Zdradziecki plan. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 5 - Michael J. Sullivan - ebook

Zdradziecki plan. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 5 ebook

Michael J.Sullivan

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Skrząca się od przygód i akcji historia duetu niezwykłych złodziei, Royce’a i Hadriana.Nacjonaliści przegrali, a władze Nowego Imperium planują uczcić swoje zwycięstwo wyjątkowo krwawą ceremonią. W dniu święta zimonaliów księżniczka Arista zostanie zmuszona do małżeństwa, po czym przydarzy się jej nieszczęśliwy wypadek. Odbędzie się także podwójna egzekucja – kat straci słynną wiedźmę z Melengaru oraz spadkobiercę Novronu.Nowym władcom wydaje się, że ich triumf jest całkowity. Nie wzięli jednak pod uwagę, że ich plan może się nie spodobać pewnym dwóch złodziejom. Royce i Hadrian po raz kolejny uratują swoją ojczyznę. Miecze i sztylety pójdą w ruch!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 359

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1. Aquesta

Roz­dział 1

Aqu­esta

Nie­któ­rzy są zręczni, inni mają szczę­ście, ale w tym momen­cie Mince zro­zu­miał, że nie zali­cza się ani do jed­nych, ani do dru­gich. Nie zdo­ław­szy prze­ciąć rze­my­ków sakiewki kupca, zamarł, wciąż pod­trzy­mu­jąc jedną ręką wore­czek. Wie­dział, że kodeks zło­dziei kie­szon­ko­wych dopusz­cza wyko­na­nie tylko jed­nej próby i już wcze­śniej wyco­fał się posłusz­nie i wmie­szał w tłum po dwóch nie­uda­nych podej­ściach. Trze­cie nie­po­wo­dze­nie ozna­czało, że nie dadzą mu kolej­nego posiłku, a Mince był zbyt głodny, żeby teraz się pod­dać.

Trzy­mał ręce pod płasz­czem kupca i cze­kał. Męż­czy­zna niczego nie zauwa­żył.

Powi­nie­nem spró­bo­wać jesz­cze raz?

To była sza­lona myśl, ale pusty żołą­dek zło­dzieja wziął górę nad roz­sąd­kiem. W chwili despe­ra­cji Mince zigno­ro­wał nakaz zacho­wa­nia ostroż­no­ści. Rze­mień wyda­wał się dziw­nie gruby. Gdy zło­dziej go prze­rżnął, poczuł, że kiesa jest odcięta, ale coś było nie tak, jak powinno. Bar­dzo szybko zro­zu­miał swój błąd. Zamiast rze­my­ków prze­ciął kup­cowi skó­rzany pas, który z syczą­cym odgło­sem zsu­nął się z brzu­cha tłu­ścio­cha i wraz z przy­piętą doń bro­nią spadł na bruk.

Mince wstrzy­mał oddech i znie­ru­cho­miał, gdy w myślach prze­mknęło mu dzie­sięć lat jego mar­nego życia.

„Ucie­kaj!” – wrza­snął głos w jego gło­wie, gdy Mince uświa­do­mił sobie, że za chwilę jego ofiara…

Kupiec się odwró­cił. Męż­czy­zna był duży i tłu­sty, z obwi­słymi policz­kami zaczer­wie­nio­nymi od zimna. Dostrze­gł­szy sakiewkę w ręku Mince’a, otwo­rzył sze­roko oczy.

– Hej, ty!

Kupiec się­gnął po szty­let i na jego twa­rzy odma­lo­wał się wyraz zdzi­wie­nia, gdy go nie zna­lazł. Szu­ka­jąc swo­jej dru­giej broni, dostrzegł, że leży obok szty­letu na ulicy.

Mince poszedł po rozum do głowy i rzu­cił się do ucieczki. Zdrowy roz­są­dek pod­po­wia­dał mu, że naj­lep­szą metodą ucieczki przed roz­sier­dzo­nym olbrzy­mem jest zna­le­zie­nie wąskiego przej­ścia, przez które gru­bas się nie prze­ci­śnie. Zanur­ko­wał pod wóz z piwem przed gospodą Błę­kitny Łabędź i prze­śli­zgnął się na drugą stronę. Szybko wstał i ruszył pędem w stronę zaułka, przy­ci­ska­jąc nóż i sakiewkę do piersi. Świeży śnieg utrud­niał mu bieg i chło­pak pośli­zgnął się, gdy skrę­cał za róg.

– Łapać zło­dzieja!

Krzyki dobie­gały z więk­szej odle­gło­ści, niż się spo­dzie­wał.

Mince biegł dalej. W końcu dotarł do stajni i prze­szedł mię­dzy bel­kami ogro­dze­nia, za któ­rym leżała sterta zwie­rzę­cych odcho­dów. Wycień­czony przy­kuc­nął, opie­ra­jąc się ple­cami o ścianę po dru­giej stro­nie. Wsu­nął nóż za pas i wło­żył sakiewkę pod koszulę. Pokaźny trzos two­rzył wyraźne wybrzu­sze­nie. Dysząc mię­dzy paru­ją­cymi odcho­dami, usi­ło­wał usły­szeć cokol­wiek poza łomo­tem w uszach.

– Tu jesteś! – krzyk­nął Elbri­ght, zatrzy­mu­jąc się z pośli­zgiem i chwy­ta­jąc się płotu. – Ale z cie­bie idiota. Zwy­czaj­nie tam sta­łeś i cze­ka­łeś, aż gruby dureń się odwróci. Jesteś kre­ty­nem, Mince. Nic dodać, nic ująć. Naprawdę nie mam poję­cia, czemu zawra­cam sobie głowę, pró­bu­jąc cię cze­goś nauczyć.

Mince i pozo­stali chłopcy mówili na trzy­na­sto­let­niego Elbri­ghta „Stary”. W ich nie­wiel­kim gro­nie tylko on nosił praw­dziwy płaszcz, który miał wybla­kły szary kolor i był spi­nany zma­to­wiałą meta­lową bro­szą. Elbri­ght był naj­by­strzej­szy i naj­bar­dziej uta­len­to­wany z nich i Mince nie chciał go zawieść.

Po chwili zja­wił się roze­śmiany Brand i sta­nął obok Elbri­ghta przy pło­cie.

– To nie jest zabawne – skar­cił go Stary.

– Ale… on… – Brand nie zdo­łał dokoń­czyć, śmie­jąc się do roz­puku.

Brand, tak jak pozo­stali dwaj, był brudny, chudy i ubrany w źle dobrane rze­czy o róż­nych roz­mia­rach. W fał­dach pod­wi­nię­tych noga­wek jego zbyt dłu­gich spodni zbie­rał się śnieg. Tylko tunika leżała na nim, jak należy. Była wyko­nana z zie­lo­nego bro­katu obla­mo­wa­nego dosko­nałą miękką skórą i zapi­nana z przodu na mister­nie rzeź­bione drew­niane zapinki. Chło­pak był młod­szy o rok od Sta­rego, odro­binę wyż­szy i tro­chę szer­szy. W nie­for­mal­nej hie­rar­chii gangu Brand stał na dru­gim miej­scu – pod­czas gdy Elbri­ght odpo­wia­dał za pla­no­wa­nie, jemu przy­pa­dła rola osiłka. Kine, ostatni czło­nek grupy, zaj­mo­wał trze­cie miej­sce, ponie­waż był naj­lep­szym kie­szon­kow­cem. Tym samym Mince bez­sprzecz­nie stał naj­ni­żej w hie­rar­chii. Tak samo pla­so­wał się pod wzglę­dem postury, bo mie­rzył led­wie metr dwa­dzie­ścia, a ważył nie­wiele wię­cej od zmo­kłego kota.

– Prze­stań, dobra? – wark­nął Stary. – Pró­buję cze­goś nauczyć dzie­ciaka. O mało co nie zgi­nął. To było głu­pie – ni mniej, ni wię­cej.

– Ja uwa­żam, że genialne. – Brand prze­stał się śmiać, żeby wytrzeć oczy. – Pew­nie, że to był kre­ty­nizm, ale i tak wiel­kie wido­wi­sko. Jak Mince tak stał i mru­gał, a facet szu­kał swo­jej broni, tylko że jej tam nie było, bo mały debil odciął faciowi cały pie­przony pas! A potem… – Brand usi­ło­wał powstrzy­mać się od kolej­nego wybu­chu śmie­chu. – Naj­lep­sze było to, że zaraz po ucieczce Mince’a tłu­sty drań chciał go gonić, a tu nagle spa­dły mu por­tki i wyło­żył się jak długi. Bam. W samym rynsz­toku. Na Mara, co za ubaw!

Elbri­ght pró­bo­wał zacho­wać surową powagę, ale rela­cja Branda wzbu­dziła u wszyst­kich śmiech.

– W porządku, wystar­czy. – Elbri­ght opa­no­wał się i prze­szedł do kon­kre­tów. – Obej­rzyjmy łup.

Mince wyjął sakiewkę i z sze­ro­kim uśmie­chem podał ją Sta­remu.

– Ciężka – oświad­czył z dumą.

Elbri­ght otwo­rzył wore­czek i zmarsz­czył brwi, przy­glą­da­jąc się zawar­to­ści.

– Same mie­dziaki.

Brand i Elbri­ght spoj­rzeli na sie­bie roz­cza­ro­wani i chwi­lowa eufo­ria Mince’a minęła.

– Była ciężka – powie­dział powtór­nie, głów­nie do sie­bie.

– Co teraz? – spy­tał Brand. – Damy mu jesz­cze jedną szansę?

Elbri­ght pokrę­cił głową.

– Nie. I wszy­scy będziemy musieli przez jakiś czas omi­jać plac Kościelny. Za wielu ludzi widziało Mince’a. Prze­nie­siemy się bli­żej bram. Możemy obser­wo­wać przy­jezd­nych i liczyć na szczę­ście.

– Czy chcesz… – zaczął Mince.

– Nie. Oddaj mi nóż. Następny w kolejce jest Brand.

Chłopcy pobie­gli truch­tem w stronę pała­co­wych murów, podą­ża­jąc szla­kiem, który patrole wydep­tały rano w świe­żym śniegu. Zato­czyli koło na wschód i weszli na plac Impe­rialny. Ludzie z całego Avrynu zjeż­dżali się na zimo­na­lia i na placu głów­nym można było liczyć na wiele poten­cjal­nych oka­zji.

– Tam. – Elbri­ght wska­zał w stronę bramy mia­sta. – Tamci dwaj. Widzi­cie ich? Jeden wysoki, drugi niż­szy.

– Wyglą­dają jak pół­tora nie­szczę­ścia – oce­nił Mince.

– I są wycień­czeni – dodał Brand.

– Praw­do­po­dob­nie jechali przez całą noc w zamieci – powie­dział Elbri­ght z chci­wym uśmie­chem. – Do dzieła, Brand, wytnij stary dobry numer ze sta­jen­nym. A ty, Mince, patrz, jak to się robi. To może być twoja ostat­nia szansa, bo nie masz za grosz talentu do odci­na­nia sakie­wek.

***

Royce i Hadrian wje­chali na plac Impe­rialny na zmar­z­nię­tych koniach. Opa­tu­leni przed chło­dem, wyglą­dali jak duchy spo­wite w śnieżne koce. Choć wło­żyli na sie­bie wszyst­kie rze­czy, które posia­dali, byli źle przy­go­to­wani na zimową jazdę dro­gami, a jesz­cze mniej na prze­kra­cza­nie gór­skich prze­łę­czy dzie­lą­cych Rati­bor od Aqu­esty. Cało­nocna śnie­życa tylko pogor­szyła ich trudną sytu­ację. Gdy zatrzy­mali konie, Royce dostrzegł, że Hadrian chu­cha w zło­żone dło­nie. Żaden z nich nie miał ręka­wic zimo­wych. Hadrian owi­nął palce paskami podar­tego koca, nato­miast Royce posta­no­wił wsu­nąć ręce w rękawy. Widok wła­snych przed­ra­mion bez dłoni zanie­po­koił Royce’a, ponie­waż przy­po­mniał mu o sta­rym czar­no­księż­niku. Obaj dowie­dzieli się szcze­gó­łowo o jego śmierci, gdy prze­jeż­dżali przez Rati­bor. Zamor­do­wany późno w nocy Esra­had­don został uci­szony na zawsze.

Chcieli kupić ręka­wiczki, ale zaraz po dotar­ciu do Rati­boru zoba­czyli ogło­sze­nia o rychłej egze­ku­cji przy­wódcy nacjo­na­li­stów. Wła­dze impe­rium zamie­rzały publicz­nie spa­lić Degana Gaunta w impe­rial­nej sto­licy Aqu­eście w ramach uro­czy­sto­ści zimo­na­lio­wych. Po wielu mie­sią­cach, które Hadrian i Royce spę­dzili na morzu i w dżun­glach, szu­ka­jąc Gaunta, ujrze­nie nazwi­ska Degana na ogło­sze­niach przy­bi­tych do drzwi wszyst­kich gospód w mie­ście było zarówno cio­sem, jak i bło­go­sła­wień­stwem. W oba­wie przed tym, że jakieś nowe nie­szczę­ście może unie­moż­li­wić im spo­tka­nie z przy­wódcą nacjo­na­li­stów, wyru­szyli wcze­śnie rano, sporo czasu przed otwar­ciem skle­pów.

Royce odwi­nął szal, odrzu­cił kap­tur do tyłu i się rozej­rzał. Pokryty śnie­giem pałac zaj­mo­wał całą połu­dniową stronę placu, nato­miast sklepy i sprze­dawcy roz­lo­ko­wali się na pozo­sta­łym tere­nie. Kuśnie­rze pre­zen­to­wali obszyte pele­ryny i kape­lu­sze. Szewcy ofe­ro­wali prze­chod­niom nasma­ro­wa­nie butów olej­kiem. Pie­ka­rze kusili podróż­nych her­bat­ni­kami w kształ­cie płat­ków śniegu i ciast­kami posy­pa­nymi cukrem pudrem.

I wszę­dzie kolo­rowe trans­pa­renty zapo­wia­dały nad­cho­dzące święto.

Gdy Royce zsiadł z konia, od razu pod­biegł do niego chło­piec.

– Odpro­wa­dzić konie, pano­wie? Noc w stajni tylko za jed­nego srebr­nego od sztuki. Sam je wyszczot­kuję i dopil­nuję, żeby dostały dobry owies.

Zsiadł­szy z konia i zdjąw­szy kap­tur, Hadrian uśmiech­nął się do chłopca.

– A zaśpie­wasz im koły­sankę na dobra­noc?

– Jasna sprawa, panie – odparł nie­zwłocz­nie chło­pak. – Będzie to pana kosz­to­wało dodat­kowo dwa mie­dziaki, ale mam świetny głos, poważ­nie.

– Każda staj­nia w mie­ście przyj­mie konia na noc za pięć mie­dzia­ków – rzu­cił zaczep­nie Royce.

– Ale nie w tym mie­siącu, panie. Przed trzema dniami zaczęły obo­wią­zy­wać ceny zimo­na­liowe. Staj­nie i pokoje szybko się zapeł­niają. Zwłasz­cza w tym roku. Mają pano­wie szczę­ście, że wcze­śnie tu przy­byli. Za dwa tygo­dnie konie będą trzy­mane za bud­kami myśliw­skimi na polach. Jedyne dostępne miej­sca do spa­nia pozo­staną na kle­pi­skach, gdzie ludzie będą stło­czeni jak drew­niane bale na sto­sie za pięć srebr­nych od łebka. Ja wiem, gdzie są naj­lep­sze miej­sca i naj­niż­sze ceny w mie­ście. Jeden srebrny to teraz dobra cena. Za kilka dni trzeba będzie pła­cić dwa razy tyle.

Royce przyj­rzał mu się bacz­nie.

– Jak się nazy­wasz?

– Nazy­wają mnie Brand Śmiały. – Wypro­sto­wał się, popra­wia­jąc koł­nierz tuniki.

Hadrian zachi­cho­tał i spy­tał:

– A to dla­czego?

– Bo ni­gdy nie wyco­fuję się z walki, sir.

– To stąd ta tunika? – zapy­tał Royce.

Chło­pak spoj­rzał w dół, jakby pierw­szy raz dostrzegł swój ele­gancki strój.

– Ten stary łach? W domu mam pięć ład­niej­szych. Noszę tę szmatę tylko po to, żeby nie prze­mo­czyć sobie tam­tych na śniegu.

– No cóż, Brand, myślisz, że możesz zapro­wa­dzić nasze konie do karczmy Baileya przy Hall i Coswall i zała­twić dla nich miej­sce w tam­tej­szej stajni?

– Pew­nie, że mógł­bym, sir. Dodam, że to świetny wybór. Gospodę pro­wa­dzi zacny wła­ści­ciel, który daje uczciwe ceny. Sam chcia­łem zapro­po­no­wać wła­śnie to miej­sce.

Royce uśmiech­nął się do niego z wyż­szo­ścią. Spoj­rzał na dwóch chłop­ców, któ­rzy stali kawa­łek dalej i uda­wali, że nie znają Branda. Royce ski­nął na nich ręką, żeby pode­szli. Wyda­wało się, że mło­dzieńcy się wahają, ale gdy powtó­rzył gest, nie­chęt­nie się zbli­żyli.

– Jak się nazy­wa­cie? – spy­tał.

– Elbri­ght, sir – odparł wyż­szy. Był star­szy od Branda i nosił nóż scho­wany pod płasz­czem. Royce domy­ślił się, że to przy­wódca grupy i że to on wysłał Branda do ode­gra­nia kome­dii.

– Mince, sir – przed­sta­wił się drugi chło­piec, który wyglą­dał na naj­młod­szego. Widać było, że włosy nie­dawno mu przy­cięto tępym nożem. Nosił popla­mione, zno­szone łach­many z wełny. Za krót­kie rękawy i nogawki odsła­niały jasno­ró­żową skórę nad­garst­ków i goleni. Z całego stroju naj­bar­dziej paso­wała mu poroz­dzie­rana torba z tka­niny, którą zawie­sił na ramie­niu. Takim samym mate­ria­łem owi­nął stopy i obwią­zał go wokół kostek sznur­kiem.

Hadrian przej­rzał swój ekwi­pu­nek na koniu, wziął miecz dwu­ręczny i wsu­nął go do pochwy, którą nosił pod płasz­czem na ple­cach.

Royce dał pierw­szemu chłopcu dwa srebrne tenenty, po czym zwró­cił się do całej trójki:

– Brand odpro­wa­dzi nasze konie do stajni u Baileya i zare­zer­wuje nam pokój, a wy w tym cza­sie odpo­wie­cie na kilka pytań.

– Ale… aa… sir, my nie możemy – zaczął Elbri­ght, ale Royce go zigno­ro­wał.

– Po powro­cie Branda z kwit­kiem od Baileya zapłacę każ­demu z was po srebr­nym tenen­cie. Jeśli wasz kom­pan nie wróci, jeśli uciek­nie i sprzeda konie, pode­rżnę wam gar­dła i powie­szę was za nogi na pała­co­wej bra­mie. Pocze­kam, aż wasza krew ściek­nie do wia­dra, a potem nama­luję nią napis infor­mu­jący miesz­kań­ców mia­sta, że Brand Śmiały to konio­krad. Póź­niej go wytro­pię z nie­wielką pomocą impe­rial­nego straż­nika i innych zna­jo­mych, któ­rych mam w Aqu­eście, i dopil­nuję, żeby jego spo­tkało to samo. – Rzu­cił chłopcu groźne spoj­rze­nie. – Rozu­miemy się, Brand?

Trzej mło­dzi przy­ja­ciele gapili się na niego z roz­dzia­wio­nymi gębami.

– Na Mara! Nie bar­dzo ufa pan ludziom, prawda, sir? – ode­zwał się Mince.

Royce uśmiech­nął się zło­wiesz­czo.

– Zare­zer­wuj pokój na nazwi­ska Grim i Bal­dwin. Ruszaj, Brand, ale wra­caj szybko. Prze­cież nie chcesz, żeby twoi kole­dzy się zamar­twiali.

Brand ruszył, by odpro­wa­dzić konie, a pozo­stali chłopcy podą­żali za nim wzro­kiem. Gdy się obej­rzał, Elbri­ght pokrę­cił nie­znacz­nie głową.

– A teraz powiedz­cie, co zapla­no­wano na tego­roczne zimo­na­lia.

– Cóż… – zaczął Stary. – Przy­pusz­czam, że to będą naj­bar­dziej pamiętne zimo­na­lia od stu lat, bo odbę­dzie się ślub impe­ra­torki i tak dalej.

– Ślub? – spy­tał Hadrian.

– Tak, sir. Myśla­łem, że wszy­scy o tym wie­dzą. Zapro­sze­nia roze­słano kilka mie­sięcy temu i zewsząd zjeż­dżają się boga­cze, nawet kró­lo­wie i kró­lowe.

– Kogo poślubi? – spy­tał Royce.

– Lorda Ethel­reda – odrzekł z prze­ką­sem Mince.

– Przy­mknij się, Mince – powie­dział ści­szo­nym gło­sem Elbri­ght.

– To gad.

Elbri­ght wark­nął i trzep­nął go w ucho.

– Przez takie gada­nie możesz skoń­czyć na szu­bie­nicy – postra­szył młod­szego kolegę, po czym odwró­cił się do Royce’a i Hadriana i wyja­śnił: – Mince pod­ko­chuje się w impe­ra­torce. Nie podoba mu się, że stary król bie­rze z nią ślub i tak dalej.

– Ona jest jak bogini, poważ­nie – oświad­czył Mince z roz­ma­rzo­nym wzro­kiem. – Raz ją widzia­łem. Wsze­dłem na dach, żeby lepiej widzieć, kiedy prze­ma­wiała zeszłego lata. Lśniła jak gwiazda, poważ­nie. Na Mara, jest piękna. Widać, że jest córką Novrona. W życiu nie widzia­łem takiej ład­nej osoby.

– Wła­śnie to mia­łem na myśli. Mince ma lek­kiego fioła na punk­cie impe­ra­torki – powie­dział Stary prze­pra­sza­ją­cym tonem. – Chło­pak musi przy­wyk­nąć do tego, że znów będzie rzą­dził regent Ethel­red. Wła­ści­wie to wcale nie prze­stał rzą­dzić, bo impe­ra­torka jest chora i tak dalej.

– Zra­niła ją bestia, którą zabiła na pół­nocy – wyja­śnił Mince. – Impe­ra­torka Modina umie­rała od tru­ci­zny i zewsząd przy­jeż­dżali uzdro­wi­ciele, ale żaden nie potra­fił jej pomóc. Póź­niej regent Sal­dur modlił się przez sie­dem dni i nocy bez jedze­nia i picia. Mari­bor obja­wił mu, że czy­ste serce mło­dej słu­żą­cej o imie­niu Ami­lia z doliny Tarin ma moc ule­cze­nia impe­ra­torki. I tak się stało. Lady Ami­lia opie­ko­wała się impe­ra­torką i robiła to tak dobrze, że Modina wyzdro­wiała.

Wziął oddech. Oczy mu się roz­pro­mie­niły, a na jego twa­rzy wykwitł uśmiech.

– Mince, wystar­czy – powie­dział Elbri­ght.

– A to tu po co? – spy­tał Royce, wska­zu­jąc na odkrytą try­bunę, którą budo­wano na środku placu. – Prze­cież to nie tu urzą­dzą uro­czy­stość, prawda?

– Ślub odbę­dzie się w kate­drze. Te ławki są dla ludzi oglą­da­ją­cych egze­ku­cję. Zosta­nie stra­cony przy­wódca bun­tow­ni­ków.

– Tak, o tym już sły­sze­li­śmy – powie­dział cicho Hadrian.

– A więc przy­je­cha­li­ście zoba­czyć egze­ku­cję?

– Mniej wię­cej.

– Już wybra­łem nasze miej­sca – powie­dział Elbri­ght. – Dzień wcze­śniej wyślę Mince’a w nocy, żeby je dla nas zajął.

– Czemu to ja mam iść? – poża­lił się Mince.

– Brand i ja musimy zanieść wszyst­kie rze­czy. Ty jesteś za mały, a Kine wciąż cho­ruje, więc musisz…

– Ale ty masz płaszcz, a tam będzie zimno.

Chłopcy dalej się spie­rali, ale Royce zoba­czył, że Hadrian już nie słu­cha. Przy­ja­ciel lustro­wał pała­cowe bramy, mury i fron­towe wej­ście. Hadrian liczył straż­ni­ków.

***

Pokoje u Baileya wyglą­dały tak samo jak we wszyst­kich innych gospo­dach – były małe i nija­kie, z wytartą drew­nianą pod­łogą i stę­chłym zapa­chem. Przy kominku stał stos drewna opa­ło­wego, ale ni­gdy nie wystar­czało go na całą noc. Jeśli klienci chcieli mieć cie­pło przez cały czas, byli zmu­szeni kupo­wać dodat­kowe drewno za nie­bo­tyczne ceny. Royce jak zwy­kle zro­bił obchód, okrą­ża­jąc budy­nek, zwra­ca­jąc uwagę na twa­rze, które poja­wiały się zbyt wiele razy. Wró­cił do pokoju prze­świad­czony, że nikt nie zauwa­żył ich przy­jazdu – przy­naj­mniej nikt ważny.

– Pokój numer osiem. Jest tu pra­wie od tygo­dnia – powie­dział Royce.

– Czemu przy­je­chał tak wcze­śnie? – zdzi­wił się Hadrian.

– Gdy­byś miesz­kał w klasz­to­rze przez dzie­sięć mie­sięcy w roku, nie jechał­byś na zimo­na­lia naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe?

Hadrian wziął swoje mie­cze i obaj przy­ja­ciele poszli kory­ta­rzem. Royce pomaj­stro­wał przy zamku wybla­kłych drzwi i je otwo­rzył. Po dru­giej stro­nie pokoju paliły się dwie świeczki na sto­liku zasta­wio­nym tale­rzami, kie­lisz­kami i butelką wina. Przed lustrem na ścia­nie stał odziany w aksa­mit i jedwab męż­czy­zna. Spraw­dzał wstążkę, którą jego jasne włosy były zwią­zane z tyłu głowy, i popra­wiał wysoki koł­nierz sur­duta.

– Chyba cze­kał na nas – powie­dział Hadrian.

– Na kogoś – spro­sto­wał Royce.

– A cóż to… – Zasko­czony Albert Win­slow obró­cił się na pię­cie. – Tak trudno zapu­kać?

– Co mogę powie­dzieć? – Royce zwa­lił się na łóżko. – Jeste­śmy łotrami i zło­dzie­jami.

– Łotrami na pewno – potwier­dził Albert. – Ale zło­dzie­jami? Kiedy ostat­nio coś ukra­dli­ście?

– Czy sły­szę w twoim gło­sie nutę nie­za­do­wo­le­nia?

– Jestem wiceh­ra­bią. Muszę dbać o repu­ta­cję, a to wymaga pew­nych docho­dów, na przy­kład pie­nię­dzy, któ­rych nie otrzy­muję, kiedy nic nie robi­cie.

Hadrian usiadł przy sto­liku.

– Nie jest nie­za­do­wo­lony. On wręcz nas ruga.

– To dla­tego zja­wi­łeś się tu tak wcze­śnie? – spy­tał Royce. – Szu­kasz zle­ceń?

– Czę­ściowo. Musia­łem też wyje­chać z Wichro­wego Opac­twa. Ludzie się ze mnie śmieją. Gdy skon­tak­to­wa­łem się z lor­dem Dare­fem, bez prze­rwy naigry­wał się z wiceh­ra­biego Mni­cha. Z dru­giej strony lady Mae podoba się moje odosob­nie­nie w poboż­nym przy­bytku.

– Czy to dla niej… – Hadrian wska­zał pal­cem ele­gancko zasta­wiony stół.

– Tak. Wła­śnie mia­łem po nią iść. Będę musiał odwo­łać spo­tka­nie, prawda? – Spoj­rzał na nich po kolei i wes­tchnął.

– Przy­kro nam.

– Mam nadzieję, że to zle­ce­nie będzie dobrze płatne. To nowy dublet i jesz­cze nie zapła­ci­łem kraw­cowi.

Zdmuch­nął świeczki i usiadł naprze­ciwko Hadriana.

– Co sły­chać na pół­nocy? – spy­tał Royce.

Albert zaci­snął usta i się zamy­ślił.

– Domy­ślam się, że już wie­cie o Med­for­dzie? Impe­rialne woj­ska zajęły mia­sto i zamki na pro­win­cji, z wyjąt­kiem Pól Dron­dila.

Royce usiadł na łóżku.

– Nic o tym nie wiemy. Co u Gwen?

– Nie mam poję­cia. Usły­sza­łem o tym, już będąc tutaj.

– A więc Alric i Ari­sta są w Polach Dron­dila? – spy­tał Hadrian.

– Król Alric tak, ale nie sądzę, żeby księż­niczka była w Med­for­dzie. Przy­pusz­czam, że zarzą­dza Rati­bo­rem. Mia­no­wali ją bur­mi­strzy­nią, tak przy­naj­mniej sły­sza­łem.

– Nie – zaprze­czył Hadrian. – Nie­dawno tam­tędy prze­jeż­dża­li­śmy. Admi­ni­stro­wała mia­stem po bitwie, ale kilka mie­sięcy temu wyje­chała w środku nocy. Nikt nie wie dla­czego. Zało­ży­łem, że wró­ciła do domu.

Albert wzru­szył ramio­nami.

– Być może, ale nic nie sły­sza­łem o jej powro­cie. Praw­do­po­dob­nie lepiej dla niej, jeśli tego nie zro­biła. Impe­riale oble­gli Pola Dron­dila. Nikt nie prze­śliź­nie się do środka ani na zewnątrz. To tylko kwe­stia czasu, zanim Alric będzie musiał się pod­dać.

– A co z opac­twem? Impe­riale zapu­kali do drzwi? – spy­tał Royce.

Albert pokrę­cił głową.

– Nic o tym nie wiem. Ale jak powie­dzia­łem, już tu byłem, gdy impe­ria­li­ści prze­kro­czyli Gale­wyr.

Royce wstał i zaczął krą­żyć po pokoju.

– Coś jesz­cze? – dopy­ty­wał się Hadrian.

– Cho­dzą pogło­ski, że na Tur Del Fur naje­chały gobliny. Ale to tylko plotka, o ile mi wia­domo.

– To nie plotka – zaprze­czył Hadrian.

– Nie?

– Byli­śmy tam. Wła­ści­wie to myśmy do tego dopro­wa­dzili.

– Brzmi… inte­re­su­jąco – stwier­dził Albert.

Royce przy­sta­nął.

– Nie pro­wo­kuj go.

– W porządku, a więc co was spro­wa­dza do Aqu­esty? – spy­tał Albert. – Domy­ślam się, że nie cho­dzi o świę­to­wa­nie zimo­na­liów.

– Zamie­rzamy uwol­nić Degana Gaunta z pała­co­wych lochów i będziesz nam potrzebny do prze­pro­wa­dze­nia ruty­no­wego roz­po­zna­nia – odrzekł Royce.

– Poważ­nie? Na pewno wie­cie, że zosta­nie stra­cony w trak­cie zimo­na­liów, prawda?

– Tak, dla­tego musimy się śpie­szyć. Byłoby kiep­sko, gdy­by­śmy się spóź­nili – dodał Hadrian.

– Osza­le­li­ście? Pałac? W trak­cie zimo­na­liów? Sły­sze­li­ście o pla­no­wa­nym ślu­bie? Środki bez­pie­czeń­stwa mogą być ostrzej­sze niż zwy­kle. Codzien­nie widzę na dzie­dzińcu kolejkę ludzi, któ­rzy zgła­szają się do służby w straży.

– Co ty na to? – spy­tał Hadrian.

– Ślub będzie dla nas sprzy­ja­jącą oko­licz­no­ścią – odparł Royce. – Czy w mie­ście jest już ktoś z naszych zna­jo­mych?

– Chyba nie­dawno przy­je­chali Genny i Leo.

– Naprawdę? Dosko­nale. Skon­tak­tuj się z nimi. Na pewno dostaną kom­naty w pałacu. Sprawdź, czy mogą cię tam wpro­wa­dzić. A potem dowiedz się jak naj­wię­cej, zwłasz­cza na temat miej­sca, w któ­rym prze­trzy­mują Gaunta.

– Będę potrze­bo­wał pie­nię­dzy. Pla­no­wa­łem wziąć udział jedy­nie w kilku małych balach i może jed­nym ban­kie­cie. Jeśli chce­cie, żebym się dostał do pałacu, muszę mieć lep­sze ubra­nie. Na Mara, spójrz­cie na moje buty. Tylko spójrz­cie! Nie mogę w takich spo­tkać się z impe­ra­torką.

– Na razie pożycz jakieś od Genny i Lea – pole­cił Royce. – Wie­czo­rem wyjeż­dżam do Med­fordu i wrócę z fun­du­szami na pokry­cie naszych wydat­ków.

– Jedziesz tam? Dziś wie­czo­rem? – upew­niał się Albert. – Prze­cież dopiero co tu przy­je­cha­łeś, prawda?

Zło­dziej ski­nął głową.

– Nic jej nie jest – zapew­niał Royce’a Hadrian. – Na pewno wydo­stała się z mia­sta.

– Do zimo­na­liów pozo­stał pra­wie mie­siąc – odparł Royce. – Powi­nie­nem wró­cić mniej wię­cej za tydzień. Tym­cza­sem dowiedz się jak najwię­cej i po moim powro­cie uło­żymy plan.

– Cóż – mruk­nął Albert – przy­naj­mniej zimo­na­lia nie będą nudne.

Rozdział 2. W ciemności

Roz­dział 2

W ciem­no­ści

Ktoś jęczał.

Tym razem głos nale­żał do męż­czy­zny i Ari­sta już wcze­śniej go sły­szała. W końcu każdy zaczy­nał pła­kać. Nie­któ­rzy ludzie nawet zała­my­wali się i dosta­wali ataku histe­rii. Była tam kobieta skora do wrza­sków, ale jakiś czas wcze­śniej przy­szli po nią straż­nicy. Ari­sta nie miała złu­dzeń, że ją uwol­niono. Usły­szała, jak wloką jej ciało. Jęczący męż­czy­zna daw­niej wykrzy­ki­wał, ale w ostat­nich dniach zacho­wy­wał się spo­koj­niej. Już nie lamen­to­wał, choć nie­dawno sły­szała, jak się modli. Ari­sta dzi­wiła się, że wię­zień nie prosi o ratu­nek lub nawet szybką śmierć. Modlił się jedy­nie za jakąś kobietę. Bła­gał Mari­bora o zapew­nie­nie jej bez­pie­czeń­stwa, ale mówił tak cha­otycz­nie, że księż­niczka nie zdo­łała wychwy­cić imie­nia uko­cha­nej męż­czy­zny.

W ciem­no­ści nie było moż­li­wo­ści okre­śle­nia upływu czasu. Ari­sta pró­bo­wała liczyć posiłki, ale głód, jaki odczu­wała, wska­zy­wał, że przy­no­szono je rza­dziej niż raz dzien­nie. Mimo to musiało minąć wiele tygo­dni, odkąd ją uwię­ziono. Przez cały ten czas nie usły­szała Gaunta, choć wołała do niego. Jedyny raz, kiedy usły­szała jego głos, to było w nocy, gdy ona i Hil­fred nie zdo­łali go uwol­nić.

Od tej pory wię­ziono ją w celi, w któ­rej znaj­do­wały się tylko wia­dro do zała­twia­nia potrzeb fizjo­lo­gicz­nych i parę gar­ści słomy. Klitka była taka mała, że księż­niczka mogła dotknąć z jed­nego miej­sca wszyst­kich czte­rech ścian, przez co wyda­wało jej się, że jest w klatce lub gro­bie. Ari­sta wie­działa, że Modina, dziew­czyna znana kie­dyś jako Thrace, była kie­dyś prze­trzy­my­wana w takich samych warun­kach. Może nawet w tej samej celi. Po stra­cie wszyst­kich waż­nych dla niej ludzi i rze­czy musiała to odczuć jak kosz­mar, gdy obu­dziła się sama w ciem­no­ści, bez wyja­śnie­nia, nie zna­jąc przy­czyny lub powodu. Nie wie­dząc, gdzie jest ani jak się tam zna­la­zła, musiała popa­dać w obłęd.

Pomimo wła­snych tra­ge­dii Ari­sta przy­naj­mniej wie­działa, że nie jest sama na świe­cie. Gdy jej brat, Alric, dowie się o znik­nię­ciu sio­stry, poru­szy niebo i zie­mię, żeby ją ura­to­wać. Po śmierci ojca oboje stali się sobie bliżsi. On nie był już dziec­kiem uprzy­wi­le­jo­wa­nych, a ona zazdro­sną, samot­ni­czą sio­strą. Wciąż toczyli ze sobą spory, ale nic go nie powstrzyma przed odna­le­zie­niem jej. Alric zwróci się o pomoc do Pic­ke­rin­gów – jej dal­szej rodziny. Może nawet wezwie Royce’a i Hadriana, któ­rych z sym­pa­tią nazy­wał kró­lew­skimi obroń­cami. To już nie potrwa długo.

Ari­sta wyobra­ziła sobie krzywy uśmiech Hadriana i poczuła ukłu­cie bólu, ale obraz nie chciał znik­nąć z jej myśli. Gdy przy­po­mniała sobie brzmie­nie głosu najem­nika, dotyk jego ręki i maleńką bli­znę na pod­bródku, coś chwy­ciło ją za serce. Były mię­dzy nimi chwile ser­decz­no­ści, ale on ogra­ni­czał się do oka­zy­wa­nia jedy­nie uprzej­mo­ści, współ­czu­cia – lito­ści dla osoby cier­pią­cej lub będą­cej w potrze­bie. Dla niego Ari­sta była tylko księż­niczką, jego pra­co­daw­czy­nią, zle­ce­nio­daw­czy­nią, kolejną zde­spe­ro­waną ary­sto­kratką.

Jakież puste wio­dłam życie, że do naj­lep­szych przy­ja­ciół zali­czam dwóch ludzi, któ­rym płacę za wyko­ny­wa­nie dla mnie zle­ceń.

Chciała wie­rzyć, że Hadrian widzi w niej kogoś wyjąt­ko­wego, że czas spę­dzony wspól­nie w dro­dze zbli­żył ich do sie­bie – że zna­czy to tyle samo dla niego, co dla niej. Ari­sta żywiła nadzieję, że Hadrian uważa ją za inte­li­gent­niej­szą lub zdol­niej­szą od więk­szo­ści innych. Ale nawet jeśli tak było, męż­czyźni nie chcieli inte­li­gent­nych lub zdol­nych. Pra­gnęli ład­nych. Ari­sta nie była tak ładna jak Alenda Lana­klin czy Lenare Pic­ke­ring. Gdyby Hadrian tylko widział ją tak, jak Emery i Hil­fred.

Wtedy też by już nie żył.

Na kory­ta­rzach odbił się echem łoskot kamie­nia ude­rza­ją­cego o kamień i roz­legł się odgłos kro­ków. Ktoś nad­cho­dził.

To nie była pora posiłku. Choć Ari­sta nie potra­fiła liczyć dni w ciem­no­ści, wie­działa już, że na jedze­nie musi cze­kać bar­dzo długo. Wiele razy oba­wiała się, że już ni­gdy go nie dosta­nie. Kar­mili ją tak mizer­nie, że z rado­ścią przyj­mo­wała cienką, wstrętną breję, która cuch­nęła zgni­łymi jajami.

Odgłos przy­bli­ża­ją­cych się kro­ków pocho­dził od dwóch par butów. Ari­sta roz­po­znała, że jedna osoba to straż­nik, któ­rego pod­kute blasz­kami obcasy gło­śno stu­kały. Drugi przy­bysz nosił buty z twar­dymi obca­sami i zelów­kami wyda­ją­cymi wyraźny odgłos klik-klak. To nie był ani straż­nik, ani ktoś ze służby. Słu­żący nosili mięk­kie obu­wie, i wtedy szu­rali sto­pami, albo cho­dzili boso i czła­pali. Tylko kogoś boga­tego było stać na buty, które robiły klik-klak na kamien­nej posadzce. Przy­bysz szedł powoli, ale bez waha­nia. Dłu­gie, mia­rowe kroki świad­czyły o jego pew­no­ści sie­bie.

W zamku zazgrzy­tał klucz, a następ­nie roz­legł się odgłos klik­nię­cia.

Gość?

Otwarły się drzwi do jej celi i Ari­sta skrzy­wiła się ośle­piona jasnym świa­tłem.

Wszedł straż­nik. Pchnął ją bru­tal­nie na bok i przy­cze­pił do ściany żela­zne kaj­dany, któ­rymi miała skrę­po­wane nad­garstki. Następ­nie męż­czy­zna pozo­sta­wił ją sie­dzącą z rękami nad głową i wyszedł, ale nie zamknął drzwi.

Po chwili wszedł regent Sal­dur z latar­nią w ręku.

– Jak się masz dziś wie­czo­rem, księż­niczko? – Stary czło­wiek pokrę­cił ze smut­kiem głową, mla­ska­jąc z dez­apro­batą. – Spójrz na sie­bie, moja droga. Jesteś bar­dzo wychu­dzona i brudna. I skąd, na litość Mari­bora, masz tę suk­nię? Choć wiele z niej nie zostało, prawda? Te sińce wyglą­dają na nowe. Straż­nicy cię zgwał­cili? Nie, przy­pusz­czam, że nie. – Sal­dur zni­żył głos do szeptu. – Wyda­łem im sta­now­czy roz­kaz, żeby trzy­mali ręce z dala od Modiny pod­czas jej pobytu tutaj. Oskar­ży­łem nie­win­nego dozorcę o to, że doty­kał jej nie­wła­ści­wie, a potem dla przy­kładu kaza­łem go roze­rwać wołami. Od tam­tej pory nie było już pro­ble­mów. To może wyda­wać się bru­talne, ale nie mogłem dopu­ścić do tego, by impe­ra­torka zaszła w ciążę, prawda? Oczy­wi­ście w twoim przy­padku nic mnie to nie obcho­dzi, ale straż­nicy o tym nie wie­dzą.

– Po co tu przy­sze­dłeś? – spy­tała niskim, zachry­płym gło­sem, który nawet dla niej brzmiał dziw­nie.

– Pomy­śla­łem sobie, że przy­niosę ci wia­do­mo­ści, moja droga. Kil­nar i Ver­nes padły. Rhe­nydd jest teraz szczę­śli­wym człon­kiem impe­rium. Z pól w Mara­no­nie na pół­wy­spie Del­gos zebrano ładne plony, zatem będziemy mieli mnó­stwo zapa­sów, żeby wykar­mić nasze woj­ska w zimie. Odbi­li­śmy Rati­bor, ale dla przy­kładu stra­ci­li­śmy sporo zdraj­ców. Wie­śniacy muszą poznać kon­se­kwen­cje buntu. Nim skoń­czy­li­śmy z nimi, prze­kli­nali twoje imię.

Ari­sta wie­działa, że Sal­dur mówi prawdę. Nie dla­tego, że potra­fiła to wyczy­tać na jego twa­rzy, którą led­wie widziała przez kur­tynę swo­ich splą­ta­nych wło­sów, lecz dla­tego, że regent nie miał powodu, żeby kła­mać.

– Czego chcesz?

– Cho­dzi mi wła­ści­wie o dwie rze­czy. Chcę, żeby dotarło do cie­bie, że nowe impe­rium powstało i nic nie może sta­nąć mu na dro­dze. Twoje życie, Ari­sto, jest skoń­czone. Za kilka tygo­dni zosta­niesz stra­cona. A twoje marze­nia już się roz­wiały. Musisz je pocho­wać przy smut­nych małych gro­bach Hil­freda i Emery’ego.

Ari­sta zesztyw­niała.

– Zasko­czona? Dowie­dzie­li­śmy się wszyst­kiego o Eme­rym po odbi­ciu Rati­boru. Naprawdę umiesz postę­po­wać z męż­czy­znami. Naj­pierw dopro­wa­dzi­łaś do jego śmierci, a potem taki sam los spro­wa­dzi­łaś na Hil­freda. Czarne wdowy na pewno ci zazdrosz­czą.

– A drugi? – Dostrze­gła, że Sal­dur nie rozu­mie, o co jej cho­dzi. – Jaki jest drugi powód, dla któ­rego tu sobie gawę­dzimy?

– Ach tak. Chcę wie­dzieć, z kim współ­pra­co­wa­łaś.

– Z Hil­fre­dem. Kaza­łeś go za to zabić, przy­po­mi­nasz sobie?

Sal­dur uśmiech­nął się, a potem ude­rzył ją mocno w twarz. Krę­pu­jące nad­garstki Ari­sty łań­cu­chy napięły się z brzę­kiem, gdy księż­niczka usi­ło­wała się ochro­nić. Regent słu­chał przez chwilę jej cichego pła­czu, po czym powie­dział:

– Jesteś bystrą dziew­czyną, ale zbyt pewną sie­bie. Może Hil­fred pomógł ci się uwol­nić. Może nawet ukry­wał cię przez te tygo­dnie, kiedy cię szu­ka­li­śmy. Ale nie mógł wpro­wa­dzić cię do pałacu ani odna­leźć tego wię­zie­nia. Hil­fred zgi­nął w mun­du­rze straż­nika z czwar­tego pię­tra. Ktoś ze służby musiał ci poma­gać i chcę wie­dzieć, kto to był.

– Nie było nikogo. Tylko ja i Hil­fred.

Sal­dur znów wymie­rzył jej poli­czek. Ari­sta się roz­pła­kała. Trzę­sła się tak bar­dzo, że podzwa­niały krę­pu­jące ją łań­cu­chy.

– Nie okła­muj mnie – powie­dział, uno­sząc ponow­nie rękę.

Ari­sta ode­zwała się szybko, by powstrzy­mać cios.

– Już ci mówi­łam. Byłam tylko ja. Dosta­łam w pałacu pracę poko­jówki. Ukra­dłam mun­dur.

– Wiem wszystko o tym, jak uda­wa­łaś sprzą­taczkę Ellę. Ale nie mogłaś zdo­być mun­duru bez pomocy. Musiał ci pomóc ktoś na sta­no­wi­sku. Muszę się dowie­dzieć, kto jest zdrajcą. Powiedz. Kto ci poma­gał?

Gdy nie odpo­wie­działa, ude­rzył ją jesz­cze dwa razy.

Ari­sta się sku­liła.

– Prze­stań!

– Powiedz – wark­nął Sal­dur.

– Nie, bo zro­bisz jej krzywdę! – wyga­dała się.

– Jej?

Uświa­do­miw­szy sobie błąd, Ari­sta ugry­zła się w wargę.

– Czyli to była kobieta? To znacz­nie zawęża krąg podej­rza­nych, nie­praw­daż?

Sal­dur bawił się klu­czy­kiem zawie­szo­nym na łań­cuszku, owi­ja­jąc go wokół palca wska­zu­ją­cego. Po kilku minu­tach przy­kuc­nął i posta­wił latar­nię na pod­ło­dze.

– Muszę znać nazwi­sko i ty mi je wyja­wisz. Wydaje ci się, że możesz zabrać jej toż­sa­mość do grobu, ale bez względu na to, czy mil­czysz z powodu lojal­no­ści wobec niej, czy po to, żeby zro­bić mi na złość, powin­naś się dobrze zasta­no­wić. Może myślisz, że nie­trudno zacho­wać mil­cze­nie przez kilka tygo­dni, ale gdy się do cie­bie dobie­rzemy, zapra­gniesz szyb­kiej śmierci.

Odgar­nął jej włosy na bok.

– Widzę, że mi nie wie­rzysz. Wciąż jesteś bar­dzo naiwna, pełna opty­mi­zmu. Będąc księż­niczką, żyłaś jak roz­piesz­czone dziecko. Myślisz, że życie pośród pro­stego ludu Rati­boru i szo­ro­wa­nie pod­łóg w pałacu uczy­niło cię silną? Sądzisz, że już nie masz nic do stra­ce­nia i się­gnę­łaś dna?

Gdy pogła­skał ją po policzku, Ari­sta się wzdry­gnęła.

– Widzę po wyra­zie two­jej twa­rzy, że wciąż czu­jesz się dumna i świa­doma swo­jego ary­sto­kra­tycz­nego pocho­dze­nia. Nie zda­jesz sobie jesz­cze sprawy z tego, jak nisko możesz upaść. Wierz mi, Ari­sto, mogę ode­brać ci odwagę i zła­mać two­jego ducha. Lepiej, żebyś się nie dowie­działa, jak bar­dzo mogę cię poni­żyć.

Pogła­skał ją deli­kat­nie po gło­wie, a następ­nie chwy­cił za włosy. Pocią­gnął za nie mocno, odchy­la­jąc jej głowę do tyłu i zmu­sza­jąc ją do tego, żeby na niego spoj­rzała. Wpa­try­wał się w jej twarz.

– Wciąż jesteś czy­sta, prawda? Wciąż nie­tknięta i zamknięta w swo­jej wieży, nie tylko w sen­sie dosłow­nym. Podej­rze­wam, że ani Emery, ani Hil­fred nie śmieli pójść do łóżka z księż­niczką. Może od tego powin­ni­śmy zacząć. Powiem straż­ni­kom, że mogą… nie… wydam kon­kretny roz­kaz, żeby cię znie­wo­lili. Dzięki temu oboje sta­niemy się bar­dzo popu­larni. Straż­nicy będą zgła­szać się na dodat­kowe dyżury, żeby gwał­cić cię nie­ustan­nie.

Sal­dur puścił włosy Ari­sty, pozwa­la­jąc, by jej głowa opa­dła.

– Gdy już będziesz cał­ko­wi­cie zhań­biona, a po two­jej dumie nie zosta­nie naj­mniej­szy ślad, poślę po głów­nego inkwi­zy­tora. Na pewno ucie­szy go moż­li­wość wygna­nia zła z nie­sław­nej wiedźmy z Melen­garu. – Przy­bli­żył się do niej i powie­dział cicho, poufale: – Inkwi­zy­tor ma bogatą wyobraź­nię, a to, co potrafi zro­bić za pomocą łań­cu­chów, wia­dra wody i roz­ża­rzo­nego żelaza do wypa­la­nia piętna, to czy­sta sztuka. Będziesz krzy­czeć, aż stra­cisz głos. Zemdle­jesz, a gdy się ock­niesz, kosz­mar roz­pocz­nie się na nowo.

Ari­sta pró­bo­wała się odwró­cić, ale Sal­dur przy­trzy­mał jej głowę pomarsz­czo­nymi rękami, zmu­sza­jąc ją, by na niego spoj­rzała. Na jego twa­rzy nie było wyrazu zado­wo­le­nia czy sza­leń­stwa. Wyda­wał się ponury – nie­mal smutny.

– Doznasz nie­wy­obra­żal­nej udręki. Resztki two­jej odwagi odejdą w nie­byt i zapo­mnie­nie. Umysł odmówi ci posłu­szeń­stwa, a pozo­sta­nie śli­niąca się bryła oka­le­czo­nego ciała. Nawet straż­nicy cię wtedy nie zechcą.

Sal­dur pochy­lił się, aż poczuła jego oddech i prze­stra­szyła się, że może ją poca­ło­wać.

– Jeśli po tym wszyst­kim na­dal nie dasz mi tego, czego chcę, zain­te­re­suję się miłą rodziną, która cię przy­gar­nęła. Nazy­wali się Bar­ker, prawda? Każę ich aresz­to­wać i tu spro­wa­dzić. Ojciec zoba­czy, jak jego żona zaj­mie twoje miej­sce u straż­ni­ków. Potem ona sobie popa­trzy, jak jej mąż i syno­wie będą po kolei roz­ry­wani i ćwiar­to­wani. Wyobraź sobie reak­cję kobiety, gdy ujrzy śmierć swo­jego naj­młod­szego dziecka, tego, które rze­komo ura­to­wa­łaś. Cie­bie będzie winić, Ari­sto. Ta biedna kobieta prze­klnie twoje imię. I słusz­nie, bo to przez twoje mil­cze­nie jej życie legnie w gru­zach.

Pokle­pał ją deli­kat­nie po pie­ką­cym policzku.

– Nie zmu­szaj mnie do tego. Wyjaw mi nazwi­sko tej kobiety. Ona jest winna zdrady, ale biedni Bar­ke­ro­wie są nie­winni. Nic nie zro­bili. Po pro­stu powiedz, jak ona się nazywa, a zapo­bie­gniesz tym wszyst­kim okro­pień­stwom.

Ari­sta nie mogła sku­pić myśli i usi­ło­wała wziąć głę­boki oddech, gdy zaczęła tra­cić pano­wa­nie nad sobą. Czuła, jak twarz jej pul­suje od ude­rzeń, i mdliło ją od sło­nego, meta­licz­nego smaku krwi w ustach. Poczu­cie winy spo­wo­do­wało, że pomy­ślała o Eme­rym i Hil­fre­dzie. Obaj zgi­nęli z jej powodu. Za nic nie chciała mieć na rękach krwi także Bar­ke­rów. Nie chciała, by cier­pieli za jej błędy.

– Powiem ci – oświad­czyła w końcu. – Ale w zamian musisz mnie zapew­nić, że nic się nie sta­nie Bar­ke­rom.

Sal­dur spoj­rzał na nią współ­czu­ją­cym wzro­kiem i nie­mal widziała wyraz twa­rzy poczci­wego dziadka, jaki pamię­tała z cza­sów mło­do­ści. Nie umiała pojąć, w jaki spo­sób mógł w jed­nej chwili mio­tać nik­czemne groźby, a w następ­nej zacho­wy­wać się tak życz­li­wie.

– Oczy­wi­ście, moja droga. Prze­cież nie jestem potwo­rem. Speł­nij moją prośbę, to nie wyda­rzy się żadna z tych okrop­nych rze­czy. A teraz powiedz… Jak ona się nazywa?

Ari­sta się zawa­hała. Sal­dur prze­stał się uśmie­chać – jej czas dobiegł końca. Prze­łknęła ślinę i odrze­kła:

– Był ktoś, kto mnie ukrył, dał mi jedze­nie, a nawet pomógł odna­leźć Gaunta. To była praw­dziwa przy­ja­ciółka, bar­dzo życz­liwa i bez­in­te­re­sowna. Nie mogę uwie­rzyć, że wyja­wiam ci jej nazwi­sko.

– Jak się nazywa? – nale­gał Sal­dur.

Gdy Ari­sta unio­sła głowę, z jej oczu spły­wały łzy.

– Nazywa się… Edith Mon.

Rozdział 3. Sir Breckton

Roz­dział 3

Sir Breck­ton

Archi­bald Bal­len­tyne, hra­bia Cha­dwick, spo­glą­dał przez okno w impe­rial­nej sali tro­no­wej. Za jego ple­cami Sal­dur prze­kła­dał per­ga­miny na stole, a Ethel­red sie­dział na tro­nie, który jesz­cze do niego nie nale­żał. Od czasu do czasu wcho­dzili i wycho­dzili słu­żący oraz impe­rialny kanc­lerz, by poroz­ma­wiać krótko z jed­nym lub dru­gim regen­tem. Nikt nie odzy­wał się do Archi­balda ani nie pro­sił go o radę.

Po zale­d­wie kilku latach regent Sal­dur awan­so­wał ze sta­no­wi­ska biskupa Med­fordu na pozy­cję archi­tekta nowego impe­rium. Ethel­red miał w nie­dłu­gim cza­sie zamie­nić kró­lew­ską koronę War­ric na impe­rialne berło całego Avrynu. Nawet czło­wie­kowi z gminu, Mer­ric­kowi Mariu­sowi, udało się zdo­być lenno, mają­tek i szla­checki tytuł.

A co ja dosta­łem za mój cały wkład? Gdzie moja korona? Żona? Sława?

Odpo­wiedź na te pyta­nia Archi­bald znał bar­dzo dobrze. Nie będzie nosił korony, wybraną przez niego żonę poślubi Ethel­red, sławę zaś skradł mu czło­wiek, który wła­śnie wcho­dził do sali. Archi­bald sły­szał stu­kot cięż­kich butów na posadzce z pole­ro­wa­nego mar­muru. Odgłos kro­ków świad­czył jed­no­znacz­nie o nie­ustę­pli­wo­ści, pro­sto­li­nij­no­ści i obce­so­wo­ści przy­by­sza.

Archi­bald odwró­cił się i zoba­czył sir Breck­tona Bel­strada w dłu­giej do ziemi, nie­bie­skiej pele­ry­nie. Z heł­mem na zgię­tej w łok­ciu ręce i w meta­lo­wym napier­śniku rycerz wyglą­dał, jakby wra­cał z pola bitwy. Sir Breck­ton był wysoki, miał sze­ro­kie barki i wyraź­nie zary­so­wany pod­bró­dek. Był uro­dzo­nym przy­wódcą, który wygrał wiele bitew, i Archi­bald go nie­na­wi­dził.

– Sir Breck­to­nie, witaj w Aqu­eście! – zawo­łał Ethel­red, gdy rycerz prze­mie­rzał salę.

Breck­ton zigno­ro­wał go, jak rów­nież Sal­dura, i pod­szedł bez­po­śred­nio do Archi­balda, przy któ­rego boku stuk­nął ener­gicz­nie obca­sami i przy­klęk­nął na jedno kolano.

– Wasza lor­dow­ska mość – powie­dział.

– Tak, tak, wstań. – Hra­bia Cha­dwick ski­nął na niego ręką.

– Jak zawsze jestem do two­ich usług, panie.

– Sir Breck­to­nie? – zwró­cił się do niego ponow­nie Ethel­red.

Rycerz nie zare­ago­wał i dalej roz­ma­wiał ze swoim senio­rem.

– Chcia­łeś mnie widzieć, panie? Czego sobie życzysz?

– Wezwa­łem cię na prośbę regenta Ethel­reda. Pra­gnie z tobą pomó­wić.

Rycerz wstał.

– Jak sobie życzysz, panie.

Breck­ton odwró­cił się i pod­szedł do tronu. Miecz obi­jał mu się o bok, a buty gło­śno ude­rzały o posadzkę. Przy­sta­nął u pod­nóża scho­dów i ukło­nił się, lecz tylko nie­znacz­nie.

Ethel­red zmarsz­czył brwi, ale tylko na chwilę.

– Sir Breck­to­nie, naresz­cie. Wzy­wa­łem cię sześć razy w ostat­nich kilku tygo­dniach. Czy wia­do­mo­ści nie dotarły do cie­bie?

– Dotarły, wasza lor­dow­ska mość.

– Ale nie odpo­wie­dzia­łeś – zdzi­wił się Ethel­red.

– Nie, wasza lor­dow­ska mość.

– Cze­muż to?

– Mój pan, hra­bia Cha­dwick, roz­ka­zał mi zająć Melen­gar. Wyko­ny­wa­łem jego roz­kazy – odrzekł Breck­ton.

– Zatem ważne zada­nia zwią­zane z bitwą unie­moż­li­wiały ci do tej pory przy­by­cie – stwier­dził Ethel­red i ski­nął głową.

– Nie, wasza lor­dow­ska mość. Do zdo­by­cia pozo­stały jesz­cze tylko Pola Dron­dila, a oblę­że­nie jest dobrze zor­ga­ni­zo­wane. Zwy­cię­stwo nie ulega kwe­stii i nie wymaga mojej uwagi.

– Zatem nie poj­muję. Dla­czego nie przy­by­łeś, kiedy roz­ka­za­łem ci zja­wić się przede mną?

– Nie tobie służę, wasza lor­dow­ska mość. Służę hra­biemu Cha­dwick.

Pogarda dla Breck­tona nie umniej­szyła roz­ko­szy, jakiej Archi­bald doznał, będąc świad­kiem słow­nego policzka wymie­rzo­nego Ethel­re­dowi.

– Czy wolno mi przy­po­mnieć, panie ryce­rzu, że za kilka tygo­dni zostanę impe­ra­to­rem?

– Wolno ci, wasza lor­dow­ska mość.

Ethel­red wyglą­dał na skon­fun­do­wa­nego, co wywo­łało uśmiech na twa­rzy Archi­balda. Hra­biemu Cha­dwick spra­wiało przy­jem­ność obser­wo­wa­nie, jak ktoś inny usi­łuje pora­dzić sobie z Breck­to­nem, i wie­dział dokład­nie, jak regent się czuje. Czy Breck­ton udzie­lał Ethel­redowi pozwo­le­nia, czy zwy­czaj­nie dał do zro­zu­mie­nia, że regent może nie zostać impe­ra­to­rem? Tak czy owak, odpo­wiedź ryce­rza była nie­grzeczna, ale wypo­wie­dziana z taką szcze­ro­ścią i sza­cun­kiem, że wyda­wała się daleka od złych inten­cji. Taki wła­śnie był Breck­ton – wpra­wiał grzecz­nie w zakło­po­ta­nie i osten­ta­cyj­nie dez­orien­to­wał roz­mówcę. Na swój spo­sób spra­wiał, że Archi­bald czuł się głu­pio, i to był jeden z powo­dów, dla któ­rych hra­bia gar­dził aro­ganc­kim ryce­rzem.

– Widzę, że wciąż będzie z tym pro­blem – stwier­dził Ethel­red. – Stąd to spo­tka­nie. Jako impe­ra­tor będę wyma­gał, aby kom­pe­tentni ludzie poma­gali mi rzą­dzić. Udo­wod­ni­łeś, że jesteś zdol­nym przy­wódcą, i dla­tego chcę, żebyś pod­le­gał bez­po­śred­nio mojej oso­bie. Jestem gotowy zaofe­ro­wać ci urząd i tytuł wiel­kiego mar­szałka wszyst­kich sił impe­rial­nych. Ponadto dam ci pro­win­cję Melen­garu.

Archi­bald osłu­piał.

– Melen­gar jest mój! Lub będzie, gdy zosta­nie zajęty. Obie­cano mi, że go dostanę.

– Tak, Archie, ale czasy się zmie­niają. Potrze­buję sil­nego czło­wieka do obrony gra­nic na pół­nocy. – Ethel­red spoj­rzał na Breck­tona. – Mia­nuję cię mar­ki­zem Melen­garu. Jak naj­bar­dziej na to zasłu­gu­jesz, bo pod­bi­łeś tę pro­win­cję.

– To skan­dal! – krzyk­nął Archi­bald i tup­nął nogą. – Zawar­li­śmy układ. Ty masz impe­rialną koronę, a Sal­dur impe­rialną mitrę. Co ma być dla mnie? Jaka jest nagroda za mój pot i poświę­ce­nie? Beze mnie nie mógł­byś ofia­ro­wać Melen­garu nikomu!

– Nie rób z sie­bie głupca, Archie – powie­dział łagod­nym tonem Sal­dur. – Musia­łeś wie­dzieć, że nie możemy ci powie­rzyć takiego waż­nego kró­le­stwa. Jesteś zbyt młody, za mało doświad­czony, zbyt… słaby.

Gdy Archi­bald zaczął się pie­klić, pozo­stali mil­czeli.

– A więc? – Ethel­red skie­ro­wał uwagę z powro­tem na Breck­tona. – Mar­ki­zie Melen­garu? Wielki mar­szałku impe­rial­nych wojsk? Co ty na to?

Sir Breck­ton nie oka­zy­wał żad­nych emo­cji.

– Służę hra­biemu Cha­dwick, tak jak wcze­śniej mój ojciec i dziad. Nie wydaje mi się, żeby hra­bia sobie tego życzył. Jeśli nie ma wię­cej spraw, to muszę wra­cać do moich żoł­nie­rzy w Melen­ga­rze.

Odwró­cił się gwał­tow­nie na pię­cie i pod­szedł do Archi­balda, przed któ­rym znów przy­klęk­nął.

Ethel­red patrzył na niego zszo­ko­wany.

– Nie wyjeż­dżaj jesz­cze z Aqu­esty – pole­cił ryce­rzowi Archi­bald. – Może będziesz mi tu potrzebny.

– Jak sobie życzysz, panie.

Breck­ton wstał i szybko wyszedł.

Mil­czeli, słu­cha­jąc cich­ną­cych kro­ków ryce­rza. Ethel­red zro­bił się pur­pu­rowy na twa­rzy i zaci­snął pię­ści. Sal­dur patrzył gniew­nie i z poiry­to­wa­niem na wej­ście, w któ­rym znik­nął Breck­ton.

– Chyba przy ukła­da­niu pla­nów nie uwzględ­ni­łeś nie­za­chwia­nej lojal­no­ści Bel­strada – powie­dział mści­wie Archi­bald. – Ale z dru­giej strony, czemu miał­byś to zro­bić, skoro sam nie rozu­miesz zna­cze­nia tego słowa? Powi­nie­neś wpierw skon­sul­to­wać się ze mną. Powie­dział­bym ci, co osią­gniesz. Ale ty nie mogłeś tego zro­bić, prawda? Nie, ponie­waż to wła­śnie mnie zamie­rza­łeś wbić nóż w plecy!

– Uspo­kój się, Archie – ode­zwał się Sal­dur.

– Prze­stań mnie tak nazy­wać. Mam na imię Archi­bald! – krzyk­nął, wyplu­wa­jąc ślinę. – Obaj jeste­ście tacy zado­wo­leni z sie­bie i aro­ganccy, ale ja nie jestem waszym pion­kiem. Wystar­czy jedno moje słowo i Breck­ton poma­sze­ruje ze swoją armią na Aqu­estę. – Hra­bia wska­zał na wciąż otwarte drzwi. – Żoł­nie­rze są lojalni wobec niego – do ostat­niego żało­snego kre­tyna. Zro­bią wszystko, co im każe, a jak widzi­cie, mnie ota­cza czcią.

Zaci­snął pię­ści i ruszył w stronę drzwi, roz­wście­czony, że mięk­kie obcasy jego butów nie stu­kają tak gło­śno jak Breck­tona.

– Mógł­bym też nakło­nić króla Alrica, żeby udzie­lił mi wspar­cia. Mógł­bym zwró­cić mu jego cenny Melen­gar w zamian za resztę Avrynu. Mógł­bym poko­nać was w waszej gierce. Miał­bym pół­nocną armię impe­rialną w pra­wej ręce, a nie­do­bitki roja­li­stów w lewej. Mógł­bym zmiaż­dżyć was przed upły­wem mie­siąca. Nie mów mi więc, żebym się uspo­koił, Sauly! Mam już powy­żej uszu two­jego pro­tek­cjo­nal­nego tonu i prze­ko­na­nia o wła­snej nie­omyl­no­ści. Jesteś taką samą gli­stą jak Ethel­red. Razem w tym sie­dzi­cie, tka­cie sieć i knu­je­cie intrygi prze­ciwko mnie. Być może tym razem wpa­dli­ście we wła­sne lep­kie sidła! – wykrzy­czał na odchod­nym.

– Archie… to zna­czy, Archi­bal­dzie! – zawo­łał za nim Ethel­red.

Hra­bia nie zatrzy­mał się i minął szybko kanc­le­rza Bid­dingsa, który stał tuż przed salą tro­nową i spoj­rzał na Bal­len­tyne’a z zatro­ska­niem. Słu­żący roz­pierz­chli się przed Archi­bal­dem, gdy wycho­dził wście­kły przez drzwi pro­wa­dzące na wewnętrzny dzie­dzi­niec. Gdy zna­lazł się w jaskra­wym świe­tle sło­necz­nym, które odbi­jało się od śniegu, nie był pewny, dokąd skie­ro­wać kroki. Po paru chwi­lach doszedł do wnio­sku, że nie ma to zna­cze­nia. Ulgę przy­no­sił mu ruch, spa­la­nie ener­gii, odda­la­nie się od tam­tego miej­sca. Zasta­na­wiał się, czy nie kazać, żeby przy­pro­wa­dzono mu konia. Długa prze­jażdżka na twar­dym pod­łożu wyda­wała się dokład­nie tym, czego potrze­bo­wał, ale na dwo­rze było zimno. Archi­bald nie chciał wylą­do­wać na odlu­dziu, zmar­z­nięty, zmę­czony i głodny. Zamiast tego zado­wo­lił się cho­dze­niem tam i z powro­tem, wydep­tu­jąc płytki szlak w świe­żym śniegu.

Fru­stra­cję zastą­piło zado­wo­le­nie, gdy przy­po­mniał sobie swoją małą prze­mowę. Podo­bał mu się wyraz twa­rzy u obu męż­czyzn. Nie spo­dzie­wali się po nim tak śmia­łej reak­cji. Roz­kosz uła­go­dziła w znacz­nym stop­niu jego srogi gniew, a spa­ce­ro­wa­nie pomo­gło mu odzy­skać cał­ko­wity spo­kój. Usiadł na odwró­co­nym kuble i strzep­nął z butów śnieg.

Czy Breck­ton zwró­ciłby się ze swo­imi siłami prze­ciwko Aqu­eście? Czy mógł­bym zostać nowym impe­ra­to­rem i zdo­być Modinę, wyda­jąc jeden roz­kaz?

Odpo­wiedź przy­szła pra­wie natych­miast. Taka per­spek­tywa była jedy­nie przy­jem­nym marze­niem. Breck­ton ni­gdy by się na to nie zgo­dził i odmó­wiłby wyko­na­nia roz­kazu. Choć rycerz kie­ro­wał się zasadą lojal­no­ści, wszyst­kie jego poczy­na­nia pod­le­gały jakie­muś zagad­ko­wemu kodek­sowi.

Cała rodzina Bel­stra­dów postę­po­wała w podobny spo­sób. Archi­bald przy­po­mniał sobie, jak jego ojciec skar­żył się na ich etykę. Bal­len­tyne’owie uwa­żali, że ryce­rze powinni wyko­ny­wać roz­kazy w zamian za bogac­two i wła­dzę. Bel­stra­do­wie wycho­dzili z innego zało­że­nia. Wyzna­wali sta­ro­modną zasadę, że namasz­czony przez Mari­bora władca musi postę­po­wać zgod­nie z wolą boga, by zaskar­bić sobie lojal­ność króla. Archi­bald był pewny, że Breck­ton nie uzna wojny domo­wej za wyda­rze­nie zgodne z wolą Mari­bora. Naj­wy­raź­niej nic, czego Archi­bald kie­dy­kol­wiek pra­gnął, nie mie­ściło się w tej kate­go­rii.

Mimo to wstrzą­snął regen­tami i był pewny, że zaczną trak­to­wać go lepiej. Teraz, gdy zdali sobie sprawę z tego, jaki jest ważny, w końcu okażą mu sza­cu­nek. Nie zorien­tują się, że nie może speł­nić swo­ich gróźb, więc spró­bują udo­bru­chać go więk­szą nagrodą. W końcu Archi­bald zdo­bę­dzie Melen­gar, a może nawet coś wię­cej.

Rozdział 4. Ślubne plany

Roz­dział 4

Ślubne plany

Księżna Rochelle była dużą kobietą i nie cho­dziło tylko o obwód w pasie. Mąż dorów­ny­wał jej posturą. Oboje byli kor­pu­lentni, mieli pulchne szyje, krót­kie, grube palce i policzki, które trzę­sły się, gdy się śmiali, przy czym dama śmiała się czę­sto i gło­śno. Sta­no­wili lustrzane odbi­cie sie­bie pod każ­dym wzglę­dem z wyjąt­kiem tem­pe­ra­mentu. Pod­czas gdy książę zacho­wy­wał się powścią­gli­wie, lady Gene­vieve była jego prze­ci­wień­stwem.

Ami­lia zawsze wie­działa, kiedy księżna nad­cho­dzi, ponie­waż ta ogła­szała swoje przy­by­cie tubal­nym gło­sem roz­brzmie­wa­ją­cym gło­śno na pała­co­wych kory­ta­rzach. Witała wszyst­kich, bez względu na przy­na­leż­ność kla­sową, ser­decz­nym pozdro­wie­niem „Jak się masz?”, które wypo­wia­dała dźwięcz­nym gło­sem odbi­ja­ją­cym się od kamien­nych ścian. Obści­ski­wała słu­żą­cych, straż­ni­ków, a nawet ogara myśli­wego, jeśli napo­ty­kała męż­czy­znę z psem na swo­jej dro­dze.

Ami­lia poznała księ­cia i jego żonę zaraz po ich przy­jeź­dzie. Był przy tym Sal­dur, który popeł­nił błąd, pró­bu­jąc wyja­śnić, dla­czego nie jest moż­liwa audien­cja u impe­ra­torki. Ami­lia mogła grzecz­nie się odda­lić, ale była pewna, że Sal­dur nie miał tyle szczę­ścia i praw­do­po­dob­nie stra­cił przez księżną kilka godzin. Od tam­tej pory Ami­lia, nie chcąc powtó­rzyć błędu Sal­dura, uni­kała kor­pu­lent­nej damy, ponie­waż wie­działa, że ta nie przyj­muje odmowy. Szczę­ście Ami­lii skoń­czyło się po trzech dniach, gdy wycho­dziła z kaplicy.

– Ami­lio, kocha­nie! – krzyk­nęła księżna i ruszyła do dziew­czyny. Gdy bie­gła, ele­gancka suk­nia falo­wała za jej ple­cami. Dotarł­szy do impe­rial­nej asy­stentki, wzięła ją w miaż­dżący uścisk olbrzy­mich ramion. – Wszę­dzie cię szu­ka­łam. Za każ­dym razem, gdy o cie­bie pytam, sły­szę, że jesteś zajęta. Chyba zaha­ro­wują cię na śmierć! – Księżna poluź­niła uścisk. – Bie­dac­two. Niech ci się przyj­rzę. – Chwy­ciła ręce Ami­lii i roz­ło­żyła je na bok. – O rety, ależ ty jesteś śliczna. Ale, kocha­nie, powiedz, że dziś jest dzień pra­nia i zaraz przyjdą twoje słu­żące. Nie, nie musisz się faty­go­wać. Na pewno tak jest. Mimo to mam nadzieję, że się nie obra­zisz, jeśli każę mojej kraw­co­wej, Lois, żeby ci coś naprędce uszyła. Uwiel­biam dawać pre­zenty, a prze­cież mamy zimo­na­lia. Sądząc po twoim wyglą­dzie, nie potrzeba ani wiele mate­riału, ani czasu. Lois będzie zachwy­cona.

Lady Gene­vieve chwy­ciła Ami­lię pod ramię i popro­wa­dziła ją kory­ta­rzem.

– Wiesz, jesteś praw­dzi­wym skar­bem, ale widzę, że kiep­sko cię trak­tują. Czego można się spo­dzie­wać, skoro rzą­dzą tacy ludzie, jak Ethel­red i Sal­dur? Wszystko się jed­nak ułoży, bo jestem tu ja.

Skrę­ciły za róg. Ami­lia zdu­miała się, że księżna potrafi tak szybko mówić – jakby nie musiała robić przerw na wzię­cie odde­chu.

– Spodo­bało mi się twoje zapro­sze­nie. I tak, wiem, że ty tego dopil­no­wa­łaś. Wszyst­kiego dopil­no­wa­łaś, prawda? Kazali ci zapla­no­wać cały ślub, nie­praw­daż? Nic dziw­nego, że jesteś zajęta. Jakie to bez­duszne. Jakie okrutne! Ale się nie martw. Jak powie­dzia­łam, jestem tu, żeby ci pomóc. Zor­ga­ni­zo­wa­łam już wiele ślu­bów i wszyst­kie wypa­dły wspa­niale. Potrze­bu­jesz doświad­czo­nego pla­ni­sty – cudo­twórcy. My, ary­sto­kraci, ocze­ku­jemy, że takie wyda­rze­nia będą spek­ta­ku­larne i osza­ła­mia­jące, i nie cier­pimy roz­cza­ro­wań. Ślub impe­ra­torki musi być więk­szy, wspa­nial­szy i bar­dziej zachwy­ca­jący od wszyst­kich wcze­śniej­szych uro­czy­sto­ści. To nie może zejść poni­żej takiego poziomu.

Nagle przy­sta­nęła i zer­k­nęła na Ami­lię.

– Zapla­no­wa­łaś wypusz­cze­nie gołębi? Musisz to wziąć pod uwagę. Po pro­stu musisz!

Ami­lia chciała odpo­wie­dzieć, ale zanim zdą­żyła to zro­bić, wyraz nie­po­koju znik­nął z twa­rzy księż­nej i lady Gene­vieve ruszyła dalej, cią­gnąc Ami­lię za rękę.

– Nie chcę cię stra­szyć, kocha­nie. Pozo­stało jesz­cze sporo czasu, przy zało­że­niu, oczy­wi­ście, że otrzy­masz odpo­wied­nią pomoc. Teraz ja tu już jestem i Modina będzie zachwy­cona naszymi wspól­nymi doko­na­niami. Po pro­stu zanie­mówi z wra­że­nia.

– Ja…

– Ile kaza­łaś spro­wa­dzić bia­łych koni? Na pewno za mało. Nie­ważne, wszystko się dobrze ułoży. Zoba­czysz. À pro­pos koni, nale­gam, żebyś towa­rzy­szyła mi pod­czas polo­wa­nia z soko­łami. Nie zgo­dzę się, żebyś jechała z kimś innym. Polu­bisz Leopolda, jest spo­kojny, tak jak ty, ale naprawdę uro­czy. Wiesz, co mam na myśli? Chyba nie, ale to bez zna­cze­nia. Oboje cudow­nie się doga­da­cie. Masz ptaka?

– Ptaka? – zdo­łała wtrą­cić Ami­lia.

– Pozwolę ci sko­rzy­stać z Zabój­czyni. To jeden z moich ulu­bio­nych jastrzębi.

– Ale…

– Nie martw się, moja droga. To nic wiel­kiego. Ptak wyko­nuje całą robotę. Musisz jedy­nie sie­dzieć na koniu i ład­nie wyglą­dać – i będziesz tak wyglą­dać w nowej sukni, którą uszyje Lois. Błę­kit byłby dobrym kolo­rem i cudow­nie pasuje do two­ich oczu. Przy­pusz­czam, że powin­nam ci też zała­twić konia. Nie możemy pozwo­lić, żebyś brnęła w śniegu i znisz­czyła sobie suk­nię, prawda? Wiem, że Sal­dur ni­gdy nie myśli o takich rze­czach. Mia­no­wał cię asy­stentką impe­ra­torki, ale czy ma świa­do­mość, że potrze­bu­jesz ubrań? Konia? Biżu­te­rii?

Księżna znów przy­sta­nęła, wciąż ści­ska­jąc ramię Ami­lii jak prasa do jabłek.

– Och, kocha­nie, wła­śnie dotarło do mnie, że nie nosisz żad­nej… biżu­te­rii. Nie wstydź się. Dosko­nale to rozu­miem. Otto jest bajecz­nym jubi­le­rem. Umie w mig zro­bić naszyj­nik z wisio­rem. Czyż taka ozdoba nie będzie wyglą­dać osza­ła­mia­jąco z twoją nową błę­kitną suk­nią? Mari­bo­rowi dzięki, przy­je­cha­łam z całą moją świtą. Bóg wie, że miej­scowi rze­mieśl­nicy nie potra­fili ni­gdy dotrzy­mać mi kroku. Gdy się nad tym zasta­no­wić, to któż potrafi?

Wybu­chła śmie­chem i Ami­lia zasta­na­wiała się, jak długo jesz­cze lady Gene­vieve może tak traj­ko­tać.

Księżna znów pocią­gnęła Ami­lię za rękę i poszły dalej.

– Tro­chę daję się we znaki, prawda? Taka już jestem. Nic na to nie pora­dzę. Mój mąż od dawna nie pró­buje zro­bić ze mnie wzo­ro­wej żony. Oczy­wi­ście, teraz wie, że naj­bar­dziej podoba mu się u mnie żywio­ło­wość. „Ani chwili nudy ani spo­koju”, zawsze powta­rza. À pro­pos męż­czyzn, czy już wybra­łaś mistrza, który będzie nosił twoją wstążkę pod­czas tur­nieju?

– Nie.

– Naprawdę? Ależ, kocha­nie, ryce­rze uwiel­biają wal­czyć dla takich ład­nych, mło­dych dziew­czyn jak ty. Założę się, że swoim dłu­gim cze­ka­niem dopro­wa­dzi­łaś ich do sza­leń­stwa.

Zapa­dła nie­spo­dzie­wana cisza, więc Ami­lia się ode­zwała:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki