Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Witajcie w piątym tomie Kronik Riyrii autorstwa Michaela J. Sullivana, bestsellerowego pisarza według list New York Times i USA Today.
Kiedy krasnoludzki mistrz w swoim fachu zostaje wyrzucony z pracy i grozi zemstą, spółka łotrzyków do wynajęcia, znana jako Riyria, zostaje zatrudniona, by go powstrzymać. Wyprawa do rajskiego kurortu Tur Del Fur w połączeniu z hojnym dodatkiem na pokrycie kosztów oraz prostym zadaniem do wykonania sprawiają, że ta praca zamienia się w wakacje. Byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że niezadowolony pracownik nosi nazwisko Berling, a celem jego gniewu są legendarne wieże Drumindoru. Wydanie w szacie graficznej, wizualnie pasującej do tomów z poprzednich lat.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 662
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Drumindor
Copyright © 2024 by Michael J. Sullivan Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka, Bartosz Szpojda Ilustracja na okładce: Dominik Broniek Opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
ISBN 978-83-68919-75-2 Warszawa 2026
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 335 010 www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla Lady Macbeth,która – zanim trafiła do nas –wiodła samotne życie porzuconej istotyi która na pewien czas znalazła szczęście w naszym domu.
Niestety zniknęła i myśleliśmy,że już nigdy więcej jej nie zobaczymy.Tydzień później niespodziewanie, wbrew wszelkim nadziejom,zdołała wrócić i umarła w ramionach tej osoby,którą najbardziej kochała.
Zawsze już będzie nam ciebie brakować, Mackie.
Kiedy w 2010 roku ukończyłem serię Odkrycia Riyrii, byłem gotowy zostawić za sobą Royce’a, Hadriana i cały świat Elanu. Była to w końcu tylko jedna historia, a nie życiowe powołanie. Do tej pory pewnie już usłyszeliście, że moja żona, Robin, narzekała, że chce spędzić więcej czasu z miłością swojego życia – Hadrianem. Nie podobało jej się, że stanąłem między nimi. Chciała więcej, a ja nie zamierzałem ułatwiać jej romansu z innym mężczyzną. Gdy wydawnictwo Orbit przygotowywało się do ponownego wydania serii Odkrycia Riyrii, musiałem usunąć wersje, które wydałem własnym sumptem. W rezultacie przez kilka miesięcy nie miałem żadnych książek w sprzedaży. Robin uznała to za marketingową wpadkę i postanowiła wypełnić tę lukę opowiadaniem, które miało promować ponowne wydanie serii. Innymi słowy namówiła mnie do napisania opowiadania The Viscount and the Witch. Napisałem je, ponieważ uważałem, że to przyzwoita, zamknięta całość, opowiadająca o tym, jak Royce i Hadrian poznali Alberta Winslowa, co miało miejsce w drugim roku ich współpracy. Uznałem, że to dobry początek powieści i zacząłem zastanawiać się, czy nie napisać ciągu dalszego tej historii.
W tamtym czasie nowa powieść, nad którą pracowałem, Antithesis, zapowiadała się na porażkę, więc zacząłem pisać Różę i Cierń – The Rose and Thorn. Nawiasem mówiąc, oficjalny tytuł – The Rose and the Thorn – został wybrany przez wydawnictwo Orbit z powodów, których nigdy do końca nie zrozumiałem i z którymi się nie zgodziłem, ale nie miałem w tej kwestii nic do powiedzenia. W każdym razie, zanim ją skończyłem, zdałem sobie sprawę, że to głupio pisać o drugim roku współpracy, nie przedstawiając pierwszego. Pomyślałem, że nie mam wyjścia: muszę opisać historię powstania Riyrii. Odłożyłem więc Różę i Cierń i napisałem Wieżę Koronną, a potem wróciłem do skończenia tego, od czego zacząłem. Moja żona była szczęśliwa, nawet jeśli wydawnictwo Orbit nieszczególnie – nie lubią tam prequeli i próbowano by mnie zniechęcić do pisania, gdyby wiedzieli, czemu poświęcam czas. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ta rozmowa nie skończyłaby się dobrze.
Po ukończeniu tych dwóch powieści wreszcie mogłem porzucić Elan i gatunek fantasy, żeby zająć się innymi rodzajami pisarstwa, widzicie bowiem, że nigdy nie planowałem zostać pisarzem fantasy.
Tyle że nie mogłem uwolnić się od Elanu. Jeszcze nie.
Czułem się zobowiązany do opowiedzenia prawdy o przeszłości Elanu i rozpocząłem sześciotomową serię Legendy Pierwszego Imperium (kolejny cykl prequeli), którą chciało opublikować wydawnictwo Penguin Random House. Jednakże między planowaną datą premiery Epoki mitu a wydaniem ostatniej książki o Riyrii minęłyby ponad cztery lata, a zgodnie z nową umową z wydawnictwem Penguin Random House nie mogłem opublikować kolejnej powieści o Elanie, dopóki ich książki nie ukażą się na rynku. To oznaczałoby rok 2021, czyli minęłoby prawie dziesięć lat od Róży i Ciernia, zanim ktokolwiek ponownie usłyszałby o Roysie i Hadrianie. To byłoby zdecydowanie zbyt długo. Wtedy Robin wpadła na pomysł, żebym opublikował nową książkę o Elanie, nim zacznie obowiązywać umowa.
– Jak szybko potrafisz napisać nową historię o Riyrii? – zapytała.
Okazało się, że odpowiedź brzmi: w sześćdziesiąt osiem dni. Książka Śmierć Dulgath została opublikowana pod koniec 2015 roku, zaledwie kilka miesięcy przed Epoką mitu.
Po ukończeniu Legend Pierwszego Imperium, kiedy czekałem na wydanie książek, bawiłem się pomysłem stworzenia serii „powieści pomostowych”, które wypełniłyby ogromną lukę między Legendami a Riyrią. W ten sposób powstał cykl The Rise and Fall, ale praca nad nim znowu oznaczałaby długą lukę między opowieściami o Riyrii, więc zrobiłem sobie przerwę i napisałem Zniknięcie córki Wintera. Następnie, z powodu zmiany polityki wydawnictwa Penguin Random House (wymagającej zachowania praw do audiobooków, które już sprzedaliśmy), nie mogliśmy wydać u nich ostatnich książek z serii Legendy Pierwszego Imperium. Co więcej, podział wypadł dość niezręcznie (cztery u nich i dwie u nas). Ponieważ ten konkretny cykl bardziej przypominał dwie ściśle powiązane ze sobą trylogie, Robin zdołała odzyskać prawa do Epoki legendy i przywrócić równowagę: trzy do trzech. Szczęśliwym efektem ubocznym tych renegocjacji było wydanie Zniknięcie córki Wintera w limitowanej edycji już w 2017 roku.
A cały ten wywód sprowadza się do stwierdzenia, że ostatnia książka o Riyrii została wydana siedem lat temu. Biorąc to pod uwagę, czy warto było poświęcić czas na napisanie kolejnej? Czy ktokolwiek nadal interesował się Royce’em i Hadrianem? Czy komukolwiek zależało?
Zadałem to pytanie w kilku poprzednich książkach i podałem swój adres e-mailowy, aby uzyskać odpowiedź. Kilka osób poświęciło czas, żeby napisać. Oto niektóre z ich wypowiedzi:
„Podobno w przedmowach do swoich książek pytasz, czy chcemy kolejnych powieści. Chcę tylko powiedzieć: Tak! Więcej Royce’a i Hadriana. Prosimy!”.
„Twoje książki z tymi bohaterami są wspaniałe! Poprosiłeś, żeby czytelnicy dali ci znać, jeśli chcą więcej. Ja chcę więcej!”.
„Jestem świeżo po Śmierci Dulgath i z całą pewnością mogę przeczytać jeszcze sto kolejnych przygód Hadriana i Royce’a”.
„Zastanawiam się, czy są jakieś nowsze przygody Hadriana i Royce’a. Tęsknię za tymi facetami”.
Nadeszły setki innych podobnych komentarzy, co sprawiło, że pomyślałem, że może… być może… nadszedł czas, by napisać kolejną powieść.
Pojawił się jeszcze jeden czynnik, który wpłynął na powstanie tej powieści. Czytelnicy, którzy właśnie skończyli cykl Legendy Pierwszego Imperium oraz trzy książki z cyklu The Rise and Fall byli nieco zestresowani. Stawka wzrosła, a dramat był… cóż… bardziej dramatyczny. A po drodze wiele serc zostało złamanych, i to więcej niż jeden raz. Czytelnicy potrzebowali wytchnienia i prosili o coś zabawnego, coś bardziej „z życia wziętego”, co nie wiązałoby się z potencjalnym końcem świata albo śmiercią ukochanego bohatera. Marzyły im się stare, dobre wakacje z Riyrią. Nigdy nie piszę w odpowiedzi na zapotrzebowanie czytelników. Zawsze pisałem tylko te historie, które sam chcę czytać – tak jest najlepiej, naprawdę. Pisanie dla innych sprawia, że czas spędzony przy klawiaturze to mordęga zamiast radości, ale…
Jest jeden czytelnik – czytelniczka, która potrafi wpłynąć na moje decyzje. A ona chciała, wręcz potrzebowała odrobiny radości w tych trudnych czasach. Postanowiłem więc napisać książeczkę, która zaspokoiłaby pragnienie mojej żony, żeby spędzić trochę czasu z dwiema postaciami, które uwielbia: Royce’em i Hadrianem.
Kłopot w tym, że ci dwaj nic na to nie poradzą, że zawsze ładują się w jakąś kabałę.
Oto więc Drumindor, kolejna historia, której zakończenie wielu już zna. Zaczęła się jako zabawna, beztroska przygoda, a z czasem przerodziła się w coś znacznie więcej, w coś zupełnie nieoczekiwanego, i mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Ale nim zaczniecie, mam pewne ogłoszenie… posłuchajcie, proszę.
Michael J. Sullivan
wrzesień 2024
Wraz z zakończeniem serii The Rise and Fall oraz wydaniem Drumindoru niektórzy z was zaczęli pytać: „Co dalej?”. I nie dość, że pytaliście, to jeszcze sugerowaliście.
Niektórzy z was chcieli poznać historię Pierwszej Wojny, inni wczesne lata życia Royce’a i Hadriana. Chociaż po wydaniu Róży i Ciernia, kiedy przekonaliście się, jaki dawniej był Royce, takich próśb pojawia się mniej. Jednakże najczęściej dopraszaliście się o książki rozgrywające się po serii Odkrycia Riyrii. Żeby zrozumieć, dlaczego opierałem się temu pomysłowi, musicie dowiedzieć się, jak piszę swoje książki.
Nie jestem fanem opowieści, które zaczynają się fantastycznie, a potem szybko tracą rozpęd z każdą kolejną częścią. Zazwyczaj dzieje się tak, ponieważ autor od razu ujawnia wszystkie swoje najlepsze pomysły, żeby zdobyć czytelników. Ja tak nie robię. Kiedy zaczynałem Odkrycia Riyrii, wątpiłem, czy cokolwiek z tego zostanie wydane, więc nie martwiłem się tym, czy od razu zrobię wielkie wrażenie. Zamiast tego zachowałem najbardziej smakowite kąski na koniec. W rezultacie ostatnia książka z tego cyklu okazała się najlepsza – zgodnie z zamierzeniem – głównie dlatego, że była kulminacją wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Wiedząc, że nie zdołam tego przebić, nawet nie próbowałem.
Sama koncepcja była dla mnie niepojęta. Jak mogłem podnieść stawkę jeszcze bardziej? Jak mógłbym sprawić, żeby punkt kulminacyjny stał się jeszcze bardziej dramatyczny? Wątek toczący się przez całą serię został już zamknięty i zwyczajnie nie dało się przebić Percepliquis. Żeby to osiągnąć, potrzebowałbym większego, głębszego i jeszcze bardziej nadrzędnego wątku fabularnego: jeszcze wyższej stawki, większej liczby postaci i potężniejszego finału. Nie zdając sobie z tego sprawy, ludzie prosili mnie o ni mniej, ni więcej jak stworzenie zupełnie nowej serii poświęconej powstaniu świata i imperium novrońskiego. A potem musiałbym stworzyć kolejną serię, która łączyłaby te książki z opowieściami o Riyrii. I robiąc to wszystko, musiałbym jakoś podsycać rosnącą chęć – nie, desperacką potrzebę – ze strony czytelników, żeby dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy.
A to, drogi przyjacielu, jest po prostu szaleństwem.
Można by argumentować, że nie jestem do końca rozsądny, ponieważ dokładnie to zrobiłem, poświęcając dekadę na pisanie Legend Pierwszego Imperium i The Rise and Fall. To przedsięwzięcie, którego zwieńczeniem była publikacja powieści Farilane i Esrahaddon, sprawiło, że pojawił się nowy kandydat do miana najczęściej zgłaszanej sugestii: chcieliście wiedzieć, co stanie się z Turinem.
Pod pewnymi względami to było dobre, bo w końcu o to właśnie chodziło – żeby obudzić w moich czytelnikach głód czegoś większego. Niestety to też przypomina sytuację, kiedy zwracasz na siebie uwagę wszystkich, przechwytując mikrofon na weselu. Publika oczekuje, że powiesz coś wartego uwagi, a okazuje się, że położenie fundamentów było najłatwiejszą częścią wyzwania.
Przeszkody okazały się przytłaczające. Musiałbym wymyślić coś całkiem nowego i gładko połączyć to z aspektami Elanu znanymi wcześniej tylko mnie. Musiałem też powiązać dwadzieścia książek w jedną spójną całość, zachowując jednocześnie ustalone zasady i prawa mojego świata – co oznaczało, że nie mogłem oszukiwać. Te z góry ustalone, nośne ściany, których nie można przenieść ani usunąć, utrudniałyby mi, o ile nie całkowicie uniemożliwiły, stworzenie arcydzieła, które mogłoby spróbować przebić Percepliquis. Z tego powodu nie wiedziałem, czy to, co miałem nadzieję stworzyć, jest w ogóle możliwe.
W obliczu tego wręcz niewykonalnego zadania postąpiłem tak, jak postąpiłaby każda normalna osoba na moim miejscu. Powołałem komisję złożoną z wysoce wykwalifikowanych ekspertów od świata Elanu i poleciłem im ocenić, czy warto w ogóle rozważać podjęcie się takiego projektu. Tak powstała komisja zwana The Exploratory Committee, a biorąc pod uwagę wymagania konieczne do zasiadania w tak szanowanym ciele doradczym, TEC okazała się komisją jednoosobową. Zasiadłem w niej tylko ja.
23 lutego 2022 roku TEC weszła do pomieszczenia badawczo-rozwojowego, do którego drzwi zostały zabite gwoździami. Od ponad dwóch i pół roku komisja obraduje w tajemnicy. Ostatnio jednak pojawiło się kilka przecieków – zarówno dobrych, jak i złych. Najgorsze jest chyba to, że „Projekt” nie może doczekać się zielonego światła, dopóki nie zostaną napisane wszystkie konieczne książki. Nie lubię obiecywać czegoś, czego ostatecznie mogę nie zrobić, więc nic nie obiecuję. Najlepszą wiadomością jest to, że „Projekt” został oficjalnie przemianowany na: The Cycle. Nie doszłoby do tego, gdyby komisja nie pokładała dużej wiary w projekt, ponieważ nadanie czemuś nazwy ma moc tchnięcia w to życia.
Ponieważ Drumindor może być ostatnią powieścią, jaką opublikuję w ciągu kilku najbliższych lat, przez pewien czas nie będziemy mieli okazji do tych małych pogawędek. W związku z tym chcę dać wam możliwość śledzenia postępów w projekcie The Cycle. Możecie to robić, odwiedzając naszą stronę internetową pod adresem bit.ly/the-cycle lub zaglądając na serwer Discorda pod adresem bit.ly/cycle-discord. Za ich pośrednictwem będziemy starać się informować was na bieżąco o wszelkich istotnych zmianach.
Czy podczas czytania lub słuchania książki Michaela J. Sullivana zdarzyło wam się kiedyś, że po zakończeniu rozdziału lub sceny chcieliście z kimś o tym porozmawiać, ale zdaliście sobie sprawę, że nie znacie nikogo, kto by też ją czytał? Czy zdarzyło wam się, że aż was skręcało, tak bardzo chcieliście podzielić się jakąś teorią? Albo potrzebowaliście, żeby ktoś odpowiedział wam na pytania? A może po prostu wściekliście się jak diabli z powodu śmierci ukochanej postaci i szukaliście kogoś, kto by was wysłuchał, zrozumiał i okazał współczucie? Cóż, dzięki Discordowi istnieje właśnie takie miejsce (bit.ly/elandiscord). Znajdziecie tam osobne kanały poświęcone każdej z dwudziestu powieści Michaela osadzonych w Elanie. Aby łatwiej można było go znaleźć, tymczasowo przenieśliśmy kanał Drumindor na szczyt listy (bit.ly/dru-start). Tam możecie porozmawiać z innymi Sullifanami, nie obawiając się spoilerów. Na kanale Drumindor znajdziecie także:
news: ogłoszenia dotyczące produkcji i informacje o premierach. Michael może również powiadomić o wydarzeniach, w których weźmie udział, i poinformować, do jakich miast się wybiera.
author-free-zone: kanał, na którym możecie omawiać kwestie, o których nie chcecie, żeby wiedzieli Michael lub Robin Sullivan.
ask-michael-or-robin: kanał, na którym możecie zadawać pytania autorowi lub „kobiecie stojącej za książkami”, dotyczące wszystkiego, co nie jest związane z pisaniem, na przykład na temat zamawiania książek.
typos: jeśli zauważycie błąd w książce, zgłoście go, żeby został poprawiony w następnych wydaniach.
end-of-the‑book-discussion: miejsce, w którym nie ma miejsca na spoilery, ponieważ wszyscy tam obecni przeczytali już całą historię.
A jeśli chcecie nawiązać kontakt z innymi zagorzałymi czytelnikami Sullivana, istnieje również tętniący życiem i popularny serwer Riyria: strona założona i prowadzona przez fanów książek Michaela. Autor często odwiedza tę stronę, by podzielić się nowinami, ogłoszeniami albo po prostu odpowiedzieć na pytania nurtujące czytelników. Znajdziesz ją tutaj: bit.ly/riyria-discord.
Aha, jeszcze coś, co może wam się spodobać. Dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o Elanie i związanych z tym światem historiach, istnieje wspaniały kanał na YouTube o nazwie Riyria Explained; można go znaleźć pod adresem bit.ly/riyria-explained. Znajdziecie tam dogłębne analizy popularnych tematów, ale zachowajcie ostrożność. Chociaż jego twórca stara się unikać spoilerów, a przynajmniej przed nimi ostrzega, łatwo się na nie natknąć.
Rozdział 1
Ostatni Berling
– Przykro mi, Gravis – powiedział najbardziej współczującym tonem lord Byron, chociaż z doświadczenia wiedział, że ten ton nie wystarczy – ale z żalem muszę przekazać ci nieprzyjemną nowinę: zostałeś zwolniony z obowiązków.
Krasnolud stał przed lordem Byronem i wspaniałym biurkiem, potwornie nie pasując do wystawnego gabinetu.
Pewnie do żadnego miejsca by nie pasował, pomyślał lord Byron.
Krasnolud nie miał nawet trzech stóp wzrostu, włosy sięgały mu niżej kolan, a broda ocierała się o podłogę. Brwi, które wyrastały na mocnym łuku brwiowym, wyglądały jak para zaniedbanych żywopłotów, których ogrodnik zmarł sto lat temu. Te brwi rzucały złowieszczy cień na jego twarz. Ogólnie rzecz biorąc, Gravis Berling wyglądał praktycznie jak włochaty stóg siana z parą żałosnych ślepi.
Z drugiej strony oni wszyscy tak wyglądają, nieprawdaż? – pomyślał lord Byron.
– Nie rozumiem, panie – powiedział Gravis głosem typowym dla krasnoludów: basowym i przypominającym zgrzyt kamienia.
Lord Byron niewiele wiedział o krasnoludach, chociaż zatrudniał ich małą armię. Jak wszyscy słyszał legendy, żarty w pubach i widywał je w przedstawieniach teatralnych, gdzie zawsze grały złoczyńców. Krasnoludy niewątpliwie pasowały do takiej roli. Małe i włochate, przemykały w mroku, czuły się jak u siebie w domu w podziemiach, gdzie żaden rozsądny człowiek w życiu by się nie zapuścił. Szczury były takie same i budziły w ludziach strach oraz nienawiść. Ludzie, w których nie budziły obrzydzenia, należeli zwykle do tego rodzaju, który uważał małe włochate stworzenia za milutkie, jak te damy, które próbują się opiekować ranną wiewiórką albo szopem. Jednak krasnoludy nie były niczym takim. Nie były też równie proste jak niemile widziane gryzonie. Krasnoludy były niebezpieczne, a ich nikczemny wzrost tylko wprowadzał w błąd. Lord Byron widział raz, jak krasnoludzki górnik zmiażdżył skałę gołą ręką. Uzbrojeni w oskardy krewniacy Gravisa potrafili przebić się przez kamień jak przez wysoką trawę. Nie dość, że były przerażająco silne, to jeszcze wytrzymałe jak wilki i długowieczne jak żółwie. Według niektórych opowieści mogły przeżyć pięć stuleci. Lord Byron miał powody, żeby wierzyć, że w tych historiach kryje się prawda, bo sam Gravis miał spokojnie ponad setkę. Lata uwidaczniały się w liniach żłobiących mu twarz, w głębokich dolinach pod smętnymi oczami, w szorstkiej siwiźnie wszystkich jego włosów. Niektóre legendy sugerowały wręcz, że krasnoludy nie urodziły się z ciała i krwi, ale zostały stworzone z kamienia. To dlatego ich głosy zgrzytały tak nieprzyjemnie i dlatego krasnoludy nie miały żadnych uczuć.
– Co ma pan na myśli, mówiąc o zwolnieniu z obowiązków?
Lord Byron zmarszczył brwi rozczarowany tą reakcją. Udaje głupka, pomyślał. Naprawdę miałem nadzieję, że inaczej się to potoczy. Z drugiej strony miałem też nadzieję, że minie mi podagra w lewym palcu stopy.
– Od tej chwili – wyjaśnił lord Byron – nie jesteś już pracownikiem Delgoskiego Stowarzyszenia Zarządu Portu.
Krasnolud zmrużył oczy i zjeżył potworne brwi. Wyglądają jak zjeżone gąsienice niedźwiedziówki, pomyślał lord. Gąsienice potrafią się jeżyć? Stroszyć futro? To dlatego nazywają je niedźwiedziówkami? Wątpię.
– Co to znaczy, panie? – dopytywał się dalej Gravis, najwyraźniej odgrywając ignoranta.
Lord Byron oparł się pokusie przewrócenia oczami. Miał za sobą długi dzień, z czego większość zajęło mu zwalnianie ponad dwóch tuzinów krasnoludów. Mógł kazać, żeby zajął się tym brygadzista, i teraz żałował, że tak nie zrobił, ale uważał, że pewne rzeczy należy załatwiać w stosowny sposób. Delgos był republiką, a nie monarchią. Pracownik miał prawo usłyszeć nowinę o zwolnieniu bezpośrednio od swojego pracodawcy.
– To znaczy, że już tu nie pracujesz, Gravis. Otrzymasz ostatnie wynagrodzenie przy drzwiach, gdy będziesz wychodził.
Krasnolud patrzył dalej, jakby nie rozumiał po rhuńsku. Krasnoludy czasem tak robiły – udawały głupich, mamrocząc coś pod nosem w swoim własnym języku.
– Ale… – Gravis rozejrzał się po gabinecie. – Ja tu nie pracuję. Ja pracuję w Drumindorze, panie.
Lord Byron spodziewał się, że stary inżynier okaże się problemem. Gravis Berling pracował dla Zarządu Portu dłużej niż ktokolwiek inny, dłużej nawet niż sam lord Byron. Dodatkowo istniał problem jego rodowego nazwiska. Podobno niejaki Andvari Berling, pradawny krasnolud, zaprojektował i nadzorował budowę fortecy. Lord Byron nie był co do tego przekonany, ale nie mógł tego wykluczyć. Wszystko jest możliwe, prawda? Gravis z pewnością uważał, że to możliwe, i w jego głowie Drumindor należał do niego – starożytna forteca była jego dziedzictwem. Dlatego lord Byron nalegał, żeby starego inżyniera przyprowadzono do biura jako ostatniego. Wiedział, że spotkanie będzie niepotrzebnie wyczerpujące i skończy się sceną. Już nie mógł się doczekać, kiedy wynagrodzi to sobie filiżanką herbaty i długim spacerem wzdłuż zatoki. Nic tak nie pomaga oczyścić myśli jak słone morskie powietrze i kubek gorącego salifanu, zwłaszcza z odrobiną świeżo wyciśniętej cytryny. Filiżanka herbaty zdecydowanie wymaga świeżej cytryny, bo inaczej jaki w tym sens?
Lord Byron nie lubił scen ani żadnych innych niepokojów. Był poukładanym człowiekiem, który budził się każdego ranka o wschodzie słońca, zawsze najpierw wkładał lewy but, a potem prawy, nigdy nie wychodził z domu bez kapelusza i rękawiczek. Zawsze należało postępować, zachowując porządek, a sercem i duszą porządku są utarte szablony. Ludzie tacy jak Gravis wnoszą… bałagan. Kontakty z nim bardzo przypominały przetykanie zapchanej rury gołą ręką. I gdyby przycisnąć go w tej kwestii, lord Byron przyznałby się do pewnej niedoskonałości charakteru, jaką była skłonność do odkładania na później wszystkiego, co mogło okazać się przykre. Poinformowanie Gravisa Berlinga, że nie będzie mógł dłużej zajmować się swoim ukochanym Drumindorem po ponad stu latach pracy, z całą pewnością okaże się nieprzyjemne.
Lord Byron westchnął poirytowany, zanim powiedział coś, o czym był przekonany, że Gravis doskonale wie, ale celowo udaje, że nie ma o tym pojęcia:
– Drumindor stanowi część Delgoskiego Stowarzyszenia Zarządu Portu, Gravis. Dlaczego udajesz tak ograniczonego?
Może niepotrzebnie użył słowa „ograniczony”. Lord Byron wątpił, żeby ktoś taki jak Gravis wiedział, co ono znaczy. Jednak bez względu na powód, krasnolud nagle zaczął sprawiać wrażenie, jakby przestał słuchać. Mimo ubogiego słownictwa wiadomość dotarła do Gravisa. Może potrzebowała chwili, żeby przebić się przez ten gąszcz kudłów.
– Pracowałem tam całe życie, ja… – Krasnolud pogładził brodę, strzelając oczami na boki w niesprecyzowany, acz paniczny sposób.
Lord Byron widywał podobne zachowanie u mężczyzn zbliżających się do szubienicy. Gravis był przerażony, jak każdy w obliczu bardzo nagłego końca długiego życia.
– Nigdy nie miałem dzieci – wyznał krasnolud. Nagle zaczął brzmieć, jakby brakowało mu powietrza. – Jestem ostatnim z Berlingów. Ostatnim! Nie został już nikt z mojego klanu. Nie mam rodziny poza żoną, a ona… – Zawahał się, jakby nowa i straszliwa myśl przekroczyła próg jego umysłu. – Moja Ena jest chora! Biedactwo. Choruje już od pewnego czasu i jej stan się pogarsza. Jak ja… Bez pracy będę musiał płacić czynsz za naszą chałupinę. Jeśli ją stracę, nie zostanie mi nic. Nigdzie nie znajdę zatrudnienia, nie w tym wieku. – Popatrzył na swoje ręce, jakby go zdradziły. – Co zrobiłem nie tak, panie? Przysięgam na waszego boga i na mojego, że wszystko naprawię. Naprawdę. Zrobię wszystko. Proszę. Proszę.
Lord Byron spodziewał się tego pytania. Wszyscy je zadawali i za każdym razem odpowiadał tak samo.
– To nie twoja wina, Gravis. Triumwirat Administracyjny Tur Del Fur uznał, że w obliczu ostatnich niepokojów dalsza zgoda na to, by twoi pobratymcy zawiadywali Drumindorem, stanowi… cóż, zagrożenie dla bezpieczeństwa miasta.
– Jakie niepokoje? I co ma pan na myśli, mówiąc o zagrożeniu bezpieczeństwa? – Gravis wyglądał na zagubionego. – Berlingowie… zbudowali Drumindor, panie. Ta… ta cała zatoka nie była zdatna do zamieszkania, dopóki nie przybył tu Andvari Berling. Powiem panu, co jest zagrożeniem: brak Berlinga, który należycie zająłby się staruszką. To jest właśnie niebezpieczne. Zwolnienie mnie z obowiązków, jak pan to ujął, jest nieodpowiedzialne, niebezpieczne i stanowi absolutne zagrożenie dla bezpieczeństwa miasta.
– Mam świadomość, że twój…
– Druma wybuchała przez cały czas, do diaska, buchając chmurami popiołu i trujących gazów, wypuszczając strumienie lawy. Ta śliczna zatoczka była trującą, śmiercionośną pułapką, zanim zbudowaliśmy Drumindor!
– Tak, doskonale rozumiem…
– I jeszcze byli piraci, Daccańczycy i Ba Ran. Pustoszyli te wybrzeża! Gdyby nie „moi pobratymcy”, nie byłoby Drumindoru, Tur Del Fur, żadnego Stowarzyszenia Zarządu Portu ani Triumwiratu Administracyjnego! Gdyby nie moi ludzie, ten gabinet byłby dymiącym kraterem stopionej skały! Te wszystkie wasze śliczne sklepiki, kawiarenki, wyszynki i teatry w ogóle by nie istniały.
– To nie jest moja decyzja, Gravis.
– Jest pan przewodniczącym Stowarzyszenia Zarządu Portu! – Zgrzyt żwiru zamienił się w ryk lwa. – Właśnie pan powiedział, że Drumindor to część tego zepsiałego Stowarzyszenia.
– Tak, ale nie ja rządzę krajem. Decyzję podjął Triumwirat. Jeśli się z tym nie zgadzasz, zwróć się z pretensjami do nich.
Oto była tarcza lorda Byrona. Nigdy dotąd nie myślał o tym w taki sposób, zanim nie został świadkiem przemiany Gravisa z błędnego czarodzieja zębatek i przekładni w coś o wiele bardziej przerażającego. Raz jeszcze lord Byron przypomniał sobie, jak naga dłoń tamtego górnika zamieniła skałę w chmurkę pyłu, i przez chwilę się bał. Ręce Gravisa, nawet jeśli stare, nadal mogły posiadać siłę wykraczającą daleko poza możliwości śmiertelnika.
– Pewnie, to nie zależy od ciebie. To nie zależy nawet od Nieświętej Trójcy. Nawet gdyby chcieli, nie zmienią sposobu, w jaki ludzie myślą – powiedział zrezygnowany Gravis, a potem spojrzał na wypolerowaną podłogę i pokręcił głową. – Jest tak samo jak zawsze, prawda? Myśleliśmy, że w republice będzie inaczej. Bez królów, cesarzy, Kościoła. Po prostu wolni ludzie zajęci własnymi sprawami. Niestety nic się nie zmieniło. Zawsze jest tak samo. – Podniósł wzrok i przeszył lorda Byrona spojrzeniem. – To ja powinienem zwalniać ciebie, was wszystkich. Drumindor jest mój i żaden z was na niego nie zasługuje. Nie rozumiecie jego języka, nie wiecie nawet, jak działa. – Urwał i zamyślił się na chwilę, jakby nowy, potworny pomysł przyszedł i zapukał do drzwi jego umysłu. – A ja owszem.
Gravis Berling spiorunował wzrokiem lorda Byrona i uśmiech pojawił się pod włosami. Okropny, potworny uśmiech.
– W rzeczy samej, ja znam go doskonale.
– Musisz już wyjść – powiedział lord Byron – i pamiętaj, jeśli spróbujesz wrócić do Drumindoru, zostaniesz aresztowany.
Gravis skinął głową i ruszył do drzwi. A potem zatrzymał się i, nie oglądając się, powiedział:
– Jeśli wrócę do Drumindoru, nie zostanie już nic, co można aresztować, i nikt, kto mógłby mnie aresztować.
Na długo po tym, jak krasnolud wyszedł, lord Byron wpatrywał się w puste drzwi gabinetu, słysząc echo tych słów. Wciąż go prześladowały, jak nadejście pełni.
Rozdział 2
Interesy
Kiedy się obudziła i ujrzała Royce’a Melborna stojącego w mroku w nogach jej łóżka, lady Lillian Traval wytrzeszczyła oczy, ale nie krzyknęła. Gdyby to zrobiła, Royce w okamgnieniu poderżnąłby jej gardło, nie tyle z konieczności, ile odruchowo. I tak zjawił się, żeby ją zabić, lecz powściągliwość damy zapewniła jej kilka dodatkowych sekund życia. Wykorzystała je najlepiej, jak się dało.
– Czekaj! – powiedziała.
Rzuciła to jedno słowo pośpiesznie, ale cicho, niemal szeptem, jakby współpracowali w tym przedsięwzięciu, zamiast być drapieżnikiem i zwierzyną.
Royce był pod takim wrażeniem, że zrobił, o co prosiła. Miał ten luksus. Posiadłość Travalów była praktycznie pusta. Lady Traval nie miała dzieci ani nawet zwierząt domowych, jej mąż wyjechał w sprawach służbowych. Na wszelki wypadek odesłała też całą służbę i wszystkich strażników. Lady Traval i Edmund chcieli zostać sami i w związku z tym kochankowie mieli do swojej dyspozycji całą posiadłość. Royce’owi nie można było wyznaczyć łatwiejszej egzekucji do przeprowadzenia. Lillian mogłaby wrzeszczeć godzinami i nie zaniepokoiłaby nikogo poza Edmundem, który twardo spał obok niej obrócony na brzuch. Młody baron nie stanowił większego zagrożenia niż poduszka, na której leżał. Obie ofiary Royce’a leżały wyciągnięte na materacu, bezradne w wystawnej sypialni pani domu. Jasne księżycowe światło ukazywało warstewkę potu na nagiej skórze. Oboje leżeli nadzy, zaplątani w siebie w równym stopniu jak w pościel.
To ciekawość sprawiła, że Royce się wstrzymał, i była to ciekawość dwojaka. Po pierwsze, był ciekaw, jakim cudem rozpieszczona żona arystokraty i magnata floty handlowej zdołała zachować przytomność umysłu w takiej chwili. Po drugie, ciekawiło go, co powie w następnej kolejności.
Co może powiedzieć?
Spodziewał się rozczarowania. Prawdopodobnie powie coś w stylu „nie możesz tego zrobić!”, co kłóciłoby się w sposób oczywisty z faktami. Royce słyszał takie słowa przy tych rzadkich okazjach, kiedy jego cel miał okazję się odezwać. Mimo to lady zaskoczyła go swoim opanowaniem. To rzadko się zdarzało. Czuł, że zasłużyła na ostatnie zdanie, nawet jeśli niczego ono nie zmieni.
A zmieniło.
– Mogę ci więcej zapłacić – oznajmiła lady Traval.
Dobrze rozegrane, tylko cztery słowa.
Edmund poruszył się.
– Co? Teraz mi płacisz? – zapytał wesoło, posapując sennie. – Zostałem twoją ladacznicą?
– Zamknij się, idioto! – warknęła Lillian, nadal pilnując się, żeby nie podnieść głosu.
– Dlaczego myślisz, że możesz więcej zapłacić? – spytał Royce.
Na dźwięk jego głosu Edmond, przeturlał się na plecy i zerknął w ciemność. Minęła sekunda, zanim…
– Duch Novrona! – wrzasnął baron Sansbury.
Na jego szczęście pani domu już rozpoczęła stosownie intrygujące negocjacje, żeby powstrzymać egzekucję ich obojga.
– Bo znam mojego męża – odpowiedziała lady Traval, jakby Edmund w ogóle nie istniał. – To sknera. Gwarantuję, że mogę zapłacić dwa razy więcej, niż zaproponował.
– Kto to jest? – Edmund spiorunował Royce’a wzrokiem. – Lilly, o czym wy rozmawiacie?
– Och, Eddie, zamilcz, proszę, bo inaczej oboje przez ciebie umrzemy.
– Umrzemy? – Oczy młodzieńca groziły wypadnięciem z orbit, kiedy popatrzył na nią, a potem na Royce’a.
– Dwa razy tyle? – spytał Royce. – To dosłowna propozycja czy tylko chcesz zrobić wrażenie?
– Nie jestem pewna – odpowiedziała lady Traval. – Ile jest teraz warte życie szlachetnie urodzonej cudzołożnicy?
Royce stłumił uśmiech. Nigdy do tej pory nie spotkał lady Lillian Traval, ale znał ją od lat. Wyróżniała się jako pierwsza oficjalna klientka Riyrii. Chociaż Royce nie był zwykle sentymentalny, doceniał fakt, że płaciła szybko i dobrze. A jej mąż rzeczywiście był sknerą. Pani Traval zapłaciła pięćdziesiąt tenentów za odzyskanie jednego kolczyka, zaś za podwójne morderstwo żony i jej kochanka Hubert Traval był gotowy wyasygnować jedyne…
– Trzydzieści – odpowiedział Royce.
– Złotych tenentów, mam nadzieję – powiedziała rozczarowana, ale niezdziwiona lady.
– Tak.
– Naprawdę przyszedł nas zabić? – zapytał Edmund. – Twój mąż…
– Milcz, Edmundzie! Niech cię diabli! Próbuję uratować nam życie, niemądry dzieciaku!
Baron się skrzywił, zaskamlał i podciągnął prześcieradło. Edmund Wyberne, ósmy lord Sansbury, był ładny, blady i żałosny. Był bogaty i nie skończył jeszcze dwudziestki, ale zawsze był posępny jak człowiek ze stryczkiem na szyi. Jego ojciec zmarł raptem kilka lat temu na suchoty – Białą Śmierć – zostawiając Edmundowi ogromny spadek, w tym chorobę, przez którą młodzieniec był kruchy, blady i w niewyjaśniony sposób atrakcyjny dla kobiet. Najwyraźniej damy miały słabość do trupów.
– Zatem sześćdziesiąt – oznajmiła Lillian.
– Masz tyle tutaj?
– Tak.
– Czekaj! Nie możesz ufać wynajętemu mordercy! – jęknął Edmund spod tarczy wilgotnego prześcieradła, które przysunął do twarzy. – Dlaczego miałby nas nie zabić i nie ukraść pieniędzy, a potem nie odebrać nagrody od Huberta?
Lady Traval przewróciła oczami.
– Wtedy mój mąż zorientowałby się, że doszło do kradzieży, a to byłoby… złe dla interesów, prawda? Nikt więcej nie wynająłby go, gdyby wieść się rozeszła, a z pewnością tak by się stało. Tak pikantna ploteczka rozniosłaby się wśród arystokracji, jak woda rozlewa się po płaskim kamieniu.
– Mówisz poważnie?! – wykrzyknął Edmund. – Spodziewasz się, że…
– Jeśli jednak zapłacę – powiedziała lady, patrząc na Royce’a – przedstawię powód zniknięcia pieniędzy. Będę musiała, bo inaczej musiałabym przyznać się przed mężem, że go zdradzam, co już podejrzewa, jak boleśnie dowodzi twoja obecność. Mam nadzieję, że nie zostałeś wynajęty po prostu, żeby mnie zabić, ale miałeś poderżnąć mi gardło, tylko jeśli zastaniesz mnie dziś z kimś w łóżku, prawda?
Royce skinął głową.
– Zatem możesz po prostu powiedzieć, że byłam sama, prawda? Z punktu widzenia mojego męża wykonałeś swoje zadanie. Kiedy już ci zapłaci, odejdziesz, mając trzy razy więcej pieniędzy, niż ci obiecano. I nie pobrudzisz ubrania krwią, nie będziesz musiał oglądać się dzisiaj przez ramię. Co na to powiesz?
***
Royce wyszedł frontowymi drzwiami posiadłości Travalów i szedł przez oświetlone księżycem, pokryte śniegiem ogrody, czując się dobrze i jednocześnie nie w sosie. Przygotował się na noc przemocy w starym stylu, na powrót do dawno zaniedbanego rzemiosła, które go definiowało. Czuł, że jego talenty uległy przytępieniu w ciągu ostatnich lat współpracy z Hadrianem Blackwaterem. Jego partner zdołał zdławić sztukę Royce’a, ale ta noc była szansą zdrapania rdzy i powrotu do dawnej formy. Ogromnie się ucieszył, gdy Hadrian uznał pomysł zabicia kobiety za zbyt odrażający i postanowił zostać w pobliskim miasteczku portowym – Roe. Gdyby Royce wierzył w bogów, uznałby to za znak. O ile wcale nie rwał się do zabijania – nie czerpał z mordowania większej przyjemności niż rzeźnik z ucinania łbów kurczakom – cieszył się na myśl o swoistym powrocie do normalności.
Nie czuł się sobą w ostatnim czasie. Ogarniały go napady tęsknoty za dawnymi beztroskimi dniami krwi i rzezi. Wtedy wszystko było proste. Wszystko miało sens. A teraz nic.
Ewidentnie jestem chory, a ta choroba nazywa się Hadrian Blackwater i… Gwen DeLancy.
Royce pomyślał, że tak musi się czuć ranny wilk, którego przygarnęła nic niewiedząca, rwąca się do pomocy rodzina. Mieli dobre intencje, ale wilk powinien być dziki, a rodzina nie potrafiła zrozumieć, dlaczego karmienie i głaskanie tylko go zniszczy. Zbyt długo udomawiany biedny wilk zapomni, jak przetrwać samotnie.
Ten wieczór powinien być moim powrotem w dzicz. Wolny od ich wpływów powinienem świetnie się bawić w pojedynkę, ale… Zupełnie jakby świat sprzysiągł się przeciwko mnie i sprzymierzył z nimi. Wkrótce nie będzie już żadnego miejsca dla mojego starego ja. Co za żałosny stan rzeczy.
Royce przeszedł pod kamiennym łukiem, oficjalnie opuszczając ogród i posiadłość Travalów. Zatrzymał się na chwilę, żeby zamknąć za sobą żelazną bramę na zamek.
– Gdzież jest nasza księga? – rozległo się pytanie.
W okamgnieniu Royce uchylił się, uskoczył, wyciągnął sztylet i sklął swoją opieszałość. Rozejrzał się za napastnikiem w cieniach nagich drzew rzucanych przez księżyc na ośnieżoną drogę, która prowadziła do miasteczka.
Łatwo dało się wypatrzyć mężczyznę. Ubrany w obszarpaną szarą pelerynę stał przy ścieżce za bramą. Długie, rude włosy i szpiczasta broda wyciekły spod kaptura i okalały twarz bledszą nawet od oblicza Edmunda – Barona u Progu Śmierci. Nie widać było żadnej broni. Ręce trzymał opuszczone wzdłuż boków.
– Nie zwlekajże, zdesperowanym jestem. Ukaż ją, bym wyzbył się przeklętej zgrozy.
Royce dostrzegł światło w oknie sypialni lady Traval. Parter, okno od frontu, droga szyba – idealne rozwiązanie dla wścibskiego podsłuchiwacza albo – co gorsza – dla szpiega.
Za późno na przypadkowego gościa albo wędrownego minstrela, pomyślał Royce. Nie zjawił się tu bez powodu. To albo bardzo pechowy intrygant, albo ktoś, kto pracuje dla Huberta Travala.
Royce uznał, że raczej to drugie, i zdziwił się, że stary baron wykazał się dostateczną inteligencją, żeby wysłać cień, który pilnowałby wynajętego zabójcę. Chociaż Royce był pod wrażeniem, nie mógł na to pozwolić. Musiał ostrzec magnata handlowego, że nie pogrywa się z Riyrią.
Poza tym już trzymał w ręku swój sztylet, Alverstone, i to była jego noc.
Mężczyzna nawet się nie wzdrygnął, kiedy sztylet wbił się w bok jego gardła. Szyja stawiała taki sam opór jak rozgotowana marchewka i białe ostrze weszło tak głęboko, że wynurzyło się po drugiej stronie kaptura. Ofiara osunęła się na ziemię.
Royce przyglądał się chwilę, upewniając się, że ofiara nie żyje i że nie zna skądś tego trupa. A potem zostawił ciało.
Kiedy ruszył, zaniepokoiły go dwie rzeczy.
Po pierwsze, jeśli to był szpieg Huberta, to czemu się ujawnił? I czemu w tak dziwny sposób? „Gdzież jest nasza księga?” Royce zastanawiał się chwilę i doszedł do oczywistego wniosku: przesłyszał się. Mężczyzna mówił z akcentem i pewnie w ogóle nie mówił o książce. Może istnieje jakieś podobne słowo w innym języku, caliskim albo alburńskim. Tak właśnie brzmiał jego akcent. Może to było caliskie słowo oznaczające pieniądze, złoto albo coś podobnego. Może widząc, jaką umowę Royce zawarł z lady Traval, i wiedząc, że Royce niesie woreczek złota, szpieg zamierzał zdradzić Huberta i zaszantażować szantażystę.
Takie rozumowanie miało sens i uśmierzyłoby niepokoje Royce’a, gdyby nie druga kwestia, trudniejsza do zbycia. Royce właśnie dźgnął człowieka w szyję, z pewnością przeciął tętnicę albo żyłę, tyle że…
Gdzie jest krew?
Zwykle taki mord oznaczał raptowny wytrysk krwi. Lata praktyki sprawiły, że Royce przewidywał takie rzeczy. Przesunął się w bok, żeby się nie wybrudzić. To zwykle wystarczało, ale zawsze trochę krwi bryzgało na dłoń z ostrzem. Jednak tym razem kostki miał czyste. Coś takiego było nie do pomyślenia. W końcu to sztylet odwalił całą brudną robotę. I takie wyjaśnienie też usatysfakcjonowałoby Royce’a, tyle że… Royce spojrzał na Alverstone’a i w świetle księżyca dostrzegł błysk czystego białego ostrza.
***
Royce znalazł Hadriana w wiosce, gdzie partner pił w tawernie pod Marynowaną Świńską Stopą. Nie było to trudne zadanie. Na ile Royce się orientował, była to jedyna tawerna w całym nadmorskim miasteczku Roe, możliwe, że jedyna w całej prowincji Oaktonshire, a kiedy Royce go zostawiał, Hadrian był w nastroju na kieliszek. Nędzny budynek, ledwie obrzucony tynkiem i kryty strzechą, przysiadł na wzgórzu w pobliżu nabrzeża, skąd widok na morze psuły tylko dwa rzędy dachów i las kominów.
Ponieważ minęła już północ, w środku nie było żadnych innych klientów, a mina karczmarza, gdy Royce wszedł, sugerowała, że miał nadzieję, że Hadrian wyjdzie, zanim zjawi się ktoś jeszcze. Mimo nazwy Marynowana Świńska Stopa nie była nieprzyjemnym miejscem. W wilgotną, zimową noc wnętrze zapewniało przyjemne ciepło płynące z porządnie wysuszonego drewna i przytulny blask dogasających węgielków.
Royce posłał karczmarzowi sztuczny uśmiech i otrzymał taką samą odpowiedź.
– Co mogę podać? – zapytał bez krztyny entuzjazmu wyposażony w fartuch i pozbawiony włosów mężczyzna.
– Nic, dziękuję. Nie zostanę. Przyszedłem tylko po niego. – Royce wskazał Hadriana.
Zgodnie z przewidywaniami te słowa wywołały szczery uśmiech.
Hadrian siedział w kącie w głębi, w pobliżu kominka, za stołem zastawionym pustymi kuflami i ze stopionym trupem świecy.
– Nie wyszedłem na aż tak długo, co?
Hadrian podniósł wzrok z grymasem. Miał kilkudniowy zarost i oczy znacznie starszego człowieka.
– Dobrze się bawiłeś?
Royce zerknął na właściciela przybytku, który udawał, że ich nie słucha, i tylko wyciera blat baru. Fakt, że przebywały tam tylko trzy osoby, miał swoje plusy, ale też minusy, bo bez innych klientów w lokalu panowała martwa cisza.
Hadrian spojrzał w tym samym kierunku i westchnął:
– A tak, nie chcemy za dużo powiedzieć przy starym Oscarze, co? – Beknął i otarł usta. – To Oscar, nawiasem mówiąc. Właściciel Marynowanej Racicy… Giczoły… czegoś tam. – Hadrian zagapił się w przestrzeń z otwartymi ustami, a potem zapytał: – Dlaczego takie lokale zawsze noszą obrzydliwe nazwy?
Obejrzał się na Oscara, który wbrew sobie słyszał każde słowo. Hadrian był pijany i w związku z tym mówił głośniej niż zwykle.
– Wybacz, bez urazy – ciągnął Hadrian – ale serio pytam: to najlepsze, na co było cię stać? Naprawdę myślisz, że przechodni tak zauroczy wizja odciętej świńskiej nogi w kadzi z marynatą, że nie będą w stanie minąć drzwi bez zajrzenia do środka, żeby zakosztować tego, co obiecujesz? Czemu nie Pod Cuchnącym Balasem? To pewnie jeszcze bardziej ściągałoby klientów, nie?
– Jest pijany – przeprosił Royce i podszedł do stolika Hadriana.
– Wiem. – Oscar otarł ręce. – Ale już wychodzicie, co? Bo chciałbym pozamykać.
– Daj nam chwilę. – Royce usiadł.
– Właśnie, daj nam chwilę, Oscar – powiedział Hadrian. – Mój wspólnik musi mi opowiedzieć o naszym najnowszym przedsięwzięciu, pewnie chce się poprzechwalać. Chcesz się poprzechwalać, Royce? – Hadrian przyłożył rękę do ust. – Rety. Myślisz, że Oscar usłyszał twoje imię? To źle, prawda?
– Dlatego właśnie picie nigdy nie jest dobrym pomysłem.
– Serio? Czekaj, myślałem, że… lubisz wino, nie?
– Lubię Montemorceya, ale jest niezwykle rzadkie, a kiedy źródło twojej słabości prawie nie istnieje, to łatwo zapanować nad nawykiem.
Hadrian skinął głową. A potem zasznurował usta, odwrócił się i zawołał:
– Ej, Oscar! Masz może trochę tego drogiego wina, morda-morsa? – Hadrian zmarszczył brwi. – Czekaj, to jakoś inaczej idzie. Jak mówiłeś?
– Nie podaję wina – odpowiedział Oscar. – I myślałem, że wychodzicie.
– Wychodzimy – odpowiedział Royce, wstając i zachęcając Hadriana, żeby poszedł w jego ślady, o ile zdoła.
– Nie prosiłem o butelkę – odparł Hadrian, odpychając się od stołu, żeby wstać. – Byłem tylko ciekaw. Nie bądź taki drażliwy. Jak na właściciela wyszynku, który nazywa się Pod Marynowaną Świńską Nogą, strasznie ci się śpieszy do wyrzucania dobrych klientów za drzwi.
– Siedzisz tu od sześciu godzin. W przeciwieństwie do niektórych, mam życie.
– Aha, pewnie, ale… czekaj… – Hadrian stał, wciąż opierając się jedną ręką o stół dla równowagi, i zapatrzył się w dal, gdy naszła go myśl. – Świnie nie mają stóp, nie? – Popatrzył najpierw na Oscara, a potem na Royce’a. – Mają… kopyta, nie? Jak konie, w pewnym sensie, bo świńskie kopyta… są rozszczepione. Jakby miały dwa palce, tyle że to właściwie nie są palce. A skoro świnia ma dwa palce, a koń żadnego, to czemu jedno i drugie to kopyto? – Znowu popatrzył po obu mężczyznach. Ani Oscar, ani Royce nie odezwali się słowem. – Wiecie, co mam na myśli. Rzecz w tym, że nikt nie mówi o końskich stopach, prawda? Ale też nikt nie mówi, że ktoś jest kuty na cztery kopyta. Chociaż to miałoby więcej sensu niż na cztery nogi, bo podkuwa się kopyta, a nie stopy czy nogi, nie? Ależ to dziwne.
Royce złapał Hadriana za pas od miecza i pociągnął do przodu.
– Zapłaciłeś? – Royce pokręcił głową z powodu własnej głupoty. Odwrócił się do Oscara. – Zapłacił?
Oscar pokiwał głową.
– Hojnie. W przeciwnym wypadku już dawno bym go wyrzucił. Moja żona będzie wściekła.
– Oscar przechodzi teraz ciężki czas – odezwał się Hadrian. – Jego żona zachowuje się jak megiera. Powiedz mu, Oscar.
– Opowie mi następnym razem – odparł Royce, ciągnąc Hadriana do drzwi. – Może będzie miał wtedy trochę wina z morsa.
– O, byłoby świetnie. Zrób to koniecznie, Oscar. Załatw trochę wina z morsa dla mojego przyjaciela na następny raz.
Czując rześki mróz zimowej nocy, Hadrian zesztywniał i wykrzywił twarz, jakby Royce go spoliczkował.
– Na Mara! Rześko! Wracajmy do środka.
Oscar zatrzasnął drzwi i zasunął rygiel.
– Rety, Oscar, to było niegrzeczne. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi! – wrzasnął na zatrzaśnięte drzwi Hadrian.
– Musisz drzeć się trochę głośniej, jeśli chcesz obudzić całą wioskę – zauważył Royce.
– O, ależ z ciebie zabawny gość, co? Lady Jak-jej-tam też opowiedziałeś żart? Śmiała się czy nie mogła z powodu poderżniętego gardła? – Hadrian przesunął się chwiejnie, przyglądając się Royce’owi. – Nie masz nawet odrobiny krwi na sobie. To oznaka zawodowstwa czy umyłeś się w jej umywalce przed wyjściem? Zabiłeś tylko biedaczkę czy jej psa także?
– Lady Traval nie ma psa. – Royce pociągnął go w stronę czekających koni.
Hadrian parsknął śmiechem.
– Teraz już nie ma. Wyrzuciłeś go przez okno z piętra, co?
– Nie było żadnego psa. Mam ci pomóc wsiąść na konia czy musisz najpierw zwymiotować?
Hadrian przystanął, żeby rozważyć ten frapujący problem, pokręcił głową i wskazał drugą stronę ulicy.
– Nie, w porządku. Mój koń jest w stajni za…
Royce podał mu wodze Tancerki.
Hadrian spojrzał klaczy w pysk.
– Tancerka! A ty co tu robisz?
– Na Mara! Ile piwska wyżłopałeś?
Hadrian znowu zapatrzył się w dal, głaszcząc gwiazdkę na czole Tancerki.
Royce pokręcił głową.
– Mniejsza z tym. Rozumiem, naprawdę dużo. Wsiadaj na konia. Jedźmy.
Hadrian zdołał wdrapać się na konia już za trzecim razem. Podczas tej skomplikowanej operacji koń stał nieruchomo niczym drzewo w bezwietrzny dzień, jakby to nie był pierwszy raz dla żadnego z dwojga.
Royce uznał, że Tancerka, jako ta trzeźwa, zdoła jechać za nim, ale nie można było ufać, że pijany Hadrian nie zacznie jej w tym przeszkadzać, więc przymocował uwiąz do pierścienia przy kantarze Tancerki. Hadrian albo tego nie zauważył, albo miał to w nosie.
– Pochłodniało? – poskarżył się, wypuszczając bezwiednie wodze, żeby otulić się ciaśniej wełnianą peleryną. – Mam wrażenie, że zrobiło się zimniej. Wiesz, zima jest jak ładna kobieta, która dużo mówi o niczym. Początkowo jest miło: jest zabawna, inna, piękna nawet, ale po pewnym czasie…
Hadrian sięgnął po wodze i zafascynował go węzeł na ich końcach. Royce czekał.
– Po pewnym czasie, co?
– Hę?
Royce pokręcił głową.
– Zapomnij.
– Po prostu mówię, że zima zdecydowanie za długo trwa. Nie masz już dość zimy? Wszystko jest zimne. Zimne i martwe. Martwe jak lady Jak-jej-tam.
– Nie zabiłem jej.
– Co proszę?
– Lady Traval. Nie zabiłem jej.
Hadrian nie odezwał się słowem przez kilka minut.
– Powiedziałbym ci wcześniej, gdybym wiedział, że się wtedy przymkniesz.
– Dlaczego jej nie zabiłeś?
– Nie mogłem. To była bezradna kobieta o wielkich, błagalnie patrzących oczach i nie mogłem się zmusić, żeby odebrać życie niewinnej…
Hadrian spadł z konia.
Uderzył plecami o śnieg i stęknął z bólu. Potrzebował chwili, zanim przeturlał się i wstał, pojękując żałośnie, a potem spojrzał na Royce’a najbardziej niedowierzającymi zapitymi oczami.
– Mówisz serio?
– Oczywiście, że nie, idioto. Zaproponowała, że zapłaci, jeśli zostawię ją przy życiu. Chciałem tylko usłyszeć, co powiesz. Nawiasem mówiąc, to wyglądało na wyjątkowo bolesne lądowanie. – Uśmiechnął się szeroko. – Ziemia jest zamarznięta, co?
– O tak, oba powyższe zdania.
Tym razem Hadrian wdrapał się na konia już za pierwszym razem, więc Royce zaczął podejrzewać, że chłód i upadek pomogły wspólnikowi nieco otrzeźwieć.
Pojechali dalej w górę drogi ciągnącej się wzdłuż Galewyr. Oba brzegi rzeki były zamarznięte, ale ciemna linia płynącej wody przecinała środek, wydając widmowy odgłos podobny do deszczu uderzającego o dawno opadłe liście.
– To nadal dobra wiadomość – uznał Hadrian.
– Niewątpliwie. Zarobiliśmy trzy razy więcej pieniędzy za zimową przejażdżkę.
– My? – Hadrian pokręcił głową. – To twoje pieniądze.
– Wciąż jesteśmy partnerami, a złoto jest czyste. Nie ma na nim kropli krwi. Możesz z dumą je wydać.
Royce zastanawiał się, czy nie wspomnieć o drugim jegomościu bez kropli krwi, ale Hadrian był zbyt pijany i zbyt szczęśliwy, żeby Royce chciał psuć miłą atmosferę. Czekała ich długa droga do Medfordu, a gorszym od rozgadanego, szczęśliwego Hadriana był przygnębiony, rozgadany Hadrian.
Jechali przez pewien czas w milczeniu.
– Co? – zapytał w końcu Royce.
– Nic nie mówiłem.
– Wiem, w tym rzecz.
– Myślałem tylko, że cztery lata temu nie zaproponowałbyś, że podzielisz się pieniędzmi. Nawet nie powiedziałbyś mi o nich. Wątpię też, czy darowałbyś damie życie. Wziąłbyś pieniądze, a potem byś ją zabił.
– Cztery lata temu nie byliśmy partnerami. Nie tak naprawdę. A darowanie życia lady Traval miało sens. Bo nie ma sensu zabijać dobrze płacącej klientki.
– Yhm, yhm. – Hadrian pokiwał głową. – A Royce Melborn, którego poznałem, nawet taki sprzed dwóch lat, nigdy nie zapytałby „co”, bo milczę. Stary Royce uznałby to za błogosławieństwo. Zmieniłeś się. Kiedyś byłeś zwierzęciem, prawdziwym dzikim zwierzęciem, a teraz… teraz na dobrą sprawę jesteś udomowiony. Stałeś się łagodnym stworzeniem, prawda, Royce?
– Gdybyś nie był pijany, zabiłbym cię.
– Powiem Gwen.
– Nic nie mów Gwen.
Hadrian się roześmiał.
– Nienawidzę, gdy jesteś pijany.
– To dziwne.
– Czemu?
– Bo po to właśnie piję. Żeby przestać się nienawidzić.
Rozdział 3
Gość
Po dobrze przespanej nocy w zajeździe Srebrny Dzban Hadrian poczuł się zdecydowanie lepiej. Oczywiście nie chodziło o to, że bardzo cierpiał poprzedniej nocy, nawet po tym, jak spadł z konia, co ledwie pamiętał, a mały kac niezbyt mu dokuczał. Drobny ból głowy był niczym w porównaniu z tym, jak czuł się, jadąc do Roe, kiedy wręcz chciało mu się rzygać. Zostali wynajęci z Royce’em, żeby zabić kobietę w jej własnym łóżku. Hadrian nie potrafił wymyślić niczego potworniejszego, poza może zamordowaniem małych dzieci śpiących w ramionach matki. Nie chciał brać udziału w mordzie, ale Royce przyjął zlecenie.
Mieli za sobą chudy rok, ale nie zgodzili się z powodu braku pieniędzy. Hadrian zaproponował, że będzie sprzątał stajnie i podzieli się zarobkami z Royce’em, jeśli ten odrzuci kontrakt. Royce odmówił. On chciał zabić tę kobietę. Nie tyle ją konkretnie. Chciał zabić kogokolwiek. Hadrian nie znał szczegółów, ale znał Royce’a, który kradł całe życie i zdobył status zabójcy w gildii przestępczej o nazwie Czarny Diament. Chociaż większość ludzi uznałaby to za coś wstrętnego, pozycja Royce’a była wysoko ceniona w pewnym wycinku populacji, a on sam czerpał dumę ze swojego fachu.
Jednakże odkąd zaczęli współpracę cztery lata temu, Royce nie miał wielu okazji, żeby korzystać ze swojego talentu. Żyli głównie z kradzieży. Oczywiście nie byli kieszonkowcami, nie kradli sakiewek. Kradli dla innych.
Zlecenia załatwiał im ich wspólnik, Albert Winslow. Jako wicehrabia poruszał się wśród wpływowych ludzi. Kradli błyskotki dla dam, księgi rachunkowe dla biznesmenów, przechwytywali listy, szpiegowali małżonków, podkładali dowody z myślą o szantażu. Tylko dwa razy byli blisko zabójstwa na zlecenie. W Dulgath wynajęto ich, żeby doradzili, jak przeprowadzić zabójstwo. Jednak niecały rok temu otrzymali prawdziwe zlecenie morderstwa. Wynajęto Royce’a, żeby zabił każdego związanego ze śmiercią Genevieve Winter. Problem polegał na tym, że Genny wciąż żyła. Royce otrzymał wymarzoną robotę tylko po to, żeby sprzątnięto mu ją sprzed nosa. Hadrian uważał, że to od tego czasu Royce’a dręczyło swędzenie, które coraz bardziej chciał podrapać.
Pod wieloma względami Royce był nadzwyczajnie utalentowanym rzemieślnikiem, którego największych talentów nie wykorzystywano. Hadrian rozumiał to poczucie marnowania zdolności. Sam był praktycznie od urodzenia trenowany do zabijania, tyle że w roli żołnierza, a nie zabójcy. I chociaż rzadko ostatnimi czasy dobywał stali, wciąż, gdziekolwiek poszedł, zabierał ze sobą trzy miecze. On i Royce byli dwiema rybami wyrzuconymi na brzeg, które łapały rozpaczliwie powietrze i miotały się porzucone na pustyni, szukając odrobiny wody, którą nazwałyby domem. Okazało się jednak, że Hadrian nie przyłożył się do zabicia kobiety dla pieniędzy. Zdołał uniknąć tego upadku, przynajmniej na razie, więc to był dobry dzień.
To właśnie takie małe zwycięstwa sprawiają, że ludzie mają siłę iść naprzód, pomyślał.
Ociepliło się, ale tylko trochę, stosownie do obecnej pory roku. Niezadowolenie było tym większe, że już niosła się wieść o nadejściu wiosny. Przynajmniej tak wszyscy powtarzali. Tylko farmerzy i kapłani znali prawdę. I mimo padającego mokrego śniegu podczas jazdy dni wydłużały się, a z drogi zniknęły zaspy.
Mglista biała kula światła wisiała prawie nad ich głowami, kiedy dotarli na ulicę Przekorną w Dzielnicy Dolnej Medfordu. Dręczone słońcem sople wzdłuż okapów gospody pod Różą i Cierniem kapały, wygrywając cichy rytm na dachu powozu stojącego przed frontowym wejściem. Powozy i karety zdarzały się w Dzielnicy Dolnej. Ostatnimi czasy nie były nawet niezwykłe. Popularny Dom Medford, gdzie profesjonalnie okazywano serdeczność i gościnność, przyciągał na tę skądinąd podupadłą uliczkę zamożnych kupców i arystokratów. Jakież to musiało być rozkoszne dla wymuskanych i pruderyjnych, jak podniecającą przygodą było zagłębienie się w ciemne uliczki, gdzie sekrety nie miały nóg, żeby wyjść na światło dzienne. Hadriana zdziwiło jednak, że ten konkretny środek lokomocji nie wyglądał na powóz kupca czy karetę arystokraty. Brakowało mu koronek, przez które eleganckie powoziki przypominały desperacko zabiegające o aprobatę debiutantki. To był praktyczny ośmioosobowy powóz zaprzężony w czwórkę koni. Górę polakierowano na czarno i oszczędnie ozdobiono złotymi filigranami. Dolną część i koła ze szprychami wykonano z mocno zabezpieczonego pokostem i wypolerowanego na połysk czerwonego drewna. Na drzwiach wisiała brązowa tabliczka, na której eleganckimi literami wypisano: HANSON I SYN.
Mimo padającego śniegu dwóch mężczyzn pracowało przy powozie. Starszy, który właśnie okrywał derkami czwórkę koni, miał siwiejącą brodę i lata odmalowane na twarzy. Nosił ciężki, wełniany szal, jak woźnice w Dzielnicy Szlacheckiej. Młodszy mężczyzna z ciemniejszą i krótszą brodą sprawdzał koła i nie zważał na pogodę w sposób typowy dla młodych ludzi, bo nosił tylko cienką tunikę i skórzaną kamizelkę. Wyglądali jak portret tej samej osoby namalowany na przestrzeni trzydziestu lat, przez co Hadrian podejrzewał, że mogą składać się na tytułowego Hansona z Synem, chociaż żaden z nich nie wyglądał na dość zamożnego, by mieć własny powóz.
Royce spojrzał na Hadriana pytająco, kiedy zsiedli z koni. Hadrian wzruszył ramionami. Zdjęli swoje rzeczy, zaprowadzili konie do stajni i weszli do gospody pod Różą i Cierniem, w której w środku dnia było niewielu klientów. Zastali typową klientelę: tych, którzy właśnie szukają pracy, i tych, którzy jej po prostu nie mają albo nie są do niej zdolni. To był ten rodzaj ludzi, którzy spożywają posiłki w płynie. Dixon pilnował ich rachunków, zapisując wszystko na tablicy za barem. Obecnie prowadził na niej nowo przybyły – siwy kowal imieniem Mason Grumon, który niedawno otworzył warsztat przy ulicy Rzemieślników, ale najwyraźniej nigdy tam nie pracował.
– Chłopcy wrócili! – krzyknął Dixon niskim barytonem na widok Royce’a i Hadriana.
Obecni w barze zaklaskali albo zastukali kuflami w drewno, jakby Royce i Hadrian weszli na scenę.
Royce skrzywił się i westchnął. Obaj podeszli do kominka.
– Według mnie to miłe – powiedział Hadrian. Zdjął pelerynę i otrząsnął ze śniegu, zanim powiesił ją na kołku koło ognia. – Jakbyśmy mieli rodzinę.
– Gdyby to miała być twoja rodzina, to powinieneś zabić swoich rodziców z litości.
– No dobrze, nie chciałbym chwalić się moim rodzeństwem. – Rozejrzał się po sali, a potem podszedł do baru.
– Napijesz się? – zaproponował Dixon. – Właśnie otworzyłem nową beczułkę Cesarskiego Złota.
– Nie! – krzyknął surowym głosem Royce z głębi sali, gdzie nadal otrząsał pelerynę. – Nie dawaj mu niczego do picia.
Hadrian skinął głową.
– Ma rację. Opróżniłem beczkę zeszłej nocy w Roe. Wątpię, żeby zaprosili mnie tam ponownie w najbliższym czasie. Ale tak z ciekawości… czyj powóz stoi od frontu?
Dixon wysunął dolną wargę, a potem wzruszył szerokimi ramionami.
– Nie mam pojęcia. Już od paru godzin wszyscy się zastanawiają.
– Nikt nie widział, kto z niego wysiadł?
– W tym rzecz – odezwał się Mason Grumon. – Nikt z niego nie wysiadł.
– Ktoś musiał, Mason. Po prostu go nie widziałeś – upierał się Kenyon Czyścioch.
Kenyon był właścicielem warsztatu mydlarskiego, który na co dzień w największym stopniu przykładał się do charakterystycznego smrodu na ulicy Przekornej. Był mile widzianym klientem, bo wszyscy w Dzielnicy Dolnej mogli odetchnąć, póki siedział w gospodzie, zamiast napełniać własne kadzie.
– Mówię ci, że ten powóz podjechał pusty albo żaden ze mnie kowal.
– Teraz już nie jestem pewien, po której stronie stoisz w tym sporze – wtrącił się Roy Kanalarz i roześmiał się maniakalnie, odsłaniając słynne ze swojego paskudnego wyglądu krzywe, żółte zęby.
Wszystko, co można było powiedzieć o Royu, ocierało się o makabrę. Miał jedno oko większe od drugiego i każde w innym kolorze. Oba smętne, ale jedno mętne. Rzadkie, przetłuszczone włosy przylepiały mu się do czaszki, jakby właśnie wyszedł z kąpieli. Jeśli jednak kiedykolwiek się kąpał, to w cuchnącym łajnie, które spływało za warsztatami, dzięki czemu cuchnął jak mało co i zasłużył na swój przydomek. Po tym nagłym i niepokojącym wybuchu wszyscy spojrzeli na niego, a Roy Kanalarz wrócił do mieszania resztek zwietrzałego piwa, jakby próbował je wskrzesić. Każdego dnia przychodził się napić, ale tylko jeden kufelek i jego imię nigdy nie pojawiało się na tablicy. Hadrian był przekonany, że to Dixon płacił za jego napitek.
– Całe szczęście, że wylądowałem między tą dwójką – odezwał się Grumon, zerkając na Roya, a potem Kenyona. – Nie wiem, czy stanowią dobry środek owadobójczy, czy raczej ściągają wszystkie muchy z miasta.
– Jest Albert? – zapytał Royce.
– W Ukośniku – odpowiedział Dixon.
– W Ukośniku? Nie w Ciemnym Pokoju?
– On i Gwen gawędzą z jakimś starszym jegomościem. Naprawdę miły gość, bardzo przyjazny, ale dziwny. Właściwie myślę, że to was dwóch szuka.
– Dziwny w jakim sensie?
– Ubrany elegancko, dużo mówi, posługuje się wielkimi słowami. I nosi takie małe szklane kółeczka na nosie.
Royce i Hadrian spojrzeli po sobie i szybko przeszli pod łukiem, który oddzielał bar od większego pokoju w kształcie rombu. Został dobudowany, żeby jego właścicielka, Gwen DeLancy, mogła połączyć Różę i Cierń ze swoim drugim przybytkiem – Domem Medford. W ten sposób podwoiła powierzchnię gospody, ale ponieważ w pomieszczeniu nie zainstalowano kominka, zimą bywało tam chłodno i klienci stronili od tego miejsca. W Ukośniku przebywały tylko trzy osoby: Gwen, Albert Winslow i…
– Profesor Arcadius? – zdumiał się Hadrian, kiedy tylko weszli.
Chudy, siwobrody, starszy mężczyzna ubrany w niebieską szatę siedział pośrodku ławki przy stole ustawionym w kącie w głębi pokoju. Na dźwięk imienia uniósł okulary i zerknął.
– Riyria, jak mniemam?
– Co tu robisz? – zapytał ostro Royce, podchodząc do grupy. Spojrzał na Gwen. – Co on ci opowiadał?
– Głównie mówił o tym, jacy obaj jesteście wspaniali. – Gwen uśmiechnęła się do niego i Royce natychmiast się zatrzymał, jakby uderzył w niewidzialną ścianę.
Rozluźnił ramiona, spojrzał spokojniej i stał, wpatrując się w Gwen, jakby zapomniał, co tam robi. Hadrian domyślał się, że miało to związek raczej z uśmiechem niż ze słowami. Uśmiech Gwen potrafił obezwładnić Royce’a sprawniej niż cios w głowę.
– Co cię tu sprowadza? – zapytał profesora Hadrian.
– Wy dwaj, rzecz jasna. Musiałem przyjechać, nieprawdaż? Minęły cztery lata i żaden z was nie raczył pokonać tych paru mil do Sheridanu i dać chociaż znać, że żyjecie. – Pochylił się ku Gwen, jakby zwierzał jej się w zaufaniu, chociaż mówił nadal tak samo głośno jak wcześniej. – Kiedy przedstawiałem długą listę cnót ich obu, pominąłem ich zdumiewającą bezmyślność. Rzecz w tym, że rozstaliśmy się w okolicznościach, których nie nazwałbym najlepszymi. Poprosiłem, żeby mnie kiedyś odwiedzili. Zapewniłem, że byłoby miło, gdyby powiedzieli mi, jak ostatecznie ułożyły się sprawy, ale nigdy tego nie zrobili.
– Profesor opowiadał nam, jak połączył was dwóch ze sobą – powiedział Albert. Wicehrabia bez ziemi był ubrany w swój „roboczy” strój: jedwabną koszulę z przepysznym dubletem pod lekką szubą i wierzchnim kaftanem. Jednak, jak pospolity robotnik po pracy, nosił kaftan i koszulę, rozpięte i rozchełstane. Wyciągał przed siebie nogi, poruszając palcami w ciemnych wełnianych pończochach. – To całkiem interesująca opowieść.
– Czyżby? – Royce odzyskał głos łącznie z niezadowolonym tonem. – A co dokładnie… profesor im powiedział?
– Prawdę, rzecz jasna. Opowiedziałem, jak przekonałem was dwóch, żebyście pomogli mi pożyczyć rzadką księgę i jak bardzo nie cierpieliście się nawzajem. Równie prawdopodobne było, że Royce poderżnie Hadrianowi gardło, jak to, że Hadrian dźgnie Royce’a prosto w serce. To było ryzykowne z mojej strony, ale wiedziałem, że gdyby ci dwaj zostali razem, gdyby zostali zmuszeni do pozostania razem, stworzyliby nadzwyczajny zespół. I cieszę się, widząc, że miałem rację. Nawet trochę mi pochlebia fakt, że przyjęli nazwę Riyria.
– Coś jeszcze? – spytał Royce.
Arcadius pokręcił głową, wymachując przy tym siwą brodą tak bardzo, że omiótł stół.
– Co mianowicie? Nie zostało właściwie wiele do dodania, chyba że mam zacząć opowiadać o waszych zaniedbanych koniach. – Spojrzał na Alberta, a potem na Gwen. – Zostawili je uwiązane w dziczy na całe dnie. Biedaczyny prawie zdechły.
– Podobnie jak my – zauważył Royce ostrym tonem.
– To ty znalazłeś Tancerkę? – zapytał Hadrian.
– Owszem – powiedział Arcadius. – Zacząłem się o was martwić i wysłałem paru starszych chłopców na północ, na zajęcia w terenie. Nie zdołali was znaleźć, ale przyprowadzili konie na uniwersytet, a kiedy dowiedziałem się, gdzie jesteście, kazałem wam je dostarczyć.
– Naprawdę? – dopytywał się Hadrian.
– A myślałeś, że jakim cudem znalazły się przed Różą i Cierniem?
– Nie wiem. Pomyślałem chyba, że Tancerka trafiła do mnie z powrotem jak jeden z tych wiernych ogarów potrafiących zwęszyć swojego ukochanego pana.
– A liścik, który zostawiłem wam w sakwach?
– Był jakiś list?
Royce stanął po drugiej stronie stołu dokładnie naprzeciwko profesora. Jedyne światło w pokoju wpadało przez ośnieżone okna za nim, więc jego cień padał na stół i na starego mężczyznę. Złodziej się pochylił.
– Zatem wiedziałeś, że żyjemy. Powiedz mi więc, co tu właściwie robisz?
– Po tym, jak wyjechaliście, słyszałem plotki na temat dwóch mężczyzn, którzy ledwie uciekli przed eklezjastyczną tyranią Ghentu. Rycerze Sereta szukający uciekinierów dotarli ich tropem do Medfordu. Potem usłyszałem, że na ulicy Przekornej widziano mężczyznę całego we krwi, jak błagał o pomoc dla swojego umierającego przyjaciela. Pewnie, że zupełnie nie przypominało to was dwóch, jednak, co ciekawe, obaj ci mężczyźni zniknęli potem bez śladu. A rok później doszło do tej nieprzyjemnej sprawy z lordem Exeterem i serią publicznych egzekucji, które kogoś mi przypomniały, morderstw wyglądających na karę za skrzywdzenie jednej z dam z Domu Medford. – Skłonił głowę w stronę Gwen. – A kiedy w końcu usłyszałem o parze nikczemnych złoczyńców, którzy nazwali się Riyria, to… Cóż, nie zdobywa się pozycji profesora na uniwersytecie za głupotę. Mimo wszystko podejrzenia to nie to samo, co konkretna wiedza. Przybyłem więc, żeby osobiście przekonać się, co się stało z dwoma nasionami, które tak dawno temu posadziłem.
– Wybacz, że cię nie odwiedziliśmy – powiedział Hadrian. – Po prostu…
– Nie przepraszaj go – warknął Royce. – Przez niego prawie zginęliśmy. Gdyby nie jego idiotyczne żądania…
– Pewnie ruszylibyście każdy swoją drogą – odparł Arcadius. – I obaj najpewniej już byście nie żyli. Mężczyźni, których znałem, byli ledwie cieniem dwójki, która stoi teraz przede mną. Wykazaliście się. A dama obok mnie to prawdziwy klejnot w kieszeni.
– To jest Gwen DeLancy i nie jest w niczyjej kieszeni – warknął Royce.
– Oczywiście. Miałem tylko na myśli, że to wspaniała przyjaciółka, którą warto mieć po swojej stronie. Jest inteligenta i lojalna. A jeśli wątpisz w cokolwiek z tego, co powiedziałem, zastanów się chwilę i spróbuj przypomnieć sobie tamtego starego Royce’a Melborna, tego sprzed czterech lat. Ten bezwzględny, mały złodziejaszek nie wymieniłby ani jednej osoby, której by zaufał, ale jegomość przede mną, Royce Melborn z Róży i Ciernia, ma dwoje przyjaciół, wspaniałych ludzi. Prawdziwego bogactwa nie mierzy się wagą bezużytecznego złotego metalu, ale sercami tych, którzy cię kochają. – Profesor się wyprostował. – Nie martw się, Royce. Twój dług został spłacony. Zajrzałem tylko, żeby sprawdzić, co przyniosły moje wysiłki, i może żeby coś przekąsić. Rankiem wracam do Sheridanu.
– Świetnie – powiedział Royce. Nadal patrzył podejrzliwie, ale musiał porzucić oskarżenia, gdy okazało się, że wszelkie tropy donikąd nie prowadzą.
– Jak poszła robota? – zapytał ponuro Albert, głosem ciężkim od obaw, jakby pytał o ukochaną klacz, która złamała nogę.
Albert osobiście znał Lillian Traval i Hadrian podejrzewał, że ją lubił.
– Całkiem nieźle. – Royce wyjął sakiewkę i rzucił na stół, gdzie wylądowała z solidnym brzękiem. – Zapłacono nam podwójnie.
Albert oniemiał.
– Zapłacono? Nie rozumiem. To moje zadanie. Hubert tu był? Zapłacił wam?
– Kiedy pójdziesz po zapłatę, powiedz lordowi Travalowi, że jego żona była sama, gdy ją znalazłem.
– A była?
Royce uśmiechnął się znacząco.
Albert rozdziawił usta i już tak zostało. Popatrzył na mieszek na stole, a potem znowu na Royce’a.
– To skąd wzięły się pieniądze?
– Od lady Traval.
– Ona żyje?… Ale miałeś…
– Zaproponowała mi więcej.
– Zaproponowała… ach. Aha! To cudownie! – Szeroki uśmiech wypłynął na twarz Alberta, oczy mu nagle zabłysły.
– Przyjęliście zlecenie zabicia kobiety? – zapytał Arcadius.
– Znanej cudzołożnicy – odparł Royce. – Wynajął nas jej mąż.
– A ty nie zabiłeś jej, bo zapłaciła ci więcej?
– Czasem nawet ja mam szczęście.
– I tobie to odpowiada? – zapytał Hadriana Arcadius.
Dezaprobata była ewidentna i Hadrian wiedział, do czego zmierza profesor. Arcadius skłonił Royce’a i Hadriana do współpracy, bo liczył, że Hadrian wywrze dobry wpływ na pozbawionego zasad złodzieja.
Zanim Hadrian zdążył przeprosić, wtrącił się Royce:
– Został w Roe i upił się. Tak jak w przypadku roboty, na którą nas wysłałeś, wiedziałem, że nie wymaga obecności nas obu. I po raz kolejny miałem rację.
– Rozumiem. – Profesor zerknął na Gwen, potem przez okno, jakby się głęboko nad czymś zastanawiał. Z drugiej strony Hadrian podejrzewał, że wszystkie myśli profesora były głębokie.
Royce i Hadrian usiedli naprzeciwko profesora, wicehrabiego i Gwen.
– Dlaczego siedzicie wszyscy po jednej stronie? – zapytał Hadrian.
– Bo tak jest cieplej – odpowiedział Arcadius.
Gwen się wyprostowała.
– Właśnie mówiłam profesorowi, ile kosztowałoby nas wybudowanie kominka i komina w tym pokoju, a on zasugerował, że można by go ogrzewać żelaznym piecykiem dość dużym, żeby zmieściło się tam kilka polan. Mogłabym zapalać w nim ogień i wyprowadzać dym wielką metalową rurą wychodzącą dachem. Uważa, że to ogrzałoby cały pokój.
– W rzeczy samej – przytaknął profesor. – Nie musielibyśmy się zbijać w gromadkę jak nowo narodzone szczenięta, żeby nie trząść się z zimna.
– Zastanawiałam się, czy zapytać Masona Grumona, ile wziąłby za coś takiego.
– Sądząc po tablicy za barem, zrobiłby to za jej wyczyszczenie – odparł Hadrian.
Gwen mrugnęła do niego i skinęła głową.
– To samo pomyślałam.
– Royce, Hadrian – odezwał się Albert, przeliczywszy monety na stole i ułożywszy je w cztery stosiki zgodnie z ich udziałami. Największe stosy należały do Royce’a i Hadriana, Alberta był połowy ich wielkości, a Gwen najmniejszy. – Wiem, że dopiero co wróciliście, ale mam dla was kolejne zadanie, i to do załatwienia od ręki.
– Coś tu śmierdzi – powiedział Royce, patrząc, jak Albert liczy monety.
Wicehrabia podniósł wzrok zaniepokojony.
– Ty rzeczywiście wykonujesz swoją robotę. Nie wiem, czy mam być pod wrażeniem, czy nabrać podejrzeń. Co to za nowe zadanie?
Albert zerknął niepewnie na Arcadiusa.
– On jest w porządku – uspokoił go Royce. – Poza tym wiem, gdzie mieszka.
– Chociaż najwyraźniej nie ma pojęcia, jak tam trafić – żachnął się profesor.
Albert wzruszył ramionami.
– Myślę, że to zadanie wam się spodoba. Wam obu. Lord Byron z Delgosu chce was zatrudnić, żebyście zapobiegli sabotażowi w Drumindorze planowanemu przez pewnego krasnoluda.
– Co to jest Drumindor? – zapytał Hadrian.
– Drumindor to starożytna krasnoludzka forteca, która strzeże wejścia do zatoki Terlando i miasta Tur Del Fur – wyjaśnił Arcadius. – Została wybudowana wiele tysięcy lat temu na szczycie góry Druma, bardzo aktywnego wulkanu, który uniemożliwiał zamieszkanie nad zatoką Terlando, dopóki krasnoludy nie okiełznały go, budując Drumindor. To naprawdę genialne osiągnięcie inżynieryjne. Nie dość, że dwie wieże bezpiecznie odprowadzają niszczycielskie gazy, zapobiegając wybuchowi, to jeszcze są w stanie wykorzystać to samo narastające ciśnienie geologiczne do wyrzucania stopionej lawy na wysokość setek stóp i zatapiania nieszczęsnych drewnianych statków, które mogłyby spróbować wtargnąć do zatoki.
– Zgadza się – przyznał Albert, wyraźnie pod wrażeniem.
– To mistrz tradycji na uniwersytecie w Sheridanie – wyjaśnił mu Hadrian.
– Ach. – Albert pokiwał głową. – Zdaniem lorda Byrona Drumindor to budowla użyteczności publicznej, podlegająca Zarządowi Portu. Lord Byron zawiaduje Zarządem Portu i odpowiada za Drumindor. Ostatnio mieli tam kłopoty z krasnoludami i lord Byron musiał zwolnić bardzo wielu tych, którzy pracowali w twierdzy. Jeden niezadowolony jegomość nazwiskiem Gravis Berling szczególnie się zdenerwował i lord Byron uważa, że może planować zemstę.
– Skoro ten lord Byron jest szefem Zarządu Portu, to pewnie dysponuje małą armią? – zapytał Royce. – Po co mu jeszcze my?
– Prawdziwą władzę ma tam trójka kupców znana jako Triumwirat. To oni wyznaczyli lorda Byrona na jego stanowisko. Najwyraźniej lord Byron przedstawił im swoje obawy i Nieświęta Trójca, jak niektórzy ich przezywają, odmówiła przedsięwzięcia jakichkolwiek kroków. Lord Byron nie jest głupcem. Wie, że zostanie pociągnięty do odpowiedzialności, jeśli cokolwiek się wydarzy, więc pragnie wykupić polisę ubezpieczeniową w postaci Riyrii.
– Dlaczego Triumwirat niczego nie zrobi? – zapytał Hadrian.
Albert odął lekceważąco usta.
– To tylko jeden krasnolud i w dodatku stary. Biedak stracił pracę, więc poprzysiągł zemstę przy kieliszku w miejscowym pubie. Jednak co może zrobić jeden krasnolud z mającą kilka tysięcy lat twierdzą?
– W porządku – zgodził się Royce. – Ale czego konkretnie oczekuje od nas lord Byron?
– Pewnie chce, żebyście znaleźli tego Gravisa i przypilnowali, upewnili się, że niczego nie planuje.
– A gdyby planował?
– Cóż… – Albert spojrzał zmieszany na Gwen i Arcadiusa. – Wszyscy wiemy, jaki masz stosunek do krasnoludów, Royce. Dlatego pomyślałem, że spodoba ci się to zadanie. A zważywszy, że to służba publiczna na zlecenie administratora Delgoskiego Zarządu Portu, nie złamiesz nawet prawa, co, z kolei, uznałem, przypadnie do gustu Hadrianowi. No i nic nie przebije lokalizacji. Tur Del Fur to jedno z najcudowniejszych miast na świecie. Ludzie przybywają tam ze wszystkich stron świata. Tak wielu nabrało tego zwyczaju, że zaczęto ich nazywać turystami.
– Dlaczego jest tak popularne? – zaciekawiła się Gwen.
– Po pierwsze, nie pada tam śnieg. Ponieważ Tur Del Fur znajduje się na południowym krańcu Delgosu i jest ogrzewane przez ciepłe prądy caliskie, które oblewają wybrzeże, panuje tam wiecznie lato. Wszędzie rosną tropikalne rośliny i powiewa chłodna oceaniczna bryza. A ponieważ to republika, znajdziesz tam jedne z najlepszych jadłodajni, pubów i lokali rozrywkowych na świecie.
– Ale to jest praca, nie wakacje – powiedział Royce.
– Zależy, jak na to patrzeć.
– To będzie zależało od tego, ile gotowy jest zapłacić lord Byron.
– To ciekawa kwestia. – Albert wyprostował się przed swoim stosikiem złotych monet, a potem się pochylił. – Wyłoży tylko sześćdziesiąt złotych tenentów, ale…
– Sześćdziesiąt? – Royce się wzdrygnął. – Tur Del Fur znajduje się daleko od Medfordu, a podróż kosztuje. Karma dla koni więcej kosztuje o tej porze roku. Ile czasu mamy tam zostać i pilnować tego gościa? Możemy utknąć w tym miejscu na kilka miesięcy. To ogromne wydatki, a Tur Del Fur robi wrażenie drogiego miejsca.
– I rzeczywiście jest drogie. I dlatego zażądałem, żeby pokrył także wszystkie wasze wydatki.
– Tak?
Albert się uśmiechnął.
– Jak myślisz, w jaki sposób przetrwałem tyle lat jako arystokrata bez ziemi?
– Sprzedawałeś ubrania, żeby kupić alkohol – zauważył Hadrian.
– Owszem, ale to był szczególnie trudny dla mnie okres. Przedtem przez całe lata żyłem dzięki szczodrości ludzi bogatych. Szczerze mówiąc, te kilka złotych monet, jakie rzucają Riyrii, to nic w porównaniu z tym, ile można zgarnąć, domagając się zwrotu wydatków. Z nieznanego powodu powszechnie wiadomo, że skąpy baron albo książę, który wyśmiałby pomysł zapłacenia uczciwej stawki swojemu pracownikowi, jest gotowy wydać fortunę, byle wykazać się swoją hojnością, gdy podejmuje tych, którzy mu służą.
– Dlaczego?
– Honor. – Albert wypowiedział to słowo takim tonem, jakby to był żart. – Jeśli arystokrata ci płaci, to jesteś jego człowiekiem. To, co robisz i jak to robisz, odzwierciedla jego pozycję. Tacy jak lord Byron byliby zawstydzeni, gdyby jego ludzie chodzili w brudnych szmatach albo zatrzymali się w podłej norze. To by sugerowało, że jest biedny albo skąpy. Poza tym istnieje stara tradycja gościnności i hojności, która, chociaż nie rozciąga się na uczciwą płacę, wymaga, żeby gości, nawet pracujących na zlecenie, traktować jak członków rodziny królewskiej. W świecie arystokracji reputacja jest walutą. To kluczowe, żeby spostrzegano cię jako hojnego i dotrzymującego słowa. A lord Byron, chociaż obecnie mieszka w Republice Delgosu, jest staroświeckim arystokratą, świeżo przeflancowanym z Maranonu. Tak jak ja stracił rodzinne ziemie, ale w przeciwieństwie do mnie posiada umiejętności i ciężko pracuje. Lord Byron zdał sobie sprawę, że może dorobić się fortuny, służąc kartelowi kupieckiemu w Delgosie, jeśli przełknie dumę. I miał rację. Mimo to widzę, że opłakuje utratę swojego arystokratycznego dziedzictwa. Nadal posługuje się tytułem „lord” w miejscu, gdzie to bardziej szkodzi, niż pomaga. Jednym słowem, możemy nie wrócić z tej roboty z iście smoczym ładunkiem skarbów, żeby zabezpieczyć się na starość, ale czekają nas cudowne darmowe wakacje.
– Nas? – zapytał Royce.
Albert znowu się zmieszał.
– Pozwoliłem sobie wyjaśnić, że w Tur Del Fur zjawi się nie tylko wasza wesoła dwójka. Zaznaczyłem, że taka operacja wymaga dodatkowego wsparcia.
– Co oznacza ciebie – powiedział Hadrian.
– Oczywiście. Będziecie potrzebować pośrednika, który skontaktuje się z lordem Byronem, załatwi wam lokum, będzie składał raporty, przekazywał nowiny, odbierze należność po zakończeniu zadania. I widzieliście tutejszą pogodę? – Albert wskazał za okna, gdzie zaczęło mocniej śnieżyć. – Moje wątłe zdrowie wynikłe z błękitnej krwi nie zniesie tak surowych warunków.
– Wspaniale – orzekł Arcadius. – Myślę, że wszyscy powinniśmy pojechać. Powiedz mi, Gwendolyn, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz wyjechałaś z Medfordu?
Pytanie ją zaskoczyło. Zaszokował ją fakt, że w ogóle została uwzględniona w dyskusji.
– Nie wyjeżdżałam, odkąd tu trafiłam wiele lat temu.
