Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Po ponad pięciuset latach wygnania dziedzic imperium nagle zostaje przywrócony do czynnej służby na froncie Wojny Goblinów. Misja ocalenia jednego z posterunków prowadzi go do ślepego kanionu głęboko na terytorium wroga, gdzie jego podejrzenia zmieniają się w grozę, gdy odkrywa, że warownia nie istnieje. Ale ten, kto zadał sobie trud, by zaplanować jego śmierć i zrzucić ją na karb wojennej zawieruchy, nie wiedział, że mężczyzna zostanie przydzielony do siódmego rezerwowego szwadronu Sikarii. W głębi bezlitosnej dżungli narodzi się legenda, a świat Elan zmieni się na zawsze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 472
Tytuł oryginału: Nolyn
Copyright © 2021 by Michael J. Sullivan Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka, Bartosz Szpojda Ilustracja na okładce: Dominik Broniek Opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl, han[email protected]
ISBN 978-83-68591-78-1 Warszawa 2026
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 335 010, www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dedykuję tę książkę każdemu,kto ośmielił się marzyć o tym,co niemożliwe.
Zawsze pamiętajcie,że porażka jest pewna tylko wtedy,gdy przestajemy próbować.
Cześć! Jestem Michael J. Sullivan, autor Nolyna. Ta książka jest pierwszą w mojej nowej serii, zatytułowanej Powstanie i Upadek. Gdybyście dwadzieścia pięć lat temu powiedzieli mi, że będę miał na koncie dwadzieścia wydanych powieści, uznałbym Was za szaleńców. Jako młody autor przez ponad dekadę bezskutecznie starałem się o wydanie. W październiku 1995 roku, gdy żadna z trzynastu książek, które napisałem, nie zdołała się przebić, dałem za wygraną i poprzysiągłem sobie, że już nigdy nie wrócę do twórczej działalności. Założyłem agencję reklamową.
Dziesięć lat później udowodniłem sobie, że nie jestem życiowym nieudacznikiem, ponieważ razem z żoną Robin zbudowaliśmy prężnie działającą firmę. W wieku trzydziestu czterech lat osiągnąłem większość swoich życiowych celów: miałem piękną i inteligentną żonę, udane dzieci, dom i finansową stabilność. Wszystko układało się po naszej myśli, ale pojawił się pewien problem. Oboje dotarliśmy na szczyt i poczuliśmy się jak Aleksander Wielki, który nie ma już żadnych krain do podbicia… poza jedną, wciąż pozostającą nieuchwytną.
Na początku XXI wieku kupiłem mojej córce, która zmagała się z dysleksją, pierwszą książkę o przygodach Harry’ego Pottera. Kiedy ją czytałem, przypomniałem sobie, jak wielką radość sprawiało mi wchodzenie między okładki książki, wpadanie do nowego świata i spotykanie tam ludzi, którzy mogliby zostać moimi przyjaciółmi w codziennym życiu. Starając się o wydanie swojej prozy, próbowałem wzorować się na nagradzanych powieściach i zatraciłem całą radość wynikającą z pisania. Zapomniałem, dlaczego zacząłem to robić. Przez ponad dziesięć lat nie brałem pióra do ręki, ale to nie oznaczało, że nowe opowieści nie rodziły się w mojej głowie. Zwłaszcza dwie postacie dobijały się do wrót mojej świadomości i domagały się, bym je wpuścił.
W 2004 roku zacząłem pisać pierwszą powieść o świecie Elan, opowiadającą o byłym najemniku-idealiście i cynicznym złodzieju. Jednakże pisanie tych książek było czystym wariactwem, ponieważ nie miałem zamiaru ich wydać. Uznałem, że to droga prowadząca prosto na ciemną stronę mocy – ku depresji związanej z bezskutecznym czekaniem na telefon. Porzuciłem to marzenie i wtedy znów poczułem wolność i radość z tworzenia.
Nie będę was zanudzał szczegółami dotyczącymi tego, w jaki sposób te książki ostatecznie trafiły „do świata”. Mówiąc w skrócie, moja żona zaczęła wierzyć w marzenie, które porzuciłem, i powołała je do istnienia za sprawą niezależnych wydawnictw, self-publishingu, a w końcu Wielkiej Piątki wydawców. Kiedy skończyłem Odkrycia Riyrii, nie spodziewałem się, że kiedyś powrócę do Elanu. Ale Robin tak brakowało jej ulubionego duetu (a wielu czytelników podzielało jej zdanie), że stworzyłem Kroniki Riyrii, by opowiedzieć niezależne historie o tym, jak Royce i Hadrian się poznali i rozpoczęli współpracę.
Jako pisarz fantasy, budując świat Elan, stworzyłem tysiące lat historii, lecz tylko niewielki ułamek tego wszechświata został opisany. Studiowałem historię, zatem wiem, że istnieje duża różnica między tym, jak ludzie pamiętają przeszłość, a tym, co naprawdę się wydarzyło. Dlatego Elan, który stworzyłem, składał się z dwóch rzeczywistości: prawdy oraz sieci kłamstw splecionych z mitami i legendami.
Właśnie tak narodziły się Legendy Pierwszego Imperium. Podczas gdy cykle o Riyrii skupiały się na dwóch awanturnikach, których zdolności idealnie się dopełniały, Legendy opowiadały o zwyczajnych ludziach, którzy urodzili się w niezwykłych czasach. Ich zdolność stawienia czoła przeciwnościom losu zmieniła przyszłość Elan, mimo że wiele z ich czynów popadło w zapomnienie.
Tym razem, po zakończeniu pracy wiedziałem, że powrócę do świata Elan. W Legendach rozpoczynamy Epokę Brązu mojego świata i obserwujemy powstanie Pierwszego Wielkiego Imperium. A skoro tak, wypadało także pokazać jego upadek, co prowadzi nas do tej serii.
Trzy najnowsze powieści noszą tytuły Nolyn, Farilane i Esrahaddon. Osoby, które czytały moje inne opowieści, być może kojarzą dwa z tych imion. Nolyn przychodzi na świat w Epoce wojny i jest synem dwóch najsłynniejszych postaci w historii Elan. Esrahaddon pojawia się w dość tajemniczych okolicznościach w Odkryciach Riyrii. O Farilane tylko przelotnie się wspomina w obu seriach i wielu czytelników zapewne jej nie pamięta. Jest uczoną, która ma obsesję na punkcie historii. Tak jak Brin, która napisała słynną Księgę Brin, Farilane tworzy Migracje Ludów, zbiór historycznych zapisków dotyczących mojego małego wymyślonego świata.
Jeśli martwicie się, że nie czytaliście moich poprzednich powieści, śpieszę was uspokoić. Każda z moich serii książek jest niezależna i nie wymaga znajomości innych. Oczywiście, jeśli po przeczytaniu tej powieści postanowicie zagłębić się w świecie Elan, czeka na Was wiele smaczków i ukrytych nawiązań.
O czym więc jest Nolyn? Akcja powieści rozpoczyna się mniej więcej osiemset pięćdziesiąt lat po Wielkiej Wojnie i założeniu Pierwszego Imperium. Ludzkość odchodzi od swoich barbarzyńskich korzeni i buduje bardziej wyrafinowaną cywilizację. Ale rozkochany w wojaczce ojciec Nolyna wciąż sprawuje władzę i nie wiadomo, kto najbardziej się nadaje do tego, by wprowadzić nową kulturę na kolejny etap rozwoju.
Podobnie jak w wypadku Odkryć Riyrii i Legend Pierwszego Imperium, napisałem całą serię przed wydaniem pierwszego tomu. Robię tak, by mieć pewność, że historia znajdzie satysfakcjonujące zakończenie. Poza tym, jeśli wpadnie mi do głowy świetny pomysł, mogę wrócić do wcześniejszych książek i je uzupełnić. Oprócz tego czytelnicy nie muszą czekać latami (lub dziesięcioleciami) na kolejną część. Zamierzam wydawać kolejne tomy w rocznych odstępach. Ale jeśli chcecie je przeczytać wcześniej, każda z książek ukaże się przedpremierowo za pośrednictwem Kickstartera. Ludzie, którzy zamówią je na tej platformie, otrzymają swój egzemplarz trzy do czterech miesięcy przed oficjalną datą premiery.
Na koniec chciałbym jeszcze omówić strukturę tej serii, ponieważ jest dość niekonwencjonalna. W większości opowieści fantasy w kolejnych tomach podążamy za tą samą grupą bohaterów, ale cykl Powstanie i Upadek bardziej przypomina zbiór pojedynczych powieści. Jak wskazują tytuły, każda z książek skupia się na losach innej ważnej postaci, która żyła w kluczowym okresie liczącej dwa tysiące lat historii Pierwszego Imperium.
A teraz już się wycofuję, abyście mogli zanurzyć się w treści pierwszej książki. Jestem wdzięczny, że postanowiliście dać Nolynowi szansę. Jeśli nie czytaliście innych moich opowieści, mam nadzieję, że ta otworzy Wam drzwi do kolejnych historii ze świata Elan, których jest bez liku: sześć części Odkryć Riyrii, cztery części Kronik Riyrii oraz sześć książek w cyklu Legendy Pierwszego Imperium. Jeśli chodzi o kolejność czytania, proponuję zacząć od Epoki mitu, ponieważ w Legendach Pierwszego Imperium oraz Powstaniu i Upadku przewijają się te same postaci. Robin i ja tymczasem będziemy redagować i szlifować pozostałe dwa tomy. Napisanie książki to dopiero połowa zadania. Czeka nas jeszcze wiele pracy, byście mogli otrzymać jak najlepsze opowieści. Mam nadzieję, że zobaczymy się już niedługo z okazji wydania Farilane.
A teraz przewróćcie stronę, stuknijcie palcem w ekran albo zwiększcie głośność, ponieważ czeka na was nowa epoka Elan.
Michael J. Sullivan 25 marca 2021
Rozdział 1
Strzała Śmierci
Nolyn Nyphrończyk stał w bezlitosnym upale i chmarze gryzących much, rozmyślając o filozofii – co stanowiło nie lada osiągnięcie w lesie deszczowym, w którym gorące i wilgotne powietrze utrudniało oddychanie, a wszystko rozpaczliwie dążyło do obrócenia się w pył. Ubrania gniły, a metal rdzewiał z oszałamiającą prędkością. Skóry w ciągu kilku dni zmieniały kolor na zielony, a wszystko inne pokrywało się czarnymi cętkami, które nazywano dżunglowym brudem. Każdy przedmiot powracał do pierwotnego stanu.
Ale w lesie Erbon ten wyścig do rozpadu toczył się w absurdalnym tempie. Jeśli nie zabije nas wróg, z pewnością zrobi to dżungla.
To przypomniało mu o popularnym, choć fatalistycznym powiedzeniu popularnym wśród imperialnych legionistów, którzy mawiali, że „Strzała Śmierci zawsze pozostaje niewidoczna”. Pomimo tej teorii Nolyn wierzył, że gdy przyjdzie na niego czas, będzie zdawał sobie z tego sprawę. Teraz miał na to dowód. Jego posłaniec wracał o wiele za szybko, by nieść dobre wieści.
Nolyn nie pamiętał jego imienia. Poznał wielu ludzi od czasu przeniesienia do siódmego legionu, a trzydniowa podróż w towarzystwie dwudziestu mężczyzn nie wystarczyła, by czegokolwiek się o nich dowiedział. Pod nieobecność zwiadowcy reszta szwadronu czekała w miejscu, w którym nieliczne promienie słońca docierały do leśnego poszycia. Nikt się nie odzywał, nie poruszał, nawet nie kasłał. Znajdowali się głęboko na terytorium wroga i cisza była ich jedyną ochroną.
Posłaniec wycinał sobie drogę w zaroślach, więc był śliski od potu i ciężko dyszał. Chłopak miał zmartwioną minę, ale na jego ostrzu nie było krwi.
Boi się, ale nie dlatego, że został zaatakowany, przynajmniej na razie.
– Nie ma posterunku? – założył Nolyn, ale chciał to oficjalnie potwierdzić.
– To nie wszystko – odrzekł posłaniec i zaczerpnął tchu. – Nie ma nawet przełęczy. Urwiska po prostu się stykają. – Obejrzał się na gęstwinę liści o rozmiarach koła od wozu, która już się zasklepiła, tak że nie został żaden ślad po jego przejściu. – To zamknięty kanion. Nie ma stąd innego wyjścia poza drogą, którą przyszliśmy. Jesteśmy w potrzasku.
To wyjaśnia jego szybki powrót. Nolyn powoli pokiwał głową, jakby otrzymywał takie wieści każdego dnia.
– Dziękuję – odrzekł.
Miałem rację, Sephryn. Nie jesteśmy sobie pisani.
Jeszcze nigdy nie był tak rozczarowany tym, że wygrał spór.
Najpierw Bran, teraz ja. Zostanie sama, ostatnia z nas.
Dotknął plecionej skórzanej opaski na nadgarstku, która była podarunkiem od Sephryn. Zastanawiał się, jak szybko wiadomość o jego śmierci dotrze do Percepliquis i kto ją o tym powiadomi.
Może mój ojciec? Ta myśl wywołała u Nolyna żałosny uśmiech. Nie, tak zachowałby się prawdziwy ojciec i normalna istota ludzka. Nyphron nie jest ani jednym, ani drugim.
Nolyn podszedł do Acer, ich jedynego zwierzęcia. Dowódcy szwadronów mieli spoglądać na swoich żołnierzy z góry, dlatego klacz osiodłano. Mimo wszystko Nolyn jej nie dosiadał. Wręczył wodze posłańcowi.
– Masz.
Zaskoczony chłopak popatrzył na zwierzę.
– Nie rozumiem.
Nolyn wcisnął mu wodze do ręki.
– Wracaj do Urlineus. Zamelduj, co się stało. Powiedz, żeby wysłali pomoc.
W oczach młodzieńca zapłonęło światło determinacji i zrozumienia. Pokiwał głową.
– Tak jest. Wyruszam natychmiast.
– Jedź, chłopcze. Liczymy na ciebie.
Zwiadowca dosiadł konia, obejrzał się po raz ostatni, po czym spiął wierzchowca ostrogami i pogalopował przez liściaste rośliny rosnące wzdłuż nierównego, niedawno wyrąbanego w lesie szlaku. Żołnierze patrzyli w ślad za nim, dopóki odgłos kopyt nie ucichł, a wtedy zwrócili się do Nolyna, który zastanawiał się, czy teraz już wszyscy widzą Strzałę Śmierci.
Tak jak on nie znał ich imion, oni także go nie znali. Właśnie napotkali swój pierwszy i zapewne ostatni kryzys. Mógł skłamać i wlać w ich serca nieco odwagi, ale wątpił, by to miało jakieś znaczenie.
Wszystko obraca się w pył. Pozostaje tylko teatr.
– Przykro mi, panowie. – Starał się zabrzmieć jak najbardziej mężnie. – Wygląda na to, że zostaniecie poświęceni u mego boku, i bardzo was za to przepraszam.
– Co Wasza Wysokość ma na myśli? – spytał Jerel DeMardefeld.
Nolyn pamiętał jego nazwisko, ponieważ brzmiało absurdalnie wytwornie i taki też był jego wygląd. DeMardefeld wyróżniał się na tle innych wyjątkową zbroją płytową oraz wypolerowaną bronią i nawet Nolyn wyglądał przy nim jak nędzarz. Nieskazitelnie przystrojony żołnierz patrzył na niego z niedowierzaniem, jakby Nolyn właśnie ogłosił, że słońce jest mirażem.
Nolyn wziął głęboki oddech.
– Za chwilę zostanę zamordowany, a ponieważ ktoś chce, by moja śmierć była postrzegana jako wojenna ofiara, wy także do mnie dołączycie. – Zmarszczył czoło, czując, że powinien coś dodać. – Zasługujecie na lepszy los.
Nie załamali się, co go zaskoczyło. Legiony podtrzymywały dyscyplina oraz wiara w nieomylność przywódców, nawet nieznajomych. Przyznając się do porażki, przeciął te niewidzialne więzi. Mogli uciec, wpaść w panikę, a przynajmniej zacząć narzekać, ale tylko milczeli, wbijając wzrok w ziemię.
Wszyscy myślą o tym samym: pył. Ten dzień zmusił każdego do zostania filozofem.
– Nie rozumiem – odezwał się Pierwsza Włócznia. – Jeśli to prawda, to dlaczego pan nie zabrał konia? Po co posyłać zwiadowcę? Pomoc może tutaj dotrzeć dopiero za kilka dni, a my mamy godziny. Pozbył się pan swojej jedynej nadziei na ucieczkę.
– Naprawdę? Cóż ze mnie za głupiec. – Nolyn podszedł do powalonego drzewa i zaczął odłamywać martwe gałęzie. – Jak masz na imię, Pierwsza Włócznio?
– Amicus, Wasza Wysokość.
– No cóż, Amicusie, bystry z ciebie gość. – Nolyn odłamał kolejny patyk. – Dlatego przekazuję ci dowodzenie nad tym szwadronem.
– Mnie? Przecież to pan jest prymusem.
– Już nie. Zrobisz, co w twojej mocy, by poprowadzić tych ludzi w bezpieczne miejsce, a ja zostanę tutaj i rozpalę ognisko.
– Nic z tego, Wasza Wysokość! – odezwał się jeden z pozostałych. Nolyn nie znał jego imienia, ale szpikulec na hełmie wskazywał, że jest Drugą Włócznią. – Nie może pan tego zrobić. Z pewnością zwabi pan ghazele. Równie dobrze mógłby pan zawiesić latarnię na bagnie. Ściągnie pan ich całą chmarę, a te szkodniki mają czterocalowe pazury i kły.
– Właśnie o to mu chodzi – orzekł Jerel z przekonaniem. – Zamierza odwrócić uwagę ghazeli, żebyśmy mogli uciec.
Nolyn podniósł kolejną gałąź i złamał ją na pół, a następnie rzucił oba kawałki na niewielką stertę. Widząc to, Jerel DeMardefeld wyjął toporek i zaczął rąbać drewno.
– Nie musisz tego robić – stwierdził Nolyn.
Jerel tylko się uśmiechnął do niego, a potem do Amicusa.
Amicus w odpowiedzi zmarszczył czoło, odłożył tarczę i podrapał się po szczecinie na szyi. Zwrócił się do Nolyna.
– Na pewno jest pan synem imperatora? Ponieważ… – Popatrzył wzdłuż wąskiego szlaku, którym odjechał zwiadowca. – Tacy jak pan zazwyczaj nie poświęcają się dla takich jak my. Zawsze jest odwrotnie.
– To nienormalne – dodał Jerel, przerąbując na pół gruby konar.
– Czyżby? – spytał Nolyn. – Widzę, że obaj jesteście ekspertami. Jestem jedynym dzieckiem Nyphrona, więc z kim mnie porównujecie?
– Chodziło mi po prostu o to… – Amicus najwyraźniej nie wiedział, o co mu chodziło, ponieważ urwał i skrzyżował ręce na piersi.
– Tracicie czas. Słońce zachodzi.
Nolyn zgadywał, bo tak naprawdę nie wiedział, która jest godzina. W dżungli Calynii trudno było dokładnie oszacować porę dnia. Korony drzew przepuszczały tylko pojedyncze promienie słońca.
– Naprawdę mamy opuścić Waszą Wysokość? – Amicus wskazał pozostałych. – Mamy uciec?
Nolyn wzruszył ramionami.
– Nie jestem zachwycony tą perspektywą, ale to wasza jedyna szansa. A więc owszem. Ja tu zostanę, rozpalę duże ognisko, narobię mnóstwo hałasu i zwabię jak największą liczbę nieproszonych gości. To może pomóc, a na pewno nie zaszkodzi.
– Chwileczkę. – Amicus ponownie popatrzył na szlak i obrócił się do Nolyna. – Everett jest najmłodszy. To dlatego posłał go pan konno?
Everett – czy tak ma na imię? Na Mari, nie mam pamięci do imion. Z twarzami jakoś sobie radzę, podobnie z liczbami, ale imiona…
– Tak zgaduję – wtrącił się Jerel. Uśmiechnął się szeroko do Amicusa.
Pierwsza Włócznia posłał mu surowe spojrzenie.
– Och, przymknij się. To nie ma nic wspólnego z tobą i twoimi urojeniami.
Jerel wzruszył ramionami i wrócił do rąbania drewna.
Amicus kręcił głową.
– Nie kupuję tego. Ani trochę. – W jego głosie pobrzmiewał gniew. – Nawet nas pan nie zna. Poza tym jest pan księciem, oficerem i… – Zawiesił głos.
Nolyn podniósł wzrok znad sterty drewna.
– Tak? Mów dalej.
Żołnierz nie odpowiedział. Jego twarz zmieniła się w posępną maskę.
– Słucham, Pierwsza Włócznio. Kim jestem?
Amicus dalej milczał.
– Wszyscy zapewne zginiemy – ciągnął Nolyn. – I chociaż nigdy wcześniej nie byłem w Calynii, walczyłem z goblinami dłużej, niż wam się wydaje. Podejrzewam, że wiecie, co one robią ze swoimi wrogami. Nie jestem w stanie ukarać was bardziej niż one. Dlatego mów otwarcie. Słucham. Kim jestem?
– Jednym z nich – odrzekł Amicus. – Instarya.
– Ach. – Nolyn pokiwał z uśmiechem głową. – Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co zamierzasz powiedzieć. Może, że jestem elfem, Fhrejem albo kimś uprzywilejowanym… Nic z tego nie jest prawdą, wliczając Instarya.
– Pańskim ojcem jest imperator Nyphron, przywódca wojowniczego klanu Fhrejów. To czyni pana jednym z nich.
– Zapominasz o Persefonie. – Nolyn zamilkł, wciąż trzymając w dłoniach dwa patyki przeznaczone na ognisko. – Minęło ponad osiemset lat od śmierci mojej matki, więc taki błąd jest zrozumiały… przygnębiający, ale można się go spodziewać. Wielu ludzi o niej zapomniało. – Rzucił patyki na stertę. – To ona nadała mi imię. Wiesz, co oznacza „Nolyn”?
– Wiem, że to imię Fhrejów.
– Oznacza „bez ziemi”. Nie mam na świecie swojego miejsca. Mój ojciec jest Fhrejem, ale matka była człowiekiem. Co czyni mnie… kim? Jednym i drugim? Żadnym z nich? Czymś zupełnie innym? – Podniósł głos. – Wskazujesz mnie palcem, więc odpowiedz, Pierwsza Włócznio. Czym jestem? Naprawdę chciałbym wiedzieć.
To uciszyło Amicusa. Westchnął, posłał jeszcze jedno spojrzenie Jerelowi i zdjął hełm.
Nolyn wyczytał niepewność z jego zmarszczonego czoła, ale…
Wygląda znajomo. Czy po raz pierwszy widzę go bez hełmu?
Przyglądając się odsłoniętej twarzy żołnierza, Nolyn doszedł do wniosku, że już wcześniej widział Pierwszą Włócznię rezerwowego szwadronu siódmego legionu Sikarii. Ale nie potrafił sobie przypomnieć gdzie. To wspomnienie było równie nieuchwytne jak imiona jego ludzi.
– Amicusie? Jedziemy? – spytał Druga Włócznia.
Pierwsza Włócznia przez chwilę nie odpowiadał. Patrzył na Nolyna z irytacją, niemal nienawiścią.
– Nie. Zostajemy.
Nolyn pokręcił z niedowierzaniem głową.
– To absurd. Wszyscy zginiecie. I w imię czego? Honoru? Przyzwoitości? Poczucia obowiązku?
– To pan zaczął.
Nolyn westchnął.
– To głupota, ot co. – Popatrzył na szlak. – Nawet Everett ma małe szanse na ucieczkę. Wiedzą, że nie mamy innej drogi, więc nadejdą z góry rzeki i nas odetną.
Amicus pokiwał głową.
– Spodziewają się, że w ciemności stracimy głowę i się rozdzielimy. Liczą na to, że sami wpadniemy im w ręce. – Popatrzył na stertę drewna, którą zgromadził Nolyn. – Ale jeśli rozpalimy potężne ognisko i oświetlimy okolicę…
Nolyn przez chwilę się zastanawiał.
– Ghazele Durat Ran z północy nienawidzą jasnego światła. Żyją w górskich jaskiniach, więc mają bardzo wrażliwe oczy. Jak jest tutaj?
Amicus wskazał korony drzew.
– Tak samo jest z Gur Um Ran. W dżungli jest równie ciemno.
Nolyn pokiwał głową.
– A jeśli staniemy plecami do urwiska, a przed sobą będziemy mieli rzekę…
– Zawęzimy ich drogę dostępu – dokończył Amicus. – Stracą przewagę wynikającą z liczebności.
Nolyn się rozejrzał.
– Poślą… Jak uważasz? Setkę daku?
– Tutaj inaczej się ich nazywa – odrzekł Druga Włócznia. – Gur Um Ran nazywają swoich weteranów zapherami. Spodziewam się raczej dwóch setek.
Nolyn na niego popatrzył.
– Słowo daję, mam fatalną pamięć do imion. Czy już mi się przedstawiłeś?
– Tak jest, Wasza Wysokość. Jeszcze w Urlineus.
– Możesz zrobić to ponownie?
– Riley Glot.
– Dziękuję, Riley. Mówisz, że dwie setki? Skoro jest nas dwudziestu, wystarczy, że każdy z nas zabije dziesiątkę – powiedział sarkastycznie, ale od razu tego pożałował. To nie był czas na obniżanie morale. – To chyba nie powinien być problem, prawda? – dodał, starając się zabrzmieć jak najbardziej entuzjastycznie.
– Oczywiście, Wasza Wysokość – odparł Riley bardziej szczerze, niż Nolyn się spodziewał. – Razem z Amicusem powinniśmy…
Pierwsza Włócznia odchrząknął.
– Co powinniście? – spytał Nolyn.
Riley zamilkł.
– Czy muszę o czymś wiedzieć? – naciskał Nolyn. – Pytam tylko dlatego, że skoro mnie nie opuszczacie, pozostaję dowódcą tego szwadronu. Nasze szanse przetrwania są bardzo wątpliwe, więc jeśli wiecie o czymś, co może nam pomóc, być może powinniście się tym podzielić?
Riley ponownie wbił wzrok w Amicusa. Inni poszli w jego ślady.
– Wygląda na to, że wszyscy patrzą na ciebie, Pierwsza Włócznio – zauważył Nolyn. – Co masz nam do powiedzenia?
Amicus patrzył na otaczających go ludzi, ale nie odpowiadał.
Widziałem go w tłumie, uświadomił sobie Nolyn. Podczas jakiejś dużej uroczystości.
Przyglądał się temu irytująco znajomemu człowiekowi. Podobnie jak pozostali, Pierwsza Włócznia był wyposażony w zbroję, oszczep, sztylet i inny niezbędny sprzęt, które w sumie ważyły niemal sześćdziesiąt funtów. To był znaczny ciężar w parnej dżungli, dlatego Nolyn uważał za dziwne, że Amicus postanowił dźwigać dodatkowy ekwipunek. Miał aż trzy miecze: po jednym na obu biodrach oraz gigantyczne ostrze na plecach. Pierwsza Włócznia był odpowiedzialny za wszystkich członków szwadronu, dlatego nosił przy sobie także dodatkowe bandaże, zapasy żywności oraz trunki, które rozdzielał wedle potrzeb. Zabranie dwóch dodatkowych mieczy wydawało się osobliwą decyzją, zwłaszcza największego z nich, który nie przydałby się na wiele w gęstej dżungli.
Trzy miecze! Nolyn wreszcie skojarzył. Oczywiście! To z tego słynie.
– Jak brzmi twoje nazwisko, Amicusie?
Pierwsza Włócznia jeszcze mocniej zmarszczył czoło. Posyłał ostre spojrzenia swoim towarzyszom.
– Masz je, czyż nie? Nazwisko? – Nolyn zachichotał rozbawiony oporem mężczyzny. – Daj spokój, Strzała Śmierci pędzi w naszą stronę. Żaden z nas o tym nie opowie.
Amicus głęboko odetchnął.
– Killian.
Amicus było popularnym imieniem, ale wszyscy słyszeli o Amicusie Killianie.
– Co tutaj robisz?
Pierwsza Włócznia jeszcze raz popatrzył na pozostałych żołnierzy.
– Ukrywałem się.
***
Nolyn walczył z ghazelami Fir Ran, Fen Ran i Durat Ran w lasach, na mokradłach i w górach Avrlynu, ale mimo upływu wieków wciąż nie był pewien, czy gobliny naprawdę są nocnymi istotami. Ghazele atakowały w nocy, ponieważ widziały w ciemności lepiej od ludzi. Ale nawet gdy legiony walczyły za dnia, bitwy nigdy nie były łatwe. Domy i obozowiska ghazeli zawsze znajdowały się w ciemnych, ponurych miejscach, które zapewniały im przewagę. Światło zazwyczaj było sprzymierzeńcem legionu, ale siódmy rezerwowy szwadron Sikarii z trudem budował ognisko w zapadającym zmroku.
Wilgotne drewno stawiało opór. Było gotowe rozpaść się w pył, ale nie chciało obrócić się w popiół.
Trzy grupy żołnierzy trudziły się z łukiem, świdrem i deseczką. Dwie kolejne krzesały nożami iskry z krzemieni. Reszta rąbała drewno i ściągała je do rozszerzającej się szczeliny w skalnej ścianie, gdzie powstawała ich prowizoryczna forteca, która miała być chroniona ognistą fosą.
Kiedy zrobiło się ciemno, pracowali po omacku i nawet Nolyn ledwie widział swoje dłonie. Fhrejowie pełnej krwi widzieli w ciemności niemal równie dobrze jak gobliny, a lepszy wzrok Nolyna był jednym z nielicznych darów, które odziedziczył po ojcu. Niestety, potrójna warstwa liści nad ich głowami ograniczała zdolności Nolyna, zatem jego ludzie zapewne byli całkowicie ślepi. Żołnierze w milczeniu wiercili i skrobali drewno. Nagle wszyscy odetchnęli, gdy w mroku błysnął pierwszy płomień. Jedna z drużyn z wiertłami wyprzedziła swoich towarzyszy z krzemieniami.
Dawne metody czasem sprawdzają się najlepiej, pomyślał Nolyn.
Podczas gdy życzliwa społeczność opiekowała się nowo narodzonym ogniem, by zdrowo wyrósł, Nolyn postanowił wykorzystać pozostały mu czas na lepsze poznanie swoich ludzi. Ściskał ich dłonie i prosił, by coś o sobie opowiedzieli. Imiona były jak śliskie ryby, których jego umysł nie potrafił utrzymać, dlatego skupiał się na tym, kim są: zbiegłym niewolnikiem, mordercą, który próbuje uniknąć szubienicy, żołnierzem w czwartym pokoleniu, złodziejem na pół etatu i hazardzistą na pełny etat, idealistą, rolnikiem dotkniętym suszą, młodym synem ubogiej kobiety z Calynii, która nie jest w stanie wykarmić rodziny.
Wielu nazywało pobliskie prowincje swoim domem, ale niektórzy pochodzili z tak dalekich miejsc jak zachodnia Warica. Większość uważała służbę w wojsku za najlepszy sposób na zarobienie pieniędzy i podniesienie swojej pozycji społecznej. Lśniący Jerel DeMardefeld był w tym aspekcie wyjątkiem, ponieważ nie miał takich potrzeb, a Nolyn zgadywał, że dołączył do legionu z nudy. Druga Włócznia, Riley Glot, którego nazwisko rymuje się z gruby kot, już wcześniej wspominał, że Jerel jest „inny”, ale nie chciał powiedzieć nic więcej. Oprócz takich nazwisk jak Amicus Killian, Jerel DeMardefeld i Riley Glot, którego nazwisko rymuje się także ze stary płot, Nolyn zdołał zapamiętać także imiona Paladeiousa i Greiga, dwóch potężnych mężczyzn, których Amicus zamierzał umieścić na lewej i prawej flance. Amicus, Riley oraz Azuriah Mit, opalony mężczyzna o posturze niedźwiedzia, mieli stanąć na środku. Nolyn zapamiętał nazwisko Mita, ponieważ brzmiało komicznie i wydawało się zmyślone.
– Nigdy nie byłem w Percepliquis – zawodził jeden z młodych żołnierzy z Calynu.
To był ten ubogi chłopak, który wysyłał żołd matce żyjącej w chacie gdzieś na przedmieściach Dagastanu. Chociaż Nolyn nigdy nie odwiedził tego miasta na wschodnim wybrzeżu, wiedział, że określenia „miasto” w tym przypadku używano mocno na wyrost, a „chaty” w tamtej okolicy zapewne były wyjątkowo skromne. Żołnierz przyznał, że ma dopiero dziewiętnaście lat, choć wyglądał na trzydzieści. Kręcone, czarne włosy i broda maskowały jego młody wiek, ale zmęczone oczy wyglądały, jakby widziały zbyt wiele. Jak większość ludzi z tamtego regionu miał skomplikowane nazwisko, które trudno było wymówić, dlatego Nolyn nawet nie próbował. Zamiast tego w myślach nazwał go „Biednym Calyńczykiem”.
– Czy miasto jest tak niesamowite, jak o nim mówią? – spytał chłopak. – Słyszałem, że mają tam idealnie proste drogi, których nigdy nie pokrywa błoto, a ludzie mogą na zawołanie mieć w domach czystą wodę. To musi być cudowne.
– Owszem – odpowiedział Nolyn, ponieważ wiedział, że Biedny Calyńczyk musi tak to postrzegać. On sam miał zupełnie inną opinię o stolicy imperium.
– Myślałem, że pewnego dnia je zobaczę. Na przykład podczas parady zwycięstwa. Ale ta wojna…
– Nigdy się nie kończy? – dokończył Nolyn za niego i pokiwał głową. – Toczymy ją od ponad czterystu lat.
– Tak długo? – Żołnierz podrapał się po brodzie. – A więc nigdy nie zobaczę Percepliquis.
Pierwsza fala strzał spadła z nieba bez ostrzeżenia i zagrzechotała o pobliskie skały. Tuż obok Nolyna jeden z żołnierzy zginął na miejscu, gdy grot wbił mu się w oko i rozsadził tył czaszki. Paladeious, wielki jak góra, stęknął, gdy drewniana strzała trafiła go w udo. Utrzymał się na nogach i z wściekłym warknięciem odłamał drzewce z czarnym pierzyskiem.
– Tarcze! – zawołał Amicus.
Ludzie szybko zareagowali i druga seria strzał uderzyła z hukiem w drewniany mur.
Dopiero wtedy Nolyn zauważył Biednego Calyńczyka, który leżał na ziemi. Chłopak został trafiony podczas pierwszego ostrzału, kiedy drapał się po brodzie. Strzała przebiła mu dłoń i oba policzki. Pozostała w jego ustach niczym wędzidło w pysku konia. Kołysał się na kolanach z dłonią przytwierdzoną do policzka.
– Nie ruszaj się – rozkazał Nolyn.
Wyjął sztylet i odciął pierzysko strzały. Następnie przytrzymał głowę młodzieńca i wyszarpnął drzewce. Twarz i usta żołnierza były śliskie od krwi, ale mniej, niż Nolyn się spodziewał. Co dziwne, strzała ominęła język, szczękę i zęby – to była cudowna rana: „samo ciało, bez kości”, jak mawiano. Biedny Calyńczyk zachował spokój i szybko owinął twarz kawałkiem szmaty.
Ci ludzie są dobrze wyszkoleni. Nolyn popatrzył na Amicusa Killiana, który stał bezpośrednio przed nim. To dlatego, że on ich uczył.
Następnie usłyszeli wrzaski wrogów – cienkie i chrapliwe. Ten znajomy dźwięk, przypominający zgrzyt metalu, wyprowadził Nolyna z równowagi. Paskudne stwory wylały się z ciemności jak rój os. Wybiegły z gęstej dżungli, postukując pazurami. Za ich owalnymi źrenicami krył się niezdrowy żółty blask. Zgarbione grzbiety, potężne ręce i pyski z rzędami ostrych jak igły zębów nawiedzały koszmary wszystkich legionistów. To była niechciana pamiątka, którą ocalali przywozili do domu.
Legion zazwyczaj stosował bitewny manewr zwany Potrójną Linią. Nolyn osobiście był świadkiem rozwoju tej techniki. Dawna falanga, w której stawiano na linie proste i długie włócznie, ustąpiła miejsca bardziej elastycznemu natarciu za pomocą oszczepów, a następnie szczelnej ścianie z tarcz, której broniono krótkimi mieczami. Każdy szereg miał swojego dowódcę. W pierwszej linii ustawiano niedoświadczonych i źle wyposażonych żołnierzy, którzy byli przeznaczeni na stracenie. W drugiej stawali silni i młodzi, a w trzeciej weterani. Prymus zazwyczaj trzymał się na tyłach i obserwował bitwę z siodła. Ale teraz byli w stanie sformować tylko dwa szeregi. Amicus objął dowodzenie nad pierwszym, a Nolyn nad drugim.
Pierwsza Włócznia stanął na środku i stał się dziobem ich niewielkiego okrętu, który miał stawić czoło rozwścieczonemu morzu. Uczynienie dowódcy ośrodkiem ataku wroga było niekonwencjonalnym rozwiązaniem i chociaż świadczyło o dzielności, nie było zalecane. Nolyn miał ochotę zainterweniować, ale doświadczenie nauczyło go, by nie kwestionować intuicji Pierwszej Włóczni, zwłaszcza że nie znał tego regionu.
Nolyn rozkazał żołnierzom posłać w stronę wroga pierwszą falę oszczepów, której skuteczność trudno było oszacować w ciemności. Następnie mężczyźni zwarli szeregi. Byli w potrzasku, więc zadaniem pierwszego szeregu było stworzenie nieprzeniknionej ściany i skuteczne niweczenie prób wroga. Ale kiedy gobliny natarły, Amicus z niewyjaśnionych powodów opuścił tarczę i wystąpił z szeregu, dzierżąc w dłoniach dwa miecze. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, Nolyn rozkazałby mu się cofnąć i uznałby, że żołnierz wpadł w panikę. Ale nie po raz pierwszy widział Amicusa Killiana w akcji.
To było wiele lat przed tym, jak wszyscy w Percepliquis zgromadzili się na Imperialnej Arenie, by obejrzeć Bitwę Stulecia, jak ją reklamowano w całym mieście. Tamtego dnia zwykły człowiek miał walczyć z Instarya, jednym z najlepszych wojowników z niezwyciężonego wojowniczego szczepu Fhrejów. Nolyn pojawił się na tym spektaklu razem z Sephryn. Jako książę mógł zasiąść w Wysokiej Loży, jednak oboje postanowili stanąć na Polu Wspólnym. Mimo że mieli stamtąd ograniczony widok, energia tłumu była niesamowita. Podczas zawodów, które były nie tylko rozrywką, ale także aktem buntu, wszyscy widzieli, gdzie stoją następca tronu i przewodnicząca rady – ramię w ramię z ludźmi.
Walka przeszła do legendy.
Amicus Killian zmierzył się z Abryllem Orphe, synem Plymeratha, legendarnego bohatera Wielkiej Wojny. Abryll, ubrany w połyskującą zbroję z brązu, tańczył po arenie, a jego niebieska peleryna i długie blond włosy powiewały na wietrze. Amicus się nie poruszał. Miał na sobie tylko skórzaną spódniczkę, karwasze i proste sandały. Czekał z mieczami w obu dłoniach i trzecim potężnym ostrzem na plecach. Używał tej broni podczas każdej walki na arenie i w ciągu zaledwie trzech lat stał się jednym z najsłynniejszych wojowników na świecie. Tamtego dnia Nolyn, który trzymał Sephryn za rękę, dowiedział się, dlaczego tak się stało.
Teraz, uwięziony w ślepym kanionie naprzeciwko hordy ghazeli w blasku potężnego ogniska, ponownie doświadczył niewytłumaczalnego.
Wrogowie zauważyli Amicusa i wyrwę w szeregu. Popędzili w jego stronę dwójkami. W wąskiej rozpadlinie, w której płonęło ognisko, nie mieli miejsca na liczniejsze ataki. Amicus poruszał się oszczędnie, a jego kroki, ciosy, spojrzenia ani nawet oddechy nie były przypadkowe. Każde działanie miało jakiś cel, jakby realizował idealnie wyćwiczoną choreografię. Nolyn widział, że wojownik jest o dwa kroki przed swoimi przeciwnikami, i przypomniał sobie jego słynny przydomek, który tłum skandował na arenie: „PRO-ROK! PRO-ROK! PRO-ROK!”.
On widzi przyszłość, pomyślał Nolyn. Nie da się tego wyjaśnić.
Amicus nawet na chwilę nie tracił równowagi ani pewności siebie. Poruszał się z prostą elegancją: pchnięcie, cięcie, blok, dźgnięcie. To wszystko wyglądało na takie proste. Ghazele wyglądały przy nim jak dzieci z patykami. Nolyn wielokrotnie mierzył się z nimi podczas innej wojny i dobrze znał ich siłę, szybkość oraz spryt, ale tutaj padały dwójkami pod ostrzami Amicusa. Dwa, cztery, sześć… trupy się piętrzyły.
– Już jest dziesięć! – zawołał Riley. – Osiągnął swój przydział.
Nolyn nie rozumiał, dlaczego gobliny nadal szarżują. Może sądziły, że Amicus opadnie z sił? A może zgładzenie wroga, który zabił tak wielu z nich, mogło przynieść chwałę zwycięzcy? Najbardziej prawdopodobne wydawało się to, że wojownik, który nie miał tarczy i zajmował niechronioną pozycję przed szeregiem, stanowił zbyt kuszący cel. Niezależnie od powodu, gobliny nieustannie atakowały parami i tak umierały. Minęło zaskakująco dużo czasu, zanim ta rzeź ustała. Sterta ciał utrudniała im dalsze natarcie. Ghazele w końcu znalazły rozwiązanie problemu i nad ogniskiem pomknęła kolejna salwa strzał.
Wtedy losy bitwy powinny były się odwrócić. Ciała przygniotły tarczę Amicusa i żołnierz był bezbronny, a przynajmniej tak uważał Nolyn. Ale kiedy mężczyzna schował się za stertą trupów, Nolyn zrozumiał pełnię wojskowego geniuszu Amicusa Killiana, który nie tylko bronił się przed falami potężnych wrogów, ale też starannie planował, gdzie spocznie każde ciało. Zabijał gobliny w takich miejscach, by zbudować obronny mur, który miał go osłonić przed nieuniknionym deszczem strzał. Nie był o dwa kroki, ale o całe mile przed wrogiem.
„PRO-ROK! PRO-ROK! PRO-ROK!”.
Po dwóch nieskutecznych ostrzałach walka ustała. Ognisko płonęło, a z ciemności po jego drugiej stronie dobiegał złowieszczy sfrustrowany warkot.
Impas. Ale tylko na chwilę.
Byli w potrzasku i nie mogli dorzucać drewna do ognia, więc ich jedyne źródło światła w końcu musiało zgasnąć. Na razie płonęło w najlepsze, karmione kłodami drewna, które dorzucili do niego Paladeious i Greig. Mogło nawet przetrwać do rana, ale wiedzieli, że światło dnia ich nie ocali. Pomimo wyczynów Amicusa byli znacznie mniej liczni od wrogów.
Nikt się nie odzywał. Wszyscy wpatrywali się w tańczące płomienie, próbując dostrzec, co robią czające się za nimi cienie.
Amicus pozostał w swojej obrzydliwej fortecy śmierci z mieczami w dłoniach.
Nawet nie wygląda na zmęczonego, pomyślał Nolyn.
Sprawdził stan Biednego Calyńczyka. Bandaż, który upodabniał chłopaka do zakneblowanego jeńca, był przesiąknięty czerwienią, ale krwotok ustał. Nolyn wyjął szmatkę z woreczka przy pasie i owinął przebitą dłoń młodzieńca.
– Ęki – wykrztusił Biedny Calyńczyk. – Ędę usiał alczyć ewą eką.
– Dasz radę?
Chłopak wzruszył ramionami.
– Ekonamy ę.
Nolyn miał nadzieję, że to nie będzie konieczne. Jeśli Amicus będzie dalej tak wspaniale sobie radził, być może doczekają poranka i uda im się wyraźniej zobaczyć wrogów. W lesie Erbon łatwo było uznać, że ghazele to zwierzęta: bezmyślne bestie, którym można pokrzyżować szyki za sprawą drzwi, ognia i wyczynów jednego wojownika.
Nolyn wiedział, że to nieprawda.
Ghazele były równie sprytne jak ludzie – a nawet bardziej – i wkrótce znów tego dowiodły. Z drugiej strony ogniska dobiegł charakterystyczny śpiew. Kiedy żołnierze go usłyszeli, cały szwadron zaklął. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza: oberdaza.
Gobliny miały szamana, jednego z tych małych szaleńców ubranych w pióra i koraliki, którzy tańczyli i przyzywali mroczną magię. Ich obecność nigdy nie była pożądana. Nikt nie wiedział, czego można się po nich spodziewać, i dlatego wzbudzali taką grozę. Szwadron mógł zapaść się pod ziemię albo zostać trafiony błyskawicą. Musieli zaczekać na koniec pieśni, by poznać swój los.
Odpowiedzią było niskie dudnienie, które brzmiało tak, jakby cała dżungla wpadła we wściekłość. Donośny dźwięk zatrząsł ziemią.
Nie, to ruch ziemi wywołuje ten dźwięk. Nolyn poczuł, że uderzają w niego okruchy skały, i szybko się obejrzał. Urwisko za ich plecami drżało. Do drobnych kamyków dołączyły większe głazy, gdy skalna ściana zaczęła rozszczepiać się i pękać. Ognisko nagle zgasło, jakby zdmuchnął je olbrzym.
Nie mieli wielkiego wyboru.
– Legioniści! – zawołał Nolyn, unosząc miecz. – Do ataku!
Nie miał pojęcia, czy ktokolwiek go posłuchał ani czy jego ludzie w ogóle go usłyszeli pośród huku kamieni i stukania pazurów. Widział tylko cienie i niewyraźne przemykające kształty. Pobiegł po rozgrzanych węglach, licząc na to, że uniknie kamiennej lawiny. Ziemia znów się zatrzęsła. Na Nolyna spadły fala pyłu i grad kamieni.
W ciemności przed sobą widział świecące żółte ślepia, które przemykały niczym świetliki. Para oczu rozbłysła tuż przed nim. Instynktownie uchylił się i pchnął mieczem. Nad jego głową przemknęły pazury, a ostrze wniknęło w ciało. Nolyn uwolnił miecz i pobiegł dalej. Słaby blask księżyca sączył się z nieba, ukazując zarysy liści i zgarbionych ramion. Stulecia bitewnego doświadczenia wyposażyły Nolyna w szósty zmysł, dzięki któremu był w stanie na oślep robić uniki i siec wrogów. Nagle ogłuszający cios spadł na jego hełm i posłał go na ziemię. Bezruch oznaczał samobójstwo, dlatego Nolyn przetoczył się w stronę najbliższego drzewa, chociaż wciąż był oszołomiony i nie wiedział, gdzie się znajduje. Schował się za pniem i usłyszał, jak coś w niego uderza. Zaryzykował i wykonał pchnięcie po lewej stronie drzewa. Nagrodził go okrzyk bólu.
Kiedy odzyskał jasność myśli, pobiegł w ciemność, ale stracił wyczucie kierunku. Nie wiedział, czy wraca w głąb rozpadliny, czy ucieka w stronę kanionu. Najważniejsze było pozostawanie w ruchu. Nasłuchiwał głosów, które mogłyby mu pomóc się przegrupować, ale ze wszystkich stron dobiegały tylko wrzaski. Jego ludzie się rozproszyli, bitwa była przegrana.
Uderzył kolanem w leżący pień i ponownie się przewrócił. Zacisnął zęby, powstrzymując wrzask. Wtoczył się pod powalone drzewo i czekał, aż ból minie. Okrzyki przecinały noc, były jednak coraz bardziej odległe i słabe, aż w końcu…
Cisza.
Wokół niego zapanował spokój.
Jestem sam.
Nolyn wczołgał się jeszcze głębiej pod potężny pień i czekał. Był częściowo pogrzebany, a jego nozdrza wypełniała przytłaczająca woń ziemi.
Rozdział 2
Mnich
Na targu roiło się od wieczornych klientów, głównie kobiet, które szukały czegoś taniego na kolację. Sephryn była jedną z nich. Już udało jej się nabyć w dobrej cenie kwatrę orzechów, a zamierzała kupić jeszcze trochę jajek, kiedy tylko zmniejszy się tłum na straganie u Heleny. Jaja były stosunkowo tanie, ale podchodzenie do kupca, gdy ustawia się do niego kolejka chętnych klientów, to definicja głupoty. W miarę jak słońce opuszczało się na zachodnim niebie, ceny malały. Sephryn nie zamierzała wydawać pieniędzy na mięso ani ryby, ale jaja należały do jej…
– Sephryn! – Arvis Dyer pędziła przez niewielki plac. W jej potarganych sterczących włosach tkwiły źdźbła słomy, a stara żołnierska tunika, którą zawsze nosiła, pozwalała dostrzec ją już z daleka. Miała tylko jeden sandał, przez co lekko utykała.
Zatrzymała się w połowie drogi z rozemocjonowaną miną.
– Szybko! – Przywołała Sephryn gestem.
– Co się tym razem stało, Arvis? – spytała Sephryn, obserwując kolejkę do straganu Heleny.
Arvis miała w zwyczaju przychodzić do Sephryn z rozmaitymi problemami. Pewnej jesieni oskarżyła grupkę dzieci o przywołanie demona na Placu Imperialnym. Kiedy Sephryn dotarła na miejsce, okazało się, że czwórka dzieci wycięła zębatą twarz w ściankach dyni i umieściła wewnątrz świeczkę. Arvis upierała się także, że w kanałach żyją rekiny, stukot kół wozów na bruku to tak naprawdę sekretny język, a Zaraza przyjęła kształt człowieka imieniem Manny i spaceruje ulicami podczas deszczu. Ale mimo wszystko były przyjaciółkami. Chociaż często wygadywała bzdury, była oczami i uszami Sephryn w dzielnicach, do których większość osób wolała się nie zapuszczać.
– Co się dzieje?
– On umiera!
– Kto? – spytała Sephryn, ale Arvis już pędziła z powrotem, pokrzykując na przechodniów, by zeszli jej z drogi, a oni posłusznie to robili. Ludzie rozstępowali się przed szaleńcami.
Ściskając w dłoni woreczek ze świeżo zakupionymi orzechami, Sephryn westchnęła i pognała za przyjaciółką. Słowa Arvis zapewne były kolejnym jej wymysłem, jednak Sephryn nie mogła ryzykować. Wspólnie mierzyły się z poirytowanymi spojrzeniami mijanych osób. Arvis wzbudzała pogardę. Ubieranie się w męskie ubrania było osobliwe, ale noszenie podartego wojskowego munduru uznawano za brak szacunku. Arvis nie brakowało odwagi, lecz, podobnie jak większość mieszczan, Sephryn podejrzewała, że jej towarzyszka jest obłąkana.
Popędziły w dół wzgórza, minęły łaźnie, aż w końcu dotarły do rozstaju dróg na końcu ulicy Balwierskiej. Zgromadził się tam niewielki tłumek.
– Co się dzieje? – spytała Sephryn.
Widząc biegnące kobiety, a przede wszystkim Arvis, kilka osób odsunęło się na bok. Na ziemi leżał młody mężczyzna w kałuży krwi. Miał odciętą lewą dłoń i ranę na brzuchu, z której płynęła ciemnoczerwona krew. Kiedy Sephryn uświadomiła sobie, że go nie zna, poczuła ulgę, ale ta po chwili zmieniła się w poczucie winy, które było aż za bardzo znajome. Mężczyzna wyglądał na dwadzieścia kilka lat. Miał na sobie prostą, bezbarwną, lnianą tunikę przepasaną sznurem oraz sandały. Nie był to wyszukany strój, lecz nie można było go nazwać łachmanami.
Uklękła i dotknęła jeszcze ciepłej szyi. Mimo że Sephryn nie była lekarką, wiedziała, czego powinna szukać. I nie znalazła tego. Mężczyzna nie żył. Podniosła wzrok na stojących w kręgu ludzi, którzy odwzajemnili jej spojrzenie. Nieco dalej stali dwaj Instarya. Sądząc po ich nieskazitelnie białych paliuszach o fioletowych krawędziach, zdobionych złotymi spinkami, byli jeszcze młodzi, przynajmniej według standardów Fhrejów. Starsi Instarya nie nosili długich szat, które przypominały asyki Fhrejów. Młodsze pokolenie rozsmakowało się w kulturze ze starego świata, która wzbudzała obrzydzenie ich ojców.
– Nie żyje – oznajmiła. – Kto go zabił? – przemówiła do tłumu, który nie odpowiedział, ale kilka osób popatrzyło na dwójkę Fhrejów. Sephryn znała tych awanturników, ale wątpiła, by byli zdolni do takiego czynu.
– Ja – odezwał się Fhrej stojący po lewej stronie. Miał na imię Fryln, mówił swobodnym tonem i uśmiechał się pogodnie.
Chociaż Sephryn zawsze starała się być bezstronna, nie przychodziło jej to łatwo w kontaktach z Instarya. Wszyscy imperialni Fhrejowie zachowywali się z bolesną wyższością, ale najgorszy był szczep wojowników. Imperator był jednym z Instarya i obsadził swoimi braćmi wszystkie wysokie stanowiska. Chociaż zdecydowaną większość mieszkańców imperium stanowili ludzie, niemal wszyscy administratorzy, generałowie i sędziowie należeli do ludu Instarya, a przynajmniej do szczepu Fhrejów. Każdy z nich mówił tym samym językiem arogancji.
– Dlaczego? – spytała, pamiętając, że nie powinna wyciągać pochopnych wniosków, co nie było łatwe, gdyż widziała wiele podobnych zbrodni. Nie były identyczne, ale łączyło je wystarczająco dużo, by mogła mieć konkretne oczekiwania.
– Próbował mnie okraść, więc odciąłem mu dłoń. Tak robimy ze złodziejami. Potem mnie zaatakował, więc go wypatroszyłem. Tak nakazuje prawo imperatora, czyż nie?
– Kłamca! – zawołała Arvis. – Kendel tylko się z nimi zderzył. Widziałam. Nie patrzył, dokąd idzie…
– Wyraźnie poczułem, że ktoś szarpnął moją sakiewkę – powiedział Fryln. – Odwróciłem się i zobaczyłem to stworzenie, które położyło na mnie rękę, więc…
– Kłamca! Kłamca! Kłamca! Kłamca! – rozpaczliwie krzyczała Arvis. Miała w zwyczaju tak robić i nigdy nie działało to na jej korzyść.
Fhrej wyjął zakrwawiony sztylet. Tłum wstrzymał oddech i cofnął się jak stado wystraszonych krów. Dwie osoby się potknęły, jedna upadła. Arvis się nie poruszyła. Patrzyła wyzywająco, prowokując do ataku.
– Odłóż to, Fryln! – rozkazała Sephryn.
Odwrócił się w jej stronę z kpiącym uśmiechem.
Podoba mu się to, pomyślała.
– A jak nie? – odparł, unosząc podbródek i patrząc na nią z góry. To także było typowe dla Instarya, którzy uczyli się zachowań dominującej mniejszości. Sephryn mogłaby napisać na ten temat książkę, gdyby pisanie było legalne.
Klęczała na jednym kolanie w kałuży krwi Kendela.
To nie jest najlepsza pozycja do konfrontacji z dwoma napastnikami, zwłaszcza że jeden z nich właśnie kogoś zabił. Oni są jak rekiny – krew i strach wzbudzają w nich agresję.
Sephryn wstała.
– Aresztuję cię i oskarżę o zabójstwo. – Mówiła stanowczym, ale spokojnym głosem. Nie chciała eskalować sytuacji.
Fhrej nieco się uspokoił, ale nie schował ostrza.
– Już mówiłem, że próbował mnie okraść. Broniłem się. Posłuchasz opinii wariatki? Nikt inny nie da jej wiary. Możesz mnie zatrzymać, ale wyjdę na wolność po dziesięciu minutach. Poza tym to był tylko Rhun.
Nad tłumem poniósł się szmer. Obecnie rzadko używano tego starego określenia. Pochodziło z czasów, gdy Fhrejów uważano za bogów, a ludzi stawiano na równi ze zwierzętami.
Sephryn uznała to za przesadę. Starała się zachowywać uprzejmie, ale nie była pozbawiona temperamentu. Jej rodzina wręcz słynęła z porywczości. I chociaż próbowała panować nad tą dziedziczną cechą, wciąż nie umiała w pełni kontrolować gniewu.
– A ty jesteś tylko elfem.
Uśmiech zniknął z twarzy Instarya, a tłum ponownie wstrzymał oddech.
– Jak go nazwałaś? – spytał drugi z Fhrejów.
Sephryn się nie poruszała ani nie odrywała wzroku od Frylna, który trzymał sztylet i którego paliusz wcale nie był tak nieskazitelny, jak początkowo jej się wydawało. Krawędź materiału znaczyły niewielkie plamki krwi.
– Dziwne… – zaczęła, wciąż czując buzującą złość. – Elfy słyną z wyjątkowego słuchu. Co się stało? Masz katar?
Fryln zbliżył się o krok.
– Co zamierzasz zrobić? Mnie też zabijesz? – spytała Sephryn. – Uważasz, że zasztyletowanie przewodniczącej Rady Imperialnej polepszy twoją sytuację?
– Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie, Sephryn. Rada Imperialna to żart, podobnie jak ty. Istnieje od setek lat i niczego nie osiągnęła. Nawet nie jesteście w stanie umówić się na audiencję u imperatora, prawda?
– Możliwe, ale chyba zapominasz, że większość miejskich strażników to ludzie, a oni nie podzielają twojej opinii o radzie. – Popatrzyła na trupa. – Podejrzewam także, że nie zgadzają się z twoją oceną ich rasy. Kendel był lubiany. Miał wielu przyjaciół i rodzinę. Więc może wyjdziesz z aresztu po kilku minutach, ale co będzie potem? O ile dobrze pamiętam, jego bracia służą w straży. A jeśli jeden z nich się zemści i odetnie ci dłoń, żebyś wykrwawił się w jakiejś ciemnej uliczce?
– Jeśli tak zrobi, zostanie stracony – odparł Fryln władczym tonem.
– Możliwe – zgodziła się Sephryn. – Tyle że to nie pocieszy twoich rodziców, jeśli będą musieli cię pochować. Cóż za strata, poświęcić tysiące lat życia w zamian za kilkadziesiąt lat Kendela. Ale proszę bardzo. Prowokuj mnie dalej.
Fhrej się nie poruszył. Kurczowo ściskał sztylet, a jego oczy płonęły.
– Nie jest tego warta – odezwał się jego towarzysz. – Nie zapomnij o Prawie Ferrola. Nie możesz zabić innego Fhreja.
– Przecież ona…
– Wystarczy jedna kropla krwi Fhrejów. Nie warto poświęcać swojego nieśmiertelnego ducha. Zostaniesz na zawsze pozbawiony wstępu do zaświatów.
– Może Ferrol nie dba o Fhrejów nieczystej krwi.
– Chcesz zaryzykować? – spytał jego towarzysz.
Fryln wycelował sztylet w Sephryn.
– Niech będzie. Ale miej się na baczności, kundlu. Stąpasz po kruchym lodzie. Być może zabicie półkrwi Fhreja nie pozwoli mi wejść do Phyre, ale prawo nie wspomina o zadawaniu bólu.
– Kundlu? – odezwała się oburzona Arvis. – Nie zapomnij tego powtórzyć, kiedy książę Nolyn zasiądzie na tronie.
Dwaj Fhrejowie się roześmiali.
– To się nigdy nie stanie. – Fryln schował sztylet do pochwy. Potem obaj się oddalili, pozostawiając ją, tłum i mężczyznę, którego zamordowali.
– Fryln, Fryln, Fryln, Fryln – cicho powtarzała Arvis z zamkniętymi oczami i skupioną miną.
– Co robisz, Arvis?
– Układam listę, którą przekażę Nolynowi. Chcę, żeby ich ukarał, kiedy zasiądzie na tronie. Szkoda, że nie wiem, jak się nazywa ten drugi.
– Eril Orphe, a Fryln ma na nazwisko Ronelle. Ale obawiam się, że nie będziesz miała takiej szansy. Imperator Nyphron ma dopiero nieco ponad tysiąc siedemset lat. Zapewne pożyje jeszcze z pięćset.
Arvis przez chwilę się nad tym zastanawiała. Jej usta drgały.
– Ale ty wciąż będziesz żyła. Może pomyślisz o mnie, kiedy oni w końcu za to zapłacą. A może jednak powinniśmy powiadomić braci Kendela. Wiesz, gdzie oni mieszkają?
– Nie róbmy tego. Twój pierwszy pomysł był lepszy. Upewnię się, że Nolyn się o tym dowie. Niech on się tym zajmie. Zgoda?
Arvis niechętnie pokiwała głową.
Kryzys zażegnany.
Sephryn tak naprawdę nie znała Kendela. Nie okłamała Frylna, ponieważ nieboszczyk zapewne miał jakichś przyjaciół i krewnych, a niektórzy z nich mogli być strażnikami, choć to mniej prawdopodobne. Prawdę mówiąc, miała wątpliwości co do aresztowania. Rodziny Orphes i Ronelle miały duże wpływy, a Fryln miał nieco racji w kwestii pozycji Sephryn.
Od wieków stawała na czele protestów i praktykowała obywatelskie nieposłuszeństwo, co w końcu zaowocowało powstaniem Rady Imperialnej. Ludzie zyskali swój głos w pałacu, ale nie był on zbyt donośny.
Mimo wszystko Sephryn nie zgadzała się z twierdzeniem, że rada niczego nie osiągnęła. Polepszyli życie tysięcy ludzi, choć w większym stopniu w prowincjach niż w stolicy. Ale Fryln miał rację w jednej kwestii. Po wielu latach wysiłków Rada Imperialna nadal nie zdołała nakłonić imperatora do choćby jednego spotkania, a bez jego zgody nie dało się osiągnąć niczego naprawdę ważnego.
Tłum gwałtownie się przemieścił, gdy na plac weszła staruszka. Gdy Sephryn zobaczyła jej zbolałą minę, domyśliła się, na kogo patrzy. Kobieta upadła na leżące ciało i zaszlochała. Zaczęła krzyczeć, ale nikt jej nie rozumiał. To nie były słowa, tylko odgłosy pierwotnego bólu. Być może tak brzmiał język stworzenia, o którym wspominała stara mistyczka Suri. Dźwięki wydawane przez każdą żywą istotę na powierzchni Elan.
Pojawili się kolejni krewni zmarłego, co łatwo było rozpoznać po zawodzeniu i łzach.
– Dlaczego nie możesz tego powstrzymać? – zaszlochała matka, patrząc na Sephryn. – Jesteś naszą nadzieją. Wierzymy w ciebie. Ufamy ci. Dlaczego nie możesz… – Wróciła do języka stworzenia, którego słuchanie sprawiało Sephryn ból.
Arvis wyciągnęła w jej stronę rękę, by ją pocieszyć, ale Sephryn ją odtrąciła. Nie zasłużyła na współczucie. Nie miała żadnych odpowiedzi, jedynie wymówki, a to za mało.
***
Sephryn czuła, że zaraz się rozpłacze, i nie chciała, by ktokolwiek to zobaczył, więc usiadła na progu w ciemnej uliczce. Fakt, że nie znała Kendela, nie miał znaczenia. To było kolejne odebrane życie. Kolejna osoba, która nie musiała umierać. Sephryn siedziała z twarzą skrytą w dłoniach pomiędzy beczką na deszczówkę a resztkami sterty drewna, ale łzy się nie pojawiały.
Czy stałam się aż tak nieczuła?
To był jeden z jej lęków, obok strachu przed obłędem.
Tylko ktoś prawdziwie szalony wciąż by próbował po tak długim czasie. Może właśnie dlatego przyjaźnię się z Arvis. Może wcale nie jestem daleko za nią w drodze do Wariatkowa. Minęło już… – policzyła w myślach – …siedemset dziewięćdziesiąt sześć lat. Spędziłam większą część tysiąclecia, walcząc o lepszy los.
W roku pięćdziesiątym drugim miała tyle nadziei, czuła, że wszystko jest możliwe. Cóż to był za wspaniały rok. Północne Wojny Goblinów jeszcze nie wybuchły, więc Nolyn był przy jej boku. Podobnie jak Bran. Mieli wielkie plany na przyszłość. Bran zawsze był najbardziej nieustraszony i inicjował wszystkie ich działania. Nie potrafił ignorować okrucieństw Fhrejów. Prowokował Instarya, wskazywał ich niecne czyny, zawstydzał ich.
Nie, to umniejsza jego zasługi. Był przerażony, ale to go nie powstrzymywało.
Rodzice byli z niego tacy dumni.
Przynajmniej z jednego z nas.
Rok pięćdziesiąty drugi był najlepszym w jej życiu. Z radością wracała w myślach do tych złotych czasów. Żyła już ośmiokrotnie dłużej niż przeciętny człowiek, ale tylko tamten jeden rok był prawdziwie wspaniały.
Pokręciła głową i skarciła się w myślach. Nie ma sensu użalać się nad sobą. Miałam też inne dobre lata. Wygrałam kilka bitew. Mam syna – cudownego, idealnego chłopca. No i miałam radosne dzieciństwo.
Uświadomiła sobie, że to stanowiło część problemu. Wspaniałe lata młodości zrujnowały jej dorosłość. Nic w kolejnych stuleciach nie mogło się równać z cudami pierwszych kilku dekad. Czy to w ogóle możliwe? Wtedy świat był pełen magii.
We wlocie uliczki mignął jej łysawy mężczyzna w brzydkim, brązowym habicie. Bran?
Ta myśl nagle pojawiła się w jej głowie, choć była całkowicie irracjonalna. Bran opuścił Percepliquis wieki temu i ani razu się do niej nie odezwał. Chociaż nie była tego pewna, niewątpliwie już umarł. Żaden człowiek nie żył dłużej niż sto lat, zatem nie mogła go zobaczyć.
Ale ten ktoś był taki podobny…
Bran zawsze nosił najgorsze ubrania, nie interesowały go wyszukane stroje. Chodziłby nago, gdyby nie skromność i pogoda. Kiedy ostatnio go widziała, zaczynał łysieć na czubku głowy. To był osobliwy widok – potargane włosy okalające różowy goły placek. W ciągu ponad ośmiuset lat nie widziała nikogo innego z tą przypadłością.
Aż do tej chwili.
Czy to naprawdę był on?
Bran był starcem według ludzkich standardów, podczas gdy Sephryn i Nolyn wciąż wyglądali tak samo jak za młodu. Bran posiwiał, jego twarz obwisła, a zmarszczki pokryły skórę niczym wysypka. Ale oczy pozostały takie same. Zawsze gdy w nie patrzyła, rozpoznawała swojego przyjaciela z dzieciństwa. Wciąż był tam w środku, chociaż jego cielesna powłoka gniła.
Bran był człowiekiem. To nie mógł być on, pomyślała, ale pobiegła na koniec uliczki i wyjrzała za róg.
Percepliquis nie tylko było stolicą imperium i centrum świata, ale także największym i najludniejszym miastem. Jego ulice zamieszkiwała mieszanka ludów z dziewięciu spośród jedenastu prowincji. Nie przybywał tutaj nikt z Erivanii, ojczyzny Fhrejów, ani Ryin Contita, która tak naprawdę nie była prowincją, tylko strefą buforową między ludźmi a Fhrejami, których pokonał Nyphron. Wszyscy inni przyjeżdżali do miasta, a przynajmniej takie wrażenie odnosiła Sephryn, gdy gorączkowo lustrowała wzrokiem tłumy i rzeki ludzi, wypatrując jednej osoby: mężczyzny, który zgodnie z prawami natury nie mógł się tutaj pojawić.
Ale już wcześniej doświadczyłam magii. Bran i Suri byli ze sobą tak blisko. Czy to możliwe, że…
Kiedy ponownie go zauważyła, uświadomiła sobie, że wcale nietrudno było go wypatrzyć. Szczupły zaniedbany mężczyzna w brzydkiej, brązowej szacie z charakterystycznym łysym plackiem na głowie szedł zatłoczoną ulicą dokładnie tam, gdzie należało się go spodziewać. Kluczył między wracającymi z pracy robotnikami i omijał pielgrzymów, którzy tamowali ruch, gapiąc się na górujące nad nimi budynki.
Pobiegła w ślad za nim.
– Bran! – zawołała. – Bran, zaczekaj!
Nie słyszał jej. Sephryn szybko zmniejszała dystans, jej serce wyrywało się z piersi pod wpływem nadziei, po raz pierwszy od lat.
– Bran!
Mężczyzna w końcu ją usłyszał i odwrócił się.
To nie on.
Rozczarowanie ją zdruzgotało. Stanęła jak wryta, powstrzymana przez zawiedzione nadzieje.
Mężczyzna patrzył na nią zdziwionym wzrokiem.
– Wołała mnie pani?
Sephryn przez chwilę nie mogła wykrztusić ani słowa. Patrzyły na nią oczy, które wcale nie przypominały oczu Brana.
– Przepraszam – bąknęła w końcu. – Wzięłam pana za kogoś innego.
Zamiast się odwrócić albo okazać poirytowanie, popatrzył na nią z naciskiem. Zachowywał się, jakby powiedziała coś zupełnie innego, jakby zadała mu genialne pytanie, a on próbował znaleźć odpowiedź. W tej chwili Sephryn miała okazję zrozumieć skalę swojej pomyłki. Mężczyzna w niczym nie przypominał Brana. Miał sympatyczną, a nawet uroczą twarz, niczym gryzoń obdarzony dużym nosem i niepokojąco intensywnym spojrzeniem.
– Przepraszam, że pana zaczepiłam. – Odwróciła się, zażenowana i zła na siebie.
Ale ze mnie idiotka. Jak mogłam pomyśleć, że to on? Spędzam za dużo czasu z Arvis. Niedługo zacznę rozumieć, co do nas mówią koła wozów.
Stali na ulicy Hebanowej Doliny, zawdzięczającej tę nazwę targowi, do którego prowadziła. Pomyślała, że powinna wrócić i kupić trochę jajek, skoro już…
– Psiakrew! – Uniosła ręce i popatrzyła na nie tak, jakby jej pięści ją zdradziły.
Zgubiła orzechy.
Pewnie postawiłam je na ziemi, kiedy oglądałam ciało Kendela.
Zauważyła plamy na swojej koszuli. Przypominały jej o mężczyźnie, którego nie zdołała ocalić.
Wracam do domu, stwierdziła i obróciła się na pięcie.
– Chwileczkę! – zawołał mężczyzna w habicie. – Za kogo mnie pani wzięła?
Obejrzała się i lekceważąco machnęła ręką.
– Za nikogo. Nie jest pan nim, więc nie ma o czym mówić, przepraszam.
Nie miała jajek ani orzechów, więc nici z kolacji. Mica znów się na nią wścieknie, ale to nic nowego. Staruszka była taka…
– Nazwała mnie pani Bran. – Mężczyzna szedł za nią, a w jego głosie dało się usłyszeć nieco oskarżycielski ton.
O co mu chodzi? Przecież go przeprosiłam.
– Tak miał na imię mój przyjaciel.
– A pani myślała, że ja nim jestem… Dlaczego?
– To zwykła pomyłka. Przepraszam, że pana zaczepiłam. Miłego dnia. Żegnam.
– Czy on ubierał się podobnie do mnie? A może miał taką fryzurę? – Poklepał się po czubku głowy. – Czy to dlatego pani pomyślała…
Sephryn zatrzymała się i odwróciła.
– Zna go pan?
Mężczyzna patrzył na nią z szeroko otwartymi ustami.
– Kim… kim pani jest?
– Mam na imię Sephryn. A pan?
Mężczyzna sprawiał wrażenie całkowicie zbitego z tropu, ale zdołał odpowiedzieć.
– Jestem… brat Seymour.
Sephryn uśmiechnęła się cierpko i pokręciła głową.
– To kłamstwo, nie mam brata.
Roześmiał się.
– Ależ nie. Nazywam się Seymour Destone. Jestem jednym z mnichów Maribora. Nazywamy się nawzajem… to znaczy tytułujemy się…
– Skąd znasz Brana, Seymourze?
– Nie znam… to znaczy Bran, założyciel naszego zakonu, żył osiemset lat temu. Nie mogłem go znać… nikt nie mógł. Po prostu o nim słyszałem. Żyjemy zgodnie z jego naukami i naśladujemy jego wygląd, wliczając ubiór. – Szarpnął brzeg habitu. – Z tego samego powodu golimy czubek głowy.
– Bran tego nie robił.
– Nie mogę się z tym zgodzić. Na wszystkich portretach wyraźnie…
– Wyglądał tak, ponieważ zaczął łysieć.
Seymour popatrzył na nią oszołomiony, a potem wycelował w nią palec.
– Skąd wiesz coś takiego? Byłaś w klasztorze Dibben?
– Nigdy o nim nie słyszałam.
– Czyli nie. W takim razie skąd znasz Brana Ukochanego?
– Ukochanego?
Seymour uśmiechnął się i energicznie pokiwał głową.
– Tak. Czy przyszedł do ciebie w wizji? Przemówił we śnie? Skąd o nim wiesz?
Sephryn wzruszyła ramionami.
– Dorastaliśmy razem. Jako dzieciaki bawiliśmy się w berka.
***
Od tamtej chwili Sephryn nie mogła się pozbyć mężczyzny, który nazwał się jej bratem, a potem próbował to wyjaśnić w sposób, który nie miał żadnego sensu. Powiedziała prawdę o dorastaniu z Branem i rozbawiło ją, gdy te niezwykle poważne oczy niemal wypadły z głowy. Ludzie zgadywali, że Sephryn ma około trzydziestu lat. Prawda zawsze ich szokowała, ale widząc reakcję mnicha, zwątpiła w roztropność swojej buńczucznej odpowiedzi. Mężczyzna z jakiegoś powodu bardzo szanował Brana. Powinna była wykazać się większą powściągliwością. W końcu nie miała pojęcia, z kim ma do czynienia. Ten człowiek mógł być niezrównoważony albo niebezpieczny. Taka możliwość niespecjalnie ją martwiła. Drobni mężczyźni w brudnych habitach nie byli tak groźni jak Instarya w paliuszach lub żołnierze w zbrojach.
Nie zatrzymywała się, zbliżając się do swojego bezpiecznego domu. Seymour podążał za nią jak pies, którego nieopatrznie nakarmiła.
– Co to znaczy, że dorastaliście razem z Branem Ukochanym?
– To znaczy dokładnie to, co powiedziałam – odrzekła, skupiając wzrok na ulicy przed nimi. Miała nadzieję, że jej mowa ciała i oschła odpowiedź utną tę rozmowę.
– Nie możesz na tym poprzestać – naprzykrzał się mnich.
Dlaczego to nigdy nie działa w wypadku mężczyzn?
– Oczywiście, że mogę – odburknęła. – Nie wiem, kim jesteś. Być może przestępcą, który chce mnie gdzieś zwabić, żeby…
– To ty do mnie podeszłaś! Goniłaś mnie! Już nie pamiętasz? Postukałaś mnie w ramię i…
– Nie dotknęłam cię!
Przewrócił oczami.
– Mówiłem metaforycznie. – Westchnął. – Poza tym nie mogę nigdzie cię zwabić, ponieważ to ty dosłownie mnie prowadzisz do… szczerze mówiąc, nie mam pojęcia dokąd. Nawet nie jestem pewien, gdzie teraz jesteśmy. Jestem nowy w mieście. Przyjechałem dzisiaj. W Percepliquis trudno się połapać. Nie miałem pojęcia, że na całym świecie żyje tyle ludzi. To przypomina potężną króliczą norę. Wszędzie ulice, mosty, alejki. Cudowne miejsce, owszem, ale także oszałamiające.
– Skąd pochodzisz?
– Z Rodencji, niewielkiego miasteczka na północny zachód stąd. To błotnista ruina. Kiedy ostatnio tam byłem, rozkopali ulice, żeby umieścić pod nimi ohydny system kanalizacyjny, który… zresztą nieważne. Ostatnio przebywam w klasztorze Dibben, nieco na wschód od rzeki Bern.
– Bern? Mijałeś Mistyczny Las?
Jego oczka gryzonia rozbłysły.
– Tak. Znasz te okolice?
– Moja matka mnie tam zabierała, kiedy byłam dzieckiem. Przyszła na świat na pobliskim wzgórzu, w miejscu zwanym dahlem Rhen, które znajdowało się w lesie.
– Jak nazywa się twoja matka? – spytał niepewnie, jakby się bał odpowiedzi.
– Nie, nie, nie, tutaj nie chodzi o mnie. Rozmawiamy o tobie. Pamiętasz? Próbuję ustalić, czy nie jesteś bezlitosnym zabójcą kobiet. – Sephryn skróciła sobie drogę, przechodząc przez sklep z koszykami niedaleko mostka, a po chwili dołączyli do tłumów na ulicy Ishima, wąskiej uliczce, przy której stał jej wąski ceglany dom.
Kiedyś wynajmowała drugie piętro od pewnej staruszki, ale ta zmarła po dziesięciu latach i zostawiła budynek w spadku wnukowi, który zmarł czterdzieści lat po niej. Jego córka nie miała pieniędzy, by płacić podatki za dom, więc Sephryn jej pomogła, wykupując swój pokój. Po kolejnych dwóch pokoleniach nieudolnego zarządzania przez właścicieli Sephryn weszła w posiadanie całego budynku. Przeniosła się na ładniejsze pierwsze piętro, a swój pierwotny pokój udostępniła Mice.
– Wspominałeś o mnichach Maribora. Co to dokładnie oznacza?
– To, eee… grupa mężczyzn, którzy starają się stosować do nauk Brana, czcząc Maribora, boga ludzkości.
– Nie ma czegoś takiego jak Maribor.
– Mówisz tak tylko dlatego, że prawo zakazuje wiary w jakiegokolwiek innego boga poza Ferrolem.
– To mnie nie obchodzi. Ale mylisz się. Boginią ludzkości jest Mari.
– Dlaczego tak twierdzisz?
– Ponieważ to prawda – odparła Sephryn, oszołomiona jego ignorancją.
– Kto ci tak powiedział?
– Moi rodzice i uwierz mi, że wiedzieli, o czym mówią.
– Kim oni są?
– Nie rozmawiamy o mnie, pamiętasz? – Obeszli wielką fontannę na placu, z której Sephryn i Mica czerpały wodę. Rozpoznała kobiety z dzbanami i nie chciała, by ktoś zapytał ją o krew na ubraniu; Seymour nie zauważał jej albo ignorował. Z tego powodu, jak również dzięki uroczej twarzy, trudno było czuć do niego niechęć. – Opowiesz mi, co się stało z Branem? Odszedł stąd przed wiekami i od tamtej pory się ze mną nie kontaktował.
– Nauki głoszą, że udał się do wioski na południu zwanej Dulhath. Tam założył swój pierwszy klasztor.
– Co to dokładnie znaczy? Słyszałam to słowo, ale go nie rozumiem.
– Dziwi mnie, że w ogóle je słyszałaś. Na całym świecie jest ich tylko siedem, a większość stoi na odludziu. Klasztor to miejsce, w którym praktykujemy ascezę. Innymi słowy, izolujemy się od świata, by całkowicie skupić się na naszych nabożnych doktrynach. Staramy się lepiej zrozumieć mądrość naszego pana Maribora.
– Tak, jasne. A co dalej?
– Jak to co dalej?
– Co stało się z Branem?
– Aha, następnie udał się na daleki wschód.
– Ktoś go ścigał?
– Ścigał? Nie. Dlaczego o to pytasz?
– W jakim innym celu uciekłby na pustkowie?
– Wcale nie uciekł. Bran poszukiwał Księgi Brin.
Sephryn się roześmiała. Seymour nie dawał za wygraną. Najpierw kłamał, że jest jej bratem, a teraz mówił, że…
– Co cię tak bawi?
– To bez sensu. Przecież Bran już ma Księgę Brin. Matka podarowała mu ją na trzynaste urodziny. Uczył się z niej czytać i pisać… zresztą jak my wszyscy.
– Nie chodzi o tę Księgę Brin. Dobrze znam ten tom. Członkowie mojego zakonu poświęcili życie na nauczenie się każdego zawartego w niej słowa. Chodzi mi o drugą Księgę Brin.
– Nie ma czegoś takiego.
Dotarli do kamiennych schodów, które prowadziły do frontowych drzwi domu Sephryn, wąskiej, strzelistej, wiekowej budowli z podziurawionej omszałej cegły. Kobieta przypomniała sobie, że to Bran znalazł dla niej to miejsce. Sephryn właśnie wróciła do Percepliquis z Merredydd po śmierci matki. Bran na nią czekał i wspólnie spędzili dzień na szukaniu jakiegoś lokum, na które mogła sobie pozwolić. Wtedy miała niewiele środków i była zbyt dumna, by prosić o pomoc ojca.
Niewiele się zmieniło. Jako przewodnicząca Rady Imperialnej nieźle zarabiała, ale większość tych pieniędzy oddawała. Nie potrafiła prowadzić wystawnego życia, podczas gdy ludzie, którym zawodowo pomagała, zmagali się z biedą. Przekazała ubogim swoją ostatnią wypłatę, nie mogła więc zaproponować temu osobliwemu mnichowi ze wsi niczego oprócz…
Nie. Nie mogę. Mica mnie zabije.
Staruszka była bardzo religijna, co wydawało się dziwne, skoro tak niewielu ludzi wyznawało boga Fhrejów, Ferrola. Być może z powodów religijnych, a być może z czystej złośliwości, Mica zawsze krytykowała decyzje Sephryn, zwłaszcza to, że Sephryn mieszkała sama i do późna przesiadywała na zebraniach rady, zamiast zostawać w domu z dzieckiem, a ojciec Nurgyi nie łożył na ich utrzymanie.
Sephryn chwyciła zasuwkę na drzwiach i znieruchomiała.
Nie rób tego, powiedziała sobie. Nie przyjmuj kolejnego włóczęgi.
Przez lata Sephryn otwierała drzwi swojego domu przed setkami nędzarzy, którzy nie mogli jej zapłacić. Większość wyprowadziła się, gdy już stanęli na nogi, ale Mica została.
– Masz gdzie się zatrzymać? – spytała mnicha, który stał na progu z jedną nogą na ulicy.
– Nie, nie mam. Wyglądasz na osobę znającą miasto. Możesz mi coś polecić?
– Ile masz pieniędzy? – Uświadomiła sobie, że mogła wyjść na zbyt wścibską, więc wyraziła się innymi słowami. – Ile możesz wydać na pokój? – Przygryzła wargę, czekając na odpowiedź, choć się jej domyślała.
Seymour pokręcił głową ze zbolałą miną.
– W Dibben nie potrzebujemy pieniędzy.
– Nie masz niczego? Naprawdę naśladujesz Brana, czyż nie? – Zauważyła, że mnich ma przy sobie tylko małą torbę, w której mógł się zmieścić najwyżej jeden posiłek. – Co zamierzałeś zrobić?
– Przyjechałem tutaj, żeby założyć kościół. Bractwo postanowiło, że przyszedł czas otworzyć wrota prawdy dla szerszego świata, a gdzie lepiej to zrobić niż w stolicy? W końcu to tutaj Bran zaczął nauczać.
– Chodziło mi o to, jak zamierzałeś przetrwać bez pieniędzy?
Ponownie zrobił zbolałą minę, jakby go spoliczkowała.
– Eee… w klasztorze mamy takie powiedzenie: „Maribor da nam na chleb”.
– To jest twój plan?
Pokiwał głową.
– Przyznaję, że wymaga dopracowania. – Uśmiechnął się.
Wyraz twarzy mnicha sprawił, że zrobiło jej się cieplej na sercu, nie tylko dlatego, że był uroczy jak szczeniak proszący o smakołyk, ale także dlatego, że Bran często zachowywał się w taki sam sposób.
– Myślę, że znajdę jakąś stajnię albo suche miejsce pod mostem – dodał Seymour. – W mieście jest pełno mostów. Nigdy nie widziałem ich tyle w jednym miejscu. Nie mam koca, ale dziś w nocy chyba nie powinno być zimno, prawda? Może nad ranem zrobi się chłodno, ale…
– Możesz zostać tutaj – weszła mu w słowo i od razu tego pożałowała.
Obróciła się, otworzyła drzwi i przygotowała się na atak Miki.
– Jesteś pewna? Mogę…
– Tak, jestem pewna.
Może jego obecność trochę utemperuje Micę, pomyślała.
Weszła do domu, gdzie zaskoczyła ją cisza. Mica zazwyczaj zauważała ją przez okno i zbiegała na dół, wyrzucając z siebie potok reprymend.
Pewnie układa Nurgyę do snu.
Za jej plecami rozległ się głośny huk i Sephryn okręciła się na pięcie.
Mnich klęczał na podłodze. Unosił twarz i wbijał wzrok w ścianę nad kominkiem.
– Na świętą brodę Maribora, czy to może być to, o czym myślę?
– Uszkodziłeś moją podłogę. – Sephryn zdjęła z głowy opaskę i zawiesiła ją na haku niedaleko drzwi.
Parter składał się z dwóch pomieszczeń, sypialni i kuchni, która przechodziła w salon z kominkiem w centralnej części. Mica dbała o czystość, co cieszyło Sephryn, ponieważ ona sama nie była zbyt porządna. Kiedyś uznawała, że pleśń to dobry sposób na czyszczenie talerzy, choć znacznie wolniejszy niż dawanie ich do wylizania psu. Problemem była zbyt mała liczba naczyń, by korzystać z tej metody. Mica zadawała sobie absurdalny trud i używała mydła oraz wody. A przynajmniej wydawało się to absurdalne, dopóki Sephryn nie urodziła Nurgyi. Od tamtej pory zmieniła zdanie co do czyszczenia talerzy pleśnią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
