Pradawna stolica. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 6 - Michael J. Sullivan - ebook

Pradawna stolica. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 6 ebook

Michael J.Sullivan

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

"Pradawna stolica" to szósty tom z cyklu "Odkrycia Riyrii", który kontynuuje epicką sagę fantasy. Po zakończeniu wojen i odnalezieniu spadkobiercy Novrona, świat Elanu staje w obliczu nowego zagrożenia ze strony nadciągającej armii elfów. Nadzieją na ocalenie jest starożytny artefakt, którego odzyskanie wymaga niebezpiecznej wyprawy do zaginionego przed wiekami miasta Percepliquis. Imperatorka Modina gromadzi specjalną grupę, by podjęła się tego śmiałego zadania i uratowała ludzkość przed zagładą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 627

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1. Dziecko

Roz­dział 1

Dziecko

Miranda była pewna, że tak wła­śnie zacznie się koniec świata – nie będzie ostrze­że­nia, ale wybuch­nie pożar. Nocne niebo za nimi jarzyło się czer­wie­nią, gdy pło­mie­nie i snopy iskier buchały w górę. Pło­nął uni­wer­sy­tet w She­ri­da­nie.

Miranda, która trzy­mała rączkę Mercy, bała się, że może zgu­bić dziew­czynkę w ciem­no­ści. Ucie­kali od wielu godzin, bie­gnąc na oślep przez sosnowy las, prze­dzie­ra­jąc się mię­dzy gałę­ziami. Pod przy­gię­tymi kona­rami leżała gruba war­stwa śniegu. Miranda brnęła przez zaspy się­ga­jące jej powy­żej kolan, toru­jąc drogę dziew­czynce i sta­remu pro­fe­so­rowi.

Arca­dius, usi­łu­jąc z tru­dem za nimi nadą­żyć, zawo­łał:

– Idź dalej, nie cze­kaj na mnie!

Miranda, dźwi­ga­jąc ciężki tobo­łek i cią­gnąc za sobą dziew­czynkę, poru­szała się naj­szyb­ciej, jak potra­fiła. Za każ­dym razem, gdy sły­szała jakiś dźwięk lub myślała, że widzi poru­sza­jący się cień, siłą woli powstrzy­my­wała się, żeby nie krzyk­nąć. Nie­wiele bra­ko­wało, by wpa­dła w panikę. Śmierć dep­tała im po pię­tach, a Miran­dzie wyda­wało się, że stopy ma cięż­kie jak z oło­wiu.

Dziew­czyna żało­wała dziecka i mar­twiła się, że spra­wia Mercy ból, cią­gnąc ją za rękę. Raz szarp­nęła dziew­czynkę zbyt mocno i ta się prze­wró­ciła. Mercy krzyk­nęła, gdy upa­dła twa­rzą na śnieg, ale od razu wzięła się w garść. Już wcze­śniej prze­stała zada­wać pyta­nia, prze­stała narze­kać, że jest zmę­czona. W ogóle prze­stała się odzy­wać i podą­żała za Mirandą naj­szyb­ciej, jak mogła. Była dzielną dziew­czynką.

Dotarli do drogi i Miranda uklę­kła, żeby przyj­rzeć się Mercy. Dziew­czynce cie­kło z nosa, do rzęs przy­kle­iły jej się płatki śniegu. Miała zaczer­wie­nione policzki, a do czoła przy­warły prze­po­cone czarne włosy. Miranda odgar­nęła jej kilka kosmy­ków za uszy, pod­czas gdy pan Prą­żek bacz­nie ją obser­wo­wał. Szop pracz owi­nął się wokół szyi dziew­czynki, jakby był futrzaną etolą. Mercy nale­gała, żeby przed ucieczką wypu­ścić zwie­rzęta z kla­tek. Uwol­niony szop wdra­pał się na jej ramię i mocno się go ucze­pił. Widocz­nie pan Prą­żek też wyczuł, że dzieje się coś złego.

– Jak się czu­jesz? – spy­tała Miranda, zakła­da­jąc dziew­czynce kap­tur i spi­na­jąc jej płaszcz moc­niej klamrą.

– Zimno mi w stopy – odparła Mercy szep­tem, wpa­tru­jąc się w śnieg.

– Mnie też – odrze­kła Miranda naj­po­god­niej­szym tonem, na jaki potra­fiła się zdo­być.

– Nie­zły ubaw, co? – powie­dział stary pro­fe­sor, wspi­na­jąc się po zbo­czu, żeby do nich dołą­czyć. Gdy zdej­mo­wał torbę z ramie­nia, z jego ust wydo­by­wały się duże obłoki pary. Brodę i brwi miał zaskle­pione grubą war­stwą śniegu i lodu.

– A jak ty się czu­jesz? – spy­tała Miranda.

– Świet­nie, dosko­nale. Stary czło­wiek potrze­buje od czasu do czasu tro­chę ruchu, a także odpo­czynku. Musimy jed­nak kon­ty­nu­ować wędrówkę.

– Dokąd idziemy? – spy­tała Mercy.

– Do Aqu­esty – odparł Arca­dius. – Wiesz, co to Aqu­esta, prawda, słonko? To wła­śnie tam jest wielki pałac, z któ­rego rzą­dzi impe­ra­torka. Chcia­ła­byś ją poznać, prawda?

– Czy zdoła ich powstrzy­mać?

Miranda zoba­czyła, że dziew­czynka spo­gląda ponad ramie­niem sta­rego czło­wieka na pło­nący uni­wer­sy­tet. Miranda też spoj­rzała na jaskrawą łunę nad koro­nami drzew. Znaj­do­wali się już w odle­gło­ści wielu mil, a jed­nak świa­tło wciąż wypeł­niało hory­zont. Ponad bla­skiem ognia widać było cie­nie. Nie­które opa­dały pio­nowo, a z innych, krą­żą­cych nad pło­nącym uni­wer­sy­tetem, try­skały stru­mie­nie pło­mieni.

– Miejmy nadzieję, słonko. Miejmy nadzieję – odrzekł Arca­dius. – Tym­cza­sem ruszajmy w drogę. Wiem, że jesteś zmę­czona. Wiem, że jesteś zzięb­nięta. Ja też, ale musimy jak naj­szyb­ciej iść dalej. Musimy się stąd odda­lić.

Mercy ski­nęła głową, a może tylko wyko­nała podobny ruch, drżąc z zimna. Trudno to było oce­nić.

Miranda strzep­nęła śnieg z ple­ców i nóg dziew­czynki, żeby uchro­nić ją przed więk­szym prze­mo­cze­niem. Pan Prą­żek obser­wo­wał to z chłodną rezerwą.

– Myślisz, że wszyst­kie zwie­rzęta się wydo­stały? – zapy­tała Mercy.

– Jestem tego pewny – zapew­niał ją Arca­dius. – Prze­cież są bystre, prawda? Choć może nie aż tak, jak pan Prą­żek, bo jemu udało się zała­pać na prze­jażdżkę.

Mercy znów ski­nęła głową i dodała z nadzieją w gło­sie:

– Jestem pewna, że Fili­żance udało się uciec. Umie latać.

Miranda spraw­dziła tobo­łek dziew­czynki i wła­sny, żeby się upew­nić, że oba są zamknięte i mocno zwią­zane. Spoj­rzała na ciemną drogę.

– Dopro­wa­dzi nas przez Col­norę do samej Aqu­esty – wyja­śnił stary czar­no­księż­nik.

– Jak długo będziemy tam szli? – spy­tała Mercy.

– Kilka dni, może tydzień. Dłu­żej, jeśli utrzyma się kiep­ska pogoda.

Miranda dostrze­gła nie­za­do­wo­le­nie w oczach Mercy.

– Nie martw się. Jak będziemy tro­chę dalej, zatrzy­mamy się na odpo­czy­nek i posi­łek. Przy­go­tuję coś gorą­cego, a potem tro­chę się prze­śpimy. Na razie jed­nak musimy iść dalej. Na dro­dze będzie nam łatwiej.

Miranda chwy­ciła rękę dziew­czynki i ruszyli. Z rado­ścią stwier­dziła, że jej prze­wi­dy­wa­nia się spraw­dziły. Wędrówkę uła­twiały pozo­sta­wione przez wozy kole­iny oraz to, że scho­dzili po zbo­czu. Masze­ro­wali raź­nym kro­kiem i nie­ba­wem las za ich ple­cami prze­sło­nił ogni­stą łunę. Wkro­czyli w ciemny i cichy świat, w któ­rym towa­rzy­stwa dotrzy­my­wał im jedy­nie szum zim­nego wia­tru.

Miranda spoj­rzała na sta­rego pro­fe­sora, który szedł, powłó­cząc nogami, i przy­ci­skał płaszcz do szyi. Miał zaczer­wie­nioną i pokrytą kro­stami twarz, i z tru­dem łapał oddech.

– Na pewno dobrze się czu­jesz?

Arca­dius pod­szedł do Mirandy, zmu­sił się do uśmie­chu i szep­nął jej do ucha:

– Oba­wiam się, że może będzie­cie musiały dokoń­czyć podróż beze mnie.

– Co takiego? – zapy­tała Miranda i zer­k­nęła na dziew­czynkę. Mercy nie unio­sła głowy. – Wkrótce zro­bimy postój. Odpocz­niemy i jutro pój­dziemy wol­niej. Prze­szli­śmy dziś szmat drogi. Wezmę twoją torbę – zapro­po­no­wała i wycią­gnęła rękę.

– Nie, sam ją dalej poniosę. Wiesz, że jest bar­dzo kru­cha… i nie­bez­pieczna. Jeśli ktoś zgi­nie, nio­sąc ją, to ja chcę być tym kimś. W kwe­stii odpo­czynku… nie sądzę, żeby to coś zmie­niło. Nie mam dość sił na taką podróż. Oboje to wiemy.

– Nie możesz się pod­da­wać.

– Nie zamie­rzam. Prze­ka­zuję ci zada­nie. Dasz sobie radę.

– Ale nie wiem, co robić. Nie wyja­wi­łeś mi ni­gdy planu.

Arca­dius zachi­cho­tał.

– Bo czę­sto się zmie­nia. Mia­łem nadzieję, że regenci zaak­cep­tują Mercy jako spad­ko­bier­czy­nię Modiny, ale odmó­wili.

– Co teraz?

– Teraz Modina zasiada na tro­nie, więc mamy drugą szansę. Naj­lep­sze, co możesz zro­bić, to dotrzeć do Aqu­esty i sta­rać się o audien­cję u niej.

– Ale nie wiem, jak…

– Znaj­dziesz spo­sób. Przed­staw impe­ra­torce Mercy. To będzie pierw­szy krok w dobrym kie­runku. Wkrótce tylko ty będziesz znała prawdę. Nie podoba mi się, że obar­czam cię tym cię­ża­rem, ale nie mam wyboru.

Miranda pokrę­ciła głową.

– Nie, to matka obar­czyła mnie tym cię­ża­rem. Nie ty.

– Wyzna­nie na łożu śmierci to bar­dzo poważna sprawa. – Stary czło­wiek ski­nął głową. – Ale dzięki temu mogła odejść w spo­koju.

– Tak sądzisz? A może jej duch wciąż tu jest? Cza­sami odno­szę wra­że­nie, jakby mnie obser­wo­wała… prze­śla­do­wała. Płacę cenę za jej sła­bość, tchó­rzo­stwo.

– Twoja matka była młoda, biedna i ciemna. Widziała śmierć dzie­sią­tek ludzi oraz zabój­stwo matki i dziecka. I led­wie uszła z życiem. Żyła w cią­głym stra­chu, że pew­nego dnia ktoś odkryje, że były bliź­niaki i ona ura­to­wała jed­nego z nich.

– Ale postą­piła nie­wła­ści­wie i okrut­nie – powie­działa z gory­czą Miranda. – A naj­gor­sze jest to, że nie mogła zabrać grze­chu ze sobą do grobu. Musiała mi powie­dzieć, obar­czyć mnie odpo­wie­dzial­no­ścią za napra­wie­nie jej błę­dów. Powinna…

Mercy zatrzy­mała się gwał­tow­nie.

– Kocha­nie, musimy… – Spoj­rzała na Mirandę. W sła­bym świe­tle wcze­snego poranka zoba­czyła strach na jej twa­rzy, gdy Mercy patrzyła na miej­sce, w któ­rym droga opa­dała ku dużemu mostowi z kamie­nia.

– Przed nami świa­tło – oznaj­mił Arca­dius.

– Czy…? – spy­tała Miranda.

Stary nauczy­ciel pokrę­cił głową.

– To ogni­sko, chyba nawet kilka. Podej­rze­wam, że przy­by­wają kolejni uchodźcy. Możemy się do nich przy­łą­czyć i będzie nam się łatwiej szło. Jeśli się nie mylę, obo­zują na dru­gim brzegu Gale­wyru. Nie mia­łem poję­cia, że doj­dziemy tak daleko. Nic dziw­nego, że się zasa­pa­łem.

– Widzisz? – powie­działa Miranda do dziew­czynki, gdy znów ruszyli. – Już po naszych kło­po­tach. Może nawet mają wóz, na któ­rym będzie mógł jechać stary czło­wiek.

Arca­dius uśmiech­nął się do niej z wyż­szo­ścią, ale w duchu ucie­szył się z takiej moż­li­wo­ści.

– Wtedy nasza sytu­acja może się poprawi – powie­dział.

– Będziemy…

Dziew­czynka ści­snęła rękę Mirandy i znów przy­sta­nęła. Zbli­żali się do nich kłu­sem konni. Z noz­drzy zwie­rząt wydo­by­wała się para, gdy pry­chały, ude­rza­jąc kopy­tami o oblo­dzoną zie­mię. Opa­tu­leni ciem­nymi płasz­czami jeźdźcy mieli nacią­gnięte kap­tury i twa­rze owi­nięte czę­ściowo sza­lami, toteż ucie­ki­nie­rzy nie mogli ich roz­po­znać, ale co do jed­nego nie mieli wąt­pli­wo­ści: to byli sami męż­czyźni. Miranda nali­czyła trzech. Jechali od połu­dnia, ale nie od strony ognisk. To nie byli uchodźcy.

– Co o tym sądzisz? – spy­tała dziew­czyna. – Roz­bój­nicy?

Pro­fe­sor pokrę­cił głową.

– Co zro­bimy?

– Oby­śmy nic nie musieli robić. Przy odro­bi­nie szczę­ścia to zacni ludzie, któ­rzy przy­cho­dzą nam z pomocą. W prze­ciw­nym razie… – Pokle­pał torbę. – Dotrzyj do tych ognisk i poproś o schro­nie­nie i ochronę. A potem zapro­wadź Mercy do Aqu­esty. Uni­kaj regen­tów i spró­buj opo­wie­dzieć impe­ra­torce histo­rię dziew­czynki. Powiedz jej prawdę.

– Ale co, jeśli…

Jeźdźcy pod­je­chali i zwol­nili tempo.

– Co my tu mamy? – spy­tał jeden.

Miranda nie widziała, który się ode­zwał, ale domy­ślała się, że wysoki męż­czy­zna jadący na prze­dzie. Przy­glą­dał się sto­ją­cym nie­ru­chomo ucie­ki­nie­rom, pod­czas gdy oni słu­chali chra­pli­wego sapa­nia koni.

– Cóż za korzystny zbieg oko­licz­no­ści – dodał jeź­dziec i zsiadł z wierz­chowca. – Wła­śnie do cie­bie jecha­łem, star­cze.

Przy­wódca trzy­mał ostroż­nie rękę przy boku i poru­szał się sztywno. Spo­glą­dał na nich groź­nie spod kap­tura, a nos i usta miał zasło­nięte szkar­łat­nym sza­lem.

– Poranny spa­ce­rek w śnie­życy? – spy­tał, pod­cho­dząc do pro­fe­sora.

– By­naj­mniej – odparł Arca­dius. – Ucie­kamy.

– Nie wąt­pię. Naj­wi­docz­niej, gdy­bym zwle­kał jesz­cze choćby dzień, nie spo­tkał­bym cię i mógł­byś się wymknąć. Twoje przyj­ście do pałacu było głu­pim błę­dem. Za dużo powie­dzia­łeś. I co ci to dało? Powi­nie­neś być mądrzej­szy. Ale wraz z wie­kiem przy­cho­dzi despe­ra­cja. – Spoj­rzał na Mercy. – To ta dziew­czynka?

– Guy, She­ri­dan pło­nie – odrzekł Arca­dius. – Elfy prze­kro­czyły Nidwal­den i ruszyły do ataku!

Guy! Miranda go znała, a przy­naj­mniej jego repu­ta­cję. Arca­dius nauczył ją nazwisk wszyst­kich war­tow­ni­ków Kościoła. Z punktu widze­nia pro­fe­sora Luis Guy był naj­bar­dziej nie­bez­pieczny. Wszyst­kimi war­tow­ni­kami kie­ro­wała obse­sja, wszyst­kich wybrano ze względu na ich fana­tyczną orto­dok­syj­ność, ale Guy dostał coś w spu­ściź­nie. Jego matka, któ­rej panień­skie nazwi­sko brzmiało Evone, była pobożną dziew­czyną. Poślu­biła lorda Jar­reda Sereta, bez­po­śred­niego potomka lorda Dariusa Sereta, któ­remu patriar­cha Ven­lin zle­cił zada­nie odna­le­zie­nia spad­ko­biercy sta­rego impe­rium. Wśród poszu­ki­wa­czy spad­ko­biercy Luis Guy był naj­więk­szym fana­ty­kiem.

– Nie rób ze mnie głupca. To o tej dziew­czynce mówi­łeś Sal­du­rowi i Ethel­re­dowi, prawda? To ją chcia­łeś przy­go­to­wać jako następną impe­ra­torkę? Czemu miał­byś to robić, star­cze? Dla­czego aku­rat ta dziew­czynka? To kolejny pod­stęp? A może chcia­łeś nam ją pod­rzu­cić? Żeby odpo­ku­to­wać za swój błąd? – Guy przy­kuc­nął, żeby lepiej przyj­rzeć się twa­rzy Mercy. – Podejdź, dziecko.

– Nie! – wark­nęła Miranda, przy­cią­ga­jąc Mercy do sie­bie.

Guy powoli wstał.

– Puść ją – roz­ka­zał.

– Nie.

– War­tow­niku Guy! – krzyk­nął Arca­dius. – To zwy­kła wiej­ska dziew­czynka. Sie­rota, którą przy­gar­ną­łem.

– Czyżby? – Wyjął miecz.

– Bądź roz­sądny. Nie masz poję­cia, co robisz.

– Wręcz prze­ciw­nie. Wszy­scy tak się sku­pili na Esra­had­do­nie, że pozo­sta­wa­łeś nie­zau­wa­żony. Kto by pomy­ślał, że wska­żesz drogę do spad­ko­biercy nie raz, ale dwa razy?

– Spad­ko­biercy? Spad­ko­biercy Novrona? Osza­la­łeś? Sądzisz, że dla­tego roz­ma­wia­łem z regen­tami?

– A nie?

– Nie. – Pokrę­cił głową, uśmie­cha­jąc się z roz­ba­wie­niem. – Przy­sze­dłem, bo podej­rze­wa­łem, że nie pomy­śleli o kwe­stii suk­ce­sji, i chcia­łem pomóc w wyedu­ko­wa­niu następ­nego impe­rial­nego przy­wódcy.

– Ale upie­ra­łeś się przy tej dziew­czynce. Tylko tej dziew­czynce. Czemu miał­byś to robić, gdyby nie była praw­dziwą spad­ko­bier­czy­nią?

– To nie ma sensu. Skąd mógł­bym wie­dzieć, kto jest spad­ko­biercą? Albo nawet czy spad­ko­bierca żyje?

– Rze­czy­wi­ście, skąd? To był bra­ku­jący ele­ment. Wła­ści­wie to jesteś jedyną osobą, która mogłaby wie­dzieć. Powiedz, Arca­diu­sie Lati­me­rze, kim był twój ojciec?

– Tka­czem, ale nie rozu­miem…

– A więc jak ubogi syn tka­cza z małej wio­ski został magi­strem wie­dzy na uni­wer­sy­te­cie w She­ri­da­nie? Wąt­pię, czy twój ojciec w ogóle umiał czy­tać, a jed­nak jego syn jest jed­nym z naj­zna­mie­nit­szych uczo­nych na świe­cie? Jak to się stało?

– Doprawdy, Guy, nie sądzi­łem, że będę musiał wyja­śniać zalety ambi­cji i cięż­kiej pracy komuś takiemu jak ty.

War­tow­nik uśmiech­nął się szy­der­czo.

– Znik­ną­łeś na dzie­sięć lat, a po powro­cie mia­łeś znacz­nie bogat­szą wie­dzę.

– Zmy­ślasz.

Na twa­rzy Guya poja­wił się uśmie­szek.

– Kościół nie pozwala byle komu nauczać na swoim uni­wer­sy­te­cie. Sądzi­łeś, że nie prze­cho­wują doku­men­tów?

– Skądże. Po pro­stu nie myśla­łem, że je zoba­czysz. – Stary czło­wiek się uśmiech­nął.

– Jestem war­tow­ni­kiem, idioto! Mam dostęp do wszyst­kich archi­wów Kościoła.

– Tak, ale nie przy­pusz­cza­łem, że moje bada­nia naukowe kogo­kol­wiek zain­te­re­sują. Za młodu byłem bun­tow­ni­kiem, na doda­tek przy­stoj­nym. Czy w doku­men­tach to odno­to­wano?

– Natkną­łem się na infor­ma­cję, że zna­la­złeś gro­bo­wiec Yol­rica. Kto to był?

– A już myśla­łem, że wiesz wszystko.

– Nie mia­łem czasu na ślę­cze­nie w biblio­te­kach. Śpie­szy­łem się, żeby cię zała­pać.

– Ale dla­czego? Czemu mnie ści­gasz? Czemu wyją­łeś miecz?

– Bo spad­ko­bier­czyni Novrona musi umrzeć.

– Nie jest spad­ko­bier­czy­nią. Czemu tak uwa­żasz? Skąd mógł­bym w ogóle wie­dzieć, kim jest spad­ko­bierca?

– Bo to jedna z tajem­nic, z któ­rymi wró­ci­łeś. Odkry­łeś, jak odszu­kać spad­ko­biercę.

– Ba! Naprawdę, Guy, masz bujną wyobraź­nię.

– Natra­fi­łem na inne zapi­ski. Kościół wezwał cię na prze­słu­cha­nie. Sądzili, że może uda­łeś się do Per­ce­pli­quis, tak jak Edmund Hall. A potem, led­wie kilka dni po tam­tym spo­tka­niu, w Rati­bo­rze doszło do walki. Zabito cię­żarną matkę i jej męża. Zostali ziden­ty­fi­ko­wani jako Lini­tha i Naron Brow­no­wie i uśmier­ceni wraz z dziec­kiem przez ryce­rzy Sereta. To cie­kawe, że po stu­le­ciach poszu­ki­wań mój poprzed­nik zdo­łał odna­leźć spad­ko­biercę Novrona zaled­wie kilka dni po twoim prze­słu­cha­niu. – Guy spio­ru­no­wał pro­fe­sora wzro­kiem. – Zawar­łeś układ z Kościo­łem? Poda­łeś infor­ma­cje w zamian za wol­ność? Na pewno powie­dzieli ci, że chcą odna­leźć spad­ko­biercę, żeby posa­dzić go na kró­lew­skim tro­nie. Gdy odkry­łeś, co naprawdę zro­bili, wyobra­żam sobie, że poczu­łeś się wyko­rzy­stany. Musia­łeś mieć straszne poczu­cie winy.

Guy prze­rwał, żeby Arca­dius mógł odpo­wie­dzieć, ale pro­fe­sor mil­czał.

– Wszy­scy myśleli, że to koniec rodu, prawda? Nawet patriar­cha nie miał poję­cia, że jesz­cze żyje drugi spad­ko­bierca. A potem Esra­had­don uciekł i poszedł pro­sto do Degana Gaunta. Tyle że Degan nie jest spad­ko­biercą. Ja też dałem się nabrać i długo tkwi­łem w błę­dzie, ale wyobraź sobie wstrząs, jakiego dozna­łem, kiedy Gaunt nie prze­szedł pomyśl­nie powtór­nej próby krwi. To był bez wąt­pie­nia sku­tek tego samego elik­siru, któ­rego Esra­had­don użył na królu Amra­cie i Ari­ście, wzbu­dza­jąc podej­rze­nia Bragi co do Essen­do­nów. Gdy wra­cam do tego pamię­cią, przy­pusz­czam, że powin­ni­śmy się domy­ślić, że czar­no­księż­nik sta­rego impe­rium nie jest głup­cem i ni­gdy nie dopro­wa­dzi nas do praw­dzi­wego spad­ko­biercy. Ale była jesz­cze jedna, prawda? I odna­la­złeś ją, sto­su­jąc tę samą sztuczkę co za pierw­szym razem. – Spoj­rzał na Mercy. – Kim ona jest? Bękar­tem? Bra­ta­nicą? – Ruszył do Mirandy. – Oddaj ją.

– Nie! – krzyk­nął stary pro­fe­sor.

Jeden z żoł­nie­rzy chwy­cił Mirandę, a drugi odcią­gnął od niej dziew­czynkę.

– Ale lepiej się upew­nić. Nie popeł­nię drugi raz tego samego błędu. – Wyko­nał zwinny ruch nad­garstka i roz­ciął dłoń Mercy. Dziew­czynka wrza­snęła, a pan Prą­żek syk­nął.

– To nie­po­trzebne! – powie­dział Arca­dius.

– Pil­nuj­cie ich – roz­ka­zał Guy swoim ludziom i poszedł do wierz­chowca.

– Sza, bądź dzielną dziew­czynką – powie­działa Miranda do Mercy.

Guy poło­żył ostroż­nie miecz na ziemi, po czym wyjął z sakwy małe skó­rzane etui, a z niego zestaw trzech fio­lek. Odkor­ko­wał pierw­szą, prze­chy­lił lekko i postu­kał w nią pal­cem, aż tro­chę proszku spa­dło na pokryty krwią czu­bek mie­cza.

– Chcę już stąd odejść – pochli­py­wała Mercy, pod­czas gdy straż­nik mocno ją trzy­mał. – Pro­szę, możemy iść?

– Cie­kawe – wymam­ro­tał Guy, po czym opróż­nił następną fiolkę. W tej był płyn, który zasy­czał po zetknię­ciu się z ostrzem.

– Guy! – krzyk­nął do niego Arca­dius.

– Bar­dzo cie­kawe – cią­gnął rycerz Sereta. Odkor­ko­wał ostat­nią bute­leczkę.

– Guy, nie rób tego! – ryk­nął stary czło­wiek.

Wylał jedną kro­plę na koń­cówkę klingi.

Puk!

Roz­legł się odgłos jak przy odkor­ko­wy­wa­niu butelki wina i poja­wił się jaskrawy roz­błysk podobny do bły­ska­wicy.

War­tow­nik wstał, wpa­tru­jąc się w koniec swo­jego mie­cza, i wybuch­nął śmie­chem, który brzmiał dziw­nie i upior­nie, jak śpiew sza­leńca.

– Wresz­cie zna­la­złem spad­ko­biercę Novrona. Poszu­ki­wa­nia pro­wa­dzone przez moich przod­ków dobie­gną końca za moją sprawą.

– Mirando, sama już nic nie zro­bisz – szep­nął Arca­dius i spoj­rzał w stronę obozu uchodź­ców.

W poran­nym świe­tle Miranda zoba­czyła kilka słu­pów dymu. Moż­liwa pomoc była bole­śnie bli­sko. W odle­gło­ści naj­wy­żej kil­ku­set metrów.

– Poświę­ci­łem życie napra­wie­niu swo­jego błędu. Ale teraz do cie­bie należy zro­bie­nie tego, co konieczne – wyja­śnił stary pro­fe­sor.

Luis Guy chwy­cił dziew­czynkę i posa­dził ją na grzbie­cie swo­jego wierz­chowca.

– Zabie­rzemy ją do patriar­chy.

– A co z nimi, sir? – spy­tał jeden z zakap­tu­rzo­nych męż­czyzn.

– Bierz­cie sta­rego. Zabij­cie kobietę.

Miran­dzie serce na chwilę zamarło, gdy żoł­nierz się­gnął po miecz.

– Cze­kaj! – powie­dział Arca­dius. – A co z rogiem? – Stary pro­fe­sor cofał się, ści­ska­jąc w rękach torbę. – Patriar­cha będzie też chciał dostać róg, prawda?

Guy zer­k­nął szybko na torbę Arca­diusa.

– Masz go? – spy­tał war­tow­nik.

Arca­dius rzu­cił Miran­dzie roz­pacz­liwe spoj­rze­nie, po czym odwró­cił się i rzu­cił do ucieczki.

– Pil­nuj dziecka – roz­ka­zał Guy swo­jemu żoł­nie­rzowi.

Odwró­cił się, ski­nął na dru­giego i razem ruszyli w pogoń za Arca­diu­sem, który biegł szyb­ciej, niż Miranda mogłaby sobie wyobra­żać.

Obser­wo­wała go – swo­jego naj­bliż­szego przy­ja­ciela – jak pędzi drogą, którą przy­szli, a za ple­cami powiewa mu płaszcz. Mogłaby uznać ten widok za komiczny, ale wie­działa, co Arca­dius ma w tor­bie. Wie­działa, dla­czego ucieka, co to ozna­cza i co pro­fe­sor chce, żeby zro­biła.

Miranda się­gnęła po ukryty pod płasz­czem szty­let. Ni­gdy nikogo nie zabiła, ale jaki miała wybór? Czło­wiek sto­jący mię­dzy nią a Mercy był żoł­nie­rzem, i to praw­do­po­dob­nie ryce­rzem Sereta. Odwró­cił się do niej ple­cami, żeby lepiej chwy­cić konia Guya, sku­pia­jąc uwagę na Mercy i syczą­cym szo­pie, który kłap­nął zębami w jego stronę.

Miranda miała led­wie kilka sekund, zanim Guy i żoł­nierz dogo­nią Arca­diusa. Chciało jej się pła­kać, ponie­waż wie­działa, co się sta­nie. Razem zaszli tak daleko, tak wiele poświę­cili, i gdy już się wyda­wało, że w końcu są bli­sko celu… Zostaną powstrzy­mani w taki spo­sób… zamor­do­wani na pobo­czu drogi… „Tra­giczne” było zbyt sła­bym sło­wem na okre­śle­nie tej nie­spra­wie­dli­wo­ści. Na łzy będzie czas póź­niej. Pro­fe­sor liczył na nią i ona go nie zawie­dzie. To jedno spoj­rze­nie wszystko jej powie­działo. To było osta­teczne ryzy­kowne przed­się­wzię­cie. Gdyby udało im się zapro­wa­dzić Mercy do Modiny, wszystko mogłoby wró­cić do porządku.

Wyjęła szty­let i popę­dziła naprzód. Z całych sił wbiła nóż żoł­nie­rzowi w plecy. Męż­czy­zna nie nosił kol­czugi ani skó­rza­nej zbroi i ostra głow­nia weszła głę­boko, prze­bi­ja­jąc ubra­nie, skórę i mię­śnie.

Żoł­nierz obró­cił się na pię­cie i ude­rzył Mirandę, tra­fia­jąc ją grzbie­tem dłoni w poli­czek. Dziew­czyna zachwiała się, a następ­nie upa­dła na śnieg, wciąż trzy­ma­jąc szty­let, któ­rego rączka była śli­ska od krwi.

Mercy na koniu chwy­ciła się mocno sio­dła i wrza­snęła. Szop zaświer­go­tał, stro­sząc futerko.

Miranda wstała, gdy żoł­nierz wyj­mo­wał miecz. Męż­czy­zna był poważ­nie ranny. Miał nogawkę prze­siąk­niętą krwią. Ruszył chwiej­nie w stronę dziew­czyny. Pró­bo­wała uciec i wycią­gnęła rękę w stronę Mercy i konia, ale seret był szyb­szy. Miecz ryce­rza prze­bił jej bok w oko­li­cach talii. Poczuła, jak metal wcho­dzi w ciało. Ból był pie­kący, ale po chwili ogar­nął ją chłód. Kolana się pod nią ugięły. Zdo­łała przy­trzy­mać się sio­dła, gdy koń, prze­stra­szony gwał­tow­nymi ruchami i krzy­kami Mercy, ruszył szybko, cią­gnąc Mirandę za sobą.

Żoł­nierz, który pozo­stał za nimi, upadł na kolana, a z jego ust pocie­kła krew.

Miranda usi­ło­wała się pod­cią­gnąć, ale nie mogła sobie pomóc nogami, ponie­waż były bez­władne. Czuła, jak traci siłę w ramio­nach.

– Chwyć wodze, Mercy, i trzy­maj się mocno.

Guy i żoł­nierz dogo­nili Arca­diusa. War­tow­nik, sły­sząc wrza­ski dziew­czynki, zatrzy­mał się, ale jego towa­rzysz prze­wró­cił sta­rego pro­fe­sora na śnieg.

– Mercy, musisz jechać dalej – powie­działa Miranda. – Dotrzyj do ognisk i poproś o pomoc. Jedź.

Ostat­kiem sił ude­rzyła konia w bok. Zwie­rzę sko­czyło naprzód. Sio­dło wyśli­zgnęło się z rąk Mirandy i dziew­czyna znów upa­dła na śnieg. Leżąc na ple­cach, słu­chała tętentu kopyt, gdy koń szybko się odda­lał.

– Wsta­waj! – usły­szała krzyk Guya, ale było za późno.

Arca­dius otwo­rzył torbę.

Nawet w odle­gło­ści kil­ku­set metrów Miranda poczuła, jak zie­mia zatrzę­sła się wsku­tek wybu­chu. Chwilę póź­niej podmuch powie­trza rzu­cił jej szczy­piący śnieg w twarz, gdy w stronę poran­nego nieba unio­sła się biała chmura. Arca­dius i wal­czący z nim męż­czy­zna zgi­nęli na miej­scu. Guy zwa­lił się z nóg. Pozo­stałe konie się roz­pierz­chły.

Gdy śnieżna chmura opa­dła, Miranda spoj­rzała na niebo wsta­ją­cego świtu. Już nie czuła zimna. Wraz z nara­sta­ją­cym odrę­twie­niem w rękach i nogach słabł ból w boku. Poczuła wie­trzyk na policzku i dostrze­gła, że jej nogi i talia są mokre, a suk­nia prze­siąk­nięta. Poczuła smak żelaza na języku. Miała kło­poty z oddy­cha­niem – jakby się topiła.

Guy żył. Usły­szała, jak war­tow­nik prze­klina sta­rego pro­fe­sora i woła do koni jak do nie­po­słusz­nych psów. Dobie­gły do niej odgłosy skrzy­pie­nia śniegu, tar­cia skó­rza­nej zbroi, a potem szybko odda­la­ją­cego się tętentu kopyt.

Była sama w ciszy zim­nego zimo­wego poranka.

Pano­wał spo­kój.

– Dobry Mari­bo­rze, usłysz mnie – modliła się do roz­ja­śnia­ją­cego się nieba. – Ojcze Novrona, stwo­rzy­cielu ludzi. – Wzięła ostatni oddech i powie­działa: – Zaopie­kuj się swoją jedyną córką.

***

Alenda Lana­klin wyszła z namiotu na rześ­kie poranne powie­trze. Nosiła swoją naj­grub­szą weł­nianą suk­nię i dwie war­stwy futra, ale i tak się trzę­sła. Słońce dopiero co wsta­wało – zimna mleczna mgiełka w zupie cięż­kiego zimo­wego powie­trza. Zachmu­rze­nie utrzy­my­wało się od ponad tygo­dnia i Alenda zasta­na­wiała się, czy jesz­cze kie­dyś znów zoba­czy jasną tar­czę słońca.

Stała na udep­ta­nym śniegu i patrzyła na kil­ka­dzie­siąt namio­tów roz­bi­tych w sosno­wym lesie. Z ognisk w poczer­nia­łych dołach uno­siły się wstęgi sza­rego dymu, który zabie­rał ze sobą wiatr. Pomię­dzy nimi cho­dzili ludzie, ale trudno byłoby odróż­nić męż­czyzn od kobiet, ponie­waż wszy­scy wło­żyli kap­tury i się opa­tu­lili. W tym przy­padku jed­nak nie sta­no­wiło to pro­blemu – były tam pra­wie same kobiety. Oprócz nich w obo­zie prze­by­wały dzieci i osoby w pode­szłym wieku. Ludzie cho­dzili ze spusz­czo­nymi gło­wami, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki na ubi­tym śniegu.

W świe­tle wszystko wyda­wało się inne – ciche, spo­kojne. Poprzed­nia noc była kosz­marna – pożar, krzyki i ucieczka drogą West­field. Zatrzy­mali się jedy­nie na krótko, by poli­czyć obec­nych. Alenda była taka zmę­czona, że nie pamię­tała roz­bi­ja­nia obozu.

– Dzień dobry, pani – przy­wi­tała ją Emi­lia spod koca, który narzu­ciła na płaszcz. Tym sło­wom bra­ko­wało typo­wej dla niej weso­ło­ści. Rano słu­żąca Alendy zawsze była oży­wiona i rado­sna. Teraz stała z posępną miną, zaczer­wie­nione ręce jej drżały, a żuchwa trzę­sła się z zimna.

– Naprawdę, Emmy? – Alenda się rozej­rzała. – Skąd możesz wie­dzieć?

– Poszu­kajmy dla cie­bie śnia­da­nia. Po czymś cie­płym poczu­jesz się lepiej.

– Mój ojciec i bra­cia nie żyją – odparła Alenda. – Zbliża się koniec świata. Śnia­da­nie coś tu pomoże?

– Nie wiem, pani, ale musimy spró­bo­wać. Tego chciał twój ojciec. To zna­czy, żebyś prze­żyła. Dla­tego tam pozo­stał, prawda?

Z pół­nocy dobiegł huk podobny do grzmotu. Ludzie obró­cili głowy, żeby spoj­rzeć w dal ponad ośnie­żo­nymi polami. Na wszyst­kich twa­rzach odma­lo­wał się wyraz prze­ra­że­nia, że oto wła­śnie w końcu nad­cho­dzi kres.

Alenda, dotarł­szy na śro­dek obozu, zastała tam Belindę Pic­ke­ring, jej córkę Lenare, sta­rego Juliana – lorda szam­be­lana Melen­garu, i lorda Valina – jedy­nego obrońcę grupy. Star­szawy rycerz prze­pro­wa­dził ich przez chaos poprzed­niej nocy. Jako ostatni, któ­rzy pozo­stali w Melen­ga­rze, two­rzyli szcząt­kowy dwór kró­lew­ski. Król Alric był w Aqu­eście, udzie­la­jąc pomocy w krót­kiej woj­nie domo­wej i ratu­jąc sio­strę Ari­stę przed stra­ce­niem. Wła­śnie do niego teraz ucie­kali.

– Nie mamy pomy­słu, ale głu­potą jest dłu­żej tu pozo­sta­wać – orzekł lord Valin.

– Tak, zga­dzam się – odparła Belinda.

Lord Valin odwró­cił się do mło­dego chłopca.

– Roz­głoś, żeby budzić wszyst­kich. Natych­miast zwi­jamy obóz.

– Emmy – powie­działa Alenda, odwra­ca­jąc się do słu­żą­cej. – Spa­kuj szybko nasze rze­czy.

– Oczy­wi­ście, milady. – Emily dygnęła i poszła do ich namiotu.

– Co to był za odgłos? – spy­tała Alenda Lenare, która jedy­nie wzru­szyła ramio­nami, z wyra­zem prze­stra­chu na twa­rzy.

Lenare Pic­ke­ring jak zawsze wyglą­dała uro­czo. Pomimo okro­pieństw, ucieczki i pry­mi­tyw­nych obo­zo­wych warun­ków pro­mie­niała. Nawet zanie­dbana w pospiesz­nie narzu­co­nym na ramiona płasz­czu, z wło­sami wyle­wa­ją­cymi się spod kap­tura, wciąż była osza­ła­mia­jąco piękna, tak jak śpiące nie­mowlę jest zawsze naj­ślicz­niej­sze. Odzie­dzi­czyła to po matce. W rodzie Pic­ke­ringów męż­czyźni znani byli z umie­jęt­no­ści szer­mier­czych, kobiety zaś zwra­cały uwagę swą urodą. Matka Lenare, Belinda, wręcz z niej sły­nęła.

Wszystko to nale­żało już do prze­szło­ści. Rze­czy, które zale­d­wie dzień wcze­śniej były pewne, teraz pozo­sta­wały utra­cone za prze­pa­ścią zbyt sze­roką, by móc dostrzec coś po dru­giej stro­nie, choć nie­kiedy wyda­wało się, że Lenare pró­buje. Alenda czę­sto widziała, jak córka Pic­ke­rin­gów wpa­truje się w hory­zont na pół­nocy, z wyra­zem twa­rzy oscy­lu­ją­cym mię­dzy despe­ra­cją a żalem, szu­ka­jąc duchów.

Lenare wciąż trzy­mała w rękach legen­darny miecz ojca. Gdy hra­bia go jej wrę­czał, popro­sił, żeby dostar­czyła go bez­piecz­nie bratu, Mau­vi­nowi. Następ­nie poca­ło­wał po kolei wszyst­kich człon­ków rodziny i wró­cił do sze­regu, w któ­rym ojciec i bra­cia Alendy cze­kali wraz z resztą armii. Od tam­tej pory Lenare nie roz­sta­wała się z rapie­rem. Owi­nęła go w ciemny weł­niany koc i obwią­zała wstążką. W trak­cie kosz­mar­nej ucieczki przy­ci­skała długi paku­nek do piersi, cza­sami uży­wa­jąc go do wycie­ra­nia łez.

– Jeśli się dziś sprę­żymy, może dotrzemy do Col­nory przed zacho­dem słońca – powie­dział im lord Valin. – Przy zało­że­niu, że pogoda się poprawi. – Stary rycerz spoj­rzał groź­nie na niebo, jakby tylko ono było ich wro­giem.

– Lor­dzie Julia­nie – powie­działa Belinda. – Insy­gnia… berło i pie­częć…

– Są bez­pieczne, pani – odparł bar­dzo stary szam­be­lan. – Scho­wane na wozie. Poza samą zie­mią kró­le­stwo pozo­staje w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. – Sta­rzec spoj­rzał w kie­runku, z któ­rego dobiegł dziwny dźwięk, w stronę brze­gów rzeki Gale­wyr i mostu, który prze­kro­czyli poprzed­niej nocy.

– Pomogą nam w Col­no­rze? – spy­tała Belinda. – Mamy nie­wiele jedze­nia.

– Jeśli dotarła do nich wia­do­mość o udziale króla Alrica w uwol­nie­niu impe­ra­torki, powinni być do nas życz­li­wie nasta­wieni – stwier­dził lord Valin. – A nawet jeśli nie dotarła, Col­nora jest kupiec­kim mia­stem, a kup­com służy zysk, nie rycer­skość.

– Mam tro­chę biżu­te­rii – poin­for­mo­wała go Belinda. – W razie potrzeby możesz ją sprze­dać za… – Hra­bina urwała, gdy dostrze­gła, że Julian wciąż patrzy na most.

Nie­ba­wem pozo­stali unie­śli głowy, a na koniec Alenda spoj­rzała w tamtą stronę i zoba­czyła zbli­ża­ją­cego się jeźdźca.

– Czy to… ? – zaczęła Lenare.

– To dziecko – orze­kła Belinda.

Alenda szybko zoba­czyła, że matka Lenare ma rację.

W ich kie­runku pędziła dziew­czynka, która trzy­mała się kur­czowo grzbietu spo­co­nego konia. Kap­tur zsu­nął jej się z głowy, odsła­nia­jąc dłu­gie czarne włosy i różowe policzki. Miała około sze­ściu lat i tak jak ona trzy­mała się mocno konia, tak do niej przy­warł szop pracz. Samotni na dro­dze, sta­no­wili dziwną parę, ale Alenda przy­po­mniała sobie, że już nic nie jest nor­malne. Widok jadą­cego na kur­czaku niedź­wie­dzia w czapce z pió­rem też mógłby teraz ucho­dzić za nor­malny.

Koń wje­chał do obozu i lord Valin chwy­cił za wędzi­dło, zatrzy­mu­jąc zwie­rzę wraz z jeźdź­cem.

– Nic ci nie jest, skar­bie? – spy­tała Belinda.

– Na sio­dle jest krew – zauwa­żył lord Valin.

– Jesteś ranna? – spy­tała hra­bina dziecko. – Gdzie są twoi rodzice?

Dziew­czynka zadrżała i zamru­gała, ale nie odpo­wie­działa. Wciąż ści­skała w piąst­kach wodze.

– Jest zimna jak lód – powie­działa Belinda, doty­ka­jąc policzka dziecka. – Pomóż­cie mi ją zsa­dzić.

– Jak masz na imię? – spy­tała Alenda.

Dziew­czynka na­dal mil­czała. Gdy ode­brano jej konia, przy­tu­liła szopa.

– Kolejny jeź­dziec – oznaj­mił lord Valin.

Alenda pod­nio­sła głowę i zoba­czyła męż­czy­znę prze­jeż­dża­ją­cego przez most i pędzą­cego w ich stronę.

Przy­bysz wpadł do obozu i zrzu­cił kap­tur, uka­zu­jąc dłu­gie czarne włosy, bladą skórę i prze­ni­kliwe oczy, wąsik i krótką bródkę przy­strzy­żoną w szpic. Zmie­rzył ich pio­ru­nu­ją­cym wzro­kiem, aż dostrzegł dziew­czynkę.

– Ona! – powie­dział, wska­zu­jąc pal­cem. – Natych­miast mi ją oddaj­cie.

Dziecko wykrzyk­nęło prze­stra­szone, krę­cąc głową.

– Nie! – krzyk­nęła Belinda i pchnęła dziew­czynkę w ręce Alendy.

– Pani – powie­dział lord Valin. – Jeśli dziecko jest jego…

– To dziecko nie należy do niego – oświad­czyła hra­bina nie­na­wist­nym tonem.

– Jestem war­tow­ni­kiem Nyph­rona! – krzyk­nął męż­czy­zna, żeby wszy­scy go usły­szeli. – Żądam tego dziecka w imię Kościoła. Macie w tej chwili mi ją oddać. Kto się sprze­ciwi, zgi­nie.

– Dosko­nale wiem, kim jesteś, Luisie Guy – powie­działa kipiąca gnie­wem Belinda. – Nie dopusz­czę, żebyś zamor­do­wał wię­cej dzieci.

War­tow­nik spoj­rzał na nią.

– Hra­bina Pic­ke­ring? – Zlu­stro­wał wzro­kiem obóz z więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. – Gdzie twój mąż? Gdzie twój syn-ucie­ki­nier?

– Nie jestem ucie­ki­nie­rem – ode­zwał się Denek, wystę­pu­jąc krok naprzód. Naj­młod­szy syn Belindy nie­dawno ukoń­czył trzy­na­ście lat i urósł oraz wyszczu­plał. Upo­dab­niał się do swo­ich star­szych braci.

– Cho­dzi mu o Mau­vina – wyja­śniła Belinda. – Ten czło­wiek zamor­do­wał Fanena.

– Pytam jesz­cze raz – naci­skał Guy. – Gdzie twój mąż?

– Nie żyje, a Mau­vin jest poza twoim zasię­giem.

War­tow­nik rozej­rzał się po tłu­mie, a potem spoj­rzał na lorda Valina.

– I zosta­wił ci lichą ochronę. Oddaj dziecko.

– Nie – sprze­ci­wiła się Belinda.

Guy zsiadł z konia i pod­szedł do lorda Valina.

– Oddaj dziecko albo odbiorę je siłą.

Stary rycerz spoj­rzał na Belindę. Na twa­rzy kobiety wciąż malo­wał się wyraz nie­na­wi­ści.

– Moja pani nie życzy sobie tego i będę bro­nił jej decy­zji. – Sta­rzec wyjął miecz. – Odejdź stąd.

Alenda pod­sko­czyła, sły­sząc zgrzyt stali, gdy Guy dobył mie­cza i zro­bił wypad. Po ułamku sekundy lord Valin trzy­mał się za krwa­wiący bok i drżała mu ręka, w któ­rej trzy­mał miecz. War­tow­nik, krę­cąc głową, odbił klingę starca na bok i prze­bił mu szyję.

Guy ruszył w stronę dziew­czynki, a w jego oczach pło­nął prze­ra­ża­jący gniew. Zanim jed­nak do niej dotarł, na dro­dze sta­nęła mu Belinda.

– Nie mam w zwy­czaju zabi­jać kobiet – powie­dział do niej war­tow­nik. – Ale przed tą zdo­by­czą nic mnie nie powstrzyma.

– Po co ci ona?

– Sama powie­dzia­łaś: żeby ją zabić. Zabiorę ją do patriar­chy, a potem będzie musiała zgi­nąć, z mojej ręki.

– Prze­nigdy.

– Nie możesz mnie powstrzy­mać. Rozej­rzyj się. Masz wokół sie­bie tylko kobiety i dzieci. Nikt nie może zawal­czyć za cie­bie. Oddaj mi dziecko!

– Mamo? – powie­działa cicho Lenare. – On ma rację. Nie ma nikogo innego. Pro­szę.

– Mamo, pozwól mi – pro­sił Denek.

– Nie. Jesteś za młody. Twoja sio­stra ma rację. Nie ma nikogo innego. – Hra­bina ski­nęła głową w stronę córki.

– Miło mi widzieć kogoś, kto… – Prze­rwał, gdy wystą­piła Lenare.

Zsu­nęła płaszcz z ramion i roz­wią­zała tobo­łek, odsła­nia­jąc miecz swo­jego ojca. Wyjęła rapier i wysu­nęła go przed sie­bie. Gdy mgli­ste zimowe świa­tło padło na klingę, odbił się od niej jaskrawy pro­mień.

Zdzi­wiony Guy patrzył przez chwilę na dziew­czynę.

– Co to ma być?

– Zabi­łeś mojego brata – powie­działa Lenare.

Guy spoj­rzał na Belindę.

– To jakiś żart.

– Tylko ten jeden raz, Lenare – powie­działa Belinda do córki.

– Pozwo­lisz, żeby twoja córka zgi­nęła za to dziecko? Jeśli będę musiał zabić wszyst­kie wasze dzieci, zro­bię to.

Alenda patrzyła z prze­ra­że­niem, jak wszy­scy się cofają, two­rząc krąg wokół war­tow­nika Guya i Lenare. Pory­wi­sty wiatr szarp­nął bre­zen­to­wymi ścia­nami namio­tów i odrzu­cił złote włosy Lenare do tyłu. Sto­jąca samot­nie na śniegu dziew­czyna, ubrana w białe podróżne rze­czy i trzy­ma­jąca w ręku rapier, przy­po­mi­nała mityczne stwo­rze­nie, kró­lową wró­żek lub bogi­nię – piękną i ele­gancką.

Luis Guy zmarsz­czył brwi i zro­bił wypad. Gdy Lenare z zaska­ku­jącą szyb­ko­ścią i gra­cją odpa­ro­wała atak, rapier jej ojca zadźwię­czał melo­dyj­nie.

– Już wła­da­łaś mie­czem – stwier­dził zasko­czony Guy.

– Pocho­dzę z rodu Pic­ke­rin­gów.

Zamach­nął się na nią. Zablo­ko­wała cios. Zamie­rzył się, ale odpa­ro­wała ude­rze­nie, a następ­nie roz­cięła Guy­owi poli­czek.

– Lenare – powie­działa jej matka suro­wym tonem. – Nie baw się w gry.

Guy przy­sta­nął, przy­kła­da­jąc dłoń do krwa­wią­cej twa­rzy.

– On zabił Fanena, mamo – powie­działa dziew­czyna ozię­błym tonem. – Powi­nien cier­pieć. Powi­nien zostać uka­rany dla przy­kładu.

– Nie – sprze­ci­wiła się Belinda. – My tak nie postę­pu­jemy. Twój ojciec by tego nie pochwa­lał. Wiesz o tym. Po pro­stu zakończ sprawę.

– Co to ma zna­czyć? – dopy­ty­wał się Guy, ale w jego gło­sie sły­chać było nutę waha­nia. – Jesteś kobietą.

– Powie­dzia­łam ci: pocho­dzę z rodu Pic­ke­rin­gów, a ty zabi­łeś mojego brata.

Guy zaczął uno­sić miecz.

Lenare zro­biła krok do przodu i wyko­nała pchnię­cie. Cienki rapier prze­bił serce war­tow­nika i został wyjęty z jego ciała, zanim rycerz dokoń­czył swój cios.

Luis Guy padł mar­twy, twa­rzą na prze­siąk­nięty krwią śnieg.

Rozdział 2. Koszmary

Roz­dział 2

Kosz­mary

Ari­sta obu­dziła się z krzy­kiem. Drżała na całym ciele i ssało ją w żołądku – pozo­sta­łość po śnie, któ­rego nie mogła sobie przy­po­mnieć. Usia­dła i przy­ło­żyła rękę do piersi, czu­jąc łomot serca. Waliło jej tak mocno, tak szybko, jakby chciało wydo­stać się z klatki pier­sio­wej. Usi­ło­wała sobie przy­po­mnieć, ale w pamięci wra­cały jedy­nie krót­kie urywki, maleń­kie strzępy, cha­otyczne i nie­zwią­zane ze sobą. Jed­nym sta­łym ele­men­tem był Esra­had­don, któ­rego głos docho­dził z takiej odle­gło­ści i był taki słaby, że nie sły­szała, co mówi.

Cienka płó­cienna koszula nocna przy­warła jej do ciała prze­siąk­nięta potem. Prze­ście­ra­dło, zsu­nięte z mate­raca, spa­dło na pod­łogę. Koł­dra z wyha­fto­wa­nymi wio­sen­nymi kwia­tami leżała sko­tło­wana pra­wie na dru­gim końcu pokoju. Szata Esra­had­dona była jed­nak porząd­nie zło­żona obok Ari­sty i emi­to­wała słaby nie­bie­ski blask. Mogło się wyda­wać, że słu­żąca przy­go­to­wała ją dla księż­niczki do wło­że­nia rano. Ari­sta dotknęła szaty.

Jakim cudem zna­la­zła się na łóżku? Spoj­rzała na szafę. Drzwi były otwarte, a Ari­sta pamię­tała, że je wcze­śniej zamy­kała. Po jej ciele prze­biegł dreszcz. Była sama.

Usły­szała ciche puka­nie do drzwi i się prze­stra­szyła.

– Ari­sto? – roz­legł się głos Alrica.

Zarzu­ciła szatę na ramiona. Od razu zro­biło jej się cie­plej i poczuła się bez­piecz­niej.

– Wejdź! – zawo­łała.

Brat otwo­rzył drzwi i zaj­rzał do środka, trzy­ma­jąc świeczkę nie­znacz­nie nad głową. Miał na sobie bor­dową szatę prze­pa­saną grubą szarfą. U jego boku wisiał miecz Essen­do­nów. Broń była olbrzy­mia i gdy Alric wszedł, jedną ręką naci­skał na ręko­jeść, żeby sztych nie prze­su­wał się po pod­ło­dze. Widok ten przy­po­mniał Ari­ście noc, kiedy ich ojciec został zamor­do­wany – noc, kiedy Alric został kró­lem.

– Usły­sza­łem krzyk. Dobrze się czu­jesz? – spy­tał, lustru­jąc wzro­kiem pokój i zatrzy­mu­jąc spoj­rze­nie na jarzą­cej się sza­cie.

– Nic mi nie jest. To był tylko kosz­mar.

– Kolejny? – Wes­tchnął. – Wiesz, może by pomo­gło, gdy­byś nie spała w tym czymś. – Wska­zał na szatę. – Spa­nie w rze­czach nie­bosz­czyka… przy­pra­wia o gęsią skórkę, a wła­ści­wie jest nie­nor­malne. Nie zapo­mi­naj, że był czar­no­księż­ni­kiem. Ta rzecz może być… Cóż, nie będę owi­jał w bawełnę: ona jest zacza­ro­wana. Jestem pewny, że to przez nią masz te kosz­mary. Chcesz poroz­ma­wiać o śnie?

– Nie­wiele pamię­tam. Podob­nie jak z pozo­sta­łych, ja tylko… Sama nie wiem. Trudno to opi­sać. Mam prze­możne poczu­cie naglą­cej potrzeby. Czuję, że muszę coś odna­leźć, bo w prze­ciw­nym razie zginę. Zawsze budzę się prze­ra­żona, jak­bym scho­dziła z urwi­ska w prze­paść i tego nie widziała.

– Przy­nieść ci coś? – spy­tał. – Wody? Her­baty? Zupy?

– Zupy? Skąd weź­miesz zupę w środku nocy?

Wzru­szył ramio­nami.

– Po pro­stu pomy­śla­łem, że zapy­tam. Nie musisz mnie za to bić. Sły­szę twój krzyk, wyska­kuję z łóżka i bie­gnę do two­ich drzwi, ofe­ruję ci usługi słu­żą­cego i dostaję takie podzię­ko­wa­nia?

– Prze­pra­szam. – Zmarsz­czyła figlar­nie czoło, ale prze­pro­siny były szczere. Jego obec­ność odpę­dzała cie­nie i odry­wała jej myśli od szafy. Pokle­pała łóżko. – Usiądź.

Alric zawa­hał się, po czym posta­wił świeczkę na sto­liku noc­nym i usiadł obok sio­stry.

– Co się stało z prze­ście­ra­dłem i koł­drą? Wyglą­dają, jak­byś się z nimi moco­wała.

– Może tak było. Nie pamię­tam.

– Strasz­nie wyglą­dasz – stwier­dził.

– Dzięki.

Wes­tchnął.

– Prze­pra­szam. Ale wciąż jesteś moim małym bra­cisz­kiem i trudno mi przy­wyk­nąć do tej nowej u cie­bie opie­kuń­czo­ści. Pamię­tasz, jak spa­dłam z Tama­ryszka i zła­ma­łam kostkę? Bolało tak bar­dzo, że do oczu napły­nęły mi łzy. Kiedy popro­si­łam cię o pomoc, ty tylko tam sta­łeś, śmia­łeś się i wska­zy­wa­łeś mnie pal­cem.

– Mia­łem dwa­na­ście lat.

– Byłeś bacho­rem.

Spoj­rzał na nią, marsz­cząc brwi.

– Ale już nie jesteś. – Wzięła jego rękę i objęła ją swo­imi dłońmi. – Dzię­kuję, że przy­sze­dłeś. Nawet wzią­łeś ze sobą miecz.

Alric spoj­rzał w dół.

– Nie wie­dzia­łem, jaka bestia czy łaj­dak mogą ata­ko­wać księż­niczkę. Musia­łem przyjść przy­go­to­wany do walki.

– Umiesz w ogóle doby­wać mie­cza?

Znów spoj­rzał na nią z mar­sową miną.

– Prze­stań, dobrze? Mówią, że w bitwie o Med­ford wal­czy­łem po mistrzow­sku.

– Po mistrzow­sku?

Usi­ło­wał powstrzy­mać się od uśmie­chu.

– Tak, nie­któ­rzy mogliby nawet powie­dzieć, że boha­ter­sko. Prawdę mówiąc, nie­któ­rzy rze­czy­wi­ście tak powie­dzieli.

– Za wiele razy oglą­da­łeś tę głu­pią sztukę.

– To teatr na dobrym pozio­mie, a ja lubię wspie­rać ogól­nie pojętą sztukę.

– Sztukę. – Prze­wró­ciła oczami. – Lubisz ten spek­takl, bo wszyst­kie dziew­czyny mdleją na nim z zachwytu, i uwiel­biasz być w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia.

– Cóż… – Wzru­szył ramio­nami z poczu­ciem winy.

– Nie zaprze­czaj! Widzia­łam, jak tłum­nie krą­żyły wokół cie­bie niczym sępy, a ty się szcze­rzy­łeś i para­do­wa­łeś niczym wspa­niały okaz byczka na targu. Zro­bi­łeś listę? Julian przy­syła ci je do kom­nat według koloru wło­sów, wzro­stu czy zwy­czaj­nie w porządku alfa­be­tycz­nym?

– To nie tak.

– Wiesz, musisz się oże­nić. Im szyb­ciej, tym lepiej. Musisz zadbać o ród. Kró­lo­wie bez potom­ków przy­czy­niają się do wojen domo­wych.

– Mówisz jak ojciec. Broń Mari­bo­rze, żebym miał jakąś przy­jem­ność w życiu. Muszę być kró­lem – nie każ mi być także mężem i ojcem. Rów­nie dobrze mogła­byś zamknąć mnie pod klu­czem i mieć sprawę z głowy. Zresztą mam sporo czasu. Jestem jesz­cze młody. Mówisz, jak­bym stał już nad gro­bem. A ty? Nie­długo będziesz starą panną. Nie powin­ni­śmy szu­kać odpo­wied­nich szlach­ci­ców? Pamię­tasz, kiedy myśla­łaś, że zaaran­żo­wa­łem twoje mał­żeń­stwo z księ­ciem Rudol­fem i… Ari­sto? Dobrze się czu­jesz?

Odwró­ciła się, wycie­ra­jąc oczy.

– Nic mi nie jest.

– Prze­pra­szam.

Poczuła jego rękę na ramie­niu.

– Nic nie szko­dzi – odparła i odchrząk­nęła.

– Wiesz, że ja bym ni­gdy…

– Wiem. Wszystko w porządku, naprawdę. – Pocią­gnęła nosem i go wytarła. Przez kilka minut sie­dzieli w mil­cze­niu, po czym Ari­sta powie­działa: – Wiesz, poślu­bi­ła­bym Hil­freda. Nie obcho­dzi mnie, co ty lub rada byście powie­dzieli.

Na jego twa­rzy odma­lo­wało się zdzi­wie­nie.

– Od kiedy zale­żało ci na… Hil­fre­dzie? – Uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią i pokrę­cił głową.

Spio­ru­no­wała go wzro­kiem.

– To nie to, co myślisz – powie­dział.

– A co? – spy­tała oskar­ży­ciel­skim tonem. Przy­szło jej do głowy, że powró­cił chło­piec, który naśmie­wał się z niej, gdy spa­dła z konia.

– Bez obrazy dla Hil­freda. Lubi­łem go. Był dobrym czło­wie­kiem i bar­dzo cię kochał.

– Ale nie był szlach­ci­cem – prze­rwała mu. – Cóż, posłu­chaj…

– Cze­kaj. – Uniósł rękę. – Pozwól mi dokoń­czyć. Nie obcho­dzi mnie, czy był szlach­ci­cem, czy nie. Prawda jest taka, że był szla­chet­niej­szy od wszyst­kich ludzi, któ­rzy przy­cho­dzą mi na myśl, z wyjąt­kiem może tego Breck­tona. To, jak codzien­nie stał u twego boku i nic nie mówił – to był prze­jaw praw­dzi­wej rycer­sko­ści. Nie był ryce­rzem, ale nie widzia­łem ni­gdy nikogo, kto bar­dziej by na ten tytuł zasłu­gi­wał. Nie cho­dzi o to, że nie był szla­chet­nie uro­dzony, ani o to, że nie był wspa­nia­łym czło­wie­kiem. Bar­dzo bym chciał go mieć za szwa­gra.

– A więc o co cho­dzi? – spy­tała, tym razem skon­fun­do­wana.

Alric spoj­rzał na nią z takim samym wyra­zem w oczach, jaki widziała u niego, gdy zna­lazł ją w ciem­no­ści impe­rial­nego wię­zie­nia.

– Nie kocha­łaś go – stwier­dził po pro­stu.

Te słowa nią wstrzą­snęły. Nic nie powie­działa. Nie mogła nic powie­dzieć.

– Nie sądzę, by ktoś w zamku Essen­do­nów nie wie­dział, co Hil­fred czuje. A czemu ty nie wie­działaś? – spy­tał.

Nie mogła się powstrzy­mać. Zaczęła pła­kać.

– Ari­sto, prze­pra­szam. Ja tylko…

Pokrę­ciła głową, usi­łu­jąc zaczerp­nąć dość powie­trza, by móc odpo­wie­dzieć.

– Nie… Masz rację… Masz rację. – Nie potra­fiła opa­no­wać drże­nia warg. – Ale i tak bym go poślu­biła. Uszczę­śli­wi­ła­bym go.

Alric wycią­gnął ręce i przy­tu­lił sio­strę. Scho­wała twarz w gru­bych fał­dach jego szaty i uści­snęła. Przez długi czas nic nie mówili, po czym Ari­sta wypro­sto­wała się i wytarła twarz.

Wzięła głęb­szy oddech i spy­tała:

– Kiedy sta­łeś się taki roman­tyczny? Od kiedy miłość ma coś wspól­nego z mał­żeń­stwem? Nie kochasz żad­nej z dziew­czyn, z któ­rymi spę­dzasz czas.

– Dla­tego nie jestem żonaty.

– Naprawdę?

– Zdzi­wiona? Chyba po pro­stu pamię­tam mamę i tatę, wiesz?

Ari­sta spoj­rzała na niego zmru­żo­nymi oczami.

– Poślu­bił ją dla­tego, że była bra­ta­nicą Ethel­reda, a on potrze­bo­wał wspar­cia kró­le­stwa War­ric, żeby pro­wa­dzić wojnę han­dlową z Cha­dwick i Glo­uston.

– Może na początku, ale póź­niej się poko­chali. Ojciec mi mówił, że każde miej­sce, w któ­rym był z mamą, uwa­żał za dom. Zapa­mię­ta­łem to na zawsze. Nie pozna­łem jesz­cze nikogo, przy kim czuł­bym się podob­nie. A ty?

Zawa­hała się. Przez chwilę roz­wa­żała, czy powie­dzieć mu prawdę, po czym pokrę­ciła głową.

Znów sie­dzieli w mil­cze­niu. W końcu Alric wstał.

– Na pewno nie chcesz, żebym coś ci przy­niósł?

– Nie, ale dzię­kuję. Twoja tro­ska wiele dla mnie zna­czy.

Ruszył do wyj­ścia. Gdy był przy drzwiach, Ari­sta się ode­zwała:

– Alricu?

– Hm?

– Pamię­tasz, jak ty i Mau­vin pla­no­wa­li­ście wyru­szyć do Per­ce­pli­quis?

– O tak. Wierz mi, ostat­nio czę­sto o tym myślę. Wiele bym dał, żeby móc…

– Wiesz, gdzie to jest?

– Per­ce­pli­quis? Nie. Nikt nie wie. Mau­vin i ja po pro­stu mie­li­śmy nadzieję, że natkniemy się na nie. Typowe dzie­cięce marze­nie, jak zabi­cie smoka czy wygra­nie tur­nieju pod­czas zimo­na­liów. Choć na pewno zoba­cze­nie mia­sta byłoby frajdą. Zamiast tego muszę wra­cać do domu i szu­kać panny mło­dej. Będzie mnie zmu­szała, żebym wkła­dał trze­wiki do kola­cji; wiem, że tak będzie.

Wyszedł, zamy­ka­jąc za sobą cicho drzwi i pozo­sta­wia­jąc sio­strę ską­paną w nie­bie­skim bla­sku roz­ta­cza­nym przez szatę. Ari­sta poło­żyła się z otwar­tymi oczami i przy­glą­dała się kamie­niowi i zapra­wie nad łóż­kiem. Widziała pozo­sta­wione przez mura­rza ślady kielni, które zasty­gły w cza­sie. Świa­tło szaty zmie­niało się wraz z jej odde­chami, stwa­rza­jąc złu­dze­nie ruchu i wywo­łu­jąc u niej poczu­cie prze­by­wa­nia pod wodą, jakby sufit sta­no­wił oświe­tloną powierzch­nię zimo­wego stawu. Miała wra­że­nie, że się topi, uwię­ziona pod grubą taflą lodu.

Przy­mknęła oczy. Nic to nie pomo­gło.

Zupa, pomy­ślała. Cie­pła, smaczna, pokrze­pia­jąca zupa. Może nie był to wcale taki zły pomysł. Może ktoś będzie w kuchni. Nie miała poję­cia, która jest godzina. Pano­wała ciem­ność, ale była prze­cież zima. Mimo wszystko musiało być wcze­śnie, ponie­waż za drzwiami nie sły­szała krzą­ta­niny słu­żą­cych. Nie miało to zna­cze­nia. Wie­działa, że nie zaśnie ponow­nie, więc rów­nie dobrze mogła wstać. Jeśli wszy­scy spali, może sama sobie pora­dzi.

Pomysł zro­bie­nia cze­goś dla sie­bie, cze­goś poży­tecz­nego, dodał jej ener­gii. Była wręcz pod­eks­cy­to­wana, gdy posta­wiła stopy na zim­nym kamie­niu i rozej­rzała się za pan­to­flami. Szata jarzyła się jaśniej, jakby wyczu­wała jej potrzebę. Kiedy Ari­sta wyszła na ciemny kory­tarz, mate­riał dalej świe­cił się jasno. Dopiero gdy zeszła po scho­dach i zna­la­zła się w bla­sku pochodni, szata pociem­niała, aż odbi­jała tylko świa­tło kominka.

Ku swemu roz­cza­ro­wa­niu zastała tam już kil­koro ludzi przy pracy. Cora, przy­sa­dzi­sta dojarka z krza­cza­stymi brwiami i różo­wymi policz­kami, ubi­jała masło przy drzwiach. Opusz­czała i uno­siła bijak w rów­no­mier­nym ryt­mie, zmie­nia­jąc za każ­dym razem rękę. Z ciem­nego dzie­dzińca wszedł do środka młody chło­pak, Nip­per, z narę­czem drewna. Miał ramiona przy­pró­szone śnie­giem. Tup­nął kilka razy i potrzą­snął głową jak pies, roz­sy­pu­jąc na boki biały puch, a Cora zaklęła. Leif i Ibis roz­pa­lali w pie­cach, narze­ka­jąc na wil­gotną pod­pałkę. Lila stała na dra­bi­nie jak artystka cyr­kowa, zdej­mu­jąc z naj­wyż­szej półki uło­żone w stos pół­mi­ski. Edith Mon zawsze nale­gała, żeby odku­rzać je na początku każ­dego mie­siąca. Choć samej herod-baby już nie było, pozo­stały zwy­czaje po jej tyra­nii.

Ari­sta wcze­śniej nie mogła się docze­kać, kiedy zacznie buszo­wać po ciem­nej kuchni, szu­ka­jąc jedze­nia jak myszka. Teraz zoba­czyła, że nic nie wyj­dzie z jej przy­gody, i zasta­na­wiała się, czy nie wró­cić na górę, żeby unik­nąć nie­zręcz­nego spo­tka­nia. Znała wszyst­kich pra­cu­ją­cych w kuchni słu­żą­cych z okresu, kiedy uda­wała poko­jówkę Ellę. Mogła być księż­niczką, ale była też kłam­czy­nią, szpie­giem i, oczy­wi­ście, wiedźmą.

Nie­na­wi­dzą mnie? Boją się mnie?

Kie­dyś nie zaprzą­tała sobie głowy słu­żą­cymi, pra­wie w ogóle ich nie zauwa­żała. Teraz, gdy stała u dołu scho­dów i obser­wo­wała, jak kręcą się po chłod­na­wej kuchni, nie potra­fiła osą­dzić, czy zyskała mądrość, czy utra­ciła nie­win­ność.

Zaczęła się odwra­cać, licząc, że wróci nie­po­strze­że­nie do swo­jej kom­naty, w któ­rej czuła się bez­piecz­nie, gdy nagle dostrze­gła mni­cha. Sie­dział przy zle­wach, gdzie kamienna pod­łoga była mokra z powodu nie­szczel­nego korka. Opie­rał się ple­cami o beczkę ługu. Był mały i chudy. Nosił tra­dy­cyjny rudo­bru­natny habit zakonu mni­chów Mari­bora. Uśmie­chał się sze­roko, zachwy­cony gła­ska­niem kudła­tych boków Reda, wiel­kiego elkhunda, który przed nim sie­dział. Pies był sta­łym bywal­cem kuchni, gdzie regu­lar­nie poże­rał resztki jedze­nia. Miał przy­mknięte oczy, wywie­szony język, z któ­rego kapała ślina, i koły­sał się, gdy mnich go dra­pał.

Odkąd przy­był do zamku, Ari­sta rzadko widy­wała Myrona. Tyle się wyda­rzyło od tam­tej pory, że zapo­mniała o jego obec­no­ści.

Ruszyła naprzód, wygła­dza­jąc suk­nię i popra­wia­jąc koł­nierz. Ludzie unie­śli głowy. Pierw­sza zauwa­żyła ją Cora. Zwol­niła tempo ubi­ja­nia masła. Śle­dziła z zain­te­re­so­wa­niem ruchy Ari­sty. Nip­per, który po odło­że­niu drewna stał i strze­py­wał śnieg z ubra­nia, znie­ru­cho­miał.

– Ella… aa, wybacz mi, Wasza Wyso­kość. – Pierw­szy ode­zwał się Ibis Thinly.

– Wła­ści­wie to wola­ła­bym Ari­stę – odparła. – Nie mogłam spać. Liczy­łam, że może dostanę tro­chę zupy?

Ibis uśmiech­nął się poro­zu­mie­waw­czo.

– W wie­żach potrafi zro­bić się zimno, prawda? Tak się składa, że zosta­wi­łem wczo­raj­szy gulasz z sar­niny i zamro­zi­łem go w śniegu. Jeśli masz ochotę, to każę Nip­pe­rowi go przy­nieść. Mogę go w mig pod­grzać, przy­jem­nie cię roz­grzeje. Może do tego tro­chę gorą­cego cydru z cyna­mo­nem? Mam jesz­cze odro­binę, która nie cał­kiem skwa­śniała. Będzie tro­chę cierpki, ale mimo to sma­kuje dobrze.

– Tak, dzię­kuję. Byłoby cudow­nie.

– Wyślę kogoś, żeby zaniósł do two­ich kom­nat. Miesz­kasz na trze­cim pię­trze, tak?

– Ach nie. Wła­ści­wie to myśla­łam, żeby zjeść tutaj. Jeśli to nie kło­pot?

Ibis zachi­cho­tał.

– Oczy­wi­ście, że nie. Ludzie ostat­nio czę­sto tak robią i jestem pewny, że możesz jeść, gdzie ci się podoba, z wyjąt­kiem może sypialni impe­ra­torki, rzecz jasna. Krążą pogło­ski, że już tam jadłaś. – Zachi­cho­tał.

– Pomy­śla­łam tylko… – zoba­czyła, że wszy­scy patrzą i słu­chają – …że mogę nie być mile widziana po tym, jak… was okła­ma­łam.

Kucharz zbył to par­sk­nię­ciem.

– Zapo­mi­nasz, że pra­co­wa­li­śmy dla Sal­dura i Ethel­reda. Oni tylko kła­mali, a na pewno nie szo­ro­wali pod­łóg ani nie opróż­niali noc­ni­ków. Usiądź przy stole, Wasza Wyso­kość. Przy­go­tuję ci ten gulasz. Nip­per, weź gar­nek i przy­nieś mi też dzba­nek jabłecz­nika!

Ari­sta zajęła wska­zane miej­sce i, czy pozo­stali podzie­lali zda­nie Ibisa, czy nie, nikt się nie ode­zwał. Wró­cili do pracy i tylko spo­ra­dycz­nie zer­kali na księż­niczkę. Lila nawet odwa­żyła się na nie­znaczny uśmiech i poma­chała lekko ręką w geście powi­ta­nia, zanim wró­ciła do zma­gań z pół­mi­skami.

– Jesteś Myron Lana­klin, prawda? – spy­tała Ari­sta, odwra­ca­jąc się na tabo­re­cie przo­dem do mni­cha i psa.

Uniósł głowę, zdzi­wiony.

– Tak.

– Miło mi cię poznać. Jestem Ari­sta. Przy­pusz­czam, że znasz mojego brata, Alrica?

– Oczy­wi­ście! Co u niego?

– Wszystko dobrze. Nie widzia­łeś się z nim? Jest na górze.

Zakon­nik pokrę­cił głową.

Gdy Red poczuł, że już nikt go nie dra­pie, otwo­rzył oczy i spoj­rzał na Myrona wyraź­nie nie­za­do­wo­lony.

– Cudowny, prawda? – zachwy­cał się mnich. – Ni­gdy nie widzia­łem takiego dużego psa. Z początku nie wie­dzia­łem, co to jest. Myśla­łem, że może kudłata odmiana jele­nia, któ­rego ulo­ko­wali w kuchni, podob­nie jak my trzy­ma­li­śmy świ­nie i kur­czaki w opac­twie. Bar­dzo się ucie­szy­łem, kiedy odkry­łem, że nie jest prze­zna­czony na przy­szły posi­łek. Wabi się Red. To elkhund. Sądzę jed­nak, że dni polo­wa­nia na wilki i dziki ma już za sobą. Wie­dzia­łaś, że te psy w cza­sie wojny potra­fią ścią­gać ryce­rzy z koni? Zabi­jają ofiary, prze­gry­za­jąc im karki i miaż­dżąc krę­go­słup, ale w rze­czy­wi­sto­ści nie są wcale złe. Przy­cho­dzę tu codzien­nie, żeby się z nim zoba­czyć.

– Zawsze wsta­jesz tak wcze­śnie?

– To wcale nie jest wcze­śnie. W opac­twie uznano by to za leni­stwo.

– Zatem pew­nie cho­dzisz wcze­śnie spać.

– Prawdę mówiąc, nie­wiele sypiam – odparł i zaczął ponow­nie gła­skać psa.

– Ja też – przy­znała się księż­niczka. – Mam kosz­mary.

Myron spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem. Znów prze­stał pie­ścić Reda, który zapro­te­sto­wał, ocie­ra­jąc się nosem o jego rękę. Ari­sta myślała, że mnich coś powie, ale skie­ro­wał uwagę z powro­tem na psa.

– Myro­nie, cie­kawa jestem, czy możesz mi pomóc? – spy­tała.

– Oczy­wi­ście. Czego doty­czą kosz­mary?

– Nie o to mi cho­dzi. Brat wspo­mniał mi, że sporo czy­tasz.

Zakon­nik wzru­szył ramio­nami.

– Zna­la­złem nie­wielką biblio­tekę na trze­cim pię­trze, ale jest tam zale­d­wie około dwu­dzie­stu ksią­żek. Czy­tam je po raz trzeci.

– Prze­czy­ta­łeś wszyst­kie książki w biblio­tece trzy razy?

– Pra­wie. Zawsze mam trud­no­ści z Gene­alo­gią monar­chów War­ric Har­ten­forda. To nie­mal wyłącz­nie nazwi­ska i muszę więk­szość z nich prze­czy­tać na głos. Jakich potrze­bu­jesz infor­ma­cji?

– Wła­ści­wie to myśla­łam o rze­czach, o któ­rych być może czy­ta­łeś w Wichro­wym Opac­twie. Sły­sza­łeś kie­dyś o mie­ście Per­ce­pli­quis?

Ski­nął głową.

– To sto­lica pierw­szego impe­rium Novrona.

– Tak – potwier­dziła z prze­ję­ciem. – Znasz jej loka­li­za­cję?

Zasta­na­wiał się przez chwilę, po czym się uśmiech­nął.

– We wszyst­kich tek­stach sta­nowi ona punkt odnie­sie­nia dla każ­dego innego miej­sca. Hash­ton znaj­do­wało się dwa­dzie­ścia pięć mil na połu­dniowy wschód od Per­ce­pli­quis. Fairing­ton, sto mil na pół­noc. Nikt ni­gdy nie podał poło­że­nia Per­ce­pli­quis. Przy­pusz­czam, że wszy­scy je znali.

– Gdy­bym przy­nio­sła ci mapę, mógł­byś zlo­ka­li­zo­wać to mia­sto na pod­sta­wie odno­śni­ków do innych miejsc?

– Być może. Jestem prze­ko­nany, że w ten spo­sób odna­lazł je Edmund Hall. W sumie to wystar­czy mieć jego dzien­nik. Zawsze chcia­łem go prze­czy­tać.

– Myśla­łam, że czy­ta­nie jego dzien­nika uważa się za here­zję. Czy to nie z tego powodu uwię­ziono Halla wraz z jego dzien­ni­kiem w Wieży Koron­nej?

– Tak.

– Ale ty byś go prze­czy­tał? Alric nie wspo­mi­nał, że masz naturę bun­tow­nika.

Myron spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem, a potem się uśmiech­nął.

– Czło­nek Kościoła Nyph­rona, który czyta dzien­nik, dopusz­cza się here­zji.

– No wła­śnie. Jesteś mni­chem Mari­bora.

– Na szczę­ście nie zaka­zano nam czy­tać róż­nych rze­czy.

– To pod­syca cie­ka­wość – powie­działa Ari­sta. – Kiedy się pomy­śli o wszyst­kich rze­czach, które mogą być ukryte na szczy­cie Wieży Koron­nej.

– Chcia­łoby się tam wejść, prawda?

– Tak, nie­wąt­pli­wie.

***

Przy­je­chali póź­nym wie­czo­rem i od razu wieść roze­szła się po całym zamku. Zagrały trąbki, słu­żący popę­dzili na dwór i zanim Ari­sta zdą­żyła się ubrać, dwie słu­żące oraz Alric i Mau­vin przy­szli powia­do­mić ją o przy­by­ciu kara­wany z pół­nocy. Sym­bo­lami przy­by­łej grupy były herb z soko­łem i złoto-zie­lone cho­rą­gwie.

Księż­niczka unio­sła brzeg szla­froka i zbie­gła razem z pozo­sta­łymi. Na fron­to­wych scho­dach zebrał się tłum. Słu­żący, rze­mieśl­nicy, urzęd­nicy i szlach­cice wymie­szali się ze sobą i prze­py­chali, żeby lepiej widzieć. Straż­nicy utwo­rzyli szpa­ler, umoż­li­wia­jąc jej przej­ście na przód, gdzie sta­nęła obok Mau­vina i Alrica. Po lewej stro­nie dostrze­gła Nim­busa, który okry­wał swoim płasz­czem ramiona Ami­lii. Bez okry­cia chudy dwo­rza­nin wyglą­dał jak gałązka na wie­trze. Nie widziała impe­ra­torki.

Gdy kara­wana wjeż­dżała, dzie­dzi­niec oświe­tlały tar­gane wia­trem pło­mie­nie pochodni i mlecz­no­biały księ­życ. Nie było żoł­nie­rzy, jedy­nie starsi męż­czyźni, któ­rzy szli za powo­zami. Na końcu jechały wozy, na któ­rych cia­sno stło­czone kobiety i dzieci przy­tu­lały się do sie­bie pod wspól­nymi kocami, żeby się ogrzać. Pierw­szy powóz dotarł do pod­nóża scho­dów i wysia­dły z niego Belinda i Lenare Pic­ke­ring, a za nimi Alenda Lana­klin. Wszyst­kie spoj­rzały z waha­niem na tłum przed sobą.

Mau­vin wybiegł, żeby uści­snąć matkę.

– Co wy wszy­scy tu robi­cie?! – wykrzyk­nął pod­nie­co­nym gło­sem. – Gdzie jest ojciec? A może on nie… – Ari­sta zoba­czyła, jak Mau­vin sztyw­nieje i odsuwa się od matki.

To nie było rado­sne spo­tka­nie. Na bla­dych i wymi­ze­ro­wa­nych twa­rzach kobiet malo­wał się wyraz smutku, ich oczy i nosy były zaczer­wie­nione i obo­lałe od pła­czu i prze­ni­kli­wego wia­tru. Belinda przy­tu­lała syna, zaci­ska­jąc dło­nie na jego ubra­niu.

– Twój ojciec nie żyje. – Roz­pła­kała się i ukryła twarz na jego piersi.

Powol­niej­szy od pozo­sta­łych przy­by­szów Julian Tem­pest, star­szawy lord szam­be­lan Melen­garu, wysiadł ostroż­nie z powozu. Gdy Ari­sta go zoba­czyła, poczuła ucisk w dołku. Przy­cho­dziło jej do głowy nie­wiele powo­dów, które mogły skło­nić Juliana do opusz­cze­nia Melen­garu, i żaden z nich nie był dobry.

– Elfy prze­kro­czyły rzekę Nidwal­den – oznaj­mił zebra­nym ludziom Julian, sta­ra­jąc się prze­krzy­czeć huk wia­tru, który zacie­kle łopo­tał fla­gami i sztan­da­rami. Stary szam­be­lan sta­wiał ostrożne kroki na zmar­z­nię­tej ziemi, jakby ta mogła wyśli­zgnąć się mu spod stóp. Wytworne szaty trze­po­tały wokół niego niczym żywe istoty, jego nakry­cie głowy mógł lada chwila porwać wiatr. – Naje­chały i zajęły cały Dun­more i Ghent. – Prze­rwał, spoj­rzał na króla Alrica, wziął oddech i dodał: – I Melen­gar.

– Pół­nocne kró­le­stwa wpa­dły w ręce elfów? – spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Alric. – Jakim cudem?

– To nie są miry, Wasza Wyso­kość, to nie mie­szańcy, któ­rych znamy. Najeźdź­cami są strasz­liwe, dzi­kie i bez­li­to­sne elfy czy­stej krwi z impe­rium Eri­vanu. Przy­szły ze wschodu, nisz­cząc wszystko na swo­jej dro­dze. – Wiatr zerwał czapkę z głowy sta­rego czło­wieka, odsła­nia­jąc jego łysie­jącą czaszkę oko­loną wia­nusz­kiem rzad­kich siwych wło­sów, i poku­lał ją po podwó­rzu. Szam­be­lan nada­remno uniósł drżące ręce, zatrzy­mu­jąc je na wyso­ko­ści twa­rzy. – Biada rodowi Essen­do­nów, kró­le­stwo prze­pa­dło!

Alric spoj­rzał na kara­wanę. Stał wpa­trzony w długi rząd wozów, sza­cu­jąc jego dłu­gość i liczbę scho­dzą­cych z nich ludzi. Ari­sta wie­działa, o czym jej brat myśli.

To wszystko?

Juliana i damy wpro­wa­dzono do środka. Ari­sta patrzyła, jak wcho­dzą, ale sama pozo­stała na scho­dach. Roz­po­znała kilka twa­rzy. Jedną z uchodź­czyń była bar­manka z gospody Pod Różą z Cier­niem, inną szwaczka z zamku. Ari­sta czę­sto widy­wała, jak jej córka bawi się przy fosie lalką, którą matka zro­biła jej z gał­gan­ków. Nie miała teraz lalki i Ari­sta się zasta­na­wiała: co się z nią stało? Co się stało ze wszyst­kim?

– Nie jest ich tak wielu – powie­działa Ami­lia do Seba­stiana. Był wyso­kim rangą straż­ni­kiem zam­ko­wym, ale nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, jakie kon­kret­nie zaj­mo­wał sta­no­wi­sko. – Na razie znajdź dla nich miej­sce na gale­rii.

Żoł­nierz zasa­lu­to­wał, trza­ska­jąc obca­sami.

– I wyślij kogoś do Ibisa, żeby kazał mu przy­szy­ko­wać tro­chę jedze­nia. Wyglą­dają na głod­nych.

Gdy Ami­lia odwró­ciła się w stronę drzwi zamku, napo­tkała spoj­rze­nie Ari­sty. Przy­gry­zła dolną wargę z wyra­zem smutku na twa­rzy.

– Przy­kro mi – zdo­łała powie­dzieć, po czym ode­szła.

Ari­sta pozo­stała na scho­dach, pod­czas gdy sta­jenni zdej­mo­wali uprzęże z koni i roz­ła­do­wy­wali wozy. Minął ją rząd uchodź­ców, któ­rzy zmie­rzali do środka.

– Melissa! – zawo­łała Ari­sta.

– Wasza Wyso­kość. – Słu­żąca dygnęła.

– Daruj to sobie. – Zbie­gła po scho­dach i uści­skała dziew­czynę. – Bar­dzo się cie­szę, że nic ci nie jest.

– Jesteś impe­ra­torką? – spy­tała dziew­czynka trzy­ma­jąca Melissę za rękę.

Ari­sta prze­by­wała pra­wie od roku poza Melen­ga­rem, ale to nie mogło być dziecko Melissy. Dziew­czynka miała sześć lub sie­dem lat. Stała na stop­niu za ple­cami słu­żą­cej księż­niczki, prze­stę­pu­jąc nie­cier­pli­wie z nogi na nogę. Drugą ręką przy­ci­skała do piersi jakieś zawi­niątko.

– To jest Mercy – przed­sta­wiła ją Melissa. – Zna­leź­li­śmy ją po dro­dze – wyja­śniła, a następ­nie dodała szep­tem: – Jest sie­rotą.

Dziew­czynka wyda­wała się Ari­ście zna­joma. Księż­niczka była pewna, że już ją widziała.

– Nie, przy­kro mi, ale nie jestem impe­ra­torką. Mam na imię Ari­sta.

– Czy mogę zoba­czyć impe­ra­torkę?

– Nie­stety nie. Jest bar­dzo zajęta.

Wyraz pod­eks­cy­to­wa­nia na twa­rzy dziecka zastą­piła nie­za­do­wo­lona mina i dziew­czynka spu­ściła głowę.

– Arca­dius powie­dział, że w Aqu­eście zoba­czę impe­ra­torkę.

Ari­sta przez chwilę przy­glą­dała się jej twa­rzy.

– Arca­dius? Ach tak, teraz sobie przy­po­mi­nam. Spo­tka­ły­śmy się zeszłego lata, prawda? – Rozej­rzała się po gar­stce pozo­sta­łych uchodź­ców, ale nie zoba­czyła wśród nich swo­jego sta­rego nauczy­ciela. Wtem dostrze­gła, że zawi­niątko się poru­szyło. – Co tam masz?

Zanim dziew­czynka zdą­żyła odpo­wie­dzieć, z tobołka wychy­nęła głowa szopa pra­cza.

– Nazywa się pan Prą­żek.

Ari­sta pochy­liła się i w tym momen­cie szata się lekko roz­ja­śniła. Pod­eks­cy­to­wana dziew­czynka otwo­rzyła sze­roko oczy.

– Magia! – wykrzyk­nęła. Wycią­gnęła rękę, po czym znie­ru­cho­miała i unio­sła głowę.

– Możesz jej dotknąć – powie­działa Ari­sta.

– Jest śli­ska – stwier­dziła Mercy, pocie­ra­jąc mate­riał mię­dzy pal­cami. – Arca­dius też umiał robić magiczne rze­czy.

– Gdzie on teraz jest? – Dziew­czynka nie odpo­wie­działa, drżała z zimna. – Och, prze­pra­szam, na pewno jeste­ście prze­mar­z­nięci. Chodźmy do środka.

Weszli z zala­nego bla­do­nie­bie­skim zimo­wym świa­tłem dzie­dzińca do ciem­nego holu ską­pa­nego w bla­sku ognia. Wycie wia­tru uci­chło, gdy drzwi zatrza­snęły się z hukiem, który odbił się echem w skle­pio­nej kom­na­cie. Dziew­czynka spoj­rzała z podzi­wem na schody, kamienne kolumny i łuki. Wielu oku­ta­nych w koce uchodź­ców drżało, cze­ka­jąc na wska­zówki, co mają dalej robić.

– Wasza Wyso­kość – szep­nęła Melissa. – Mercy przy­je­chała do nas sama na koniu.

– Sama? Gdzie jest… – Zawa­hała się, widząc, że Melissa spusz­cza wzrok.

– Mercy nie­wiele powie­działa, ale… Cóż, przy­kro mi.

Świa­tło szaty pociem­niało, zro­biło się nie­bie­skie.

– Nie żyje?

Naj­pierw Esra­had­don, a teraz Arca­dius.

– Elfy spa­liły Ghent – powie­działa Melissa. – Już nie ma She­ri­danu i Erva­nonu.

– Nie ma?

– Zostały spa­lone.

– Ale wieża Glen­mor­gana, Wieża Koronna…

Melissa pokrę­ciła głową.

– Przy­łą­czy­li­śmy się do grupy ludzi ucie­ka­ją­cych na połu­dnie. Kilka osób widziało, jak wieża się zapada. Ktoś powie­dział, że wyglą­dało to tak, jakby prze­wró­ciła się dzie­cięca zabawka. Wszystko prze­pa­dło. – Oczy Melissy się zaszkliły. – Ich… nie można zatrzy­mać.

Ari­sta spo­dzie­wała się, że sama też się roz­pła­cze, lecz poczuła jedy­nie odrę­twie­nie – to była zbyt wielka strata. Dotknęła deli­kat­nie policzka Mercy.

– Czy pan Prą­żek może się tu poba­wić? – spy­tała dziew­czynka.

– Słu­cham? Tak sądzę, jeśli będziesz go dobrze pil­no­wać – odparła Ari­sta. – Kręci się tu pies, który mógłby go pożreć, jeśli pan Prą­żek zapu­ści się za daleko.

Mercy posta­wiła szopa na ziemi. Zwie­rzątko pową­chało pod­łogę i ostroż­nie pobie­gło do ściany przy scho­dach, gdzie zaczęło sys­te­ma­tycz­nie obwą­chi­wać wszyst­kie listwy przy­po­dło­gowe. Mercy poszła za panem Prąż­kiem i usia­dła na naj­niż­szym stop­niu.

– Nie mogę uwie­rzyć, że Arca­dius nie żyje.

„…Pod­czas zimo­na­liów koń­czy się Uli Ver­mar. Przyjdą… Bez rogu wszy­scy zginą”. Ari­sta sły­szała w myślach słowa Esra­had­dona. Słowa prze­strogi wymie­szane ze sło­wami, które nie w pełni rozu­miała.

Mercy ziew­nęła i oparła brodę na rękach, pod­czas gdy pan Prą­żek prze­su­wał się powoli wzdłuż stop­nia, eks­plo­ru­jąc świat.

– Jest zmę­czona – powie­działa Ari­sta. – W wiel­kiej sali chyba wydają zupę. Chcia­ła­byś tro­chę, Mercy?

Dziew­czynka unio­sła głowę, uśmiech­nęła się i przy­tak­nęła, po czym dodała:

– Pan Prą­żek też jest głodny, prawda, panie Prążku?

***

Mia­sto było pięk­niej­sze od wszyst­kiego, co Ari­sta w życiu widziała. Białe budynki, wyż­sze od naj­więk­szych drzew, wyż­sze od wszyst­kich budyn­ków, jakie kie­dy­kol­wiek widziała, wzno­siły się niczym smu­kłe palce się­ga­jące nieba. Na ich pina­klach zatknięto oka­załe zie­lono-nie­bie­skie sztan­dary, które łopo­tały na wie­trze i mie­niły się jak krysz­tał. Do mia­sta pro­wa­dziła droga – sze­roka na cztery powozy, pro­sta jak strzała i wybru­ko­wana gład­kimi kamie­niami. Poru­szało się na niej mnó­stwo wozów, fur, fur­ma­nek, karet i powo­zi­ków. Ruchu nie utrud­niała żadna ściana czy brama. Pojazdy nie musiały zatrzy­my­wać się przy żad­nej straż­nicy. W mie­ście nie było wież, bar­ba­kanu i fosy. Metro­po­lia stała naga i piękna, nie­ustra­szona i dumna. Były w niej jedy­nie dwie rzeźby lwów, które miały wzbu­dzać strach u przy­by­szów. Mia­sto wyda­wało się Ari­ście nie­wia­ry­god­nie sze­ro­kie, zaj­mo­wało trzy całe wzgó­rza i ogromną dolinę, w któ­rej pły­nęła spo­kojna rzeka. To było śliczne miej­sce – i wyglą­dało bar­dzo zna­jomo.

Ari­sto, musisz sobie przy­po­mnieć.

Czuła nie­po­kój, ści­ska­nie w dołku, zimny dreszcz na ple­cach. Musiała się zasta­no­wić, roz­wią­zać zagadkę. Pozo­stało nie­wiele czasu. Takiego widoku na pewno by nie zapo­mniała, więc nie mogła tego wcze­śniej widzieć.

Już tu byłaś.

Nie była. Takie miej­sce nie mogło w ogóle ist­nieć. To był sen, złu­dze­nie.

Musisz mi zaufać. Już tu byłaś. Przyj­rzyj się dokład­nie.

Ari­sta krę­ciła głową. To było nie­do­rzeczne… A jed­nak… Coś zwią­zane z rzeką, spo­sób, w jaki zakrzy­wiała się u pod­nóża pół­noc­nego wzgó­rza… Tak, wzgó­rze. Wyglą­dało zna­jomo. I droga – nie taka sze­roka. Była zaro­śnięta i ukryta. Ari­sta przy­po­mniała sobie, że zna­la­zła ją w ciem­no­ści, że zasta­na­wiała się, skąd ona tam się wzięła.

Tak, już tu byłaś. Na wzgó­rzu, spójrz na Agu­anon.

Ari­sta nie zro­zu­miała.

Pół­nocne wzgó­rze, spójrz na świą­ty­nię na szczy­cie.

Dostrze­gła ją. Tak, wyda­wała się zna­joma, ale w pamięci księż­niczki nie wyglą­dała tak samo. Była roz­bita, poprzew­ra­cana, w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze pogrze­bana w ziemi, ale ta sama. Ari­sta już tam była i to wspo­mnie­nie ją prze­ra­żało. Tu stało jej się coś złego. Omal nie zgi­nęła na tym wzgó­rzu, pośród popę­ka­nych kamieni, odłam­ków strza­ska­nych słu­pów i poła­ma­nych płyt. Ale nie zgi­nęła. Coś zro­biła na tym wzgó­rzu, coś strasz­nego, coś, przez co wyry­wała gar­ściami wil­gotną trawę i bła­gała Mari­bora o wyba­cze­nie.

Wresz­cie Ari­sta zro­zu­miała, gdzie się znaj­duje, co widzi.

O to cho­dzi. To był mój dom. Idź tam, kop, znajdź gro­bo­wiec i róg. Zrób to, Ari­sto! Musisz! Nie ma już czasu! Wszy­scy zginą! Wszy­scy zginą! WSZY­SCY…

***

Ari­sta obu­dziła się z krzy­kiem.

Rozdział 3. Więzienia

Roz­dział 3

Wię­zie­nia

– Z drogi! – krzyk­nął Hadrian na kory­ta­rzu.

Stał zale­d­wie kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od straż­nika gapią­cego się na niego i chu­cha­ją­cego mu w twarz. Dwaj straż­nicy, któ­rzy patrzyli z dru­giego końca kory­ta­rza, ruszyli pędem naprzód. Najem­nik usły­szał brzęk kol­czugi i ude­rze­nia pustych pochew o uda żoł­nie­rzy. Obaj zatrzy­mali się gwał­tow­nie w odle­gło­ści wycią­gnię­tego mie­cza.

– To Tesh­lor – prze­strzegł jeden swo­jego kolegę szep­tem.

Żoł­nierz, który zagra­dzał drzwi, nie chciał ustą­pić. Hadrian wyczuł u niego napię­cie, strach i brak pew­no­ści sie­bie, lecz rów­nież odwagę i lojal­ność nie­po­zwa­la­jące mu się ugiąć. Zwy­kle sza­no­wał takie cechy u czło­wieka, ale nie tym razem. Ten straż­nik po pro­stu stał mu na dro­dze.

Za jego ple­cami roz­legł się odgłos pod­no­sze­nia zasuwy i zaskrzy­piały drzwi.

– Co się stało? – roz­legł się głos zdez­o­rien­to­wa­nej kobiety.

Hadrian obej­rzał się i zoba­czył Ami­lię. Ruszyła naprzód, powłó­cząc nogami. Prze­tarła oczy, a potem zawią­zała pasek szla­froka.

– Muszę poroz­ma­wiać z impe­ra­torką – wark­nął. – Powiedz im, żeby się odsu­nęli.

– Jest śro­dek nocy! – powie­działa gło­śnym szep­tem. – Nie możesz się z nią zoba­czyć. Jeśli chcesz, spró­buję umó­wić spo­tka­nie na rano, ale wiedz, że Jej Impe­rialna Mość jest bar­dzo zajęta. Wia­do­mość…

Hadrian chwy­cił ręko­je­ści swo­ich mie­czy. Wszy­scy żoł­nie­rze napięli się i oprócz straż­nika przy drzwiach pozo­stali dwaj zro­bili krok do tyłu. Męż­czy­zna przed Hadria­nem poło­żył powoli rękę na wła­snym mie­czu, ale go nie wyjął.

Ma mocne nerwy, pomy­ślał Hadrian i zro­bił jesz­cze pół kroku do przodu, aż pra­wie zetknęli się nosami.

– Zejdź mi z drogi – powie­dział Blac­kwa­ter.

– Hadrian? Co robisz? – Tym razem na kory­ta­rzu roz­legł się głos Ari­sty.

– Sta­ram się o audien­cję u impe­ra­torki – odparł przez zaci­śnięte zęby.

Odwró­cił się od straż­nika i zoba­czył księż­niczkę bie­gnącą kory­ta­rzem na pią­tym pię­trze. Jak zawsze ostat­nimi czasy, nosiła szatę Esra­had­dona, która miała ciem­no­nie­bie­ski kolor i w tej chwili odbi­jała jedy­nie świa­tło pochodni w lich­ta­rzach na ścia­nach.

– Zamknęli go w wię­zie­niu – wyja­śnił Hadrian. – Nie chcą mi nawet pozwo­lić, żebym go zoba­czył.

– Royce’a?

– Nie chciał upro­wa­dzić impe­ra­torki, ale zro­biłby wszystko, żeby odzy­skać Gwen. Powinni mu dać medal za zabi­cie Sal­dura i Mer­ricka. – Wes­tchnął. – Gwen umarła mu na rękach i nie myślał trzeźwo. Nie zamie­rzał skrzyw­dzić Modiny. Dowie­dzia­łem się, że jest prze­trzy­my­wany w pół­noc­nej wieży. Nie sądzę, żeby Modina nawet o tym wie­działa. Tak więc mam zamiar jej powie­dzieć. Nie pró­buj mnie powstrzy­mać.

– Nie zamie­rzam – odrze­kła. – Ja też muszę się z nią zoba­czyć.

– Po co?

Księż­niczka wyda­wała się skrę­po­wana.

– Mia­łam zły sen.

– Co takiego?

– Dzi­siaj nikt się nie zoba­czy z impe­ra­torką! – oświad­czyła Ami­lia. Pod­bie­gło do nich kolej­nych sze­ściu żoł­nie­rzy. – Jeśli będę musiała, to wezwę wszyst­kich straż­ni­ków zam­ko­wych!

Hadrian spoj­rzał na impe­rialną asy­stentkę.

– Myślisz, że zdo­łają mnie powstrzy­mać?

– Drzwi mają rygiel od wewnętrz­nej strony – powie­dział straż­nik przy kom­na­cie impe­ra­torki. – Nawet gdy­byś nas poko­nał, będziesz musiał sfor­so­wać grube drzwi z litego dębu.

– Nie będzie z tym pro­blemu – zapew­niła ich Ari­sta. – Ale powin­nam was ostrzec, że nie odpo­wia­dam za rany powstałe od fru­wa­ją­cych drzazg.

Jej szata zaczęła jarzyć się mgli­stym sza­rym świa­tłem, które powoli robiło się coraz jaśniej­sze, oble­wa­jąc ich twa­rze bla­dym bla­skiem i roz­pra­sza­jąc cie­nie. Hadrian wyczuł lekki powiew na kory­ta­rzu. Cie­pły wiatr nasi­lał się, wiru­jąc wokół Ari­sty jak minia­tu­rowy cyklon, szar­piąc brzeg jej sukni i poru­sza­jąc koń­cami wło­sów.

Ami­lia patrzyła na to prze­ra­żona.

– Otwórz drzwi, Ami­lio, albo je wyważę.

Wyda­wało się, że Ami­lia za chwilę krzyk­nie.

– Wpuść ich, Geral­dzie – dobiegł głos zza drzwi.

– Wasza Impe­rialna Mość?

– Tak, Geral­dzie. Nie są zary­glo­wane. Pozwól im wejść.

Straż­nik pod­niósł zasuwę i pchnął drzwi do środka, odsła­nia­jąc ciemne wnę­trze sypialni impe­ra­torki. Ami­lia mil­czała. Miała przy­spie­szony oddech, a przy bokach trzy­mała dło­nie zaci­śnięte w pię­ści. Hadrian wszedł pierw­szy, za nim Ari­sta, a następ­nie Ami­lia i Gerald.

W sypialni pano­wał chłód. Komi­nek był ciemny, a jedyne świa­tło wpa­dało przez otwarte okno w prze­ciw­le­głej ścia­nie, po któ­rego bokach falo­wały białe firanki, tań­cząc w sła­bym świe­tle księ­życa jak para duchów. Impe­ra­torka Modina, ubrana jedy­nie w koszulę nocną, sie­działa na pię­tach na pod­ło­dze i patrzyła na gwiazdy. Dło­nie trzy­mała na kola­nach, a łok­cie przy­ci­snęła do boków, chro­niąc się przed zim­nem. Spod bia­łego płótna koszuli wysta­wały gołe palce u stóp. Jasne włosy spły­wały jej splą­tane na plecy. Przy­po­mi­nała dziew­czynę, którą Hadrian zoba­czył kie­dyś pod Łukiem Skle­pi­ka­rzy w Col­no­rze.

– Aresz­to­wali Royce’a – powie­dział do niej Blac­kwa­ter. – Zamknęli go w celi w wieży.

– Wiem.

– Wiesz? – spy­tał z nie­do­wie­rza­niem. – Od jak dawna…

– To ja wyda­łam taki roz­kaz.

Hadrian patrzył na nią onie­miały.

– Thrace… To zna­czy, Modino – powie­dział cicho. – Nie rozu­miesz. Nie zamie­rzał cię skrzyw­dzić. Zro­bił tylko to, co musiał. Usi­ło­wał ura­to­wać osobę, którą kochał naj­bar­dziej na świe­cie. Jak mogłaś tak z nim postą­pić?

W końcu się odwró­ciła.

– Czy stra­ci­łeś kie­dyś osobę, która zna­czyła dla cie­bie wszystko? Patrzy­łeś, jak umiera, wie­dząc, że to twoja wina?

Hadrian nie odpo­wie­dział.

– Gdy mój ojciec został zabity, pamię­tam, że oddy­cha­nie spra­wiało mi ból pra­wie nie do znie­sie­nia – cią­gnęła, wyglą­da­jąc przez okno. – Stra­ci­łam nie tylko ojca. To było tak, jakby runął cały świat, lecz ja jakimś cudem na nim pozo­sta­łam – sama. Chcia­łam jedy­nie, żeby to się skoń­czyło. Byłam zmę­czona. Pra­gnę­łam, by ból ustał. Gdy­bym miała spo­sob­ność, gdyby mnie nie zabrali, gdyby mnie nie zamknęli w odosob­nie­niu, rzu­ci­ła­bym się do wodo­spadu. – Odwró­ciła się i znów spoj­rzała na Hadriana. – Wierz mi. Jest pod dobrą opieką – przy­naj­mniej w takim stop­niu, w jakim sam na to pozwala. Ibis przy­rzą­dza mu dobre posiłki, któ­rych nie chce jeść. Znasz miej­sce, które byłoby teraz dla Royce’a lep­sze?

Hadrian przy­gar­bił ramiona i opu­ścił ręce luźno przy bokach.

– Mogę go cho­ciaż zoba­czyć?

Modina zasta­na­wiała się przez chwilę.

– Tak, ale tylko ty. W jego obec­nym sta­nie sta­nowi zagro­że­nie dla wszyst­kich innych ludzi. Nie jestem jed­nak pewna, czy będzie cię sły­szał. Możesz go odwie­dzić rano. – Prze­chy­liła się, żeby widzieć Ami­lię. – Możesz dopil­no­wać, by go wpusz­czono?

– Tak, Wasza Impe­rialna Mość.

– Świet­nie – powie­działa impe­ra­torka, a następ­nie spoj­rzała na Ari­stę. – Co to za sprawa, która nie może zacze­kać do rana?

Księż­niczka Melen­garu prze­stą­piła z nogi na nogę, spla­ta­jąc i roz­pla­ta­jąc ręce przed sobą. Szata jarzyła się spo­koj­nym ciem­no­nie­bie­skim świa­tłem. Ari­sta spoj­rzała na impe­ra­torkę, a potem na Hadriana, Ami­lię, a nawet Geralda, który stał sztywno w wej­ściu. Skie­ro­wała wzrok z powro­tem na Modinę i powie­działa:

– Chyba wiem, jak powstrzy­mać elfy.

***

Hadrian zszedł na trze­cie pię­tro, gdzie kil­koro ludzi wra­cało do swo­ich poko­jów po tym, jak uci­chły krzyki. Dostrzegł Degana Gaunta. Były przy­wódca nacjo­na­li­stów stał w koszuli noc­nej i spo­glą­dał w górę scho­dów, zarówno z zacie­ka­wie­niem, jak i poiry­to­wa­niem. Hadrian widział go po raz pierw­szy, odkąd obaj zostali uwol­nieni z lochu. Szyja i nos Gaunta były wąskie, a jego usta takie cien­kie, że pra­wie nie­wi­doczne. Zmarszczki na czole i wokół oczu świad­czyły, że miał trudne życie. Hadrian, widząc jego spo­sób cho­dze­nia i ruchy, zorien­to­wał się, że Degan czuje się nie­swojo, jakby był zagu­biony we wła­snej skó­rze. Miał nie­obecne spoj­rze­nie, dwu­dniowy zarost i odsta­jące w różne strony włosy. Gdyby Hadrian musiał zga­dy­wać, mógłby przy­piąć mu ety­kietę ubo­giego poety. Gaunt zupeł­nie nie wyglą­dał jak poto­mek impe­ra­to­rów.

– Co tam się dzieje? – spy­tał Degan prze­cho­dzą­cego słu­żą­cego.

– Ktoś przy­szedł do impe­ra­torki, sir. Już po wszyst­kim.

Gaunt spo­glą­dał z powąt­pie­wa­niem.

Nie tak Hadrian pla­no­wał pozna­nie Gaunta. Wcze­śniej cze­kał, dając im obu czas na doj­ście do pełni zdro­wia. Potem wahał się ze zde­ner­wo­wa­nia. Chciał, żeby ich spo­tka­nie prze­bie­gło dobrze, żeby było dosko­nałe. Takie oko­licz­no­ści nie zali­czały się do dosko­na­łych, ale skoro już stali naprze­ciwko sie­bie, nie mógł się odwró­cić i odejść.

– Witam, panie Gaunt, jestem Hadrian Blac­kwa­ter – przed­sta­wił się, skła­da­jąc ukłon.

Degan Gaunt na powi­ta­nie zmarsz­czył nos, jakby poczuł nie­przy­jemny zapach. Przyj­rzał się kry­tycz­nie Hadria­nowi, po czym zmarsz­czył brwi.

– Myśla­łem, że będziesz wyż­szy.

– Przy­kro mi – prze­pro­sił Hadrian.

– Masz być moim słu­żą­cym, tak? – spy­tał Gaunt. Zaczął okrą­żać Hadriana powoli, leni­wie, wciąż marsz­cząc czoło.

– Prawdę mówiąc, jestem twoim straż­ni­kiem przy­bocz­nym.

– Ile mam ci pła­cić za ten przy­wi­lej?

– Nie pro­szę o pie­nią­dze.

– Nie? A więc o co? Chcesz, żebym zro­bił z cie­bie diuka albo coś w tym guście? Dla­tego tu jesteś? O kur­czę, jak się ma pie­nią­dze i wła­dzę, to ludzie wyłażą ze wszyst­kich kątów. Nawet cię nie znam, a oto przy­cho­dzisz i pro­sisz o przy­wi­leje, jesz­cze zanim koro­no­wano mnie na impe­ra­tora.

– To nie tak. Jesteś spad­ko­biercą Novrona. Ja jestem obrońcą spad­ko­biercy, tak jak przede mną był mój ojciec. To… tra­dy­cja.

– Aha.

Gaunt stał przy­gar­biony i przez chwilę wcią­gał powie­trze przez zęby, po czym wło­żył mały palec do ust, żeby coś spo­mię­dzy nich usu­nąć. Po dłuż­szej chwili zre­zy­gno­wał.

– W porządku, powiem, czego nie łapię. Jestem spad­ko­biercą, co czyni ze mnie przy­wódcę impe­rium i głowę Kościoła. Jeśli się nie mylę, to jestem nawet czę­ściowo bogiem – pra­pra­wnu­kiem Mari­bora albo kimś w tym guście. Jeśli więc mam zostać impe­ra­to­rem posia­da­ją­cym cały zamek straż­ni­ków i armię żoł­nie­rzy, któ­rzy będą mnie bro­nić, to po co potrzebny mi jesteś ty?

Hadrian nie odpo­wie­dział. Nie wie­dział, co może powie­dzieć. Gaunt miał rację. Rola Hadriana jako straż­nika przy­bocz­nego była istotna tylko dopóty, dopóki spad­ko­bierca się ukry­wał.