Zniknięcie córki Wintera. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 4 - Michael J. Sullivan - ebook + książka

Zniknięcie córki Wintera. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 4 ebook

Michael J.Sullivan

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Zaginęła córka. Dwóm zawadiakom zapłacono, żeby ją odnaleźli. To nie wystarczy. Kiedy córka Gabriela Wintera znika w tajemniczych okolicznościach i podejrzewa się, że nie żyje, bogaty król whisky pragnie zemsty. Ponieważ mieszkał w Colnorze podczas niesławnego Roku Strachu, wynajmuje jedynego człowieka, o którym wie, że wie, co to znaczy krwawa zemsta – Zmiatacza. Wyruszcie z Royce’em i Hadrianem, cynicznym byłym płatnym zabójcą i byłym najemnikiem, który pozostał idealistą, do starodawnego miasta pełnego arystokratów, potomków szlachetnych rodów z czasów imperium. Zadanie Riyrii wygląda na proste: odkryć, co się stało z zaginioną księżną i sprowadzić ją do domu, o ile nadal żyje. W przeciwnym wypadku mają ukarać odpowiedzialnych. Jednak nic nie jest proste w tym tłocznym, pełnym mgły i ciasnych uliczek mieście Rochelle, gdzie czai się więcej niż jedna starożytna legenda.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 459

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Disap­pe­arance of Win­ter’s Dau­gh­ter

Copy­ri­ght © 2017 by Michael J. Sul­li­van Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2019 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka Ilu­stra­cja na okładce: Domi­nik Bro­niek Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Dark Crayon Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

ISBN 978-83-68919-68-4 War­szawa 2026

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227 213 000 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Royce’owi i Hadria­nowi– dwóm zło­dzie­jom,któ­rzy skra­dli serca i speł­nili marze­nia.

Od autora

Może wydać się dziwne to, że dedy­kuję książkę fik­cyj­nym posta­ciom, zwłasz­cza stwo­rzo­nym przez sie­bie, ale ta para zaczęła żyć wła­snym życiem i ostat­nimi czasy tylko słu­cham ich roz­mów i podą­żam tro­pem ich przy­gód. Oglą­da­nie tej pary to speł­nie­nie marzeń, o któ­rym kie­dyś myśla­łem, że leży poza moim zasię­giem. Żeby­ście zro­zu­mieli, dla­czego tak czu­łem, pozwól­cie, że przed­sta­wię Wam pokrótce (tak, Robin, obie­cuję, że będę się stresz­czał) swoją histo­rię.

W roku 2004, kiedy napi­sa­łem pierw­szą książkę o Riy­rii, „Kró­lew­ską krew”, ni­gdy nie myśla­łem, że znajdę się tu, gdzie jestem teraz. Książka, którą skoń­czy­łem bez­po­śred­nio wcze­śniej – „A Bur­den to the Earth” – powstała w roku 1994, dekadę wcze­śniej. Nie czy­ta­li­ście jej. Mogę zli­czyć na pal­cach jed­nej ręki ludzi, któ­rzy ją prze­czy­tali. To była kro­pla, która prze­peł­niła czarę gory­czy. Widzi­cie, od roku 1975 do 1994 napi­sa­łem trzy­na­ście powie­ści i cztery opo­wia­da­nia, ale cała ta praca doni­kąd mnie nie dopro­wa­dziła.

Pierw­sze osiem ksią­żek nie było prze­zna­czo­nych do publi­ka­cji. To były wprawki, na któ­rych uczy­łem się pisać. Po dzie­się­ciu latach nauki następne osiem poświę­ci­łem pisa­niu pię­ciu ksią­żek i gonie­niu w piętkę pod­czas szu­ka­nia wydawcy. Nie zaowo­co­wało to ani jedną pro­po­zy­cją publi­ka­cji; zebra­łem jedy­nie kolek­cję łamią­cych serce odmów, co naj­wy­raź­niej jest czymś, przez co musi przejść pra­wie każdy pisarz.

Osiem­na­ście lat to długi czas na życie złu­dze­niami, więc wresz­cie dotarło do mnie, że ni­gdy nie zostanę pisa­rzem. Dla­tego zro­bi­łem jedyną roz­sądną rzecz w tych oko­licz­no­ściach – rzu­ci­łem pisa­nie. Sen­sowna reak­cja, zwa­żyw­szy, co powie­dział Albert Ein­stein: „Sza­leń­stwem jest robić wciąż to samo i ocze­ki­wać róż­nych rezul­ta­tów”.

Powi­nie­nem zauwa­żyć, że przez cały ten czas moja żona Robin była świętą naj­wyż­szego kali­bru. Ni­gdy nie musia­łem łączyć pisa­nia z pracą zawo­dową, była gotowa w poje­dynkę nas utrzy­my­wać i ani razu nie popro­siła, żebym „rzu­cił te idio­ty­zmy i zna­lazł sobie praw­dziwą pracę”. Wie­działa, że pisa­nie to moja radość i pasja, i to jej wystar­czało.

Zatem, jak już wspo­mnia­łem, w końcu zmą­drza­łem i z dra­ma­tycz­nym gestem porzu­ci­łem pisa­nie. Widzia­łem sie­bie jako Scar­lett O’Harę z „Prze­mi­nęło z wia­trem”, tyle że ja oświad­czy­łem: „Ni­gdy wię­cej nie będę pisał powie­ści!”. Nie wyobra­ża­łem sobie, żeby cokol­wiek spra­wiło, że zła­mię tę przy­sięgę, co z kolei dopro­wa­dza mnie do Royce’a i Hadriana.

Pod­czas dzie­się­cio­let­niej prze­rwy zdo­ła­łem powstrzy­mać się przed pisa­niem, ale nie potra­fi­łem uci­szyć gło­sów w swo­jej gło­wie, zwłasz­cza duetu zna­nego jako Riy­ria (co zna­czy „dwóch” po elficku). Słu­cha­łem ich przez dzie­sięć lat, więc bar­dzo się do sie­bie zbli­ży­li­śmy. Można uznać, że mia­łem kło­pot w odróż­nie­niu tego, gdzie ja się koń­czy­łem, a zaczy­nali oni. Jak wie­cie, w końcu ustą­pi­łem i powstał cykl o Riy­rii. „Znik­nię­cie córki Win­tera” to dzie­siąta książka z tą parą. Nie mia­łem poję­cia, że tyle ksią­żek powsta­nie z szep­tów tych dwóch postaci, i ni­gdy nie marzy­łem, że ich świat wyda z sie­bie jesz­cze sześć innych powie­ści (które obec­nie wycho­dzą jako cykle „Legends of the First Empire”). I to jesz­cze nie koniec. Two­rzę teraz nowy cykl (kryp­to­nim „Bridge Tri­logy”), który roz­grywa się w cza­sach pomię­dzy opowie­ściami o Riy­rii a „Legends of the First Empire”. Przed­sta­wiają one wyda­rze­nia, które przy­śpie­szyły upa­dek impe­rium Novrona.

Wszyst­kie te książki pozwo­liły mi odpła­cić się Robin za jej poda­ru­nek, dzięki czemu w roku 2011 porzu­ciła etat. Cho­ciaż na­dal pra­cuje nie­zwy­kle ciężko (z czego korzy­stamy ja i czy­tel­nicy), to przy­naj­mniej sama układa sobie har­mo­no­gram zajęć, nie musi ubie­rać się sto­sow­nie do wymo­gów pracy, a naj­dłuż­sze „dojazdy do pracy” wyno­szą tyle, ile wynosi odle­głość z sypialni na werandę, gdzie ran­kami czyta, patrząc, jak słońce wynu­rza się zza gór wokół doliny She­nan­doah.

Dla­tego ow­szem, zade­dy­ko­wa­łem tę książkę Royce’owi i Hadria­nowi, za ich nie­ustanne szepty w cza­sie tej okrop­nej dekady, kiedy pisa­nie nie sta­no­wiło czę­ści mojego życia, i za to, że zostali przy mnie, kiedy powró­ci­łem do kla­wia­tury. Za każ­dym razem, kiedy sia­dam, żeby o nich pisać, czuję się tak, jak­bym witał się ponow­nie ze sta­rymi przy­ja­ciółmi. Podob­nie było przy pracy nad „Znik­nię­ciem córki Win­tera”. Jeśli czy­ta­nie jej sprawi wam choć połowę frajdy, jaką dało mi jej pisa­nie, to powin­ni­ście się wyśmie­ni­cie bawić.

A skoro już tę kwe­stię zała­twi­li­śmy, to mam parę spraw porząd­ko­wych do zała­twie­nia, zanim przejdę do samej opo­wie­ści. Po pierw­sze, jeśli nie zetknę­li­ście się jesz­cze z histo­riami o Riy­rii, to z pew­no­ścią może­cie zacząć od tej książki. Wiem, to brzmi dziw­nie, skoro to czwarta część „Kro­nik Riy­rii” i dzie­siąta książka o Riy­rii w ogóle, więc pozwól­cie, że wyja­śnię. Zasto­so­wa­łem tę samą tech­nikę, co przy „Śmierci Dul­gath”, która została pomy­ślana tak, by mogła być samo­dzielną powie­ścią. Otrzy­ma­łem odzew od setek ludzi, któ­rzy prze­czy­tali tylko tę część i potwier­dzili, że nie jest potrzebna zna­jo­mość poprzed­nich tomów. Ponadto wysła­łem „Znik­nię­cie córki Win­tera” do innej grupy (z któ­rej nikt nie czy­tał moich poprzed­nich powie­ści) i wszy­scy potwier­dzili, że niezna­jo­mość Riy­rii nie sta­nowi żad­nego kło­potu.

Po dru­gie, w ostat­nich książ­kach pro­si­łem czy­tel­ni­ków, żeby pisali do mnie, jeśli mają ochotę. Cie­szę się, widząc, że tak wiele osób sko­rzy­stało z tej pro­po­zy­cji. Wiele z nich ni­gdy wcze­śniej nie pisało do pisa­rza. Ich listy zaczy­nają się od słów „Nie chcę zawra­cać głowy, ale…”. Zapew­niam Was, że listy od czy­tel­ni­ków ni­gdy nie są uciąż­li­wo­ścią. Pisa­nie to nagroda sama w sobie, ale świa­do­mość, że moja bazgra­nina przy­nosi innym radość, zamie­nia coś dobrego w coś jesz­cze lep­szego. Dla­tego pro­szę, pisz­cie. Mój adres to: michael@micha­el­sul­li­van-author.com.

Po trze­cie, jestem dozgon­nie wdzięczny Wam, Czy­tel­nicy, bo bez Was moje marze­nie o byciu pisa­rzem ni­gdy nie speł­ni­łoby się do końca. Tak, na­dal pisał­bym (wię­cej tego nie rzucę), ale Wasza szczo­drość spra­wia, że oboje z Robin nie musimy „nor­mal­nie pra­co­wać”, a to zna­czy, że mamy wię­cej czasu, żeby two­rzyć histo­rie dla Was – naj­praw­dziw­szy przy­kład syner­gi­zmu. Dla­tego w pod­su­mo­wa­niu pra­gnę powie­dzieć Wam: „Dzię­kuję, dzię­kuję, dzię­kuję”. Poważ­nie trak­tuję Wasze zaufa­nie i zawsze będę robił wszystko, co w mojej mocy, żeby two­rzyć jak naj­lep­sze książki. Mam nadzieję, że okażą się warte Waszego czasu.

A teraz prze­wróć­cie stronę, puk­nij­cie w ekra­nik albo pogło­śnij­cie odtwa­rzacz. Nowe przy­gody cze­kają i cie­szę się, że będzie­cie nam towa­rzy­szyć.

Michael J. Sul­li­van

paź­dzier­nik 2017

Rozdział 1. We własnym interesie

Roz­dział 1

We wła­snym inte­re­sie

Devon De Luda nie po raz pierw­szy zadał sobie pyta­nie, czy Gene­vieve Har­grave, księżna Rochelle, jest zdrowa na umy­śle.

– Stać! Stać! – krzy­czała, waląc pię­ścią w dach powozu.

Rzu­ciła mu wście­kłe spoj­rze­nie i roz­ka­zała:

– Każ mu się zatrzy­mać! – A potem wysta­wiła głowę przez okno i wrza­snęła na woź­nicę: – Zatrzy­maj te cha­bety, na miłość Mari­bora! Natych­miast!

Stan­gret musiał uznać, że stało się coś naglą­cego, bo zaha­mo­wał tak gwał­tow­nie, że Devon pole­ciał na ławeczkę naprze­ciwko. Kiedy tylko koła się zatrzy­mały, a nawet odro­binę wcze­śniej, księżna rzu­ciła się do drzwi i wybie­gła, pod­ka­su­jąc suk­nię i stu­ka­jąc obca­sami.

Porzu­cony i osłu­piały Devon zła­pał się za stłu­czone kolano. Jego obo­wiązki jako pod­skar­biego księ­stwa Rochelle zwy­kle wią­zały się z mone­tami i bank­no­tami. Nie cie­szyło go nowe zada­nie, jakim była opieka nad impul­syw­nym tor­na­dem, wolał upo­rząd­ko­wane i prze­wi­dy­walne życie. Jed­nak nic w mie­ście nie toczyło się swoim zwy­kłym try­bem od przy­by­cia nowej księż­nej.

Moż­liwe, że jest przy­naj­mniej odro­binę sza­lona, pomy­ślał. To wyja­śnia­łoby bar­dzo wiele rze­czy.

Devon zasta­na­wiał się, czy nie pocze­kać po pro­stu w powo­zie, ale gdyby coś stało się księż­nej, wina spa­dłaby na niego. Wes­tchnął z rezy­gna­cją i wysiadł za nią z powozu.

Zmierzch zapadł wcze­śnie, wio­senne dni na­dal były krót­kie. Tak jak dobro­by­towi, porze odro­dze­nia nie śpie­szyło się z nadej­ściem do Alburnu. Prze­stało padać, ale znad morza nade­szła wie­czorna mgła, przez co nic nie zdo­łało wyschnąć. Bruk lśnił w świe­tle latarni ulicz­nych, świat poza powo­zem pach­niał drew­nem, dymem i rybami. Nie­liczne kałuże stwo­rzyły tor prze­szkód dla nowych butów Devona. Kiedy klu­czył mię­dzy nimi, przy­trzy­my­wał cia­śniej koł­nierz płasz­cza przy szyi. W powo­zie nie było szcze­gól­nie cie­pło, ale wie­czorne powie­trze oka­zało się przej­mu­jąco zimne. Znaj­do­wali się w Alei Win­nej, po obu stro­nach wzno­siły się sza­cowne dwu­pię­trowe domy kupiec­kie. Przy kra­węż­ni­kach stały dzie­siątki wozów, z któ­rych emi­granci sprze­da­wali naj­róż­niej­sze towary. Na sąsia­du­ją­cych ze sobą wozach han­dlo­wano kolo­ro­wymi sza­li­kami, hafto­wa­nymi sio­dłami i świeżo pie­czoną wie­przo­winą. Jak zawsze wśród kupu­ją­cych krę­ciło się szem­rane towa­rzy­stwo – nie­licz­nych było stać na coś wię­cej niż przy­glą­da­nie się sza­li­kom lub wącha­nie wie­przo­winy.

Księżna potruch­tała wzdłuż sze­regu kup­ców. Prze­pchnęła się przez tłum; więk­szość ludzi przy­sta­wała i gapiła się ze zdu­mie­niem na kor­pu­lentną damę w atła­sach i per­łach, która, dysząc, sunęła ulicą i stu­kała obca­sami rów­nie gło­śno jak koń pod­ko­wami.

– Wasza Ksią­żęca Mość! – De Luda pognał za nią. – Dokąd pani idzie?

Księżna nie zatrzy­mała się ani nawet nie zwol­niła, dopóki nie dotarła do roz­chwie­ru­ta­nego wozu z wie­sza­kiem z ubra­niami. Tam przy­sta­nęła zady­szana i spoj­rzała na wystawę.

– Ide­alna! – Księżna kla­snęła w dło­nie. – Ta kami­zelka z atła­so­wym przo­dem i kwie­ci­stym wzo­rem. Widzisz? Zupeł­nie nie w moim guście, sam pan rozu­mie, ale Leo będzie zachwy­cony. Wzór jest taki śmiały i żywy. I jest nie­bie­ska! Dokład­nie tego potrze­buje na Święto Wio­sny. W niej bez wąt­pie­nia zosta­nie zauwa­żony. Każdy, kto wło­żyłby taką kami­zelkę, musiałby wyróż­nić się w tłu­mie.

Devon nie miał poję­cia, do kogo księżna mówi. Moż­liwe, że ona także nie wie­działa. W przy­padku księż­nej to rzadko miało zna­cze­nie. Cho­ciaż Devon spę­dzał z Jej Wyso­ko­ścią wię­cej czasu niż inni, nie widy­wał jej czę­sto. Księżna zwra­cała się do niego tylko wtedy, gdy potrze­bo­wała porady w kwe­stiach skarbu księ­stwa, a takie oka­zje przy­da­rzyły się rap­tem kilka razy. Cho­ciaż ostat­nio, odkąd zaan­ga­żo­wała się w nowe przed­się­wzię­cie, zda­rzało się to znacz­nie czę­ściej. Mimo to kil­ka­na­ście spo­tkań, kilka prze­jaż­dżek powo­zem i jedna roz­mowa, może dwie, nie spra­wiły, że poznał księżnę, nie mówiąc już o jej zro­zu­mie­niu. Devon wąt­pił, czy nawet książę rozu­miał poczy­na­nia swo­jej nowej żony.

– Halo! Ej, ty tam! – krzyk­nęła do ciem­no­skó­rego kupca z Calisu o roz­bie­ga­nych oczach krę­ta­cza. Jeśli cho­dzi o Devona, oni wszy­scy byli tacy sami. Calij­czycy to pokrętne dzi­kusy i choć ubie­rają się jak cywi­li­zo­wani ludzie, to nikogo tym nie zwiodą. – Halo! Ile za tę kami­zelkę? Tę nie­bie­ską na wie­szaku, tę z błysz­czą­cymi mosięż­nymi guzi­kami?

Męż­czy­zna uśmiech­nął się lubież­nie.

– Dla pani, moja dobro­dziejko, jedy­nie dwa złote tenenty. – Mówił z sil­nym, nie­bu­dzą­cym zaufa­nia dale­ko­wschod­nim akcen­tem, dokład­nie tak, jak Devon się spo­dzie­wał. To był głos wcie­lo­nego Oszu­stwa.

– To obu­rza­jące! – De Luda wzdry­gnął się, sta­jąc za księżną.

Na tym pole­gał kło­pot z han­dla­rzami z wozów: oszu­ki­wali nie­win­nych i nie­do­świad­czo­nych. Mówili tak, jakby ofe­ro­wali nie­wia­ry­godną, jedyną w życiu oka­zję, ale potem oszu­kany klient odkry­wał, że bry­lant to tylko kwarc, a wino to ocet.

– Dam ci sie­dem srebr­nych tenen­tów – odpo­wie­działa księżna. – Devo­nie, daj temu czło­wie­kowi sie­dem srebr­nych tenen­tów i…

Kupiec zmarsz­czył brwi i pokrę­cił głową.

– Za sie­dem srebr­ni­ków znajdę dla pani ładną chu­s­teczkę do nosa. A z tą kami­zelką mogę roz­stać się za zło­tego tenenta i osiem srebr­nych.

– Wasza Ksią­żęca Mość, nie wypada, żeby księżna Rochelle tar­go­wała się na ulicy z… – De Luda spoj­rzał chmur­nie na cali­skiego kupca, cze­ka­ją­cego na obe­lgę, która jed­nak nie padła.

Zwy­kle De Luda nie był nie­śmiały, ale w ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy odkrył, że księżna nie lubi, kiedy obraża się ludzi w jej obec­no­ści, bez względu na to, jak bar­dzo zasłu­żyli sobie na przy­ganę.

– Nic mnie to nie obcho­dzi. Leo tak się ucie­szy. Och, już nie mogę się docze­kać, kiedy zoba­czy tę kami­zelkę! Nie uwa­żasz, że będzie wyglą­dał cudow­nie? – Kiedy kupiec zdjął kami­zelkę z wie­szaka, księżna spo­strze­gła jaskra­wo­żółty płaszcz, który skry­wał się dalej. – Dobry Mari­bo­rze! Spójrz na ten płaszcz! Jest jesz­cze bar­dziej boski!

Zła­pała Devona za rękę i potrzą­snęła nią gwał­tow­nie, nie posia­da­jąc się z rado­ści. Nie pierw­szy raz wpadł w jej ręce, ale wie­dział, że solidne potrzą­śnię­cie jest lep­sze od objęć. Księżna była znana ze swo­ich uści­sków. Roz­da­wała je tak hoj­nie i tak gwał­tow­nie, nawet służ­bie, że wiele osób ucie­kało jej z drogi, gdy dostrze­gło ją w kory­ta­rzu Posia­dło­ści.

– Muszę mieć obie te rze­czy. Zbli­żają się uro­dziny Leo, a w tym płasz­czu znowu poczuje się młody. Koń­czy czter­dziestkę, sam rozu­miesz, a nikt nie lubi prze­kra­czać tego progu. Pra­wie popła­ka­łam się tego ranka, kiedy koń­czy­łam trzy­dziestkę. Czas dopada nas cicha­czem, prawda? Wyska­kuje na nas jak nie­do­bry kot z cie­nia, kiedy się tego naj­mniej spo­dzie­wamy. Trzy­dziestka to rów w porów­na­niu z prze­pa­ścią, jaką jest czter­dziestka. Ale prze­cież nie muszę ci tego mówić, prawda? Leo potrze­buje tej kami­zelki i będzie zachwy­cony tym płasz­czem. To nie są szaty nud­nego, nic nie­zna­czą­cego czter­dzie­sto­let­niego księ­cia, ale strój mło­dego i przy­stoj­nego czło­wieka, któ­rego czas dopiero się zaczyna. – Księżna spio­ru­no­wała kupca wzro­kiem. – Za obie rze­czy, i płaszcz, i kami­zelkę, jeden złoty tenent i żad­nych srebr­ni­ków.

Kupiec roz­ło­żył kami­zelkę na ladzie przed nimi i pokrę­cił głową.

– Moja droga pani, to impor­to­wany jedwab ze wschod­niego Calisu, nad­zwy­czajna robota. Ten mate­riał mie­sią­cami jechał przez pełne pan­ter i kobr strasz­liwe dżun­gle Gur Em. – Jego sło­wom towa­rzy­szyły gesty, jakby to było przed­sta­wie­nie dla dzieci; zapę­dził się tak bar­dzo, że wygiął palce jak pazury, gdy wspo­mniał pan­tery. – Wielu ludzi zgi­nęło, żeby dostar­czyć tutaj tę rzadko spo­ty­kaną i piękną tka­ninę. Tylko naj­lep­szym szwacz­kom pozwala się przy niej pra­co­wać, bo nie­wła­ściwe cię­cie mogłoby zakoń­czyć się strasz­liwą stratą. Pani, oczy­wi­ście, potrafi doce­nić umie­jęt­no­ści konieczne do stwo­rze­nia takiego arcy­dzieła, więc roz­stanę się z nim za jed­nego zło­tego i sześć srebr­nych tenen­tów oraz dwa zło­ci­sze dodat­kowo za płaszcz.

Księżna prze­su­nęła pulchną dło­nią po mie­nią­cym się mate­riale.

– Wąt­pię, ale ten wtręt na temat szwa­czek robi wra­że­nie. – Posłała mu przy­ja­zny uśmiech, jedyny rodzaj uśmie­chu, jaki opa­no­wała. – To zwy­kły jedwab pozy­ski­wany przez Vintu na cali­skich nizi­nach na połu­dnio­wym wybrzeżu Morza Gha­zel. Można go dostać w licz­nych tanich skle­pi­kach w Dage­sta­nie po pięć srebr­nych dinów za jard. Cza­sem, zwłasz­cza wio­sną, można kupić belę za cztery z drob­nymi. Tę kami­zelkę uszyto z par­tii, którą naj­praw­do­po­dob­niej impor­to­wała Van­doń­ska Kom­pa­nia Korzenna, pła­cąc hur­tową cenę trzech srebr­ni­ków za jard. Tka­nina pły­nęła tu kró­cej niż dwa tygo­dnie razem z innymi towa­rami. Pew­nie, że Kom­pa­nia lubi narzu­cać nie­bo­tyczną marżę i ten fakt nie­wąt­pli­wie wpły­nął na cenę, ale pro­szę mi tu nie mówić o pan­te­rach, kobrach i umie­ra­ją­cych ludziach.

Devon onie­miał. Nowa żona księ­cia Leopolda, która upie­rała się, żeby mówić do niej Genny, zamiast bar­dziej ofi­cjal­nie Gene­vieve, nie­ustan­nie zaska­ki­wała. Więk­szość tych nie­spo­dzia­nek była nie­po­ko­jąca i w nie­ma­łym stop­niu żenu­jąca. Jed­nak wie­dza księż­nej na temat han­dlu była nie­wąt­pli­wie roz­le­gła.

To nie zbiło z tropu cali­skiego kupca. Zmarsz­czył czoło, roz­ło­żył ręce i pokrę­cił głową.

– Jestem tylko bied­nym kup­cem. Taka wielka pani nawet nie zauważy utraty paru nędz­nych monet. Dla mnie jed­nak taka trans­ak­cja może ozna­czać, że będę miał tygo­dniami za co wykar­mić żonę i moje biedne dzieci.

Po tych sło­wach Devon był prze­ko­nany, że kupiec wygrał. Dobrze odczy­tał księżnę i wła­ści­wie okre­ślił słaby punkt w jej obro­nach.

Genny zro­biła krok w stronę han­dla­rza, pochy­liła głowę, żeby spoj­rzeć mu pro­sto w oczy, a jej zawsze obecny uśmiech stał się bar­dziej drwiący.

– Tu nie cho­dzi o pie­nią­dze – powie­działa z bły­skiem w oku. – Oboje to wiemy. Pró­bu­jesz mnie oszu­kać, a ja pró­buję coś star­go­wać. To gra, którą oboje kochamy. Nikt nie prze­kona cię, żebyś sprze­dał za mniej niż mini­malny zysk, i nie możesz zmu­sić mnie, żebym zapła­ciła wię­cej, niż jestem skłonna. W tych zawo­dach jeste­śmy sobie równi. Nawet nie masz rodziny, co? Gdy­byś miał rodzinę, poma­ga­łaby ci tutaj przy…

Coś wywo­łało poru­sze­nie w tłu­mie. Mały chło­piec, chudy i brudny, śmi­gnął wśród tło­czą­cych się klien­tów. Przy­ci­skał boche­nek chleba do piersi i zręcz­nie prze­my­kał przez las nóg. Okrzyk zaalar­mo­wał straż miej­ską i dwóch żoł­nie­rzy zła­pało dzie­ciaka, kiedy chciał prze­czoł­gać się przez poła­maną kratę ście­kową. Pod­nie­śli go, a maluch wyma­chi­wał nogami i pró­bo­wał kopać, stopy miał czarne jak smoła. Miał nie wię­cej niż dwa­na­ście lat i wal­czył jak dziki kot – mio­tał się, szar­pał się i gryzł. Straż­nicy tłu­kli go, aż padł nie­ru­chomo na bruk i tylko cicho szlo­chał.

– Prze­stań­cie! – Księżna pod­bie­gła do nich z unie­sio­nymi rękami.

Była dużą kobietą w ogrom­nej sukni, więc trudno było jej nie dostrzec nawet w tłocz­nej Alei Win­nej.

– Zostaw­cie to dziecko! Co wy sobie myśli­cie? W ogóle nie myśli­cie, co? Pew­nie! Oczy­wi­ście! Nie bije się głod­nego dziecka. Co z wami nie tak? Wytłu­macz­cie mi!

– To zło­dziej – powie­dział jeden z żoł­nie­rzy, pod­czas gdy drugi wycią­gnął rze­mień i zało­żył pętlę na lewy nad­gar­stek chłopca. – Straci za to rękę.

– Puść­cie go! – krzyk­nęła księżna, łapiąc dziecko i wyry­wa­jąc je z pętli żoł­nie­rza. – Nie mogę uwie­rzyć wła­snym oczom. Devon, widzisz to? Widzisz, co tu się dzieje? To obu­rza­jące! Bicie i oka­le­cza­nie dzieci tylko dla­tego, że są głodne?

– Tak, Wasza Ksią­żęca Mość – odpo­wie­dział Devon – prawo mówi… Prawo usta­no­wione przez two­jego męża mówi, że zło­dziej ma stra­cić lewą rękę za pierw­szą kra­dzież, prawą za drugą i głowę za trze­cią.

Księżna patrzyła na niego z wyra­zem twa­rzy, który można było opi­sać jedy­nie jako osłu­piały.

– Mówisz poważ­nie? Leo ni­gdy nie byłby tak okrutny. To prawo na pewno nie doty­czy dzieci.

– Oba­wiam się, że prze­ciw­nie. Nie ma wyjąt­ków. Ci ludzie wyko­nują jedy­nie swoją pracę. Naprawdę nie powinna im pani w tym prze­szka­dzać.

Chło­piec scho­wał się za jej suk­nią.

Straż­nicy wycią­gnęli ręce i znowu go zła­pali.

– Chwi­leczkę! – Księżna ich powstrzy­mała, kiedy dostrze­gła męż­czy­znę w opró­szo­nym mąką far­tu­chu. – To twój chleb?

Pie­karz ski­nął głową.

– Zapłać mu, Devon.

– Słu­cham? – Devon się zawa­hał.

Poło­żyła rękę na bio­drze i zaci­snęła usta. Cho­ciaż Devon rzadko z nią współ­pra­co­wał, nauczył się już, co to zna­czy – „Sły­sza­łeś, co mówię!”.

Wes­tchnął, pod­szedł do pie­ka­rza i otwo­rzył sakiewkę.

– To nie zmie­nia faktu, że chło­pak zła­mał prawo.

Księżna wypro­sto­wała się na całą dłu­gość – nawet gdyby była męż­czy­zną, byłaby to dłu­gość zna­cząca, a w przy­padku kobiety wyda­wała się wręcz zdu­mie­wa­jąca.

– Popro­si­łam tego chłopca, żeby przy­niósł mi boche­nek chleba. Naj­wy­raź­niej zgu­bił pie­nią­dze, które mu dałam, a ponie­waż nie chciał zanie­dbać obo­wiąz­ków, zro­bił to, co mógł. Ja tylko zwra­cam pie­nią­dze, które zapo­dział. Ponie­waż dzia­łał na moją prośbę, jeśli masz jakieś zastrze­że­nia, to jedy­nie do mnie, nie do niego. Możesz przed­sta­wić swoją skargę księ­ciu. Jestem pewna, że mój drogi mąż zrobi to, co należy.

Pie­karz patrzył na nią przez chwilę. Otwo­rzył usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale instynkt samo­za­cho­waw­czy pomógł mu powścią­gnąć język.

Rozej­rzała się po pozo­sta­łych.

– Ktoś jesz­cze? – Spio­ru­no­wała wzro­kiem straż­ni­ków. – Nie? W takim razie zna­ko­mi­cie.

Żoł­nie­rze się skrzy­wili, a potem się odwró­cili. Kiedy Devon pła­cił pie­ka­rzowi, usły­szał, jak jeden z nich mruk­nął:

– Bim­brow­niczka.

Słowo wypo­wie­dziano cicho, ale nie dość cicho. Żoł­nierz chciał, żeby księżna go usły­szała.

***

Powóz znowu ruszył, a księżna zgar­biła się na sie­dze­niu. Ponie­waż była dużą kobietą, a w powo­zie nie było dużo miej­sca, tyle wystar­czyło, żeby przy­ci­snęła kolana do ławki naprze­ciwko.

– To tylko dziecko. Czy oni tego nie widzą? Oczy­wi­ście, że widzą, ale co ich to obcho­dzi? Bru­tale, oto kim są. Obcię­liby mu rękę, odrą­ba­liby ją na miej­scu, pew­nie na stołku kupca bła­wat­nego. Do takiego bar­ba­rzyń­stwa dopusz­cza się w tym mie­ście? Oka­le­cza się dzieci, które umie­rają z głodu? Nie tak należy wła­dać księ­stwem i Leo na pewno nie zdaje sobie sprawy z tego, jak nie­wła­ści­wie sto­suje się jego prawa. Poroz­ma­wiam z nim, a on poprawi prawo. Prze­staje dzi­wić, że Rochelle jest tak słabe eko­no­micz­nie, kiedy widzi się taką głu­potę. Takie kary rodzą jedy­nie sprze­ciw w spo­łe­czeń­stwie. Czy chło­piec sta­nie się lep­szym oby­wa­te­lem z jedną ręką?

– To nie chło­piec – odpo­wie­dział Devon, koły­sząc się obok niej w jadą­cym powo­zie w rytm tętentu koń­skich kopyt.

– Co masz na myśli?

– Zło­dziej nie był chłop­cem. Chcia­łem powie­dzieć, nie był czło­wie­kiem. To mir. Nie zauwa­żyła pani szpi­cza­stych uszu? Pew­nie należy do jakiejś prze­stęp­czej orga­ni­za­cji. Tak dzia­łają, jak kolo­nia szczu­rów, które wloką swoje łupy z powro­tem do gniazda.

– Mamy mirów też w Col­no­rze, Devo­nie. Pocho­dze­nie chłopca niczego nie zmie­nia. Na­dal jest nędza­rzem, głod­nym dziec­kiem. To pro­ste.

– Pro­ste, powiada pani? – Devon sta­rał się zapa­no­wać nad języ­kiem, tak jak wcze­śniej pie­karz.

Wolałby wprost powie­dzieć, że to ona zacho­wała się nie­mą­drze, nie rozu­mie­jąc pro­stych rze­czy, ale wtedy za daleko by się zapę­dził. Księżna czę­sto zała­ziła mu za skórę i w efek­cie za dużo mówił. Na szczę­ście ucho­dziły mu słowa, które więk­szość ludzi o jej pozy­cji uzna­łaby za prze­jaw braku sza­cunku. Przy kimś innym już dawno stra­ciłby język i Devon zda­wał sobie sprawę, świa­dom iro­nii sytu­acji, że ta sama postawa, która ura­to­wała małego mira, dzia­łała także na jego korzyść.

– Nie żyła pani wśród nas dosta­tecz­nie długo, Wasza Ksią­żęca Mość. Nie rozu­mie pani Rochelle. Jak się tu mają sprawy. To nie Col­nora. Tu nic nie jest pro­ste. Mamy kło­poty typowe dla każ­dego dużego mia­sta, ale żyjemy tu cia­sno upchani. To dom dla czte­rech odręb­nych i róż­nych od sie­bie ras.

– Calij­czycy nie są odrębną rasą, mają tylko inną naro­do­wość.

– Nie­mniej Rochelle jest jedyne w swoim rodzaju ze względu na róż­no­rod­ność, a do tego docho­dzą jesz­cze sztywne tra­dy­cje z minio­nych cza­sów. To mia­sto pogar­dza zmia­nami, jakie zaszły w ciągu stu­leci. Jeste­śmy jezio­rem z war­stwami osa­dów. Na dnie znaj­dują się miro­wie i wylą­do­wali tam nie bez powodu.

– Nie pochwa­lasz tego, że sta­nę­łam w obro­nie dziecka?

– To był mir.

Zmarsz­czyła brwi.

– Pew­nie myślisz też, że nie powin­nam była dorzu­cać do tego wie­przo­winy i sera, co? Wolał­byś, żebym ode­słała go, pokle­paw­szy po ple­cach i poma­chaw­szy mu na poże­gna­nie? A jesz­cze lepiej byłoby, gdy­bym po pro­stu pozwo­liła, żeby go oka­le­czono, co? Uwa­żasz, że skoro miro­wie są nie­mili oku i nie­wy­ra­fi­no­wani… ponie­waż nie pasują do reszty… to należy ich uni­kać? O to ci cho­dzi?

Księżna nie mówiła już o dziecku i Devon nie zamie­rzał wpa­ko­wać się w pułapkę.

– Myślę, że powinna była pani kupić tę okropną kami­zelkę i poda­ro­wać mężowi.

Księżna skrzy­żo­wała ręce na impo­nu­ją­cej piersi i prych­nęła.

– Dla­czego? Dla­czego ura­to­wa­nie dziecka jest aż tak złe?

Devon pokrę­cił głową.

– Miro­wie nie są tacy jak my, moja pani, tak samo jak kra­sno­ludy albo Calij­czycy. To dzieła innych bogów, pomniej­szych bogów i nie należy im ofe­ro­wać przy­wi­le­jów, jakimi cie­szą się wybrańcy Mari­bora i jego syna Novrona.

– Mylisz się. Są przy­szło­ścią tego mia­sta! – oznaj­miła z prze­ko­na­niem. – Gdyby złota psze­nica rosła dziko na two­jej far­mie, to zadbał­byś o nią w nadziei na zyski. Tak każe zdrowy roz­są­dek. Kiedy czło­wiek jest tak zde­spe­ro­wany jak my, musi korzy­stać ze wszyst­kich atu­tów… nie tylko z tych ład­nych. – Skrzy­wiła się tak, że wyda­wało się, iż jej pulchne policzki napie­rają na usta. – Dla­tego domy­ślam się, że nie pochwa­lasz także tego, co wła­śnie powie­dzia­łam gil­dii kupiec­kiej. Tro­chę za późno, żeby teraz dzie­lić się swoim zda­niem, Devon. Masz ochotę sko­men­to­wać też moje mał­żeń­stwo z Leo? Minęły dopiero trzy mie­siące. Może jesz­cze skło­nisz go do zmiany zda­nia i Leo poprosi biskupa o anu­lo­wa­nie.

De Luda wes­tchnął i potarł skro­nie.

– Po pro­stu pró­buję wyka­zać, że jesteś nie­do­świad­czona i naiwna.

– Nie­do­świad­czona? Naiwna? – Księżna zaśmiała się ser­decz­nie. – Dobi­ja­łam targu na pirac­kim statku pod­czas sztormu, popi­ja­jąc whi­sky. W Col­no­rze mia­łam sąsiada, który był jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych zło­dziei świata. Krą­żyły o nim opo­wie­ści, że zrzu­cał kon­ku­ren­tów z Bursz­ty­no­wego Wodo­spadu pod­czas let­nich pik­ni­ków. Jest jed­nak także dosko­na­łym klien­tem, a ludzie, któ­rych zapra­sza, nie są nie­wi­niąt­kami, więc przy­my­ka­łam oko na jego wykro­cze­nia. A jeśli cho­dzi o naiw­ność, to czy wyglą­dam na młodą panienkę o róża­nych policz­kach? – Pocze­kała, ale De Luda mil­czał. – Oczy­wi­ście, że nie. Jestem jałówką, za starą, żeby ją doić, i za twardą na ubój. Myślisz, że zdo­by­łam obecną pozy­cję dzięki śle­po­cie? Nie jestem ładna, nie mam wytwor­nych manier, zde­cy­do­wa­nie nie należę do wyż­szych sfer, jak to mawiają ludzie. Jestem Bim­brow­niczką. Tak nazwał mnie ten żoł­nierz, prawda? Wszy­scy tak mnie nazy­wają, zga­dza się? Wiem, co sobie myślą. Zdaję sobie sprawę z szep­tów na temat powo­dów, dla któ­rych Leo mnie wybrał. Cóż, sły­sza­łam gor­sze rze­czy, możesz mi wie­rzyć. Jestem kobietą. My zawsze mamy za sobą gor­sze rze­czy. Tutejsi ele­ganci w wykroch­ma­lo­nych koszu­lach i obci­słych raj­tu­zach to puch marny w porów­na­niu z tym, z czym mie­wa­łam do czy­nie­nia.

Devon wziął jeden głę­boki wdech, potem drugi.

– Mia­łem tylko na myśli pani naiw­ność w podej­ściu do tra­dy­cji panu­ją­cych w Albur­nie, a w szcze­gól­no­ści w Rochelle. To skom­pli­ko­wane i nie­bez­pieczne mia­sto. Pani Col­nora to wolna i otwarta metro­po­lia, gdzie kupcy obno­szą się ze swoją nie­za­leż­no­ścią. Rochelle jest stare, prze­lud­nione i zdła­wione przez tra­dy­cję i biu­ro­kra­cję. To mia­sto pełne ukry­tych miejsc i mrocz­nych sekre­tów. Zbyt wielu sekre­tów. I nie wyba­cza błę­dów. My na­dal wie­rzymy w tra­dy­cyjne spo­soby i potwory ze sta­ro­żyt­nego świata. Ujrzaw­szy pani zain­te­re­so­wa­nie nie­bie­ską kami­zelką, domy­śli­łem się, że sły­szała pani o naszym mor­der­czym duchu.

– W moim mie­ście też nie bra­kuje stra­chów. Oso­bi­ście prze­ży­łam całe lato w mie­ście ster­ro­ry­zo­wa­nym przez maka­bryczne mor­der­stwa, któ­rych ofia­rami padali zarówno biedni, jak i bogaci.

– Mor­dercą był czło­wiek?

– A któż by inny?

Devon ski­nął głową.

– W wielu miej­scach prze­sądy to tylko wyraz nawy­ków. W Col­no­rze na przy­kład, kiedy ktoś rzuca garstką soli przez ramię po tym, jak coś przy­pad­kiem roz­lał, nie spo­dziewa się, że naprawdę pod­krada się do niego demon.

– Pró­bu­jesz mi powie­dzieć, że w Rochelle praw­dziwe demony pod­kra­dają się do ludzi? – Unio­sła brwi i uśmiech­nęła się krzywo. – Mają kły i nie­to­pe­rze skrzy­dła? Plują ogniem?

– Mówię tylko, że mądrzy ludzie pozo­stają w domach po zmroku i ubie­rają dzieci na nie­bie­sko, żeby odgo­nić zło. Mimo to oby­wa­tele tego mia­sta giną oka­le­czeni, ostat­nio co rusz. Mity aż nazbyt czę­sto mają swoje korze­nie w praw­dzie, a my…

Powóz zatrzy­mał się gwał­tow­nie. Nie prze­kro­czyli jesz­cze mostu pro­wa­dzą­cego do Posia­dło­ści.

– Dla­czego…

Drzwi po stro­nie Devona otwo­rzyły się z impe­tem. Wpa­dło zimne powie­trze, wil­gotne i lep­kie. W ciem­no­ści pod­skarbi zoba­czył dwoje okrut­nych, zło­wro­gich oczu. Wzdry­gnął się, odsu­nął, chciał ucie­kać, ale nie miał dokąd. Na­dal w uszach mu dzwo­niło od wrza­sku księż­nej, gdy umie­rał.

Rozdział 2. Powrót Virgila Pucka

Roz­dział 2

Powrót Vir­gila Pucka

Royce zwy­czaj­nie wie­dział, co się zaraz sta­nie.

Hadrian oglą­dał się na ich więź­nia wię­cej niż kil­ka­na­ście razy, cho­ciaż nic się nie zmie­niło. Vir­gil Puck na­dal szedł za ich końmi, na­dal miał nad­garstki cia­sno zwią­zane jed­nym koń­cem liny, pod­czas gdy drugi wciąż był przy­mo­co­wany do kuli przy sio­dle Hadriana. Mimo to Blac­kwa­ter coraz czę­ściej się oglą­dał i na coraz dłu­żej. Royce podej­rze­wał, że gdyby miał pre­cy­zyjny spo­sób odmie­rza­nia krót­kich odcin­ków czasu, to zdo­łałby dokład­nie okre­ślić chwilę, w któ­rej…

– A jeśli on mówi prawdę? – zapy­tał Hadrian.

Royce zmarsz­czył brwi. Czuł się oszu­kany. Spo­dzie­wał się, że to potrwa dłu­żej. Hadrian nie zmie­nił się tak bar­dzo, jak Royce miał nadzieję.

– Nie mówi.

– Ale to, co mówi, brzmi, jakby to była prawda.

– Bo to jest prawda – ode­zwał się Puck, prze­krzy­ku­jąc wła­sne szu­ra­nie; powłó­czył nogami, nie­chęt­nie idąc za końmi.

– Nie różni się od wszyst­kich innych oskar­żo­nych o prze­stęp­stwo. Każdy twier­dzi, że jest nie­winny. – Royce nawet się nie obej­rzał. Wszystko, co chciał wie­dzieć, zdra­dzało napię­cie liny. Dzięki niemu wie­dział, że Puck na­dal jest przy­wią­zany; poza tym nic wię­cej go nie inte­re­so­wało.

We trzech leni­wie poko­ny­wali wiej­ski odci­nek Traktu Króla na pół­noc od Med­fordu. Dzień był cie­pły, więk­szość tego­rocz­nego śniegu wresz­cie stop­niała, woda na­dal spły­wała do jezior i rzek. Wszę­dzie wokół sie­bie Royce sły­szał ciur­ka­nie wody. Każda pora roku miała cha­rak­te­ry­styczne dla niej odgłosy: brzę­cze­nie owa­dów latem, klan­gor gęsi jesie­nią, wycie wia­tru zimą. Dla wio­sny to były pta­sie trele i ciur­ka­nie wody.

– Nie jest prze­stępcą. Nie jest mor­dercą ani nawet zło­dzie­jem. Teo­re­tycz­nie oskar­żono go bar­dziej o dawa­nie niż odbie­ra­nie.

Royce uniósł brew.

– Lord Hil­de­brandt nie zgo­dziłby się z tobą. Cnota i czy­stość to rze­czy, które ode­brano jego córce.

– Lito­ści! – prze­rwał mu Puck. – Nie bądź śmieszny. Czy któ­ryś z was widział lady Hil­de­brandt? Mogę was zapew­nić, że imie­nia Bliss1 nie nadali jej kochan­ko­wie. Ma czter­dzie­ści trzy lata, a zacho­wuje się, jakby miała osiem­dzie­siąt dzie­więć. Jej twarz wygląda jak latar­nia nie­wpraw­nie wyrżnięta z dyni, a z figury przy­po­mina bał­wana ule­pio­nego z dwóch kul. I lepiej, żebym nawet nie poru­szał tematu jej kwa­śnego uspo­so­bie­nia i gro­te­sko­wego rechotu. Jestem cał­ko­wi­cie prze­ko­nany, że zacho­wała swoją cnotę tak jak obity i gni­jący melon, któ­rego nikt nie tknie. Nikt, kto rze­czy­wi­ście poznał Bliss Hil­de­brandt z Sans­bury, nie wyobra­ziłby sobie, że można by pójść z nią do łóżka. Oso­bi­ście wolał­bym prze­spać się z chorą rasz­plą. Może gdyby ktoś przy­ło­żył mi nóż do gar­dła, to kto wie…

Urwał, co spra­wiło, że Royce się odwró­cił.

Znie­kształ­cony nos Vir­gila Pucka był prze­krzy­wiony na bok i koń­czył się bulwą jak gałka na końcu laski. Poza tym był wysoki, chudy i miał dłu­gie, krę­cone blond włosy, jakie wywo­łują wes­tchnie­nie kobiet wszel­kiej pozy­cji i klasy. Miał na sobie jedy­nie grubą tunikę, spodnie i buty. Tunika była w biało-nie­bie­skie pio­nowe paski, a buty były żółte jak pierś kanarka. Hadrian miał rację w jed­nej kwe­stii. Vir­gil nie wyglą­dał jak nor­malny prze­stępca.

Z dru­giej strony „prze­stępca” to roz­myty ter­min i co to wła­ści­wie zna­czy słowo „nor­malny”?

Puck wbił wzrok w zie­mię, krę­cąc z gry­ma­sem głową.

– Nie, nie, szcze­rze mogę powie­dzieć, że nawet nóż by nie wystar­czył. Mówię wam po raz trzeci, zła­pa­li­ście nie­wła­ści­wego czło­wieka. Praw­dziwy wino­wajca musi być albo głu­chy i ślepy, albo tak zde­pra­wo­wany, że już cał­kiem sza­lony.

Hadrian obej­rzał się, prze­su­wa­jąc koniec mie­cza na ple­cach i opie­ra­jąc rękę na koń­skim zadzie.

– Jesteś szla­chet­nie uro­dzony?

– Jeśli pytasz, czy w moich żyłach pły­nie błę­kitna krew, to nie. A skąd to pyta­nie?

– Spo­sób, w jaki mówisz… Tak mądrze. Skom­pli­ko­wa­nie. Posłu­gu­jesz się takimi sło­wami jak „wino­wajca” i „zde­pra­wo­wany”.

– Bo jestem poetą – oznaj­mił Puck tonem peł­nym dra­ma­ty­zmu. Dla pod­kre­śle­nia swo­ich słów chciał się nisko skło­nić, ale lina była za bar­dzo napięta, żeby mógł sobie na to pozwo­lić. – Zara­biam na życie, wędru­jąc od jed­nego zamoż­nego domu do dru­giego i zaba­wia­jąc gospo­da­rzy pie­śniami i opo­wie­ściami. Histo­riami o miło­ści i żało­ści. Od epic­kiego romansu Per­se­phone i Novrona po tra­giczny zwią­zek lady Maska­rady i hra­biego Focha. Roz­śmie­szam ich. Wzru­szam. Inspi­ruję, edu­kuję i…

– Uwo­dzę? – pod­su­nął Royce. – Kobiety mają sła­bość do poetów. Oma­mi­łeś Bliss Hil­de­brandt pięk­nymi sło­wami?

Puck wyra­ził swoje obu­rze­nie, zatrzy­mu­jąc się, ale zaraz koń Hadriana szarp­nął go do przodu.

– Nie słu­chasz. Nie uwio­dłem jej. Nie zro­bił­bym tego nawet za całe złoto Avrynu. Wolał­bym raczej cudzo­ło­żyć z wście­kłą fretką. Mówię wam, kiedy wró­cimy do Sans­bury, zoba­czy­cie ją i zro­zu­mie­cie. Mam nadzieję, że obu was wyści­ska i obślini poca­łun­kami w podzięce za wasz wysi­łek. Jest sta­rym, paskud­nym psi­skiem, które myśli, że na­dal jest szcze­nia­kiem, nawet kiedy z pyska ście­kają jej dłu­gie, sprę­ży­ste nitki śliny. A kiedy otwo­rzy usta, żeby wam podzię­ko­wać, zoba­czy­cie ozór, organ zde­cy­do­wa­nie za długi dla każ­dego roz­sąd­nego żywego stwo­rze­nia.

– Lady Hil­de­brandt jest przy nadziei – powie­dział Royce. – Jakoś musiało do tego dojść.

Puck uśmiech­nął się krzywo.

– Widzia­łem młode jeżo­zwie­rza i też nie wiem, jakim cudem zaist­niały.

– Jego słowa brzmią tak… – Hadrian szu­kał słowa. – No wiesz, szcze­rze.

– Na wszyst­kich bogów! To dla­tego, że mówię prawdę! – Puck krzyk­nął w nie­biosa. – Wy dwaj… jeste­ście… kim wła­ści­wie? Nie mam poję­cia. Sze­ry­fami? Łow­cami nagród? Nie­ważne, bez względu na swoją pro­fe­sję, musi­cie czę­sto to robić, prawda? Na pewno zła­pa­li­ście dzie­siątki podej­rza­nych wino­waj­ców i odda­li­ście ich w ręce spra­wie­dli­wo­ści. Musi­cie wie­dzieć, jacy są nik­czem­nicy. Jak się zacho­wują. Kiedy wywle­kli­ście mnie z karczmy we Wschod­niej Mar­chii, czy zacho­wy­wa­łem się jak czło­wiek winny? Domy­ślam się, że więk­szość zło­czyń­ców ucieka, prawda? A ja? Czy sta­wi­łem jaki­kol­wiek opór? Nie. A co zro­bi­łem zamiast tego?

– Wezwa­łeś sze­ryfa – odpo­wie­dział Hadrian i zer­k­nął na Royce’a, led­wie widocz­nie kiwa­jąc głową.

– Tak! Wła­śnie! Zro­bi­łem tak, bo myśla­łem, że to jakaś zaczepka. Tylko zbiry wywle­kłyby czło­wieka z karczmy i go zwią­zały. Gdyby sze­ryf o tym usły­szał, to wy dwaj zna­leź­li­by­ście się na końcu sznura i podej­rze­wam, że w dodatku krót­szego niż ten.

Hadrian spoj­rzał na Pucka, a potem na Royce’a z wyra­zem zamy­śle­nia na twa­rzy.

– To nie ma zna­cze­nia – prze­rwał mu Royce, pró­bu­jąc uprze­dzić myśl for­mu­jącą się w gło­wie part­nera.

– Ale jeśli jest nie­winny, to czy naprawdę powin­ni­śmy go oddać w ręce lorda Hil­de­brandta? Jeżeli go oskarżą, nie ochroni go szla­chetne uro­dze­nie. Baron go zabije.

– To nie ma zna­cze­nia.

– Dla mnie z pew­no­ścią ma – wtrą­cił Vir­gil.

– Dla­czego? Dla­czego to nie ma zna­cze­nia? – zapy­tał Hadrian.

– Obcho­dzi mnie tylko osiem zło­tych monet, które wypłaci nam Hil­de­brandt.

– To bez­duszne, Royce – powie­dział Hadrian.

– Nie, to życie. Nie marudź mi tutaj, idź z tym do Mari­bora, wszech­świata albo natury. Te same zasady, przez które wró­bel umiera z głodu zimą, spra­wią, że Puck zawi­śnie za zbrod­nię… nawet jeśli jej nie popeł­nił. Tyle że to nie jest nasz pro­blem. My tu nie mamy nic do rze­czy.

– Prze­pra­szam bar­dzo! – ode­zwał się Puck. – Czuję się zmu­szony zauwa­żyć, że to wy zwią­za­li­ście mi nad­garstki sznu­rem i to wy cią­gnie­cie mnie bez ustanku na spo­tka­nie losu, na jaki nie zasłu­ży­łem. To wasze konie, nie Mari­bora, nie wszech­świata i nie natury! I z całą pew­no­ścią sakra­mencki, prze­klęty wró­bel nie ma tu nic do rze­czy!

– Osiem zło­tych tenen­tów. – Royce spoj­rzał twardo na Hadriana. – Wypo­wiedz na głos te trzy słowa. Powta­rzaj je raz za razem, aż zagłu­szą tego prze­klę­tego gał­gana za nami.

Hadrian nie spra­wiał wra­że­nia prze­ko­na­nego.

– No dobrze, a co powiesz na to? Pamię­tasz, że obie­ca­li­śmy… dali­śmy nasze słowo lor­dowi Hil­de­brand­towi, że przy­wie­ziemy mu z powro­tem Pucka. – Royce z tru­dem zdo­łał wypo­wie­dzieć te słowa z pełną powagą na twa­rzy.

Kiedy Hadrian z namasz­cze­niem ski­nął głową, Royce musiał zagryźć poli­czek, żeby się nie roze­śmiać. Współ­pra­co­wali już trzy lata jako opryszki do wyna­ję­cia pod ofi­cjal­nym szyl­dem „Riy­ria”, a Hadrian na­dal myślał, że obiet­nica to coś, czego trzeba dotrzy­mać. Hadrian był młody, tuż po dwu­dzie­stce, ale brał udział w woj­nie wię­cej niż raz i Royce’a nie­ustan­nie zdu­mie­wało to, jak bar­dzo ode­rwany od życia pozo­stał.

Puck sku­pił się na Roy­sie.

– Zatem tylko tyle jest warte moje życie? Kilka zło­tych monet? A jeśli zapro­po­nuję wam wię­cej, niż jest gotów zapła­cić lord Hil­de­brandt? Czy to wyrówna szale w twoim nie­przy­sto­so­wa­nym świe­cie, miej­scu, z któ­rym, jak twier­dzisz, nie masz nic wspól­nego, nawet jeśli sam trzy­masz smycz?

Royce zmarsz­czył czoło.

– Nie masz takich pie­nię­dzy. Gdy­byś miał, doga­da­li­by­śmy się już we Wschod­niej Mar­chii.

– Mogę je zdo­być.

– Nie, nie możesz. Jesteś poetą. Poeci nie­wiele zara­biają i z pew­no­ścią nie oszczę­dzają z myślą o trud­nych dniach. Wyda­je­cie pie­nią­dze na idio­tyczne rze­czy, na przy­kład na ubra­nia.

– Racja, ale nie myśla­łem o swo­ich pie­nią­dzach. Cho­ciaż przy­się­gam, że nie tkną­łem Bliss, flir­to­wa­łem swego czasu z paroma damami. Nie­które bar­dzo mnie polu­biły. Jestem pewien, że lady Mar­tel zapłaci, żeby ura­to­wać mi życie.

– Lady Mar­tel? Masz na myśli żonę lorda Hem­leya? – zapy­tał Royce.

– W rze­czy samej.

Royce uśmiech­nął się zna­cząco.

– Wąt­pię, żeby twoja spraw­ność w pościeli była warta dzie­sięć zło­tych tenen­tów.

– Źle mnie zro­zu­mia­łeś. Mój zwią­zek z Mar­tel Hem­ley pole­gał na czymś cał­kiem innym. Mam na myśli to, że mogłem się z nią prze­spać. Też nie jest za piękna, ale przy­naj­mniej pobu­dza mnie inte­lek­tu­al­nie i tak samo odbiera mnie. Jestem pewien, że dzie­sięć zło­tych monet to niska cena za kon­ty­nu­ację naszych dys­ku­sji. Nasza więź opiera się na obo­pól­nej miło­ści do słowa pisa­nego. Co też ja mówię! Nie dalej jak zeszłego lata spę­dzi­łem całą noc w jej sypialni, jedy­nie pijąc i pene­tru­jąc jej biblio­tekę.

– To eufe­mizm, czy naprawdę mówisz o książ­kach? – zapy­tał Royce.

– Ach, czyli sły­sza­łeś o nich! Tak, mówię o książ­kach. To kobieta o roz­le­głych zain­te­re­so­wa­niach i ma małą biblio­tekę przy­le­ga­jącą do jej pry­wat­nych kom­nat. Ma egzem­plarz „Pie­śni Berin­gera” i „Opo­wie­ści piel­grzy­mich”, co jest impo­nu­jące, cho­ciaż nie­szcze­gól­nie ory­gi­nalne. Naj­cie­kaw­szą rze­czą na jej pół­kach jest cudaczny pamięt­ni­czek.

Royce ścią­gnął wodze, żeby zatrzy­mać konia, i obró­cił się w sio­dle.

– Poka­zała ci swój pamięt­nik?

Puck pod­niósł zanie­po­ko­jony wzrok. Royce nie chciał go stra­szyć, ale trudno mu było nad tym zapa­no­wać.

– Ow­szem, ale to nie był jej pamięt­nik. To były wspo­mnie­nia gościa imie­niem Fal­kirk de coś tam, który miał dosko­nały cha­rak­ter pisma i wysła­wiał się archa­icz­nie. Lady Mar­tel wspo­mniała, że go ukra­dła, cho­ciaż w to wąt­pię. W końcu kto sły­szał o szla­chet­nie uro­dzo­nym zło­dzieju? Była już wtedy solid­nie wsta­wiona, więc nie potrak­to­wa­łem jej poważ­nie.

– Wspo­mniała, gdzie poznała tego Fal­kirka? – zapy­tał Royce.

– Nie, nie dostała pamięt­nika od niego. Lady Mar­tel zdo­była pamięt­nik od mni­cha, z któ­rym miała romans. Pew­nej nocy, kiedy spał, natra­fiła na pamięt­nik i zabrała go, ponie­waż chciała poznać jego praw­dziwe uczu­cia do niej. Dopiero póź­niej zorien­to­wała się, że to zapi­ski owego Fal­kirka. Pró­bo­wała zwró­cić pamięt­nik, ale mnich znik­nął, zanim jej się to udało. Ni­gdy wię­cej go nie zoba­czyła.

– Mówisz, że styl był archa­iczny, co zna­czy, że go czy­ta­łeś?

Puck ski­nął głową.

– Pró­bo­wa­łem, ale prawdę mówiąc, znu­dził mnie. Dla­czego tak cię to inte­re­suje?

Kiedy Royce nie odpo­wie­dział, ode­zwał się Hadrian:

– Wyko­nu­jemy różne zada­nia. Jed­nym z nich było zabra­nie tego pamięt­nika lady Mar­tel. Kiedy już to zro­bi­li­śmy, ona stwier­dziła, że nic nie zgi­nęło. Takie rze­czy draż­nią Royce’a; gdzie­kol­wiek spoj­rzy, wszę­dzie widzi spi­ski i nik­czemne zamiary.

Royce sku­pił się na Vir­gilu.

– Co mogło…?

Tętent zwró­cił uwagę Royce’a.

Ośmiu męż­czyzn jechało w ich stronę; białe kasaki przy­kry­wały kol­czugi, mie­cze ude­rzały o uda. Zwol­nili, gdy się zbli­żyli, ale nie zdra­dzali żad­nych złych zamia­rów. Tego ranka Royce i jego dwaj kom­pani minęli albo zostali wymi­nięci przez kil­ka­na­ście róż­nych grup podróż­nych: far­me­rów, kup­ców, rze­mieśl­ni­ków. To byli pierwsi uzbro­jeni, jakich napo­tkali, a ich kasaki spra­wiały wra­że­nie ofi­cjal­nych stro­jów. Zwy­kle takie patrole ozna­czały kło­poty, ale cho­ciaż raz Royce i Hadrian nie łamali prawa. Pra­co­wali dla sza­no­wa­nego barona Melen­garu. Mimo to Royce zesztyw­niał.

– Wybacz­cie naj­ście – ode­zwał się przy­wódca jeźdź­ców, zatrzy­mu­jąc konia.

Miał gołą głowę, a jego twarz pokry­wał jed­no­dniowy zarost. Uśmie­chał się. Royce nie wie­dział, co o nim myśleć.

– Mogę zapy­tać o wasze imiona i powód, dla któ­rego wle­cze­cie tego czło­wieka Trak­tem Króla? – dodał jeź­dziec.

Royce zawa­hał się z kil­ku­na­stu powo­dów, ale żad­nego z nich nie mógł uznać za dobry czy choćby roz­sądny. Po pro­stu nie lubił, kiedy go zatrzy­my­wano. A jesz­cze mniej lubił odpo­wia­dać na pyta­nia.

Tę chwilę ciszy wypeł­nił jego part­ner:

– Nazy­wam się Hadrian. Jak się pan miewa?

– Świet­nie – odpo­wie­dział męż­czy­zna. – A ten tu jak się zwie? – Wska­zał ich więź­nia.

– Nazy­wam się Vir­gil.

– Doprawdy? – Jeź­dziec ski­nął głową i zsiadł z konia, żeby spoj­rzeć Puc­kowi w twarz. – A nazwi­sko?

– Puck. Być może mogliby mi pano­wie udzie­lić pomocy. Tych dwóch jego­mo­ści żywi błędne prze­ko­na­nie. Oskar­żają mnie o wyko­rzy­sta­nie lady Bliss Hil­de­brandt, czego abso­lut­nie i w żad­nym wypadku nie uczy­ni­łem. Nie­słusz­nie mnie oskar­żono. Gdy­by­ście mogli…

Bez słowa ostrze­że­nia męż­czy­zna w kasaku wycią­gnął szty­let i dźgnął Pucka w pierś. Vir­gil nie zdą­żył nawet krzyk­nąć, zanim padł na zie­mię.

Royce i Hadrian się cof­nęli. Ich konie zakrę­ciły się i zarżały nie­spo­koj­nie. Obaj dobyli broni. Hadrian wycią­gnął miecz pół­to­ra­ręczny, a Royce swój biały szty­let – Alver­stone. Ruch wierz­chowca Hadriana spra­wił, że krwa­wiące ciało Pucka odsu­nęło się od napast­nika, cią­gnąc za sobą szkar­łatny ślad. Męż­czy­zna, który dźgnął Vir­gila, nie oka­zy­wał naj­mniej­szej tro­ski. Wyjął jedy­nie chu­s­teczkę i otarł z krwi sie­bie oraz ostrze.

Vir­gil stęk­nął, zarzę­ził i przez tylko kilka sekund szar­pały nim spa­zmy. Poeta zgi­nął w tym samym momen­cie, w któ­rym ostrze ude­rzyło w jego serce, ale potrzebna była chwila, żeby wia­do­mość o śmierci dotarła do wszyst­kich zakąt­ków jego drga­ją­cego ciała.

Royce i Hadrian pocze­kali, ale nikt poza tym nawet nie się­gnął do broni. Męż­czy­zna, który zabił Pucka, scho­wał szty­let i wsiadł z powro­tem na konia.

– Dla­czego to zro­bi­łeś? – zapy­tał Hadrian, trzy­ma­jąc miecz w goto­wo­ści.

– Na roz­kaz króla – odpo­wie­dział bez­na­mięt­nie zabójca. Uśmiech­nął się, patrząc z roz­ba­wie­niem na miecz Hadriana. – To nie ma z wami nic wspól­nego.

Hadrian rzu­cił spoj­rze­nie Royce’owi, a potem z powro­tem popa­trzył na patrol.

– Król Amrath roz­ka­zał zabić Vir­gila Pucka?

Męż­czy­zna spoj­rzał na ciało przy dro­dze na­dal uwią­zane do sio­dła Hadriana. Wzru­szył ramio­nami.

– Jasne. A czemu nie?

A potem szturch­nął koń­skie boki i cała grupa odje­chała.

***

Royce i Hadrian wje­chali na ulicę Prze­korną tuż przed zmierz­chem.

Wró­ci­liby wcze­śniej, ale Hadrian uparł się, żeby pocho­wać Pucka. Royce, który wie­lo­krot­nie zaśmie­cił, a w pew­nych przy­pad­kach wręcz ude­ko­ro­wał pej­zaż cia­łami, nie poj­mo­wał sto­ją­cej za tym logiki. Puck nie był ich bała­ga­nem, żeby musieli go sprzą­tać. Jego cia­łem, kiedy już zostało odwią­zane od konia Hadriana, powinna zająć się natura. Nie mieli nic wspól­nego z jego śmier­cią, więc po co mar­no­wać czas, nie mówiąc już o pie­nią­dzach, na uprząt­nię­cie jego szcząt­ków? Jed­nak Hadrian i logika znali się led­wie z widze­nia, a może raczej nale­ża­łoby powie­dzieć, że Hadrian kie­ro­wał się wła­sną logiką. Royce jej nie poj­mo­wał i po trzech latach prze­stał nawet pró­bo­wać.

Ulica Prze­korna na­dal była błot­ni­stym grzę­za­wi­skiem przy­stro­jo­nym kil­ku­na­stoma sto­ją­cymi sadzaw­kami i pobliź­nio­nym głę­bo­kimi kole­inami od kół wozów. Brudne łaty upar­tego sza­rego śniegu cze­piały się cie­ni­stego zaka­marka mię­dzy warsz­ta­tem gar­ba­rza a gospodą pod Różą i Cier­niem. Jed­nakże dachy były już czy­ste i, jak wio­senny kwiat, Dom Med­ford roz­kwitł świeżą, nie­bie­ską farbą. Ostat­nie pro­mie­nie słońca oświe­tlały fron­tową werandę wspa­nia­łej sie­dziby pro­sty­tu­cji, która ostat­nio coraz bar­dziej przy­po­mi­nała luk­su­sowy zajazd.

– Nie ma zbyt wiele cier­pli­wo­ści, co? – powie­dział Hadrian. – Myśla­łem, że miała pocze­kać na cie­plej­szą porę.

Fron­towe drzwi się otwo­rzyły i Gwen DeLancy wyszła na werandę. Miała na sobie swoją zwy­kłą nie­bie­ską sukienkę w odcie­niu nie­mal takim samym jak farba na ścia­nie domu. Royce domy­ślał się, że wła­śnie o to jej cho­dziło. Zawsze lubił tę sukienkę i nie miało to nic wspól­nego z kolo­rem. Gwen się uśmiech­nęła i roz­ło­żyła ręce, pre­zen­tu­jąc z dumą swoje dzieło.

– No i? Co myśli­cie? Wła­śnie dzi­siaj zaczęli. Nie zro­bili za dużo, tylko jedną ścianę, ale kolor jest cudowny, prawda?

– Jest nie­bie­ski – odpo­wie­dział Hadrian. – Czy inny kolor nie byłby lep­szy dla inte­re­sów? Nie powi­nien być różowy czy coś takiego?

– Oczy­wi­ście, że nie­bie­ski! – zbesz­tała go. – Dom Med­ford zawsze będzie nie­bie­ski. Potrze­bo­wa­łam tylko czasu na zebra­nie fun­du­szy.

Hadrian ski­nął głową.

– Rze­czy­wi­ście wygląda na kosz­towną rzecz.

Obaj zsie­dli z koni. Nie zawra­cali sobie głowy ich przy­wią­zy­wa­niem. Zwie­rzęta już się nauczyły i teraz cier­pli­wie cze­kały, aż zostaną roz­sio­dłane.

– I jest kosz­towne. – Gwen objęła się cia­sno rękami i obró­ciła się, podzi­wia­jąc dom, który stwo­rzyła.

Sukienka roz­klo­szo­wała się przy tym ruchu. Gwen unio­sła ramiona, osła­nia­jąc szyję przed chłod­nym powie­wem wia­tru. Stała boso. Jedną nogę ugięła, cię­żar opie­rała na dru­giej, bio­dra miała prze­chy­lone.

Royce gapił się i klął w duchu czas, za to, że go pona­gla.

– Royce? – ode­zwał się Hadrian.

– Co?

– Twoja torba.

– Co z nią?

– Odsta­wi­łeś ją na błoto. Pobru­dzi się.

Royce się rozej­rzał. Jego torba jakimś cudem tra­fiła w breję, która była mie­szanką gnoju i szlamu.

– Fuj! – Zła­pał torbę i zaniósł na schody. – Jak tam tra­fiła? – Spio­ru­no­wał podejrz­li­wym wzro­kiem Hadriana.

– Na mnie nie patrz. To twoja robota.

– Nie bądź śmieszny. Dla­czego miał­bym to zro­bić?

– Nad tym samym się zasta­na­wia­łem. Dla­tego wła­śnie o tym wspo­mnia­łem.

Royce spoj­rzał z gry­ma­sem na torbę, jakby to ona sama zawi­niła.

– Może roz­pro­szyło cię to, jak piękny jest nowy kolor – powie­działa Gwen i odwró­ciła się z powro­tem do nich, a jej sukienka znowu się roz­klo­szo­wała. Słońce padło na jej twarz i oświe­tliło poma­lo­wane na ciemno oczy. Jej usta zabły­sły roz­cią­gnięte w skrom­nym uśmie­chu.

Hadrian prych­nął.

– Tak, to na pewno z tego powodu. – Odsta­wił juki na schody werandy i wziął od Royce’a wodze. – Wejdź do środka. Ja odpro­wa­dzę konie.

Gwen pokrę­ciła głową.

– Nie zawra­caj sobie tym głowy. Powiem Dixo­nowi, żeby się nimi zajął. Albert czeka już w środku.

– Tak? – Hadrian i Royce spoj­rzeli po sobie zdu­mieni.

Gwen ski­nęła głową.

– I jest cały w skow­ron­kach. Mówi, że dosta­li­ście wypłatę.

– Wypłatę? Za co? – zapy­tał Royce.

Gwen wzru­szyła pra­wie cał­kiem odkry­tymi ramio­nami, przez co Royce znowu chciał zapy­tać: „Za co?”.

– Spo­dzie­wam się, że za wyko­nane zada­nie.

– To nie ma naj­mniej­szego sensu. – Royce odwró­cił się do Hadriana. – Czy ty widzisz w tym jakiś sens?

– Może powin­ni­ście poroz­ma­wiać z Alber­tem – zachę­ciła ich Gwen.

Hadrian ruszył po scho­dach, ale Royce nawet nie drgnął. Minęło wiele dni, odkąd widział Gwen, i chciał po pro­stu na nią popa­trzeć. Pobyć z nią. Takie zacho­wa­nie było dziwne, zupeł­nie nie w jego stylu. Royce czuł się nie­zręcz­nie. Naj­wy­raź­niej Gwen oka­zała się znacz­nie lep­szym zło­dzie­jem niż on. Zdo­łała ukraść całą osobę; zwę­dziła mu jego stare ja jak kiep­sko pil­no­waną sakiewkę. Kiedy prze­by­wała w pobliżu, wszystko sta­wało się inne. Przede wszyst­kim było to dez­orien­tu­jące, eks­cy­tu­jące i zara­zem pełne spo­koju. Royce’a zdu­mie­wała ta zmiana. Czy zyskał na tym, czy został w ten spo­sób oka­le­czony? Zagu­bił się czy zna­lazł coś lep­szego?

– Powi­nie­neś wejść do środka – ode­zwała się Gwen. – Robi się zimno, a Albert pew­nie będzie chciał poroz­ma­wiać z wami oby­dwoma.

***

Osiem. Osiem zło­tych tenen­tów. Royce przyj­rzał się jasno­żół­tym krąż­kom z wize­run­kiem Amra­tha. Albo może jego ojca. Naj­wy­raź­niej byli do sie­bie podobni. A może nie, tylko kró­lew­ski skarb­nik był leniwy i kazał w men­nicy doko­nać jedy­nie drob­nych zmian w sta­rych for­mach. To nie miało zna­cze­nia. Istotne było to, że są praw­dziwe i że jest ich osiem. Royce, Hadrian i Albert sie­dzieli w Ciem­nym Pokoju, który nazwano tak z racji braku okien oraz szem­ra­nych inte­re­sów, jakie w nim pro­wa­dzono. Albert rzu­cił monety na stół, a potem odchy­lił się na krze­śle, które stało naj­bli­żej kominka i oparł nogi w poń­czo­chach o pale­ni­sko. Uśmie­chał się zado­wo­lony z sie­bie.

– Nie rozu­miem – powie­dział Royce.

– Nie ma w tym żad­nej tajem­nicy: zapła­cono nam. – Albert wska­zał pie­nią­dze teatral­nym gestem.

Wiceh­ra­bia stra­cił wszystko poza tytu­łem, zanim został łącz­ni­kiem Royce’a i Hadriana z ary­sto­kra­cją. Zacho­wał też wynio­sły spo­sób bycia i swo­bodę, jaka wynika z życia bez lęku przed natu­ral­nymi dra­pież­ni­kami.

Hadrian odsta­wił swoje torby i usiadł obok ognia.

– Nie skoń­czy­li­śmy zada­nia. Nie dopro­wa­dzi­li­śmy Pucka z powro­tem do Sans­bury. Dru­żyna zbroj­nych zabiła go na Trak­cie Króla.

Albert poru­szył ustami w zamy­śle­niu, a potem mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

– Naj­wy­raź­niej lord Hil­de­brandt był zado­wo­lony z takiego zała­twie­nia tej sprawy. Pew­nie i tak pla­no­wał stra­cić bie­daka. Oszczę­dzi­li­ście mu roboty.

Hadrian przy­cią­gnął sobie krze­sło i usiadł obok Alberta i stołu z mone­tami. Pod­niósł jedną i obró­cił w pal­cach.

– Skąd mógł…? – Spoj­rzał na Royce’a. – Nie mógł mieć poję­cia o tym, że Vir­gil nie żyje.

– Oczy­wi­ście, że mógł. – Albert pochy­lił się, krzy­wiąc usta z iry­ta­cją, jakby słowa sprze­ciwu były wyra­zem potę­pie­nia dla jego wysił­ków. Popra­wił koron­kowe man­kiety jak czysz­czący piórka paw. – Męż­czyźni, któ­rzy go zabili, pew­nie pra­co­wali dla Hil­de­brandta. Musieli wró­cić, zamel­do­wać o wyko­na­niu zada­nia i…

– Puck zgi­nął na pół­noc stąd, nie­da­leko miej­sca, gdzie Połu­dniowa Droga odcho­dzi od Traktu Króla. To dwa­dzie­ścia pięć mil od Sans­bury. – Royce, który na­dal stał, pokrę­cił głową. – Ktoś musiałby jechać nie­sa­mo­wi­cie szybko, żeby dotrzeć tam do tej pory. A potem potrze­bo­wałby czasu, żeby… Alber­cie, kiedy ci zapła­cono?

– Dziś, wcze­snym ran­kiem.

Royce i Hadrian spoj­rzeli po sobie, szu­ka­jąc odpo­wie­dzi, ale zna­leźli tylko obo­pólną kon­ster­na­cję.

– Dzi­siej­szego ranka? – powie­dział Hadrian. – Puck jesz­cze żył tego ranka. Roz­ko­szo­wa­li­śmy się we trójkę spa­ce­rem przez Wschod­nią Mar­chię.

Albert uniósł brwi, jakby coś w końcu do niego dotarło.

– Cóż, to… To jest naprawdę dziwne, prawda?

– Kto ci zapła­cił? – zapy­tał Royce.

Wiceh­ra­bia usiadł pro­sto, zdjął stopy z kominka i scho­wał pod krze­sło, popra­wił kami­zelkę, obcią­ga­jąc jej dolną kra­wędź.

– Lady Con­stance. Spo­tka­li­śmy się dzi­siej­szego ranka w her­ba­ciarni Til­dena przy placu Szla­chec­kim. Cudowny, maleńki lokal tuż obok pie­karni, dzięki czemu mają tam…

– Con­stance? – zapy­tał Royce. Coś do niego dotarło i poczuł się jak ogar, który wącha po raz drugi odcisk stopy. – Sły­sza­łem już to imię.

Hadrian ski­nął głową.

– Ja też. Albert wspo­mniał je kilka razy.

– Oczy­wi­ście. Więk­szość zle­ceń zała­twiam przez lady Con­stance. Przy niej naj­barw­niej­sze motyle socjety wydają się nud­nymi ćmami. Ta kobieta zna wszyst­kich i wszy­scy znają ją. Pocho­dzi z War­ric, ma powią­za­nia w Mara­no­nie, ale naj­chęt­niej udziela się towa­rzy­sko tu, w Melen­ga­rze.

– To ona nas wyna­jęła do roboty u Hem­leyów? To kobieta od pamięt­nika lady Mar­tel? – zapy­tał Royce.

Albert ski­nął głową.

– Ale nie zała­twiała pamięt­nika dla sie­bie, prawda?

– Tak myślę. Tak jak ja repre­zen­tuję was, tak lady Con­stance jest łącz­niczką dla swo­ich ludzi… klien­tów… przy­ja­ciół… jak­kol­wiek chce­cie ich nazwać. Ni­gdy nic nie powie­działa, ale zakła­dam, że dorzuca dopłatę dla sie­bie i nam wypłaca róż­nicę. Musi jakoś zara­biać na życie.

– A nie jest ary­sto­kratką?

– Ow­szem, ale zwa­żyw­szy, w jakich tara­pa­tach byłem, kiedy mnie zna­leź­li­ście, powin­ni­ście wie­dzieć, że nie wszy­scy ary­sto­kraci są bogaci. Wyszła za barona Lin­dera z Mara­nonu. Wąt­pię, żeby sama potra­fiła wyja­śnić powody. Nie miał żad­nych ziem, nie był zamożny, nie był nawet szcze­gól­nie przy­stojny.

– Był? Nie żyje?

– Tak. Poza innymi nie­do­stat­kami naj­wy­raź­niej nie potra­fił też wal­czyć lancą. Zgi­nął zabity przez sir Gil­berta z Lyle pod­czas zimo­na­lio­wego tur­nieju sześć mie­sięcy po ich ślu­bie. W jaki spo­sób udaje jej się utrzy­mać swój wystawny spo­sób życia, to tajem­nica dla wszyst­kich na dwo­rze i przed­miot licz­nych spe­ku­la­cji. – Urwał i się zamy­ślił. – W każ­dym razie domy­ślam się, że stała się uży­teczna dla swo­ich zna­jo­mych, tak jak ja dla was.

– Ni­gdy jej o to nie pyta­łeś?

Albert spra­wiał wra­że­nie wstrzą­śnię­tego i zara­zem obu­rzo­nego.

– Dobry Mari­bo­rze, skądże! A ona ni­gdy nie pytała mnie o moje sprawy. Zacho­wu­jemy dosko­nały wza­jemny brak zain­te­re­so­wa­nia, dzięki czemu nasza współ­praca jest nie tylko moż­liwa, ale także roz­koszna.

– Spa­łeś z nią – powie­dział Hadrian tonem pozba­wio­nym zarówno kry­tyki, jak i pochwały. Po pro­stu stwier­dzał fakt.

Albert uśmiech­nął się szel­mow­sko.

– Poza bra­kiem cie­ka­wo­ści oboje jeste­śmy wyzbyci moral­nych opo­rów i czu­jemy awer­sję do kło­po­tli­wych zobo­wią­zań. Pustkę wypeł­nia zdrowa żądza. To cudowny układ. Jeste­śmy jak dwie kro­ple wody.

Royce, któ­remu zmę­cze­nie w ręce przy­po­mniało, że na­dal trzyma torbę, rozej­rzał się za miej­scem do sie­dze­nia. Pamię­ta­jąc, że torba od spodu jest mokra od błocka, posta­wił ją obok trza­ska­ją­cego ognia.

– Czyli nie masz poję­cia, kto naprawdę wyna­jął nas do kra­dzieży pamięt­nika?

– Nie, nie mam zie­lo­nego poję­cia.

– A Vir­gil Puck?

– Ach, to cał­kiem inna sprawa, prawda? Oczy­wi­ście, że stał za tym lord Hil­de­brandt. W prze­ciw­nym wypadku sytu­acja sta­łaby się nie­zręczna, gdy­by­ście przy­je­chali z nim i… – Albert prze­niósł wzrok, kiedy ele­menty ukła­danki zaczęły do sie­bie paso­wać.

Albert był dosko­na­łym pośred­ni­kiem. Miał przy­stojną twarz, świet­nie się pre­zen­to­wał i znał wszyst­kie sub­tel­no­ści ety­kiety potrzebne do żeglo­wa­nia po nie­bez­piecz­nych wodach ary­sto­kra­cji Avrynu. Był kom­pe­tentny i potra­fił ład­nie się wysła­wiać, ale cier­piał na cho­robę wszyst­kich ary­sto­kra­tów – życie uprzy­wi­le­jo­wa­nego przy­tę­piło mu zmy­sły. Zwie­rzęta domowe cier­piały na podobną przy­pa­dłość. Po psie, który dora­stał w domu, nie można się spo­dzie­wać, że pora­dzi sobie w dzi­czy, podob­nie jak krowa czy kur­czak. Udo­mo­wio­nym stwo­rze­niom bra­ko­wało pod­sta­wo­wej czuj­no­ści, prze­po­jo­nego stra­chem nie­ustan­nego wycze­ki­wa­nia kata­strofy, dzięki któ­remu zacho­wy­wały życie mniej roz­piesz­czone istoty. Patrząc na Alberta, Royce widział, jak ten zaczyna wąt­pić w rze­czy naj­bar­dziej fun­da­men­talne, i domy­ślał się, jakie myśli snuje w gło­wie: „Nie, nie może być… coś takiego przy­da­rza się innym ludziom, ale nie mnie”.

– Czyli Puck mówił prawdę. Nie miał nic wspól­nego z Bliss Hil­de­brandt. Naj­wy­raź­niej w tej kwe­stii oka­za­łem się lep­szym sędzią ludz­kich cha­rak­te­rów niż ty. – Hadrian uśmiech­nął się pro­mien­nie, ale zaraz zrze­dła mu mina.

Royce domy­ślał się, że stało się to w tej samej chwili, w któ­rej zdał sobie sprawę, że pomógł zabić nie­win­nego czło­wieka.

Royce wie­dział jed­nak swoje. Puck nie był nie­winny; nie ma nie­winnych ludzi. Zro­bił coś komuś, a Royce chciał tylko wie­dzieć, czy to było coś, co teraz może zaszko­dzić jemu.

– Zatem kto zabił Vir­gila i dla­czego? – zapy­tał Hadrian.

– Ni­gdy się nie dowiemy – odpo­wie­dział Royce. – To jak podwójna zasłona. Poczwórna, jeśli wli­czyć Alberta i Con­stance. Poj­ma­li­śmy poetę z powodu rze­ko­mych prze­win, nie­zbyt poważ­nych, żeby­śmy nie nabrali podej­rzeń, nawet ktoś taki jak ja. A potem wyna­jęto drugą grupę, która miała go zabić, i pew­nie oni usły­szeli cał­kiem inną histo­rię. To wszystko spra­wia, że wytro­pie­nie odpo­wie­dzial­nych będzie nie­sły­cha­nie trudne, tak samo jak wykry­cie praw­dzi­wego motywu.

– Nie chciał­bym wyka­zać się bra­kiem współ­czu­cia dla pana Pucka wobec jego zgonu, ale… – Albert zer­k­nął na monety – …roz­pacz­li­wie potrze­buję nowego dubletu i spodni. Rozu­mie­cie, że muszę dbać o wła­ściwą pre­zen­cję i…

– Śmiało – powie­dział Royce – weź tenenta, ale nowy strój musi pocze­kać. Na­dal musimy zapła­cić Gwen za korzy­sta­nie z pokoju i wyrów­nać zale­głe rachunki za staj­nię.

– W takim razie mamy szczę­ście, bo już mam dla was nową robotę.

– Mam nadzieję, że nie jest to kolejne zle­ce­nie zała­twione za pośred­nic­twem lady Con­stance. Wolał­bym coś tro­chę bar­dziej jasnego. Robotę, w któ­rej wiem, w co się pakuję, zanim się w to wpa­kuję.

– Ach, nie, to nie jest nic zała­twio­nego przez Con­stance, ale… – Albert się zawa­hał. – Sprawa jest nie­ty­powa.

Royce uniósł ręce. Miał już dość nie­ty­po­wych spraw.

– W jakim sen­sie?

– Zwy­kle muszę pokrę­cić się nieco i poszu­kać roboty, a ten gość przy­szedł pro­sto do mnie, a wła­ści­wie przy­szedł do mnie, bo szu­kał cie­bie. – Albert rzu­cił Royce’owi zna­czące spoj­rze­nie.

– Mnie? – Ta „nie­ty­po­wość” z każdą sekundą pre­zen­to­wała się coraz gorzej.

Albert ski­nął głową.

– Zatrzy­mał się w Dziel­nicy Szla­chec­kiej. Nie chciał podać nazwi­ska ani nawet powie­dzieć, o co cho­dzi. Powie­dział, że będzie wie­dział, kiedy wró­cisz, i że wtedy do cie­bie zaj­rzy.

– Będzie wie­dział?

Albert poki­wał głową.

– Tak wła­śnie powie­dział.

– No pro­szę, od razu zro­biło mi się od tego cie­pło i przy­jem­nie na duszy. Wspo­mniał, skąd wie, że miesz­kam w Melen­ga­rze, albo czy w ogóle mnie zna?

– Nie, powie­dział tylko, że przy­je­chał z Col­nory i szuka… – Albert urwał, żeby się zasta­no­wić. – To było dziwne imię, które sko­ja­rzyło mi się ze sprzą­taczką. Nie wspo­mniał o Riy­rii, ale kiedy sam wymie­ni­łem tę nazwę, to ją roz­po­znał. Hm, szkoda, że nie mogę sobie przy­po­mnieć tego imie­nia… – Albert zmarsz­czył moc­niej czoło, pró­bu­jąc się sku­pić.

– Nie martw się – powie­dział mu Royce, żału­jąc, że sam nie może sko­rzy­stać z tej rady, bo aż za dobrze wie­dział, że nie­zna­jomy z Col­nory nazwał go Zmia­ta­czem.

Rozdział 3. Król Whisky

Roz­dział 3

Król Whi­sky

Tajem­ni­czy męż­czy­zna potrze­bo­wał tylko kilku godzin, żeby zja­wić się w gospo­dzie pod Różą i Cier­niem. Zdą­żyli się wyką­pać i zjeść gorący posi­łek. Hadrian zdo­łał wypić dwa kufle piwa, ale Royce chciał zacho­wać trzeźwą głowę. Zwy­kle lubił się roz­luź­nić po robo­cie kie­lisz­kiem albo dwoma mon­te­mor­ceya i iry­to­wało go to, że wino będzie musiało pocze­kać. Albert popro­sił, żeby Gwen posa­dziła poten­cjal­nego klienta w pokoju zwa­nym Uko­śni­kiem, do któ­rego nie wpusz­czano teraz innych klien­tów, żeby zapew­nić im pry­wat­ność.

Sie­dział w głębi pokoju. Star­szy męż­czy­zna o siwych wło­sach i twa­rzy tak suro­wej i szorst­kiej jak nad­mor­ski klif. Nie był wysoki; Royce podej­rze­wał, że gdyby wstał oka­za­liby się takiego samego wzro­stu. Był jed­nakże moc­nej budowy i wię­cej niż zwa­li­sty, wię­cej nawet niż tęgi; prze­sła­niał cał­ko­wi­cie krze­sło, na któ­rym usiadł, a jego podróżne ubra­nie napi­nało się w szwach. Kaftan męż­czy­zny miał podwójne szwy i był nabi­jany ćwie­kami, a na jego piersi wid­niał kwie­ci­sty wzór. Ciężka pele­ryna leżała rzu­cona na opar­cie sąsied­niego krze­sła. Była uszyta z wełny o podwój­nej nitce i wyglą­dała na nową. Męż­czy­zna miał też dro­gie ręka­wiczki z cie­lę­cej skórki. Leżały na stole obok pele­ryny. Na każ­dej wid­niał ten sam kwie­ci­sty wzór co na kafta­nie. Kom­plet, pomy­ślał Royce.

Gość patrzył, jak Royce i Hadrian wcho­dzą, jakby chciał ich dobrze zapa­mię­tać. Nie zawra­cał sobie głowy wsta­wa­niem ani poda­wa­niem ręki. Cier­pli­wie pocze­kał, aż Royce i Hadrian zajmą swoje miej­sca na stoł­kach naprze­ciwko niego. Nie ode­zwał się sło­wem.

Sku­pił się na Roy­sie.

– To ty? Ty jesteś Zmiat…

Royce prze­rwał mu, uno­sząc rękę.

– Już nie posłu­guję się tym imie­niem.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

– W porządku. W takim razie jak mam się do cie­bie zwra­cać?

– Wystar­czy Royce, a ten duży jego­mość to Hadrian.

Obaj ski­nęli gło­wami.

– A kim ty jesteś? – zapy­tał Royce.

– Czło­wie­kiem, który miesz­kał w Col­no­rze pod­czas Roku Stra­chu.

Dłoń Royce’a ześli­zgnęła się ze stołu. Sie­dzący obok niego Hadrian oparł mocno stopy po obu stro­nach stołka. Star­szy męż­czy­zna nie robił szcze­gól­nego wra­że­nia, ale wyrazu jego oczu nie dało się z niczym pomy­lić – mówiły jedno: zemsta. Pra­gnął jej i zja­wił się po nią.

– Nazy­wam się Gabriel Win­ter.

Royce znał to imię, ale z niczym mu się nie koja­rzyło. O ile pamięć go nie myliła, ni­gdy nie zada­wał się z nikim o nazwi­sku Win­ter.

– Ster­ro­ry­zo­wa­łeś Col­norę. Całe mia­sto było spa­ra­li­żo­wane stra­chem, jaki wywo­ła­łeś. Kulisi, sprzą­ta­cze, skle­pi­ka­rze, magnaci han­dlowi, wszy­scy aż po sędziego byli prze­ra­żeni. Nawet dzielny hra­bia Simon uciekł do Aqu­esty tego lata. To ogrom­nie wpły­nęło na morale ludzi, mogę cię zapew­nić. – Kiedy męż­czy­zna mówił, tłuszcz na jego szyi trząsł się, ale spoj­rze­nie pozo­stało nie­wzru­szone, a głos brzmiał spo­koj­nie i chłodno. Przy­bysz trzy­mał obie ręce na widoku, dzie­sięć pulch­nych pal­ców i dło­nie oparte na stole obok ręka­wi­czek i do połowy sto­pio­nej świecy. Nic nie leżało ani nie stało na bla­cie mię­dzy Royce’em i Win­te­rem.

Żaden kubek czy fili­żanka. Męż­czy­zna nie zamó­wił niczego do picia.

W Uko­śniku zapa­dła cisza. To pomiesz­cze­nie nie było czę­ścią daw­nej gospody i dobu­do­wano je nie­dawno, żeby pomie­ścić coraz licz­niej­szą klien­telę. Dobu­dówka wypeł­niała podłużną prze­strzeń mię­dzy gospodą „Róża i Cierń” a Domem Med­ford i dla­tego miała kształt rombu. Sły­chać tam było tylko dwie dziew­czyny z karczmy, które myły kubki w sąsied­nim pokoju.

– Czego chcesz? – zapy­tał Royce, a jego palce wsu­nęły się w fałdę pele­ryny i zaci­snęły na ręko­je­ści Alver­stone’a.

– Chcę cię wyna­jąć.

To nie powinno było zasko­czyć Royce’a. Albert opi­sał nie­zna­jo­mego jako poten­cjal­nego klienta. Tyle że całe to spo­tka­nie budziło w nim duży nie­po­kój.

– Wyna­jąć?

– Tak – odpo­wie­dział męż­czy­zna szorstko i szcze­rze, z led­wie widocz­nym uśmiesz­kiem na ustach, jakby znał jakiś sekret albo puentę żartu, która dopiero zosta­nie ujaw­niona.

– Do czego?

– Dokład­nie do tego samego, co zro­bi­łeś w Col­no­rze. Tyle że tym razem chcę, żeby to mia­sto Rochelle spły­nęło krwią.

Hadrian poru­szył się na stołku, prze­su­wa­jąc stopy i roz­luź­nia­jąc się.

– Dla­czego?

Męż­czy­zna odsu­nął się od stołu i skrzy­żo­wał ręce na piersi, jakby zasta­na­wiał się, co teraz, albo może zbie­rał siły do odpo­wie­dzi. Nie­które rze­czy nie przy­cho­dzą łatwo. Royce dobrze to rozu­miał, a widząc nie­szczę­śliwy wyraz twa­rzy męż­czy­zny, domy­ślał się, że cokol­wiek przyj­dzie mu powie­dzieć, być może po raz pierw­szy ubie­rze to w słowa.

– Moja żona zmarła dzie­sięć lat temu. Zosta­łem wtedy tylko z córką. Dobra dziew­czyna, ta moja Genny, wierna, lojalna, pra­co­wita, bystra i twarda jak stal. Dobrze nam się razem powo­dziło. Poma­gała mi w trud­nych chwi­lach, a tych nie bra­ko­wało. Jed­nak nie­całe cztery mie­siące temu wyje­chała z ary­sto­kratą z Rochelle. Nie­ja­kim Leo Har­grave’em.

Hadrian się pochy­lił.

– Leopol­dem Har­grave’em?

– Zga­dza się.

Royce uniósł pyta­jąco brew, patrząc na Hadriana.

– To książę Rochelle. Mia­sto znaj­duje się w Albur­nie, na połu­dniowy wschód stąd. Byłem w tam­tych oko­li­cach z armią króla Rein­holda, zanim popły­ną­łem do Calisu.

– Rein­hold nie żyje – powie­dział Win­ter.

– Król Alburnu zmarł?

– On i cała jego rodzina. Biskup Tyne­well będzie koro­no­wał nowego króla pod­czas Święta Wio­sny. Genny o wszyst­kim mi napi­sała. Od dnia ślubu pisała do mnie trzy razy w tygo­dniu, a potem nagle zamil­kła.

Męż­czy­zna zmarsz­czył czoło i skie­ro­wał wzrok na blat stołu. Paznok­ciem zaczął skro­bać wytarte miej­sce, pró­bu­jąc ode­rwać drza­zgę.

Royce ski­nął głową.

– Czyli co? Myślisz, że nie żyje?

– Wiem, że nie żyje.

– Bo spóź­nia się z listami? – ode­zwał się Hadrian. – Kobieta dopiero co wyszła za mąż. Jest nowa w mie­ście, w mie­ście bar­dzo innym od wszyst­kich, i wła­śnie została księżną. Może być odro­binę zajęta. A może wysłała listy, ale kurier prze­padł wśród śnie­gów. Jesz­cze nie nade­szła wio­sna, a gór­skie prze­łę­cze bywają zdra­dziec­kie. Za szybko wycią­gnął pan wnio­ski.

Gabriel Win­ter spoj­rzał mu w oczy.

– Otrzy­ma­łem list, ale nie od mojej Genny. Har­grave napi­sał, że znik­nęła.

– Och, znik­nię­cie… to nic dobrego, ale nie zna­czy, że nie żyje.

– Ow­szem, zna­czy. – Jego spoj­rze­nie było zim­niej­sze i tward­sze niż gra­nit. – Uprze­dzi­łem ją, co się sta­nie. Nie chciała słu­chać. Jedy­nym powo­dem, dla któ­rego Har­grave poślu­bił Genny, było jej wiano. On jej nie kocha. Ni­gdy jej nie kochał. Ale widzi­cie, Genny go kocha. Całą sobą, od czubka głowy po palce stóp. Nie wiem dla­czego. W prze­szło­ści zawsze była roz­sądna, ale ten Har­grave… Cóż, to ary­sto­krata i to od razu powinno jej wyja­śnić całą rzecz. Pró­bo­wa­łem ją powstrzy­mać, ale jakie mia­łem szanse? Har­grave jest wszyst­kim, czego pra­gnęła. Tak mi powie­działa. Moja Genny… Takich dziew­czyn nie nazywa się ład­nymi. Mimo naszego majątku nikt nie dobi­jał się do jej drzwi. Przy­by­wało jej lat, jesie­nią skoń­czy trzy­dzie­ści trzy, i cóż, kiedy książę popro­sił ją o rękę, to było jak zaofe­ro­wa­nie kur­cza­kowi daru lata­nia. Nie potra­fiła przej­rzeć na oczy, żyła swoim marze­niem. Har­grave z pew­no­ścią ją zabił, on i jemu podobni. Od początku taki miał plan. Widzia­łem to w jego oczach. Wyko­rzy­stał ją. – Gabriel zwró­cił się do Royce’a. – Poje­chał­bym oso­bi­ście, ale… – Roz­ło­żył ręce. – Jestem stary i gruby, ni­gdy nie byłem naj­lep­szy w posłu­gi­wa­niu się nożem. Co mógł­bym zro­bić, żeby pomścić kochaną córkę? Nic. Jako ojciec nie jestem w sta­nie sam się tym zająć, ale jako biz­nes­men… – wska­zał na Royce’a – …mam środki, by zapła­cić innym, żeby zostali moimi rękami.

Biz­nes­men! Zapadka w gło­wie Royce’a szczęk­nęła i wresz­cie wie­dział, z kim roz­ma­wia i skąd męż­czy­zna wie­dział, jak go zna­leźć.

– Whi­sky Win­tera.

– To ja.

Tym razem to Hadrian uniósł pyta­jąco brew.

– Jeden z magna­tów han­dlo­wych w Col­no­rze, któ­rzy tak naprawdę kie­rują mia­stem. Ary­sto­kraci wyzna­czeni przez króla War­ric mają niby zaj­mo­wać się admi­ni­stra­cją, ale kie­rują mia­stem tak samo, jak pąkla dowo­dzi okrę­tem. Praw­dziwą kon­trolę spra­wują magnaci, któ­rzy miesz­kają w dziel­nicy wzgórz, tacy ludzie jak DeLu­ro­wie, Bocan­to­wie i Gabriel Win­ter, dostawca dosko­na­łych trun­ków i naj­wyż­szej jako­ści alko­holi.

– Moim sąsia­dem jest Cosmos DeLur. Był tak uprzejmy, że podał mi twój nowy adres.

– Tyle sam się domy­śli­łem.

– Pie­nią­dze zapew­niły mi wszel­kie wygody, ale w tej chwili pra­gnę jedy­nie zemsty.

– Pró­bo­wał się pan skon­tak­to­wać z księ­ciem? – zapy­tał Hadrian.

– Oczy­wi­ście.

– Co powie­dział?

– Jego skryba napi­sał, że Har­grave „bada sprawę”. Bada sprawę! Och, na pewno szuka jej ze wszyst­kich sił, zwa­żyw­szy, że sam ją zabił!

– Jest pan tego pewien? – Hadrian spoj­rzał na niego wstrzą­śnięty.

– Jestem tego tak samo pewien, jak tego, że tu sie­dzi­cie. Powie­dzia­łem Genny, że jemu zależy tylko na jej pie­nią­dzach. Naj­wy­raź­niej nie potrze­bo­wał mojej córki, kiedy już spła­cił długi. Nie było sensu jej trzy­mać. Ary­sto­kraci nie są tacy jak wy czy ja. Nie znają lojal­no­ści, nie wie­dzą, co to uprzej­mość. Odsta­wiają szla­chet­nych i porząd­nych, to tylko gra.

Gabriel zwró­cił się do Royce’a.

– Spra­wisz, że będą cier­pieć, jak to zro­bi­łeś w Col­no­rze?

– To droga impreza.

– Wiesz, kim jestem. Na jakiej ulicy miesz­kam. Stać mnie na to, a pra­gnę krwi. Zapłacę ci pięć­dzie­siąt sztuk złota za twój czas i kolejne dwa­dzie­ścia pięć za każde życie, które odbie­rzesz, dwa razy tyle, jeśli odejdą w cier­pie­niu.

Hadrian potarł twarz dło­nią.

– Tyle gada­nia o krwi i cia­łach, a ona na­dal może żyć. – Gabriel chciał coś powie­dzieć, ale Hadrian uniósł rękę, żeby go uci­szyć. – Jasne, nie wygląda to dobrze i wiele wska­zuje, że stało się coś złego, ale moż­liwe, że pań­ska córka na­dal żyje. Moż­liwe, że sie­dzi gdzieś uwię­ziona. Zabi­cie księż­nej jest ryzy­kowne, nawet jeśli jest nowym nabyt­kiem w rodzi­nie.

Gabriel zasta­no­wił się nad tym.

– Dobrze. Zapłacę wam sto pięć­dzie­siąt zło­tych kawał­ków z odci­śnię­tym paskud­nym pyskiem Ethel­reda, jeśli odnaj­dzie­cie, ura­tu­je­cie i przy­wie­zie­cie Genny z powro­tem do mnie żywą. Jeżeli jed­nak nie żyje, pozo­staję przy począt­ko­wej ofer­cie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Bliss (ang.) – dosł.: bło­gość, roz­kosz (przyp. tłum.). [wróć]