Zniknięcie Córki Wintera - Michael J.Sullivan - ebook

19 osób właśnie czyta

Opis

Zaginęła córka. Dwóm zawadiakom zapłacono, żeby ją odnaleźli. To nie wystarczy.

Kiedy córka Gabriela Wintera znika w tajemniczych okolicznościach i podejrzewa się, że nie żyje, bogaty król whisky pragnie zemsty. Ponieważ mieszkał w Colnorze podczas niesławnego Roku Strachu, wynajmuje jedynego człowieka, o którym wie, że wie, co to znaczy krwawa zemsta – Zmiatacza.

Wyruszcie z Royce’em i Hadrianem, cynicznym byłym płatnym zabójcą i byłym najemnikiem, który pozostał idealistą do starodawnego miasta pełnego arystokratów, potomków szlachetnych rodów z czasów imperium. Zadanie Riyrii wygląda na proste: odkryć, co się stało z zaginioną księżną i sprowadzić ją do domu, o ile nadal żyje. W przeciwnym wypadku mają ukarać odpowiedzialnych. Jednak nic nie jest proste w tym tłocznym, pełnym mgły i ciasnych uliczek mieście Rochelle, gdzie czai się więcej niż jedna starożytna legenda.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Disappearance of Winter’s Daughter

Copyright © 2017 by Michael J. Sullivan Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Dominik Broniek Opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wydanie II

ISBN 978-83-66409-78-1 Warszawa 2019

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Royce’owi i Hadrianowi – dwóm złodziejom,

Od autora

Może wydać się dziwne to, że dedykuję książkę fikcyjnym postaciom, zwłaszcza stworzonym przez siebie, ale ta para zaczęła żyć własnym życiem i ostatnimi czasy tylko słucham ich rozmów i podążam tropem ich przygód. Oglądanie tej pary to spełnienie marzeń, o którym kiedyś myślałem, że leży poza moim zasięgiem. Żebyście zrozumieli, dlaczego tak czułem, pozwólcie, że przedstawię Wam pokrótce (tak, Robin, obiecuję, że będę się streszczał) swoją historię.

W roku 2004, kiedy napisałem pierwszą książkę o Riyrii, „Królewską krew”, nigdy nie myślałem, że znajdę się tu, gdzie jestem teraz. Książka, którą skończyłem bezpośrednio wcześniej – „A Burden to the Earth” – powstała w roku 1994, dekadę wcześniej. Nie czytaliście jej. Mogę zliczyć na palcach jednej ręki ludzi, którzy ją przeczytali. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Widzicie, od roku 1975 do 1994 napisałem trzynaście powieści i cztery opowiadania, ale cała ta praca donikąd mnie nie doprowadziła.

Pierwsze osiem książek nie było przeznaczonych do publikacji. To były wprawki, na których uczyłem się pisać. Po dziesięciu latach nauki następne osiem poświęciłem pisaniu pięciu książek i gonieniu w piętkę podczas szukania wydawcy. Nie zaowocowało to ani jedną propozycją publikacji; zebrałem jedynie kolekcję łamiących serce odmów, co najwyraźniej jest czymś, przez co musi przejść prawie każdy pisarz.

Osiemnaście lat to długi czas na życie złudzeniami, więc wreszcie dotarło do mnie, że nigdy nie zostanę pisarzem. Dlatego zrobiłem jedyną rozsądną rzecz w tych okolicznościach – rzuciłem pisanie. Sensowna reakcja, zważywszy, co powiedział Albert Einstein: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”.

Powinienem zauważyć, że przez cały ten czas moja żona Robin była świętą najwyższego kalibru. Nigdy nie musiałem łączyć pisania z pracą zawodową, była gotowa w pojedynkę nas utrzymywać i ani razu nie poprosiła, żebym „rzucił te idiotyzmy i znalazł sobie prawdziwą pracę”. Wiedziała, że pisanie to moja radość i pasja, i to jej wystarczało.

Zatem, jak już wspomniałem, w końcu zmądrzałem i z dramatycznym gestem porzuciłem pisanie. Widziałem siebie jako Scarlett O’Harę z „Przeminęło z wiatrem”, tyle że ja oświadczyłem: „Nigdy więcej nie będę pisał powieści!”. Nie wyobrażałem sobie, żeby cokolwiek sprawiło, że złamię tę przysięgę, co z kolei doprowadza mnie do Royce’a i Hadriana.

Podczas dziesięcioletniej przerwy zdołałem powstrzymać się przed pisaniem, ale nie potrafiłem uciszyć głosów w swojej głowie, zwłaszcza duetu znanego jako Riyria (co znaczy „dwóch” po elficku). Słuchałem ich przez dziesięć lat, więc bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Można uznać, że miałem kłopot w odróżnieniu tego, gdzie ja się kończyłem, a zaczynali oni. Jak wiecie, w końcu ustąpiłem i powstał cykl o Riyrii. „Zniknięcie córki Wintera” to dziesiąta książka z tą parą. Nie miałem pojęcia, że tyle książek powstanie z szeptów tych dwóch postaci, i nigdy nie marzyłem, że ich świat wyda z siebie jeszcze sześć innych powieści (które obecnie wychodzą jako cykle „Legends of the First Empire”). I to jeszcze nie koniec. Tworzę teraz nowy cykl (kryptonim „Bridge Trilogy”), który rozgrywa się w czasach pomiędzy opowieściami o Riyrii a „Legends of the First Empire”. Przedstawiają one wydarzenia, które przyśpieszyły upadek imperium Novrona.

Wszystkie te książki pozwoliły mi odpłacić się Robin za jej podarunek, dzięki czemu w roku 2011 porzuciła etat. Chociaż nadal pracuje niezwykle ciężko (z czego korzystamy ja i czytelnicy), to przynajmniej sama układa sobie harmonogram zajęć, nie musi ubierać się stosownie do wymogów pracy, a najdłuższe „dojazdy do pracy” wynoszą tyle, ile wynosi odległość z sypialni na werandę, gdzie rankami czyta, patrząc, jak słońce wynurza się zza gór wokół doliny Shenandoah.

Dlatego owszem, zadedykowałem tę książkę Royce’owi i Hadrianowi, za ich nieustanne szepty w czasie tej okropnej dekady, kiedy pisanie nie stanowiło części mojego życia, i za to, że zostali przy mnie, kiedy powróciłem do klawiatury. Za każdym razem, kiedy siadam, żeby o nich pisać, czuję się tak, jakbym witał się ponownie ze starymi przyjaciółmi. Podobnie było przy pracy nad „Zniknięciem córki Wintera”. Jeśli czytanie jej sprawi wam choć połowę frajdy, jaką dało mi jej pisanie, to powinniście się wyśmienicie bawić.

A skoro już tę kwestię załatwiliśmy, to mam parę spraw porządkowych do załatwienia, zanim przejdę do samej opowieści. Po pierwsze, jeśli nie zetknęliście się jeszcze z historiami o Riyrii, to z pewnością możecie zacząć od tej książki. Wiem, to brzmi dziwnie, skoro to czwarta część „Kronik Riyrii” i dziesiąta książka o Riyrii w ogóle, więc pozwólcie, że wyjaśnię. Zastosowałem tę samą technikę, co przy „Śmierci Dulgath”, która została pomyślana tak, by mogła być samodzielną powieścią. Otrzymałem odzew od setek ludzi, którzy przeczytali tylko tę część i potwierdzili, że nie jest potrzebna znajomość poprzednich tomów. Ponadto wysłałem „Zniknięcie córki Wintera” do innej grupy (z której nikt nie czytał moich poprzednich powieści) i wszyscy potwierdzili, że nieznajomość Riyrii nie stanowi żadnego kłopotu.

Po drugie, w ostatnich książkach prosiłem czytelników, żeby pisali do mnie, jeśli mają ochotę. Cieszę się, widząc, że tak wiele osób skorzystało z tej propozycji. Wiele z nich nigdy wcześniej nie pisało do pisarza. Ich listy zaczynają się od słów „Nie chcę zawracać głowy, ale...”. Zapewniam Was, że listy od czytelników nigdy nie są uciążliwością. Pisanie to nagroda sama w sobie, ale świadomość, że moja bazgranina przynosi innym radość, zamienia coś dobrego w coś jeszcze lepszego. Dlatego proszę, piszcie. Mój adres to: michael@michaelsullivan-author.com.

Po trzecie, jestem dozgonnie wdzięczny Wam, Czytelnicy, bo bez Was moje marzenie o byciu pisarzem nigdy nie spełniłoby się do końca. Tak, nadal pisałbym (więcej tego nie rzucę), ale Wasza szczodrość sprawia, że oboje z Robin nie musimy „normalnie pracować”, a to znaczy, że mamy więcej czasu, żeby tworzyć historie dla Was – najprawdziwszy przykład synergizmu. Dlatego w podsumowaniu pragnę powiedzieć Wam: „Dziękuję, dziękuję, dziękuję”. Poważnie traktuję Wasze zaufanie i zawsze będę robił wszystko, co w mojej mocy, żeby tworzyć jak najlepsze książki. Mam nadzieję, że okażą się warte Waszego czasu.

A teraz przewróćcie stronę, puknijcie w ekranik albo pogłośnijcie odtwarzacz. Nowe przygody czekają i cieszę się, że będziecie nam towarzyszyć.

Michael J. Sullivan

październik 2017

Rozdział 1    We własnym interesie

Devon De Luda nie po raz pierwszy zadał sobie pytanie, czy Genevieve Hargrave, księżna Rochelle, jest zdrowa na umyśle.

– Stać! Stać! – krzyczała, waląc pięścią w dach powozu.

Rzuciła mu wściekłe spojrzenie i rozkazała:

– Każ mu się zatrzymać! – A potem wystawiła głowę przez okno i wrzasnęła na woźnicę: – Zatrzymaj te chabety, na miłość Maribora! Natychmiast!

Stangret musiał uznać, że stało się coś naglącego, bo zahamował tak gwałtownie, że Devon poleciał na ławeczkę naprzeciwko. Kiedy tylko koła się zatrzymały, a nawet odrobinę wcześniej, księżna rzuciła się do drzwi i wybiegła, podkasując suknię i stukając obcasami.

Porzucony i osłupiały Devon złapał się za stłuczone kolano. Jego obowiązki jako podskarbiego księstwa Rochelle zwykle wiązały się z monetami i banknotami. Nie cieszyło go nowe zadanie, jakim była opieka nad impulsywnym tornadem, wolał uporządkowane i przewidywalne życie. Jednak nic w mieście nie toczyło się swoim zwykłym trybem od przybycia nowej księżnej.

Możliwe, że jest przynajmniej odrobinę szalona, pomyślał. To wyjaśniałoby bardzo wiele rzeczy.

Devon zastanawiał się, czy nie poczekać po prostu w powozie, ale gdyby coś stało się księżnej, wina spadłaby na niego. Westchnął z rezygnacją i wysiadł za nią z powozu.

Zmierzch zapadł wcześnie, wiosenne dni nadal były krótkie. Tak jak dobrobytowi, porze odrodzenia nie śpieszyło się z nadejściem do Alburnu. Przestało padać, ale znad morza nadeszła wieczorna mgła, przez co nic nie zdołało wyschnąć. Bruk lśnił w świetle latarni ulicznych, świat poza powozem pachniał drewnem, dymem i rybami. Nieliczne kałuże stworzyły tor przeszkód dla nowych butów Devona. Kiedy kluczył między nimi, przytrzymywał ciaśniej kołnierz płaszcza przy szyi. W powozie nie było szczególnie ciepło, ale wieczorne powietrze okazało się przejmująco zimne. Znajdowali się w Alei Winnej, po obu stronach wznosiły się szacowne dwupiętrowe domy kupieckie. Przy krawężnikach stały dziesiątki wozów, z których emigranci sprzedawali najróżniejsze towary. Na sąsiadujących ze sobą wozach handlowano kolorowymi szalikami, haftowanymi siodłami i świeżo pieczoną wieprzowiną. Jak zawsze wśród kupujących kręciło się szemrane towarzystwo – nielicznych było stać na coś więcej niż przyglądanie się szalikom lub wąchanie wieprzowiny.

Księżna potruchtała wzdłuż szeregu kupców. Przepchnęła się przez tłum; większość ludzi przystawała i gapiła się ze zdumieniem na korpulentną damę w atłasach i perłach, która, dysząc, sunęła ulicą i stukała obcasami równie głośno jak koń podkowami.

– Wasza Książęca Mość! – De Luda pognał za nią. – Dokąd pani idzie?

Księżna nie zatrzymała się ani nawet nie zwolniła, dopóki nie dotarła do rozchwierutanego wozu z wieszakiem z ubraniami. Tam przystanęła zadyszana i spojrzała na wystawę.

– Idealna! – Księżna klasnęła w dłonie. – Ta kamizelka z atłasowym przodem i kwiecistym wzorem. Widzisz? Zupełnie nie w moim guście, sam pan rozumie, ale Leo będzie zachwycony. Wzór jest taki śmiały i żywy. I jest niebieska! Dokładnie tego potrzebuje na Święto Wiosny. W niej bez wątpienia zostanie zauważony. Każdy, kto włożyłby taką kamizelkę, musiałby wyróżnić się w tłumie.

Devon nie miał pojęcia, do kogo księżna mówi. Możliwe, że ona także nie wiedziała. W przypadku księżnej to rzadko miało znaczenie. Chociaż Devon spędzał z Jej Wysokością więcej czasu niż inni, nie widywał jej często. Księżna zwracała się do niego tylko wtedy, gdy potrzebowała porady w kwestiach skarbu księstwa, a takie okazje przydarzyły się raptem kilka razy. Chociaż ostatnio, odkąd zaangażowała się w nowe przedsięwzięcie, zdarzało się to znacznie częściej. Mimo to kilkanaście spotkań, kilka przejażdżek powozem i jedna rozmowa, może dwie, nie sprawiły, że poznał księżnę, nie mówiąc już o jej zrozumieniu. Devon wątpił, czy nawet książę rozumiał poczynania swojej nowej żony.

– Halo! Ej, ty tam! – krzyknęła do ciemnoskórego kupca z Calisu o rozbieganych oczach krętacza. Jeśli chodzi o Devona, oni wszyscy byli tacy sami. Calijczycy to pokrętne dzikusy i choć ubierają się jak cywilizowani ludzie, to nikogo tym nie zwiodą. – Halo! Ile za tę kamizelkę? Tę niebieską na wieszaku, tę z błyszczącymi mosiężnymi guzikami?

Mężczyzna uśmiechnął się lubieżnie.

– Dla pani, moja dobrodziejko, jedynie dwa złote tenenty. – Mówił z silnym, niebudzącym zaufania dalekowschodnim akcentem, dokładnie tak, jak Devon się spodziewał. To był głos wcielonego Oszustwa.

– To oburzające! – De Luda wzdrygnął się, stając za księżną.

Na tym polegał kłopot z handlarzami z wozów: oszukiwali niewinnych i niedoświadczonych. Mówili tak, jakby oferowali niewiarygodną, jedyną w życiu okazję, ale potem oszukany klient odkrywał, że brylant to tylko kwarc, a wino to ocet.

– Dam ci siedem srebrnych tenentów – odpowiedziała księżna. – Devonie, daj temu człowiekowi siedem srebrnych tenentów i...

Kupiec zmarszczył brwi i pokręcił głową.

– Za siedem srebrników znajdę dla pani ładną chusteczkę do nosa. A z tą kamizelką mogę rozstać się za złotego tenenta i osiem srebrnych.

– Wasza Książęca Mość, nie wypada, żeby księżna Rochelle targowała się na ulicy z... – De Luda spojrzał chmurnie na caliskiego kupca, czekającego na obelgę, która jednak nie padła.

Zwykle De Luda nie był nieśmiały, ale w ciągu ostatnich trzech miesięcy odkrył, że księżna nie lubi, kiedy obraża się ludzi w jej obecności, bez względu na to, jak bardzo zasłużyli sobie na przyganę.

– Nic mnie to nie obchodzi. Leo tak się ucieszy. Och, już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczy tę kamizelkę! Nie uważasz, że będzie wyglądał cudownie? – Kiedy kupiec zdjął kamizelkę z wieszaka, księżna spostrzegła jaskrawożółty płaszcz, który skrywał się dalej. – Dobry Mariborze! Spójrz na ten płaszcz! Jest jeszcze bardziej boski!

Złapała Devona za rękę i potrząsnęła nią gwałtownie, nie posiadając się z radości. Nie pierwszy raz wpadł w jej ręce, ale wiedział, że solidne potrząśnięcie jest lepsze od objęć. Księżna była znana ze swoich uścisków. Rozdawała je tak hojnie i tak gwałtownie, nawet służbie, że wiele osób uciekało jej z drogi, gdy dostrzegło ją w korytarzu Posiadłości.

– Muszę mieć obie te rzeczy. Zbliżają się urodziny Leo, a w tym płaszczu znowu poczuje się młody. Kończy czterdziestkę, sam rozumiesz, a nikt nie lubi przekraczać tego progu. Prawie popłakałam się tego ranka, kiedy kończyłam trzydziestkę. Czas dopada nas cichaczem, prawda? Wyskakuje na nas jak niedobry kot z cienia, kiedy się tego najmniej spodziewamy. Trzydziestka to rów w porównaniu z przepaścią, jaką jest czterdziestka. Ale przecież nie muszę ci tego mówić, prawda? Leo potrzebuje tej kamizelki i będzie zachwycony tym płaszczem. To nie są szaty nudnego, nic nieznaczącego czterdziestoletniego księcia, ale strój młodego i przystojnego człowieka, którego czas dopiero się zaczyna. – Księżna spiorunowała kupca wzrokiem. – Za obie rzeczy, i płaszcz, i kamizelkę, jeden złoty tenent i żadnych srebrników.

Kupiec rozłożył kamizelkę na ladzie przed nimi i pokręcił głową.

– Moja droga pani, to importowany jedwab ze wschodniego Calisu, nadzwyczajna robota. Ten materiał miesiącami jechał przez pełne panter i kobr straszliwe dżungle Gur Em. – Jego słowom towarzyszyły gesty, jakby to było przedstawienie dla dzieci; zapędził się tak bardzo, że wygiął palce jak pazury, gdy wspomniał pantery. – Wielu ludzi zginęło, żeby dostarczyć tutaj tę rzadko spotykaną i piękną tkaninę. Tylko najlepszym szwaczkom pozwala się przy niej pracować, bo niewłaściwe cięcie mogłoby zakończyć się straszliwą stratą. Pani, oczywiście, potrafi docenić umiejętności konieczne do stworzenia takiego arcydzieła, więc rozstanę się z nim za jednego złotego i sześć srebrnych tenentów oraz dwa złocisze dodatkowo za płaszcz.

Księżna przesunęła pulchną dłonią po mieniącym się materiale.

– Wątpię, ale ten wtręt na temat szwaczek robi wrażenie. – Posłała mu przyjazny uśmiech, jedyny rodzaj uśmiechu, jaki opanowała. – To zwykły jedwab pozyskiwany przez Vintu na caliskich nizinach na południowym wybrzeżu Morza Ghazel. Można go dostać w licznych tanich sklepikach w Dagestanie po pięć srebrnych dinów za jard. Czasem, zwłaszcza wiosną, można kupić belę za cztery z drobnymi. Tę kamizelkę uszyto z partii, którą najprawdopodobniej importowała Vandońska Kompania Korzenna, płacąc hurtową cenę trzech srebrników za jard. Tkanina płynęła tu krócej niż dwa tygodnie razem z innymi towarami. Pewnie, że Kompania lubi narzucać niebotyczną marżę i ten fakt niewątpliwie wpłynął na cenę, ale proszę mi tu nie mówić o panterach, kobrach i umierających ludziach.

Devon oniemiał. Nowa żona księcia Leopolda, która upierała się, żeby mówić do niej Genny, zamiast bardziej oficjalnie Genevieve, nieustannie zaskakiwała. Większość tych niespodzianek była niepokojąca i w niemałym stopniu żenująca. Jednak wiedza księżnej na temat handlu była niewątpliwie rozległa.

To nie zbiło z tropu caliskiego kupca. Zmarszczył czoło, rozłożył ręce i pokręcił głową.

– Jestem tylko biednym kupcem. Taka wielka pani nawet nie zauważy utraty paru nędznych monet. Dla mnie jednak taka transakcja może oznaczać, że będę miał tygodniami za co wykarmić żonę i moje biedne dzieci.

Po tych słowach Devon był przekonany, że kupiec wygrał. Dobrze odczytał księżnę i właściwie określił słaby punkt w jej obronach.

Genny zrobiła krok w stronę handlarza, pochyliła głowę, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, a jej zawsze obecny uśmiech stał się bardziej drwiący.

– Tu nie chodzi o pieniądze – powiedziała z błyskiem w oku. – Oboje to wiemy. Próbujesz mnie oszukać, a ja próbuję coś stargować. To gra, którą oboje kochamy. Nikt nie przekona cię, żebyś sprzedał za mniej niż minimalny zysk, i nie możesz zmusić mnie, żebym zapłaciła więcej, niż jestem skłonna. W tych zawodach jesteśmy sobie równi. Nawet nie masz rodziny, co? Gdybyś miał rodzinę, pomagałaby ci tutaj przy...

Coś wywołało poruszenie w tłumie. Mały chłopiec, chudy i brudny, śmignął wśród tłoczących się klientów. Przyciskał bochenek chleba do piersi i zręcznie przemykał przez las nóg. Okrzyk zaalarmował straż miejską i dwóch żołnierzy złapało dzieciaka, kiedy chciał przeczołgać się przez połamaną kratę ściekową. Podnieśli go, a maluch wymachiwał nogami i próbował kopać, stopy miał czarne jak smoła. Miał nie więcej niż dwanaście lat i walczył jak dziki kot – miotał się, szarpał się i gryzł. Strażnicy tłukli go, aż padł nieruchomo na bruk i tylko cicho szlochał.

– Przestańcie! – Księżna podbiegła do nich z uniesionymi rękami.

Była dużą kobietą w ogromnej sukni, więc trudno było jej nie dostrzec nawet w tłocznej Alei Winnej.

– Zostawcie to dziecko! Co wy sobie myślicie? W ogóle nie myślicie, co? Pewnie! Oczywiście! Nie bije się głodnego dziecka. Co z wami nie tak? Wytłumaczcie mi!

– To złodziej – powiedział jeden z żołnierzy, podczas gdy drugi wyciągnął rzemień i założył pętlę na lewy nadgarstek chłopca. – Straci za to rękę.

– Puśćcie go! – krzyknęła księżna, łapiąc dziecko i wyrywając je z pętli żołnierza. – Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Devon, widzisz to? Widzisz, co tu się dzieje? To oburzające! Bicie i okaleczanie dzieci tylko dlatego, że są głodne?

– Tak, Wasza Książęca Mość – odpowiedział Devon – prawo mówi... Prawo ustanowione przez twojego męża mówi, że złodziej ma stracić lewą rękę za pierwszą kradzież, prawą za drugą i głowę za trzecią.

Księżna patrzyła na niego z wyrazem twarzy, który można było opisać jedynie jako osłupiały.

– Mówisz poważnie? Leo nigdy nie byłby tak okrutny. To prawo na pewno nie dotyczy dzieci.

– Obawiam się, że przeciwnie. Nie ma wyjątków. Ci ludzie wykonują jedynie swoją pracę. Naprawdę nie powinna im pani w tym przeszkadzać.

Chłopiec schował się za jej suknią.

Strażnicy wyciągnęli ręce i znowu go złapali.

– Chwileczkę! – Księżna ich powstrzymała, kiedy dostrzegła mężczyznę w oprószonym mąką fartuchu. – To twój chleb?

Piekarz skinął głową.

– Zapłać mu, Devon.

– Słucham? – Devon się zawahał.

Położyła rękę na biodrze i zacisnęła usta. Chociaż Devon rzadko z nią współpracował, nauczył się już, co to znaczy – „Słyszałeś, co mówię!”.

Westchnął, podszedł do piekarza i otworzył sakiewkę.

– To nie zmienia faktu, że chłopak złamał prawo.

Księżna wyprostowała się na całą długość – nawet gdyby była mężczyzną, byłaby to długość znacząca, a w przypadku kobiety wydawała się wręcz zdumiewająca.

– Poprosiłam tego chłopca, żeby przyniósł mi bochenek chleba. Najwyraźniej zgubił pieniądze, które mu dałam, a ponieważ nie chciał zaniedbać obowiązków, zrobił to, co mógł. Ja tylko zwracam pieniądze, które zapodział. Ponieważ działał na moją prośbę, jeśli masz jakieś zastrzeżenia, to jedynie do mnie, nie do niego. Możesz przedstawić swoją skargę księciu. Jestem pewna, że mój drogi mąż zrobi to, co należy.

Piekarz patrzył na nią przez chwilę. Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale instynkt samozachowawczy pomógł mu powściągnąć język.

Rozejrzała się po pozostałych.

– Ktoś jeszcze? – Spiorunowała wzrokiem strażników. – Nie? W takim razie znakomicie.

Żołnierze się skrzywili, a potem się odwrócili. Kiedy Devon płacił piekarzowi, usłyszał, jak jeden z nich mruknął:

– Bimbrowniczka.

Słowo wypowiedziano cicho, ale nie dość cicho. Żołnierz chciał, żeby księżna go usłyszała.

* * *

Powóz znowu ruszył, a księżna zgarbiła się na siedzeniu. Ponieważ była dużą kobietą, a w powozie nie było dużo miejsca, tyle wystarczyło, żeby przycisnęła kolana do ławki naprzeciwko.

– To tylko dziecko. Czy oni tego nie widzą? Oczywiście, że widzą, ale co ich to obchodzi? Brutale, oto kim są. Obcięliby mu rękę, odrąbaliby ją na miejscu, pewnie na stołku kupca bławatnego. Do takiego barbarzyństwa dopuszcza się w tym mieście? Okalecza się dzieci, które umierają z głodu? Nie tak należy władać księstwem i Leo na pewno nie zdaje sobie sprawy z tego, jak niewłaściwie stosuje się jego prawa. Porozmawiam z nim, a on poprawi prawo. Przestaje dziwić, że Rochelle jest tak słabe ekonomicznie, kiedy widzi się taką głupotę. Takie kary rodzą jedynie sprzeciw w społeczeństwie. Czy chłopiec stanie się lepszym obywatelem z jedną ręką?

– To nie chłopiec – odpowiedział Devon, kołysząc się obok niej w jadącym powozie w rytm tętentu końskich kopyt.

– Co masz na myśli?

– Złodziej nie był chłopcem. Chciałem powiedzieć, nie był człowiekiem. To mir. Nie zauważyła pani szpiczastych uszu? Pewnie należy do jakiejś przestępczej organizacji. Tak działają, jak kolonia szczurów, które wloką swoje łupy z powrotem do gniazda.

– Mamy mirów też w Colnorze, Devonie. Pochodzenie chłopca niczego nie zmienia. Nadal jest nędzarzem, głodnym dzieckiem. To proste.

– Proste, powiada pani? – Devon starał się zapanować nad językiem, tak jak wcześniej piekarz.

Wolałby wprost powiedzieć, że to ona zachowała się niemądrze, nie rozumiejąc prostych rzeczy, ale wtedy za daleko by się zapędził. Księżna często załaziła mu za skórę i w efekcie za dużo mówił. Na szczęście uchodziły mu słowa, które większość ludzi o jej pozycji uznałaby za przejaw braku szacunku. Przy kimś innym już dawno straciłby język i Devon zdawał sobie sprawę, świadom ironii sytuacji, że ta sama postawa, która uratowała małego mira, działała także na jego korzyść.

– Nie żyła pani wśród nas dostatecznie długo, Wasza Książęca Mość. Nie rozumie pani Rochelle. Jak się tu mają sprawy. To nie Colnora. Tu nic nie jest proste. Mamy kłopoty typowe dla każdego dużego miasta, ale żyjemy tu ciasno upchani. To dom dla czterech odrębnych i różnych od siebie ras.

– Calijczycy nie są odrębną rasą, mają tylko inną narodowość.

– Niemniej Rochelle jest jedyne w swoim rodzaju ze względu na różnorodność, a do tego dochodzą jeszcze sztywne tradycje z minionych czasów. To miasto pogardza zmianami, jakie zaszły w ciągu stuleci. Jesteśmy jeziorem z warstwami osadów. Na dnie znajdują się mirowie i wylądowali tam nie bez powodu.

– Nie pochwalasz tego, że stanęłam w obronie dziecka?

– To był mir.

Zmarszczyła brwi.

– Pewnie myślisz też, że nie powinnam była dorzucać do tego wieprzowiny i sera, co? Wolałbyś, żebym odesłała go, poklepawszy po plecach i pomachawszy mu na pożegnanie? A jeszcze lepiej byłoby, gdybym po prostu pozwoliła, żeby go okaleczono, co? Uważasz, że skoro mirowie są niemili oku i niewyrafinowani... ponieważ nie pasują do reszty... to należy ich unikać? O to ci chodzi?

Księżna nie mówiła już o dziecku i Devon nie zamierzał wpakować się w pułapkę.

– Myślę, że powinna była pani kupić tę okropną kamizelkę i podarować mężowi.

Księżna skrzyżowała ręce na imponującej piersi i prychnęła.

– Dlaczego? Dlaczego uratowanie dziecka jest aż tak złe?

Devon pokręcił głową.

– Mirowie nie są tacy jak my, moja pani, tak samo jak krasnoludy albo Calijczycy. To dzieła innych bogów, pomniejszych bogów i nie należy im oferować przywilejów, jakimi cieszą się wybrańcy Maribora i jego syna Novrona.

– Mylisz się. Są przyszłością tego miasta! – oznajmiła z przekonaniem. – Gdyby złota pszenica rosła dziko na twojej farmie, to zadbałbyś o nią w nadziei na zyski. Tak każe zdrowy rozsądek. Kiedy człowiek jest tak zdesperowany jak my, musi korzystać ze wszystkich atutów... nie tylko z tych ładnych. – Skrzywiła się tak, że wydawało się, iż jej pulchne policzki napierają na usta. – Dlatego domyślam się, że nie pochwalasz także tego, co właśnie powiedziałam gildii kupieckiej. Trochę za późno, żeby teraz dzielić się swoim zdaniem, Devon. Masz ochotę skomentować też moje małżeństwo z Leo? Minęły dopiero trzy miesiące. Może jeszcze skłonisz go do zmiany zdania i Leo poprosi biskupa o anulowanie.

De Luda westchnął i potarł skronie.

– Po prostu próbuję wykazać, że jesteś niedoświadczona i naiwna.

– Niedoświadczona? Naiwna? – Księżna zaśmiała się serdecznie. – Dobijałam targu na pirackim statku podczas sztormu, popijając whisky. W Colnorze miałam sąsiada, który był jednym z najbardziej znanych złodziei świata. Krążyły o nim opowieści, że zrzucał konkurentów z Bursztynowego Wodospadu podczas letnich pikników. Jest jednak także doskonałym klientem, a ludzie, których zaprasza, nie są niewiniątkami, więc przymykałam oko na jego wykroczenia. A jeśli chodzi o naiwność, to czy wyglądam na młodą panienkę o różanych policzkach? – Poczekała, ale De Luda milczał. – Oczywiście, że nie. Jestem jałówką, za starą, żeby ją doić, i za twardą na ubój. Myślisz, że zdobyłam obecną pozycję dzięki ślepocie? Nie jestem ładna, nie mam wytwornych manier, zdecydowanie nie należę do wyższych sfer, jak to mawiają ludzie. Jestem Bimbrowniczką. Tak nazwał mnie ten żołnierz, prawda? Wszyscy tak mnie nazywają, zgadza się? Wiem, co sobie myślą. Zdaję sobie sprawę z szeptów na temat powodów, dla których Leo mnie wybrał. Cóż, słyszałam gorsze rzeczy, możesz mi wierzyć. Jestem kobietą. My zawsze mamy za sobą gorsze rzeczy. Tutejsi eleganci w wykrochmalonych koszulach i obcisłych rajtuzach to puch marny w porównaniu z tym, z czym miewałam do czynienia.

Devon wziął jeden głęboki wdech, potem drugi.

– Miałem tylko na myśli pani naiwność w podejściu do tradycji panujących w Alburnie, a w szczególności w Rochelle. To skomplikowane i niebezpieczne miasto. Pani Colnora to wolna i otwarta metropolia, gdzie kupcy obnoszą się ze swoją niezależnością. Rochelle jest stare, przeludnione i zdławione przez tradycję i biurokrację. To miasto pełne ukrytych miejsc i mrocznych sekretów. Zbyt wielu sekretów. I nie wybacza błędów. My nadal wierzymy w tradycyjne sposoby i potwory ze starożytnego świata. Ujrzawszy pani zainteresowanie niebieską kamizelką, domyśliłem się, że słyszała pani o naszym morderczym duchu.

– W moim mieście też nie brakuje strachów. Osobiście przeżyłam całe lato w mieście sterroryzowanym przez makabryczne morderstwa, których ofiarami padali zarówno biedni, jak i bogaci.

– Mordercą był człowiek?

– A któż by inny?

Devon skinął głową.

– W wielu miejscach przesądy to tylko wyraz nawyków. W Colnorze na przykład, kiedy ktoś rzuca garstką soli przez ramię po tym, jak coś przypadkiem rozlał, nie spodziewa się, że naprawdę podkrada się do niego demon.

– Próbujesz mi powiedzieć, że w Rochelle prawdziwe demony podkradają się do ludzi? – Uniosła brwi i uśmiechnęła się krzywo. – Mają kły i nietoperze skrzydła? Plują ogniem?

– Mówię tylko, że mądrzy ludzie pozostają w domach po zmroku i ubierają dzieci na niebiesko, żeby odgonić zło. Mimo to obywatele tego miasta giną okaleczeni, ostatnio co rusz. Mity aż nazbyt często mają swoje korzenie w prawdzie, a my...

Powóz zatrzymał się gwałtownie. Nie przekroczyli jeszcze mostu prowadzącego do Posiadłości.

– Dlaczego...

Drzwi po stronie Devona otworzyły się z impetem. Wpadło zimne powietrze, wilgotne i lepkie. W ciemności podskarbi zobaczył dwoje okrutnych, złowrogich oczu. Wzdrygnął się, odsunął, chciał uciekać, ale nie miał dokąd. Nadal w uszach mu dzwoniło od wrzasku księżnej, gdy umierał.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Już to mówiłem, ale można to powtórzyć: potrzeba bardzo wielu ludzi, żeby wyprodukować coś takiego jak powieść. Zważywszy, że zarabiam na życie pisaniem, spodziewalibyście się, że będę w stanie w pełni wyrazić swoją wdzięczność, ale słowa zawodzą mnie w takich chwilach. „Dziękuję” to za mało, a głębia mojej wdzięczności może rywalizować z Rowem Mariańskim.

Jak zawsze w pierwszej kolejności dziękuję mojej żonie, Robin. Ze wszystkich książek, jakie nasuwają mi się na myśl, w tej najwięcej zmian zawdzięczam jej uwagom po pierwszej lekturze szkiców. Nie tylko zwróciłam mi uwagę na problemy, ale też podsunęła rozwiązania nie dość, że pomysłowe, to jeszcze wnikliwe. Nasze „dyskusje” często były głośne, zawsze namiętne, ale wypływały z tego samego – pragnienia, żeby to była jak najlepsza książka. Myślę, że całkiem dobrze nam się nad nią pracowało. Książka zyskała o wiele bardziej satysfakcjonujące zakończenie od tego, które początkowo stworzyłem, a jeśli jesteście związani z Kickstarterem albo należycie do grupy, która przeglądała wersję roboczą, to macie pewne pojęcie o tym, jak ciężko pracuje moja żona. Nie widzieliście jednak, ile pracy włożyła w tę książkę, zanim trafiła ona w czyjekolwiek ręce. Jej poprawki udoskonaliły powieść w stopniu, jakiego nigdy nie osiągnąłbym, pracując samemu, więc wszyscy jesteśmy jej dłużnikami.

A skoro już mowa o redakcji, to chcę podziękować niesamowitym redaktorom za ich niezwykły talent – Laurze Jorstad i Lindzie Branam. Obie redagowały wiele moich książek. Laura pracowała przy „Hollow World”, „Śmierci Dulgath, „Age of Myth” i „Age of Sword”. Linda pomagała przy „Śmierci Dulgath”, „Age of Myth”, „Age of Sword” i będzie redagowała „Age of War”. Tylko niewielka grupa ludzi wie, jaka istnieje różnica między moimi oryginalnymi pracami a tym, co ostatecznie zostaje wydane. Oni ratują mnie przed wyjściem na głupca, sprzątają po mnie i robią to z prawdziwym profesjonalizmem. To dla mnie zaszczyt, mieć ich w swojej ekipie, i ogromnie jestem im za to wdzięczny.

I tu gładko przejdziemy do czytelników wersji roboczej! Ponad dwadzieścia pięć osób podzieliło się swoimi odczuciami, a także oceniło poszczególne rozdziały i odpowiedziało na pytania w kwestionariuszu. Ostatecznie mieliśmy ponad 2100 ocen 525 rozdziałów! Dzięki wysiłkom Robin książka miała naprawdę dopracowaną strukturę, ale zawsze można coś poprawić i uwagi czytelników wersji roboczej przyczyniły się do ulepszenia wielu kluczowych scen. Wychwycili nawet rażąco niedomknięty wątek, który umknął zarówno Robin, jak i mnie, dzięki czemu zdołałem go stosownie domknąć. Nie ma tu dość miejsca, żeby wchodzić w szczegóły, ale mamy nadzieję napisać e-book „Making of the Disappearnace of Winter’s Daughter” (coś podobnego zrobiliśmy przy okazji „Śmierci Dulgath” i „Age of Swords”). Jeśli nam się uda, będzie dostępny dla wszystkich zainteresowanych zakulisowymi aspektami pracy nad książką. Wystarczy, że napiszecie na adres michael@michaelsullivan-author.com, a dostaniecie kopię. Wpiszcie do tematu e-maila Making of... (i dalej tytuł właściwej książki), a natychmiast dostarczymy Wam to, czego potrzebujecie. Dziękujemy wszystkim czytelnikom wersji roboczej. Niektórzy nie życzyli sobie, żeby ich wymieniać, więc tu wspomnimy jedynie: Amy Lesniak Briggs, Michaela Jaya Brunta, Jeffreya Carra, Craiga Cato, Beverly Collie, Buffy Curtis, Marie-Louise Faering, Cathy Fox, Sheri L Gestring, Julianne Gaston, Chrisa Haughta, Craiga T. Jacksona, Toby’ego Johnsona, Evelyn Keeley, Stephena Kafkasa, Sarah i Nathaniela Kiddów, Franka Kincella, Jamie’ego McCullougha, Elizabeth Ocskay, Christinę Pilkington, Slobodana Rakovica, Beth Rosser, Melanie Sanderson, Jeffreya Schwarza, Laurie Swensen, Scotta Vout oraz Sarah Webb.

Oprócz „czytelników beta” – oceniających wersję roboczą – mieliśmy jeszcze „czytelników gamma”. Kim są? Możecie ich uznać za ostatnią linię obrony. Otrzymują książkę po wprowadzeniu zmian zasugerowanych przez „czytelników beta”, na ostatnim etapie prac redakcyjnych. Ich zadaniem jest wychwycić wszelkie wpadki, jakie umknęły nam wcześniej. „Czytelnikiem gamma” w przypadku tej powieści był Chris McGrath. Nie dość, że znalazł wiele literówek i błędów gramatycznych, to jeszcze wskazał kilka poważniejszych problemów, które zdołaliśmy naprawić przed drukiem.

A teraz czas na pozostałych, których nie mogę pominąć. Po raz kolejny skorzystaliśmy z niezwykłego talentu plastycznego Marca Simonettiego przy tworzeniu okładki. Jeśli nie znacie jego prac, koniecznie się z nimi zapoznajcie. Nie dość, że stworzył okładki do sześciu moich książek, to jeszcze stworzył niesamowite rzeczy między innymi do „Kronik Królobójcy” Patricka Rothfussa, „Pieśni lodu i ognia” George’a R.R. Martina, serii „Z mgły zrodzony” Brandona Sandersona i cyklu „Świata Dysku” Terry’ego Pratchetta. Odpowiada za okładki do francuskich wydań „Królewskiej krwi”, „Wieży elfów” i „Nowego imperium”. Jeśli chodzi o rynek anglojęzyczny, pracował nad okładkami do „Hollow World”, „Śmierci Dulgath”, „Age of Myth”, „Age of Swords” i „Age of War”.

Prawa do audiobooka zakupił Lee Jarit z Audible Studios. Zawsze był wielkim fanem moich prac i odwalił kawał świetnej roboty przy okazji „Śmierci Dulgath”. Przed wypuszczeniem „Zniknięcia córki Wintera” awansował na nowe stanowisko, dlatego trafiliśmy pod opiekę Kristen Lang. Nie będę kłamać, utrata Lee jako naszego orędownika była dużym ciosem, ale po spotkaniu z Kristen wiedzieliśmy, że trafiliśmy w dobre ręce. Zainteresowała się nawet moim nowym cyklem i wszyscy jesteśmy podekscytowani tym projektem. A wracając do „Zniknięcia córki Wintera”, Kristen wspaniale zadbała o naszą książkę i dopilnowała, żeby ludzie z marketingu stosownie się nią zajęli. Piszę to, zanim jeszcze to wszystko się wydarzyło, ale jestem pewien, że promocja wypadnie świetnie.

Dobrze, już prawie kończę... Ostrzegałem, że opublikowanie powieści wymaga wysiłku wielu ludzi. Na końcu pragnę podziękować fenomenalnemu Timowi Gerardowi Reynoldsowi. Tu już dwunasta książka, przy której współpracujemy z Timem, i bez względu na to, ile razy mu dziękuję i go wychwalam, nadal nie potrafię ująć w słowach tego, co czujemy z Robin. Dziękujemy Ci, Tim. Dziękujemy, dziękujemy, dziękujemy. Niech Twoja gwiazda błyszczy coraz jaśniej, ale znajdź czas na nagrywanie moich książek!

Jak widzicie, moja ekipa nabrała kształtu i wspomaga mnie już od dawna. Większość moich współpracowników to ci sami ludzie, którzy pracowali dla tradycyjnych wydawców, a których wynająłem do tego projektu. Kiedy natrafiam na świetnych ludzi, staram się dobrze ich traktować i podsyłać im pracę. Mam nadzieję, że są tak samo jak ja zadowoleni z tego, jaki ostatecznie kształt przybrała ta książka. Myślę, że wyszła niezgorsza... czy raczej: wyszła niezgorzej? Lindo, Lauro, wybaczcie, nie mogłem się oprzeć pokusie.