Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Zaginęła córka. Dwóm zawadiakom zapłacono, żeby ją odnaleźli. To nie wystarczy. Kiedy córka Gabriela Wintera znika w tajemniczych okolicznościach i podejrzewa się, że nie żyje, bogaty król whisky pragnie zemsty. Ponieważ mieszkał w Colnorze podczas niesławnego Roku Strachu, wynajmuje jedynego człowieka, o którym wie, że wie, co to znaczy krwawa zemsta – Zmiatacza. Wyruszcie z Royce’em i Hadrianem, cynicznym byłym płatnym zabójcą i byłym najemnikiem, który pozostał idealistą, do starodawnego miasta pełnego arystokratów, potomków szlachetnych rodów z czasów imperium. Zadanie Riyrii wygląda na proste: odkryć, co się stało z zaginioną księżną i sprowadzić ją do domu, o ile nadal żyje. W przeciwnym wypadku mają ukarać odpowiedzialnych. Jednak nic nie jest proste w tym tłocznym, pełnym mgły i ciasnych uliczek mieście Rochelle, gdzie czai się więcej niż jedna starożytna legenda.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 459
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Disappearance of Winter’s Daughter
Copyright © 2017 by Michael J. Sullivan Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Dominik Broniek Opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon Projekt typograficzny: Tomek Laisar Fruń
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
ISBN 978-83-68919-68-4 Warszawa 2026
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 213 000 www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Royce’owi i Hadrianowi– dwóm złodziejom,którzy skradli serca i spełnili marzenia.
Może wydać się dziwne to, że dedykuję książkę fikcyjnym postaciom, zwłaszcza stworzonym przez siebie, ale ta para zaczęła żyć własnym życiem i ostatnimi czasy tylko słucham ich rozmów i podążam tropem ich przygód. Oglądanie tej pary to spełnienie marzeń, o którym kiedyś myślałem, że leży poza moim zasięgiem. Żebyście zrozumieli, dlaczego tak czułem, pozwólcie, że przedstawię Wam pokrótce (tak, Robin, obiecuję, że będę się streszczał) swoją historię.
W roku 2004, kiedy napisałem pierwszą książkę o Riyrii, „Królewską krew”, nigdy nie myślałem, że znajdę się tu, gdzie jestem teraz. Książka, którą skończyłem bezpośrednio wcześniej – „A Burden to the Earth” – powstała w roku 1994, dekadę wcześniej. Nie czytaliście jej. Mogę zliczyć na palcach jednej ręki ludzi, którzy ją przeczytali. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Widzicie, od roku 1975 do 1994 napisałem trzynaście powieści i cztery opowiadania, ale cała ta praca donikąd mnie nie doprowadziła.
Pierwsze osiem książek nie było przeznaczonych do publikacji. To były wprawki, na których uczyłem się pisać. Po dziesięciu latach nauki następne osiem poświęciłem pisaniu pięciu książek i gonieniu w piętkę podczas szukania wydawcy. Nie zaowocowało to ani jedną propozycją publikacji; zebrałem jedynie kolekcję łamiących serce odmów, co najwyraźniej jest czymś, przez co musi przejść prawie każdy pisarz.
Osiemnaście lat to długi czas na życie złudzeniami, więc wreszcie dotarło do mnie, że nigdy nie zostanę pisarzem. Dlatego zrobiłem jedyną rozsądną rzecz w tych okolicznościach – rzuciłem pisanie. Sensowna reakcja, zważywszy, co powiedział Albert Einstein: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”.
Powinienem zauważyć, że przez cały ten czas moja żona Robin była świętą najwyższego kalibru. Nigdy nie musiałem łączyć pisania z pracą zawodową, była gotowa w pojedynkę nas utrzymywać i ani razu nie poprosiła, żebym „rzucił te idiotyzmy i znalazł sobie prawdziwą pracę”. Wiedziała, że pisanie to moja radość i pasja, i to jej wystarczało.
Zatem, jak już wspomniałem, w końcu zmądrzałem i z dramatycznym gestem porzuciłem pisanie. Widziałem siebie jako Scarlett O’Harę z „Przeminęło z wiatrem”, tyle że ja oświadczyłem: „Nigdy więcej nie będę pisał powieści!”. Nie wyobrażałem sobie, żeby cokolwiek sprawiło, że złamię tę przysięgę, co z kolei doprowadza mnie do Royce’a i Hadriana.
Podczas dziesięcioletniej przerwy zdołałem powstrzymać się przed pisaniem, ale nie potrafiłem uciszyć głosów w swojej głowie, zwłaszcza duetu znanego jako Riyria (co znaczy „dwóch” po elficku). Słuchałem ich przez dziesięć lat, więc bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Można uznać, że miałem kłopot w odróżnieniu tego, gdzie ja się kończyłem, a zaczynali oni. Jak wiecie, w końcu ustąpiłem i powstał cykl o Riyrii. „Zniknięcie córki Wintera” to dziesiąta książka z tą parą. Nie miałem pojęcia, że tyle książek powstanie z szeptów tych dwóch postaci, i nigdy nie marzyłem, że ich świat wyda z siebie jeszcze sześć innych powieści (które obecnie wychodzą jako cykle „Legends of the First Empire”). I to jeszcze nie koniec. Tworzę teraz nowy cykl (kryptonim „Bridge Trilogy”), który rozgrywa się w czasach pomiędzy opowieściami o Riyrii a „Legends of the First Empire”. Przedstawiają one wydarzenia, które przyśpieszyły upadek imperium Novrona.
Wszystkie te książki pozwoliły mi odpłacić się Robin za jej podarunek, dzięki czemu w roku 2011 porzuciła etat. Chociaż nadal pracuje niezwykle ciężko (z czego korzystamy ja i czytelnicy), to przynajmniej sama układa sobie harmonogram zajęć, nie musi ubierać się stosownie do wymogów pracy, a najdłuższe „dojazdy do pracy” wynoszą tyle, ile wynosi odległość z sypialni na werandę, gdzie rankami czyta, patrząc, jak słońce wynurza się zza gór wokół doliny Shenandoah.
Dlatego owszem, zadedykowałem tę książkę Royce’owi i Hadrianowi, za ich nieustanne szepty w czasie tej okropnej dekady, kiedy pisanie nie stanowiło części mojego życia, i za to, że zostali przy mnie, kiedy powróciłem do klawiatury. Za każdym razem, kiedy siadam, żeby o nich pisać, czuję się tak, jakbym witał się ponownie ze starymi przyjaciółmi. Podobnie było przy pracy nad „Zniknięciem córki Wintera”. Jeśli czytanie jej sprawi wam choć połowę frajdy, jaką dało mi jej pisanie, to powinniście się wyśmienicie bawić.
A skoro już tę kwestię załatwiliśmy, to mam parę spraw porządkowych do załatwienia, zanim przejdę do samej opowieści. Po pierwsze, jeśli nie zetknęliście się jeszcze z historiami o Riyrii, to z pewnością możecie zacząć od tej książki. Wiem, to brzmi dziwnie, skoro to czwarta część „Kronik Riyrii” i dziesiąta książka o Riyrii w ogóle, więc pozwólcie, że wyjaśnię. Zastosowałem tę samą technikę, co przy „Śmierci Dulgath”, która została pomyślana tak, by mogła być samodzielną powieścią. Otrzymałem odzew od setek ludzi, którzy przeczytali tylko tę część i potwierdzili, że nie jest potrzebna znajomość poprzednich tomów. Ponadto wysłałem „Zniknięcie córki Wintera” do innej grupy (z której nikt nie czytał moich poprzednich powieści) i wszyscy potwierdzili, że nieznajomość Riyrii nie stanowi żadnego kłopotu.
Po drugie, w ostatnich książkach prosiłem czytelników, żeby pisali do mnie, jeśli mają ochotę. Cieszę się, widząc, że tak wiele osób skorzystało z tej propozycji. Wiele z nich nigdy wcześniej nie pisało do pisarza. Ich listy zaczynają się od słów „Nie chcę zawracać głowy, ale…”. Zapewniam Was, że listy od czytelników nigdy nie są uciążliwością. Pisanie to nagroda sama w sobie, ale świadomość, że moja bazgranina przynosi innym radość, zamienia coś dobrego w coś jeszcze lepszego. Dlatego proszę, piszcie. Mój adres to: michael@michaelsullivan-author.com.
Po trzecie, jestem dozgonnie wdzięczny Wam, Czytelnicy, bo bez Was moje marzenie o byciu pisarzem nigdy nie spełniłoby się do końca. Tak, nadal pisałbym (więcej tego nie rzucę), ale Wasza szczodrość sprawia, że oboje z Robin nie musimy „normalnie pracować”, a to znaczy, że mamy więcej czasu, żeby tworzyć historie dla Was – najprawdziwszy przykład synergizmu. Dlatego w podsumowaniu pragnę powiedzieć Wam: „Dziękuję, dziękuję, dziękuję”. Poważnie traktuję Wasze zaufanie i zawsze będę robił wszystko, co w mojej mocy, żeby tworzyć jak najlepsze książki. Mam nadzieję, że okażą się warte Waszego czasu.
A teraz przewróćcie stronę, puknijcie w ekranik albo pogłośnijcie odtwarzacz. Nowe przygody czekają i cieszę się, że będziecie nam towarzyszyć.
Michael J. Sullivan
październik 2017
Rozdział 1
We własnym interesie
Devon De Luda nie po raz pierwszy zadał sobie pytanie, czy Genevieve Hargrave, księżna Rochelle, jest zdrowa na umyśle.
– Stać! Stać! – krzyczała, waląc pięścią w dach powozu.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie i rozkazała:
– Każ mu się zatrzymać! – A potem wystawiła głowę przez okno i wrzasnęła na woźnicę: – Zatrzymaj te chabety, na miłość Maribora! Natychmiast!
Stangret musiał uznać, że stało się coś naglącego, bo zahamował tak gwałtownie, że Devon poleciał na ławeczkę naprzeciwko. Kiedy tylko koła się zatrzymały, a nawet odrobinę wcześniej, księżna rzuciła się do drzwi i wybiegła, podkasując suknię i stukając obcasami.
Porzucony i osłupiały Devon złapał się za stłuczone kolano. Jego obowiązki jako podskarbiego księstwa Rochelle zwykle wiązały się z monetami i banknotami. Nie cieszyło go nowe zadanie, jakim była opieka nad impulsywnym tornadem, wolał uporządkowane i przewidywalne życie. Jednak nic w mieście nie toczyło się swoim zwykłym trybem od przybycia nowej księżnej.
Możliwe, że jest przynajmniej odrobinę szalona, pomyślał. To wyjaśniałoby bardzo wiele rzeczy.
Devon zastanawiał się, czy nie poczekać po prostu w powozie, ale gdyby coś stało się księżnej, wina spadłaby na niego. Westchnął z rezygnacją i wysiadł za nią z powozu.
Zmierzch zapadł wcześnie, wiosenne dni nadal były krótkie. Tak jak dobrobytowi, porze odrodzenia nie śpieszyło się z nadejściem do Alburnu. Przestało padać, ale znad morza nadeszła wieczorna mgła, przez co nic nie zdołało wyschnąć. Bruk lśnił w świetle latarni ulicznych, świat poza powozem pachniał drewnem, dymem i rybami. Nieliczne kałuże stworzyły tor przeszkód dla nowych butów Devona. Kiedy kluczył między nimi, przytrzymywał ciaśniej kołnierz płaszcza przy szyi. W powozie nie było szczególnie ciepło, ale wieczorne powietrze okazało się przejmująco zimne. Znajdowali się w Alei Winnej, po obu stronach wznosiły się szacowne dwupiętrowe domy kupieckie. Przy krawężnikach stały dziesiątki wozów, z których emigranci sprzedawali najróżniejsze towary. Na sąsiadujących ze sobą wozach handlowano kolorowymi szalikami, haftowanymi siodłami i świeżo pieczoną wieprzowiną. Jak zawsze wśród kupujących kręciło się szemrane towarzystwo – nielicznych było stać na coś więcej niż przyglądanie się szalikom lub wąchanie wieprzowiny.
Księżna potruchtała wzdłuż szeregu kupców. Przepchnęła się przez tłum; większość ludzi przystawała i gapiła się ze zdumieniem na korpulentną damę w atłasach i perłach, która, dysząc, sunęła ulicą i stukała obcasami równie głośno jak koń podkowami.
– Wasza Książęca Mość! – De Luda pognał za nią. – Dokąd pani idzie?
Księżna nie zatrzymała się ani nawet nie zwolniła, dopóki nie dotarła do rozchwierutanego wozu z wieszakiem z ubraniami. Tam przystanęła zadyszana i spojrzała na wystawę.
– Idealna! – Księżna klasnęła w dłonie. – Ta kamizelka z atłasowym przodem i kwiecistym wzorem. Widzisz? Zupełnie nie w moim guście, sam pan rozumie, ale Leo będzie zachwycony. Wzór jest taki śmiały i żywy. I jest niebieska! Dokładnie tego potrzebuje na Święto Wiosny. W niej bez wątpienia zostanie zauważony. Każdy, kto włożyłby taką kamizelkę, musiałby wyróżnić się w tłumie.
Devon nie miał pojęcia, do kogo księżna mówi. Możliwe, że ona także nie wiedziała. W przypadku księżnej to rzadko miało znaczenie. Chociaż Devon spędzał z Jej Wysokością więcej czasu niż inni, nie widywał jej często. Księżna zwracała się do niego tylko wtedy, gdy potrzebowała porady w kwestiach skarbu księstwa, a takie okazje przydarzyły się raptem kilka razy. Chociaż ostatnio, odkąd zaangażowała się w nowe przedsięwzięcie, zdarzało się to znacznie częściej. Mimo to kilkanaście spotkań, kilka przejażdżek powozem i jedna rozmowa, może dwie, nie sprawiły, że poznał księżnę, nie mówiąc już o jej zrozumieniu. Devon wątpił, czy nawet książę rozumiał poczynania swojej nowej żony.
– Halo! Ej, ty tam! – krzyknęła do ciemnoskórego kupca z Calisu o rozbieganych oczach krętacza. Jeśli chodzi o Devona, oni wszyscy byli tacy sami. Calijczycy to pokrętne dzikusy i choć ubierają się jak cywilizowani ludzie, to nikogo tym nie zwiodą. – Halo! Ile za tę kamizelkę? Tę niebieską na wieszaku, tę z błyszczącymi mosiężnymi guzikami?
Mężczyzna uśmiechnął się lubieżnie.
– Dla pani, moja dobrodziejko, jedynie dwa złote tenenty. – Mówił z silnym, niebudzącym zaufania dalekowschodnim akcentem, dokładnie tak, jak Devon się spodziewał. To był głos wcielonego Oszustwa.
– To oburzające! – De Luda wzdrygnął się, stając za księżną.
Na tym polegał kłopot z handlarzami z wozów: oszukiwali niewinnych i niedoświadczonych. Mówili tak, jakby oferowali niewiarygodną, jedyną w życiu okazję, ale potem oszukany klient odkrywał, że brylant to tylko kwarc, a wino to ocet.
– Dam ci siedem srebrnych tenentów – odpowiedziała księżna. – Devonie, daj temu człowiekowi siedem srebrnych tenentów i…
Kupiec zmarszczył brwi i pokręcił głową.
– Za siedem srebrników znajdę dla pani ładną chusteczkę do nosa. A z tą kamizelką mogę rozstać się za złotego tenenta i osiem srebrnych.
– Wasza Książęca Mość, nie wypada, żeby księżna Rochelle targowała się na ulicy z… – De Luda spojrzał chmurnie na caliskiego kupca, czekającego na obelgę, która jednak nie padła.
Zwykle De Luda nie był nieśmiały, ale w ciągu ostatnich trzech miesięcy odkrył, że księżna nie lubi, kiedy obraża się ludzi w jej obecności, bez względu na to, jak bardzo zasłużyli sobie na przyganę.
– Nic mnie to nie obchodzi. Leo tak się ucieszy. Och, już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczy tę kamizelkę! Nie uważasz, że będzie wyglądał cudownie? – Kiedy kupiec zdjął kamizelkę z wieszaka, księżna spostrzegła jaskrawożółty płaszcz, który skrywał się dalej. – Dobry Mariborze! Spójrz na ten płaszcz! Jest jeszcze bardziej boski!
Złapała Devona za rękę i potrząsnęła nią gwałtownie, nie posiadając się z radości. Nie pierwszy raz wpadł w jej ręce, ale wiedział, że solidne potrząśnięcie jest lepsze od objęć. Księżna była znana ze swoich uścisków. Rozdawała je tak hojnie i tak gwałtownie, nawet służbie, że wiele osób uciekało jej z drogi, gdy dostrzegło ją w korytarzu Posiadłości.
– Muszę mieć obie te rzeczy. Zbliżają się urodziny Leo, a w tym płaszczu znowu poczuje się młody. Kończy czterdziestkę, sam rozumiesz, a nikt nie lubi przekraczać tego progu. Prawie popłakałam się tego ranka, kiedy kończyłam trzydziestkę. Czas dopada nas cichaczem, prawda? Wyskakuje na nas jak niedobry kot z cienia, kiedy się tego najmniej spodziewamy. Trzydziestka to rów w porównaniu z przepaścią, jaką jest czterdziestka. Ale przecież nie muszę ci tego mówić, prawda? Leo potrzebuje tej kamizelki i będzie zachwycony tym płaszczem. To nie są szaty nudnego, nic nieznaczącego czterdziestoletniego księcia, ale strój młodego i przystojnego człowieka, którego czas dopiero się zaczyna. – Księżna spiorunowała kupca wzrokiem. – Za obie rzeczy, i płaszcz, i kamizelkę, jeden złoty tenent i żadnych srebrników.
Kupiec rozłożył kamizelkę na ladzie przed nimi i pokręcił głową.
– Moja droga pani, to importowany jedwab ze wschodniego Calisu, nadzwyczajna robota. Ten materiał miesiącami jechał przez pełne panter i kobr straszliwe dżungle Gur Em. – Jego słowom towarzyszyły gesty, jakby to było przedstawienie dla dzieci; zapędził się tak bardzo, że wygiął palce jak pazury, gdy wspomniał pantery. – Wielu ludzi zginęło, żeby dostarczyć tutaj tę rzadko spotykaną i piękną tkaninę. Tylko najlepszym szwaczkom pozwala się przy niej pracować, bo niewłaściwe cięcie mogłoby zakończyć się straszliwą stratą. Pani, oczywiście, potrafi docenić umiejętności konieczne do stworzenia takiego arcydzieła, więc rozstanę się z nim za jednego złotego i sześć srebrnych tenentów oraz dwa złocisze dodatkowo za płaszcz.
Księżna przesunęła pulchną dłonią po mieniącym się materiale.
– Wątpię, ale ten wtręt na temat szwaczek robi wrażenie. – Posłała mu przyjazny uśmiech, jedyny rodzaj uśmiechu, jaki opanowała. – To zwykły jedwab pozyskiwany przez Vintu na caliskich nizinach na południowym wybrzeżu Morza Ghazel. Można go dostać w licznych tanich sklepikach w Dagestanie po pięć srebrnych dinów za jard. Czasem, zwłaszcza wiosną, można kupić belę za cztery z drobnymi. Tę kamizelkę uszyto z partii, którą najprawdopodobniej importowała Vandońska Kompania Korzenna, płacąc hurtową cenę trzech srebrników za jard. Tkanina płynęła tu krócej niż dwa tygodnie razem z innymi towarami. Pewnie, że Kompania lubi narzucać niebotyczną marżę i ten fakt niewątpliwie wpłynął na cenę, ale proszę mi tu nie mówić o panterach, kobrach i umierających ludziach.
Devon oniemiał. Nowa żona księcia Leopolda, która upierała się, żeby mówić do niej Genny, zamiast bardziej oficjalnie Genevieve, nieustannie zaskakiwała. Większość tych niespodzianek była niepokojąca i w niemałym stopniu żenująca. Jednak wiedza księżnej na temat handlu była niewątpliwie rozległa.
To nie zbiło z tropu caliskiego kupca. Zmarszczył czoło, rozłożył ręce i pokręcił głową.
– Jestem tylko biednym kupcem. Taka wielka pani nawet nie zauważy utraty paru nędznych monet. Dla mnie jednak taka transakcja może oznaczać, że będę miał tygodniami za co wykarmić żonę i moje biedne dzieci.
Po tych słowach Devon był przekonany, że kupiec wygrał. Dobrze odczytał księżnę i właściwie określił słaby punkt w jej obronach.
Genny zrobiła krok w stronę handlarza, pochyliła głowę, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, a jej zawsze obecny uśmiech stał się bardziej drwiący.
– Tu nie chodzi o pieniądze – powiedziała z błyskiem w oku. – Oboje to wiemy. Próbujesz mnie oszukać, a ja próbuję coś stargować. To gra, którą oboje kochamy. Nikt nie przekona cię, żebyś sprzedał za mniej niż minimalny zysk, i nie możesz zmusić mnie, żebym zapłaciła więcej, niż jestem skłonna. W tych zawodach jesteśmy sobie równi. Nawet nie masz rodziny, co? Gdybyś miał rodzinę, pomagałaby ci tutaj przy…
Coś wywołało poruszenie w tłumie. Mały chłopiec, chudy i brudny, śmignął wśród tłoczących się klientów. Przyciskał bochenek chleba do piersi i zręcznie przemykał przez las nóg. Okrzyk zaalarmował straż miejską i dwóch żołnierzy złapało dzieciaka, kiedy chciał przeczołgać się przez połamaną kratę ściekową. Podnieśli go, a maluch wymachiwał nogami i próbował kopać, stopy miał czarne jak smoła. Miał nie więcej niż dwanaście lat i walczył jak dziki kot – miotał się, szarpał się i gryzł. Strażnicy tłukli go, aż padł nieruchomo na bruk i tylko cicho szlochał.
– Przestańcie! – Księżna podbiegła do nich z uniesionymi rękami.
Była dużą kobietą w ogromnej sukni, więc trudno było jej nie dostrzec nawet w tłocznej Alei Winnej.
– Zostawcie to dziecko! Co wy sobie myślicie? W ogóle nie myślicie, co? Pewnie! Oczywiście! Nie bije się głodnego dziecka. Co z wami nie tak? Wytłumaczcie mi!
– To złodziej – powiedział jeden z żołnierzy, podczas gdy drugi wyciągnął rzemień i założył pętlę na lewy nadgarstek chłopca. – Straci za to rękę.
– Puśćcie go! – krzyknęła księżna, łapiąc dziecko i wyrywając je z pętli żołnierza. – Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Devon, widzisz to? Widzisz, co tu się dzieje? To oburzające! Bicie i okaleczanie dzieci tylko dlatego, że są głodne?
– Tak, Wasza Książęca Mość – odpowiedział Devon – prawo mówi… Prawo ustanowione przez twojego męża mówi, że złodziej ma stracić lewą rękę za pierwszą kradzież, prawą za drugą i głowę za trzecią.
Księżna patrzyła na niego z wyrazem twarzy, który można było opisać jedynie jako osłupiały.
– Mówisz poważnie? Leo nigdy nie byłby tak okrutny. To prawo na pewno nie dotyczy dzieci.
– Obawiam się, że przeciwnie. Nie ma wyjątków. Ci ludzie wykonują jedynie swoją pracę. Naprawdę nie powinna im pani w tym przeszkadzać.
Chłopiec schował się za jej suknią.
Strażnicy wyciągnęli ręce i znowu go złapali.
– Chwileczkę! – Księżna ich powstrzymała, kiedy dostrzegła mężczyznę w oprószonym mąką fartuchu. – To twój chleb?
Piekarz skinął głową.
– Zapłać mu, Devon.
– Słucham? – Devon się zawahał.
Położyła rękę na biodrze i zacisnęła usta. Chociaż Devon rzadko z nią współpracował, nauczył się już, co to znaczy – „Słyszałeś, co mówię!”.
Westchnął, podszedł do piekarza i otworzył sakiewkę.
– To nie zmienia faktu, że chłopak złamał prawo.
Księżna wyprostowała się na całą długość – nawet gdyby była mężczyzną, byłaby to długość znacząca, a w przypadku kobiety wydawała się wręcz zdumiewająca.
– Poprosiłam tego chłopca, żeby przyniósł mi bochenek chleba. Najwyraźniej zgubił pieniądze, które mu dałam, a ponieważ nie chciał zaniedbać obowiązków, zrobił to, co mógł. Ja tylko zwracam pieniądze, które zapodział. Ponieważ działał na moją prośbę, jeśli masz jakieś zastrzeżenia, to jedynie do mnie, nie do niego. Możesz przedstawić swoją skargę księciu. Jestem pewna, że mój drogi mąż zrobi to, co należy.
Piekarz patrzył na nią przez chwilę. Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale instynkt samozachowawczy pomógł mu powściągnąć język.
Rozejrzała się po pozostałych.
– Ktoś jeszcze? – Spiorunowała wzrokiem strażników. – Nie? W takim razie znakomicie.
Żołnierze się skrzywili, a potem się odwrócili. Kiedy Devon płacił piekarzowi, usłyszał, jak jeden z nich mruknął:
– Bimbrowniczka.
Słowo wypowiedziano cicho, ale nie dość cicho. Żołnierz chciał, żeby księżna go usłyszała.
***
Powóz znowu ruszył, a księżna zgarbiła się na siedzeniu. Ponieważ była dużą kobietą, a w powozie nie było dużo miejsca, tyle wystarczyło, żeby przycisnęła kolana do ławki naprzeciwko.
– To tylko dziecko. Czy oni tego nie widzą? Oczywiście, że widzą, ale co ich to obchodzi? Brutale, oto kim są. Obcięliby mu rękę, odrąbaliby ją na miejscu, pewnie na stołku kupca bławatnego. Do takiego barbarzyństwa dopuszcza się w tym mieście? Okalecza się dzieci, które umierają z głodu? Nie tak należy władać księstwem i Leo na pewno nie zdaje sobie sprawy z tego, jak niewłaściwie stosuje się jego prawa. Porozmawiam z nim, a on poprawi prawo. Przestaje dziwić, że Rochelle jest tak słabe ekonomicznie, kiedy widzi się taką głupotę. Takie kary rodzą jedynie sprzeciw w społeczeństwie. Czy chłopiec stanie się lepszym obywatelem z jedną ręką?
– To nie chłopiec – odpowiedział Devon, kołysząc się obok niej w jadącym powozie w rytm tętentu końskich kopyt.
– Co masz na myśli?
– Złodziej nie był chłopcem. Chciałem powiedzieć, nie był człowiekiem. To mir. Nie zauważyła pani szpiczastych uszu? Pewnie należy do jakiejś przestępczej organizacji. Tak działają, jak kolonia szczurów, które wloką swoje łupy z powrotem do gniazda.
– Mamy mirów też w Colnorze, Devonie. Pochodzenie chłopca niczego nie zmienia. Nadal jest nędzarzem, głodnym dzieckiem. To proste.
– Proste, powiada pani? – Devon starał się zapanować nad językiem, tak jak wcześniej piekarz.
Wolałby wprost powiedzieć, że to ona zachowała się niemądrze, nie rozumiejąc prostych rzeczy, ale wtedy za daleko by się zapędził. Księżna często załaziła mu za skórę i w efekcie za dużo mówił. Na szczęście uchodziły mu słowa, które większość ludzi o jej pozycji uznałaby za przejaw braku szacunku. Przy kimś innym już dawno straciłby język i Devon zdawał sobie sprawę, świadom ironii sytuacji, że ta sama postawa, która uratowała małego mira, działała także na jego korzyść.
– Nie żyła pani wśród nas dostatecznie długo, Wasza Książęca Mość. Nie rozumie pani Rochelle. Jak się tu mają sprawy. To nie Colnora. Tu nic nie jest proste. Mamy kłopoty typowe dla każdego dużego miasta, ale żyjemy tu ciasno upchani. To dom dla czterech odrębnych i różnych od siebie ras.
– Calijczycy nie są odrębną rasą, mają tylko inną narodowość.
– Niemniej Rochelle jest jedyne w swoim rodzaju ze względu na różnorodność, a do tego dochodzą jeszcze sztywne tradycje z minionych czasów. To miasto pogardza zmianami, jakie zaszły w ciągu stuleci. Jesteśmy jeziorem z warstwami osadów. Na dnie znajdują się mirowie i wylądowali tam nie bez powodu.
– Nie pochwalasz tego, że stanęłam w obronie dziecka?
– To był mir.
Zmarszczyła brwi.
– Pewnie myślisz też, że nie powinnam była dorzucać do tego wieprzowiny i sera, co? Wolałbyś, żebym odesłała go, poklepawszy po plecach i pomachawszy mu na pożegnanie? A jeszcze lepiej byłoby, gdybym po prostu pozwoliła, żeby go okaleczono, co? Uważasz, że skoro mirowie są niemili oku i niewyrafinowani… ponieważ nie pasują do reszty… to należy ich unikać? O to ci chodzi?
Księżna nie mówiła już o dziecku i Devon nie zamierzał wpakować się w pułapkę.
– Myślę, że powinna była pani kupić tę okropną kamizelkę i podarować mężowi.
Księżna skrzyżowała ręce na imponującej piersi i prychnęła.
– Dlaczego? Dlaczego uratowanie dziecka jest aż tak złe?
Devon pokręcił głową.
– Mirowie nie są tacy jak my, moja pani, tak samo jak krasnoludy albo Calijczycy. To dzieła innych bogów, pomniejszych bogów i nie należy im oferować przywilejów, jakimi cieszą się wybrańcy Maribora i jego syna Novrona.
– Mylisz się. Są przyszłością tego miasta! – oznajmiła z przekonaniem. – Gdyby złota pszenica rosła dziko na twojej farmie, to zadbałbyś o nią w nadziei na zyski. Tak każe zdrowy rozsądek. Kiedy człowiek jest tak zdesperowany jak my, musi korzystać ze wszystkich atutów… nie tylko z tych ładnych. – Skrzywiła się tak, że wydawało się, iż jej pulchne policzki napierają na usta. – Dlatego domyślam się, że nie pochwalasz także tego, co właśnie powiedziałam gildii kupieckiej. Trochę za późno, żeby teraz dzielić się swoim zdaniem, Devon. Masz ochotę skomentować też moje małżeństwo z Leo? Minęły dopiero trzy miesiące. Może jeszcze skłonisz go do zmiany zdania i Leo poprosi biskupa o anulowanie.
De Luda westchnął i potarł skronie.
– Po prostu próbuję wykazać, że jesteś niedoświadczona i naiwna.
– Niedoświadczona? Naiwna? – Księżna zaśmiała się serdecznie. – Dobijałam targu na pirackim statku podczas sztormu, popijając whisky. W Colnorze miałam sąsiada, który był jednym z najbardziej znanych złodziei świata. Krążyły o nim opowieści, że zrzucał konkurentów z Bursztynowego Wodospadu podczas letnich pikników. Jest jednak także doskonałym klientem, a ludzie, których zaprasza, nie są niewiniątkami, więc przymykałam oko na jego wykroczenia. A jeśli chodzi o naiwność, to czy wyglądam na młodą panienkę o różanych policzkach? – Poczekała, ale De Luda milczał. – Oczywiście, że nie. Jestem jałówką, za starą, żeby ją doić, i za twardą na ubój. Myślisz, że zdobyłam obecną pozycję dzięki ślepocie? Nie jestem ładna, nie mam wytwornych manier, zdecydowanie nie należę do wyższych sfer, jak to mawiają ludzie. Jestem Bimbrowniczką. Tak nazwał mnie ten żołnierz, prawda? Wszyscy tak mnie nazywają, zgadza się? Wiem, co sobie myślą. Zdaję sobie sprawę z szeptów na temat powodów, dla których Leo mnie wybrał. Cóż, słyszałam gorsze rzeczy, możesz mi wierzyć. Jestem kobietą. My zawsze mamy za sobą gorsze rzeczy. Tutejsi eleganci w wykrochmalonych koszulach i obcisłych rajtuzach to puch marny w porównaniu z tym, z czym miewałam do czynienia.
Devon wziął jeden głęboki wdech, potem drugi.
– Miałem tylko na myśli pani naiwność w podejściu do tradycji panujących w Alburnie, a w szczególności w Rochelle. To skomplikowane i niebezpieczne miasto. Pani Colnora to wolna i otwarta metropolia, gdzie kupcy obnoszą się ze swoją niezależnością. Rochelle jest stare, przeludnione i zdławione przez tradycję i biurokrację. To miasto pełne ukrytych miejsc i mrocznych sekretów. Zbyt wielu sekretów. I nie wybacza błędów. My nadal wierzymy w tradycyjne sposoby i potwory ze starożytnego świata. Ujrzawszy pani zainteresowanie niebieską kamizelką, domyśliłem się, że słyszała pani o naszym morderczym duchu.
– W moim mieście też nie brakuje strachów. Osobiście przeżyłam całe lato w mieście sterroryzowanym przez makabryczne morderstwa, których ofiarami padali zarówno biedni, jak i bogaci.
– Mordercą był człowiek?
– A któż by inny?
Devon skinął głową.
– W wielu miejscach przesądy to tylko wyraz nawyków. W Colnorze na przykład, kiedy ktoś rzuca garstką soli przez ramię po tym, jak coś przypadkiem rozlał, nie spodziewa się, że naprawdę podkrada się do niego demon.
– Próbujesz mi powiedzieć, że w Rochelle prawdziwe demony podkradają się do ludzi? – Uniosła brwi i uśmiechnęła się krzywo. – Mają kły i nietoperze skrzydła? Plują ogniem?
– Mówię tylko, że mądrzy ludzie pozostają w domach po zmroku i ubierają dzieci na niebiesko, żeby odgonić zło. Mimo to obywatele tego miasta giną okaleczeni, ostatnio co rusz. Mity aż nazbyt często mają swoje korzenie w prawdzie, a my…
Powóz zatrzymał się gwałtownie. Nie przekroczyli jeszcze mostu prowadzącego do Posiadłości.
– Dlaczego…
Drzwi po stronie Devona otworzyły się z impetem. Wpadło zimne powietrze, wilgotne i lepkie. W ciemności podskarbi zobaczył dwoje okrutnych, złowrogich oczu. Wzdrygnął się, odsunął, chciał uciekać, ale nie miał dokąd. Nadal w uszach mu dzwoniło od wrzasku księżnej, gdy umierał.
Rozdział 2
Powrót Virgila Pucka
Royce zwyczajnie wiedział, co się zaraz stanie.
Hadrian oglądał się na ich więźnia więcej niż kilkanaście razy, chociaż nic się nie zmieniło. Virgil Puck nadal szedł za ich końmi, nadal miał nadgarstki ciasno związane jednym końcem liny, podczas gdy drugi wciąż był przymocowany do kuli przy siodle Hadriana. Mimo to Blackwater coraz częściej się oglądał i na coraz dłużej. Royce podejrzewał, że gdyby miał precyzyjny sposób odmierzania krótkich odcinków czasu, to zdołałby dokładnie określić chwilę, w której…
– A jeśli on mówi prawdę? – zapytał Hadrian.
Royce zmarszczył brwi. Czuł się oszukany. Spodziewał się, że to potrwa dłużej. Hadrian nie zmienił się tak bardzo, jak Royce miał nadzieję.
– Nie mówi.
– Ale to, co mówi, brzmi, jakby to była prawda.
– Bo to jest prawda – odezwał się Puck, przekrzykując własne szuranie; powłóczył nogami, niechętnie idąc za końmi.
– Nie różni się od wszystkich innych oskarżonych o przestępstwo. Każdy twierdzi, że jest niewinny. – Royce nawet się nie obejrzał. Wszystko, co chciał wiedzieć, zdradzało napięcie liny. Dzięki niemu wiedział, że Puck nadal jest przywiązany; poza tym nic więcej go nie interesowało.
We trzech leniwie pokonywali wiejski odcinek Traktu Króla na północ od Medfordu. Dzień był ciepły, większość tegorocznego śniegu wreszcie stopniała, woda nadal spływała do jezior i rzek. Wszędzie wokół siebie Royce słyszał ciurkanie wody. Każda pora roku miała charakterystyczne dla niej odgłosy: brzęczenie owadów latem, klangor gęsi jesienią, wycie wiatru zimą. Dla wiosny to były ptasie trele i ciurkanie wody.
– Nie jest przestępcą. Nie jest mordercą ani nawet złodziejem. Teoretycznie oskarżono go bardziej o dawanie niż odbieranie.
Royce uniósł brew.
– Lord Hildebrandt nie zgodziłby się z tobą. Cnota i czystość to rzeczy, które odebrano jego córce.
– Litości! – przerwał mu Puck. – Nie bądź śmieszny. Czy któryś z was widział lady Hildebrandt? Mogę was zapewnić, że imienia Bliss1 nie nadali jej kochankowie. Ma czterdzieści trzy lata, a zachowuje się, jakby miała osiemdziesiąt dziewięć. Jej twarz wygląda jak latarnia niewprawnie wyrżnięta z dyni, a z figury przypomina bałwana ulepionego z dwóch kul. I lepiej, żebym nawet nie poruszał tematu jej kwaśnego usposobienia i groteskowego rechotu. Jestem całkowicie przekonany, że zachowała swoją cnotę tak jak obity i gnijący melon, którego nikt nie tknie. Nikt, kto rzeczywiście poznał Bliss Hildebrandt z Sansbury, nie wyobraziłby sobie, że można by pójść z nią do łóżka. Osobiście wolałbym przespać się z chorą raszplą. Może gdyby ktoś przyłożył mi nóż do gardła, to kto wie…
Urwał, co sprawiło, że Royce się odwrócił.
Zniekształcony nos Virgila Pucka był przekrzywiony na bok i kończył się bulwą jak gałka na końcu laski. Poza tym był wysoki, chudy i miał długie, kręcone blond włosy, jakie wywołują westchnienie kobiet wszelkiej pozycji i klasy. Miał na sobie jedynie grubą tunikę, spodnie i buty. Tunika była w biało-niebieskie pionowe paski, a buty były żółte jak pierś kanarka. Hadrian miał rację w jednej kwestii. Virgil nie wyglądał jak normalny przestępca.
Z drugiej strony „przestępca” to rozmyty termin i co to właściwie znaczy słowo „normalny”?
Puck wbił wzrok w ziemię, kręcąc z grymasem głową.
– Nie, nie, szczerze mogę powiedzieć, że nawet nóż by nie wystarczył. Mówię wam po raz trzeci, złapaliście niewłaściwego człowieka. Prawdziwy winowajca musi być albo głuchy i ślepy, albo tak zdeprawowany, że już całkiem szalony.
Hadrian obejrzał się, przesuwając koniec miecza na plecach i opierając rękę na końskim zadzie.
– Jesteś szlachetnie urodzony?
– Jeśli pytasz, czy w moich żyłach płynie błękitna krew, to nie. A skąd to pytanie?
– Sposób, w jaki mówisz… Tak mądrze. Skomplikowanie. Posługujesz się takimi słowami jak „winowajca” i „zdeprawowany”.
– Bo jestem poetą – oznajmił Puck tonem pełnym dramatyzmu. Dla podkreślenia swoich słów chciał się nisko skłonić, ale lina była za bardzo napięta, żeby mógł sobie na to pozwolić. – Zarabiam na życie, wędrując od jednego zamożnego domu do drugiego i zabawiając gospodarzy pieśniami i opowieściami. Historiami o miłości i żałości. Od epickiego romansu Persephone i Novrona po tragiczny związek lady Maskarady i hrabiego Focha. Rozśmieszam ich. Wzruszam. Inspiruję, edukuję i…
– Uwodzę? – podsunął Royce. – Kobiety mają słabość do poetów. Omamiłeś Bliss Hildebrandt pięknymi słowami?
Puck wyraził swoje oburzenie, zatrzymując się, ale zaraz koń Hadriana szarpnął go do przodu.
– Nie słuchasz. Nie uwiodłem jej. Nie zrobiłbym tego nawet za całe złoto Avrynu. Wolałbym raczej cudzołożyć z wściekłą fretką. Mówię wam, kiedy wrócimy do Sansbury, zobaczycie ją i zrozumiecie. Mam nadzieję, że obu was wyściska i obślini pocałunkami w podzięce za wasz wysiłek. Jest starym, paskudnym psiskiem, które myśli, że nadal jest szczeniakiem, nawet kiedy z pyska ściekają jej długie, sprężyste nitki śliny. A kiedy otworzy usta, żeby wam podziękować, zobaczycie ozór, organ zdecydowanie za długi dla każdego rozsądnego żywego stworzenia.
– Lady Hildebrandt jest przy nadziei – powiedział Royce. – Jakoś musiało do tego dojść.
Puck uśmiechnął się krzywo.
– Widziałem młode jeżozwierza i też nie wiem, jakim cudem zaistniały.
– Jego słowa brzmią tak… – Hadrian szukał słowa. – No wiesz, szczerze.
– Na wszystkich bogów! To dlatego, że mówię prawdę! – Puck krzyknął w niebiosa. – Wy dwaj… jesteście… kim właściwie? Nie mam pojęcia. Szeryfami? Łowcami nagród? Nieważne, bez względu na swoją profesję, musicie często to robić, prawda? Na pewno złapaliście dziesiątki podejrzanych winowajców i oddaliście ich w ręce sprawiedliwości. Musicie wiedzieć, jacy są nikczemnicy. Jak się zachowują. Kiedy wywlekliście mnie z karczmy we Wschodniej Marchii, czy zachowywałem się jak człowiek winny? Domyślam się, że większość złoczyńców ucieka, prawda? A ja? Czy stawiłem jakikolwiek opór? Nie. A co zrobiłem zamiast tego?
– Wezwałeś szeryfa – odpowiedział Hadrian i zerknął na Royce’a, ledwie widocznie kiwając głową.
– Tak! Właśnie! Zrobiłem tak, bo myślałem, że to jakaś zaczepka. Tylko zbiry wywlekłyby człowieka z karczmy i go związały. Gdyby szeryf o tym usłyszał, to wy dwaj znaleźlibyście się na końcu sznura i podejrzewam, że w dodatku krótszego niż ten.
Hadrian spojrzał na Pucka, a potem na Royce’a z wyrazem zamyślenia na twarzy.
– To nie ma znaczenia – przerwał mu Royce, próbując uprzedzić myśl formującą się w głowie partnera.
– Ale jeśli jest niewinny, to czy naprawdę powinniśmy go oddać w ręce lorda Hildebrandta? Jeżeli go oskarżą, nie ochroni go szlachetne urodzenie. Baron go zabije.
– To nie ma znaczenia.
– Dla mnie z pewnością ma – wtrącił Virgil.
– Dlaczego? Dlaczego to nie ma znaczenia? – zapytał Hadrian.
– Obchodzi mnie tylko osiem złotych monet, które wypłaci nam Hildebrandt.
– To bezduszne, Royce – powiedział Hadrian.
– Nie, to życie. Nie marudź mi tutaj, idź z tym do Maribora, wszechświata albo natury. Te same zasady, przez które wróbel umiera z głodu zimą, sprawią, że Puck zawiśnie za zbrodnię… nawet jeśli jej nie popełnił. Tyle że to nie jest nasz problem. My tu nie mamy nic do rzeczy.
– Przepraszam bardzo! – odezwał się Puck. – Czuję się zmuszony zauważyć, że to wy związaliście mi nadgarstki sznurem i to wy ciągniecie mnie bez ustanku na spotkanie losu, na jaki nie zasłużyłem. To wasze konie, nie Maribora, nie wszechświata i nie natury! I z całą pewnością sakramencki, przeklęty wróbel nie ma tu nic do rzeczy!
– Osiem złotych tenentów. – Royce spojrzał twardo na Hadriana. – Wypowiedz na głos te trzy słowa. Powtarzaj je raz za razem, aż zagłuszą tego przeklętego gałgana za nami.
Hadrian nie sprawiał wrażenia przekonanego.
– No dobrze, a co powiesz na to? Pamiętasz, że obiecaliśmy… daliśmy nasze słowo lordowi Hildebrandtowi, że przywieziemy mu z powrotem Pucka. – Royce z trudem zdołał wypowiedzieć te słowa z pełną powagą na twarzy.
Kiedy Hadrian z namaszczeniem skinął głową, Royce musiał zagryźć policzek, żeby się nie roześmiać. Współpracowali już trzy lata jako opryszki do wynajęcia pod oficjalnym szyldem „Riyria”, a Hadrian nadal myślał, że obietnica to coś, czego trzeba dotrzymać. Hadrian był młody, tuż po dwudziestce, ale brał udział w wojnie więcej niż raz i Royce’a nieustannie zdumiewało to, jak bardzo oderwany od życia pozostał.
Puck skupił się na Roysie.
– Zatem tylko tyle jest warte moje życie? Kilka złotych monet? A jeśli zaproponuję wam więcej, niż jest gotów zapłacić lord Hildebrandt? Czy to wyrówna szale w twoim nieprzystosowanym świecie, miejscu, z którym, jak twierdzisz, nie masz nic wspólnego, nawet jeśli sam trzymasz smycz?
Royce zmarszczył czoło.
– Nie masz takich pieniędzy. Gdybyś miał, dogadalibyśmy się już we Wschodniej Marchii.
– Mogę je zdobyć.
– Nie, nie możesz. Jesteś poetą. Poeci niewiele zarabiają i z pewnością nie oszczędzają z myślą o trudnych dniach. Wydajecie pieniądze na idiotyczne rzeczy, na przykład na ubrania.
– Racja, ale nie myślałem o swoich pieniądzach. Chociaż przysięgam, że nie tknąłem Bliss, flirtowałem swego czasu z paroma damami. Niektóre bardzo mnie polubiły. Jestem pewien, że lady Martel zapłaci, żeby uratować mi życie.
– Lady Martel? Masz na myśli żonę lorda Hemleya? – zapytał Royce.
– W rzeczy samej.
Royce uśmiechnął się znacząco.
– Wątpię, żeby twoja sprawność w pościeli była warta dziesięć złotych tenentów.
– Źle mnie zrozumiałeś. Mój związek z Martel Hemley polegał na czymś całkiem innym. Mam na myśli to, że mogłem się z nią przespać. Też nie jest za piękna, ale przynajmniej pobudza mnie intelektualnie i tak samo odbiera mnie. Jestem pewien, że dziesięć złotych monet to niska cena za kontynuację naszych dyskusji. Nasza więź opiera się na obopólnej miłości do słowa pisanego. Co też ja mówię! Nie dalej jak zeszłego lata spędziłem całą noc w jej sypialni, jedynie pijąc i penetrując jej bibliotekę.
– To eufemizm, czy naprawdę mówisz o książkach? – zapytał Royce.
– Ach, czyli słyszałeś o nich! Tak, mówię o książkach. To kobieta o rozległych zainteresowaniach i ma małą bibliotekę przylegającą do jej prywatnych komnat. Ma egzemplarz „Pieśni Beringera” i „Opowieści pielgrzymich”, co jest imponujące, chociaż nieszczególnie oryginalne. Najciekawszą rzeczą na jej półkach jest cudaczny pamiętniczek.
Royce ściągnął wodze, żeby zatrzymać konia, i obrócił się w siodle.
– Pokazała ci swój pamiętnik?
Puck podniósł zaniepokojony wzrok. Royce nie chciał go straszyć, ale trudno mu było nad tym zapanować.
– Owszem, ale to nie był jej pamiętnik. To były wspomnienia gościa imieniem Falkirk de coś tam, który miał doskonały charakter pisma i wysławiał się archaicznie. Lady Martel wspomniała, że go ukradła, chociaż w to wątpię. W końcu kto słyszał o szlachetnie urodzonym złodzieju? Była już wtedy solidnie wstawiona, więc nie potraktowałem jej poważnie.
– Wspomniała, gdzie poznała tego Falkirka? – zapytał Royce.
– Nie, nie dostała pamiętnika od niego. Lady Martel zdobyła pamiętnik od mnicha, z którym miała romans. Pewnej nocy, kiedy spał, natrafiła na pamiętnik i zabrała go, ponieważ chciała poznać jego prawdziwe uczucia do niej. Dopiero później zorientowała się, że to zapiski owego Falkirka. Próbowała zwrócić pamiętnik, ale mnich zniknął, zanim jej się to udało. Nigdy więcej go nie zobaczyła.
– Mówisz, że styl był archaiczny, co znaczy, że go czytałeś?
Puck skinął głową.
– Próbowałem, ale prawdę mówiąc, znudził mnie. Dlaczego tak cię to interesuje?
Kiedy Royce nie odpowiedział, odezwał się Hadrian:
– Wykonujemy różne zadania. Jednym z nich było zabranie tego pamiętnika lady Martel. Kiedy już to zrobiliśmy, ona stwierdziła, że nic nie zginęło. Takie rzeczy drażnią Royce’a; gdziekolwiek spojrzy, wszędzie widzi spiski i nikczemne zamiary.
Royce skupił się na Virgilu.
– Co mogło…?
Tętent zwrócił uwagę Royce’a.
Ośmiu mężczyzn jechało w ich stronę; białe kasaki przykrywały kolczugi, miecze uderzały o uda. Zwolnili, gdy się zbliżyli, ale nie zdradzali żadnych złych zamiarów. Tego ranka Royce i jego dwaj kompani minęli albo zostali wyminięci przez kilkanaście różnych grup podróżnych: farmerów, kupców, rzemieślników. To byli pierwsi uzbrojeni, jakich napotkali, a ich kasaki sprawiały wrażenie oficjalnych strojów. Zwykle takie patrole oznaczały kłopoty, ale chociaż raz Royce i Hadrian nie łamali prawa. Pracowali dla szanowanego barona Melengaru. Mimo to Royce zesztywniał.
– Wybaczcie najście – odezwał się przywódca jeźdźców, zatrzymując konia.
Miał gołą głowę, a jego twarz pokrywał jednodniowy zarost. Uśmiechał się. Royce nie wiedział, co o nim myśleć.
– Mogę zapytać o wasze imiona i powód, dla którego wleczecie tego człowieka Traktem Króla? – dodał jeździec.
Royce zawahał się z kilkunastu powodów, ale żadnego z nich nie mógł uznać za dobry czy choćby rozsądny. Po prostu nie lubił, kiedy go zatrzymywano. A jeszcze mniej lubił odpowiadać na pytania.
Tę chwilę ciszy wypełnił jego partner:
– Nazywam się Hadrian. Jak się pan miewa?
– Świetnie – odpowiedział mężczyzna. – A ten tu jak się zwie? – Wskazał ich więźnia.
– Nazywam się Virgil.
– Doprawdy? – Jeździec skinął głową i zsiadł z konia, żeby spojrzeć Puckowi w twarz. – A nazwisko?
– Puck. Być może mogliby mi panowie udzielić pomocy. Tych dwóch jegomości żywi błędne przekonanie. Oskarżają mnie o wykorzystanie lady Bliss Hildebrandt, czego absolutnie i w żadnym wypadku nie uczyniłem. Niesłusznie mnie oskarżono. Gdybyście mogli…
Bez słowa ostrzeżenia mężczyzna w kasaku wyciągnął sztylet i dźgnął Pucka w pierś. Virgil nie zdążył nawet krzyknąć, zanim padł na ziemię.
Royce i Hadrian się cofnęli. Ich konie zakręciły się i zarżały niespokojnie. Obaj dobyli broni. Hadrian wyciągnął miecz półtoraręczny, a Royce swój biały sztylet – Alverstone. Ruch wierzchowca Hadriana sprawił, że krwawiące ciało Pucka odsunęło się od napastnika, ciągnąc za sobą szkarłatny ślad. Mężczyzna, który dźgnął Virgila, nie okazywał najmniejszej troski. Wyjął jedynie chusteczkę i otarł z krwi siebie oraz ostrze.
Virgil stęknął, zarzęził i przez tylko kilka sekund szarpały nim spazmy. Poeta zginął w tym samym momencie, w którym ostrze uderzyło w jego serce, ale potrzebna była chwila, żeby wiadomość o śmierci dotarła do wszystkich zakątków jego drgającego ciała.
Royce i Hadrian poczekali, ale nikt poza tym nawet nie sięgnął do broni. Mężczyzna, który zabił Pucka, schował sztylet i wsiadł z powrotem na konia.
– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał Hadrian, trzymając miecz w gotowości.
– Na rozkaz króla – odpowiedział beznamiętnie zabójca. Uśmiechnął się, patrząc z rozbawieniem na miecz Hadriana. – To nie ma z wami nic wspólnego.
Hadrian rzucił spojrzenie Royce’owi, a potem z powrotem popatrzył na patrol.
– Król Amrath rozkazał zabić Virgila Pucka?
Mężczyzna spojrzał na ciało przy drodze nadal uwiązane do siodła Hadriana. Wzruszył ramionami.
– Jasne. A czemu nie?
A potem szturchnął końskie boki i cała grupa odjechała.
***
Royce i Hadrian wjechali na ulicę Przekorną tuż przed zmierzchem.
Wróciliby wcześniej, ale Hadrian uparł się, żeby pochować Pucka. Royce, który wielokrotnie zaśmiecił, a w pewnych przypadkach wręcz udekorował pejzaż ciałami, nie pojmował stojącej za tym logiki. Puck nie był ich bałaganem, żeby musieli go sprzątać. Jego ciałem, kiedy już zostało odwiązane od konia Hadriana, powinna zająć się natura. Nie mieli nic wspólnego z jego śmiercią, więc po co marnować czas, nie mówiąc już o pieniądzach, na uprzątnięcie jego szczątków? Jednak Hadrian i logika znali się ledwie z widzenia, a może raczej należałoby powiedzieć, że Hadrian kierował się własną logiką. Royce jej nie pojmował i po trzech latach przestał nawet próbować.
Ulica Przekorna nadal była błotnistym grzęzawiskiem przystrojonym kilkunastoma stojącymi sadzawkami i pobliźnionym głębokimi koleinami od kół wozów. Brudne łaty upartego szarego śniegu czepiały się cienistego zakamarka między warsztatem garbarza a gospodą pod Różą i Cierniem. Jednakże dachy były już czyste i, jak wiosenny kwiat, Dom Medford rozkwitł świeżą, niebieską farbą. Ostatnie promienie słońca oświetlały frontową werandę wspaniałej siedziby prostytucji, która ostatnio coraz bardziej przypominała luksusowy zajazd.
– Nie ma zbyt wiele cierpliwości, co? – powiedział Hadrian. – Myślałem, że miała poczekać na cieplejszą porę.
Frontowe drzwi się otworzyły i Gwen DeLancy wyszła na werandę. Miała na sobie swoją zwykłą niebieską sukienkę w odcieniu niemal takim samym jak farba na ścianie domu. Royce domyślał się, że właśnie o to jej chodziło. Zawsze lubił tę sukienkę i nie miało to nic wspólnego z kolorem. Gwen się uśmiechnęła i rozłożyła ręce, prezentując z dumą swoje dzieło.
– No i? Co myślicie? Właśnie dzisiaj zaczęli. Nie zrobili za dużo, tylko jedną ścianę, ale kolor jest cudowny, prawda?
– Jest niebieski – odpowiedział Hadrian. – Czy inny kolor nie byłby lepszy dla interesów? Nie powinien być różowy czy coś takiego?
– Oczywiście, że niebieski! – zbeształa go. – Dom Medford zawsze będzie niebieski. Potrzebowałam tylko czasu na zebranie funduszy.
Hadrian skinął głową.
– Rzeczywiście wygląda na kosztowną rzecz.
Obaj zsiedli z koni. Nie zawracali sobie głowy ich przywiązywaniem. Zwierzęta już się nauczyły i teraz cierpliwie czekały, aż zostaną rozsiodłane.
– I jest kosztowne. – Gwen objęła się ciasno rękami i obróciła się, podziwiając dom, który stworzyła.
Sukienka rozkloszowała się przy tym ruchu. Gwen uniosła ramiona, osłaniając szyję przed chłodnym powiewem wiatru. Stała boso. Jedną nogę ugięła, ciężar opierała na drugiej, biodra miała przechylone.
Royce gapił się i klął w duchu czas, za to, że go ponagla.
– Royce? – odezwał się Hadrian.
– Co?
– Twoja torba.
– Co z nią?
– Odstawiłeś ją na błoto. Pobrudzi się.
Royce się rozejrzał. Jego torba jakimś cudem trafiła w breję, która była mieszanką gnoju i szlamu.
– Fuj! – Złapał torbę i zaniósł na schody. – Jak tam trafiła? – Spiorunował podejrzliwym wzrokiem Hadriana.
– Na mnie nie patrz. To twoja robota.
– Nie bądź śmieszny. Dlaczego miałbym to zrobić?
– Nad tym samym się zastanawiałem. Dlatego właśnie o tym wspomniałem.
Royce spojrzał z grymasem na torbę, jakby to ona sama zawiniła.
– Może rozproszyło cię to, jak piękny jest nowy kolor – powiedziała Gwen i odwróciła się z powrotem do nich, a jej sukienka znowu się rozkloszowała. Słońce padło na jej twarz i oświetliło pomalowane na ciemno oczy. Jej usta zabłysły rozciągnięte w skromnym uśmiechu.
Hadrian prychnął.
– Tak, to na pewno z tego powodu. – Odstawił juki na schody werandy i wziął od Royce’a wodze. – Wejdź do środka. Ja odprowadzę konie.
Gwen pokręciła głową.
– Nie zawracaj sobie tym głowy. Powiem Dixonowi, żeby się nimi zajął. Albert czeka już w środku.
– Tak? – Hadrian i Royce spojrzeli po sobie zdumieni.
Gwen skinęła głową.
– I jest cały w skowronkach. Mówi, że dostaliście wypłatę.
– Wypłatę? Za co? – zapytał Royce.
Gwen wzruszyła prawie całkiem odkrytymi ramionami, przez co Royce znowu chciał zapytać: „Za co?”.
– Spodziewam się, że za wykonane zadanie.
– To nie ma najmniejszego sensu. – Royce odwrócił się do Hadriana. – Czy ty widzisz w tym jakiś sens?
– Może powinniście porozmawiać z Albertem – zachęciła ich Gwen.
Hadrian ruszył po schodach, ale Royce nawet nie drgnął. Minęło wiele dni, odkąd widział Gwen, i chciał po prostu na nią popatrzeć. Pobyć z nią. Takie zachowanie było dziwne, zupełnie nie w jego stylu. Royce czuł się niezręcznie. Najwyraźniej Gwen okazała się znacznie lepszym złodziejem niż on. Zdołała ukraść całą osobę; zwędziła mu jego stare ja jak kiepsko pilnowaną sakiewkę. Kiedy przebywała w pobliżu, wszystko stawało się inne. Przede wszystkim było to dezorientujące, ekscytujące i zarazem pełne spokoju. Royce’a zdumiewała ta zmiana. Czy zyskał na tym, czy został w ten sposób okaleczony? Zagubił się czy znalazł coś lepszego?
– Powinieneś wejść do środka – odezwała się Gwen. – Robi się zimno, a Albert pewnie będzie chciał porozmawiać z wami obydwoma.
***
Osiem. Osiem złotych tenentów. Royce przyjrzał się jasnożółtym krążkom z wizerunkiem Amratha. Albo może jego ojca. Najwyraźniej byli do siebie podobni. A może nie, tylko królewski skarbnik był leniwy i kazał w mennicy dokonać jedynie drobnych zmian w starych formach. To nie miało znaczenia. Istotne było to, że są prawdziwe i że jest ich osiem. Royce, Hadrian i Albert siedzieli w Ciemnym Pokoju, który nazwano tak z racji braku okien oraz szemranych interesów, jakie w nim prowadzono. Albert rzucił monety na stół, a potem odchylił się na krześle, które stało najbliżej kominka i oparł nogi w pończochach o palenisko. Uśmiechał się zadowolony z siebie.
– Nie rozumiem – powiedział Royce.
– Nie ma w tym żadnej tajemnicy: zapłacono nam. – Albert wskazał pieniądze teatralnym gestem.
Wicehrabia stracił wszystko poza tytułem, zanim został łącznikiem Royce’a i Hadriana z arystokracją. Zachował też wyniosły sposób bycia i swobodę, jaka wynika z życia bez lęku przed naturalnymi drapieżnikami.
Hadrian odstawił swoje torby i usiadł obok ognia.
– Nie skończyliśmy zadania. Nie doprowadziliśmy Pucka z powrotem do Sansbury. Drużyna zbrojnych zabiła go na Trakcie Króla.
Albert poruszył ustami w zamyśleniu, a potem machnął lekceważąco ręką.
– Najwyraźniej lord Hildebrandt był zadowolony z takiego załatwienia tej sprawy. Pewnie i tak planował stracić biedaka. Oszczędziliście mu roboty.
Hadrian przyciągnął sobie krzesło i usiadł obok Alberta i stołu z monetami. Podniósł jedną i obrócił w palcach.
– Skąd mógł…? – Spojrzał na Royce’a. – Nie mógł mieć pojęcia o tym, że Virgil nie żyje.
– Oczywiście, że mógł. – Albert pochylił się, krzywiąc usta z irytacją, jakby słowa sprzeciwu były wyrazem potępienia dla jego wysiłków. Poprawił koronkowe mankiety jak czyszczący piórka paw. – Mężczyźni, którzy go zabili, pewnie pracowali dla Hildebrandta. Musieli wrócić, zameldować o wykonaniu zadania i…
– Puck zginął na północ stąd, niedaleko miejsca, gdzie Południowa Droga odchodzi od Traktu Króla. To dwadzieścia pięć mil od Sansbury. – Royce, który nadal stał, pokręcił głową. – Ktoś musiałby jechać niesamowicie szybko, żeby dotrzeć tam do tej pory. A potem potrzebowałby czasu, żeby… Albercie, kiedy ci zapłacono?
– Dziś, wczesnym rankiem.
Royce i Hadrian spojrzeli po sobie, szukając odpowiedzi, ale znaleźli tylko obopólną konsternację.
– Dzisiejszego ranka? – powiedział Hadrian. – Puck jeszcze żył tego ranka. Rozkoszowaliśmy się we trójkę spacerem przez Wschodnią Marchię.
Albert uniósł brwi, jakby coś w końcu do niego dotarło.
– Cóż, to… To jest naprawdę dziwne, prawda?
– Kto ci zapłacił? – zapytał Royce.
Wicehrabia usiadł prosto, zdjął stopy z kominka i schował pod krzesło, poprawił kamizelkę, obciągając jej dolną krawędź.
– Lady Constance. Spotkaliśmy się dzisiejszego ranka w herbaciarni Tildena przy placu Szlacheckim. Cudowny, maleńki lokal tuż obok piekarni, dzięki czemu mają tam…
– Constance? – zapytał Royce. Coś do niego dotarło i poczuł się jak ogar, który wącha po raz drugi odcisk stopy. – Słyszałem już to imię.
Hadrian skinął głową.
– Ja też. Albert wspomniał je kilka razy.
– Oczywiście. Większość zleceń załatwiam przez lady Constance. Przy niej najbarwniejsze motyle socjety wydają się nudnymi ćmami. Ta kobieta zna wszystkich i wszyscy znają ją. Pochodzi z Warric, ma powiązania w Maranonie, ale najchętniej udziela się towarzysko tu, w Melengarze.
– To ona nas wynajęła do roboty u Hemleyów? To kobieta od pamiętnika lady Martel? – zapytał Royce.
Albert skinął głową.
– Ale nie załatwiała pamiętnika dla siebie, prawda?
– Tak myślę. Tak jak ja reprezentuję was, tak lady Constance jest łączniczką dla swoich ludzi… klientów… przyjaciół… jakkolwiek chcecie ich nazwać. Nigdy nic nie powiedziała, ale zakładam, że dorzuca dopłatę dla siebie i nam wypłaca różnicę. Musi jakoś zarabiać na życie.
– A nie jest arystokratką?
– Owszem, ale zważywszy, w jakich tarapatach byłem, kiedy mnie znaleźliście, powinniście wiedzieć, że nie wszyscy arystokraci są bogaci. Wyszła za barona Lindera z Maranonu. Wątpię, żeby sama potrafiła wyjaśnić powody. Nie miał żadnych ziem, nie był zamożny, nie był nawet szczególnie przystojny.
– Był? Nie żyje?
– Tak. Poza innymi niedostatkami najwyraźniej nie potrafił też walczyć lancą. Zginął zabity przez sir Gilberta z Lyle podczas zimonaliowego turnieju sześć miesięcy po ich ślubie. W jaki sposób udaje jej się utrzymać swój wystawny sposób życia, to tajemnica dla wszystkich na dworze i przedmiot licznych spekulacji. – Urwał i się zamyślił. – W każdym razie domyślam się, że stała się użyteczna dla swoich znajomych, tak jak ja dla was.
– Nigdy jej o to nie pytałeś?
Albert sprawiał wrażenie wstrząśniętego i zarazem oburzonego.
– Dobry Mariborze, skądże! A ona nigdy nie pytała mnie o moje sprawy. Zachowujemy doskonały wzajemny brak zainteresowania, dzięki czemu nasza współpraca jest nie tylko możliwa, ale także rozkoszna.
– Spałeś z nią – powiedział Hadrian tonem pozbawionym zarówno krytyki, jak i pochwały. Po prostu stwierdzał fakt.
Albert uśmiechnął się szelmowsko.
– Poza brakiem ciekawości oboje jesteśmy wyzbyci moralnych oporów i czujemy awersję do kłopotliwych zobowiązań. Pustkę wypełnia zdrowa żądza. To cudowny układ. Jesteśmy jak dwie krople wody.
Royce, któremu zmęczenie w ręce przypomniało, że nadal trzyma torbę, rozejrzał się za miejscem do siedzenia. Pamiętając, że torba od spodu jest mokra od błocka, postawił ją obok trzaskającego ognia.
– Czyli nie masz pojęcia, kto naprawdę wynajął nas do kradzieży pamiętnika?
– Nie, nie mam zielonego pojęcia.
– A Virgil Puck?
– Ach, to całkiem inna sprawa, prawda? Oczywiście, że stał za tym lord Hildebrandt. W przeciwnym wypadku sytuacja stałaby się niezręczna, gdybyście przyjechali z nim i… – Albert przeniósł wzrok, kiedy elementy układanki zaczęły do siebie pasować.
Albert był doskonałym pośrednikiem. Miał przystojną twarz, świetnie się prezentował i znał wszystkie subtelności etykiety potrzebne do żeglowania po niebezpiecznych wodach arystokracji Avrynu. Był kompetentny i potrafił ładnie się wysławiać, ale cierpiał na chorobę wszystkich arystokratów – życie uprzywilejowanego przytępiło mu zmysły. Zwierzęta domowe cierpiały na podobną przypadłość. Po psie, który dorastał w domu, nie można się spodziewać, że poradzi sobie w dziczy, podobnie jak krowa czy kurczak. Udomowionym stworzeniom brakowało podstawowej czujności, przepojonego strachem nieustannego wyczekiwania katastrofy, dzięki któremu zachowywały życie mniej rozpieszczone istoty. Patrząc na Alberta, Royce widział, jak ten zaczyna wątpić w rzeczy najbardziej fundamentalne, i domyślał się, jakie myśli snuje w głowie: „Nie, nie może być… coś takiego przydarza się innym ludziom, ale nie mnie”.
– Czyli Puck mówił prawdę. Nie miał nic wspólnego z Bliss Hildebrandt. Najwyraźniej w tej kwestii okazałem się lepszym sędzią ludzkich charakterów niż ty. – Hadrian uśmiechnął się promiennie, ale zaraz zrzedła mu mina.
Royce domyślał się, że stało się to w tej samej chwili, w której zdał sobie sprawę, że pomógł zabić niewinnego człowieka.
Royce wiedział jednak swoje. Puck nie był niewinny; nie ma niewinnych ludzi. Zrobił coś komuś, a Royce chciał tylko wiedzieć, czy to było coś, co teraz może zaszkodzić jemu.
– Zatem kto zabił Virgila i dlaczego? – zapytał Hadrian.
– Nigdy się nie dowiemy – odpowiedział Royce. – To jak podwójna zasłona. Poczwórna, jeśli wliczyć Alberta i Constance. Pojmaliśmy poetę z powodu rzekomych przewin, niezbyt poważnych, żebyśmy nie nabrali podejrzeń, nawet ktoś taki jak ja. A potem wynajęto drugą grupę, która miała go zabić, i pewnie oni usłyszeli całkiem inną historię. To wszystko sprawia, że wytropienie odpowiedzialnych będzie niesłychanie trudne, tak samo jak wykrycie prawdziwego motywu.
– Nie chciałbym wykazać się brakiem współczucia dla pana Pucka wobec jego zgonu, ale… – Albert zerknął na monety – …rozpaczliwie potrzebuję nowego dubletu i spodni. Rozumiecie, że muszę dbać o właściwą prezencję i…
– Śmiało – powiedział Royce – weź tenenta, ale nowy strój musi poczekać. Nadal musimy zapłacić Gwen za korzystanie z pokoju i wyrównać zaległe rachunki za stajnię.
– W takim razie mamy szczęście, bo już mam dla was nową robotę.
– Mam nadzieję, że nie jest to kolejne zlecenie załatwione za pośrednictwem lady Constance. Wolałbym coś trochę bardziej jasnego. Robotę, w której wiem, w co się pakuję, zanim się w to wpakuję.
– Ach, nie, to nie jest nic załatwionego przez Constance, ale… – Albert się zawahał. – Sprawa jest nietypowa.
Royce uniósł ręce. Miał już dość nietypowych spraw.
– W jakim sensie?
– Zwykle muszę pokręcić się nieco i poszukać roboty, a ten gość przyszedł prosto do mnie, a właściwie przyszedł do mnie, bo szukał ciebie. – Albert rzucił Royce’owi znaczące spojrzenie.
– Mnie? – Ta „nietypowość” z każdą sekundą prezentowała się coraz gorzej.
Albert skinął głową.
– Zatrzymał się w Dzielnicy Szlacheckiej. Nie chciał podać nazwiska ani nawet powiedzieć, o co chodzi. Powiedział, że będzie wiedział, kiedy wrócisz, i że wtedy do ciebie zajrzy.
– Będzie wiedział?
Albert pokiwał głową.
– Tak właśnie powiedział.
– No proszę, od razu zrobiło mi się od tego ciepło i przyjemnie na duszy. Wspomniał, skąd wie, że mieszkam w Melengarze, albo czy w ogóle mnie zna?
– Nie, powiedział tylko, że przyjechał z Colnory i szuka… – Albert urwał, żeby się zastanowić. – To było dziwne imię, które skojarzyło mi się ze sprzątaczką. Nie wspomniał o Riyrii, ale kiedy sam wymieniłem tę nazwę, to ją rozpoznał. Hm, szkoda, że nie mogę sobie przypomnieć tego imienia… – Albert zmarszczył mocniej czoło, próbując się skupić.
– Nie martw się – powiedział mu Royce, żałując, że sam nie może skorzystać z tej rady, bo aż za dobrze wiedział, że nieznajomy z Colnory nazwał go Zmiataczem.
Rozdział 3
Król Whisky
Tajemniczy mężczyzna potrzebował tylko kilku godzin, żeby zjawić się w gospodzie pod Różą i Cierniem. Zdążyli się wykąpać i zjeść gorący posiłek. Hadrian zdołał wypić dwa kufle piwa, ale Royce chciał zachować trzeźwą głowę. Zwykle lubił się rozluźnić po robocie kieliszkiem albo dwoma montemorceya i irytowało go to, że wino będzie musiało poczekać. Albert poprosił, żeby Gwen posadziła potencjalnego klienta w pokoju zwanym Ukośnikiem, do którego nie wpuszczano teraz innych klientów, żeby zapewnić im prywatność.
Siedział w głębi pokoju. Starszy mężczyzna o siwych włosach i twarzy tak surowej i szorstkiej jak nadmorski klif. Nie był wysoki; Royce podejrzewał, że gdyby wstał okazaliby się takiego samego wzrostu. Był jednakże mocnej budowy i więcej niż zwalisty, więcej nawet niż tęgi; przesłaniał całkowicie krzesło, na którym usiadł, a jego podróżne ubranie napinało się w szwach. Kaftan mężczyzny miał podwójne szwy i był nabijany ćwiekami, a na jego piersi widniał kwiecisty wzór. Ciężka peleryna leżała rzucona na oparcie sąsiedniego krzesła. Była uszyta z wełny o podwójnej nitce i wyglądała na nową. Mężczyzna miał też drogie rękawiczki z cielęcej skórki. Leżały na stole obok peleryny. Na każdej widniał ten sam kwiecisty wzór co na kaftanie. Komplet, pomyślał Royce.
Gość patrzył, jak Royce i Hadrian wchodzą, jakby chciał ich dobrze zapamiętać. Nie zawracał sobie głowy wstawaniem ani podawaniem ręki. Cierpliwie poczekał, aż Royce i Hadrian zajmą swoje miejsca na stołkach naprzeciwko niego. Nie odezwał się słowem.
Skupił się na Roysie.
– To ty? Ty jesteś Zmiat…
Royce przerwał mu, unosząc rękę.
– Już nie posługuję się tym imieniem.
Mężczyzna skinął głową.
– W porządku. W takim razie jak mam się do ciebie zwracać?
– Wystarczy Royce, a ten duży jegomość to Hadrian.
Obaj skinęli głowami.
– A kim ty jesteś? – zapytał Royce.
– Człowiekiem, który mieszkał w Colnorze podczas Roku Strachu.
Dłoń Royce’a ześlizgnęła się ze stołu. Siedzący obok niego Hadrian oparł mocno stopy po obu stronach stołka. Starszy mężczyzna nie robił szczególnego wrażenia, ale wyrazu jego oczu nie dało się z niczym pomylić – mówiły jedno: zemsta. Pragnął jej i zjawił się po nią.
– Nazywam się Gabriel Winter.
Royce znał to imię, ale z niczym mu się nie kojarzyło. O ile pamięć go nie myliła, nigdy nie zadawał się z nikim o nazwisku Winter.
– Sterroryzowałeś Colnorę. Całe miasto było sparaliżowane strachem, jaki wywołałeś. Kulisi, sprzątacze, sklepikarze, magnaci handlowi, wszyscy aż po sędziego byli przerażeni. Nawet dzielny hrabia Simon uciekł do Aquesty tego lata. To ogromnie wpłynęło na morale ludzi, mogę cię zapewnić. – Kiedy mężczyzna mówił, tłuszcz na jego szyi trząsł się, ale spojrzenie pozostało niewzruszone, a głos brzmiał spokojnie i chłodno. Przybysz trzymał obie ręce na widoku, dziesięć pulchnych palców i dłonie oparte na stole obok rękawiczek i do połowy stopionej świecy. Nic nie leżało ani nie stało na blacie między Royce’em i Winterem.
Żaden kubek czy filiżanka. Mężczyzna nie zamówił niczego do picia.
W Ukośniku zapadła cisza. To pomieszczenie nie było częścią dawnej gospody i dobudowano je niedawno, żeby pomieścić coraz liczniejszą klientelę. Dobudówka wypełniała podłużną przestrzeń między gospodą „Róża i Cierń” a Domem Medford i dlatego miała kształt rombu. Słychać tam było tylko dwie dziewczyny z karczmy, które myły kubki w sąsiednim pokoju.
– Czego chcesz? – zapytał Royce, a jego palce wsunęły się w fałdę peleryny i zacisnęły na rękojeści Alverstone’a.
– Chcę cię wynająć.
To nie powinno było zaskoczyć Royce’a. Albert opisał nieznajomego jako potencjalnego klienta. Tyle że całe to spotkanie budziło w nim duży niepokój.
– Wynająć?
– Tak – odpowiedział mężczyzna szorstko i szczerze, z ledwie widocznym uśmieszkiem na ustach, jakby znał jakiś sekret albo puentę żartu, która dopiero zostanie ujawniona.
– Do czego?
– Dokładnie do tego samego, co zrobiłeś w Colnorze. Tyle że tym razem chcę, żeby to miasto Rochelle spłynęło krwią.
Hadrian poruszył się na stołku, przesuwając stopy i rozluźniając się.
– Dlaczego?
Mężczyzna odsunął się od stołu i skrzyżował ręce na piersi, jakby zastanawiał się, co teraz, albo może zbierał siły do odpowiedzi. Niektóre rzeczy nie przychodzą łatwo. Royce dobrze to rozumiał, a widząc nieszczęśliwy wyraz twarzy mężczyzny, domyślał się, że cokolwiek przyjdzie mu powiedzieć, być może po raz pierwszy ubierze to w słowa.
– Moja żona zmarła dziesięć lat temu. Zostałem wtedy tylko z córką. Dobra dziewczyna, ta moja Genny, wierna, lojalna, pracowita, bystra i twarda jak stal. Dobrze nam się razem powodziło. Pomagała mi w trudnych chwilach, a tych nie brakowało. Jednak niecałe cztery miesiące temu wyjechała z arystokratą z Rochelle. Niejakim Leo Hargrave’em.
Hadrian się pochylił.
– Leopoldem Hargrave’em?
– Zgadza się.
Royce uniósł pytająco brew, patrząc na Hadriana.
– To książę Rochelle. Miasto znajduje się w Alburnie, na południowy wschód stąd. Byłem w tamtych okolicach z armią króla Reinholda, zanim popłynąłem do Calisu.
– Reinhold nie żyje – powiedział Winter.
– Król Alburnu zmarł?
– On i cała jego rodzina. Biskup Tynewell będzie koronował nowego króla podczas Święta Wiosny. Genny o wszystkim mi napisała. Od dnia ślubu pisała do mnie trzy razy w tygodniu, a potem nagle zamilkła.
Mężczyzna zmarszczył czoło i skierował wzrok na blat stołu. Paznokciem zaczął skrobać wytarte miejsce, próbując oderwać drzazgę.
Royce skinął głową.
– Czyli co? Myślisz, że nie żyje?
– Wiem, że nie żyje.
– Bo spóźnia się z listami? – odezwał się Hadrian. – Kobieta dopiero co wyszła za mąż. Jest nowa w mieście, w mieście bardzo innym od wszystkich, i właśnie została księżną. Może być odrobinę zajęta. A może wysłała listy, ale kurier przepadł wśród śniegów. Jeszcze nie nadeszła wiosna, a górskie przełęcze bywają zdradzieckie. Za szybko wyciągnął pan wnioski.
Gabriel Winter spojrzał mu w oczy.
– Otrzymałem list, ale nie od mojej Genny. Hargrave napisał, że zniknęła.
– Och, zniknięcie… to nic dobrego, ale nie znaczy, że nie żyje.
– Owszem, znaczy. – Jego spojrzenie było zimniejsze i twardsze niż granit. – Uprzedziłem ją, co się stanie. Nie chciała słuchać. Jedynym powodem, dla którego Hargrave poślubił Genny, było jej wiano. On jej nie kocha. Nigdy jej nie kochał. Ale widzicie, Genny go kocha. Całą sobą, od czubka głowy po palce stóp. Nie wiem dlaczego. W przeszłości zawsze była rozsądna, ale ten Hargrave… Cóż, to arystokrata i to od razu powinno jej wyjaśnić całą rzecz. Próbowałem ją powstrzymać, ale jakie miałem szanse? Hargrave jest wszystkim, czego pragnęła. Tak mi powiedziała. Moja Genny… Takich dziewczyn nie nazywa się ładnymi. Mimo naszego majątku nikt nie dobijał się do jej drzwi. Przybywało jej lat, jesienią skończy trzydzieści trzy, i cóż, kiedy książę poprosił ją o rękę, to było jak zaoferowanie kurczakowi daru latania. Nie potrafiła przejrzeć na oczy, żyła swoim marzeniem. Hargrave z pewnością ją zabił, on i jemu podobni. Od początku taki miał plan. Widziałem to w jego oczach. Wykorzystał ją. – Gabriel zwrócił się do Royce’a. – Pojechałbym osobiście, ale… – Rozłożył ręce. – Jestem stary i gruby, nigdy nie byłem najlepszy w posługiwaniu się nożem. Co mógłbym zrobić, żeby pomścić kochaną córkę? Nic. Jako ojciec nie jestem w stanie sam się tym zająć, ale jako biznesmen… – wskazał na Royce’a – …mam środki, by zapłacić innym, żeby zostali moimi rękami.
Biznesmen! Zapadka w głowie Royce’a szczęknęła i wreszcie wiedział, z kim rozmawia i skąd mężczyzna wiedział, jak go znaleźć.
– Whisky Wintera.
– To ja.
Tym razem to Hadrian uniósł pytająco brew.
– Jeden z magnatów handlowych w Colnorze, którzy tak naprawdę kierują miastem. Arystokraci wyznaczeni przez króla Warric mają niby zajmować się administracją, ale kierują miastem tak samo, jak pąkla dowodzi okrętem. Prawdziwą kontrolę sprawują magnaci, którzy mieszkają w dzielnicy wzgórz, tacy ludzie jak DeLurowie, Bocantowie i Gabriel Winter, dostawca doskonałych trunków i najwyższej jakości alkoholi.
– Moim sąsiadem jest Cosmos DeLur. Był tak uprzejmy, że podał mi twój nowy adres.
– Tyle sam się domyśliłem.
– Pieniądze zapewniły mi wszelkie wygody, ale w tej chwili pragnę jedynie zemsty.
– Próbował się pan skontaktować z księciem? – zapytał Hadrian.
– Oczywiście.
– Co powiedział?
– Jego skryba napisał, że Hargrave „bada sprawę”. Bada sprawę! Och, na pewno szuka jej ze wszystkich sił, zważywszy, że sam ją zabił!
– Jest pan tego pewien? – Hadrian spojrzał na niego wstrząśnięty.
– Jestem tego tak samo pewien, jak tego, że tu siedzicie. Powiedziałem Genny, że jemu zależy tylko na jej pieniądzach. Najwyraźniej nie potrzebował mojej córki, kiedy już spłacił długi. Nie było sensu jej trzymać. Arystokraci nie są tacy jak wy czy ja. Nie znają lojalności, nie wiedzą, co to uprzejmość. Odstawiają szlachetnych i porządnych, to tylko gra.
Gabriel zwrócił się do Royce’a.
– Sprawisz, że będą cierpieć, jak to zrobiłeś w Colnorze?
– To droga impreza.
– Wiesz, kim jestem. Na jakiej ulicy mieszkam. Stać mnie na to, a pragnę krwi. Zapłacę ci pięćdziesiąt sztuk złota za twój czas i kolejne dwadzieścia pięć za każde życie, które odbierzesz, dwa razy tyle, jeśli odejdą w cierpieniu.
Hadrian potarł twarz dłonią.
– Tyle gadania o krwi i ciałach, a ona nadal może żyć. – Gabriel chciał coś powiedzieć, ale Hadrian uniósł rękę, żeby go uciszyć. – Jasne, nie wygląda to dobrze i wiele wskazuje, że stało się coś złego, ale możliwe, że pańska córka nadal żyje. Możliwe, że siedzi gdzieś uwięziona. Zabicie księżnej jest ryzykowne, nawet jeśli jest nowym nabytkiem w rodzinie.
Gabriel zastanowił się nad tym.
– Dobrze. Zapłacę wam sto pięćdziesiąt złotych kawałków z odciśniętym paskudnym pyskiem Ethelreda, jeśli odnajdziecie, uratujecie i przywieziecie Genny z powrotem do mnie żywą. Jeżeli jednak nie żyje, pozostaję przy początkowej ofercie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Bliss (ang.) – dosł.: błogość, rozkosz (przyp. tłum.). [wróć]
