Drumindor. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 5 - Michael J. Sullivan - ebook + książka

Drumindor. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 5 ebook

Michael J.Sullivan

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Witajcie w piątym tomie Kronik Riyrii autorstwa Michaela J. Sullivana, bestsellerowego pisarza według list New York Times i USA Today.

Kiedy krasnoludzki mistrz w swoim fachu zostaje wyrzucony z pracy i grozi zemstą, spółka łotrzyków do wynajęcia, znana jako Riyria, zostaje zatrudniona, by go powstrzymać. Wyprawa do rajskiego kurortu Tur Del Fur w połączeniu z hojnym dodatkiem na pokrycie kosztów oraz prostym zadaniem do wykonania sprawiają, że ta praca zamienia się w wakacje. Byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że niezadowolony pracownik nosi nazwisko Berling, a celem jego gniewu są legendarne wieże Drumindoru. Wydanie w szacie graficznej, wizualnie pasującej do tomów z poprzednich lat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 662

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Dru­min­dor

Copy­ri­ght © 2024 by Michael J. Sul­li­van Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Bar­tosz Szpojda Ilu­stra­cja na okładce: Domi­nik Bro­niek Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Dark Crayon

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

ISBN 978-83-68919-75-2 War­szawa 2026

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227 335 010 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Lady Mac­beth,która – zanim tra­fiła do nas –wio­dła samotne życie porzu­co­nej istotyi która na pewien czas zna­la­zła szczę­ście w naszym domu.

Nie­stety znik­nęła i myśle­li­śmy,że już ni­gdy wię­cej jej nie zoba­czymy.Tydzień póź­niej nie­spo­dzie­wa­nie, wbrew wszel­kim nadzie­jom,zdo­łała wró­cić i umarła w ramio­nach tej osoby,którą naj­bar­dziej kochała.

Zawsze już będzie nam cie­bie bra­ko­wać, Mac­kie.

Od autora

Kiedy w 2010 roku ukoń­czy­łem serię Odkry­cia Riy­rii, byłem gotowy zosta­wić za sobą Royce’a, Hadriana i cały świat Elanu. Była to w końcu tylko jedna histo­ria, a nie życiowe powo­ła­nie. Do tej pory pew­nie już usły­sze­li­ście, że moja żona, Robin, narze­kała, że chce spę­dzić wię­cej czasu z miło­ścią swo­jego życia – Hadria­nem. Nie podo­bało jej się, że sta­ną­łem mię­dzy nimi. Chciała wię­cej, a ja nie zamie­rza­łem uła­twiać jej romansu z innym męż­czy­zną. Gdy wydaw­nic­two Orbit przy­go­to­wy­wało się do ponow­nego wyda­nia serii Odkry­cia Riy­rii, musia­łem usu­nąć wer­sje, które wyda­łem wła­snym sump­tem. W rezul­ta­cie przez kilka mie­sięcy nie mia­łem żad­nych ksią­żek w sprze­daży. Robin uznała to za mar­ke­tin­gową wpadkę i posta­no­wiła wypeł­nić tę lukę opo­wia­da­niem, które miało pro­mo­wać ponowne wyda­nie serii. Innymi słowy namó­wiła mnie do napi­sa­nia opo­wia­da­nia The Visco­unt and the Witch. Napi­sa­łem je, ponie­waż uwa­ża­łem, że to przy­zwo­ita, zamknięta całość, opo­wia­da­jąca o tym, jak Royce i Hadrian poznali Alberta Win­slowa, co miało miej­sce w dru­gim roku ich współ­pracy. Uzna­łem, że to dobry począ­tek powie­ści i zaczą­łem zasta­na­wiać się, czy nie napi­sać ciągu dal­szego tej histo­rii.

W tam­tym cza­sie nowa powieść, nad którą pra­co­wa­łem, Anti­the­sis, zapo­wia­dała się na porażkę, więc zaczą­łem pisać Różę i Cierń – The Rose and Thorn. Nawia­sem mówiąc, ofi­cjalny tytuł – The Rose and the Thorn – został wybrany przez wydaw­nic­two Orbit z powo­dów, któ­rych ni­gdy do końca nie zro­zu­mia­łem i z któ­rymi się nie zgo­dzi­łem, ale nie mia­łem w tej kwe­stii nic do powie­dze­nia. W każ­dym razie, zanim ją skoń­czy­łem, zda­łem sobie sprawę, że to głu­pio pisać o dru­gim roku współ­pracy, nie przed­sta­wia­jąc pierw­szego. Pomy­śla­łem, że nie mam wyj­ścia: muszę opi­sać histo­rię powsta­nia Riy­rii. Odło­ży­łem więc Różę i Cierń i napi­sa­łem Wieżę Koronną, a potem wró­ci­łem do skoń­cze­nia tego, od czego zaczą­łem. Moja żona była szczę­śliwa, nawet jeśli wydaw­nic­two Orbit nie­szcze­gól­nie – nie lubią tam pre­qu­eli i pró­bo­wano by mnie znie­chę­cić do pisa­nia, gdyby wie­dzieli, czemu poświę­cam czas. Ci, któ­rzy mnie znają, wie­dzą, że ta roz­mowa nie skoń­czy­łaby się dobrze.

Po ukoń­cze­niu tych dwóch powie­ści wresz­cie mogłem porzu­cić Elan i gatu­nek fan­tasy, żeby zająć się innymi rodza­jami pisar­stwa, widzi­cie bowiem, że ni­gdy nie pla­no­wa­łem zostać pisa­rzem fan­tasy.

Tyle że nie mogłem uwol­nić się od Elanu. Jesz­cze nie.

Czu­łem się zobo­wią­zany do opo­wie­dze­nia prawdy o prze­szło­ści Elanu i roz­po­czą­łem sze­ścio­to­mową serię Legendy Pierw­szego Impe­rium (kolejny cykl pre­qu­eli), którą chciało opu­bli­ko­wać wydaw­nic­two Pen­guin Ran­dom House. Jed­nakże mię­dzy pla­no­waną datą pre­miery Epoki mitu a wyda­niem ostat­niej książki o Riy­rii minę­łyby ponad cztery lata, a zgod­nie z nową umową z wydaw­nic­twem Pen­guin Ran­dom House nie mogłem opu­bli­ko­wać kolej­nej powie­ści o Ela­nie, dopóki ich książki nie ukażą się na rynku. To ozna­cza­łoby rok 2021, czyli minę­łoby pra­wie dzie­sięć lat od Róży i Cier­nia, zanim kto­kol­wiek ponow­nie usły­szałby o Roy­sie i Hadria­nie. To byłoby zde­cy­do­wa­nie zbyt długo. Wtedy Robin wpa­dła na pomysł, żebym opu­bli­ko­wał nową książkę o Ela­nie, nim zacznie obo­wią­zy­wać umowa.

– Jak szybko potra­fisz napi­sać nową histo­rię o Riy­rii? – zapy­tała.

Oka­zało się, że odpo­wiedź brzmi: w sześć­dzie­siąt osiem dni. Książka Śmierć Dul­gath została opu­bli­ko­wana pod koniec 2015 roku, zale­d­wie kilka mie­sięcy przed Epoką mitu.

Po ukoń­cze­niu Legend Pierw­szego Impe­rium, kiedy cze­ka­łem na wyda­nie ksią­żek, bawi­łem się pomy­słem stwo­rze­nia serii „powie­ści pomo­sto­wych”, które wypeł­ni­łyby ogromną lukę mię­dzy Legen­dami a Riy­rią. W ten spo­sób powstał cykl The Rise and Fall, ale praca nad nim znowu ozna­cza­łaby długą lukę mię­dzy opo­wie­ściami o Riy­rii, więc zro­bi­łem sobie prze­rwę i napi­sa­łem Znik­nię­cie córki Win­tera. Następ­nie, z powodu zmiany poli­tyki wydaw­nic­twa Pen­guin Ran­dom House (wyma­ga­ją­cej zacho­wa­nia praw do audio­bo­oków, które już sprze­da­li­śmy), nie mogli­śmy wydać u nich ostat­nich ksią­żek z serii Legendy Pierw­szego Impe­rium. Co wię­cej, podział wypadł dość nie­zręcz­nie (cztery u nich i dwie u nas). Ponie­waż ten kon­kretny cykl bar­dziej przy­po­mi­nał dwie ści­śle powią­zane ze sobą try­lo­gie, Robin zdo­łała odzy­skać prawa do Epoki legendy i przy­wró­cić rów­no­wagę: trzy do trzech. Szczę­śli­wym efek­tem ubocz­nym tych rene­go­cja­cji było wyda­nie Znik­nię­cie córki Win­tera w limi­to­wa­nej edy­cji już w 2017 roku.

A cały ten wywód spro­wa­dza się do stwier­dze­nia, że ostat­nia książka o Riy­rii została wydana sie­dem lat temu. Bio­rąc to pod uwagę, czy warto było poświę­cić czas na napi­sa­nie kolej­nej? Czy kto­kol­wiek na­dal inte­re­so­wał się Royce’em i Hadria­nem? Czy komu­kol­wiek zale­żało?

Zada­łem to pyta­nie w kilku poprzed­nich książ­kach i poda­łem swój adres e-mailowy, aby uzy­skać odpo­wiedź. Kilka osób poświę­ciło czas, żeby napi­sać. Oto nie­które z ich wypo­wie­dzi:

„Podobno w przed­mo­wach do swo­ich ksią­żek pytasz, czy chcemy kolej­nych powie­ści. Chcę tylko powie­dzieć: Tak! Wię­cej Royce’a i Hadriana. Pro­simy!”.

„Twoje książki z tymi boha­te­rami są wspa­niałe! Popro­si­łeś, żeby czy­tel­nicy dali ci znać, jeśli chcą wię­cej. Ja chcę wię­cej!”.

„Jestem świeżo po Śmierci Dul­gath i z całą pew­no­ścią mogę prze­czy­tać jesz­cze sto kolej­nych przy­gód Hadriana i Royce’a”.

„Zasta­na­wiam się, czy są jakieś now­sze przy­gody Hadriana i Royce’a. Tęsk­nię za tymi face­tami”.

Nade­szły setki innych podob­nych komen­ta­rzy, co spra­wiło, że pomy­śla­łem, że może… być może… nad­szedł czas, by napi­sać kolejną powieść.

Poja­wił się jesz­cze jeden czyn­nik, który wpły­nął na powsta­nie tej powie­ści. Czy­tel­nicy, któ­rzy wła­śnie skoń­czyli cykl Legendy Pierw­szego Impe­rium oraz trzy książki z cyklu The Rise and Fall byli nieco zestre­so­wani. Stawka wzro­sła, a dra­mat był… cóż… bar­dziej dra­matyczny. A po dro­dze wiele serc zostało zła­ma­nych, i to wię­cej niż jeden raz. Czy­tel­nicy potrze­bo­wali wytchnie­nia i pro­sili o coś zabaw­nego, coś bar­dziej „z życia wzię­tego”, co nie wią­za­łoby się z poten­cjal­nym koń­cem świata albo śmier­cią uko­cha­nego boha­tera. Marzyły im się stare, dobre waka­cje z Riy­rią. Ni­gdy nie piszę w odpo­wie­dzi na zapo­trze­bo­wa­nie czy­tel­ni­ków. Zawsze pisa­łem tylko te histo­rie, które sam chcę czy­tać – tak jest naj­le­piej, naprawdę. Pisa­nie dla innych spra­wia, że czas spę­dzony przy kla­wia­tu­rze to mor­dęga zamiast rado­ści, ale…

Jest jeden czy­tel­nik – czy­tel­niczka, która potrafi wpły­nąć na moje decy­zje. A ona chciała, wręcz potrze­bo­wała odro­biny rado­ści w tych trud­nych cza­sach. Posta­no­wi­łem więc napi­sać ksią­żeczkę, która zaspo­ko­iłaby pra­gnie­nie mojej żony, żeby spę­dzić tro­chę czasu z dwiema posta­ciami, które uwiel­bia: Royce’em i Hadria­nem.

Kło­pot w tym, że ci dwaj nic na to nie pora­dzą, że zawsze ładują się w jakąś kabałę.

Oto więc Dru­min­dor, kolejna histo­ria, któ­rej zakoń­cze­nie wielu już zna. Zaczęła się jako zabawna, bez­tro­ska przy­goda, a z cza­sem prze­ro­dziła się w coś znacz­nie wię­cej, w coś zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nego, i mam nadzieję, że Wam się spodoba.

Ale nim zacznie­cie, mam pewne ogło­sze­nie… posłu­chaj­cie, pro­szę.

Michael J. Sul­li­van

wrze­sień 2024

Projekt The Cycle

Wraz z zakoń­cze­niem serii The Rise and Fall oraz wyda­niem Dru­min­doru nie­któ­rzy z was zaczęli pytać: „Co dalej?”. I nie dość, że pyta­li­ście, to jesz­cze suge­ro­wa­li­ście.

Nie­któ­rzy z was chcieli poznać histo­rię Pierw­szej Wojny, inni wcze­sne lata życia Royce’a i Hadriana. Cho­ciaż po wyda­niu Róży i Cier­nia, kiedy prze­ko­na­li­ście się, jaki daw­niej był Royce, takich próśb poja­wia się mniej. Jed­nakże naj­czę­ściej dopra­sza­li­ście się o książki roz­gry­wa­jące się po serii Odkry­cia Riy­rii. Żeby zro­zu­mieć, dla­czego opie­ra­łem się temu pomy­słowi, musi­cie dowie­dzieć się, jak piszę swoje książki.

Nie jestem fanem opo­wie­ści, które zaczy­nają się fan­ta­stycz­nie, a potem szybko tracą roz­pęd z każdą kolejną czę­ścią. Zazwy­czaj dzieje się tak, ponie­waż autor od razu ujaw­nia wszyst­kie swoje naj­lep­sze pomy­sły, żeby zdo­być czy­tel­ni­ków. Ja tak nie robię. Kiedy zaczy­na­łem Odkry­cia Riy­rii, wąt­pi­łem, czy cokol­wiek z tego zosta­nie wydane, więc nie mar­twi­łem się tym, czy od razu zro­bię wiel­kie wra­że­nie. Zamiast tego zacho­wa­łem naj­bar­dziej sma­ko­wite kąski na koniec. W rezul­ta­cie ostat­nia książka z tego cyklu oka­zała się naj­lep­sza – zgod­nie z zamie­rze­niem – głów­nie dla­tego, że była kul­mi­na­cją wszyst­kiego, co wyda­rzyło się wcze­śniej. Wie­dząc, że nie zdo­łam tego prze­bić, nawet nie pró­bo­wa­łem.

Sama kon­cep­cja była dla mnie nie­po­jęta. Jak mogłem pod­nieść stawkę jesz­cze bar­dziej? Jak mógł­bym spra­wić, żeby punkt kul­mi­na­cyjny stał się jesz­cze bar­dziej dra­ma­tyczny? Wątek toczący się przez całą serię został już zamknięty i zwy­czaj­nie nie dało się prze­bić Per­ce­pli­quis. Żeby to osią­gnąć, potrze­bo­wał­bym więk­szego, głęb­szego i jesz­cze bar­dziej nad­rzęd­nego wątku fabu­lar­nego: jesz­cze wyż­szej stawki, więk­szej liczby postaci i potęż­niej­szego finału. Nie zda­jąc sobie z tego sprawy, ludzie pro­sili mnie o ni mniej, ni wię­cej jak stwo­rze­nie zupeł­nie nowej serii poświę­co­nej powsta­niu świata i impe­rium novroń­skiego. A potem musiał­bym stwo­rzyć kolejną serię, która łączy­łaby te książki z opo­wie­ściami o Riy­rii. I robiąc to wszystko, musiał­bym jakoś pod­sy­cać rosnącą chęć – nie, despe­racką potrzebę – ze strony czy­tel­ni­ków, żeby dowie­dzieć się, jak to wszystko się skoń­czy.

A to, drogi przy­ja­cielu, jest po pro­stu sza­leń­stwem.

Można by argu­men­to­wać, że nie jestem do końca roz­sądny, ponie­waż dokład­nie to zro­bi­łem, poświę­ca­jąc dekadę na pisa­nie Legend Pierw­szego Impe­rium i The Rise and Fall. To przed­się­wzię­cie, któ­rego zwień­cze­niem była publi­ka­cja powie­ści Fari­lane i Esra­had­don, spra­wiło, że poja­wił się nowy kan­dy­dat do miana naj­czę­ściej zgła­sza­nej suge­stii: chcie­li­ście wie­dzieć, co sta­nie się z Turi­nem.

Pod pew­nymi wzglę­dami to było dobre, bo w końcu o to wła­śnie cho­dziło – żeby obu­dzić w moich czy­tel­ni­kach głód cze­goś więk­szego. Nie­stety to też przy­po­mina sytu­ację, kiedy zwra­casz na sie­bie uwagę wszyst­kich, prze­chwy­tu­jąc mikro­fon na weselu. Publika ocze­kuje, że powiesz coś war­tego uwagi, a oka­zuje się, że poło­że­nie fun­da­men­tów było naj­ła­twiej­szą czę­ścią wyzwa­nia.

Prze­szkody oka­zały się przy­tła­cza­jące. Musiał­bym wymy­ślić coś cał­kiem nowego i gładko połą­czyć to z aspek­tami Elanu zna­nymi wcze­śniej tylko mnie. Musia­łem też powią­zać dwa­dzie­ścia ksią­żek w jedną spójną całość, zacho­wu­jąc jed­no­cze­śnie usta­lone zasady i prawa mojego świata – co ozna­czało, że nie mogłem oszu­ki­wać. Te z góry usta­lone, nośne ściany, któ­rych nie można prze­nieść ani usu­nąć, utrud­nia­łyby mi, o ile nie cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wiły, stwo­rze­nie arcy­dzieła, które mogłoby spró­bo­wać prze­bić Per­ce­pli­quis. Z tego powodu nie wie­dzia­łem, czy to, co mia­łem nadzieję stwo­rzyć, jest w ogóle moż­liwe.

W obli­czu tego wręcz nie­wy­ko­nal­nego zada­nia postą­pi­łem tak, jak postą­pi­łaby każda nor­malna osoba na moim miej­scu. Powo­ła­łem komi­sję zło­żoną z wysoce wykwa­li­fi­ko­wa­nych eks­per­tów od świata Elanu i pole­ci­łem im oce­nić, czy warto w ogóle roz­wa­żać pod­ję­cie się takiego pro­jektu. Tak powstała komi­sja zwana The Explo­ra­tory Com­mit­tee, a bio­rąc pod uwagę wyma­ga­nia konieczne do zasia­da­nia w tak sza­no­wa­nym ciele dorad­czym, TEC oka­zała się komi­sją jed­no­oso­bową. Zasia­dłem w niej tylko ja.

23 lutego 2022 roku TEC weszła do pomiesz­cze­nia badaw­czo-roz­wo­jo­wego, do któ­rego drzwi zostały zabite gwoź­dziami. Od ponad dwóch i pół roku komi­sja obra­duje w tajem­nicy. Ostat­nio jed­nak poja­wiło się kilka prze­cie­ków – zarówno dobrych, jak i złych. Naj­gor­sze jest chyba to, że „Pro­jekt” nie może docze­kać się zie­lo­nego świa­tła, dopóki nie zostaną napi­sane wszyst­kie konieczne książki. Nie lubię obie­cy­wać cze­goś, czego osta­tecz­nie mogę nie zro­bić, więc nic nie obie­cuję. Naj­lep­szą wia­do­mo­ścią jest to, że „Pro­jekt” został ofi­cjal­nie prze­mia­no­wany na: The Cycle. Nie doszłoby do tego, gdyby komi­sja nie pokła­dała dużej wiary w pro­jekt, ponie­waż nada­nie cze­muś nazwy ma moc tchnię­cia w to życia.

Ponie­waż Dru­min­dor może być ostat­nią powie­ścią, jaką opu­bli­kuję w ciągu kilku naj­bliż­szych lat, przez pewien czas nie będziemy mieli oka­zji do tych małych poga­wę­dek. W związku z tym chcę dać wam moż­li­wość śle­dze­nia postę­pów w pro­jek­cie The Cycle. Może­cie to robić, odwie­dza­jąc naszą stronę inter­ne­tową pod adre­sem bit.ly/the-cycle lub zaglą­da­jąc na ser­wer Discorda pod adre­sem bit.ly/cycle-discord. Za ich pośred­nic­twem będziemy sta­rać się infor­mo­wać was na bie­żąco o wszel­kich istot­nych zmia­nach.

Towarzysze w lekturze

Czy pod­czas czy­ta­nia lub słu­cha­nia książki Micha­ela J. Sul­li­vana zda­rzyło wam się kie­dyś, że po zakoń­cze­niu roz­działu lub sceny chcie­li­ście z kimś o tym poroz­ma­wiać, ale zda­li­ście sobie sprawę, że nie zna­cie nikogo, kto by też ją czy­tał? Czy zda­rzyło wam się, że aż was skrę­cało, tak bar­dzo chcie­li­ście podzie­lić się jakąś teo­rią? Albo potrze­bo­wa­li­ście, żeby ktoś odpo­wie­dział wam na pyta­nia? A może po pro­stu wście­kli­ście się jak dia­bli z powodu śmierci uko­cha­nej postaci i szu­ka­li­ście kogoś, kto by was wysłu­chał, zro­zu­miał i oka­zał współ­czu­cie? Cóż, dzięki Discor­dowi ist­nieje wła­śnie takie miej­sce (bit.ly/elan­di­scord). Znaj­dzie­cie tam osobne kanały poświę­cone każ­dej z dwu­dzie­stu powie­ści Micha­ela osa­dzo­nych w Ela­nie. Aby łatwiej można było go zna­leźć, tym­cza­sowo prze­nie­śli­śmy kanał Dru­min­dor na szczyt listy (bit.ly/dru-start). Tam może­cie poroz­ma­wiać z innymi Sul­li­fa­nami, nie oba­wia­jąc się spo­ile­rów. Na kanale Dru­min­dor znaj­dzie­cie także:

news: ogło­sze­nia doty­czące pro­duk­cji i infor­ma­cje o pre­mie­rach. Michael może rów­nież powia­do­mić o wyda­rze­niach, w któ­rych weź­mie udział, i poin­for­mo­wać, do jakich miast się wybiera.

author-free-zone: kanał, na któ­rym może­cie oma­wiać kwe­stie, o któ­rych nie chce­cie, żeby wie­dzieli Michael lub Robin Sul­li­van.

ask-michael-or-robin: kanał, na któ­rym może­cie zada­wać pyta­nia auto­rowi lub „kobie­cie sto­ją­cej za książ­kami”, doty­czące wszyst­kiego, co nie jest zwią­zane z pisa­niem, na przy­kład na temat zama­wia­nia ksią­żek.

typos: jeśli zauwa­ży­cie błąd w książce, zgło­ście go, żeby został popra­wiony w następ­nych wyda­niach.

end-of-the‑book-discus­sion: miej­sce, w któ­rym nie ma miej­sca na spo­ilery, ponie­waż wszy­scy tam obecni prze­czy­tali już całą histo­rię.

A jeśli chce­cie nawią­zać kon­takt z innymi zago­rza­łymi czy­tel­ni­kami Sul­li­vana, ist­nieje rów­nież tęt­niący życiem i popu­larny ser­wer Riy­ria: strona zało­żona i pro­wa­dzona przez fanów ksią­żek Micha­ela. Autor czę­sto odwie­dza tę stronę, by podzie­lić się nowi­nami, ogło­sze­niami albo po pro­stu odpo­wie­dzieć na pyta­nia nur­tu­jące czy­tel­ni­ków. Znaj­dziesz ją tutaj: bit.ly/riy­ria-discord.

Aha, jesz­cze coś, co może wam się spodo­bać. Dla tych, któ­rzy chcie­liby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o Ela­nie i zwią­za­nych z tym świa­tem histo­riach, ist­nieje wspa­niały kanał na YouTube o nazwie Riy­ria Expla­ined; można go zna­leźć pod adre­sem bit.ly/riy­ria-expla­ined. Znaj­dzie­cie tam dogłębne ana­lizy popu­lar­nych tema­tów, ale zacho­waj­cie ostroż­ność. Cho­ciaż jego twórca stara się uni­kać spo­ile­rów, a przy­naj­mniej przed nimi ostrzega, łatwo się na nie natknąć.

Rozdział 1. Ostatni Berling

Roz­dział 1

Ostatni Ber­ling

– Przy­kro mi, Gra­vis – powie­dział naj­bar­dziej współ­czu­ją­cym tonem lord Byron, cho­ciaż z doświad­cze­nia wie­dział, że ten ton nie wystar­czy – ale z żalem muszę prze­ka­zać ci nie­przy­jemną nowinę: zosta­łeś zwol­niony z obo­wiąz­ków.

Kra­sno­lud stał przed lor­dem Byro­nem i wspa­nia­łym biur­kiem, potwor­nie nie pasu­jąc do wystaw­nego gabi­netu.

Pew­nie do żad­nego miej­sca by nie paso­wał, pomy­ślał lord Byron.

Kra­sno­lud nie miał nawet trzech stóp wzro­stu, włosy się­gały mu niżej kolan, a broda ocie­rała się o pod­łogę. Brwi, które wyra­stały na moc­nym łuku brwio­wym, wyglą­dały jak para zanie­dba­nych żywo­pło­tów, któ­rych ogrod­nik zmarł sto lat temu. Te brwi rzu­cały zło­wiesz­czy cień na jego twarz. Ogól­nie rzecz bio­rąc, Gra­vis Ber­ling wyglą­dał prak­tycz­nie jak wło­chaty stóg siana z parą żało­snych ślepi.

Z dru­giej strony oni wszy­scy tak wyglą­dają, nie­praw­daż? – pomy­ślał lord Byron.

– Nie rozu­miem, panie – powie­dział Gra­vis gło­sem typo­wym dla kra­sno­lu­dów: baso­wym i przy­po­mi­na­ją­cym zgrzyt kamie­nia.

Lord Byron nie­wiele wie­dział o kra­sno­lu­dach, cho­ciaż zatrud­niał ich małą armię. Jak wszy­scy sły­szał legendy, żarty w pubach i widy­wał je w przed­sta­wie­niach teatral­nych, gdzie zawsze grały zło­czyń­ców. Kra­sno­ludy nie­wąt­pli­wie paso­wały do takiej roli. Małe i wło­chate, prze­my­kały w mroku, czuły się jak u sie­bie w domu w pod­zie­miach, gdzie żaden roz­sądny czło­wiek w życiu by się nie zapu­ścił. Szczury były takie same i budziły w ludziach strach oraz nie­na­wiść. Ludzie, w któ­rych nie budziły obrzy­dze­nia, nale­żeli zwy­kle do tego rodzaju, który uwa­żał małe wło­chate stwo­rze­nia za milut­kie, jak te damy, które pró­bują się opie­ko­wać ranną wie­wiórką albo szo­pem. Jed­nak kra­sno­ludy nie były niczym takim. Nie były też rów­nie pro­ste jak nie­mile widziane gry­zo­nie. Kra­sno­ludy były nie­bez­pieczne, a ich nik­czemny wzrost tylko wpro­wa­dzał w błąd. Lord Byron widział raz, jak kra­sno­ludzki gór­nik zmiaż­dżył skałę gołą ręką. Uzbro­jeni w oskardy krew­niacy Gra­visa potra­fili prze­bić się przez kamień jak przez wysoką trawę. Nie dość, że były prze­ra­ża­jąco silne, to jesz­cze wytrzy­małe jak wilki i dłu­go­wieczne jak żół­wie. Według niektó­rych opo­wie­ści mogły prze­żyć pięć stu­leci. Lord Byron miał powody, żeby wie­rzyć, że w tych histo­riach kryje się prawda, bo sam Gra­vis miał spo­koj­nie ponad setkę. Lata uwi­dacz­niały się w liniach żło­bią­cych mu twarz, w głę­bo­kich doli­nach pod smęt­nymi oczami, w szorst­kiej siwiź­nie wszyst­kich jego wło­sów. Nie­które legendy suge­ro­wały wręcz, że kra­sno­ludy nie uro­dziły się z ciała i krwi, ale zostały stwo­rzone z kamie­nia. To dla­tego ich głosy zgrzy­tały tak nie­przy­jem­nie i dla­tego kra­sno­ludy nie miały żad­nych uczuć.

– Co ma pan na myśli, mówiąc o zwol­nie­niu z obo­wiąz­ków?

Lord Byron zmarsz­czył brwi roz­cza­ro­wany tą reak­cją. Udaje głupka, pomy­ślał. Naprawdę mia­łem nadzieję, że ina­czej się to poto­czy. Z dru­giej strony mia­łem też nadzieję, że minie mi poda­gra w lewym palcu stopy.

– Od tej chwili – wyja­śnił lord Byron – nie jesteś już pra­cow­ni­kiem Del­go­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu.

Kra­sno­lud zmru­żył oczy i zje­żył potworne brwi. Wyglą­dają jak zje­żone gąsie­nice niedź­wie­dziówki, pomy­ślał lord. Gąsie­nice potra­fią się jeżyć? Stro­szyć futro? To dla­tego nazy­wają je niedź­wie­dziów­kami? Wąt­pię.

– Co to zna­czy, panie? – dopy­ty­wał się dalej Gra­vis, naj­wy­raź­niej odgry­wa­jąc igno­ranta.

Lord Byron oparł się poku­sie prze­wró­ce­nia oczami. Miał za sobą długi dzień, z czego więk­szość zajęło mu zwal­nia­nie ponad dwóch tuzi­nów kra­sno­lu­dów. Mógł kazać, żeby zajął się tym bry­ga­dzi­sta, i teraz żało­wał, że tak nie zro­bił, ale uwa­żał, że pewne rze­czy należy zała­twiać w sto­sowny spo­sób. Del­gos był repu­bliką, a nie monar­chią. Pra­cow­nik miał prawo usły­szeć nowinę o zwol­nie­niu bez­po­śred­nio od swo­jego pra­co­dawcy.

– To zna­czy, że już tu nie pra­cu­jesz, Gra­vis. Otrzy­masz ostat­nie wyna­gro­dze­nie przy drzwiach, gdy będziesz wycho­dził.

Kra­sno­lud patrzył dalej, jakby nie rozu­miał po rhuń­sku. Kra­sno­ludy cza­sem tak robiły – uda­wały głu­pich, mam­ro­cząc coś pod nosem w swoim wła­snym języku.

– Ale… – Gra­vis rozej­rzał się po gabi­ne­cie. – Ja tu nie pra­cuję. Ja pra­cuję w Dru­min­do­rze, panie.

Lord Byron spo­dzie­wał się, że stary inży­nier okaże się pro­ble­mem. Gra­vis Ber­ling pra­co­wał dla Zarządu Portu dłu­żej niż kto­kol­wiek inny, dłu­żej nawet niż sam lord Byron. Dodat­kowo ist­niał pro­blem jego rodo­wego nazwi­ska. Podobno nie­jaki Andvari Ber­ling, pra­dawny kra­sno­lud, zapro­jek­to­wał i nad­zo­ro­wał budowę for­tecy. Lord Byron nie był co do tego prze­ko­nany, ale nie mógł tego wyklu­czyć. Wszystko jest moż­liwe, prawda? Gra­vis z pew­no­ścią uwa­żał, że to moż­liwe, i w jego gło­wie Dru­min­dor nale­żał do niego – sta­ro­żytna for­teca była jego dzie­dzic­twem. Dla­tego lord Byron nale­gał, żeby sta­rego inży­niera przy­pro­wa­dzono do biura jako ostat­niego. Wie­dział, że spo­tka­nie będzie nie­po­trzeb­nie wyczer­pu­jące i skoń­czy się sceną. Już nie mógł się docze­kać, kiedy wyna­gro­dzi to sobie fili­żanką her­baty i dłu­gim spa­ce­rem wzdłuż zatoki. Nic tak nie pomaga oczy­ścić myśli jak słone mor­skie powie­trze i kubek gorą­cego sali­fanu, zwłasz­cza z odro­biną świeżo wyci­śnię­tej cytryny. Fili­żanka her­baty zde­cy­do­wa­nie wymaga świe­żej cytryny, bo ina­czej jaki w tym sens?

Lord Byron nie lubił scen ani żad­nych innych nie­po­ko­jów. Był poukła­da­nym czło­wie­kiem, który budził się każ­dego ranka o wscho­dzie słońca, zawsze naj­pierw wkła­dał lewy but, a potem prawy, ni­gdy nie wycho­dził z domu bez kape­lu­sza i ręka­wi­czek. Zawsze nale­żało postę­po­wać, zacho­wu­jąc porzą­dek, a ser­cem i duszą porządku są utarte sza­blony. Ludzie tacy jak Gra­vis wno­szą… bała­gan. Kon­takty z nim bar­dzo przy­po­mi­nały prze­ty­ka­nie zapcha­nej rury gołą ręką. I gdyby przy­ci­snąć go w tej kwe­stii, lord Byron przy­znałby się do pew­nej nie­do­sko­na­ło­ści cha­rak­teru, jaką była skłon­ność do odkła­da­nia na póź­niej wszyst­kiego, co mogło oka­zać się przy­kre. Poin­for­mo­wa­nie Gra­visa Ber­linga, że nie będzie mógł dłu­żej zaj­mo­wać się swoim uko­cha­nym Dru­min­do­rem po ponad stu latach pracy, z całą pew­no­ścią okaże się nie­przy­jemne.

Lord Byron wes­tchnął poiry­to­wany, zanim powie­dział coś, o czym był prze­ko­nany, że Gra­vis dosko­nale wie, ale celowo udaje, że nie ma o tym poję­cia:

– Dru­min­dor sta­nowi część Del­go­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu, Gra­vis. Dla­czego uda­jesz tak ogra­ni­czo­nego?

Może nie­po­trzeb­nie użył słowa „ogra­ni­czony”. Lord Byron wąt­pił, żeby ktoś taki jak Gra­vis wie­dział, co ono zna­czy. Jed­nak bez względu na powód, kra­sno­lud nagle zaczął spra­wiać wra­że­nie, jakby prze­stał słu­chać. Mimo ubo­giego słow­nic­twa wia­do­mość dotarła do Gra­visa. Może potrze­bo­wała chwili, żeby prze­bić się przez ten gąszcz kudłów.

– Pra­co­wa­łem tam całe życie, ja… – Kra­sno­lud pogła­dził brodę, strze­la­jąc oczami na boki w nie­spre­cy­zo­wany, acz paniczny spo­sób.

Lord Byron widy­wał podobne zacho­wa­nie u męż­czyzn zbli­ża­ją­cych się do szu­bie­nicy. Gra­vis był prze­ra­żony, jak każdy w obli­czu bar­dzo nagłego końca dłu­giego życia.

– Ni­gdy nie mia­łem dzieci – wyznał kra­sno­lud. Nagle zaczął brzmieć, jakby bra­ko­wało mu powie­trza. – Jestem ostat­nim z Ber­lin­gów. Ostat­nim! Nie został już nikt z mojego klanu. Nie mam rodziny poza żoną, a ona… – Zawa­hał się, jakby nowa i strasz­liwa myśl prze­kro­czyła próg jego umy­słu. – Moja Ena jest chora! Bie­dac­two. Cho­ruje już od pew­nego czasu i jej stan się pogar­sza. Jak ja… Bez pracy będę musiał pła­cić czynsz za naszą cha­łu­pinę. Jeśli ją stracę, nie zosta­nie mi nic. Ni­gdzie nie znajdę zatrud­nie­nia, nie w tym wieku. – Popa­trzył na swoje ręce, jakby go zdra­dziły. – Co zro­bi­łem nie tak, panie? Przy­się­gam na waszego boga i na mojego, że wszystko napra­wię. Naprawdę. Zro­bię wszystko. Pro­szę. Pro­szę.

Lord Byron spo­dzie­wał się tego pyta­nia. Wszy­scy je zada­wali i za każ­dym razem odpo­wia­dał tak samo.

– To nie twoja wina, Gra­vis. Trium­wi­rat Admi­ni­stra­cyjny Tur Del Fur uznał, że w obli­czu ostat­nich nie­po­ko­jów dal­sza zgoda na to, by twoi pobra­tymcy zawia­dy­wali Dru­min­do­rem, sta­nowi… cóż, zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa mia­sta.

– Jakie nie­po­koje? I co ma pan na myśli, mówiąc o zagro­że­niu bez­pie­czeń­stwa? – Gra­vis wyglą­dał na zagu­bio­nego. – Ber­lin­go­wie… zbu­do­wali Dru­min­dor, panie. Ta… ta cała zatoka nie była zdatna do zamiesz­ka­nia, dopóki nie przy­był tu Andvari Ber­ling. Powiem panu, co jest zagro­że­niem: brak Ber­linga, który nale­ży­cie zająłby się sta­ruszką. To jest wła­śnie nie­bez­pieczne. Zwol­nie­nie mnie z obo­wiąz­ków, jak pan to ujął, jest nie­od­po­wie­dzialne, nie­bez­pieczne i sta­nowi abso­lutne zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa mia­sta.

– Mam świa­do­mość, że twój…

– Druma wybu­chała przez cały czas, do dia­ska, bucha­jąc chmu­rami popiołu i tru­ją­cych gazów, wypusz­cza­jąc stru­mie­nie lawy. Ta śliczna zatoczka była tru­jącą, śmier­cio­no­śną pułapką, zanim zbu­do­wa­li­śmy Dru­min­dor!

– Tak, dosko­nale rozu­miem…

– I jesz­cze byli piraci, Dac­cań­czycy i Ba Ran. Pusto­szyli te wybrzeża! Gdyby nie „moi pobra­tymcy”, nie byłoby Dru­min­doru, Tur Del Fur, żad­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu ani Trium­wi­ratu Admi­ni­stra­cyj­nego! Gdyby nie moi ludzie, ten gabi­net byłby dymią­cym kra­te­rem sto­pio­nej skały! Te wszyst­kie wasze śliczne skle­piki, kawia­renki, wyszynki i teatry w ogóle by nie ist­niały.

– To nie jest moja decy­zja, Gra­vis.

– Jest pan prze­wod­ni­czą­cym Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu! – Zgrzyt żwiru zamie­nił się w ryk lwa. – Wła­śnie pan powie­dział, że Dru­min­dor to część tego zepsia­łego Sto­wa­rzy­sze­nia.

– Tak, ale nie ja rzą­dzę kra­jem. Decy­zję pod­jął Trium­wi­rat. Jeśli się z tym nie zga­dzasz, zwróć się z pre­ten­sjami do nich.

Oto była tar­cza lorda Byrona. Ni­gdy dotąd nie myślał o tym w taki spo­sób, zanim nie został świad­kiem prze­miany Gra­visa z błęd­nego cza­ro­dzieja zęba­tek i prze­kładni w coś o wiele bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego. Raz jesz­cze lord Byron przy­po­mniał sobie, jak naga dłoń tam­tego gór­nika zamie­niła skałę w chmurkę pyłu, i przez chwilę się bał. Ręce Gra­visa, nawet jeśli stare, na­dal mogły posia­dać siłę wykra­cza­jącą daleko poza moż­li­wo­ści śmier­tel­nika.

– Pew­nie, to nie zależy od cie­bie. To nie zależy nawet od Nie­świę­tej Trójcy. Nawet gdyby chcieli, nie zmie­nią spo­sobu, w jaki ludzie myślą – powie­dział zre­zy­gno­wany Gra­vis, a potem spoj­rzał na wypo­le­ro­waną pod­łogę i pokrę­cił głową. – Jest tak samo jak zawsze, prawda? Myśle­li­śmy, że w repu­blice będzie ina­czej. Bez kró­lów, cesa­rzy, Kościoła. Po pro­stu wolni ludzie zajęci wła­snymi spra­wami. Nie­stety nic się nie zmie­niło. Zawsze jest tak samo. – Pod­niósł wzrok i prze­szył lorda Byrona spoj­rze­niem. – To ja powi­nie­nem zwal­niać cie­bie, was wszyst­kich. Dru­min­dor jest mój i żaden z was na niego nie zasłu­guje. Nie rozu­mie­cie jego języka, nie wie­cie nawet, jak działa. – Urwał i zamy­ślił się na chwilę, jakby nowy, potworny pomysł przy­szedł i zapu­kał do drzwi jego umy­słu. – A ja ow­szem.

Gra­vis Ber­ling spio­ru­no­wał wzro­kiem lorda Byrona i uśmiech poja­wił się pod wło­sami. Okropny, potworny uśmiech.

– W rze­czy samej, ja znam go dosko­nale.

– Musisz już wyjść – powie­dział lord Byron – i pamię­taj, jeśli spró­bu­jesz wró­cić do Dru­min­doru, zosta­niesz aresz­to­wany.

Gra­vis ski­nął głową i ruszył do drzwi. A potem zatrzy­mał się i, nie oglą­da­jąc się, powie­dział:

– Jeśli wrócę do Dru­min­doru, nie zosta­nie już nic, co można aresz­to­wać, i nikt, kto mógłby mnie aresz­to­wać.

Na długo po tym, jak kra­sno­lud wyszedł, lord Byron wpa­try­wał się w puste drzwi gabi­netu, sły­sząc echo tych słów. Wciąż go prze­śla­do­wały, jak nadej­ście pełni.

Rozdział 2. Interesy

Roz­dział 2

Inte­resy

Kiedy się obu­dziła i ujrzała Royce’a Mel­borna sto­ją­cego w mroku w nogach jej łóżka, lady Lil­lian Tra­val wytrzesz­czyła oczy, ale nie krzyk­nęła. Gdyby to zro­biła, Royce w oka­mgnie­niu pode­rżnąłby jej gar­dło, nie tyle z koniecz­no­ści, ile odru­chowo. I tak zja­wił się, żeby ją zabić, lecz powścią­gli­wość damy zapew­niła jej kilka dodat­ko­wych sekund życia. Wyko­rzy­stała je naj­le­piej, jak się dało.

– Cze­kaj! – powie­działa.

Rzu­ciła to jedno słowo pośpiesz­nie, ale cicho, nie­mal szep­tem, jakby współ­pra­co­wali w tym przed­się­wzię­ciu, zamiast być dra­pież­ni­kiem i zwie­rzyną.

Royce był pod takim wra­że­niem, że zro­bił, o co pro­siła. Miał ten luk­sus. Posia­dłość Tra­va­lów była prak­tycz­nie pusta. Lady Tra­val nie miała dzieci ani nawet zwie­rząt domo­wych, jej mąż wyje­chał w spra­wach służ­bo­wych. Na wszelki wypa­dek ode­słała też całą służbę i wszyst­kich straż­ni­ków. Lady Tra­val i Edmund chcieli zostać sami i w związku z tym kochan­ko­wie mieli do swo­jej dys­po­zy­cji całą posia­dłość. Royce’owi nie można było wyzna­czyć łatwiej­szej egze­ku­cji do prze­pro­wa­dze­nia. Lil­lian mogłaby wrzesz­czeć godzi­nami i nie zanie­po­ko­iłaby nikogo poza Edmun­dem, który twardo spał obok niej obró­cony na brzuch. Młody baron nie sta­no­wił więk­szego zagro­że­nia niż poduszka, na któ­rej leżał. Obie ofiary Royce’a leżały wycią­gnięte na mate­racu, bez­radne w wystaw­nej sypialni pani domu. Jasne księ­ży­cowe świa­tło uka­zy­wało war­stewkę potu na nagiej skó­rze. Oboje leżeli nadzy, zaplą­tani w sie­bie w rów­nym stop­niu jak w pościel.

To cie­ka­wość spra­wiła, że Royce się wstrzy­mał, i była to cie­ka­wość dwo­jaka. Po pierw­sze, był cie­kaw, jakim cudem roz­piesz­czona żona ary­sto­kraty i magnata floty han­dlo­wej zdo­łała zacho­wać przy­tom­ność umy­słu w takiej chwili. Po dru­gie, cie­kawiło go, co powie w następ­nej kolej­no­ści.

Co może powie­dzieć?

Spo­dzie­wał się roz­cza­ro­wa­nia. Praw­do­po­dob­nie powie coś w stylu „nie możesz tego zro­bić!”, co kłó­ci­łoby się w spo­sób oczy­wi­sty z fak­tami. Royce sły­szał takie słowa przy tych rzad­kich oka­zjach, kiedy jego cel miał oka­zję się ode­zwać. Mimo to lady zasko­czyła go swoim opa­no­wa­niem. To rzadko się zda­rzało. Czuł, że zasłu­żyła na ostat­nie zda­nie, nawet jeśli niczego ono nie zmieni.

A zmie­niło.

– Mogę ci wię­cej zapła­cić – oznaj­miła lady Tra­val.

Dobrze roze­grane, tylko cztery słowa.

Edmund poru­szył się.

– Co? Teraz mi pła­cisz? – zapy­tał wesoło, posa­pu­jąc sen­nie. – Zosta­łem twoją ladacz­nicą?

– Zamknij się, idioto! – wark­nęła Lil­lian, na­dal pil­nu­jąc się, żeby nie pod­nieść głosu.

– Dla­czego myślisz, że możesz wię­cej zapła­cić? – spy­tał Royce.

Na dźwięk jego głosu Edmond, prze­tur­lał się na plecy i zer­k­nął w ciem­ność. Minęła sekunda, zanim…

– Duch Novrona! – wrza­snął baron Sans­bury.

Na jego szczę­ście pani domu już roz­po­częła sto­sow­nie intry­gu­jące nego­cja­cje, żeby powstrzy­mać egze­ku­cję ich obojga.

– Bo znam mojego męża – odpo­wie­działa lady Tra­val, jakby Edmund w ogóle nie ist­niał. – To sknera. Gwa­ran­tuję, że mogę zapła­cić dwa razy wię­cej, niż zapro­po­no­wał.

– Kto to jest? – Edmund spio­ru­no­wał Royce’a wzro­kiem. – Lilly, o czym wy roz­ma­wia­cie?

– Och, Eddie, zamilcz, pro­szę, bo ina­czej oboje przez cie­bie umrzemy.

– Umrzemy? – Oczy mło­dzieńca gro­ziły wypad­nię­ciem z orbit, kiedy popa­trzył na nią, a potem na Royce’a.

– Dwa razy tyle? – spy­tał Royce. – To dosłowna pro­po­zy­cja czy tylko chcesz zro­bić wra­że­nie?

– Nie jestem pewna – odpo­wie­działa lady Tra­val. – Ile jest teraz warte życie szla­chet­nie uro­dzo­nej cudzo­łoż­nicy?

Royce stłu­mił uśmiech. Ni­gdy do tej pory nie spo­tkał lady Lil­lian Tra­val, ale znał ją od lat. Wyróż­niała się jako pierw­sza ofi­cjalna klientka Riy­rii. Cho­ciaż Royce nie był zwy­kle sen­ty­men­talny, doce­niał fakt, że pła­ciła szybko i dobrze. A jej mąż rze­czy­wi­ście był sknerą. Pani Tra­val zapła­ciła pięć­dzie­siąt tenen­tów za odzy­ska­nie jed­nego kol­czyka, zaś za podwójne mor­der­stwo żony i jej kochanka Hubert Tra­val był gotowy wyasy­gno­wać jedyne…

– Trzy­dzie­ści – odpo­wie­dział Royce.

– Zło­tych tenen­tów, mam nadzieję – powie­działa roz­cza­ro­wana, ale nie­zdzi­wiona lady.

– Tak.

– Naprawdę przy­szedł nas zabić? – zapy­tał Edmund. – Twój mąż…

– Milcz, Edmun­dzie! Niech cię dia­bli! Pró­buję ura­to­wać nam życie, nie­mą­dry dzie­ciaku!

Baron się skrzy­wił, zaskam­lał i pod­cią­gnął prze­ście­ra­dło. Edmund Wyberne, ósmy lord Sans­bury, był ładny, blady i żało­sny. Był bogaty i nie skoń­czył jesz­cze dwu­dziestki, ale zawsze był posępny jak czło­wiek ze strycz­kiem na szyi. Jego ojciec zmarł rap­tem kilka lat temu na suchoty – Białą Śmierć – zosta­wia­jąc Edmun­dowi ogromny spa­dek, w tym cho­robę, przez którą mło­dzie­niec był kru­chy, blady i w nie­wy­ja­śniony spo­sób atrak­cyjny dla kobiet. Naj­wy­raź­niej damy miały sła­bość do tru­pów.

– Zatem sześć­dzie­siąt – oznaj­miła Lil­lian.

– Masz tyle tutaj?

– Tak.

– Cze­kaj! Nie możesz ufać wyna­ję­temu mor­dercy! – jęk­nął Edmund spod tar­czy wil­got­nego prze­ście­ra­dła, które przy­su­nął do twa­rzy. – Dla­czego miałby nas nie zabić i nie ukraść pie­nię­dzy, a potem nie ode­brać nagrody od Huberta?

Lady Tra­val prze­wró­ciła oczami.

– Wtedy mój mąż zorien­to­wałby się, że doszło do kra­dzieży, a to byłoby… złe dla inte­re­sów, prawda? Nikt wię­cej nie wyna­jąłby go, gdyby wieść się roze­szła, a z pew­no­ścią tak by się stało. Tak pikantna plo­teczka roz­nio­słaby się wśród ary­sto­kra­cji, jak woda roz­lewa się po pła­skim kamie­niu.

– Mówisz poważ­nie?! – wykrzyk­nął Edmund. – Spo­dzie­wasz się, że…

– Jeśli jed­nak zapłacę – powie­działa lady, patrząc na Royce’a – przed­sta­wię powód znik­nię­cia pie­nię­dzy. Będę musiała, bo ina­czej musia­ła­bym przy­znać się przed mężem, że go zdra­dzam, co już podej­rzewa, jak bole­śnie dowo­dzi twoja obec­ność. Mam nadzieję, że nie zosta­łeś wyna­jęty po pro­stu, żeby mnie zabić, ale mia­łeś pode­rżnąć mi gar­dło, tylko jeśli zasta­niesz mnie dziś z kimś w łóżku, prawda?

Royce ski­nął głową.

– Zatem możesz po pro­stu powie­dzieć, że byłam sama, prawda? Z punktu widze­nia mojego męża wyko­na­łeś swoje zada­nie. Kiedy już ci zapłaci, odej­dziesz, mając trzy razy wię­cej pie­nię­dzy, niż ci obie­cano. I nie pobru­dzisz ubra­nia krwią, nie będziesz musiał oglą­dać się dzi­siaj przez ramię. Co na to powiesz?

***

Royce wyszedł fron­to­wymi drzwiami posia­dło­ści Tra­va­lów i szedł przez oświe­tlone księ­ży­cem, pokryte śnie­giem ogrody, czu­jąc się dobrze i jed­no­cze­śnie nie w sosie. Przy­go­to­wał się na noc prze­mocy w sta­rym stylu, na powrót do dawno zanie­dba­nego rze­mio­sła, które go defi­nio­wało. Czuł, że jego talenty ule­gły przy­tę­pie­niu w ciągu ostat­nich lat współ­pracy z Hadria­nem Blac­kwa­te­rem. Jego part­ner zdo­łał zdła­wić sztukę Royce’a, ale ta noc była szansą zdra­pa­nia rdzy i powrotu do daw­nej formy. Ogrom­nie się ucie­szył, gdy Hadrian uznał pomysł zabi­cia kobiety za zbyt odra­ża­jący i posta­no­wił zostać w pobli­skim mia­steczku por­to­wym – Roe. Gdyby Royce wie­rzył w bogów, uznałby to za znak. O ile wcale nie rwał się do zabi­ja­nia – nie czer­pał z mor­do­wa­nia więk­szej przy­jem­no­ści niż rzeź­nik z uci­na­nia łbów kur­cza­kom – cie­szył się na myśl o swo­istym powro­cie do nor­mal­no­ści.

Nie czuł się sobą w ostat­nim cza­sie. Ogar­niały go napady tęsk­noty za daw­nymi bez­tro­skimi dniami krwi i rzezi. Wtedy wszystko było pro­ste. Wszystko miało sens. A teraz nic.

Ewi­dent­nie jestem chory, a ta cho­roba nazywa się Hadrian Blac­kwa­ter i… Gwen DeLancy.

Royce pomy­ślał, że tak musi się czuć ranny wilk, któ­rego przy­gar­nęła nic nie­wie­dząca, rwąca się do pomocy rodzina. Mieli dobre inten­cje, ale wilk powi­nien być dziki, a rodzina nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego kar­mie­nie i gła­ska­nie tylko go znisz­czy. Zbyt długo udo­ma­wiany biedny wilk zapo­mni, jak prze­trwać samot­nie.

Ten wie­czór powi­nien być moim powro­tem w dzicz. Wolny od ich wpły­wów powi­nienem świet­nie się bawić w poje­dynkę, ale… Zupeł­nie jakby świat sprzy­siągł się prze­ciwko mnie i sprzy­mie­rzył z nimi. Wkrótce nie będzie już żad­nego miej­sca dla mojego sta­rego ja. Co za żało­sny stan rze­czy.

Royce prze­szedł pod kamien­nym łukiem, ofi­cjal­nie opusz­cza­jąc ogród i posia­dłość Tra­va­lów. Zatrzy­mał się na chwilę, żeby zamknąć za sobą żela­zną bramę na zamek.

– Gdzież jest nasza księga? – roz­le­gło się pyta­nie.

W oka­mgnie­niu Royce uchy­lił się, usko­czył, wycią­gnął szty­let i sklął swoją opie­sza­łość. Rozej­rzał się za napast­ni­kiem w cie­niach nagich drzew rzu­ca­nych przez księ­życ na ośnie­żoną drogę, która pro­wa­dziła do mia­steczka.

Łatwo dało się wypa­trzyć męż­czy­znę. Ubrany w obszar­paną szarą pele­rynę stał przy ścieżce za bramą. Dłu­gie, rude włosy i szpi­cza­sta broda wycie­kły spod kap­tura i oka­lały twarz bled­szą nawet od obli­cza Edmunda – Barona u Progu Śmierci. Nie widać było żad­nej broni. Ręce trzy­mał opusz­czone wzdłuż boków.

– Nie zwle­kajże, zde­spe­ro­wa­nym jestem. Ukaż ją, bym wyzbył się prze­klę­tej zgrozy.

Royce dostrzegł świa­tło w oknie sypialni lady Tra­val. Par­ter, okno od frontu, droga szyba – ide­alne roz­wią­za­nie dla wścib­skiego pod­słu­chi­wa­cza albo – co gor­sza – dla szpiega.

Za późno na przy­pad­ko­wego gościa albo wędrow­nego min­strela, pomy­ślał Royce. Nie zja­wił się tu bez powodu. To albo bar­dzo pechowy intry­gant, albo ktoś, kto pra­cuje dla Huberta Tra­vala.

Royce uznał, że raczej to dru­gie, i zdzi­wił się, że stary baron wyka­zał się dosta­teczną inte­li­gen­cją, żeby wysłać cień, który pil­no­wałby wyna­ję­tego zabójcę. Cho­ciaż Royce był pod wra­że­niem, nie mógł na to pozwo­lić. Musiał ostrzec magnata han­dlo­wego, że nie pogrywa się z Riy­rią.

Poza tym już trzy­mał w ręku swój szty­let, Alver­stone, i to była jego noc.

Męż­czy­zna nawet się nie wzdry­gnął, kiedy szty­let wbił się w bok jego gar­dła. Szyja sta­wiała taki sam opór jak roz­go­to­wana mar­chewka i białe ostrze weszło tak głę­boko, że wynu­rzyło się po dru­giej stro­nie kap­tura. Ofiara osu­nęła się na zie­mię.

Royce przy­glą­dał się chwilę, upew­nia­jąc się, że ofiara nie żyje i że nie zna skądś tego trupa. A potem zosta­wił ciało.

Kiedy ruszył, zanie­po­ko­iły go dwie rze­czy.

Po pierw­sze, jeśli to był szpieg Huberta, to czemu się ujaw­nił? I czemu w tak dziwny spo­sób? „Gdzież jest nasza księga?” Royce zasta­na­wiał się chwilę i doszedł do oczy­wi­stego wnio­sku: prze­sły­szał się. Męż­czy­zna mówił z akcen­tem i pew­nie w ogóle nie mówił o książce. Może ist­nieje jakieś podobne słowo w innym języku, cali­skim albo alburń­skim. Tak wła­śnie brzmiał jego akcent. Może to było cali­skie słowo ozna­cza­jące pie­nią­dze, złoto albo coś podob­nego. Może widząc, jaką umowę Royce zawarł z lady Tra­val, i wie­dząc, że Royce nie­sie wore­czek złota, szpieg zamie­rzał zdra­dzić Huberta i zaszan­ta­żo­wać szan­ta­ży­stę.

Takie rozu­mo­wa­nie miało sens i uśmie­rzy­łoby nie­po­koje Royce’a, gdyby nie druga kwe­stia, trud­niej­sza do zby­cia. Royce wła­śnie dźgnął czło­wieka w szyję, z pew­no­ścią prze­ciął tęt­nicę albo żyłę, tyle że…

Gdzie jest krew?

Zwy­kle taki mord ozna­czał rap­towny wytrysk krwi. Lata prak­tyki spra­wiły, że Royce prze­wi­dy­wał takie rze­czy. Prze­su­nął się w bok, żeby się nie wybru­dzić. To zwy­kle wystar­czało, ale zawsze tro­chę krwi bry­zgało na dłoń z ostrzem. Jed­nak tym razem kostki miał czy­ste. Coś takiego było nie do pomy­śle­nia. W końcu to szty­let odwa­lił całą brudną robotę. I takie wyja­śnie­nie też usa­tys­fak­cjo­no­wa­łoby Royce’a, tyle że… Royce spoj­rzał na Alver­stone’a i w świe­tle księ­życa dostrzegł błysk czy­stego bia­łego ostrza.

***

Royce zna­lazł Hadriana w wio­sce, gdzie part­ner pił w tawer­nie pod Mary­no­waną Świń­ską Stopą. Nie było to trudne zada­nie. Na ile Royce się orien­to­wał, była to jedyna tawerna w całym nad­mor­skim mia­steczku Roe, moż­liwe, że jedyna w całej pro­win­cji Oak­ton­shire, a kiedy Royce go zosta­wiał, Hadrian był w nastroju na kie­li­szek. Nędzny budy­nek, led­wie obrzu­cony tyn­kiem i kryty strze­chą, przy­siadł na wzgó­rzu w pobliżu nabrzeża, skąd widok na morze psuły tylko dwa rzędy dachów i las komi­nów.

Ponie­waż minęła już pół­noc, w środku nie było żad­nych innych klien­tów, a mina karcz­ma­rza, gdy Royce wszedł, suge­ro­wała, że miał nadzieję, że Hadrian wyj­dzie, zanim zjawi się ktoś jesz­cze. Mimo nazwy Mary­no­wana Świń­ska Stopa nie była nie­przy­jem­nym miej­scem. W wil­gotną, zimową noc wnę­trze zapew­niało przy­jemne cie­pło pły­nące z porząd­nie wysu­szo­nego drewna i przy­tulny blask doga­sa­ją­cych węgiel­ków.

Royce posłał karcz­ma­rzowi sztuczny uśmiech i otrzy­mał taką samą odpo­wiedź.

– Co mogę podać? – zapy­tał bez krztyny entu­zja­zmu wypo­sa­żony w far­tuch i pozba­wiony wło­sów męż­czy­zna.

– Nic, dzię­kuję. Nie zostanę. Przy­sze­dłem tylko po niego. – Royce wska­zał Hadriana.

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami te słowa wywo­łały szczery uśmiech.

Hadrian sie­dział w kącie w głębi, w pobliżu kominka, za sto­łem zasta­wio­nym pustymi kuflami i ze sto­pio­nym tru­pem świecy.

– Nie wysze­dłem na aż tak długo, co?

Hadrian pod­niósł wzrok z gry­ma­sem. Miał kil­ku­dniowy zarost i oczy znacz­nie star­szego czło­wieka.

– Dobrze się bawi­łeś?

Royce zer­k­nął na wła­ści­ciela przy­bytku, który uda­wał, że ich nie słu­cha, i tylko wyciera blat baru. Fakt, że prze­by­wały tam tylko trzy osoby, miał swoje plusy, ale też minusy, bo bez innych klien­tów w lokalu pano­wała mar­twa cisza.

Hadrian spoj­rzał w tym samym kie­runku i wes­tchnął:

– A tak, nie chcemy za dużo powie­dzieć przy sta­rym Osca­rze, co? – Bek­nął i otarł usta. – To Oscar, nawia­sem mówiąc. Wła­ści­ciel Mary­no­wa­nej Racicy… Giczoły… cze­goś tam. – Hadrian zaga­pił się w prze­strzeń z otwar­tymi ustami, a potem zapy­tał: – Dla­czego takie lokale zawsze noszą obrzy­dliwe nazwy?

Obej­rzał się na Oscara, który wbrew sobie sły­szał każde słowo. Hadrian był pijany i w związku z tym mówił gło­śniej niż zwy­kle.

– Wybacz, bez urazy – cią­gnął Hadrian – ale serio pytam: to naj­lep­sze, na co było cię stać? Naprawdę myślisz, że prze­chodni tak zauro­czy wizja odcię­tej świń­skiej nogi w kadzi z mary­natą, że nie będą w sta­nie minąć drzwi bez zaj­rze­nia do środka, żeby zakosz­to­wać tego, co obie­cu­jesz? Czemu nie Pod Cuch­ną­cym Bala­sem? To pew­nie jesz­cze bar­dziej ścią­ga­łoby klien­tów, nie?

– Jest pijany – prze­pro­sił Royce i pod­szedł do sto­lika Hadriana.

– Wiem. – Oscar otarł ręce. – Ale już wycho­dzi­cie, co? Bo chciał­bym poza­my­kać.

– Daj nam chwilę. – Royce usiadł.

– Wła­śnie, daj nam chwilę, Oscar – powie­dział Hadrian. – Mój wspól­nik musi mi opo­wie­dzieć o naszym naj­now­szym przed­się­wzię­ciu, pew­nie chce się poprze­chwa­lać. Chcesz się poprze­chwa­lać, Royce? – Hadrian przy­ło­żył rękę do ust. – Rety. Myślisz, że Oscar usły­szał twoje imię? To źle, prawda?

– Dla­tego wła­śnie picie ni­gdy nie jest dobrym pomy­słem.

– Serio? Cze­kaj, myśla­łem, że… lubisz wino, nie?

– Lubię Mon­te­mor­ceya, ale jest nie­zwy­kle rzad­kie, a kiedy źró­dło two­jej sła­bo­ści pra­wie nie ist­nieje, to łatwo zapa­no­wać nad nawy­kiem.

Hadrian ski­nął głową. A potem zasznu­ro­wał usta, odwró­cił się i zawo­łał:

– Ej, Oscar! Masz może tro­chę tego dro­giego wina, morda-morsa? – Hadrian zmarsz­czył brwi. – Cze­kaj, to jakoś ina­czej idzie. Jak mówi­łeś?

– Nie podaję wina – odpo­wie­dział Oscar. – I myśla­łem, że wycho­dzi­cie.

– Wycho­dzimy – odpo­wie­dział Royce, wsta­jąc i zachę­ca­jąc Hadriana, żeby poszedł w jego ślady, o ile zdoła.

– Nie pro­si­łem o butelkę – odparł Hadrian, odpy­cha­jąc się od stołu, żeby wstać. – Byłem tylko cie­kaw. Nie bądź taki draż­liwy. Jak na wła­ści­ciela wyszynku, który nazywa się Pod Mary­no­waną Świń­ską Nogą, strasz­nie ci się śpie­szy do wyrzu­ca­nia dobrych klien­tów za drzwi.

– Sie­dzisz tu od sze­ściu godzin. W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych, mam życie.

– Aha, pew­nie, ale… cze­kaj… – Hadrian stał, wciąż opie­ra­jąc się jedną ręką o stół dla rów­no­wagi, i zapa­trzył się w dal, gdy naszła go myśl. – Świ­nie nie mają stóp, nie? – Popa­trzył naj­pierw na Oscara, a potem na Royce’a. – Mają… kopyta, nie? Jak konie, w pew­nym sen­sie, bo świń­skie kopyta… są roz­sz­cze­pione. Jakby miały dwa palce, tyle że to wła­ści­wie nie są palce. A skoro świ­nia ma dwa palce, a koń żad­nego, to czemu jedno i dru­gie to kopyto? – Znowu popa­trzył po obu męż­czy­znach. Ani Oscar, ani Royce nie ode­zwali się sło­wem. – Wie­cie, co mam na myśli. Rzecz w tym, że nikt nie mówi o koń­skich sto­pach, prawda? Ale też nikt nie mówi, że ktoś jest kuty na cztery kopyta. Cho­ciaż to mia­łoby wię­cej sensu niż na cztery nogi, bo pod­kuwa się kopyta, a nie stopy czy nogi, nie? Ależ to dziwne.

Royce zła­pał Hadriana za pas od mie­cza i pocią­gnął do przodu.

– Zapła­ci­łeś? – Royce pokrę­cił głową z powodu wła­snej głu­poty. Odwró­cił się do Oscara. – Zapła­cił?

Oscar poki­wał głową.

– Hoj­nie. W prze­ciw­nym wypadku już dawno bym go wyrzu­cił. Moja żona będzie wście­kła.

– Oscar prze­cho­dzi teraz ciężki czas – ode­zwał się Hadrian. – Jego żona zacho­wuje się jak megiera. Powiedz mu, Oscar.

– Opo­wie mi następ­nym razem – odparł Royce, cią­gnąc Hadriana do drzwi. – Może będzie miał wtedy tro­chę wina z morsa.

– O, byłoby świet­nie. Zrób to koniecz­nie, Oscar. Załatw tro­chę wina z morsa dla mojego przy­ja­ciela na następny raz.

Czu­jąc rześki mróz zimo­wej nocy, Hadrian zesztyw­niał i wykrzy­wił twarz, jakby Royce go spo­licz­ko­wał.

– Na Mara! Rześko! Wra­cajmy do środka.

Oscar zatrza­snął drzwi i zasu­nął rygiel.

– Rety, Oscar, to było nie­grzeczne. Myśla­łem, że jeste­śmy przy­ja­ciółmi! – wrza­snął na zatrza­śnięte drzwi Hadrian.

– Musisz drzeć się tro­chę gło­śniej, jeśli chcesz obu­dzić całą wio­skę – zauwa­żył Royce.

– O, ależ z cie­bie zabawny gość, co? Lady Jak-jej-tam też opo­wie­dzia­łeś żart? Śmiała się czy nie mogła z powodu pode­rżnię­tego gar­dła? – Hadrian prze­su­nął się chwiej­nie, przy­glą­da­jąc się Royce’owi. – Nie masz nawet odro­biny krwi na sobie. To oznaka zawo­dow­stwa czy umy­łeś się w jej umy­walce przed wyj­ściem? Zabi­łeś tylko bie­daczkę czy jej psa także?

– Lady Tra­val nie ma psa. – Royce pocią­gnął go w stronę cze­ka­ją­cych koni.

Hadrian par­sk­nął śmie­chem.

– Teraz już nie ma. Wyrzu­ci­łeś go przez okno z pię­tra, co?

– Nie było żad­nego psa. Mam ci pomóc wsiąść na konia czy musisz naj­pierw zwy­mio­to­wać?

Hadrian przy­sta­nął, żeby roz­wa­żyć ten fra­pu­jący pro­blem, pokrę­cił głową i wska­zał drugą stronę ulicy.

– Nie, w porządku. Mój koń jest w stajni za…

Royce podał mu wodze Tan­cerki.

Hadrian spoj­rzał kla­czy w pysk.

– Tan­cerka! A ty co tu robisz?

– Na Mara! Ile piw­ska wyżło­pa­łeś?

Hadrian znowu zapa­trzył się w dal, głasz­cząc gwiazdkę na czole Tan­cerki.

Royce pokrę­cił głową.

– Mniej­sza z tym. Rozu­miem, naprawdę dużo. Wsia­daj na konia. Jedźmy.

Hadrian zdo­łał wdra­pać się na konia już za trze­cim razem. Pod­czas tej skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji koń stał nie­ru­chomo niczym drzewo w bez­wietrzny dzień, jakby to nie był pierw­szy raz dla żad­nego z dwojga.

Royce uznał, że Tan­cerka, jako ta trzeźwa, zdoła jechać za nim, ale nie można było ufać, że pijany Hadrian nie zacznie jej w tym prze­szka­dzać, więc przy­mo­co­wał uwiąz do pier­ście­nia przy kan­ta­rze Tan­cerki. Hadrian albo tego nie zauwa­żył, albo miał to w nosie.

– Pochłod­niało? – poskar­żył się, wypusz­cza­jąc bez­wied­nie wodze, żeby otu­lić się cia­śniej weł­nianą pele­ryną. – Mam wra­że­nie, że zro­biło się zim­niej. Wiesz, zima jest jak ładna kobieta, która dużo mówi o niczym. Począt­kowo jest miło: jest zabawna, inna, piękna nawet, ale po pew­nym cza­sie…

Hadrian się­gnął po wodze i zafa­scy­no­wał go węzeł na ich koń­cach. Royce cze­kał.

– Po pew­nym cza­sie, co?

– Hę?

Royce pokrę­cił głową.

– Zapo­mnij.

– Po pro­stu mówię, że zima zde­cy­do­wa­nie za długo trwa. Nie masz już dość zimy? Wszystko jest zimne. Zimne i mar­twe. Mar­twe jak lady Jak-jej-tam.

– Nie zabi­łem jej.

– Co pro­szę?

– Lady Tra­val. Nie zabi­łem jej.

Hadrian nie ode­zwał się sło­wem przez kilka minut.

– Powie­dział­bym ci wcze­śniej, gdy­bym wie­dział, że się wtedy przy­mkniesz.

– Dla­czego jej nie zabi­łeś?

– Nie mogłem. To była bez­radna kobieta o wiel­kich, bła­gal­nie patrzą­cych oczach i nie mogłem się zmu­sić, żeby ode­brać życie nie­win­nej…

Hadrian spadł z konia.

Ude­rzył ple­cami o śnieg i stęk­nął z bólu. Potrze­bo­wał chwili, zanim prze­tur­lał się i wstał, poję­ku­jąc żało­śnie, a potem spoj­rzał na Royce’a naj­bar­dziej nie­do­wie­rza­ją­cymi zapi­tymi oczami.

– Mówisz serio?

– Oczy­wi­ście, że nie, idioto. Zapro­po­no­wała, że zapłaci, jeśli zosta­wię ją przy życiu. Chcia­łem tylko usły­szeć, co powiesz. Nawia­sem mówiąc, to wyglą­dało na wyjąt­kowo bole­sne lądo­wa­nie. – Uśmiech­nął się sze­roko. – Zie­mia jest zamar­z­nięta, co?

– O tak, oba powyż­sze zda­nia.

Tym razem Hadrian wdra­pał się na konia już za pierw­szym razem, więc Royce zaczął podej­rze­wać, że chłód i upa­dek pomo­gły wspól­ni­kowi nieco otrzeź­wieć.

Poje­chali dalej w górę drogi cią­gną­cej się wzdłuż Gale­wyr. Oba brzegi rzeki były zamar­z­nięte, ale ciemna linia pły­ną­cej wody prze­ci­nała śro­dek, wyda­jąc wid­mowy odgłos podobny do desz­czu ude­rza­ją­cego o dawno opa­dłe liście.

– To na­dal dobra wia­do­mość – uznał Hadrian.

– Nie­wąt­pli­wie. Zaro­bi­li­śmy trzy razy wię­cej pie­nię­dzy za zimową prze­jażdżkę.

– My? – Hadrian pokrę­cił głową. – To twoje pie­nią­dze.

– Wciąż jeste­śmy part­ne­rami, a złoto jest czy­ste. Nie ma na nim kro­pli krwi. Możesz z dumą je wydać.

Royce zasta­na­wiał się, czy nie wspo­mnieć o dru­gim jego­mo­ściu bez kro­pli krwi, ale Hadrian był zbyt pijany i zbyt szczę­śliwy, żeby Royce chciał psuć miłą atmos­ferę. Cze­kała ich długa droga do Med­fordu, a gor­szym od roz­ga­da­nego, szczę­śli­wego Hadriana był przy­gnę­biony, roz­ga­dany Hadrian.

Jechali przez pewien czas w mil­cze­niu.

– Co? – zapy­tał w końcu Royce.

– Nic nie mówi­łem.

– Wiem, w tym rzecz.

– Myśla­łem tylko, że cztery lata temu nie zapro­po­no­wał­byś, że podzie­lisz się pie­niędzmi. Nawet nie powie­dział­byś mi o nich. Wąt­pię też, czy daro­wał­byś damie życie. Wziął­byś pie­nią­dze, a potem byś ją zabił.

– Cztery lata temu nie byli­śmy part­ne­rami. Nie tak naprawdę. A daro­wa­nie życia lady Tra­val miało sens. Bo nie ma sensu zabi­jać dobrze pła­cą­cej klientki.

– Yhm, yhm. – Hadrian poki­wał głową. – A Royce Mel­born, któ­rego pozna­łem, nawet taki sprzed dwóch lat, ni­gdy nie zapy­tałby „co”, bo mil­czę. Stary Royce uznałby to za bło­go­sła­wień­stwo. Zmie­ni­łeś się. Kie­dyś byłeś zwie­rzę­ciem, praw­dzi­wym dzi­kim zwie­rzę­ciem, a teraz… teraz na dobrą sprawę jesteś udo­mo­wiony. Sta­łeś się łagod­nym stwo­rze­niem, prawda, Royce?

– Gdy­byś nie był pijany, zabił­bym cię.

– Powiem Gwen.

– Nic nie mów Gwen.

Hadrian się roze­śmiał.

– Nie­na­wi­dzę, gdy jesteś pijany.

– To dziwne.

– Czemu?

– Bo po to wła­śnie piję. Żeby prze­stać się nie­na­wi­dzić.

Rozdział 3. Gość

Roz­dział 3

Gość

Po dobrze prze­spa­nej nocy w zajeź­dzie Srebrny Dzban Hadrian poczuł się zde­cy­do­wa­nie lepiej. Oczy­wi­ście nie cho­dziło o to, że bar­dzo cier­piał poprzed­niej nocy, nawet po tym, jak spadł z konia, co led­wie pamię­tał, a mały kac nie­zbyt mu doku­czał. Drobny ból głowy był niczym w porów­na­niu z tym, jak czuł się, jadąc do Roe, kiedy wręcz chciało mu się rzy­gać. Zostali wyna­jęci z Royce’em, żeby zabić kobietę w jej wła­snym łóżku. Hadrian nie potra­fił wymy­ślić niczego potwor­niej­szego, poza może zamor­do­wa­niem małych dzieci śpią­cych w ramio­nach matki. Nie chciał brać udziału w mor­dzie, ale Royce przy­jął zle­ce­nie.

Mieli za sobą chudy rok, ale nie zgo­dzili się z powodu braku pie­nię­dzy. Hadrian zapro­po­no­wał, że będzie sprzą­tał staj­nie i podzieli się zarob­kami z Royce’em, jeśli ten odrzuci kon­trakt. Royce odmó­wił. On chciał zabić tę kobietę. Nie tyle ją kon­kret­nie. Chciał zabić kogo­kol­wiek. Hadrian nie znał szcze­gó­łów, ale znał Royce’a, który kradł całe życie i zdo­był sta­tus zabójcy w gil­dii prze­stęp­czej o nazwie Czarny Dia­ment. Cho­ciaż więk­szość ludzi uzna­łaby to za coś wstręt­nego, pozy­cja Royce’a była wysoko ceniona w pew­nym wycinku popu­la­cji, a on sam czer­pał dumę ze swo­jego fachu.

Jed­nakże odkąd zaczęli współ­pracę cztery lata temu, Royce nie miał wielu oka­zji, żeby korzy­stać ze swo­jego talentu. Żyli głów­nie z kra­dzieży. Oczy­wi­ście nie byli kie­szon­kow­cami, nie kra­dli sakie­wek. Kra­dli dla innych.

Zle­ce­nia zała­twiał im ich wspól­nik, Albert Win­slow. Jako wiceh­ra­bia poru­szał się wśród wpły­wo­wych ludzi. Kra­dli bły­skotki dla dam, księgi rachun­kowe dla biz­nes­me­nów, prze­chwy­ty­wali listy, szpie­go­wali mał­żon­ków, pod­kła­dali dowody z myślą o szan­tażu. Tylko dwa razy byli bli­sko zabój­stwa na zle­ce­nie. W Dul­gath wyna­jęto ich, żeby dora­dzili, jak prze­pro­wa­dzić zabój­stwo. Jed­nak nie­cały rok temu otrzy­mali praw­dziwe zle­ce­nie mor­der­stwa. Wyna­jęto Royce’a, żeby zabił każ­dego zwią­za­nego ze śmier­cią Gene­vieve Win­ter. Pro­blem pole­gał na tym, że Genny wciąż żyła. Royce otrzy­mał wyma­rzoną robotę tylko po to, żeby sprząt­nięto mu ją sprzed nosa. Hadrian uwa­żał, że to od tego czasu Royce’a drę­czyło swę­dze­nie, które coraz bar­dziej chciał podra­pać.

Pod wie­loma wzglę­dami Royce był nad­zwy­czaj­nie uta­len­to­wa­nym rze­mieśl­ni­kiem, któ­rego naj­więk­szych talen­tów nie wyko­rzy­sty­wano. Hadrian rozu­miał to poczu­cie mar­no­wa­nia zdol­no­ści. Sam był prak­tycz­nie od uro­dze­nia tre­no­wany do zabi­ja­nia, tyle że w roli żoł­nie­rza, a nie zabójcy. I cho­ciaż rzadko ostat­nimi czasy doby­wał stali, wciąż, gdzie­kol­wiek poszedł, zabie­rał ze sobą trzy mie­cze. On i Royce byli dwiema rybami wyrzu­co­nymi na brzeg, które łapały roz­pacz­li­wie powie­trze i mio­tały się porzu­cone na pustyni, szu­ka­jąc odro­biny wody, którą nazwa­łyby domem. Oka­zało się jed­nak, że Hadrian nie przy­ło­żył się do zabi­cia kobiety dla pie­nię­dzy. Zdo­łał unik­nąć tego upadku, przy­naj­mniej na razie, więc to był dobry dzień.

To wła­śnie takie małe zwy­cię­stwa spra­wiają, że ludzie mają siłę iść naprzód, pomy­ślał.

Ocie­pliło się, ale tylko tro­chę, sto­sow­nie do obec­nej pory roku. Nie­za­do­wo­le­nie było tym więk­sze, że już nio­sła się wieść o nadej­ściu wio­sny. Przy­naj­mniej tak wszy­scy powta­rzali. Tylko far­me­rzy i kapłani znali prawdę. I mimo pada­ją­cego mokrego śniegu pod­czas jazdy dni wydłu­żały się, a z drogi znik­nęły zaspy.

Mgli­sta biała kula świa­tła wisiała pra­wie nad ich gło­wami, kiedy dotarli na ulicę Prze­korną w Dziel­nicy Dol­nej Med­fordu. Drę­czone słoń­cem sople wzdłuż oka­pów gospody pod Różą i Cier­niem kapały, wygry­wa­jąc cichy rytm na dachu powozu sto­ją­cego przed fron­to­wym wej­ściem. Powozy i karety zda­rzały się w Dziel­nicy Dol­nej. Ostat­nimi czasy nie były nawet nie­zwy­kłe. Popu­larny Dom Med­ford, gdzie pro­fe­sjo­nal­nie oka­zy­wano ser­decz­ność i gościn­ność, przy­cią­gał na tę skąd­inąd pod­upa­dłą uliczkę zamoż­nych kup­ców i ary­sto­kra­tów. Jakież to musiało być roz­koszne dla wymu­ska­nych i pru­de­ryj­nych, jak pod­nie­ca­jącą przy­godą było zagłę­bie­nie się w ciemne uliczki, gdzie sekrety nie miały nóg, żeby wyjść na świa­tło dzienne. Hadriana zdzi­wiło jed­nak, że ten kon­kretny śro­dek loko­mo­cji nie wyglą­dał na powóz kupca czy karetę ary­sto­kraty. Bra­ko­wało mu koro­nek, przez które ele­ganc­kie powo­ziki przy­po­mi­nały despe­racko zabie­ga­jące o apro­batę debiu­tantki. To był prak­tyczny ośmio­oso­bowy powóz zaprzę­żony w czwórkę koni. Górę pola­kie­ro­wano na czarno i oszczęd­nie ozdo­biono zło­tymi fili­gra­nami. Dolną część i koła ze szpry­chami wyko­nano z mocno zabez­pie­czo­nego poko­stem i wypo­le­ro­wa­nego na połysk czer­wo­nego drewna. Na drzwiach wisiała brą­zowa tabliczka, na któ­rej ele­ganc­kimi lite­rami wypi­sano: HAN­SON I SYN.

Mimo pada­ją­cego śniegu dwóch męż­czyzn pra­co­wało przy powo­zie. Star­szy, który wła­śnie okry­wał der­kami czwórkę koni, miał siwie­jącą brodę i lata odma­lo­wane na twa­rzy. Nosił ciężki, weł­niany szal, jak woź­nice w Dziel­nicy Szla­chec­kiej. Młod­szy męż­czyzna z ciem­niej­szą i krót­szą brodą spraw­dzał koła i nie zwa­żał na pogodę w spo­sób typowy dla mło­dych ludzi, bo nosił tylko cienką tunikę i skó­rzaną kami­zelkę. Wyglą­dali jak por­tret tej samej osoby nama­lo­wany na prze­strzeni trzy­dzie­stu lat, przez co Hadrian podej­rze­wał, że mogą skła­dać się na tytu­ło­wego Han­sona z Synem, cho­ciaż żaden z nich nie wyglą­dał na dość zamoż­nego, by mieć wła­sny powóz.

Royce spoj­rzał na Hadriana pyta­jąco, kiedy zsie­dli z koni. Hadrian wzru­szył ramio­nami. Zdjęli swoje rze­czy, zapro­wa­dzili konie do stajni i weszli do gospody pod Różą i Cier­niem, w któ­rej w środku dnia było nie­wielu klien­tów. Zastali typową klien­telę: tych, któ­rzy wła­śnie szu­kają pracy, i tych, któ­rzy jej po pro­stu nie mają albo nie są do niej zdolni. To był ten rodzaj ludzi, któ­rzy spo­ży­wają posiłki w pły­nie. Dixon pil­no­wał ich rachun­ków, zapi­su­jąc wszystko na tablicy za barem. Obec­nie pro­wa­dził na niej nowo przy­były – siwy kowal imie­niem Mason Gru­mon, który nie­dawno otwo­rzył warsz­tat przy ulicy Rze­mieśl­ni­ków, ale naj­wy­raź­niej ni­gdy tam nie pra­co­wał.

– Chłopcy wró­cili! – krzyk­nął Dixon niskim bary­to­nem na widok Royce’a i Hadriana.

Obecni w barze zakla­skali albo zastu­kali kuflami w drewno, jakby Royce i Hadrian weszli na scenę.

Royce skrzy­wił się i wes­tchnął. Obaj pode­szli do kominka.

– Według mnie to miłe – powie­dział Hadrian. Zdjął pele­rynę i otrzą­snął ze śniegu, zanim powie­sił ją na kołku koło ognia. – Jak­by­śmy mieli rodzinę.

– Gdyby to miała być twoja rodzina, to powi­nie­neś zabić swo­ich rodzi­ców z lito­ści.

– No dobrze, nie chciał­bym chwa­lić się moim rodzeń­stwem. – Rozej­rzał się po sali, a potem pod­szedł do baru.

– Napi­jesz się? – zapro­po­no­wał Dixon. – Wła­śnie otwo­rzy­łem nową beczułkę Cesar­skiego Złota.

– Nie! – krzyk­nął suro­wym gło­sem Royce z głębi sali, gdzie na­dal otrzą­sał pele­rynę. – Nie dawaj mu niczego do picia.

Hadrian ski­nął głową.

– Ma rację. Opróż­ni­łem beczkę zeszłej nocy w Roe. Wąt­pię, żeby zapro­sili mnie tam ponow­nie w naj­bliż­szym cza­sie. Ale tak z cie­ka­wo­ści… czyj powóz stoi od frontu?

Dixon wysu­nął dolną wargę, a potem wzru­szył sze­ro­kimi ramio­nami.

– Nie mam poję­cia. Już od paru godzin wszy­scy się zasta­na­wiają.

– Nikt nie widział, kto z niego wysiadł?

– W tym rzecz – ode­zwał się Mason Gru­mon. – Nikt z niego nie wysiadł.

– Ktoś musiał, Mason. Po pro­stu go nie widzia­łeś – upie­rał się Kenyon Czy­ścioch.

Kenyon był wła­ści­cie­lem warsz­tatu mydlar­skiego, który na co dzień w naj­więk­szym stop­niu przy­kła­dał się do cha­rak­te­ry­stycz­nego smrodu na ulicy Prze­kor­nej. Był mile widzia­nym klien­tem, bo wszy­scy w Dziel­nicy Dol­nej mogli ode­tchnąć, póki sie­dział w gospo­dzie, zamiast napeł­niać wła­sne kadzie.

– Mówię ci, że ten powóz pod­je­chał pusty albo żaden ze mnie kowal.

– Teraz już nie jestem pewien, po któ­rej stro­nie sto­isz w tym spo­rze – wtrą­cił się Roy Kana­larz i roze­śmiał się mania­kal­nie, odsła­nia­jąc słynne ze swo­jego paskud­nego wyglądu krzywe, żółte zęby.

Wszystko, co można było powie­dzieć o Royu, ocie­rało się o maka­brę. Miał jedno oko więk­sze od dru­giego i każde w innym kolo­rze. Oba smętne, ale jedno mętne. Rzad­kie, prze­tłusz­czone włosy przy­le­piały mu się do czaszki, jakby wła­śnie wyszedł z kąpieli. Jeśli jed­nak kie­dy­kol­wiek się kąpał, to w cuch­ną­cym łaj­nie, które spły­wało za warsz­ta­tami, dzięki czemu cuch­nął jak mało co i zasłu­żył na swój przy­do­mek. Po tym nagłym i nie­po­ko­ją­cym wybu­chu wszy­scy spoj­rzeli na niego, a Roy Kana­larz wró­cił do mie­sza­nia resz­tek zwie­trza­łego piwa, jakby pró­bo­wał je wskrze­sić. Każ­dego dnia przy­cho­dził się napić, ale tylko jeden kufe­lek i jego imię ni­gdy nie poja­wiało się na tablicy. Hadrian był prze­ko­nany, że to Dixon pła­cił za jego napi­tek.

– Całe szczę­ście, że wylą­do­wa­łem mię­dzy tą dwójką – ode­zwał się Gru­mon, zer­ka­jąc na Roya, a potem Keny­ona. – Nie wiem, czy sta­no­wią dobry śro­dek owa­do­bój­czy, czy raczej ścią­gają wszyst­kie muchy z mia­sta.

– Jest Albert? – zapy­tał Royce.

– W Uko­śniku – odpo­wie­dział Dixon.

– W Uko­śniku? Nie w Ciem­nym Pokoju?

– On i Gwen gawę­dzą z jakimś star­szym jego­mo­ściem. Naprawdę miły gość, bar­dzo przy­ja­zny, ale dziwny. Wła­ści­wie myślę, że to was dwóch szuka.

– Dziwny w jakim sen­sie?

– Ubrany ele­gancko, dużo mówi, posłu­guje się wiel­kimi sło­wami. I nosi takie małe szklane kółeczka na nosie.

Royce i Hadrian spoj­rzeli po sobie i szybko prze­szli pod łukiem, który oddzie­lał bar od więk­szego pokoju w kształ­cie rombu. Został dobu­do­wany, żeby jego wła­ści­cielka, Gwen DeLancy, mogła połą­czyć Różę i Cierń ze swoim dru­gim przy­byt­kiem – Domem Med­ford. W ten spo­sób podwo­iła powierzch­nię gospody, ale ponie­waż w pomiesz­cze­niu nie zain­sta­lo­wano kominka, zimą bywało tam chłodno i klienci stro­nili od tego miej­sca. W Uko­śniku prze­by­wały tylko trzy osoby: Gwen, Albert Win­slow i…

– Pro­fe­sor Arca­dius? – zdu­miał się Hadrian, kiedy tylko weszli.

Chudy, siwo­brody, star­szy męż­czy­zna ubrany w nie­bie­ską szatę sie­dział pośrodku ławki przy stole usta­wio­nym w kącie w głębi pokoju. Na dźwięk imie­nia uniósł oku­lary i zer­k­nął.

– Riy­ria, jak mnie­mam?

– Co tu robisz? – zapy­tał ostro Royce, pod­cho­dząc do grupy. Spoj­rzał na Gwen. – Co on ci opo­wia­dał?

– Głów­nie mówił o tym, jacy obaj jeste­ście wspa­niali. – Gwen uśmiech­nęła się do niego i Royce natych­miast się zatrzy­mał, jakby ude­rzył w nie­wi­dzialną ścianę.

Roz­luź­nił ramiona, spoj­rzał spo­koj­niej i stał, wpa­tru­jąc się w Gwen, jakby zapo­mniał, co tam robi. Hadrian domy­ślał się, że miało to zwią­zek raczej z uśmie­chem niż ze sło­wami. Uśmiech Gwen potra­fił obez­wład­nić Royce’a spraw­niej niż cios w głowę.

– Co cię tu spro­wa­dza? – zapy­tał pro­fe­sora Hadrian.

– Wy dwaj, rzecz jasna. Musia­łem przy­je­chać, nie­praw­daż? Minęły cztery lata i żaden z was nie raczył poko­nać tych paru mil do She­ri­danu i dać cho­ciaż znać, że żyje­cie. – Pochy­lił się ku Gwen, jakby zwie­rzał jej się w zaufa­niu, cho­ciaż mówił na­dal tak samo gło­śno jak wcze­śniej. – Kiedy przed­sta­wia­łem długą listę cnót ich obu, pomi­ną­łem ich zdu­mie­wa­jącą bez­myśl­ność. Rzecz w tym, że roz­sta­li­śmy się w oko­licz­no­ściach, któ­rych nie nazwał­bym naj­lep­szymi. Popro­si­łem, żeby mnie kie­dyś odwie­dzili. Zapew­ni­łem, że byłoby miło, gdyby powie­dzieli mi, jak osta­tecz­nie uło­żyły się sprawy, ale ni­gdy tego nie zro­bili.

– Pro­fe­sor opo­wia­dał nam, jak połą­czył was dwóch ze sobą – powie­dział Albert. Wiceh­ra­bia bez ziemi był ubrany w swój „robo­czy” strój: jedwabną koszulę z prze­pysz­nym duble­tem pod lekką szubą i wierzch­nim kafta­nem. Jed­nak, jak pospo­lity robot­nik po pracy, nosił kaftan i koszulę, roz­pięte i roz­cheł­stane. Wycią­gał przed sie­bie nogi, poru­sza­jąc pal­cami w ciem­nych weł­nia­nych poń­czo­chach. – To cał­kiem inte­re­su­jąca opo­wieść.

– Czyżby? – Royce odzy­skał głos łącz­nie z nie­za­do­wo­lo­nym tonem. – A co dokład­nie… pro­fe­sor im powie­dział?

– Prawdę, rzecz jasna. Opo­wie­dzia­łem, jak prze­ko­na­łem was dwóch, żeby­ście pomo­gli mi poży­czyć rzadką księgę i jak bar­dzo nie cier­pie­li­ście się nawza­jem. Rów­nie praw­do­po­dobne było, że Royce pode­rżnie Hadria­nowi gar­dło, jak to, że Hadrian dźgnie Royce’a pro­sto w serce. To było ryzy­kowne z mojej strony, ale wie­dzia­łem, że gdyby ci dwaj zostali razem, gdyby zostali zmu­szeni do pozo­sta­nia razem, stwo­rzy­liby nad­zwy­czajny zespół. I cie­szę się, widząc, że mia­łem rację. Nawet tro­chę mi pochle­bia fakt, że przy­jęli nazwę Riy­ria.

– Coś jesz­cze? – spy­tał Royce.

Arca­dius pokrę­cił głową, wyma­chu­jąc przy tym siwą brodą tak bar­dzo, że omiótł stół.

– Co mia­no­wi­cie? Nie zostało wła­ści­wie wiele do doda­nia, chyba że mam zacząć opo­wia­dać o waszych zanie­dba­nych koniach. – Spoj­rzał na Alberta, a potem na Gwen. – Zosta­wili je uwią­zane w dzi­czy na całe dnie. Bie­da­czyny pra­wie zde­chły.

– Podob­nie jak my – zauwa­żył Royce ostrym tonem.

– To ty zna­la­złeś Tan­cerkę? – zapy­tał Hadrian.

– Ow­szem – powie­dział Arca­dius. – Zaczą­łem się o was mar­twić i wysła­łem paru star­szych chłop­ców na pół­noc, na zaję­cia w tere­nie. Nie zdo­łali was zna­leźć, ale przy­pro­wa­dzili konie na uni­wer­sy­tet, a kiedy dowie­dzia­łem się, gdzie jeste­ście, kaza­łem wam je dostar­czyć.

– Naprawdę? – dopy­ty­wał się Hadrian.

– A myśla­łeś, że jakim cudem zna­la­zły się przed Różą i Cier­niem?

– Nie wiem. Pomy­śla­łem chyba, że Tan­cerka tra­fiła do mnie z powro­tem jak jeden z tych wier­nych oga­rów potra­fią­cych zwę­szyć swo­jego uko­cha­nego pana.

– A liścik, który zosta­wi­łem wam w sakwach?

– Był jakiś list?

Royce sta­nął po dru­giej stro­nie stołu dokład­nie naprze­ciwko pro­fe­sora. Jedyne świa­tło w pokoju wpa­dało przez ośnie­żone okna za nim, więc jego cień padał na stół i na sta­rego męż­czy­znę. Zło­dziej się pochy­lił.

– Zatem wie­dzia­łeś, że żyjemy. Powiedz mi więc, co tu wła­ści­wie robisz?

– Po tym, jak wyje­cha­li­ście, sły­sza­łem plotki na temat dwóch męż­czyzn, któ­rzy led­wie ucie­kli przed ekle­zja­styczną tyra­nią Ghentu. Ryce­rze Sereta szu­ka­jący ucie­ki­nie­rów dotarli ich tro­pem do Med­fordu. Potem usły­sza­łem, że na ulicy Prze­kor­nej widziano męż­czyznę całego we krwi, jak bła­gał o pomoc dla swo­jego umie­ra­ją­cego przy­ja­ciela. Pew­nie, że zupeł­nie nie przy­po­mi­nało to was dwóch, jed­nak, co cie­kawe, obaj ci męż­czyźni znik­nęli potem bez śladu. A rok póź­niej doszło do tej nie­przy­jem­nej sprawy z lor­dem Exe­te­rem i serią publicz­nych egze­ku­cji, które kogoś mi przy­po­mniały, mor­derstw wyglą­da­ją­cych na karę za skrzyw­dze­nie jed­nej z dam z Domu Med­ford. – Skło­nił głowę w stronę Gwen. – A kiedy w końcu usły­sza­łem o parze nik­czem­nych zło­czyń­ców, któ­rzy nazwali się Riy­ria, to… Cóż, nie zdo­bywa się pozy­cji pro­fe­sora na uni­wer­sy­te­cie za głu­potę. Mimo wszystko podej­rze­nia to nie to samo, co kon­kretna wie­dza. Przy­by­łem więc, żeby oso­bi­ście prze­ko­nać się, co się stało z dwoma nasio­nami, które tak dawno temu posa­dzi­łem.

– Wybacz, że cię nie odwie­dzi­li­śmy – powie­dział Hadrian. – Po pro­stu…

– Nie prze­pra­szaj go – wark­nął Royce. – Przez niego pra­wie zgi­nę­li­śmy. Gdyby nie jego idio­tyczne żąda­nia…

– Pew­nie ruszy­li­by­ście każdy swoją drogą – odparł Arca­dius. – I obaj naj­pew­niej już byście nie żyli. Męż­czyźni, któ­rych zna­łem, byli led­wie cie­niem dwójki, która stoi teraz przede mną. Wyka­za­li­ście się. A dama obok mnie to praw­dziwy klej­not w kie­szeni.

– To jest Gwen DeLancy i nie jest w niczy­jej kie­szeni – wark­nął Royce.

– Oczy­wi­ście. Mia­łem tylko na myśli, że to wspa­niała przy­ja­ciółka, którą warto mieć po swo­jej stro­nie. Jest inte­li­genta i lojalna. A jeśli wąt­pisz w cokol­wiek z tego, co powie­dzia­łem, zasta­nów się chwilę i spró­buj przy­po­mnieć sobie tam­tego sta­rego Royce’a Mel­borna, tego sprzed czte­rech lat. Ten bez­względny, mały zło­dzie­ja­szek nie wymie­niłby ani jed­nej osoby, któ­rej by zaufał, ale jego­mość przede mną, Royce Mel­born z Róży i Cier­nia, ma dwoje przy­ja­ciół, wspa­nia­łych ludzi. Praw­dzi­wego bogac­twa nie mie­rzy się wagą bez­u­ży­tecz­nego zło­tego metalu, ale ser­cami tych, któ­rzy cię kochają. – Pro­fe­sor się wypro­sto­wał. – Nie martw się, Royce. Twój dług został spła­cony. Zaj­rza­łem tylko, żeby spraw­dzić, co przy­nio­sły moje wysiłki, i może żeby coś prze­ką­sić. Ran­kiem wra­cam do She­ri­danu.

– Świet­nie – powie­dział Royce. Na­dal patrzył podejrz­li­wie, ale musiał porzu­cić oskar­że­nia, gdy oka­zało się, że wszel­kie tropy doni­kąd nie pro­wa­dzą.

– Jak poszła robota? – zapy­tał ponuro Albert, gło­sem cięż­kim od obaw, jakby pytał o uko­chaną klacz, która zła­mała nogę.

Albert oso­bi­ście znał Lil­lian Tra­val i Hadrian podej­rze­wał, że ją lubił.

– Cał­kiem nie­źle. – Royce wyjął sakiewkę i rzu­cił na stół, gdzie wylą­do­wała z solid­nym brzę­kiem. – Zapła­cono nam podwój­nie.

Albert onie­miał.

– Zapła­cono? Nie rozu­miem. To moje zada­nie. Hubert tu był? Zapła­cił wam?

– Kiedy pój­dziesz po zapłatę, powiedz lor­dowi Tra­va­lowi, że jego żona była sama, gdy ją zna­la­złem.

– A była?

Royce uśmiech­nął się zna­cząco.

Albert roz­dzia­wił usta i już tak zostało. Popa­trzył na mie­szek na stole, a potem znowu na Royce’a.

– To skąd wzięły się pie­nią­dze?

– Od lady Tra­val.

– Ona żyje?… Ale mia­łeś…

– Zapro­po­no­wała mi wię­cej.

– Zapro­po­no­wała… ach. Aha! To cudow­nie! – Sze­roki uśmiech wypły­nął na twarz Alberta, oczy mu nagle zabły­sły.

– Przy­ję­li­ście zle­ce­nie zabi­cia kobiety? – zapy­tał Arca­dius.

– Zna­nej cudzo­łoż­nicy – odparł Royce. – Wyna­jął nas jej mąż.

– A ty nie zabi­łeś jej, bo zapła­ciła ci wię­cej?

– Cza­sem nawet ja mam szczę­ście.

– I tobie to odpo­wiada? – zapy­tał Hadriana Arca­dius.

Dez­apro­bata była ewi­dentna i Hadrian wie­dział, do czego zmie­rza pro­fe­sor. Arca­dius skło­nił Royce’a i Hadriana do współ­pracy, bo liczył, że Hadrian wywrze dobry wpływ na pozba­wio­nego zasad zło­dzieja.

Zanim Hadrian zdą­żył prze­pro­sić, wtrą­cił się Royce:

– Został w Roe i upił się. Tak jak w przy­padku roboty, na którą nas wysła­łeś, wie­dzia­łem, że nie wymaga obec­no­ści nas obu. I po raz kolejny mia­łem rację.

– Rozu­miem. – Pro­fe­sor zer­k­nął na Gwen, potem przez okno, jakby się głę­boko nad czymś zasta­na­wiał. Z dru­giej strony Hadrian podej­rze­wał, że wszyst­kie myśli pro­fe­sora były głę­bo­kie.

Royce i Hadrian usie­dli naprze­ciwko pro­fe­sora, wiceh­ra­biego i Gwen.

– Dla­czego sie­dzi­cie wszy­scy po jed­nej stro­nie? – zapy­tał Hadrian.

– Bo tak jest cie­plej – odpo­wie­dział Arca­dius.

Gwen się wypro­sto­wała.

– Wła­śnie mówi­łam pro­fe­so­rowi, ile kosz­to­wa­łoby nas wybu­do­wa­nie kominka i komina w tym pokoju, a on zasu­ge­ro­wał, że można by go ogrze­wać żela­znym pie­cy­kiem dość dużym, żeby zmie­ściło się tam kilka polan. Mogła­bym zapa­lać w nim ogień i wypro­wa­dzać dym wielką meta­lową rurą wycho­dzącą dachem. Uważa, że to ogrza­łoby cały pokój.

– W rze­czy samej – przy­tak­nął pro­fe­sor. – Nie musie­li­by­śmy się zbi­jać w gro­madkę jak nowo naro­dzone szcze­nięta, żeby nie trząść się z zimna.

– Zasta­na­wia­łam się, czy zapy­tać Masona Gru­mona, ile wziąłby za coś takiego.

– Sądząc po tablicy za barem, zro­biłby to za jej wyczysz­cze­nie – odparł Hadrian.

Gwen mru­gnęła do niego i ski­nęła głową.

– To samo pomy­śla­łam.

– Royce, Hadrian – ode­zwał się Albert, prze­li­czyw­szy monety na stole i uło­żyw­szy je w cztery sto­siki zgod­nie z ich udzia­łami. Naj­więk­sze stosy nale­żały do Royce’a i Hadriana, Alberta był połowy ich wiel­ko­ści, a Gwen naj­mniej­szy. – Wiem, że dopiero co wró­ci­li­ście, ale mam dla was kolejne zada­nie, i to do zała­twie­nia od ręki.

– Coś tu śmier­dzi – powie­dział Royce, patrząc, jak Albert liczy monety.

Wiceh­ra­bia pod­niósł wzrok zanie­po­ko­jony.

– Ty rze­czy­wi­ście wyko­nu­jesz swoją robotę. Nie wiem, czy mam być pod wra­że­niem, czy nabrać podej­rzeń. Co to za nowe zada­nie?

Albert zer­k­nął nie­pew­nie na Arca­diusa.

– On jest w porządku – uspo­koił go Royce. – Poza tym wiem, gdzie mieszka.

– Cho­ciaż naj­wy­raź­niej nie ma poję­cia, jak tam tra­fić – żach­nął się pro­fe­sor.

Albert wzru­szył ramio­nami.

– Myślę, że to zada­nie wam się spodoba. Wam obu. Lord Byron z Del­gosu chce was zatrud­nić, żeby­ście zapo­bie­gli sabo­ta­żowi w Dru­min­do­rze pla­no­wa­nemu przez pew­nego kra­sno­luda.

– Co to jest Dru­min­dor? – zapy­tał Hadrian.

– Dru­min­dor to sta­ro­żytna kra­sno­ludzka for­teca, która strzeże wej­ścia do zatoki Ter­lando i mia­sta Tur Del Fur – wyja­śnił Arca­dius. – Została wybu­do­wana wiele tysięcy lat temu na szczy­cie góry Druma, bar­dzo aktyw­nego wul­kanu, który unie­moż­li­wiał zamiesz­ka­nie nad zatoką Ter­lando, dopóki kra­sno­ludy nie okieł­znały go, budu­jąc Dru­min­dor. To naprawdę genialne osią­gnię­cie inży­nie­ryjne. Nie dość, że dwie wieże bez­piecz­nie odpro­wa­dzają niszczy­cielskie gazy, zapo­bie­ga­jąc wybu­chowi, to jesz­cze są w sta­nie wyko­rzy­stać to samo nara­sta­jące ciśnie­nie geo­lo­giczne do wyrzu­ca­nia sto­pio­nej lawy na wyso­kość setek stóp i zata­pia­nia nie­szczę­snych drew­nia­nych stat­ków, które mogłyby spró­bo­wać wtar­gnąć do zatoki.

– Zga­dza się – przy­znał Albert, wyraź­nie pod wra­że­niem.

– To mistrz tra­dy­cji na uni­wer­sy­te­cie w She­ri­da­nie – wyja­śnił mu Hadrian.

– Ach. – Albert poki­wał głową. – Zda­niem lorda Byrona Dru­min­dor to budowla uży­tecz­no­ści publicz­nej, pod­le­ga­jąca Zarzą­dowi Portu. Lord Byron zawia­duje Zarzą­dem Portu i odpo­wiada za Dru­min­dor. Ostat­nio mieli tam kło­poty z kra­sno­lu­dami i lord Byron musiał zwol­nić bar­dzo wielu tych, któ­rzy pra­co­wali w twier­dzy. Jeden nie­za­do­wo­lony jego­mość nazwi­skiem Gra­vis Ber­ling szcze­gól­nie się zde­ner­wo­wał i lord Byron uważa, że może pla­no­wać zemstę.

– Skoro ten lord Byron jest sze­fem Zarządu Portu, to pew­nie dys­po­nuje małą armią? – zapy­tał Royce. – Po co mu jesz­cze my?

– Praw­dziwą wła­dzę ma tam trójka kup­ców znana jako Trium­wi­rat. To oni wyzna­czyli lorda Byrona na jego sta­no­wi­sko. Naj­wy­raź­niej lord Byron przed­sta­wił im swoje obawy i Nie­święta Trójca, jak nie­któ­rzy ich prze­zy­wają, odmó­wiła przed­się­wzię­cia jakich­kol­wiek kro­ków. Lord Byron nie jest głup­cem. Wie, że zosta­nie pocią­gnięty do odpo­wie­dzial­no­ści, jeśli cokol­wiek się wyda­rzy, więc pra­gnie wyku­pić polisę ubez­pie­cze­niową w postaci Riy­rii.

– Dla­czego Trium­wi­rat niczego nie zrobi? – zapy­tał Hadrian.

Albert odął lek­ce­wa­żąco usta.

– To tylko jeden kra­sno­lud i w dodatku stary. Bie­dak stra­cił pracę, więc poprzy­siągł zemstę przy kie­liszku w miej­sco­wym pubie. Jed­nak co może zro­bić jeden kra­sno­lud z mającą kilka tysięcy lat twier­dzą?

– W porządku – zgo­dził się Royce. – Ale czego kon­kret­nie ocze­kuje od nas lord Byron?

– Pew­nie chce, żeby­ście zna­leźli tego Gra­visa i przy­pil­no­wali, upew­nili się, że niczego nie pla­nuje.

– A gdyby pla­no­wał?

– Cóż… – Albert spoj­rzał zmie­szany na Gwen i Arca­diusa. – Wszy­scy wiemy, jaki masz sto­su­nek do kra­sno­lu­dów, Royce. Dla­tego pomy­śla­łem, że spodoba ci się to zada­nie. A zwa­żyw­szy, że to służba publiczna na zle­ce­nie admi­ni­stra­tora Del­go­skiego Zarządu Portu, nie zła­miesz nawet prawa, co, z kolei, uzna­łem, przy­pad­nie do gustu Hadria­nowi. No i nic nie prze­bije loka­li­za­cji. Tur Del Fur to jedno z naj­cu­dow­niej­szych miast na świe­cie. Ludzie przy­by­wają tam ze wszyst­kich stron świata. Tak wielu nabrało tego zwy­czaju, że zaczęto ich nazy­wać tury­stami.

– Dla­czego jest tak popu­larne? – zacie­ka­wiła się Gwen.

– Po pierw­sze, nie pada tam śnieg. Ponie­waż Tur Del Fur znaj­duje się na połu­dnio­wym krańcu Del­gosu i jest ogrze­wane przez cie­płe prądy cali­skie, które oble­wają wybrzeże, panuje tam wiecz­nie lato. Wszę­dzie rosną tro­pi­kalne rośliny i powiewa chłodna oce­aniczna bryza. A ponie­waż to repu­blika, znaj­dziesz tam jedne z naj­lep­szych jadło­dajni, pubów i lokali roz­ryw­ko­wych na świe­cie.

– Ale to jest praca, nie waka­cje – powie­dział Royce.

– Zależy, jak na to patrzeć.

– To będzie zale­żało od tego, ile gotowy jest zapła­cić lord Byron.

– To cie­kawa kwe­stia. – Albert wypro­sto­wał się przed swoim sto­si­kiem zło­tych monet, a potem się pochy­lił. – Wyłoży tylko sześć­dzie­siąt zło­tych tenen­tów, ale…

– Sześć­dzie­siąt? – Royce się wzdry­gnął. – Tur Del Fur znaj­duje się daleko od Med­fordu, a podróż kosz­tuje. Karma dla koni wię­cej kosz­tuje o tej porze roku. Ile czasu mamy tam zostać i pil­no­wać tego gościa? Możemy utknąć w tym miej­scu na kilka mie­sięcy. To ogromne wydatki, a Tur Del Fur robi wra­że­nie dro­giego miej­sca.

– I rze­czy­wi­ście jest dro­gie. I dla­tego zażą­da­łem, żeby pokrył także wszyst­kie wasze wydatki.

– Tak?

Albert się uśmiech­nął.

– Jak myślisz, w jaki spo­sób prze­trwa­łem tyle lat jako ary­sto­krata bez ziemi?

– Sprze­da­wa­łeś ubra­nia, żeby kupić alko­hol – zauwa­żył Hadrian.

– Ow­szem, ale to był szcze­gól­nie trudny dla mnie okres. Przed­tem przez całe lata żyłem dzięki szczo­dro­ści ludzi boga­tych. Szcze­rze mówiąc, te kilka zło­tych monet, jakie rzu­cają Riy­rii, to nic w porów­na­niu z tym, ile można zgar­nąć, doma­ga­jąc się zwrotu wydat­ków. Z nie­zna­nego powodu powszech­nie wia­domo, że skąpy baron albo książę, który wyśmiałby pomysł zapła­ce­nia uczci­wej stawki swo­jemu pra­cow­ni­kowi, jest gotowy wydać for­tunę, byle wyka­zać się swoją hoj­no­ścią, gdy podej­muje tych, któ­rzy mu służą.

– Dla­czego?

– Honor. – Albert wypo­wie­dział to słowo takim tonem, jakby to był żart. – Jeśli ary­sto­krata ci płaci, to jesteś jego czło­wie­kiem. To, co robisz i jak to robisz, odzwier­cie­dla jego pozy­cję. Tacy jak lord Byron byliby zawsty­dzeni, gdyby jego ludzie cho­dzili w brud­nych szma­tach albo zatrzy­mali się w pod­łej norze. To by suge­ro­wało, że jest biedny albo skąpy. Poza tym ist­nieje stara tra­dy­cja gościn­no­ści i hoj­no­ści, która, cho­ciaż nie roz­ciąga się na uczciwą płacę, wymaga, żeby gości, nawet pra­cu­ją­cych na zle­ce­nie, trak­to­wać jak człon­ków rodziny kró­lew­skiej. W świe­cie ary­sto­kra­cji repu­ta­cja jest walutą. To klu­czowe, żeby spo­strze­gano cię jako hoj­nego i dotrzy­mu­ją­cego słowa. A lord Byron, cho­ciaż obec­nie mieszka w Repu­blice Del­gosu, jest sta­ro­świec­kim ary­sto­kratą, świeżo prze­flan­co­wa­nym z Mara­nonu. Tak jak ja stra­cił rodzinne zie­mie, ale w prze­ci­wień­stwie do mnie posiada umie­jęt­no­ści i ciężko pra­cuje. Lord Byron zdał sobie sprawę, że może doro­bić się for­tuny, słu­żąc kar­te­lowi kupiec­kiemu w Del­go­sie, jeśli prze­łknie dumę. I miał rację. Mimo to widzę, że opła­kuje utratę swo­jego ary­sto­kra­tycz­nego dzie­dzic­twa. Na­dal posłu­guje się tytu­łem „lord” w miej­scu, gdzie to bar­dziej szko­dzi, niż pomaga. Jed­nym sło­wem, możemy nie wró­cić z tej roboty z iście smo­czym ładun­kiem skar­bów, żeby zabez­pie­czyć się na sta­rość, ale cze­kają nas cudowne dar­mowe waka­cje.

– Nas? – zapy­tał Royce.

Albert znowu się zmie­szał.

– Pozwo­li­łem sobie wyja­śnić, że w Tur Del Fur zjawi się nie tylko wasza wesoła dwójka. Zazna­czy­łem, że taka ope­ra­cja wymaga dodat­ko­wego wspar­cia.

– Co ozna­cza cie­bie – powie­dział Hadrian.

– Oczy­wi­ście. Będzie­cie potrze­bo­wać pośred­nika, który skon­tak­tuje się z lor­dem Byro­nem, zała­twi wam lokum, będzie skła­dał raporty, prze­ka­zy­wał nowiny, odbie­rze należ­ność po zakoń­cze­niu zada­nia. I widzie­li­ście tutej­szą pogodę? – Albert wska­zał za okna, gdzie zaczęło moc­niej śnie­żyć. – Moje wątłe zdro­wie wyni­kłe z błę­kit­nej krwi nie znie­sie tak suro­wych warun­ków.

– Wspa­niale – orzekł Arca­dius. – Myślę, że wszy­scy powin­ni­śmy poje­chać. Powiedz mi, Gwen­do­lyn, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz wyje­cha­łaś z Med­fordu?

Pyta­nie ją zasko­czyło. Zaszo­ko­wał ją fakt, że w ogóle została uwzględ­niona w dys­ku­sji.

– Nie wyjeż­dża­łam, odkąd tu tra­fi­łam wiele lat temu.