Zły wybór - Żaneta Kiełbaska - ebook
NOWOŚĆ

Zły wybór ebook

Żaneta Kiełbaska

0,0

20 osób interesuje się tą książką

Opis

CZASEM JEDEN ZŁY WYBÓR WYSTARCZY, ŻEBY STRACIĆ WSZYSTKO.
Pełen napięcia kryminał o kłamstwach, które potrafią zniszczyć więcej niż jedno życie.
Gdy na krakowskim Kazimierzu zostaje odnalezione ciało właścicielki poznańskiej gazety, na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje na samobójstwo. Jednak komisarz Jan Szuler nie wierzy w tak proste rozwiązania, a prowadzone przez niego śledztwo szybko odsłania sieć toksycznych relacji i brudnych układów.
Lista podejrzanych stale rośnie. Gdy po przesłuchaniu znika Dariusz, mąż dziennikarki Hanny, kobieta rozpoczyna własne śledztwo. Szybko okazuje się, że w tej grze nikt nie jest bezpieczny, a ktoś zrobi wszystko, aby prawda nie wyszła na jaw.
„Zły wybór” to pełen napięcia kryminał, w którym pozornie zwykłe śledztwo zmienia się w coś znacznie mroczniejszego – walkę, w której stawką jest życie. To mroczna i wciągająca historia o sekretach, trudnych decyzjach i ich konsekwencjach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 388

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by Żaneta Kiełbaska

Copyright for this edition © 2026 by Nemezis / Grupa Wydawnicza Axis Mundi

REDAKTOR PROWADZĄCY: Anastazja Tabor

REDAKCJA: Rafał Dębski

KOREKTA: Dominika Surma

KOREKTA TECHNICZNA: Basia Borowska

PROJEKT OKŁADKI: Anna Slotorsz

ZDJĘCIE AUTORKI: Kasia Sztompka

SKŁAD: Positive Studio

WYDANIE I NEMEZIS

ISBN: 978-83-8468-001-8

ISBN E-BOOK: 978-83-8468-002-5

ISBN ABONAMENT: 978-83-8468-003-2

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.

Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Prolog

Opadła na kanapę, gdy popchnął ją z całej siły. Początkowo myślała, że jest w stanie owinąć mężczyznę wokół małego palca, jak zazwyczaj robiła to z innymi, ale dzisiaj ją zaskoczył. Przyszedł nabuzowany, od progu stawiał żądania. Uległa mu w sypialni, tak jak lubił, ale po wszystkim nie wyciszył się, lecz nabrał jedynie animuszu.

Teraz stał nad nią pochylony i głośno dyszał. Jego miękkie włosy, których przed chwilą dotykała, spadały mu na oczy. Jego piękne oczy.

– Masz dwa dni – wyszeptał i ujął kobietę pod brodę.

Przesunął powoli palec wskazujący po jej szyi, a następnie powiódł nim do mostka i dalej w dół, aż do pępka. Nagle chwycił ją mocno obiema rękami w pasie i przyciągnął do siebie. Jej naga skóra napięła się pod naciskiem. Stanęła teraz z nim twarzą w twarz. W oczach mężczyzny zobaczyła furię.

– Rozumiesz maleńka? Masz, kurwa, dwa dni na oddanie całej kasy – wysyczał jej prosto w twarz.

Uścisk w pasie wzmógł się, a po chwili poczuła silne pchnięcie. Rzucił nią z całej siły o stół, którego róg boleśnie wbił się w jej prawy bok. Usłyszała jeszcze, jak cicho zaklął pod nosem.

Nie tak miało się dzisiaj wszystko zakończyć. Leżała teraz na dywanie, a świat wirował jej przed oczami. Nagle męska sylwetka obróciła się, stanęła nad nią. Wyglądał jak wielki czarny smok z dwiema głowami.

Później był już tylko mrok.

25 kwietnia, piątek

Piątkowy ranek jawił się Hannie Kruger nieodmiennie jako wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że zaraz po nim miał nadejść weekend. Zawsze ją zastanawiało, czy ludzie bardziej cieszą się na koniec tygodnia pracy, czy na zbliżający się relaks. Ona wiedziała, że w jej przypadku jest to zdecydowanie pierwsza opcja. Zrobiło jej się ciepło na samą myśl, że to ostatnie godziny pracy w tym tygodniu. A przynajmniej tak być powinno. Dominika, jej szefowa, przechodziła samą siebie w liczbie zlecanych jej zadań. Hanna od pięciu lat pracowała dla niewielkiej lokalnej gazety w Poznaniu. Już zdążyła przyzwyczaić się do różnorodności artykułów, od zagubionych zwierząt po ciało wyłowione z Warty. Ciekawsze tematy realizowała z Filipem, który uchodził za „prawie śledczego dziennikarza”, jak żartowali wszyscy w redakcji. Nie była to praca, którą sobie wymarzyła na studiach dziennikarskich, ale okazywała się na tyle elastyczna, że Hanna w pozostałym czasie mogła realizować swoją pasję do tworzenia grafik i sprzedawać je w Internecie. Jedna praca uzupełniała drugą, a żadna nie dawała stabilnego wynagrodzenia.

Zwleczenie się z łóżka o godzinie szóstej stanowiło prawdziwe wyzwanie, na szczęście szybki prysznic nieco pomagał. W pierwszej kolejności zawsze wybierała kawę, nawet kosztem śniadania. Hanna skierowała kroki do kuchni, to znaczy niewielkiego miejsca w salonie, które pełniło w jej przypadku rolę dekoracji. Hanna nie gotowała. Nie lubiła i nie potrafiła. W jej domu rodzinnym nikt nie gotował. Posiłki składały się głównie z półproduktów i szybkich przekąsek. Odstępstwem od normy były za to wizyty u dziadków na wsi. Babcia zawsze potrafiła wyczarować coś cudownego.

Czarny ekspres do kawy zaczął wydawać dziwne dźwięki.

– Znowu nie ma wody – mruknęła do siebie.

Doskonale pamiętała, że wczoraj wieczorem woda w ekspresie jeszcze była. Zatem mąż musiał zużyć ją rano, zanim wyjechał do Warszawy. Czy zabrał też jej kubek termiczny? „I nie chciało się paniczowi uzupełnić zbiorniczka”, pomyślała. Ciszę w domu przerwał odgłos lejącej się wody z kranu.

Darek, trzydziestodwuletni przedstawiciel handlowy dużej firmy farmaceutycznej, często wyjeżdżał, ale Hannie to nie przeszkadzało. Lubiła swoje samotne wieczory w mieszkaniu. Ją z kolei obowiązywały nienormowane godziny pracy i potrafiła siedzieć przy artykule nawet do trzeciej nad ranem. Nie wchodzili sobie pod tym względem w drogę. Każde miało swoją pracę, którą szanowali nawzajem. Oczywiście to Dariusz zarabiał więcej, ale Hanna miała cel – rozwijać pracę dziennikarza freelancera oraz swoją sprzedaż internetową, aby móc w końcu odejść z „Miesięcznika Poznańskiego. Tey”.

Kiedy Darek wyruszał w podróż, zawsze pamiętał, aby zostawić jej wiadomość na komórce. Dzisiaj jednak w odebranych wiadomościach nic takiego nie znalazła. „Może zbyt się spieszył?”, pomyślała. Jej mąż ostatnio był nieco zimny, jakby rozkojarzony i skupiony na czymś innym. Nawet gdy rozmawiali, Hanna miała wrażenie, że Dariusz myślami jest gdzieś indziej. Chciała z nim o tym porozmawiać, ale nie wiedziała, jak zacząć. Byli małżeństwem od ponad dwóch lat i możliwe, że po prostu ich czas zakochania właśnie mijał. Pamiętała artykuł o kryzysach w związkach, który pisała pół roku temu. Pierwszy kryzys przychodzi ponoć po dwóch latach, kolejny po siedmiu. Takie były statystyki. Do tej pory nie wiedziała, kto i skąd wziął te dane. A może Darek po prostu stresuje się pracą? Sprzedaż leków nie należy do najłatwiejszych. Tak przynajmniej zakładała, bo nie miała najmniejszego wyobrażenia, co mąż robi w pracy. Na pewno coś bardzo dochodowego, w odróżnieniu od niej.

Hanna wrzuciła potrzebne rzeczy do torby. Laptop, komórka, kanapka z szynką na później. Nie widziała sensu, aby się zbytnio przejmować wyglądem. Zawsze miała szczupłą sylwetkę, nie potrzebowała do tego ćwiczeń. Regularne posiłki i dużo wody to był jej klucz do sukcesu. Włożyła dżinsy oraz czarny golf i zamknęła za sobą drzwi. Droga do pracy nie była długa. Na szczęście dla niej, tuż przed majowym weekendem miasto prawie opustoszało. Po piętnastu minutach już była w redakcji. Zaparkowała samochód na tyłach kamienicy przy ulicy Dąbrowskiego. Gdy przechodziła przez parking, zauważyła, że jej kolega Filip już przyjechał. Była godzina siódma pięć. Przeszła przez wielką, drewnianą, zabytkową bramę i skierowała się na drugie piętro secesyjnej kamienicy.

Czerwone drzwi wejściowe do redakcji skrzypiały za każdym razem, gdy ktoś je otwierał. Właściwie skrzypiały nawet przy lekkich podmuchach wiatru. Redakcja składała się z korytarza, który prowadził do sekretariatu oraz pięciu pokoi, w tym salki konferencyjnej, a także małej kuchni i łazienki. Hanna dzieliła pokój z Filipem oraz Malwiną. Trzy osoby na dwudziestu pięciu metrach kwadratowych, całkiem nieźle. Mieli do dyspozycji trzy biurka, drukarkę oraz wielką monsterę, która oddzielała miejsce pracy Hanny i Filipa. Jej biurko umieszczono zaraz pod oknem, więc miała sporo światła – mały plus w tym jakże ponurym miejscu. Białe ściany, wysokie na trzy i pół metra, zostały przez Filipa pokryte plakatami filmowymi oraz tablicami na notatki.

– O, księżniczka przyjechała. Miałaś być przed siódmą – rzucił z przekąsem mężczyzna.

Malwina zaśmiała się pod nosem, nie odrywając oczu od monitora.

– Wiem, za długo się zbierałam i nie mogłam znaleźć mojego kubka do kawy – pomachała mu czarnym przedmiotem przed oczami. – Jesteś już gotowy do spotkania? Nie wzięłam swoich notatek, więc byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś ty miał swoje. – Mrugnęła do niego porozumiewawczo. – Nie wiem, gdzie zapisałam plik na komputerze po ostatnim spotkaniu.

– No jasne, ja mam wszystko. Daj znać, kiedy będziesz gotowa, i możemy iść do salki konferencyjnej. – Filip uniósł kciuk w górę.

Hanna zawsze mogła na niego liczyć. Znali się jeszcze z czasów studiów. Filip był bardziej freelancerem niż etatowym dziennikarzem w redakcji, ale praktycznie codziennie pojawiał się w biurze. Mówił, że woli wyjść do ludzi, niż siedzieć przy domowym biurku. W domu zawsze znajdzie się jakiś powód, żeby przełożyć pisanie na później. Był też zapalonym kucharzem, co Hanna od czasu do czasu wykorzystywała, oraz nałogowym palaczem, czego nie mogła kompletnie zrozumieć. Jego czarne włosy zawsze układały się szykownie, a śniada cera świadczyła o południowych korzeniach. Przy tym upierał się, że jego pradziadkiem mógł być sam pierwowzór Don Corleone. Zdecydowanie był atrakcyjny, a przynajmniej takiego zdania była większość jej koleżanek. Nade wszystko jednak dało się w nim dostrzec coś urzekającego, co powodowało, że nawet najbardziej oporne dziewczyny padały mu do stóp. Filip od wielu lat był najlepszym przyjacielem Hanny. Aktualnie oczywiście jednym z dwóch najlepszych przyjaciół, zaraz po jej mężu.

Filip i Hanna skierowali się w stronę salki konferencyjnej, pokoju, który znajdował się najbliżej sekretariatu i gabinetu szefowej. Monika, redakcyjna sekretarka, przywołała ich gestem.

– Hania, muszę cię uprzedzić. Mam dać znać szefowej, kiedy pojawisz się w redakcji. Chyba sprawdza, czy będziesz punktualna. Dzisiaj nie będzie jej na miejscu, poleciała na Maltę, więc mam napisać jej esemesa, jak tylko pojawisz się w biurze.

– Wcale mnie to nie dziwi – odezwała się Hania.

– No właśnie, chyba nikogo to nie dziwi – odparła całkiem poważnie Monika. Była jeszcze studentką, w dodatku zarządzania i marketingu. Młodą i niedoświadczoną studentką.

Dwudziestotrzylatka znalazła pracę jako sekretarka w redakcji około roku temu. Hanna ją lubiła, ale Filip nie pałał do niej sympatią. Uważał, że jest za młoda, odstaje od pozostałych i w dodatku nie potrafi myśleć logicznie. Filip nie brał na poważnie nikogo, kto nie potrafił myśleć logicznie. Monika faktycznie potrafiła być w tym wyjątkowa.

– Szefowa, która znęca się nad swoimi podwładnymi, nie wnosi niczego dobrego do zespołu. Żaden model zarządzania…

– Monika, ale wysłałaś już do niej tego esemesa? – przerwał jej Filip.

– Tak, dziesięć minut przed tym, jak Hania przyszła do biura. Dominika nie była zadowolona. No i dobrze, że sama nie sprawdziła, czy Hania jest już na miejscu. – Monika uśmiechnęła się porozumiewawczo.

– Dzięki Monia. Jestem ci dłużna! – zawołała Hanna i weszła z Filipem do salki konferencyjnej, gdzie czekał zdenerwowany klient.

***

Dzień minął dość szybko. Po spotkaniu Hanna poświęciła kilka godzin na przygotowanie materiału o nadużyciach w lokalnym schronisku dla zwierząt. Uporządkowała zebrane informacje, odnalazła nawet na dysku komputera swoje wcześniejsze notatki, które, jak się okazało, ukryła pod nazwą „Schronisko”, i porównała je z notatkami Filipa. Około godziny trzynastej zjadła kanapkę z szynką, którą przygotowała dla siebie rano. Filip chciał ją namówić na obiad we włoskiej restauracji, która mieściła się na parterze kamienicy, ale odmówiła. Oznajmiła, że po pracy umówiła się z koleżanką i nie planuje jeść dwóch obiadów jednego dnia, bo w przeciwieństwie do niego nie ma dwóch żołądków. Filip pokręcił nosem i wyszedł. Nie wrócił już do biura. Wysłał jej wiadomość, że dokończy pracę w domu i żeby podesłała mu to, co zdąży napisać o schronisku. Hanna zerknęła po raz kolejny na telefon, ale nadal nie widziała wiadomości od Darka. Napisała do niego, czy wszystko okej, a on odpisał szybko, że jak najbardziej, ale mają dużo pracy z nowym zamówieniem na leki, które sprzedali miesiąc wcześniej klientowi z Warszawy. Część z nich już dojechała, ale mają inne parametry niż zamówione przez klienta, więc starają się teraz rozwikłać, gdzie pojawił się problem. Następnego dnia miał prowadzić szkolenie z wyników klinicznych stosowania nowych tabletek i reklamować ich skuteczność oraz praktycznie całkowity brak skutków ubocznych w jednym z lepszych hoteli na Mokotowie.

Spokojna o męża, po piętnastej stwierdziła, że na dzisiaj koniec pracy, bo już nic więcej z siebie nie wyciśnie. Wysłała do Filipa maila z materiałem, który udało jej się przygotować, a następnie spakowała wszystkie rzeczy do torby. Pożegnała się z Malwiną i Moniką, do pozostałych pokoi nie zaglądała. Zasada była jedna – gdy drzwi są zamknięte, to sobie nie przeszkadzamy. Pozostałe trzy pokoje mieściły łącznie sześć osób. Trzech dziennikarzy miało swoje biurka w pomieszczeniu obok tego, który zajmowali Hanna, Filip i Malwina, kolejny pokój zajmował dwuosobowy zespół grafików, a ostatni gabinet należał do Dominiki. Dzięki temu, że Dominika poleciała na Maltę, Hanna mogła bez marudzenia wyjść wcześniej.

Dominika dołączyła do zespołu „Dziennika” prawie półtora roku temu. Początkowo zapowiadała się jako bardzo zorganizowana i nastawiona na rozwój gazety redaktor naczelna. Z czasem pokazała się także od gorszej strony, jako zaborcza i nieznosząca sprzeciwu szefowa, której praktycznie wszyscy muszą ustępować. Z pewnością fakt, że właścicielem gazety był jej ojciec, pomagał wszystkim w redakcji ulegać presji. Dominika dostawała, co chciała. Hanna była od niej prawie dekadę młodsza i może przez to nigdy nie potrafiły znaleźć wspólnego języka. Pierwsze tygodnie ich pracy nie zapowiadały aż tak znacznego ochłodzenia relacji, ale pół roku temu Dominika nadała nowy bieg ich wspólnej historii.

Na imprezie firmowej z okazji Bożego Narodzenia Dominika przesadziła z alkoholem. Po kolacji w restauracji na Starym Rynku cała redakcja poszła do klubu. Impreza była otwarta, co oznaczało, że partnerzy wszystkich pracowników „Dziennika” mogli do nich dołączyć. Darek też skorzystał z tej okazji. W pewnym momencie, gdy grupka palaczy wyszła na zewnątrz, Dominika w dość nachalny sposób przysunęła się przy barze do Filipa i próbowała go pocałować. Darek zobaczył błagalne spojrzenie mężczyzny i ruszył mu na ratunek. Wkroczył do akcji akurat w momencie, w którym Dominika wkładała Filipowi rękę w spodnie. Oderwał ją od Filipa praktycznie siłą i wyciągnął na parkiet. W tej samej chwili Hanna nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Wydawało jej się, że Dominika jest zbyt daleko i na pewno zbyt pijana, aby ją usłyszeć czy też zrozumieć kontekst. Niestety, najwidoczniej się pomyliła. Od tamtej imprezy Dominika traktowała ją z pogardą. Hanna nie wiedziała, jak naprawić tę relację i powrócić do zimnych, ale poprawnych stosunków. Po pewnym czasie przestała o tym myśleć i pogodziła się z tym, że szefowa zapamiętuje każde jej potknięcie. To właśnie wtedy Hanna założyła własną markę i zaczęła tworzyć grafiki.

Piątkowe popołudnie zapowiadało się ciekawie. Najpierw obiad i wino z Kamą, sąsiadką z czasów studiów, a potem samotny wieczór w jej mieszkaniu i prawdopodobnie ponownie wino. Przy Kamie Hanna uchodziła za drobną. Jej sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, przy metrze siedemdziesięciu ośmiu i nieco ponad siedemdziesięciu kilogramach wagi Kamy powodowało, że mogła co najwyżej odgrywać młodszą, znacznie młodszą siostrę koleżanki, a nie jej prawie rówieśniczkę. Zwłaszcza że obie były blondynkami z długimi prostymi włosami i niebieskimi oczami. Kama była jedną z nielicznych osób z czasów studiów, z którymi Hanna utrzymywała kontakt. Parę razy próbowała nawet zeswatać ją z Filipem, ale bezskutecznie. Filip, najdelikatniej jak umiał, uświadomił koleżance, że kobiety o rozmiarach Kamy nie są w jego typie. Hanna odpuściła, mimo że Filip, który był od Kamy wyższy o ponad dziesięć centymetrów, idealnie nadawał się do tego związku.

O szesnastej dotarła w umówione miejsce.

– Cześć maleńka! Ale jesteś punktualna, jak zawsze zresztą – krzyknęła z daleka Kama. – Co u Ciebie?

– Oj, mam dużo do opowiedzenia. Najpierw jednak znajdźmy miejsce i coś zamówmy, umieram z głodu.

W tym momencie telefon wydał dźwięk, sygnalizując przychodzącą wiadomość. To Dominika, która była bardzo zainteresowana, dlaczego jeszcze nie dostała gotowego projektu artykułu o schronisku dla zwierząt.

Hanna westchnęła i wykręciła numer do Filipa.

***

Filip miał nadzieję na owocny poranek, jednak mężczyznę zaprzątały inne sprawy. Nie mógł skupić się na pracy, więc nie miał zamiaru zmuszać się do niepotrzebnego siedzenia w biurze. Zwłaszcza że Dominika poleciała na Maltę do klienta. Albo i nie. Nigdy nie było wiadomo, kiedy szefowa pojawi się w redakcji. Z jednej strony Filip ją podziwiał, posiadała w końcu wolność, jakiej sam oczekiwał. Ale z drugiej strony wydawało się, że straciła już „swój moment”. Prawie czterdziestoletnia Dominika w dalszym ciągu nie miała stałego partnera. Chyba nigdy nie słyszał, żeby z kimś się spotykała. Co jakiś czas plotkowano o jej przelotnych romansach, jak ten ostatni, ale to nigdy nie było poważne na tyle, żeby Dominika pokazała się z facetem na ulicy. Przez ostatnie miesiące biła od niej aura starej panny, która wie, że przesadziła z imprezami i być może pokierowała swoim życiem nie tak, jak oczekiwało od niej społeczeństwo – najgorszy krytyk w tym kraju.

Położył się na kanapie, odpalił laptopa i przeglądał maile. Hania wysłała mu swoje materiały z dzisiaj. Spotkanie z informatorem ze schroniska okazało się dość owocne. Mieli wystarczająco dużo informacji na temat nadużyć. O dziwo, to nie zwierzęta były tam wykorzystywane, lecz pracownicy. Hania dała dzisiaj popis swoich możliwości, mimo że nie zrobiła nawet notatek. I tak ich nie potrzebowała, miała świetną pamięć. Filip śmiał się, że chyba go zwodziła tą chęcią otrzymania pomocy, żeby nie czuł się niepotrzebny na spotkaniu.

Po południu skończył przeglądać maile i czytać przygotowany przez Hanię zarys artykułu, który jak zwykle okazał się praktycznie gotowym materiałem. Jego zadaniem było dołożyć swoje uwagi i uzyskać odpowiedź właścicieli schroniska na stawiane im przez pracowników zarzuty. Miał się udać z niezapowiedzianą wizytą pod drzwi schroniska dla zwierząt. Ale to dopiero za kilka dni. Nagle w kuchni rozbrzmiał dzwonek telefonu. Poszedł odebrać.

– Cześć, coś się stało? Miałaś chyba iść na spotkanie z Kamą – zauważył.

– Jestem, ale właśnie dostałam esemesa od Dominiki. – Hanna westchnęła. – Pyta o szkic artykułu. Słuchaj, wiem, że ja miałam jej to przesłać po poprawkach, ale będziesz tak kochany i wrzucisz jej ostatnią wersję na maila? Mówiłam jej w zeszłym tygodniu, że spotkanie ze schroniskiem będzie później, ale jak widać znowu znalazła powód, żeby mnie gnębić w piątkowy wieczór.

– Nie ma problemu, zaraz jej przerzucę materiał i napiszę małe wyjaśnienie. Może nawet lepiej, że dostanie to ode mnie. Ostatnio jest urzekająco miła w stosunku do mojej osoby – rzucił tajemniczo Filip. Gdyby Hania prowadziła z nim w tej chwili rozmowę w cztery oczy, zauważyłaby, że Filip skrzywił się w grymasie.

– Szczęściarz – zachichotała Hania. – Jesteś wielki! Pa!

26 kwietnia, sobota

Dariusz spojrzał na zegarek przy nocnym stoliku. Była pierwsza w nocy, a on dopiero wrócił ze spotkania. Jutro, a właściwie już dzisiaj, od siódmej rano zaczną kolejne weryfikacje zamówionego towaru. Praktycznie większość dostawy nie zgadzała się z parametrami, które sam wprowadzał miesiąc wcześniej do zamówienia. Połowa zamówionych leków miała zbyt dużą dawkę. Te leki, które lekarze najczęściej przepisywali, stanowiły zaledwie dziesięć procent całej partii.

„Dostawca znowu się nie popisał”, pomyślał. Był już wystarczająco zmęczony całym dniem pracy, nie miał siły na to, żeby odpowiadać na maile, które skumulowały się przez ostatnie kilka godzin na jego skrzynce odbiorczej. Na szczęście większość dotyczyła bieżących zamówień i nie miał zaległości. Odpowie na nie w poniedziałek. Mogą tyle poczekać, nie pali się.

Mimo że Darek zjadł kolację z klientem, dalej był głodny. Było za późno, żeby mógł zamówić coś do pokoju, postanowił więc, że weźmie szybki prysznic i wyjdzie jeszcze do miasta. Jego hotel mieścił się na Mokotowie, więc nie powinien mieć problemu ze znalezieniem jakiegoś lokalu. Zwłaszcza że zbliżał się majowy weekend. Ten rok obfitował w wiele wzlotów i upadków w jego firmie. Jak przystało na przedstawiciela handlowego, który mimo wszystko nie ograniczał się tylko do sprzedaży, ale także zapewniał szkolenia oraz kanał komunikacji pomiędzy lekarzami a laboratorium, bywały dni lepsze i gorsze w tym zakresie. Darek dobrze znał się na sprzedawanych lekach, w końcu za to mu płacili, i miał niezwykłą umiejętność przekonywania do siebie ludzi. Tak naprawdę mógłby sprzedać dosłownie wszystko. Jego aparycja z pewnością mu w tym pomagała, a oprócz tego umiał wryć się innym w pamięć. Zawsze uchodził za miłego i uczynnego chłopaka. Już jako dziecko zorientował się, że im więcej prawi komplementów, tym więcej zyskuje. Miłym osobom, do tego atrakcyjnym, dużo się wybacza, na wiele pozwala. Dariusz zaczął więc od komplementowania nauczycieli i koleżanek. Pomagał kolegom, przez co zyskiwał sporo niezrealizowanych długów wdzięczności, po które mógł się zgłaszać, kiedy tego potrzebował. A jak pokazała historia jego życia, z reguły pozwalał się odwdzięczać za swoją „bezinteresowną” pomoc. Wiedział też, że powinien zostać zapamiętany. Jakiś drobny prezent, specjalnie długi uścisk dłoni. Gdy sekretarka w jego firmie zamówiła przypadkiem partię długopisów firmowych z błędem w logo, Darek wiedział, że będzie chciał je wszystkie dla siebie. Klientom sprzedawał bajkę, że jest ważniejszy od swoich kolegów, bo ma na długopisach orła zamiast gołębia. Nie wiedział, co było bardziej kuriozalne – jego wyjaśnienie czy to, że ludzie bez problemu w to wierzyli.

Dzięki jego przedsiębiorczości Hania w zasadzie nie musiała pracować, a przynajmniej taki miał zamysł. Podziwiał ją za to, że codziennie jeździ do redakcji i do tego jeszcze próbuje realizować swój biznes. Dobrze mu było z żoną. Już w dniu, kiedy się poznali, wiedział, że kiedyś się z nią ożeni, idealnie się do tego nadawała. Drobna blondynka z niebieskimi oczami, miała falowane długie włosy, które łaskotały go w nos, gdy całował jej kark. Razem mogliby w zasadzie uchodzić za rodzeństwo, a nie za parę. Do tego Hania nie miała żadnego problemu z jego nieregularnymi godzinami pracy, bo sama lubiła pracować, kiedy chciała. Nie zaglądała na portale społecznościowe. Ideał.

Dariusz już miał wychodzić z pokoju, kiedy jego służbowy telefon zawibrował na nocnym stoliku.

– Mam nadzieję, że nie odkryli kolejnej partii leków poza parametrami – stęknął do siebie.

Cześć, Kotek, czy Twój humor w końcu się poprawił? Przepraszam za wczoraj – brzmiała wiadomość.

Darek spoważniał, wziął głęboki oddech i odpisał:

Prawie skończyłem w Warszawie. Jak dobrze pójdzie, w niedzielę będę u Ciebie. I nie zmieniam zdania, musimy o tym poważnie porozmawiać.

Włożył telefon do kieszeni kurtki i wyszedł.

***

Sobotni poranek był dla Hanny niczym tyran dla poddanych. Potworny ból głowy i suchość w ustach przypominały o wydarzeniach poprzedniego wieczoru. Wyjście z Kamą na miasto było udane, ale okupione straconym weekendem. „Jezusie, do poniedziałku chyba nie wytrzeźwieję”, pomyślała z rozpaczą. Hanna nie przywykła do częstego imprezowania, zwłaszcza że od studiów minęło już ładnych parę lat. Na stoliku nocnym zauważyła szklankę wody i elektrolity. Ostatnie dwie tabletki musujące. Brawa dla pijanej, lecz opiekuńczej Hani. Spojrzała na zegarek, była prawie trzynasta. Darek dalej się nie odzywał. Biedaczek, pewnie jeszcze walczy z klientem albo właśnie błyszczy na szkoleniu. A może po prostu wiedział, że Hanna o tej porze, zwłaszcza po wieczorze z Kamą, nie będzie najlepszym kompanem do jakiejkolwiek rozmowy.

Usiadła na brzegu łóżka, ale zawartość żołądka niebezpiecznie zbliżyła się do przełyku. Zrezygnowała z kąpieli i ułożyła się w pozycji embrionalnej po stronie męża. Poduszka pachniała Darkiem. Przez okno wpadały promienie kwietniowego słońca. Weekend majowy tuż, tuż. Zaplanowali z mężem wyjazd na Dominikanę. Gorący piasek, plaża i kolorowe drinki. Na samo wspomnienie alkoholu poczuła gorycz w ustach. Schowała głowę pod kołdrę i spróbowała zasnąć. Może uda jej się przespać tego kaca. Kama mówiła, że dostała awans. Starszy aspirant w wydziale kryminalnym. Od zawsze marzyła o pracy w Policji. A może było to marzenie jej ojca? Niemal sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu pozwalało Kamie stać twarzą w twarz z większością kolegów w szkole policyjnej, a wytrawne oko na strzelnicy zaskarbić sobie ich uznanie. Co prawda, najpierw musiała pomęczyć się w prewencji i dochodzeniówce, ale czego to Kama nie zrobi dla prestiżu pracy jako funkcjonariusz kryminalny. Hanna zamknęła oczy i wyobraziła sobie koleżankę w mundurze biegnącą za złodziejem. To na pewno byłby komiczny widok. Zaśmiała się pod nosem.

Pod wieczór Hanna oprzytomniała na tyle, że była w stanie wstać z łóżka, wziąć gorącą kąpiel i nawet zmusić się do zjedzenia zupy, którą Darek zostawił dla niej dzień wcześniej. Gdy była w połowie talerza, ogłuszający dźwięk telefonu spowodował, że prawie upuściła łyżkę. Po cholerę ustawiała sobie „Spiders” zespołu System of a Down dla połączeń przychodzących od męża?

– Cześć, misiu – wymamrotała. – Dzwonek prawie mnie zabił. Wracasz jutro?

– Niestety nie. Wyszły kolejne partie, których szpital nie może przyjąć. Pracownicy dostawcy zarzekają się, że wszystko jest zgodne z zamówieniem, a ja nie mogę skontaktować się z dystrybutorem, żeby sprawdzić, czy właściwe leki nie zostały wysłane gdzieś indziej. Niestety obawiam się, że będę musiał zostać do poniedziałku.

– O niee. Ale zdążysz do naszego wyjazdu, mam nadzieję? – zapytała z niepokojem. Zdarzało się, że praca pochłaniała Darka nawet na kilka dodatkowych dni.

– Zdążę, obiecuję. Cokolwiek by się działo, będę na lotnisku trzydziestego kwietnia o czternastej. Nie odpuszczę Dominikany z tobą – odparł Darek. – Przepraszam cię, kotku, ale muszę wracać do pracy. Zostawiłem ci zapas elektrolitów w szafce nad lodówką, wiedziałem, że będziesz potrzebować.

– Mój bohater. Oprócz tego wszystko okej?

– Tak, chyba tak – odpowiedział jakby nieco zmieszany.

– No dobrze, już cię nie zatrzymuję. Baw się dobrze.

– Oj tak, zamierzam – zaśmiał się i odłożył słuchawkę.

Hanna przestała już dopytywać Darka, dlaczego nie rozmawia z nią tak jak kiedyś. Dawniej nie mogli zasnąć, leżąc obok siebie, bo ciągle pojawiały się nowe wspólne tematy. Potrafili rozmawiać o wszystkim i o niczym. Hanna opowiadała o nowych tematach do artykułów, nad którymi akurat pracowała, a Darek o tym, kto w pracy go zdenerwował i który klient miał absurdalne pomysły. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio prowadzili jakąś dłuższą rozmowę, ale nie była w stanie. Nawał pracy i jej nieregularne godziny nie pomagały im w zacieśnianiu relacji. Jeszcze do tego starania o dziecko. Hanna sama nie wiedziała, czy to dobry moment, ale mimo wszystko przekonywała samą siebie, że tak naprawdę nigdy nie będzie odpowiedniego momentu. Zawsze coś może stać na drodze. Tak mówił Darek. Myślała, że zostaną rodzicami już w zeszłym roku, ale niestety w ich przypadku okazało się, że to nie będzie takie proste. „Rok to nie tak długo”, twierdził lekarz. „Proszę uzbroić się w cierpliwość”, powiedział z uśmiechem i zamknął dokumentację, sugerując koniec wizyty. No dobrze.

Sprawdziła maile i zamówiła kolację z dostawą do domu. Pad thai z wołowiną będzie idealny. Po jedzeniu opatuliła się miękkim kocem na kanapie i nawet nie zauważyła, kiedy znów zasnęła.

***

Darek uznał, że wykład poszedł znakomicie. Tak samo jak prelekcja Tomka. Zapukał do drzwi pokoju obok. Numer sto dwa błyszczał w świetle lamp, jak gdyby ktoś polerował go godzinami. Po kilkunastu sekundach w drzwiach pojawił się całkowicie nierzucający się w oczy czterdziestodwuletni Tomasz, drugi prelegent szkolenia „Reumatyzm. Nowe sposoby leczenia”. Tomek był ubrany w całkiem nieźle skrojony brązowy garnitur, bawełnianą beżową koszulę oraz ciemnobeżową muszkę.

– Poważnie, muszka i koszula? Prawie cię nie poznałem – zażartował Darek. – Schodzimy na kolację?

– Jeszcze dosłownie chwila, wejdź. Tylko popsikam się czymś miłym dla damskiego nosa. Jedna lekarka, ta z czarnymi lokami, cały czas puszczała do mnie oko na poprzednim wykładzie. Widziałeś to? – Tomek zdecydowanie był bardziej podniecony spotkaniem z nowo poznaną lekarką niż tym, że prawie skończyli robotę i ostatnia partia leków została sprawdzona.

– Nie zauważyłem. Wiesz, na sali było dość chłodno, może klimatyzacja wiała jej prosto w twarz – zaśmiał się Darek.

– Mówię ci, jest na mnie nagrzana. Nie mogę przepuścić takiej okazji.

– Skoro tak uważasz. Słuchaj, moje plany nieco się zmieniły. Zejdę z tobą na kolację, ale później muszę niestety wyjść, to jest prywatna sprawa, więc byłbym wdzięczny, gdybyś wziął mój telefon służbowy i odbierał ważniejsze połączenia. Trzymaj go, proszę, przy sobie, ci z Chin mają się odezwać. Zostawię ci klucz do pokoju i zdasz go ze swoim w poniedziałek, okej? Ja będę się spieszył, a wiesz, jak wieczorem jest tutaj w recepcji. Nie mam zamiaru czekać, aż ktoś się pojawi.

– No jasne. Wszystko okej? Zawsze dobrze się bawimy na wyjazdach.

– Tak, tak. Wszystko w porządku, może zabrzmiało to faktycznie nieco dziwnie. Chciałem po prostu zrobić Hani niespodziankę. Muszę coś odebrać, nie sprawdziłem wcześniej trasy i okazuje się, że to daleko stąd. Ona nie może wiedzieć, że wyjechałem z Warszawy, bo domyśli się wszystkiego. Wracam do niej i tak w poniedziałek.

– Jasne, nie ma problemu. Czego to się nie robi dla drugiej połówki. – Tomek wycelował w Darka palce wskazujące i udał, że są pistoletami.

– Coś w tym stylu. Stary, słuchaj, dam ci od razu telefon służbowy, a klucz podrzucę po kolacji.

– No problemo. – Tomek zachwiał się przy drzwiach, robiąc miejsce koledze wchodzącemu do jego pokoju.

Darek znał Tomka na tyle długo, że był przekonany, iż lekarka nie oprze się jego wdziękom. Rzadko która umiała odmówić Tomkowi, co budziło podziw wśród jego kolegów, a także było przedmiotem szerokich analiz w poznańskim biurze. Zastanawiano się nad tym bodaj nawet częściej, niż wspominano o wyroku, jaki miał na koncie. W tej chwili jeszcze nie skończyło mu się zawieszenie. Nikt chyba dobrze nie wiedział, co przeskrobał, a to jeszcze bardziej intrygowało ciekawskich.

***

Po kolacji Darek wyszedł z hotelu. Była już prawie dwudziesta pierwsza. Na parkingu było cicho, wręcz głucho. Mijał zaparkowane maszyny i zastanawiał się, czy jego podróż to dobry pomysł. Przekonywał się, że musi to zrobić. Musi to zakończyć. Musi. Mimo powtarzanych w kółko słów, w jego głowie wciąż przewijały się inne myśli. Wiły się w niej jak węże, które kuszą do złego.

Darek wsiadł do taksówki. Nocne życie w Warszawie było znacznie bogatsze niż w Poznaniu. O tej porze stolica dopiero budziła się do życia. Po drodze mijał mnóstwo ludzi w różnym wieku, którzy przemieszczali się grupami, niczym zwierzęta szukające wodopoju. Zastanawiał się, kiedy ostatnio bawił się tak dobrze jak oni, i nie mógł sobie przypomnieć. „Co najmniej pół roku temu. Tak, na pewno”.

Po chwili dotarł do wypożyczalni samochodów. Szybko zapłacił gotówką za Skodę Octavię i wyruszył w trasę do Krakowa. Przy dobrych wiatrach dojedzie tam w środku nocy. W niedzielę załatwi, co musi, będzie miał na to cały dzień. Powinno wystarczyć. W poniedziałek wróci do Poznania o tej samej porze, co Tomasz. Wszystko będzie się zgadzać, nikt się nie dowie o jego wycieczce. Darek wziął głęboki oddech i wyszeptał do siebie:

– Wszystko się uda. Wszystko będzie dobrze.

29 kwietnia, wtorek

Jan Szuler rozpoczął poranek od ćwiczeń na siłowni. Wiedział, że w jego wieku, a było to już pięćdziesiąt lat, należy o siebie dbać. Zwłaszcza kiedy jest się częścią krakowskiego Wydziału Zabójstw. Mimo że Jan miał pod sobą kilkunastu funkcjonariuszy, którzy mogli za niego wykonać czarną robotę, zwykle to on jako pierwszy przyjeżdżał na miejsce zdarzenia. Zatem gdy telefon zadzwonił dzisiaj w trakcie sesji z obciążeniem, od razu go odebrał. Musiał co prawda przerwać martwy ciąg w połowie powtórzeń, co spowodowało małą irytację, bo komisarz Szuler nie lubił, kiedy coś mu zaburzało rutynę.

– Szuler, słucham – odpowiedział nieco głośniej, niż chciał.

– Eee, panie komisarzu, ja przepraszam, że tak wcześnie. Ale pewnie chce pan wiedzieć. Eee… Dostaliśmy zgłoszenie i jedziemy właśnie na miejsce. Pan pewnie też chciałby podjechać… – Rozmówca zdecydowanie przeraził się porannego tonu komisarza.

– Nowak, na miłość boską, wykracz w końcu, co się dzieje, skoro i tak mi przerwałeś trening. Gdzie mam być i co się tam stało?

– Eee, na rogu Placu Nowego i Estery, panie komisarzu. Mamy zabójstwo… panie komisarzu. Chłopaki zrobiły już pierwsze zabezpieczenie. Technicy dojadą dopiero za godzinę – odpowiedział wystraszony Nowak.

– Dobrze, będę za piętnaście minut. Do tego czasu zróbcie listę świadków i rozpytajcie, kogo się da – rozkazał Szuler.

– Eee, tak jest, panie komisarzu.

Nie dokończył treningu, bo wiedział, że powinien zdążyć na miejsce, zanim pojawią się dziennikarze.

Dotarcie pod wskazany adres zajęło Szulerowi dokładnie szesnaście minut, wliczając w to szybki prysznic. Dla niego Kazimierz zawsze był najpiękniejszą dzielnicą Krakowa, i to wcale nie dlatego, że mieszkała tu jego pierwsza miłość. Już od wjazdu z ulicy Józefa w Estery roiło się od funkcjonariuszy policji i radiowozów. Komisarz zostawił swojego czarnego Passata prawie pod wejściem do narożnej kamienicy, gdzie stał Nowak i machał do niego.

– Zająłem panu komisarzowi miejsce do parkowania, żeby pan nie musiał szukać – powiedział z dumą funkcjonariusz, prezentując przy tym żółty wachlarz zębów.

Szuler skinął głową w ramach podziękowania i skierował się prosto na trzecie piętro kamienicy przy Estery. Nowak nie był nowym nabytkiem w jego wydziale, ale wciąż jeszcze uchodził za świeżaka. Między innymi dlatego, że był ostatnim funkcjonariuszem, którego Szuler przyjął do swojego zespołu. Kamienica miała łącznie trzy piętra i została całkowicie odnowiona. Nowoczesny design budynku gryzł się z wyglądem pozostałych zabudowań. Komisarz powoli i w równym tempie wspinał się na ostatnie piętro. Po drodze kiwał głową funkcjonariuszom, którzy witali go formalnym „Dzień dobry, panie komisarzu”. Stanął przed mieszkaniem numer dziewięć. Z otwartych drzwi dochodziły głosy techników zabezpieczających miejsce zbrodni.

– Przecież mieli być dopiero za godzinę. Bardzo dobrze, że już są – rzucił. Wszyscy wiedzieli, że na miejsce zbrodni technicy powinni przyjeżdżać jak najszybciej. Nowak pomyślał, że to jakiś zarzut.

– Tak powiedzieli, panie komisarzu, ale przyjechali wcześniej. Nie było powodu żeby ich nie wpuścić od razu. Ratownicy medyczni już byli, spisaliśmy ich, paluchy oczywiście są w bazie do wyodrębnienia. Prokurator jest w środku.

– Szuler, jak zwykle chcesz dyrygować? – Doleciał do nich melodyjny głos. – Nie bójcie się starego wygi, chłopcy. Komisarz tylko wygląda na takiego strasznego – zabrzmiał śmiech. Po chwili w drzwiach stanął drobnej postury, lecz z wyraźnie zarysowanym piwnym brzuchem siwowłosy mężczyzna. Ubrany w szary dres nieco odstawał od reszty zgromadzonych. – Trening już zrobiłeś? Jajeczka z miksera wypite? Nie wiem, czy wiesz, Nowak, ale komisarz Szuler był zawsze naszym ukochanym Rambo.

– Blisko, Wiwicki – odparł z przekąsem komisarz, bardziej rozbawiony tym, że nikt nie zwrócił uwagi na zamianę bohaterów. Tutaj powinien być Rocky, a nie Rambo. – Tobie też przydałoby się nieco pobiegać. Za każdym razem, kiedy cię widzę, brzuch pojawia się coraz wcześniej niż reszta ciała.

– Żona o mnie dba, jak widać. – Rozmówca złapał się za okrągłe wybrzuszenie pod spraną bluzką. – Gdybyś sam miał kobietę, zrozumiałbyś, że to jest właściwa sylwetka głowy rodziny. – Wiwicki zamknął oczy i wziął głęboki wdech. – No, do roboty. Chodź za mną, myślę, że się ucieszysz – powiedział i wręczył Szulerowi ochraniacze na obuwie.

Podkomisarz Robert Wiwicki wprowadził Szulera do środka. Z pozoru wyglądało jak zwyczajne mieszkanie w tej części miasta. Drzwi wejściowe prowadziły do wąskiego korytarza, a potem do salonu. Na białych ścianach rozwieszono obrazy najróżniejszego rozmiaru oraz tematyki. Szuler spojrzał na pejzaż Krakowa, wykonany małymi kropkami z farby. Zawsze zastanawiało go, jak udaje się komuś połączyć te pacnięcia pędzla w jedną całość. Jak ktoś jest w stanie wiedzieć, czy kropka, którą stawia na płótnie, powinna się znaleźć akurat w tym miejscu. Było to dziwne. Brak logiki, brak schematu. W korytarzu kroki obu funkcjonariuszy tłumił chodnik. Podłoga nawet nie zaskrzypiała. Zaraz za drzwiami wejściowymi, po lewej stronie, obok małego sekretarzyka znajdowało się wejście do łazienki, w której pracowali technicy. Po prawej, mniej więcej w połowie korytarza, były drzwi do kuchni. Czarne, lakierowane szafki odbijały światło dnia. Kuchnia wyglądała na dobrze wysprzątaną, niemal nieużywaną. W zlewie nie było żadnych naczyń.

Szuler wszedł do środka i stanął przy oknie, które wychodziło na ulicę Estery. Gdyby nie daszek u dołu, widziałby stąd swój samochód. Założył lateksową rękawiczkę na prawą rękę i poszedł dalej za Wiwickim. Naprzeciw kuchni znajdowały się drzwi do sypialni, ale Wiwicki poszedł dalej, w głąb mieszkania, do salonu, w którym na białym dywanie królowała czerwień krwi. Pośrodku karmazynowej plamy leżało ciało kobiety, wyglądające jak renesansowy obraz.

Kobieta była naga. Jej jasna skóra kontrastowała z otoczeniem. Wszystko w salonie było wyraziste. Wszystko oprócz niej. Leżała na dywanie z rozłożonymi rękami, prawie przezroczysta. Na obu nadgarstkach widniały długie pionowe nacięcia. Krew, która musiała długo wypływać z jej ciała, posklejała włosy, które teraz miejscami miały kolor czarnobordowy. Nad kobietą stał jeden z techników i wciąż robił zdjęcia. Cała scena wyglądała prawie jak zaplanowana sesja zdjęciowa.

– Kobieta, lat czterdzieści jeden. Znaleziona martwa dzisiaj około piątej rano przez sprzątaczkę – rozpoczął Wiwicki. – Kobieta już przesłuchana. Miała rozpocząć dzień od tego mieszkania. Drzwi wejściowe były zamknięte na klucz, więc użyła swojego zestawu. Brak śladów włamania. Weszła do środka, zdążyła odłożyć sprzęt w kuchni, a potem chciała skorzystać z łazienki, ale poczuła dziwny zapach z salonu. Nie dotykała denatki, bo za bardzo się wystraszyła i od razu zadzwoniła na numer alarmowy. Służby i ratownicy pojawili się na miejscu po dziesięciu minutach. Zgłoszenie wpłynęło o godzinie piątej dwadzieścia dwie, więc to nam się zgadza. W sypialni znaleźliśmy rzeczy osobiste ofiary. Adres zameldowania w Poznaniu. Mieszkanie należy do niej przeszło pięć lat. Z zeznań sąsiadów wynika, że raczej tu bywała, niż mieszkała na stałe. Przyjeżdżała średnio raz na miesiąc, ale nikt nie jest tego do końca pewien, bo nie utrzymywała kontaktów z mieszkańcami. Jedynie sprzątaczka jest wiarygodna, bo zawsze po wizycie właścicielki miała przyjść i zrobić swoje. Powiedziała, że ostatni raz to było trzy tygodnie temu. Nigdy nie widziała właścicieli ani lokatorów. Przychodziła zawsze następnego dnia po wyjeździe właścicielki. Dostawała SMS-a od szefa. Spaczyński, powiedz komisarzowi, co z denatką.

– Tak jest. – Spaczyński przestał robić zdjęcia i przykucnął nad zwłokami, po czym rozpoczął opis. – Na obu nadgarstkach widoczne ślady cięcia ostrym narzędziem. Cięcia są dość głębokie, idą wzdłuż nadgarstków, a nie w poprzek, więc to raczej nie był tylko krzyk o uwagę. Brak widocznych śladów walki na dłoniach. Jest duże zasinienie na boku, o tutaj. Wciąż mamy stężenie pośmiertne, ale już ustępujące, więc zgon mógł nastąpić w okolicach ostatnich dwudziestu czterech do dwudziestu ośmiu godzin.

– Nie ma śladów walki. Po co w takim razie mnie wzywaliście? Wygląda na samobójstwo – burknął Szuler.

Ciało kobiety leżało w dziwnej pozycji, która go zastanowiła. Wyglądało, jakby swoim ułożeniem miało coś wskazywać. Kobieta wyglądała jak manekin na wystawie sklepowej. Otwarte oczy patrzyły prosto na Szulera. Lewa ręka była odchylona w stronę okna, z którego widok przedstawiał znane wszystkim budynki.

– Proszę spojrzeć na jej zęby. – Spaczyński palcem odsłonił górną wargę denatki. Ukazały im się piękne, równe zęby, a nad nimi lekko niebieskie dziąsła.

– Vorexyl? – zapytał Szuler.

– Bardzo możliwe. Nie znaleźliśmy żadnego opakowania, no i wyniki toksykologiczne będą dopiero za dwa tygodnie. Natomiast mamy coś jeszcze. W torebce denatki znaleźliśmy tę karteczkę. – Wiwicki wziął ze stołu papierek, który znajdował się w woreczku strunowym oznaczonym jako dowód numer piętnaście. Karteczka wyglądała jak mały wygnieciony zwitek z odręcznie napisanym hasłem: Pacta sunt servanda*. Wiwicki kontynuował: – Możliwe, że to jednak nie jest zwykłe samobójstwo i twój stary kolega ma z tym coś wspólnego.

– Macie telefon ofiary? – dopytywał Szuler.

– Tak. Jest zablokowany, już sprawdzaliśmy. Nowak, podaj komisarzowi telefon!

Młody funkcjonariusz po chwili prawie wbiegł w komisarza z zabezpieczoną komórką.

– Nowak, Chryste. Patrz, gdzie łazisz. Prawie wlazłeś na denatkę – zganił go Spaczyński.

– Ja przepraszam, bardzo przepraszam – zreflektował się Nowak.

Szuler poczuł w rękach ciężar nowego smartfona w pięknym złotym etui. Nie zakładał, że da się go bez problemu odblokować, ale po wyjaśnieniach Wiwickiego poczuł potrzebę zajrzenia do zawartości. Wdusił przycisk, a ekran się rozjaśnił. Pojawiła się tapeta, a na niej twarz uroczej brunetki z lekko rozchylonymi ustami i ostrym spojrzeniem. Tej samej, która patrzyła na niego z dywanu pustymi oczami. Szuler przesunął kciukiem po ekranie. Wyświetlił się panel blokady numerycznej. Zamruczał pod nosem. Nie wiedział, czy oczekiwał, że Wiwicki pomylił się co do blokady, czy bardziej miał nadzieję, że w jego rękach telefon otworzy się jak Sezam w bajce o Ali Babie.

– Dobra, jak uda wam się dobrać do danych, dajcie mi znać. Tak samo jak o wynikach testów denatki i znalezionych śladach. Wszystkie raporty mają być na moim biurku jak najszybciej. Jeśli ktoś planuje urlop, ma przygotować raport wcześniej – powiedział na tyle głośno, żeby słyszeli go funkcjonariusze na korytarzu.

Z oddali dało się słyszeć głuchy pomruk niezadowolonych głosów.

– Mówiłem, że zawsze wszystkimi dyryguje. – Wiwicki uśmiechnął się szeroko i mrugnął do Szulera.

Komisarz zapoznał się dokładnie z miejscem zbrodni, a następnie przekazał technikom najważniejsze z jego punktu widzenia miejsca do udokumentowania. Zapisał spostrzeżenia w czarnym notesie, naszkicował plan mieszkania i miejsce znalezienia zwłok. Na końcu zamieścił uwagę: „Kobieta wskazuje lewą ręką na okno. Sprzątanie o piątej rano? Vorexyl. Pacta sunt servanda – umów należy dotrzymywać”.

*Pacta sunt servanda (łac.) – Umów należy dotrzymywać.

30 kwietnia, środa

Gdy pierwszy raz przekroczył mury Komendy Miejskiej w Krakowie, budynek wydawał mu się ogromny. Miał raptem dwadzieścia parę lat, był świeżo po studiach i szkole policyjnej. Założył się z przyjacielem, który z nich osiągnie wyższy stopień po dziesięciu latach. Wygrał Szuler, no bo jakże inaczej. Zawsze zdyscyplinowany, zawsze przygotowany, zawsze skupiony przede wszystkim na pracy. Komisarz nie uważał się za pracoholika. Gdy zabierał się za coś, bez znaczenia, co to było, skupiał na tym praktycznie całą uwagę. Dopóki nie skończył, nie mógł przejść dalej, przy większych śledztwach czasami nawet nie mógł zasnąć przez specyficzne wiercenie w głowie. Ufał własnym przeczuciom, wiedział, że jeżeli umysł podpowiada, że coś mu umyka, to tak właśnie jest. Już nie raz przekonał się, żeby nie lekceważyć instynktu. Podkomisarz Wiwicki żartował wtedy z Szulera i nazywał go myśliwym. W głębi duszy od zawsze wiedział, że przegra zakład z Jankiem.

Dwadzieścia kilka lat temu Szuler pierwszy raz szedł korytarzami komendy. Budynek oczywiście nie był wówczas nowy, ale budził w nim respekt. No może oprócz tej paskudnej nadbudówki. Po kilku latach udało mu się wejść w skład zespołu w wydziale kryminalnym i przeniósł swoje rzeczy na Mogilską. Po roku dołączył do niego Wiwicki. Szuler piął się po szczeblach kariery jak zawodowy alpinista. Kochał swoją pracę, choć czasami bez wzajemności. To w policji poznał żonę. Mimo że ich małżeństwo nie było szczególnie udane ani też trwałe, wciąż pozostawali w dobrych relacjach. Kiedy brali ślub, on miał trzydzieści cztery lata i pierwsze większe sukcesy zawodowe, a ona trzydzieści trzy i sześciomiesięczny brzuch, w którym swoje przytulne gniazdko wiła ich córka. Trzy lata później byli już po rozwodzie. Gdy urodziła się Kasia, Szuler był nawet szczęśliwy. Czas pokazał jednak, że nie nadawał się ani na ojca, ani na męża. Nieprzespane noce nie pozwalały mu skupić się na pracy. Był rozdrażniony, zmęczony. Z czasem zaczął częściej zostawać w pracy po godzinach, a w niektóre dni nawet nocować na komendzie. Zofia w końcu powiedziała dość i wyprowadziła się z Kasią do rodziców. Nie winił jej. Winił siebie, mimo że już kilka lat wcześniej wyłożył jej kawę na ławę. Mówiła, że rozumie, ale chyba przez te wszystkie lata łudziła się, że jednak ją pokocha. Dzisiaj Kasia miała już prawie siedemnaście lat i mieszkała z matką.

– Panie komisarzu, są już pierwsze raporty na pana biurku. – Zza pleców doleciał głos zdyszanego Nowaka.

Szuler upił łyk kawy.

– Dobrze. Wiadomo już, kiedy będą wyniki sekcji? Jest ktoś w ogóle dostępny w długi weekend?

– Na razie jeszcze nie wiem, kto jest na dyżurze, ale sekcja powinna zostać przeprowadzona najpóźniej w sobotę, więc wyniki mogą być w okolicach czwartego maja.

– Dopiero w niedzielę? – Szuler nieco podniósł głos. – Chyba sobie ktoś żartuje.

– Przepraszam komisarzu, ja tylko…

– Nie tłumacz się, Nowak, nie jesteś patologiem, który powinien pełnić dyżur, ale wyleciał na wakacje. – Szuler zamknął za sobą drzwi do gabinetu, zostawiając młodego funkcjonariusza na korytarzu.

Usiadł przy biurku. Naprzeciwko niego znajdowało się stanowisko Wiwickiego. Dzisiaj puste. Wszystkie papiery leżały na ziemi. Szuler spojrzał na niewielki stos protokołów. Wczoraj znaleźli ciało ofiary. Zdążył już przekazać smutną wieść jej rodzicom. W słuchawce telefonu słyszał krzyk kobiety, domyślił się, że to jej matka. Ojciec odpowiedział mu milczeniem. Nie wiedzieli, dlaczego ich córka podcięła sobie żyły, była taka szczęśliwa, taka zaradna. To dla nich kompletne zaskoczenie. Później nastąpiła fala standardowych pytań, które rozpoczęło tak często słyszane przez Szulera: „Może to nie ich córka, może to ktoś inny”. Niestety wszystko wskazywało na to, że na dywanie w salonie krakowskiego mieszkania w kałuży brunatnej krwi leżała jednak ich kochana córeczka. Rodzice postarają się wrócić do kraju jak najszybciej, bo wyjechali wcześniej na wakacje. Ciało może zidentyfikować jej brat, który jest w Polsce, ale musi dojechać z Poznania.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

25 kwietnia, piątek

26 kwietnia, sobota

29 kwietnia, wtorek

30 kwietnia, środa

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie