Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Dwóch złodziei chce poznać odpowiedzi.
Narodziny Riyrii…
Przez ponad rok Royce Melborn próbował zapomnieć o Gwen DeLancy, kobiecie, która uratował życie jemu i jego towarzyszowi Hadrianowi Blackwaterowi. Nie mogąc o przestać o niej myśleć, Royce wraca do Medfordu z Hadrianem, ale tym razem spotykają się z zupełnie innym powitaniem – Gwen nie chce ich widzieć. Ciężko pobita przez potężnego arystokratę podejrzewa, że Royce nie zważając na wszelkie niebezpieczeństwa postanowi się zemścić. Odprawiając złodziei ma nadzieję ich ochronić. Nie zdaje sobie jednak sprawy, do czego zdolna jest ta dwójka. Wkrótce się dowie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 402
Tytuł oryginału: The Rose and the Thorn
Copyright © 2013 by Michael J. Sullivan Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Dominik Broniek Opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon
Numer: wydanie V/D0 ISBN 978‑83‑68591‑86‑6 Warszawa 2026
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Rozdział 1
Bitwa na Moście Wjazdowym
Reuben powinien był uciec, kiedy tylko giermkowie wyszli z twierdzy zamkowej. Spokojnie zdążyłby znaleźć schronienie w stajni, ograniczając nękanie z ich strony do rzucania jabłkami i wyzwiskami, ale zmyliły go ich uśmiechy. Sprawiali wrażenie przyjaznych, niemal rozsądnych.
– Reuben! Ej, Reuben!
Reuben? Nie Gnojarz? Nie Troll?
Wszyscy giermkowie go przezywali. Żadne z przezwisk nie było przyjemne, ale on też miał przezwiska dla nich, przynajmniej w myślach. „Pieśń Człowiecza”, jeden z ulubionych poematów Reubena, wymieniał starość, chorobę i głód jako Trzy Zmory Ludzkości. Gruby Horace był ewidentnie głodem. Willard o ziemistej i dziobatej twarzy chorobą, a starość przypadła Dillsowi, który jako siedemnastolatek był z nich najstarszy.
Na widok Reubena skręcili w jego kierunku jak stadko drapieżnych gęsi. Dills trzymał wgnieciony hełm rycerski; przyłbica unosiła się i opadała, kiedy nim kołysał. Willard niósł ochraniacze do walki. Horace jadł jabłko – co za niespodzianka.
Nadal mógł dotrzeć do stajni przed nimi. Tylko Dills miał jakąkolwiek szansę wygrać z nim w wyścigu. Reuben przeniósł ciężar ciała, ale się zawahał.
– To mój stary ekwipunek do treningów – powiedział przyjaźnie Dills, jakby ostatnie trzy lata w ogóle się nie przydarzyły, jakby był lisem, który zapomniał, co się robi z królikiem. – Ojciec przysłał mi nowy zestaw, więc bawiliśmy się trochę z tym.
Podeszli i teraz już było za późno na ucieczkę. Otoczyli go, ale nadal się uśmiechali.
Dills wyciągnął hełm, w którym odbijało się jesienne słońce i z którego zwisały skórzane paski.
– Nosiłeś kiedyś coś takiego? Przymierz.
Reuben spojrzał na Dillsa zbity z tropu.
To bardzo dziwne. Dlaczego są dla mnie mili?
– Chyba nie wie, co się z tym robi – powiedział Horace.
– Śmiało! – Dills wepchnął mu hełm w ręce. – Niedługo dołączysz do straży zamkowych, prawda?
Rozmawiają ze mną? Od kiedy?
Reuben nie odpowiedział od razu.
– Ehm… No tak…
Dills uśmiechnął się szerzej.
– Tak myślałem. Nie masz zbyt wielu okazji, żeby poćwiczyć walkę, co?
– Kto by trenował ze stajennym? – Horace mówił niewyraźnie, bo przeżuwał.
– No właśnie – przytaknął Dills i zerknął na czyste niebo. – Piękny jesienny dzień. Szkoda siedzieć w czterech ścianach. Pomyślałem, że chętnie nauczyłbyś się paru manewrów.
Każdy z nich miał drewniany miecz do ćwiczeń, a Horace przyniósł też dodatkowy.
To się dzieje naprawdę? Reuben przyjrzał się ich twarzom, szukając podstępu. Dills sprawiał wrażenie urażonego jego brakiem wiary, a Willard przewrócił oczami.
– Myśleliśmy, że chciałbyś przymierzyć rycerski hełm, zwłaszcza że nigdy takiego nie będziesz nosił. Myśleliśmy, że docenisz taką okazję.
Za ich plecami starszy giermek Ellison wyszedł z zamku i usiadł na ocembrowaniu studni, żeby popatrzeć.
– Będzie zabawnie. Będziemy się zmieniać. – Dills znowu wepchnął hełm w ręce Reubena. – Dzięki ochraniaczom i hełmowi nic ci się nie stanie.
Willard się nachmurzył.
– Słuchaj, staramy się być mili. Nie bądź dupkiem.
Chociaż było to naprawdę dziwne, Reuben nie dostrzegł żadnej złośliwości w ich oczach. Uśmiechali się w sposób, w jaki zwykle uśmiechali się do siebie – szeroko i nonszalancko. Sytuacja nabierała pewnego sensu w głowie Reubena. Po trzech latach znęcanie się nad nim przestało być nowością i atrakcją. Ponieważ jako jedyny był ich rówieśnikiem i nie należał do arystokracji, w naturalny sposób stał się ich celem, ale czasy się zmieniały i wszyscy dorastali. To był gest pojednawczy, a zważywszy, że Reuben nie zdobył ani jednego przyjaciela, odkąd tu przybył, nie mógł sobie pozwolić na wybrzydzanie.
Wziął wypchany szmatami hełm i wsunął na głowę. Mimo szmat był za duży i wisiał luźno. Reuben podejrzewał, że coś jest nie tak, ale nie miał pewności. Nigdy nie nosił żadnej zbroi. Ponieważ miał zostać zamkowym gwardzistą, oczekiwano, że ojciec go wyszkoli, ale nigdy nie znalazł na to czasu. To sprawiało, że oferta giermków była nęcąca; pokusa przeważyła podejrzenia. Miał szansę nauczyć się czegoś o walce i szermierce. Już za tydzień będą jego urodziny, a kiedy skończy szesnaście lat, dołączy do szeregów straży zamkowej. Z racji niewielkich umiejętności w walce będzie wysyłany do najgorszych zadań. Jeśli giermkowie mówili poważnie, to może nauczy się czegoś, czegokolwiek.
Trójka obwiązała go ciężkimi warstwami ochraniaczy, które krępowały jego ruchy; Horace dał mu zapasowy drewniany miecz.
I wtedy zaczęło się lanie.
Bez słowa ostrzeżenia wszyscy trzej giermkowie uderzyli mieczami w głowę Reubena. Metal i szmaty absorbowały większość siły uderzenia, ale nie wszystko. Wnętrze hełmu miało szorstkie, odsłonięte metalowe krawędzie, które rozcinały skórę i dźgały w czoło, policzek, ucho. Reuben uniósł miecz w nieudolnej próbie obrony, ale niewiele widział przez przyłbicę. Mając uszy zatkane szmatami, ledwie słyszał stłumiony śmiech. Jedno uderzenie wytrąciło mu miecz z rąk, a drugie trafiło go w plecy, powalając na kolana. Potem już zaczęło się poważne bicie. Ciosy zasypały jego uwięzioną w metalu głowę, kiedy Reuben zwinął się w kłębek.
Wreszcie napastnicy zaczęli zwalniać i w końcu odstąpili. Reuben usłyszał ciężkie dyszenie, sapanie i kolejne śmiechy.
– Miałeś rację, Dills – powiedział Willard. – Gnojarz jest o wiele lepszy od manekina do ćwiczeń.
– Przez chwilę, bo manekin nie zwija się w kłębek jak dziewucha. – W głosie Dillsa zadźwięczała pogarda.
– Za to on piszczy przy każdym trafieniu.
– Jeszcze komuś chce się pić? – zapytał Horace, nadal dysząc.
Słysząc, że się odsuwają, Reuben odetchnął i rozluźnił mięśnie. Szczęka mu zdrętwiała od zaciskania zębów, całe ciało bolało go od bicia. Leżał jeszcze chwilę, czekając i nasłuchując. Przez hełm na głowie był odcięty od świata, ale bał się go zdjąć. Po kilku minutach ucichły nawet stłumione śmiechy i wyzwiska. Zerknął przez szparę i zobaczył tylko pomarańczowe i żółte korony drzew kołyszące się na popołudniowym wietrze. Przekrzywił głowę i zobaczył Trzy Zmory pośrodku podwórza. Chłopcy napełnili kubki wodą ze studni i usiedli na wozie z jabłkami. Jeden rozcierał rękę od miecza i zataczał nią szerokie kręgi.
Zlanie mnie do nieprzytomności musi być wyczerpujące.
Reuben zdjął hełm i chłodne powietrze musnęło jego spocone czoło. Zdał sobie sprawę, że to wcale nie był hełm Dillsa. Pewnie walał się gdzieś po dziedzińcu, gdzie go znaleźli. Reuben powinien był się domyślić, że Dills nigdy w życiu nie pozwoliłby mu włożyć czegoś swojego. Otarł twarz i nie zdziwił się, widząc krew.
Usłyszał, że ktoś podchodzi, uniósł więc ręce, żeby zasłonić głowę.
– To było żałosne. – Ellison stanął nad Reubenem, zajadając jabłko, które ukradł z wozu kupca.
Nikt nie powiedziałby mu złego słowa, a już z pewnością nie kupiec. Ellison był starszym giermkiem, chłopcem, którego ojciec miał największe wpływy. To on powinien zapobiegać takiemu znęcaniu się.
Reuben nie odpowiedział.
– Nie zawiązano dostatecznie ściśle ochraniaczy – ciągnął Ellison. – Oczywiście przede wszystkim chodzi o to, żeby w ogóle nie oberwać.
Znowu ugryzł jabłko i przeżuł kęs z otwartymi ustami. Kawałki miąższu poleciały mu na pierś, plamiąc tunikę. On i Zmory nosili takie same stroje, niebieskie z bordowymi dodatkami i złotym sokołem rodu Essendon. Przez plamę od soku z jabłka wydawało się, że sokół płacze.
– Ciężko cokolwiek zobaczyć w tym hełmie.
Reuben zauważył, że kawałek zwiniętego materiału, który wypadł na trawę, jest czerwony od jego krwi.
– Myślisz, że rycerze widzą więcej? – zapytał Ellison z ustami pełnymi jabłka. – Walczą na koniach, a ty miałeś na sobie tylko hełm i trochę ochraniaczy. Rycerze noszą pięćdziesiąt funtów stali, więc się nie tłumacz. Na tym polega problem z ludźmi twojego pokroju: zawsze znajdą jakąś wymówkę. Nie dość, że jako paziowie musimy znosić poniżenie, jakim jest praca ramię w ramię z wami, to jeszcze musimy wysłuchiwać waszych wiecznych narzekań. – Ellison zaczął mówić wyższym głosem, udając dziewczynę. – „Potrzebuję butów, żeby nosić wodę zimą. Nie dam rady sam porąbać całego drzewa”. – I już własnym głosem dodał: – Powód, dla którego nadal upierają się, żeby szlachetnie urodzeni młodzieńcy musieli znosić upokorzenie, jakim jest sprzątanie stajni, zanim staną się prawdziwymi giermkami, całkowicie mnie przerasta, ale żeby jeszcze znosić zniewagę, jaką jest praca razem z kimś takim jak ty, zwykłym wieśniakiem i bękartem, to już po prostu…
– Nie jestem bękartem – powiedział Reuben. – Mam ojca. Mam nazwisko.
Ellison roześmiał się i kawałki jabłka wyleciały mu z ust.
– Masz nawet dwa, jego i jej. Reuben Hilfred, syn Rose Reuben i Richarda Hilfreda. Twoi rodzice nigdy się nie pobrali i to czyni cię bękartem. A kto wie, ilu żołnierzy zabawiała twoja matka przed śmiercią. Wiesz, pokojówki lubią się zabawić. To same dziwki. Twój ojciec był po prostu na tyle durny, żeby uwierzyć, kiedy mu powiedziała, że jesteś jego synem. To jasno ukazuje głupotę mężczyzny. Zakładając więc, że nie kłamała, jesteś synem idioty i…
Reuben uderzył w Ellisona całym ciałem, przewracając go na plecy. Usiadł i zamachnął się, trafiając starszego chłopca w pierś i twarz. Kiedy Ellison uwolnił rękę, Reuben poczuł ból na policzku. Teraz on leżał na plecach i cały świat wirował. Ellison kopnął go w bok z dostateczną siłą, żeby złamać mu żebro, ale Reuben prawie tego nie poczuł. Nadal miał na sobie ochraniacze.
Ellison wyciągnął miecz. Metal opuścił pochwę z głośnym brzęknięciem. Reuben ledwie zdążył chwycić miecz do ćwiczeń, który zostawił na trawie. Uniósł go w samą porę, żeby uchronić się przed utratą głowy, ale stal Ellisona przecięła drewno na pół.
Reuben uciekł.
To była jedyna przewaga, jaką miał nad nimi. Więcej pracował i wszędzie biegał, podczas gdy oni robili niewiele. Nawet obciążony ochraniaczami był szybszy i bardziej wytrzymały od sfory ogarów. Mógłby biec całymi dniami, gdyby zaszła taka potrzeba. Mimo to nie był dość szybki i Ellison zdołał wymierzyć ostatni cios w jego plecy. Uderzenie tylko pchnęło Reubena do przodu, ale kiedy już znalazł się w bezpiecznej odległości, odkrył głębokie rozcięcie, które przeszło przez wszystkie cztery warstwy ochraniaczy, tunikę i nawet nieco skóry.
Ellison próbował go zabić.
Reuben przez resztę dnia ukrywał się w stajniach. Ellison i pozostali nigdy tam nie przychodzili. Koniuszy Hubert miał skłonność zaganiać do pracy każdego chłopca z zamku, nie zważając na różnicę między synem hrabiego, barona czy sierżanta straży. Pewnego dnia może będą lordami, ale w tej chwili byli paziami i giermkami, a jeśli idzie o Huberta, byli tylko plecami i rękami do unoszenia łopat. Zgodnie z oczekiwaniami Reubena zagoniono go do uprzątania łajna z boksów, co było lepsze niż stawienie czoła ostrzu Ellisona. Plecy go bolały, tak samo jak twarz i głowa, ale krwawienie ustało. O mały włos nie zginął, nie zamierzał więc narzekać.
Ellison był po prostu wściekły. Gdy już się uspokoi, znajdzie inny sposób, żeby okazać swoje niezadowolenie. Razem z innymi giermkami zastawią pułapkę i zbiją go, najpewniej kijami, ale tym razem bez ochraniaczy i hełmu.
Reuben zatrzymał się, wrzuciwszy łopatę gnoju na wóz i pociągnął nosem. Dym z palonego drewna. W kuchni palono drewnem cały rok, ale jesienią dym pachniał inaczej, bardziej słodko. Reuben wbił łopatę, przeciągnął się i spojrzał w górę na zamek. Prawie już skończono dekorować go z okazji jesiennej gali. Świąteczne flagi i wstęgi powiewały na masztach, kolorowe latarnie zwieszały się z drzew. Chociaż galę urządzano co roku, w tym świętowano podwójnie – dodatkowo z okazji mianowania nowego kanclerza. To znaczyło, że obchody musiały być większe i wspanialsze, zatem udekorowano zamek wewnątrz i od zewnątrz dyniami, tykwami i wiązkami zbóż. Kiedy pojawił się problem zbyt małej liczby krzeseł, bele słomy wniesiono do wszystkich sal. Przez ostatni tydzień farmerzy przywozili jej pełne wozy. Zamek wyglądał naprawdę świątecznie i chociaż Reuben nie został zaproszony, wiedział, że to będzie wspaniałe przyjęcie.
Jego spojrzenie powędrowało ku wysokiej wieży, która ostatnio stała się jego obsesją. Królewska rodzina rezydowała na wyższych piętrach zamku, gdzie niewielu mogło wejść bez zaproszenia. Najwyższy punkt zamku przewyższał resztę budowli raptem o kilka stóp, ale w wyobraźni Reubena wieża niemal dosięgała nieba. Zmrużył oczy, myśląc, że może dostrzeże jakiś ruch, kogoś przechodzącego obok okna. Niczego nie zobaczył, ale z drugiej strony niewiele działo się tam za dnia.
Z westchnieniem wrócił do półmroku stajni. Właściwie lubił wygarniać gnój z boksów. W chłodne dni latało niewiele much, a łajno było przeważnie suche, wymieszane ze słomą uzyskiwało konsystencję starego chleba albo ciasta i prawie nie śmierdziało. Prosta, niewymagająca myślenia praca dawała mu poczucie spełnienia. Poza tym lubił towarzystwo koni. Ich nie obchodziło, kim jest Reuben, jakiego koloru ma krew albo czy jego matka poślubiła jego ojca. Zawsze witały go, rżąc, i pocierały chrapami o jego pierś, kiedy znalazł się w pobliżu. Z nikim innym nie wolałby bardziej spędzić jesiennego popołudnia – z jednym wyjątkiem. A wtedy, jakby wystarczyło pomyśleć, żeby spełniło się marzenie, błysnęła mu bordowa suknia.
Widok księżniczki w drzwiach stajni zaparł Reubenowi dech w piersi. Zawsze zamierał na jej widok, a nawet jeśli był w stanie się poruszać, poruszał się niezgrabnie – jego palce głupiały, nie potrafiły wykonać najprostszego zadania. Na szczęście nigdy nie oczekiwano, że odezwie się w jej obecności. Wyobrażał sobie, że wtedy w porównaniu z językiem jego palce wydałyby się niezwykle zwinne. Obserwował księżniczkę od lat, widywał przelotnie, kiedy wsiadała do powozu albo witała gości. Polubił ją od pierwszego wejrzenia. Było coś w sposobie, w jaki się uśmiechała, w śmiechu, który pobrzmiewał w jej głosie i często poważnym wyrazie twarzy, co sprawiało, że wydawała się starsza, niż była w rzeczywistości. Wyobrażał sobie, że nie jest zwykłym człowiekiem, lecz jakąś baśniową istotą, ucieleśnieniem naturalnej gracji i piękna. Rzadko mógł ją zobaczyć, co czyniło te okazje specjalnymi, ekscytującymi chwilami jak widok jelonka o świcie. Kiedy się pojawiła, nie mógł oderwać od niej oczu. Miała prawie trzynaście lat i była równie wysoka jak matka. Jednakże coś w sposobie chodzenia i przesuwania bioder, kiedy za długo stała w jednym miejscu wskazywało, że jest już bardziej damą niż dziewczynką. Nadal była chuda i drobna, ale się zmieniła. Reuben marzył, że pewnego dnia będzie stał przy studni, kiedy ona pojawi się na dziedzińcu sama i spragniona. Oczami duszy widział, jak nabiera dla niej wody i nalewa jej do kubka. Uśmiechnęłaby się i być może podziękowałaby. Kiedy oddawałaby pusty kubek, ich palce zetknęłyby się przelotnie; przez jedną chwilę czułby ciepło jej skóry i po raz pierwszy zaznałby radości.
– Reuben! – Ian, stajenny, uderzył go w ramię szpicrutą. Dość mocno, żeby uderzenie zapiekło i zostawiło ślad. – Przestań marzyć i bierz się do roboty.
Reuben bez słowa wrócił do przerzucania gnoju. Przyswoił już sobie dzisiejszą lekcję i trzymał spuszczoną głowę, nabierając warstwy zaschłego gnoju. Księżniczka nie mogła go widzieć w boksie, ale za każdym razem, gdy wrzucał gnój na wóz, migała mu przelotnie w drzwiach. Miała na sobie nową bordową suknię z caliskiego jedwabiu, którą dostała na urodziny wraz z koniem. Dla Reubena Calis był miejscem mitycznym, krainą gdzieś daleko na południu wypełnioną dżunglą, chochlikami i piratami. Musiała być to magiczna ziemia, ponieważ materiał sukni mienił się, kiedy księżniczka szła, a kolor podkreślał barwę jej włosów. Jako najnowsza suknia doskonale pasowała. Co więcej, pozostałe sukienki uszyto dla dziewczynki, a ta była przeznaczona dla kobiety.
– Wasza Wysokość weźmie Tamaryszka? – Głos Iana rozległ się gdzieś w okolicach głównego wejścia do stajni.
– Oczywiście. To piękny dzień na przejażdżkę, nieprawdaż? Tamaryszek lubi chłodne dni. Może wtedy pogalopować.
– Matka Waszej Wysokość prosiła, żeby panienka nie galopowała na Tamaryszku.
– Trucht jest niewygodny.
Ian spojrzał na nią pytająco.
– Tamaryszek to rumak z Maranonu, Wasza Wysokość. On nie truchta, on kłusuje.
– Lubię wiatr we włosach – mówiła z werwą, uporem, który wywołał uśmiech u Reubena.
– Matka Waszej Wysokości wolałaby…
– Jesteś królewskim stajennym czy piastunką? Bo może powinnam powiedzieć Norze, że jej usługi nie są już potrzebne.
– Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość, ale matka panienki…
Księżniczka minęła stajennego i weszła do stajni.
– Ty, tam…! Chłopcze! – zawołała.
Reuben przerwał skrobanie. Patrzyła prosto na niego.
– Potrafisz osiodłać konia?
Zdołał skinąć głową.
– To osiodłaj dla mnie Tamaryszka. Weź damskie siodło z zamszu. Wiesz które?
Reuben znowu skinął głową i rzucił się wykonać polecenie. Ręce mu się trzęsły, kiedy zdejmował siodło z wieszaka.
Tamaryszek był pięknym kasztankiem sprowadzonym z królestwa Maranonu. Tamtejsze konie słynęły z doskonałej krwi i nadzwyczajnego wyszkolenia, dzięki czemu wyjątkowo wygodnie się na nich jeździło. Reuben wyobrażał sobie, że tak król opisał ten prezent swojej żonie. Wierzchowce z Maranonu słynęły również z szybkości, jak zapewne opisał podarunek swojej córce.
– Dokąd Wasza Wysokość się wybierze? – spytał Ian.
– Myślałam, że pojadę do Mostu Wjazdowego.
– Wasza Wysokość nie może jechać sama tak daleko.
– Ojciec podarował mi tego konia, żebym jeździła, i to nie tylko po dziedzińcu.
– W takim razie będę towarzyszył Waszej Wysokości – uparł się stajenny.
– Nie! Twoje miejsce jest tutaj. Poza tym, kto podniesie alarm, gdybym nie wróciła?
– Jeśli ja nie mogę, to niech Reuben jedzie z Waszą Wysokością.
– Kto?
Reuben zamarł.
– Reuben. Chłopak, który siodła konia.
– Nie chcę żadnego towarzystwa.
– Albo ja, albo on, bo inaczej żaden koń nie zostanie osiodłany, a ja pójdę od razu do matki Waszej Wysokości.
– Dobrze. Wezmę… Mówiłeś, że jak się nazywa?
– Reuben.
– Naprawdę? A ma jakieś nazwisko?
– Hilfred.
Westchnęła.
– Wezmę Hilfreda.
Reuben nigdy dotąd nie jechał konno, ale nie zamierzał żadnemu z nich o tym mówić. Nie bał się niczego poza tym, że wygłupi się przy księżniczce. Znał dobrze wszystkie konie i wybrał Melancholię, starszawą karą klacz z białą gwiazdą na czole. Jej imię odpowiadało temperamentowi, a ten z kolei odzwierciedlał jej wiek. Melancholię siodłano dla dzieci, które chciały przejechać się na „prawdziwym” koniu, babciom i korpulentnym ciotkom. Mimo to serce mu waliło jak młotem, gdy klacz ruszyła za Tamaryszkiem, co zrobiłaby nawet, gdyby nie miała Reubena na grzbiecie.
Minęli bramę zamkową i wjechali do Medfordu, stolicy królestwa Melengaru. Reuben nie otrzymał szczególnej edukacji, ale uważnie słuchał i wiedział, że Melengar jest jednym z najmniejszych ośmiu królestw Avrynu – największego z czterech ludzkich państw. Wszystkie cztery kraje – Trent, Avryn, Delgos i Calis – tworzyły kiedyś jedno imperium, ale to było dawno temu i nie miało już żadnego znaczenia dla nikogo poza skrybami i historykami. Ważne zaś było to, że Melengar był szanowany, zamożny i żył w pokoju od pokolenia albo i dłużej.
Zamek królewski stał w centrum miasta. Oblegały go otaczające fosę wozy straganiarzy, z których sprzedawano wszelkiego rodzaju jesienne owoce, warzywa, pieczywa, wędzone mięsa, wyroby skórzane i jabłecznik, podawany zarówno na zimno, jak i na ciepło, mocny i słaby. Trzech skrzypków wygrywało wesołą melodię obok obróconego kapelusza położonego na pniaku. Pomniejsi arystokraci w pelerynach lub opończach przechadzali się ceglanymi ulicami, dotykając zręcznie zrobionych błyskotek. Ci zamożniejsi przejeżdżali powozami.
Oni dwoje przejechali prosto szeroką ceglaną aleją, mijając posąg Tolina Essendona. Rzeźba była większa niż naturalne rozmiary, a pierwszego króla Melengaru ukazano niczym boga na ogierze, chociaż wieść gminna niosła, że nie był szczególnie dużym mężczyzną. Możliwe, że artysta chciał oddać wielkość Tolina, a nie tylko jego wygląd, ponieważ bez wątpienia człowiek, który pokonał Lothomada, władcę Trentu i podniósł Melengar z ruiny po wojnie domowej, był niemal równie wielki jak sam Novron.
Nikt nie zatrzymywał ani nie zadawał pytań Reubenowi i Ariście, kiedy przejeżdżali, ale wielu kłaniało się albo dygało. Kilka głośnych rozmów ucichło, kiedy nadjechali i wszyscy się na nich gapili. Reuben był tym zakłopotany, ale księżniczka sprawiała wrażenie całkowicie nieświadomej. Podziwiał ją za to.
Kiedy już opuścili miasto i wyjechali na drogę, Arista przyśpieszyła do truchtu. W każdym razie jego koń truchtał i był to nieprzyjemny, podskakujący chód, przy którym miecz od Iana uderzał Reubena w udo. Tak jak Ian wspomniał, koń księżniczki nie truchtał. Tamaryszek kłusował, jakby nie chciał pobrudzić sobie kopyt ziemią.
Jechali drogą i w miarę jak Reuben czuł się coraz pewniej w siodle, coraz szerzej się uśmiechał. Był sam na sam z nią, z dala od Ellisona i Trzech Zmor, jechał konno i miał miecz. Tak powinno wyglądać życie mężczyzny. Tak mogło wyglądać jego życie, gdyby urodził się arystokratą.
Reubenowi było pisane pójść w ślady ojca, Richarda, i służyć królowi jako zbrojny. Zacznie od służby na murach albo przy bramie i jeśli będzie miał szczęście, kiedyś otrzyma bardziej prestiżową pozycję, tak jak ojciec. Richard Hilfred był sierżantem w królewskiej gwardii i należał do straży przybocznej króla i jego rodziny. Taka pozycja wiązała się z przywilejami, umożliwiała na przykład zapewnienie miejsca synowi, który nie otrzymał żadnego szkolenia. Reuben wiedział, że powinien być wdzięczny za tę możliwość. Żołnierze w królestwie, w którym panuje pokój, prowadzili wygodne życie, ale na razie jego pobyt w zamku Essendonów był jak najdalszy od wygodnego.
Za tydzień w swoje urodziny przywdzieje barwy ciemnej czerwieni i złota. Nadal będzie najmłodszy i najsłabszy, ale nikt go już nie nazwie wyrzutkiem. Odnajdzie swoje miejsce. Tyle że tym miejscem nigdy nie będzie koński grzbiet podczas swobodnej przejażdżki drogą z prawdziwym mieczem u pasa. Reuben wyobraził sobie życie błędnego rycerza przemierzającego bezdroża wedle własnego uznania w poszukiwaniu przygód i sławy. To była przyszłość giermków, ich nagroda za podkradanie jabłek i pobicie Reubena.
Ta jazda mogła być najwspanialszym wydarzeniem w jego życiu. Było późne jesienne popołudnie, pogoda – idealna. Niebo miało niebieski kolor, jaki zwykle widuje się zimą, a drzewa – wiele z nich nadal zachowało liście – były barwne, jakby las płonął, tylko zastygł w czasie. Strachy na wróble z głowami z dyń strzegły brązowych łodyg kukurydzy i jesiennych ogrodów.
Odetchnął świeżym powietrzem; jakimś cudem wydawało się jeszcze słodsze.
Kiedy wyjechali na drogę, księżniczka się obejrzała.
– Hilfred? Myślisz, że widzą nas tutaj?
– Kto, Wasza Wysokość? – zapytał zdumiony i wdzięczny, że głos mu się nie załamał.
– Och, sama nie wiem. Ktoś, kto mógłby nas obserwować… Straże na murach albo ktoś, kto na przykład odłożył robótkę, żeby wspiąć się na wschodnią wieżę i wyjrzeć przez okno?
Reuben się obejrzał. Wzgórze i drzewa przesłoniły miasto.
– Nie, Wasza Wysokość.
Księżniczka się uśmiechnęła.
– Cudownie.
Pochyliła się mocniej nad grzbietem Tamaryszka i zacmokała. Koń zerwał się do galopu i popędził drogą.
Reuben nie miał wyjścia – musiał pojechać za nią, trzymając się siodła obiema rękami. Melancholia dzielnie próbowała dotrzymać kroku Tamaryszkowi, ale zwykła dziewiętnastoletnia klacz nie miała szansy z siedmioletnim rumakiem z Maranonu. Księżniczka i jej wierzchowiec szybko zniknęli mu z oczu, a Melancholia przeszła w kłus, a potem zaczęła iść stępa. Boki falowały jej ciężko i nic, co robił Reuben, nie było w stanie zmusić jej do przyśpieszenia. W końcu poddał się i westchnął sfrustrowany.
Spojrzał na drogę bezradnie. Zastanawiał się, czy nie porzucić Melancholii i nie pobiec, ponieważ w tej chwili byłby w stanie biec szybciej, niż jechał konno. Nie wiedział, co robić. A jeśli księżniczka spadła? Gdyby tylko Melancholia potrafiła galopować tak szybko, jak biło mu serce.
Gramoląc się na szczyt następnego wzniesienia, dostrzegł księżniczkę. Nadal siedziała w siodle. Zatrzymała się przy Moście Wjazdowym, który znaczył przejście między królestwem Melengaru i sąsiednim królestwem Warric. Dostrzegła go, ale nie zamierzała uciekać.
Na jej widok jego panika zniknęła. Księżniczka była bezpieczna. Kiedy Reuben zobaczył ją na koniu nad rzeką, uznał, że to nie przejażdżka była najwspanialszą chwilą jego życia, ale właśnie ten moment.
Arista była piękna, ale nigdy nie wyglądała równie pięknie jak w tej chwili. Siedziała w siodle wyprostowana, wiatr rozłożył jej wspaniałą suknię na boki i zad konia. Jej długi cień sięgał ku Reubenowi, gdy zachodzące słońce oblewało ich oboje światłem, migocząc na grzywie Tamaryszka i jedwabnej sukni w taki sam sposób, w jaki łyskało na powierzchni rzeki. Ta chwila była darem, niewysłowionym cudem, cudem nie do pomyślenia. Przebywanie sam na sam z Aristą Essendon o zachodzie słońca, gdy ona była odziana w suknię dorosłej kobiety, a on był konno i uzbrojony w miecz jak prawdziwy mężczyzna, jak rycerz – to była idealna, wymarzona chwila.
I zniszczył ją tętent kopyt.
Grupa jeźdźców wypadła spomiędzy drzew na lewo od Reubena. Cała trójka popędziła ku niemu. Myślał, że zderzą się z nim, ale w ostatniej chwili skręcili i śmignęli obok niego, tylko peleryny załopotały za nimi. Wystraszyli Melancholię klacz z szarpnięciem zboczyła z drogi. Nawet gdyby Reuben był świetnym jeźdźcem, miałby kłopot z utrzymaniem się w siodle. Zaskoczony i niezaznajomiony z ruchami koni spadł i wylądował na płask na plecach.
Wstał, kiedy jeźdźcy podjechali do księżniczki i okrążyli ją, śmiejąc się i pogwizdując. Reuben nie należał jeszcze do straży zamkowej, ale Ian nie bez powodu dał mu miecz. To, że było ich trzech, nie miało znaczenia. Fakt, że jego umiejętności w posługiwaniu się mieczem można było w najlepszym wypadku opisać – nawet gdyby sam miał je opisać – jako żenujące, w najmniejszym stopniu go nie powstrzymał.
Wyciągnął ostrze i popędził w dół ze wzniesienia, a kiedy dotarł do jeźdźców, krzyknął:
– Zostawcie ją!
Śmiechy ucichły.
Dwóch nieznajomych zsiadło z koni i wyciągnęło miecze. Wypolerowana stal zabłysła w niskim słońcu. Kiedy tylko ich stopy uderzyły o ziemię, Reuben zdał sobie sprawę, że to zaledwie chłopcy, trzy, może cztery lata młodsi od niego. Ich rysy były tak podobne, że musieli być braćmi. Ich broń nie przypominała szerokich tasaków straży zamkowej ani krótkich mieczy giermków. Była delikatna, miała wąskie klingi i ozdobne gardy.
– Jest mój – oznajmił największy z chłopców i Reuben ledwie uwierzył w swoje szczęście, gdy pozostali dwaj nie włączyli się do walki.
Bronić księżniczkę przed zbirami, nawet jeśli to tylko dzieci, na jej oczach stanąć w obronie jej czci, być tym, który ją ocali… Wielki Mariborze, nie mogę zawieść… Nie teraz!
Chłopiec podszedł zbyt nonszalancko, co zastanowiło Reubena. Był niższy o dobre pięć cali i chudy jak łodyga kukurydzy. Wiatr wiał mu zza pleców, więc z trudem powstrzymywał czarne włosy przed wpadaniem do oczu, kiedy podchodził do Reubena z szerokim uśmiechem na twarzy.
Kiedy znalazł się na odległość miecza, przystanął i ku zdumieniu Reubena ukłonił się. Potem wyprostował się i przeciął klingą powietrze w tę i z powrotem. Ostrze zadźwięczało. Wreszcie stanął na przygiętych nogach z drugą ręką za plecami.
A potem zaatakował.
Jego szybkość była niepokojąca. Czubek wąskiej klingi trafił Reubena w pierś, nie rozcinając skóry, ale zostawiając rozcięcie w koszuli. Reuben zatoczył się do tyłu. Chłopiec naparł, przesuwając stopy w przedziwny sposób, jakiego Reuben nigdy dotąd nie widział. Jego ruchy były płynne i pełne gracji, jakby tańczył.
Reuben zamachnął się mieczem.
Chłopak nawet nie drgnął. Nie uniósł broni, żeby sparować cios. Zaśmiał się tylko, gdy miecz przeciął powietrze o cal od niego.
– Myślę, że mógłbym tu stać przywiązany do pala i nadal nie zdołałbyś mnie trafić. Dama powinna znaleźć sobie lepszego obrońcę.
– To nie jest jakaś tam dama. To księżniczka Melengaru! – krzyknął Reuben. – Nie pozwolę wam jej skrzywdzić.
– Doprawdy? – Chłopak zerknął przez ramię. – Słyszeliście? Pojmaliśmy księżniczkę.
Idiota ze mnie. Reuben miał ochotę przebić się mieczem.
– Cóż, nie zamierzamy jej skrzywdzić. Ja i moi towarzysze rozbójnicy zbezcześcimy ją, poderżniemy jej gardło i na koniec rzucimy dziewkę do rzeki!
– Przestań! – krzyknęła Arista. – Jesteś okrutny!
– Nie, wcale nie jest – odezwał się ten, który nie zsiadł z konia. Miał na sobie opończę z kapturem, a ponieważ słońce zachodziło, Reuben nie widział jego twarzy. – Ale zachowuje się jak dureń. Moim zdaniem powinniśmy zatrzymać ją dla okupu i zażądać jej wagi w złocie!
– Doskonały pomysł – uznał młodszy z dwóch braci, który już schował broń do pochwy, wyjął kawałek sera z torby i podał siedzącemu wierzchem, ten zaś odgryzł kawałek.
– Po moim trupie – oznajmił Reuben i znowu rozległy się śmiechy.
Reuben jeszcze raz zaatakował. Przeciwnik zbił na bok cios, nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
– Tym razem było odrobinę lepiej. Przynajmniej istniała szansa, że może mnie trafisz.
– Mauvin, przestań! – krzyknęła księżniczka. – On nie wie, kim jesteś.
– Wiem! – odkrzyknął chłopak o potarganych włosach i zaśmiał się. – To dlatego to taka pyszna zabawa.
– Powiedziałam, żebyś przestał! – zażądała księżniczka, podjeżdżając.
Chłopiec znowu się roześmiał i zaatakował nisko, celując w stopy Reubena. Tamten nie miał pojęcia, jak zablokować taki cios. Opuścił miecz, a strach sprawił, że odruchowo cofnął stopy. Stracił równowagę, padł na twarz i wbił miecz w ziemię. Przeturlał się na plecy i z trudem wstał, a wtedy zobaczył, że chłopak trzyma oba miecze. Znowu wszyscy się roześmiali. Wszyscy z wyjątkiem Aristy.
– Przestań! – krzyknęła. – Nie widzisz, że on nie potrafi posługiwać się mieczem? Nie ma nawet pojęcia, jak jeździć konno. To służący. On tylko rąbie drewno i nosi wodę.
– Chciałem tylko trochę się zabawić.
– Może dla ciebie to jest zabawne – wskazała Reubena – a on naprawdę myśli, że chcecie mnie skrzywdzić. On się nie bawi.
– Naprawdę? Bo jeśli to prawda, to jest żałosny. Serio, jeśli tylko na tyle go stać, to czemu, na Maribora, Lawrence wysłał tę fajtłapę jako twoją eskortę? Prawdziwy rozbójnik zabiłby go pierwszym uderzeniem, ty byłabyś uwiązana do jego konia, a list z żądaniem okupu już zostałby wysłany do zamku.
Księżniczka się skrzywiła.
– Gdybyście byli prawdziwymi rozbójnikami, Tamaryszek i ja zostawilibyśmy was w chmurze kurzu. Kaszlelibyście i pluli pyłem, podczas gdy my pogalopowalibyśmy w siną dal.
– Wątpię – odparł chłopak na koniu.
– Tak? – Księżniczka pochyliła się i szepnęła coś do ucha Tamaryszka.
Rumak skoczył chyżo jak łania i pocwałował Południową Drogą z powrotem do miasta.
– Łapać ją! – krzyknął chłopiec siedzący na koniu.
Ponaglił wierzchowca i popędził za księżniczką.
Potargany chłopak rzucił Reubenowi miecz. Potem razem z bratem dosiadł konia i pojechał za uciekającą księżniczką, która zgodnie z zapowiedzią zostawiła ich wszystkich w chmurze kurzu.
W jednej chwili Reuben został sam. Jedyną jego pociechą była świadomość, że księżniczce nic nie grozi. Arista najwyraźniej znała tę trójkę, co tylko pogłębiło jego upokorzenie. Jedyną gorszą rzeczą od tego, że został pokonany przez młodszego chłopca i wyśmiany na oczach księżniczki, był fakt, że to ona stanęła w jego obronie.
Nie widzisz, że on nie potrafi posługiwać się mieczem? Nie ma nawet pojęcia, jak jeździć konno. To służący. On tylko rąbie drewno i nosi wodę.
Reuben stał chwilę, patrząc na gasnące światło i obserwując czarne chmury przewalające się jak kurtyna przesłaniająca scenę. Łzy spłynęły mu po policzkach. Nigdy nie płakał, chociaż wiele razy dostał lanie. Przywykł do bólu, wyzwisk, ale to było coś innego. Reuben zawsze podejrzewał, że jest do niczego. Teraz stracił wszelkie wątpliwości. Kimkolwiek tamci byli, żałował, że go nie zabili, wtedy przynajmniej nie musiałby żyć ze wstydem.
Otarł twarz brudnymi rękami i rozejrzał się znowu. Kiedy nadeszła noc, mgła uniosła się nad rzeką, światła zamigotały w odległych domach na farmach. Melancholia zniknęła. Albo pobiegła za tamtymi, albo po prostu wiedziała, że czas wracać do stajni.
Reuben Hilfred wsunął pożyczony miecz do pochwy i wrócił piechotą do domu.
Był zmęczony, kiedy dotarł na miejsce. Zajrzał do stajni i zobaczył, że Melancholia i Tamaryszek stoją już bezpiecznie w swoich boksach. Złamano mu serce, pobito, zagoniono go do ciężkiej pracy w stajni, a potem zmuszono do przejścia kilku mil piechotą po zmroku – Reubenowi zostało niewiele siły. Mimo to przystanął w połowie dziedzińca, żeby spojrzeć na zamek… I na wieżę.
Piękny jesienny dzień zamienił się w okropną jesienną noc. Wraz ze wschodem księżyca, który przesłoniły ciemne chmury, zerwał się wiatr. Czarne wiedźmowate palce drzew poruszały się gwałtownie na tle mrocznego nieba, liście odrywane od ich członków latały nad dziedzińcem. Noc była zimna, pochodnie migotały na wietrze. W nocach w porze żniw było coś, co niepokoiło Reubena. Wrażenie bliskości śmierci przenikało wszystkie zakamarki, a niedługo spadnie śnieg podobny do całunu okrywającego nieboszczyka. Myśląc o tym, spojrzał na wieżę. Spodziewał się sygnału w jej oknie, jednak nie zapłonęło w nim światło.
Ogarnęła go znajoma mieszanka uczuć – niewątpliwie ulga, ale i rozczarowanie.
Wszedł cichaczem do koszar, gdzie powitało go chrapanie kilkudziesięciu mężczyzn. Noszone za dnia buty teraz wietrzyły się, ich odór dołączył do smrodu potu i stęchłego piwa. Reuben z ojcem zajmowali osobny pokój, ale nie były to żadne luksusy. Kiedyś był to schowek, ledwie zmieściły się tam dwa łóżka i stół. Zanim Reuben zjawił się na zamku, był to przywilej, nagroda, jaką ojciec otrzymał za służbę u króla.
Lampa nadal płonęła, kiedy wszedł.
– Chcesz kolację? – spytał ojciec.
Ani słowem nie spytał, gdzie był. Ojciec nigdy o to nie pytał i dopiero niedawno Reuben zaczął dostrzegać, że to dziwne. Ojciec leżał na łóżku, buty już zdjął, pas z mieczem, kolczugę i tunikę schludnie odłożył na półkę i wieszaki. Pasek i trzy skórzane sakiewki, które zawsze przy nim nosił, leżały obok łóżka – nieodmiennie w zasięgu ręki. Reuben wiedział, że w jednej ojciec nosił pieniądze, a w drugiej osełkę, ale nie wiedział, co jest w trzeciej. Richard Hilfred leżał z jedną ręką ugiętą tak, by osłaniała oczy. Każdej nocy spał w tej samej pozycji. Nie golił się przez kilka ostatnich dni i ciemny zarost, gęsty jak najeżone futro, pokrył mu policzki i brodę. Włosy, kiedyś czarne jak węgiel, pokryły się odrobiną srebra. Reuben był ciemnym blondynem, co sprawiło, że przypomniał sobie w tej chwili słowa Ellisona na temat jego matki.
– Nie jestem głodny.
Ojciec opuścił rękę i spojrzał na niego, mrużąc oczy.
– Co się stało?
Pytanie? Od kiedy?
– Nic. – Reuben usiadł na łóżku świadom ironii, że kiedy raz ojciec zainteresował się nim, on nie chciał z nim rozmawiać.
– Skąd masz ten miecz?
– Co? – Zapomniał o broni. – Ach, Ian kazał mi go wziąć.
– Dokąd?
Cztery pytania z rzędu. Zainteresowanie, troska czy po prostu zbliżają się moje urodziny?
Ojciec zawsze był nerwowy o tej porze roku. Urodziny Reubena to był jedyny dzień, kiedy Richard odwiedzał go, kiedy jeszcze Reuben mieszkał z ciotką – raz w roku, zawsze bez wyjątku. Ojciec nigdy go nie objął, zwykle na niego wrzeszczał, a w jego oddechu było czuć alkohol. Gdy ciotka umarła i ojciec zabrał go na zamek, Reuben płakał. Niewiele mu brakowało do dwunastych urodzin i Richard Hilfred uznał, że syn jest za duży na łzy. Spuścił mu lanie. Reuben nigdy więcej nie zapłakał, aż do tego wieczoru, kiedy księżniczka odjechała, zabierając ze sobą jego nadzieje.
– Księżniczka nalegała na przejażdżkę – wyjaśnił Reuben. – Ian kazał mi ją eskortować.
Ojciec usiadł. Łóżko pod nim zatrzeszczało. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił, tylko patrzył i w końcu Reuben poczuł się nieswojo.
– Trzymaj się od niej z dala, słyszysz?
– Nie miałem wyboru. Ona…
– Nie chcę słyszeć żadnych wymówek. Nie zbliżają się do niej, jasne?
Reuben skinął głową. Już dawno temu nauczył się nie sprzeczać z ojcem. Sierżant Richard Hilfred przywykł do radzenia sobie z niezdyscyplinowanymi ludźmi. Wydawał rozkaz i był on wypełniany albo sypały się zęby. Tak się dbało o dyscyplinę w szeregach straży, w koszarach i w ich małym pokoju.
– Arystokraci są niebezpieczni – ciągnął ojciec. – Są jak dzikie zwierzęta i zwrócą się przeciwko tobie. Nie można im ufać. Dla nich jesteśmy jak robactwo. Czasem mogą się z nami bawić, ale kiedy się znudzą, zmiażdżą nas.
– W takim razie czemu należysz do straży przybocznej króla? Przebywasz z nimi cały dzień.
Ojciec popatrzył na niego dziwnie, a Reuben zastanawiał się, czy zbliża się lanie. Ojciec jednak skrzywił się w zamyśleniu, nie z gniewu.
– Bo chyba kiedyś byłem taki jak ty. Wierzyłem im, ufałem. Poza tym nie ma lepszej pracy na tym zamku, może z wyjątkiem funkcji osobistego strażnika członka królewskiej rodziny. Wtedy uzyskujesz dostęp do wszystkiego i jesteś traktowany z szacunkiem. Jednakże nigdy nie zostałem wybrany, więc stałem się zaklinaczem węży. Wiem, jak sobie z nimi radzić, jak trzymać szlachetnie urodzonych tuż za łbem, żeby nie mogli ukąsić.
– Jak to robisz?
– Nie dając im nigdy powodu, żeby mnie zauważyli. Jestem cieniem. Jestem niewidzialny i cichy jak krzesło albo drzwi. Jestem tam, żeby ich strzec, ale póki nie ma zagrożenia, moim zadaniem jest nie istnieć. Ty zaś dałeś się zauważyć, i to przez samą księżniczkę. Miło się z nią jeździło? Wszyscy w mieście widzieli, jak podskakujesz w siodle z bronią mężczyzny u pasa i piękną dziewczyną u boku? Czułeś się jak jeden z nich?
Reuben nic nie powiedział, wbił tylko wzrok w podłogę.
– Widzę, jak na nią patrzysz. Jest ładna i będzie jeszcze ładniejsza, ale mądrzej byś postąpił, gdybyś już teraz wyłupił sobie oczy. Wyjdzie za mąż za rok albo dwa. Amrath nie będzie długo czekał. Potrzebuje sprzymierzeńców i wyda ją, póki jest młoda i najcenniejsza. Zostanie wysłana do Alburnu albo Maranonu. Może dlatego kupił jej konia, żeby pokochała nowy dom. To nie ma znaczenia. Ona nie jest osobą, jest walutą jak złoto czy srebro i król wyda ją, żeby zdobyć większą władzę lub zabezpieczyć granice. Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem na nią spojrzysz. Pragnąć jej to jak kraść z jego kufrów. Za to zabija się ludzi, nawet arystokratów.
Reubenowi nie podobała się ta rozmowa i wolał zmienić temat.
– Tego wieczoru nie zapaliło się światło w wieży.
Ojciec patrzył na niego chwilę, żeby dać mu odczuć, że mówił poważnie, a potem zapytał:
– I co z tego?
Położył się. Poruszał się powoli, jakby był obolały. Starzał się i to zaczynało rzucać się w oczy.
– Nic. Pomyślałem, że to dobry znak, prawda?
– To tylko pokój w wieży, Rue. Ludzie czasem wnoszą do pokoi świece.
– Tyle że wcześniej zawsze było tam ciemno, oprócz tych nocy, kiedy spłonęła lady Clare i potem, kiedy zmarł kanclerz. Widziałem.
– No i?
– Mówi się, że śmierć przychodzi trójkami.
– Kto tak mówi?
– Ludzie. – Reuben odpiął miecz i powiesił go obok broni ojca. Nie poczuł dumy, że wreszcie może to zrobić. – Zastanawiałem się, no wiesz, co tam działo się na górze, kiedy widziałem światło.
Pochylił się, żeby zdjąć buty, a kiedy podniósł wzrok, ojciec znowu mu się przypatrywał.
– Nie zbliżaj się do tej wieży, rozumiesz?
– Tak jest, sir.
– Mówię poważnie, Rue. Jeśli usłyszę, że kręciłeś się gdzieś w pobliżu, zleję cię gorzej niż giermkowie.
Reuben spuścił wzrok.
– Wiesz o tym?
– Masz ślady na twarzy, krwawą smugę na plecach tuniki i rozcięcie na koszuli. Kto inny? Nie martw się – dodał, gasząc lampę – w przyszłym tygodniu zostaniesz strażnikiem na zamku.
– A w czym to pomoże?
– Dostaniesz kolczugę zamiast koszuli.
Rozdział 2
Albert Winslow
Kobieta z miotłą wyskoczyła na nich i jak nikt inny przypominała Hadrianowi czarownicę. Pozlepiane czarne włosy rozsypywały się w szorstkich lokach tak, że było jej widać tylko jedno oko i czubek nosa. Chłopska spódnica przeszkadzała jej w ucieczce z zarośli i była tak porozdzierana i poplamiona błotem, że Hadrian był pewien, że kobieta przewróciła się więcej niż raz.
– Stać! Pomocy! – zawołała rozpaczliwie, jakby obaj z Royce’em pędzili drogą.
A prawda była taka, że jechali konno w tempie nieco szybszym od spacerowego. Hadrian ściągnął wodze i zatrzymał się, Royce zaś jeszcze przez chwilę jechał dalej, zanim obejrzał się zaciekawiony. W ciągu minionego roku Hadrian dość często widywał tę minę. Wiedział z doświadczenia, że zdumienie zamieni się w irytację, kiedy tylko Royce zrozumie, że Hadrian zatrzymał się, żeby wysłuchać, czego chce stara kobieta. Potem pojawi się grymas. Hadrian nie był pewien, co oznaczał – może rozczarowanie? Potem Royce przewróci oczami z nieskrywaną pogardą, następnie frustracja ujawni się w skrzyżowaniu rąk. Wreszcie wraz z naciągnięciem kaptura nadejdzie gniew. To, że Royce zakłada kaptur, zawsze było złym znakiem, jak futro jeżące się na grzbiecie wilka. Ostrzeżeniem – zwykle jedynym, jakie ktokolwiek otrzymywał.
– Musicie mi pomóc – powiedziała stara kobieta, brnąc przez zarośla i gramoląc się z rowu na drogę. – W mojej stodole jest jakiś obcy człowiek. Śmiertelnie mnie przeraził.
– W stodole? – spytał Hadrian, zerkając ponad kobietą i nie widząc stodoły.
Royce i Hadrian podróżowali na północ Traktem Namiestnika niedaleko Colnory. Przez cały ranek mijali różne gospodarstwa i chaty, ale od jakiegoś czasu nie widzieli niczego takiego.
– Mamy z mężem gospodarstwo tuż za zakrętem. – Kobieta wskazała w górę drogi.
– Skoro masz męża, to czemu on nie zajmie się nieznajomym?
– Kochany stary Danny wyjechał. Wybrał się do Vernesu sprzedać wełnę z naszych owiec. Nie wróci przez co najmniej miesiąc. Ten człowiek w mojej stodole to pijany wariat. Jest nagi, przeklina i się miota. Pewnie ugryzł go chory pies. Boję się podejść do stodoły, a muszę nakarmić bydło. Nie wiem, jak to zrobić. Na pewno mnie zabije, gdy tylko wejdę do środka.
– Pierwszy raz go tu widzisz?
Kobieta pokiwała głową.
– Jeśli mi pomożecie, jeżeli wypędzicie go z mojej ziemi, dostaniecie porządny posiłek. Wy dwaj i wasze konie. Nawet zapakuję wam trochę jedzenia na drogę. Jestem dobrą kucharką, naprawdę.
Hadrian zsiadł z konia i zerknął na przyjaciela.
– Co robisz? – spytał Royce.
– To zajmie tylko minutkę – odpowiedział Hadrian.
Royce westchnął. To był nowy sygnał.
– Nie znasz tej kobiety. To nie twój kłopot.
– Wiem.
– To dlaczego jej pomagasz?
– Bo ludzie tak robią. Pomagają sobie. Gdybyś zobaczył człowieka z wbitą strzałą leżącego na drodze, to zatrzymałbyś się, prawda?
– Oczywiście – odpowiedział Royce. – Każdy by się zatrzymał. Ranny to łatwa ofiara. No, chyba że już z siodła widzisz, że ktoś inny zabrał mu sakiewkę.
– Co? Nie! Nikt nie obrabowałby rannego człowieka i nie zostawiłby go, żeby umarł.
Royce pokiwał głową.
– No nie, masz rację. Gdyby miał sakiewkę i ty byś mu ją zabrał, to najlepiej, żebyś potem poderżnął mu gardło. Zbyt wielu ludzi wylizuje się po ranie od strzały. Sam mnie tego nauczyłeś. Nie ma sensu ryzykować, że potem będzie się mścił.
Stara kobieta spojrzała na Royce’a przerażona.
Tym razem to Hadrian westchnął.
– Nie zwracaj na niego uwagi. Wychowały go wilki.
Royce skrzyżował ręce i spiorunował go wzrokiem.
– Nie powinienem był ci o tym mówić.
– Posłuchaj, jest piękne popołudnie, a nam się nie śpieszy. Poza tym zawsze narzekasz na moją kuchnię. Na pewno bardziej ucieszy cię jej posiłek. Pogadam tylko chwilkę z tym gościem. – Szeptem dodał: – To pewnie jakiś biedak, który rozpaczliwie szukał schronienia. Założę się, że jeśli tych dwoje porozmawia, na pewno zdołamy wymyślić jakieś rozwiązanie. Pewnie uda się to tak załatwić, żeby płaciła mu za pomoc w gospodarstwie podczas nieobecności męża. Ona zyska parobka, a on strawę i dach nad głową. Co więcej, my dostaniemy ciepły posiłek, więc wszyscy skorzystają.
– A kiedy ten dobry uczynek zakończy się katastrofą, posłuchasz mnie następnym razem i dasz ludziom samodzielnie zajmować się własnymi problemami?
– Pewnie, ale nic się nie stanie. To tylko jeden gość. Nawet jeśli całkiem mu odbiło, myślę, że poradzę sobie z pijanym dzikim lokatorem.
Jesień była deszczowa, więc czekała ich błotnista droga. Spadłe liście skrywały kałuże, drzewa zamieniły się w czarne szkielety, śpiewające ptaki były nieliczne. Hadrianowi zawsze najbardziej ich brakowało, kiedy spadały liście, a wiosną był zaskoczony ich powrotem, bo zapominał o tym, jak świergoczą.
Zgodnie z zapowiedzią za zakrętem znajdowało się gospodarstwo, o ile można było to miejsce tak nazwać. Wszystkie farmy, które wcześniej mijali, miały schludne pobielone chaty kryte strzechą, pięknie odcinające się na tle czerwieni i żółci. Przy każdej ciągnęły się pola ze złotą pszenicą lub jęczmieniem gotowym do zżęcia. Farma kobiety składała się z rozpadającej się chałupy z podniszczonych desek i z przekrzywionym płotem. Podnosząc się w strzemionach, Hadrian nie dostrzegł nigdzie obsianego pola.
– Stodoła stoi kawałek stąd, w dole. – Kobieta wskazała kierunek. – Widać dach. Jeśli chcecie, podsypię waszym koniom trochę ziarna i dam wody, a potem zacznę gotować.
– Mówisz, że to tylko jeden człowiek? – upewnił się Hadrian, zsiadając z konia i idąc za kobietą.
Skinęła głową.
Hadrian, który już miał u pasa dwa miecze, zdjął przytroczony do siodła espadon. Przełożył pendent przez ramię, by wielki miecz zawisł mu na plecach. Tylko w taki sposób można było go nosić. Espadon to broń rycerska, której powinno używać się, siedząc w siodle. Gdyby nosił go u pasa, czubek broni wlókłby się po ziemi.
– Sporo stali jak na jednego pijanego głupka – zauważyła kobieta.
– Siła przyzwyczajenia.
Royce też zsiadł z konia, stając na ziemi prawą stopą, lewą stawiając ostrożniej. Otworzył torbę i zaczął w niej grzebać. Kobieta odczekała, aż skończy. Potem po kolejnych, ostatnich już podziękowaniach zabrała konie do domu, zostawiając Royce’a i Hadriana na podwórku.
Studnia z kamienną cembrowiną stała pośrodku placu między domem i budynkami gospodarczymi, a w dole stoku przycupnęła stodoła. Całość była potwornie zarośnięta wysoką do kolan trawą i dmuchawcami. Royce przystanął na chwilę i przysiadł na fundamencie czegoś, co było kiedyś małym budynkiem – najpewniej kurnikiem, bo było za małe na coś innego. Uniósł lewą nogę i przyjrzał się. Hadrian widział rządek dziurek w miękkiej skórze.
– Jak twoja stopa? – spytał.
– Boli.
– Dobrze cię chwycił.
– Przegryzł but.
– Tak, to wyglądało na bolesne.
– To dlaczego mi nie pomogłeś?
Hadrian wzruszył ramionami.
– To był pies. Słodki psiak. Co miałem zrobić? Zabić niewinne zwierzę?
Royce przekrzywił głowę, mrużąc oczy z powodu wieczornego słońca, żeby przyjrzeć się przyjacielowi.
– To żart?
– To był szczeniak.
– To nie był szczeniak i zżerał mi nogę.
– Aha, ale ty wpakowałeś się do jego domu.
Royce zmarszczył brwi i opuścił nogę.
– Sprawdźmy tego twojego ogra, który wpakował się do stodoły.
Ruszyli trawiastym stokiem ozdobionym mnóstwem białych i żółtych polnych kwiatów, które kołysały się na delikatnym wiaterku. Pszczoły nadal pracowały, bucząc między stokrotkami i kwiatami zdziczałej marchewki. Hadrian się uśmiechnął. Przynajmniej ktoś uczciwie pracował na tej ziemi. Zbliżyli się do stodoły i odkryli, że jest w nie lepszym stanie niż chata.
– Wiesz, nie musiałeś go wyrzucać przez okno – powiedział po drodze Hadrian.
Royce, który nadal skupiał się na stopie, podniósł wzrok.
– A co twoim zdaniem miałem zrobić? Podrapać za uszami tego małego potwora, który przeżuwał palce moich stóp? A gdyby zaczął szczekać? Wtedy dopiero zrobiłby się bałagan.
– Dobrze, że tuż pod oknem była fosa.
Royce przystanął.
– Była?
Teraz Hadrian się skrzywił. W takich chwilach nigdy nie miał pewności, czy Royce mówi poważnie, czy żartuje. Pracowali razem od prawie roku, ale nadal próbował zrozumieć nowego partnera. Jedno było pewne – Royce Melborn był najciekawszą osobą, jaką kiedykolwiek poznał, ale i najtrudniejszą do rozgryzienia.
Doszli do stodoły, którą zbudowano z drewna i kamienia, a pokryto strzechą. Całość się przekrzywiła, okap opierał się o pień starego klonu. Brakowało desek z oszalowania, a w niektórych miejscach nie było strzechy. Dwuskrzydłowe drzwi stały otwarte, ale wewnątrz Hadrian widział tylko ciemność.
– Halo?! – zawołał. Pchnął drzwi, żeby otworzyły się szerzej, i zerknął do środka. – Jest tam kto?
Royce’a już nie było za jego plecami. Często znikał w takich chwilach. Był bardziej wprawny w skradaniu się i chętnie wykorzystywał Hadriana jako hałaśliwy sposób odwrócenia uwagi.
Nikt nie odpowiedział.
Hadrian wyciągnął miecz i wszedł do środka.
Wnętrze stodoły wyglądało jak każde inne, jeśli pominąć to, że wskazywało na poważne zaniedbanie oraz fakt, że niedawno ktoś tu zamieszkał – dziwna kombinacja. Obwisły stryszek był pełen gnijącego siana. Kilka widocznych narzędzi zardzewiało i pokryło się pajęczynami.
Przez dziury w dachu i ścianach wpadało dość światła, żeby oświetlić mężczyznę, który spał na kupie siana. Chudy i niesamowicie brudny był odziany jedynie w koszulę nocną. We włosach miał trawę, a jego twarz niemal całkowicie zniknęła pod nieokiełznanymi kołtunami brody. Zwinął się w kłębek, a stary worek pełnił funkcję koca. Miał otwarte usta i głośno chrapał.
Hadrian schował broń i delikatnie kopnął go w bosą stopę. W odpowiedzi rozległ się pomruk i mężczyzna ułożył się wygodniej. Kolejne szturchnięcie sprawiło, że zamrugał. Na widok Hadriana usiadł i spojrzał, mrużąc oczy.
– Kim jesteś?
– Nazywam się Hadrian Blackwater.
– Czego sobie życzysz, mój dobry panie? – Nieznajomy mówił z dykcją bardziej wyrafinowaną, niżby sugerował jego wygląd.
– Zostałem przysłany przez panią, która jest właścicielką tego gospodarstwa, by się dowiedzieć, co robisz w jej stodole.
– Obawiam się, że nie rozumiem. – Mężczyzna jeszcze mocniej zmrużył oczy.
Ładnie mówił, ale geniuszem to on nie był.
– Zacznijmy od twojego imienia. Kim jesteś?
Mężczyzna wstał, otrzepując siano z koszuli.
– Jestem wicehrabia Albert Tyris Winslow, syn Armetera.
– Wicehrabia? – Hadrian się roześmiał. – Piłeś?
Mężczyzna wyraźnie posmutniał, jakby Hadrian zapytał go o zmarłą żonę.
– Gdyby tylko było mnie na to stać. – Nagle olśnienie rozjaśniło oblicze Alberta nadzieją. Znowu otrzepał koszulę z siana. – To naprawdę jedyne, co mi zostało, ale jest uszyta z najdelikatniejszego płótna. Sprzedam ją za ułamek jej wartości. Wystarczy jeden srebrny tenent. Jedna mała moneta. Masz taką?
– Nie potrzebuję koszuli nocnej.
– Ach, ależ dobry człowieku, możesz ją sprzedać. – Albert splunął na brudną smugę i potarł palcami materiał. – Gdyby ją porządnie uprać, wyglądałaby pięknie. Spokojnie dostałbyś za nią dwa, może trzy srebrniki. Z pewnością podwoiłbyś zarobek.
– Jest sam. – Royce zeskoczył ze stryszku, lądując na ziemi obok nich i nie robiąc przy tym prawie żadnego hałasu.
Albert stłumił okrzyk i zatoczył się do tyłu, patrząc z przerażeniem na partnera Hadriana. Jego reakcja nie była nietypowa – większość ludzi bała się Royce’a. Był niższy od Hadriana i nie nosił widocznej broni, ale mimo to wyprowadzał ludzi z równowagi. Warstwy czerni i szarości oraz kaptur nie pomagały. Jednakże prawdziwe źródło zagrożenia, które sprawiało, że tylko najodważniejsi nie cofali się o krok, kryło się w fakcie, że Royce był naprawdę niebezpieczny. Ludzie to wyczuwali, czuli na nim zapach śmierci tak samo, jak wyczuwa się na żeglarzu zapach soli albo kadzidła na kapłanie.
– Teraz rozumiem… Przyszliście mnie okraść, zgadza się?! – wykrzyknął Albert. – To się przejechaliście. – Spojrzał pod nogi i wydał z siebie dziwny odgłos, żałosny śmiech. – Nie mam nic… Absolutnie nic. – Padł na kolana i zaczął płakać. – Nie mam dokąd pójść – zakwilił. – Co prawda ta stodoła zapewnia niewiele lepszą osłonę niż klon, o który się opiera, ale zawsze to jakiś dach nad głową i można się tu wygodnie przespać.
Royce i Hadrian popatrzyli na niego.
– Zatem to jest ten twój straszny ogr? – zapytał kpiąco Royce.
– Skoro potrzebowałeś tylko miejsca do snu, to czemu groziłeś żonie farmera?
Albert otarł twarz i spojrzał zdumiony.
– Komu?
– Kobiecie, która jest właścicielką tego gospodarstwa. Dlaczego nie zapytałeś jej, czy możesz się tu przespać?
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Starej wiedźmowatej kobiecie? Mieszka w domu na wzgórzu. Mówi, że jej groziłeś.
Albert popatrzył na Hadriana, a potem na Royce’a, jakby próbował rozgryźć zagadkę.
– Nikt tu nie mieszka. Nie widziałeś domu? Śpię tutaj, bo dom to stara rudera. Podłoga całkiem przegniła, a pod krokwiami jest gigantyczne gniazdo os. To gospodarstwo od lat stoi opuszczone. Każdy głupiec się zorientuje.
Royce spojrzał na Hadriana, który szybko wyszedł ze stodoły i wbiegł po stoku.
Słońce zniknęło za linią drzew, rzucając długie cienie na pola i dom. Zgodnie z opisem Alberta dom był kompletną ruiną. W kuchni wyrosło już spore drzewko. Co bardziej niepokojące, nigdzie nie było widać ich koni. Zgarbiony wrócił do stodoły, gdzie Royce zbierał drewno na ognisko.
– Widzisz? – powiedział Royce. – Powiedziałem ci, że to nie skończy się dobrze. Zniknęła, zgadza się? Miła pani, której chciałeś pomóc, uciekła, zabierając ze sobą nasze konie i wszystkie nasze rzeczy.
Hadrian padł na zwaloną dębową belkę i sklął pod nosem kobietę.
– Nie wiń jej. To wszystko twoja robota. Praktycznie błagałeś, żeby nas okradła. Następnym razem mnie posłuchasz?
– Nie mogę uwierzyć, że ktoś mógłby tak postąpić. – Hadrian wlepiał wzrok w ziemię i kręcił głową.
– Wiem. Dlatego musiałem ci to pokazać.
Hadrian podniósł wzrok.
– Wiedziałeś?
– Oczywiście, że wiedziałem. – Royce wskazał na Alberta. – Jak powiedział, każdy głupiec zorientowałby się, że w tym gospodarstwie od lat nikt nie mieszka. A nie zdziwiłeś się, czemu chowała się przy drodze?
– To dlaczego nic nie powiedziałeś?
– Bo musiałeś dostać nauczkę.
– To kosztowna nauczka, nie uważasz? Nasza zapłata, sprzęt, nie wspominając o samych koniach.
– To właśnie dostajesz za pomaganie ludziom – powtórzył Royce. – Niczego cię nie nauczyli w Hintindarze? Gdyby wychowano cię jak należy, wiedziałbyś swoje. – Royce odwrócił się do Alberta. – Mam rację? Założę się, że tobie nikt nigdy nie pomógł, co?
– To prawda – potwierdził Albert, nie podnosząc wzroku.
– Jak długo tu mieszkasz?
Albert wzruszył ramionami.
– Może z tydzień.
– Z czego żyłeś?
Wicehrabia skubnął materiał koszuli nocnej na piersi.
– No wiesz, nie zjawiłem się tutaj w samej koszuli.
– Sprzedawałeś ubrania?
Skinął głową.
– Na drodze jest spory ruch. Miałem trochę naprawdę ładnych rzeczy. Za sam dublet dostałem dość, żeby kupić całą baryłkę rumu, ale to wystarczyło na kilka dni. Mówiłem poważnie o koszuli. Wyświadczylibyście mi przysługę, gdybyście ją kupili.
– Tylko tyle ci zostało. Co potem zrobisz? Będziesz chodził nago?
Znowu wzruszył ramionami.
– Nie ma sensu niczego po sobie zostawiać. Ojciec mnie tego nauczył.
– Widzisz, ten biedny łajdak umrze tutaj, bez grosza przy duszy, żałosny. Umrze z głodu. Świat jest okrutnym, bezlitosnym miejscem. – Royce zamilkł, żeby przyjrzeć się Albertowi. – Pewnie został mu niecały miesiąc i nikt nawet nie kiwnie palcem, żeby mu pomóc. Oto jaki jest świat, zimny i obojętny, nawet w najlepszych chwilach.
Hadrian westchnął.
– Tylko próbowałem pomóc.
– Tak, i teraz widzisz, jak bardzo cię potrzebowała. Potrzebowała ratunku przed tym draniem. Popatrz na niego. Oto najprawdziwszy potwór.
– Już dałeś mi do zrozumienia, co chciałeś powiedzieć, Royce.
– Mam nadzieję. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli znowu przez to przechodzić. Jeszcze nauczę cię twardo stąpać po ziemi.
Royce rozpalił ognisko koło drzwi, żeby dym mógł uciekać, a kiedy ogień był już na tyle duży, żeby wrzucić do niego solidnych rozmiarów kłodę, słońce zaszło i nadeszła noc.
– Masz – powiedział Royce i podał Hadrianowi kawałek solonej wieprzowiny.
– To po to grzebałeś w torbie.
– Powinienem dać ci pogłodować – odparł Royce.
Albert zagapił się na kawałek mięsa i wędrował za nim wzrokiem.
– Ile czasu minęło, odkąd cokolwiek jadłeś? – spytał Hadrian.
– Kilka dni. Zjadłem kawałek chleba, którym ktoś we mnie rzucił. To było… Trzy dni temu. Wczoraj przeżułem kawałek kory, była okropna, ale trochę uspokoiła mój żołądek.
Hadrian podsunął mu kawałek mięsa, co sprawiło, że Royce jęknął i przewrócił oczami.
– Nie przerabialiśmy tego przed chwilą?
– Przecież sam mi je dałeś, nie? Poza tym dopiero co powiedziałeś, że powinienem głodować, a jednak mi je dałeś. Dlaczego właściwie?
– Ponieważ… – Royce się skrzywił. – Och, rób, co chcesz. Mam to w nosie.
Hadrian patrzył, jak Albert odgryza kawałek i przeżuwa, a potem zapytał:
– To jak brzmi twoja historia? Dlaczego znalazłeś się tu w takim stanie?
– Wiem, że przynoszę hańbę arystokracji, ale…
– Poważnie? Naprawdę jesteś szlachetnie urodzony?
– Powiedziałem przecież, że jestem wicehrabia Albert Winslow.
– Myślałem, że wciskasz mi kit.
– A jednak. Dziadek Harlan Winslow stracił rodzinne lenno w zakładzie z królem Warric. Mój ojciec nie sprawił się lepiej. Roztrwonił resztki rodzinnej fortuny na kobiety, hazard i picie. Żaden z nich w ogóle o mnie nie pomyślał, nie zastanowił się, jak mam przetrwać, nie dysponując niczym poza tytułem, który jest mi pętlą na szyi.
– A czemu to? – spytał Hadrian.
Albert odgryzł następny kęs.
– Myślisz, że ktokolwiek wynajmie szlachcica, żeby oczyścił stajnię z łajna albo wybrukował ulicę? – Wyciągnął dłonie. – Nie mam ani jednego odcisku. Nawet gdybym postanowił porzucić tytuł i dumę, nie umiem niczego użytecznego. Jestem jak mleczna krowa, którą klepnięto po zadku i wygoniono z obory, żeby poradziła sobie w lesie. Kurczak, który wrócił w dzicz, żeby samemu się bronić.
– Wątpię, żeby kurczaki kiedykolwiek były dzikie – powiedział Hadrian.
– No właśnie. – Albert spojrzał na resztki paska solonej wieprzowiny. – Twój przyjaciel ma rację. To tylko odsuwa nieuniknione. To marnotrawstwo. Proszę. – Oddał mięso.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
