Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Trzy razy próbowano ją zabić. Potem wynajęto zawodowca. A także Riyrię.
Kiedy ostatnia przedstawicielka najstarszego rodu w Avrynie staje się celem zamachów, Royce i Hadrian zostają wynajęci, żeby udaremnić spisek. Minęły trzy lata odkąd Hadrian, znużony wojną najemnik i Royce, cyniczny były zabójca, połączyli siły i zostali łotrami do wynajęcia. Wszystko układało się dobrze, dopóki nie poproszono ich, aby pomogli zapobiec morderstwu. Teraz muszę udać się do starodawnego zakątka świata, żeby ocalić tajemniczą kobietę, która wie więcej na temat Royce’a niż to bezpieczne i mniej dba o własne bezpieczeństwo, niż nakazuje zdrowy rozsądek.
Trzeci tom "Kronik Riyrii" bestsellerowego pisarza. Chociaż stanowi część cyklu, został pomyślany tak, żeby dobrze bawili się przy nim zarówno nowi czytelnicy, szukający zabawnej powieści o fantasy o wartkiej akcji, jak i weterani Riyrii, którzy chcą ponownie spotkać starych przyjaciół. Dla tych, którzy chcą poznać całą sagę Riyrii, istnieją dwie opcje porządku czytania: chronologiczny (zaczyna się od „Wieży Koronnej”) lub publikacji (zaczyna się od tomu „Królewska krew. Wieża elfów”).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 491
Tytuł oryginału: The Death of Dulgath
Copyright © 2015 by Michael J. Sullivan Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Dominik Broniek Opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Tysiącu ośmiuset siedemdziesięciu sześciu hojnym sponsorom i jednej niewiarygodnie wspierającej kobiecie. Bez Was nie dałbym rady.
Od autora
Siedziałem zamknięty w pokoju przez ponad dwa i pół roku, a jedynym światłem, jakie widziałem, był słaby blask monitora komputerowego. W każdym razie tak to zapamiętałem. Po ukończeniu „Hollow Word” zacząłem pracować nad czymś, co miało być trylogią pod tytułem „The First Empire”. Trzy książki zamieniły się w pięć, a mi gdzieś umknęło dwa i pół roku.
Czytelnicy „Kronik Riyrii” zaczęli się domagać trzeciego tomu zaraz po wydaniu „Róży i Ciernia” we wrześniu 2013 roku. „Kroniki” – które miały okazać się klapą, bo powieści poprzedzające cykl są w świecie wydawniczym niebezpieczne jak trzecia szyna – poradziły sobie zaskakująco dobrze. Przepraszam wszystkich, którzy niecierpliwie czekali na tę książkę, ale przynajmniej teraz to oczekiwanie dobiegło końca!
Jeśli nie zetknęliście się jeszcze z historiami o Riyrii, to z pewnością możecie zacząć od tej książki. Pierwsze dwa tomy „Kronik Riyrii” opowiadają, w jaki sposób Royce i Hadrian się poznali. Kiedy to już zostało wyjaśnione, w tej książce mogłem przedstawić wam samodzielną przygodę. Jeśli chcecie poznać inne powieści o Riyrii, to powinniście wiedzieć, że można do tej sagi zabrać się na dwa sposoby.
Kolejność publikacji: Królewska krew. Wieża elfów – Nowe imperium. Szmaragdowy sztorm – Zdradziecki plan – Pradawna stolica – Wieża Koronna – Róża i Cierń – Śmierć Dulgath.
Kolejność chronologiczna: Wieża Koronna – Róża i Cierń – Śmierć Dulgath – Królewska krew. Wieża elfów – Nowe imperium. Szmaragdowy sztorm – Zdradziecki plan – Pradawna stolica.
Osobiście wolę kolejność wydawniczą, ale słyszałem o ludziach, którzy wybrali kolejność chronologiczną i byli równie zadowoleni.
Jeśli zastanawiacie się, czy będą następne opowieści o Roysie i Hadrianie, to odpowiedź brzmi: nie wiem. Jak już wspomniałem przy innej okazji, chcę chronić ten duet i wolę, żeby zeszli ze sceny za wcześnie niż za późno. Z tego powodu nigdy nie wiem, czy pojawi się coś jeszcze po wydaniu „Kronik”. Jeśli uważacie, że powinno ukazać się coś więcej, koniecznie napiszcie do mnie e-mail. A jeżeli nie, to i tak możecie się odezwać, zawsze chętnie czytam Wasze uwagi. Oto mój adres: michael.sulli[email protected].
Jest jeszcze coś, o czym powinienem wspomnieć. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o procesie tworzenia powieści, to przygotowałem e‑book pod tytułem „The Making of Death of Dulgath”. Jest darmowy, wystarczy więc, że napiszecie na powyższy adres e-mailowy. Dla niektórych to może okazać się ciekawa lektura.
A teraz obróćcie stronę, puknijcie w ekranik albo pogłośnijcie odtwarzacz. Starzy przyjaciele czekają, by zabrać Was na nową przygodę.
Dziękuję za niesamowite wsparcie.
Michael J. Sullivan
październik 2015
Rozdział 1
Nowy szyld
Gdyby ktoś zapytał Royce’a Melborna, czego w tym momencie najbardziej nienawidzi na świecie, powiedziałby, że psów. Psy i krasnoludy znajdowały się na szczycie jego listy; obu stworzeń nie cierpiał, ponieważ łączyło je wiele cech wspólnych: nikczemny wzrost, zajadłość i nadmierne, niczym nieuzasadnione owłosienie. Jego pogarda dla nich wzrosła na przestrzeni lat z tego samego powodu – przysporzyły mu nieopisanie wiele bólu i przykrości.
Tej nocy zepsuł mu krew pies.
Początkowo myślał, że kudłate stworzenie na materacu w sypialni na drugim piętrze to gryzoń. To ciemne zwierzę o zakręconym ogonie i płaskim nosie było akurat rozmiarów wypasionego szczura wędrownego. Kiedy Royce zachodził w głowę, skąd wziął się szczur w takim eleganckim miejscu jak posiadłość Hemleyów, stworzenie wstało. Popatrzyli na siebie – Royce w pelerynie z kapturem, trzymając pamiętnik, a kundel na czterech mikrych łapach. Jedna sekunda na wstrzymanym oddechu wystarczyła, żeby Royce zrozumiał swój błąd. Skrzywił się, wiedząc, co zaraz się wydarzy – co zawsze się potem wydarza – i mały potwór go nie rozczarował.
Kundel zaczął ujadać. Nie było to godne szacunku warczenie ani gardłowe szczekanie, ale przenikliwy, piskliwy jazgot.
To z całą pewnością nie jest szczur, pomyślał Royce. Dlaczego to nie mógł być szczur? Ze szczurami nigdy nie mam problemów.
Sięgnął po sztylet, ale pies wielkości szczura odskoczył, ślizgając się pazurkami na drewnianej podłodze. Royce miał nadzieję, że kundel czmychnie. Nawet jeśli mały potwór obudzi swojego pana, to nie będzie mógł mu powiedzieć o zakapturzonym nieznajomym, który wtargnął do buduaru lady Martel. Wyrwany z rozkosznego snu pewnie rzuci czymś w kundla, żeby się przymknął. Niestety to był pies, a psy, jak krasnoludy, nigdy nie robią tego, czego się od nich oczekuje. Pies zachował więc bezpieczną odległość i ujadał na całe gardło szerokości zapałki.
Jak coś tak małego może narobić tyle hałasu?
Dźwięk poniósł się echem wśród marmurów i mahoniu, narastając i zmieniając się w przenikliwy alarm.
Royce zrobił jedyną rzecz, jaka mu została – wyskoczył przez okno. Nie w taki sposób planował opuścić pomieszczenie, nie rozważał tej możliwości nawet w trzeciej kolejności, ale topola rosła w odległości skoku od okna. Złapał się solidnej gałęzi i ucieszył, że nie złamała się pod jego ciężarem. Drzewo jednakże zadrżało i liście zaszumiały głośno na cichym, ciemnym dziedzińcu. Kiedy więc jego stopy uderzyły o ziemię, nie zdziwił się, słysząc:
– Stój, ani kroku dalej! – Chropawy głos doskonale nadawał się do swojej roboty.
Royce zamarł. Idący ku niemu mężczyzna trzymał kuszę napiętą, załadowaną i wycelowaną w jego pierś. Strażnik wyglądał na nieprzyjemnie kompetentnego; nawet jego mundur prezentował się schludnie. Miał wszystkie guziki i każdy błyszczał w świetle księżyca. Każdy kant był ostry jak brzytwa. Ten jegomość musiał być przesadnie ambitny. Albo gorzej: był zawodowym żołnierzem zdegradowanym do funkcji wartownika.
– Trzymaj ręce tak, żebym je widział.
Nie, to w żadnym razie nie jest idiota, pomyślał Royce.
Za pierwszym strażnikiem pojawił się drugi. Nadbiegł ciężkim krokiem, pobrzękując paskami i metalową kolczugą. Był wyższy od pierwszego i nie tak dobrze odziany. Rękawy kurtki miał przykrótkie, brak guzików burzył symetrię dwóch mosiężnych rzędów, ciemna plama szpeciła kołnierz. W przeciwieństwie do pierwszego strażnika drugi nie miał kuszy. Zamiast tego niósł trzy miecze: krótki u lewego biodra, nieco dłuższy u prawego i ogromny espadon na plecach. To nie była broń strażników z posiadłości Hemleyów, ale mężczyzna celujący w Royce’a nie zerknął nawet na nadbiegającego strażnika.
Drugi wartownik wyciągnął najkrótszy miecz, ale bynajmniej nie skierował go w stronę Royce’a. Zamiast tego przysunął czubek do szyi pierwszego strażnika.
– Odłóż kuszę – powiedział Hadrian.
Mężczyzna wahał się tylko chwilę, zanim wypuścił kuszę. Uderzenie uruchomiło spust i bełt śmignął między źdźbłami wypielęgnowanego trawnika. Za ich plecami pies rozmiarów szczura nadal ujadał, chociaż ściany rezydencji tłumiły nieco dźwięk. Teraz, kiedy partner panował nad sytuacją, Royce wsunął książkę za pas i zerknął w stronę domu. Żadnych świateł. Właściciele mieli mocny sen.
Odwrócił się i zobaczył, że Hadrian nadal trzyma pedantycznego strażnika w szachu.
– Zabij go i zmywajmy się stąd.
Strażnik zesztywniał.
– Nie – odparł Hadrian z oburzeniem, jakiego Royce spodziewałby się, gdyby zaproponował towarzyszowi wyrzucenie dobrej butelki wina.
Royce westchnął.
– Tylko nie znowu to. Czy zawsze musimy się o to spierać?
Niedoszły kusznik zgarbił się, zacisnął ręce w pięści, nadal spodziewając się ciosu, który zakończy jego życie.
– W porządku. Nie podniosę alarmu.
Royce widział już tę minę wiele razy i uznał, że gość nieźle się trzyma. Nie paplał, nie krzyczał, nie błagał. Royce nienawidził, kiedy ofiary padały na kolana i skamlały, chociaż musiał przyznać, że to ułatwiało zabicie ich.
– Zamknij się – warknął, a potem zerknął na Hadriana. – Zabij go i zmywajmy się. Nie mamy czasu na debaty.
– Wypuścił kuszę – zwrócił mu uwagę Hadrian. – Nie ma potrzeby go zabijać.
Royce pokręcił głową. Znowu to słowo „potrzeba”. Hadrian często go używał, jakby zabijanie wymagało jakiegoś uzasadnienia.
– Widział mnie.
– I co z tego? Jesteś gościem w ciemnym kapturze. Istnieją setki facetów w kapturach.
– Mogę coś wtrącić? – zapytał strażnik.
– Nie – warknął Royce.
– Tak – odpowiedział Hadrian.
– Mam żonę. – Strażnikowi zadrżał głos.
– Facet ma żonę. – Hadrian skinął współczująco głową, nadal trzymając miecz przy szyi mężczyzny.
– I dzieci. Troje.
– Na brodę Maribora, ma trójkę dzieci! – powiedział stanowczym tonem Hadrian i zabrał miecz.
Strażnik odetchnął. Z jakiegoś powodu on i Hadrian uznali, że zdolność do rozmnażania się ma w tej sytuacji jakieś znaczenie. A nie miała.
– A ja mam konia – orzekł Royce z tym samym przekonaniem o swojej słuszności, co Hadrian. – Na którym odjadę, kiedy tylko zabijesz tego biednego sukinsyna. Przestań to odwlekać. To ty jesteś teraz okrutny, nie ja. Skończ z tym wreszcie.
– Nie zabiję go.
Strażnik wytrzeszczył oczy z nadzieją. Drobniutki uśmieszek pojawił się w kącikach jego ust. Spojrzał na Royce’a, szukając potwierdzenia, sygnału, że rzeczywiście ujrzy jeszcze jeden wschód słońca.
Royce usłyszał, że ktoś otwiera z impetem drzwi i woła:
– Ralph?!
W domu zapaliły się światła. W siedmiu oknach na czterech kondygnacjach płonęły świece.
Może aż tyle czasu było trzeba, by je zapalić, pomyślał Royce.
– Tutaj! – krzyknął Ralph. – Intruzi! Wezwijcie pomoc!
Nie, pewnie, że nie podniesie alarmu, gdzieżby.
To wystarczyło. Royce sięgnął po sztylet.
Zanim dotknął rękojeści, Hadrian ogłuszył Ralpha głowicą miecza. Strażnik runął na trawę obok swojej kuszy. Nie sposób orzec, czy Hadrian uderzył go, bo krzyknął, czy też dlatego, że Royce sięgnął po sztylet. Royce chciał wierzyć, że z pierwszego powodu, ale podejrzewał, że chodziło o drugi.
– Wynośmy się stąd – powiedział Hadrian, przestępując nad Ralphem i ciągnąc Royce’a za ramię.
To nie przeze mnie zasiedzieliśmy się tutaj, pomyślał Royce, ale nie zawracał sobie głowy sporami. Gdzie znalazła się jedna kusza, mogły pojawić się też inne. Kusze nie były ani niskie, ani włochate, ale i tak powinny widnieć na jego liście. Pobiegł z Hadrianem wzdłuż cienia pod murem, omijając kwitnące krzewy różane, chociaż Royce nie wiedział, czemu zawracają sobie tym głowę. W swoim stroju strażnika Hadrian pobrzękiwał jak koń u powozu w pełnej uprzęży.
Prowincja Galilin w Melengarze była spokojnym, rolniczym regionem, gdzie rzadko dochodziło do kradzieży, a posiadłość lorda Hemleya cierpiała z powodu wręcz żałośnie nieskutecznej ochrony. Chociaż Royce wypatrzył podczas kilku wypraw zwiadowczych aż sześciu strażników, tej nocy było tam tylko trzech: wartownik przy bramie, Ralph i pies.
– Ralph! – zawołał ktoś znowu.
Głos dobiegał z oddali, ale niósł się nad rozległymi trawnikami.
Za ich plecami w ciemności kołysało się pięć latarni. Poruszały się w przypadkowy sposób, jak latarnie oszołomionej ekipy poszukiwawczej albo zastęp pijanych świetlików.
– Aaronie, obudź wszystkich!
– Wypuść Pana Hipple’a – rozległ się mściwy, kobiecy głos. – Już on ich znajdzie.
Ponad okrzykami niosło się ujadanie psa wielkości szczura, niewątpliwie Pana Hipple’a.
Przy frontowej bramie nikogo nie było. Wartownik, który tam czuwał, musiał pobiec Ralphowi na pomoc, gdy usłyszał jego krzyk. Kiedy opuszczali posiadłość bez najmniejszego kłopotu, Royce zdumiewał się nad szczęściem, jakie sprzyja Hadrianowi. Ten facet był chodzącą króliczą łapką. Trzy lata w Szkole Pragmatyzmu Royce’a ledwie zarysowały idealistyczną emalię jego partnera. Gdyby Pan Hipple był większym i bardziej agresywnym zwierzęciem, ucieczka mogłaby okazać się nie tak łatwa. I chociaż Hadrian z łatwością zdołałby zabić każdego psa, to Royce miał wątpliwości, czyby się na to zgodził.
„Przecież on ma szczeniaki, Royce! Aż trzy!”.
Znaleźli się w bezpiecznej gęstwinie, gdzie zostawili konie. Hadrian nazwał swojego Tancerką, ale Royce nie widział powodu, żeby nadawać imię swojemu. Schował pamiętnik w sakwie przy siodle i zapytał:
– Ile lat byłeś żołnierzem?
– W Avrynie czy Calisie?
– Łącznie.
– Pięć, ale ostatnie dwa były… ehm, były mniej formalne.
– Pięć lat? Walczyłeś w wojsku przez całe pięć lat? Widziałeś bitwy, nie?
– Pewnie, widziałem okrutne walki.
– Yhm.
– Jesteś zły, bo nie zabiłem Ralpha, tak?
Royce przystanął na chwilę i nasłuchiwał. Nie było słychać pościgu, żadne światła nie pojawiły się wśród drzew, nie rozlegało się nawet wściekłe jazgotanie psa-gryzonia. Przerzucił nogę przez siodło i wsunął stopę w strzemię.
– Tak myślisz?
– Słuchaj, chciałem odwalić chociaż jedną nędzną robótkę bez zabijania kogokolwiek. – Hadrian zdjął kamizelkę od munduru i włożył wełnianą koszulę oraz skórzaną kurtkę wyjętą z sakwy.
– Dlaczego?
Hadrian pokręcił głową.
– Mniejsza z tym.
– Zachowujesz się idiotycznie. Wykonaliśmy mnóstwo zleceń, nikogo nie zabijając. Poza tym nie ma sprawy. – Royce złapał wodze, które zwykle wiązał w supeł.
– Co takiego? Coś ty powiedział?
– W porządku. Nie ma sprawy.
– Nie ma sprawy? – Hadrian uniósł brew.
Royce skinął głową.
– Ogłuchłeś?
– Po prostu… – Hadrian patrzył na niego zdumiony. A potem się skrzywił. – Wrócisz tu później, co?
Złodziej nie odpowiedział.
– Dlaczego?
Royce zawrócił na koniu.
– Po prostu jestem skrupulatny.
Hadrian dosiadł konia.
– Jesteś palantem. Nie masz powodu. Ralph nigdy nie będzie dla nas zagrożeniem.
Royce wzruszył ramionami.
– Nie możesz mieć takiej pewności. Nie rozumiesz znaczenia słowa „skrupulatny”?
Hadrian się nachmurzył.
– A ty rozumiesz znaczenie słowa „palant”? Nie masz potrzeby zabijać Ralpha.
Znowu to słowa – „potrzeba”.
– Pokłócimy się na ten temat później. Nie zabiję go tej nocy.
– Dobrze.
Hadrian się naburmuszył i razem wyjechali z gęstwiny na ścieżkę, która prowadziła do drogi.
Jechali drogą ramię w ramię. Zaczęło padać, nim dotarli do Traktu Króla. Słońce zdążyło już wstać, chociaż trudno było to zauważyć, bo przez ciężkie chmury świat wyglądał jak grafitowa plama. Na szczęście Hadrian milczał. W każdej oberży, bez względu na to, czy kogoś znał, czy też nie, partner Royce’a zagajał rozmowę. Rozmawiał z nieznajomymi z taką łatwością, jakby to byli jego dawni przyjaciele. Poklepywał ich po plecach, stawiał im napitki i wysłuchiwał równie porywających opowieści, jak historyjka o kozie, która regularnie włazi sąsiadowi w szkodę.
Kiedy jechali tylko we dwóch, Hadrian komentował drzewa, krowy, wzgórza, chmury, dzielił się odczuciami na temat skwaru lub chłodu i stanu wszystkiego, począwszy od butów – w których należało wymienić podeszwy – a skończywszy na mieczu – któremu przydałby się lepszy oplot na rękojeści. Nie było rzeczy tak błahej, by nie uzasadniała komentarza. Nadmiar trzmieli tudzież ich brak mógł sprawić, że Hadrian rozprawiał przez bite dwadzieścia minut. Royce nigdy się wtedy nie odzywał, nie chciał zachęcać partnera do rozmowy, ale Hadrian dalej nawijał na temat pszczółek, kwiatków i błota – to był kolejny ulubiony temat jego monologów.
Mimo niezmordowanego uporu, z jakim uprawiał paplaninę do siebie, zawsze milkł, gdy padało. Może deszcz wprawiał go w zły nastrój, może plusk sprawiał, że źle siebie słyszał. Bez względu na powód Hadrian Blackwater cichł w czasie deszczu, zatem Royce uwielbiał deszczowe dni. Szczęście sprzyjało mu przez niemal całą drogę powrotną. W Melengarze trafiła się jedna z najbardziej deszczowych wiosen w ostatnich czasach.
Royce rozglądał się podczas jazdy. Hadrian jechał ze spuszczoną głową, z kapturem oklapniętym i zwieszającym się pod ciężarem wody.
– Dlaczego nigdy się nie odzywasz, gdy pada? – spytał w końcu Royce.
Hadrian zaczepił kciukiem o brzeg kaptura i uniósł go nieco, żeby zerknąć.
– Co masz na myśli?
– Gadasz przez cały czas, chyba że pada. Dlaczego?
Hadrian wzruszył ramionami.
– Nie wiedziałem, że to ci przeszkadza.
– Nie przeszkadza. Przeszkadza mi, kiedy nieustannie ględzisz.
Hadrian zerknął i uśmiechnął się odrobinę w cieniu przemoczonego kaptura.
– Lubisz, gdy mówię, co?
– Nie będę więcej powtarzał…
– Pewnie, ale nie zapytałbyś, gdybyś naprawdę lubił ciszę.
– Zaufaj mi. Naprawdę lubię ciszę.
– Aha.
– Co miało znaczyć to „aha”?
Hadrian wyszczerzył zęby.
– Całymi miesiącami jeździliśmy razem i tylko ja mówiłem. Ty nigdy nie odezwałeś się słowem, a niektóre z tematów były naprawdę ciekawe. Nie wtrąciłeś nawet jednego słowa, a kiedy zamilkłem, proszę, tobie się gęba nie zamyka.
– Jedno pytanie to jeszcze nie gadanie.
– Ale wyraziłeś zainteresowanie. To już coś!
Royce pokręcił głową.
– Pomyślałem tylko, że może coś jest z tobą nie tak. I ewidentnie miałem rację.
Hadrian nadal szczerzył zęby w szerokim uśmiechu z nadmiernie przyjacielską miną, zadowolony z siebie, jakby zdobył punkt w jakichś wyimaginowanych zawodach. Royce spuścił kaptur, odcinając się od niego.
Konie brnęły przez błoto i czasem żwir, strząsając deszcz z łbów i pobrzękując uzdami.
– Nieźle leje, co? – zagadnął go Hadrian.
– Zamknij się.
– Żona farmera w Olmsted powiedziała, że to najbardziej deszczowa wiosna w ostatniej dekadzie.
– Poderżnę ci gardło, gdy zaśniesz. Naprawdę.
– Podawała zupę w kubkach, bo jej mąż i Jacob, jej wylegujący się całymi dniami i pijący całymi nocami szwagier, potłukli wszystkie porządne gliniane miski.
Royce pognał konia i oddalił się kłusem.
Royce i Hadrian znaleźli się znowu na ulicy Przekornej w Dzielnicy Dolnej w Medfordzie. Wiosna prawie się kończyła. W innych częściach świata kwitnące drzewka pracowicie wymieniały różowe płatki na zielone liście, ciepły wietrzyk niósł zapach ziemi, a farmerzy śpieszyli się, żeby skończyć sadzenie. Na Przekornej koniec wiosny oznaczał, że cztery dni nieprzerwanego deszczu z rzędu znowu zamieniły zagłębienie u wylotu ulicy w błotnistą sadzawkę. I jak zwykle poziom wody sięgał do otwartego ścieku, który ciągnął się wzdłuż budynków. Rynsztok, eufemistycznie ochrzczony mianem „Mostów”, przelewał się do coraz większej sadzawki, więc cała okolica cuchnęła ludzkimi i zwierzęcymi odchodami.
Nadal padało, gdy Royce, Gwen i Hadrian stali na drewnianej werandzie Domu Medford i patrzyli ponad błotnistą sadzawką na nowy szyld nad drzwiami gospody. Piękna lakierowana tabliczka zwieszała się z klamry z kutego żelaza. Przedstawiała jaskrawoszkarłatny kwiat na wygiętej łodydze z jednym, ostrym cierniem. Kwiat okalały wypisane eleganckimi literami słowa „Róża i Cierń”.
Szyld zupełnie nie pasował do obskurnej oberży o zapadającym się dachu z niepasujących do siebie dachówek i sfatygowanych belek. Mimo opłakanego stanu karczma z wyszynkiem prezentowała się znacznie lepiej niż kiedyś. Jeszcze rok temu gospoda „Ohydny Łeb” nie potrzebowała szyldu, żeby przedstawić się swojej niepiśmiennej klienteli. Brudne okna i obryzgane gnojem ściany mówiły wszystko, co było trzeba. Odkąd Gwen przejęła kontrolę nad gospodą, uprzątnęła bród i gnój, ale największe zmiany zaszły w środku. Nowy szyld był pierwszą zmianą widoczną od zewnątrz.
– Piękny – powiedział Hadrian.
– Lepiej będzie wyglądał w słońcu. – Gwen skrzyżowała ręce, patrząc krytycznie. – Kwiat wyszedł idealnie. Emma go narysowała, a Dixon pomógł przy malowaniu. Myślę, że spodobałby się Rose. – Gwen spojrzała na ciemne chmury. – Mam nadzieję, że w jakiś sposób to widzi. Widzi swoją różę wiszącą nad starymi drzwiami Grue.
– Na pewno to widzi – zapewnił ją Royce.
Hadrian spojrzał na niego.
– No co? – warknął Royce.
– Od kiedy wierzysz w życie pozagrobowe? – zapytał Hadrian.
– Nie wierzę.
– To dlaczego powiedziałeś…
Royce uderzył ręką w poręcz werandy, która była dość mokra, żeby zdołał rozbryzgać wodę.
– Widzisz? – odezwał się do Gwen. – Oto co muszę znosić. Ciągle upomina mnie za moje zachowanie. „Dlaczego nie możesz się uśmiechnąć?”, mówi. „Dlaczego nie pomachałeś do tego dzieciaka? Zabiłoby cię, gdybyś był uprzejmy dla tej starszej kobiety? Dlaczego nigdy nie powiesz niczego miłego?”. A teraz, kiedy staram się okazać odrobinę taktu, co dostaję? – Wyciągnął obie ręce, jakby po raz pierwszy przedstawiał jej Hadriana.
Hadrian nadal wpatrywał się w niego, ale teraz z zaciśniętymi ustami, jakby chciał powiedzieć „Doprawdy?”. Zamiast tego jednak rzucił:
– Jesteś miły tylko przez wzgląd na nią.
– Na mnie? – zdumiała się Gwen. Stała między nimi, więc obracała głowę, patrząc to na jednego, to na drugiego, niewinna i czysta jak kropla rosy. – A co ja mam do tego wszystkiego?
Hadrian przewrócił oczami i ze śmiechem odrzucił głowę w tył.
– Ależ z was para! Kiedy tylko przebywacie razem, to czuję się tak, jakbym się znalazł w towarzystwie obcych ludzi. Nie, nie obcych, po prostu z waszymi przeciwieństwami. On zamienia się w dżentelmena, a ty udajesz, że nie znasz mężczyzn.
Royce i Gwen popatrzyli na niego, jakby nie pojmowali ani słowa.
Hadrian zarechotał.
– Dobrze. Niech od tej chwili dzisiejszy dzień znany będzie jako Dzień Na Opak. I w związku z tym zamierzam pokonać Morze Wonności, żeby napić się w Pałacu Wspaniałego Jadła i Czystej Pościeli.
– Ej! – warknęła Gwen, opierając ręce na biodrach i nie posiadając się z oburzenia.
– Właśnie! – poparł ją Royce. – Kto tu teraz jest niegrzeczny?
– Przestań. Przerażasz mnie. – Hadrian odszedł, zostawiając ich samych.
– Tęskniłam – powiedziała Gwen, kiedy Hadrian wszedł do środka. Wpatrywała się w deszcz uderzający w ogromną kałużę.
– Nie było mnie kilka dni.
– Wiem. Mimo to tęskniłam. Jak zawsze. Czasem się boję… Martwię się, że stanie się coś złego.
– Martwisz?
Wzruszyła ramionami.
– Możesz zginąć, zostać aresztowany albo spotkasz piękną kobietę i nigdy nie wrócisz.
– Jak możesz się martwić? Przecież znasz przyszłość, prawda? – zażartował. – Hadrian mówi, że czytałaś mu raz z dłoni.
Gwen się nie roześmiała. Zamiast tego powiedziała:
– Czytałam z wielu dłoni. – Spojrzała na szyld z samotną różą i na jej twarzy odmalował się smutek.
Royce miał ochotę dźgnąć się sztyletem.
– Przepraszam… Nie chciałem…
– W porządku.
Dla niego to nie było w porządku. Napiął wszystkie mięśnie. Zacisnął dłonie w pięści. Cieszył się, że Gwen na niego nie patrzy. Potrafiła przejrzeć jego obrony. Dla wszystkich innych był nieprzeniknionym murem, wysokim na pięćdziesiąt stóp, z ostrymi jak brzytwy kolcami na górze i fosą u podnóża, ale dla Gwen był oknem bez zasłon z zepsutą zasuwką.
– Mimo to się martwię. W końcu nie jesteś szewcem albo murarzem.
– Nie powinnaś. Ostatnimi czasy nie robię niczego, co wymagałoby martwienia się. Hadrian na to nie pozwoli. Ugrzęzłem przy odzyskiwaniu zagubionych rzeczy, zażegnywaniu sporów… Wiedziałaś, że pomagaliśmy farmerowi zaorać pole?
– Albert załatwił wam pracę w polu?
– Nie, Hadrian. Farmer zachorował i jego żona była zdesperowana. Mieli długi.
– I ty orałeś pole?
Royce uśmiechnął się do niej znacząco.
– Ach, czyli Hadrian orał, a ty patrzyłeś.
– Mówię ci, czego on nie wyprawia! – Royce westchnął. – Czasem nie ma w tym za grosz sensu.
Gwen uśmiechnęła się do niego. Najpewniej poprze Hadriana; większość ludzi tak robiła. Wszyscy myśleli, że dobre uczynki to świetna sprawa, przynajmniej oficjalnie. Jej twarz wyrażała cierpliwe zrozumienie, jakby Gwen była zbyt uprzejma, żeby to powiedzieć na głos. To nie miało znaczenia. Uśmiechała się do niego i na chwilę deszcz ustał. Przez tę jedną chwilę świeciło słońce, on nigdy nie był płatnym zabójcą, a ona nigdy nie była prostytutką.
Wyciągnął ręce, rozpaczliwie pragnąc jej dotknąć, przez chwilę potrzymać w objęciach, pocałować ten uśmiech i uczynić z niego coś więcej niż tylko ulotny blask, który w przeciwnym wypadku zapamięta jako umierającą iskierkę. Jednakże się powstrzymał.
Gwen spojrzała na jego opadające ręce, a potem na twarz.
– Co się stało?
Czy to rozczarowanie zabrzmiało w jej głosie?
– Mamy towarzystwo – powiedział, kiwając głową w stronę ulicy, gdzie trzy nieszczęsne postaci poruszały się w cieniach w pobliżu drzwi kuchennych. – Musisz porozmawiać na ten temat ze swoim barmanem. Dixon wyrzuca resztki za drzwi i przyciąga muchy.
Gwen spojrzała we wskazanym kierunku.
– Muchy?
– Elfy. Grzebią w twoich śmieciach.
Gwen zmrużyła oczy.
– Och, nawet ich nie zauważyłam. – Machnęła ręką. – Nie szkodzi. Powiedziałam Dixonowi, żeby oddawał im wszystkie resztki. Mam tylko nadzieję, że nie wyrzuca ich wprost na błoto. Muszę wystawić tam beczkę albo jakiś stolik.
Royce skrzywił się, patrząc na nieszczęsne stworzenia. Łachmany, które okrywały ich ciała, były ledwie podartymi skrawkami udającymi ubrania. Przemoczone na deszczu elfy wyglądały jak szkielety obleczone skórą. Karmienie ich było przykładem okrucieństwa poprzez dobroć. Gwen dawała im złudną nadzieję. Lepiej dać im umrzeć. Lepiej dla nich, lepiej dla wszystkich.
Spojrzał na nią.
– Zdajesz sobie sprawę, że będą tu wracać. Nigdy się ich nie pozbędziesz.
Gwen szturchnęła go i wskazała ulicę Przekorną.
– Albert przyszedł.
Przybył pieszo. Przesłonięty mglistą zasłoną deszczu podszedł z niesmakiem do budzącej postrach sadzawki. Przemókł do suchej nitki. Nowy kapelusz bez ronda przylegał mu płasko do głowy i zsuwał się nieco na bok. Peleryna lepiła się do jego ciała. Wicehrabia Albert Winslow popatrzył na mroczne jezioro, a potem na stojących po drugiej stronie Royce’a i Gwen.
– Skoro zawsze tak ma być – zawołał ponad sadzawką – to czy nie mogłabyś zbudować mostu nad tą fosą, Gwen?!
– Nie mam praw do zarządzania ulicą! – odkrzyknęła. – Ani rynsztokiem, skoro już o tym mowa. Musisz zwrócić się z tą kwestią do króla albo przynajmniej gildii kupieckiej w Dzielnicy Dolnej.
Albert spojrzał na wzburzoną wodę i z grymasem ruszył przez kałużę.
– Chcę konia! – krzyknął w chmury, kiedy woda sięgnęła mu do połowy łydek. – Na miłość Maribora, jestem wicehrabią! Nie powinienem być zmuszany do brnięcia przez ścieki, żeby się odmeldować.
– Nie stać nas na trzy konie – odpowiedział Royce. – Ledwie dajemy radę wyżywić dwa.
– Teraz już nas stać. – Albert odchylił pelerynę, ukazując sakiewkę. Potrząsnął nią. – Zapłacono nam.
Sześć błyszczących złotych monet z sokołem Melengaru i dwadzieścia srebrnych z takim samym wizerunkiem leżało na stole w Ciemnym Pokoju. Jako jedyne pomieszczenie bez ani jednego okna służył kiedyś za spiżarnię i schowek na wszelkiej maści sprzęt kuchenny. Gwen zamieniła go w kwaterę główną Riyrii, gdzie Royce i Hadrian prowadzili interesy jako rzezimieszki do wynajęcia. Dostawiła kominek, żeby grzał i oświetlał pokój, oraz stół, na który Albert opróżnił sakiewkę.
Royce przyniósł świecę. Każde królestwo i miasto-państwo biło własne monety, ale tenent był walutą międzynarodową i powinien zawsze ważyć tyle samo, mniej więcej tyle, co zwykle jajko rudzika. Srebrny tenent ważył tyle samo co złoty, ale moneta była większa i grubsza, bo metal był lżejszy. Tak wyglądała teoria i zwykle tak właśnie było w rzeczywistości. Przyniesione monety nie sprawiały wrażenie fałszywych.
– Nawiasem mówiąc, upiekło wam się. – Albert stanął obok ognia i zdjął przemoczony kapelusz. – Lady Martel albo nie wie, że zabrano jej pamiętnik, albo jest zbyt zakłopotana, żeby to zgłosić. Domyślam się, że raczej to drugie.
Zaczął wyżymać kapelusz na podłogę.
– Nie, nie, nie! – krzyknęła na niego Gwen. – Daj mi to, proszę. Ach, i wyskakuj z pozostałych rzeczy. Trzeba je uprać. Dixon, możesz, proszę, przynieść koc?
Albert uniósł brwi, kiedy Gwen stanęła wyczekująco z wyciągniętymi rękami. Zerknął pytająco na Royce’a i Hadriana. Żaden nie odezwał się słowem. Obaj odpowiedzieli szerokimi uśmiechami.
– Albercie, naprawdę myślisz, że masz coś, czego nie widziałam już wcześniej? – zapytała Gwen.
Wicehrabia zmarszczył brwi, odgarnął mokre włosy z twarzy i zaczął rozpinać dublet.
– W każdym razie, jak już mówiłem, lord Hemley nie zarządził nawet przeszukania. Według naszej zleceniodawczyni, lady Constantine, lady Martel zgłosiła tylko, że okropnie przestraszyła się nocą, ale okazało się, że to nie było nic takiego.
– Nic takiego? – spytał Royce.
– Wątpię, żeby Ralph albo Pan Hipple zgodzili się z jej zdaniem – wtrącił Hadrian.
– A powiedziała, czego właściwie się przestraszyła? – zapytał Royce.
Albert zdjął przemoczony brokat i Gwen wzięła go od niego. Zwalisty barman przyszedł z kocem, a Gwen oddała mu za to rzeczy Alberta.
– Możesz to, proszę, dać Emmie i poprosić, żeby zrobiła, co w jej mocy?
– Powiedz, żeby uważała – wtrącił Albert. – To bardzo drogie rzeczy.
– Wiemy – przypomniał mu Royce.
– Emma miała już do czynienia z brokatem – zapewniła go Gwen po wyjściu Dixona. – A teraz daj mi pończochy i spodnie.
– Mogę usiąść?
– Jak już zdejmiesz spodnie.
– To o czym właściwie wspomniała lady Martel? Co przytrafiło jej się w nocy? – zapytał znowu Royce.
– Ach! – Albert zarechotał, rolując pończochy. – Powiedziała, że szop wlazł przez okno sypialni i dlatego pies zaczął szczekać. Słysząc hałasy, jeden ze strażników przybiegł i z powodu ciemności przywalił głową w konar topoli. Krzyknął, myśląc, że go zaatakowano.
– Myśląc, że go zaatakowano? – dopytywał się Royce.
– On obstawał, że do domu włamało się dwóch gości i chciało go zabić. Lady Martel powiedziała, że coś mu się uroiło.
Royce usiadł naprzeciwko ognia i złożył razem dłonie, pukając o siebie palcami. Zastanawiał się, co było w pamiętniku lady Martel, że chciała uniknąć jakiegokolwiek dochodzenia.
Hadrian się tylko roześmiał.
– Co znowu? – zapytał Albert, wręczając drugą pończochę, którą Gwen wzięła z wyrazem niesmaku na twarzy.
– Lady Martel właśnie uratowała Ralphowi życie – odpowiedział Hadrian.
– Naprawdę? A kto to jest Ralph?
– Pewien strażnik z urojeniami. Royce czekał, aż przestanie padać, żeby wpaść z odwiedzinami do starego Ralpha.
Albert klasnął w dłonie.
– Zatem wszyscy mamy dziś powód do świętowania, prawda?
– Jak już zdejmiesz spodnie – zbeształa go Gwen.
– Wszystkich swoich klientów traktujesz w taki sposób? – zapytał Albert.
– Nie jesteś klientem.
– Nie, jestem wicehrabią.
Po krótkiej pauzie wszyscy wybuchli śmiechem.
– Dobrze, już dobrze, proszę, oto moje spodnie! Weź je. Po cóż mi spodnie? I tak już straciłem całą godność osobistą.
– A po co komu godność, kiedy ma pieniądze? – Royce rzucił mu stosik srebra zwieńczony złotem.
Albert złapał monety jak wprawny żongler. Stał nago przed ogniem i oglądał monety z uśmiechem.
– Znowu jestem arystokratą!
– Owiń się tym. – Gwen podała mu koc. – Dość już się napatrzyliśmy na arystokrację jak na jeden dzień.
Zebrała resztę rzeczy i wyszła.
Albert owinął się miękką wełną i usiadł na krześle tak blisko kominka, jak tylko mógł, nie obawiając się zajęcia ogniem. Pocierając monety w palcach, powiedział:
– Srebro i złoto są takie ładne. Szkoda je wydawać.
– A nie starczą na długo. – Royce westchnął i spojrzał na Alberta. – Przy tempie, z jakim bierzemy zlecenia, i tak małych sakiewkach sytuacja staje się napięta. Potrzebujemy czegoś za wyższą cenę.
– Właściwie to mam dla was nową robotę. To coś sporego: dwadzieścia złotych tenentów oraz pokrycie wydatków, wyobrażasz sobie? I całe szczęście, bo robota jest w południowym Maranonie.
Royce i Hadrian usiedli prosto.
– Szybko to poszło – zauważył Hadrian. – Zwykle nie pracujesz tak ciężko.
– Racja, ale to zlecenie po prostu wpadło nam do rąk. – Kropelka wody ześlizgnęła się Albertowi po twarzy. Urwał, żeby otrzeć wodę z włosów rogiem koca. – I robi wrażenie niewiarygodnie prostego.
– Nie możesz tego ocenić, bo nie masz kwalifikacji – powiedział Royce.
– Ale ta robota taka jest. Nie chcą nawet, żebyście cokolwiek robili.
Royce pochylił się, wbijając wzrok w wicehrabiego.
– Kto płaci dwadzieścia sztuk złota za nic? Co to za robota?
– Wygląda na to, że ktoś próbuje zabić lady Nysę Dulgath.
– Nie jesteśmy ochroniarzami do wynajęcia.
– Och, ona już ma straże. Lady Dulgath jest hrabiną i niedługo zostanie władczynią maleńkiej prowincji w południowo-zachodnim zakątku Maranonu, gdy już złoży hołd lenny królowi Vincentowi. Najwyraźniej jej ojciec, hrabia Beadle Dulgath zmarł niedawno, a ona jest jego jedynym dzieckiem.
– Został zamordowany? – zapytał Royce.
– Nie. Zmarł ze starości. Facet był potwornie stary, dobiegał sześćdziesiątki. Niestety ktoś uwziął się na jego córkę. Z tego, co mi powiedziano, wynika, że w ciągu ostatniego miesiąca doszło do trzech prób zamachu na jej życie. Po tych porażkach zatrudnią zawodowca. I tu wkraczasz ty. – Albert spojrzał na Royce’a.
– Nie powiedziałbym, że zabicie hrabiny to nic. Poza tym wiesz, jaki on ma stosunek do takich zleceń. – Royce wskazał Hadriana.
Albert machnął ręką.
– Nie, źle mnie zrozumiałeś. Nie chodzi o to, żebyście wy ją zabili. Wieść niesie, że już kogoś wynajęto.
Royce pokręcił głową.
– O ile nie postanowili załatwić tego tanim kosztem, to najęty gość jest skrytobójcą z Czarnego Diamentu. Zawarłem z Diamentem porozumienie i zgodnie z nim nie wchodzimy sobie w paradę.
– Pamiętam – powiedział Albert. – Ale oni nie chcą, żebyś złapał zabójcę. Twoim zadaniem jest ocenić sytuację i poinformować szeryfa Knoxa, jak ty zabrałbyś się do zabicia lady Dulgath, żeby mógł przygotować plan, który zapobiegnie zamachowi.
– Dlaczego ja?
Albert się uśmiechnął.
– Wygadałem się, że pracowałeś jako zabójca dla Czarnego Diamentu.
Royce spiorunował go wzrokiem.
– Nikogo w Maranonie nie interesuje, czym zajmowałeś się gdzie indziej. Mówimy tu o arystokracji. Szlachetnie urodzeni stosują ruchomą skalę do oceny moralnej. Ekscytuje ich możliwość zatrudnienia kogoś z doświadczeniem.
– To brzmi… – zaczął Hadrian i zamyślił się, szukając właściwego słowa.
– Podejrzanie – podsunął mu Royce.
– Chciałem powiedzieć „dziwnie” – sprostował Hadrian – ale masz rację. To szemrana sprawa. Czy to możliwe, że właśnie szeryf chce jej śmierci?
– Mało. Nie jestem nawet pewien, czy wie o tym planie. Nie on nas zatrudnił. A wątpię, żeby nasz klient miał zwyczaj mordować władców prowincji.
– A kto to taki? Znaczy kto nas zatrudnił?
Albert wahał się chwilę, a potem odpowiedział:
– Kościół Nyphrona.
Rozdział 2
Artysta
Sherwood Stow trzymał pędzel bez najmniejszego świadomego wysiłku, patrząc na lady Nysę Dulgath. Stała dziesięć stóp dalej z jedną ręką na brzuchu, a z drugą przy boku; ściskała w niej parę rękawiczek do jazdy konnej, jakby zaraz miała wybiec na polowanie. Stała cudownie prosto, z uniesionym podbródkiem, dzięki czemu długie kolczyki z pereł zwieszały się idealnie. Włosy miała upięte wysoko, zaplecione w warkocze i zwinięte, tak że opasywały jej głowę niczym królewski diadem. Była ubrana w nadzwyczajną suknię ze złotego brokatu o szerokich rękawach, a na jej ramionach spoczywała etola z lisa, który uśmiechał się, jakby był zachwycony, mogąc znajdować się tak blisko tej olśniewającej kobiety. Chociaż jej spojrzenie było królewskie, gdy wpatrywała się w dal, to Sherwood żałował, że nie patrzy na niego. Tak naprawdę to spoglądała ponad jego głową na żyrandol wiszący pośrodku jej prywatnego gabinetu.
Pokój był mały jak na standardy zamku Dulgathów. Intymny, lubił myśleć o nim Sherwood, jak garderoba albo salonik, w którym spotykają się zakochani. A nawet bardziej, ponieważ w takim saloniku roi się od przyzwoitek, a oni przebywali w gabinecie tylko we dwoje.
– Dlaczego nie spojrzy pani na mnie? – zapytał Sherwood.
– To konieczne? – odpowiedziała lady, wpatrując się w żyrandol.
Usta wygięła w obojętnym półuśmieszku, jej twarz przybrała obowiązkowy oficjalny wyraz. Zwykle doceniał modeli, którzy potrafią zachować posągowy wygląd podczas pozowania, ale ona wypełniła jego prośbę z przesadną skrupulatnością. Nysa nie pozowała tak po prostu. Ona się ukrywała.
– Powiedzmy, że to prośba.
– Wobec tego odmawiam. – Jej słowa były równie słodko neutralne jak usta. Nie były ani na tyle ciepłe, by zdradzać bliskość, ani tak zimne, żeby sugerować niezadowolenie.
Nie potrafię nawet dostrzec, czy ona oddycha, pomyślał.
Nysa była za sztywna. Oczywiście taki wizerunek chciała uwiecznić, ale Sherwood Stow nie był zainteresowany sportretowaniem przyszłej hrabiny Dulgath. Interesowała go kobieta. I chociaż nigdy nie wypowiadał tego imienia publicznie, to zawsze myślał o niej jako o Nysie. Nigdy jako o lady Dulgath.
Ród Dulgathów był gmachem, monumentem, zakurzoną sławną dynastią. Nysa była kobietą niewiele po dwudziestce. Nie wiedział, jak niewiele, trudno to było ocenić, ponieważ jej ciało miało w sobie wigor młodości, ale oczy wydawały się niezmiernie wiekowe. Piękna i tajemnicza istota pełna światła, ale jej ruchy zdradzały farsę. Zbyt wdzięczne. Sherwood znał wiele kobiet – dam, księżniczek, nawet królowych – ale żadna nie miała ułamka jej wytworności i elegancji. Nysa była jak wirujący liść na wietrze i gdyby wylądowała na powierzchni nieruchomego jeziora, nie wywołałaby nawet najmniejszej zmarszczki.
– Panie Stow, czy zwyczajowo w trakcie malowania nie dotyka się pędzlem płótna? – Nysa skierowała pytanie do żyrandola. – Stoi pan tam od dwudziestu minut, mieszając farby, i trzyma uniesiony ten najeżony patyk, ale ani razu się pan nim nie posłużył.
– Skąd pani wie, skoro patrzy pani na żyrandol?
– Patrzenie i widzenie to czynności od siebie niezależne. Ze wszystkich ludzi pan właśnie powinien najlepiej to rozumieć.
Sherwood skinął głową i raz jeszcze dodał oleju orzechowego do gęstniejącej umbry. Jego dawny mistrz Yardley bez wątpienia wzdychał w grobie. Yardley zawsze upierał się przy temperach mieszanych z jajkiem, ale Sherwood wolał farby olejne. Nie dość, że pozwalały mu uzyskać w portretach przejrzystą głębię, to jeszcze powolne wysychanie dawało mu czas na… cóż… na wszystko.
– Owszem, a skoro tak dobrze zdaje sobie pani z tego sprawę, to musi pani rozumieć konieczność zwłoki i to, jak ważna jest powolność w mojej pracy.
– „Powolny” to nie jest słowo, które stosownie pana opisuje, panie Stow. Kropla miodu zimą jest powolna. Przelewa się jakby niechętnie, ale jednak się przelewa. A pan, panie Stow, nie jest ciurkającym miodem. Pan jest skałą.
– Szkoda. Tak bardzo lubię miód. Może zechce pani przemyśleć swoją ocenę?
– Skała, powiadam. Ogromny blok granitu nieruchomy i stanowczo odmawiający poruszenia się.
– Doprawdy?
– Jak inaczej wyjaśni pan dwa miesiące codziennych godzinnych sesji? To sześćdziesiąt godzin. Słyszałam, że dobrzy artyści potrafią skończyć portret w tydzień.
– Prawda, prawda. – Popukał się palcem w brodę, brudząc ją farbą. – Chyba jedynym wyjaśnieniem będzie stwierdzenie, że nie jestem dobrym artystą.
Sherwood zakorkował butelkę oleju i odstawił na półkę pod sztalugami obok poplamionych szmatek i fiolek z pigmentami, z których niektóre były zaskakująco drogie. Błękit zamorski, czyli ultramaryna, był najkosztowniejszy, ponieważ kamień, z którego wyrabiano ten ciemnoniebieski barwnik, musiał przebyć morze i pochodził z tego samego legendarnego lądu, z którego sprowadzano niezrównane wino Montemorcey. Farba kosztowała dwudziestokrotność swojej wagi w złocie. Na szczęście niewielu ludzi niebędących malarzami wiedziało o tym, bo inaczej na jego kolegów po fachu regularnie by napadano i ich okradano.
– Zatem przyznaje pan?
– Oczywiście z pewnością nie jestem dobrym malarzem. – Posłużył się szmatką, którą zrobił z ostatniej przyzwoitej koszuli, żeby otrzeć olej, który skapnął mu na ręce z trzonka pędzla. Bez względu na to, jak bardzo uważał, jego dłonie działały na farbę i olej jak magnes. – Jestem najlepszym malarzem.
Sapnęła w sposób nietypowy dla siebie, co brzmiało prawie jak parsknięcie śmiechem, i uniosła sceptycznie brew.
– Jest pan aroganckim człowiekiem.
Wreszcie jakaś reakcja.
– Nie, jestem pewny siebie, a to różnica. Arogancja to nieuzasadniona wiara w siebie. Pewność siebie wynika po prostu z rozumienia własnych możliwości. Nie przechwalam się, że jestem wspaniałym kochankiem, chociaż możliwe, że tak jest. W tym temacie akurat zwyczajnie nie znajduję się w pozycji, która umożliwiałaby mi precyzyjny osąd. Ocenę zostawiam kobietom, które zabawiam.
Tym razem uniosła obie brwi i na jej czole pojawiła się ledwie widoczna zmarszczka.
– Rozmawialiśmy jednak o sztuce, a w tym temacie jestem ekspertem. Może więc mi pani zaufać, kiedy mówię, że nie ma większego artysty ode mnie, a mówię tak, ponieważ nie ma lepszego ode mnie sędziego wartości artystycznej.
– Panie Stow, wątpię, czy mogę zaufać pańskiej ocenie w kwestii sztuki czy czegokolwiek innego. Jak bym mogła, skoro nie pozwala mi pan spojrzeć na pańskie dzieło? Odmawiał pan przez dwa miesiące wszystkim, którzy chcieli zerknąć na pańskie arcydzieło.
– Prawdy nie da się stworzyć, trzymając się harmonogramu.
– Prawdy? Zatem to prawdę pan maluje? Myślałam, że mnie.
– Maluję panią, a przynajmniej próbuję, ale odmawiając współpracy, powoduje pani opóźnienia.
– Co ma pan na myśli?
– Ukrywa się pani przede mną.
– C-co…? – Omal na niego nie spojrzała. Widział, jak walczy ze sobą, by nie poruszyć źrenicami. Zagryzła dolną wargę i z podwójnym zacięciem wbiła wzrok w żyrandol. Uniosła nieco podbródek jakby w akcie protestu. – Przecież jestem tutaj.
– Nie, nieprawda. Hrabina Dulgath w całym swoim arystokratycznym splendorze i pysznym stroju stoi przede mną, ale nie pani. Nie to, kim jest pani naprawdę. Chcę dostrzec osobę wewnątrz. Osobę, którą ukrywa pani przed wszystkimi w obawie, że mogliby ją dostrzec…
Popatrzyła na niego. Nie zerknęła. Nie spojrzała. Spiorunowała go ognistym wzrokiem. Przelotnie tylko, ale w tej jednej chwili dostrzegł więcej, niż widział przez dwa miesiące. Coś potężnego. Gwałtownego. Burza zakorkowana w kobiecym ciele i powleczona smutkiem żałoby i żalu. Dostrzegł ją. Ten widok wstrząsnął nim tak, że cofnął się o krok.
– To było na tyle – oznajmiła lady Dulgath, przestając pozować i zrzucając z ramion lisa. – Nie widzę powodu, by przeciągać ten absurd. Zgodziłam się na portret tylko dlatego, że chciał tego mój ojciec. On nie żyje, więc obraz przestał być potrzebny.
Obróciła się na lewym obcasie i ruszyła do wyjścia.
– W takim razie zobaczymy się jutro! – zawołał za nią Sherwood.
– Nie, nie zobaczymy.
– Będę tu jutro.
– A ja nie.
Zatrzasnęła dębowe drzwi, wychodząc, i zostawiła Sherwooda samego w gabinecie, słuchającego echa jej oddalających się kroków.
Spojrzał na drzwi, które aż odskoczyły od futryny i teraz stały szeroko otwarte, więc widział jej złocistą suknię, kiedy odchodziła korytarzem.
Fascynująca, pomyślał.
W okamgnieniu Sherwood podniósł pędzel i szmatkę, które upuścił, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, i spojrzał na obraz. Pędzel poruszał się jakby z własnej woli, wędrował od palety do płótna z oślepiającą gwałtownością. Skupienie Sherwooda było tak wielkie, że nie zauważył, że do gabinetu wszedł młody mężczyzna, dopóki ten się nie odezwał.
– Jakieś kłopoty?
Sherwood rozpoznał dublet z niebieskiej satyny, zanim dostrzegł kozią bródkę, i natychmiast zakrył obraz. Przymocował materiał do blejtramu, żeby móc szybko zasłonić pracę. Zasłanianie powstającego obrazu dla ochrony mokrej farby przed komarami, kurzem i włosami nie było niczym nietypowym, teraz jednak Sherwood miał znacznie poważniejszy powód.
– Lord Fawkes. Przepraszam, nie zauważyłem pana. Co pan mówił?
– Pytałem, czy pojawił się jakiś kłopot – powiedział Fawkes, rozglądając się po gabinecie z typową dla siebie mieszanką zdumionej niewinności i złowieszczej podejrzliwości. – Usłyszałem huk i zobaczyłem hrabinę wybiegającą z pokoju. Czy mogę służyć pomocą?
– Nie ma potrzeby, to była wyjątkowo udana sesja, ale już się skończyła. Zbiorę swoje rzeczy. Poczyniliśmy dzisiaj znaczne postępy.
Fawkes obszedł sztalugi i zmarszczył brwi, patrząc na zakryty portret.
– Mam nadzieję, że to nie jest kawałek pościeli.
– To moja koszula nocna, a właściwie to, co z niej zostało.
– To w czym pan śpi?
– Teraz? W niczym. Nie stać mnie na strój nocny.
– Dzięki niech będą Novronowi, że zbliża się lato. – Lord Fawkes podniósł buteleczkę ultramaryny i zaczął ją przerzucać z ręki do ręki. To, że wybrał sobie do zabawy właśnie ten barwnik, wydawało się zbyt dużym zbiegiem okoliczności. W przeciwieństwie do innych ludzi jego pokroju lord Christopher Fawkes musiał znać się na sztuce malarskiej. – Co pan jeszcze tu robi, Sherwood?
Malarz wskazał zakryty obraz i się uśmiechnął. Wskazanie było łatwe, uśmiech okazał się większym wyzwaniem, kiedy patrzył, jak Fawkes bawi się niebieską buteleczką.
Lord zerknął przez ramię i pociągnął lekceważąco nosem.
– Malował pan moją ciotkę Mobi zeszłego lata w jej willi w Swanwick.
– Tak, pamiętam. Piękne miejsce. A lady Swanwick była nadzwyczaj łaskawa i hojna.
– Właściwie to dość często się panu zdarza.
Fawkes przerwał żonglerkę, żeby wskazać kciukiem zakryty portret.
– Wszystkim aż zaparło dech, kiedy odsłonił pan portret.
– To także dość często mi się przydarza.
– Ciotka Mobi rozpłakała się, kiedy zobaczyła, co pan zrobił. Dziesięć minut minęło, zanim mogła odezwać się słowem. Wuj Karl był przekonany, że ją pan obraził.
Sherwood skinął głową.
– Hrabia Swanwick wezwał straże.
– Słyszałem, że złapali pana za nadgarstki i zaczęli wywlekać z pokoju, kiedy ciotka Mobi wreszcie odzyskała głos i ich powstrzymała. „To ja”, powiedziała. „Oto jaka naprawdę jestem. Nikt dotąd mnie tak nie widział”.
– To też często mi się przytrafia.
– Spał pan z nią?
Lord Fawkes podrzucił buteleczkę wyżej niż dotąd.
– Słucham?
– To dzięki temu tak jej pan zaimponował? To dlatego okazała się aż tak hojna?
– Widział pan obraz?
Fawkes zarechotał.
– Nie. Jedynie słyszałem opowieści. Ciotka Mobi trzyma go pod kluczem w swojej sypialni, gdzie, jestem pewien, śni o młodym malarzu, który tak doskonale ją uchwycił. Zastanawiam się, dlaczego kobiecie, która poślubiła hrabiego, tak zaimponowałby malarz bez grosza przy duszy.
– Czy ta opowieść dokądś zmierza?
Fawkes uśmiechnął się znacząco.
– Zmierzam do tego, że ten portret, który tak doskonale uchwycił naturę ciotki Mobi, że być może wymagał jej zdrady małżeńskiej, powstał w pięć dni. Dlatego pytam ponownie: co pan jeszcze tu robi, panie Sherwood?
– Niektóre portrety są trudniejsze od innych.
– A niektóre kobiety trudniej uwieść niż inne.
Sherwood złapał buteleczkę w locie.
– Pigmenty to nie zabawka.
– Lady Dulgath także nie jest zabawką. – Fawkes patrzył przez chwilę na buteleczkę w ręku Sherwooda, a potem się odwrócił. – Do tej pory zakładałem, że po prostu pasożytuje pan, wykorzystuje dobrą wolę pracodawcy. Może zwlekał pan, nie mając innych zleceń. Teraz myślę, że jest pan naiwny.
Spojrzał znowu na zakryty portret, jakby to była twarz za welonem, która ich obserwuje.
– Życie wędrownego malarza musi być meczące i niebezpieczne. Podejrzewam, że mieszkanie w zamku, gdzie ma się własne łóżko i pracownię, to znacząca poprawa warunków. Zapomniał pan jednak o jednej rzeczy. Ona jest arystokratką, a pan nie. Prawo zakazuje takich rzeczy.
– Nieprawda. – Sherwood odstawił fiolkę z niebieskim pigmentem na półeczkę pod sztalugami i stanął między nimi a lordem.
Fawkes spiorunował go wzrokiem.
– A powinno.
– Gdybyśmy rozmawiali o tym, co być powinno, to pan urodziłby się jako hodowca krów w Kelsey, a nie jako kuzyn króla Vincenta. Chociaż to byłoby straszliwie niesprawiedliwe wobec krów i jestem przekonany, że właśnie o tym myślał Maribor, kiedy uczynił pana lordem bez ziemi.
Sherwood ogromnie się cieszył, że lord Fawkes nie trzyma już jego bezcennej buteleczki błękitu zamorskiego. Maranoński lord bez ziemi sapnął z wściekłości. Ramiona uniosły mu się jak sierść na grzbiecie psa. Zanim zdążył otworzyć usta, żeby cisnąć jakimś plugawym epitetem, Sherwood wszedł mu w słowo.
– A co pan jeszcze tu robi? Pogrzeb odbył się chyba z miesiąc temu.
To zadziałało jak wylanie zimnej wody na płomień. Fawkes zamrugał trzy razy, a potem zadowolił się posłaniem mu morderczego spojrzenia.
– Być może tak się skupiłeś na tym, żeby wskoczyć do łóżka jaśnie pani hrabiny, że umknął ci fakt, iż ktoś próbuje ją zabić.
– A co to ma do rzeczy?
– Zostałem, by ją chronić.
– Doprawdy? – Sherwood powiedział to bardziej sarkastycznie, niż zamierzał, ale lord zirytował go więcej niż tylko trochę. – Może umknął pana uwagi fakt, że od tego hrabina ma zastęp doskonale wyszkolonych strażników. Czy też może wierzy pan, że jedynym, co stoi między lady Dulgath a śmiercią, jest strach, jaki zabójca odczuwa przed dalekim krewniakiem króla?
Ten komentarz w żaden sposób nie złagodził spojrzenia Fawkesa, ale teraz przesunęło się ono na sztalugi.
Sherwood wiedział, co lord sobie myśli, zrobił więc jeszcze jeden krok naprzód. Nie łudził się marzeniami o pokonaniu Fawkesa w walce. Prawo rzeczywiście zabraniało atakowania arystokratów, nawet wyjątkowo nikczemnych. Sherwood blefował, robiąc ten krok, ale starał się wypaść tak przekonująco, jak to tylko możliwe. Wyprostował się na całą długość – a był o cal wyższy od Fawkesa – i odwzajemnił się jadowitym spojrzeniem, zaciskając zęby i unosząc ręce.
I bez względu na to, czy dostrzegł blef, Fawkes zadowolił się jedynie splunięciem na but malarza i opuszczeniem gabinetu.
On także zatrzasnął za sobą drzwi, ale tym razem pozostały zamknięte.
Rozdział 3
Maranon
Pogoda nie poprawiła się przez całą drogę do Mehanu. Jeśli chmury ich nie śledziły, jak wyobrażał sobie Hadrian, i w całym północnym Avrynie lało tak samo, to sadzawka na Przekornej musiała zamienić się w jezioro po trzech kolejnych dniach nieustannej ulewy, która moczyła ich podczas jazdy na południe. Rankiem czwartego dnia niebo obudziło się czyste i błękitne, a ogromne południowe słońce oświetlało krainę cudnych, pofałdowanych wzgórz.
Większość zleceń, jakie przyjmowali jako Riyria, dotyczyły samego Medfordu i jego okolic, nie wypuszczali się dalej na południe niż do Warric. Chociaż Hadrian dorastał niecałe pięćdziesiąt mil od granicy, to była jego pierwsza podróż do Maranonu. Gdyby półwysep Delgos był rękawicą z jednym palcem, to Maranon byłby właśnie kciukiem, i to w dodatku zielonym. Kraina w kolorze głębokiej, intensywnej jak aksamit zieleni lasu oświetlonego przez księżyc rozciągała się we wszystkie strony urozmaicona czasem małymi zagajnikami drzew liściastych. Maranon słynął ze swoich koni, najwspanialszych wierzchowców na świecie. Początkowo Hadrian myślał, że widzi łanie pasące się na łąkach, ale łanie nie poruszają się stadami po piętnaście sztuk albo i więcej. Ani nie pędzą przez pola z hukiem grzmotu, nie krążą i nie zmieniają kierunku jak kołujące stado szpaków.
– Należą do kogoś? Czy można po prostu złapać sobie jednego? – zapytał Royce’a Hadrian, gdy jechali na swoich parchatych koniach z północy, które przynajmniej były czyste dzięki trzem dniom deszczu.
Royce, który odrzucił kaptur i suszył pelerynę na sobie, zerknął na konie pędzące po odległych wzgórzach.
– Tak i nie. To tak jak z jeleniami na północy. A właściwie tak jak wszędzie. Nie ma niczego, co by do kogoś nie należało. Te konie są dzikie, ale wszystko tutaj należy do króla Vincenta.
Hadrian nie wątpił w wiedzę Royce’a. Chociaż jego partner nie potrafił konwersować, Hadrian wiedział, że wiele podróżował, przynajmniej po Avrynie. Najlepiej orientował się w gęsto zaludnionych rejonach wokół dużych miast jak Colnora albo Ratibor, gdzie złodziej i były zabójca najszybciej znajdzie sobie zajęcie. Dla Hadriana wyprawa do Maranonu była jak wakacje. Zmiana pogody tylko pogłębiła wrażenie, że wreszcie odpoczywają.
Uniósł się w strzemionach i rozejrzał po okolicy. Pomijając drogę, którą jechali, i góry w oddali, nie dostrzegł niczego – ani jednej żywej duszy, żadnego miasta czy wioski.
– To co mnie powstrzymuje przed złapaniem jednego i zabraniem do domu?
– Znaczy poza samym koniem? – spytał Royce.
– Aha.
– Właściwie nic. Chyba że cię złapią i wtedy zawiśniesz.
Hadrian uśmiechnął się znacząco, ale Royce na niego nie patrzył.
– Jeśli nas złapią, to i tak zawiśniemy za większość tego, czego się dopuszczamy.
– No i?
– No i nic, po prostu tu jest ładniej. Znaczy… – Hadrian zapatrzył się na puszyste białe obłoki, których cienie przesuwały się po wzgórzach. – To miejsce jest niesamowite. Jakbyśmy wypełzli z rynsztoka i zawędrowali do raju. Nigdy w życiu nie widziałem tylu odcieni zieleni. – Spojrzał w dół. – Jakby trawa w naszym Medfordzie była chora albo coś w tym guście. Skoro musimy kraść, to czemu nie zaczniemy kraść koni? To musi być łatwiejsze od wspinania się po treliażach i wieżach.
– Serio? A próbowałeś kiedyś złapać dzikiego konia?
– Nie. A ty?
– Nie, ale wyjaśnij mi, jak jeździec ma złapać biegającego wolno konia? I to jeszcze maranona. W krainie niekończących się pagórków nie ma gdzie zagnać ich w pułapkę. A gdybyś nawet jakiegoś złapał, to co wtedy? Istnieje różnica między dzikim koniem a nieujeżdżonym. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę, co?
W jakimś mrocznym zakamarku umysłu Hadrian przypominał sobie, że słyszał coś na ten temat, ale nie pamiętał o tym, dopóki Royce mu nie przypomniał. Konie hodowane na farmach wychowywały się wśród ludzi. Nie zostały wytresowane i nie przywykły do tego, że ludzie wskakują im na grzbiety tak samo jak przeciętny pies, ale były względnie łagodne.
– Masz mniej więcej takie same szanse z dzikim koniem, jak gdybyś próbował osiodłać jelenia.
– To tylko luźny pomysł, bo w końcu jak długo będziemy to robić?
– Co takiego?
– Kraść.
Royce się roześmiał.
– Odkąd pracuję z tobą, prawie w ogóle nie kradnę. To naprawdę denerwujące. W porządnej kradzieży kryje się pewne piękno. Stęskniłem się za tym.
– Ukradliśmy pamiętnik.
Royce odwrócił się i spojrzał na Hadriana litościwie, kręcąc ze smutkiem głową.
– To żadna kradzież. To drobne złodziejstwo. A teraz jeszcze to. Pomysł, żeby uniemożliwić komuś dokonanie zabójstwa, wydaje się…
– Szemrany?
Kolejne spojrzenie, tym razem zdumione.
– Nie. Wydaje się niewłaściwy, jak chodzenie wstecz. W teorii brzmi to względnie łatwo, ale to niezręczne, dziwaczne. Nie bardzo nawet wiem, czego ode mnie oczekują. Mam porozmawiać z tą kobietą, z tym chodzącym celem? Zwykle nie gawędzę z potencjalnymi truposzami.
W ciągu trzech lat Royce nigdy nie rozgadał się tak bardzo podczas jazdy. Rozgniewany ton wszystko wyjaśniał. Royce nie oddalił się tak bardzo od bezpiecznych miejsc od czasu fiaska z Wieżą Koronną. Mistrz sztuki złodziejskiej rzadko dawał się wyprowadzić z równowagi, ale kiedy już się to zdarzało, robił się rozmowny.
– To arystokratka – ciągnął Royce. – Nie lubię arystokratów. Zawsze są tacy zarozumiali.
– To kwestia wychowania – odpowiedział Hadrian, jakby to on był światowcem.
Hadrian znał paru arystokratów, ale wszyscy pochodzili z Calisu. To tak, jakby powiedział, że zna gryzonie, bo karmił parę wiewiórek. Caliscy arystokraci w niczym nie przypominali tych z Avrynu. Byli swobodniejsi, bardziej praktyczni, mniej napuszeni i zdecydowanie bardziej niebezpieczni. Hadrian podejrzewał, że Royce wręcz polubiłby większość arystokratów z Calisu, a przynajmniej dopóki nie spróbowaliby go objąć. Hadrian dość szybko odkrył, że Royce Melborn nie jest amatorem uścisków.
– Właśnie. – Royce skinął głową. – A to jeszcze na dodatek kobieta. Kobieta z Maranonu.
– A czym tak się wyróżniają tutejsze kobiety?
– Pamiętasz tę burzę na Wyżynie w okolicy Fallon Mire? Tam gdzie wiatry znad Chadwick zderzają się z wiatrami zza grzbietu?
– A, pewnie. – Hadrian pokiwał głową, przypominając sobie noc, podczas której żaden z nich nie zmrużył oka.
– Takie są właśnie tutejsze kobiety. – Royce machnął lekceważąco ręką na bujną, piękną krainę, która rozciągała się gdzie okiem sięgnąć. – Spójrz na to. Czy ludzie tutaj ciężko pracują? Czy motyki pospólstwa tępią się na kamieniach w ziemi? Czy tutejsi ludzie kładą się spać głodni trzy razy w tygodniu? Chłopi pańszczyźniani w majątkach ziemskich żyją tu lepiej niż Gwen. A teraz wyobraź sobie, jacy są tutejsi arystokraci. Wiedziałeś, że prowincja Dulgath to najstarsze lenno w Avrynie?
– A skąd niby miałbym to wiedzieć? – Hadrian uśmiechnął się do niego rozbawiony rozmownością Royce’a.
– To teraz wiesz – odpowiedział poirytowany Royce, jakby Hadrian mu zaprzeczył. – Jeśli można zaufać wiedzy Alberta na temat historii różnych arystokratycznych rodzin, to ród Dulgathów wyłonił się mniej więcej w tym samym czasie co imperium novrońskie. Rodzina, która tu rządzi, jest równie stara jak początki pierwszego imperium. Większość arystokratów przyjmuje jako nazwisko nazwę regionu, który dostaje we władanie, ale tu jest na odwrót. Prowincję Dulgath nazwano od nazwiska ludzi, którzy ją stworzyli. W związku z tym, jak myślisz, jak głęboko zakorzenione jest przekonanie o własnej nadzwyczajności u lady Dulgath? Jej ród istnieje od kilkuset pokoleń. A ja mam ją uratować?
– Teoretycznie to chyba zleceniodawcy chcą, żebyś się zorientował, w jaki sposób można ją zamordować.
Royce rzucił Hadrianowi szelmowski uśmiech.
– Myślę, że najtrudniejszą częścią zadania będzie oparcie się pokusie, żeby tego nie zrobić. Chociaż raz może przydać się na coś twoje szeptanie mi do ucha, żebym nie zabijał. – Royce spojrzał na rozciągające się wszędzie idealne niebo. – Nie ma mowy, żebym wyjechał stąd niesplamiony błękitną krwią.
Droga się rozwidlała. Zakręt w lewo prowadził na południe, a ich ścieżka ciągnęła się dalej, aż do miejsca, gdzie zielona zmarszczka gór oznaczała koniec wzgórz.
Royce przystanął na dłuższą chwilę i wpatrywał się w lewą odnogę, więc Hadrian też zaczął jej się przyglądać. Droga była prosta, równa i ciągnęła się obrzeżami zielonego grzbietu ku większym skalistym górom zabarwionym błękitem w słońcu późnego popołudnia. Mijały minuty, a Royce nadal się wpatrywał i Hadrian nabrał przekonania, że jego partner zgubił drogę, co było więcej niż tylko trochę dziwne. Przez trzy lata Hadrian nigdy nie widział, żeby Royce się zgubił, gdy kierował się swoim wewnętrznym kompasem w gęstych lasach, pośród mgły nieprzenikliwej jak wełniany koc, w czasie bezgwiezdnych nocy, a nawet oślepiającej śnieżycy. A jednak złodziej nadal siedział na koniu i wpatrywał się w długą drogę na południe.
– Tędy mamy jechać? – zapytał wreszcie Hadrian.
Royce podniósł wzrok, jakby się obudził.
– Co?
– Tędy prowadzi droga do Dulgath?
– Tędy? – Royce pokręcił głową. – Nie, nie tędy. Ta droga donikąd nie prowadzi.
Hadrian spojrzał na szeroki, wydeptany szlak pobliźniony koleinami od kół wozów i półksiężycami końskich kopyt.
– Nieźle wydeptana jak na ślepą uliczkę.
Royce uśmiechnął się znacząco, jakby Hadrian opowiedział sprośny dowcip.
– Rzeczywiście, bez wątpienia.
Ruszał ich drogą, ponaglając konia, ale nadal oglądał się na bardziej uczęszczany szlak, jakby mu nie ufał. Cokolwiek go prześladowało, nie powiedział o tym ani słowa, a Hadrian nie zapytał.
Kiedy zaczęli razem pracować, łącząc swoje specyficzne umiejętności dla wspólnej korzyści, Hadrian próbował przy różnych okazjach podważyć wieko szkatułki z historią Royce’a, ale bez powodzenia. Tylko otarcie się o śmierć albo – na co wydawała się wskazywać obecna sytuacja – przewidywane spotkanie z arystokratami z Maranonu – było w stanie poluzować to wieko. Dokądkolwiek ta południowa droga prowadziła, Hadrian nie dowie się niczego na ten temat od Royce’a. Dwie rzeczy były jednak pewne: że Royce jechał już kiedyś tamtą drogą i że dokądś prowadziła.
Droga, którą teraz jechali, też gdzieś prowadziła. Pod górę.
Po kilku godzinach jazdy w ciszy droga zwęziła się i zamieniła w ciąg zakosów wspinających się na wąską przełęcz, za którą rozciągał się widok na inny świat. Ten był jeszcze piękniejszy od tego, który opuszczali. Łąki z dzikimi kwiatami i liściaste lasy rozciągały się nad morzem, rozległe przestworza wody wcinały się w postrzępione małe i większe zatoki wśród potężnych klifów. Hadrian domyślił się, że dotarli do zachodniego krańca Maranonu i początków Morza Sharon. Widział je po raz pierwszy, ale z oddali nie różniło się od wschodnich mórz. Owo „zaplecze” Maranonu, gdzie drogi były węższe i niewiele różniły się od trawiastych drożyn, miało więcej drzew, więcej strumieni i więcej wodospadów.
Na nie szerszej niż dziesięć mil przestrzeni między górami a morzem zmieściła się cienista dolina, przytulna i miła. Zanurzyła palce stóp w rozległym błękicie, który pienił się, rozbijając o skalny półwysep. Zamek Dulgathów wznosił się na samotnym skalistym cyplu, wyginającym się na południe jak zakrzywiony palec. Zbudowany ze skały urwiska zlewał się z nią i wyróżniały go tylko proste krawędzie wież i chorągwie łopoczące błękitem i bielą.
– Ładnie – powiedział Hadrian.
Royce się naburmuszył. Wskazał czerwone jagody rosnące wzdłuż szlaku.
– One też są ładne, ale nie radziłbym ich jeść.
Droga w dół była szybka i odbyła się w milczeniu. Royce naciągnął kaptur, kiedy zbliżyli się do dna doliny i zaczęły pojawiać się farmy i podróżni. Tutejsze domy budowano z polnych kamieni i schludnie kryto strzechami. Budynki często były piętrowe i zawsze malownicze. Tubylcy mieli oliwkową cerę, czarne włosy i ciemne oczy. Byli dobrze odżywieni i zdrowi, chętnie nosili kolorowe ubrania – zielone, pomarańczowe i żółte, co jaskrawo kontrastowało z ludnością Melengaru. Tam biedacy nosili rzeczy z wełny zawsze ufarbowanej w odcienie ziemi i brudnej szarości. Błoto było barwnikiem północy, a południe rozkoszowało się kolorami.
Kiedy Royce i Hadrian przejeżdżali, ludzie odwracali ku nim głowy i unosili przyjazne twarze. Royce nigdy się nie zatrzymywał, nie zwalniał. Raz ponaglił konia, by przeszedł w kłus, gdy jakiś mężczyzna powiedział „dzień dobry” z wyrazistym maranońskim akcentem. Hadrian zaś uśmiechał się i machał w odpowiedzi ręką, zwłaszcza do ładnych, młodych kobiet.
– Powinniśmy się tu przeprowadzić – orzekł.
– Na północy mamy znajomości. Lepiej się tam orientuję. Mamy tam niezbędne zaplecze i reputację. Tutaj zaczynalibyśmy od zera i działali na oślep. Nie znamy nawet tutejszego prawa.
– Ale ładnie tu.
Royce się obejrzał.
– Już to mówiłeś.
Hadrian dostrzegł kolejną młodą kobietę. Ta miała umalowane oczy. Uśmiechnęła się do niego.
– I robi się coraz ładniej.
Jechali w dół drogą pokrytą cętkami cienia przy akompaniamencie kumkania rzekotek. Wkrótce, gdy dotarli do grupki budynków, skrzypienie kół wozu i odgłosy rozmów zastąpiły żabie nawoływania. Pokonali zakręt i wjechali do wioski z warsztatami świeczarzy i szewców. Domy miały dachy kryte dachówką, szyby w oknach, okiennice. Mech porastał stare fundamenty, gęsty bluszcz wspinał się po kominach i oplatał okna. Trawiasty szlak zamienił się w kamienną drogę, która przecinała wioskę, chociaż trudno było ją dostrzec z powodu tłumu, jaki się na niej zebrał.
Mężczyźni i kobiety zgromadzili się na rynku wioski – był to zarazem plac targowy, gdzie kupcy i handlarze rozstawiali kramy z guzikami, miedzianymi czajnikami i złowionymi tego dnia rybami. Tłum jednak zebrał się wokół wielkiego dymiącego gara podwieszonego nad ogniem. W pierwszej chwili Hadrian myślał, że przypadkiem natrafili na jakieś święto. Wyobraził sobie, że zostaną zaproszeni na wioskowy piknik, ale nie wyczuwał zapachu żadnego jedzenia. Zamiast tego czuł dławiący smród gotującej się smoły. Pośrodku tłumu wieśniaków tuzin rozgniewanych mężczyzn trzymał starszego jegomościa, który miał związane z tyłu ręce. Prowadzono go wśród zawartości czterech worków pierza ku saganowi z bulgocącą smołą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
