje się ze mną wystarczająco swobodnie, żeby mi zdradzić, przed jakimi duchami ucieka, kiedy świat staje się zbyt głośny, lecz nie winię go za to.
Mnie nie prześladują duchy, ale za to mam w swoim życiu wilki – władczą obecność, która kontroluje każdy aspekt tego, kim jestem. Kim się kiedyś stanę. Która oczekuje, że zostanę częścią stada, ale nie będę mu przewodzić. Że będę się kulić ze strachu przed alfą i nigdy nie zakwestionuję motywów ich postępowania.
Zastanawiam się, czy Leo dostrzega w moich oczach cień tej trwogi, która zawsze wydawała mi się widoczna jedynie dla mnie samej. Czy widzi ten lęk i smutek i znajduje w nich pokrzepienie? Czy uważa, że jego duchy mogą zatańczyć z moimi wilkami i pozwolić nam obojgu przez chwilę odetchnąć?
– Nie. Nigdy nawet nie pływałam w oceanie – odpowiadam, próbując dać mu to, czego szuka.
Jego twarz wykrzywia się w wyrazie szoku.
– Co?
Chichoczę. Niebieskie światła nad nami rozlewają się na jego twarzy i sprawiają, że wygląda na naprawdę przerażonego moim wyznaniem.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
