Nolyn. Trylogia Powstanie i Upadek. Tom 1 - Michael J. Sullivan - ebook

Nolyn. Trylogia Powstanie i Upadek. Tom 1 ebook

Michael J.Sullivan

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Po ponad pięciuset latach wygnania dziedzic imperium nagle zostaje przywrócony do czynnej służby na froncie Wojny Goblinów. Misja ocalenia jednego z posterunków prowadzi go do ślepego kanionu głęboko na terytorium wroga, gdzie jego podejrzenia zmieniają się w grozę, gdy odkrywa, że warownia nie istnieje. Ale ten, kto zadał sobie trud, by zaplanować jego śmierć i zrzucić ją na karb wojennej zawieruchy, nie wiedział, że mężczyzna zostanie przydzielony do siódmego rezerwowego szwadronu Sikarii. W głębi bezlitosnej dżungli narodzi się legenda, a świat Elan zmieni się na zawsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 472

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Nolyn

Copy­ri­ght © 2021 by Michael J. Sul­li­van Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Bar­tosz Szpojda Ilu­stra­cja na okładce: Domi­nik Bro­niek Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Dark Crayon

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl, han­[email protected]

ISBN 978-83-68591-78-1 War­szawa 2026

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227 335 010, www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dedy­kuję tę książkę każ­demu,kto ośmie­lił się marzyć o tym,co nie­moż­liwe.

Zawsze pamię­taj­cie,że porażka jest pewna tylko wtedy,gdy prze­sta­jemy pró­bo­wać.

Od autora

Cześć! Jestem Michael J. Sul­li­van, autor Nolyna. Ta książka jest pierw­szą w mojej nowej serii, zaty­tu­ło­wa­nej Powsta­nie i Upa­dek. Gdy­by­ście dwa­dzie­ścia pięć lat temu powie­dzieli mi, że będę miał na kon­cie dwa­dzie­ścia wyda­nych powie­ści, uznał­bym Was za sza­leń­ców. Jako młody autor przez ponad dekadę bez­sku­tecz­nie sta­ra­łem się o wyda­nie. W paź­dzier­niku 1995 roku, gdy żadna z trzy­na­stu ksią­żek, które napi­sa­łem, nie zdo­łała się prze­bić, dałem za wygraną i poprzy­sią­głem sobie, że już ni­gdy nie wrócę do twór­czej dzia­łal­no­ści. Zało­ży­łem agen­cję rekla­mową.

Dzie­sięć lat póź­niej udo­wod­ni­łem sobie, że nie jestem życio­wym nie­udacz­ni­kiem, ponie­waż razem z żoną Robin zbu­do­wa­li­śmy pręż­nie dzia­ła­jącą firmę. W wieku trzy­dzie­stu czte­rech lat osią­gną­łem więk­szość swo­ich życio­wych celów: mia­łem piękną i inte­li­gentną żonę, udane dzieci, dom i finan­sową sta­bil­ność. Wszystko ukła­dało się po naszej myśli, ale poja­wił się pewien pro­blem. Oboje dotar­li­śmy na szczyt i poczu­li­śmy się jak Alek­san­der Wielki, który nie ma już żad­nych krain do pod­bi­cia… poza jedną, wciąż pozo­sta­jącą nie­uchwytną.

Na początku XXI wieku kupi­łem mojej córce, która zma­gała się z dys­lek­sją, pierw­szą książkę o przy­go­dach Harry’ego Pot­tera. Kiedy ją czy­ta­łem, przy­po­mnia­łem sobie, jak wielką radość spra­wiało mi wcho­dze­nie mię­dzy okładki książki, wpa­da­nie do nowego świata i spo­ty­ka­nie tam ludzi, któ­rzy mogliby zostać moimi przy­ja­ciółmi w codzien­nym życiu. Sta­ra­jąc się o wyda­nie swo­jej prozy, pró­bo­wa­łem wzo­ro­wać się na nagra­dza­nych powie­ściach i zatra­ci­łem całą radość wyni­ka­jącą z pisa­nia. Zapo­mnia­łem, dla­czego zaczą­łem to robić. Przez ponad dzie­sięć lat nie bra­łem pióra do ręki, ale to nie ozna­czało, że nowe opo­wie­ści nie rodziły się w mojej gło­wie. Zwłasz­cza dwie posta­cie dobi­jały się do wrót mojej świa­do­mo­ści i doma­gały się, bym je wpu­ścił.

W 2004 roku zaczą­łem pisać pierw­szą powieść o świe­cie Elan, opo­wia­da­jącą o byłym najem­niku-ide­ali­ście i cynicz­nym zło­dzieju. Jed­nakże pisa­nie tych ksią­żek było czy­stym wariac­twem, ponie­waż nie mia­łem zamiaru ich wydać. Uzna­łem, że to droga pro­wa­dząca pro­sto na ciemną stronę mocy – ku depre­sji zwią­za­nej z bez­sku­tecz­nym cze­ka­niem na tele­fon. Porzu­ci­łem to marze­nie i wtedy znów poczu­łem wol­ność i radość z two­rze­nia.

Nie będę was zanu­dzał szcze­gó­łami doty­czą­cymi tego, w jaki spo­sób te książki osta­tecz­nie tra­fiły „do świata”. Mówiąc w skró­cie, moja żona zaczęła wie­rzyć w marze­nie, które porzu­ci­łem, i powo­łała je do ist­nie­nia za sprawą nie­za­leż­nych wydaw­nictw, self-publi­shingu, a w końcu Wiel­kiej Piątki wydaw­ców. Kiedy skoń­czy­łem Odkry­cia Riy­rii, nie spo­dzie­wa­łem się, że kie­dyś powrócę do Elanu. Ale Robin tak bra­ko­wało jej ulu­bio­nego duetu (a wielu czy­tel­ni­ków podzie­lało jej zda­nie), że stwo­rzy­łem Kro­niki Riy­rii, by opo­wie­dzieć nie­za­leżne histo­rie o tym, jak Royce i Hadrian się poznali i roz­po­częli współ­pracę.

Jako pisarz fan­tasy, budu­jąc świat Elan, stwo­rzy­łem tysiące lat histo­rii, lecz tylko nie­wielki uła­mek tego wszech­świata został opi­sany. Stu­dio­wa­łem histo­rię, zatem wiem, że ist­nieje duża róż­nica mię­dzy tym, jak ludzie pamię­tają prze­szłość, a tym, co naprawdę się wyda­rzyło. Dla­tego Elan, który stwo­rzy­łem, skła­dał się z dwóch rze­czy­wi­sto­ści: prawdy oraz sieci kłamstw sple­cio­nych z mitami i legen­dami.

Wła­śnie tak naro­dziły się Legendy Pierw­szego Impe­rium. Pod­czas gdy cykle o Riy­rii sku­piały się na dwóch awan­tur­ni­kach, któ­rych zdol­no­ści ide­al­nie się dopeł­niały, Legendy opo­wia­dały o zwy­czaj­nych ludziach, któ­rzy uro­dzili się w nie­zwy­kłych cza­sach. Ich zdol­ność sta­wie­nia czoła prze­ciw­no­ściom losu zmie­niła przy­szłość Elan, mimo że wiele z ich czy­nów popa­dło w zapo­mnie­nie.

Tym razem, po zakoń­cze­niu pracy wie­dzia­łem, że powrócę do świata Elan. W Legen­dach roz­po­czy­namy Epokę Brązu mojego świata i obser­wu­jemy powsta­nie Pierw­szego Wiel­kiego Impe­rium. A skoro tak, wypa­dało także poka­zać jego upa­dek, co pro­wa­dzi nas do tej serii.

Trzy naj­now­sze powie­ści noszą tytuły Nolyn, Fari­lane i Esra­had­don. Osoby, które czy­tały moje inne opo­wie­ści, być może koja­rzą dwa z tych imion. Nolyn przy­cho­dzi na świat w Epoce wojny i jest synem dwóch naj­słyn­niej­szych postaci w histo­rii Elan. Esra­had­don poja­wia się w dość tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach w Odkry­ciach Riy­rii. O Fari­lane tylko prze­lot­nie się wspo­mina w obu seriach i wielu czy­tel­ni­ków zapewne jej nie pamięta. Jest uczoną, która ma obse­sję na punk­cie histo­rii. Tak jak Brin, która napi­sała słynną Księgę Brin, Fari­lane two­rzy Migra­cje Ludów, zbiór histo­rycz­nych zapi­sków doty­czą­cych mojego małego wymy­ślo­nego świata.

Jeśli mar­twi­cie się, że nie czy­ta­li­ście moich poprzed­nich powie­ści, śpie­szę was uspo­koić. Każda z moich serii ksią­żek jest nie­za­leżna i nie wymaga zna­jo­mo­ści innych. Oczy­wi­ście, jeśli po prze­czy­ta­niu tej powie­ści posta­no­wi­cie zagłę­bić się w świe­cie Elan, czeka na Was wiele smacz­ków i ukry­tych nawią­zań.

O czym więc jest Nolyn? Akcja powie­ści roz­po­czyna się mniej wię­cej osiem­set pięć­dzie­siąt lat po Wiel­kiej Woj­nie i zało­że­niu Pierw­szego Impe­rium. Ludz­kość odcho­dzi od swo­ich bar­ba­rzyń­skich korzeni i buduje bar­dziej wyra­fi­no­waną cywi­li­za­cję. Ale roz­ko­chany w wojaczce ojciec Nolyna wciąż spra­wuje wła­dzę i nie wia­domo, kto najbar­dziej się nadaje do tego, by wpro­wa­dzić nową kul­turę na kolejny etap roz­woju.

Podob­nie jak w wypadku Odkryć Riy­rii i Legend Pierw­szego Impe­rium, napi­sa­łem całą serię przed wyda­niem pierw­szego tomu. Robię tak, by mieć pew­ność, że histo­ria znaj­dzie satys­fak­cjo­nu­jące zakoń­cze­nie. Poza tym, jeśli wpad­nie mi do głowy świetny pomysł, mogę wró­cić do wcze­śniej­szych ksią­żek i je uzu­peł­nić. Oprócz tego czy­tel­nicy nie muszą cze­kać latami (lub dzie­się­cio­le­ciami) na kolejną część. Zamie­rzam wyda­wać kolejne tomy w rocz­nych odstę­pach. Ale jeśli chce­cie je prze­czy­tać wcze­śniej, każda z ksią­żek ukaże się przed­pre­mie­rowo za pośred­nic­twem Kick­star­tera. Ludzie, któ­rzy zamó­wią je na tej plat­for­mie, otrzy­mają swój egzem­plarz trzy do czte­rech mie­sięcy przed ofi­cjalną datą pre­miery.

Na koniec chciał­bym jesz­cze omó­wić struk­turę tej serii, ponie­waż jest dość nie­kon­wen­cjo­nalna. W więk­szo­ści opo­wie­ści fan­tasy w kolej­nych tomach podą­żamy za tą samą grupą boha­te­rów, ale cykl Powsta­nie i Upa­dek bar­dziej przy­po­mina zbiór poje­dyn­czych powie­ści. Jak wska­zują tytuły, każda z ksią­żek sku­pia się na losach innej waż­nej postaci, która żyła w klu­czo­wym okre­sie liczą­cej dwa tysiące lat histo­rii Pierw­szego Impe­rium.

A teraz już się wyco­fuję, aby­ście mogli zanu­rzyć się w tre­ści pierw­szej książki. Jestem wdzięczny, że posta­no­wi­li­ście dać Noly­nowi szansę. Jeśli nie czy­ta­li­ście innych moich opo­wie­ści, mam nadzieję, że ta otwo­rzy Wam drzwi do kolej­nych histo­rii ze świata Elan, któ­rych jest bez liku: sześć czę­ści Odkryć Riy­rii, cztery czę­ści Kro­nik Riy­rii oraz sześć ksią­żek w cyklu Legendy Pierw­szego Impe­rium. Jeśli cho­dzi o kolej­ność czy­ta­nia, pro­po­nuję zacząć od Epoki mitu, ponie­waż w Legen­dach Pierw­szego Impe­rium oraz Powsta­niu i Upadku prze­wi­jają się te same postaci. Robin i ja tym­cza­sem będziemy reda­go­wać i szli­fo­wać pozo­stałe dwa tomy. Napi­sa­nie książki to dopiero połowa zada­nia. Czeka nas jesz­cze wiele pracy, byście mogli otrzy­mać jak naj­lep­sze opo­wie­ści. Mam nadzieję, że zoba­czymy się już nie­długo z oka­zji wyda­nia Fari­lane.

A teraz prze­wróć­cie stronę, stuk­nij­cie pal­cem w ekran albo zwiększ­cie gło­śność, ponie­waż czeka na was nowa epoka Elan.

Michael J. Sul­li­van 25 marca 2021

Rozdział 1. Strzała Śmierci

Roz­dział 1

Strzała Śmierci

Nolyn Nyph­roń­czyk stał w bez­li­to­snym upale i chma­rze gry­zą­cych much, roz­my­śla­jąc o filo­zo­fii – co sta­no­wiło nie lada osią­gnię­cie w lesie desz­czo­wym, w któ­rym gorące i wil­gotne powie­trze utrud­niało oddy­cha­nie, a wszystko roz­pacz­li­wie dążyło do obró­ce­nia się w pył. Ubra­nia gniły, a metal rdze­wiał z osza­ła­mia­jącą pręd­ko­ścią. Skóry w ciągu kilku dni zmie­niały kolor na zie­lony, a wszystko inne pokry­wało się czar­nymi cęt­kami, które nazy­wano dżun­glo­wym bru­dem. Każdy przed­miot powra­cał do pier­wot­nego stanu.

Ale w lesie Erbon ten wyścig do roz­padu toczył się w absur­dal­nym tem­pie. Jeśli nie zabije nas wróg, z pew­no­ścią zrobi to dżun­gla.

To przy­po­mniało mu o popu­lar­nym, choć fata­li­stycz­nym powie­dze­niu popu­lar­nym wśród impe­rial­nych legio­ni­stów, któ­rzy mawiali, że „Strzała Śmierci zawsze pozo­staje nie­wi­doczna”. Pomimo tej teo­rii Nolyn wie­rzył, że gdy przyj­dzie na niego czas, będzie zda­wał sobie z tego sprawę. Teraz miał na to dowód. Jego posła­niec wra­cał o wiele za szybko, by nieść dobre wie­ści.

Nolyn nie pamię­tał jego imie­nia. Poznał wielu ludzi od czasu prze­nie­sie­nia do siód­mego legionu, a trzy­dniowa podróż w towa­rzy­stwie dwu­dzie­stu męż­czyzn nie wystar­czyła, by cze­go­kol­wiek się o nich dowie­dział. Pod nie­obec­ność zwia­dowcy reszta szwa­dronu cze­kała w miej­scu, w któ­rym nie­liczne pro­mie­nie słońca docie­rały do leśnego poszy­cia. Nikt się nie odzy­wał, nie poru­szał, nawet nie kasłał. Znaj­do­wali się głę­boko na tery­to­rium wroga i cisza była ich jedyną ochroną.

Posła­niec wyci­nał sobie drogę w zaro­ślach, więc był śli­ski od potu i ciężko dyszał. Chło­pak miał zmar­twioną minę, ale na jego ostrzu nie było krwi.

Boi się, ale nie dla­tego, że został zaata­ko­wany, przy­naj­mniej na razie.

– Nie ma poste­runku? – zało­żył Nolyn, ale chciał to ofi­cjal­nie potwier­dzić.

– To nie wszystko – odrzekł posła­niec i zaczerp­nął tchu. – Nie ma nawet prze­łę­czy. Urwi­ska po pro­stu się sty­kają. – Obej­rzał się na gęstwinę liści o roz­mia­rach koła od wozu, która już się zaskle­piła, tak że nie został żaden ślad po jego przej­ściu. – To zamknięty kanion. Nie ma stąd innego wyj­ścia poza drogą, którą przy­szli­śmy. Jeste­śmy w potrza­sku.

To wyja­śnia jego szybki powrót. Nolyn powoli poki­wał głową, jakby otrzy­my­wał takie wie­ści każ­dego dnia.

– Dzię­kuję – odrzekł.

Mia­łem rację, Seph­ryn. Nie jeste­śmy sobie pisani.

Jesz­cze ni­gdy nie był tak roz­cza­ro­wany tym, że wygrał spór.

Naj­pierw Bran, teraz ja. Zosta­nie sama, ostat­nia z nas.

Dotknął ple­cio­nej skó­rza­nej opa­ski na nad­garstku, która była poda­run­kiem od Seph­ryn. Zasta­na­wiał się, jak szybko wia­do­mość o jego śmierci dotrze do Per­ce­pli­quis i kto ją o tym powia­domi.

Może mój ojciec? Ta myśl wywo­łała u Nolyna żało­sny uśmiech. Nie, tak zacho­wałby się praw­dziwy ojciec i nor­malna istota ludzka. Nyph­ron nie jest ani jed­nym, ani dru­gim.

Nolyn pod­szedł do Acer, ich jedy­nego zwie­rzę­cia. Dowódcy szwa­dro­nów mieli spo­glą­dać na swo­ich żoł­nie­rzy z góry, dla­tego klacz osio­dłano. Mimo wszystko Nolyn jej nie dosia­dał. Wrę­czył wodze posłań­cowi.

– Masz.

Zasko­czony chło­pak popa­trzył na zwie­rzę.

– Nie rozu­miem.

Nolyn wci­snął mu wodze do ręki.

– Wra­caj do Urli­neus. Zamel­duj, co się stało. Powiedz, żeby wysłali pomoc.

W oczach mło­dzieńca zapło­nęło świa­tło deter­mi­na­cji i zro­zu­mie­nia. Poki­wał głową.

– Tak jest. Wyru­szam natych­miast.

– Jedź, chłop­cze. Liczymy na cie­bie.

Zwia­dowca dosiadł konia, obej­rzał się po raz ostatni, po czym spiął wierz­chowca ostro­gami i poga­lo­po­wał przez liścia­ste rośliny rosnące wzdłuż nie­rów­nego, nie­dawno wyrą­ba­nego w lesie szlaku. Żoł­nie­rze patrzyli w ślad za nim, dopóki odgłos kopyt nie ucichł, a wtedy zwró­cili się do Nolyna, który zasta­na­wiał się, czy teraz już wszy­scy widzą Strzałę Śmierci.

Tak jak on nie znał ich imion, oni także go nie znali. Wła­śnie napo­tkali swój pierw­szy i zapewne ostatni kry­zys. Mógł skła­mać i wlać w ich serca nieco odwagi, ale wąt­pił, by to miało jakieś zna­cze­nie.

Wszystko obraca się w pył. Pozo­staje tylko teatr.

– Przy­kro mi, pano­wie. – Sta­rał się zabrzmieć jak naj­bar­dziej męż­nie. – Wygląda na to, że zosta­nie­cie poświę­ceni u mego boku, i bar­dzo was za to prze­pra­szam.

– Co Wasza Wyso­kość ma na myśli? – spy­tał Jerel DeMar­de­feld.

Nolyn pamię­tał jego nazwi­sko, ponie­waż brzmiało absur­dal­nie wytwor­nie i taki też był jego wygląd. DeMar­de­feld wyróż­niał się na tle innych wyjąt­kową zbroją pły­tową oraz wypo­le­ro­waną bro­nią i nawet Nolyn wyglą­dał przy nim jak nędzarz. Nie­ska­zi­tel­nie przy­stro­jony żoł­nierz patrzył na niego z nie­do­wie­rza­niem, jakby Nolyn wła­śnie ogło­sił, że słońce jest mira­żem.

Nolyn wziął głę­boki oddech.

– Za chwilę zostanę zamor­do­wany, a ponie­waż ktoś chce, by moja śmierć była postrze­gana jako wojenna ofiara, wy także do mnie dołą­czy­cie. – Zmarsz­czył czoło, czu­jąc, że powi­nien coś dodać. – Zasłu­gu­je­cie na lep­szy los.

Nie zała­mali się, co go zasko­czyło. Legiony pod­trzy­my­wały dys­cy­plina oraz wiara w nie­omyl­ność przy­wód­ców, nawet nie­zna­jo­mych. Przy­zna­jąc się do porażki, prze­ciął te nie­wi­dzialne więzi. Mogli uciec, wpaść w panikę, a przy­naj­mniej zacząć narze­kać, ale tylko mil­czeli, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię.

Wszy­scy myślą o tym samym: pył. Ten dzień zmu­sił każ­dego do zosta­nia filo­zo­fem.

– Nie rozu­miem – ode­zwał się Pierw­sza Włócz­nia. – Jeśli to prawda, to dla­czego pan nie zabrał konia? Po co posy­łać zwia­dowcę? Pomoc może tutaj dotrzeć dopiero za kilka dni, a my mamy godziny. Pozbył się pan swo­jej jedy­nej nadziei na ucieczkę.

– Naprawdę? Cóż ze mnie za głu­piec. – Nolyn pod­szedł do powa­lo­nego drzewa i zaczął odła­my­wać mar­twe gałę­zie. – Jak masz na imię, Pierw­sza Włócz­nio?

– Ami­cus, Wasza Wyso­kość.

– No cóż, Ami­cu­sie, bystry z cie­bie gość. – Nolyn odła­mał kolejny patyk. – Dla­tego prze­ka­zuję ci dowo­dze­nie nad tym szwa­dro­nem.

– Mnie? Prze­cież to pan jest pry­mu­sem.

– Już nie. Zro­bisz, co w two­jej mocy, by popro­wa­dzić tych ludzi w bez­pieczne miej­sce, a ja zostanę tutaj i roz­palę ogni­sko.

– Nic z tego, Wasza Wyso­kość! – ode­zwał się jeden z pozo­sta­łych. Nolyn nie znał jego imie­nia, ale szpi­ku­lec na heł­mie wska­zy­wał, że jest Drugą Włócz­nią. – Nie może pan tego zro­bić. Z pew­no­ścią zwabi pan gha­zele. Rów­nie dobrze mógłby pan zawie­sić latar­nię na bagnie. Ścią­gnie pan ich całą chmarę, a te szkod­niki mają czte­ro­ca­lowe pazury i kły.

– Wła­śnie o to mu cho­dzi – orzekł Jerel z prze­ko­na­niem. – Zamie­rza odwró­cić uwagę gha­zeli, żeby­śmy mogli uciec.

Nolyn pod­niósł kolejną gałąź i zła­mał ją na pół, a następ­nie rzu­cił oba kawałki na nie­wielką stertę. Widząc to, Jerel DeMar­de­feld wyjął topo­rek i zaczął rąbać drewno.

– Nie musisz tego robić – stwier­dził Nolyn.

Jerel tylko się uśmiech­nął do niego, a potem do Ami­cusa.

Ami­cus w odpo­wie­dzi zmarsz­czył czoło, odło­żył tar­czę i podra­pał się po szcze­ci­nie na szyi. Zwró­cił się do Nolyna.

– Na pewno jest pan synem impe­ra­tora? Ponie­waż… – Popa­trzył wzdłuż wąskiego szlaku, któ­rym odje­chał zwia­dowca. – Tacy jak pan zazwy­czaj nie poświę­cają się dla takich jak my. Zawsze jest odwrot­nie.

– To nie­nor­malne – dodał Jerel, prze­rą­bu­jąc na pół gruby konar.

– Czyżby? – spy­tał Nolyn. – Widzę, że obaj jeste­ście eks­per­tami. Jestem jedy­nym dziec­kiem Nyph­rona, więc z kim mnie porów­nu­je­cie?

– Cho­dziło mi po pro­stu o to… – Ami­cus naj­wy­raź­niej nie wie­dział, o co mu cho­dziło, ponie­waż urwał i skrzy­żo­wał ręce na piersi.

– Tra­ci­cie czas. Słońce zacho­dzi.

Nolyn zga­dy­wał, bo tak naprawdę nie wie­dział, która jest godzina. W dżun­gli Caly­nii trudno było dokład­nie osza­co­wać porę dnia. Korony drzew prze­pusz­czały tylko poje­dyn­cze pro­mie­nie słońca.

– Naprawdę mamy opu­ścić Waszą Wyso­kość? – Ami­cus wska­zał pozo­sta­łych. – Mamy uciec?

Nolyn wzru­szył ramio­nami.

– Nie jestem zachwy­cony tą per­spek­tywą, ale to wasza jedyna szansa. A więc ow­szem. Ja tu zostanę, roz­palę duże ogni­sko, naro­bię mnó­stwo hałasu i zwa­bię jak naj­więk­szą liczbę nie­pro­szo­nych gości. To może pomóc, a na pewno nie zaszko­dzi.

– Chwi­leczkę. – Ami­cus ponow­nie popa­trzył na szlak i obró­cił się do Nolyna. – Eve­rett jest naj­młod­szy. To dla­tego posłał go pan konno?

Eve­rett – czy tak ma na imię? Na Mari, nie mam pamięci do imion. Z twa­rzami jakoś sobie radzę, podob­nie z licz­bami, ale imiona…

– Tak zga­duję – wtrą­cił się Jerel. Uśmiech­nął się sze­roko do Ami­cusa.

Pierw­sza Włócz­nia posłał mu surowe spoj­rze­nie.

– Och, przy­mknij się. To nie ma nic wspól­nego z tobą i two­imi uro­je­niami.

Jerel wzru­szył ramio­nami i wró­cił do rąba­nia drewna.

Ami­cus krę­cił głową.

– Nie kupuję tego. Ani tro­chę. – W jego gło­sie pobrzmie­wał gniew. – Nawet nas pan nie zna. Poza tym jest pan księ­ciem, ofi­ce­rem i… – Zawie­sił głos.

Nolyn pod­niósł wzrok znad sterty drewna.

– Tak? Mów dalej.

Żoł­nierz nie odpo­wie­dział. Jego twarz zmie­niła się w posępną maskę.

– Słu­cham, Pierw­sza Włócz­nio. Kim jestem?

Ami­cus dalej mil­czał.

– Wszy­scy zapewne zgi­niemy – cią­gnął Nolyn. – I cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej nie byłem w Caly­nii, wal­czy­łem z gobli­nami dłu­żej, niż wam się wydaje. Podej­rze­wam, że wie­cie, co one robią ze swo­imi wro­gami. Nie jestem w sta­nie uka­rać was bar­dziej niż one. Dla­tego mów otwar­cie. Słu­cham. Kim jestem?

– Jed­nym z nich – odrzekł Ami­cus. – Insta­rya.

– Ach. – Nolyn poki­wał z uśmie­chem głową. – Prawdę mówiąc, nie wie­dzia­łem, co zamie­rzasz powie­dzieć. Może, że jestem elfem, Fhre­jem albo kimś uprzy­wi­le­jo­wa­nym… Nic z tego nie jest prawdą, wli­cza­jąc Insta­rya.

– Pań­skim ojcem jest impe­ra­tor Nyph­ron, przy­wódca wojow­ni­czego klanu Fhre­jów. To czyni pana jed­nym z nich.

– Zapo­mi­nasz o Per­se­fo­nie. – Nolyn zamilkł, wciąż trzy­ma­jąc w dło­niach dwa patyki prze­zna­czone na ogni­sko. – Minęło ponad osiem­set lat od śmierci mojej matki, więc taki błąd jest zro­zu­miały… przy­gnę­bia­jący, ale można się go spo­dzie­wać. Wielu ludzi o niej zapo­mniało. – Rzu­cił patyki na stertę. – To ona nadała mi imię. Wiesz, co ozna­cza „Nolyn”?

– Wiem, że to imię Fhre­jów.

– Ozna­cza „bez ziemi”. Nie mam na świe­cie swo­jego miej­sca. Mój ojciec jest Fhre­jem, ale matka była czło­wie­kiem. Co czyni mnie… kim? Jed­nym i dru­gim? Żad­nym z nich? Czymś zupeł­nie innym? – Pod­niósł głos. – Wska­zu­jesz mnie pal­cem, więc odpo­wiedz, Pierw­sza Włócz­nio. Czym jestem? Naprawdę chciał­bym wie­dzieć.

To uci­szyło Ami­cusa. Wes­tchnął, posłał jesz­cze jedno spoj­rze­nie Jere­lowi i zdjął hełm.

Nolyn wyczy­tał nie­pew­ność z jego zmarsz­czo­nego czoła, ale…

Wygląda zna­jomo. Czy po raz pierw­szy widzę go bez hełmu?

Przy­glą­da­jąc się odsło­nię­tej twa­rzy żoł­nie­rza, Nolyn doszedł do wnio­sku, że już wcze­śniej widział Pierw­szą Włócz­nię rezer­wo­wego szwa­dronu siód­mego legionu Sika­rii. Ale nie potra­fił sobie przy­po­mnieć gdzie. To wspo­mnie­nie było rów­nie nie­uchwytne jak imiona jego ludzi.

– Ami­cu­sie? Jedziemy? – spy­tał Druga Włócz­nia.

Pierw­sza Włócz­nia przez chwilę nie odpo­wia­dał. Patrzył na Nolyna z iry­ta­cją, nie­mal nie­na­wi­ścią.

– Nie. Zosta­jemy.

Nolyn pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową.

– To absurd. Wszy­scy zgi­nie­cie. I w imię czego? Honoru? Przy­zwo­ito­ści? Poczu­cia obo­wiązku?

– To pan zaczął.

Nolyn wes­tchnął.

– To głu­pota, ot co. – Popa­trzył na szlak. – Nawet Eve­rett ma małe szanse na ucieczkę. Wie­dzą, że nie mamy innej drogi, więc nadejdą z góry rzeki i nas ode­tną.

Ami­cus poki­wał głową.

– Spo­dzie­wają się, że w ciem­no­ści stra­cimy głowę i się roz­dzie­limy. Liczą na to, że sami wpad­niemy im w ręce. – Popa­trzył na stertę drewna, którą zgro­ma­dził Nolyn. – Ale jeśli roz­pa­limy potężne ogni­sko i oświe­tlimy oko­licę…

Nolyn przez chwilę się zasta­na­wiał.

– Gha­zele Durat Ran z pół­nocy nie­na­wi­dzą jasnego świa­tła. Żyją w gór­skich jaski­niach, więc mają bar­dzo wraż­liwe oczy. Jak jest tutaj?

Ami­cus wska­zał korony drzew.

– Tak samo jest z Gur Um Ran. W dżun­gli jest rów­nie ciemno.

Nolyn poki­wał głową.

– A jeśli sta­niemy ple­cami do urwi­ska, a przed sobą będziemy mieli rzekę…

– Zawę­zimy ich drogę dostępu – dokoń­czył Ami­cus. – Stracą prze­wagę wyni­ka­jącą z liczeb­no­ści.

Nolyn się rozej­rzał.

– Poślą… Jak uwa­żasz? Setkę daku?

– Tutaj ina­czej się ich nazywa – odrzekł Druga Włócz­nia. – Gur Um Ran nazy­wają swo­ich wete­ra­nów zaphe­rami. Spo­dzie­wam się raczej dwóch setek.

Nolyn na niego popa­trzył.

– Słowo daję, mam fatalną pamięć do imion. Czy już mi się przed­sta­wi­łeś?

– Tak jest, Wasza Wyso­kość. Jesz­cze w Urli­neus.

– Możesz zro­bić to ponow­nie?

– Riley Glot.

– Dzię­kuję, Riley. Mówisz, że dwie setki? Skoro jest nas dwu­dzie­stu, wystar­czy, że każdy z nas zabije dzie­siątkę – powie­dział sar­ka­stycz­nie, ale od razu tego poża­ło­wał. To nie był czas na obni­ża­nie morale. – To chyba nie powi­nien być pro­blem, prawda? – dodał, sta­ra­jąc się zabrzmieć jak naj­bar­dziej entu­zja­stycz­nie.

– Oczy­wi­ście, Wasza Wyso­kość – odparł Riley bar­dziej szcze­rze, niż Nolyn się spo­dzie­wał. – Razem z Ami­cu­sem powin­ni­śmy…

Pierw­sza Włócz­nia odchrząk­nął.

– Co powin­ni­ście? – spy­tał Nolyn.

Riley zamilkł.

– Czy muszę o czymś wie­dzieć? – naci­skał Nolyn. – Pytam tylko dla­tego, że skoro mnie nie opusz­cza­cie, pozo­staję dowódcą tego szwa­dronu. Nasze szanse prze­trwa­nia są bar­dzo wąt­pliwe, więc jeśli wie­cie o czymś, co może nam pomóc, być może powin­ni­ście się tym podzie­lić?

Riley ponow­nie wbił wzrok w Ami­cusa. Inni poszli w jego ślady.

– Wygląda na to, że wszy­scy patrzą na cie­bie, Pierw­sza Włócz­nio – zauwa­żył Nolyn. – Co masz nam do powie­dze­nia?

Ami­cus patrzył na ota­cza­ją­cych go ludzi, ale nie odpo­wia­dał.

Widzia­łem go w tłu­mie, uświa­do­mił sobie Nolyn. Pod­czas jakiejś dużej uro­czy­sto­ści.

Przy­glą­dał się temu iry­tu­jąco zna­jo­memu czło­wie­kowi. Podob­nie jak pozo­stali, Pierw­sza Włócz­nia był wypo­sa­żony w zbroję, oszczep, szty­let i inny nie­zbędny sprzęt, które w sumie ważyły nie­mal sześć­dzie­siąt fun­tów. To był znaczny cię­żar w par­nej dżun­gli, dla­tego Nolyn uwa­żał za dziwne, że Ami­cus posta­no­wił dźwi­gać dodat­kowy ekwi­pu­nek. Miał aż trzy mie­cze: po jed­nym na obu bio­drach oraz gigan­tyczne ostrze na ple­cach. Pierw­sza Włócz­nia był odpo­wie­dzialny za wszyst­kich człon­ków szwa­dronu, dla­tego nosił przy sobie także dodat­kowe ban­daże, zapasy żyw­no­ści oraz trunki, które roz­dzie­lał wedle potrzeb. Zabra­nie dwóch dodat­kowych mie­czy wyda­wało się oso­bliwą decy­zją, zwłasz­cza naj­więk­szego z nich, który nie przy­dałby się na wiele w gęstej dżun­gli.

Trzy mie­cze! Nolyn wresz­cie sko­ja­rzył. Oczy­wi­ście! To z tego sły­nie.

– Jak brzmi twoje nazwi­sko, Ami­cu­sie?

Pierw­sza Włócz­nia jesz­cze moc­niej zmarsz­czył czoło. Posy­łał ostre spoj­rze­nia swoim towa­rzy­szom.

– Masz je, czyż nie? Nazwi­sko? – Nolyn zachi­cho­tał roz­ba­wiony opo­rem męż­czy­zny. – Daj spo­kój, Strzała Śmierci pędzi w naszą stronę. Żaden z nas o tym nie opo­wie.

Ami­cus głę­boko ode­tchnął.

– Kil­lian.

Ami­cus było popu­lar­nym imie­niem, ale wszy­scy sły­szeli o Ami­cusie Kil­lia­nie.

– Co tutaj robisz?

Pierw­sza Włócz­nia jesz­cze raz popa­trzył na pozo­sta­łych żoł­nie­rzy.

– Ukry­wa­łem się.

***

Nolyn wal­czył z gha­ze­lami Fir Ran, Fen Ran i Durat Ran w lasach, na mokra­dłach i w górach Avr­lynu, ale mimo upływu wie­ków wciąż nie był pewien, czy gobliny naprawdę są noc­nymi isto­tami. Gha­zele ata­ko­wały w nocy, ponie­waż widziały w ciem­no­ści lepiej od ludzi. Ale nawet gdy legiony wal­czyły za dnia, bitwy ni­gdy nie były łatwe. Domy i obo­zo­wi­ska gha­zeli zawsze znaj­do­wały się w ciem­nych, ponu­rych miej­scach, które zapew­niały im prze­wagę. Świa­tło zazwy­czaj było sprzy­mie­rzeń­cem legionu, ale siódmy rezer­wowy szwa­dron Sika­rii z tru­dem budo­wał ogni­sko w zapa­da­ją­cym zmroku.

Wil­gotne drewno sta­wiało opór. Było gotowe roz­paść się w pył, ale nie chciało obró­cić się w popiół.

Trzy grupy żoł­nie­rzy tru­dziły się z łukiem, świ­drem i deseczką. Dwie kolejne krze­sały nożami iskry z krze­mieni. Reszta rąbała drewno i ścią­gała je do roz­sze­rza­ją­cej się szcze­liny w skal­nej ścia­nie, gdzie powsta­wała ich pro­wi­zo­ryczna for­teca, która miała być chro­niona ogni­stą fosą.

Kiedy zro­biło się ciemno, pra­co­wali po omacku i nawet Nolyn led­wie widział swoje dło­nie. Fhre­jo­wie peł­nej krwi widzieli w ciem­no­ści nie­mal rów­nie dobrze jak gobliny, a lep­szy wzrok Nolyna był jed­nym z nie­licz­nych darów, które odzie­dzi­czył po ojcu. Nie­stety, potrójna war­stwa liści nad ich gło­wami ogra­ni­czała zdol­no­ści Nolyna, zatem jego ludzie zapewne byli cał­ko­wi­cie ślepi. Żoł­nie­rze w mil­cze­niu wier­cili i skro­bali drewno. Nagle wszy­scy ode­tchnęli, gdy w mroku bły­snął pierw­szy pło­mień. Jedna z dru­żyn z wier­tłami wyprze­dziła swo­ich towa­rzy­szy z krze­mie­niami.

Dawne metody cza­sem spraw­dzają się naj­le­piej, pomy­ślał Nolyn.

Pod­czas gdy życz­liwa spo­łecz­ność opie­ko­wała się nowo naro­dzo­nym ogniem, by zdrowo wyrósł, Nolyn posta­no­wił wyko­rzy­stać pozo­stały mu czas na lep­sze pozna­nie swo­ich ludzi. Ści­skał ich dło­nie i pro­sił, by coś o sobie opo­wie­dzieli. Imiona były jak śli­skie ryby, któ­rych jego umysł nie potra­fił utrzy­mać, dla­tego sku­piał się na tym, kim są: zbie­głym nie­wol­ni­kiem, mor­dercą, który pró­buje unik­nąć szu­bie­nicy, żoł­nie­rzem w czwar­tym poko­le­niu, zło­dzie­jem na pół etatu i hazar­dzi­stą na pełny etat, ide­ali­stą, rol­ni­kiem dotknię­tym suszą, mło­dym synem ubo­giej kobiety z Caly­nii, która nie jest w sta­nie wykar­mić rodziny.

Wielu nazy­wało pobli­skie pro­win­cje swoim domem, ale nie­któ­rzy pocho­dzili z tak dale­kich miejsc jak zachod­nia Warica. Więk­szość uwa­żała służbę w woj­sku za naj­lep­szy spo­sób na zaro­bie­nie pie­nię­dzy i pod­nie­sie­nie swo­jej pozy­cji spo­łecz­nej. Lśniący Jerel DeMar­de­feld był w tym aspek­cie wyjąt­kiem, ponie­waż nie miał takich potrzeb, a Nolyn zga­dy­wał, że dołą­czył do legionu z nudy. Druga Włócz­nia, Riley Glot, któ­rego nazwi­sko rymuje się z gruby kot, już wcze­śniej wspo­mi­nał, że Jerel jest „inny”, ale nie chciał powie­dzieć nic wię­cej. Oprócz takich nazwisk jak Ami­cus Kil­lian, Jerel DeMar­de­feld i Riley Glot, któ­rego nazwi­sko rymuje się także ze stary płot, Nolyn zdo­łał zapa­mię­tać także imiona Pala­de­io­usa i Gre­iga, dwóch potęż­nych męż­czyzn, któ­rych Ami­cus zamie­rzał umie­ścić na lewej i pra­wej flance. Ami­cus, Riley oraz Azu­riah Mit, opa­lony męż­czyzna o postu­rze niedź­wie­dzia, mieli sta­nąć na środku. Nolyn zapa­mię­tał nazwi­sko Mita, ponie­waż brzmiało komicz­nie i wyda­wało się zmy­ślone.

– Ni­gdy nie byłem w Per­ce­pli­quis – zawo­dził jeden z mło­dych żoł­nie­rzy z Calynu.

To był ten ubogi chło­pak, który wysy­łał żołd matce żyją­cej w cha­cie gdzieś na przed­mie­ściach Daga­stanu. Cho­ciaż Nolyn ni­gdy nie odwie­dził tego mia­sta na wschod­nim wybrzeżu, wie­dział, że okre­śle­nia „mia­sto” w tym przy­padku uży­wano mocno na wyrost, a „chaty” w tam­tej oko­licy zapewne były wyjąt­kowo skromne. Żoł­nierz przy­znał, że ma dopiero dzie­więt­na­ście lat, choć wyglą­dał na trzy­dzie­ści. Krę­cone, czarne włosy i broda masko­wały jego młody wiek, ale zmę­czone oczy wyglą­dały, jakby widziały zbyt wiele. Jak więk­szość ludzi z tam­tego regionu miał skom­pli­ko­wane nazwi­sko, które trudno było wymó­wić, dla­tego Nolyn nawet nie pró­bo­wał. Zamiast tego w myślach nazwał go „Bied­nym Calyń­czy­kiem”.

– Czy mia­sto jest tak nie­sa­mo­wite, jak o nim mówią? – spy­tał chło­pak. – Sły­sza­łem, że mają tam ide­al­nie pro­ste drogi, któ­rych ni­gdy nie pokrywa błoto, a ludzie mogą na zawo­ła­nie mieć w domach czy­stą wodę. To musi być cudowne.

– Ow­szem – odpo­wie­dział Nolyn, ponie­waż wie­dział, że Biedny Calyń­czyk musi tak to postrze­gać. On sam miał zupeł­nie inną opi­nię o sto­licy impe­rium.

– Myśla­łem, że pew­nego dnia je zoba­czę. Na przy­kład pod­czas parady zwy­cię­stwa. Ale ta wojna…

– Ni­gdy się nie koń­czy? – dokoń­czył Nolyn za niego i poki­wał głową. – Toczymy ją od ponad czte­ry­stu lat.

– Tak długo? – Żoł­nierz podra­pał się po bro­dzie. – A więc ni­gdy nie zoba­czę Per­ce­pli­quis.

Pierw­sza fala strzał spa­dła z nieba bez ostrze­że­nia i zagrze­cho­tała o pobli­skie skały. Tuż obok Nolyna jeden z żoł­nie­rzy zgi­nął na miej­scu, gdy grot wbił mu się w oko i roz­sa­dził tył czaszki. Pala­de­ious, wielki jak góra, stęk­nął, gdy drew­niana strzała tra­fiła go w udo. Utrzy­mał się na nogach i z wście­kłym wark­nię­ciem odła­mał drzewce z czar­nym pie­rzy­skiem.

– Tar­cze! – zawo­łał Ami­cus.

Ludzie szybko zare­ago­wali i druga seria strzał ude­rzyła z hukiem w drew­niany mur.

Dopiero wtedy Nolyn zauwa­żył Bied­nego Calyń­czyka, który leżał na ziemi. Chło­pak został tra­fiony pod­czas pierw­szego ostrzału, kiedy dra­pał się po bro­dzie. Strzała prze­biła mu dłoń i oba policzki. Pozo­stała w jego ustach niczym wędzi­dło w pysku konia. Koły­sał się na kola­nach z dło­nią przy­twier­dzoną do policzka.

– Nie ruszaj się – roz­ka­zał Nolyn.

Wyjął szty­let i odciął pie­rzy­sko strzały. Następ­nie przy­trzy­mał głowę mło­dzieńca i wyszarp­nął drzewce. Twarz i usta żoł­nie­rza były śli­skie od krwi, ale mniej, niż Nolyn się spo­dzie­wał. Co dziwne, strzała omi­nęła język, szczękę i zęby – to była cudowna rana: „samo ciało, bez kości”, jak mawiano. Biedny Calyń­czyk zacho­wał spo­kój i szybko owi­nął twarz kawał­kiem szmaty.

Ci ludzie są dobrze wyszko­leni. Nolyn popa­trzył na Ami­cusa Kil­liana, który stał bez­po­śred­nio przed nim. To dla­tego, że on ich uczył.

Następ­nie usły­szeli wrza­ski wro­gów – cien­kie i chra­pliwe. Ten zna­jomy dźwięk, przy­po­mi­na­jący zgrzyt metalu, wypro­wa­dził Nolyna z rów­no­wagi. Paskudne stwory wylały się z ciem­no­ści jak rój os. Wybie­gły z gęstej dżun­gli, postu­ku­jąc pazu­rami. Za ich owal­nymi źre­ni­cami krył się nie­zdrowy żółty blask. Zgar­bione grzbiety, potężne ręce i pyski z rzę­dami ostrych jak igły zębów nawie­dzały kosz­mary wszyst­kich legio­ni­stów. To była nie­chciana pamiątka, którą oca­lali przy­wo­zili do domu.

Legion zazwy­czaj sto­so­wał bitewny manewr zwany Potrójną Linią. Nolyn oso­bi­ście był świad­kiem roz­woju tej tech­niki. Dawna falanga, w któ­rej sta­wiano na linie pro­ste i dłu­gie włócz­nie, ustą­piła miej­sca bar­dziej ela­stycz­nemu natar­ciu za pomocą oszcze­pów, a następ­nie szczel­nej ścia­nie z tarcz, któ­rej bro­niono krót­kimi mie­czami. Każdy sze­reg miał swo­jego dowódcę. W pierw­szej linii usta­wiano nie­do­świad­czo­nych i źle wypo­sa­żo­nych żoł­nie­rzy, któ­rzy byli prze­zna­czeni na stra­ce­nie. W dru­giej sta­wali silni i mło­dzi, a w trze­ciej wete­rani. Pry­mus zazwy­czaj trzy­mał się na tyłach i obser­wo­wał bitwę z sio­dła. Ale teraz byli w sta­nie sfor­mo­wać tylko dwa sze­regi. Ami­cus objął dowo­dze­nie nad pierw­szym, a Nolyn nad dru­gim.

Pierw­sza Włócz­nia sta­nął na środku i stał się dzio­bem ich nie­wiel­kiego okrętu, który miał sta­wić czoło roz­wście­czo­nemu morzu. Uczy­nie­nie dowódcy ośrod­kiem ataku wroga było nie­kon­wen­cjo­nal­nym roz­wią­za­niem i cho­ciaż świad­czyło o dziel­no­ści, nie było zale­cane. Nolyn miał ochotę zain­ter­we­nio­wać, ale doświad­cze­nie nauczyło go, by nie kwe­stio­no­wać intu­icji Pierw­szej Włóczni, zwłasz­cza że nie znał tego regionu.

Nolyn roz­ka­zał żoł­nie­rzom posłać w stronę wroga pierw­szą falę oszcze­pów, któ­rej sku­tecz­ność trudno było osza­co­wać w ciem­no­ści. Następ­nie męż­czyźni zwarli sze­regi. Byli w potrza­sku, więc zada­niem pierw­szego sze­regu było stwo­rze­nie nie­prze­nik­nio­nej ściany i sku­teczne niwe­cze­nie prób wroga. Ale kiedy gobliny natarły, Ami­cus z nie­wy­ja­śnio­nych powo­dów opu­ścił tar­czę i wystą­pił z sze­regu, dzier­żąc w dło­niach dwa mie­cze. Gdyby cho­dziło o kogo­kol­wiek innego, Nolyn roz­ka­załby mu się cof­nąć i uznałby, że żoł­nierz wpadł w panikę. Ale nie po raz pierw­szy widział Ami­cusa Kil­liana w akcji.

To było wiele lat przed tym, jak wszy­scy w Per­ce­pli­quis zgro­ma­dzili się na Impe­rial­nej Are­nie, by obej­rzeć Bitwę Stu­le­cia, jak ją rekla­mo­wano w całym mie­ście. Tam­tego dnia zwy­kły czło­wiek miał wal­czyć z Insta­rya, jed­nym z naj­lep­szych wojow­ni­ków z nie­zwy­cię­żo­nego wojow­ni­czego szczepu Fhre­jów. Nolyn poja­wił się na tym spek­ta­klu razem z Seph­ryn. Jako książę mógł zasiąść w Wyso­kiej Loży, jed­nak oboje posta­no­wili sta­nąć na Polu Wspól­nym. Mimo że mieli stam­tąd ogra­ni­czony widok, ener­gia tłumu była nie­sa­mo­wita. Pod­czas zawo­dów, które były nie tylko roz­rywką, ale także aktem buntu, wszy­scy widzieli, gdzie stoją następca tronu i prze­wod­ni­cząca rady – ramię w ramię z ludźmi.

Walka prze­szła do legendy.

Ami­cus Kil­lian zmie­rzył się z Abryl­lem Orphe, synem Ply­me­ra­tha, legen­dar­nego boha­tera Wiel­kiej Wojny. Abryll, ubrany w poły­sku­jącą zbroję z brązu, tań­czył po are­nie, a jego nie­bie­ska pele­ryna i dłu­gie blond włosy powie­wały na wie­trze. Ami­cus się nie poru­szał. Miał na sobie tylko skó­rzaną spód­niczkę, kar­wa­sze i pro­ste san­dały. Cze­kał z mie­czami w obu dło­niach i trze­cim potęż­nym ostrzem na ple­cach. Uży­wał tej broni pod­czas każ­dej walki na are­nie i w ciągu zale­d­wie trzech lat stał się jed­nym z naj­słyn­niej­szych wojow­ni­ków na świe­cie. Tam­tego dnia Nolyn, który trzy­mał Seph­ryn za rękę, dowie­dział się, dla­czego tak się stało.

Teraz, uwię­ziony w śle­pym kanio­nie naprze­ciwko hordy gha­zeli w bla­sku potęż­nego ogni­ska, ponow­nie doświad­czył nie­wy­tłu­ma­czal­nego.

Wro­go­wie zauwa­żyli Ami­cusa i wyrwę w sze­regu. Popę­dzili w jego stronę dwój­kami. W wąskiej roz­pa­dli­nie, w któ­rej pło­nęło ogni­sko, nie mieli miej­sca na licz­niej­sze ataki. Ami­cus poru­szał się oszczęd­nie, a jego kroki, ciosy, spoj­rze­nia ani nawet odde­chy nie były przy­pad­kowe. Każde dzia­ła­nie miało jakiś cel, jakby reali­zo­wał ide­al­nie wyćwi­czoną cho­re­ogra­fię. Nolyn widział, że wojow­nik jest o dwa kroki przed swo­imi prze­ciw­ni­kami, i przy­po­mniał sobie jego słynny przy­do­mek, który tłum skan­do­wał na are­nie: „PRO-ROK! PRO-ROK! PRO-ROK!”.

On widzi przy­szłość, pomy­ślał Nolyn. Nie da się tego wyja­śnić.

Ami­cus nawet na chwilę nie tra­cił rów­no­wagi ani pew­no­ści sie­bie. Poru­szał się z pro­stą ele­gan­cją: pchnię­cie, cię­cie, blok, dźgnię­cie. To wszystko wyglą­dało na takie pro­ste. Gha­zele wyglą­dały przy nim jak dzieci z paty­kami. Nolyn wie­lo­krot­nie mie­rzył się z nimi pod­czas innej wojny i dobrze znał ich siłę, szyb­kość oraz spryt, ale tutaj padały dwój­kami pod ostrzami Ami­cusa. Dwa, cztery, sześć… trupy się pię­trzyły.

– Już jest dzie­sięć! – zawo­łał Riley. – Osią­gnął swój przy­dział.

Nolyn nie rozu­miał, dla­czego gobliny na­dal szar­żują. Może sądziły, że Ami­cus opad­nie z sił? A może zgła­dze­nie wroga, który zabił tak wielu z nich, mogło przy­nieść chwałę zwy­cięzcy? Naj­bar­dziej praw­do­po­dobne wyda­wało się to, że wojow­nik, który nie miał tar­czy i zaj­mo­wał nie­chro­nioną pozy­cję przed sze­re­giem, sta­no­wił zbyt kuszący cel. Nie­za­leż­nie od powodu, gobliny nie­ustan­nie ata­ko­wały parami i tak umie­rały. Minęło zaska­ku­jąco dużo czasu, zanim ta rzeź ustała. Sterta ciał utrud­niała im dal­sze natar­cie. Gha­zele w końcu zna­la­zły roz­wią­za­nie pro­blemu i nad ogni­skiem pomknęła kolejna salwa strzał.

Wtedy losy bitwy powinny były się odwró­cić. Ciała przy­gnio­tły tar­czę Ami­cusa i żoł­nierz był bez­bronny, a przy­naj­mniej tak uwa­żał Nolyn. Ale kiedy męż­czy­zna scho­wał się za stertą tru­pów, Nolyn zro­zu­miał peł­nię woj­sko­wego geniu­szu Ami­cusa Kil­liana, który nie tylko bro­nił się przed falami potęż­nych wro­gów, ale też sta­ran­nie pla­no­wał, gdzie spo­cznie każde ciało. Zabi­jał gobliny w takich miej­scach, by zbu­do­wać obronny mur, który miał go osło­nić przed nie­unik­nio­nym desz­czem strzał. Nie był o dwa kroki, ale o całe mile przed wro­giem.

„PRO-ROK! PRO-ROK! PRO-ROK!”.

Po dwóch nie­sku­tecz­nych ostrza­łach walka ustała. Ogni­sko pło­nęło, a z ciem­no­ści po jego dru­giej stro­nie dobie­gał zło­wiesz­czy sfru­stro­wany war­kot.

Impas. Ale tylko na chwilę.

Byli w potrza­sku i nie mogli dorzu­cać drewna do ognia, więc ich jedyne źró­dło świa­tła w końcu musiało zga­snąć. Na razie pło­nęło w naj­lep­sze, kar­mione kło­dami drewna, które dorzu­cili do niego Pala­de­ious i Greig. Mogło nawet prze­trwać do rana, ale wie­dzieli, że świa­tło dnia ich nie ocali. Pomimo wyczy­nów Ami­cusa byli znacz­nie mniej liczni od wro­gów.

Nikt się nie odzy­wał. Wszy­scy wpa­try­wali się w tań­czące pło­mie­nie, pró­bu­jąc dostrzec, co robią cza­jące się za nimi cie­nie.

Ami­cus pozo­stał w swo­jej obrzy­dli­wej for­tecy śmierci z mie­czami w dło­niach.

Nawet nie wygląda na zmę­czo­nego, pomy­ślał Nolyn.

Spraw­dził stan Bied­nego Calyń­czyka. Ban­daż, który upo­dab­niał chło­paka do zakne­blo­wa­nego jeńca, był prze­siąk­nięty czer­wie­nią, ale krwo­tok ustał. Nolyn wyjął szmatkę z woreczka przy pasie i owi­nął prze­bitą dłoń mło­dzieńca.

– Ęki – wykrztu­sił Biedny Calyń­czyk. – Ędę usiał alczyć ewą eką.

– Dasz radę?

Chło­pak wzru­szył ramio­nami.

– Eko­namy ę.

Nolyn miał nadzieję, że to nie będzie konieczne. Jeśli Ami­cus będzie dalej tak wspa­niale sobie radził, być może docze­kają poranka i uda im się wyraź­niej zoba­czyć wro­gów. W lesie Erbon łatwo było uznać, że gha­zele to zwie­rzęta: bez­myślne bestie, któ­rym można pokrzy­żo­wać szyki za sprawą drzwi, ognia i wyczy­nów jed­nego wojow­nika.

Nolyn wie­dział, że to nie­prawda.

Gha­zele były rów­nie sprytne jak ludzie – a nawet bar­dziej – i wkrótce znów tego dowio­dły. Z dru­giej strony ogni­ska dobiegł cha­rak­te­ry­styczny śpiew. Kiedy żoł­nie­rze go usły­szeli, cały szwa­dron zaklął. Wszy­scy wie­dzieli, co to ozna­cza: obe­rdaza.

Gobliny miały sza­mana, jed­nego z tych małych sza­leń­ców ubra­nych w pióra i kora­liki, któ­rzy tań­czyli i przy­zy­wali mroczną magię. Ich obec­ność ni­gdy nie była pożą­dana. Nikt nie wie­dział, czego można się po nich spo­dzie­wać, i dla­tego wzbu­dzali taką grozę. Szwa­dron mógł zapaść się pod zie­mię albo zostać tra­fiony bły­ska­wicą. Musieli zacze­kać na koniec pie­śni, by poznać swój los.

Odpo­wie­dzią było niskie dud­nie­nie, które brzmiało tak, jakby cała dżun­gla wpa­dła we wście­kłość. Dono­śny dźwięk zatrząsł zie­mią.

Nie, to ruch ziemi wywo­łuje ten dźwięk. Nolyn poczuł, że ude­rzają w niego okru­chy skały, i szybko się obej­rzał. Urwi­sko za ich ple­cami drżało. Do drob­nych kamy­ków dołą­czyły więk­sze głazy, gdy skalna ściana zaczęła roz­sz­cze­piać się i pękać. Ogni­sko nagle zga­sło, jakby zdmuch­nął je olbrzym.

Nie mieli wiel­kiego wyboru.

– Legio­ni­ści! – zawo­łał Nolyn, uno­sząc miecz. – Do ataku!

Nie miał poję­cia, czy kto­kol­wiek go posłu­chał ani czy jego ludzie w ogóle go usły­szeli pośród huku kamieni i stu­ka­nia pazu­rów. Widział tylko cie­nie i nie­wy­raźne prze­my­ka­jące kształty. Pobiegł po roz­grza­nych węglach, licząc na to, że unik­nie kamien­nej lawiny. Zie­mia znów się zatrzę­sła. Na Nolyna spa­dły fala pyłu i grad kamieni.

W ciem­no­ści przed sobą widział świe­cące żółte śle­pia, które prze­my­kały niczym świe­tliki. Para oczu roz­bły­sła tuż przed nim. Instynk­tow­nie uchy­lił się i pchnął mie­czem. Nad jego głową prze­mknęły pazury, a ostrze wnik­nęło w ciało. Nolyn uwol­nił miecz i pobiegł dalej. Słaby blask księ­życa sączył się z nieba, uka­zu­jąc zarysy liści i zgar­bio­nych ramion. Stu­le­cia bitew­nego doświad­cze­nia wypo­sa­żyły Nolyna w szó­sty zmysł, dzięki któ­remu był w sta­nie na oślep robić uniki i siec wro­gów. Nagle ogłu­sza­jący cios spadł na jego hełm i posłał go na zie­mię. Bez­ruch ozna­czał samo­bój­stwo, dla­tego Nolyn prze­to­czył się w stronę naj­bliż­szego drzewa, cho­ciaż wciąż był oszo­ło­miony i nie wie­dział, gdzie się znaj­duje. Scho­wał się za pniem i usły­szał, jak coś w niego ude­rza. Zary­zy­ko­wał i wyko­nał pchnię­cie po lewej stro­nie drzewa. Nagro­dził go okrzyk bólu.

Kiedy odzy­skał jasność myśli, pobiegł w ciem­ność, ale stra­cił wyczu­cie kie­runku. Nie wie­dział, czy wraca w głąb roz­pa­dliny, czy ucieka w stronę kanionu. Naj­waż­niej­sze było pozo­sta­wa­nie w ruchu. Nasłu­chi­wał gło­sów, które mogłyby mu pomóc się prze­gru­po­wać, ale ze wszyst­kich stron dobie­gały tylko wrza­ski. Jego ludzie się roz­pro­szyli, bitwa była prze­grana.

Ude­rzył kola­nem w leżący pień i ponow­nie się prze­wró­cił. Zaci­snął zęby, powstrzy­mu­jąc wrzask. Wto­czył się pod powa­lone drzewo i cze­kał, aż ból minie. Okrzyki prze­ci­nały noc, były jed­nak coraz bar­dziej odle­głe i słabe, aż w końcu…

Cisza.

Wokół niego zapa­no­wał spo­kój.

Jestem sam.

Nolyn wczoł­gał się jesz­cze głę­biej pod potężny pień i cze­kał. Był czę­ściowo pogrze­bany, a jego noz­drza wypeł­niała przy­tła­cza­jąca woń ziemi.

Rozdział 2. Mnich

Roz­dział 2

Mnich

Na targu roiło się od wie­czor­nych klien­tów, głów­nie kobiet, które szu­kały cze­goś taniego na kola­cję. Seph­ryn była jedną z nich. Już udało jej się nabyć w dobrej cenie kwa­trę orze­chów, a zamie­rzała kupić jesz­cze tro­chę jajek, kiedy tylko zmniej­szy się tłum na stra­ga­nie u Heleny. Jaja były sto­sun­kowo tanie, ale pod­cho­dze­nie do kupca, gdy usta­wia się do niego kolejka chęt­nych klien­tów, to defi­ni­cja głu­poty. W miarę jak słońce opusz­czało się na zachod­nim nie­bie, ceny malały. Seph­ryn nie zamie­rzała wyda­wać pie­nię­dzy na mięso ani ryby, ale jaja nale­żały do jej…

– Seph­ryn! – Arvis Dyer pędziła przez nie­wielki plac. W jej potar­ga­nych ster­czą­cych wło­sach tkwiły źdźbła słomy, a stara żoł­nier­ska tunika, którą zawsze nosiła, pozwa­lała dostrzec ją już z daleka. Miała tylko jeden san­dał, przez co lekko uty­kała.

Zatrzy­mała się w poło­wie drogi z roz­e­mo­cjo­no­waną miną.

– Szybko! – Przy­wo­łała Seph­ryn gestem.

– Co się tym razem stało, Arvis? – spy­tała Seph­ryn, obser­wu­jąc kolejkę do stra­ganu Heleny.

Arvis miała w zwy­czaju przy­cho­dzić do Seph­ryn z roz­ma­itymi pro­ble­mami. Pew­nej jesieni oskar­żyła grupkę dzieci o przy­wo­ła­nie demona na Placu Impe­rial­nym. Kiedy Seph­ryn dotarła na miej­sce, oka­zało się, że czwórka dzieci wycięła zębatą twarz w ścian­kach dyni i umie­ściła wewnątrz świeczkę. Arvis upie­rała się także, że w kana­łach żyją rekiny, stu­kot kół wozów na bruku to tak naprawdę sekretny język, a Zaraza przy­jęła kształt czło­wieka imie­niem Manny i spa­ce­ruje uli­cami pod­czas desz­czu. Ale mimo wszystko były przy­ja­ciół­kami. Cho­ciaż czę­sto wyga­dy­wała bzdury, była oczami i uszami Seph­ryn w dziel­ni­cach, do któ­rych więk­szość osób wolała się nie zapusz­czać.

– Co się dzieje?

– On umiera!

– Kto? – spy­tała Seph­ryn, ale Arvis już pędziła z powro­tem, pokrzy­ku­jąc na prze­chod­niów, by zeszli jej z drogi, a oni posłusz­nie to robili. Ludzie roz­stę­po­wali się przed sza­leń­cami.

Ści­ska­jąc w dłoni wore­czek ze świeżo zaku­pio­nymi orze­chami, Seph­ryn wes­tchnęła i pognała za przy­ja­ciółką. Słowa Arvis zapewne były kolej­nym jej wymy­słem, jed­nak Seph­ryn nie mogła ryzy­ko­wać. Wspól­nie mie­rzyły się z poiry­to­wa­nymi spoj­rze­niami mija­nych osób. Arvis wzbu­dzała pogardę. Ubie­ra­nie się w męskie ubra­nia było oso­bliwe, ale nosze­nie podar­tego woj­sko­wego mun­duru uzna­wano za brak sza­cunku. Arvis nie bra­ko­wało odwagi, lecz, podob­nie jak więk­szość miesz­czan, Seph­ryn podej­rze­wała, że jej towa­rzyszka jest obłą­kana.

Popę­dziły w dół wzgó­rza, minęły łaź­nie, aż w końcu dotarły do roz­staju dróg na końcu ulicy Bal­wier­skiej. Zgro­ma­dził się tam nie­wielki tłu­mek.

– Co się dzieje? – spy­tała Seph­ryn.

Widząc bie­gnące kobiety, a przede wszyst­kim Arvis, kilka osób odsu­nęło się na bok. Na ziemi leżał młody męż­czy­zna w kałuży krwi. Miał odciętą lewą dłoń i ranę na brzu­chu, z któ­rej pły­nęła ciem­no­czer­wona krew. Kiedy Seph­ryn uświa­do­miła sobie, że go nie zna, poczuła ulgę, ale ta po chwili zmie­niła się w poczu­cie winy, które było aż za bar­dzo zna­jome. Męż­czy­zna wyglą­dał na dwa­dzie­ścia kilka lat. Miał na sobie pro­stą, bez­barwną, lnianą tunikę prze­pa­saną sznu­rem oraz san­dały. Nie był to wyszu­kany strój, lecz nie można było go nazwać łach­ma­nami.

Uklę­kła i dotknęła jesz­cze cie­płej szyi. Mimo że Seph­ryn nie była lekarką, wie­działa, czego powinna szu­kać. I nie zna­la­zła tego. Męż­czy­zna nie żył. Pod­nio­sła wzrok na sto­ją­cych w kręgu ludzi, któ­rzy odwza­jem­nili jej spoj­rze­nie. Nieco dalej stali dwaj Insta­rya. Sądząc po ich nie­ska­zi­tel­nie bia­łych paliu­szach o fio­le­to­wych kra­wę­dziach, zdo­bio­nych zło­tymi spin­kami, byli jesz­cze mło­dzi, przy­naj­mniej według stan­dar­dów Fhre­jów. Starsi Insta­rya nie nosili dłu­gich szat, które przy­po­mi­nały asyki Fhre­jów. Młod­sze poko­le­nie roz­sma­ko­wało się w kul­tu­rze ze sta­rego świata, która wzbu­dzała obrzy­dze­nie ich ojców.

– Nie żyje – oznaj­miła. – Kto go zabił? – prze­mó­wiła do tłumu, który nie odpo­wie­dział, ale kilka osób popa­trzyło na dwójkę Fhre­jów. Seph­ryn znała tych awan­tur­ni­ków, ale wąt­piła, by byli zdolni do takiego czynu.

– Ja – ode­zwał się Fhrej sto­jący po lewej stro­nie. Miał na imię Fryln, mówił swo­bod­nym tonem i uśmie­chał się pogod­nie.

Cho­ciaż Seph­ryn zawsze sta­rała się być bez­stronna, nie przy­cho­dziło jej to łatwo w kon­tak­tach z Insta­rya. Wszy­scy impe­rialni Fhre­jo­wie zacho­wy­wali się z bole­sną wyż­szo­ścią, ale naj­gor­szy był szczep wojow­ni­ków. Impe­ra­tor był jed­nym z Insta­rya i obsa­dził swo­imi braćmi wszyst­kie wyso­kie sta­no­wi­ska. Cho­ciaż zde­cy­do­waną więk­szość miesz­kań­ców impe­rium sta­no­wili ludzie, nie­mal wszy­scy admi­ni­stra­to­rzy, gene­ra­ło­wie i sędzio­wie nale­żeli do ludu Insta­rya, a przy­naj­mniej do szczepu Fhre­jów. Każdy z nich mówił tym samym języ­kiem aro­gan­cji.

– Dla­czego? – spy­tała, pamię­ta­jąc, że nie powinna wycią­gać pochop­nych wnio­sków, co nie było łatwe, gdyż widziała wiele podob­nych zbrodni. Nie były iden­tyczne, ale łączyło je wystar­cza­jąco dużo, by mogła mieć kon­kretne ocze­ki­wa­nia.

– Pró­bo­wał mnie okraść, więc odcią­łem mu dłoń. Tak robimy ze zło­dzie­jami. Potem mnie zaata­ko­wał, więc go wypa­tro­szy­łem. Tak naka­zuje prawo impe­ra­tora, czyż nie?

– Kłamca! – zawo­łała Arvis. – Ken­del tylko się z nimi zde­rzył. Widzia­łam. Nie patrzył, dokąd idzie…

– Wyraź­nie poczu­łem, że ktoś szarp­nął moją sakiewkę – powie­dział Fryln. – Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem to stwo­rze­nie, które poło­żyło na mnie rękę, więc…

– Kłamca! Kłamca! Kłamca! Kłamca! – roz­pacz­li­wie krzy­czała Arvis. Miała w zwy­czaju tak robić i ni­gdy nie dzia­łało to na jej korzyść.

Fhrej wyjął zakrwa­wiony szty­let. Tłum wstrzy­mał oddech i cof­nął się jak stado wystra­szo­nych krów. Dwie osoby się potknęły, jedna upa­dła. Arvis się nie poru­szyła. Patrzyła wyzy­wa­jąco, pro­wo­ku­jąc do ataku.

– Odłóż to, Fryln! – roz­ka­zała Seph­ryn.

Odwró­cił się w jej stronę z kpią­cym uśmie­chem.

Podoba mu się to, pomy­ślała.

– A jak nie? – odparł, uno­sząc pod­bró­dek i patrząc na nią z góry. To także było typowe dla Insta­rya, któ­rzy uczyli się zacho­wań domi­nu­ją­cej mniej­szo­ści. Seph­ryn mogłaby napi­sać na ten temat książkę, gdyby pisa­nie było legalne.

Klę­czała na jed­nym kola­nie w kałuży krwi Ken­dela.

To nie jest naj­lep­sza pozy­cja do kon­fron­ta­cji z dwoma napast­ni­kami, zwłasz­cza że jeden z nich wła­śnie kogoś zabił. Oni są jak rekiny – krew i strach wzbu­dzają w nich agre­sję.

Seph­ryn wstała.

– Aresz­tuję cię i oskarżę o zabój­stwo. – Mówiła sta­now­czym, ale spo­koj­nym gło­sem. Nie chciała eska­lo­wać sytu­acji.

Fhrej nieco się uspo­koił, ale nie scho­wał ostrza.

– Już mówi­łem, że pró­bo­wał mnie okraść. Bro­ni­łem się. Posłu­chasz opi­nii wariatki? Nikt inny nie da jej wiary. Możesz mnie zatrzy­mać, ale wyjdę na wol­ność po dzie­się­ciu minu­tach. Poza tym to był tylko Rhun.

Nad tłu­mem poniósł się szmer. Obec­nie rzadko uży­wano tego sta­rego okre­śle­nia. Pocho­dziło z cza­sów, gdy Fhre­jów uwa­żano za bogów, a ludzi sta­wiano na równi ze zwie­rzę­tami.

Seph­ryn uznała to za prze­sadę. Sta­rała się zacho­wy­wać uprzej­mie, ale nie była pozba­wiona tem­pe­ra­mentu. Jej rodzina wręcz sły­nęła z poryw­czo­ści. I cho­ciaż pró­bo­wała pano­wać nad tą dzie­dziczną cechą, wciąż nie umiała w pełni kon­tro­lo­wać gniewu.

– A ty jesteś tylko elfem.

Uśmiech znik­nął z twa­rzy Insta­rya, a tłum ponow­nie wstrzy­mał oddech.

– Jak go nazwa­łaś? – spy­tał drugi z Fhre­jów.

Seph­ryn się nie poru­szała ani nie odry­wała wzroku od Frylna, który trzy­mał szty­let i któ­rego paliusz wcale nie był tak nie­ska­zi­telny, jak począt­kowo jej się wyda­wało. Kra­wędź mate­riału zna­czyły nie­wiel­kie plamki krwi.

– Dziwne… – zaczęła, wciąż czu­jąc buzu­jącą złość. – Elfy słyną z wyjąt­ko­wego słu­chu. Co się stało? Masz katar?

Fryln zbli­żył się o krok.

– Co zamie­rzasz zro­bić? Mnie też zabi­jesz? – spy­tała Seph­ryn. – Uwa­żasz, że zaszty­le­to­wa­nie prze­wod­ni­czą­cej Rady Impe­rial­nej polep­szy twoją sytu­ację?

– Masz o sobie zbyt wyso­kie mnie­ma­nie, Seph­ryn. Rada Impe­rialna to żart, podob­nie jak ty. Ist­nieje od setek lat i niczego nie osią­gnęła. Nawet nie jeste­ście w sta­nie umó­wić się na audien­cję u impe­ra­tora, prawda?

– Moż­liwe, ale chyba zapo­mi­nasz, że więk­szość miej­skich straż­ni­ków to ludzie, a oni nie podzie­lają two­jej opi­nii o radzie. – Popa­trzyła na trupa. – Podej­rze­wam także, że nie zga­dzają się z twoją oceną ich rasy. Ken­del był lubiany. Miał wielu przy­ja­ciół i rodzinę. Więc może wyj­dziesz z aresztu po kilku minu­tach, ale co będzie potem? O ile dobrze pamię­tam, jego bra­cia służą w straży. A jeśli jeden z nich się zemści i ode­tnie ci dłoń, żebyś wykrwa­wił się w jakiejś ciem­nej uliczce?

– Jeśli tak zrobi, zosta­nie stra­cony – odparł Fryln wład­czym tonem.

– Moż­liwe – zgo­dziła się Seph­ryn. – Tyle że to nie pocie­szy two­ich rodzi­ców, jeśli będą musieli cię pocho­wać. Cóż za strata, poświę­cić tysiące lat życia w zamian za kil­ka­dzie­siąt lat Ken­dela. Ale pro­szę bar­dzo. Pro­wo­kuj mnie dalej.

Fhrej się nie poru­szył. Kur­czowo ści­skał szty­let, a jego oczy pło­nęły.

– Nie jest tego warta – ode­zwał się jego towa­rzysz. – Nie zapo­mnij o Pra­wie Fer­rola. Nie możesz zabić innego Fhreja.

– Prze­cież ona…

– Wystar­czy jedna kro­pla krwi Fhre­jów. Nie warto poświę­cać swo­jego nie­śmier­tel­nego ducha. Zosta­niesz na zawsze pozba­wiony wstępu do zaświa­tów.

– Może Fer­rol nie dba o Fhre­jów nie­czy­stej krwi.

– Chcesz zary­zy­ko­wać? – spy­tał jego towa­rzysz.

Fryln wyce­lo­wał szty­let w Seph­ryn.

– Niech będzie. Ale miej się na bacz­no­ści, kun­dlu. Stą­pasz po kru­chym lodzie. Być może zabi­cie pół­krwi Fhreja nie pozwoli mi wejść do Phyre, ale prawo nie wspo­mina o zada­wa­niu bólu.

– Kun­dlu? – ode­zwała się obu­rzona Arvis. – Nie zapo­mnij tego powtó­rzyć, kiedy książę Nolyn zasią­dzie na tro­nie.

Dwaj Fhre­jo­wie się roze­śmiali.

– To się ni­gdy nie sta­nie. – Fryln scho­wał szty­let do pochwy. Potem obaj się odda­lili, pozo­sta­wia­jąc ją, tłum i męż­czy­znę, któ­rego zamor­do­wali.

– Fryln, Fryln, Fryln, Fryln – cicho powta­rzała Arvis z zamknię­tymi oczami i sku­pioną miną.

– Co robisz, Arvis?

– Ukła­dam listę, którą prze­każę Noly­nowi. Chcę, żeby ich uka­rał, kiedy zasią­dzie na tro­nie. Szkoda, że nie wiem, jak się nazywa ten drugi.

– Eril Orphe, a Fryln ma na nazwi­sko Ronelle. Ale oba­wiam się, że nie będziesz miała takiej szansy. Impe­ra­tor Nyph­ron ma dopiero nieco ponad tysiąc sie­dem­set lat. Zapewne pożyje jesz­cze z pięć­set.

Arvis przez chwilę się nad tym zasta­na­wiała. Jej usta drgały.

– Ale ty wciąż będziesz żyła. Może pomy­ślisz o mnie, kiedy oni w końcu za to zapłacą. A może jed­nak powin­ni­śmy powia­do­mić braci Ken­dela. Wiesz, gdzie oni miesz­kają?

– Nie róbmy tego. Twój pierw­szy pomysł był lep­szy. Upew­nię się, że Nolyn się o tym dowie. Niech on się tym zaj­mie. Zgoda?

Arvis nie­chęt­nie poki­wała głową.

Kry­zys zaże­gnany.

Seph­ryn tak naprawdę nie znała Ken­dela. Nie okła­mała Frylna, ponie­waż nie­bosz­czyk zapewne miał jakichś przy­ja­ciół i krew­nych, a nie­któ­rzy z nich mogli być straż­ni­kami, choć to mniej praw­do­po­dobne. Prawdę mówiąc, miała wąt­pli­wo­ści co do aresz­to­wa­nia. Rodziny Orphes i Ronelle miały duże wpływy, a Fryln miał nieco racji w kwe­stii pozy­cji Seph­ryn.

Od wie­ków sta­wała na czele pro­te­stów i prak­ty­ko­wała oby­wa­tel­skie nie­po­słu­szeń­stwo, co w końcu zaowo­co­wało powsta­niem Rady Impe­rial­nej. Ludzie zyskali swój głos w pałacu, ale nie był on zbyt dono­śny.

Mimo wszystko Seph­ryn nie zga­dzała się z twier­dze­niem, że rada niczego nie osią­gnęła. Polep­szyli życie tysięcy ludzi, choć w więk­szym stop­niu w pro­win­cjach niż w sto­licy. Ale Fryln miał rację w jed­nej kwe­stii. Po wielu latach wysił­ków Rada Impe­rialna na­dal nie zdo­łała nakło­nić impe­ra­tora do choćby jed­nego spo­tka­nia, a bez jego zgody nie dało się osią­gnąć niczego naprawdę waż­nego.

Tłum gwał­tow­nie się prze­mie­ścił, gdy na plac weszła sta­ruszka. Gdy Seph­ryn zoba­czyła jej zbo­lałą minę, domy­śliła się, na kogo patrzy. Kobieta upa­dła na leżące ciało i zaszlo­chała. Zaczęła krzy­czeć, ale nikt jej nie rozu­miał. To nie były słowa, tylko odgłosy pier­wot­nego bólu. Być może tak brzmiał język stwo­rze­nia, o któ­rym wspo­mi­nała stara mistyczka Suri. Dźwięki wyda­wane przez każdą żywą istotę na powierzchni Elan.

Poja­wili się kolejni krewni zmar­łego, co łatwo było roz­po­znać po zawo­dze­niu i łzach.

– Dla­czego nie możesz tego powstrzy­mać? – zaszlo­chała matka, patrząc na Seph­ryn. – Jesteś naszą nadzieją. Wie­rzymy w cie­bie. Ufamy ci. Dla­czego nie możesz… – Wró­ciła do języka stwo­rze­nia, któ­rego słu­cha­nie spra­wiało Seph­ryn ból.

Arvis wycią­gnęła w jej stronę rękę, by ją pocie­szyć, ale Seph­ryn ją odtrą­ciła. Nie zasłu­żyła na współ­czu­cie. Nie miała żad­nych odpo­wie­dzi, jedy­nie wymówki, a to za mało.

***

Seph­ryn czuła, że zaraz się roz­pła­cze, i nie chciała, by kto­kol­wiek to zoba­czył, więc usia­dła na progu w ciem­nej uliczce. Fakt, że nie znała Ken­dela, nie miał zna­cze­nia. To było kolejne ode­brane życie. Kolejna osoba, która nie musiała umie­rać. Seph­ryn sie­działa z twa­rzą skrytą w dło­niach pomię­dzy beczką na desz­czówkę a reszt­kami sterty drewna, ale łzy się nie poja­wiały.

Czy sta­łam się aż tak nie­czuła?

To był jeden z jej lęków, obok stra­chu przed obłę­dem.

Tylko ktoś praw­dzi­wie sza­lony wciąż by pró­bo­wał po tak dłu­gim cza­sie. Może wła­śnie dla­tego przy­jaź­nię się z Arvis. Może wcale nie jestem daleko za nią w dro­dze do Wariat­kowa. Minęło już… – poli­czyła w myślach – …sie­dem­set dzie­więć­dzie­siąt sześć lat. Spę­dzi­łam więk­szą część tysiąc­le­cia, wal­cząc o lep­szy los.

W roku pięć­dzie­sią­tym dru­gim miała tyle nadziei, czuła, że wszystko jest moż­liwe. Cóż to był za wspa­niały rok. Pół­nocne Wojny Gobli­nów jesz­cze nie wybu­chły, więc Nolyn był przy jej boku. Podob­nie jak Bran. Mieli wiel­kie plany na przy­szłość. Bran zawsze był naj­bar­dziej nie­ustra­szony i ini­cjo­wał wszyst­kie ich dzia­ła­nia. Nie potra­fił igno­ro­wać okru­cieństw Fhre­jów. Pro­wo­ko­wał Insta­rya, wska­zy­wał ich nie­cne czyny, zawsty­dzał ich.

Nie, to umniej­sza jego zasługi. Był prze­ra­żony, ale to go nie powstrzy­my­wało.

Rodzice byli z niego tacy dumni.

Przy­naj­mniej z jed­nego z nas.

Rok pięć­dzie­siąty drugi był naj­lep­szym w jej życiu. Z rado­ścią wra­cała w myślach do tych zło­tych cza­sów. Żyła już ośmio­krot­nie dłu­żej niż prze­ciętny czło­wiek, ale tylko tam­ten jeden rok był praw­dzi­wie wspa­niały.

Pokrę­ciła głową i skar­ciła się w myślach. Nie ma sensu uża­lać się nad sobą. Mia­łam też inne dobre lata. Wygra­łam kilka bitew. Mam syna – cudow­nego, ide­al­nego chłopca. No i mia­łam rado­sne dzie­ciń­stwo.

Uświa­do­miła sobie, że to sta­no­wiło część pro­blemu. Wspa­niałe lata mło­do­ści zruj­no­wały jej doro­słość. Nic w kolej­nych stu­le­ciach nie mogło się rów­nać z cudami pierw­szych kilku dekad. Czy to w ogóle moż­liwe? Wtedy świat był pełen magii.

We wlo­cie uliczki mignął jej łysawy męż­czy­zna w brzyd­kim, brą­zo­wym habi­cie. Bran?

Ta myśl nagle poja­wiła się w jej gło­wie, choć była cał­ko­wi­cie irra­cjo­nalna. Bran opu­ścił Per­ce­pli­quis wieki temu i ani razu się do niej nie ode­zwał. Cho­ciaż nie była tego pewna, nie­wąt­pli­wie już umarł. Żaden czło­wiek nie żył dłu­żej niż sto lat, zatem nie mogła go zoba­czyć.

Ale ten ktoś był taki podobny…

Bran zawsze nosił naj­gor­sze ubra­nia, nie inte­re­so­wały go wyszu­kane stroje. Cho­dziłby nago, gdyby nie skrom­ność i pogoda. Kiedy ostat­nio go widziała, zaczy­nał łysieć na czubku głowy. To był oso­bliwy widok – potar­gane włosy oka­la­jące różowy goły pla­cek. W ciągu ponad ośmiu­set lat nie widziała nikogo innego z tą przy­pa­dło­ścią.

Aż do tej chwili.

Czy to naprawdę był on?

Bran był star­cem według ludz­kich stan­dar­dów, pod­czas gdy Seph­ryn i Nolyn wciąż wyglą­dali tak samo jak za młodu. Bran posi­wiał, jego twarz obwi­sła, a zmarszczki pokryły skórę niczym wysypka. Ale oczy pozo­stały takie same. Zawsze gdy w nie patrzyła, roz­po­zna­wała swo­jego przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa. Wciąż był tam w środku, cho­ciaż jego cie­le­sna powłoka gniła.

Bran był czło­wie­kiem. To nie mógł być on, pomy­ślała, ale pobie­gła na koniec uliczki i wyj­rzała za róg.

Per­ce­pli­quis nie tylko było sto­licą impe­rium i cen­trum świata, ale także naj­więk­szym i naj­lud­niej­szym mia­stem. Jego ulice zamiesz­ki­wała mie­szanka ludów z dzie­wię­ciu spo­śród jede­na­stu pro­win­cji. Nie przy­by­wał tutaj nikt z Eri­va­nii, ojczy­zny Fhre­jów, ani Ryin Con­tita, która tak naprawdę nie była pro­win­cją, tylko strefą bufo­rową mię­dzy ludźmi a Fhre­jami, któ­rych poko­nał Nyph­ron. Wszy­scy inni przy­jeż­dżali do mia­sta, a przy­naj­mniej takie wra­że­nie odno­siła Seph­ryn, gdy gorącz­kowo lustro­wała wzro­kiem tłumy i rzeki ludzi, wypa­tru­jąc jed­nej osoby: męż­czy­zny, który zgod­nie z pra­wami natury nie mógł się tutaj poja­wić.

Ale już wcze­śniej doświad­czy­łam magii. Bran i Suri byli ze sobą tak bli­sko. Czy to moż­liwe, że…

Kiedy ponow­nie go zauwa­żyła, uświa­do­miła sobie, że wcale nie­trudno było go wypa­trzyć. Szczu­pły zanie­dbany męż­czy­zna w brzyd­kiej, brą­zo­wej sza­cie z cha­rak­te­ry­stycz­nym łysym plac­kiem na gło­wie szedł zatło­czoną ulicą dokład­nie tam, gdzie nale­żało się go spo­dzie­wać. Klu­czył mię­dzy wra­ca­ją­cymi z pracy robot­ni­kami i omi­jał piel­grzy­mów, któ­rzy tamo­wali ruch, gapiąc się na góru­jące nad nimi budynki.

Pobie­gła w ślad za nim.

– Bran! – zawo­łała. – Bran, zacze­kaj!

Nie sły­szał jej. Seph­ryn szybko zmniej­szała dystans, jej serce wyry­wało się z piersi pod wpły­wem nadziei, po raz pierw­szy od lat.

– Bran!

Męż­czy­zna w końcu ją usły­szał i odwró­cił się.

To nie on.

Roz­cza­ro­wa­nie ją zdru­zgo­tało. Sta­nęła jak wryta, powstrzy­mana przez zawie­dzione nadzieje.

Męż­czy­zna patrzył na nią zdzi­wio­nym wzro­kiem.

– Wołała mnie pani?

Seph­ryn przez chwilę nie mogła wykrztu­sić ani słowa. Patrzyły na nią oczy, które wcale nie przy­po­mi­nały oczu Brana.

– Prze­pra­szam – bąk­nęła w końcu. – Wzię­łam pana za kogoś innego.

Zamiast się odwró­cić albo oka­zać poiry­to­wa­nie, popa­trzył na nią z naci­skiem. Zacho­wy­wał się, jakby powie­działa coś zupeł­nie innego, jakby zadała mu genialne pyta­nie, a on pró­bo­wał zna­leźć odpo­wiedź. W tej chwili Seph­ryn miała oka­zję zro­zu­mieć skalę swo­jej pomyłki. Męż­czy­zna w niczym nie przy­po­mi­nał Brana. Miał sym­pa­tyczną, a nawet uro­czą twarz, niczym gry­zoń obda­rzony dużym nosem i nie­po­ko­jąco inten­syw­nym spoj­rze­niem.

– Prze­pra­szam, że pana zacze­pi­łam. – Odwró­ciła się, zaże­no­wana i zła na sie­bie.

Ale ze mnie idiotka. Jak mogłam pomy­śleć, że to on? Spę­dzam za dużo czasu z Arvis. Nie­długo zacznę rozu­mieć, co do nas mówią koła wozów.

Stali na ulicy Heba­no­wej Doliny, zawdzię­cza­ją­cej tę nazwę tar­gowi, do któ­rego pro­wa­dziła. Pomy­ślała, że powinna wró­cić i kupić tro­chę jajek, skoro już…

– Psia­krew! – Unio­sła ręce i popa­trzyła na nie tak, jakby jej pię­ści ją zdra­dziły.

Zgu­biła orze­chy.

Pew­nie posta­wi­łam je na ziemi, kiedy oglą­da­łam ciało Ken­dela.

Zauwa­żyła plamy na swo­jej koszuli. Przy­po­mi­nały jej o męż­czyź­nie, któ­rego nie zdo­łała oca­lić.

Wra­cam do domu, stwier­dziła i obró­ciła się na pię­cie.

– Chwi­leczkę! – zawo­łał męż­czy­zna w habi­cie. – Za kogo mnie pani wzięła?

Obej­rzała się i lek­ce­wa­żąco mach­nęła ręką.

– Za nikogo. Nie jest pan nim, więc nie ma o czym mówić, prze­pra­szam.

Nie miała jajek ani orze­chów, więc nici z kola­cji. Mica znów się na nią wściek­nie, ale to nic nowego. Sta­ruszka była taka…

– Nazwała mnie pani Bran. – Męż­czy­zna szedł za nią, a w jego gło­sie dało się usły­szeć nieco oskar­ży­ciel­ski ton.

O co mu cho­dzi? Prze­cież go prze­pro­si­łam.

– Tak miał na imię mój przy­ja­ciel.

– A pani myślała, że ja nim jestem… Dla­czego?

– To zwy­kła pomyłka. Prze­pra­szam, że pana zacze­pi­łam. Miłego dnia. Żegnam.

– Czy on ubie­rał się podob­nie do mnie? A może miał taką fry­zurę? – Pokle­pał się po czubku głowy. – Czy to dla­tego pani pomy­ślała…

Seph­ryn zatrzy­mała się i odwró­ciła.

– Zna go pan?

Męż­czy­zna patrzył na nią z sze­roko otwar­tymi ustami.

– Kim… kim pani jest?

– Mam na imię Seph­ryn. A pan?

Męż­czy­zna spra­wiał wra­że­nie cał­ko­wi­cie zbi­tego z tropu, ale zdo­łał odpo­wie­dzieć.

– Jestem… brat Sey­mour.

Seph­ryn uśmiech­nęła się cierpko i pokrę­ciła głową.

– To kłam­stwo, nie mam brata.

Roze­śmiał się.

– Ależ nie. Nazy­wam się Sey­mour Destone. Jestem jed­nym z mni­chów Mari­bora. Nazy­wamy się nawza­jem… to zna­czy tytu­łu­jemy się…

– Skąd znasz Brana, Sey­mo­urze?

– Nie znam… to zna­czy Bran, zało­ży­ciel naszego zakonu, żył osiem­set lat temu. Nie mogłem go znać… nikt nie mógł. Po pro­stu o nim sły­sza­łem. Żyjemy zgod­nie z jego naukami i naśla­du­jemy jego wygląd, wli­cza­jąc ubiór. – Szarp­nął brzeg habitu. – Z tego samego powodu golimy czu­bek głowy.

– Bran tego nie robił.

– Nie mogę się z tym zgo­dzić. Na wszyst­kich por­tre­tach wyraź­nie…

– Wyglą­dał tak, ponie­waż zaczął łysieć.

Sey­mour popa­trzył na nią oszo­ło­miony, a potem wyce­lo­wał w nią palec.

– Skąd wiesz coś takiego? Byłaś w klasz­to­rze Dib­ben?

– Ni­gdy o nim nie sły­sza­łam.

– Czyli nie. W takim razie skąd znasz Brana Uko­cha­nego?

– Uko­cha­nego?

Sey­mour uśmiech­nął się i ener­gicz­nie poki­wał głową.

– Tak. Czy przy­szedł do cie­bie w wizji? Prze­mó­wił we śnie? Skąd o nim wiesz?

Seph­ryn wzru­szyła ramio­nami.

– Dora­sta­li­śmy razem. Jako dzie­ciaki bawi­li­śmy się w berka.

***

Od tam­tej chwili Seph­ryn nie mogła się pozbyć męż­czy­zny, który nazwał się jej bra­tem, a potem pró­bo­wał to wyja­śnić w spo­sób, który nie miał żad­nego sensu. Powie­działa prawdę o dora­sta­niu z Bra­nem i roz­ba­wiło ją, gdy te nie­zwy­kle poważne oczy nie­mal wypa­dły z głowy. Ludzie zga­dy­wali, że Seph­ryn ma około trzy­dzie­stu lat. Prawda zawsze ich szo­ko­wała, ale widząc reak­cję mni­cha, zwąt­piła w roz­trop­ność swo­jej buń­czucz­nej odpo­wie­dzi. Męż­czy­zna z jakie­goś powodu bar­dzo sza­no­wał Brana. Powinna była wyka­zać się więk­szą powścią­gli­wo­ścią. W końcu nie miała poję­cia, z kim ma do czy­nie­nia. Ten czło­wiek mógł być nie­zrów­no­wa­żony albo nie­bez­pieczny. Taka moż­li­wość nie­spe­cjal­nie ją mar­twiła. Drobni męż­czyźni w brud­nych habi­tach nie byli tak groźni jak Insta­rya w paliu­szach lub żoł­nie­rze w zbro­jach.

Nie zatrzy­my­wała się, zbli­ża­jąc się do swo­jego bez­piecz­nego domu. Sey­mour podą­żał za nią jak pies, któ­rego nie­opatrz­nie nakar­miła.

– Co to zna­czy, że dora­sta­li­ście razem z Bra­nem Uko­cha­nym?

– To zna­czy dokład­nie to, co powie­dzia­łam – odrze­kła, sku­pia­jąc wzrok na ulicy przed nimi. Miała nadzieję, że jej mowa ciała i oschła odpo­wiedź utną tę roz­mowę.

– Nie możesz na tym poprze­stać – naprzy­krzał się mnich.

Dla­czego to ni­gdy nie działa w wypadku męż­czyzn?

– Oczy­wi­ście, że mogę – odburk­nęła. – Nie wiem, kim jesteś. Być może prze­stępcą, który chce mnie gdzieś zwa­bić, żeby…

– To ty do mnie pode­szłaś! Goni­łaś mnie! Już nie pamię­tasz? Postu­ka­łaś mnie w ramię i…

– Nie dotknę­łam cię!

Prze­wró­cił oczami.

– Mówi­łem meta­fo­rycz­nie. – Wes­tchnął. – Poza tym nie mogę ni­gdzie cię zwa­bić, ponie­waż to ty dosłow­nie mnie pro­wa­dzisz do… szcze­rze mówiąc, nie mam poję­cia dokąd. Nawet nie jestem pewien, gdzie teraz jeste­śmy. Jestem nowy w mie­ście. Przy­je­cha­łem dzi­siaj. W Per­ce­pli­quis trudno się poła­pać. Nie mia­łem poję­cia, że na całym świe­cie żyje tyle ludzi. To przy­po­mina potężną kró­li­czą norę. Wszę­dzie ulice, mosty, alejki. Cudowne miej­sce, ow­szem, ale także osza­ła­mia­jące.

– Skąd pocho­dzisz?

– Z Roden­cji, nie­wiel­kiego mia­steczka na pół­nocny zachód stąd. To błot­ni­sta ruina. Kiedy ostat­nio tam byłem, roz­ko­pali ulice, żeby umie­ścić pod nimi ohydny sys­tem kana­li­za­cyjny, który… zresztą nie­ważne. Ostat­nio prze­by­wam w klasz­to­rze Dib­ben, nieco na wschód od rzeki Bern.

– Bern? Mija­łeś Mistyczny Las?

Jego oczka gry­zo­nia roz­bły­sły.

– Tak. Znasz te oko­lice?

– Moja matka mnie tam zabie­rała, kiedy byłam dziec­kiem. Przy­szła na świat na pobli­skim wzgó­rzu, w miej­scu zwa­nym dah­lem Rhen, które znaj­do­wało się w lesie.

– Jak nazywa się twoja matka? – spy­tał nie­pew­nie, jakby się bał odpo­wie­dzi.

– Nie, nie, nie, tutaj nie cho­dzi o mnie. Roz­ma­wiamy o tobie. Pamię­tasz? Pró­buję usta­lić, czy nie jesteś bez­li­to­snym zabójcą kobiet. – Seph­ryn skró­ciła sobie drogę, prze­cho­dząc przez sklep z koszy­kami nie­da­leko mostka, a po chwili dołą­czyli do tłu­mów na ulicy Ishima, wąskiej uliczce, przy któ­rej stał jej wąski ceglany dom.

Kie­dyś wynaj­mo­wała dru­gie pię­tro od pew­nej sta­ruszki, ale ta zmarła po dzie­się­ciu latach i zosta­wiła budy­nek w spadku wnu­kowi, który zmarł czter­dzie­ści lat po niej. Jego córka nie miała pie­nię­dzy, by pła­cić podatki za dom, więc Seph­ryn jej pomo­gła, wyku­pu­jąc swój pokój. Po kolej­nych dwóch poko­le­niach nie­udol­nego zarzą­dza­nia przez wła­ści­cieli Seph­ryn weszła w posia­da­nie całego budynku. Prze­nio­sła się na ład­niej­sze pierw­sze pię­tro, a swój pier­wotny pokój udo­stęp­niła Mice.

– Wspo­mi­na­łeś o mni­chach Mari­bora. Co to dokład­nie ozna­cza?

– To, eee… grupa męż­czyzn, któ­rzy sta­rają się sto­so­wać do nauk Brana, czcząc Mari­bora, boga ludz­ko­ści.

– Nie ma cze­goś takiego jak Mari­bor.

– Mówisz tak tylko dla­tego, że prawo zaka­zuje wiary w jakie­go­kol­wiek innego boga poza Fer­ro­lem.

– To mnie nie obcho­dzi. Ale mylisz się. Bogi­nią ludz­ko­ści jest Mari.

– Dla­czego tak twier­dzisz?

– Ponie­waż to prawda – odparła Seph­ryn, oszo­ło­miona jego igno­ran­cją.

– Kto ci tak powie­dział?

– Moi rodzice i uwierz mi, że wie­dzieli, o czym mówią.

– Kim oni są?

– Nie roz­ma­wiamy o mnie, pamię­tasz? – Obe­szli wielką fon­tannę na placu, z któ­rej Seph­ryn i Mica czer­pały wodę. Roz­po­znała kobiety z dzba­nami i nie chciała, by ktoś zapy­tał ją o krew na ubra­niu; Sey­mour nie zauwa­żał jej albo igno­ro­wał. Z tego powodu, jak rów­nież dzięki uro­czej twa­rzy, trudno było czuć do niego nie­chęć. – Opo­wiesz mi, co się stało z Bra­nem? Odszedł stąd przed wie­kami i od tam­tej pory się ze mną nie kon­tak­to­wał.

– Nauki gło­szą, że udał się do wio­ski na połu­dniu zwa­nej Dul­hath. Tam zało­żył swój pierw­szy klasz­tor.

– Co to dokład­nie zna­czy? Sły­sza­łam to słowo, ale go nie rozu­miem.

– Dziwi mnie, że w ogóle je sły­sza­łaś. Na całym świe­cie jest ich tylko sie­dem, a więk­szość stoi na odlu­dziu. Klasz­tor to miej­sce, w któ­rym prak­ty­ku­jemy ascezę. Innymi słowy, izo­lu­jemy się od świata, by cał­ko­wi­cie sku­pić się na naszych naboż­nych dok­try­nach. Sta­ramy się lepiej zro­zu­mieć mądrość naszego pana Mari­bora.

– Tak, jasne. A co dalej?

– Jak to co dalej?

– Co stało się z Bra­nem?

– Aha, następ­nie udał się na daleki wschód.

– Ktoś go ści­gał?

– Ści­gał? Nie. Dla­czego o to pytasz?

– W jakim innym celu uciekłby na pust­ko­wie?

– Wcale nie uciekł. Bran poszu­ki­wał Księgi Brin.

Seph­ryn się roze­śmiała. Sey­mour nie dawał za wygraną. Naj­pierw kła­mał, że jest jej bra­tem, a teraz mówił, że…

– Co cię tak bawi?

– To bez sensu. Prze­cież Bran już ma Księgę Brin. Matka poda­ro­wała mu ją na trzy­na­ste uro­dziny. Uczył się z niej czy­tać i pisać… zresztą jak my wszy­scy.

– Nie cho­dzi o tę Księgę Brin. Dobrze znam ten tom. Człon­ko­wie mojego zakonu poświę­cili życie na naucze­nie się każ­dego zawar­tego w niej słowa. Cho­dzi mi o drugą Księgę Brin.

– Nie ma cze­goś takiego.

Dotarli do kamien­nych scho­dów, które pro­wa­dziły do fron­to­wych drzwi domu Seph­ryn, wąskiej, strze­li­stej, wie­ko­wej budowli z podziu­ra­wio­nej omsza­łej cegły. Kobieta przy­po­mniała sobie, że to Bran zna­lazł dla niej to miej­sce. Seph­ryn wła­śnie wró­ciła do Per­ce­pli­quis z Mer­re­dydd po śmierci matki. Bran na nią cze­kał i wspól­nie spę­dzili dzień na szu­ka­niu jakie­goś lokum, na które mogła sobie pozwo­lić. Wtedy miała nie­wiele środ­ków i była zbyt dumna, by pro­sić o pomoc ojca.

Nie­wiele się zmie­niło. Jako prze­wod­ni­cząca Rady Impe­rial­nej nie­źle zara­biała, ale więk­szość tych pie­nię­dzy odda­wała. Nie potra­fiła pro­wa­dzić wystaw­nego życia, pod­czas gdy ludzie, któ­rym zawo­dowo poma­gała, zma­gali się z biedą. Prze­ka­zała ubo­gim swoją ostat­nią wypłatę, nie mogła więc zapro­po­no­wać temu oso­bli­wemu mni­chowi ze wsi niczego oprócz…

Nie. Nie mogę. Mica mnie zabije.

Sta­ruszka była bar­dzo reli­gijna, co wyda­wało się dziwne, skoro tak nie­wielu ludzi wyzna­wało boga Fhre­jów, Fer­rola. Być może z powo­dów reli­gij­nych, a być może z czy­stej zło­śli­wo­ści, Mica zawsze kry­ty­ko­wała decy­zje Seph­ryn, zwłasz­cza to, że Seph­ryn miesz­kała sama i do późna prze­sia­dy­wała na zebra­niach rady, zamiast zosta­wać w domu z dziec­kiem, a ojciec Nur­gyi nie łożył na ich utrzy­ma­nie.

Seph­ryn chwy­ciła zasuwkę na drzwiach i znie­ru­cho­miała.

Nie rób tego, powie­działa sobie. Nie przyj­muj kolej­nego włó­częgi.

Przez lata Seph­ryn otwie­rała drzwi swo­jego domu przed set­kami nędza­rzy, któ­rzy nie mogli jej zapła­cić. Więk­szość wypro­wa­dziła się, gdy już sta­nęli na nogi, ale Mica została.

– Masz gdzie się zatrzy­mać? – spy­tała mni­cha, który stał na progu z jedną nogą na ulicy.

– Nie, nie mam. Wyglą­dasz na osobę zna­jącą mia­sto. Możesz mi coś pole­cić?

– Ile masz pie­nię­dzy? – Uświa­do­miła sobie, że mogła wyjść na zbyt wścib­ską, więc wyra­ziła się innymi sło­wami. – Ile możesz wydać na pokój? – Przy­gry­zła wargę, cze­ka­jąc na odpo­wiedź, choć się jej domy­ślała.

Sey­mour pokrę­cił głową ze zbo­lałą miną.

– W Dib­ben nie potrze­bu­jemy pie­nię­dzy.

– Nie masz niczego? Naprawdę naśla­du­jesz Brana, czyż nie? – Zauwa­żyła, że mnich ma przy sobie tylko małą torbę, w któ­rej mógł się zmie­ścić naj­wy­żej jeden posi­łek. – Co zamie­rza­łeś zro­bić?

– Przy­je­cha­łem tutaj, żeby zało­żyć kościół. Brac­two posta­no­wiło, że przy­szedł czas otwo­rzyć wrota prawdy dla szer­szego świata, a gdzie lepiej to zro­bić niż w sto­licy? W końcu to tutaj Bran zaczął nauczać.

– Cho­dziło mi o to, jak zamie­rza­łeś prze­trwać bez pie­nię­dzy?

Ponow­nie zro­bił zbo­lałą minę, jakby go spo­licz­ko­wała.

– Eee… w klasz­to­rze mamy takie powie­dze­nie: „Mari­bor da nam na chleb”.

– To jest twój plan?

Poki­wał głową.

– Przy­znaję, że wymaga dopra­co­wa­nia. – Uśmiech­nął się.

Wyraz twa­rzy mni­cha spra­wił, że zro­biło jej się cie­plej na sercu, nie tylko dla­tego, że był uro­czy jak szcze­niak pro­szący o sma­ko­łyk, ale także dla­tego, że Bran czę­sto zacho­wy­wał się w taki sam spo­sób.

– Myślę, że znajdę jakąś staj­nię albo suche miej­sce pod mostem – dodał Sey­mour. – W mie­ście jest pełno mostów. Ni­gdy nie widzia­łem ich tyle w jed­nym miej­scu. Nie mam koca, ale dziś w nocy chyba nie powinno być zimno, prawda? Może nad ranem zrobi się chłodno, ale…

– Możesz zostać tutaj – weszła mu w słowo i od razu tego poża­ło­wała.

Obró­ciła się, otwo­rzyła drzwi i przy­go­to­wała się na atak Miki.

– Jesteś pewna? Mogę…

– Tak, jestem pewna.

Może jego obec­ność tro­chę utem­pe­ruje Micę, pomy­ślała.

Weszła do domu, gdzie zasko­czyła ją cisza. Mica zazwy­czaj zauwa­żała ją przez okno i zbie­gała na dół, wyrzu­ca­jąc z sie­bie potok repry­mend.

Pew­nie układa Nur­gyę do snu.

Za jej ple­cami roz­legł się gło­śny huk i Seph­ryn okrę­ciła się na pię­cie.

Mnich klę­czał na pod­ło­dze. Uno­sił twarz i wbi­jał wzrok w ścianę nad komin­kiem.

– Na świętą brodę Mari­bora, czy to może być to, o czym myślę?

– Uszko­dzi­łeś moją pod­łogę. – Seph­ryn zdjęła z głowy opa­skę i zawie­siła ją na haku nie­da­leko drzwi.

Par­ter skła­dał się z dwóch pomiesz­czeń, sypialni i kuchni, która prze­cho­dziła w salon z komin­kiem w cen­tral­nej czę­ści. Mica dbała o czy­stość, co cie­szyło Seph­ryn, ponie­waż ona sama nie była zbyt porządna. Kie­dyś uzna­wała, że pleśń to dobry spo­sób na czysz­cze­nie tale­rzy, choć znacz­nie wol­niej­szy niż dawa­nie ich do wyli­za­nia psu. Pro­ble­mem była zbyt mała liczba naczyń, by korzy­stać z tej metody. Mica zada­wała sobie absur­dalny trud i uży­wała mydła oraz wody. A przy­naj­mniej wyda­wało się to absur­dalne, dopóki Seph­ryn nie uro­dziła Nur­gyi. Od tam­tej pory zmie­niła zda­nie co do czysz­cze­nia tale­rzy ple­śnią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki