Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
54 osoby interesują się tą książką
Kopista tworzył, aby zachować w pamięci ludzi i historie. Dzięki niemu przetrwały księgi, myśli i opowieści sprzed setek lat.
A gdyby zamiast pióra w jego dłoni pojawiła się broń?
Gdyby nie kopiował, żeby ocalić od zapomnienia, tylko zetrzeć życie z pamięci miasta?
Kopiując, tworzył krwawe opowieści...
W Bydgoszczy ktoś zamienia miejskie pomniki w makabryczne sceny zbrodni.
Gdy na jednym z najbardziej rozpoznawalnych monumentów zostaje odnalezione ciało chłopaka, prokurator Paweł Pikas początkowo traktuje sprawę jak kolejne śledztwo. Wszystko zmienia się, gdy pojawiają się następne ofiary — każda pozostawiona przy innym bydgoskim pomniku, każda oznaczona tajemniczym tatuażem, który zdaje się opowiadać mroczną historię.
Rozpoczyna się wyścig z czasem. Aby schwytać bezwzględnego psychopatę, prokurator będzie musiał zmierzyć się nie tylko z mordercą, ale także z osobistą tragedią.
***
Anna Olszewska
Z wykształcenia prawniczka, z zamiłowania pisarka. Jej wcześniejsze powieści Moja irlandzka piosenka i Dziewczyna z fotografii zyskały jej liczne grono czytelników. Zachęcona tym faktem kontynuuje przygodę z pisaniem.
W 2022 r. opublikowała powieści tatrzańskie Przełęcz snów i Dolina przebudzenia. W 2024 r. ukazały się Osada i Samotnia z serii Zbrodnie czorsztyńskie, a w 2025 r. kolejna część – Uroczysko.
Najlepiej odnajduje się w świecie uczuć, stąd potrzeba wymyślania historii, w których miłość gra pierwszoplanową rolę. Więcej o autorce na stronie: www.annaolszewska.pl.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Kopista
© Copyright by Anna Olszewska, 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Agnieszka Wójcik
Skład i łamanie: Sylwia Kusz, Magraf sp.j., Bydgoszcz
Ilustracje we wnętrzu: Łuczniczka autorstwa Ferdinanda Lepcke
Ilustracje na okładce: rawpixel.com
Zdjęcie autorki: Adam Olszewski
Projekt okładki: Eliza Luty
Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak
Wszelkie podobieństwa zdarzeń, instytucji i osób są przypadkowe i niezamierzone. Opowieść stanowi literacką fikcję.
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
ISBN 978-83-8132-812-8
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I, 2026
Dedykuję tę historię wszystkim, którzy namawiali mnie
do umieszczenia akcji powieści w Bydgoszczy.
Zrobiłam to dla Was... i mi się podobało.
– Coś ty najlepszego zrobił?
Mężczyzna przyglądał się w zamyśleniu leżącemu przed nim ciału. Bladość twarzy chłopaka poruszała w nim jakąś strunę, o której istnieniu nie miał dotąd pojęcia.
Ukucnął, żeby przyjrzeć mu się z bliska, i czułym gestem przesunął dłonią po jego zimnym policzku. Cały czas próbował nazwać targające nim emocje.
Żal?
Strach?
Poczucie winy?
Przypomniały mu się słowa Umberto Eco, który twierdził, że nikt nie jest mordercą, dopóki nie popełni pierwszej zbrodni. Najprawdopodobniej tak było, chociaż nie mógł mieć pewności. Empiryczne ujęcie ludzkiego umysłu, który w chwili narodzin stanowił czystą kartę, a następnie wypełniał się ideami poprzez zdobywane doświadczenie, nie przemawiało do niego. Czyż człowiek nie był czymś bardziej złożonym? Geny kształtowały schemat, a doświadczenie i środowisko tylko go dopełniały. Czas szlifował jedynie wzór, który powstawał już w momencie połączenia się komórki jajowej z plemnikiem, ale nie miał wpływu na cechy osobowości zapisane w DNA.
Westchnął i przetarł twarz dłonią, zastanawiając się nad kolejnym krokiem. Otaczający go mur z czerwonej cegły niknął w mroku. Wiatr przesuwał po niebie chmury, które przepuszczały światło księżyca, jednak świat wokół niego przykryła zasłona ciemności. Noc sprzyjała temu, co musiał zrobić. Osłaniała jego uczynki. Popychała do obowiązku, który zamierzał wypełnić.
Miał do przejścia około trzystu metrów do miejsca, w którym udało mu się zacumować łódź, jednak musiał pokonać stromą skarpę.
Złapał szczupłe ciało za ramiona, starając się postępować z nim jak najdelikatniej. Bluszcz porastający miejsce, gdzie ułożył zwłoki, zaszeleścił pod jego stopami. Wydawało mu się, że gdzieś w gęstwinę liści uciekło drobne zwierzę. Być może spłoszył polną mysz albo żerującą na zboczach nornicę.
Ciało było zaskakująco ciężkie i po raz pierwszy tej nocy pomyślał, że jego plan nie jest doskonały. Przeciągnął chłopaka aż do metalowej furtki i gdy ją pchnął, zaskrzypiała nieprzyjemnie, a dźwięk zdawał się głośny jak bicie kościelnych dzwonów.
Wstrzymał na chwilę oddech, ale nad jego głową latały tylko nietoperze, a gdzieś pośród drzew rozległ się głos puszczyka.
Plecy go bolały, gdy przedzierał się w dół, co chwilę ślizgając się po zboczu skarpy. Po drugiej stronie Wisły dostrzegał światła miasta, rozmyte przez osiadającą nad rzeką mgłę. Nie obawiał się, że ktoś dostrzeże jego działania. Znał Wisłę i potrafił niepostrzeżenie poruszać się po jej brzegu.
Gdy dotarł do grząskiego pasa nabrzeżnej roślinności, jego buty zagłębiły się w podmokłym terenie z nieprzyjemnym mlaskiem, a lodowata woda obmyła mu stopy. Powstrzymał dreszcz wstrząsający nim do głębi i przerzucił ciało przez burtę. Łupnęło głucho o dno, a potem zapadła cisza. Drgnął, dopiero gdy gdzieś w oddali rzuciła się duża ryba.
Silnik pracował cicho i równomiernie. Skierował dziób łodzi w stronę centrum miasta i przez chwilę obserwował żmiję płynącą razem z nurtem rzeki. Unosiła nad taflę wody swój trójkątny łeb. Wyczuwał, że była stara. Od kiedy wykluła się z jaja, złożonego przez jej matkę w głębi Borów Tucholskich, minęło już wiele lat. Jej prosty mózg zapamiętał miejsca, w których lubiła wygrzewać się w słońcu, i kryjówki, gdzie chowała się, gdy do lasu nadciągała zima. Rozpoznawała zapachy stworzeń, które mogły ją skrzywdzić, i woń tych, które służyły jej za pożywienie.
Gdyby potrafiła objąć rozumem cokolwiek ponad to, co pozwalało jej przetrwać, być może zrozumiałaby, że człowiek, któremu mimowolnie towarzyszyła, był zły do szpiku kości. Zepsucie kształtowało jego osobowość. Być może wyczuwała w powietrzu coś nienaturalnego. Jej rozwidlony język zbierał cząsteczki zapachowe z powietrza, przesyłając do mózgu informację o słodkim aromacie. Nie podobał się jej. Żywiła się drobnymi ssakami, które paraliżowała swoim jadem, a następnie połykała w całości. Woń, którą wyczuwała teraz, przywodziła na myśl zapach padliny...
– Sara! – Paweł Pikas otworzył oczy, gdy gwałtowny ból w barku, będący echem odczuwanego przez niego niepokoju, wyrwał go ze snu.
Imię chwilę kołatało w jego umyśle, aż w końcu odwrócił głowę i zatrzymał spojrzenie na pogrążonej w głębokim śnie kobiecie. Rozchyliła lekko usta i pochrapywała cicho tuż obok niego. Zwalczył chęć, aby odsunąć kosmyk włosów, który przykleił się do jej czoła. Zamiast tego skupił spojrzenie na bladej skórze, ozdobionej niezliczoną ilością brązowych piegów. Próbował sobie przypomnieć, jak miała na imię, jednak nic nie przychodziło mu do głowy.
Wysunął się cicho spod kołdry i zebrał z podłogi pomięte ubranie. W jego głowie rozległ się śmiech Sary. „Tchórz” – zadrwiłaby z niego, jak zwykle, gdy wymykał się z domu, zostawiając w łóżku kobietę.
Gdy zamknął za sobą drzwi, zaskrzypiały, przyprawiając go o ból głowy. Nie zamierzał obudzić nieznajomej i miał nadzieję, że gdy wróci wieczorem, nie zastanie jej w mieszkaniu. Była urocza. Rude włosy zebrane w gruby koński ogon i blada cera od razu zwróciły jego uwagę. Jednak Paweł nie potrzebował komplikacji. Problemy osobiste sprawiły, że poprosił o przeniesienie do bydgoskiej prokuratury i nie chciał dokładać sobie kolejnych. A kobiety, które po wspólnej nocy czekały na jego powrót, zawsze prędzej czy później czegoś chciały.
– Dzień dobry. – Uśmiechnął się do sąsiadki, zapinając guziki koszuli, i schylił się, żeby pogłaskać jamnika, który wspiął się na jego łydkę. – Zapowiada się ładny dzień.
Nie odpowiedziała mu, szarpiąc smycz tak, że drobne ciało psa poleciało w jej stronę, a jamnik zaskomlał z żalem. Paweł otworzył usta, żeby skomentować jej zachowanie, jednak ona już odwróciła się do niego plecami. Spod jej puchowej kurtki, zdecydowanie za grubej na tę porę roku, wystawał niebieski fartuch, który przywodził mu na myśl szkolne stołówki i pracujące w nich kucharki.
– Żeby cię własne grzechy w piekle dogoniły – mruknęła wyjątkowo trafnie, choć jej przekleństwo było zdecydowanie spóźnione.
Gdy wyszedł z kamienicy, na przystanku ze zgrzytem hamulców zatrzymał się tramwaj. Paweł zerknął na zegarek ze zbitą szybką i doszedł do wniosku, że do pracy może dojść na piechotę. Poranek był rześki i w powietrzu czuć było zbliżającą się zimę, a on potrzebował chwili dla siebie, zanim stawi się przed swoim nowym szefem.
Na małym placu ze straganami dostrzegł staruszkę przycupniętą na chybotliwym stołku.
– Da mi pani dwa jabłka – rzucił, sięgając po portfel.
Uniosła na niego załzawione oczy i odwzajemniła uśmiech, ukazując zniszczone zęby. Nakrapianą plamami wątrobowymi dłonią sięgnęła do wiklinowego koszyka stojącego przy jej stopach i wyłowiła pomarszczone owoce. Gdy wyciągnęła w jego stronę rękę, Paweł poczuł nieprzyjemny dreszcz prześlizgujący mu się po karku. Odniósł wrażenie, że mimo zmętniałego wzroku kobieta zdołała przejrzeć go na wylot.
– Ekologicznie – wychrypiała, kręcąc głową, jakby to określenie wydało się jej absurdalne.
Jeżeli zamierzała rozwinąć swoją myśl, prokurator nie dał jej na to szansy. Wepchnął jabłka do kieszeni skórzanego płaszcza i szybko oddalił się w stronę pomnika Mariana Rejewskiego.
Bydgoskie stare miasto nijak nie przystawało do krakowskiej starówki i zabytków, do których był przyzwyczajony. Dawniej ulica Gdańska, nazywana „salonem miasta”, stanowiła centrum handlowe i towarzyskie, pełne eleganckich sklepów, restauracji i kawiarni, jednak obecne władze Bydgoszczy zupełnie ją zaniedbały, zamieniając w ciąg na wpół wymarłych sklepów i zakładów usługowych oraz festiwal popularnych Żabek. Zanim dotarł do skrzyżowania Gdańskiej z ulicą Focha, naliczył ich co najmniej pięć.
Jednak wbrew sobie polubił to miasto. Przez ostatnie tygodnie wytyczył trasę biegową ciągnącą się wzdłuż Młynkówki, którą pokonywał codziennie, gubiąc się w labiryncie wąskich uliczek, odrapanych ścian kamienic i migotliwych świateł latarni odbijających się w wodzie.
Przechodząc pod arkadami, zatrzymał się na moment przy witrynie księgarni Toniebajka, szukając interesujących tytułów. Kultowa powieść Brama Stockera stała tuż obok nagrodzonej powieści Kąckiej. Gdzieś w rogu właściciel umieścił Zbrodnię i karę Dostojewskiego, której okładka przyciągnęła wzrok Pikasa. Nabrał ochoty, żeby ponownie zagłębić się w jednej ze swoich ulubionych lektur, a tego wydania jeszcze nie posiadał w swojej biblioteczce.
Zacisnął szczękę, przypominając sobie, że cały wolny czas miała mu zająć Sara. Na tę myśl w jego żołądku osiadł lód, który wspinał się po łuskach kolorowego smoka wytatuowanego na jego żebrach. Miał złe przeczucia. Schował dłonie do kieszeni, natrafiając na jabłka kupione od staruszki. Nagle zupełnie stracił ochotę na posmakowanie ich słodkiego miąższu. Wyczuwał coś w powietrzu. Zaduch zupełnie niezwiązany z wiszącym nad miastem smogiem. Toksyczna mgła w Bydgoszczy była nieporównywalna z tą, która o tej porze roku wżerała się w krakowskie powietrze.
Pikas odniósł wrażenie, że wokół niego zawisł słodki odór, który często pojawiał się w miejscach zbrodni. Ta dziwna mieszanka unoszących się nad ofiarami molekuł zapachowych, która każdemu kojarzyła się inaczej.
Przeciął szybkim krokiem przejście dla pieszych i już z daleka dostrzegł, że na moście nad Brdą zebrał się spory jak na tę porę dnia tłum. Morze burych płaszczy i ciemnych nakryć głów falowało, gdy ludzie przeciskali się, chcąc przyjrzeć się dokładnie czemuś, co przyciągnęło ich uwagę.
Paweł wyciągnął rękę, żeby przepchnąć się do przodu. Gapie rozsuwali się przed nim, jakby instynktownie wyczuwali, że będzie wiedział, co trzeba zrobić. Głosy unosiły się i opadały, ale rejestrował je jako nic nieznaczący szum, całkowicie skupiony na tym, co czekało go na moście. Gdy wreszcie dotarł do mosiężnych barierek, przez chwilę nie potrafił zrozumieć widoku, który pojawił się przed jego oczami.
Przechodzący przez rzekę, rzeźba, która od lat stanowiła jeden z symboli miasta, jak co dzień unosił się nad Brdą, opierając zgiętą nogę na chybotliwej lince i rozkładając ramiona na boki. Jego niewzruszona twarz wpatrywała się w dal, ponad cisnącym się na moście tłumem, wyrażając dezaprobatę dla telefonów komórkowych trzymanych w wyciągniętych dłoniach gapiów.
– Widziałeś, tatku, coś podobnego? – Starsza kobieta chwyciła pod ramię chudego mężczyznę, który zapewne był jej mężem. Palce przystrojone masywnymi pierścionkami wbijały się w rękę staruszka, mnąc jego brązowy płaszcz. – Tyle lat żyję w tym mieście i czegoś takiego jeszcze nie widziałam.
Pikas skierował wzrok na bryłę przywiązaną do wyprostowanej nogi figury, na którą wskazywała kobieta. Obrys pakunku nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Ktoś owinął w folię kształt przypominający ludzkie ciało, po czym okleił go ciasno taśmą izolacyjną. Czarna bryła kołysała się na grubej linie, sprawiając wrażenie lustrzanego odbicia rzeźby. Gdyby pozbawić rzeźbę punktu, który utrzymywał ją w równowadze, Przechodzący przez rzekę zawisłby pod stalową linką w ten sam sposób.
– Możesz mi powiedzieć, jakim cudem komuś udało się coś takiego? – Prokurator Lisiecki nadszedł od strony starego rynku i teraz wpatrywał się w wysięgnik straży pożarnej, który zbliżył się do figury.
– Zaczęło się niewinnie, a potem było już za późno... – Paweł wzruszył ramionami, wciskając dłonie w kieszenie płaszcza.
Szef bydgoskiej prokuratury spojrzał uważnie na Pikasa. Twarz Lisieckiego nie wyrażała żadnych emocji, a głos miał chłodny. Gładko zaczesane włosy i krawat starannie zawiązany na białej koszuli świadczyły o tym, że włożył zdecydowanie więcej wysiłku w zadbanie o swój wygląd przed wyjściem do pracy niż Paweł. Strzepnął z kołnierza eleganckiej marynarki niewidzialny paproch i powrócił do wpatrywania się w akcję strażaków, którzy w końcu dotarli do czarnej bryły.
Pikas skulił ramiona, gdy chłód wcisnął się pod poły jego płaszcza.
– Przysięgam, jeżeli to jakiś żart, osobiście dorwę tego dowcipnisia, który to tu powiesił... – Dowódca strażaków wyciągnął rękę w stronę walczących na wysięgniku podwładnych, nie kończąc swojej wypowiedzi. Korpulentna sylwetka strażaka wciśnięta w służbowy mundur świadczyła o tym, że już dawno miał za sobą wyjazdy w teren. Jego zadania ograniczały się zapewne jedynie do urzędniczych decyzji, a akcje takie jak ta burzyły jego rutynę.
– Obawiam się, że jednak nie będziemy rozbawieni, gdy rozetniemy folię – mruknął Pikas, obserwując strażaków siłujących się z grubą liną.
Ktoś zadał sobie sporo wysiłku, żeby przymocować pakunek do rzeźby. Twarze strażaków wykrzywiał grymas, gdy próbowali go podciągnąć. Nie przychodziło mu do głowy, w jaki sposób ktoś mógł podwiesić tak ciężki przedmiot na sporej wysokości. Jedyne, o czym Paweł mógł myśleć, to ślady, które zacierali strażacy.
Za jego plecami przetoczył się pomruk, gdy silny podmuch wiatru wyrwał kukłę z rąk mężczyzn. Czarny kształt zakołysał się, rzucając na wodę długi cień. Paweł wychylił się przez barierkę, gdy coś mignęło w ciemnym nurcie rzeki, jednak zanim zdążył przyjrzeć się podłużnemu kształtowi, ten zniknął pod mostem.
Jego wzrok ślizgał się po nabrzeżu, na którym również zgromadził się spory tłum.
Pulchna blondynka roześmiała się z czegoś, co powiedział mężczyzna, nieświadoma tragedii rozgrywającej się na moście. Poza tym kilka młodych dziewczyn wskazywało na coś po drugiej stronie rzeki.
Nie dostrzegł nikogo podejrzanego, jednak prawdopodobieństwo, że sprawca obserwował poczynania strażaków, graniczyło z pewnością.
Być może chciał kontrolować bieg zdarzeń, oceniając, czy policja zdoła namierzyć sprawcę. Albo czerpał satysfakcję z obserwowania służb, wynikającą z poczucia przewagi. Pikas w swojej karierze miał do czynienia również z takimi przestępcami, którzy śledząc policyjne działania, po raz kolejny przeżywali emocje towarzyszące popełnieniu zbrodni.
Jakikolwiek impuls kierował człowiekiem, który zainscenizował wydarzenia tego poranka, Paweł nie podejrzewał, aby ten podszedł blisko. Wybrał sobie dogodny punkt obserwacyjny, który był jednocześnie doskonałą kryjówką.
Pałacyk Lloyda umiejscowiony nieco dalej od mostu zdawał się przyklejony do nowoczesnych budynków odbijających się w tafli rzeki. Należały do banku, więc na pewno posiadały monitoring. Paweł zanotował w pamięci, aby sprawdzić w pierwszej kolejności, w którą stronę były skierowane kamery. Przeniósł wzrok na rząd kamienic na drugim brzegu rzeki. Omiótł spojrzeniem okna. Żadne z nich nie było uchylone. W żadnym nie poruszała się firanka, a jednak instynkt prowadził go właśnie w tamtym kierunku.
Jego uwagę zwrócił mężczyzna, który przystanął na chodniku, opierając się plecami o fasadę różowej kamienicy. Ciemne loki zakrywała czapka z daszkiem, którą naciągnął głęboko na czoło. Mężczyzna bacznie obserwował rozgrywającą się przed nim scenę, zakrywając dolną część twarzy wysoko postawionym kołnierzem. Gdyby ktoś zapytał o to Pawła, nie umiałby powiedzieć, dlaczego właśnie ten człowiek przyciągnął jego wzrok. Być może była to kwestia doświadczenia lub wewnętrznego radaru, który zwykle kierował nim w trakcie prowadzonych śledztw. I ten radar wył teraz na cały regulator.
– Zaraz wracam.
Pikas nie czekał na reakcję Lisieckiego. Przesunął się powoli wzdłuż barierki mostu, aby nie zaalarmować podejrzanego. Jednocześnie sam nie spuszczał z niego wzroku. Mężczyzna zdawał się zbyt czujny jak na zwykłego przechodnia. Wpatrywał się w akcję ściągania kukły znad wody, jednak co chwilę odwracał spojrzenie, rozglądając się dookoła. Mimo rozluźnionej postawy zdawało się, że był gotowy, aby w każdej chwili zerwać się do biegu.
Gdy Paweł dotarł do schodów prowadzących na bulwary, przyspieszył kroku. Nie chciał spłoszyć mężczyzny, jednak nie zamierzał dać mu okazji do ucieczki.
– Co żeś pan taki w gorącej wodzie kąpany? – Mężczyzna wyglądający na bezdomnego splunął mu pod nogi i spojrzał z wyrzutem, gdy Pikas potrącił go, wbijając wzrok w swój cel. – Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł...
Prokurator nie zwrócił na niego uwagi. Wpatrywał się w mężczyznę, który cofnął się w cień kamienicy. Cały czas obserwował most, a kiedy odwrócił wzrok, spojrzenia jego i Pikasa się spotkały. Paweł dostrzegł napięcie w ramionach nieznajomego, jednak zanim zdążył zareagować, tamten ruszył w kierunku budynku, gdzie mieściła się siedziba poczty.
– Czekaj! – rzucił prokurator, wymijając po drodze kolejnych gapiów.
Odruchowo potarł zegarek ze stłuczoną szybką, żałując, że nie ma przy sobie służbowej broni. Odwrócił się do Lisieckiego, ale szefa bydgoskiej prokuratury całkowicie pochłaniały czynności operacyjne.
– Kurwa... – Przyspieszył, żeby nie stracić z oczu swojego celu, a gdy tamten skręcił w boczną uliczkę, zerwał się do biegu.
Adrenalina zalała jego ciało, gdy w końcu dogonił mężczyznę i szarpnął go za rękaw, zmuszając do zatrzymania się.
Podejrzany odwrócił się do niego z westchnieniem. Zielony daszek czapki, który nadal zakrywał górną część jego twarzy, był poprzecierany, przez co bejsbolówka wyglądała na wysłużoną. Zupełnie nie pasowała do eleganckiego płaszcza, który ten człowiek na siebie włożył. Albo więc dobrał czapkę w pośpiechu, albo nosił ją niezależnie od okoliczności. Paweł odczytał przebiegający ukośnie napis: „AADA”.
– Paweł Pikas, prokuratura okręgowa w Bydgoszczy. Pójdzie pan ze mną...
Mężczyzna uniósł głowę i Pikas w końcu dostrzegł niebieskie tęczówki, które przesłaniała para unosząca się z ust podejrzanego.
– Mogę zapytać, w jakim celu? – Głęboki głos był spokojny, a ciało mężczyzny rozluźnione.
– O tym porozmawiamy później.
– Niestety, nie mogę spełnić pana prośby, prokuratorze. Tak się składa, że spieszę się na umówione spotkanie. Jeżeli pan nalega, mogę stawić się u pana nieco później.
Sposób wyrażania się tego człowieka świadczył o jego opanowaniu i Pikas zawahał się, czy nie popełnił błędu. Jednak jego prokuratorski instynkt rzadko go mylił, a teraz czuł każdą komórką ciała, że jego mimowolna reakcja była właściwa, więc nadal zaciskał dłoń na płaszczu mężczyzny.
– To nie jest prośba.
– Rozumiem. – Rozmówca odchrząknął i rozejrzał się na boki. – Czy mógłbym prosić o okazanie legitymacji służbowej?
Paweł zaklął w duchu. Legitymacja służbowa wraz z bronią czekały na niego w pracy.
– Na moście stoi szef prokuratury. On pokaże panu swoją legitymację. – Pikas szarpnął podejrzanego, z nadzieją, że ten nie będzie stawiał oporu.
– Panie Gustawie, czy wszystko w porządku?
Starsza kobieta w krótkim futrze podeszła do nich, opierając się na parasolce. Szczupłe nogi nie były już zapewne tak sprawne jak kiedyś. Pikas spojrzał na nią z poirytowaniem. Nie potrzebował więcej komplikacji. Zielona torebka, szalik i beret wydawały się powiewem wiosny w ten jesienny dzień.
– Wszystko w porządku, pani Danusiu. Właśnie wyjaśniałem panu prokuratorowi, że złożę mu wizytę później. – Mężczyzna uśmiechnął się ciepło do kobiety, po czym zwrócił się do Pikasa z wyjaśnieniem: – Pani Danusia to nasz kolorowy ptak. W całym kraju rozsławia Bydgoszcz swoimi strojami. Ostatnio znana telewizja przyjechała specjalnie po to, aby nakręcić reportaż o pani Danusi.
– Ależ, panie Gustawie... – Kobieta rozpłynęła się w uśmiechach, poprawiając duże kolczyki. – Jak zwykle szarmancki. Mam nadzieję, że nie wplątał się pan w żadną kabałę?
Spojrzała na rękę Pikasa nadal zaciśniętą na materiale płaszcza. Sytuacja zdawała się coraz bardziej absurdalna.
– Również mam taką nadzieję. – Paweł zbył jej pytanie i odwrócił się do mężczyzny, w końcu cofając dłoń. – Ale pan Gustaw nie był łaskaw zatrzymać się, gdy go o to prosiłem.
– Wcale się temu nie dziwię. – Staruszka przesunęła wzrokiem po sylwetce prokuratora. – Po tym, jak ten podejrzany typ potraktował małżonkę pana Gustawa. Też miał mnóstwo tatuaży i był równie napastliwy jak pan.
Kobieta nie starała się mówić cicho, zwracając na nich uwagę coraz większej liczby osób. Niektóre z nich jedynie zwalniały, ale dwie kobiety zdecydowały się przystanąć i obserwować scenę z odległości kilku metrów.
– Poproszę o pana dowód.
Mężczyzna sięgnął do kieszeni, wyjmując z niej skórzany portfel, a następnie dowód osobisty.
– Gustaw Wnuk... – Pikas przebiegł wzrokiem po danych osobowych mężczyzny. Nie miał pojęcia, dlaczego nazwisko mężczyzny wydało mu się znajome.
– Aktor teatralny i filmowy. – Starsza pani najwyraźniej dostrzegła zdezorientowanie prokuratora. – Sądzę, że ma pan do nadrobienia parę braków kulturoznawczych.
– To nie było potrzebne, pani Danusiu. – Wnuk dotknął czule jej ramienia. – Pan prokurator z całą pewnością znakomicie zna się na innych kwestiach. Czy jestem już wolny?
Pikas niechętnie oddał mu dowód. Nie pozostawało mu nic innego niż przyznanie, że się pomylił. Sprawa Sary najwyraźniej mieszała mu w głowie i nie mógł już polegać na swoim instynkcie.
Sławę Zawadzką nadal męczyły wydarzenia minionych godzin. Starała się zignorować poczucie winy, które osiadło w jej klatce piersiowej, gdy obudziła się w pustym łóżku. Poczucie winy pogłębione przez to, że zeszłej nocy znowu coś poczuła – euforię związaną z szorstkimi męskimi dłońmi przesuwającymi się po jej skórze.
Odgoniła pojawiające się w głowie obrazy i przebiegła przez przejście dla pieszych, nie czekając na zielone światło. Wsunęła dłoń do obszernej torby i przez chwilę szukała dzwoniącego telefonu.
– Halo? – wysapała, próbując opanować zmęczenie.
– Sława, z tej strony Ewa.
Chłodny ton byłej teściowej sprawił, że mimowolnie się wzdrygnęła.
– Witaj, Ewo. Czy mogę w czymś pomóc? – Ze wszystkich sił starała się, aby jej głos zabrzmiał pogodnie, chociaż na samą myśl o tej kobiecie włosy jeżyły się jej na głowie.
– Chciałabym omówić z tobą zajęcia dodatkowe Marceliny. – Teściowa na chwilę zawiesiła głos, jakby oczekiwała, że Sława sprzeciwi się temu pomysłowi, a gdy Zawadzka milczała, podjęła temat: – Zauważyliśmy z Tadeuszem, że jej angielski jest na niezadowalającym poziomie. Rozmawiałam ze znajomą, która udziela korepetycji. Ma wolne czwartkowe popołudnia. Marcelina powinna przychodzić po szkole do nas i porządnie zabrać się do nauki.
Wyobraziła sobie, że jej córka na kolejne popołudnie utyka w mrocznym mieszkaniu teściów, którego Sława z całego serca nienawidziła. Mimo że od wielu miesięcy nie przestąpiła progu apartamentu, nadal czuła zatęchły zapach antyków połączony ze słodką wonią tytoniu, który palił jej teść.
– Ewo, to nie jest dobry moment na tę rozmowę. Oddzwonię do ciebie później. Teraz spieszę się do pracy...
– To również powinnaś przemyśleć. Naszym zdaniem...
Sława rozłączyła się bez słowa. Wzięła głęboki oddech, oczyszczając myśli, gdy zbliżyła się do Mostu Jerzego Sulimy-Kamińskiego. Praca była ostatnią rzeczą, którą chciała zawalić z uwagi na problemy osobiste.
Gdy prześlizgnęła się pod policyjnymi taśmami i objęła wzrokiem rozciągającą się przed nią scenę, zaklęła pod nosem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
