Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Skrząca się od przygód i akcji historia duetu niezwykłych złodziei, Royce’a i Hadriana.Nacjonaliści przegrali, a władze Nowego Imperium planują uczcić swoje zwycięstwo wyjątkowo krwawą ceremonią. W dniu święta zimonaliów księżniczka Arista zostanie zmuszona do małżeństwa, po czym przydarzy się jej nieszczęśliwy wypadek. Odbędzie się także podwójna egzekucja – kat straci słynną wiedźmę z Melengaru oraz spadkobiercę Novronu.Nowym władcom wydaje się, że ich triumf jest całkowity. Nie wzięli jednak pod uwagę, że ich plan może się nie spodobać pewnym dwóch złodziejom. Royce i Hadrian po raz kolejny uratują swoją ojczyznę. Miecze i sztylety pójdą w ruch!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 359
Rozdział 1
Aquesta
Niektórzy są zręczni, inni mają szczęście, ale w tym momencie Mince zrozumiał, że nie zalicza się ani do jednych, ani do drugich. Nie zdoławszy przeciąć rzemyków sakiewki kupca, zamarł, wciąż podtrzymując jedną ręką woreczek. Wiedział, że kodeks złodziei kieszonkowych dopuszcza wykonanie tylko jednej próby i już wcześniej wycofał się posłusznie i wmieszał w tłum po dwóch nieudanych podejściach. Trzecie niepowodzenie oznaczało, że nie dadzą mu kolejnego posiłku, a Mince był zbyt głodny, żeby teraz się poddać.
Trzymał ręce pod płaszczem kupca i czekał. Mężczyzna niczego nie zauważył.
Powinienem spróbować jeszcze raz?
To była szalona myśl, ale pusty żołądek złodzieja wziął górę nad rozsądkiem. W chwili desperacji Mince zignorował nakaz zachowania ostrożności. Rzemień wydawał się dziwnie gruby. Gdy złodziej go przerżnął, poczuł, że kiesa jest odcięta, ale coś było nie tak, jak powinno. Bardzo szybko zrozumiał swój błąd. Zamiast rzemyków przeciął kupcowi skórzany pas, który z syczącym odgłosem zsunął się z brzucha tłuściocha i wraz z przypiętą doń bronią spadł na bruk.
Mince wstrzymał oddech i znieruchomiał, gdy w myślach przemknęło mu dziesięć lat jego marnego życia.
„Uciekaj!” – wrzasnął głos w jego głowie, gdy Mince uświadomił sobie, że za chwilę jego ofiara…
Kupiec się odwrócił. Mężczyzna był duży i tłusty, z obwisłymi policzkami zaczerwienionymi od zimna. Dostrzegłszy sakiewkę w ręku Mince’a, otworzył szeroko oczy.
– Hej, ty!
Kupiec sięgnął po sztylet i na jego twarzy odmalował się wyraz zdziwienia, gdy go nie znalazł. Szukając swojej drugiej broni, dostrzegł, że leży obok sztyletu na ulicy.
Mince poszedł po rozum do głowy i rzucił się do ucieczki. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że najlepszą metodą ucieczki przed rozsierdzonym olbrzymem jest znalezienie wąskiego przejścia, przez które grubas się nie przeciśnie. Zanurkował pod wóz z piwem przed gospodą Błękitny Łabędź i prześlizgnął się na drugą stronę. Szybko wstał i ruszył pędem w stronę zaułka, przyciskając nóż i sakiewkę do piersi. Świeży śnieg utrudniał mu bieg i chłopak poślizgnął się, gdy skręcał za róg.
– Łapać złodzieja!
Krzyki dobiegały z większej odległości, niż się spodziewał.
Mince biegł dalej. W końcu dotarł do stajni i przeszedł między belkami ogrodzenia, za którym leżała sterta zwierzęcych odchodów. Wycieńczony przykucnął, opierając się plecami o ścianę po drugiej stronie. Wsunął nóż za pas i włożył sakiewkę pod koszulę. Pokaźny trzos tworzył wyraźne wybrzuszenie. Dysząc między parującymi odchodami, usiłował usłyszeć cokolwiek poza łomotem w uszach.
– Tu jesteś! – krzyknął Elbright, zatrzymując się z poślizgiem i chwytając się płotu. – Ale z ciebie idiota. Zwyczajnie tam stałeś i czekałeś, aż gruby dureń się odwróci. Jesteś kretynem, Mince. Nic dodać, nic ująć. Naprawdę nie mam pojęcia, czemu zawracam sobie głowę, próbując cię czegoś nauczyć.
Mince i pozostali chłopcy mówili na trzynastoletniego Elbrighta „Stary”. W ich niewielkim gronie tylko on nosił prawdziwy płaszcz, który miał wyblakły szary kolor i był spinany zmatowiałą metalową broszą. Elbright był najbystrzejszy i najbardziej utalentowany z nich i Mince nie chciał go zawieść.
Po chwili zjawił się roześmiany Brand i stanął obok Elbrighta przy płocie.
– To nie jest zabawne – skarcił go Stary.
– Ale… on… – Brand nie zdołał dokończyć, śmiejąc się do rozpuku.
Brand, tak jak pozostali dwaj, był brudny, chudy i ubrany w źle dobrane rzeczy o różnych rozmiarach. W fałdach podwiniętych nogawek jego zbyt długich spodni zbierał się śnieg. Tylko tunika leżała na nim, jak należy. Była wykonana z zielonego brokatu oblamowanego doskonałą miękką skórą i zapinana z przodu na misternie rzeźbione drewniane zapinki. Chłopak był młodszy o rok od Starego, odrobinę wyższy i trochę szerszy. W nieformalnej hierarchii gangu Brand stał na drugim miejscu – podczas gdy Elbright odpowiadał za planowanie, jemu przypadła rola osiłka. Kine, ostatni członek grupy, zajmował trzecie miejsce, ponieważ był najlepszym kieszonkowcem. Tym samym Mince bezsprzecznie stał najniżej w hierarchii. Tak samo plasował się pod względem postury, bo mierzył ledwie metr dwadzieścia, a ważył niewiele więcej od zmokłego kota.
– Przestań, dobra? – warknął Stary. – Próbuję czegoś nauczyć dzieciaka. O mało co nie zginął. To było głupie – ni mniej, ni więcej.
– Ja uważam, że genialne. – Brand przestał się śmiać, żeby wytrzeć oczy. – Pewnie, że to był kretynizm, ale i tak wielkie widowisko. Jak Mince tak stał i mrugał, a facet szukał swojej broni, tylko że jej tam nie było, bo mały debil odciął faciowi cały pieprzony pas! A potem… – Brand usiłował powstrzymać się od kolejnego wybuchu śmiechu. – Najlepsze było to, że zaraz po ucieczce Mince’a tłusty drań chciał go gonić, a tu nagle spadły mu portki i wyłożył się jak długi. Bam. W samym rynsztoku. Na Mara, co za ubaw!
Elbright próbował zachować surową powagę, ale relacja Branda wzbudziła u wszystkich śmiech.
– W porządku, wystarczy. – Elbright opanował się i przeszedł do konkretów. – Obejrzyjmy łup.
Mince wyjął sakiewkę i z szerokim uśmiechem podał ją Staremu.
– Ciężka – oświadczył z dumą.
Elbright otworzył woreczek i zmarszczył brwi, przyglądając się zawartości.
– Same miedziaki.
Brand i Elbright spojrzeli na siebie rozczarowani i chwilowa euforia Mince’a minęła.
– Była ciężka – powiedział powtórnie, głównie do siebie.
– Co teraz? – spytał Brand. – Damy mu jeszcze jedną szansę?
Elbright pokręcił głową.
– Nie. I wszyscy będziemy musieli przez jakiś czas omijać plac Kościelny. Za wielu ludzi widziało Mince’a. Przeniesiemy się bliżej bram. Możemy obserwować przyjezdnych i liczyć na szczęście.
– Czy chcesz… – zaczął Mince.
– Nie. Oddaj mi nóż. Następny w kolejce jest Brand.
Chłopcy pobiegli truchtem w stronę pałacowych murów, podążając szlakiem, który patrole wydeptały rano w świeżym śniegu. Zatoczyli koło na wschód i weszli na plac Imperialny. Ludzie z całego Avrynu zjeżdżali się na zimonalia i na placu głównym można było liczyć na wiele potencjalnych okazji.
– Tam. – Elbright wskazał w stronę bramy miasta. – Tamci dwaj. Widzicie ich? Jeden wysoki, drugi niższy.
– Wyglądają jak półtora nieszczęścia – ocenił Mince.
– I są wycieńczeni – dodał Brand.
– Prawdopodobnie jechali przez całą noc w zamieci – powiedział Elbright z chciwym uśmiechem. – Do dzieła, Brand, wytnij stary dobry numer ze stajennym. A ty, Mince, patrz, jak to się robi. To może być twoja ostatnia szansa, bo nie masz za grosz talentu do odcinania sakiewek.
***
Royce i Hadrian wjechali na plac Imperialny na zmarzniętych koniach. Opatuleni przed chłodem, wyglądali jak duchy spowite w śnieżne koce. Choć włożyli na siebie wszystkie rzeczy, które posiadali, byli źle przygotowani na zimową jazdę drogami, a jeszcze mniej na przekraczanie górskich przełęczy dzielących Ratibor od Aquesty. Całonocna śnieżyca tylko pogorszyła ich trudną sytuację. Gdy zatrzymali konie, Royce dostrzegł, że Hadrian chucha w złożone dłonie. Żaden z nich nie miał rękawic zimowych. Hadrian owinął palce paskami podartego koca, natomiast Royce postanowił wsunąć ręce w rękawy. Widok własnych przedramion bez dłoni zaniepokoił Royce’a, ponieważ przypomniał mu o starym czarnoksiężniku. Obaj dowiedzieli się szczegółowo o jego śmierci, gdy przejeżdżali przez Ratibor. Zamordowany późno w nocy Esrahaddon został uciszony na zawsze.
Chcieli kupić rękawiczki, ale zaraz po dotarciu do Ratiboru zobaczyli ogłoszenia o rychłej egzekucji przywódcy nacjonalistów. Władze imperium zamierzały publicznie spalić Degana Gaunta w imperialnej stolicy Aqueście w ramach uroczystości zimonaliowych. Po wielu miesiącach, które Hadrian i Royce spędzili na morzu i w dżunglach, szukając Gaunta, ujrzenie nazwiska Degana na ogłoszeniach przybitych do drzwi wszystkich gospód w mieście było zarówno ciosem, jak i błogosławieństwem. W obawie przed tym, że jakieś nowe nieszczęście może uniemożliwić im spotkanie z przywódcą nacjonalistów, wyruszyli wcześnie rano, sporo czasu przed otwarciem sklepów.
Royce odwinął szal, odrzucił kaptur do tyłu i się rozejrzał. Pokryty śniegiem pałac zajmował całą południową stronę placu, natomiast sklepy i sprzedawcy rozlokowali się na pozostałym terenie. Kuśnierze prezentowali obszyte peleryny i kapelusze. Szewcy oferowali przechodniom nasmarowanie butów olejkiem. Piekarze kusili podróżnych herbatnikami w kształcie płatków śniegu i ciastkami posypanymi cukrem pudrem.
I wszędzie kolorowe transparenty zapowiadały nadchodzące święto.
Gdy Royce zsiadł z konia, od razu podbiegł do niego chłopiec.
– Odprowadzić konie, panowie? Noc w stajni tylko za jednego srebrnego od sztuki. Sam je wyszczotkuję i dopilnuję, żeby dostały dobry owies.
Zsiadłszy z konia i zdjąwszy kaptur, Hadrian uśmiechnął się do chłopca.
– A zaśpiewasz im kołysankę na dobranoc?
– Jasna sprawa, panie – odparł niezwłocznie chłopak. – Będzie to pana kosztowało dodatkowo dwa miedziaki, ale mam świetny głos, poważnie.
– Każda stajnia w mieście przyjmie konia na noc za pięć miedziaków – rzucił zaczepnie Royce.
– Ale nie w tym miesiącu, panie. Przed trzema dniami zaczęły obowiązywać ceny zimonaliowe. Stajnie i pokoje szybko się zapełniają. Zwłaszcza w tym roku. Mają panowie szczęście, że wcześnie tu przybyli. Za dwa tygodnie konie będą trzymane za budkami myśliwskimi na polach. Jedyne dostępne miejsca do spania pozostaną na klepiskach, gdzie ludzie będą stłoczeni jak drewniane bale na stosie za pięć srebrnych od łebka. Ja wiem, gdzie są najlepsze miejsca i najniższe ceny w mieście. Jeden srebrny to teraz dobra cena. Za kilka dni trzeba będzie płacić dwa razy tyle.
Royce przyjrzał mu się bacznie.
– Jak się nazywasz?
– Nazywają mnie Brand Śmiały. – Wyprostował się, poprawiając kołnierz tuniki.
Hadrian zachichotał i spytał:
– A to dlaczego?
– Bo nigdy nie wycofuję się z walki, sir.
– To stąd ta tunika? – zapytał Royce.
Chłopak spojrzał w dół, jakby pierwszy raz dostrzegł swój elegancki strój.
– Ten stary łach? W domu mam pięć ładniejszych. Noszę tę szmatę tylko po to, żeby nie przemoczyć sobie tamtych na śniegu.
– No cóż, Brand, myślisz, że możesz zaprowadzić nasze konie do karczmy Baileya przy Hall i Coswall i załatwić dla nich miejsce w tamtejszej stajni?
– Pewnie, że mógłbym, sir. Dodam, że to świetny wybór. Gospodę prowadzi zacny właściciel, który daje uczciwe ceny. Sam chciałem zaproponować właśnie to miejsce.
Royce uśmiechnął się do niego z wyższością. Spojrzał na dwóch chłopców, którzy stali kawałek dalej i udawali, że nie znają Branda. Royce skinął na nich ręką, żeby podeszli. Wydawało się, że młodzieńcy się wahają, ale gdy powtórzył gest, niechętnie się zbliżyli.
– Jak się nazywacie? – spytał.
– Elbright, sir – odparł wyższy. Był starszy od Branda i nosił nóż schowany pod płaszczem. Royce domyślił się, że to przywódca grupy i że to on wysłał Branda do odegrania komedii.
– Mince, sir – przedstawił się drugi chłopiec, który wyglądał na najmłodszego. Widać było, że włosy niedawno mu przycięto tępym nożem. Nosił poplamione, znoszone łachmany z wełny. Za krótkie rękawy i nogawki odsłaniały jasnoróżową skórę nadgarstków i goleni. Z całego stroju najbardziej pasowała mu porozdzierana torba z tkaniny, którą zawiesił na ramieniu. Takim samym materiałem owinął stopy i obwiązał go wokół kostek sznurkiem.
Hadrian przejrzał swój ekwipunek na koniu, wziął miecz dwuręczny i wsunął go do pochwy, którą nosił pod płaszczem na plecach.
Royce dał pierwszemu chłopcu dwa srebrne tenenty, po czym zwrócił się do całej trójki:
– Brand odprowadzi nasze konie do stajni u Baileya i zarezerwuje nam pokój, a wy w tym czasie odpowiecie na kilka pytań.
– Ale… aa… sir, my nie możemy – zaczął Elbright, ale Royce go zignorował.
– Po powrocie Branda z kwitkiem od Baileya zapłacę każdemu z was po srebrnym tenencie. Jeśli wasz kompan nie wróci, jeśli ucieknie i sprzeda konie, poderżnę wam gardła i powieszę was za nogi na pałacowej bramie. Poczekam, aż wasza krew ścieknie do wiadra, a potem namaluję nią napis informujący mieszkańców miasta, że Brand Śmiały to koniokrad. Później go wytropię z niewielką pomocą imperialnego strażnika i innych znajomych, których mam w Aqueście, i dopilnuję, żeby jego spotkało to samo. – Rzucił chłopcu groźne spojrzenie. – Rozumiemy się, Brand?
Trzej młodzi przyjaciele gapili się na niego z rozdziawionymi gębami.
– Na Mara! Nie bardzo ufa pan ludziom, prawda, sir? – odezwał się Mince.
Royce uśmiechnął się złowieszczo.
– Zarezerwuj pokój na nazwiska Grim i Baldwin. Ruszaj, Brand, ale wracaj szybko. Przecież nie chcesz, żeby twoi koledzy się zamartwiali.
Brand ruszył, by odprowadzić konie, a pozostali chłopcy podążali za nim wzrokiem. Gdy się obejrzał, Elbright pokręcił nieznacznie głową.
– A teraz powiedzcie, co zaplanowano na tegoroczne zimonalia.
– Cóż… – zaczął Stary. – Przypuszczam, że to będą najbardziej pamiętne zimonalia od stu lat, bo odbędzie się ślub imperatorki i tak dalej.
– Ślub? – spytał Hadrian.
– Tak, sir. Myślałem, że wszyscy o tym wiedzą. Zaproszenia rozesłano kilka miesięcy temu i zewsząd zjeżdżają się bogacze, nawet królowie i królowe.
– Kogo poślubi? – spytał Royce.
– Lorda Ethelreda – odrzekł z przekąsem Mince.
– Przymknij się, Mince – powiedział ściszonym głosem Elbright.
– To gad.
Elbright warknął i trzepnął go w ucho.
– Przez takie gadanie możesz skończyć na szubienicy – postraszył młodszego kolegę, po czym odwrócił się do Royce’a i Hadriana i wyjaśnił: – Mince podkochuje się w imperatorce. Nie podoba mu się, że stary król bierze z nią ślub i tak dalej.
– Ona jest jak bogini, poważnie – oświadczył Mince z rozmarzonym wzrokiem. – Raz ją widziałem. Wszedłem na dach, żeby lepiej widzieć, kiedy przemawiała zeszłego lata. Lśniła jak gwiazda, poważnie. Na Mara, jest piękna. Widać, że jest córką Novrona. W życiu nie widziałem takiej ładnej osoby.
– Właśnie to miałem na myśli. Mince ma lekkiego fioła na punkcie imperatorki – powiedział Stary przepraszającym tonem. – Chłopak musi przywyknąć do tego, że znów będzie rządził regent Ethelred. Właściwie to wcale nie przestał rządzić, bo imperatorka jest chora i tak dalej.
– Zraniła ją bestia, którą zabiła na północy – wyjaśnił Mince. – Imperatorka Modina umierała od trucizny i zewsząd przyjeżdżali uzdrowiciele, ale żaden nie potrafił jej pomóc. Później regent Saldur modlił się przez siedem dni i nocy bez jedzenia i picia. Maribor objawił mu, że czyste serce młodej służącej o imieniu Amilia z doliny Tarin ma moc uleczenia imperatorki. I tak się stało. Lady Amilia opiekowała się imperatorką i robiła to tak dobrze, że Modina wyzdrowiała.
Wziął oddech. Oczy mu się rozpromieniły, a na jego twarzy wykwitł uśmiech.
– Mince, wystarczy – powiedział Elbright.
– A to tu po co? – spytał Royce, wskazując na odkrytą trybunę, którą budowano na środku placu. – Przecież to nie tu urządzą uroczystość, prawda?
– Ślub odbędzie się w katedrze. Te ławki są dla ludzi oglądających egzekucję. Zostanie stracony przywódca buntowników.
– Tak, o tym już słyszeliśmy – powiedział cicho Hadrian.
– A więc przyjechaliście zobaczyć egzekucję?
– Mniej więcej.
– Już wybrałem nasze miejsca – powiedział Elbright. – Dzień wcześniej wyślę Mince’a w nocy, żeby je dla nas zajął.
– Czemu to ja mam iść? – pożalił się Mince.
– Brand i ja musimy zanieść wszystkie rzeczy. Ty jesteś za mały, a Kine wciąż choruje, więc musisz…
– Ale ty masz płaszcz, a tam będzie zimno.
Chłopcy dalej się spierali, ale Royce zobaczył, że Hadrian już nie słucha. Przyjaciel lustrował pałacowe bramy, mury i frontowe wejście. Hadrian liczył strażników.
***
Pokoje u Baileya wyglądały tak samo jak we wszystkich innych gospodach – były małe i nijakie, z wytartą drewnianą podłogą i stęchłym zapachem. Przy kominku stał stos drewna opałowego, ale nigdy nie wystarczało go na całą noc. Jeśli klienci chcieli mieć ciepło przez cały czas, byli zmuszeni kupować dodatkowe drewno za niebotyczne ceny. Royce jak zwykle zrobił obchód, okrążając budynek, zwracając uwagę na twarze, które pojawiały się zbyt wiele razy. Wrócił do pokoju przeświadczony, że nikt nie zauważył ich przyjazdu – przynajmniej nikt ważny.
– Pokój numer osiem. Jest tu prawie od tygodnia – powiedział Royce.
– Czemu przyjechał tak wcześnie? – zdziwił się Hadrian.
– Gdybyś mieszkał w klasztorze przez dziesięć miesięcy w roku, nie jechałbyś na zimonalia najszybciej, jak to możliwe?
Hadrian wziął swoje miecze i obaj przyjaciele poszli korytarzem. Royce pomajstrował przy zamku wyblakłych drzwi i je otworzył. Po drugiej stronie pokoju paliły się dwie świeczki na stoliku zastawionym talerzami, kieliszkami i butelką wina. Przed lustrem na ścianie stał odziany w aksamit i jedwab mężczyzna. Sprawdzał wstążkę, którą jego jasne włosy były związane z tyłu głowy, i poprawiał wysoki kołnierz surduta.
– Chyba czekał na nas – powiedział Hadrian.
– Na kogoś – sprostował Royce.
– A cóż to… – Zaskoczony Albert Winslow obrócił się na pięcie. – Tak trudno zapukać?
– Co mogę powiedzieć? – Royce zwalił się na łóżko. – Jesteśmy łotrami i złodziejami.
– Łotrami na pewno – potwierdził Albert. – Ale złodziejami? Kiedy ostatnio coś ukradliście?
– Czy słyszę w twoim głosie nutę niezadowolenia?
– Jestem wicehrabią. Muszę dbać o reputację, a to wymaga pewnych dochodów, na przykład pieniędzy, których nie otrzymuję, kiedy nic nie robicie.
Hadrian usiadł przy stoliku.
– Nie jest niezadowolony. On wręcz nas ruga.
– To dlatego zjawiłeś się tu tak wcześnie? – spytał Royce. – Szukasz zleceń?
– Częściowo. Musiałem też wyjechać z Wichrowego Opactwa. Ludzie się ze mnie śmieją. Gdy skontaktowałem się z lordem Darefem, bez przerwy naigrywał się z wicehrabiego Mnicha. Z drugiej strony lady Mae podoba się moje odosobnienie w pobożnym przybytku.
– Czy to dla niej… – Hadrian wskazał palcem elegancko zastawiony stół.
– Tak. Właśnie miałem po nią iść. Będę musiał odwołać spotkanie, prawda? – Spojrzał na nich po kolei i westchnął.
– Przykro nam.
– Mam nadzieję, że to zlecenie będzie dobrze płatne. To nowy dublet i jeszcze nie zapłaciłem krawcowi.
Zdmuchnął świeczki i usiadł naprzeciwko Hadriana.
– Co słychać na północy? – spytał Royce.
Albert zacisnął usta i się zamyślił.
– Domyślam się, że już wiecie o Medfordzie? Imperialne wojska zajęły miasto i zamki na prowincji, z wyjątkiem Pól Drondila.
Royce usiadł na łóżku.
– Nic o tym nie wiemy. Co u Gwen?
– Nie mam pojęcia. Usłyszałem o tym, już będąc tutaj.
– A więc Alric i Arista są w Polach Drondila? – spytał Hadrian.
– Król Alric tak, ale nie sądzę, żeby księżniczka była w Medfordzie. Przypuszczam, że zarządza Ratiborem. Mianowali ją burmistrzynią, tak przynajmniej słyszałem.
– Nie – zaprzeczył Hadrian. – Niedawno tamtędy przejeżdżaliśmy. Administrowała miastem po bitwie, ale kilka miesięcy temu wyjechała w środku nocy. Nikt nie wie dlaczego. Założyłem, że wróciła do domu.
Albert wzruszył ramionami.
– Być może, ale nic nie słyszałem o jej powrocie. Prawdopodobnie lepiej dla niej, jeśli tego nie zrobiła. Imperiale oblegli Pola Drondila. Nikt nie prześliźnie się do środka ani na zewnątrz. To tylko kwestia czasu, zanim Alric będzie musiał się poddać.
– A co z opactwem? Imperiale zapukali do drzwi? – spytał Royce.
Albert pokręcił głową.
– Nic o tym nie wiem. Ale jak powiedziałem, już tu byłem, gdy imperialiści przekroczyli Galewyr.
Royce wstał i zaczął krążyć po pokoju.
– Coś jeszcze? – dopytywał się Hadrian.
– Chodzą pogłoski, że na Tur Del Fur najechały gobliny. Ale to tylko plotka, o ile mi wiadomo.
– To nie plotka – zaprzeczył Hadrian.
– Nie?
– Byliśmy tam. Właściwie to myśmy do tego doprowadzili.
– Brzmi… interesująco – stwierdził Albert.
Royce przystanął.
– Nie prowokuj go.
– W porządku, a więc co was sprowadza do Aquesty? – spytał Albert. – Domyślam się, że nie chodzi o świętowanie zimonaliów.
– Zamierzamy uwolnić Degana Gaunta z pałacowych lochów i będziesz nam potrzebny do przeprowadzenia rutynowego rozpoznania – odrzekł Royce.
– Poważnie? Na pewno wiecie, że zostanie stracony w trakcie zimonaliów, prawda?
– Tak, dlatego musimy się śpieszyć. Byłoby kiepsko, gdybyśmy się spóźnili – dodał Hadrian.
– Oszaleliście? Pałac? W trakcie zimonaliów? Słyszeliście o planowanym ślubie? Środki bezpieczeństwa mogą być ostrzejsze niż zwykle. Codziennie widzę na dziedzińcu kolejkę ludzi, którzy zgłaszają się do służby w straży.
– Co ty na to? – spytał Hadrian.
– Ślub będzie dla nas sprzyjającą okolicznością – odparł Royce. – Czy w mieście jest już ktoś z naszych znajomych?
– Chyba niedawno przyjechali Genny i Leo.
– Naprawdę? Doskonale. Skontaktuj się z nimi. Na pewno dostaną komnaty w pałacu. Sprawdź, czy mogą cię tam wprowadzić. A potem dowiedz się jak najwięcej, zwłaszcza na temat miejsca, w którym przetrzymują Gaunta.
– Będę potrzebował pieniędzy. Planowałem wziąć udział jedynie w kilku małych balach i może jednym bankiecie. Jeśli chcecie, żebym się dostał do pałacu, muszę mieć lepsze ubranie. Na Mara, spójrzcie na moje buty. Tylko spójrzcie! Nie mogę w takich spotkać się z imperatorką.
– Na razie pożycz jakieś od Genny i Lea – polecił Royce. – Wieczorem wyjeżdżam do Medfordu i wrócę z funduszami na pokrycie naszych wydatków.
– Jedziesz tam? Dziś wieczorem? – upewniał się Albert. – Przecież dopiero co tu przyjechałeś, prawda?
Złodziej skinął głową.
– Nic jej nie jest – zapewniał Royce’a Hadrian. – Na pewno wydostała się z miasta.
– Do zimonaliów pozostał prawie miesiąc – odparł Royce. – Powinienem wrócić mniej więcej za tydzień. Tymczasem dowiedz się jak najwięcej i po moim powrocie ułożymy plan.
– Cóż – mruknął Albert – przynajmniej zimonalia nie będą nudne.
Rozdział 2
W ciemności
Ktoś jęczał.
Tym razem głos należał do mężczyzny i Arista już wcześniej go słyszała. W końcu każdy zaczynał płakać. Niektórzy ludzie nawet załamywali się i dostawali ataku histerii. Była tam kobieta skora do wrzasków, ale jakiś czas wcześniej przyszli po nią strażnicy. Arista nie miała złudzeń, że ją uwolniono. Usłyszała, jak wloką jej ciało. Jęczący mężczyzna dawniej wykrzykiwał, ale w ostatnich dniach zachowywał się spokojniej. Już nie lamentował, choć niedawno słyszała, jak się modli. Arista dziwiła się, że więzień nie prosi o ratunek lub nawet szybką śmierć. Modlił się jedynie za jakąś kobietę. Błagał Maribora o zapewnienie jej bezpieczeństwa, ale mówił tak chaotycznie, że księżniczka nie zdołała wychwycić imienia ukochanej mężczyzny.
W ciemności nie było możliwości określenia upływu czasu. Arista próbowała liczyć posiłki, ale głód, jaki odczuwała, wskazywał, że przynoszono je rzadziej niż raz dziennie. Mimo to musiało minąć wiele tygodni, odkąd ją uwięziono. Przez cały ten czas nie usłyszała Gaunta, choć wołała do niego. Jedyny raz, kiedy usłyszała jego głos, to było w nocy, gdy ona i Hilfred nie zdołali go uwolnić.
Od tej pory więziono ją w celi, w której znajdowały się tylko wiadro do załatwiania potrzeb fizjologicznych i parę garści słomy. Klitka była taka mała, że księżniczka mogła dotknąć z jednego miejsca wszystkich czterech ścian, przez co wydawało jej się, że jest w klatce lub grobie. Arista wiedziała, że Modina, dziewczyna znana kiedyś jako Thrace, była kiedyś przetrzymywana w takich samych warunkach. Może nawet w tej samej celi. Po stracie wszystkich ważnych dla niej ludzi i rzeczy musiała to odczuć jak koszmar, gdy obudziła się sama w ciemności, bez wyjaśnienia, nie znając przyczyny lub powodu. Nie wiedząc, gdzie jest ani jak się tam znalazła, musiała popadać w obłęd.
Pomimo własnych tragedii Arista przynajmniej wiedziała, że nie jest sama na świecie. Gdy jej brat, Alric, dowie się o zniknięciu siostry, poruszy niebo i ziemię, żeby ją uratować. Po śmierci ojca oboje stali się sobie bliżsi. On nie był już dzieckiem uprzywilejowanych, a ona zazdrosną, samotniczą siostrą. Wciąż toczyli ze sobą spory, ale nic go nie powstrzyma przed odnalezieniem jej. Alric zwróci się o pomoc do Pickeringów – jej dalszej rodziny. Może nawet wezwie Royce’a i Hadriana, których z sympatią nazywał królewskimi obrońcami. To już nie potrwa długo.
Arista wyobraziła sobie krzywy uśmiech Hadriana i poczuła ukłucie bólu, ale obraz nie chciał zniknąć z jej myśli. Gdy przypomniała sobie brzmienie głosu najemnika, dotyk jego ręki i maleńką bliznę na podbródku, coś chwyciło ją za serce. Były między nimi chwile serdeczności, ale on ograniczał się do okazywania jedynie uprzejmości, współczucia – litości dla osoby cierpiącej lub będącej w potrzebie. Dla niego Arista była tylko księżniczką, jego pracodawczynią, zleceniodawczynią, kolejną zdesperowaną arystokratką.
Jakież puste wiodłam życie, że do najlepszych przyjaciół zaliczam dwóch ludzi, którym płacę za wykonywanie dla mnie zleceń.
Chciała wierzyć, że Hadrian widzi w niej kogoś wyjątkowego, że czas spędzony wspólnie w drodze zbliżył ich do siebie – że znaczy to tyle samo dla niego, co dla niej. Arista żywiła nadzieję, że Hadrian uważa ją za inteligentniejszą lub zdolniejszą od większości innych. Ale nawet jeśli tak było, mężczyźni nie chcieli inteligentnych lub zdolnych. Pragnęli ładnych. Arista nie była tak ładna jak Alenda Lanaklin czy Lenare Pickering. Gdyby Hadrian tylko widział ją tak, jak Emery i Hilfred.
Wtedy też by już nie żył.
Na korytarzach odbił się echem łoskot kamienia uderzającego o kamień i rozległ się odgłos kroków. Ktoś nadchodził.
To nie była pora posiłku. Choć Arista nie potrafiła liczyć dni w ciemności, wiedziała już, że na jedzenie musi czekać bardzo długo. Wiele razy obawiała się, że już nigdy go nie dostanie. Karmili ją tak mizernie, że z radością przyjmowała cienką, wstrętną breję, która cuchnęła zgniłymi jajami.
Odgłos przybliżających się kroków pochodził od dwóch par butów. Arista rozpoznała, że jedna osoba to strażnik, którego podkute blaszkami obcasy głośno stukały. Drugi przybysz nosił buty z twardymi obcasami i zelówkami wydającymi wyraźny odgłos klik-klak. To nie był ani strażnik, ani ktoś ze służby. Służący nosili miękkie obuwie, i wtedy szurali stopami, albo chodzili boso i człapali. Tylko kogoś bogatego było stać na buty, które robiły klik-klak na kamiennej posadzce. Przybysz szedł powoli, ale bez wahania. Długie, miarowe kroki świadczyły o jego pewności siebie.
W zamku zazgrzytał klucz, a następnie rozległ się odgłos kliknięcia.
Gość?
Otwarły się drzwi do jej celi i Arista skrzywiła się oślepiona jasnym światłem.
Wszedł strażnik. Pchnął ją brutalnie na bok i przyczepił do ściany żelazne kajdany, którymi miała skrępowane nadgarstki. Następnie mężczyzna pozostawił ją siedzącą z rękami nad głową i wyszedł, ale nie zamknął drzwi.
Po chwili wszedł regent Saldur z latarnią w ręku.
– Jak się masz dziś wieczorem, księżniczko? – Stary człowiek pokręcił ze smutkiem głową, mlaskając z dezaprobatą. – Spójrz na siebie, moja droga. Jesteś bardzo wychudzona i brudna. I skąd, na litość Maribora, masz tę suknię? Choć wiele z niej nie zostało, prawda? Te sińce wyglądają na nowe. Strażnicy cię zgwałcili? Nie, przypuszczam, że nie. – Saldur zniżył głos do szeptu. – Wydałem im stanowczy rozkaz, żeby trzymali ręce z dala od Modiny podczas jej pobytu tutaj. Oskarżyłem niewinnego dozorcę o to, że dotykał jej niewłaściwie, a potem dla przykładu kazałem go rozerwać wołami. Od tamtej pory nie było już problemów. To może wydawać się brutalne, ale nie mogłem dopuścić do tego, by imperatorka zaszła w ciążę, prawda? Oczywiście w twoim przypadku nic mnie to nie obchodzi, ale strażnicy o tym nie wiedzą.
– Po co tu przyszedłeś? – spytała niskim, zachrypłym głosem, który nawet dla niej brzmiał dziwnie.
– Pomyślałem sobie, że przyniosę ci wiadomości, moja droga. Kilnar i Vernes padły. Rhenydd jest teraz szczęśliwym członkiem imperium. Z pól w Maranonie na półwyspie Delgos zebrano ładne plony, zatem będziemy mieli mnóstwo zapasów, żeby wykarmić nasze wojska w zimie. Odbiliśmy Ratibor, ale dla przykładu straciliśmy sporo zdrajców. Wieśniacy muszą poznać konsekwencje buntu. Nim skończyliśmy z nimi, przeklinali twoje imię.
Arista wiedziała, że Saldur mówi prawdę. Nie dlatego, że potrafiła to wyczytać na jego twarzy, którą ledwie widziała przez kurtynę swoich splątanych włosów, lecz dlatego, że regent nie miał powodu, żeby kłamać.
– Czego chcesz?
– Chodzi mi właściwie o dwie rzeczy. Chcę, żeby dotarło do ciebie, że nowe imperium powstało i nic nie może stanąć mu na drodze. Twoje życie, Aristo, jest skończone. Za kilka tygodni zostaniesz stracona. A twoje marzenia już się rozwiały. Musisz je pochować przy smutnych małych grobach Hilfreda i Emery’ego.
Arista zesztywniała.
– Zaskoczona? Dowiedzieliśmy się wszystkiego o Emerym po odbiciu Ratiboru. Naprawdę umiesz postępować z mężczyznami. Najpierw doprowadziłaś do jego śmierci, a potem taki sam los sprowadziłaś na Hilfreda. Czarne wdowy na pewno ci zazdroszczą.
– A drugi? – Dostrzegła, że Saldur nie rozumie, o co jej chodzi. – Jaki jest drugi powód, dla którego tu sobie gawędzimy?
– Ach tak. Chcę wiedzieć, z kim współpracowałaś.
– Z Hilfredem. Kazałeś go za to zabić, przypominasz sobie?
Saldur uśmiechnął się, a potem uderzył ją mocno w twarz. Krępujące nadgarstki Aristy łańcuchy napięły się z brzękiem, gdy księżniczka usiłowała się ochronić. Regent słuchał przez chwilę jej cichego płaczu, po czym powiedział:
– Jesteś bystrą dziewczyną, ale zbyt pewną siebie. Może Hilfred pomógł ci się uwolnić. Może nawet ukrywał cię przez te tygodnie, kiedy cię szukaliśmy. Ale nie mógł wprowadzić cię do pałacu ani odnaleźć tego więzienia. Hilfred zginął w mundurze strażnika z czwartego piętra. Ktoś ze służby musiał ci pomagać i chcę wiedzieć, kto to był.
– Nie było nikogo. Tylko ja i Hilfred.
Saldur znów wymierzył jej policzek. Arista się rozpłakała. Trzęsła się tak bardzo, że podzwaniały krępujące ją łańcuchy.
– Nie okłamuj mnie – powiedział, unosząc ponownie rękę.
Arista odezwała się szybko, by powstrzymać cios.
– Już ci mówiłam. Byłam tylko ja. Dostałam w pałacu pracę pokojówki. Ukradłam mundur.
– Wiem wszystko o tym, jak udawałaś sprzątaczkę Ellę. Ale nie mogłaś zdobyć munduru bez pomocy. Musiał ci pomóc ktoś na stanowisku. Muszę się dowiedzieć, kto jest zdrajcą. Powiedz. Kto ci pomagał?
Gdy nie odpowiedziała, uderzył ją jeszcze dwa razy.
Arista się skuliła.
– Przestań!
– Powiedz – warknął Saldur.
– Nie, bo zrobisz jej krzywdę! – wygadała się.
– Jej?
Uświadomiwszy sobie błąd, Arista ugryzła się w wargę.
– Czyli to była kobieta? To znacznie zawęża krąg podejrzanych, nieprawdaż?
Saldur bawił się kluczykiem zawieszonym na łańcuszku, owijając go wokół palca wskazującego. Po kilku minutach przykucnął i postawił latarnię na podłodze.
– Muszę znać nazwisko i ty mi je wyjawisz. Wydaje ci się, że możesz zabrać jej tożsamość do grobu, ale bez względu na to, czy milczysz z powodu lojalności wobec niej, czy po to, żeby zrobić mi na złość, powinnaś się dobrze zastanowić. Może myślisz, że nietrudno zachować milczenie przez kilka tygodni, ale gdy się do ciebie dobierzemy, zapragniesz szybkiej śmierci.
Odgarnął jej włosy na bok.
– Widzę, że mi nie wierzysz. Wciąż jesteś bardzo naiwna, pełna optymizmu. Będąc księżniczką, żyłaś jak rozpieszczone dziecko. Myślisz, że życie pośród prostego ludu Ratiboru i szorowanie podłóg w pałacu uczyniło cię silną? Sądzisz, że już nie masz nic do stracenia i sięgnęłaś dna?
Gdy pogłaskał ją po policzku, Arista się wzdrygnęła.
– Widzę po wyrazie twojej twarzy, że wciąż czujesz się dumna i świadoma swojego arystokratycznego pochodzenia. Nie zdajesz sobie jeszcze sprawy z tego, jak nisko możesz upaść. Wierz mi, Aristo, mogę odebrać ci odwagę i złamać twojego ducha. Lepiej, żebyś się nie dowiedziała, jak bardzo mogę cię poniżyć.
Pogłaskał ją delikatnie po głowie, a następnie chwycił za włosy. Pociągnął za nie mocno, odchylając jej głowę do tyłu i zmuszając ją do tego, żeby na niego spojrzała. Wpatrywał się w jej twarz.
– Wciąż jesteś czysta, prawda? Wciąż nietknięta i zamknięta w swojej wieży, nie tylko w sensie dosłownym. Podejrzewam, że ani Emery, ani Hilfred nie śmieli pójść do łóżka z księżniczką. Może od tego powinniśmy zacząć. Powiem strażnikom, że mogą… nie… wydam konkretny rozkaz, żeby cię zniewolili. Dzięki temu oboje staniemy się bardzo popularni. Strażnicy będą zgłaszać się na dodatkowe dyżury, żeby gwałcić cię nieustannie.
Saldur puścił włosy Aristy, pozwalając, by jej głowa opadła.
– Gdy już będziesz całkowicie zhańbiona, a po twojej dumie nie zostanie najmniejszy ślad, poślę po głównego inkwizytora. Na pewno ucieszy go możliwość wygnania zła z niesławnej wiedźmy z Melengaru. – Przybliżył się do niej i powiedział cicho, poufale: – Inkwizytor ma bogatą wyobraźnię, a to, co potrafi zrobić za pomocą łańcuchów, wiadra wody i rozżarzonego żelaza do wypalania piętna, to czysta sztuka. Będziesz krzyczeć, aż stracisz głos. Zemdlejesz, a gdy się ockniesz, koszmar rozpocznie się na nowo.
Arista próbowała się odwrócić, ale Saldur przytrzymał jej głowę pomarszczonymi rękami, zmuszając ją, by na niego spojrzała. Na jego twarzy nie było wyrazu zadowolenia czy szaleństwa. Wydawał się ponury – niemal smutny.
– Doznasz niewyobrażalnej udręki. Resztki twojej odwagi odejdą w niebyt i zapomnienie. Umysł odmówi ci posłuszeństwa, a pozostanie śliniąca się bryła okaleczonego ciała. Nawet strażnicy cię wtedy nie zechcą.
Saldur pochylił się, aż poczuła jego oddech i przestraszyła się, że może ją pocałować.
– Jeśli po tym wszystkim nadal nie dasz mi tego, czego chcę, zainteresuję się miłą rodziną, która cię przygarnęła. Nazywali się Barker, prawda? Każę ich aresztować i tu sprowadzić. Ojciec zobaczy, jak jego żona zajmie twoje miejsce u strażników. Potem ona sobie popatrzy, jak jej mąż i synowie będą po kolei rozrywani i ćwiartowani. Wyobraź sobie reakcję kobiety, gdy ujrzy śmierć swojego najmłodszego dziecka, tego, które rzekomo uratowałaś. Ciebie będzie winić, Aristo. Ta biedna kobieta przeklnie twoje imię. I słusznie, bo to przez twoje milczenie jej życie legnie w gruzach.
Poklepał ją delikatnie po piekącym policzku.
– Nie zmuszaj mnie do tego. Wyjaw mi nazwisko tej kobiety. Ona jest winna zdrady, ale biedni Barkerowie są niewinni. Nic nie zrobili. Po prostu powiedz, jak ona się nazywa, a zapobiegniesz tym wszystkim okropieństwom.
Arista nie mogła skupić myśli i usiłowała wziąć głęboki oddech, gdy zaczęła tracić panowanie nad sobą. Czuła, jak twarz jej pulsuje od uderzeń, i mdliło ją od słonego, metalicznego smaku krwi w ustach. Poczucie winy spowodowało, że pomyślała o Emerym i Hilfredzie. Obaj zginęli z jej powodu. Za nic nie chciała mieć na rękach krwi także Barkerów. Nie chciała, by cierpieli za jej błędy.
– Powiem ci – oświadczyła w końcu. – Ale w zamian musisz mnie zapewnić, że nic się nie stanie Barkerom.
Saldur spojrzał na nią współczującym wzrokiem i niemal widziała wyraz twarzy poczciwego dziadka, jaki pamiętała z czasów młodości. Nie umiała pojąć, w jaki sposób mógł w jednej chwili miotać nikczemne groźby, a w następnej zachowywać się tak życzliwie.
– Oczywiście, moja droga. Przecież nie jestem potworem. Spełnij moją prośbę, to nie wydarzy się żadna z tych okropnych rzeczy. A teraz powiedz… Jak ona się nazywa?
Arista się zawahała. Saldur przestał się uśmiechać – jej czas dobiegł końca. Przełknęła ślinę i odrzekła:
– Był ktoś, kto mnie ukrył, dał mi jedzenie, a nawet pomógł odnaleźć Gaunta. To była prawdziwa przyjaciółka, bardzo życzliwa i bezinteresowna. Nie mogę uwierzyć, że wyjawiam ci jej nazwisko.
– Jak się nazywa? – nalegał Saldur.
Gdy Arista uniosła głowę, z jej oczu spływały łzy.
– Nazywa się… Edith Mon.
Rozdział 3
Sir Breckton
Archibald Ballentyne, hrabia Chadwick, spoglądał przez okno w imperialnej sali tronowej. Za jego plecami Saldur przekładał pergaminy na stole, a Ethelred siedział na tronie, który jeszcze do niego nie należał. Od czasu do czasu wchodzili i wychodzili służący oraz imperialny kanclerz, by porozmawiać krótko z jednym lub drugim regentem. Nikt nie odzywał się do Archibalda ani nie prosił go o radę.
Po zaledwie kilku latach regent Saldur awansował ze stanowiska biskupa Medfordu na pozycję architekta nowego imperium. Ethelred miał w niedługim czasie zamienić królewską koronę Warric na imperialne berło całego Avrynu. Nawet człowiekowi z gminu, Merrickowi Mariusowi, udało się zdobyć lenno, majątek i szlachecki tytuł.
A co ja dostałem za mój cały wkład? Gdzie moja korona? Żona? Sława?
Odpowiedź na te pytania Archibald znał bardzo dobrze. Nie będzie nosił korony, wybraną przez niego żonę poślubi Ethelred, sławę zaś skradł mu człowiek, który właśnie wchodził do sali. Archibald słyszał stukot ciężkich butów na posadzce z polerowanego marmuru. Odgłos kroków świadczył jednoznacznie o nieustępliwości, prostolinijności i obcesowości przybysza.
Archibald odwrócił się i zobaczył sir Brecktona Belstrada w długiej do ziemi, niebieskiej pelerynie. Z hełmem na zgiętej w łokciu ręce i w metalowym napierśniku rycerz wyglądał, jakby wracał z pola bitwy. Sir Breckton był wysoki, miał szerokie barki i wyraźnie zarysowany podbródek. Był urodzonym przywódcą, który wygrał wiele bitew, i Archibald go nienawidził.
– Sir Brecktonie, witaj w Aqueście! – zawołał Ethelred, gdy rycerz przemierzał salę.
Breckton zignorował go, jak również Saldura, i podszedł bezpośrednio do Archibalda, przy którego boku stuknął energicznie obcasami i przyklęknął na jedno kolano.
– Wasza lordowska mość – powiedział.
– Tak, tak, wstań. – Hrabia Chadwick skinął na niego ręką.
– Jak zawsze jestem do twoich usług, panie.
– Sir Brecktonie? – zwrócił się do niego ponownie Ethelred.
Rycerz nie zareagował i dalej rozmawiał ze swoim seniorem.
– Chciałeś mnie widzieć, panie? Czego sobie życzysz?
– Wezwałem cię na prośbę regenta Ethelreda. Pragnie z tobą pomówić.
Rycerz wstał.
– Jak sobie życzysz, panie.
Breckton odwrócił się i podszedł do tronu. Miecz obijał mu się o bok, a buty głośno uderzały o posadzkę. Przystanął u podnóża schodów i ukłonił się, lecz tylko nieznacznie.
Ethelred zmarszczył brwi, ale tylko na chwilę.
– Sir Brecktonie, nareszcie. Wzywałem cię sześć razy w ostatnich kilku tygodniach. Czy wiadomości nie dotarły do ciebie?
– Dotarły, wasza lordowska mość.
– Ale nie odpowiedziałeś – zdziwił się Ethelred.
– Nie, wasza lordowska mość.
– Czemuż to?
– Mój pan, hrabia Chadwick, rozkazał mi zająć Melengar. Wykonywałem jego rozkazy – odrzekł Breckton.
– Zatem ważne zadania związane z bitwą uniemożliwiały ci do tej pory przybycie – stwierdził Ethelred i skinął głową.
– Nie, wasza lordowska mość. Do zdobycia pozostały jeszcze tylko Pola Drondila, a oblężenie jest dobrze zorganizowane. Zwycięstwo nie ulega kwestii i nie wymaga mojej uwagi.
– Zatem nie pojmuję. Dlaczego nie przybyłeś, kiedy rozkazałem ci zjawić się przede mną?
– Nie tobie służę, wasza lordowska mość. Służę hrabiemu Chadwick.
Pogarda dla Brecktona nie umniejszyła rozkoszy, jakiej Archibald doznał, będąc świadkiem słownego policzka wymierzonego Ethelredowi.
– Czy wolno mi przypomnieć, panie rycerzu, że za kilka tygodni zostanę imperatorem?
– Wolno ci, wasza lordowska mość.
Ethelred wyglądał na skonfundowanego, co wywołało uśmiech na twarzy Archibalda. Hrabiemu Chadwick sprawiało przyjemność obserwowanie, jak ktoś inny usiłuje poradzić sobie z Brecktonem, i wiedział dokładnie, jak regent się czuje. Czy Breckton udzielał Ethelredowi pozwolenia, czy zwyczajnie dał do zrozumienia, że regent może nie zostać imperatorem? Tak czy owak, odpowiedź rycerza była niegrzeczna, ale wypowiedziana z taką szczerością i szacunkiem, że wydawała się daleka od złych intencji. Taki właśnie był Breckton – wprawiał grzecznie w zakłopotanie i ostentacyjnie dezorientował rozmówcę. Na swój sposób sprawiał, że Archibald czuł się głupio, i to był jeden z powodów, dla których hrabia gardził aroganckim rycerzem.
– Widzę, że wciąż będzie z tym problem – stwierdził Ethelred. – Stąd to spotkanie. Jako imperator będę wymagał, aby kompetentni ludzie pomagali mi rządzić. Udowodniłeś, że jesteś zdolnym przywódcą, i dlatego chcę, żebyś podlegał bezpośrednio mojej osobie. Jestem gotowy zaoferować ci urząd i tytuł wielkiego marszałka wszystkich sił imperialnych. Ponadto dam ci prowincję Melengaru.
Archibald osłupiał.
– Melengar jest mój! Lub będzie, gdy zostanie zajęty. Obiecano mi, że go dostanę.
– Tak, Archie, ale czasy się zmieniają. Potrzebuję silnego człowieka do obrony granic na północy. – Ethelred spojrzał na Brecktona. – Mianuję cię markizem Melengaru. Jak najbardziej na to zasługujesz, bo podbiłeś tę prowincję.
– To skandal! – krzyknął Archibald i tupnął nogą. – Zawarliśmy układ. Ty masz imperialną koronę, a Saldur imperialną mitrę. Co ma być dla mnie? Jaka jest nagroda za mój pot i poświęcenie? Beze mnie nie mógłbyś ofiarować Melengaru nikomu!
– Nie rób z siebie głupca, Archie – powiedział łagodnym tonem Saldur. – Musiałeś wiedzieć, że nie możemy ci powierzyć takiego ważnego królestwa. Jesteś zbyt młody, za mało doświadczony, zbyt… słaby.
Gdy Archibald zaczął się pieklić, pozostali milczeli.
– A więc? – Ethelred skierował uwagę z powrotem na Brecktona. – Markizie Melengaru? Wielki marszałku imperialnych wojsk? Co ty na to?
Sir Breckton nie okazywał żadnych emocji.
– Służę hrabiemu Chadwick, tak jak wcześniej mój ojciec i dziad. Nie wydaje mi się, żeby hrabia sobie tego życzył. Jeśli nie ma więcej spraw, to muszę wracać do moich żołnierzy w Melengarze.
Odwrócił się gwałtownie na pięcie i podszedł do Archibalda, przed którym znów przyklęknął.
Ethelred patrzył na niego zszokowany.
– Nie wyjeżdżaj jeszcze z Aquesty – polecił rycerzowi Archibald. – Może będziesz mi tu potrzebny.
– Jak sobie życzysz, panie.
Breckton wstał i szybko wyszedł.
Milczeli, słuchając cichnących kroków rycerza. Ethelred zrobił się purpurowy na twarzy i zacisnął pięści. Saldur patrzył gniewnie i z poirytowaniem na wejście, w którym zniknął Breckton.
– Chyba przy układaniu planów nie uwzględniłeś niezachwianej lojalności Belstrada – powiedział mściwie Archibald. – Ale z drugiej strony, czemu miałbyś to zrobić, skoro sam nie rozumiesz znaczenia tego słowa? Powinieneś wpierw skonsultować się ze mną. Powiedziałbym ci, co osiągniesz. Ale ty nie mogłeś tego zrobić, prawda? Nie, ponieważ to właśnie mnie zamierzałeś wbić nóż w plecy!
– Uspokój się, Archie – odezwał się Saldur.
– Przestań mnie tak nazywać. Mam na imię Archibald! – krzyknął, wypluwając ślinę. – Obaj jesteście tacy zadowoleni z siebie i aroganccy, ale ja nie jestem waszym pionkiem. Wystarczy jedno moje słowo i Breckton pomaszeruje ze swoją armią na Aquestę. – Hrabia wskazał na wciąż otwarte drzwi. – Żołnierze są lojalni wobec niego – do ostatniego żałosnego kretyna. Zrobią wszystko, co im każe, a jak widzicie, mnie otacza czcią.
Zacisnął pięści i ruszył w stronę drzwi, rozwścieczony, że miękkie obcasy jego butów nie stukają tak głośno jak Brecktona.
– Mógłbym też nakłonić króla Alrica, żeby udzielił mi wsparcia. Mógłbym zwrócić mu jego cenny Melengar w zamian za resztę Avrynu. Mógłbym pokonać was w waszej gierce. Miałbym północną armię imperialną w prawej ręce, a niedobitki rojalistów w lewej. Mógłbym zmiażdżyć was przed upływem miesiąca. Nie mów mi więc, żebym się uspokoił, Sauly! Mam już powyżej uszu twojego protekcjonalnego tonu i przekonania o własnej nieomylności. Jesteś taką samą glistą jak Ethelred. Razem w tym siedzicie, tkacie sieć i knujecie intrygi przeciwko mnie. Być może tym razem wpadliście we własne lepkie sidła! – wykrzyczał na odchodnym.
– Archie… to znaczy, Archibaldzie! – zawołał za nim Ethelred.
Hrabia nie zatrzymał się i minął szybko kanclerza Biddingsa, który stał tuż przed salą tronową i spojrzał na Ballentyne’a z zatroskaniem. Służący rozpierzchli się przed Archibaldem, gdy wychodził wściekły przez drzwi prowadzące na wewnętrzny dziedziniec. Gdy znalazł się w jaskrawym świetle słonecznym, które odbijało się od śniegu, nie był pewny, dokąd skierować kroki. Po paru chwilach doszedł do wniosku, że nie ma to znaczenia. Ulgę przynosił mu ruch, spalanie energii, oddalanie się od tamtego miejsca. Zastanawiał się, czy nie kazać, żeby przyprowadzono mu konia. Długa przejażdżka na twardym podłożu wydawała się dokładnie tym, czego potrzebował, ale na dworze było zimno. Archibald nie chciał wylądować na odludziu, zmarznięty, zmęczony i głodny. Zamiast tego zadowolił się chodzeniem tam i z powrotem, wydeptując płytki szlak w świeżym śniegu.
Frustrację zastąpiło zadowolenie, gdy przypomniał sobie swoją małą przemowę. Podobał mu się wyraz twarzy u obu mężczyzn. Nie spodziewali się po nim tak śmiałej reakcji. Rozkosz ułagodziła w znacznym stopniu jego srogi gniew, a spacerowanie pomogło mu odzyskać całkowity spokój. Usiadł na odwróconym kuble i strzepnął z butów śnieg.
Czy Breckton zwróciłby się ze swoimi siłami przeciwko Aqueście? Czy mógłbym zostać nowym imperatorem i zdobyć Modinę, wydając jeden rozkaz?
Odpowiedź przyszła prawie natychmiast. Taka perspektywa była jedynie przyjemnym marzeniem. Breckton nigdy by się na to nie zgodził i odmówiłby wykonania rozkazu. Choć rycerz kierował się zasadą lojalności, wszystkie jego poczynania podlegały jakiemuś zagadkowemu kodeksowi.
Cała rodzina Belstradów postępowała w podobny sposób. Archibald przypomniał sobie, jak jego ojciec skarżył się na ich etykę. Ballentyne’owie uważali, że rycerze powinni wykonywać rozkazy w zamian za bogactwo i władzę. Belstradowie wychodzili z innego założenia. Wyznawali staromodną zasadę, że namaszczony przez Maribora władca musi postępować zgodnie z wolą boga, by zaskarbić sobie lojalność króla. Archibald był pewny, że Breckton nie uzna wojny domowej za wydarzenie zgodne z wolą Maribora. Najwyraźniej nic, czego Archibald kiedykolwiek pragnął, nie mieściło się w tej kategorii.
Mimo to wstrząsnął regentami i był pewny, że zaczną traktować go lepiej. Teraz, gdy zdali sobie sprawę z tego, jaki jest ważny, w końcu okażą mu szacunek. Nie zorientują się, że nie może spełnić swoich gróźb, więc spróbują udobruchać go większą nagrodą. W końcu Archibald zdobędzie Melengar, a może nawet coś więcej.
Rozdział 4
Ślubne plany
Księżna Rochelle była dużą kobietą i nie chodziło tylko o obwód w pasie. Mąż dorównywał jej posturą. Oboje byli korpulentni, mieli pulchne szyje, krótkie, grube palce i policzki, które trzęsły się, gdy się śmiali, przy czym dama śmiała się często i głośno. Stanowili lustrzane odbicie siebie pod każdym względem z wyjątkiem temperamentu. Podczas gdy książę zachowywał się powściągliwie, lady Genevieve była jego przeciwieństwem.
Amilia zawsze wiedziała, kiedy księżna nadchodzi, ponieważ ta ogłaszała swoje przybycie tubalnym głosem rozbrzmiewającym głośno na pałacowych korytarzach. Witała wszystkich, bez względu na przynależność klasową, serdecznym pozdrowieniem „Jak się masz?”, które wypowiadała dźwięcznym głosem odbijającym się od kamiennych ścian. Obściskiwała służących, strażników, a nawet ogara myśliwego, jeśli napotykała mężczyznę z psem na swojej drodze.
Amilia poznała księcia i jego żonę zaraz po ich przyjeździe. Był przy tym Saldur, który popełnił błąd, próbując wyjaśnić, dlaczego nie jest możliwa audiencja u imperatorki. Amilia mogła grzecznie się oddalić, ale była pewna, że Saldur nie miał tyle szczęścia i prawdopodobnie stracił przez księżną kilka godzin. Od tamtej pory Amilia, nie chcąc powtórzyć błędu Saldura, unikała korpulentnej damy, ponieważ wiedziała, że ta nie przyjmuje odmowy. Szczęście Amilii skończyło się po trzech dniach, gdy wychodziła z kaplicy.
– Amilio, kochanie! – krzyknęła księżna i ruszyła do dziewczyny. Gdy biegła, elegancka suknia falowała za jej plecami. Dotarłszy do imperialnej asystentki, wzięła ją w miażdżący uścisk olbrzymich ramion. – Wszędzie cię szukałam. Za każdym razem, gdy o ciebie pytam, słyszę, że jesteś zajęta. Chyba zaharowują cię na śmierć! – Księżna poluźniła uścisk. – Biedactwo. Niech ci się przyjrzę. – Chwyciła ręce Amilii i rozłożyła je na bok. – O rety, ależ ty jesteś śliczna. Ale, kochanie, powiedz, że dziś jest dzień prania i zaraz przyjdą twoje służące. Nie, nie musisz się fatygować. Na pewno tak jest. Mimo to mam nadzieję, że się nie obrazisz, jeśli każę mojej krawcowej, Lois, żeby ci coś naprędce uszyła. Uwielbiam dawać prezenty, a przecież mamy zimonalia. Sądząc po twoim wyglądzie, nie potrzeba ani wiele materiału, ani czasu. Lois będzie zachwycona.
Lady Genevieve chwyciła Amilię pod ramię i poprowadziła ją korytarzem.
– Wiesz, jesteś prawdziwym skarbem, ale widzę, że kiepsko cię traktują. Czego można się spodziewać, skoro rządzą tacy ludzie, jak Ethelred i Saldur? Wszystko się jednak ułoży, bo jestem tu ja.
Skręciły za róg. Amilia zdumiała się, że księżna potrafi tak szybko mówić – jakby nie musiała robić przerw na wzięcie oddechu.
– Spodobało mi się twoje zaproszenie. I tak, wiem, że ty tego dopilnowałaś. Wszystkiego dopilnowałaś, prawda? Kazali ci zaplanować cały ślub, nieprawdaż? Nic dziwnego, że jesteś zajęta. Jakie to bezduszne. Jakie okrutne! Ale się nie martw. Jak powiedziałam, jestem tu, żeby ci pomóc. Zorganizowałam już wiele ślubów i wszystkie wypadły wspaniale. Potrzebujesz doświadczonego planisty – cudotwórcy. My, arystokraci, oczekujemy, że takie wydarzenia będą spektakularne i oszałamiające, i nie cierpimy rozczarowań. Ślub imperatorki musi być większy, wspanialszy i bardziej zachwycający od wszystkich wcześniejszych uroczystości. To nie może zejść poniżej takiego poziomu.
Nagle przystanęła i zerknęła na Amilię.
– Zaplanowałaś wypuszczenie gołębi? Musisz to wziąć pod uwagę. Po prostu musisz!
Amilia chciała odpowiedzieć, ale zanim zdążyła to zrobić, wyraz niepokoju zniknął z twarzy księżnej i lady Genevieve ruszyła dalej, ciągnąc Amilię za rękę.
– Nie chcę cię straszyć, kochanie. Pozostało jeszcze sporo czasu, przy założeniu, oczywiście, że otrzymasz odpowiednią pomoc. Teraz ja tu już jestem i Modina będzie zachwycona naszymi wspólnymi dokonaniami. Po prostu zaniemówi z wrażenia.
– Ja…
– Ile kazałaś sprowadzić białych koni? Na pewno za mało. Nieważne, wszystko się dobrze ułoży. Zobaczysz. À propos koni, nalegam, żebyś towarzyszyła mi podczas polowania z sokołami. Nie zgodzę się, żebyś jechała z kimś innym. Polubisz Leopolda, jest spokojny, tak jak ty, ale naprawdę uroczy. Wiesz, co mam na myśli? Chyba nie, ale to bez znaczenia. Oboje cudownie się dogadacie. Masz ptaka?
– Ptaka? – zdołała wtrącić Amilia.
– Pozwolę ci skorzystać z Zabójczyni. To jeden z moich ulubionych jastrzębi.
– Ale…
– Nie martw się, moja droga. To nic wielkiego. Ptak wykonuje całą robotę. Musisz jedynie siedzieć na koniu i ładnie wyglądać – i będziesz tak wyglądać w nowej sukni, którą uszyje Lois. Błękit byłby dobrym kolorem i cudownie pasuje do twoich oczu. Przypuszczam, że powinnam ci też załatwić konia. Nie możemy pozwolić, żebyś brnęła w śniegu i zniszczyła sobie suknię, prawda? Wiem, że Saldur nigdy nie myśli o takich rzeczach. Mianował cię asystentką imperatorki, ale czy ma świadomość, że potrzebujesz ubrań? Konia? Biżuterii?
Księżna znów przystanęła, wciąż ściskając ramię Amilii jak prasa do jabłek.
– Och, kochanie, właśnie dotarło do mnie, że nie nosisz żadnej… biżuterii. Nie wstydź się. Doskonale to rozumiem. Otto jest bajecznym jubilerem. Umie w mig zrobić naszyjnik z wisiorem. Czyż taka ozdoba nie będzie wyglądać oszałamiająco z twoją nową błękitną suknią? Mariborowi dzięki, przyjechałam z całą moją świtą. Bóg wie, że miejscowi rzemieślnicy nie potrafili nigdy dotrzymać mi kroku. Gdy się nad tym zastanowić, to któż potrafi?
Wybuchła śmiechem i Amilia zastanawiała się, jak długo jeszcze lady Genevieve może tak trajkotać.
Księżna znów pociągnęła Amilię za rękę i poszły dalej.
– Trochę daję się we znaki, prawda? Taka już jestem. Nic na to nie poradzę. Mój mąż od dawna nie próbuje zrobić ze mnie wzorowej żony. Oczywiście, teraz wie, że najbardziej podoba mu się u mnie żywiołowość. „Ani chwili nudy ani spokoju”, zawsze powtarza. À propos mężczyzn, czy już wybrałaś mistrza, który będzie nosił twoją wstążkę podczas turnieju?
– Nie.
– Naprawdę? Ależ, kochanie, rycerze uwielbiają walczyć dla takich ładnych, młodych dziewczyn jak ty. Założę się, że swoim długim czekaniem doprowadziłaś ich do szaleństwa.
Zapadła niespodziewana cisza, więc Amilia się odezwała:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
