Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
"Pradawna stolica" to szósty tom z cyklu "Odkrycia Riyrii", który kontynuuje epicką sagę fantasy. Po zakończeniu wojen i odnalezieniu spadkobiercy Novrona, świat Elanu staje w obliczu nowego zagrożenia ze strony nadciągającej armii elfów. Nadzieją na ocalenie jest starożytny artefakt, którego odzyskanie wymaga niebezpiecznej wyprawy do zaginionego przed wiekami miasta Percepliquis. Imperatorka Modina gromadzi specjalną grupę, by podjęła się tego śmiałego zadania i uratowała ludzkość przed zagładą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 627
Rozdział 1
Dziecko
Miranda była pewna, że tak właśnie zacznie się koniec świata – nie będzie ostrzeżenia, ale wybuchnie pożar. Nocne niebo za nimi jarzyło się czerwienią, gdy płomienie i snopy iskier buchały w górę. Płonął uniwersytet w Sheridanie.
Miranda, która trzymała rączkę Mercy, bała się, że może zgubić dziewczynkę w ciemności. Uciekali od wielu godzin, biegnąc na oślep przez sosnowy las, przedzierając się między gałęziami. Pod przygiętymi konarami leżała gruba warstwa śniegu. Miranda brnęła przez zaspy sięgające jej powyżej kolan, torując drogę dziewczynce i staremu profesorowi.
Arcadius, usiłując z trudem za nimi nadążyć, zawołał:
– Idź dalej, nie czekaj na mnie!
Miranda, dźwigając ciężki tobołek i ciągnąc za sobą dziewczynkę, poruszała się najszybciej, jak potrafiła. Za każdym razem, gdy słyszała jakiś dźwięk lub myślała, że widzi poruszający się cień, siłą woli powstrzymywała się, żeby nie krzyknąć. Niewiele brakowało, by wpadła w panikę. Śmierć deptała im po piętach, a Mirandzie wydawało się, że stopy ma ciężkie jak z ołowiu.
Dziewczyna żałowała dziecka i martwiła się, że sprawia Mercy ból, ciągnąc ją za rękę. Raz szarpnęła dziewczynkę zbyt mocno i ta się przewróciła. Mercy krzyknęła, gdy upadła twarzą na śnieg, ale od razu wzięła się w garść. Już wcześniej przestała zadawać pytania, przestała narzekać, że jest zmęczona. W ogóle przestała się odzywać i podążała za Mirandą najszybciej, jak mogła. Była dzielną dziewczynką.
Dotarli do drogi i Miranda uklękła, żeby przyjrzeć się Mercy. Dziewczynce ciekło z nosa, do rzęs przykleiły jej się płatki śniegu. Miała zaczerwienione policzki, a do czoła przywarły przepocone czarne włosy. Miranda odgarnęła jej kilka kosmyków za uszy, podczas gdy pan Prążek bacznie ją obserwował. Szop pracz owinął się wokół szyi dziewczynki, jakby był futrzaną etolą. Mercy nalegała, żeby przed ucieczką wypuścić zwierzęta z klatek. Uwolniony szop wdrapał się na jej ramię i mocno się go uczepił. Widocznie pan Prążek też wyczuł, że dzieje się coś złego.
– Jak się czujesz? – spytała Miranda, zakładając dziewczynce kaptur i spinając jej płaszcz mocniej klamrą.
– Zimno mi w stopy – odparła Mercy szeptem, wpatrując się w śnieg.
– Mnie też – odrzekła Miranda najpogodniejszym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć.
– Niezły ubaw, co? – powiedział stary profesor, wspinając się po zboczu, żeby do nich dołączyć. Gdy zdejmował torbę z ramienia, z jego ust wydobywały się duże obłoki pary. Brodę i brwi miał zasklepione grubą warstwą śniegu i lodu.
– A jak ty się czujesz? – spytała Miranda.
– Świetnie, doskonale. Stary człowiek potrzebuje od czasu do czasu trochę ruchu, a także odpoczynku. Musimy jednak kontynuować wędrówkę.
– Dokąd idziemy? – spytała Mercy.
– Do Aquesty – odparł Arcadius. – Wiesz, co to Aquesta, prawda, słonko? To właśnie tam jest wielki pałac, z którego rządzi imperatorka. Chciałabyś ją poznać, prawda?
– Czy zdoła ich powstrzymać?
Miranda zobaczyła, że dziewczynka spogląda ponad ramieniem starego człowieka na płonący uniwersytet. Miranda też spojrzała na jaskrawą łunę nad koronami drzew. Znajdowali się już w odległości wielu mil, a jednak światło wciąż wypełniało horyzont. Ponad blaskiem ognia widać było cienie. Niektóre opadały pionowo, a z innych, krążących nad płonącym uniwersytetem, tryskały strumienie płomieni.
– Miejmy nadzieję, słonko. Miejmy nadzieję – odrzekł Arcadius. – Tymczasem ruszajmy w drogę. Wiem, że jesteś zmęczona. Wiem, że jesteś zziębnięta. Ja też, ale musimy jak najszybciej iść dalej. Musimy się stąd oddalić.
Mercy skinęła głową, a może tylko wykonała podobny ruch, drżąc z zimna. Trudno to było ocenić.
Miranda strzepnęła śnieg z pleców i nóg dziewczynki, żeby uchronić ją przed większym przemoczeniem. Pan Prążek obserwował to z chłodną rezerwą.
– Myślisz, że wszystkie zwierzęta się wydostały? – zapytała Mercy.
– Jestem tego pewny – zapewniał ją Arcadius. – Przecież są bystre, prawda? Choć może nie aż tak, jak pan Prążek, bo jemu udało się załapać na przejażdżkę.
Mercy znów skinęła głową i dodała z nadzieją w głosie:
– Jestem pewna, że Filiżance udało się uciec. Umie latać.
Miranda sprawdziła tobołek dziewczynki i własny, żeby się upewnić, że oba są zamknięte i mocno związane. Spojrzała na ciemną drogę.
– Doprowadzi nas przez Colnorę do samej Aquesty – wyjaśnił stary czarnoksiężnik.
– Jak długo będziemy tam szli? – spytała Mercy.
– Kilka dni, może tydzień. Dłużej, jeśli utrzyma się kiepska pogoda.
Miranda dostrzegła niezadowolenie w oczach Mercy.
– Nie martw się. Jak będziemy trochę dalej, zatrzymamy się na odpoczynek i posiłek. Przygotuję coś gorącego, a potem trochę się prześpimy. Na razie jednak musimy iść dalej. Na drodze będzie nam łatwiej.
Miranda chwyciła rękę dziewczynki i ruszyli. Z radością stwierdziła, że jej przewidywania się sprawdziły. Wędrówkę ułatwiały pozostawione przez wozy koleiny oraz to, że schodzili po zboczu. Maszerowali raźnym krokiem i niebawem las za ich plecami przesłonił ognistą łunę. Wkroczyli w ciemny i cichy świat, w którym towarzystwa dotrzymywał im jedynie szum zimnego wiatru.
Miranda spojrzała na starego profesora, który szedł, powłócząc nogami, i przyciskał płaszcz do szyi. Miał zaczerwienioną i pokrytą krostami twarz, i z trudem łapał oddech.
– Na pewno dobrze się czujesz?
Arcadius podszedł do Mirandy, zmusił się do uśmiechu i szepnął jej do ucha:
– Obawiam się, że może będziecie musiały dokończyć podróż beze mnie.
– Co takiego? – zapytała Miranda i zerknęła na dziewczynkę. Mercy nie uniosła głowy. – Wkrótce zrobimy postój. Odpoczniemy i jutro pójdziemy wolniej. Przeszliśmy dziś szmat drogi. Wezmę twoją torbę – zaproponowała i wyciągnęła rękę.
– Nie, sam ją dalej poniosę. Wiesz, że jest bardzo krucha… i niebezpieczna. Jeśli ktoś zginie, niosąc ją, to ja chcę być tym kimś. W kwestii odpoczynku… nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Nie mam dość sił na taką podróż. Oboje to wiemy.
– Nie możesz się poddawać.
– Nie zamierzam. Przekazuję ci zadanie. Dasz sobie radę.
– Ale nie wiem, co robić. Nie wyjawiłeś mi nigdy planu.
Arcadius zachichotał.
– Bo często się zmienia. Miałem nadzieję, że regenci zaakceptują Mercy jako spadkobierczynię Modiny, ale odmówili.
– Co teraz?
– Teraz Modina zasiada na tronie, więc mamy drugą szansę. Najlepsze, co możesz zrobić, to dotrzeć do Aquesty i starać się o audiencję u niej.
– Ale nie wiem, jak…
– Znajdziesz sposób. Przedstaw imperatorce Mercy. To będzie pierwszy krok w dobrym kierunku. Wkrótce tylko ty będziesz znała prawdę. Nie podoba mi się, że obarczam cię tym ciężarem, ale nie mam wyboru.
Miranda pokręciła głową.
– Nie, to matka obarczyła mnie tym ciężarem. Nie ty.
– Wyznanie na łożu śmierci to bardzo poważna sprawa. – Stary człowiek skinął głową. – Ale dzięki temu mogła odejść w spokoju.
– Tak sądzisz? A może jej duch wciąż tu jest? Czasami odnoszę wrażenie, jakby mnie obserwowała… prześladowała. Płacę cenę za jej słabość, tchórzostwo.
– Twoja matka była młoda, biedna i ciemna. Widziała śmierć dziesiątek ludzi oraz zabójstwo matki i dziecka. I ledwie uszła z życiem. Żyła w ciągłym strachu, że pewnego dnia ktoś odkryje, że były bliźniaki i ona uratowała jednego z nich.
– Ale postąpiła niewłaściwie i okrutnie – powiedziała z goryczą Miranda. – A najgorsze jest to, że nie mogła zabrać grzechu ze sobą do grobu. Musiała mi powiedzieć, obarczyć mnie odpowiedzialnością za naprawienie jej błędów. Powinna…
Mercy zatrzymała się gwałtownie.
– Kochanie, musimy… – Spojrzała na Mirandę. W słabym świetle wczesnego poranka zobaczyła strach na jej twarzy, gdy Mercy patrzyła na miejsce, w którym droga opadała ku dużemu mostowi z kamienia.
– Przed nami światło – oznajmił Arcadius.
– Czy…? – spytała Miranda.
Stary nauczyciel pokręcił głową.
– To ognisko, chyba nawet kilka. Podejrzewam, że przybywają kolejni uchodźcy. Możemy się do nich przyłączyć i będzie nam się łatwiej szło. Jeśli się nie mylę, obozują na drugim brzegu Galewyru. Nie miałem pojęcia, że dojdziemy tak daleko. Nic dziwnego, że się zasapałem.
– Widzisz? – powiedziała Miranda do dziewczynki, gdy znów ruszyli. – Już po naszych kłopotach. Może nawet mają wóz, na którym będzie mógł jechać stary człowiek.
Arcadius uśmiechnął się do niej z wyższością, ale w duchu ucieszył się z takiej możliwości.
– Wtedy nasza sytuacja może się poprawi – powiedział.
– Będziemy…
Dziewczynka ścisnęła rękę Mirandy i znów przystanęła. Zbliżali się do nich kłusem konni. Z nozdrzy zwierząt wydobywała się para, gdy prychały, uderzając kopytami o oblodzoną ziemię. Opatuleni ciemnymi płaszczami jeźdźcy mieli naciągnięte kaptury i twarze owinięte częściowo szalami, toteż uciekinierzy nie mogli ich rozpoznać, ale co do jednego nie mieli wątpliwości: to byli sami mężczyźni. Miranda naliczyła trzech. Jechali od południa, ale nie od strony ognisk. To nie byli uchodźcy.
– Co o tym sądzisz? – spytała dziewczyna. – Rozbójnicy?
Profesor pokręcił głową.
– Co zrobimy?
– Obyśmy nic nie musieli robić. Przy odrobinie szczęścia to zacni ludzie, którzy przychodzą nam z pomocą. W przeciwnym razie… – Poklepał torbę. – Dotrzyj do tych ognisk i poproś o schronienie i ochronę. A potem zaprowadź Mercy do Aquesty. Unikaj regentów i spróbuj opowiedzieć imperatorce historię dziewczynki. Powiedz jej prawdę.
– Ale co, jeśli…
Jeźdźcy podjechali i zwolnili tempo.
– Co my tu mamy? – spytał jeden.
Miranda nie widziała, który się odezwał, ale domyślała się, że wysoki mężczyzna jadący na przedzie. Przyglądał się stojącym nieruchomo uciekinierom, podczas gdy oni słuchali chrapliwego sapania koni.
– Cóż za korzystny zbieg okoliczności – dodał jeździec i zsiadł z wierzchowca. – Właśnie do ciebie jechałem, starcze.
Przywódca trzymał ostrożnie rękę przy boku i poruszał się sztywno. Spoglądał na nich groźnie spod kaptura, a nos i usta miał zasłonięte szkarłatnym szalem.
– Poranny spacerek w śnieżycy? – spytał, podchodząc do profesora.
– Bynajmniej – odparł Arcadius. – Uciekamy.
– Nie wątpię. Najwidoczniej, gdybym zwlekał jeszcze choćby dzień, nie spotkałbym cię i mógłbyś się wymknąć. Twoje przyjście do pałacu było głupim błędem. Za dużo powiedziałeś. I co ci to dało? Powinieneś być mądrzejszy. Ale wraz z wiekiem przychodzi desperacja. – Spojrzał na Mercy. – To ta dziewczynka?
– Guy, Sheridan płonie – odrzekł Arcadius. – Elfy przekroczyły Nidwalden i ruszyły do ataku!
Guy! Miranda go znała, a przynajmniej jego reputację. Arcadius nauczył ją nazwisk wszystkich wartowników Kościoła. Z punktu widzenia profesora Luis Guy był najbardziej niebezpieczny. Wszystkimi wartownikami kierowała obsesja, wszystkich wybrano ze względu na ich fanatyczną ortodoksyjność, ale Guy dostał coś w spuściźnie. Jego matka, której panieńskie nazwisko brzmiało Evone, była pobożną dziewczyną. Poślubiła lorda Jarreda Sereta, bezpośredniego potomka lorda Dariusa Sereta, któremu patriarcha Venlin zlecił zadanie odnalezienia spadkobiercy starego imperium. Wśród poszukiwaczy spadkobiercy Luis Guy był największym fanatykiem.
– Nie rób ze mnie głupca. To o tej dziewczynce mówiłeś Saldurowi i Ethelredowi, prawda? To ją chciałeś przygotować jako następną imperatorkę? Czemu miałbyś to robić, starcze? Dlaczego akurat ta dziewczynka? To kolejny podstęp? A może chciałeś nam ją podrzucić? Żeby odpokutować za swój błąd? – Guy przykucnął, żeby lepiej przyjrzeć się twarzy Mercy. – Podejdź, dziecko.
– Nie! – warknęła Miranda, przyciągając Mercy do siebie.
Guy powoli wstał.
– Puść ją – rozkazał.
– Nie.
– Wartowniku Guy! – krzyknął Arcadius. – To zwykła wiejska dziewczynka. Sierota, którą przygarnąłem.
– Czyżby? – Wyjął miecz.
– Bądź rozsądny. Nie masz pojęcia, co robisz.
– Wręcz przeciwnie. Wszyscy tak się skupili na Esrahaddonie, że pozostawałeś niezauważony. Kto by pomyślał, że wskażesz drogę do spadkobiercy nie raz, ale dwa razy?
– Spadkobiercy? Spadkobiercy Novrona? Oszalałeś? Sądzisz, że dlatego rozmawiałem z regentami?
– A nie?
– Nie. – Pokręcił głową, uśmiechając się z rozbawieniem. – Przyszedłem, bo podejrzewałem, że nie pomyśleli o kwestii sukcesji, i chciałem pomóc w wyedukowaniu następnego imperialnego przywódcy.
– Ale upierałeś się przy tej dziewczynce. Tylko tej dziewczynce. Czemu miałbyś to robić, gdyby nie była prawdziwą spadkobierczynią?
– To nie ma sensu. Skąd mógłbym wiedzieć, kto jest spadkobiercą? Albo nawet czy spadkobierca żyje?
– Rzeczywiście, skąd? To był brakujący element. Właściwie to jesteś jedyną osobą, która mogłaby wiedzieć. Powiedz, Arcadiusie Latimerze, kim był twój ojciec?
– Tkaczem, ale nie rozumiem…
– A więc jak ubogi syn tkacza z małej wioski został magistrem wiedzy na uniwersytecie w Sheridanie? Wątpię, czy twój ojciec w ogóle umiał czytać, a jednak jego syn jest jednym z najznamienitszych uczonych na świecie? Jak to się stało?
– Doprawdy, Guy, nie sądziłem, że będę musiał wyjaśniać zalety ambicji i ciężkiej pracy komuś takiemu jak ty.
Wartownik uśmiechnął się szyderczo.
– Zniknąłeś na dziesięć lat, a po powrocie miałeś znacznie bogatszą wiedzę.
– Zmyślasz.
Na twarzy Guya pojawił się uśmieszek.
– Kościół nie pozwala byle komu nauczać na swoim uniwersytecie. Sądziłeś, że nie przechowują dokumentów?
– Skądże. Po prostu nie myślałem, że je zobaczysz. – Stary człowiek się uśmiechnął.
– Jestem wartownikiem, idioto! Mam dostęp do wszystkich archiwów Kościoła.
– Tak, ale nie przypuszczałem, że moje badania naukowe kogokolwiek zainteresują. Za młodu byłem buntownikiem, na dodatek przystojnym. Czy w dokumentach to odnotowano?
– Natknąłem się na informację, że znalazłeś grobowiec Yolrica. Kto to był?
– A już myślałem, że wiesz wszystko.
– Nie miałem czasu na ślęczenie w bibliotekach. Śpieszyłem się, żeby cię załapać.
– Ale dlaczego? Czemu mnie ścigasz? Czemu wyjąłeś miecz?
– Bo spadkobierczyni Novrona musi umrzeć.
– Nie jest spadkobierczynią. Czemu tak uważasz? Skąd mógłbym w ogóle wiedzieć, kim jest spadkobierca?
– Bo to jedna z tajemnic, z którymi wróciłeś. Odkryłeś, jak odszukać spadkobiercę.
– Ba! Naprawdę, Guy, masz bujną wyobraźnię.
– Natrafiłem na inne zapiski. Kościół wezwał cię na przesłuchanie. Sądzili, że może udałeś się do Percepliquis, tak jak Edmund Hall. A potem, ledwie kilka dni po tamtym spotkaniu, w Ratiborze doszło do walki. Zabito ciężarną matkę i jej męża. Zostali zidentyfikowani jako Linitha i Naron Brownowie i uśmierceni wraz z dzieckiem przez rycerzy Sereta. To ciekawe, że po stuleciach poszukiwań mój poprzednik zdołał odnaleźć spadkobiercę Novrona zaledwie kilka dni po twoim przesłuchaniu. – Guy spiorunował profesora wzrokiem. – Zawarłeś układ z Kościołem? Podałeś informacje w zamian za wolność? Na pewno powiedzieli ci, że chcą odnaleźć spadkobiercę, żeby posadzić go na królewskim tronie. Gdy odkryłeś, co naprawdę zrobili, wyobrażam sobie, że poczułeś się wykorzystany. Musiałeś mieć straszne poczucie winy.
Guy przerwał, żeby Arcadius mógł odpowiedzieć, ale profesor milczał.
– Wszyscy myśleli, że to koniec rodu, prawda? Nawet patriarcha nie miał pojęcia, że jeszcze żyje drugi spadkobierca. A potem Esrahaddon uciekł i poszedł prosto do Degana Gaunta. Tyle że Degan nie jest spadkobiercą. Ja też dałem się nabrać i długo tkwiłem w błędzie, ale wyobraź sobie wstrząs, jakiego doznałem, kiedy Gaunt nie przeszedł pomyślnie powtórnej próby krwi. To był bez wątpienia skutek tego samego eliksiru, którego Esrahaddon użył na królu Amracie i Ariście, wzbudzając podejrzenia Bragi co do Essendonów. Gdy wracam do tego pamięcią, przypuszczam, że powinniśmy się domyślić, że czarnoksiężnik starego imperium nie jest głupcem i nigdy nie doprowadzi nas do prawdziwego spadkobiercy. Ale była jeszcze jedna, prawda? I odnalazłeś ją, stosując tę samą sztuczkę co za pierwszym razem. – Spojrzał na Mercy. – Kim ona jest? Bękartem? Bratanicą? – Ruszył do Mirandy. – Oddaj ją.
– Nie! – krzyknął stary profesor.
Jeden z żołnierzy chwycił Mirandę, a drugi odciągnął od niej dziewczynkę.
– Ale lepiej się upewnić. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu. – Wykonał zwinny ruch nadgarstka i rozciął dłoń Mercy. Dziewczynka wrzasnęła, a pan Prążek syknął.
– To niepotrzebne! – powiedział Arcadius.
– Pilnujcie ich – rozkazał Guy swoim ludziom i poszedł do wierzchowca.
– Sza, bądź dzielną dziewczynką – powiedziała Miranda do Mercy.
Guy położył ostrożnie miecz na ziemi, po czym wyjął z sakwy małe skórzane etui, a z niego zestaw trzech fiolek. Odkorkował pierwszą, przechylił lekko i postukał w nią palcem, aż trochę proszku spadło na pokryty krwią czubek miecza.
– Chcę już stąd odejść – pochlipywała Mercy, podczas gdy strażnik mocno ją trzymał. – Proszę, możemy iść?
– Ciekawe – wymamrotał Guy, po czym opróżnił następną fiolkę. W tej był płyn, który zasyczał po zetknięciu się z ostrzem.
– Guy! – krzyknął do niego Arcadius.
– Bardzo ciekawe – ciągnął rycerz Sereta. Odkorkował ostatnią buteleczkę.
– Guy, nie rób tego! – ryknął stary człowiek.
Wylał jedną kroplę na końcówkę klingi.
Puk!
Rozległ się odgłos jak przy odkorkowywaniu butelki wina i pojawił się jaskrawy rozbłysk podobny do błyskawicy.
Wartownik wstał, wpatrując się w koniec swojego miecza, i wybuchnął śmiechem, który brzmiał dziwnie i upiornie, jak śpiew szaleńca.
– Wreszcie znalazłem spadkobiercę Novrona. Poszukiwania prowadzone przez moich przodków dobiegną końca za moją sprawą.
– Mirando, sama już nic nie zrobisz – szepnął Arcadius i spojrzał w stronę obozu uchodźców.
W porannym świetle Miranda zobaczyła kilka słupów dymu. Możliwa pomoc była boleśnie blisko. W odległości najwyżej kilkuset metrów.
– Poświęciłem życie naprawieniu swojego błędu. Ale teraz do ciebie należy zrobienie tego, co konieczne – wyjaśnił stary profesor.
Luis Guy chwycił dziewczynkę i posadził ją na grzbiecie swojego wierzchowca.
– Zabierzemy ją do patriarchy.
– A co z nimi, sir? – spytał jeden z zakapturzonych mężczyzn.
– Bierzcie starego. Zabijcie kobietę.
Mirandzie serce na chwilę zamarło, gdy żołnierz sięgnął po miecz.
– Czekaj! – powiedział Arcadius. – A co z rogiem? – Stary profesor cofał się, ściskając w rękach torbę. – Patriarcha będzie też chciał dostać róg, prawda?
Guy zerknął szybko na torbę Arcadiusa.
– Masz go? – spytał wartownik.
Arcadius rzucił Mirandzie rozpaczliwe spojrzenie, po czym odwrócił się i rzucił do ucieczki.
– Pilnuj dziecka – rozkazał Guy swojemu żołnierzowi.
Odwrócił się, skinął na drugiego i razem ruszyli w pogoń za Arcadiusem, który biegł szybciej, niż Miranda mogłaby sobie wyobrażać.
Obserwowała go – swojego najbliższego przyjaciela – jak pędzi drogą, którą przyszli, a za plecami powiewa mu płaszcz. Mogłaby uznać ten widok za komiczny, ale wiedziała, co Arcadius ma w torbie. Wiedziała, dlaczego ucieka, co to oznacza i co profesor chce, żeby zrobiła.
Miranda sięgnęła po ukryty pod płaszczem sztylet. Nigdy nikogo nie zabiła, ale jaki miała wybór? Człowiek stojący między nią a Mercy był żołnierzem, i to prawdopodobnie rycerzem Sereta. Odwrócił się do niej plecami, żeby lepiej chwycić konia Guya, skupiając uwagę na Mercy i syczącym szopie, który kłapnął zębami w jego stronę.
Miranda miała ledwie kilka sekund, zanim Guy i żołnierz dogonią Arcadiusa. Chciało jej się płakać, ponieważ wiedziała, co się stanie. Razem zaszli tak daleko, tak wiele poświęcili, i gdy już się wydawało, że w końcu są blisko celu… Zostaną powstrzymani w taki sposób… zamordowani na poboczu drogi… „Tragiczne” było zbyt słabym słowem na określenie tej niesprawiedliwości. Na łzy będzie czas później. Profesor liczył na nią i ona go nie zawiedzie. To jedno spojrzenie wszystko jej powiedziało. To było ostateczne ryzykowne przedsięwzięcie. Gdyby udało im się zaprowadzić Mercy do Modiny, wszystko mogłoby wrócić do porządku.
Wyjęła sztylet i popędziła naprzód. Z całych sił wbiła nóż żołnierzowi w plecy. Mężczyzna nie nosił kolczugi ani skórzanej zbroi i ostra głownia weszła głęboko, przebijając ubranie, skórę i mięśnie.
Żołnierz obrócił się na pięcie i uderzył Mirandę, trafiając ją grzbietem dłoni w policzek. Dziewczyna zachwiała się, a następnie upadła na śnieg, wciąż trzymając sztylet, którego rączka była śliska od krwi.
Mercy na koniu chwyciła się mocno siodła i wrzasnęła. Szop zaświergotał, strosząc futerko.
Miranda wstała, gdy żołnierz wyjmował miecz. Mężczyzna był poważnie ranny. Miał nogawkę przesiąkniętą krwią. Ruszył chwiejnie w stronę dziewczyny. Próbowała uciec i wyciągnęła rękę w stronę Mercy i konia, ale seret był szybszy. Miecz rycerza przebił jej bok w okolicach talii. Poczuła, jak metal wchodzi w ciało. Ból był piekący, ale po chwili ogarnął ją chłód. Kolana się pod nią ugięły. Zdołała przytrzymać się siodła, gdy koń, przestraszony gwałtownymi ruchami i krzykami Mercy, ruszył szybko, ciągnąc Mirandę za sobą.
Żołnierz, który pozostał za nimi, upadł na kolana, a z jego ust pociekła krew.
Miranda usiłowała się podciągnąć, ale nie mogła sobie pomóc nogami, ponieważ były bezwładne. Czuła, jak traci siłę w ramionach.
– Chwyć wodze, Mercy, i trzymaj się mocno.
Guy i żołnierz dogonili Arcadiusa. Wartownik, słysząc wrzaski dziewczynki, zatrzymał się, ale jego towarzysz przewrócił starego profesora na śnieg.
– Mercy, musisz jechać dalej – powiedziała Miranda. – Dotrzyj do ognisk i poproś o pomoc. Jedź.
Ostatkiem sił uderzyła konia w bok. Zwierzę skoczyło naprzód. Siodło wyślizgnęło się z rąk Mirandy i dziewczyna znów upadła na śnieg. Leżąc na plecach, słuchała tętentu kopyt, gdy koń szybko się oddalał.
– Wstawaj! – usłyszała krzyk Guya, ale było za późno.
Arcadius otworzył torbę.
Nawet w odległości kilkuset metrów Miranda poczuła, jak ziemia zatrzęsła się wskutek wybuchu. Chwilę później podmuch powietrza rzucił jej szczypiący śnieg w twarz, gdy w stronę porannego nieba uniosła się biała chmura. Arcadius i walczący z nim mężczyzna zginęli na miejscu. Guy zwalił się z nóg. Pozostałe konie się rozpierzchły.
Gdy śnieżna chmura opadła, Miranda spojrzała na niebo wstającego świtu. Już nie czuła zimna. Wraz z narastającym odrętwieniem w rękach i nogach słabł ból w boku. Poczuła wietrzyk na policzku i dostrzegła, że jej nogi i talia są mokre, a suknia przesiąknięta. Poczuła smak żelaza na języku. Miała kłopoty z oddychaniem – jakby się topiła.
Guy żył. Usłyszała, jak wartownik przeklina starego profesora i woła do koni jak do nieposłusznych psów. Dobiegły do niej odgłosy skrzypienia śniegu, tarcia skórzanej zbroi, a potem szybko oddalającego się tętentu kopyt.
Była sama w ciszy zimnego zimowego poranka.
Panował spokój.
– Dobry Mariborze, usłysz mnie – modliła się do rozjaśniającego się nieba. – Ojcze Novrona, stworzycielu ludzi. – Wzięła ostatni oddech i powiedziała: – Zaopiekuj się swoją jedyną córką.
***
Alenda Lanaklin wyszła z namiotu na rześkie poranne powietrze. Nosiła swoją najgrubszą wełnianą suknię i dwie warstwy futra, ale i tak się trzęsła. Słońce dopiero co wstawało – zimna mleczna mgiełka w zupie ciężkiego zimowego powietrza. Zachmurzenie utrzymywało się od ponad tygodnia i Alenda zastanawiała się, czy jeszcze kiedyś znów zobaczy jasną tarczę słońca.
Stała na udeptanym śniegu i patrzyła na kilkadziesiąt namiotów rozbitych w sosnowym lesie. Z ognisk w poczerniałych dołach unosiły się wstęgi szarego dymu, który zabierał ze sobą wiatr. Pomiędzy nimi chodzili ludzie, ale trudno byłoby odróżnić mężczyzn od kobiet, ponieważ wszyscy włożyli kaptury i się opatulili. W tym przypadku jednak nie stanowiło to problemu – były tam prawie same kobiety. Oprócz nich w obozie przebywały dzieci i osoby w podeszłym wieku. Ludzie chodzili ze spuszczonymi głowami, ostrożnie stawiając kroki na ubitym śniegu.
W świetle wszystko wydawało się inne – ciche, spokojne. Poprzednia noc była koszmarna – pożar, krzyki i ucieczka drogą Westfield. Zatrzymali się jedynie na krótko, by policzyć obecnych. Alenda była taka zmęczona, że nie pamiętała rozbijania obozu.
– Dzień dobry, pani – przywitała ją Emilia spod koca, który narzuciła na płaszcz. Tym słowom brakowało typowej dla niej wesołości. Rano służąca Alendy zawsze była ożywiona i radosna. Teraz stała z posępną miną, zaczerwienione ręce jej drżały, a żuchwa trzęsła się z zimna.
– Naprawdę, Emmy? – Alenda się rozejrzała. – Skąd możesz wiedzieć?
– Poszukajmy dla ciebie śniadania. Po czymś ciepłym poczujesz się lepiej.
– Mój ojciec i bracia nie żyją – odparła Alenda. – Zbliża się koniec świata. Śniadanie coś tu pomoże?
– Nie wiem, pani, ale musimy spróbować. Tego chciał twój ojciec. To znaczy, żebyś przeżyła. Dlatego tam pozostał, prawda?
Z północy dobiegł huk podobny do grzmotu. Ludzie obrócili głowy, żeby spojrzeć w dal ponad ośnieżonymi polami. Na wszystkich twarzach odmalował się wyraz przerażenia, że oto właśnie w końcu nadchodzi kres.
Alenda, dotarłszy na środek obozu, zastała tam Belindę Pickering, jej córkę Lenare, starego Juliana – lorda szambelana Melengaru, i lorda Valina – jedynego obrońcę grupy. Starszawy rycerz przeprowadził ich przez chaos poprzedniej nocy. Jako ostatni, którzy pozostali w Melengarze, tworzyli szczątkowy dwór królewski. Król Alric był w Aqueście, udzielając pomocy w krótkiej wojnie domowej i ratując siostrę Aristę przed straceniem. Właśnie do niego teraz uciekali.
– Nie mamy pomysłu, ale głupotą jest dłużej tu pozostawać – orzekł lord Valin.
– Tak, zgadzam się – odparła Belinda.
Lord Valin odwrócił się do młodego chłopca.
– Rozgłoś, żeby budzić wszystkich. Natychmiast zwijamy obóz.
– Emmy – powiedziała Alenda, odwracając się do służącej. – Spakuj szybko nasze rzeczy.
– Oczywiście, milady. – Emily dygnęła i poszła do ich namiotu.
– Co to był za odgłos? – spytała Alenda Lenare, która jedynie wzruszyła ramionami, z wyrazem przestrachu na twarzy.
Lenare Pickering jak zawsze wyglądała uroczo. Pomimo okropieństw, ucieczki i prymitywnych obozowych warunków promieniała. Nawet zaniedbana w pospiesznie narzuconym na ramiona płaszczu, z włosami wylewającymi się spod kaptura, wciąż była oszałamiająco piękna, tak jak śpiące niemowlę jest zawsze najśliczniejsze. Odziedziczyła to po matce. W rodzie Pickeringów mężczyźni znani byli z umiejętności szermierczych, kobiety zaś zwracały uwagę swą urodą. Matka Lenare, Belinda, wręcz z niej słynęła.
Wszystko to należało już do przeszłości. Rzeczy, które zaledwie dzień wcześniej były pewne, teraz pozostawały utracone za przepaścią zbyt szeroką, by móc dostrzec coś po drugiej stronie, choć niekiedy wydawało się, że Lenare próbuje. Alenda często widziała, jak córka Pickeringów wpatruje się w horyzont na północy, z wyrazem twarzy oscylującym między desperacją a żalem, szukając duchów.
Lenare wciąż trzymała w rękach legendarny miecz ojca. Gdy hrabia go jej wręczał, poprosił, żeby dostarczyła go bezpiecznie bratu, Mauvinowi. Następnie pocałował po kolei wszystkich członków rodziny i wrócił do szeregu, w którym ojciec i bracia Alendy czekali wraz z resztą armii. Od tamtej pory Lenare nie rozstawała się z rapierem. Owinęła go w ciemny wełniany koc i obwiązała wstążką. W trakcie koszmarnej ucieczki przyciskała długi pakunek do piersi, czasami używając go do wycierania łez.
– Jeśli się dziś sprężymy, może dotrzemy do Colnory przed zachodem słońca – powiedział im lord Valin. – Przy założeniu, że pogoda się poprawi. – Stary rycerz spojrzał groźnie na niebo, jakby tylko ono było ich wrogiem.
– Lordzie Julianie – powiedziała Belinda. – Insygnia… berło i pieczęć…
– Są bezpieczne, pani – odparł bardzo stary szambelan. – Schowane na wozie. Poza samą ziemią królestwo pozostaje w nienaruszonym stanie. – Starzec spojrzał w kierunku, z którego dobiegł dziwny dźwięk, w stronę brzegów rzeki Galewyr i mostu, który przekroczyli poprzedniej nocy.
– Pomogą nam w Colnorze? – spytała Belinda. – Mamy niewiele jedzenia.
– Jeśli dotarła do nich wiadomość o udziale króla Alrica w uwolnieniu imperatorki, powinni być do nas życzliwie nastawieni – stwierdził lord Valin. – A nawet jeśli nie dotarła, Colnora jest kupieckim miastem, a kupcom służy zysk, nie rycerskość.
– Mam trochę biżuterii – poinformowała go Belinda. – W razie potrzeby możesz ją sprzedać za… – Hrabina urwała, gdy dostrzegła, że Julian wciąż patrzy na most.
Niebawem pozostali unieśli głowy, a na koniec Alenda spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła zbliżającego się jeźdźca.
– Czy to… ? – zaczęła Lenare.
– To dziecko – orzekła Belinda.
Alenda szybko zobaczyła, że matka Lenare ma rację.
W ich kierunku pędziła dziewczynka, która trzymała się kurczowo grzbietu spoconego konia. Kaptur zsunął jej się z głowy, odsłaniając długie czarne włosy i różowe policzki. Miała około sześciu lat i tak jak ona trzymała się mocno konia, tak do niej przywarł szop pracz. Samotni na drodze, stanowili dziwną parę, ale Alenda przypomniała sobie, że już nic nie jest normalne. Widok jadącego na kurczaku niedźwiedzia w czapce z piórem też mógłby teraz uchodzić za normalny.
Koń wjechał do obozu i lord Valin chwycił za wędzidło, zatrzymując zwierzę wraz z jeźdźcem.
– Nic ci nie jest, skarbie? – spytała Belinda.
– Na siodle jest krew – zauważył lord Valin.
– Jesteś ranna? – spytała hrabina dziecko. – Gdzie są twoi rodzice?
Dziewczynka zadrżała i zamrugała, ale nie odpowiedziała. Wciąż ściskała w piąstkach wodze.
– Jest zimna jak lód – powiedziała Belinda, dotykając policzka dziecka. – Pomóżcie mi ją zsadzić.
– Jak masz na imię? – spytała Alenda.
Dziewczynka nadal milczała. Gdy odebrano jej konia, przytuliła szopa.
– Kolejny jeździec – oznajmił lord Valin.
Alenda podniosła głowę i zobaczyła mężczyznę przejeżdżającego przez most i pędzącego w ich stronę.
Przybysz wpadł do obozu i zrzucił kaptur, ukazując długie czarne włosy, bladą skórę i przenikliwe oczy, wąsik i krótką bródkę przystrzyżoną w szpic. Zmierzył ich piorunującym wzrokiem, aż dostrzegł dziewczynkę.
– Ona! – powiedział, wskazując palcem. – Natychmiast mi ją oddajcie.
Dziecko wykrzyknęło przestraszone, kręcąc głową.
– Nie! – krzyknęła Belinda i pchnęła dziewczynkę w ręce Alendy.
– Pani – powiedział lord Valin. – Jeśli dziecko jest jego…
– To dziecko nie należy do niego – oświadczyła hrabina nienawistnym tonem.
– Jestem wartownikiem Nyphrona! – krzyknął mężczyzna, żeby wszyscy go usłyszeli. – Żądam tego dziecka w imię Kościoła. Macie w tej chwili mi ją oddać. Kto się sprzeciwi, zginie.
– Doskonale wiem, kim jesteś, Luisie Guy – powiedziała kipiąca gniewem Belinda. – Nie dopuszczę, żebyś zamordował więcej dzieci.
Wartownik spojrzał na nią.
– Hrabina Pickering? – Zlustrował wzrokiem obóz z większym zainteresowaniem. – Gdzie twój mąż? Gdzie twój syn-uciekinier?
– Nie jestem uciekinierem – odezwał się Denek, występując krok naprzód. Najmłodszy syn Belindy niedawno ukończył trzynaście lat i urósł oraz wyszczuplał. Upodabniał się do swoich starszych braci.
– Chodzi mu o Mauvina – wyjaśniła Belinda. – Ten człowiek zamordował Fanena.
– Pytam jeszcze raz – naciskał Guy. – Gdzie twój mąż?
– Nie żyje, a Mauvin jest poza twoim zasięgiem.
Wartownik rozejrzał się po tłumie, a potem spojrzał na lorda Valina.
– I zostawił ci lichą ochronę. Oddaj dziecko.
– Nie – sprzeciwiła się Belinda.
Guy zsiadł z konia i podszedł do lorda Valina.
– Oddaj dziecko albo odbiorę je siłą.
Stary rycerz spojrzał na Belindę. Na twarzy kobiety wciąż malował się wyraz nienawiści.
– Moja pani nie życzy sobie tego i będę bronił jej decyzji. – Starzec wyjął miecz. – Odejdź stąd.
Alenda podskoczyła, słysząc zgrzyt stali, gdy Guy dobył miecza i zrobił wypad. Po ułamku sekundy lord Valin trzymał się za krwawiący bok i drżała mu ręka, w której trzymał miecz. Wartownik, kręcąc głową, odbił klingę starca na bok i przebił mu szyję.
Guy ruszył w stronę dziewczynki, a w jego oczach płonął przerażający gniew. Zanim jednak do niej dotarł, na drodze stanęła mu Belinda.
– Nie mam w zwyczaju zabijać kobiet – powiedział do niej wartownik. – Ale przed tą zdobyczą nic mnie nie powstrzyma.
– Po co ci ona?
– Sama powiedziałaś: żeby ją zabić. Zabiorę ją do patriarchy, a potem będzie musiała zginąć, z mojej ręki.
– Przenigdy.
– Nie możesz mnie powstrzymać. Rozejrzyj się. Masz wokół siebie tylko kobiety i dzieci. Nikt nie może zawalczyć za ciebie. Oddaj mi dziecko!
– Mamo? – powiedziała cicho Lenare. – On ma rację. Nie ma nikogo innego. Proszę.
– Mamo, pozwól mi – prosił Denek.
– Nie. Jesteś za młody. Twoja siostra ma rację. Nie ma nikogo innego. – Hrabina skinęła głową w stronę córki.
– Miło mi widzieć kogoś, kto… – Przerwał, gdy wystąpiła Lenare.
Zsunęła płaszcz z ramion i rozwiązała tobołek, odsłaniając miecz swojego ojca. Wyjęła rapier i wysunęła go przed siebie. Gdy mgliste zimowe światło padło na klingę, odbił się od niej jaskrawy promień.
Zdziwiony Guy patrzył przez chwilę na dziewczynę.
– Co to ma być?
– Zabiłeś mojego brata – powiedziała Lenare.
Guy spojrzał na Belindę.
– To jakiś żart.
– Tylko ten jeden raz, Lenare – powiedziała Belinda do córki.
– Pozwolisz, żeby twoja córka zginęła za to dziecko? Jeśli będę musiał zabić wszystkie wasze dzieci, zrobię to.
Alenda patrzyła z przerażeniem, jak wszyscy się cofają, tworząc krąg wokół wartownika Guya i Lenare. Porywisty wiatr szarpnął brezentowymi ścianami namiotów i odrzucił złote włosy Lenare do tyłu. Stojąca samotnie na śniegu dziewczyna, ubrana w białe podróżne rzeczy i trzymająca w ręku rapier, przypominała mityczne stworzenie, królową wróżek lub boginię – piękną i elegancką.
Luis Guy zmarszczył brwi i zrobił wypad. Gdy Lenare z zaskakującą szybkością i gracją odparowała atak, rapier jej ojca zadźwięczał melodyjnie.
– Już władałaś mieczem – stwierdził zaskoczony Guy.
– Pochodzę z rodu Pickeringów.
Zamachnął się na nią. Zablokowała cios. Zamierzył się, ale odparowała uderzenie, a następnie rozcięła Guyowi policzek.
– Lenare – powiedziała jej matka surowym tonem. – Nie baw się w gry.
Guy przystanął, przykładając dłoń do krwawiącej twarzy.
– On zabił Fanena, mamo – powiedziała dziewczyna oziębłym tonem. – Powinien cierpieć. Powinien zostać ukarany dla przykładu.
– Nie – sprzeciwiła się Belinda. – My tak nie postępujemy. Twój ojciec by tego nie pochwalał. Wiesz o tym. Po prostu zakończ sprawę.
– Co to ma znaczyć? – dopytywał się Guy, ale w jego głosie słychać było nutę wahania. – Jesteś kobietą.
– Powiedziałam ci: pochodzę z rodu Pickeringów, a ty zabiłeś mojego brata.
Guy zaczął unosić miecz.
Lenare zrobiła krok do przodu i wykonała pchnięcie. Cienki rapier przebił serce wartownika i został wyjęty z jego ciała, zanim rycerz dokończył swój cios.
Luis Guy padł martwy, twarzą na przesiąknięty krwią śnieg.
Rozdział 2
Koszmary
Arista obudziła się z krzykiem. Drżała na całym ciele i ssało ją w żołądku – pozostałość po śnie, którego nie mogła sobie przypomnieć. Usiadła i przyłożyła rękę do piersi, czując łomot serca. Waliło jej tak mocno, tak szybko, jakby chciało wydostać się z klatki piersiowej. Usiłowała sobie przypomnieć, ale w pamięci wracały jedynie krótkie urywki, maleńkie strzępy, chaotyczne i niezwiązane ze sobą. Jednym stałym elementem był Esrahaddon, którego głos dochodził z takiej odległości i był taki słaby, że nie słyszała, co mówi.
Cienka płócienna koszula nocna przywarła jej do ciała przesiąknięta potem. Prześcieradło, zsunięte z materaca, spadło na podłogę. Kołdra z wyhaftowanymi wiosennymi kwiatami leżała skotłowana prawie na drugim końcu pokoju. Szata Esrahaddona była jednak porządnie złożona obok Aristy i emitowała słaby niebieski blask. Mogło się wydawać, że służąca przygotowała ją dla księżniczki do włożenia rano. Arista dotknęła szaty.
Jakim cudem znalazła się na łóżku? Spojrzała na szafę. Drzwi były otwarte, a Arista pamiętała, że je wcześniej zamykała. Po jej ciele przebiegł dreszcz. Była sama.
Usłyszała ciche pukanie do drzwi i się przestraszyła.
– Aristo? – rozległ się głos Alrica.
Zarzuciła szatę na ramiona. Od razu zrobiło jej się cieplej i poczuła się bezpieczniej.
– Wejdź! – zawołała.
Brat otworzył drzwi i zajrzał do środka, trzymając świeczkę nieznacznie nad głową. Miał na sobie bordową szatę przepasaną grubą szarfą. U jego boku wisiał miecz Essendonów. Broń była olbrzymia i gdy Alric wszedł, jedną ręką naciskał na rękojeść, żeby sztych nie przesuwał się po podłodze. Widok ten przypomniał Ariście noc, kiedy ich ojciec został zamordowany – noc, kiedy Alric został królem.
– Usłyszałem krzyk. Dobrze się czujesz? – spytał, lustrując wzrokiem pokój i zatrzymując spojrzenie na jarzącej się szacie.
– Nic mi nie jest. To był tylko koszmar.
– Kolejny? – Westchnął. – Wiesz, może by pomogło, gdybyś nie spała w tym czymś. – Wskazał na szatę. – Spanie w rzeczach nieboszczyka… przyprawia o gęsią skórkę, a właściwie jest nienormalne. Nie zapominaj, że był czarnoksiężnikiem. Ta rzecz może być… Cóż, nie będę owijał w bawełnę: ona jest zaczarowana. Jestem pewny, że to przez nią masz te koszmary. Chcesz porozmawiać o śnie?
– Niewiele pamiętam. Podobnie jak z pozostałych, ja tylko… Sama nie wiem. Trudno to opisać. Mam przemożne poczucie naglącej potrzeby. Czuję, że muszę coś odnaleźć, bo w przeciwnym razie zginę. Zawsze budzę się przerażona, jakbym schodziła z urwiska w przepaść i tego nie widziała.
– Przynieść ci coś? – spytał. – Wody? Herbaty? Zupy?
– Zupy? Skąd weźmiesz zupę w środku nocy?
Wzruszył ramionami.
– Po prostu pomyślałem, że zapytam. Nie musisz mnie za to bić. Słyszę twój krzyk, wyskakuję z łóżka i biegnę do twoich drzwi, oferuję ci usługi służącego i dostaję takie podziękowania?
– Przepraszam. – Zmarszczyła figlarnie czoło, ale przeprosiny były szczere. Jego obecność odpędzała cienie i odrywała jej myśli od szafy. Poklepała łóżko. – Usiądź.
Alric zawahał się, po czym postawił świeczkę na stoliku nocnym i usiadł obok siostry.
– Co się stało z prześcieradłem i kołdrą? Wyglądają, jakbyś się z nimi mocowała.
– Może tak było. Nie pamiętam.
– Strasznie wyglądasz – stwierdził.
– Dzięki.
Westchnął.
– Przepraszam. Ale wciąż jesteś moim małym braciszkiem i trudno mi przywyknąć do tej nowej u ciebie opiekuńczości. Pamiętasz, jak spadłam z Tamaryszka i złamałam kostkę? Bolało tak bardzo, że do oczu napłynęły mi łzy. Kiedy poprosiłam cię o pomoc, ty tylko tam stałeś, śmiałeś się i wskazywałeś mnie palcem.
– Miałem dwanaście lat.
– Byłeś bachorem.
Spojrzał na nią, marszcząc brwi.
– Ale już nie jesteś. – Wzięła jego rękę i objęła ją swoimi dłońmi. – Dziękuję, że przyszedłeś. Nawet wziąłeś ze sobą miecz.
Alric spojrzał w dół.
– Nie wiedziałem, jaka bestia czy łajdak mogą atakować księżniczkę. Musiałem przyjść przygotowany do walki.
– Umiesz w ogóle dobywać miecza?
Znów spojrzał na nią z marsową miną.
– Przestań, dobrze? Mówią, że w bitwie o Medford walczyłem po mistrzowsku.
– Po mistrzowsku?
Usiłował powstrzymać się od uśmiechu.
– Tak, niektórzy mogliby nawet powiedzieć, że bohatersko. Prawdę mówiąc, niektórzy rzeczywiście tak powiedzieli.
– Za wiele razy oglądałeś tę głupią sztukę.
– To teatr na dobrym poziomie, a ja lubię wspierać ogólnie pojętą sztukę.
– Sztukę. – Przewróciła oczami. – Lubisz ten spektakl, bo wszystkie dziewczyny mdleją na nim z zachwytu, i uwielbiasz być w centrum zainteresowania.
– Cóż… – Wzruszył ramionami z poczuciem winy.
– Nie zaprzeczaj! Widziałam, jak tłumnie krążyły wokół ciebie niczym sępy, a ty się szczerzyłeś i paradowałeś niczym wspaniały okaz byczka na targu. Zrobiłeś listę? Julian przysyła ci je do komnat według koloru włosów, wzrostu czy zwyczajnie w porządku alfabetycznym?
– To nie tak.
– Wiesz, musisz się ożenić. Im szybciej, tym lepiej. Musisz zadbać o ród. Królowie bez potomków przyczyniają się do wojen domowych.
– Mówisz jak ojciec. Broń Mariborze, żebym miał jakąś przyjemność w życiu. Muszę być królem – nie każ mi być także mężem i ojcem. Równie dobrze mogłabyś zamknąć mnie pod kluczem i mieć sprawę z głowy. Zresztą mam sporo czasu. Jestem jeszcze młody. Mówisz, jakbym stał już nad grobem. A ty? Niedługo będziesz starą panną. Nie powinniśmy szukać odpowiednich szlachciców? Pamiętasz, kiedy myślałaś, że zaaranżowałem twoje małżeństwo z księciem Rudolfem i… Aristo? Dobrze się czujesz?
Odwróciła się, wycierając oczy.
– Nic mi nie jest.
– Przepraszam.
Poczuła jego rękę na ramieniu.
– Nic nie szkodzi – odparła i odchrząknęła.
– Wiesz, że ja bym nigdy…
– Wiem. Wszystko w porządku, naprawdę. – Pociągnęła nosem i go wytarła. Przez kilka minut siedzieli w milczeniu, po czym Arista powiedziała: – Wiesz, poślubiłabym Hilfreda. Nie obchodzi mnie, co ty lub rada byście powiedzieli.
Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie.
– Od kiedy zależało ci na… Hilfredzie? – Uśmiechnął się z wyższością i pokręcił głową.
Spiorunowała go wzrokiem.
– To nie to, co myślisz – powiedział.
– A co? – spytała oskarżycielskim tonem. Przyszło jej do głowy, że powrócił chłopiec, który naśmiewał się z niej, gdy spadła z konia.
– Bez obrazy dla Hilfreda. Lubiłem go. Był dobrym człowiekiem i bardzo cię kochał.
– Ale nie był szlachcicem – przerwała mu. – Cóż, posłuchaj…
– Czekaj. – Uniósł rękę. – Pozwól mi dokończyć. Nie obchodzi mnie, czy był szlachcicem, czy nie. Prawda jest taka, że był szlachetniejszy od wszystkich ludzi, którzy przychodzą mi na myśl, z wyjątkiem może tego Brecktona. To, jak codziennie stał u twego boku i nic nie mówił – to był przejaw prawdziwej rycerskości. Nie był rycerzem, ale nie widziałem nigdy nikogo, kto bardziej by na ten tytuł zasługiwał. Nie chodzi o to, że nie był szlachetnie urodzony, ani o to, że nie był wspaniałym człowiekiem. Bardzo bym chciał go mieć za szwagra.
– A więc o co chodzi? – spytała, tym razem skonfundowana.
Alric spojrzał na nią z takim samym wyrazem w oczach, jaki widziała u niego, gdy znalazł ją w ciemności imperialnego więzienia.
– Nie kochałaś go – stwierdził po prostu.
Te słowa nią wstrząsnęły. Nic nie powiedziała. Nie mogła nic powiedzieć.
– Nie sądzę, by ktoś w zamku Essendonów nie wiedział, co Hilfred czuje. A czemu ty nie wiedziałaś? – spytał.
Nie mogła się powstrzymać. Zaczęła płakać.
– Aristo, przepraszam. Ja tylko…
Pokręciła głową, usiłując zaczerpnąć dość powietrza, by móc odpowiedzieć.
– Nie… Masz rację… Masz rację. – Nie potrafiła opanować drżenia warg. – Ale i tak bym go poślubiła. Uszczęśliwiłabym go.
Alric wyciągnął ręce i przytulił siostrę. Schowała twarz w grubych fałdach jego szaty i uścisnęła. Przez długi czas nic nie mówili, po czym Arista wyprostowała się i wytarła twarz.
Wzięła głębszy oddech i spytała:
– Kiedy stałeś się taki romantyczny? Od kiedy miłość ma coś wspólnego z małżeństwem? Nie kochasz żadnej z dziewczyn, z którymi spędzasz czas.
– Dlatego nie jestem żonaty.
– Naprawdę?
– Zdziwiona? Chyba po prostu pamiętam mamę i tatę, wiesz?
Arista spojrzała na niego zmrużonymi oczami.
– Poślubił ją dlatego, że była bratanicą Ethelreda, a on potrzebował wsparcia królestwa Warric, żeby prowadzić wojnę handlową z Chadwick i Glouston.
– Może na początku, ale później się pokochali. Ojciec mi mówił, że każde miejsce, w którym był z mamą, uważał za dom. Zapamiętałem to na zawsze. Nie poznałem jeszcze nikogo, przy kim czułbym się podobnie. A ty?
Zawahała się. Przez chwilę rozważała, czy powiedzieć mu prawdę, po czym pokręciła głową.
Znów siedzieli w milczeniu. W końcu Alric wstał.
– Na pewno nie chcesz, żebym coś ci przyniósł?
– Nie, ale dziękuję. Twoja troska wiele dla mnie znaczy.
Ruszył do wyjścia. Gdy był przy drzwiach, Arista się odezwała:
– Alricu?
– Hm?
– Pamiętasz, jak ty i Mauvin planowaliście wyruszyć do Percepliquis?
– O tak. Wierz mi, ostatnio często o tym myślę. Wiele bym dał, żeby móc…
– Wiesz, gdzie to jest?
– Percepliquis? Nie. Nikt nie wie. Mauvin i ja po prostu mieliśmy nadzieję, że natkniemy się na nie. Typowe dziecięce marzenie, jak zabicie smoka czy wygranie turnieju podczas zimonaliów. Choć na pewno zobaczenie miasta byłoby frajdą. Zamiast tego muszę wracać do domu i szukać panny młodej. Będzie mnie zmuszała, żebym wkładał trzewiki do kolacji; wiem, że tak będzie.
Wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi i pozostawiając siostrę skąpaną w niebieskim blasku roztaczanym przez szatę. Arista położyła się z otwartymi oczami i przyglądała się kamieniowi i zaprawie nad łóżkiem. Widziała pozostawione przez murarza ślady kielni, które zastygły w czasie. Światło szaty zmieniało się wraz z jej oddechami, stwarzając złudzenie ruchu i wywołując u niej poczucie przebywania pod wodą, jakby sufit stanowił oświetloną powierzchnię zimowego stawu. Miała wrażenie, że się topi, uwięziona pod grubą taflą lodu.
Przymknęła oczy. Nic to nie pomogło.
Zupa, pomyślała. Ciepła, smaczna, pokrzepiająca zupa. Może nie był to wcale taki zły pomysł. Może ktoś będzie w kuchni. Nie miała pojęcia, która jest godzina. Panowała ciemność, ale była przecież zima. Mimo wszystko musiało być wcześnie, ponieważ za drzwiami nie słyszała krzątaniny służących. Nie miało to znaczenia. Wiedziała, że nie zaśnie ponownie, więc równie dobrze mogła wstać. Jeśli wszyscy spali, może sama sobie poradzi.
Pomysł zrobienia czegoś dla siebie, czegoś pożytecznego, dodał jej energii. Była wręcz podekscytowana, gdy postawiła stopy na zimnym kamieniu i rozejrzała się za pantoflami. Szata jarzyła się jaśniej, jakby wyczuwała jej potrzebę. Kiedy Arista wyszła na ciemny korytarz, materiał dalej świecił się jasno. Dopiero gdy zeszła po schodach i znalazła się w blasku pochodni, szata pociemniała, aż odbijała tylko światło kominka.
Ku swemu rozczarowaniu zastała tam już kilkoro ludzi przy pracy. Cora, przysadzista dojarka z krzaczastymi brwiami i różowymi policzkami, ubijała masło przy drzwiach. Opuszczała i unosiła bijak w równomiernym rytmie, zmieniając za każdym razem rękę. Z ciemnego dziedzińca wszedł do środka młody chłopak, Nipper, z naręczem drewna. Miał ramiona przyprószone śniegiem. Tupnął kilka razy i potrząsnął głową jak pies, rozsypując na boki biały puch, a Cora zaklęła. Leif i Ibis rozpalali w piecach, narzekając na wilgotną podpałkę. Lila stała na drabinie jak artystka cyrkowa, zdejmując z najwyższej półki ułożone w stos półmiski. Edith Mon zawsze nalegała, żeby odkurzać je na początku każdego miesiąca. Choć samej herod-baby już nie było, pozostały zwyczaje po jej tyranii.
Arista wcześniej nie mogła się doczekać, kiedy zacznie buszować po ciemnej kuchni, szukając jedzenia jak myszka. Teraz zobaczyła, że nic nie wyjdzie z jej przygody, i zastanawiała się, czy nie wrócić na górę, żeby uniknąć niezręcznego spotkania. Znała wszystkich pracujących w kuchni służących z okresu, kiedy udawała pokojówkę Ellę. Mogła być księżniczką, ale była też kłamczynią, szpiegiem i, oczywiście, wiedźmą.
Nienawidzą mnie? Boją się mnie?
Kiedyś nie zaprzątała sobie głowy służącymi, prawie w ogóle ich nie zauważała. Teraz, gdy stała u dołu schodów i obserwowała, jak kręcą się po chłodnawej kuchni, nie potrafiła osądzić, czy zyskała mądrość, czy utraciła niewinność.
Zaczęła się odwracać, licząc, że wróci niepostrzeżenie do swojej komnaty, w której czuła się bezpiecznie, gdy nagle dostrzegła mnicha. Siedział przy zlewach, gdzie kamienna podłoga była mokra z powodu nieszczelnego korka. Opierał się plecami o beczkę ługu. Był mały i chudy. Nosił tradycyjny rudobrunatny habit zakonu mnichów Maribora. Uśmiechał się szeroko, zachwycony głaskaniem kudłatych boków Reda, wielkiego elkhunda, który przed nim siedział. Pies był stałym bywalcem kuchni, gdzie regularnie pożerał resztki jedzenia. Miał przymknięte oczy, wywieszony język, z którego kapała ślina, i kołysał się, gdy mnich go drapał.
Odkąd przybył do zamku, Arista rzadko widywała Myrona. Tyle się wydarzyło od tamtej pory, że zapomniała o jego obecności.
Ruszyła naprzód, wygładzając suknię i poprawiając kołnierz. Ludzie unieśli głowy. Pierwsza zauważyła ją Cora. Zwolniła tempo ubijania masła. Śledziła z zainteresowaniem ruchy Aristy. Nipper, który po odłożeniu drewna stał i strzepywał śnieg z ubrania, znieruchomiał.
– Ella… aa, wybacz mi, Wasza Wysokość. – Pierwszy odezwał się Ibis Thinly.
– Właściwie to wolałabym Aristę – odparła. – Nie mogłam spać. Liczyłam, że może dostanę trochę zupy?
Ibis uśmiechnął się porozumiewawczo.
– W wieżach potrafi zrobić się zimno, prawda? Tak się składa, że zostawiłem wczorajszy gulasz z sarniny i zamroziłem go w śniegu. Jeśli masz ochotę, to każę Nipperowi go przynieść. Mogę go w mig podgrzać, przyjemnie cię rozgrzeje. Może do tego trochę gorącego cydru z cynamonem? Mam jeszcze odrobinę, która nie całkiem skwaśniała. Będzie trochę cierpki, ale mimo to smakuje dobrze.
– Tak, dziękuję. Byłoby cudownie.
– Wyślę kogoś, żeby zaniósł do twoich komnat. Mieszkasz na trzecim piętrze, tak?
– Ach nie. Właściwie to myślałam, żeby zjeść tutaj. Jeśli to nie kłopot?
Ibis zachichotał.
– Oczywiście, że nie. Ludzie ostatnio często tak robią i jestem pewny, że możesz jeść, gdzie ci się podoba, z wyjątkiem może sypialni imperatorki, rzecz jasna. Krążą pogłoski, że już tam jadłaś. – Zachichotał.
– Pomyślałam tylko… – zobaczyła, że wszyscy patrzą i słuchają – …że mogę nie być mile widziana po tym, jak… was okłamałam.
Kucharz zbył to parsknięciem.
– Zapominasz, że pracowaliśmy dla Saldura i Ethelreda. Oni tylko kłamali, a na pewno nie szorowali podłóg ani nie opróżniali nocników. Usiądź przy stole, Wasza Wysokość. Przygotuję ci ten gulasz. Nipper, weź garnek i przynieś mi też dzbanek jabłecznika!
Arista zajęła wskazane miejsce i, czy pozostali podzielali zdanie Ibisa, czy nie, nikt się nie odezwał. Wrócili do pracy i tylko sporadycznie zerkali na księżniczkę. Lila nawet odważyła się na nieznaczny uśmiech i pomachała lekko ręką w geście powitania, zanim wróciła do zmagań z półmiskami.
– Jesteś Myron Lanaklin, prawda? – spytała Arista, odwracając się na taborecie przodem do mnicha i psa.
Uniósł głowę, zdziwiony.
– Tak.
– Miło mi cię poznać. Jestem Arista. Przypuszczam, że znasz mojego brata, Alrica?
– Oczywiście! Co u niego?
– Wszystko dobrze. Nie widziałeś się z nim? Jest na górze.
Zakonnik pokręcił głową.
Gdy Red poczuł, że już nikt go nie drapie, otworzył oczy i spojrzał na Myrona wyraźnie niezadowolony.
– Cudowny, prawda? – zachwycał się mnich. – Nigdy nie widziałem takiego dużego psa. Z początku nie wiedziałem, co to jest. Myślałem, że może kudłata odmiana jelenia, którego ulokowali w kuchni, podobnie jak my trzymaliśmy świnie i kurczaki w opactwie. Bardzo się ucieszyłem, kiedy odkryłem, że nie jest przeznaczony na przyszły posiłek. Wabi się Red. To elkhund. Sądzę jednak, że dni polowania na wilki i dziki ma już za sobą. Wiedziałaś, że te psy w czasie wojny potrafią ściągać rycerzy z koni? Zabijają ofiary, przegryzając im karki i miażdżąc kręgosłup, ale w rzeczywistości nie są wcale złe. Przychodzę tu codziennie, żeby się z nim zobaczyć.
– Zawsze wstajesz tak wcześnie?
– To wcale nie jest wcześnie. W opactwie uznano by to za lenistwo.
– Zatem pewnie chodzisz wcześnie spać.
– Prawdę mówiąc, niewiele sypiam – odparł i zaczął ponownie głaskać psa.
– Ja też – przyznała się księżniczka. – Mam koszmary.
Myron spojrzał na nią ze zdziwieniem. Znów przestał pieścić Reda, który zaprotestował, ocierając się nosem o jego rękę. Arista myślała, że mnich coś powie, ale skierował uwagę z powrotem na psa.
– Myronie, ciekawa jestem, czy możesz mi pomóc? – spytała.
– Oczywiście. Czego dotyczą koszmary?
– Nie o to mi chodzi. Brat wspomniał mi, że sporo czytasz.
Zakonnik wzruszył ramionami.
– Znalazłem niewielką bibliotekę na trzecim piętrze, ale jest tam zaledwie około dwudziestu książek. Czytam je po raz trzeci.
– Przeczytałeś wszystkie książki w bibliotece trzy razy?
– Prawie. Zawsze mam trudności z Genealogią monarchów Warric Hartenforda. To niemal wyłącznie nazwiska i muszę większość z nich przeczytać na głos. Jakich potrzebujesz informacji?
– Właściwie to myślałam o rzeczach, o których być może czytałeś w Wichrowym Opactwie. Słyszałeś kiedyś o mieście Percepliquis?
Skinął głową.
– To stolica pierwszego imperium Novrona.
– Tak – potwierdziła z przejęciem. – Znasz jej lokalizację?
Zastanawiał się przez chwilę, po czym się uśmiechnął.
– We wszystkich tekstach stanowi ona punkt odniesienia dla każdego innego miejsca. Hashton znajdowało się dwadzieścia pięć mil na południowy wschód od Percepliquis. Fairington, sto mil na północ. Nikt nigdy nie podał położenia Percepliquis. Przypuszczam, że wszyscy je znali.
– Gdybym przyniosła ci mapę, mógłbyś zlokalizować to miasto na podstawie odnośników do innych miejsc?
– Być może. Jestem przekonany, że w ten sposób odnalazł je Edmund Hall. W sumie to wystarczy mieć jego dziennik. Zawsze chciałem go przeczytać.
– Myślałam, że czytanie jego dziennika uważa się za herezję. Czy to nie z tego powodu uwięziono Halla wraz z jego dziennikiem w Wieży Koronnej?
– Tak.
– Ale ty byś go przeczytał? Alric nie wspominał, że masz naturę buntownika.
Myron spojrzał na nią ze zdziwieniem, a potem się uśmiechnął.
– Członek Kościoła Nyphrona, który czyta dziennik, dopuszcza się herezji.
– No właśnie. Jesteś mnichem Maribora.
– Na szczęście nie zakazano nam czytać różnych rzeczy.
– To podsyca ciekawość – powiedziała Arista. – Kiedy się pomyśli o wszystkich rzeczach, które mogą być ukryte na szczycie Wieży Koronnej.
– Chciałoby się tam wejść, prawda?
– Tak, niewątpliwie.
***
Przyjechali późnym wieczorem i od razu wieść rozeszła się po całym zamku. Zagrały trąbki, służący popędzili na dwór i zanim Arista zdążyła się ubrać, dwie służące oraz Alric i Mauvin przyszli powiadomić ją o przybyciu karawany z północy. Symbolami przybyłej grupy były herb z sokołem i złoto-zielone chorągwie.
Księżniczka uniosła brzeg szlafroka i zbiegła razem z pozostałymi. Na frontowych schodach zebrał się tłum. Służący, rzemieślnicy, urzędnicy i szlachcice wymieszali się ze sobą i przepychali, żeby lepiej widzieć. Strażnicy utworzyli szpaler, umożliwiając jej przejście na przód, gdzie stanęła obok Mauvina i Alrica. Po lewej stronie dostrzegła Nimbusa, który okrywał swoim płaszczem ramiona Amilii. Bez okrycia chudy dworzanin wyglądał jak gałązka na wietrze. Nie widziała imperatorki.
Gdy karawana wjeżdżała, dziedziniec oświetlały targane wiatrem płomienie pochodni i mlecznobiały księżyc. Nie było żołnierzy, jedynie starsi mężczyźni, którzy szli za powozami. Na końcu jechały wozy, na których ciasno stłoczone kobiety i dzieci przytulały się do siebie pod wspólnymi kocami, żeby się ogrzać. Pierwszy powóz dotarł do podnóża schodów i wysiadły z niego Belinda i Lenare Pickering, a za nimi Alenda Lanaklin. Wszystkie spojrzały z wahaniem na tłum przed sobą.
Mauvin wybiegł, żeby uścisnąć matkę.
– Co wy wszyscy tu robicie?! – wykrzyknął podnieconym głosem. – Gdzie jest ojciec? A może on nie… – Arista zobaczyła, jak Mauvin sztywnieje i odsuwa się od matki.
To nie było radosne spotkanie. Na bladych i wymizerowanych twarzach kobiet malował się wyraz smutku, ich oczy i nosy były zaczerwienione i obolałe od płaczu i przenikliwego wiatru. Belinda przytulała syna, zaciskając dłonie na jego ubraniu.
– Twój ojciec nie żyje. – Rozpłakała się i ukryła twarz na jego piersi.
Powolniejszy od pozostałych przybyszów Julian Tempest, starszawy lord szambelan Melengaru, wysiadł ostrożnie z powozu. Gdy Arista go zobaczyła, poczuła ucisk w dołku. Przychodziło jej do głowy niewiele powodów, które mogły skłonić Juliana do opuszczenia Melengaru, i żaden z nich nie był dobry.
– Elfy przekroczyły rzekę Nidwalden – oznajmił zebranym ludziom Julian, starając się przekrzyczeć huk wiatru, który zaciekle łopotał flagami i sztandarami. Stary szambelan stawiał ostrożne kroki na zmarzniętej ziemi, jakby ta mogła wyślizgnąć się mu spod stóp. Wytworne szaty trzepotały wokół niego niczym żywe istoty, jego nakrycie głowy mógł lada chwila porwać wiatr. – Najechały i zajęły cały Dunmore i Ghent. – Przerwał, spojrzał na króla Alrica, wziął oddech i dodał: – I Melengar.
– Północne królestwa wpadły w ręce elfów? – spytał z niedowierzaniem Alric. – Jakim cudem?
– To nie są miry, Wasza Wysokość, to nie mieszańcy, których znamy. Najeźdźcami są straszliwe, dzikie i bezlitosne elfy czystej krwi z imperium Erivanu. Przyszły ze wschodu, niszcząc wszystko na swojej drodze. – Wiatr zerwał czapkę z głowy starego człowieka, odsłaniając jego łysiejącą czaszkę okoloną wianuszkiem rzadkich siwych włosów, i pokulał ją po podwórzu. Szambelan nadaremno uniósł drżące ręce, zatrzymując je na wysokości twarzy. – Biada rodowi Essendonów, królestwo przepadło!
Alric spojrzał na karawanę. Stał wpatrzony w długi rząd wozów, szacując jego długość i liczbę schodzących z nich ludzi. Arista wiedziała, o czym jej brat myśli.
To wszystko?
Juliana i damy wprowadzono do środka. Arista patrzyła, jak wchodzą, ale sama pozostała na schodach. Rozpoznała kilka twarzy. Jedną z uchodźczyń była barmanka z gospody Pod Różą z Cierniem, inną szwaczka z zamku. Arista często widywała, jak jej córka bawi się przy fosie lalką, którą matka zrobiła jej z gałganków. Nie miała teraz lalki i Arista się zastanawiała: co się z nią stało? Co się stało ze wszystkim?
– Nie jest ich tak wielu – powiedziała Amilia do Sebastiana. Był wysokim rangą strażnikiem zamkowym, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, jakie konkretnie zajmował stanowisko. – Na razie znajdź dla nich miejsce na galerii.
Żołnierz zasalutował, trzaskając obcasami.
– I wyślij kogoś do Ibisa, żeby kazał mu przyszykować trochę jedzenia. Wyglądają na głodnych.
Gdy Amilia odwróciła się w stronę drzwi zamku, napotkała spojrzenie Aristy. Przygryzła dolną wargę z wyrazem smutku na twarzy.
– Przykro mi – zdołała powiedzieć, po czym odeszła.
Arista pozostała na schodach, podczas gdy stajenni zdejmowali uprzęże z koni i rozładowywali wozy. Minął ją rząd uchodźców, którzy zmierzali do środka.
– Melissa! – zawołała Arista.
– Wasza Wysokość. – Służąca dygnęła.
– Daruj to sobie. – Zbiegła po schodach i uściskała dziewczynę. – Bardzo się cieszę, że nic ci nie jest.
– Jesteś imperatorką? – spytała dziewczynka trzymająca Melissę za rękę.
Arista przebywała prawie od roku poza Melengarem, ale to nie mogło być dziecko Melissy. Dziewczynka miała sześć lub siedem lat. Stała na stopniu za plecami służącej księżniczki, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. Drugą ręką przyciskała do piersi jakieś zawiniątko.
– To jest Mercy – przedstawiła ją Melissa. – Znaleźliśmy ją po drodze – wyjaśniła, a następnie dodała szeptem: – Jest sierotą.
Dziewczynka wydawała się Ariście znajoma. Księżniczka była pewna, że już ją widziała.
– Nie, przykro mi, ale nie jestem imperatorką. Mam na imię Arista.
– Czy mogę zobaczyć imperatorkę?
– Niestety nie. Jest bardzo zajęta.
Wyraz podekscytowania na twarzy dziecka zastąpiła niezadowolona mina i dziewczynka spuściła głowę.
– Arcadius powiedział, że w Aqueście zobaczę imperatorkę.
Arista przez chwilę przyglądała się jej twarzy.
– Arcadius? Ach tak, teraz sobie przypominam. Spotkałyśmy się zeszłego lata, prawda? – Rozejrzała się po garstce pozostałych uchodźców, ale nie zobaczyła wśród nich swojego starego nauczyciela. Wtem dostrzegła, że zawiniątko się poruszyło. – Co tam masz?
Zanim dziewczynka zdążyła odpowiedzieć, z tobołka wychynęła głowa szopa pracza.
– Nazywa się pan Prążek.
Arista pochyliła się i w tym momencie szata się lekko rozjaśniła. Podekscytowana dziewczynka otworzyła szeroko oczy.
– Magia! – wykrzyknęła. Wyciągnęła rękę, po czym znieruchomiała i uniosła głowę.
– Możesz jej dotknąć – powiedziała Arista.
– Jest śliska – stwierdziła Mercy, pocierając materiał między palcami. – Arcadius też umiał robić magiczne rzeczy.
– Gdzie on teraz jest? – Dziewczynka nie odpowiedziała, drżała z zimna. – Och, przepraszam, na pewno jesteście przemarznięci. Chodźmy do środka.
Weszli z zalanego bladoniebieskim zimowym światłem dziedzińca do ciemnego holu skąpanego w blasku ognia. Wycie wiatru ucichło, gdy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, który odbił się echem w sklepionej komnacie. Dziewczynka spojrzała z podziwem na schody, kamienne kolumny i łuki. Wielu okutanych w koce uchodźców drżało, czekając na wskazówki, co mają dalej robić.
– Wasza Wysokość – szepnęła Melissa. – Mercy przyjechała do nas sama na koniu.
– Sama? Gdzie jest… – Zawahała się, widząc, że Melissa spuszcza wzrok.
– Mercy niewiele powiedziała, ale… Cóż, przykro mi.
Światło szaty pociemniało, zrobiło się niebieskie.
– Nie żyje?
Najpierw Esrahaddon, a teraz Arcadius.
– Elfy spaliły Ghent – powiedziała Melissa. – Już nie ma Sheridanu i Ervanonu.
– Nie ma?
– Zostały spalone.
– Ale wieża Glenmorgana, Wieża Koronna…
Melissa pokręciła głową.
– Przyłączyliśmy się do grupy ludzi uciekających na południe. Kilka osób widziało, jak wieża się zapada. Ktoś powiedział, że wyglądało to tak, jakby przewróciła się dziecięca zabawka. Wszystko przepadło. – Oczy Melissy się zaszkliły. – Ich… nie można zatrzymać.
Arista spodziewała się, że sama też się rozpłacze, lecz poczuła jedynie odrętwienie – to była zbyt wielka strata. Dotknęła delikatnie policzka Mercy.
– Czy pan Prążek może się tu pobawić? – spytała dziewczynka.
– Słucham? Tak sądzę, jeśli będziesz go dobrze pilnować – odparła Arista. – Kręci się tu pies, który mógłby go pożreć, jeśli pan Prążek zapuści się za daleko.
Mercy postawiła szopa na ziemi. Zwierzątko powąchało podłogę i ostrożnie pobiegło do ściany przy schodach, gdzie zaczęło systematycznie obwąchiwać wszystkie listwy przypodłogowe. Mercy poszła za panem Prążkiem i usiadła na najniższym stopniu.
– Nie mogę uwierzyć, że Arcadius nie żyje.
„…Podczas zimonaliów kończy się Uli Vermar. Przyjdą… Bez rogu wszyscy zginą”. Arista słyszała w myślach słowa Esrahaddona. Słowa przestrogi wymieszane ze słowami, które nie w pełni rozumiała.
Mercy ziewnęła i oparła brodę na rękach, podczas gdy pan Prążek przesuwał się powoli wzdłuż stopnia, eksplorując świat.
– Jest zmęczona – powiedziała Arista. – W wielkiej sali chyba wydają zupę. Chciałabyś trochę, Mercy?
Dziewczynka uniosła głowę, uśmiechnęła się i przytaknęła, po czym dodała:
– Pan Prążek też jest głodny, prawda, panie Prążku?
***
Miasto było piękniejsze od wszystkiego, co Arista w życiu widziała. Białe budynki, wyższe od największych drzew, wyższe od wszystkich budynków, jakie kiedykolwiek widziała, wznosiły się niczym smukłe palce sięgające nieba. Na ich pinaklach zatknięto okazałe zielono-niebieskie sztandary, które łopotały na wietrze i mieniły się jak kryształ. Do miasta prowadziła droga – szeroka na cztery powozy, prosta jak strzała i wybrukowana gładkimi kamieniami. Poruszało się na niej mnóstwo wozów, fur, furmanek, karet i powozików. Ruchu nie utrudniała żadna ściana czy brama. Pojazdy nie musiały zatrzymywać się przy żadnej strażnicy. W mieście nie było wież, barbakanu i fosy. Metropolia stała naga i piękna, nieustraszona i dumna. Były w niej jedynie dwie rzeźby lwów, które miały wzbudzać strach u przybyszów. Miasto wydawało się Ariście niewiarygodnie szerokie, zajmowało trzy całe wzgórza i ogromną dolinę, w której płynęła spokojna rzeka. To było śliczne miejsce – i wyglądało bardzo znajomo.
Aristo, musisz sobie przypomnieć.
Czuła niepokój, ściskanie w dołku, zimny dreszcz na plecach. Musiała się zastanowić, rozwiązać zagadkę. Pozostało niewiele czasu. Takiego widoku na pewno by nie zapomniała, więc nie mogła tego wcześniej widzieć.
Już tu byłaś.
Nie była. Takie miejsce nie mogło w ogóle istnieć. To był sen, złudzenie.
Musisz mi zaufać. Już tu byłaś. Przyjrzyj się dokładnie.
Arista kręciła głową. To było niedorzeczne… A jednak… Coś związane z rzeką, sposób, w jaki zakrzywiała się u podnóża północnego wzgórza… Tak, wzgórze. Wyglądało znajomo. I droga – nie taka szeroka. Była zarośnięta i ukryta. Arista przypomniała sobie, że znalazła ją w ciemności, że zastanawiała się, skąd ona tam się wzięła.
Tak, już tu byłaś. Na wzgórzu, spójrz na Aguanon.
Arista nie zrozumiała.
Północne wzgórze, spójrz na świątynię na szczycie.
Dostrzegła ją. Tak, wydawała się znajoma, ale w pamięci księżniczki nie wyglądała tak samo. Była rozbita, poprzewracana, w przeważającej mierze pogrzebana w ziemi, ale ta sama. Arista już tam była i to wspomnienie ją przerażało. Tu stało jej się coś złego. Omal nie zginęła na tym wzgórzu, pośród popękanych kamieni, odłamków strzaskanych słupów i połamanych płyt. Ale nie zginęła. Coś zrobiła na tym wzgórzu, coś strasznego, coś, przez co wyrywała garściami wilgotną trawę i błagała Maribora o wybaczenie.
Wreszcie Arista zrozumiała, gdzie się znajduje, co widzi.
O to chodzi. To był mój dom. Idź tam, kop, znajdź grobowiec i róg. Zrób to, Aristo! Musisz! Nie ma już czasu! Wszyscy zginą! Wszyscy zginą! WSZYSCY…
***
Arista obudziła się z krzykiem.
Rozdział 3
Więzienia
– Z drogi! – krzyknął Hadrian na korytarzu.
Stał zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od strażnika gapiącego się na niego i chuchającego mu w twarz. Dwaj strażnicy, którzy patrzyli z drugiego końca korytarza, ruszyli pędem naprzód. Najemnik usłyszał brzęk kolczugi i uderzenia pustych pochew o uda żołnierzy. Obaj zatrzymali się gwałtownie w odległości wyciągniętego miecza.
– To Teshlor – przestrzegł jeden swojego kolegę szeptem.
Żołnierz, który zagradzał drzwi, nie chciał ustąpić. Hadrian wyczuł u niego napięcie, strach i brak pewności siebie, lecz również odwagę i lojalność niepozwalające mu się ugiąć. Zwykle szanował takie cechy u człowieka, ale nie tym razem. Ten strażnik po prostu stał mu na drodze.
Za jego plecami rozległ się odgłos podnoszenia zasuwy i zaskrzypiały drzwi.
– Co się stało? – rozległ się głos zdezorientowanej kobiety.
Hadrian obejrzał się i zobaczył Amilię. Ruszyła naprzód, powłócząc nogami. Przetarła oczy, a potem zawiązała pasek szlafroka.
– Muszę porozmawiać z imperatorką – warknął. – Powiedz im, żeby się odsunęli.
– Jest środek nocy! – powiedziała głośnym szeptem. – Nie możesz się z nią zobaczyć. Jeśli chcesz, spróbuję umówić spotkanie na rano, ale wiedz, że Jej Imperialna Mość jest bardzo zajęta. Wiadomość…
Hadrian chwycił rękojeści swoich mieczy. Wszyscy żołnierze napięli się i oprócz strażnika przy drzwiach pozostali dwaj zrobili krok do tyłu. Mężczyzna przed Hadrianem położył powoli rękę na własnym mieczu, ale go nie wyjął.
Ma mocne nerwy, pomyślał Hadrian i zrobił jeszcze pół kroku do przodu, aż prawie zetknęli się nosami.
– Zejdź mi z drogi – powiedział Blackwater.
– Hadrian? Co robisz? – Tym razem na korytarzu rozległ się głos Aristy.
– Staram się o audiencję u imperatorki – odparł przez zaciśnięte zęby.
Odwrócił się od strażnika i zobaczył księżniczkę biegnącą korytarzem na piątym piętrze. Jak zawsze ostatnimi czasy, nosiła szatę Esrahaddona, która miała ciemnoniebieski kolor i w tej chwili odbijała jedynie światło pochodni w lichtarzach na ścianach.
– Zamknęli go w więzieniu – wyjaśnił Hadrian. – Nie chcą mi nawet pozwolić, żebym go zobaczył.
– Royce’a?
– Nie chciał uprowadzić imperatorki, ale zrobiłby wszystko, żeby odzyskać Gwen. Powinni mu dać medal za zabicie Saldura i Merricka. – Westchnął. – Gwen umarła mu na rękach i nie myślał trzeźwo. Nie zamierzał skrzywdzić Modiny. Dowiedziałem się, że jest przetrzymywany w północnej wieży. Nie sądzę, żeby Modina nawet o tym wiedziała. Tak więc mam zamiar jej powiedzieć. Nie próbuj mnie powstrzymać.
– Nie zamierzam – odrzekła. – Ja też muszę się z nią zobaczyć.
– Po co?
Księżniczka wydawała się skrępowana.
– Miałam zły sen.
– Co takiego?
– Dzisiaj nikt się nie zobaczy z imperatorką! – oświadczyła Amilia. Podbiegło do nich kolejnych sześciu żołnierzy. – Jeśli będę musiała, to wezwę wszystkich strażników zamkowych!
Hadrian spojrzał na imperialną asystentkę.
– Myślisz, że zdołają mnie powstrzymać?
– Drzwi mają rygiel od wewnętrznej strony – powiedział strażnik przy komnacie imperatorki. – Nawet gdybyś nas pokonał, będziesz musiał sforsować grube drzwi z litego dębu.
– Nie będzie z tym problemu – zapewniła ich Arista. – Ale powinnam was ostrzec, że nie odpowiadam za rany powstałe od fruwających drzazg.
Jej szata zaczęła jarzyć się mglistym szarym światłem, które powoli robiło się coraz jaśniejsze, oblewając ich twarze bladym blaskiem i rozpraszając cienie. Hadrian wyczuł lekki powiew na korytarzu. Ciepły wiatr nasilał się, wirując wokół Aristy jak miniaturowy cyklon, szarpiąc brzeg jej sukni i poruszając końcami włosów.
Amilia patrzyła na to przerażona.
– Otwórz drzwi, Amilio, albo je wyważę.
Wydawało się, że Amilia za chwilę krzyknie.
– Wpuść ich, Geraldzie – dobiegł głos zza drzwi.
– Wasza Imperialna Mość?
– Tak, Geraldzie. Nie są zaryglowane. Pozwól im wejść.
Strażnik podniósł zasuwę i pchnął drzwi do środka, odsłaniając ciemne wnętrze sypialni imperatorki. Amilia milczała. Miała przyspieszony oddech, a przy bokach trzymała dłonie zaciśnięte w pięści. Hadrian wszedł pierwszy, za nim Arista, a następnie Amilia i Gerald.
W sypialni panował chłód. Kominek był ciemny, a jedyne światło wpadało przez otwarte okno w przeciwległej ścianie, po którego bokach falowały białe firanki, tańcząc w słabym świetle księżyca jak para duchów. Imperatorka Modina, ubrana jedynie w koszulę nocną, siedziała na piętach na podłodze i patrzyła na gwiazdy. Dłonie trzymała na kolanach, a łokcie przycisnęła do boków, chroniąc się przed zimnem. Spod białego płótna koszuli wystawały gołe palce u stóp. Jasne włosy spływały jej splątane na plecy. Przypominała dziewczynę, którą Hadrian zobaczył kiedyś pod Łukiem Sklepikarzy w Colnorze.
– Aresztowali Royce’a – powiedział do niej Blackwater. – Zamknęli go w celi w wieży.
– Wiem.
– Wiesz? – spytał z niedowierzaniem. – Od jak dawna…
– To ja wydałam taki rozkaz.
Hadrian patrzył na nią oniemiały.
– Thrace… To znaczy, Modino – powiedział cicho. – Nie rozumiesz. Nie zamierzał cię skrzywdzić. Zrobił tylko to, co musiał. Usiłował uratować osobę, którą kochał najbardziej na świecie. Jak mogłaś tak z nim postąpić?
W końcu się odwróciła.
– Czy straciłeś kiedyś osobę, która znaczyła dla ciebie wszystko? Patrzyłeś, jak umiera, wiedząc, że to twoja wina?
Hadrian nie odpowiedział.
– Gdy mój ojciec został zabity, pamiętam, że oddychanie sprawiało mi ból prawie nie do zniesienia – ciągnęła, wyglądając przez okno. – Straciłam nie tylko ojca. To było tak, jakby runął cały świat, lecz ja jakimś cudem na nim pozostałam – sama. Chciałam jedynie, żeby to się skończyło. Byłam zmęczona. Pragnęłam, by ból ustał. Gdybym miała sposobność, gdyby mnie nie zabrali, gdyby mnie nie zamknęli w odosobnieniu, rzuciłabym się do wodospadu. – Odwróciła się i znów spojrzała na Hadriana. – Wierz mi. Jest pod dobrą opieką – przynajmniej w takim stopniu, w jakim sam na to pozwala. Ibis przyrządza mu dobre posiłki, których nie chce jeść. Znasz miejsce, które byłoby teraz dla Royce’a lepsze?
Hadrian przygarbił ramiona i opuścił ręce luźno przy bokach.
– Mogę go chociaż zobaczyć?
Modina zastanawiała się przez chwilę.
– Tak, ale tylko ty. W jego obecnym stanie stanowi zagrożenie dla wszystkich innych ludzi. Nie jestem jednak pewna, czy będzie cię słyszał. Możesz go odwiedzić rano. – Przechyliła się, żeby widzieć Amilię. – Możesz dopilnować, by go wpuszczono?
– Tak, Wasza Imperialna Mość.
– Świetnie – powiedziała imperatorka, a następnie spojrzała na Aristę. – Co to za sprawa, która nie może zaczekać do rana?
Księżniczka Melengaru przestąpiła z nogi na nogę, splatając i rozplatając ręce przed sobą. Szata jarzyła się spokojnym ciemnoniebieskim światłem. Arista spojrzała na imperatorkę, a potem na Hadriana, Amilię, a nawet Geralda, który stał sztywno w wejściu. Skierowała wzrok z powrotem na Modinę i powiedziała:
– Chyba wiem, jak powstrzymać elfy.
***
Hadrian zszedł na trzecie piętro, gdzie kilkoro ludzi wracało do swoich pokojów po tym, jak ucichły krzyki. Dostrzegł Degana Gaunta. Były przywódca nacjonalistów stał w koszuli nocnej i spoglądał w górę schodów, zarówno z zaciekawieniem, jak i poirytowaniem. Hadrian widział go po raz pierwszy, odkąd obaj zostali uwolnieni z lochu. Szyja i nos Gaunta były wąskie, a jego usta takie cienkie, że prawie niewidoczne. Zmarszczki na czole i wokół oczu świadczyły, że miał trudne życie. Hadrian, widząc jego sposób chodzenia i ruchy, zorientował się, że Degan czuje się nieswojo, jakby był zagubiony we własnej skórze. Miał nieobecne spojrzenie, dwudniowy zarost i odstające w różne strony włosy. Gdyby Hadrian musiał zgadywać, mógłby przypiąć mu etykietę ubogiego poety. Gaunt zupełnie nie wyglądał jak potomek imperatorów.
– Co tam się dzieje? – spytał Degan przechodzącego służącego.
– Ktoś przyszedł do imperatorki, sir. Już po wszystkim.
Gaunt spoglądał z powątpiewaniem.
Nie tak Hadrian planował poznanie Gaunta. Wcześniej czekał, dając im obu czas na dojście do pełni zdrowia. Potem wahał się ze zdenerwowania. Chciał, żeby ich spotkanie przebiegło dobrze, żeby było doskonałe. Takie okoliczności nie zaliczały się do doskonałych, ale skoro już stali naprzeciwko siebie, nie mógł się odwrócić i odejść.
– Witam, panie Gaunt, jestem Hadrian Blackwater – przedstawił się, składając ukłon.
Degan Gaunt na powitanie zmarszczył nos, jakby poczuł nieprzyjemny zapach. Przyjrzał się krytycznie Hadrianowi, po czym zmarszczył brwi.
– Myślałem, że będziesz wyższy.
– Przykro mi – przeprosił Hadrian.
– Masz być moim służącym, tak? – spytał Gaunt. Zaczął okrążać Hadriana powoli, leniwie, wciąż marszcząc czoło.
– Prawdę mówiąc, jestem twoim strażnikiem przybocznym.
– Ile mam ci płacić za ten przywilej?
– Nie proszę o pieniądze.
– Nie? A więc o co? Chcesz, żebym zrobił z ciebie diuka albo coś w tym guście? Dlatego tu jesteś? O kurczę, jak się ma pieniądze i władzę, to ludzie wyłażą ze wszystkich kątów. Nawet cię nie znam, a oto przychodzisz i prosisz o przywileje, jeszcze zanim koronowano mnie na imperatora.
– To nie tak. Jesteś spadkobiercą Novrona. Ja jestem obrońcą spadkobiercy, tak jak przede mną był mój ojciec. To… tradycja.
– Aha.
Gaunt stał przygarbiony i przez chwilę wciągał powietrze przez zęby, po czym włożył mały palec do ust, żeby coś spomiędzy nich usunąć. Po dłuższej chwili zrezygnował.
– W porządku, powiem, czego nie łapię. Jestem spadkobiercą, co czyni ze mnie przywódcę imperium i głowę Kościoła. Jeśli się nie mylę, to jestem nawet częściowo bogiem – praprawnukiem Maribora albo kimś w tym guście. Jeśli więc mam zostać imperatorem posiadającym cały zamek strażników i armię żołnierzy, którzy będą mnie bronić, to po co potrzebny mi jesteś ty?
Hadrian nie odpowiedział. Nie wiedział, co może powiedzieć. Gaunt miał rację. Rola Hadriana jako strażnika przybocznego była istotna tylko dopóty, dopóki spadkobierca się ukrywał.
