Znaki przeznaczenia - Weronika Kalisiak - ebook

Znaki przeznaczenia ebook

Weronika Kalisiak

4,6

Opis

NIE KAŻDA KORONA LŚNI ŚWIATŁEM. CZASEM RODZI SIĘ W CIENIU.
Alanya dorastała, wierząc, że jej przeznaczeniem jest korona i pokój. Od dziecka czuła się wybrakowana, bo nie potrafiła obudzić w sobie magii królestwa Solvendoru. Po koronacji los splata nici snu i rzeczywistości, prowadząc Alanyę ku przeznaczeniu, które od wieków czekało na jej przebudzenie.
Wśród zdrady, tajemnic i proroctw królowa Solvendoru musi zdecydować, komu zaufa – lojalnemu księciu z przeszłości, którego zna od dziecka, czy nieznajomemu, który śni się jej prawie każdej nocy.
Los Jedni już się budzi, a cień przeznaczenia nigdy nie śpi…
Ten niezwykły romans fantasy dla dorosłych wciągnie Cię w wir emocji, magii i pożądania. To opowieść o sile, przeznaczeniu i miłości, która potrafi złamać prawa świata.

​​​​​​​Weronika Kalisiak
żona i mama dwóch cudownych córek. Na co dzień mieszka w Warszawie. Ukończyła studia z zakresu finansów i bankowości, a jej zawodowa ścieżka przez lata związana była ze światem liczb.
„Znaki przeznaczenia” to pierwszy tom cyklu „Przeznaczenie Jedni”. Tym literackim debiutem autorka spełniła swoje największe marzenie – stworzyła własny świat magii i emocji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 439

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (9 ocen)
6
2
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zaczytana_introwertyczka

Nie oderwiesz się od lektury

▪︎ Ta książka mnie po prostu pochłonęła. Z każdą przewracaną kartką byłam coraz bardziej ciekawa jak potoczą się losy Alany. Jakie przeznaczenie jest jej pisane, który z mężczyzn skradnie serce dziewczyny ostatecznie. A miałam swój typ, ten bardziej mroczny oczywiście. ▪︎ Znaki przeznaczenia, to idealna pozycja dla fanów romantasy, więc jeśli lubisz historie przesiąknięte magią, namiętnością i intrygami, to śmiało… myślę, że Ci się spodoba.
10
Aneczkablogerka

Nie oderwiesz się od lektury

wspniała! jestwm pod wrażeniem stworzonej historii i przedstawionego świata ,choc niektore powtórzenia biły po oczach, to uwazam, ze w pewnym momencie czytelnik zwyczajnie sie zatraca i nie zwraca juz uwagi na nic. świetny debiut. czekam na kontynuację
00
Andrea95

Nie oderwiesz się od lektury

Alanya od dziecka była przygotowywana do roli królowej Solvendoru, jednak w świecie, w którym magia jest fundamentem władzy, sama nie potrafi jej w sobie obudzić. Po objęciu tronu musi zmierzyć się nie tylko z politycznymi intrygami i widmem zdrady, ale także z proroctwami oraz snami, które zaczynają przenikać do rzeczywistości. Przed nią trudny wybór — zaufać księciu z przeszłości czy tajemniczemu mężczyźnie pojawiającemu się w jej snach. „Znaki przeznaczenia” to udany debiut w klimacie romantasy. Historia wciąga od pierwszych stron, a atmosfera niepewności i walki o władzę skutecznie buduje napięcie. Na plus zasługuje motyw przeznaczenia i wewnętrznej przemiany bohaterki. Momentami pojawiają się drobne powtórzenia, jednak nie wpływają one znacząco na odbiór całości. To propozycja dla czytelników lubiących połączenie magii, dworskich intryg i romantycznego napięcia. ⭐⭐⭐⭐/5 Andrea❤️
00
Migda1_1_1_1

Nie oderwiesz się od lektury

Biorąc pod uwagę, że jest to debiut uważam, że naprawdę warto sięgnąć po tę pozycję. I jasne do wielu rzeczy można się przyczepić (mnóstwo powtórzeń, podobnych zdań, opisów, które były zbędne czy błędów redakcyjnych), ale ogółem historia bardzo wciągająca, świat fantasy rozbudowany. Czekam na kolejny tom ♥️
00
nie_bo_czytam

Nie oderwiesz się od lektury

Skusiłam się jedna, by przeczytać tę pozycję, bo ostatnio romantasy to świat, który mnie bardzo fascynuje. I trochę z ciekawości, co można jeszcze nowego wymyślić. Początek to trochę jak bajka. Mamy cztery królestwa. Kiedyś tworzyły jedność, później nastąpił rozpad z powodu chciwości władców. Trzy z nich rządzone są przez doświadczonych królów. Alanyę poznajemy w dniu koronacji. Obejmuje władzę nad Królestem Światła i Powietrza. Młoda, niedoświadczona wchodzi w mroczną grę w której jest testowana i oceniana przez pozostałych. Oprócz poznawania rywali mierzy się z brakiem zaufania w jej własnym królestwie, z uczuciami, których nigdy wprost nie okazała względem swego przyjaciela z dzieciństwa, brakiem mocy, która powinna już dawno się jej uaktywnić, proroczymi snami, które wskazują jej drogę oraz z Dziećmi Chaosu, które atakują miasta i wsie niszcząc wszystko dookoła. Panuje tu dość mroczny klimat. Atmosfera jest napięta od pierwszych stron. Relacje trudne do odgadnięcia. Ciężko wy...
00

Popularność




Copyright © by Weronika Kalisiak, 2026

Wydanie I

Warszawa 2026

Redakcja: Angelika Kuszła | @poradnia.redakcyjna

Korekta po składzie: Kinga Dolczewska | @korektorowo

Grafika na okładce, mapa i rysunki: Ewa Bazylińska | @awewawewa

Konwersja do e-booka: Katarzyna Mróz-Jaskuła | @wielogloska

ISBN 978-83-978421-1-3

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Książka dostępna w sprzedaży na stronie

romantasy.world

Spis treści

Księga królestw

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Księga królestw

Solvendor – Królestwo Światła i Powietrza

Alanya – księżniczka koronowana na królową Solvendoru

Drakhaim – Królestwo Ognia i Wojny

Lythara – królowa Drakhaimu

Lord Corien – brat królowej Lythary

Virelda – Królestwo Wody i Iluzji

Valmor – król Vireldy

Kaen – książę Vireldy

Narthor – Królestwo Cienia i Ziemi

Raven – król Narthoru

Rozdział I

Patrzenie na morze zawsze uspokajało Alanyę. Bezmiar wody i zapach soli w powietrzu sprawiały, że czuła się wolna. Wiatr plątał jej włosy, muskając policzki jak stary przyjaciel, a fale w oddali uderzały rytmicznie o skały, jakby morze znało melodię, której ona dopiero musiała się nauczyć. Mogłaby tak stać bez końca, pozwalając, by widok rozmywał wszystkie myśli.

– Alanya, już czas – usłyszała głos w swoich myślach, jakby echo słów dawno wypowiedzianych przez ojca.

Nie znała swojej matki. Wiedziała tylko tyle, że zmarła przy porodzie. Za każdym razem, gdy próbowała o nią pytać, ojciec zbywał ją półsłówkami. Z biegiem lat ta niewiedza stawała się coraz cięższym kamieniem na sercu, a pragnienie poznania prawdy nigdy nie gasło. Chciała wiedzieć, kim naprawdę jest – nie tylko w połowie.

Dziś jednak musiała odsunąć to pragnienie w cień, by zmierzyć się z tym, co czekało na nią tej nocy.

Ojciec przez całe życie przygotowywał ją do tej chwili. Uczył, szkolił, wymagał od niej więcej niż ktokolwiek inny. Wiedział, że pewnego dnia przejmie tron. Ale teraz go nie było. Została sama – młoda królowa bez magii, która powinna wspierać jej koronę.

Solvendor był jej domem. Królestwo Światła i Powietrza, pełne dobrobytu i harmonii, od wieków podziwiane przez inne ziemie. Ojciec rządził nim jako potężny król i jednocześnie władca kochany przez lud. Władał magią Powietrza i Światła tak silną, że powalała na kolana nawet największych wojowników. Powtarzał, że moc Alanyi obudzi się w odpowiednim momencie… lecz po pewnym czasie jego również dopadły wątpliwości.

– Już czas – powtórzyła sama do siebie, prostując się.

W milczeniu ruszyła w stronę zamku. Ostatnie promienie słońca malowały niebo purpurą i złotem, a wraz z nimi całe wzgórze. Z oddali zamek wyglądał jak światło uwięzione w kamieniu – piękny, dumny, a zarazem odwieczny strażnik swojego ludu. Wieże Solvendoru lśniły w ostatnich promieniach zachodzącego słońca niczym smukłe latarnie wznoszące się ku niebu. Ich kamienie, utkane z białego piaskowca, odbijały złote światło tak intensywnie, że całe wzgórze zdawało się płonąć – nie ogniem, lecz czystym blaskiem. Złote ornamenty oplatające mury i wieże tworzyły misterną sieć wzorów przypominających skrzydła, a gdy wiatr szarpał powietrzem, zdawało się, że ornamenty naprawdę drgają i poruszają się w rytmie żywiołu, któremu królestwo zawdzięczało swoją potęgę.

Dla mieszkańców Solvendoru zamek był sercem – symbolem ich królestwa i jego najjaśniejszą latarnią. Ale dla Alanyi był także ciężarem. Przypominał jej o ojcu, o dziedzictwie, któremu miała sprostać, i o mocy, której przez tyle lat nie potrafiła w sobie obudzić.

Zatrzymała się przy murze i oparła czoło o chłodny kamień, jakby mógł obudzić uśpioną w niej moc. Nic się nie stało – poza tym, że poczuła odrobinę spokoju, którego teraz tak bardzo potrzebowała.

W jej komnacie czekała już Wiktoria, najbliższa przyjaciółka i powierniczka wszystkich sekretów. Była od Alanyi odrobinę niższa, drobna, a jednocześnie pełna gracji – jakby każdy jej krok tańczył w rytmie niewidzialnej melodii. Jasnomiodowe oczy Wiktorii błyszczały ciepłem i potrafiły rozproszyć nawet najgłębszy cień, a półuśmiech, który niemal zawsze błąkał się na jej ustach, sprawiał wrażenie, że skrywa żart zrozumiały tylko dla niej. Łagodna w gestach i głosie miała w sobie siłę serca, której nie powstydziłby się żaden wojownik. Alanya często powtarzała, że są jak ogień i woda – tak różne, a jednak idealnie się dopełniające. Wystarczył im jeden gest, jedno spojrzenie, by zrozumieć wszystko.

– Gdzie ty byłaś? Umierałam z niepokoju! – zawołała Wiktoria, przyciskając ją do siebie z siłą przewyższającą jej drobne dłonie.

Alanya przytuliła ją mocno, bo bardzo tego potrzebowała. Kochała ją najmocniej na świecie, jak prawdziwą siostrę, której nigdy nie miała.

– No już, muszę się szykować. – Jej uśmiech stał się cieplejszy, a napięcie w ramionach trochę ustąpiło.

Spojrzała na suknię przygotowaną na ten wieczór i przez chwilę wstrzymała oddech. Była zjawiskowa – dzieło sztuki stworzone przez najlepszych mistrzów krawiectwa, w którym każdy detal był dopracowany. Złoto-srebrna, w barwach królestwa, lśniła subtelnym blaskiem. Dekolt w kształcie łagodnego łuku wyszywany był setkami drobnych diamentów, które drżały przy każdym ruchu i lśniły jak tysiące iskierek, niczym gwiazdy na nocnym niebie. Talia, opięta delikatnym, misternie haftowanym pasem, podkreślała smukłą sylwetkę Alanyi, nadając jej zarówno subtelności, jak i siły. Dół sukni składał się z niezliczonych warstw miękkiego tiulu i cięższej satyny, które układały się w kaskady fal przypominające morskie bałwany w świetle księżyca. Każda warstwa była zdobiona cienkimi nićmi srebra i złota, tworzącymi wzory liści i gwiazd, które wydawały się tańczyć, gdy tylko materiał poruszył się od powiewu powietrza.

Prawdziwym ukoronowaniem stroju był jednak długi złoty tren, ciągnący się za suknią niczym promień słońca wkraczający do sali tronowej. Obszyty ręcznie drobnymi kryształami i perłami oświetlał każdy kamień posadzki, po którym się przesuwał. To nie była tylko suknia koronacyjna – to była zbroja królowej, symbol jedności i wieczności rodu, w którym splatały się Światło i Cień, złoto i srebro, dziedzictwo i przyszłość. Alanya rozpuściła kruczoczarne włosy, pozwalając im opaść na ramiona. Diamentowy diadem błyszczał w nich, ale już wkrótce miał zostać zastąpiony koroną utkaną z wiatru i słońca – symbolu i dumy królestwa.

– Wyglądasz przepięknie – wyszeptała Wiktoria.

Kiedy Alanya szła korytarzem prowadzącym do sali koronacyjnej, kamienne mury jaśniały od blasku światła spływającego za nią. Służba zatrzymywała się w pół ruchu, odkładając na bok to, co miała w dłoniach. Na ich twarzach były ciepło i duma.

Niektórzy znali ją od dziecka. Stara kucharka, która kiedyś potajemnie podsuwała jej słodkie bułki, skinęła głową z uśmiechem, a w jej oczach błyszczały łzy wzruszenia.

Alanya odwzajemniała te spojrzenia lekkim skinieniem. Nie szła już tylko dla siebie. Szła w imieniu wszystkich, którzy od lat wierzyli, że ten dzień nadejdzie.

Sala tronowa była wypełniona po brzegi. Marmurowe kolumny lśniły w świetle setek złotych lampionów unoszących się magicznie pod sufitem. Dywan w kolorze jasnego złota prowadził od głównych drzwi aż do podwyższenia, na którym stał tron Solvendoru – wysoki, zdobiony motywami skrzydeł i promieni słońca.

Delegacje trzech królestw ustawiły się po bokach, a mieszkańcy Solvendoru wypełniali galerię nad nimi. W ciszy słychać było stukot obcasów Alanyi, odbijający się echem od ścian.

Ceremoniarz odczytał przysięgę królewską, a Alanya powtarzała słowa, czując, jak z każdym zdaniem odpowiedzialność zaciska się na jej barkach coraz mocniej. Gdy kapłan uniósł koronę – złotą obręcz oplecioną żywymi pasmami światła – w sali zapanowała absolutna cisza. Metal dotknął jej włosów i nagle poczuła chłód, a potem ciepło rozchodzące się od skroni po całym ciele.

Tłum wybuchł oklaskami i okrzykami, a muzyka orkiestry uderzyła w potężne, podniosłe tony.

Po oficjalnej części wszyscy przenieśli się do sali balowej – serca pałacu, miejsca, w którym historia splatała się z przepychem. Kryształowe żyrandole zawieszone wysoko pod sklepieniem rzucały kaskady światła na marmurową podłogę, tak gładką, że odbijała blask niczym tafla jeziora. Każdy kryształ, misternie oszlifowany, drżał w rytm muzyki orkiestry, rozsiewając po sali tysiące migotliwych refleksów.

Ściany zdobione były złotymi ornamentami i freskami przedstawiającymi dawne zwycięstwa i legendy rodu królewskiego. W blasku świec zatopionych w srebrnych kandelabrach marmurowe kolumny zdawały się ożywać, a złote zdobienia mieniły się ciepłym światłem, nadając wnętrzu baśniowy urok.

Przy ścianach ustawiono długie stoły nakryte śnieżnobiałymi obrusami, na których pyszniły się misternie ułożone bukiety kwiatów – lilii i róż w kolorach królestwa przeplatanych złotymi wstęgami. Zapach świeżych płatków mieszał się z wonią drogich win i potraw, unosząc się nad tłumem.

Okna, wysokie i łukowato sklepione, ozdobione były ciężkimi zasłonami ze złotego aksamitu, które odsłonięto, by wpuścić do środka światło księżyca i gwiazd. Blask nocnego nieba przeplatał się z migotaniem żyrandoli, sprawiając wrażenie, że sala nie miała granic, jakby otwierała się na nieskończoność.

Pokój zaczął tętnić rozmowami i barwami strojów przybyłych gości. Po prawej stronie stała delegacja z królestwa Ognia i Wojny – Drakhaimu. Wysokie, imponujące sylwetki w czerwono-czarnych szatach z tkanin tak ciężkich, że przypominały zbroje. Ich muskularne ramiona napinały materiał, a przy nadgarstkach co jakiś czas błyskały języki ognia. Ich spojrzenia były twarde, nieufne, a w powietrzu wokół czuć było zapach dymu i gorącego metalu.

Po lewej stronie znajdowali się wysłannicy królestwa Ziemi i Cienia – Narthoru. Wysocy, smukli, ubrani w czarne płaszcze i tuniki zdobione matowym srebrem. Stali nieruchomo, wyprostowani jak posągi, a wokół nich gęstniały cienie, poruszające się jak żywe. Ich oczy – stalowe i przenikliwe – zdawały się widzieć więcej, niż powinny.

Pośrodku sali, w turkusowo-niebieskich szatach, stała delegacja królestwa Wody i Iluzji – Vireldy. Ich stroje były lżejsze, lejące, połyskujące jak tafla wody. Każdy ruch ich ciał był płynny, pełen gracji, jakby w ich żyłach płynęło morze. W ich spojrzeniach było coś hipnotyzującego, a uśmiechy, choć uprzejme, kryły w sobie nutę wyrachowania.

I wtedy jej wzrok zatrzymał się na nim. Kaen, książę królestwa Vireldy, wyglądał tak, jakby należał do innego świata – wyprostowany, otoczony aurą chłodnej dumy. Jego oczy koloru wzburzonego morza odnalazły ją w tłumie z taką pewnością, jakby od dawna wiedział, że właśnie na nią będzie patrzył. Blond włosy związał w kucyk, a szerokie ramiona i pewna siebie postawa sprawiały, że trudno było go nie zauważyć. Patrzył na nią w sposób, który sprawił, że przez chwilę zapomniała oddychać.

Kaen był obecny w jej życiu, odkąd tylko sięgała pamięcią. Syn króla Vireldy, dumny i zawsze pewny siebie, pojawiał się w Solvendorze wraz z ojcem niczym słońce wnoszące blask w jej dzieciństwo. Ona zaś – wiecznie zadziorna dziewczynka z rozwianymi włosami i dłońmi podrapanymi od wspinaczki na mury – biegła za nim krok w krok, jakby sam jego cień był dla niej największym skarbem. Był starszy o kilka lat i wydawał się wtedy niedostępny, niemal z innego świata. W jej oczach urastał do rangi bohatera legend – szybkiego, odważnego, z uśmiechem, który sprawiał, że jej serce rwało się do biegu.

Nigdy nie zapomniała dnia, w którym pojawił się na placu treningowym. Stał z rękami skrzyżowanymi na piersi, uśmiechając się lekko, gdy obserwował jej zmagania z ciężkim mieczem. Dla niej każde uniesienie klingi było walką o dumę, dla niego zapewne tylko zabawnym widowiskiem. Kiedy jednak po udanym ataku na sparingpartnera odwróciła się ku niemu, oczekując pochwały, rzucił jej jedynie żartobliwe: „Jeszcze trochę, mała księżniczko, a pokonasz nawet mnie”. On zapomniał o tych słowach jeszcze tego samego dnia, ona jednak zatrzymała je w sercu jak obietnicę, którą chciała spełnić.

Lata mijały, a ona dorastała w cieniu jego obecności. Jako nastolatka przeżywała każdą jego wizytę niczym święto, licząc dni do chwili, gdy znów przekroczy bramy zamku. Ale Kaen nie był już wtedy chłopcem z jej wspomnień. Z każdym rokiem odkrywał łatwość, z jaką potrafił zdobywać spojrzenia i westchnienia dam dworu – i chętnie z tego korzystał. Złapała się na tym, że każdy jego powrót z ogrodów z kolejną piękną towarzyszką pod rękę wbijał w nią kolec, którego nie potrafiła się pozbyć. Płakała wtedy całe noce, ucząc się, czym jest pierwsza gorycz zazdrości i rozczarowania.

Potem zniknął na kilka lat. Listy od niego były krótkie i rzadkie, aż w końcu przestały przychodzić. Pogodziła się z myślą, że wyrósł z ich przyjaźni i że dla księcia Vireldy stała się tylko wspomnieniem dziewczynki z zamku Solvendoru.

Kiedy do niej podszedł, serce Alanyi zabiło gwałtownie, zanim rozum zdążył podsunąć ostrzeżenie. Był inny, dojrzalszy. Mężczyzna, a nie chłopiec, którego znała. W jego spojrzeniu czaiła się pewność, od której runęły w niej wszystkie dawne bariery. Jego uśmiech – ten sam, niebezpiecznie znajomy – rozbroił ją w jednej chwili.

– Zatańczysz ze mną? – zapytał tonem tak zwyczajnym, że mogłaby go zlekceważyć. Coś w jego spojrzeniu jednak sprawiło, że serce zabiło jej mocniej. Brzmiało to jak proste pytanie, ale niosło coś więcej, czego nie potrafiła nazwać.

Powolna muzyka płynęła miękko po sali, jakby chciała przykryć szeptem wszystko wokół. Kaen pewnie ujął jej dłoń, a jednocześnie tak ostrożnie, jakby badał, czy mu na to pozwoli. Przyciągnął ją bliżej, a znajomy zapach soli i morza otoczył ją delikatnie. Był zbyt znajomy, by mogła go zignorować.

– Pamiętasz jeszcze kroki? – szepnął, a w jego spojrzeniu zatańczył błysk, który obudził w niej dawne wspomnienia.

– Trudno zapomnieć… zwłaszcza że wtedy nie miałeś litości dla moich nóg – odpowiedziała, starając się brzmieć lekko. Ale uśmiech, który mu posłała, zdradzał więcej, niż chciała.

Ich ruchy zsynchronizowały się natychmiast, jakby ciało pamiętało więcej niż rozum. Kaen prowadził ją zdecydowanie, ale z uwagą. Każdy gest był prośbą, nie rozkazem. Jej skóra mrowiła w miejscach, w których czuła jego dłoń, a każde spojrzenie wdzierało się głębiej niż sam taniec.

Kiedy zakręcił ją lekko, suknia rozłożyła się wokół niczym złocista fala, a jej śmiech poniósł się miękko ponad muzyką. Każdy obrót zsuwał z niej ciężar ostatnich tygodni, zostawiając jedynie lekkość i ciepło. Tak dawno ich nie czuła. To nie był taniec dyplomacji ani polityczny obowiązek – to była gra dwojga ciał, które odnalazły się na nowo.

W jego oczach dostrzegała już nie tylko wspomnienie chłopaka, który wspinał się z nią po murach i kradł owoce z ogrodu, ale coś więcej – mężczyznę, który potrafił sprawić, że zapomniała o całym świecie.

Gdy muzyka ucichła, żadne z nich nie cofnęło się od razu. Zostali blisko, jakby potrzebowali jeszcze chwili, by odzyskać oddech. Cisza między nimi była gęsta, niosła więcej niż słowa. Dopiero wtedy spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko – nie beztrosko, ale z tą świadomością, że bliskość potrafi być równie piękna, co niebezpieczna.

Czas mijał szybko, kielichy wina połyskiwały w dłoniach gości, zapach róż i dymu ze świec mieszał się w powietrzu, a orkiestra wygrywała melodie, które poruszały serca i nogi.

W pewnej chwili, gdy oparła się o chłodną marmurową kolumnę, łapiąc oddech po kolejnym tańcu, poczuła coś trudnego do nazwania. Niby nic – ledwie muśnięcie, subtelne mrowienie na karku, jakby niewidzialne spojrzenie prześlizgnęło się po jej skórze i utkwiło w niej zbyt mocno. Uniosła głowę, starając się nie zdradzić niepokoju. Rozejrzała się po sali. W tłumie widziała tylko twarze skupione na rozmowie, śmiechu i tańcu. Nic podejrzanego. Serce jednak biło jej szybciej, jakby instynkt ostrzegał przed czymś, czego oczy nie potrafiły dostrzec.

Zanim zdołała przyjrzeć się uważniej, dźwięk trąb i mocniejsze uderzenia bębnów ogłosiły kolejny taniec. Kaen pojawił się obok, uśmiechnięty i pewny siebie, jakby nic na świecie nie mogło zmącić beztroski tego wieczoru. Bez słowa ujął jej dłoń i poprowadził z powrotem na parkiet, a ona pozwoliła mu na to, choć gdzieś głęboko czuła, że nie jest już w pełni obecna.

Alanya przez resztę balu, nawet gdy śmiała się przy kolejnych obrotach, miała nieustanne wrażenie, że ktoś obserwuje ją z cienia.

Uroczystość trwała jeszcze długo, lecz w końcu Alanya zapragnęła oddechu, ciszy i samotności. Pożegnała się z Kaenem, a jego półuśmiech towarzyszył jej jeszcze, gdy mężczyzna odprowadzał ją wzrokiem.

W korytarzach pałacu panował półmrok. Lampiony rzucały złote kręgi światła na marmurowe ściany, a cienie między kolumnami zdawały się poruszać zbyt szybko, jakby ktoś – lub coś – kroczyło krok za nią.

Wiktoria czekała już w jej komnacie. Balową suknię rzuciła niedbale na krzesło, otuliła się miękkim szalem i siadła przy kominku z kubkiem parującego naparu. Na ustach miała znajomy figlarny uśmiech, ale w oczach czaiło się coś, co zdradzało więcej niż ciekawość.

– No i jak… królowo? – rzuciła lekko, unosząc brew.

Alanya parsknęła cicho, zbyt zmęczona, by silić się na powagę.

– Jak w bajce… tylko z odrobiną polityki.

– Brzmi jak twoja codzienność. – Przyjaciółka uśmiechnęła się krzywo i podciągnęła nogi na fotel. – Ale nie udawaj, że cała noc była tak przewidywalna.

Alanya usiadła obok i zaczęła odpinać kolczyki.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Och, wiesz doskonale. – Wiktoria nachyliła się w jej stronę, a ogień zatańczył w jej oczach. – Ten taniec z Kaenem…

– To był tylko taniec. On zawsze taki był, trochę uroku, trochę pewności siebie. – Zawahała się, patrząc w błysk złotych kamieni w biżuterii.

– Hmm. – Wiktoria odchyliła się, ale spojrzenie miała wciąż uparte. – A jednak wyglądał, jakby świat się zatrzymał, kiedy miał cię w ramionach.

– Widzisz za dużo. – Królowa spróbowała zabrzmieć lekko, ale w jej głosie pobrzmiewała obronna nuta.

– A ty udajesz, że nic nie widzisz. – Wiktoria uniosła kubek do ust i upiła łyk, nie odrywając od niej wzroku.

Między nimi zapadła gęsta od niewypowiedzianych słów cisza. W końcu Alanya wzruszyła ramionami.

– Kaen to przeszłość. Wszyscy się zmieniliśmy.

Wiktoria pochyliła się ponownie.

– Może. Ale nie zaprzeczysz, że wciąż coś w tobie porusza.

Kobieta spojrzała na nią krótko, zbyt szybko odwracając wzrok.

– Czasami echo dawnych wspomnień brzmi głośniej, niż by się chciało. To wszystko.

– Jeśli tak mówisz… – Uśmiechnęła się, ale bez figlarności. Usiadła wygodniej, opatulając się szczelniej szalem. – Tylko nie każ mi udawać, że nie widzę tego, co jest tuż przed oczami.

Trzask drewna w kominku zagłuszył ciszę, ale nie napięcie. Alanya położyła kolczyki na stoliku i zsunęła się niżej na poduszkach, czując, że w tej rozmowie każde słowo było bardziej odsłonięciem niż odpowiedzią.

Wsunęła się pod ciężką pościel. Ciepło ognia i obecność Wiktorii powinny przynieść ukojenie, a jednak spokój nie nadchodził. Myśli krążyły wokół spojrzenia Kaena, wokół niewidzialnego ciężaru, który czuła na sobie jeszcze na sali balowej. Przymknęła powieki, zmuszając się do głębokiego i miarowego oddechu.

Trzask drewna w kominku zaczął brzmieć inaczej – jak echo odległych kroków. Światło tańczyło po ścianach, aż w końcu zgasło w jej świadomości. A potem przyszły obrazy, które nie były już jawą…

Najpierw było morze – wzburzone, czarne jak atrament, rozbijające się falami o ostre skały. Stała na urwisku, a wiatr był tak silny, że czuła, jak wbija się w jej skórę tysiącem drobnych igieł. W dole, pomiędzy falami, majaczyła ciemna szczelina w ziemi, z której wydobywała się czerwona poświata.

Na krawędzi skalnego mostu, prowadzącego wprost nad otchłań, stał mężczyzna. Widziała go tylko od tyłu. Czarne włosy, rozwiane przez wiatr, połyskiwały w blasku czerwieni. Ramiona miał szerokie, sylwetkę wyprostowaną i nieruchomą, jakby sam był częścią tego miejsca.

Na jego szyi, tuż nad kołnierzem czarnego płaszcza, rysował się tatuaż – misterny znak przypominający splecione w krąg skrzydła i ostrza. Wydawał się żywy, jakby delikatnie pulsował światłem, gdy wiatr unosił materiał.

Chciała podejść bliżej, ale każdy krok był jak walka z niewidzialną siłą. Morze zawyło, a z otchłani poniżej zaczęły wynurzać się mroczne kształty – zbyt wielkie, by były ludzkie, z oczami żarzącymi się niczym węgle.

Mężczyzna nie odwrócił się, lecz uniósł dłoń w bok, jakby zapraszał ją, by podążyła za nim. Nie powiedział ani słowa, a jednak w jej głowie zabrzmiał głos – głęboki, obcy, przywodzący na myśl echo w pustych komnatach.

– Alanya.

Świat wokół niej zachwiał się, a ziemia pod stopami rozpadła. Spadała w ciemność, a ostatnim obrazem, jaki widziała, były czarne włosy rozwiane przez wiatr i pulsujący, srebrzysty blask tatuażu.

Obudziła się gwałtownie, z sercem dudniącym jak bębny na polu bitwy.

Rozdział II

Alanya wstała, zanim w zamku zabrzmiał pierwszy dzwon. Światło wdzierało się do komnaty wąskimi smugami przez szczeliny ciężkich zasłon. Powietrze było chłodne, niosło ze sobą słoną wilgoć od morza, a gdzieś w oddali słychać było głuchy, jednostajny szum fal uderzających o klify.

Przez moment leżała nieruchomo, próbując odgonić resztki snu. Ale obrazy wciąż wracały – sylwetka mężczyzny odwróconego do niej plecami, ciemne włosy, tatuaż wijący się po karku niczym srebrna fala. Nie widziała jego twarzy, a jednak czuła, że znała go od dawna. To uczucie było jak drzazga – drobna, ale nieustannie przypominająca o swoim istnieniu.

– Wstałaś już? – rozległ się znajomy głos, a zza kotary wychyliła się rudowłosa głowa Wiktorii. Jej oczy błyszczały rozbawieniem. – Myślałam, że będę cię musiała wyciągać z łóżka siłą. Wyglądałaś, jakbyś śniła o czymś… całkiem przyjemnym.

Alanya przewróciła oczami, lecz kącik jej ust drgnął w uśmiechu.

– Nic wartego opowiadania.

– A jednak się uśmiechasz. – Dziewczyna usiadła na brzegu łóżka i podciągnęła nogi pod siebie, jak robiła zawsze, gdy chciała zostać dłużej. – No, dalej. Zdradź chociaż odrobinę.

– Wik… – westchnęła Alanya, owijając się mocniej kocem. – Mam dzisiaj pierwsze zebranie rady. Serio uważasz, że powinnam zaczynać dzień od analizowania snów?

– Dokładnie dlatego. – Przyjaciółka nachyliła się bliżej. – Bo to twój pierwszy dzień. A ja chcę wiedzieć, z czym naprawdę wstajesz do tej nowej roli.

– Z nerwami w żołądku i bólem głowy – odparła, chowając twarz w dłoniach.

– No widzisz? – Wiktoria klepnęła ją lekko w kolano. – Już jesteśmy bliżej prawdy.

Królowa roześmiała się cicho i potrząsnęła głową.

– Ty nigdy się nie poddasz, prawda?

– Oczywiście, że nie. – Uniosła brew, a jej uśmiech złagodniał. – Ktoś musi pamiętać, że pod tą całą koroną jesteś wciąż sobą.

Alanya zsunęła stopy na chłodną posadzkę i podeszła do okna. Odchyliła ciężkie zasłony, a światło zalało komnatę. Zamek górował nad miastem, a dalej rozciągało się spokojne, błękitne morze, którego tafla lśniła od porannych promieni słońca. Na dziedzińcu poniżej żołnierze ćwiczyli w skupieniu, a strażnicy zmieniali warty.

– Wyglądają tak spokojnie – powiedziała cicho. – A ja czuję, jakby we mnie wszystko się kotłowało.

Wiktoria podeszła bliżej i stanęła obok tak, że ich ramiona musnęły się lekko.

– Może na tym właśnie polega różnica? Oni nie muszą wiedzieć, co się dzieje w środku. Wystarczy, że zobaczą cię taką, jaką znają, silną.

– A jeśli nie jestem wystarczająco silna? – Spuściła wzrok, opierając dłonie o parapet.

Wiktoria milczała chwilę, a potem wsunęła rękę pod jej dłoń i ścisnęła mocno, jakby chciała przekazać jej własną pewność.

– To dobrze, że masz mnie. Bo nie musisz wszystkiego dźwigać sama.

Królowa odwróciła głowę i spojrzała na nią krótko z wdzięcznością, której nie potrafiła ubrać w słowa. I to wystarczyło. Wiktoria tylko się uśmiechnęła, jakby obie rozumiały więcej, niż ktokolwiek mógłby wypowiedzieć na głos.

Słowa przyjaciółki zabrzmiały jak coś więcej niż zwykłe pocieszenie. Były przypomnieniem, że ta sala nie będzie miejscem jedynie politycznych układów, lecz próbą jej samej. Próbą charakteru, odwagi i tego, czy naprawdę jest gotowa udźwignąć dziedzictwo.

Gdy usiadły przy stoliku, by napić się kawy, Wiktoria zaczęła opowiadać o porannych wieściach z miasta.

– Handlarze twierdzą, że w nocy na północnych drogach widziano dziwne cienie – powiedziała, zniżając głos niemal do szeptu. – Nikt nie potrafi rozpoznać, czy to ludzie, czy… coś innego. – Zawiesiła głos, a między nimi zapadła krótka cisza, w której trzask ognia w kominku zabrzmiał niepokojąco głośno. Obie wiedziały, co kryło się w niedopowiedzeniu.

– Thalyss… – wymknęło się Alanyi. Nazwa brzmiała jak coś zakazanego.

– Ludzie o tym szepczą, choć jeszcze nikt nie ma odwagi mówić głośno. Ale jedno jest pewne: to będzie główny temat dzisiejszej rady.

Królowa ścisnęła dłonie tak mocno, że pobielały jej knykcie. Nie pierwszy raz słyszała o wyrwie, ale za każdym razem brzmiało to tak, jakby cienka zasłona między jawą a koszmarem stawała się coraz bardziej przejrzysta.

Wiktoria pochyliła się bliżej, a jej oddech owiał skórę przyjaciółki.

– Pamiętaj, Alanyo, w radzie będą tacy, którzy uznają to za znak, i tacy, którzy będą próbowali wmówić światu, że nic się nie dzieje. Dziś zobaczysz, kto naprawdę wierzy w twoją siłę.

Dziewczyna skinęła głową, ale serce ścisnęło się jej jeszcze mocniej. Wiedziała, że za ciężkimi drzwiami pomieszczenia rady nie czekały jedynie polityczne sojusze i spory. Czekała prawda o tym, jak blisko świat znalazł się od przepaści. Odstawiła filiżankę i sięgnęła po cienką złotą obręcz leżącą na stole. Wiktoria wyjęła koronę z jej rąk i założyła ją na głowę swej pani wprawnym ruchem.

– No. Teraz wyglądasz tak, jak powinna wyglądać królowa Solvendoru, gdy idzie ustawiać do pionu swoich doradców.

Alanya parsknęła śmiechem.

– Ustawiać do pionu? Tak będziemy teraz nazywać obrady?

– Oczywiście. – Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. – Bo wiesz, wszyscy będą próbować mówić ci, jak masz rządzić. A ty im przypomnisz, że w tym zamku jest tylko jeden tron, i już jest zajęty.

Rozdział III

Droga do sali rady wydawała się dłuższa niż zwykle. Kroki odbijały się echem w kamiennych korytarzach. Poczuła ciężar koronacyjnej biżuterii, a w sercu cichy bunt, że wolałaby być teraz gdziekolwiek indziej. W głowie Alanyi wciąż rozbrzmiewał głos ze snu – niski, obcy, wypowiadający jej imię tak, jakby należało do kogoś innego.

Próbowała to zepchnąć. To tylko sen. Nic więcej. Tysiące razy śniła o morzu, o burzach i o ciemności. Obraz czarnych włosów rozwianych przez wiatr i pulsującego tatuażu jednak nie chciał się rozmyć. Zbyt wyraźny. Zbyt prawdziwy.

Jej oddech przyspieszył, kiedy pomyślała o wyrwie. O tym, co widziano na północnych drogach. Czy to było ostrzeżenie? Znak, że Thalyss zbliża się szybciej, niż ktokolwiek przypuszcza?

– To tylko sen – wyszeptała pod nosem, jakby chciała przekonać samą siebie.

Poprawiła koronę i wyprostowała ramiona. Nie mogła teraz pozwolić, by strach zjadł ją od środka. Rada czekała, a królowa Solvendoru nie miała prawa wyglądać na zagubioną.

Gdy ciężkie drzwi sali otworzyły się przed nią, Alanya odsunęła od siebie obrazy urwiska i czerwonej otchłani. Wsunęła się w świat Światła, głosów i spojrzeń, które czekały już tylko na nią.

Przy długim stole siedział kapitan Arend – szerokie ramiona, twarz poorana bliznami, spojrzenie twarde jak skała. Obok niego stary doradca polityczny, lord Harlin, ubrany w granatowy płaszcz obszyty złotą nicią. Zarządcy regionów Solvendoru rozkładali na stole pergaminy, mapy i notatki. Ich twarze były napięte i zmęczone. Ale to nie oni przyciągnęli uwagę Alanyi.

Na końcu stołu, nieco w cieniu, siedział mężczyzna, którego jeszcze nie znała. Ciemne włosy związane w ciasny kucyk, szaty proste, bez zbędnych ozdób, a jednak spojrzenie zimne i przenikliwe. Lord Veynar – nowo mianowany doradca do spraw zewnętrznych. Plotki mówiły, że przybył z południa, gdzie przez lata służył jako wysłannik jej ojca.

Centralne miejsce sali zajmowała ogromna mapa rozłożona na ciężkim stole. Znaczniki wbite w pergamin połyskiwały w świetle dnia, ale nie były tylko kolorami – każdy czerwony znacznik oznaczał ludzi, którzy już nie wrócą.

Lord Harlin podniósł się, by powitać królową.

– Wasza wysokość. – Skłonił się nisko. – Dziękujemy, że dołączyłaś.

– To mój obowiązek – odpowiedziała Alanya, siadając na czele stołu. – Zacznijmy.

Kapitan Arend położył przed nią pergaminy, ale jego głos zabrzmiał mocniej, niż planował.

– Zwiadowcy znaleźli kolejną grupę bestii w dolinie. Pięć padło, dwie zniknęły w górach. Ale straciliśmy ludzi. – Zacisnął pięść na krawędzi stołu. – Trzech nie żyje. Pięciu zostało poważnie rannych.

Na sali zapadła cisza. Harlin pochylił głowę, ktoś inny szepnął przekleństwo.

– To już nie są tylko pograniczne ataki – wtrącił jeden z zarządców. – Wioski pustoszeją. Kupcy odmawiają podróży. Ludzie boją się wychodzić z domów po zmroku.

– A my mamy zbyt mało straży, by obsadzić wszystkie trakty – dodał Harlin, stukając nerwowo w mapę.

– To wina Drakhaimu – wybuchł Arend. – Gdyby dali nam posiłki…

– Drakhaim nigdy nie da posiłków! – przerwał mu inny lord, uderzając dłonią w stół tak mocno, że pergaminy podskoczyły. – Dla nich każda nasza rana to okazja, by wejść głębiej w nasze ziemie!

Szmer głosów przeszedł w kłótnię. Alanya uniosła dłoń, by przywrócić ciszę, lecz zanim zdążyła coś powiedzieć, rozległ się spokojny głos.

– Zawsze to samo – powiedział lord Veynar, prostując się na swoim miejscu. Mówił cicho, ale tak, że usłyszał go każdy. – Strach, skargi, żądania.

Wszyscy odwrócili się ku niemu. Veynar nie patrzył na nikogo poza królową.

– Za czasów twojego ojca takie rozmowy nie były potrzebne. Granice stały. Ludzie spali spokojnie.

Kilku starszych zarządców kiwnęło głowami. Alanya poczuła, jak napina się jej kark.

– Za czasów mojego ojca Thalyss nie sięgał tak daleko – odparła chłodno. – Teraz świat się zmienia.

– Świat zawsze się zmienia. – Veynar uniósł brew, a cień uśmiechu pojawił się na jego ustach. – Różnica w tym, kto potrafi się dostosować, a kto udaje, że wszystko da się zatrzymać patrolami i modlitwami.

Arend zerwał się z miejsca.

– To zniewaga! Ludzie walczą, giną, a ty mówisz o udawaniu?

– Spokojnie, kapitanie. – Veynar uniósł dłoń w łagodzącym geście. – Nikt nie kwestionuje ich odwagi. Ale odwaga nie powstrzyma Cieni.

Na sali rozległy się podniesione głosy, ktoś krzyknął, że nie pozwoli oczerniać straży. Harlin uderzył laską w podłogę, prosząc o spokój.

Alanya ścisnęła poręcz krzesła. Czuła, że traci kontrolę nad naradą, że emocje narastają jak burza.

– Dość! – powiedziała wreszcie stanowczo.

Nastała cisza. Veynar nachylił się lekko do przodu, a jego głos zabrzmiał niemal łagodnie.

– Wszyscy tu chcemy jednego: ocalić Solvendor. Ale nie oszukujmy się. Jeśli wyrwa naprawdę rośnie, nie wystarczy łatać rany. Potrzebujemy tarczy, a nie miecza.

– Tarczy? – powtórzył Harlin, marszcząc brwi.

– Mur z magii. – Veynar powiedział to wolno, jakby smakował każde słowo. – Sieć zaklęć, która odetnie Thalyss od naszego świata. To jedyny sposób, by powstrzymać to, co próbuje się przedrzeć.

Szmer przebiegł po sali. Niektórzy skinęli głowami z nadzieją, inni wymienili pełne niepokoju spojrzenia.

Alanya poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Mur z magii. Słowa uderzyły w nią jak ostrze – wiedziała, że to dokładnie to, czego sama nie potrafiła zrobić. Ojciec potrafił. Ona nie. Ale Veynar nie mógł tego wiedzieć…

– Wasza wysokość – odezwał się Harlin niepewnie. – Czy to możliwe?

Alanya prostowała się powoli, jakby sama siła woli miała utrzymać jej głos w równowadze.

– Jeśli magia ma być naszą tarczą, nie możemy zwlekać. Kapłanki rozpoczną przygotowania do wzmocnienia osłon.

Kilku lordów westchnęło z ulgą. Arend skinął z uznaniem. Tylko Veynar się nie poruszył. Patrzył na nią długo, a w jego oczach błyszczało coś, co mogło być podziwem albo… ostrzeżeniem. Potem uśmiechnął się lekko, zbyt lekko.

– Jak sobie życzysz, wasza wysokość. Niech twoje decyzje będą Światłem dla Solvendoru.

Brzmiało to jak błogosławieństwo, ale w sali nikt nie miał pewności, czy nie jest to przekleństwo.

Reszta rady przystała na rozkaz królowej, zapisując kolejne działania na pergaminach. Alanya jednak wiedziała, że nie zyskała w ten sposób siły, a jedynie odroczyła chwilę, w której ktoś odkryje prawdę o jej pustce.

***

Wiktoria czekała na nią przy drzwiach.

– Wyglądasz, jakbyś wróciła z bitwy – rzuciła cicho, mierząc ją spojrzeniem od stóp do głów.

– Bo właśnie wróciłam – mruknęła w odpowiedzi, zsuwając dłonie z klamki.

– Tylko że bez miecza i zbroi. – Uniosła brew i uśmiechnęła się lekko. – Choć sądząc po twojej minie, to wcale nie było łatwe starcie.

Królowa westchnęła, masując skronie.

– Bitwy przynajmniej kończą się wtedy, gdy wróg padnie. A tu? Wróg to każdy cień na mapie. I każde słowo, które utkwi w sali.

– Dlatego właśnie powinnaś zaczerpnąć świeżego powietrza, zanim ktoś przyjdzie z kolejnym raportem. – Wiktoria uchyliła drzwi, gotowa wyciągnąć ją na dziedziniec.

– Potrzebuję chwilę pobyć sama. – Pokręciła głową, ale głos miała łagodny.

Przyjaciółka zmrużyła oczy, jakby chciała zaprotestować, ale po chwili tylko skinęła głową. Wiedziała, że naciskanie nie miało sensu. Podsunęła jej jednak szal, który trzymała przewieszony przez ramię.

– Tylko nie chowaj się za długo. – Jej ton był lekki, ale spojrzenie mówiło coś więcej.

Alanya przyjęła szal bez słowa. Ich dłonie musnęły się na moment, a to krótkie dotknięcie wystarczyło, by napięcie dnia trochę zelżało.

– Wiem – odpowiedziała cicho.

Została sama. W jej sercu odezwało się znajome, bolesne uczucie – pustka.

Ojciec zawsze mówił, że magia Solvendoru to nie dar, lecz odpowiedzialność. Że król jest jej kanałem, a jego ciało i dusza stanowią bramę dla mocy. Pamiętała, jak jako dziecko widziała go stojącego w świątyni: oczy zamknięte, dłonie uniesione, a wokół niego światło, które drżało niczym żywe.

Próbowała. Nieraz. Modliła się w tych samych murach, szeptała te same słowa, powtarzała gesty aż do bólu mięśni i chrypki w gardle. Ale nic nigdy nie odpowiedziało. Cisza. Pustka. Jakby magia odwróciła się od niej plecami.

Słowa Veynara odbijały się echem w jej głowie. „Twój ojciec potrafił powściągnąć Chaos. Ty nie rozumiesz”.

Zacisnęła pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. Nie mógł wiedzieć, nie miał prawa wiedzieć. A jednak… czy jego zdziwienie nie zdradzało, że czegoś od niej oczekiwał?

Alanya uniosła wzrok na migotliwe płomienie świec. Po jej plecach przeszedł dreszcz. Jeśli wyrwa w Thalyss rzeczywiście się powiększa, nadejdzie dzień, w którym już nie wystarczy wysłać kapłanki. Dzień, w którym spojrzenia wszystkich będą zwrócone tylko na nią. A ona wciąż nie wiedziała, czy będzie miała czym odpowiedzieć.

Zamyślona przemierzała chłodne korytarze zamku, jej kroki odbijały się echem od kamiennych ścian. Myśli krążyły wokół wyrwy w Thalyss, słów Veynara i pustki, która wciąż rozbrzmiewała w jej wnętrzu jak drwiące echo.

I wtedy go zobaczyła. Kaen stał przy jednym z wysokich okien, oparty o chłodny kamień kolumny, jakby czas i całe zamieszanie tego dnia nie miały do niego dostępu. Światło z witraży rozlało się po jego twarzy barwną mozaiką, przez chwilę czyniąc go kimś obcym, niemal nierzeczywistym.

Obok niego stały dwie damy dworu. Jedna z nich, wysoka brunetka, śmiała się głośno, odgarniając włosy w sposób zbyt wyćwiczony, by udawał spontaniczność. To była gra, którą Kaen zawsze potrafił prowadzić – spojrzeniem, półuśmiechem, zawieszonym gestem. I nigdy nie brakowało mu partnerek do tej gry.

Alanya zwolniła kroku. Przez ułamek sekundy naprawdę chciała zawrócić – zniknąć we własnych komnatach, zrzucić z siebie ciężar dnia. Nie miała już siły na kolejną maskę. Ale wtedy Kaen podniósł wzrok.

Wyprostował się, a jego uśmiech – ten znajomy, ciepły, który nosiła w pamięci od dzieciństwa – ścisnął jej serce tak nagle, że musiała nabrać głębszy oddech.

– Wasza wysokość – powiedział przesadnie formalnym tonem, skłaniając się z równie przesadną gracją.

– Książę Kaen – odparła chłodno, choć kącik jej ust nieposłusznie drgnął.

Damy dworu szybko oddaliły się w przeciwną stronę, zostawiając ich samych. Kaen podszedł bliżej, a przestrzeń między nimi wypełniła się czymś cięższym od słów.

– Minęło trochę czasu od naszej ostatniej rozmowy – odezwał się.

– Owszem. Zaskoczyłeś mnie swoim przedłużonym pobytem w Solvendorze – odpowiedziała. – Nie sądziłam, że korytarze tego zamku są aż tak kuszące.

Uśmiechnął się lekko.

– Kuszące? Nie. Ale nie mogłem odejść, nie upewniwszy się, że radzisz sobie w nowej roli.

– Czyżbyś martwił się o mnie? – spytała, unosząc brew.

– Raczej ciekawiło mnie, jak bardzo się zmieniłaś. – Jego spojrzenie przesunęło się po niej powoli, zbyt uważnie.

– I? – zapytała cicho, świadoma, że prowokuje odpowiedź, której nie chce usłyszeć.

– Powiedzmy, że jesteś… mniej przewidywalna. – W jego głosie zabrzmiała nuta rozbawienia, ale i coś ostrzejszego.

Przez chwilę nie przypominali już dawnych dzieci, które biegały po ogrodach i kradły jabłka. Teraz każde słowo było jak ruch w grze, której zasady zmieniły się nie tak dawno temu.

– A ty – powiedziała po chwili – wciąż opierasz się o kolumny i pozwalasz, by damy dworu śmiały się z byle powodu. Widzę, że pewne rzeczy się nie zmieniają.

– Czasem wygodniej jest pozwolić ludziom myśleć, że grają w moją grę – odparł. – Ale ty nigdy nie dawałaś się oszukać, prawda?

Ton jego głosu sprawił, że serce Alanyi zabiło mocniej. Czy to było wyzwanie? A może ostrzeżenie?

Słowa zawisły między nimi, przywołując wspomnienia dawnych lat. Przy nim nabierały ostrości, jakby czas cofnął się o lata. W jego oczach jednak kryło się coś nowego. Cień, który nie pasował do tamtego chłopca.

Po kilku minutach rozeszli się w przeciwnych kierunkach. Alanya obejrzała się przez ramię akurat w chwili, gdy Kaen zatrzymał się przy brunetce i pochylił do niej, mówiąc coś półgłosem. Jej śmiech znów odbił się echem po korytarzu.

Królowa odwróciła wzrok. Tym razem uśmiech Kaena zostawił po sobie ukłucie, które trudno było zignorować.

Ruszyła dalej, skupiając wzrok na kamiennej posadzce, jakby w jej chłodzie mogła skryć się odpowiedź na pytanie, którego wolała sobie nie zadawać.

Zmierzch nadchodził powoli, topiąc mury zamku w odcieniach miedzi i purpury. Z okien jej komnaty widać było, jak miasto poniżej zapala pierwsze pochodnie. Światło tańczyło w nich niespokojnie, jakby nawet ogień czuł dzisiejsze napięcie.

Komnata pogrążyła się w półmroku. Płomienie w kominku przygasały, rzucając na ściany tańczące cienie, które podążały za każdym ruchem Alanyi. Siedziała przy stole, przed sobą miała mapę Solvendoru – tę samą, nad którą pochylała się w sali rady. Znaczniki, pergaminy i notatki były wciąż rozłożone jak ślady po bitwie, choć walka toczyła się dziś tylko słowami.

Przymknęła oczy, pozwalając, by obrazy dnia powróciły. Twarz Arenda – twarda i pełna lojalności. Harlin, który jak zwykle próbował zachować spokój i rozwagę. Veynar… Jego chłodne spojrzenie i słowa wbijały się w nią jak ostrza. Każde wspomnienie o jej ojcu było ciosem w pustkę, której nie potrafiła wypełnić. Magia królestwa milczała w niej, jakby na przekór całemu światu.

Westchnęła ciężko, odchylając się na krześle. Ataki się nasilały. Cienie rozlewały po mapie coraz głębszym śladem, a ona miała coraz mniej odpowiedzi. Zamiast nich pozostawało tylko milczenie – jej własne i mocy, która nie chciała się w niej obudzić.

Kiedy myśli zaczęły grzęznąć w bezradności, przed oczami stanął jej uśmiech Kaena. Zbyt lekki jak na to, co niosła na barkach, zbyt niebezpieczny, bo przypominał jej dziewczynkę, którą kiedyś była. Dziewczynkę, która wierzyła, że wystarczy jeden jego uśmiech, by rozpędzić mrok.

Zacisnęła powieki, próbując odgonić to wspomnienie. Nie mogła pozwolić sobie na takie rozproszenia. Lecz ciepło jego spojrzenia wracało uparcie, jakby wbrew jej woli.

Otworzyła oczy i wpatrzyła się w mapę. Czerwone znaczniki wciąż były tam, gdzie zostawiła je rada.

– Jutro – szepnęła do siebie. – Jutro znajdę sposób. Muszę.

Ale kiedy zgasiła świece i wsunęła się do łóżka, jej myśli były rozdarte. Jedna część wciąż widziała krwawą linię wyrwy, druga szelmowski uśmiech Kaena, który choćby na chwilę pozwolił jej zapomnieć.

Sen przyszedł szybko, ale nie był łagodny.

Znów go zobaczyła – mężczyznę o szerokich ramionach – stojącego tyłem. Czarne włosy opadały mu na kark, a tuż nad kołnierzem koszuli widniał ten sam tatuaż: splecione w krąg skrzydła i ostrza. Światło wokół nich było dziwne, szare, bez śladu słońca ani gwiazd.

Chciała podejść, dotknąć tego miejsca na jego szyi, zapytać, kim jest. Ale zanim zrobiła krok, coś szarpnęło ją do tyłu, a przestrzeń wokół zapadła się w ciemność.

Ocknęła się z mocno bijącym sercem, dłońmi zaciskającymi się na pościeli. I choć wiedziała, że to był tylko sen, wciąż czuła na palcach delikatne ciepło od jego skóry.

Rozdział IV

Alanya siedziała przy stole, dłońmi owinęła filiżankę gorącej herbaty, jakby ciepło miało odgonić to, co zobaczyła nocą. Obok, na srebrnej paterze, stygły bułeczki z miodem, ale nie miała apetytu nawet na nie.

Czuła niepokój we wnętrzu. Dwa razy śniła o NIM. Nie był to zwykły sen, nie mógł być. Zbyt wyraźny, zbyt realny. Cień z Thalyss? Omen? A może coś w niej samej?

Ścisnęła porcelanę mocniej, aż poczuła gorąco na skórze. Nie mogła pozwolić, by te obrazy zawładnęły jej dniem. Nie teraz, gdy każdy krok, każde spojrzenie dworu było próbą jej siły.

Gdzieś pod powierzchnią myśli jednak tliło się pytanie, którego bała się wypowiedzieć na głos: co jeśli to nie tylko sen?

– Ty mnie w ogóle nie słyszysz, prawda? – Głos Wiktorii dobiegł do niej jak przez mgłę.

Alanya mrugnęła, orientując się, że zapomniała o jej obecności i w ogóle jej nie słuchała. Wiktoria siedziała naprzeciwko, opierając brodę na dłoni, i patrzyła na nią pytająco.

– Przepraszam, zamyśliłam się.

Przyjaciółka pochyliła się lekko nad stołem, szukając w jej twarzy czegoś, czego ta nie chciała nazwać.

– Ty mi naprawdę nic nie powiesz? – zapytała miękko, bez wyrzutu, ale z tą znajomą przenikliwością, przed którą trudno było się ukryć.

Królowa spuściła wzrok i uśmiechnęła się krótko.

– Powiedz mi lepiej, co widziałaś rano. Chcę to usłyszeć.

Przez moment Wiktoria wyglądała, jakby miała ochotę dopytać, ale tylko westchnęła i kiwnęła głową. Opowiadała o tym, jak kapłanki Zakonu Słońca od świtu stały na murach, wzmacniając bariery. Jej głos miał w sobie lekkość, ale i nutę podziwu.

– Wyglądało to… magicznie – mówiła, a jej dłonie tańczyły w powietrzu, jakby chciała narysować światło, które widziała. – Całe mury lśniły złotem, a przez chwilę wydawało się, że nawet powietrze oddycha razem z nimi.

Alanya uśmiechnęła się, lecz myślami wciąż była w nocnym śnie. Czuła na palcach ciepło, które nie chciało zniknąć.

– Cieszę się, że się udało – odparła cicho. – Ale to tylko bariery. Nie powstrzymają wszystkiego.

Na moment zapadła cisza. Wiktoria wpatrywała się w nią uważnie, jakby czekała, aż ta powie coś więcej. Jej spojrzenie nie było natarczywe, ale pełne troski, której smak Alanya znała aż za dobrze.

– Wik… – Podniosła wzrok, próbując się uśmiechnąć. – Kontynuuj, proszę. Chcę słyszeć, jak to wyglądało twoimi oczami.

Wiktoria zawahała się, marszcząc lekko brwi, jakby chciała zapytać, co naprawdę kryje się pod tym uśmiechem. Ale zamiast tego westchnęła i kiwnęła głową.

– Dobrze. – Na jej twarzy pojawił się cieplejszy uśmiech. – Wiesz, przez chwilę myślałam, że kapłanki same nie wierzą, że zdołają to zrobić. Ale kiedy światło zaczęło spływać po murach… dostrzegłam w ich oczach coś, czego dawno nie było. Nadzieję.

Alanya słuchała jej, tym razem uważnie. Wiktoria zawsze miała dar, by prostymi słowami odgonić ciemne myśli. By przypomnieć jej, że w świecie oprócz strachu są jeszcze rzeczy, dla których warto trwać.

– To właśnie chciałam ci powiedzieć – dodała Wiktoria ciszej. – Cokolwiek się dzieje, nie jesteś w tym sama. Choćbyś uparcie twierdziła inaczej.

Alanya skinęła głową, a w kącikach jej ust pojawił się cień prawdziwego uśmiechu.

Zjadła niewielki kęs, wstając od stołu.

– Muszę zejść do biblioteki.

Wiktoria uniosła brew.

– O tej porze?

– To może być jedyny moment w ciągu dnia, gdy znajdę tam spokój.

Droga do biblioteki wiodła przez boczne korytarze zamku. Ściany zdobiły gobeliny przedstawiające historię Solvendoru – wielkie bitwy, zawarte sojusze, dawne koronacje. Przechodziła obok nich, dotykając palcami tkanin, czując pod opuszkami fakturę nici.

Wysokie, podwójne drzwi biblioteki ustąpiły pod jej dłońmi z głuchym skrzypnięciem. Wnętrze przywitało ją chłodem, zapachem starych ksiąg i pergaminu. Wysokie regały, ustawione w równych rzędach, sięgały aż po sklepienie, a między nimi unosiły się drobinki kurzu tańczące w snopach światła wpadającego przez wąskie okna.

Pod stopami skrzypnęły deski. Alanya ruszyła między regały, kierując się w stronę działu kronik rodowych. Przesuwała palcami po grzbietach tomów – niektóre były popękane, inne gładkie i wypolerowane od częstego używania.

Wyciągnęła pierwszą księgę opisującą wydarzenia z roku jej narodzin. Otworzyła ją ostrożnie. Początek wyglądał obiecująco – spisy bitew, narodzin, ślubów. Jednak przy dacie trzynastego miesiąca dziewiątego – pustka. Strona była wyrwana.

Zmarszczyła brwi, odłożyła tom i sięgnęła po następny. Znów to samo.

Kolejne godziny mijały w ciszy, przerywane jedynie szelestem przewracanych stron. W każdym z woluminów brakowało fragmentów z tego samego okresu. Alanya czuła, jak frustracja powoli zaciska jej gardło.

Na moment przysiadła przy dużym dębowym stole i zamknęła oczy. Przypomniała sobie, jak jako dziecko biegała między tymi regałami, chowając się przed ojcem. Wtedy biblioteka była miejscem zabawy i odkrywania cudów, a nie labiryntem, w którym ktoś celowo ukrywał prawdę.

Kiedy wróciła do poszukiwań, w głębi sali dostrzegła starszego bibliotekarza w brązowej szacie. Mężczyzna układał stos ksiąg, mamrocząc coś pod nosem. Zatrzymała się przy nim.

– Szukam kronik z roku tysiąc dwieście siedemdziesiątego dziewiątego, szczególnie jesiennych zapisów – powiedziała.

Spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.

– Wiele z tych ksiąg… zaginęło. Niektóre już bardzo dawno temu.

– Zaginęło czy zostały usunięte? – zapytała ostrzej, niż zamierzała.

Mężczyzna spuścił wzrok.

– Lepiej nie pytać, wasza wysokość.

– Nakazuję ci odpowiedzieć – rzuciła stanowczo.

Mężczyzna otworzył usta, lecz zamiast słów pojawiła się cisza. Zaciął się, jakby język odmówił mu posłuszeństwa. Odetchnął gwałtownie, potem znów próbował, ale wydobyły się tylko pojedyncze sylaby, urwane jak strzępy zdań. Jego twarz pobladła, a dłoń odruchowo powędrowała do gardła, jakby coś ściskało go od środka.

Alanya poczuła dreszcz. To nie był zwykły strach. On naprawdę nie mógł mówić.

– Wystarczy – powiedziała chłodno, cofając się o krok.

Bibliotekarz opuścił głowę, unikając jej spojrzenia. Milczenie, które zostało, było bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa.

Alanya odeszła, wiedząc, że nie dowie się niczego więcej. Pewność, że ktoś – lub coś – czuwa nad tym milczeniem, towarzyszyła jej jednak jeszcze długo.

Jej wzrok zatrzymał się na tomie innym niż wszystkie. Grafitowa okładka, w rogu wytłoczony znak splecionych skrzydeł i ostrzy. Serce Alanyi przyspieszyło. Symbol wyglądał dokładnie jak ten, który widziała w snach.

Wyciągnęła dłoń, czując, jak powietrze wokół niej gęstnieje. Ale tuż przed dotknięciem księgi się zawahała. Za plecami usłyszała kroki innych dworzan, szept bibliotekarza, cichy szelest przewracanych stron. Sala nagle wydawała się pełna oczu, które mogły zauważyć, że sięga po coś, po co nie powinna. Ścisnęła palce w pięść i cofnęła rękę. Nie teraz. Nie tutaj. Pochyliła się jeszcze, udając, że wertuje zupełnie inny wolumin, a jednocześnie wbiła w pamięć miejsce: czwarta księga od lewej, dolna półka, obok kroniki bitew Solvendoru.

Poczuła, że jeśli weźmie ją teraz, sprowadzi na siebie spojrzenia, których nie udźwignie. A ona potrzebowała tej wiedzy. Ale na swoich warunkach. Wróci po nią, gdy zapadnie zmrok.

Na chwilę przymknęła oczy. Powróciło do niej wspomnienie bibliotekarza. Jego twarz pobladła, dłonie zadrżały i pojawiły się urywane sylaby, których nie potrafił do końca wypowiedzieć. Nie bał się mówić – on nie mógł. Jakby ktoś trzymał go za gardło.

Alanya otworzyła oczy, a spojrzenie mimowolnie powędrowało ku grafitowej księdze. A jeśli ta sama siła, która uciszyła bibliotekarza, strzeże również tego tomu?

Dreszcz przebiegł jej po karku. Jeszcze nigdy zwykła półka pełna pergaminów nie wydawała się tak niebezpieczna. I nigdy nie była bardziej pewna, że musi tu wrócić.

Zamkowe korytarze były dziś niemal puste. Stukot jej kroków mieszał się z trzaskiem pochodni, a myśli Alanyi krążyły wokół grafitowego tomu i symbolu ze snu. Tak bardzo pogrążyła się we własnych rozważaniach, że wzięła zakręt zbyt szybko. Uderzenie było mocne. Chwilę później ktoś chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie, zanim zdołała cofnąć krok.

– Uważaj, królowo – rozbrzmiał niski głos Kaena.

Znalazła się tak blisko, że mogła dostrzec światła z pochodni, które odbijały się w jego oczach. W nozdrza uderzył znajomy zapach soli i chłodu morza, niezmienny od lat, a jednak obcy w tych korytarzach.

– Może to ty powinieneś uważać – odparła, prostując się, by nie dać po sobie poznać, jak mocno bije jej serce. – Stoisz zawsze tam, gdzie nie powinieneś.

Uśmiechnął się, ale bez lekkości, do której kiedyś przywykła.

– A jednak zawsze mnie znajdujesz.

– Albo to ty znajdujesz mnie – powiedziała ciszej, niż chciała.

Kaen nie odsunął się. Palce na jej ramieniu zacisnęły się mocniej, a jego wzrok nie przypominał już dawnych żartów, lecz obietnicę, której nie rozumiała.

– Nadal masz ten błysk w oczach – powiedział powoli. – Ten sam jak wtedy, gdy próbowałaś udowodnić mi, że potrafisz zwyciężać bez litości.

– I zwyciężałam – odpowiedziała bez drżenia, choć jego bliskość paliła jak ogień.

– Zawsze. – Nachylił się nieznacznie, a jego oddech musnął jej skroń. – A ja nigdy nie miałem pewności, czy chcesz mnie pokonać, czy tylko sprawdzić, jak daleko pozwolę ci zajść.

Alanya zmrużyła oczy.

– A może to ty chciałeś, żebym sprawdzała granice?

Cisza między nimi zgęstniała. Kaen uśmiechnął się lekko.

– Wiesz, co jest najgorsze w zwycięstwach? – zapytał nagle, a jego głos brzmiał prawie intymnie. – Że czasem zdobywasz coś, czego nigdy nie miałeś prawa dotknąć.

Jej serce zabiło mocniej, ale nie pozwoliła, by to dostrzegł.

– To zależy, Kaenie, kto decyduje o tym prawie.

Ich spojrzenia spotkały się jak dwa płomienie, które zamiast się połączyć, walczą o przestrzeń. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że powietrze w korytarzu zadrżało.

Dopiero wtedy puścił jej ramiona i odsunął się o krok, ale nadal nie zerwał kontaktu wzrokowego.

– Uważaj, Alanyo. Nawet w pustych korytarzach nie jesteś sama.

Minął ją wolnym krokiem, a jego ramię musnęło jej dłoń. Ten ledwie wyczuwalny dotyk był bardziej elektryzujący niż najśmielsze słowa. Echo jego kroków odbijało się od ścian jeszcze długo po tym, gdy zniknął za zakrętem, a ona miała wrażenie, że zostawił po sobie nie cień, lecz ranę, której nie da się łatwo zagoić. Została w ciszy, wsłuchując się w echo jego kroków. Jeszcze przez chwilę czuła w powietrzu jego obecność, jakby mury zamku zatrzymały dla niej tę ulotną chwilę. Dopiero gdy korytarz zatonął w pustce, ruszyła dalej, próbując wmówić sobie, że to spotkanie nic nie znaczyło.

Dla odwrócenia myśli zeszła do kuchni. Było już późne popołudnie, a gwar tego miejsca kontrastował z ciszą korytarzy. Pachniało ciepłym chlebem, przyprawami i owocami. Gdy pojawiła się w drzwiach, kucharki zamarły na moment, a potem wróciły do swoich zajęć – jakby jej obecność była naturalna, swojska. Jedna z nich podała jej kawałek ulubionego ciasta z miodem i orzechami.

Alanya usiadła na ławie przy ścianie i przez chwilę jadła w spokoju, wsłuchując się w odgłosy stukających noży, bulgoczących garnków i ciche śmiechy służby. Było w tym coś prostego, zwyczajnego, a jednak dającego poczucie bezpieczeństwa. Na krótką chwilę mogła zapomnieć o radach, wojnach i ciężarze korony – mogła być po prostu dziewczyną, która przepadała za słodkim ciastem.

***

Zmrok opadł na zamek, a światło słoneczne w korytarzach przygasło, ustępując miejsca pojedynczym pochodniom i blaskowi świec. Cisza była niemal nienaturalna – brak gwaru, stukotu kroków i szelestu sukien sprawiał, że każdy odgłos wydawał się zbyt głośny.

Alanya szła powoli, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Welon cieni kładł się na jej twarzy, a cienkie pantofle tłumiły kroki na chłodnych kamiennych płytach. Wiedziała, że straż nocna rzadko zapuszcza się w skrzydło, w którym mieściła się królewska biblioteka.

Drzwi były zamknięte, ale ustąpiły pod lekkim pchnięciem – zamek nie był przekręcony. Wewnątrz panował półmrok, rozświetlany jedynie przez mdłe światło księżyca wpadające przez wysokie, wąskie okna. Cienie regałów układały się w labirynt, a powietrze było ciężkie od zapachu starego pergaminu i wosku świec.

Ruszyła między półki, idąc dokładnie tą samą ścieżką co rano. Gdzieś głęboko w bibliotece coś cicho stuknęło – jakby któryś z tomów wysunął się pod własnym ciężarem. Zatrzymała się, nasłuchując, ale po chwili cisza znów spowiła pomieszczenie.

Kiedy dotarła do regału w rogu, jej serce przyspieszyło. Tam, gdzie jeszcze dziś rano leżał opasły tom z symbolem splecionych skrzydeł i ostrzy na okładce, była teraz tylko pusta przestrzeń.

Dotknęła półki, jakby chciała się upewnić, że to, co widzi, jest prawdą. Jej palce przesunęły się po drobnych rysach drewna. W miejscu, gdzie wcześniej spoczywała księga, nie było kurzu.

Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Miała wrażenie, że ktoś stoi tuż za nią. Odwróciła się gwałtownie – puste rzędy regałów patrzyły na nią z mroczną obojętnością. Żadnego ruchu. Żadnego dźwięku. Serce jednak biło jej zbyt szybko, jakby ciało wiedziało coś, czego umysł jeszcze nie pojmował.

Przyspieszyła kroku w stronę drzwi. Zanim je zamknęła, przez moment była pewna, że dostrzegła cień przesuwający się między półkami. Nie czekała, by sprawdzić.

Korytarz wydawał się chłodniejszy niż wcześniej. Szła szybko, nie oglądając się za siebie, choć czuła, że ktoś śledzi każdy jej ruch.

Dopiero gdy zatrzasnęła drzwi własnej komnaty i opadła plecami na chłodny kamień, pozwoliła sobie na oddech. Strach mieszał się z frustracją – po nieudanych poszukiwaniach i spotkaniu z Kaenem miała wrażenie, że dzień kończy się porażką na każdym froncie.

W jej myślach wciąż pulsował obraz księgi i znak, który zdobił jej okładkę.

***

Alanya obudziła się bardzo wcześnie. Złote światło przeciskało się przez wysokie okna, ale nie rozpraszało ciężaru, który wciąż ciążył jej na piersi.

Siedziała przy stole z filiżanką herbaty stygnącą w dłoniach. Nie czuła ani smaku, ani zapachu. Wciąż miała przed oczami pustą półkę i odciśnięty w kurzu kształt księgi, która powinna tam być.

Przypomniała sobie też bibliotekarza, którego słowa urwały się w pół zdania, jakby ktoś zakneblował go od środka. Czy to mogło się jakoś łączyć? Czy wszystko było tylko złudzeniem, grą zmęczonego umysłu, karmionego nocnymi koszmarami?

Unosząc filiżankę, dostrzegła, że jej dłoń lekko drży. Była królową. Miała przed sobą dzień pełen decyzji, ludzi, którzy oczekiwali od niej siły. Na jej biurku leżał stos kart i pergaminów wymagających jej uwagi. Lecz w ciszy poranka nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ktoś – lub coś – wyprzedza każdy jej krok.

Zerknęła na drzwi, jakby spodziewała się, że zaraz się poruszą. Ale pozostały zamknięte. Światło wślizgiwało się coraz wyżej po ścianach, a ona nie wiedziała, czy nowy dzień przynosi bezpieczeństwo, czy tylko kolejną odsłonę gry, w którą została wciągnięta.

Rozdział V

Od kilku tygodni nad Solvendorem panował spokój. Nie było więcej ataków, a opowieści o potworach wyłaniających się z wyrwy powoli stawały się echem nieprzyjemnego wspomnienia. Kapłanki Zakonu Słońca wzmocniły bariery wokół granic, a wojska zostały rozstawione tak, by żaden intruz nie zbliżył się do murów. Dni płynęły w rytmie codziennych obowiązków, raportów i krótkich chwil wytchnienia.

Alanya nauczyła się wykorzystywać ten spokój – spotkania z radą były mniej burzliwe, a napięcie na twarzach doradców ustąpiło miejsca zmęczeniu, które nieco rozluźniało atmosferę. Jednak ona sama nie potrafiła w pełni odpocząć. Spokój bywał złudny, a ona czuła, że coś, co kryło się w cieniu, dopiero czekało na swój moment. Od chwili koronacji miała też dużo więcej królewskich obowiązków. Jej ojciec nigdy nie przejawiał entuzjazmu do spraw urzędowych, więc zostawił jej też sporo pracy w uporządkowaniu dokumentacji.

W tym czasie Kaen wciąż pozostawał na dworze. Oficjalnie w roli gościa i przedstawiciela Vireldy, nieoficjalnie jako element politycznej gry, mający zacieśnić więzi między królestwami. Z początku spotykali się rzadko, wymieniając jedynie uprzejme słowa w sali tronowej czy na dziedzińcu. Jednak z biegiem dni ich drogi krzyżowały się coraz częściej.

Na korytarzach zamku potrafił pojawić się w najmniej spodziewanym momencie – czasem wychodząc z bocznej komnaty, innym razem opierając się nonszalancko o filar, jakby czekał właśnie na nią. Ich rozmowy były krótkie, ale pełne podtekstów. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by w powietrzu zawisło niewypowiedziane „więcej”.

Alanya, mimo że znała go od dziecka, odkrywała w nim coś nowego. Już nie był jedynie chłopcem, który kiedyś drażnił się z nią na placu ćwiczebnym i uciekał, gdy zaczynała wygrywać. Teraz był mężczyzną – pewnym siebie, z ironicznym uśmiechem i spojrzeniem, które zdawało się przenikać głębiej, niż powinna mu na to pozwolić.

Jednak ten spokój w ich rozmowach miał swoją ciemniejszą stronę. Kaen lubił towarzystwo kobiet i nie krył się z tym, że przyjmuje ich względy. Czasem Alanya widziała go, jak rozmawia z jedną z dam dworu, a jego dłoń spoczywa na jej talii z tą samą pewnością, z jaką kiedyś podtrzymał ją, gdy niemal na niego wpadła. Nie powinna zwracać na to uwagi, a jednak każdy taki obrazek wbijał się pod skórę, zostawiając ślad w postaci irytującego ukłucia gdzieś w środku.

Ich przypadkowe spotkania stawały się coraz bardziej dwuznaczne. Raz, mijając się w wąskim przejściu, musnęli się ramionami tak, że zatrzymała się na moment, czując, jak jej oddech przyspiesza. Innym razem jego spojrzenie zsunęło się z jej oczu na usta, zatrzymując tam na ułamek sekundy za długo.

Nie było w tym słów, ale była gra – niebezpieczna, bo rozgrywana na granicy, której oboje na razie nie chcieli przekroczyć.

Tego popołudnia wyszła na dziedziniec, by zaczerpnąć powietrza. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając refleksy na kamienne mury i tarcze stojących w szeregu żołnierzy. Na placu ćwiczebnym Kaen trenował z kilkoma wojownikami z jej straży. Ruchy miał szybkie, precyzyjne, a każde uderzenie miecza o tarczę niosło się echem po dziedzińcu.

Zatrzymała się w cieniu kolumny, przyglądając mu się z daleka. Wiedział, że jest obserwowany – widziała, jak kącik jego ust unosi się w półuśmiechu, gdy bez trudu rozbrajał kolejnego przeciwnika.

Po skończonym ćwiczeniu podszedł do stojącej nieopodal ławy, zdjął skórzaną rękawicę i sięgnął po bukłak z wodą. Pot spływał po jego szyi, a koszula była rozpięta na tyle, by odsłonić fragment umięśnionej piersi.

– Dobrze się bawisz, podglądając mnie z ukrycia? – zapytał, nawet nie patrząc w jej stronę, ale doskonale wiedząc, gdzie stoi.

– Obserwowałam żołnierzy – odparła chłodno, choć ton jej zabrzmiał mniej pewnie, niż chciała.

Ruszył w jej stronę powolnym, swobodnym krokiem.

– I jak wypadłem w porównaniu z twoimi ludźmi?

– Nie jestem pewna, czy mam ochotę ci to mówić. – Uniosła podbródek, próbując odebrać mu przewagę.

Zatrzymał się tuż przed nią, na tyle blisko, że poczuła zapach skóry, stali i czegoś, co zawsze kojarzyło jej się tylko z nim. Jego cień przesunął się po jej twarzy, a spojrzenie zatrzymało się na ustach.

– Boisz się, że powiesz za dużo? – zapytał cicho, a jego oddech musnął jej policzek.

– Nie boję się ciebie – odpowiedziała, choć serce biło jej szybciej.

– Może powinnaś.

Przez chwilę stała w miejscu sparaliżowana mieszanką irytacji i czegoś, co paliło pod skórą. Zamiast się cofnąć, uniosła wzrok ku jego twarzy. Ostre rysy, cień zarostu, spojrzenie, które trzymało ją w miejscu silniej niż ramiona. Oddychał spokojnie, a jednak każde jego westchnienie zdawało się mieszać z jej własnym, tworząc duszną, elektryczną ciszę między nimi.

Choć wiedziała, że nie powinna, pozwoliła sobie na więcej. Na krótką, zdradliwą słabość. Jej spojrzenie opadło niżej, ku jego ustom. Wąskie, pewne siebie, wygięte w ten lekko szelmowski uśmiech, który znała od lat, ale teraz zobaczyła w nich coś więcej. Obietnicę. Pokusę. Ułamek sekundy wystarczył, by poczuła, jak jej serce przyspiesza jeszcze bardziej, a myśli rwą się w chaosie. Gdy wróciła spojrzeniem do jego oczu, miała wrażenie, że wiedział.

To ona odwróciła się pierwsza, czując na karku jego wzrok, gdy odchodziła. Nie usłyszała za sobą kroków, ale miała wrażenie, że jeśli się obejrzy, zobaczy ten sam uśmiech, który śnił jej się już zbyt wiele razy.

***

Szła korytarzem, aż dotarła do swoich komnat. Tam zdarła z ramion ciężki płaszcz i westchnęła głęboko, jakby chciała zrzucić z siebie cały ciężar tego spotkania. Zanim jednak zmrok całkiem spowił zamek, zajrzała jeszcze do izby tkackiej, gdzie młode dziewczyny plotły gobelin przedstawiający herb Solvendoru. Przystanęła na moment, patrząc, jak ich dłonie szybko i sprawnie przesuwają się po nici.

Jedna z tkaczek speszyła się, widząc ją, i opuściła głowę, ale Alanya uśmiechnęła się ciepło i dotknęła materiału.

– Znakomicie wam idzie. – Proste słowa, a sprawiły, że dziewczyna się rozpromieniła. Reszta zerknęła po sobie z dumą.

Potem wróciła do komnaty, nalała sobie kubek ziołowego naparu, jak zawsze wieczorami. Ciepło napoju i znajomy aromat mięty i rumianku pozwoliły jej choć przez chwilę poczuć, że jest nie tylko królową, ale i zwykłą kobietą.

Kolejne dni mijały szybciej, niż się spodziewała. Miasto przygotowywało się do Święta Słońca – jednego z najważniejszych wydarzeń w Solvendorze. Co roku hucznie obchodzone, miało być okazją, by pokazać potęgę i bogactwo królestwa, ale też zamanifestować jedność wobec mieszkańców i delegacji z innych ziem.

Ulice stolicy tonęły w złotych i srebrnoszarych tkaninach rozwieszonych między dachami, a na placach wznoszono stragany z przyprawami, słodkościami i wyrobami rzemieślniczymi. W powietrzu mieszały się zapachy świeżo pieczonego chleba, korzennych win i płonących kadzideł.

W zamku prace trwały od świtu do późnej nocy. Służba biegała po korytarzach z tacami pełnymi dekoracyjnych złotych lampionów i mis z egzotycznymi kwiatami, a muzycy ćwiczyli na dziedzińcu melodie, które miały wypełnić salę balową. Zgodnie z tradycją centralnym punktem obchodów miał być bal maskowy – wydarzenie, które dawało pole do intryg, ukrytych rozmów i spotkań, jakich w świetle dnia nikt nie odważyłby się przeprowadzić.

Alanya obserwowała to wszystko z mieszanką dumy i napięcia. Wiedziała, że takie okazje, choć radosne, były też momentem, gdy polityka stawała się grą jeszcze bardziej niebezpieczną. Miała jednak przed sobą również dni wypełnione obowiązkami związanymi z koroną, która momentami stawała się dla niej ciężarem. Lord Harlin przygotował już dla niej cały zbiór dekretów do podpisu, dotyczących ziem, podatków, handlu i ochrony granic. Natomiast kapitan Arend czekał na rozkazy związane z rozlokowaniem straży podczas uroczystości.

Do zamku zaczęli zjeżdżać pierwsi goście. Wśród nich były znajome twarze zaprzyjaźnionych rodów, lecz także obcy, których nazwiska brzmiały w Solvendorze twardo. Jednak wszystkie rozmowy i szeptane plotki sprowadzały się do jednego: przyjazdu króla Narthoru i królowej Drakhaimu. Jego – bo rzadko opuszczał mroczne królestwo za górami. Jej – bo uroda i bezwzględność uczyniły z niej legendę budzącą podziw i lęk jednocześnie.

Tego dnia, gdy ich orszaki wjechały na dziedziniec, czas jakby na moment zwolnił. Strażnicy i służba zamarli, a powietrze zgęstniało.

Pierwszy z karety wysiadł Raven. Czerń, którą nosił, była prosta, a jednak nie sposób było pomylić jej z czymś zwyczajnym – każdy szew zdradzał kosztowność i precyzję. Nie potrzebował ozdób ani klejnotów; jego obecność była cięższa niż jakiekolwiek insygnia. Spojrzenie, które rzucił w tłum, nie było ani łaskawe, ani wrogie – było zimnym osądem. Każdy, na kim zatrzymał wzrok, odruchowo pochylał głowę, jakby nagle uświadamiał sobie własną małość.

U jego boku szła królowa Drakhaimu, Lythara. Wysoka, smukła, niosła się z gracją ostrza sunącego po wodzie. Jej suknia z ciężkiego czarnego jedwabiu ciągnęła się za nią jak struga ciemności, kontrastując z marmurem dziedzińca. Srebrne włosy lśniły w świetle dnia, a każdy jej krok był tak doskonale odmierzony, że wyglądała bardziej jak posąg ożywiony wolą bogów niż śmiertelna kobieta. Na ustach miała jedynie cień uśmiechu, ale w oczach błyszczało coś ostrego jak klinga – obietnica, że nie zna ani słabości, ani litości.

Alanya obserwowała ich z górnej galerii sali tronowej, starając się zachować wyprostowaną postawę, choć wewnątrz czuła rosnącą czujność. Nie ufała ani jednemu, ani drugiemu.

Wybór sukni na bal był jedną z nielicznych chwil, kiedy pozwalała sobie na odrobinę próżności. Przez długie godziny krawcowe przynosiły kolejne kreacje – złote, połyskujące niczym słońce na wodzie; głębokie czerwienie przywodzące na myśl płomienie; czerń gęstą jak nocne niebo. Każda była piękna, ale żadna nie wydawała się odpowiednia. Nie chciała tonąć w przepychu ani wyglądać jak posąg pozbawiony życia. Potrzebowała czegoś, co pokaże jej siłę i wdzięk, a jednocześnie pozwoli jej oddychać, tańczyć, poruszać się swobodnie – jak kobiecie, nie tylko królowej.

W końcu jej wybór padł na kreację, która najlepiej odzwierciedlała jej charakter. Satynowy materiał w odcieniu szlachetnego złota miękko opływał sylwetkę, przechodząc w dolnych partiach w subtelne prześwity z tiulu, które falowały przy każdym ruchu jak strumienie światła. Gorset, misternie haftowany srebrną nicią, zdobiony był drobnymi kryształami. Dekolt miał kształt delikatnego łuku, nie był zuchwały, ale wystarczający, by podkreślić linię szyi i ramion.

Rękawy opadały lekko na ramiona, zostawiając przedramiona nagie, jakby sama suknia chciała przypomnieć, że piękno kryje się również w prostocie. Talia podkreślona była cienkim pasem wysadzanym perłami, a tren – choć krótki w porównaniu do koronacyjnego – układał się jak rozlany złoty cień, dyskretny, lecz majestatyczny.

Maskę kazała wykonać osobno. Cienkie złoto, lekkie niczym pióro, zdobione ornamentem przypominającym promienie słońca, oplatało oczy i skronie tak, że wyglądała jednocześnie jak kobieta i jak symbol. Nie miała być zakuta w ciężkie ozdoby – miała lśnić własnym blaskiem.

Patrząc w lustro, Alanya poczuła, że oto znalazła równowagę: bogactwo i siłę splecione z lekkością oraz wdzięk królowej, która nie potrzebuje krzyczeć, by zapanować nad gośćmi.

Wieczór balu przyszedł szybciej, niż przypuszczała. Sala balowa błyszczała tysiącami świateł, a muzyka wypełniała każdy zakamarek. Goście, skryci za maskami, mieszali się w tłumie, a zapach perfum i kadzideł unosił się ciężko w powietrzu.

Nie wiedziała jeszcze, że ta noc stanie się punktem zwrotnym.

Sala balowa tonęła w złocie i srebrze, a tysiące świec i kryształowych lampionów rzucały na marmurową posadzkę mozaikę światła. Muzyka płynęła lekko, wypełniając każdy zakamarek przestrzeni, mieszała się z zapachem egzotycznych kwiatów i ciężkich perfum. Maski, cekiny, koronki i bogate stroje tworzyły kalejdoskop barw, w którym łatwo było zniknąć, a jeszcze łatwiej podsłuchiwać, obserwować, intrygować.

Gwar rozmów ucichł gwałtownie, jakby ktoś odciął dźwięk ostrzem. Ciężkie rzeźbione drzwi rozwarły się po raz kolejny i do sali wszedł orszak Narthoru i Drakhaimu.

Na jego czele szedł król Raven. Wysoki, o sylwetce napiętej jak cięciwa łuku, ubrany w głęboką czerń przeszywaną srebrnymi haftami, które przywodziły na myśl chłód zimowego mrozu. Nie miał korony i nie potrzebował jej – w sposobie, w jaki się poruszał, było coś niepodważalnego, drapieżnego. Każdy krok zdawał się wymuszać przestrzeń, a spojrzenie, kryjące się za maską z czarnej stali, było ciężarem trudnym do zniesienia. Jego twarz, ostra i spokojna zarazem, wyglądała jak wyrzeźbiona przez śmierć i czas.

U jego boku kroczyła królowa Lythara. Jej czarna jedwabna suknia nie tyle otulała ciało, ile oplatała je, połyskując przy każdym ruchu niczym nocne ostrze. Tren ciągnął się za nią jak złowroga i piękna smuga dymu. Maska wysadzana drobnymi klejnotami odbijała światło tak, że wyglądała niczym twarz zrodzona z kryształu i stali. A spojrzenie – choć skryte – miało w sobie coś z drapieżnego ptaka: chłodne, ostre, nieubłagane, szukające słabości w każdym, kto odważył się podnieść wzrok.

Wejście tej dwójki nie było tylko przybyciem gości. Było jak wtargnięcie zimy do sali pełnej światła – cisza wśród zgromadzonych świadczyła o tym, że wszyscy czuli, iż wraz z nimi przyszło coś, przed czym nie sposób uciec.

Alanya stojąca na drugim końcu sali poczuła, jak wzrok Ravena zatrzymuje się na niej. Nie było w nim uśmiechu. Nie było nawet cienia uprzejmości. Patrzył na nią długo, tak jak patrzy się na księgę, której treść chce się przeanalizować – strona po stronie, zdanie po zdaniu. Jego spojrzenie było chłodne, oceniające, niemal nieprzyjemne w swojej intensywności.

Nie spuściła wzroku, choć poczuła, że jej serce przyspiesza. W odpowiedzi uniosła podbródek, pozwalając, by w jej postawie zabrzmiała duma. Raven ledwie skłonił głowę – gest tak formalny, że aż odczuwalnie odległy.

– Król Narthoru lubi sprawdzać teren – szepnęła Lythara, która w niewiadomy sposób znalazła się tuż przy niej. – Czasem jednak to, co widzi, okazuje się inne, niż się spodziewał.

Alanya odwróciła się powoli, mierząc królową wzrokiem.

– A czasem teren wcale nie życzy sobie być sprawdzany.

Na ustach Lythary pojawił się uśmiech pełen rozbawienia i czegoś, co przypominało wyzwanie.

– Zobaczymy, królowo – odparła, po czym odpłynęła w tłum, zostawiając za sobą smugę srebra i zapach ostrych, zimnych kwiatów.

Alanya ledwie zdążyła odetchnąć, gdy obok niej pojawił się Kaen. W masce z ciemnego złota wyglądał jak drapieżnik czający się w cieniu.

– Zaskakujesz mnie, królowo – rzucił, podając jej dłoń. – Wyglądasz tak, jakbyś chciała, żeby ta noc spłonęła szybciej niż świeca.

Unosząc brew, ujęła jego rękę.

– A ty jak zwykle wchodzisz na parkiet, jakbyś chciał, żeby wszyscy widzieli, że należy do ciebie.

Muzyka porwała ich w swój rytm. Jego dłoń spoczęła na jej plecach, zdecydowanie niżej, niż pozwalała etykieta. Ciepło tego dotyku wywołało dreszcz, którego nie mogła zignorować.

– Może chcę, żeby widzieli – szepnął, pochylając się ku niej. – Tylko nie wiem, co bardziej kusi: twoja korona czy twoje usta.

Alanya uniosła brodę, choć czuła, jak serce przyspiesza.

– Usta, Kaenie, nie są do zdobycia jak tron.

Jego uśmiech przygasł, a spojrzenie pociemniało.

– W takim razie będę musiał cię przekonać. – Palce zacisnęły się mocniej na jej talii, jakby mówił to nie tylko słowami.

Obróciła się w rytmie, ale zamiast dystansu, jaki dawał ruch, poczuła go jeszcze bliżej.

– Zawsze miałeś dar przekonywania – odparła cicho. – Tylko nie zapominaj, że ja mam dar odmawiania.

Śmiech Kaena był krótki, niski.

– Nie odmawiałaś mi nigdy, gdy chodziło o walkę. Może boisz się przegrać tam, gdzie stawka jest większa?