Śmierć Dulgath. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 3 - Michael J. Sullivan - ebook + książka

Śmierć Dulgath. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 3 ebook

Michael J.Sullivan

4,5
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Trzy razy próbowano ją zabić. Potem wynajęto zawodowca. A także Riyrię.

Kiedy ostatnia przedstawicielka najstarszego rodu w Avrynie staje się celem zamachów, Royce i Hadrian zostają wynajęci, żeby udaremnić spisek. Minęły trzy lata odkąd Hadrian, znużony wojną najemnik i Royce, cyniczny były zabójca, połączyli siły i zostali łotrami do wynajęcia. Wszystko układało się dobrze, dopóki nie poproszono ich, aby pomogli zapobiec morderstwu. Teraz muszę udać się do starodawnego zakątka świata, żeby ocalić tajemniczą kobietę, która wie więcej na temat Royce’a niż to bezpieczne i mniej dba o własne bezpieczeństwo, niż nakazuje zdrowy rozsądek.

Trzeci tom "Kronik Riyrii" bestsellerowego pisarza. Chociaż stanowi część cyklu, został pomyślany tak, żeby dobrze bawili się przy nim zarówno nowi czytelnicy, szukający zabawnej powieści o fantasy o wartkiej akcji, jak i weterani Riyrii, którzy chcą ponownie spotkać starych przyjaciół. Dla tych, którzy chcą poznać całą sagę Riyrii, istnieją dwie opcje porządku czytania: chronologiczny (zaczyna się od „Wieży Koronnej”) lub publikacji (zaczyna się od tomu „Królewska krew. Wieża elfów”).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 491

Oceny
4,5 (292 oceny)
177
83
29
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kristof1962

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
Nataliasbooks

Dobrze spędzony czas

db rozrywka
00
GrzegorzArtur

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
monan1982

Nie oderwiesz się od lektury

Trzecia część przygód Hadriana i Royce’a wciąga od pierwszych stron, nie tylko dzięki wartkiej akcji, ale przede wszystkim dzięki chemii między bohaterami. Ich relacja coraz bardziej się zacieśnia — początkowa nieufność i różnice charakterów ustępują miejsca wzajemnemu zrozumieniu i lojalności. Iskrzenie i humor między nimi dodają lekkości nawet w najpoważniejszych momentach, a cięte dialogi nie raz wywołują uśmiech. Obserwowanie, jak Hadrian wpływa na Royce’a i odwrotnie, nadaje tej historii głębi — to nie tylko opowieść o misji, ale też o ewolucji przyjaźni, która rodzi się w cieniu niebezpieczeństwa. Zdecydowanie jedna z ciekawszych odsłon serii.
00
zuzad97

Nie oderwiesz się od lektury

4.75
00



Tytuł ory­gi­nału: The Death of Dul­gath

Copy­ri­ght © 2015 by Michael J. Sul­li­van Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2018 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka Ilu­stra­cja na okładce: Domi­nik Bro­niek Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Dark Crayon

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Tysiącu ośmiu­set sie­dem­dzie­się­ciu sze­ściu hoj­nym spon­so­rom i jed­nej nie­wia­ry­god­nie wspie­ra­ją­cej kobie­cie. Bez Was nie dał­bym rady.

Od autora

Od autora

Sie­dzia­łem zamknięty w pokoju przez ponad dwa i pół roku, a jedy­nym świa­tłem, jakie widzia­łem, był słaby blask moni­tora kom­pu­te­ro­wego. W każ­dym razie tak to zapa­mię­ta­łem. Po ukoń­cze­niu „Hol­low Word” zaczą­łem pra­co­wać nad czymś, co miało być try­lo­gią pod tytu­łem „The First Empire”. Trzy książki zamie­niły się w pięć, a mi gdzieś umknęło dwa i pół roku.

Czy­tel­nicy „Kro­nik Riy­rii” zaczęli się doma­gać trze­ciego tomu zaraz po wyda­niu „Róży i Cier­nia” we wrze­śniu 2013 roku. „Kro­niki” – które miały oka­zać się klapą, bo powie­ści poprze­dza­jące cykl są w świe­cie wydaw­ni­czym nie­bez­pieczne jak trze­cia szyna – pora­dziły sobie zaska­ku­jąco dobrze. Prze­pra­szam wszyst­kich, któ­rzy nie­cier­pli­wie cze­kali na tę książkę, ale przy­naj­mniej teraz to ocze­ki­wa­nie dobie­gło końca!

Jeśli nie zetknę­li­ście się jesz­cze z histo­riami o Riy­rii, to z pew­no­ścią może­cie zacząć od tej książki. Pierw­sze dwa tomy „Kro­nik Riy­rii” opo­wia­dają, w jaki spo­sób Royce i Hadrian się poznali. Kiedy to już zostało wyja­śnione, w tej książce mogłem przed­sta­wić wam samo­dzielną przy­godę. Jeśli chce­cie poznać inne powie­ści o Riy­rii, to powin­ni­ście wie­dzieć, że można do tej sagi zabrać się na dwa spo­soby.

Kolej­ność publi­ka­cji: Kró­lew­ska krew. Wieża elfów – Nowe impe­rium. Szma­rag­dowy sztorm – Zdra­dziecki plan – Pra­dawna sto­lica – Wieża Koronna – Róża i Cierń – Śmierć Dul­gath.

Kolej­ność chro­no­lo­giczna: Wieża Koronna – Róża i Cierń – Śmierć Dul­gath – Kró­lew­ska krew. Wieża elfów – Nowe impe­rium. Szma­rag­dowy sztorm – Zdra­dziecki plan – Pra­dawna sto­lica.

Oso­bi­ście wolę kolej­ność wydaw­ni­czą, ale sły­sza­łem o ludziach, któ­rzy wybrali kolej­ność chro­no­lo­giczną i byli rów­nie zado­wo­leni.

Jeśli zasta­na­wia­cie się, czy będą następne opo­wie­ści o Roy­sie i Hadria­nie, to odpo­wiedź brzmi: nie wiem. Jak już wspo­mnia­łem przy innej oka­zji, chcę chro­nić ten duet i wolę, żeby zeszli ze sceny za wcze­śnie niż za późno. Z tego powodu ni­gdy nie wiem, czy pojawi się coś jesz­cze po wyda­niu „Kro­nik”. Jeśli uwa­ża­cie, że powinno uka­zać się coś wię­cej, koniecz­nie napisz­cie do mnie e-mail. A jeżeli nie, to i tak może­cie się ode­zwać, zawsze chęt­nie czy­tam Wasze uwagi. Oto mój adres: michael.sul­li­[email protected].

Jest jesz­cze coś, o czym powi­nie­nem wspo­mnieć. Jeśli chce­cie dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o pro­ce­sie two­rze­nia powie­ści, to przy­go­to­wa­łem e‑book pod tytu­łem „The Making of Death of Dul­gath”. Jest dar­mowy, wystar­czy więc, że napi­sze­cie na powyż­szy adres e-mailowy. Dla nie­któ­rych to może oka­zać się cie­kawa lek­tura.

A teraz obróć­cie stronę, puk­nij­cie w ekra­nik albo pogło­śnij­cie odtwa­rzacz. Sta­rzy przy­ja­ciele cze­kają, by zabrać Was na nową przy­godę.

Dzię­kuję za nie­sa­mo­wite wspar­cie.

Michael J. Sul­li­van

paź­dzier­nik 2015

Rozdział 1. Nowy szyld

Roz­dział 1

Nowy szyld

Gdyby ktoś zapy­tał Royce’a Mel­borna, czego w tym momen­cie naj­bar­dziej nie­na­wi­dzi na świe­cie, powie­działby, że psów. Psy i kra­sno­ludy znaj­do­wały się na szczy­cie jego listy; obu stwo­rzeń nie cier­piał, ponie­waż łączyło je wiele cech wspól­nych: nik­czemny wzrost, zaja­dłość i nad­mierne, niczym nie­uza­sad­nione owło­sie­nie. Jego pogarda dla nich wzro­sła na prze­strzeni lat z tego samego powodu – przy­spo­rzyły mu nie­opi­sa­nie wiele bólu i przy­kro­ści.

Tej nocy zepsuł mu krew pies.

Począt­kowo myślał, że kudłate stwo­rze­nie na mate­racu w sypialni na dru­gim pię­trze to gry­zoń. To ciemne zwie­rzę o zakrę­co­nym ogo­nie i pła­skim nosie było aku­rat roz­mia­rów wypa­sio­nego szczura wędrow­nego. Kiedy Royce zacho­dził w głowę, skąd wziął się szczur w takim ele­ganc­kim miej­scu jak posia­dłość Hem­leyów, stwo­rze­nie wstało. Popa­trzyli na sie­bie – Royce w pele­ry­nie z kap­tu­rem, trzy­ma­jąc pamięt­nik, a kun­del na czte­rech mikrych łapach. Jedna sekunda na wstrzy­ma­nym odde­chu wystar­czyła, żeby Royce zro­zu­miał swój błąd. Skrzy­wił się, wie­dząc, co zaraz się wyda­rzy – co zawsze się potem wyda­rza – i mały potwór go nie roz­cza­ro­wał.

Kun­del zaczął uja­dać. Nie było to godne sza­cunku war­cze­nie ani gar­dłowe szcze­ka­nie, ale prze­ni­kliwy, piskliwy jazgot.

To z całą pew­no­ścią nie jest szczur, pomy­ślał Royce. Dla­czego to nie mógł być szczur? Ze szczu­rami ni­gdy nie mam pro­ble­mów.

Się­gnął po szty­let, ale pies wiel­ko­ści szczura odsko­czył, śli­zga­jąc się pazur­kami na drew­nia­nej pod­ło­dze. Royce miał nadzieję, że kun­del czmych­nie. Nawet jeśli mały potwór obu­dzi swo­jego pana, to nie będzie mógł mu powie­dzieć o zakap­tu­rzo­nym nie­zna­jo­mym, który wtar­gnął do budu­aru lady Mar­tel. Wyrwany z roz­kosz­nego snu pew­nie rzuci czymś w kun­dla, żeby się przy­mknął. Nie­stety to był pies, a psy, jak kra­sno­ludy, ni­gdy nie robią tego, czego się od nich ocze­kuje. Pies zacho­wał więc bez­pieczną odle­głość i uja­dał na całe gar­dło sze­ro­ko­ści zapałki.

Jak coś tak małego może naro­bić tyle hałasu?

Dźwięk poniósł się echem wśród mar­mu­rów i maho­niu, nara­sta­jąc i zmie­nia­jąc się w prze­ni­kliwy alarm.

Royce zro­bił jedyną rzecz, jaka mu została – wysko­czył przez okno. Nie w taki spo­sób pla­no­wał opu­ścić pomiesz­cze­nie, nie roz­wa­żał tej moż­li­wo­ści nawet w trze­ciej kolej­no­ści, ale topola rosła w odle­gło­ści skoku od okna. Zła­pał się solid­nej gałęzi i ucie­szył, że nie zła­mała się pod jego cię­ża­rem. Drzewo jed­nakże zadrżało i liście zaszu­miały gło­śno na cichym, ciem­nym dzie­dzińcu. Kiedy więc jego stopy ude­rzyły o zie­mię, nie zdzi­wił się, sły­sząc:

– Stój, ani kroku dalej! – Chro­pawy głos dosko­nale nada­wał się do swo­jej roboty.

Royce zamarł. Idący ku niemu męż­czy­zna trzy­mał kuszę napiętą, zała­do­waną i wyce­lo­waną w jego pierś. Straż­nik wyglą­dał na nie­przy­jem­nie kom­pe­tent­nego; nawet jego mun­dur pre­zen­to­wał się schlud­nie. Miał wszyst­kie guziki i każdy błysz­czał w świe­tle księ­życa. Każdy kant był ostry jak brzy­twa. Ten jego­mość musiał być prze­sad­nie ambitny. Albo gorzej: był zawo­do­wym żoł­nie­rzem zde­gra­do­wa­nym do funk­cji war­tow­nika.

– Trzy­maj ręce tak, żebym je widział.

Nie, to w żad­nym razie nie jest idiota, pomy­ślał Royce.

Za pierw­szym straż­ni­kiem poja­wił się drugi. Nad­biegł cięż­kim kro­kiem, pobrzę­ku­jąc paskami i meta­lową kol­czugą. Był wyż­szy od pierw­szego i nie tak dobrze odziany. Rękawy kurtki miał przy­krót­kie, brak guzi­ków burzył syme­trię dwóch mosięż­nych rzę­dów, ciemna plama szpe­ciła koł­nierz. W prze­ci­wień­stwie do pierw­szego straż­nika drugi nie miał kuszy. Zamiast tego niósł trzy mie­cze: krótki u lewego bio­dra, nieco dłuż­szy u pra­wego i ogromny espa­don na ple­cach. To nie była broń straż­ni­ków z posia­dło­ści Hem­leyów, ale męż­czy­zna celu­jący w Royce’a nie zer­k­nął nawet na nad­bie­ga­ją­cego straż­nika.

Drugi war­tow­nik wycią­gnął naj­krót­szy miecz, ale by­naj­mniej nie skie­ro­wał go w stronę Royce’a. Zamiast tego przy­su­nął czu­bek do szyi pierw­szego straż­nika.

– Odłóż kuszę – powie­dział Hadrian.

Męż­czy­zna wahał się tylko chwilę, zanim wypu­ścił kuszę. Ude­rze­nie uru­cho­miło spust i bełt śmi­gnął mię­dzy źdźbłami wypie­lę­gno­wa­nego traw­nika. Za ich ple­cami pies roz­mia­rów szczura na­dal uja­dał, cho­ciaż ściany rezy­den­cji tłu­miły nieco dźwięk. Teraz, kiedy part­ner pano­wał nad sytu­acją, Royce wsu­nął książkę za pas i zer­k­nął w stronę domu. Żad­nych świa­teł. Wła­ści­ciele mieli mocny sen.

Odwró­cił się i zoba­czył, że Hadrian na­dal trzyma pedan­tycz­nego straż­nika w sza­chu.

– Zabij go i zmy­wajmy się stąd.

Straż­nik zesztyw­niał.

– Nie – odparł Hadrian z obu­rze­niem, jakiego Royce spo­dzie­wałby się, gdyby zapro­po­no­wał towa­rzy­szowi wyrzu­ce­nie dobrej butelki wina.

Royce wes­tchnął.

– Tylko nie znowu to. Czy zawsze musimy się o to spie­rać?

Nie­do­szły kusz­nik zgar­bił się, zaci­snął ręce w pię­ści, na­dal spo­dzie­wa­jąc się ciosu, który zakoń­czy jego życie.

– W porządku. Nie pod­niosę alarmu.

Royce widział już tę minę wiele razy i uznał, że gość nie­źle się trzyma. Nie paplał, nie krzy­czał, nie bła­gał. Royce nie­na­wi­dził, kiedy ofiary padały na kolana i skam­lały, cho­ciaż musiał przy­znać, że to uła­twiało zabi­cie ich.

– Zamknij się – wark­nął, a potem zer­k­nął na Hadriana. – Zabij go i zmy­wajmy się. Nie mamy czasu na debaty.

– Wypu­ścił kuszę – zwró­cił mu uwagę Hadrian. – Nie ma potrzeby go zabi­jać.

Royce pokrę­cił głową. Znowu to słowo „potrzeba”. Hadrian czę­sto go uży­wał, jakby zabi­ja­nie wyma­gało jakie­goś uza­sad­nie­nia.

– Widział mnie.

– I co z tego? Jesteś gościem w ciem­nym kap­tu­rze. Ist­nieją setki face­tów w kap­tu­rach.

– Mogę coś wtrą­cić? – zapy­tał straż­nik.

– Nie – wark­nął Royce.

– Tak – odpo­wie­dział Hadrian.

– Mam żonę. – Straż­ni­kowi zadrżał głos.

– Facet ma żonę. – Hadrian ski­nął współ­czu­jąco głową, na­dal trzy­ma­jąc miecz przy szyi męż­czy­zny.

– I dzieci. Troje.

– Na brodę Mari­bora, ma trójkę dzieci! – powie­dział sta­now­czym tonem Hadrian i zabrał miecz.

Straż­nik ode­tchnął. Z jakie­goś powodu on i Hadrian uznali, że zdol­ność do roz­mna­ża­nia się ma w tej sytu­acji jakieś zna­cze­nie. A nie miała.

– A ja mam konia – orzekł Royce z tym samym prze­ko­na­niem o swo­jej słusz­no­ści, co Hadrian. – Na któ­rym odjadę, kiedy tylko zabi­jesz tego bied­nego sukin­syna. Prze­stań to odwle­kać. To ty jesteś teraz okrutny, nie ja. Skończ z tym wresz­cie.

– Nie zabiję go.

Straż­nik wytrzesz­czył oczy z nadzieją. Drob­niutki uśmie­szek poja­wił się w kąci­kach jego ust. Spoj­rzał na Royce’a, szu­ka­jąc potwier­dze­nia, sygnału, że rze­czy­wi­ście ujrzy jesz­cze jeden wschód słońca.

Royce usły­szał, że ktoś otwiera z impe­tem drzwi i woła:

– Ralph?!

W domu zapa­liły się świa­tła. W sied­miu oknach na czte­rech kon­dy­gna­cjach pło­nęły świece.

Może aż tyle czasu było trzeba, by je zapa­lić, pomy­ślał Royce.

– Tutaj! – krzyk­nął Ralph. – Intruzi! Wezwij­cie pomoc!

Nie, pew­nie, że nie pod­nie­sie alarmu, gdzieżby.

To wystar­czyło. Royce się­gnął po szty­let.

Zanim dotknął ręko­je­ści, Hadrian ogłu­szył Ral­pha gło­wicą mie­cza. Straż­nik runął na trawę obok swo­jej kuszy. Nie spo­sób orzec, czy Hadrian ude­rzył go, bo krzyk­nął, czy też dla­tego, że Royce się­gnął po szty­let. Royce chciał wie­rzyć, że z pierw­szego powodu, ale podej­rze­wał, że cho­dziło o drugi.

– Wyno­śmy się stąd – powie­dział Hadrian, prze­stę­pu­jąc nad Ral­phem i cią­gnąc Royce’a za ramię.

To nie przeze mnie zasie­dzie­li­śmy się tutaj, pomy­ślał Royce, ale nie zawra­cał sobie głowy spo­rami. Gdzie zna­la­zła się jedna kusza, mogły poja­wić się też inne. Kusze nie były ani niskie, ani wło­chate, ale i tak powinny wid­nieć na jego liście. Pobiegł z Hadria­nem wzdłuż cie­nia pod murem, omi­ja­jąc kwit­nące krzewy różane, cho­ciaż Royce nie wie­dział, czemu zawra­cają sobie tym głowę. W swoim stroju straż­nika Hadrian pobrzę­ki­wał jak koń u powozu w peł­nej uprzęży.

Pro­win­cja Gali­lin w Melen­ga­rze była spo­koj­nym, rol­ni­czym regio­nem, gdzie rzadko docho­dziło do kra­dzieży, a posia­dłość lorda Hem­leya cier­piała z powodu wręcz żało­śnie nie­sku­tecz­nej ochrony. Cho­ciaż Royce wypa­trzył pod­czas kilku wypraw zwia­dow­czych aż sze­ściu straż­ni­ków, tej nocy było tam tylko trzech: war­tow­nik przy bra­mie, Ralph i pies.

– Ralph! – zawo­łał ktoś znowu.

Głos dobie­gał z oddali, ale niósł się nad roz­le­głymi traw­ni­kami.

Za ich ple­cami w ciem­no­ści koły­sało się pięć latarni. Poru­szały się w przy­pad­kowy spo­sób, jak latar­nie oszo­ło­mio­nej ekipy poszu­ki­waw­czej albo zastęp pija­nych świe­tli­ków.

– Aaro­nie, obudź wszyst­kich!

– Wypuść Pana Hip­ple’a – roz­legł się mściwy, kobiecy głos. – Już on ich znaj­dzie.

Ponad okrzy­kami nio­sło się uja­da­nie psa wiel­ko­ści szczura, nie­wąt­pli­wie Pana Hip­ple’a.

Przy fron­to­wej bra­mie nikogo nie było. War­tow­nik, który tam czu­wał, musiał pobiec Ral­phowi na pomoc, gdy usły­szał jego krzyk. Kiedy opusz­czali posia­dłość bez naj­mniej­szego kło­potu, Royce zdu­mie­wał się nad szczę­ściem, jakie sprzyja Hadria­nowi. Ten facet był cho­dzącą kró­li­czą łapką. Trzy lata w Szkole Prag­ma­ty­zmu Royce’a led­wie zary­so­wały ide­ali­styczną ema­lię jego part­nera. Gdyby Pan Hip­ple był więk­szym i bar­dziej agre­syw­nym zwie­rzę­ciem, ucieczka mogłaby oka­zać się nie tak łatwa. I cho­ciaż Hadrian z łatwo­ścią zdo­łałby zabić każ­dego psa, to Royce miał wąt­pli­wo­ści, czyby się na to zgo­dził.

„Prze­cież on ma szcze­niaki, Royce! Aż trzy!”.

Zna­leźli się w bez­piecz­nej gęstwi­nie, gdzie zosta­wili konie. Hadrian nazwał swo­jego Tan­cerką, ale Royce nie widział powodu, żeby nada­wać imię swo­jemu. Scho­wał pamięt­nik w sakwie przy sio­dle i zapy­tał:

– Ile lat byłeś żoł­nie­rzem?

– W Avry­nie czy Cali­sie?

– Łącz­nie.

– Pięć, ale ostat­nie dwa były… ehm, były mniej for­malne.

– Pięć lat? Wal­czy­łeś w woj­sku przez całe pięć lat? Widzia­łeś bitwy, nie?

– Pew­nie, widzia­łem okrutne walki.

– Yhm.

– Jesteś zły, bo nie zabi­łem Ral­pha, tak?

Royce przy­sta­nął na chwilę i nasłu­chi­wał. Nie było sły­chać pościgu, żadne świa­tła nie poja­wiły się wśród drzew, nie roz­le­gało się nawet wście­kłe jazgo­ta­nie psa-gry­zo­nia. Prze­rzu­cił nogę przez sio­dło i wsu­nął stopę w strze­mię.

– Tak myślisz?

– Słu­chaj, chcia­łem odwa­lić cho­ciaż jedną nędzną robótkę bez zabi­ja­nia kogo­kol­wiek. – Hadrian zdjął kami­zelkę od mun­duru i wło­żył weł­nianą koszulę oraz skó­rzaną kurtkę wyjętą z sakwy.

– Dla­czego?

Hadrian pokrę­cił głową.

– Mniej­sza z tym.

– Zacho­wu­jesz się idio­tycz­nie. Wyko­na­li­śmy mnó­stwo zle­ceń, nikogo nie zabi­ja­jąc. Poza tym nie ma sprawy. – Royce zła­pał wodze, które zwy­kle wią­zał w supeł.

– Co takiego? Coś ty powie­dział?

– W porządku. Nie ma sprawy.

– Nie ma sprawy? – Hadrian uniósł brew.

Royce ski­nął głową.

– Ogłu­chłeś?

– Po pro­stu… – Hadrian patrzył na niego zdu­miony. A potem się skrzy­wił. – Wró­cisz tu póź­niej, co?

Zło­dziej nie odpo­wie­dział.

– Dla­czego?

Royce zawró­cił na koniu.

– Po pro­stu jestem skru­pu­latny.

Hadrian dosiadł konia.

– Jesteś palan­tem. Nie masz powodu. Ralph ni­gdy nie będzie dla nas zagro­że­niem.

Royce wzru­szył ramio­nami.

– Nie możesz mieć takiej pew­no­ści. Nie rozu­miesz zna­cze­nia słowa „skru­pu­latny”?

Hadrian się nachmu­rzył.

– A ty rozu­miesz zna­cze­nie słowa „palant”? Nie masz potrzeby zabi­jać Ral­pha.

Znowu to słowa – „potrzeba”.

– Pokłó­cimy się na ten temat póź­niej. Nie zabiję go tej nocy.

– Dobrze.

Hadrian się nabur­mu­szył i razem wyje­chali z gęstwiny na ścieżkę, która pro­wa­dziła do drogi.

* * *

Jechali drogą ramię w ramię. Zaczęło padać, nim dotarli do Traktu Króla. Słońce zdą­żyło już wstać, cho­ciaż trudno było to zauwa­żyć, bo przez cięż­kie chmury świat wyglą­dał jak gra­fi­towa plama. Na szczę­ście Hadrian mil­czał. W każ­dej obe­rży, bez względu na to, czy kogoś znał, czy też nie, part­ner Royce’a zaga­jał roz­mowę. Roz­ma­wiał z nie­zna­jo­mymi z taką łatwo­ścią, jakby to byli jego dawni przy­ja­ciele. Pokle­py­wał ich po ple­cach, sta­wiał im napitki i wysłu­chi­wał rów­nie pory­wa­ją­cych opo­wie­ści, jak histo­ryjka o kozie, która regu­lar­nie włazi sąsia­dowi w szkodę.

Kiedy jechali tylko we dwóch, Hadrian komen­to­wał drzewa, krowy, wzgó­rza, chmury, dzie­lił się odczu­ciami na temat skwaru lub chłodu i stanu wszyst­kiego, począw­szy od butów – w któ­rych nale­żało wymie­nić pode­szwy – a skoń­czyw­szy na mie­czu – któ­remu przy­dałby się lep­szy oplot na ręko­je­ści. Nie było rze­czy tak bła­hej, by nie uza­sad­niała komen­ta­rza. Nad­miar trzmieli tudzież ich brak mógł spra­wić, że Hadrian roz­pra­wiał przez bite dwa­dzie­ścia minut. Royce ni­gdy się wtedy nie odzy­wał, nie chciał zachę­cać part­nera do roz­mowy, ale Hadrian dalej nawi­jał na temat psz­czó­łek, kwiat­ków i błota – to był kolejny ulu­biony temat jego mono­lo­gów.

Mimo nie­zmor­do­wa­nego uporu, z jakim upra­wiał papla­ninę do sie­bie, zawsze milkł, gdy padało. Może deszcz wpra­wiał go w zły nastrój, może plusk spra­wiał, że źle sie­bie sły­szał. Bez względu na powód Hadrian Blac­kwa­ter cichł w cza­sie desz­czu, zatem Royce uwiel­biał desz­czowe dni. Szczę­ście sprzy­jało mu przez nie­mal całą drogę powrotną. W Melen­ga­rze tra­fiła się jedna z naj­bar­dziej desz­czo­wych wio­sen w ostat­nich cza­sach.

Royce roz­glą­dał się pod­czas jazdy. Hadrian jechał ze spusz­czoną głową, z kap­tu­rem oklap­nię­tym i zwie­sza­ją­cym się pod cię­ża­rem wody.

– Dla­czego ni­gdy się nie odzy­wasz, gdy pada? – spy­tał w końcu Royce.

Hadrian zacze­pił kciu­kiem o brzeg kap­tura i uniósł go nieco, żeby zer­k­nąć.

– Co masz na myśli?

– Gadasz przez cały czas, chyba że pada. Dla­czego?

Hadrian wzru­szył ramio­nami.

– Nie wie­dzia­łem, że to ci prze­szka­dza.

– Nie prze­szka­dza. Prze­szka­dza mi, kiedy nie­ustan­nie glę­dzisz.

Hadrian zer­k­nął i uśmiech­nął się odro­binę w cie­niu prze­mo­czo­nego kap­tura.

– Lubisz, gdy mówię, co?

– Nie będę wię­cej powta­rzał…

– Pew­nie, ale nie zapy­tał­byś, gdy­byś naprawdę lubił ciszę.

– Zaufaj mi. Naprawdę lubię ciszę.

– Aha.

– Co miało zna­czyć to „aha”?

Hadrian wyszcze­rzył zęby.

– Całymi mie­sią­cami jeź­dzi­li­śmy razem i tylko ja mówi­łem. Ty ni­gdy nie ode­zwa­łeś się sło­wem, a nie­które z tema­tów były naprawdę cie­kawe. Nie wtrą­ci­łeś nawet jed­nego słowa, a kiedy zamil­kłem, pro­szę, tobie się gęba nie zamyka.

– Jedno pyta­nie to jesz­cze nie gada­nie.

– Ale wyra­zi­łeś zain­te­re­so­wa­nie. To już coś!

Royce pokrę­cił głową.

– Pomy­śla­łem tylko, że może coś jest z tobą nie tak. I ewi­dent­nie mia­łem rację.

Hadrian na­dal szcze­rzył zęby w sze­ro­kim uśmie­chu z nad­mier­nie przy­ja­ciel­ską miną, zado­wo­lony z sie­bie, jakby zdo­był punkt w jakichś wyima­gi­no­wa­nych zawo­dach. Royce spu­ścił kap­tur, odci­na­jąc się od niego.

Konie brnęły przez błoto i cza­sem żwir, strzą­sa­jąc deszcz z łbów i pobrzę­ku­jąc uzdami.

– Nie­źle leje, co? – zagad­nął go Hadrian.

– Zamknij się.

– Żona far­mera w Olm­sted powie­działa, że to naj­bar­dziej desz­czowa wio­sna w ostat­niej deka­dzie.

– Pode­rżnę ci gar­dło, gdy zaśniesz. Naprawdę.

– Poda­wała zupę w kub­kach, bo jej mąż i Jacob, jej wyle­gu­jący się całymi dniami i pijący całymi nocami szwa­gier, potłu­kli wszyst­kie porządne gli­niane miski.

Royce pognał konia i odda­lił się kłu­sem.

* * *

Royce i Hadrian zna­leźli się znowu na ulicy Prze­kor­nej w Dziel­nicy Dol­nej w Med­for­dzie. Wio­sna pra­wie się koń­czyła. W innych czę­ściach świata kwit­nące drzewka pra­co­wi­cie wymie­niały różowe płatki na zie­lone liście, cie­pły wie­trzyk niósł zapach ziemi, a far­me­rzy śpie­szyli się, żeby skoń­czyć sadze­nie. Na Prze­kor­nej koniec wio­sny ozna­czał, że cztery dni nie­prze­rwa­nego desz­czu z rzędu znowu zamie­niły zagłę­bie­nie u wylotu ulicy w błot­ni­stą sadzawkę. I jak zwy­kle poziom wody się­gał do otwar­tego ścieku, który cią­gnął się wzdłuż budyn­ków. Rynsz­tok, eufe­mi­stycz­nie ochrzczony mia­nem „Mostów”, prze­le­wał się do coraz więk­szej sadzawki, więc cała oko­lica cuch­nęła ludz­kimi i zwie­rzę­cymi odcho­dami.

Na­dal padało, gdy Royce, Gwen i Hadrian stali na drew­nia­nej weran­dzie Domu Med­ford i patrzyli ponad błot­ni­stą sadzawką na nowy szyld nad drzwiami gospody. Piękna lakie­ro­wana tabliczka zwie­szała się z klamry z kutego żelaza. Przed­sta­wiała jaskra­wosz­kar­łatny kwiat na wygię­tej łody­dze z jed­nym, ostrym cier­niem. Kwiat oka­lały wypi­sane ele­ganc­kimi lite­rami słowa „Róża i Cierń”.

Szyld zupeł­nie nie paso­wał do obskur­nej obe­rży o zapa­da­ją­cym się dachu z nie­pa­su­ją­cych do sie­bie dachó­wek i sfa­ty­go­wa­nych belek. Mimo opła­ka­nego stanu karczma z wyszyn­kiem pre­zen­to­wała się znacz­nie lepiej niż kie­dyś. Jesz­cze rok temu gospoda „Ohydny Łeb” nie potrze­bo­wała szyldu, żeby przed­sta­wić się swo­jej nie­pi­śmien­nej klien­teli. Brudne okna i obry­zgane gno­jem ściany mówiły wszystko, co było trzeba. Odkąd Gwen prze­jęła kon­trolę nad gospodą, uprząt­nęła bród i gnój, ale naj­więk­sze zmiany zaszły w środku. Nowy szyld był pierw­szą zmianą widoczną od zewnątrz.

– Piękny – powie­dział Hadrian.

– Lepiej będzie wyglą­dał w słońcu. – Gwen skrzy­żo­wała ręce, patrząc kry­tycz­nie. – Kwiat wyszedł ide­al­nie. Emma go nary­so­wała, a Dixon pomógł przy malo­wa­niu. Myślę, że spodo­bałby się Rose. – Gwen spoj­rzała na ciemne chmury. – Mam nadzieję, że w jakiś spo­sób to widzi. Widzi swoją różę wiszącą nad sta­rymi drzwiami Grue.

– Na pewno to widzi – zapew­nił ją Royce.

Hadrian spoj­rzał na niego.

– No co? – wark­nął Royce.

– Od kiedy wie­rzysz w życie poza­gro­bowe? – zapy­tał Hadrian.

– Nie wie­rzę.

– To dla­czego powie­dzia­łeś…

Royce ude­rzył ręką w poręcz werandy, która była dość mokra, żeby zdo­łał roz­bry­zgać wodę.

– Widzisz? – ode­zwał się do Gwen. – Oto co muszę zno­sić. Cią­gle upo­mina mnie za moje zacho­wa­nie. „Dla­czego nie możesz się uśmiech­nąć?”, mówi. „Dla­czego nie poma­cha­łeś do tego dzie­ciaka? Zabi­łoby cię, gdy­byś był uprzejmy dla tej star­szej kobiety? Dla­czego ni­gdy nie powiesz niczego miłego?”. A teraz, kiedy sta­ram się oka­zać odro­binę taktu, co dostaję? – Wycią­gnął obie ręce, jakby po raz pierw­szy przed­sta­wiał jej Hadriana.

Hadrian na­dal wpa­try­wał się w niego, ale teraz z zaci­śnię­tymi ustami, jakby chciał powie­dzieć „Doprawdy?”. Zamiast tego jed­nak rzu­cił:

– Jesteś miły tylko przez wzgląd na nią.

– Na mnie? – zdu­miała się Gwen. Stała mię­dzy nimi, więc obra­cała głowę, patrząc to na jed­nego, to na dru­giego, nie­winna i czy­sta jak kro­pla rosy. – A co ja mam do tego wszyst­kiego?

Hadrian prze­wró­cił oczami i ze śmie­chem odrzu­cił głowę w tył.

– Ależ z was para! Kiedy tylko prze­by­wa­cie razem, to czuję się tak, jak­bym się zna­lazł w towa­rzy­stwie obcych ludzi. Nie, nie obcych, po pro­stu z waszymi prze­ci­wień­stwami. On zamie­nia się w dżen­tel­mena, a ty uda­jesz, że nie znasz męż­czyzn.

Royce i Gwen popa­trzyli na niego, jakby nie poj­mo­wali ani słowa.

Hadrian zare­cho­tał.

– Dobrze. Niech od tej chwili dzi­siej­szy dzień znany będzie jako Dzień Na Opak. I w związku z tym zamie­rzam poko­nać Morze Won­no­ści, żeby napić się w Pałacu Wspa­nia­łego Jadła i Czy­stej Pościeli.

– Ej! – wark­nęła Gwen, opie­ra­jąc ręce na bio­drach i nie posia­da­jąc się z obu­rze­nia.

– Wła­śnie! – poparł ją Royce. – Kto tu teraz jest nie­grzeczny?

– Prze­stań. Prze­ra­żasz mnie. – Hadrian odszedł, zosta­wia­jąc ich samych.

– Tęsk­ni­łam – powie­działa Gwen, kiedy Hadrian wszedł do środka. Wpa­try­wała się w deszcz ude­rza­jący w ogromną kałużę.

– Nie było mnie kilka dni.

– Wiem. Mimo to tęsk­ni­łam. Jak zawsze. Cza­sem się boję… Mar­twię się, że sta­nie się coś złego.

– Mar­twisz?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Możesz zgi­nąć, zostać aresz­to­wany albo spo­tkasz piękną kobietę i ni­gdy nie wró­cisz.

– Jak możesz się mar­twić? Prze­cież znasz przy­szłość, prawda? – zażar­to­wał. – Hadrian mówi, że czy­ta­łaś mu raz z dłoni.

Gwen się nie roze­śmiała. Zamiast tego powie­działa:

– Czy­ta­łam z wielu dłoni. – Spoj­rzała na szyld z samotną różą i na jej twa­rzy odma­lo­wał się smu­tek.

Royce miał ochotę dźgnąć się szty­le­tem.

– Prze­pra­szam… Nie chcia­łem…

– W porządku.

Dla niego to nie było w porządku. Napiął wszyst­kie mię­śnie. Zaci­snął dło­nie w pię­ści. Cie­szył się, że Gwen na niego nie patrzy. Potra­fiła przej­rzeć jego obrony. Dla wszyst­kich innych był nie­prze­nik­nio­nym murem, wyso­kim na pięć­dzie­siąt stóp, z ostrymi jak brzy­twy kol­cami na górze i fosą u pod­nóża, ale dla Gwen był oknem bez zasłon z zepsutą zasuwką.

– Mimo to się mar­twię. W końcu nie jesteś szew­cem albo mura­rzem.

– Nie powin­naś. Ostat­nimi czasy nie robię niczego, co wyma­ga­łoby mar­twie­nia się. Hadrian na to nie pozwoli. Ugrzę­złem przy odzy­ski­wa­niu zagu­bio­nych rze­czy, zaże­gny­wa­niu spo­rów… Wie­dzia­łaś, że poma­ga­li­śmy far­me­rowi zaorać pole?

– Albert zała­twił wam pracę w polu?

– Nie, Hadrian. Far­mer zacho­ro­wał i jego żona była zde­spe­ro­wana. Mieli długi.

– I ty ora­łeś pole?

Royce uśmiech­nął się do niej zna­cząco.

– Ach, czyli Hadrian orał, a ty patrzy­łeś.

– Mówię ci, czego on nie wypra­wia! – Royce wes­tchnął. – Cza­sem nie ma w tym za grosz sensu.

Gwen uśmiech­nęła się do niego. Naj­pew­niej poprze Hadriana; więk­szość ludzi tak robiła. Wszy­scy myśleli, że dobre uczynki to świetna sprawa, przy­naj­mniej ofi­cjal­nie. Jej twarz wyra­żała cier­pliwe zro­zu­mie­nie, jakby Gwen była zbyt uprzejma, żeby to powie­dzieć na głos. To nie miało zna­cze­nia. Uśmie­chała się do niego i na chwilę deszcz ustał. Przez tę jedną chwilę świe­ciło słońce, on ni­gdy nie był płat­nym zabójcą, a ona ni­gdy nie była pro­sty­tutką.

Wycią­gnął ręce, roz­pacz­li­wie pra­gnąc jej dotknąć, przez chwilę potrzy­mać w obję­ciach, poca­ło­wać ten uśmiech i uczy­nić z niego coś wię­cej niż tylko ulotny blask, który w prze­ciw­nym wypadku zapa­mięta jako umie­ra­jącą iskierkę. Jed­nakże się powstrzy­mał.

Gwen spoj­rzała na jego opa­da­jące ręce, a potem na twarz.

– Co się stało?

Czy to roz­cza­ro­wa­nie zabrzmiało w jej gło­sie?

– Mamy towa­rzy­stwo – powie­dział, kiwa­jąc głową w stronę ulicy, gdzie trzy nie­szczę­sne postaci poru­szały się w cie­niach w pobliżu drzwi kuchen­nych. – Musisz poroz­ma­wiać na ten temat ze swoim bar­ma­nem. Dixon wyrzuca resztki za drzwi i przy­ciąga muchy.

Gwen spoj­rzała we wska­za­nym kie­runku.

– Muchy?

– Elfy. Grze­bią w two­ich śmie­ciach.

Gwen zmru­żyła oczy.

– Och, nawet ich nie zauwa­ży­łam. – Mach­nęła ręką. – Nie szko­dzi. Powie­dzia­łam Dixo­nowi, żeby odda­wał im wszyst­kie resztki. Mam tylko nadzieję, że nie wyrzuca ich wprost na błoto. Muszę wysta­wić tam beczkę albo jakiś sto­lik.

Royce skrzy­wił się, patrząc na nie­szczę­sne stwo­rze­nia. Łach­many, które okry­wały ich ciała, były led­wie podar­tymi skraw­kami uda­ją­cymi ubra­nia. Prze­mo­czone na desz­czu elfy wyglą­dały jak szkie­lety oble­czone skórą. Kar­mie­nie ich było przy­kła­dem okru­cień­stwa poprzez dobroć. Gwen dawała im złudną nadzieję. Lepiej dać im umrzeć. Lepiej dla nich, lepiej dla wszyst­kich.

Spoj­rzał na nią.

– Zda­jesz sobie sprawę, że będą tu wra­cać. Ni­gdy się ich nie pozbę­dziesz.

Gwen szturch­nęła go i wska­zała ulicę Prze­korną.

– Albert przy­szedł.

Przy­był pie­szo. Prze­sło­nięty mgli­stą zasłoną desz­czu pod­szedł z nie­sma­kiem do budzą­cej postrach sadzawki. Prze­mókł do suchej nitki. Nowy kape­lusz bez ronda przy­le­gał mu pła­sko do głowy i zsu­wał się nieco na bok. Pele­ryna lepiła się do jego ciała. Wiceh­ra­bia Albert Win­slow popa­trzył na mroczne jezioro, a potem na sto­ją­cych po dru­giej stro­nie Royce’a i Gwen.

– Skoro zawsze tak ma być – zawo­łał ponad sadzawką – to czy nie mogła­byś zbu­do­wać mostu nad tą fosą, Gwen?!

– Nie mam praw do zarzą­dza­nia ulicą! – odkrzyk­nęła. – Ani rynsz­to­kiem, skoro już o tym mowa. Musisz zwró­cić się z tą kwe­stią do króla albo przy­naj­mniej gil­dii kupiec­kiej w Dziel­nicy Dol­nej.

Albert spoj­rzał na wzbu­rzoną wodę i z gry­ma­sem ruszył przez kałużę.

– Chcę konia! – krzyk­nął w chmury, kiedy woda się­gnęła mu do połowy łydek. – Na miłość Mari­bora, jestem wiceh­ra­bią! Nie powi­nie­nem być zmu­szany do brnię­cia przez ścieki, żeby się odmel­do­wać.

– Nie stać nas na trzy konie – odpo­wie­dział Royce. – Led­wie dajemy radę wyży­wić dwa.

– Teraz już nas stać. – Albert odchy­lił pele­rynę, uka­zu­jąc sakiewkę. Potrzą­snął nią. – Zapła­cono nam.

* * *

Sześć błysz­czą­cych zło­tych monet z soko­łem Melen­garu i dwa­dzie­ścia srebr­nych z takim samym wize­run­kiem leżało na stole w Ciem­nym Pokoju. Jako jedyne pomiesz­cze­nie bez ani jed­nego okna słu­żył kie­dyś za spi­żar­nię i scho­wek na wszel­kiej maści sprzęt kuchenny. Gwen zamie­niła go w kwa­terę główną Riy­rii, gdzie Royce i Hadrian pro­wa­dzili inte­resy jako rze­zi­mieszki do wyna­ję­cia. Dosta­wiła komi­nek, żeby grzał i oświe­tlał pokój, oraz stół, na który Albert opróż­nił sakiewkę.

Royce przy­niósł świecę. Każde kró­le­stwo i mia­sto-pań­stwo biło wła­sne monety, ale tenent był walutą mię­dzy­na­ro­dową i powi­nien zawsze ważyć tyle samo, mniej wię­cej tyle, co zwy­kle jajko rudzika. Srebrny tenent ważył tyle samo co złoty, ale moneta była więk­sza i grub­sza, bo metal był lżej­szy. Tak wyglą­dała teo­ria i zwy­kle tak wła­śnie było w rze­czy­wi­sto­ści. Przy­nie­sione monety nie spra­wiały wra­że­nie fał­szy­wych.

– Nawia­sem mówiąc, upie­kło wam się. – Albert sta­nął obok ognia i zdjął prze­mo­czony kape­lusz. – Lady Mar­tel albo nie wie, że zabrano jej pamięt­nik, albo jest zbyt zakło­po­tana, żeby to zgło­sić. Domy­ślam się, że raczej to dru­gie.

Zaczął wyży­mać kape­lusz na pod­łogę.

– Nie, nie, nie! – krzyk­nęła na niego Gwen. – Daj mi to, pro­szę. Ach, i wyska­kuj z pozo­sta­łych rze­czy. Trzeba je uprać. Dixon, możesz, pro­szę, przy­nieść koc?

Albert uniósł brwi, kiedy Gwen sta­nęła wycze­ku­jąco z wycią­gnię­tymi rękami. Zer­k­nął pyta­jąco na Royce’a i Hadriana. Żaden nie ode­zwał się sło­wem. Obaj odpo­wie­dzieli sze­ro­kimi uśmie­chami.

– Alber­cie, naprawdę myślisz, że masz coś, czego nie widzia­łam już wcze­śniej? – zapy­tała Gwen.

Wiceh­ra­bia zmarsz­czył brwi, odgar­nął mokre włosy z twa­rzy i zaczął roz­pi­nać dublet.

– W każ­dym razie, jak już mówi­łem, lord Hem­ley nie zarzą­dził nawet prze­szu­ka­nia. Według naszej zle­ce­nio­daw­czyni, lady Con­stan­tine, lady Mar­tel zgło­siła tylko, że okrop­nie prze­stra­szyła się nocą, ale oka­zało się, że to nie było nic takiego.

– Nic takiego? – spy­tał Royce.

– Wąt­pię, żeby Ralph albo Pan Hip­ple zgo­dzili się z jej zda­niem – wtrą­cił Hadrian.

– A powie­działa, czego wła­ści­wie się prze­stra­szyła? – zapy­tał Royce.

Albert zdjął prze­mo­czony bro­kat i Gwen wzięła go od niego. Zwa­li­sty bar­man przy­szedł z kocem, a Gwen oddała mu za to rze­czy Alberta.

– Możesz to, pro­szę, dać Emmie i popro­sić, żeby zro­biła, co w jej mocy?

– Powiedz, żeby uwa­żała – wtrą­cił Albert. – To bar­dzo dro­gie rze­czy.

– Wiemy – przy­po­mniał mu Royce.

– Emma miała już do czy­nie­nia z bro­ka­tem – zapew­niła go Gwen po wyj­ściu Dixona. – A teraz daj mi poń­czo­chy i spodnie.

– Mogę usiąść?

– Jak już zdej­miesz spodnie.

– To o czym wła­ści­wie wspo­mniała lady Mar­tel? Co przy­tra­fiło jej się w nocy? – zapy­tał znowu Royce.

– Ach! – Albert zare­cho­tał, rolu­jąc poń­czo­chy. – Powie­działa, że szop wlazł przez okno sypialni i dla­tego pies zaczął szcze­kać. Sły­sząc hałasy, jeden ze straż­ni­ków przy­biegł i z powodu ciem­no­ści przy­wa­lił głową w konar topoli. Krzyk­nął, myśląc, że go zaata­ko­wano.

– Myśląc, że go zaata­ko­wano? – dopy­ty­wał się Royce.

– On obsta­wał, że do domu wła­mało się dwóch gości i chciało go zabić. Lady Mar­tel powie­działa, że coś mu się uro­iło.

Royce usiadł naprze­ciwko ognia i zło­żył razem dło­nie, puka­jąc o sie­bie pal­cami. Zasta­na­wiał się, co było w pamięt­niku lady Mar­tel, że chciała unik­nąć jakie­go­kol­wiek docho­dze­nia.

Hadrian się tylko roze­śmiał.

– Co znowu? – zapy­tał Albert, wrę­cza­jąc drugą poń­czo­chę, którą Gwen wzięła z wyra­zem nie­smaku na twa­rzy.

– Lady Mar­tel wła­śnie ura­to­wała Ral­phowi życie – odpo­wie­dział Hadrian.

– Naprawdę? A kto to jest Ralph?

– Pewien straż­nik z uro­je­niami. Royce cze­kał, aż prze­sta­nie padać, żeby wpaść z odwie­dzi­nami do sta­rego Ral­pha.

Albert kla­snął w dło­nie.

– Zatem wszy­scy mamy dziś powód do świę­to­wa­nia, prawda?

– Jak już zdej­miesz spodnie – zbesz­tała go Gwen.

– Wszyst­kich swo­ich klien­tów trak­tu­jesz w taki spo­sób? – zapy­tał Albert.

– Nie jesteś klien­tem.

– Nie, jestem wiceh­ra­bią.

Po krót­kiej pau­zie wszy­scy wybu­chli śmie­chem.

– Dobrze, już dobrze, pro­szę, oto moje spodnie! Weź je. Po cóż mi spodnie? I tak już stra­ci­łem całą god­ność oso­bi­stą.

– A po co komu god­ność, kiedy ma pie­nią­dze? – Royce rzu­cił mu sto­sik sre­bra zwień­czony zło­tem.

Albert zła­pał monety jak wprawny żon­gler. Stał nago przed ogniem i oglą­dał monety z uśmie­chem.

– Znowu jestem ary­sto­kratą!

– Owiń się tym. – Gwen podała mu koc. – Dość już się napa­trzy­li­śmy na ary­sto­kra­cję jak na jeden dzień.

Zebrała resztę rze­czy i wyszła.

Albert owi­nął się miękką wełną i usiadł na krze­śle tak bli­sko kominka, jak tylko mógł, nie oba­wia­jąc się zaję­cia ogniem. Pocie­ra­jąc monety w pal­cach, powie­dział:

– Sre­bro i złoto są takie ładne. Szkoda je wyda­wać.

– A nie star­czą na długo. – Royce wes­tchnął i spoj­rzał na Alberta. – Przy tem­pie, z jakim bie­rzemy zle­ce­nia, i tak małych sakiew­kach sytu­acja staje się napięta. Potrze­bu­jemy cze­goś za wyż­szą cenę.

– Wła­ści­wie to mam dla was nową robotę. To coś spo­rego: dwa­dzie­ścia zło­tych tenen­tów oraz pokry­cie wydat­ków, wyobra­żasz sobie? I całe szczę­ście, bo robota jest w połu­dnio­wym Mara­no­nie.

Royce i Hadrian usie­dli pro­sto.

– Szybko to poszło – zauwa­żył Hadrian. – Zwy­kle nie pra­cu­jesz tak ciężko.

– Racja, ale to zle­ce­nie po pro­stu wpa­dło nam do rąk. – Kro­pelka wody ześli­zgnęła się Alber­towi po twa­rzy. Urwał, żeby otrzeć wodę z wło­sów rogiem koca. – I robi wra­że­nie nie­wia­ry­god­nie pro­stego.

– Nie możesz tego oce­nić, bo nie masz kwa­li­fi­ka­cji – powie­dział Royce.

– Ale ta robota taka jest. Nie chcą nawet, żeby­ście cokol­wiek robili.

Royce pochy­lił się, wbi­ja­jąc wzrok w wiceh­ra­biego.

– Kto płaci dwa­dzie­ścia sztuk złota za nic? Co to za robota?

– Wygląda na to, że ktoś pró­buje zabić lady Nysę Dul­gath.

– Nie jeste­śmy ochro­nia­rzami do wyna­ję­cia.

– Och, ona już ma straże. Lady Dul­gath jest hra­biną i nie­długo zosta­nie wład­czy­nią maleń­kiej pro­win­cji w połu­dniowo-zachod­nim zakątku Mara­nonu, gdy już złoży hołd lenny kró­lowi Vin­cen­towi. Naj­wy­raź­niej jej ojciec, hra­bia Beadle Dul­gath zmarł nie­dawno, a ona jest jego jedy­nym dziec­kiem.

– Został zamor­do­wany? – zapy­tał Royce.

– Nie. Zmarł ze sta­ro­ści. Facet był potwor­nie stary, dobie­gał sześć­dzie­siątki. Nie­stety ktoś uwziął się na jego córkę. Z tego, co mi powie­dziano, wynika, że w ciągu ostat­niego mie­siąca doszło do trzech prób zama­chu na jej życie. Po tych poraż­kach zatrud­nią zawo­dowca. I tu wkra­czasz ty. – Albert spoj­rzał na Royce’a.

– Nie powie­dział­bym, że zabi­cie hra­biny to nic. Poza tym wiesz, jaki on ma sto­su­nek do takich zle­ceń. – Royce wska­zał Hadriana.

Albert mach­nął ręką.

– Nie, źle mnie zro­zu­mia­łeś. Nie cho­dzi o to, żeby­ście wy ją zabili. Wieść nie­sie, że już kogoś wyna­jęto.

Royce pokrę­cił głową.

– O ile nie posta­no­wili zała­twić tego tanim kosz­tem, to najęty gość jest skry­to­bójcą z Czar­nego Dia­mentu. Zawar­łem z Dia­men­tem poro­zu­mie­nie i zgod­nie z nim nie wcho­dzimy sobie w paradę.

– Pamię­tam – powie­dział Albert. – Ale oni nie chcą, żebyś zła­pał zabójcę. Twoim zada­niem jest oce­nić sytu­ację i poin­for­mo­wać sze­ryfa Knoxa, jak ty zabrał­byś się do zabi­cia lady Dul­gath, żeby mógł przy­go­to­wać plan, który zapo­bie­gnie zama­chowi.

– Dla­czego ja?

Albert się uśmiech­nął.

– Wyga­da­łem się, że pra­co­wa­łeś jako zabójca dla Czar­nego Dia­mentu.

Royce spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

– Nikogo w Mara­no­nie nie inte­re­suje, czym zaj­mo­wa­łeś się gdzie indziej. Mówimy tu o ary­sto­kra­cji. Szla­chet­nie uro­dzeni sto­sują ruchomą skalę do oceny moral­nej. Eks­cy­tuje ich moż­li­wość zatrud­nie­nia kogoś z doświad­cze­niem.

– To brzmi… – zaczął Hadrian i zamy­ślił się, szu­ka­jąc wła­ści­wego słowa.

– Podej­rza­nie – pod­su­nął mu Royce.

– Chcia­łem powie­dzieć „dziw­nie” – spro­sto­wał Hadrian – ale masz rację. To szem­rana sprawa. Czy to moż­liwe, że wła­śnie sze­ryf chce jej śmierci?

– Mało. Nie jestem nawet pewien, czy wie o tym pla­nie. Nie on nas zatrud­nił. A wąt­pię, żeby nasz klient miał zwy­czaj mor­do­wać wład­ców pro­win­cji.

– A kto to taki? Zna­czy kto nas zatrud­nił?

Albert wahał się chwilę, a potem odpo­wie­dział:

– Kościół Nyph­rona.

Rozdział 2. Artysta

Roz­dział 2

Arty­sta

Sher­wood Stow trzy­mał pędzel bez naj­mniej­szego świa­do­mego wysiłku, patrząc na lady Nysę Dul­gath. Stała dzie­sięć stóp dalej z jedną ręką na brzu­chu, a z drugą przy boku; ści­skała w niej parę ręka­wi­czek do jazdy kon­nej, jakby zaraz miała wybiec na polo­wa­nie. Stała cudow­nie pro­sto, z unie­sio­nym pod­bród­kiem, dzięki czemu dłu­gie kol­czyki z pereł zwie­szały się ide­al­nie. Włosy miała upięte wysoko, zaple­cione w war­ko­cze i zwi­nięte, tak że opa­sy­wały jej głowę niczym kró­lew­ski dia­dem. Była ubrana w nad­zwy­czajną suk­nię ze zło­tego bro­katu o sze­ro­kich ręka­wach, a na jej ramio­nach spo­czy­wała etola z lisa, który uśmie­chał się, jakby był zachwy­cony, mogąc znaj­do­wać się tak bli­sko tej olśnie­wa­ją­cej kobiety. Cho­ciaż jej spoj­rze­nie było kró­lew­skie, gdy wpa­try­wała się w dal, to Sher­wood żało­wał, że nie patrzy na niego. Tak naprawdę to spo­glą­dała ponad jego głową na żyran­dol wiszący pośrodku jej pry­wat­nego gabi­netu.

Pokój był mały jak na stan­dardy zamku Dul­ga­thów. Intymny, lubił myśleć o nim Sher­wood, jak gar­de­roba albo salo­nik, w któ­rym spo­ty­kają się zako­chani. A nawet bar­dziej, ponie­waż w takim salo­niku roi się od przy­zwo­itek, a oni prze­by­wali w gabi­ne­cie tylko we dwoje.

– Dla­czego nie spoj­rzy pani na mnie? – zapy­tał Sher­wood.

– To konieczne? – odpo­wie­działa lady, wpa­tru­jąc się w żyran­dol.

Usta wygięła w obo­jęt­nym pół­u­śmieszku, jej twarz przy­brała obo­wiąz­kowy ofi­cjalny wyraz. Zwy­kle doce­niał modeli, któ­rzy potra­fią zacho­wać posą­gowy wygląd pod­czas pozo­wa­nia, ale ona wypeł­niła jego prośbę z prze­sadną skru­pu­lat­no­ścią. Nysa nie pozo­wała tak po pro­stu. Ona się ukry­wała.

– Powiedzmy, że to prośba.

– Wobec tego odma­wiam. – Jej słowa były rów­nie słodko neu­tralne jak usta. Nie były ani na tyle cie­płe, by zdra­dzać bli­skość, ani tak zimne, żeby suge­ro­wać nie­za­do­wo­le­nie.

Nie potra­fię nawet dostrzec, czy ona oddy­cha, pomy­ślał.

Nysa była za sztywna. Oczy­wi­ście taki wize­ru­nek chciała uwiecz­nić, ale Sher­wood Stow nie był zain­te­re­so­wany spor­tre­to­wa­niem przy­szłej hra­biny Dul­gath. Inte­re­so­wała go kobieta. I cho­ciaż ni­gdy nie wypo­wia­dał tego imie­nia publicz­nie, to zawsze myślał o niej jako o Nysie. Ni­gdy jako o lady Dul­gath.

Ród Dul­ga­thów był gma­chem, monu­men­tem, zaku­rzoną sławną dyna­stią. Nysa była kobietą nie­wiele po dwu­dzie­stce. Nie wie­dział, jak nie­wiele, trudno to było oce­nić, ponie­waż jej ciało miało w sobie wigor mło­do­ści, ale oczy wyda­wały się nie­zmier­nie wie­kowe. Piękna i tajem­ni­cza istota pełna świa­tła, ale jej ruchy zdra­dzały farsę. Zbyt wdzięczne. Sher­wood znał wiele kobiet – dam, księż­ni­czek, nawet kró­lo­wych – ale żadna nie miała ułamka jej wytwor­no­ści i ele­gan­cji. Nysa była jak wiru­jący liść na wie­trze i gdyby wylą­do­wała na powierzchni nie­ru­cho­mego jeziora, nie wywo­ła­łaby nawet naj­mniej­szej zmarszczki.

– Panie Stow, czy zwy­cza­jowo w trak­cie malo­wa­nia nie dotyka się pędz­lem płótna? – Nysa skie­ro­wała pyta­nie do żyran­dola. – Stoi pan tam od dwu­dzie­stu minut, mie­sza­jąc farby, i trzyma unie­siony ten naje­żony patyk, ale ani razu się pan nim nie posłu­żył.

– Skąd pani wie, skoro patrzy pani na żyran­dol?

– Patrze­nie i widze­nie to czyn­no­ści od sie­bie nie­za­leżne. Ze wszyst­kich ludzi pan wła­śnie powi­nien naj­le­piej to rozu­mieć.

Sher­wood ski­nął głową i raz jesz­cze dodał oleju orze­cho­wego do gęst­nie­ją­cej umbry. Jego dawny mistrz Yar­dley bez wąt­pie­nia wzdy­chał w gro­bie. Yar­dley zawsze upie­rał się przy tem­pe­rach mie­sza­nych z jaj­kiem, ale Sher­wood wolał farby olejne. Nie dość, że pozwa­lały mu uzy­skać w por­tre­tach przej­rzy­stą głę­bię, to jesz­cze powolne wysy­cha­nie dawało mu czas na… cóż… na wszystko.

– Ow­szem, a skoro tak dobrze zdaje sobie pani z tego sprawę, to musi pani rozu­mieć koniecz­ność zwłoki i to, jak ważna jest powol­ność w mojej pracy.

– „Powolny” to nie jest słowo, które sto­sow­nie pana opi­suje, panie Stow. Kro­pla miodu zimą jest powolna. Prze­lewa się jakby nie­chęt­nie, ale jed­nak się prze­lewa. A pan, panie Stow, nie jest ciur­ka­ją­cym mio­dem. Pan jest skałą.

– Szkoda. Tak bar­dzo lubię miód. Może zechce pani prze­my­śleć swoją ocenę?

– Skała, powia­dam. Ogromny blok gra­nitu nie­ru­chomy i sta­now­czo odma­wia­jący poru­sze­nia się.

– Doprawdy?

– Jak ina­czej wyja­śni pan dwa mie­siące codzien­nych godzin­nych sesji? To sześć­dzie­siąt godzin. Sły­sza­łam, że dobrzy arty­ści potra­fią skoń­czyć por­tret w tydzień.

– Prawda, prawda. – Popu­kał się pal­cem w brodę, bru­dząc ją farbą. – Chyba jedy­nym wyja­śnie­niem będzie stwier­dze­nie, że nie jestem dobrym arty­stą.

Sher­wood zakor­ko­wał butelkę oleju i odsta­wił na półkę pod szta­lu­gami obok popla­mio­nych szma­tek i fio­lek z pig­men­tami, z któ­rych nie­które były zaska­ku­jąco dro­gie. Błę­kit zamor­ski, czyli ultra­ma­ryna, był naj­kosz­tow­niej­szy, ponie­waż kamień, z któ­rego wyra­biano ten ciem­no­nie­bie­ski barw­nik, musiał prze­być morze i pocho­dził z tego samego legen­dar­nego lądu, z któ­rego spro­wa­dzano nie­zrów­nane wino Mon­te­mor­cey. Farba kosz­to­wała dwu­dzie­sto­krot­ność swo­jej wagi w zło­cie. Na szczę­ście nie­wielu ludzi nie­bę­dą­cych mala­rzami wie­działo o tym, bo ina­czej na jego kole­gów po fachu regu­lar­nie by napa­dano i ich okra­dano.

– Zatem przy­znaje pan?

– Oczy­wi­ście z pew­no­ścią nie jestem dobrym mala­rzem. – Posłu­żył się szmatką, którą zro­bił z ostat­niej przy­zwo­itej koszuli, żeby otrzeć olej, który skap­nął mu na ręce z trzonka pędzla. Bez względu na to, jak bar­dzo uwa­żał, jego dło­nie dzia­łały na farbę i olej jak magnes. – Jestem naj­lep­szym mala­rzem.

Sap­nęła w spo­sób nie­ty­powy dla sie­bie, co brzmiało pra­wie jak par­sk­nię­cie śmie­chem, i unio­sła scep­tycz­nie brew.

– Jest pan aro­ganc­kim czło­wie­kiem.

Wresz­cie jakaś reak­cja.

– Nie, jestem pewny sie­bie, a to róż­nica. Aro­gan­cja to nie­uza­sad­niona wiara w sie­bie. Pew­ność sie­bie wynika po pro­stu z rozu­mie­nia wła­snych moż­li­wo­ści. Nie prze­chwa­lam się, że jestem wspa­nia­łym kochan­kiem, cho­ciaż moż­liwe, że tak jest. W tym tema­cie aku­rat zwy­czaj­nie nie znaj­duję się w pozy­cji, która umoż­li­wia­łaby mi pre­cy­zyjny osąd. Ocenę zosta­wiam kobie­tom, które zaba­wiam.

Tym razem unio­sła obie brwi i na jej czole poja­wiła się led­wie widoczna zmarszczka.

– Roz­ma­wia­li­śmy jed­nak o sztuce, a w tym tema­cie jestem eks­per­tem. Może więc mi pani zaufać, kiedy mówię, że nie ma więk­szego arty­sty ode mnie, a mówię tak, ponie­waż nie ma lep­szego ode mnie sędziego war­to­ści arty­stycznej.

– Panie Stow, wąt­pię, czy mogę zaufać pań­skiej oce­nie w kwe­stii sztuki czy cze­go­kol­wiek innego. Jak bym mogła, skoro nie pozwala mi pan spoj­rzeć na pań­skie dzieło? Odma­wiał pan przez dwa mie­siące wszyst­kim, któ­rzy chcieli zer­k­nąć na pań­skie arcy­dzieło.

– Prawdy nie da się stwo­rzyć, trzy­ma­jąc się har­mo­no­gramu.

– Prawdy? Zatem to prawdę pan maluje? Myśla­łam, że mnie.

– Maluję panią, a przy­naj­mniej pró­buję, ale odma­wia­jąc współ­pracy, powo­duje pani opóź­nie­nia.

– Co ma pan na myśli?

– Ukrywa się pani przede mną.

– C-co…? – Omal na niego nie spoj­rzała. Widział, jak wal­czy ze sobą, by nie poru­szyć źre­ni­cami. Zagry­zła dolną wargę i z podwój­nym zacię­ciem wbiła wzrok w żyran­dol. Unio­sła nieco pod­bró­dek jakby w akcie pro­te­stu. – Prze­cież jestem tutaj.

– Nie, nie­prawda. Hra­bina Dul­gath w całym swoim ary­sto­kra­tycz­nym splen­do­rze i pysz­nym stroju stoi przede mną, ale nie pani. Nie to, kim jest pani naprawdę. Chcę dostrzec osobę wewnątrz. Osobę, którą ukrywa pani przed wszyst­kimi w oba­wie, że mogliby ją dostrzec…

Popa­trzyła na niego. Nie zer­k­nęła. Nie spoj­rzała. Spio­ru­no­wała go ogni­stym wzro­kiem. Prze­lot­nie tylko, ale w tej jed­nej chwili dostrzegł wię­cej, niż widział przez dwa mie­siące. Coś potęż­nego. Gwał­tow­nego. Burza zakor­ko­wana w kobie­cym ciele i powle­czona smut­kiem żałoby i żalu. Dostrzegł ją. Ten widok wstrzą­snął nim tak, że cof­nął się o krok.

– To było na tyle – oznaj­miła lady Dul­gath, prze­sta­jąc pozo­wać i zrzu­ca­jąc z ramion lisa. – Nie widzę powodu, by prze­cią­gać ten absurd. Zgo­dzi­łam się na por­tret tylko dla­tego, że chciał tego mój ojciec. On nie żyje, więc obraz prze­stał być potrzebny.

Obró­ciła się na lewym obca­sie i ruszyła do wyj­ścia.

– W takim razie zoba­czymy się jutro! – zawo­łał za nią Sher­wood.

– Nie, nie zoba­czymy.

– Będę tu jutro.

– A ja nie.

Zatrza­snęła dębowe drzwi, wycho­dząc, i zosta­wiła Sher­wo­oda samego w gabi­ne­cie, słu­cha­ją­cego echa jej odda­la­ją­cych się kro­ków.

Spoj­rzał na drzwi, które aż odsko­czyły od futryny i teraz stały sze­roko otwarte, więc widział jej zło­ci­stą suk­nię, kiedy odcho­dziła kory­ta­rzem.

Fascy­nu­jąca, pomy­ślał.

W oka­mgnie­niu Sher­wood pod­niósł pędzel i szmatkę, które upu­ścił, nawet nie zda­jąc sobie z tego sprawy, i spoj­rzał na obraz. Pędzel poru­szał się jakby z wła­snej woli, wędro­wał od palety do płótna z ośle­pia­jącą gwał­tow­no­ścią. Sku­pie­nie Sher­wooda było tak wiel­kie, że nie zauwa­żył, że do gabi­netu wszedł młody męż­czy­zna, dopóki ten się nie ode­zwał.

– Jakieś kło­poty?

Sher­wood roz­po­znał dublet z nie­bie­skiej satyny, zanim dostrzegł kozią bródkę, i natych­miast zakrył obraz. Przy­mo­co­wał mate­riał do blejt­ramu, żeby móc szybko zasło­nić pracę. Zasła­nia­nie powsta­ją­cego obrazu dla ochrony mokrej farby przed koma­rami, kurzem i wło­sami nie było niczym nie­ty­po­wym, teraz jed­nak Sher­wood miał znacz­nie poważ­niej­szy powód.

– Lord Faw­kes. Prze­pra­szam, nie zauwa­ży­łem pana. Co pan mówił?

– Pyta­łem, czy poja­wił się jakiś kło­pot – powie­dział Faw­kes, roz­glą­da­jąc się po gabi­ne­cie z typową dla sie­bie mie­szanką zdu­mio­nej nie­win­no­ści i zło­wiesz­czej podejrz­li­wo­ści. – Usły­sza­łem huk i zoba­czy­łem hra­binę wybie­ga­jącą z pokoju. Czy mogę słu­żyć pomocą?

– Nie ma potrzeby, to była wyjąt­kowo udana sesja, ale już się skoń­czyła. Zbiorę swoje rze­czy. Poczy­ni­li­śmy dzi­siaj znaczne postępy.

Faw­kes obszedł szta­lugi i zmarsz­czył brwi, patrząc na zakryty por­tret.

– Mam nadzieję, że to nie jest kawa­łek pościeli.

– To moja koszula nocna, a wła­ści­wie to, co z niej zostało.

– To w czym pan śpi?

– Teraz? W niczym. Nie stać mnie na strój nocny.

– Dzięki niech będą Novro­nowi, że zbliża się lato. – Lord Faw­kes pod­niósł bute­leczkę ultra­ma­ryny i zaczął ją prze­rzu­cać z ręki do ręki. To, że wybrał sobie do zabawy wła­śnie ten barw­nik, wyda­wało się zbyt dużym zbie­giem oko­licz­no­ści. W prze­ci­wień­stwie do innych ludzi jego pokroju lord Chri­sto­pher Faw­kes musiał znać się na sztuce malar­skiej. – Co pan jesz­cze tu robi, Sher­wood?

Malarz wska­zał zakryty obraz i się uśmiech­nął. Wska­za­nie było łatwe, uśmiech oka­zał się więk­szym wyzwa­niem, kiedy patrzył, jak Faw­kes bawi się nie­bie­ską bute­leczką.

Lord zer­k­nął przez ramię i pocią­gnął lek­ce­wa­żąco nosem.

– Malo­wał pan moją ciotkę Mobi zeszłego lata w jej willi w Swan­wick.

– Tak, pamię­tam. Piękne miej­sce. A lady Swan­wick była nad­zwy­czaj łaskawa i hojna.

– Wła­ści­wie to dość czę­sto się panu zda­rza.

Faw­kes prze­rwał żon­glerkę, żeby wska­zać kciu­kiem zakryty por­tret.

– Wszyst­kim aż zaparło dech, kiedy odsło­nił pan por­tret.

– To także dość czę­sto mi się przy­da­rza.

– Ciotka Mobi roz­pła­kała się, kiedy zoba­czyła, co pan zro­bił. Dzie­sięć minut minęło, zanim mogła ode­zwać się sło­wem. Wuj Karl był prze­ko­nany, że ją pan obra­ził.

Sher­wood ski­nął głową.

– Hra­bia Swan­wick wezwał straże.

– Sły­sza­łem, że zła­pali pana za nad­garstki i zaczęli wywle­kać z pokoju, kiedy ciotka Mobi wresz­cie odzy­skała głos i ich powstrzy­mała. „To ja”, powie­działa. „Oto jaka naprawdę jestem. Nikt dotąd mnie tak nie widział”.

– To też czę­sto mi się przy­tra­fia.

– Spał pan z nią?

Lord Faw­kes pod­rzu­cił bute­leczkę wyżej niż dotąd.

– Słu­cham?

– To dzięki temu tak jej pan zaim­po­no­wał? To dla­tego oka­zała się aż tak hojna?

– Widział pan obraz?

Faw­kes zare­cho­tał.

– Nie. Jedy­nie sły­sza­łem opo­wie­ści. Ciotka Mobi trzyma go pod klu­czem w swo­jej sypialni, gdzie, jestem pewien, śni o mło­dym mala­rzu, który tak dosko­nale ją uchwy­cił. Zasta­na­wiam się, dla­czego kobie­cie, która poślu­biła hra­biego, tak zaim­po­no­wałby malarz bez gro­sza przy duszy.

– Czy ta opo­wieść dokądś zmie­rza?

Faw­kes uśmiech­nął się zna­cząco.

– Zmie­rzam do tego, że ten por­tret, który tak dosko­nale uchwy­cił naturę ciotki Mobi, że być może wyma­gał jej zdrady mał­żeń­skiej, powstał w pięć dni. Dla­tego pytam ponow­nie: co pan jesz­cze tu robi, panie Sher­wood?

– Nie­które por­trety są trud­niej­sze od innych.

– A nie­które kobiety trud­niej uwieść niż inne.

Sher­wood zła­pał bute­leczkę w locie.

– Pig­menty to nie zabawka.

– Lady Dul­gath także nie jest zabawką. – Faw­kes patrzył przez chwilę na bute­leczkę w ręku Sher­wo­oda, a potem się odwró­cił. – Do tej pory zakła­da­łem, że po pro­stu paso­ży­tuje pan, wyko­rzy­stuje dobrą wolę pra­co­dawcy. Może zwle­kał pan, nie mając innych zle­ceń. Teraz myślę, że jest pan naiwny.

Spoj­rzał znowu na zakryty por­tret, jakby to była twarz za welo­nem, która ich obser­wuje.

– Życie wędrow­nego mala­rza musi być meczące i nie­bez­pieczne. Podej­rze­wam, że miesz­ka­nie w zamku, gdzie ma się wła­sne łóżko i pra­cow­nię, to zna­cząca poprawa warun­ków. Zapo­mniał pan jed­nak o jed­nej rze­czy. Ona jest ary­sto­kratką, a pan nie. Prawo zaka­zuje takich rze­czy.

– Nie­prawda. – Sher­wood odsta­wił fiolkę z nie­bie­skim pig­men­tem na półeczkę pod szta­lu­gami i sta­nął mię­dzy nimi a lor­dem.

Faw­kes spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

– A powinno.

– Gdy­by­śmy roz­ma­wiali o tym, co być powinno, to pan uro­dziłby się jako hodowca krów w Kel­sey, a nie jako kuzyn króla Vin­centa. Cho­ciaż to byłoby strasz­li­wie nie­spra­wie­dliwe wobec krów i jestem prze­ko­nany, że wła­śnie o tym myślał Mari­bor, kiedy uczy­nił pana lor­dem bez ziemi.

Sher­wood ogrom­nie się cie­szył, że lord Faw­kes nie trzyma już jego bez­cen­nej bute­leczki błę­kitu zamor­skiego. Mara­noń­ski lord bez ziemi sap­nął z wście­kło­ści. Ramiona unio­sły mu się jak sierść na grzbie­cie psa. Zanim zdą­żył otwo­rzyć usta, żeby cisnąć jakimś plu­ga­wym epi­te­tem, Sher­wood wszedł mu w słowo.

– A co pan jesz­cze tu robi? Pogrzeb odbył się chyba z mie­siąc temu.

To zadzia­łało jak wyla­nie zim­nej wody na pło­mień. Faw­kes zamru­gał trzy razy, a potem zado­wo­lił się posła­niem mu mor­der­czego spoj­rze­nia.

– Być może tak się sku­pi­łeś na tym, żeby wsko­czyć do łóżka jaśnie pani hra­biny, że umknął ci fakt, iż ktoś pró­buje ją zabić.

– A co to ma do rze­czy?

– Zosta­łem, by ją chro­nić.

– Doprawdy? – Sher­wood powie­dział to bar­dziej sar­ka­stycz­nie, niż zamie­rzał, ale lord ziry­to­wał go wię­cej niż tylko tro­chę. – Może umknął pana uwagi fakt, że od tego hra­bina ma zastęp dosko­nale wyszko­lo­nych straż­ni­ków. Czy też może wie­rzy pan, że jedy­nym, co stoi mię­dzy lady Dul­gath a śmier­cią, jest strach, jaki zabójca odczuwa przed dale­kim krew­nia­kiem króla?

Ten komen­tarz w żaden spo­sób nie zła­go­dził spoj­rze­nia Faw­kesa, ale teraz prze­su­nęło się ono na szta­lugi.

Sher­wood wie­dział, co lord sobie myśli, zro­bił więc jesz­cze jeden krok naprzód. Nie łudził się marze­niami o poko­na­niu Faw­kesa w walce. Prawo rze­czy­wi­ście zabra­niało ata­ko­wa­nia ary­sto­kra­tów, nawet wyjąt­kowo nik­czem­nych. Sher­wood ble­fo­wał, robiąc ten krok, ale sta­rał się wypaść tak prze­ko­nu­jąco, jak to tylko moż­liwe. Wypro­sto­wał się na całą dłu­gość – a był o cal wyż­szy od Faw­kesa – i odwza­jem­nił się jado­wi­tym spoj­rze­niem, zaci­ska­jąc zęby i uno­sząc ręce.

I bez względu na to, czy dostrzegł blef, Faw­kes zado­wo­lił się jedy­nie splu­nię­ciem na but mala­rza i opusz­cze­niem gabi­netu.

On także zatrza­snął za sobą drzwi, ale tym razem pozo­stały zamknięte.

Rozdział 3. Maranon

Roz­dział 3

Mara­non

Pogoda nie popra­wiła się przez całą drogę do Mehanu. Jeśli chmury ich nie śle­dziły, jak wyobra­żał sobie Hadrian, i w całym pół­noc­nym Avry­nie lało tak samo, to sadzawka na Prze­kor­nej musiała zamie­nić się w jezioro po trzech kolej­nych dniach nie­ustan­nej ulewy, która moczyła ich pod­czas jazdy na połu­dnie. Ran­kiem czwar­tego dnia niebo obu­dziło się czy­ste i błę­kitne, a ogromne połu­dniowe słońce oświe­tlało kra­inę cud­nych, pofał­do­wa­nych wzgórz.

Więk­szość zle­ceń, jakie przyj­mo­wali jako Riy­ria, doty­czyły samego Med­fordu i jego oko­lic, nie wypusz­czali się dalej na połu­dnie niż do War­ric. Cho­ciaż Hadrian dora­stał nie­całe pięć­dzie­siąt mil od gra­nicy, to była jego pierw­sza podróż do Mara­nonu. Gdyby pół­wy­sep Del­gos był ręka­wicą z jed­nym pal­cem, to Mara­non byłby wła­śnie kciu­kiem, i to w dodatku zie­lo­nym. Kra­ina w kolo­rze głę­bo­kiej, inten­syw­nej jak aksa­mit zie­leni lasu oświe­tlo­nego przez księ­życ roz­cią­gała się we wszyst­kie strony uroz­ma­icona cza­sem małymi zagaj­ni­kami drzew liścia­stych. Mara­non sły­nął ze swo­ich koni, naj­wspa­nial­szych wierz­chow­ców na świe­cie. Począt­kowo Hadrian myślał, że widzi łanie pasące się na łąkach, ale łanie nie poru­szają się sta­dami po pięt­na­ście sztuk albo i wię­cej. Ani nie pędzą przez pola z hukiem grzmotu, nie krążą i nie zmie­niają kie­runku jak kołu­jące stado szpa­ków.

– Należą do kogoś? Czy można po pro­stu zła­pać sobie jed­nego? – zapy­tał Royce’a Hadrian, gdy jechali na swo­ich par­cha­tych koniach z pół­nocy, które przy­naj­mniej były czy­ste dzięki trzem dniom desz­czu.

Royce, który odrzu­cił kap­tur i suszył pele­rynę na sobie, zer­k­nął na konie pędzące po odle­głych wzgó­rzach.

– Tak i nie. To tak jak z jele­niami na pół­nocy. A wła­ści­wie tak jak wszę­dzie. Nie ma niczego, co by do kogoś nie nale­żało. Te konie są dzi­kie, ale wszystko tutaj należy do króla Vin­centa.

Hadrian nie wąt­pił w wie­dzę Royce’a. Cho­ciaż jego part­ner nie potra­fił kon­wer­so­wać, Hadrian wie­dział, że wiele podró­żo­wał, przy­naj­mniej po Avry­nie. Naj­le­piej orien­to­wał się w gęsto zalud­nio­nych rejo­nach wokół dużych miast jak Col­nora albo Rati­bor, gdzie zło­dziej i były zabójca naj­szyb­ciej znaj­dzie sobie zaję­cie. Dla Hadriana wyprawa do Mara­nonu była jak waka­cje. Zmiana pogody tylko pogłę­biła wra­że­nie, że wresz­cie odpo­czy­wają.

Uniósł się w strze­mio­nach i rozej­rzał po oko­licy. Pomi­ja­jąc drogę, którą jechali, i góry w oddali, nie dostrzegł niczego – ani jed­nej żywej duszy, żad­nego mia­sta czy wio­ski.

– To co mnie powstrzy­muje przed zła­pa­niem jed­nego i zabra­niem do domu?

– Zna­czy poza samym koniem? – spy­tał Royce.

– Aha.

– Wła­ści­wie nic. Chyba że cię zła­pią i wtedy zawi­śniesz.

Hadrian uśmiech­nął się zna­cząco, ale Royce na niego nie patrzył.

– Jeśli nas zła­pią, to i tak zawi­śniemy za więk­szość tego, czego się dopusz­czamy.

– No i?

– No i nic, po pro­stu tu jest ład­niej. Zna­czy… – Hadrian zapa­trzył się na puszy­ste białe obłoki, któ­rych cie­nie prze­su­wały się po wzgó­rzach. – To miej­sce jest nie­sa­mo­wite. Jak­by­śmy wypeł­zli z rynsz­toka i zawę­dro­wali do raju. Ni­gdy w życiu nie widzia­łem tylu odcieni zie­leni. – Spoj­rzał w dół. – Jakby trawa w naszym Med­for­dzie była chora albo coś w tym guście. Skoro musimy kraść, to czemu nie zaczniemy kraść koni? To musi być łatwiej­sze od wspi­na­nia się po tre­lia­żach i wie­żach.

– Serio? A pró­bo­wa­łeś kie­dyś zła­pać dzi­kiego konia?

– Nie. A ty?

– Nie, ale wyja­śnij mi, jak jeź­dziec ma zła­pać bie­ga­ją­cego wolno konia? I to jesz­cze mara­nona. W kra­inie nie­koń­czą­cych się pagór­ków nie ma gdzie zagnać ich w pułapkę. A gdy­byś nawet jakie­goś zła­pał, to co wtedy? Ist­nieje róż­nica mię­dzy dzi­kim koniem a nie­ujeż­dżo­nym. Chyba zda­jesz sobie z tego sprawę, co?

W jakimś mrocz­nym zaka­marku umy­słu Hadrian przy­po­mi­nał sobie, że sły­szał coś na ten temat, ale nie pamię­tał o tym, dopóki Royce mu nie przy­po­mniał. Konie hodo­wane na far­mach wycho­wy­wały się wśród ludzi. Nie zostały wytre­so­wane i nie przy­wy­kły do tego, że ludzie wska­kują im na grzbiety tak samo jak prze­ciętny pies, ale były względ­nie łagodne.

– Masz mniej wię­cej takie same szanse z dzi­kim koniem, jak gdy­byś pró­bo­wał osio­dłać jele­nia.

– To tylko luźny pomysł, bo w końcu jak długo będziemy to robić?

– Co takiego?

– Kraść.

Royce się roze­śmiał.

– Odkąd pra­cuję z tobą, pra­wie w ogóle nie kradnę. To naprawdę dener­wu­jące. W porząd­nej kra­dzieży kryje się pewne piękno. Stę­sk­ni­łem się za tym.

– Ukra­dli­śmy pamięt­nik.

Royce odwró­cił się i spoj­rzał na Hadriana lito­ści­wie, krę­cąc ze smut­kiem głową.

– To żadna kra­dzież. To drobne zło­dziej­stwo. A teraz jesz­cze to. Pomysł, żeby unie­moż­li­wić komuś doko­na­nie zabój­stwa, wydaje się…

– Szem­rany?

Kolejne spoj­rze­nie, tym razem zdu­mione.

– Nie. Wydaje się nie­wła­ściwy, jak cho­dze­nie wstecz. W teo­rii brzmi to względ­nie łatwo, ale to nie­zręczne, dzi­waczne. Nie bar­dzo nawet wiem, czego ode mnie ocze­kują. Mam poroz­ma­wiać z tą kobietą, z tym cho­dzą­cym celem? Zwy­kle nie gawę­dzę z poten­cjal­nymi tru­po­szami.

W ciągu trzech lat Royce ni­gdy nie roz­ga­dał się tak bar­dzo pod­czas jazdy. Roz­gnie­wany ton wszystko wyja­śniał. Royce nie odda­lił się tak bar­dzo od bez­piecz­nych miejsc od czasu fia­ska z Wieżą Koronną. Mistrz sztuki zło­dziej­skiej rzadko dawał się wypro­wa­dzić z rów­no­wagi, ale kiedy już się to zda­rzało, robił się roz­mowny.

– To ary­sto­kratka – cią­gnął Royce. – Nie lubię ary­sto­kra­tów. Zawsze są tacy zaro­zu­miali.

– To kwe­stia wycho­wa­nia – odpo­wie­dział Hadrian, jakby to on był świa­tow­cem.

Hadrian znał paru ary­sto­kra­tów, ale wszy­scy pocho­dzili z Calisu. To tak, jakby powie­dział, że zna gry­zo­nie, bo kar­mił parę wie­wió­rek. Cali­scy ary­sto­kraci w niczym nie przy­po­mi­nali tych z Avrynu. Byli swo­bod­niejsi, bar­dziej prak­tyczni, mniej napu­szeni i zde­cy­do­wa­nie bar­dziej nie­bez­pieczni. Hadrian podej­rze­wał, że Royce wręcz polu­biłby więk­szość ary­sto­kra­tów z Calisu, a przy­naj­mniej dopóki nie spró­bo­wa­liby go objąć. Hadrian dość szybko odkrył, że Royce Mel­born nie jest ama­to­rem uści­sków.

– Wła­śnie. – Royce ski­nął głową. – A to jesz­cze na doda­tek kobieta. Kobieta z Mara­nonu.

– A czym tak się wyróż­niają tutej­sze kobiety?

– Pamię­tasz tę burzę na Wyży­nie w oko­licy Fal­lon Mire? Tam gdzie wia­try znad Cha­dwick zde­rzają się z wia­trami zza grzbietu?

– A, pew­nie. – Hadrian poki­wał głową, przy­po­mi­na­jąc sobie noc, pod­czas któ­rej żaden z nich nie zmru­żył oka.

– Takie są wła­śnie tutej­sze kobiety. – Royce mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką na bujną, piękną kra­inę, która roz­cią­gała się gdzie okiem się­gnąć. – Spójrz na to. Czy ludzie tutaj ciężko pra­cują? Czy motyki pospól­stwa tępią się na kamie­niach w ziemi? Czy tutejsi ludzie kładą się spać głodni trzy razy w tygo­dniu? Chłopi pańsz­czyź­niani w mająt­kach ziem­skich żyją tu lepiej niż Gwen. A teraz wyobraź sobie, jacy są tutejsi ary­sto­kraci. Wie­dzia­łeś, że pro­win­cja Dul­gath to naj­star­sze lenno w Avry­nie?

– A skąd niby miał­bym to wie­dzieć? – Hadrian uśmiech­nął się do niego roz­ba­wiony roz­mow­no­ścią Royce’a.

– To teraz wiesz – odpo­wie­dział poiry­to­wany Royce, jakby Hadrian mu zaprze­czył. – Jeśli można zaufać wie­dzy Alberta na temat histo­rii róż­nych ary­sto­kra­tycz­nych rodzin, to ród Dul­ga­thów wyło­nił się mniej wię­cej w tym samym cza­sie co impe­rium novroń­skie. Rodzina, która tu rzą­dzi, jest rów­nie stara jak początki pierw­szego impe­rium. Więk­szość ary­sto­kra­tów przyj­muje jako nazwi­sko nazwę regionu, który dostaje we wła­da­nie, ale tu jest na odwrót. Pro­win­cję Dul­gath nazwano od nazwi­ska ludzi, któ­rzy ją stwo­rzyli. W związku z tym, jak myślisz, jak głę­boko zako­rze­nione jest prze­ko­na­nie o wła­snej nad­zwy­czaj­no­ści u lady Dul­gath? Jej ród ist­nieje od kil­ku­set poko­leń. A ja mam ją ura­to­wać?

– Teo­re­tycz­nie to chyba zle­ce­nio­dawcy chcą, żebyś się zorien­to­wał, w jaki spo­sób można ją zamor­do­wać.

Royce rzu­cił Hadria­nowi szel­mow­ski uśmiech.

– Myślę, że naj­trud­niej­szą czę­ścią zada­nia będzie opar­cie się poku­sie, żeby tego nie zro­bić. Cho­ciaż raz może przy­dać się na coś twoje szep­ta­nie mi do ucha, żebym nie zabi­jał. – Royce spoj­rzał na roz­cią­ga­jące się wszę­dzie ide­alne niebo. – Nie ma mowy, żebym wyje­chał stąd nie­spla­miony błę­kitną krwią.

* * *

Droga się roz­wi­dlała. Zakręt w lewo pro­wa­dził na połu­dnie, a ich ścieżka cią­gnęła się dalej, aż do miej­sca, gdzie zie­lona zmarszczka gór ozna­czała koniec wzgórz.

Royce przy­sta­nął na dłuż­szą chwilę i wpa­try­wał się w lewą odnogę, więc Hadrian też zaczął jej się przy­glą­dać. Droga była pro­sta, równa i cią­gnęła się obrze­żami zie­lo­nego grzbietu ku więk­szym ska­li­stym górom zabar­wio­nym błę­ki­tem w słońcu póź­nego popo­łu­dnia. Mijały minuty, a Royce na­dal się wpa­try­wał i Hadrian nabrał prze­ko­na­nia, że jego part­ner zgu­bił drogę, co było wię­cej niż tylko tro­chę dziwne. Przez trzy lata Hadrian ni­gdy nie widział, żeby Royce się zgu­bił, gdy kie­ro­wał się swoim wewnętrz­nym kom­pa­sem w gęstych lasach, pośród mgły nie­prze­ni­kli­wej jak weł­niany koc, w cza­sie bez­gwiezd­nych nocy, a nawet ośle­pia­ją­cej śnie­życy. A jed­nak zło­dziej na­dal sie­dział na koniu i wpa­try­wał się w długą drogę na połu­dnie.

– Tędy mamy jechać? – zapy­tał wresz­cie Hadrian.

Royce pod­niósł wzrok, jakby się obu­dził.

– Co?

– Tędy pro­wa­dzi droga do Dul­gath?

– Tędy? – Royce pokrę­cił głową. – Nie, nie tędy. Ta droga doni­kąd nie pro­wa­dzi.

Hadrian spoj­rzał na sze­roki, wydep­tany szlak pobliź­niony kole­inami od kół wozów i pół­księ­ży­cami koń­skich kopyt.

– Nie­źle wydep­tana jak na ślepą uliczkę.

Royce uśmiech­nął się zna­cząco, jakby Hadrian opo­wie­dział spro­śny dow­cip.

– Rze­czy­wi­ście, bez wąt­pie­nia.

Ruszał ich drogą, pona­gla­jąc konia, ale na­dal oglą­dał się na bar­dziej uczęsz­czany szlak, jakby mu nie ufał. Cokol­wiek go prze­śla­do­wało, nie powie­dział o tym ani słowa, a Hadrian nie zapy­tał.

Kiedy zaczęli razem pra­co­wać, łącząc swoje spe­cy­ficzne umie­jęt­no­ści dla wspól­nej korzy­ści, Hadrian pró­bo­wał przy róż­nych oka­zjach pod­wa­żyć wieko szka­tułki z histo­rią Royce’a, ale bez powo­dze­nia. Tylko otar­cie się o śmierć albo – na co wyda­wała się wska­zy­wać obecna sytu­acja – prze­wi­dy­wane spo­tka­nie z ary­sto­kra­tami z Mara­nonu – było w sta­nie polu­zo­wać to wieko. Dokąd­kol­wiek ta połu­dniowa droga pro­wa­dziła, Hadrian nie dowie się niczego na ten temat od Royce’a. Dwie rze­czy były jed­nak pewne: że Royce jechał już kie­dyś tamtą drogą i że dokądś pro­wa­dziła.

Droga, którą teraz jechali, też gdzieś pro­wa­dziła. Pod górę.

Po kilku godzi­nach jazdy w ciszy droga zwę­ziła się i zamie­niła w ciąg zako­sów wspi­na­ją­cych się na wąską prze­łęcz, za którą roz­cią­gał się widok na inny świat. Ten był jesz­cze pięk­niej­szy od tego, który opusz­czali. Łąki z dzi­kimi kwia­tami i liścia­ste lasy roz­cią­gały się nad morzem, roz­le­głe prze­stwo­rza wody wci­nały się w postrzę­pione małe i więk­sze zatoki wśród potęż­nych kli­fów. Hadrian domy­ślił się, że dotarli do zachod­niego krańca Mara­nonu i począt­ków Morza Sha­ron. Widział je po raz pierw­szy, ale z oddali nie róż­niło się od wschod­nich mórz. Owo „zaple­cze” Mara­nonu, gdzie drogi były węż­sze i nie­wiele róż­niły się od tra­wia­stych dro­żyn, miało wię­cej drzew, wię­cej stru­mieni i wię­cej wodo­spa­dów.

Na nie szer­szej niż dzie­sięć mil prze­strzeni mię­dzy górami a morzem zmie­ściła się cie­ni­sta dolina, przy­tulna i miła. Zanu­rzyła palce stóp w roz­le­głym błę­ki­cie, który pie­nił się, roz­bi­ja­jąc o skalny pół­wy­sep. Zamek Dul­ga­thów wzno­sił się na samot­nym ska­li­stym cyplu, wygi­na­ją­cym się na połu­dnie jak zakrzy­wiony palec. Zbu­do­wany ze skały urwi­ska zle­wał się z nią i wyróż­niały go tylko pro­ste kra­wę­dzie wież i cho­rą­gwie łopo­czące błę­ki­tem i bielą.

– Ład­nie – powie­dział Hadrian.

Royce się nabur­mu­szył. Wska­zał czer­wone jagody rosnące wzdłuż szlaku.

– One też są ładne, ale nie radził­bym ich jeść.

Droga w dół była szybka i odbyła się w mil­cze­niu. Royce nacią­gnął kap­tur, kiedy zbli­żyli się do dna doliny i zaczęły poja­wiać się farmy i podróżni. Tutej­sze domy budo­wano z polnych kamieni i schlud­nie kryto strze­chami. Budynki czę­sto były pię­trowe i zawsze malow­ni­cze. Tubylcy mieli oliw­kową cerę, czarne włosy i ciemne oczy. Byli dobrze odży­wieni i zdrowi, chęt­nie nosili kolo­rowe ubra­nia – zie­lone, poma­rań­czowe i żółte, co jaskrawo kon­tra­sto­wało z lud­no­ścią Melen­garu. Tam bie­dacy nosili rze­czy z wełny zawsze ufar­bo­wa­nej w odcie­nie ziemi i brud­nej sza­ro­ści. Błoto było barw­ni­kiem pół­nocy, a połu­dnie roz­ko­szo­wało się kolo­rami.

Kiedy Royce i Hadrian prze­jeż­dżali, ludzie odwra­cali ku nim głowy i uno­sili przy­ja­zne twa­rze. Royce ni­gdy się nie zatrzy­my­wał, nie zwal­niał. Raz pona­glił konia, by prze­szedł w kłus, gdy jakiś męż­czy­zna powie­dział „dzień dobry” z wyra­zi­stym mara­noń­skim akcen­tem. Hadrian zaś uśmie­chał się i machał w odpo­wie­dzi ręką, zwłasz­cza do ład­nych, mło­dych kobiet.

– Powin­ni­śmy się tu prze­pro­wa­dzić – orzekł.

– Na pół­nocy mamy zna­jo­mo­ści. Lepiej się tam orien­tuję. Mamy tam nie­zbędne zaple­cze i repu­ta­cję. Tutaj zaczy­na­li­by­śmy od zera i dzia­łali na oślep. Nie znamy nawet tutej­szego prawa.

– Ale ład­nie tu.

Royce się obej­rzał.

– Już to mówi­łeś.

Hadrian dostrzegł kolejną młodą kobietę. Ta miała uma­lo­wane oczy. Uśmiech­nęła się do niego.

– I robi się coraz ład­niej.

Jechali w dół drogą pokrytą cęt­kami cie­nia przy akom­pa­nia­men­cie kum­ka­nia rze­ko­tek. Wkrótce, gdy dotarli do grupki budyn­ków, skrzy­pie­nie kół wozu i odgłosy roz­mów zastą­piły żabie nawo­ły­wa­nia. Poko­nali zakręt i wje­chali do wio­ski z warsz­ta­tami świe­cza­rzy i szew­ców. Domy miały dachy kryte dachówką, szyby w oknach, okien­nice. Mech pora­stał stare fun­da­menty, gęsty bluszcz wspi­nał się po komi­nach i opla­tał okna. Tra­wia­sty szlak zamie­nił się w kamienną drogę, która prze­ci­nała wio­skę, cho­ciaż trudno było ją dostrzec z powodu tłumu, jaki się na niej zebrał.

Męż­czyźni i kobiety zgro­ma­dzili się na rynku wio­ski – był to zara­zem plac tar­gowy, gdzie kupcy i han­dla­rze roz­sta­wiali kramy z guzi­kami, mie­dzia­nymi czaj­ni­kami i zło­wio­nymi tego dnia rybami. Tłum jed­nak zebrał się wokół wiel­kiego dymią­cego gara pod­wie­szo­nego nad ogniem. W pierw­szej chwili Hadrian myślał, że przy­pad­kiem natra­fili na jakieś święto. Wyobra­ził sobie, że zostaną zapro­szeni na wio­skowy pik­nik, ale nie wyczu­wał zapa­chu żad­nego jedze­nia. Zamiast tego czuł dła­wiący smród gotu­ją­cej się smoły. Pośrodku tłumu wie­śnia­ków tuzin roz­gnie­wa­nych męż­czyzn trzy­mał star­szego jego­mo­ścia, który miał zwią­zane z tyłu ręce. Pro­wa­dzono go wśród zawar­to­ści czte­rech wor­ków pie­rza ku saga­nowi z bul­go­cącą smołą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki