Wieża koronna. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 1 - Michael J. Sullivan - ebook + książka

Wieża koronna. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 1 ebook

Michael J.Sullivan

4,4
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Dwóch mężczyzn, którzy się nienawidzą. Jedna niewykonalna misja. Narodziny legendy. Hadrian Blackwater, wojownik, który nie ma o co walczyć, zostaje zmuszony do współpracy z Royce’em Melbornem, złodziejem i zabójcą, który nie ma nic do stracenia. Wynajęci przez starego czarodzieja wspólnie muszą ukraść skarb, którego nikt inny nie zdoła dosięgnąć. Wieża Koronna to niezdobyta budowla, pozostałość z największej fortecy, jaką kiedykolwiek wzniesiono i skarbiec najcenniejszych przedmiotów w królestwie. Jednak nie o złoto czy klejnoty chodzi czarodziejowi i jeśli tylko sprawi, że dwaj bohaterowie nie pozabijają się, to być może zdołają zdobyć dla niego upragniony skarb.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 445

Oceny
4,4 (494 oceny)
252
179
52
10
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Janidek

Dobrze spędzony czas

W sumie nie wiem... historia wydaje się szyta trochę grubymi nićmi. Może dlatego, że to mój pierwszy kontakt z tym światem. W książce sporo literówek. Niemniej czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Bohaterowie dają się polubić (szczególnie Gwen i Hadrian, którzy są chyba najmocniejszym punktem tej opowieści). Ogólnie polecam
10
Solitude

Dobrze spędzony czas

Bardzo dobra fantastyka przygodowa. Nieskomplikowany świat, ciekawie bohaterowie, których lekko polubić, fabula może nie jest wyjątkowa, ale wciąga. I najlepsze to dialogi — zabawne, sarkastyczne, ale przy tym bardzo trafne i mądre.
10
MagdaIV

Nie oderwiesz się od lektury

Jest niesamowicie wciągająca. Ten świat jest wspaniały i z wielką radością do niego wróciłam. To spotkanie starych przyjaciół, którzy wymieniają się nowymi opowieściami.
10
Kristof1962

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
n_armata

Nie oderwiesz się od lektury

Hadrian to wojownik, który chce się spotkać z przyjacielem swojego zmarłego już ojca, Royce jest za to złodziejem i zabójcą, który ma dług u tego mężczyzny. Przez intrygi czarodzieja wyruszają na niemożliwą do zrealizowania misję której celem jest wykradzenie niezwykle chronionego przedmiotu. Ostatnio mam wielką ochotę na dobre fantasy i szczerze mówiąc nie idzie mi to dobrze. Ta książka pozornie ma w sobie wszystko co według mnie powinna mieć dobra fantasy jednak dla mnie po jej skończeniu czuje niedosyt i rozczarowanie. Hadrian i Royc to ogień i woda ale to jak szybko się zmienia ich zdanie o sobie było dla mnie troszkę nierealne. Autor nadał im jakieś cechy i opisywał ich w jednym sposób ale oni zachowywali się zupełnie inaczej. Jeśli oczekujecie fantasy to się mocno rozczarujecie, jest jej tyle co kot napłakał. To trzysta siedemdziesiąt stron ciekawej fabularnie historii ale po prostu wykonanie mi nie do końca podeszło. Przeczytałam ją naprawdę ekspresowo w kilka godzina na raz...
00



Tytuł ory­gi­nału: The Crown Tower

Copy­ri­ght © 2013 by Michael J. Sul­li­van Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2018 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka Ilu­stra­cja na okładce: Domi­nik Bro­niek Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Dark Crayon

Numer: wyda­nie V/D0 ISBN 978-83-68591-75-0 War­szawa 2026

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Czy­tel­ni­kom, któ­rzy we mnie wie­rzyli,

kiedy nikt inny nie wie­rzył.

Od autora

Od autora

Oto „Kro­niki Riy­rii”.

Jeśli jesteś nowy w świe­cie Elanu, to pew­nie zechcesz zaj­rzeć naj­pierw do wstępu, żeby zde­cy­do­wać, od czego zacząć lek­turę. Moż­liwe bowiem, że zde­cy­du­jesz, by nie zaczy­nać od tej książki. Nawet wete­rani „Odkryć Riy­rii” mogą chcieć prze­czy­tać ten wstęp, żeby dowie­dzieć się nieco na temat tego, jak ta seria powstała i czego mogą się spo­dzie­wać.

„Kro­niki Riy­rii” poprze­dzają wyda­rze­nia z mojego debiu­tanc­kiego cyklu „Odkry­cia Riy­rii” (wyda­nego przez wydaw­nic­two Orbit poczy­na­jąc od „Kró­lew­skiej krwi” w listo­pa­dzie 2011 roku, koń­cząc na „Pra­daw­nej sto­licy” w stycz­niu 2012). Jeśli woli­cie pozna­wać histo­rię w chro­no­lo­gicz­nym porządku, zacznij­cie od tej książki, ponie­waż bar­dzo się sta­ra­łem, żeby „Kro­niki” nie zdra­dziły niczego z „Odkryć”. Ponadto lek­tura nie wymaga zna­jo­mo­ści wyda­rzeń z „Odkryć”. Chcia­łem uwzględ­nić inte­resy czy­tel­ni­ków z obu obo­zów (tych czy­ta­ją­cych w porządku chro­no­lo­gicz­nym i tych trzy­ma­ją­cych się porządku wydaw­ni­czego). To powie­dziaw­szy, dodam, że „Kro­niki” zostały pomy­ślane tak, by czy­tać je po „Odkry­ciach Riy­rii”, i fani cyklu natra­fią na ukryte nie­spo­dzianki, które można doce­nić, zna­jąc całość histo­rii. To nie są żadne klu­czowe zwroty w akcji, ale drobne dodatki dla zorien­to­wa­nych. Pod­su­mo­wu­jąc, lek­turę można zacząć zarówno od „Wieży Koron­nej”, jak i „Kró­lew­skiej krwi”.

Chciał­bym poświę­cić chwilę róż­ni­com w struk­tu­rze obu cyklów. Dla nie­zo­rien­to­wa­nych przy­po­mnę, że napi­sa­łem wszyst­kie sześć powie­ści „Odkryć Riy­rii”, zanim któ­rą­kol­wiek opu­bli­ko­wa­łem. To było abso­lut­nie nie­zbędne w przy­padku tego cyklu. Cho­ciaż każda zawiera osobny kon­flikt i roz­wią­za­nie, ist­niało wiele wąt­ków, które poja­wiały się w cało­ści. Suge­ro­wano pewne tajem­nice, boha­te­ro­wie byli wpusz­czani w maliny, a wszystko to miało dopro­wa­dzić do wiel­kiego finału, w któ­rym wszyst­kie sekrety były… cóż… ujaw­nia­nie. Ponie­waż to była pierw­sza moja praca, mogłem sobie pozwo­lić na taki luk­sus. W końcu nikt nie cze­kał na następną część.

Zupeł­nie ina­czej pod­sze­dłem do „Kro­nik Riy­rii”. Nie mam poję­cia, ile czę­ści powsta­nie, więc obmy­śli­łem ten cykl jako otwartą histo­rię, a nie poje­dyn­czą opo­wieść podzie­loną na odcinki. Każdy tom to raczej osobna powieść, mniej powią­zana z następ­nymi. Dzięki temu będę mógł prze­rwać pisa­nie o Riy­rii w dowol­nym momen­cie, nie zosta­wia­jąc pytań bez odpo­wie­dzi i nie­roz­wią­za­nych kon­flik­tów. Ist­nieje kilka powo­dów takiego podej­ścia. Przede wszyst­kim bar­dzo chcę chro­nić Riy­rię. Jestem naprawdę dumny z tego doko­na­nia, a wszy­scy widzie­li­śmy serie, które kie­dyś były świetne, a potem cią­gnęły się dłu­żej, niż powinny. Po dru­gie, nie mam poję­cia, czy ludzie na­dal chcą kolej­nych histo­rii z tymi boha­te­rami. Dla­tego napi­sa­łem i opu­bli­ko­wa­łem osiem powie­ści i moż­liwe, że tyle wystar­czy.

Zatem czym dokład­nie są „Kro­niki Riy­rii”? Dla­czego zde­cy­do­wa­łem się pisać o wyda­rze­niach poprze­dza­ją­cych „Odkry­cia Riy­rii” zamiast nastę­pu­ją­cych póź­niej? Cóż, wielu ludzi już wie, że „Riy­ria” to elfic­kie okre­śle­nie „dwóch”. To także imię, jakie przy­brali Hadrian Blac­kwa­ter i Royce Mel­born jako zło­dzieje do wyna­ję­cia. Nic dziw­nego więc, że w „Kro­ni­kach Riy­rii” będą wystę­po­wali przede wszyst­kim ci dwaj. Jako pre­cy­zyj­nie prze­my­ślany cykl „Odkry­cia Riy­rii” zamy­kają się wraz z koń­cem ery i ogrom­nie podoba mi się spo­sób, w jaki wyda­rza­nia znaj­dują swój finał. Ciężko pra­co­wa­łem nad ide­al­nym zakoń­cze­niem i oba­wia­łem się, że wszelka kon­ty­nu­acja wyda się doło­żona na siłę i może znisz­czyć wszystko, co było mi dro­gie. Zatem oczy­wi­stym pomy­słem było zba­da­nie dru­giego końca.

„Kro­niki” to zasad­ni­czo początki Riy­rii. W pierw­szych sce­nach „Odkryć” Royce i Hadrian są już naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Prze­pra­co­wali wspól­nie dwa­na­ście lat i połą­czyła ich więź, dzięki któ­rej zjed­nali sobie wielu czy­tel­ni­ków. Dla mnie jako pisa­rza naj­cie­kaw­sze było zgłę­bie­nie, w jaki spo­sób ci dwaj tak różni męż­czyźni wpły­wali na sie­bie i jak roz­wi­nęli tak nie­za­chwiane wza­jemne zaufa­nie, jakim się darzą. Dotarło do mnie, że przy pierw­szym spo­tka­niu by­naj­mniej nie polu­bi­liby się, a naj­pew­niej ser­decz­nie by się znie­na­wi­dzili. Wyzwa­niem dla mnie było reali­styczne uka­za­nie, jak ukształ­to­wał się ich zwią­zek, a niczego tak nie lubię przy pisa­niu jak praw­dziwe wyzwa­nia.

Nie­któ­rzy suge­ro­wali, że „Kro­nik Riy­rii” powstały, ponie­waż wydawca nale­gał, bym powró­cił do towaru, który już wyro­bił sobie markę. To nie­prawda. Każdy, kto mnie zna, wie, że za żadne pie­nią­dze nie skło­niłby mnie do napi­sa­nia cze­goś, co mnie nie cie­kawi. Zatem jeśli nie Orbit odpo­wiada za powsta­nie „Kro­nik Riy­rii”, to kto? W więk­szo­ści czy­tel­nicy, któ­rzy obsta­wali w sze­ściu­set osiem­dzie­się­ciu pię­ciu tysią­cach słów, że „Odkry­cia Riy­rii” to za mało. To dzięki waszemu wspar­ciu moja rodzina ma dach nad głową i nie przy­miera gło­dem. Pod wie­loma wzglę­dami czuję się jak rene­san­sowy arty­sta, a wy jeste­ście moim mece­na­sem. Jest jed­nak jesz­cze jedna osoba, zapewne jedyna, która może mnie do cze­go­kol­wiek prze­ko­nać. To dzięki tej oso­bie powstały „Kro­niki Riy­rii”. Dałem się zwieść temu pod­stęp­nemu geniu­szowi, a chy­tre mani­pu­la­cje, do jakich się uciekł, sta­no­wią opo­wieść samą w sobie.

To kla­syczna opo­wieść o mężu, któ­rego żona zako­chuje się w innym, bar­dziej olśnie­wa­ją­cym i cza­ru­ją­cym dżen­tel­me­nie. To brzmi tra­gicz­nie, ale ta opo­wieść jest nieco inna, ponie­waż romans doty­czy praw­dzi­wej kobiety i fik­cyj­nego męż­czy­zny. Moja żona – nazwijmy ją Robin (ponie­waż tak brzmi jej praw­dziwe imię) – zadu­rzyła się w Hadria­nie Blac­kwa­te­rze. Nie jestem pewien, co czuję, umoż­li­wia­jąc wła­snej żonie zwią­zek z innym męż­czy­zną, ale wiem przy­naj­mniej, że ten gość jest godny zaufa­nia. Po skoń­cze­niu cyklu „Odkryć Riy­rii” Robin popa­dła w depre­sję, bo musiała się poże­gnać z Ela­nem, a w szcze­gól­no­ści z Hadria­nem… Dopóki nie zdała sobie sprawy, że mogę przy­wo­łać ponow­nie jego i Royce’a, opo­wia­da­jąc o zda­rze­niach poprze­dza­ją­cych cykl. Kiedy to zro­zu­miała, roz­po­częła reali­za­cję dia­bo­licz­nego planu mają­cego na celu wskrze­sze­nie pary boha­te­rów.

Zaczęło się, kiedy prze­ko­nała mnie, żebym napi­sał opo­wia­da­nie. Dzięki temu miał­bym coś dla czy­tel­ni­ków w cza­sie prze­sta­wia­nia się z samo­dziel­nego publi­ko­wa­nia na tra­dy­cyjną dzia­łal­ność wydaw­ni­czą. Zamó­wione wcze­śniej strony do wydań „Odkryć Riy­rii” w Orbit już wysła­łem (ale książki jesz­cze się nie uka­zały), a moje wcze­śniejsze pomy­sły zostały zepchnięte na bok. Po raz pierw­szy od lat nie mia­łem niczego w zana­drzu, a ponie­waż kon­trakt pozwa­lał mi na pisa­nie tek­stów krót­szych niż powieść, a opo­wia­da­nia są, cóż, krót­kie, Robin popro­siła mnie, żebym stwo­rzył histo­rię o począt­kach Royce’a i Hadriana.

Rzecz w tym, że nie jestem dobry w pisa­niu opo­wia­dań. Posta­no­wi­łem podejść więc do tego tak, jakby to był roz­dział – pierw­szy roz­dział powie­ści. Cof­ną­łem się w cza­sie i napi­sa­łem pro­stą opo­wieść o spo­tka­niu Royce’a i Hadriana z wiceh­ra­bią Alber­tem Win­slo­wem. To się stało jakiś rok po tym, jak duet się poznał. Opu­bli­ko­wa­łem to opo­wia­da­nie dar­mowo pod tytu­łem „The Visco­unt and the Witch” i czy­tel­ni­kom naj­wy­raź­niej się spodo­bało. Kiedy już napi­sa­łem ten tekst, ziarno zostało posiane, a gdy zają­łem się innymi pro­jek­tami, ono powoli kieł­ko­wało. Gdy stało się oczy­wi­ste, że „Odkry­cia Riy­rii” uzy­skały wła­ściwy roz­pęd, zaczą­łem pracę nad tym, co miało stać się „Różą i Cier­niem”.

Tuż przy końcu powie­ści zda­łem sobie sprawę, że mam pro­blem. Jak mógł­bym opu­bli­ko­wać powieść o dru­gim roku współ­pracy Royce’a i Hadriana. Co ja sobie myśla­łem? Cofa­nie się w cza­sie pociąga za sobą pyta­nie, jak to się wszystko zaczęło. Na co zda się legenda bez począt­ków? Im wię­cej o tym myśla­łem, tym bar­dziej docie­rało do mnie, że muszę napi­sać naj­pierw, jak Royce i Hadrian się poznali. Kiedy powie­dzia­łem o tym żonie, udała, że mnie tylko wspiera, mówiąc: „Jak uwa­żasz, kocha­nie”. Kiedy wysze­dłem z pokoju, usły­sza­łem stłu­mione „Udało się!” i wyobra­zi­łem sobie, jak trium­fal­nie potrząsa pię­ścią, jakby wła­śnie zdo­była decy­du­jący punkt w roz­grywce. I tak naro­dziła się „Wieża Koronna”.

Napi­saw­szy przy­pad­kiem książki, któ­rych akcja toczy się w odstę­pie roku w świe­cie Elanu, wyobra­zi­łem sobie teraz moż­li­wość dwu­na­sto­czę­ścio­wego cyklu, po jed­nym tomie na rok poprze­dza­jący wyda­rze­nia w „Odkry­ciach Riy­rii”. Czy te histo­rie powstaną? Nie spo­sób powie­dzieć, dopóki nie prze­ko­nam się, jak pój­dzie mi z tymi dwiema. Jed­nak jak w przy­padku wszyst­kiego, co wiąże się z pisar­stwem, zosta­wiam otwarte drzwi i niech pomy­sły przy­cho­dzą. Jak na razie zbie­ram je jak ładne muszelki, pra­cu­jąc nad innymi rze­czami.

Zatem tak to było. Szczę­śliwy wypa­dek, który naro­dził się dzięki miło­ści prze­bie­głej żony do fik­cyj­nego boha­tera i legio­nowi czy­tel­ni­ków, któ­rzy chcieli prze­czy­tać coś wię­cej. Jeśli zna­cie „Odkry­cia Riy­rii”, mam nadzieję, że będzie­cie bawili się przy „Kro­ni­kach Riy­rii” rów­nie dobrze, jak przy poprzed­nich powie­ściach. Jeśli dopiero pozna­je­cie moje pisar­stwo, moż­liwe, że za chwilę zdobędzie­cie nowych przy­ja­ciół, i jeżeli tak się sta­nie, czeka na was jesz­cze sześć innych tomów.

Na koniec roz­waż­cie po lek­tu­rze, czy nie napi­sać do mnie kilku słów na adres michael.sul­li­[email protected] i podzie­lić się wra­że­niami. To wła­śnie dzięki takim infor­ma­cjom zwrot­nym „Kro­niki Riy­rii” w ogóle powstały. Jeśli więc cze­ka­cie na wię­cej, powiedz­cie mi – to naj­lep­szy spo­sób, żeby do tego dopro­wa­dzić.

Porzą­dek chro­no­lo­giczny – Porzą­dek wydaw­ni­czy

Wieża Koronna – Kró­lew­ska krew. Wieża elfów

Róża i Cierń – Nowe impe­rium. Szma­rag­dowy sztorm

Kró­lew­ska krew. Wieża elfów – Zdra­dziecki plan

Nowe impe­rium. – Pra­dawna sto­lica Szma­rag­dowy sztorm

Zdra­dziecki plan – Wieża Koronna

Pra­dawna sto­lica – Róża i Cierń

Rozdział 1. Korniszon

Roz­dział 1

Kor­ni­szon

Hadrian Blac­kwa­ter prze­szedł nie wię­cej niż pięć kro­ków po zej­ściu na ląd, kiedy go okra­dziono.

Torbę, jego jedyną torbę, wyrwano mu z ręki. Nawet nie zauwa­żył zło­dzieja. Hadrian w ogóle nie­wiele widział w oświe­tlo­nym latar­niami cha­osie, jaki ota­czał nabrzeże, jedy­nie mul­tum twa­rzy, ludzi prze­py­cha­ją­cych się, żeby odsu­nąć się od trapu albo podejść do statku. Przy­zwy­cza­jony do rytmu roz­ko­ły­sa­nego pokładu z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wagę na nie­ru­cho­mej przy­stani wśród prze­py­cha­nek i sza­mo­ta­niny. Nowo przy­byli poru­szali się z waha­niem, powo­du­jąc zatory. Wielu miej­sco­wych szu­kało przy­ja­ciół i krew­nych, wrzesz­cząc, pod­ska­ku­jąc i wyma­chu­jąc rękami, żeby zwró­cić ich uwagę. Inni zacho­wy­wali się bar­dziej jak zawo­dowcy – trzy­mali pochod­nie i wykrzy­ki­wali oferty zakwa­te­ro­wa­nia lub pracy. Pewien łysy męż­czy­zna o gło­sie jak trąbka sygna­łowa stał na skrzynce i zapew­niał, że tawerna „Czarny Kot” ofe­ruje naj­moc­niej­sze piwo za naj­niż­szą cenę. Dwa­dzie­ścia stóp dalej jego kon­ku­ren­cja balan­so­wała na chwie­ją­cej się beczce i gło­siła, że łysy kła­mie, upo­rczy­wie powta­rza­jąc, że „Far­towny Kape­lusz” to jedyna miej­scowa tawerna, która nie ser­wuje psiego ścierwa pod nazwą bara­niny. Hadrian miał to wszystko w nosie. Chciał wydo­stać się z tłumu i zna­leźć zło­dzieja, który ukradł mu torbę. Już po paru minu­tach zdał sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Sku­pił się więc na pil­no­wa­niu sakiewki i uznał, że miał szczę­ście. Przy­naj­mniej nie stra­cił niczego cen­nego, tylko ubra­nia. Jed­nak bio­rąc pod uwagę, jak zimno było w Avry­nie jesie­nią, utrata gar­de­roby mogła sta­no­wić pewien pro­blem.

Hadrian ruszył razem z poto­kiem ciał – zresztą i tak nie miał dużego wyboru. Porwany przez silny prąd uno­sił się z głową tuż nad powierzch­nią. Pirs trzesz­czał i jęczał pod cię­ża­rem ucie­ka­ją­cych pasa­że­rów, któ­rzy pośpiesz­nie odda­lali się od tego, co było ich cia­snym domem przez ponad mie­siąc. Gry­zące zapa­chy ryb, dymu i smoły zastą­piły teraz tygo­dnie oddy­cha­nia czy­stym sło­nym powie­trzem. Uno­szące się daleko ponad słabo oświe­tlo­nym nabrze­żem świa­tła mia­sta sta­no­wiły jaśniej­sze punkty wśród roz­gwież­dżo­nego wie­czoru.

Hadrian szedł za czte­rema ciem­no­skó­rymi cali­skimi męż­czy­znami cią­gną­cymi skrzy­nie wypeł­nione barw­nymi pta­kami, które skrze­czały i trze­po­tały skrzy­dłami w swo­ich klat­kach. Za nim szli ubogo ubrani męż­czy­zna i kobieta. Męż­czy­zna niósł dwie torby, jedną prze­rzu­coną przez ramię, a drugą wci­śniętą pod pachę. Naj­wy­raź­niej ich rze­czami nikt nie był zain­te­re­so­wany. Hadrian zdał sobie sprawę, że powi­nien był ina­czej się ubrać. Jego wschodni strój nie dość, że był nie­prak­tycz­nie cienki, to jesz­cze w kra­inie skóry i wełny dża­la­bija z bie­lo­nego płótna i obszyta zło­tem pele­ryna aż biły w oczy bogac­twem.

– Tu! Tutaj! – Led­wie sły­szalny głos był jesz­cze jed­nym dźwię­kiem w zgiełku krzy­ków, skrzy­pie­nia kół wozów, dzwon­ków i gwiz­dów. – Tędy. Tak, pan, pro­szę podejść. Pro­szę podejść!

Dotarł­szy na koniec rampy i nie­mal wyrwaw­szy się tłumu, Hadrian dostrzegł wyrostka. Ubrany w obszar­pane ubra­nia cze­kał pod pło­mien­nym bla­skiem koły­szą­cej się latarni. Żyla­sty mło­dzie­niec trzy­mał torbę Hadriana. Roz­pro­mie­nił się w nad­zwy­czaj sze­ro­kim uśmie­chu.

– Tak, tak, pan wła­śnie. Pro­szę podejść. O, tutaj! – wołał, wyma­chu­jąc wolną ręką.

– To moja torba! – krzyk­nął Hadrian, prze­py­cha­jąc się do chło­paka i nie mogąc do niego dotrzeć z powodu tłumu, który na­dal tara­so­wał wąski pirs.

– Tak! Tak! – Chło­pak uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Oczy błysz­czały mu entu­zja­stycz­nie. – Ma pan ogromne szczę­ście, że ją panu zabra­łem, bo z pew­no­ścią ktoś by ją panu ukradł.

– Ty ją ukra­dłeś!

– Nie, nie! Skądże znowu! Ofiar­nie chro­ni­łem pań­ską naj­cen­niej­szą wła­sność. – Mło­dzie­niec wypro­sto­wał chude plecy tak, że Hadrian spo­dzie­wał się, że zaraz zasa­lu­tuje. – Ktoś taki jak pan nie powi­nien sam nosić torby.

Hadrian prze­ci­snął się obok trzech kobiet, które przy­sta­nęły, żeby uko­ły­sać pła­czące dziecko, ale zaraz zatrzy­mał go star­szy męż­czy­zna cią­gnący nie­wia­ry­god­nie wielki kufer. Chudy jak widmo sta­ru­szek, o wło­sach bia­łych jak mleko, zata­ra­so­wał wąski prze­smyk już zawa­lony górą toreb zrzu­ca­nych lek­ko­myśl­nie ze statku na pirs.

– Co masz na myśli, mówiąc „ktoś taki jak ja”?! – krzyk­nął Hadrian ponad kufrem, pod­czas gdy sta­rzec przed nim siło­wał się z cię­ża­rem.

– Jest pan wiel­kim ryce­rzem, prawda?

– Nie, nie jestem.

Chło­pak wska­zał go pal­cem.

– Musi pan być. Pro­szę samemu spoj­rzeć: jest pan wielki i nosi pan mie­cze… Trzy mie­cze! A ten prze­wie­szony przez plecy jest naprawdę ogromny. Tylko rycerz nosi takie rze­czy.

Hadrian wes­tchnął, kiedy kufer starca zakli­no­wał się w szcze­li­nie mię­dzy ode­sko­wa­niem pomo­stu a pochyl­nią. Pochy­lił się i uniósł kufer, za co usły­szał kilka przy­siąg dozgon­nej wdzięcz­no­ści w nie­zna­nym języku.

– Sam pan widzi – powie­dział chło­piec – tylko rycerz pomógłby nie­zna­jo­memu w potrze­bie.

Kolejne torby wylą­do­wały z hukiem na sto­sie obok Hadriana. Jedna stur­lała się i z plu­skiem wpa­dła do ciem­nych wód portu. Hadrian parł przed sie­bie, żeby nie zostać tra­fio­nym zrzu­caną torbą i odzy­skać skra­dzioną wła­sność.

– Nie jestem ryce­rzem. A teraz oddaj mi torbę.

– Poniosę ją dla pana. Nazy­wam się Kor­ni­szon… Ale musimy już iść. Szybko. – Chło­piec przy­tu­lił torbę Hadriana i odbiegł.

– Ejże!

– Szybko, szybko! Lepiej się nie ocią­gać.

– Skąd ten pośpiech? Co ty wyga­du­jesz? I wra­caj tu z moją torbą!

– Ma pan wiel­kie szczę­ście, że pan na mnie tra­fił. Jestem dosko­na­łym prze­wod­ni­kiem. Nie­ważne, czego pan zechce, ja wiem, gdzie tego szu­kać. Przy mnie dosta­nie pan tylko to co naj­lep­sze i za naj­niż­szą cenę.

Hadrian wresz­cie dogo­nił chło­paka i zła­pał swoją torbę. Pocią­gnął i razem z nią uniósł urwisa, który na­dal zaci­skał ręce wokół płótna.

– Ha! Widzi pan? – Chło­pak wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. – Nikt nie wyrwie torby z moich rąk!

– Słu­chaj… – Hadrian potrze­bo­wał chwili, żeby zła­pać oddech. – Nie potrze­buję prze­wod­nika. Nie zatrzy­mam się w tym mie­ście.

– A dokąd się pan wybiera?

– Na pół­noc. Daleko na pół­noc. Do miej­sca zwa­nego She­ri­dan.

– Ach! Na uni­wer­sy­tet.

To zasko­czyło Hadriana. Kor­ni­szon nie robił wra­że­nia świa­towca. Dzie­ciak przy­po­mi­nał porzu­co­nego psa. Takiego, co to kie­dyś mógł nosić obrożę, ale teraz miał tylko pchły, odsta­jące żebra i nad­mier­nie roz­wi­nięty instynkt samo­za­cho­waw­czy.

– Stu­diuje pan, by zostać uczo­nym? Powi­nie­nem był się domy­ślić. Pro­szę wyba­czyć, jeśli pana obra­zi­łem. Jest pan nad­zwy­czaj bystry, więc to oczy­wi­ste, że będzie pan wiel­kim uczo­nym. Pro­szę nie dawać mi napiwku za popeł­nie­nie takiej gafy. Ale to jesz­cze lepiej. Dosko­nale wiem, dokąd powin­ni­śmy się udać. W górę rzeki Ber­num można popły­nąć barką. Tak, barka to dosko­nałe roz­wią­za­nie, a jedna rusza aku­rat tego wie­czoru. Nie będzie następ­nej przez kilka dni, a pan nie chciałby zosta­wać w takim okrop­nym mie­ście jak to. W oka­mgnie­niu znaj­dziemy się w She­ri­da­nie.

– My? – Hadrian uśmiech­nął się zna­cząco.

– Chyba zechce pan zabrać mnie ze sobą, prawda? Znam nie tylko Ver­nes. Jestem znawcą całego Avrynu. Odby­łem dale­kie podróże. Mogę panu pomóc, będę pachoł­kiem, który zadba o wszel­kie pana potrzeby i będzie pil­no­wał pań­skiej wła­sno­ści, by uchro­nić ją przed zło­dzie­jami, gdy pan będzie stu­dio­wał. To robota, w któ­rej jestem naj­lep­szy.

– Nie stu­diuję i nie zamie­rzam zaczy­nać. Po pro­stu odwie­dzam kogoś i nie potrze­buję pachołka.

– Oczy­wi­ście, że nie potrze­buje pan pachołka, skoro nie zamie­rza pan zostać uczo­nym, ale jako szla­chet­nie uro­dzony syn lorda, który dopiero co wró­cił ze wschodu, bez wąt­pie­nia potrze­buje pan famu­lusa, a ze mnie będzie dosko­nały famu­lus. Dopil­nuję, żeby pań­ski noc­nik był zawsze pusty, ogień porząd­nie roz­pa­lony zimą, a latem będę pana wachlo­wać, żeby odpę­dzić muchy.

– Kor­ni­szo­nie – oznaj­mił sta­now­czo Hadrian – nie jestem synem lorda i nie potrze­buję słu­żą­cego. Ja tylko… – Urwał, widząc, że coś odcią­gnęło uwagę chłopca. Na jego rado­snym obli­czu nagle poja­wił się strach. – Co się stało?

– Mówi­łem, że trzeba się pośpie­szyć. Musimy natych­miast wynieść się z portu!

Hadrian odwró­cił się i zoba­czył męż­czyzn z pał­kami masze­ru­ją­cych przy­sta­nią. Pod ich cięż­kimi sto­pami deski aż pod­ska­ki­wały.

– Przy­mu­sowe mustro­wa­nie – powie­dział Kor­ni­szon. – Ci goście zawsze są w pobliżu, kiedy przy­pływa sta­tek. Nowo przy­byli tacy jak pan mogą dać się zła­pać, a potem budzą się w trze­wiach statku, który już wyszedł w morze. O, nie! – Kor­ni­szon zdu­sił okrzyk, kiedy zauwa­żył ich jeden z opry­chów.

Po krót­kim gwizd­nię­ciu i popu­ka­niu w ramię czte­rech męż­czyzn ruszyło w ich kie­runku. Kor­ni­szon się wzdry­gnął. Napiął mię­śnie nóg, prze­niósł cię­żar ciała, jakby zamie­rzał czmych­nąć, ale spoj­rzał na Hadriana, zagryzł usta i nie drgnął.

Męż­czyźni z pał­kami nad­bie­gli, ale pod koniec zwol­nili i wresz­cie przy­sta­nęli na widok mie­czy Hadriana. Cała czwórka mogłaby być braćmi. Wszyst­kim dopiero co syp­nęła się broda, mieli prze­tłusz­czone włosy, spie­czoną słoń­cem skórę i wście­kłe twa­rze. Taka mina musiała cie­szyć się u nich popu­lar­no­ścią, bo zosta­wiła im trwałe zmarszczki na czo­łach.

Przez chwilę przy­glą­dali się zain­try­go­wani Hadria­nowi. Potem sto­jący na prze­dzie oprych w popla­mio­nej tunice z jed­nym ode­rwa­nym ręka­wem zapy­tał:

– Jesteś ryce­rzem?

– Nie, nie jestem ryce­rzem. – Hadrian prze­wró­cił oczami.

Drugi roze­śmiał się i szturch­nął bru­tal­nie tego z obe­rwa­nym ręka­wem.

– Durny jeło­pie, nie jest dużo star­szy od tego chło­paka obok niego.

– Do dia­bła, nie sztur­chaj mnie na tym ośli­zgłym pomo­ście, tępy sukin­synu. – Męż­czy­zna znowu spoj­rzał na Hadriana. – Nie jest aż tak młody.

– Wszystko moż­liwe – wtrą­cił się jeden z pozo­sta­łych. – Kró­lo­wie robią różne głu­poty. Sły­sza­łem, że jeden kie­dyś paso­wał na ryce­rza psa. Nazy­wali go sir Cia­pek.

Czwórka par­sk­nęła śmie­chem. Hadriana kusiło, żeby zaśmiać się razem z nimi, ale otrzeź­wił go wyraz prze­ra­że­nia na twa­rzy Kor­ni­szona.

Ten z obe­rwa­nym ręka­wem pod­szedł bli­żej.

– Musi być przy­naj­mniej gierm­kiem. Na miłość Mari­bora, popa­trz­cie na to żela­stwo. Gdzie twój pan, dzie­ciaku? Jest gdzieś w pobliżu?

– Gierm­kiem też nie jestem – odpo­wie­dział Hadrian.

– Nie? To po co ci to żela­stwo?

– Nie twój inte­res.

Męż­czyźni się roze­śmiali.

– O, taki z cie­bie twar­dziel, co?

Roz­pro­szyli się, moc­niej zaci­ska­jąc dło­nie na pał­kach. Jeden miał skó­rzany pasek prze­wle­czony przez uchwyt i owi­nięty wokół nad­garstka. Pew­nie uznał to za dobry pomysł, pomy­ślał Hadrian.

– Lepiej zostaw­cie nas w spo­koju – ode­zwał się drżą­cym gło­sem Kor­ni­szon. – Nie wie­cie, kto to jest? – Wska­zał Hadriana. – To słynny wojow­nik. Uro­dzony mor­derca.

Śmiech.

– Czyżby? – zakpił naj­bli­żej sto­jący oprych i splu­nął przez pożół­kłe zęby.

– Wła­śnie, że tak! – upie­rał się Kor­ni­szon. – Jest bez­względny! Wcie­lone zwie­rzę! I jest bar­dzo draż­liwy. I bar­dzo nie­bez­pieczny.

– Taki mło­dzik jak on, hę? – Męż­czy­zna spoj­rzał na Hadriana i wydął wargi w zamy­śle­niu. – Duży jest, to fakt, ale mnie się widzi, że ma jesz­cze mleko pod nosem. – Sku­pił się na Kor­ni­szo­nie. – A ty nie jesteś bez­względ­nym zabójcą, co, mały? Jesteś brud­nym ulicz­ni­kiem, któ­rego wczo­raj widzia­łem pod piwiar­nią, jak pró­bo­wał zgar­nąć jakieś okru­chy. Cie­bie, chłop­ta­siu, czeka nowa kariera, na morzu. To dla cie­bie naj­lep­sze roz­wią­za­nie, jak pra­gnę zdro­wia. Dosta­niesz jedze­nie i nauczysz się pra­co­wać, pra­co­wać naprawdę ciężko. To zrobi z cie­bie męż­czy­znę.

Kor­ni­szon pró­bo­wał usko­czyć, ale oprych zła­pał go za włosy.

– Puść go – powie­dział Hadrian.

– Jak­żeś to rzekł? – Drab trzy­ma­jący Kor­ni­szona zare­cho­tał. – „Nie twój inte­res”?

– To mój gier­mek – oznaj­mił Hadrian.

Męż­czyźni znowu się roze­śmiali.

– Powie­dzia­łeś, że nie jesteś ryce­rzem, zapo­mnia­łeś?

– Pra­cuje dla mnie, to wystar­czy.

– Nie wystar­czy, bo ten pędrak pra­cuje teraz w żeglu­dze mor­skiej.

Objął Kor­ni­szona za szyję umię­śnio­nym ramie­niem i zgiął go wpół, a drugi drab pod­szedł z kawał­kiem sznura, który nosił wcze­śniej prze­wią­zany w pasie.

– Powie­dzia­łem: puść go – powtó­rzył pod­nie­sio­nym gło­sem Hadrian.

– Ej! – wark­nął męż­czy­zna z obe­rwa­nym ręka­wem. – Nie roz­ka­zuj nam, chłop­ta­siu. Nie bie­rzemy cie­bie, bo do kogoś nale­żysz. Kogoś, kto kazał ci dźwi­gać trzy mie­cze, kogoś, kto może zauwa­żyć twoje znik­nię­cie. Takich kło­po­tów nie potrze­bu­jemy, jasne? Ale nie zadzie­raj z nami. Zadrzyj, a poła­miemy ci kości. Zadrzyj bar­dziej, a mimo wszystko wrzu­cimy cię na sta­tek. Zadrzyj jesz­cze bar­dziej, a nie trafi ci się nawet sta­tek.

– Naprawdę nie cier­pię takich ludzi jak wy – powie­dział Hadrian. – Dopiero co tu przy­by­łem. Spę­dzi­łem na morzu mie­siąc. Mie­siąc! Tak daleko podró­żo­wa­łem, żeby uciec wła­śnie od takich rze­czy. – Pokrę­cił głową z nie­sma­kiem. – A tu pro­szę, spo­ty­kam was… I jesz­cze cie­bie. – Hadrian wska­zał Kor­ni­szona, któ­remu wią­zano wła­śnie nad­garstki za ple­cami. – Nie pro­si­łem cię o pomoc. Nie pro­si­łem o prze­wod­nika, pachołka czy słu­żą­cego. Sam sobie dobrze radzi­łem. Ale nie, ty musia­łeś zabrać mi torbę i obno­sić się z tą swoją pogodą ducha. A naj­gor­sze ze wszyst­kiego jest to, że nie ucie­kłeś. Może jesteś głupi, nie wiem. Jed­nak nie mogę opę­dzić się od myśli, że zosta­łeś, żeby mi pomóc.

– Prze­pra­szam, że się nie wyka­za­łem. – Kor­ni­szon posłał mu smutne spoj­rze­nie.

Hadrian wes­tchnął.

– Psia­kość, a ty znowu swoje.

Spoj­rzał na opry­chów, już wie­dząc, jak to się skoń­czy, jak to się zawsze koń­czyło. Musiał jed­nak spró­bo­wać.

– Słu­chaj­cie, nie jestem ryce­rzem, nie jestem też gierm­kiem, ale te mie­cze należą do mnie i cho­ciaż Kor­ni­szon myślał, że ble­fuje, rze­czy­wi­ście…

– Stul już pysk!

Drab bez rękawa zro­bił krok i zamach­nął się pałką, żeby ode­pchnąć Hadriana. Na śli­skim pomo­ście nie­wiele trzeba było, żeby Hadrian pozba­wił go rów­no­wagi. Zła­pał go za rękę, wykrę­cił mu nad­gar­stek i łokieć. Kość pękła. Roz­legł się trzask, jakby ktoś roz­bił sko­rupkę orze­cha. Hadrian ode­pchnął wrzesz­czą­cego opry­cha i roz­legł się plusk, kiedy męż­czy­zna wpadł do wody.

Hadrian mógł wtedy wycią­gnąć mie­cze, i omal nie zro­bił tego odru­chowo, ale obie­cał sobie, że odtąd będzie ina­czej. Poza tym zabrał prze­ciw­ni­kowi pałkę, zanim go zrzu­cił z pomo­stu – solidny kawał hikory, mający jakiś cal śred­nicy i nieco dłuż­szy niż stopa. Uchwyt był ide­al­nie wypo­le­ro­wany przez lata uży­wa­nia, a drugi koniec popla­miony na brą­zowo krwią, którą drewno nasią­kło.

Pozo­stali męż­czyźni prze­stali pró­bo­wać zwią­zać Kor­ni­szona. Jeden na­dal go przy­du­szał chwy­tem za szyję, a dwaj rzu­cili się na Hadriana. Przyj­rzał się pracy ich stóp, oce­nił cię­żar i roz­pęd. Uchy­lił się przed zama­chem pierw­szego prze­ciw­nika, dru­giego zaś pod­ciął i ude­rzył w poty­licę, kiedy tam­ten padał. Pałka ude­rzyła w czaszkę z głu­chym łosko­tem, jakby wal­nął w dynię. Męż­czy­zna padł na pomost i już się nie pod­niósł. Drugi znowu się zamach­nął. Hadrian zablo­ko­wał cios pałką z hikory, ude­rza­jąc prze­ciw­nika w palce. Opry­szek wrza­snął i wypu­ścił broń, pałka zawi­sła mu na rze­mie­niu przy nad­garstku. Hadrian zła­pał ją, obró­cił, solid­nie zaci­ska­jąc skó­rzany pasek, wygiął rękę męż­czy­zny do tyłu i mocno pocią­gnął. Kość nie pękła, ale ramię wysko­czyło ze stawu. Dygo­cące nogi opryszka sygna­li­zo­wały, że opu­ściła go wola walki, więc Hadrian zepchnął go z pomo­stu w ślad za jego przy­ja­cie­lem.

Kiedy odwró­cił się do ostat­niego z czwórki, Kor­ni­szon stał już sam i maso­wał szyję. Jego nie­do­szły pory­wacz uciekł w siną dal.

– Jak myślisz, wróci z kum­plami? – zapy­tał Hadrian.

Kor­ni­szon nie ode­zwał się sło­wem. Patrzył tylko na Hadriana z roz­dzia­wio­nymi ustami.

– Chyba nie ma sensu zosta­wać tu dłu­żej, żeby się prze­ko­nać – odpo­wie­dział sobie Hadrian. – To gdzie jest ta barka, o któ­rej mówi­łeś?

* * *

Z dala od nabrzeża powie­trze w mie­ście Ver­nes na­dal było duszne i dła­wiące. Wąskie ceglane uliczki two­rzyły labi­rynt zacie­niony przez bal­kony, które nie­mal się sty­kały. Latar­nie i księ­ży­cowe świa­tło były rów­nie skąpe, a nie­któ­rych samot­nych dró­żek w ogóle nie oświe­tlono. Hadrian cie­szył się, że ma Kor­ni­szona. Kiedy już otrzą­snął się z prze­ra­że­nia, ten „szczur z zaułka” zacho­wy­wał się bar­dziej jak pies myśliw­ski. Pędził kory­ta­rzami mia­sta, prze­ska­ku­jąc z wielką wprawą nad kału­żami, które cuch­nęły jak nie­czy­sto­ści, i uchy­la­jąc się przed sznu­rami z pra­niem i rusz­to­wa­niami.

– To kwa­tery więk­szo­ści cie­śli okrę­to­wych, a tam dormi­to­rium dla doke­rów. – Kor­ni­szon wska­zał ponury dwu­pię­trowy budy­nek bli­sko kei z jed­nymi drzwiami i paroma oknami. – Więk­szość męż­czyzn z tej oko­licy mieszka tu albo w sio­strza­nym budynku przy połu­dnio­wym krańcu. Tyle rze­czy kręci się tu wokół żeglugi. A tam, w górze, wysoko na wzgó­rzu, widzi pan? To jest cyta­dela.

Hadrian uniósł głowę i dostrzegł ciemny zarys twier­dzy oświe­tlo­nej pochod­niami.

– To nie tyle zamek, ile rachuba dla han­dla­rzy i kup­ców. Mury muszą być wyso­kie i grube, bo upy­chają tam całe złoto. Tam wędrują pie­nią­dze z morza. Wszystko inne spływa w dół, ale złoto pły­nie w górę.

Kor­ni­szon omi­nął prze­wró­cone wia­dro i wystra­szył dwa szczury roz­mia­rów kota, który czmych­nęły w głęb­sze cie­nie. Kiedy w poło­wie minął drzwi, Hadrian zdał sobie sprawę, że stos rzu­co­nych szmat to tak naprawdę sie­dzący na ganku męż­czy­zna, który wyglą­dał na starca przez wystrzę­pioną siwą brodę i głę­boko pobruż­dżoną twarz. Sie­dzący nawet nie drgnął, nie mru­gnął powieką. Hadrian zauwa­żył go tylko dla­tego, że główka fajki, którą sta­rzec palił, roz­ja­rzyła się poma­rań­czowo.

– To brudne mia­sto! – zawo­łał do niego Kor­ni­szon. – Cie­szę się, że wyjeż­dżamy. Za dużo tu cudzo­ziem­ców, przy­by­szy ze wschodu. Pew­nie wielu przy­pły­nęło z panem. Dziwni ludzie, ci przy­by­sze z Calisu. Ich kobiety rzu­cają czary i prze­po­wia­dają przy­szłość, ale moim zda­niem naj­le­piej nie wie­dzieć za dużo o wła­snej przy­szło­ści. Nie będziemy musieli mar­twić się takimi rze­czami na pół­nocy. W War­ric palą cza­row­nice zimą, żeby się ogrzać. A przy­naj­mniej tak sły­sza­łem. – Kor­ni­szon przy­sta­nął gwał­tow­nie i obró­cił się. – Jak się pan nazywa?

– Wresz­cie posta­no­wi­łeś zapy­tać, co? – Hadrian się zaśmiał.

– Muszę wie­dzieć, jeśli mam nam zare­zer­wo­wać prze­wóz.

– Sam mogę się tym zająć. Zakła­da­jąc, rzecz jasna, że rze­czy­wi­ście pro­wa­dzisz mnie na barkę, a nie w jakiś ciemny zaułek, gdzie gruch­niesz mnie w łeb i grun­tow­nie okrad­niesz.

Kor­ni­szon spra­wiał wra­że­nie ura­żo­nego.

– Nie zro­bił­bym cze­goś takiego. Uważa mnie pan za głupca? Po pierw­sze, widzia­łem, co pan robi z ludźmi, któ­rzy pró­bują pana gruch­nąć w łeb. Po dru­gie, już minę­li­śmy kil­ka­na­ście dosko­na­łych ciem­nych zauł­ków.

Twarz Kor­ni­szona roz­pro­mie­nił sze­roki uśmiech, który według Hadriana w jed­nej czę­ści skła­dał się z szel­mo­stwa, w jed­nej z dumy i w dwóch z czy­stej rado­ści w rodzaju „po pro­stu cie­szę się, że żyję”. Nie mógł ode­przeć takiej argu­men­ta­cji. I nie pamię­tał też, kiedy ostat­nim razem czuł się tak, jak Kor­ni­szon wyglą­dał.

Przy­wódca opry­chów miał rację. Kor­ni­szon był nie wię­cej niż cztery, może pięć lat młod­szy od Hadriana. Pięć, uznał. Jest pięć lat młod­szy ode mnie. Jest mną, zanim odsze­dłem z domu. Czy wtedy też się uśmie­cha­łem tak jak on? Zasta­na­wiał się, od jak dawna Kor­ni­szon sam radzi sobie w świe­cie i czy za pięć lat na­dal będzie się tak uśmie­chał.

– Hadrian. Hadrian Blac­kwa­ter. – Wycią­gnął dłoń.

Chło­piec ski­nął głową.

– Dobre imię. Bar­dzo dobre. Lep­sze niż Kor­ni­szon. Cho­ciaż z dru­giej strony każde imię jest lep­sze od mojego.

– Matka cię tak nazwała?

– Och, z całą pew­no­ścią. Wieść gminna nie­sie, że zosta­łem poczęty i wydany na świat na tej samej skrzynce z kor­ni­szo­nami. Jak można odrzu­cić taką legendę? Nawet jeśli nie jest praw­dziwa, to moim zda­niem powinna być.

Wynu­rzyli się z labi­ryntu i zna­leźli się na szer­szej alei. Wspięli się już nieco i Hadrian dostrzegł w dole nabrzeże i maszty statku, któ­rym przy­pły­nął. Na­dal kłę­bił się tam spory tłum – ludzie szu­kali miej­sca na noc­leg albo swo­ich rze­czy. Hadrian przy­po­mniał sobie torbę, która stur­lała się do wody. Ilu ludzi wylą­duje w nowym mie­ście, pra­wie nic nie mając?

Szcze­ka­nie psa spra­wiło, że Hadrian się odwró­cił. Spoj­rzał w wąską uliczkę i wydało mu się, że dostrzegł jakiś ruch, ale nie miał pew­no­ści. W krę­tym zaułku była rap­tem jedna latar­nia. Resztę oświe­tlał księ­życ, rzu­ca­jąc nie­bie­sko-szare łaty świa­tła. Tu kwa­dra­tową, tam pro­sto­kątną, za mało, żeby coś w tym świe­tle dostrzec, i led­wie dość, by oce­nić odle­głość. Czyżby następny szczur? To coś wydało mu się więk­sze. Pocze­kał, wytę­ża­jąc wzrok. Nic się nie poru­szyło.

Kiedy się obej­rzał, Kor­ni­szon prze­szedł już pra­wie na drugą stronę placu, gdzie ku swo­jej ucie­sze Hadrian ujrzał kolejne nabrzeże. To znaj­do­wało się u ujścia potęż­nej rzeki Ber­num, która w nocy wyglą­dała jak sze­roki prze­stwór ciem­no­ści. Zer­k­nął raz jesz­cze za sie­bie w wąskie uliczki. Na­dal nic się nie poru­szyło. Duchy. Tak wła­śnie – prze­śla­do­wała go jego wła­sna prze­szłość.

Hadrian cuch­nął śmier­cią. To nie była woń, jaką inni mogli wyczuć albo którą mogła zmyć woda, a jed­nak przy­warła do niego jak prze­ni­kliwy smród potu po dłu­giej nocy pijań­stwa. Tyle że ten odór nie brał się z alko­holu. On się brał z krwi. Nie z powodu jej picia, cho­ciaż Hadrian znał takich, co pili krew. Cuch­nął, bo się w niej pła­wił. Jed­nak teraz to już się skoń­czyło, a przy­naj­mniej tak sobie powta­rzał z prze­ko­na­niem pijaka, który dopiero co wytrzeź­wiał. Tamto to był inny Hadrian, młod­sza wer­sja, którą zosta­wił na dru­gim końcu świata i od któ­rej na­dal ucie­kał.

* * *

Przy­po­mniał sobie, że Kor­ni­szon na­dal ma jego torbę, więc za nim pobiegł. Nim go dogo­nił, Kor­ni­szon znów miał kło­poty.

– To jego! – krzy­czał, wska­zu­jąc Hadriana. – Poma­ga­łem mu dotrzeć na barkę.

Chłopca oto­czyło sze­ściu żoł­nie­rzy. Więk­szość nosiła kol­czugi i trzy­mała kwa­dra­towe tar­cze. Sto­jący pośrodku męż­czy­zna z fan­ta­zyj­nym pió­ro­pu­szem na heł­mie nosił na piersi i ramio­nach zbroję fol­gową oraz skó­rzany, nabi­jany ćwie­kami far­tuch. To do niego mówił Kor­ni­szon, któ­rego przy­trzy­my­wało dwóch innych żoł­nie­rzy. Wszy­scy spoj­rzeli na nad­cho­dzą­cego Hadriana.

– To twoja torba? – zapy­tał ofi­cer.

– Tak. I chło­pak mówi prawdę. Odpro­wa­dzał mnie do tam­tej barki.

– Tak ci śpieszno opu­ścić nasze piękne mia­sto, co? – zapy­tał podejrz­li­wym tonem ofi­cer, przy­glą­da­jąc się bacz­nie Hadria­nowi.

– Bez urazy, ale ow­szem. Mam sprawę na pół­nocy.

Ofi­cer zro­bił krok w jego stronę.

– Jak się nazy­wasz?

– Hadrian Blac­kwa­ter.

– Skąd jesteś?

– Zasad­ni­czo z Hin­tin­daru.

– Zasad­ni­czo? – Powąt­pie­wa­niu w gło­sie towa­rzy­szyło unie­sie­nie brwi.

Hadrian ski­nął głową.

– Kilka lat spę­dzi­łem w Cali­sie. Wła­śnie wró­ci­łem z Daga­stanu na tam­tym statku.

Ofi­cer zer­k­nął w stronę portu, a potem na się­ga­jącą za kolana dża­la­biję Hadriana, luźne baweł­niane spodnie i kufiję na gło­wie. Pochy­lił się, pocią­gnął nosem i skrzy­wił się.

– Bez wąt­pie­nia byłeś na statku, a twój strój z pew­no­ścią jest cali­ski. – Wes­tchnął, a potem sku­pił się na Kor­ni­szo­nie. – Ale ten nie był na statku. Mówi, że wybiera się z tobą. Zga­dza się?

Hadrian zer­k­nął na Kor­ni­szona i zoba­czył nadzieję w oczach chło­paka.

– Aha, wyna­ją­łem go jako mojego… ehm… mojego… słu­żą­cego.

– Czyj to był pomysł? Jego czy twój?

– Jego, ale oka­zał się bar­dzo pomocny. Bez niego nie zna­la­zł­bym tej barki.

– Dopiero co wysia­dłeś ze statku – powie­dział ofi­cer. – To dziwne, że tak pilno ci do tego, żeby wsiąść na następny.

– Tak naprawdę, to wcale się do tego nie palę, ale Kor­ni­szon mówi, że barka zaraz rusza i nie będzie następ­nej przez kilka dni. To prawda?

– Tak – potwier­dził ofi­cer – a przy oka­zji to nie­zwy­kle wygodne.

– Mogę spy­tać, w czym pro­blem? Czy jakieś prawo zabra­nia wynaj­mo­wa­nia prze­wod­nika i pła­ce­niu mu za jego usługi w cza­sie podróży?

– Nie, ale wyda­rzyła się tu w mie­ście paskudna rzecz, naprawdę paskudna rzecz, więc to natu­ralne, że inte­re­su­jemy się każ­dym, kto śpie­szy się, żeby stąd wyje­chać, a przy­naj­mniej każ­dym, kto spę­dził tu parę ostat­nich dni. – Spoj­rzał Kor­ni­szo­nowi pro­sto w oczy.

– Nic nie zro­bi­łem – zapro­te­sto­wał chło­pak.

– Tak twier­dzisz i nawet jeśli to prawda, to możesz wie­dzieć coś na temat tej sprawy. W obu wypad­kach mógł­byś odczu­wać silną potrzebę ulot­nie­nia się, a ucze­pie­nie się kogoś, kto znaj­duje się poza wszel­kim podej­rze­niem, to dobry spo­sób, żeby wyplą­tać się z kło­po­tów, nie­praw­daż?

– Ale ja nic nie wiem na temat mor­derstw.

Ofi­cer odwró­cił się do Hadriana.

– Możesz ruszać w drogę i lepiej się pośpiesz. Już wzy­wają pasa­że­rów.

– A co Kor­ni­szo­nem?

Żoł­nierz pokrę­cił głową.

– Nie mogę go puścić razem z tobą. Wąt­pliwe, żeby odpo­wia­dał za mor­der­stwa, ale może wie­dzieć, kim jest sprawca. Sie­roty z ulic dużo widzą i nie lubią o tym mówić, jeśli myślą, że uda im się tego unik­nąć.

– Prze­cież mówię wam, że nic nie wiem. Nawet nie byłem na wzgó­rzu.

– Zatem nie masz się czego oba­wiać.

– Ale… – Kor­ni­szon wyglą­dał, jakby miał się roz­pła­kać. – On miał mnie stąd zabrać. Wybie­ra­li­śmy się na pół­noc. Wybie­ra­li­śmy się na uni­wer­sy­tet.

– Uwaga! Uwaga! Ostat­nie wezwa­nie dla pasa­że­rów! Barka do Col­nory! Ostat­nie wezwa­nie! – roz­legł się potężny ryk.

– Słu­chaj… – Hadrian otwo­rzył sakiewkę – …wyświad­czy­łeś mi przy­sługę i za to zasłu­ży­łeś na zapłatę. Gdy już skoń­czą cię prze­słu­chi­wać, jeśli na­dal będziesz chciał dla mnie pra­co­wać, to za te pie­nią­dze możesz dotrzeć do She­ri­danu i tam się ze mną spo­tkać. Wsiądź na następną barkę albo do dyli­żansu jadą­cego na pół­noc, jak wolisz. Spę­dzę tam mie­siąc, a przy­naj­mniej dwa tygo­dnie. – Hadrian wci­snął monetę w dłoń chłopca. – Jeśli przy­je­dziesz, pytaj o pro­fe­sora Arca­diusa. To z nim mam się spo­tkać, więc będzie się orien­to­wał, gdzie mnie szu­kać. Dobrze?

Kor­ni­szon ski­nął głową i wyglą­dał nieco mniej nie­szczę­śli­wie. Kiedy zer­k­nął na monetę, wytrzesz­czył oczy i powró­cił jego dawny, olbrzymi uśmiech.

– Tak, pro­szę pana! Natych­miast przy­będę. Z całą pew­no­ścią może pan na mnie liczyć. A teraz niech pan bie­gnie, zanim barka odpły­nie.

Hadrian ski­nął do niego głową, pod­niósł torbę i pobiegł na nabrzeże, gdzie obok trapu pro­wa­dzą­cego na długą pła­sko­denną łódź cze­kał męż­czy­zna.

Rozdział 2. Gwen

Roz­dział 2

Gwen

Gwen wie­działa, że zjawi się za późno, kiedy tylko usły­szała krzyki na pierw­szym pię­trze. Sufit się trząsł, aż tynk posy­pał się do kie­lisz­ków gro­mady sku­pio­nej przy barze. Z góry dobie­gało dud­nie­nie, jakby okła­dał Avon pałką po gło­wie.

Nie, nie pałką. Ude­rza jej głową o pod­łogę, pomy­ślała Gwen.

– Avon! – wrza­snęła i rzu­ciła się ku scho­dom.

Nie chciała zwol­nić na zakrę­cie, przez co ude­rzyła ramie­niem w ścianę u szczytu scho­dów i zrzu­ciła z niej małe lusterko, które się stłu­kło. Popę­dziła kory­ta­rzem. Krzyki brzmiały nie­ludzko, jakby dobie­gały z rzeźni – daremne wrza­ski ska­za­nego na śmierć stwo­rze­nia.

Stane ją mor­duje.

Gwen szarp­nęła zasuwkę i pchnęła drzwi, ale drzwi zary­glo­wano od środka. Nawet nie drgnęły. Ude­rzyła w nie całym cia­łem, ale drewno zigno­ro­wało jej drobną wagę. Dobie­ga­jące ze środka wale­nie przy­ci­chło, jakby teraz ktoś ude­rzał w paćkę. Już nie brzmiało jak stłu­miony głu­chy łomot, ale jak pla­ska­nie o coś mokrego. Krzyki osła­bły do cichych jęków.

Gwen z impe­tem otwo­rzyła drzwi do pokoju po dru­giej stro­nie kory­ta­rza, gdzie Mae zaba­wiała rudzielca ze Wschod­niej Mar­chii. Mae krzyk­nęła ze stra­chu. Czym­kol­wiek zaj­mo­wali się do tej pory, prze­stali, kiedy roz­le­gły się krzyki Avon. Gwen kop­nęła w luźny słu­pek przy nogach łóżka. Sto­larz zbu­do­wał ramę łóżka z solid­nych kawa­łów klonu, ale nie spi­sał się przy łącze­niu ich w całość. Po dwóch kolej­nych kop­nia­kach słu­pek odpadł, a mate­rac wraz z Mae i rudziel­cem wylą­do­wał na pod­ło­dze.

Pędząc jak rycerz wal­czący na kopie, Gwen ude­rzyła słup­kiem w drzwi pokoju Avon. Siła ude­rze­nia spra­wiła, że taran wypadł jej z rąk, ale w powierzchni drzwi poja­wiło się solidne zagłę­bie­nie, a drewno futryny lekko się roz­sz­cze­piło. Gwen rzu­ciła się po taran i chwy­ciła go znowu, w tej samej chwili, kiedy Ray­nor Grue poja­wił się u szczytu scho­dów.

– Psia­krew, ty durna suko! Prze­stań!

Zbie­ra­jąc w sobie wszyst­kie siły, Gwen ude­rzyła znowu w drzwi, celu­jąc w to samo miej­sce, co poprzed­nio, i mniej wię­cej tam tra­fia­jąc. Fra­muga roz­trza­skała się i drzwi otwo­rzyły się z impe­tem. Gwen z roz­pędu wle­ciała do pokoju i wylą­do­wała na pod­ło­dze w kałuży krwi.

– Na brodę wiel­kiego Mari­bora! – zaklął Grue, sta­jąc w progu.

Stane sie­dział okra­kiem na Avon, na­dal zaci­ska­jąc ręce na jej szyi.

– Nie prze­sta­wała krzy­czeć.

Oczy Avon były sze­roko otwarte, włosy w kolo­rze blond miała spla­mione szkar­ła­tem.

– Wynoś się stąd! – powie­dział Grue, łapiąc Gwen i wycią­ga­jąc ją na kory­tarz. – Zmia­taj na dół! Jesteś mi winna nowe drzwi i łóżko.

– Nie żyje? – spy­tał Stane, na­dal sie­dząc okra­kiem na Avon.

Nogi miał nagie, skórę śli­ską od potu, pierś zbry­zganą krwią.

Grue szturch­nął głowę Avon butem.

– Aha, zabi­łeś ją.

– Ty sukin­synu! – Gwen rzu­ciła się na Stane’a.

Grue zła­pał ją i pchnął do tyłu, przez co potknęła się i prze­wró­ciła.

– Stul dziób! – wrza­snął.

– Prze­pra­szam, Grue – wydu­kał Stane.

Grue skrzy­wił się i pokrę­cił głową, lustru­jąc krew roz­le­wa­jącą się po drew­nia­nej pod­ło­dze. Gwen zorien­to­wała się po spo­so­bie, w jaki stał i wykrzy­wiał usta, że nie widzi w Avon pięk­nej mło­dej dziew­czyny, która umarła przed­wcze­śnie, ale jedy­nie bała­gan do posprzą­ta­nia.

Wes­tchnął.

– Nie chcę two­ich prze­pro­sin, Stane. Będziesz musiał za to zapła­cić. Avon była popu­larna.

– Ile?

Grue zasta­na­wiał się chwilę w typowy dla sie­bie spo­sób – zagry­za­jąc wyka­łaczkę i zasy­sa­jąc powie­trze przez zęby.

– Osiem­dzie­siąt pięć srebr­nych tenen­tów.

– Srebr­nych? Osiem­dzie­siąt pięć? Kosz­to­wała tylko sześć mie­dzia­ków!

– A tyś ją zabił, tępy sukin­synu! Stra­ci­łem wszystko, co zaro­bi­łaby w przy­szło­ści. Powi­nie­nem zażą­dać zapłaty w zło­cie!

– Nie mam aż tyle.

– Będziesz musiał zdo­być pie­nią­dze.

Stane ski­nął głową.

– Zdo­będę.

– Jesz­cze dziś wie­czo­rem.

Stane zawa­hał się, ale zaraz się zgo­dził.

– Dobrze, dziś wie­czo­rem.

– Gwen, idź po wia­dro i posprzą­taj to. Ty też, Mae. Rudy, na dzi­siaj skoń­czy­łeś. Zmia­taj stąd. Jak będziesz wycho­dził, przy­ślij na górę Wil­larda. Będę potrze­bo­wał pomocy przy zno­sze­niu ciała.

– Nie możesz pozwo­lić, żeby mu się upie­kło – powie­działa przez zaci­śnięte zęby Gwen, kiedy już wstała.

Łzy jesz­cze jej nie popły­nęły i zasta­na­wiała się dla­czego. Może na­dal była zbyt wście­kła. Wyła­ma­nie drzwi wzbu­rzyło w niej krew i na­dal się nie uspo­ko­iła.

– Zapłaci za szkody. Tak samo jak ty.

– W takim razie jesz­cze nie skoń­czy­łam robić szkód.

Gwen pod­nio­sła słu­pek i rzu­ciła się, żeby przy­ło­żyć Stane’owi w głowę. Może by to zro­biła, gdyby Grue nie zła­pał jej za rękę. Obró­cił ją i spo­licz­ko­wał z całej siły. Znowu się prze­wró­ciła. Słu­pek ude­rzył w znisz­czoną fra­mugę i wytur­lał się na kory­tarz.

– Zbie­raj tyłek i zmia­taj na dół! Mae, chodź tu z tym wia­drem! I gdzie jest Wil­lard? Wil­lard!

Gwen sie­działa oszo­ło­miona. Gdyby ude­rzył ją pię­ścią, a nie otwartą dło­nią, nie­prędko by się pod­nio­sła, może nawet wyplu­łaby kilka zębów. Grue wie­dział jed­nak, jak obcho­dzić się ze swo­imi dziew­czy­nami, i w miarę moż­li­wo­ści sta­rał się ich nie oszpe­cać. Z pło­ną­cym policz­kiem i szczęką rwącą z bólu tak, że czuła to w całej twa­rzy, wstała i zbie­gła po scho­dach. Wszy­scy w barze scho­dzili jej z drogi, a ona pognała ku fron­to­wym drzwiom Karczmy z Wyszyn­kiem „Pod Ohyd­nym Łbem”, kie­ru­jąc się pro­sto do biura sze­ryfa.

Noc była zimna z powodu jesien­nego wia­tru, ale ona pra­wie tego nie zauwa­żała, kiedy bie­gła po pokry­tych spę­ka­nym bło­tem uli­cach Med­fordu. Nikogo nie napo­tkała – wszy­scy porządni ludzie już spali.

Nie zapu­kała, tylko od razu pchnęła drzwi.

Ethan spał w krze­śle, z głową opartą na rękach leżą­cych na stole. Gwen kop­nęła w nogę stołu, a on pode­rwał się jak spło­szona prze­piórka.

– Co, u… – Spra­wiał wra­że­nie roz­łosz­czo­nego.

I dobrze.

Chciała, żeby był wście­kły. Chciała, żeby goto­wał się ze zło­ści.

– Stane wła­śnie zamor­do­wał Avon w „Ohyd­nym Łbie!” – wrza­snęła, a Ethan aż się wzdry­gnął. – Ten łaj­dak walił jej głową w pod­łogę, aż roz­trza­skał jej czaszkę. Mówi­łam Grue, że on to zrobi. Powie­dzia­łam mu, żeby wię­cej go nie wpusz­czał, ale on nie słu­chał. A teraz rusz się tam!

– Dobrze, już dobrze. – Ethan zerwał z krze­sła pas z mie­czem i zapiął go na bio­drach, wycho­dząc za Gwen.

– Rap­tem trzy dni temu pod­bił oko Jol­lin – mówiła mu, kiedy szli ulicą Prze­korną.

Ethan nie szedł dosta­tecz­nie szybko jak na jej gust. Oczy­wi­ście czas już nie miał zna­cze­nia. Avon nie poczuje się lepiej, a Stane nie zmą­drzeje. Mimo to chciała, żeby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość i żeby stało się to szybko. Stane nie zasłu­gi­wał, żeby żyć choćby chwilę dłu­żej niż Avon, a każdy jego oddech był zbrod­nią w oczach Gwen.

– I zła­mał rękę Abby nieco ponad mie­siąc temu. Grue zacho­wał się jak dureń, zmu­sza­jąc Avon, żeby z nim poszła. Wie­działa i bała się, ale Stane lubi, kiedy się boimy. Strach go pod­nieca, a im bar­dziej się pod­nieci, tym więk­sze robi szkody. A Avon, niech Mari­bor się nad nią uli­tuje, była śmier­tel­nie prze­ra­żona. Grue powi­nien mieć swój rozum.

Drzwi do karczmy na­dal były otwarte, rzu­ca­jąc długi skos świa­tła na ganek i pożło­bioną kole­inami ulicę. Może te też znisz­czyła. Miała taką nadzieję. Pijacy znik­nęli, pew­nie ich wygo­niono. Grue i Wil­lard zno­sili Avon na dół zawi­niętą w koc z łóżka. Z jed­nego końca kapała krew, zna­cząc ciemną linię na scho­dach.

– Co tu robisz, Ethan?

Z wysiłku żyły wystą­piły Grue na szyi. Nie wrzesz­czał, był tylko wście­kły, czyli znowu był sobą.

– Co masz na myśli? Dziew­czyna po mnie przy­szła.

– Nie posła­łem jej.

– Cóż, obu­dziła mnie z kamien­nego snu, więc jestem. Co się dzieje?

– Nic – odpo­wie­dział Grue.

– To mi nie wygląda na zwy­kłe nic. To Avon jest w tym kocu?

– A co ci do tego?

– Moim zada­niem jest pil­no­wać, żeby spra­wie­dli­wo­ści zawsze stało się zadość. Stane jest na górze?

– Aha.

– No to każ mu zejść.

Grue zmarsz­czył brwi, zawa­hał się, a potem odło­żył swój koniec brze­mie­nia.

– Wil­lard, idź po niego.

Cho­ciaż Gwen była wście­kła na Stane’a i Grue, nie mogła pozbyć się myśli, że sama też ponosi winę. Jak nikt inny wie­działa, co się sta­nie. Powinna była coś zro­bić, wydo­stać z tego miej­sca Avon, tyle że sama nie mogła stąd uciec. Mimo wszystko może mogła coś zro­bić, cokol­wiek. Nic nie zro­biła. I teraz Avon nie żyła.

Gwen patrzyła na małą kałużę roz­le­wa­jącą się przy końcu koca i zasta­na­wiała się, jakim cudem na­dal stoi. Poczu­cie winy szar­pało jej wnętrz­no­ści, roz­ry­wało ją od środka. Jakim cudem mogę na­dal stać, cho­ciaż wła­śnie mnie wypa­tro­szono?

Stane zszedł po scho­dach, zapi­na­jąc spodnie. Miał krwawe smugi od pal­ców na wybla­kłej od słońca koszuli. Wię­cej śla­dów miał na twa­rzy, po tym jak otarł nos.

– Zabi­łeś tę dziew­czynę? – zapy­tał Ethan.

Stane się nie ode­zwał. Ski­nął tylko głową i pocią­gnął nosem.

– To poważne prze­stęp­stwo. Rozu­miesz to, prawda?

– Tak, pro­szę pana.

Gwen zauwa­żyła, że Grue pio­ru­nuje ją wzro­kiem. Przyj­dzie jej zapła­cić za to póź­niej, ale warto znieść bicie, byle zoba­czyć, jak Stane otrzy­muje taką samą karę, jaką wymie­rzono Avon. Oczy­wi­ście to nie będzie naprawdę taka sama kara. Ethan nie będzie bez końca walił jego głową o pod­łogę. Po pro­stu go powie­szą. Kara jed­nak zosta­nie wymie­rzona publicz­nie. Stane zosta­nie upo­ko­rzony przed śmier­cią. Cho­ciaż tyle dobrego.

Ethan odgar­nął włosy z twa­rzy i poma­so­wał kark. Zagryzł dolną wargę, patrząc na owi­nięte w koc ciało. Wresz­cie nabrał powie­trza i zwró­cił się do Stane’a.

– Wyma­gana będzie resty­tu­cja.

– A co to takiego? – zapy­tał ner­wowo Stane.

– Musisz zre­kom­pen­so­wać Grue jego straty. Zapła­cić za wyrzą­dzone szkody.

– Już to uzgod­ni­li­śmy – wtrą­cił się Grue. – Zapłaci mi osiem­dzie­siąt pięć tenen­tów.

– Srebr­nych, zga­dza się? – zapy­tał Ethan, kiwa­jąc głową. – Uczciwa cena. Jakieś inne szkody?

– Znisz­czone drzwi, lustro i łóżko, ale to jej robota. – Grue wska­zał Gwen. – Ona mi za to zapłaci.

– Wyła­mała drzwi, pró­bu­jąc rato­wać tę tutaj? – Ethan wska­zał koc.

– Chyba tak.

– Moim zda­niem nie musia­łaby tego robić, gdyby Stane nie bił Avon, więc to on pokryje i te straty. Jasne?

– Tak, pro­szę pana.

Sze­ryf ski­nął głową.

– W takim razie wszystko zała­twione.

Ethan zro­bił krok w tył i Gwen widziała, że zamie­rza się odwró­cić.

– To wszystko? To nie w porządku. On musi zapła­cić.

– I zapłaci. Osiem­dzie­siąt pięć i…

– Kobieta nie żyje! Zabił ją i musi za to umrzeć.

– Dziwka – popra­wił ją Grue.

Gwen spio­ru­no­wała go wzro­kiem.

– Dziwka nie żyje, a to nie to samo. Nikt nie skaże na śmierć pra­cu­ją­cego męż­czy­zny, bo go tro­chę ponio­sło.

– Ona nie żyje!

– I to ja jestem z tego tytułu poszko­do­wany. Jeśli mówię, że taka rekom­pen­sata mi odpo­wiada, to sprawa jest zamknięta. To ni­gdy nie było twoje zmar­twie­nie. A teraz zamknij się.

– Nie możesz tego zro­bić – powie­działa do Ethana Gwen.

– Miała jakąś rodzinę? – spy­tał.

Gwen pokrę­ciła głową.

– Gdyby któ­raś z nas miała rodzinę, to myślisz, że były­by­śmy tutaj?

– Zatem to on za nią odpo­wiada. Jest zado­wo­lony, więc nie ma sprawy. – Odwró­cił się do Grue. – Dopil­nuj, żeby ciało opu­ściło mury miej­skie przed połu­dniem, bo ina­czej kon­stabl dobie­rze mi się do tyłka, a wtedy ja dobiorę się do two­jego. Jasne?

Grue poki­wał głową i Ethan wyszedł.

Męż­czyźni znowu dźwi­gnęli ciało i ruszyli do fron­to­wych drzwi. Kiedy mijali Gwen, Grue powie­dział:

– Zgad­nij, kto dosta­nie lanie, gdy wrócę!

Grue i Wil­lard wyszli, zosta­wia­jąc Gwen patrzącą przez salę na Mae i Jol­lin. Mię­dzy nimi stał Stane.

Uśmiech­nął się do niej i mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo.

– Z przy­jem­no­ścią zajmę się tobą. – A zni­ża­jąc głos, dodał: – Kiedy tylko odłożę następne osiem­dzie­siąt pięć tenen­tów.

Zro­bił krok w jej stronę.

– On ni­gdy wię­cej cię tu nie wpu­ści.

– Grue? – Zaśmiał się. – Avon nie jest pierw­sza. Była inna dziew­czyna w Roe. Jeśli będę mógł zapła­cić, da mi cie­bie z poca­ło­wa­niem ręki. – Spoj­rzał na Mae, a potem na Jol­lin. – Nie mar­tw­cie się. O was dwóch też nie zapo­mnę.

Zaśmiał się znowu, a Gwen zaci­snął się żołą­dek. Stane pod­szedł do drzwi, ale zamiast wyjść, wyj­rzał, zer­k­nął w obie strony, po czym je zamknął. Kiedy się obró­cił, szcze­rzył zęby w uśmie­chu, nie spusz­cza­jąc oczu z Gwen.

– Ucie­kaj! – krzyk­nęła Jol­lin.

Kiedy Gwen pobie­gła ku tyl­nemu wyj­ściu, usły­szała, jak Stane prze­klina. Upadł z hukiem, pew­nie pośli­zgnął się na kałuży krwi Avon. Sądząc po odgło­sach, prze­wró­ciło się też krze­sło albo stół, ale potem Gwen bie­gła już przez ciem­ność z pod­ka­saną sukienką. Popę­dziła zauł­kiem obok warsz­tatu gar­ba­rza w stronę „mostów”, dwóch wąskich desek prze­rzu­co­nych przez rzekę ście­ków, które pły­nęły za budyn­kami. Była zbyt prze­stra­szona, bie­gła za szybko. Noga jej zje­chała ze śli­skich, chwiej­nych desek i Gwen wpa­dła pro­sto w gnój. Ręce zanu­rzyła po łok­cie, ale ura­to­wała twarz.

Spo­dzie­wała się, że Stane zaraz ją dopad­nie, zaci­śnie krwawe ręce na gar­dle, wepchnie twarz w obrzy­dliwą paćkę, która cuch­nęła moczem i gno­jem. Obró­ciła się gwał­tow­nie, ale jego nie było. Ni­gdzie go nie było. Gwen była sama.

Wycią­gnęła ręce, otarła o czy­ste skrawki sukienki, jakie zna­la­zła. Nie­wiele ich było. W końcu popła­kała się z fru­stra­cji. Sie­dząc obok rowu z nie­czy­sto­ściami, szlo­chała tak mocno, że roz­bo­lał ją brzuch. Z każdy wde­chem wcią­gała powie­trze gęste od smrodu.

– Nie wiem, co robić! – krzyk­nęła na głos. – Powiedz mi, co mam robić! – Nabrała garść błota i gnoju i cisnęła naj­moc­niej, jak potra­fiła. Odchy­liła głowę i wrza­snęła, patrząc na niebo. – Sły­szysz mnie?! Nie mam dość siły. Jestem jak moja matka i w końcu się zała­mię. – Wzięła roz­dy­go­tany wdech. – A jeśli nie zała­mię się naj­pierw, to on mnie zabije. Mnie, Jol­lin, Mae i całą resztę. Nie mogę… Nie mogę już dłu­żej cze­kać. Sły­szysz mnie? To już pięć lat! Nie mogę już dłu­żej na niego cze­kać.

Dygo­tała, dysząc i nasłu­chu­jąc odpo­wie­dzi, ale usły­szała tylko wycie wia­tru.

Rozdział 3. Barka na Bernum

Roz­dział 3

Barka na Ber­num

Hadrian sie­dział w kucki na pokła­dzie rzecz­nej barki, kiedy dwa potężne konie pocią­gowe holo­wały łódź w górę rzeki Ber­num. Uniósł głowę i zer­k­nął przez poranną mgłę, pró­bu­jąc wypa­trzyć coś zna­jo­mego. Widział zie­mię uprawną wtu­loną mię­dzy wzgó­rza ponad brze­giem i słaby zarys mia­ste­czek. Wszystko wyda­wało się obce. To była obca kra­ina wypeł­niona dziw­nymi ludźmi, zwy­cza­jami, akcen­tami. Czuł się nie­swojo i nie na miej­scu. Ni­gdy nie miał pew­no­ści, jak należy zacho­wać się albo co powie­dzieć. Wyobra­żał sobie, że wszy­scy widzą w nim obcego, któ­rym rze­czy­wi­ście jest, cho­ciaż w tej chwili, jak zga­dy­wał, znaj­do­wał się jakieś pół dnia pie­chotą od domu.

Pulchny męż­czy­zna wyszedł z kajuty, ude­rza­jąc się w pierś i bio­rąc głę­bo­kie wde­chy.

– Rześki pora­nek, co? – powie­dział, zer­ka­jąc na niebo.

Mógł zwra­cać się do boga Mari­bora, ale mimo to Hadrian odpo­wie­dział:

– Chłodno. Nie nawy­kłem do zimna.

Wybrał sobie to miej­sce, żeby mieć osłonę przed wia­trem. Miał na sobie wszystko, co posia­dał, w tym dwie pary spodni luź­nych jak piżama, podróżną i wyj­ściową dża­la­biję, sze­roką szarfę w pasie, pele­rynę i zawój na gło­wie. Mimo to marzł. Zamie­rzał kupić coś z wełny, kiedy dotrą do Col­nory, coś cięż­kiego, co waży jak zbroja. Czuł się nagi bez dodat­ko­wego cię­żaru.

– Przy­pły­ną­łeś pro­sto z Daga­stanu, zga­dza się? Tam to pew­nie jest cie­pło, prawda?

Hadrian owi­nął się cia­śniej dża­la­biją.

– Kiedy wyjeż­dża­łem, była pogoda w sam raz na lekki strój.

– Zazdrosz­czę.

Męż­czy­zna owi­nął się cia­śniej szatą. Rozej­rzał się po barce i skrzy­wił się roz­cza­ro­wany, jakby spo­dzie­wał się, że przez noc zaj­dzie w niej jakaś cudowna prze­miana. Wzru­szył ramio­nami i za przy­kła­dem Hadriana usa­do­wił się na pokła­dzie. Zna­leźli się teraz twa­rzą w twarz.

– Jestem Seba­stian z Iberu.

Męż­czy­zna wycią­gnął rękę.

– Hadrian – odpo­wie­dział, ści­ska­jąc podaną dłoń. – Podró­żu­jesz z tam­tymi dwoma?

Hadrian widział ich poprzed­niej nocy, Seba­stiana i jego dwóch towa­rzy­szy; wszy­scy byli ubrani w podobne, wytwor­nie skro­jone szaty. Mimo całego pośpie­chu osta­tecz­nie wypły­nię­cie barki opóź­niło się z powodu doke­rów, któ­rzy z tru­dem wtasz­czyli na pokład liczne kufry. Cała trójka wykrzy­ki­wała roz­kazy i repry­mendy za każ­dym razem, gdy któ­ryś kufer ude­rzył o coś albo został potrą­cony przez pra­cow­ni­ków.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

– Samuel i Eugene. Pra­cu­jemy w tej samej branży.

– Kupcy?

Seba­stian się uśmiech­nął.

– Coś w tym guście. – Jego spoj­rze­nie padło na mie­cze u pasa Hadriana. – A ty? Żoł­nierz?

Hadrian odpo­wie­dział sze­ro­kim uśmie­chem.

– Coś w tym guście.

Seba­stian zare­cho­tał.

– Dobrze powie­dziane. A tak cał­kiem poważ­nie: nie masz powodu nosić tu broni. My nie nosimy stali, więc nie rozu­miem, czemu zawra­casz sobie głowę… Och, jasne. Rozu­miem!

Hadrian przyj­rzał się męż­czyź­nie. Z doświad­cze­nia wie­dział, że ist­nieją dwa rodzaje ludzi: tacy, któ­rym można zaufać i ci dru­giego rodzaju. W ciągu pię­ciu lat nauczył się pole­gać na męż­czy­znach, któ­rzy noszą metal, mają bli­zny i gwiż­dżą przez dziury po wybi­tych zębach. Seba­stian nosił grube ubra­nie, luk­su­sowe i dro­gie, a także złote pier­ście­nie na obu dło­niach. Hadrian zetknął się i z tym typem. Cokol­wiek Seba­stian zamie­rzał powie­dzieć, Hadrian zga­dy­wał, że to mu się nie spodoba.

– Co rozu­miesz?

Seba­stian zni­żył głos:

– Sły­sza­łeś o mor­der­stwach. Straże miej­skie wszę­dzie się krę­ciły i zada­wały pyta­nia, nawet kiedy wyru­sza­li­śmy.

– Mówisz o mor­der­stwach w Ver­ne­sie?

– Tak, w rze­czy samej. Trzy w ciągu trzech nocy.

– I podej­rze­wasz mnie? – spy­tał Hadrian.

Seba­stian się zaśmiał.

– W żad­nym razie! Ty jesteś jed­nym z tych, co to wła­śnie zeszli ze Wschod­niej Gwiazdy pły­ną­cej z Calisu. Twoje ubra­nie cię zdra­dza. Wię­cej sensu mia­łoby podej­rze­wa­nie mnie. Ja przy­naj­mniej mia­łem spo­sob­ność. Cie­bie nawet nie było w mie­ście.

– Mówisz więc, że powi­nie­nem podej­rze­wać cie­bie?

– Skądże znowu. Moi współ­pra­cow­nicy mogą poświad­czyć, gdzie prze­by­wa­łem, a ster­nik powie ci, że zare­zer­wo­wa­li­śmy ten prze­jazd z wie­lo­ty­go­dnio­wym wyprze­dze­niem. Poza tym, czy ja wyglą­dam na zabójcę?

Hadrian ni­gdy nie widział zabójcy, ale Seba­stian nie wyglą­dał na sto­sow­nego kan­dy­data. Krą­gły i miękki, o pulch­nych pal­cach i zaraź­li­wym uśmie­chu wyglą­dał raczej na kogoś, kto zle­ciłby mor­der­stwo w nie­pod­pi­sa­nym liście.

– Powiem ci jed­nak, kto wygląda na zabójcę. – Spoj­rze­nie Seba­stiana powę­dro­wało ku przo­dowi łodzi, gdzie w pobliżu dziobu stała spo­wita w opoń­czę postać. Stała do nich tyłem i zamiast szu­kać cie­pła słońca, trzy­mała się cie­nia rzu­ca­nego przez stos skrzy­nek. – On to dopiero wygląda na zabójcę.

– Podej­rze­wasz go, bo nosi kap­tur?

– Nie, cho­dzi o jego oczy. Widzia­łeś je? Zimne, tyle ci powiem. Mar­twe oczy. Takie, co nawy­kły do oglą­da­nia i zada­wa­nia śmierci.

Hadrian uśmiech­nął się kpiąco.

– Potra­fisz to wszystko wyczy­tać z samych oczu czło­wieka, co?

– Jak naj­bar­dziej. Czło­wiek nawy­kły do zabi­ja­nia wygląda jak wilk: pusta dusza i głód krwi. – Seba­stian pochy­lił się, ale nie spusz­czał wzroku z postaci na dzio­bie. – Tak jak pozna­nie pew­nych prawd okrada nas z nie­win­no­ści, tak zada­nie śmierci okrada czło­wieka z duszy. Każde zabój­stwo zabiera cząstkę czło­wie­czeń­stwa, aż mor­derca nie jest niczym innym jak zwie­rzę­ciem. Głód zastę­puje ducha. Żądza tego, co zostało stra­cone. Jed­nak nie­win­no­ści duszy nie da się odzy­skać. Radość, miłość i spo­kój ucie­kają z takiego naczy­nia, a zamiast nich roz­kwita żądza krwi i śmierci.

Seba­stian mówił poważ­nym tonem, jak czło­wiek, który zna się na takich rze­czach. Jego pew­ność sie­bie i swo­boda ema­no­wały świa­to­wo­ścią, która suge­ro­wała mądrość pły­nącą z doświad­cze­nia. Gdyby jed­nak słowa Seba­stiana gło­siły prawdę, Hadrian wąt­pił, czy pulchny kupiec z Ver­nesu zde­cy­do­wałby się sia­dać tak bli­sko niego, ujrzaw­szy wcze­śniej jego oczy.

– Powiem ci coś jesz­cze. Wszedł na barkę w ostat­niej chwili bez choćby jed­nej torby czy kufra.

– A skąd to wiesz?

– Byłem na pokła­dzie, kiedy opła­cał prze­jazd. Dla­czego zja­wił się tak późno? Kto wska­kuje na łódź pły­nącą tak daleko na pół­noc pod wpły­wem nagłego kaprysu? I dla­czego bez bagażu? Ludzie nie ruszają w długą wyprawę, jakby to była popo­łu­dniowa wycieczka łódką dla przy­jem­no­ści, prawda? Może wymknął się stra­żom i uznał barkę za dobry spo­sób ucieczki.

– Ja też dotar­łem późno.

– Ale ty przy­naj­mniej mia­łeś torbę.

– Tu jesteś, Seba­stia­nie!

Jego dwóch wspól­ni­ków wyszło z kajuty.

Samuel był star­szy. Wysoki i chudy spra­wiał wra­że­nie roz­cią­gnię­tego jak kawał suro­wego cia­sta. Jego szata wisiała luźno, rękawy były tak dłu­gie, że cał­ko­wi­cie skry­wały mu ręce, odsła­nia­jąc tylko czubki pal­ców. Drugi, który nazy­wał się Eugene, był znacz­nie młod­szy, bli­żej wieku Hadriana, a jego ciało jesz­cze nie zde­cy­do­wało, czy chce upodob­nić się do syl­wetki Samu­ela, czy raczej do krą­głego i pulch­nego Seba­stiana. On też nosił wspa­niałą szatę w kolo­rze ciem­nego bordo, spiętą na ramie­niu pokaźną złotą klamrą.

Obaj wyglą­dali na wyczer­pa­nych, jakby ciężko pra­co­wali całą noc, a nie dopiero co wstali z łóżka. Samuel zauwa­żył zakap­tu­rzo­nego podróż­nego na dzio­bie i szturch­nął Eugene’a.

– Tam­ten w ogóle nie śpi?

– Tak działa udrę­czone sumie­nie – odpo­wie­dział Eugene.

– Taki czło­wiek nie ma sumie­nia – zawy­ro­ko­wał Seba­stian, o ile można coś zawy­ro­ko­wać szep­tem.

Nad ich gło­wami nie­zgrabny klucz gęsi prze­ciął z klan­go­rem nie­bie­skie niebo. Wszy­scy pod­nie­śli głowy, żeby popa­trzeć na nie, a potem popra­wili pele­ryny i szaty, jakby gęsi ostrze­gły ich, że nad­cho­dzi zima. Eugene i Samuel przy­sie­dli się do Seba­stiana. Cała trójka stło­czyła się, żeby się wza­jem­nie ogrzać.

Seba­stian ski­nął głową w stronę Hadriana.

– To jest Hadrian… ehm, Hadrian…

Pstryk­nął pal­cami i spoj­rzał pyta­jąco.

– Blac­kwa­ter.

Hadrian wycią­gnął rękę i uści­snął pozo­sta­łym dwóm dło­nie.

– A skąd pocho­dzisz, Hadria­nie? – spy­tał Eugene.

– Wła­ści­wie zni­kąd.

– Czło­wiek bez domu? – Głos Samu­ela był nosowy i nieco podejrz­liwy w tonie.

Hadrian uznał, że to ten typ czło­wieka, który odli­cza pie­nią­dze wrę­czone mu nawet przez kapłana.

– O co ci cho­dzi? – zapy­tał Eugene. – Zsiadł ze statku pły­ną­cego z Calisu. Roz­ma­wia­li­śmy o tym zeszłej nocy.

– Nie bądź głup­cem, Eugene – odparł Seba­stian. – Myślisz, że miesz­kańcy Calisu mają włosy jasne jak pia­sek i nie­bie­skie oczy? To śniade draby, cwane ponad miarę. Niech żaden z was ni­gdy im nie ufa.

– Co w takim razie robi­łeś w Cali­sie? – Ton Eugene’a był zło­śliwy i ponad miarę docie­kliwy, jakby to Hadrian nazwał go głup­cem.

– Pra­co­wa­łem.

– Pew­nie zdo­by­wał for­tunę – odparł Seba­stian, wska­zu­jąc Hadriana. – Ten czło­wiek nosi ciężką sakiewkę. Powi­nie­neś doro­bić się choćby połowy tego, co on.

– Założę się, że to same cali­skie mie­dziaki. – Eugene na­dal mówił z gory­czą. – Bo w prze­ciw­nym razie nosiłby wspa­niałą weł­nianą szatę jak my.

– Nosi miecz z dosko­na­łej stali, a wła­ści­wie dwa. Lepiej więc ostroż­niej dobie­raj słowa – prze­strzegł go Seba­stian.

– Trzy – spro­sto­wał Samuel. – Jesz­cze jeden trzyma w kaju­cie. Naprawdę wielki.

– Sam widzisz, Eugene. Ten czło­wiek wydaje wszystko na stal. Ale pro­szę bar­dzo, obra­żaj go dalej. Na pewno świet­nie pora­dzimy sobie z Samu­elem bez cie­bie.

Eugene skrzy­żo­wał ręce na piersi i patrzył na mijane wzgó­rza.

– Czym się zaj­mu­jesz? – zapy­tał Samuel, sku­pia­jąc wzrok na sakiewce Hadriana.

– Byłem żoł­nie­rzem.

– Żoł­nie­rzem? Ni­gdy nie sły­sza­łem o boga­tym żoł­nie­rzu. W któ­rej armii?

We wszyst­kich, omal nie odpo­wie­dział Hadrian, ale ugryzł się w język. Cho­ciaż w pierw­szej chwili wyda­wało mu się to zabawne, zaraz potem fakty go przy­gnę­biły. Hadrian nie miał ochoty tłu­ma­czyć się z prze­szło­ści; prze­był ocean, żeby zosta­wić ją za sobą.

– Dużo podró­żo­wa­łem.

Pro­sty unik, łatwy manewr. W walce taka tak­tyka o niczym nie decy­do­wała, cho­ciaż dosta­tecz­nie czę­sto powta­rzana mogła zmę­czyć albo sfru­stro­wać prze­ciw­nika, który w końcu się pod­da­wał. Samuel spra­wiał wra­że­nie upar­tego typa, ale w tej samej chwili drzwi kajuty ponow­nie się otwo­rzyły. Tym razem wyszła kobieta.

Nazy­wała się Vivian i kupcy poświę­cili jej całą swoją uwagę minio­nej nocy. Jej poja­wie­nie się rzu­ciło na nich teraz ten sam czar i wszy­scy trzej zerwali się na równe nogi, kiedy tylko wyszła na pokład. W prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych Vivian nie opa­tu­liła się weł­nia­nymi sza­tami ani pele­ry­nami. Nosiła pro­stą szarą suk­nię, jaką mogłaby wybrać młoda żona wzię­tego rze­mieśl­nika. Zresztą nie miało zna­cze­nia, co nosiła. Hadrian uznał, że nawet w worku juto­wym wyglą­da­łaby olśnie­wa­jąco. Vivian była piękna, a to wiele mówiło, zwa­żyw­szy, że Hadrian dopiero co wró­cił z Calisu, a tam­tej­sze kobiety, w szcze­gól­no­ści ten­kiń­skie, były chyba naj­pięk­niej­szymi nie­wia­stami na świe­cie. Vivian w niczym ich nie przy­po­mi­nała i Hadrian domy­ślał się, że po czę­ści na tym pole­gał jej urok. Jasno­włosa, blada, deli­katna wyglą­dała wśród męż­czyzn jak por­ce­la­nowa figurka. To była pierw­sza kobieta z zachodu, z jaką Hadrian miał do czy­nie­nia w ciągu ostat­nich dwóch lat.

Samuel dys­kret­nie pomógł jej usa­do­wić się mię­dzy nim samym a Seba­stia­nem, przez co Eugene musiał usiąść obok Hadriana.

– Dobrze pani spała? – zapy­tał Eugene, pochy­la­jąc się do niej bar­dziej, niż to było konieczne.

– Skądże znowu. Mia­łam kosz­mary, potworne kosz­mary spo­wo­do­wane wyda­rze­niami ostat­niej nocy.

– Kosz­mary? – Seba­stian się skrzy­wił. – Nie ma powodu się zamar­twiać, moja droga pani. Ver­nes i te haniebne zbrod­nie zostały daleko za nami. Poza tym wszy­scy wie­dzą, że ten łaj­dak zabi­jał tylko męż­czyzn.

– To bar­dzo nikła pocie­cha, a ten czło­wiek – wska­zała samotną postać na prze­dzie barki – prze­raża mnie.

– Pro­szę się nie bać, droga pani. Tylko głu­piec dopu­ściłby się jakiejś pod­ło­ści na małej łodzi – ode­zwał się Samuel. – Nie ma tu odro­biny pry­wat­no­ści, żeby popeł­nić zbrod­nię, a potem nie można prze­paść jak kamień w wodę.

– Jak kamień w wodę! Dow­cip­nie to ują­łeś, Samu­elu – powie­działa Vivian, ale kupiec nie rozu­miał dwu­znacz­no­ści wła­snych słów w zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach.

– Ach, i pro­szę spoj­rzeć tutaj! – Seba­stian wska­zał Hadriana. – Mamy mło­dego żoł­nie­rza na pokła­dzie. Dopiero co powró­cił z dzi­kich ostę­pów Daga­stanu. Obro­nił­byś panią przed każ­dym poten­cjal­nym dra­bem, prawda?

– Oczy­wi­ście – odpo­wie­dział Hadrian i mówił szcze­rze, cho­ciaż miał nadzieję, że los nie podda go pró­bie.

Zaczął żało­wać, że nosi mie­cze. W Cali­sie były rów­nie pospo­lite, jak jego płó­cienna dża­la­bija albo kufija, i prawdę mówiąc, uznano by za dziwne, gdyby męż­czy­zna nie nosił na widoku przy­naj­mniej jed­nego. Zapo­mniał, że broń to rzad­kość w Avry­nie, ale gdyby teraz zaczął zosta­wiać ją w kaju­cie, wypa­dłoby to nie­zręcz­nie. W ciągu pię­ciu latach mie­cze stały się w rów­nej mie­rze czę­ścią jego ciała jak palce i ich brak roz­pra­szałby go niczym utrata zęba. Cho­ciaż był prze­ko­nany, że wcze­śniej­sze wnio­ski Seba­stiana opie­rały się bar­dziej na zasły­sza­nych histo­riach niż na wła­snych doświad­cze­niach, to wie­dział, że kupiec miał rację w jed­nej kwe­stii: zabi­ja­nie ma swoją cenę.

– Sama pani widzi. – Seba­stian kla­snął w dło­nie, jakby wła­śnie wyko­nał magiczną sztuczkę. – Jest pani bez­pieczna.

Vivian posłała mu blady uśmiech, ale znowu zer­k­nęła w stronę dziobu i na męż­czy­znę w kap­tu­rze.

– Może ktoś z nas powi­nien z nim poroz­ma­wiać? – zasu­ge­ro­wał Eugene. – Jeśli poznamy jego histo­rię, może okaże się, że nie ma czego się bać.

– Nasz młody uczeń ma rację – powie­dział Seba­stian z dosta­tecz­nie dużym zdzi­wie­niem w gło­sie, żeby mło­dzie­niec się skrzy­wił. – To nie­po­ko­jące, gdy w pobliżu jest tygrys, a czło­wiek nie wie, czy jest głodny. Idź, poroz­ma­wiaj z nim, Eugene.

– Nie, dzię­kuję. Wystar­czy, że wpa­dłem na pomysł.

– Ja z całą pew­no­ścią nie mogę – odparł Seba­stian. – Jestem zde­cy­do­wa­nie zbyt roz­mowny. To cecha, która czę­sto pro­wa­dziła do kło­po­tów. Nie chcemy nie­po­trzeb­nie pro­wo­ko­wać tego czło­wieka. A może ty, Samu­elu?

– Osza­la­łeś? Nie wysyła się jagniątka, żeby wypy­ty­wało tygrysa. Powi­nien pójść żoł­nierz. On nie ma czego się bać. Nawet mor­derca dwa razy się zasta­nowi, nim rzuci wyzwa­nie męż­czyź­nie z dwoma mie­czami.

Wszy­scy spoj­rzeli na Hadriana.

– Czego mam się dowie­dzieć?

– Jak się nazywa – zasu­ge­ro­wał Seba­stian. – Skąd pocho­dzi. Czym się zaj…

– Czy jest mor­dercą… – weszła mu w słowo Vivian.

– Nie jestem pewien, czy należy od tego zaczy­nać – powie­dział Samuel.

– Ale czy nie tego wła­śnie wszy­scy chcemy się dowie­dzieć?

– Ow­szem, ale kto się przy­zna do cze­goś takiego? Lepiej zdo­być dość infor­ma­cji, żeby samemu stwo­rzyć obraz i wywnio­sko­wać z niego, jaka jest prawda.

– Jeżeli jed­nak zapy­tasz wprost, będzie to ostrze­że­nie, że przej­rze­li­śmy go i mamy się na bacz­no­ści. To może pokrzy­żo­wać mu plany i zmu­sić go do ich porzu­ce­nia.

– Może po pro­stu zoba­czę, jak roz­mowa się poto­czy – uznał Hadrian i wstał.

Zaprzęg koni szedł ścieżką holow­ni­czą, cią­gnąc gładko barkę w górę rzeki. Mimo to Hadrian sta­wiał ostroż­nie stopy, kiedy wcho­dził po krót­kich scho­dach na for­dek i okrą­żał skrzy­nie przy­kryte nie­prze­ma­kal­nym płót­nem i umo­co­wane sie­ciami. Z tego nowego miej­sca widział roz­le­gły prze­stwór Ber­num. Wiatr ude­rzył go z całą siłą w twarz, przy­no­sząc wraz z zim­nem zapach sosen. Wełna, obie­cał sobie. Gruba koszula i ciężki płaszcz.

– Prze­pra­szam – powie­dział, a męż­czy­zna obró­cił się nieco, ale nie dość, żeby poka­zać twarz, czy choćby nos. Po uwa­gach Seba­stiana Hadriana cie­ka­wiły oczy nie­zna­jo­mego. – Nazy­wam się Hadrian Blac­kwa­ter.

– Moje gra­tu­la­cje. – Odpo­wiedź była rów­nie zimna jak wiatr, który ją poniósł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki