Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
lub
0 zł
29,98 zł
14,99 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Opowieść o micie, który ożywa, i prawdzie, której nie da się zatopić.
Gdy milkną piły, woda w Szurpiłach barwi się na czerwono, a pszczelarz Antanas znajduje martwy rój nad brzegiem. Wyłowione z jeziora pocięte ludzkie ciało to dopiero początek makabrycznych odkryć. Aspirant Ruta Rosieńska rozpoczyna śledztwo, w którym tropy prowadzą od opuszczonego ula, przez skrytkę na suwalskim dworcu aż do przydrożnego krzyża w Widugierach.
Aby odkryć, dlaczego jezioro spłynęło krwią, Ruta musi się zmierzyć nie tylko z bezwzględnymi mordercami, ale również ze zmową milczenia i tajemnicą własnego pochodzenia.
Czerwona woda. Legenda, która przesiąkła krwią.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 327
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 13 min
Lektor: Marta Kiermasz
Copyright © by Agnieszka Jeż 2026 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redakcja: Aleksandra Ptasznik Korekta: Jolanta Kucharska, Monika Kociuba / e-DYTOR Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz www.panczakiewicz.pl Zdjęcie autorki na okładce: Marcin Klaban
Wydawca: TIME S.A. ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-8343-795-8
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Żywiczny zapach sosny mieszał się z ciepłymi nutami nagrzanego sierpniowego lasu.
Tak pachniały okolice jego domu – drewno, ziemia i rośliny. Póki świat wokół roztaczał tę woń, był u siebie. Był spokojny. Bezpieczny.
A teraz?
Wciągnął głębiej powietrze. Terpentyna i kalafonia, ostrość i słodycz. Tylko natura potrafi stworzyć taką mieszankę. Poczuł jednak coś jeszcze – niby słodkawego, ale nieprzyjemnego, żelazistego.
Przesunął lewą rękę w bok. Palce natrafiły na szorstkie drewniane wióry. Był na miejscu. „Na miejscu” oznaczało zamkniętą przestrzeń, która miała zapewnić mu bezpieczeństwo.
„Bezpieczeństwo więzienia”, myślał ostatnio.
„Nic ci się tu nie stanie”, słyszał. Nic złego, co na pewno by się wydarzyło, gdyby opuścił ten budynek, tę posesję i ten las. Za nimi zaczynał się świat, który nie miał mu niczego dobrego do zaoferowania. Tam był obcy.
A tu? Tu też był obcy.
Swój był tylko tam, dokąd nie mógł wrócić.
Chciał się podnieść, ale nie miał siły. Dlaczego leżał? Zasnął tutaj? I co to był za dźwięk? Krótki, rwany, przypominający skrobanie paznokciami o suchą deskę. Dopiero po chwili się zorientował, że to jego własny oddech.
Przysunął dłoń bliżej ciała, żeby się podeprzeć i zmienić pozycję. Tym razem place natrafiły na coś mokrego. Lepkiego, ale już zasychającego. Ciemnego, choć i wszystko wokół spowijał lekki mrok. Tak było zawsze, gdy nie włączono oświetlenia. Teraz lampy nie działały. Przez szpary w deskach przedzierały się ostatnie jasne smugi, chociaż wiedział, że zbliża się wieczór.
Wschód, południe, zachód, północ. Cztery strony świata ograniczone czterema ścianami budynku. Dzień przeciskał się przez pierwszą, południe toczyło za drugą, kwadrans odpoczynku był wtedy, gdy prześwity nieba przebijały przez trzecią, a noc zaczynała się przy czwartej.
A on tu leżał. Podniósł dłoń i przybliżył ją do oczu. Palce miał czymś ubrudzone. Farba? Nie. Rozpoznałby chemiczny zapach, który wyciskał łzy z oczu i piekł w gardle. Ostatnio często jej używał. Źle się potem czuł, czasem musiał podejść do drzwi i pooddychać świeżym powietrzem. Teraz też mocniej wciągnął je nosem.
Metal, żelazo – to poczuł. Ale to nie były chemikalia. Znał ten zapach. To była krew.
Jego ciało przeszył dreszcz. Z powodu tej woni, ale i niezależnie od niej. Trząsł się, drżał i nie potrafił nad tym zapanować. Co się z nim stało? Skaleczył się? Był chory? Już raz się tak zdarzyło, ale wtedy nie był tu sam. Przyszli, dali mu jakieś leki, pozwolili odpocząć, co jakiś czas sprawdzali, jak się czuje. Teraz otaczała go pustka.
Chciał sprawdzić, czy po drugiej stronie jego ciała też jest krew. Poruszył prawą ręką.
Jego dłoń niczego nie wyczuła – ani ziemi, ani trocin. Ani suchości, ani wilgoci. A przecież coś tam musiało być, świat nie zniknął.
– Och! – stęknął, a pomieszczenie odpowiedziało mu cichym echem.
Czasem, w nocy, wypuszczał w świat pojedyncze słowa, a one do niego wracały, odbite od ścian. Miał wtedy wrażenie, że ktoś mówi do niego w jego języku. To było co innego niż słuchanie słów we własnej głowie. Głowa potrafi robić z człowiekiem dziwne rzeczy, podsuwa różne myśli. Czasem lepiej jej nie słuchać, nie wierzyć. Można od tego zwariować.
Teraz też jej nie wierzył. Przecież nie można czuć, że czegoś nie ma, skoro to coś istnieje.
– Uch!
Teraz jęk był głośniejszy. Udało mu się odepchnąć lewą dłonią od podłoża i przetoczyć na prawy bok. Najpierw zobaczył bark. Fragment czerwonej flanelowej koszuli. Dalej – podwinięty rękaw, a pod nim łokieć.
Prawie zawsze chodził w koszuli, bo w środku było chłodniej niż na zewnątrz. Zresztą nawet poza budynkiem rzadko bywało tutaj naprawdę ciepło – jak wtedy, gdy siadał na ławce przed swoim domem rodzinnym, opierał się o nagrzane drewno i przymykał oczy. Patrzył prosto w słońce, ale zaciskając powieki, żeby chroniły jego wzrok przed oślepiającym blaskiem. Nie całkiem zatrzymywały to gorące światło, bo gdy obracał głowę i zerkał w bok, to przez kilka chwil świat nie miał konturów, był świetlistymi plamami. Dopiero później wszystko wracało na swoje miejsce i odzyskiwało dawny kształt.
Teraz świat stracił kształt na stałe. Jego ręka kończyła się na łokciu. Mankiet – a dalej nic. Zamknął oczy, zamrugał, otworzył je.
Pustka. Wciąż pustka.
Przekręcił się jeszcze trochę i…
Poczuł gwałtowne szarpnięcie w żołądku – impuls przepłynął z trzewi do ust. Gorycz rozwarła szczęki. Zwymiotował żółcią.
W miejscu, gdzie powinien być jego łokieć, a za nim dalsza część prawej ręki, widniała poszarpana czerwień ciała. To dlatego jego prawa dłoń niczego nie poczuła – bo jej nie było. Zakręciło mu się w głowie, skroń opadła w wióry.
Usłyszał stukot – głośny, miarowy. Stalowe zęby maszyny obracały się bez ustanku. Była jak żarłoczne zwierzę, ciągle domagające się pożywienia. Dostarczał je, przesuwając w jej stronę kolejne kawałki drewna. On też powoli zmieniał się w maszynę. Włączyć, wykonywać rytmiczne ruchy, wyłączyć. Tym razem jednak coś się popsuło. Rytm został przerwany. Maszyna nadal porykiwała, błyskała metalem, ale on znieruchomiał. Wiedział, że coś się stało, ale jeszcze nie rozumiał co. Cofnął obraz w głowie, jak film puszczany z magnetowidu w dzieciństwie. Kaseta była zużyta, sprzęt zresztą też, więc obraz często się zacinał. Teraz jednak wszystko było ostre. Stalowe zęby koła wgryzły się w jego ciało z taką samą obojętnością, z jaką rozdzielały słoje jesionu czy sosny. To drewno było słabe. Chudy, okorowany pień. Skąd się tu w ogóle wziął? Pochłonie go i rzuci na kupę odpadków. Chciał sięgnąć po niego, ale nie mógł. Czegoś mu brakowało, nie rozumiał czego.
Ręki.
Brakowało mu ręki.
Połowę nadal miał – od barku do łokcia. Druga część, którą wziął za lichy pień, leżała teraz na drewnianych wiórach.
Kiedy to do niego dotarło, kiedy zrozumiał, co się wydarzyło, świat nagle zawirował, pociemniał, a on zemdlał.
Nadal tu leżał, nadal bez jednej ręki. Jak długo? Chyba niezbyt, bo przecież wciąż oddychał. Dychał, czyli żył. Ktoś zaraz do niego przyjdzie, zabierze do lekarza. Może przyszyją mu rękę? W szpitalach potrafią teraz różne rzeczy. Ratują chłopaków pokiereszowanych na wojnie.
On nie walczył, a i tak odrąbało mu rękę. Los potrafi podejść człowieka.
Musi zawołać o pomoc, choć nie powinien krzyczeć, wiedział o tym. Zresztą jak miałby przekrzyczeć tę maszynę?
Maszyny jednak nie było słychać. Ktoś ją wyłączył. Nie zrobił tego on, czyli…
Stali. Pod ścianą, tuż przy drzwiach. Ciemne, rosłe postaci. Gdyby nie pamiętał tego obrazu z innych sytuacji, mógłby pomyśleć, że to dwa olbrzymie głazy, bo jak i ci na zewnątrz byli nieruchomi.
Dlaczego nie podchodzą? Dlaczego mu nie pomagają?
A jednak – głazy się poruszyły i zaczęły przesuwać w jego kierunku. Stanęły nad nim. Patrzyły bez słowa.
Otworzył usta, ale nie potrafił wymówić ani słowa. Coś jednak wydobyło się z jego ciała, wypłynęło razem z różowymi bąbelkami śliny.
Dusza. Wiedział to, czuł. U nich się takie rzeczy znało, uczyło się ich od małego, bo w jego stronach narodziny i śmierć wydarzały się w domu. Tam był pierwszy i ostatni oddech.
Przeraził się, podniósł, jakby nagle wstąpiła w niego niezwykła siła. To też znał. Ostatni skok ku życiu przed śmiercią.
Opadł na trociny. Pył wzbił się w powietrze. Jeszcze niedawno to drzewo żyło, wczepione korzeniami w ziemię, konarami sięgające nieba.
A teraz…
Coś go oślepiło. Świat rozbłysnął.
Jeden z przybyłych włączył latarkę i skierował snop światła na twarz umierającego. Patrzyli obaj, jak blask w jego oczach mętnieje, przygasa. Jak uchodzi z niego życie, które tu istniało, ale i jakby nigdy go nie było. Czekali na ostatnie tchnienie.
Nabrał powietrza i ujrzał swój dom. Daleko, za łąką, ale już dostrzegał jego kontur. Wyszedł z lasu i teraz miał do przejścia tylko wysokie trawy. Ostatni kawałek, ostatni trud. I będzie u siebie. Zostanie tam już na zawsze, choćby nie wiadomo co. Dom jest w życiu najważniejszy.
– Już? – zapytał jeden z nich.
– Chyba już.
Drugi nachylił się nad ciałem.
Leżący patrzył na nich, ale już ich nie widział. Martwi niczego nie widzą.
Światło latarki przesunęło się w głąb stodoły. Jeden z mężczyzn podszedł do maszyny i sięgnął do włącznika. Pomieszczenie znowu wypełniło się rytmicznym hałasem. Mężczyzna wrócił na poprzednie miejsce i spojrzał na swojego towarzysza. Tamten kiwnął głową. Schylili się, podnieśli ciało i zanieśli je do buczącej maszyny, której zębate koła czekały na kolejna partię materiału.
Nastała noc. W rogu budynku ustawiono kilka worków – grubych, jutowych, wyłożonych dla bezpieczeństwa folią. Pomieszczenie wypełniał silny, drażniący nos zapach. Rozpuszczalnik, farba, chlor mieszały się, tworząc toksyczne opary, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo nikogo tu nie było.
Maszyna milczała, zębate koło tkwiło nieruchomo, metal był czysty. Czysta była też podłoga, którą wysypano suchymi trocinami. Ale głębiej, pod nimi, ziemia nasiąkła wodą, która zebrała wszystko, co się tutaj tego dnia rozlało. I teraz te strużki przesączały się w dół, do jeziora.
Krew mieszała się ze środkami czyszczącymi i chemią, płynąc dalej w poszukiwaniu ujścia. Znalazła je. System rur odprowadzających to, co miało zniknąć bez śladu, wypełniła czerwona mieszanina.
Wody jeziora już na nią czekały.
– Gdzie, przepraszam?
Aspirant Ruta Rosieńska wpatrywała się w ekran komórki. Przesuwała mapę w lewo, w prawo, powiększała obraz, ale nie mogła znaleźć lokalizacji, o której mówił dzwoniący.
– No przecież mówię, pani komendant. Nad Jeziorem Bobrowym. B-o-b-r-o-w-y-m – przeliterował, i to tak głośno, że odsunęła telefon od ucha.
– To rozumiem, panie… – zerknęła na notes leżący na biurku, gdzie zapisała „Piotr Staśkiewicz” – …Piotrze. To znaczy słyszę. Słuch mam dobry.
– O, to dziękować Bogu, bo ja już nie bardzo. Bobrowe. – Ostatni wyraz podał scenicznym szeptem.
Ruta raz jeszcze przebiegła wzrokiem mapę. Nic, zupełnie nic.
– A, bo pani komendant może nie wiedzieć. – Jej rozmówca ucieszył się, gdy pojął przyczynę ich braku porozumienia. – No przeca, pani napływowa. To zabawne, ja w sprawie jeziora, czyli wody dzwonię, a pani napływowa, czyli też się z wodą kojarzy.
Ruta zastanawiała się, ile Piotr Staśkiewicz może mieć lat. Po głosie dałaby mu sześćdziesiąt, ale nie potrafiła ocenić, czy ten głos jest trzeźwy. Niby tak, przecież by się zorientowała, gdyby rozmawiała z kimś zupełnie pijanym, ale tak trochę… „Tak trochę” było tu pojemną kategorią oznaczającą bliski i niedawny kontakt z alkoholem, i mieściły się w niej stany od lepszego humoru po trudności z utrzymaniem równowagi. Gdzie na tej skali znajdował się Piotr Staśkiewicz?
– To Jezioro Sudawskie.
Rucie wróciła nadzieja, że rozmawia z kimś trzeźwym, tylko operującym lokalnym słownictwem. Przerabiała to już wiele razy, a i tak wciąż coś ją zaskakiwało.
– Mam! – Ucieszyła się, patrząc na mapę. Mała niebieska łezka zlokalizowana przy drodze prowadzącej na Litwę została oznaczona w ten właśnie sposób.
– No, to dobrze. To przed sołtysem będzie, między dworem a Gulberkiem. Tylko że nie tak przy samej drodze, z asfaltu to nie widać. Ja będę stał tam, gdzie górka, to mnie pani zobaczy. I stamtąd już poprowadzę.
– Dobrze. Będę za dwadzieścia minut.
– Dziękuję, pani komendant.
Ruta się rozłączyła. Już przestała poprawiać ludzi, gdy nazywali ją „panią komendant”. Widać miejscowi uznali, że skoro szefuje na posterunku, to objęła właśnie takie stanowisko. Zwrot „pani aspirant” się nie przyjął, może dlatego, że nie brzmiał dość poważnie, „godnie” – jak to kiedyś usłyszała, a może dlatego, że ten stopień noszą zwykle osoby młode. Dużo młodsze od niej.
Wstała zza biurka. Myślała, że ostatni dzień pracy w tym tygodniu zakończy przeglądaniem papierów, przygotowywaniem statystyk lub inną urzędniczą nudą, a tu się zdarzyło zgłoszenie. I to jakie.
Zeszła na dół i wsiadła do radiowozu. Za każdym razem, gdy uruchomiała to motoryzacyjne cudo, jak myślała o nowym SUV-ie, będącym na wyposażeniu posterunku w Rutce-Tartaku, doznawała sprzecznych uczuć. Z jednej strony cieszył ją fakt takiego doposażenia, z drugiej – gdy przypominała sobie historię, która za tym stała – robiło się jej dziwnie. Smutno. Albo się złościła, choć nigdy do końca nie potrafiła zdecydować czy na siebie, czy na Marcina.
Marcin Krynicki. Suwalski komendant i jej były partner, uważał, że zdobył tym samochodem jej „przychylność”. Tak nazywał fakt, że Ruta nie zgłosiła jego pijanej wizyty ani późniejszych seksualnych propozycji kierowanych do niej, choć miał żonę.
Odbyli co prawda jedną rozmowę o większym ciężarze gatunkowym, podczas której Ruta jasno dała mu do zrozumienia, co o nim myśli i co powinna z tymi myślami zrobić, a on to zrozumiał i na swój sposób przyjął, ale jednocześnie jasno wyraził pogląd, kto tu rozdaje karty.
Otrząsnęła się. Nie było sensu do tego wracać. Czasu nie cofnie, ludzkości nie zbawi. „Rację masz, ale musisz być pragmatyczna”, stwierdziła jej przyjaciółka Anka, której pragmatyzmu akurat nie brakowało. „Rób swoje. I zobaczysz, że on już nie będzie fikał, co nie znaczy, że nie będzie ci pokazywał, gdzie w tej hierarchii jesteś ty, a gdzie on”.
Wszystko się do tej pory sprawdzało. Krynicki nie przekraczał granicy ani służbowo, ani prywatnie, ale hierarchia była jasna.
Ruta zaś przekroczyła właśnie granicę terytorium, na którym znajdowała się farma wiatrowa. Wielkie konstrukcje na Górze Rowelskiej zawsze przypominały jej, jak wiele warstw historii kryje ten region. Najpierw lodowiec wyrzeźbił pagórki i jeziora. Potem przyszli Jaćwingowie ze swoimi świętymi gajami i kamieniami. Później Krzyżacy. Po nich Litwini, Polacy, Rusini, Żydzi, Tatarzy, Staroobrzędowcy i Mazurzy. A jeszcze wcześniej byli Sudowie, o których przed przyjazdem na Suwalszczyznę nie słyszała.
I teraz właśnie jechała nad Jezioro Sudawskie, które do dziś było jej nieznane. Niebieskich plam oznaczających zbiorniki wodne było na mapie tego terenu dużo, ale nazwy tych mniejszych pojawiały się dopiero po powiększeniu, a czasem – wcale.
Gdzie znajduje się miejscowość Sudawskie, wiedziała, bo kilka razy tą drogą wybrała się na Litwę. Wiedziała też, że Litwini używają określenia Suduva, które w ich języku oznacza Suwalszczyznę. Ten wyraz był w miarę prosty, ale inne, które widziała w sklepach, w menu, na szyldach i w reklamach po drugiej stronie granicy, przypominały jej magiczny język z odległej bajkowej krainy. Co by nawet pasowało do okoliczności, bo ta Litwa, którą zdążyła poznać, miała w sobie coś z baśni – wszechobecną zieleń, drewnianą architekturę i widoczne nawiązania do ludowości. Podobało jej się to. Raz, gdy jechała nad Jezioro Wisztynieckie, minęła drewnianą tablicę z wyrytym na niej napisem, którego nie potrafiła odczytać, i ciekawym ażurowym zwieńczeniem. Było bardzo ładne – jako wzór i praca czyichś rąk, ale nie opuszczało ją wrażenie, że już gdzieś kiedyś coś podobnego widziała. Nie potrafiła sobie jednak przypomnieć miejsca. Męczyło ją to, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, tym mniej ufała swoim domysłom. Tak jest, gdy chce się na siłę odnaleźć źródło wspomnień. Odpuściła. Zresztą nie miała teraz głowy do takich rozmyślań. Trwały kolejne odprawy związane z napiętą sytuacją na granicy, a Arek – wciąż jeszcze mąż – fundował jej dodatkowy stres. Po początkowej zgodzie na rozstanie najwyraźniej uznał, że jednak warto zawalczyć o ich małżeństwo. Robił to w trybie „tak trochę”, co ją jednocześnie dziwiło i denerwowało, ale już prawie nie wzbudzało w niej poczucia winy, nawet mimo sugestii Moniki, ich córki, że jednak powinno. Odsunęło też przyjazd tej ostatniej na Suwalszczyznę, choć tu powodem były podobno zawirowania w pracy. No i była jeszcze sprawa domu, którego wciąż nie kupiła, choć chciała to zrobić. Im bardziej sfinalizowanie tej transakcji się odsuwało, tym mocniej Ruta czuła, że jej pragnie. Może to był zwykły mechanizm psychologiczny, który uaktywnia się zawsze wtedy, gdy otrzymanie czegoś, na czym komuś zależy, przesuwa się w czasie – im dłużej to trwa, tym bardziej pożądanie rośnie. Choć Ruta sądziła, że jest inaczej. Ona po prostu zapuszczała tu korzenie w tempie, które ją dziwiło. Z emocjami, o które by się nie posądzała. Nie była przecież w wieku, w którym cokolwiek może być „pierwsze”, nie licząc rozwodu. A jednak po raz pierwszy czuła się gdzieś jak u siebie. Coraz częściej, gdy ogarniało ją to poczucie zakorzenienia, wracały do niej myśli o przeszłości. „Podobno litewskie, poza tym oryginalne. Jedyna niezwyczajna rzecz, jaką mogłam ci dać”, powiedziała kiedyś matka o jej imieniu. I jeszcze ruta/Ruta w zeszycie Marii Romaniuk, poprzedniej właścicielki domu na wzgórzu, który ponownie wystawiono na sprzedaż. Poprzednie ogłoszenie unieważniono, bo nie było wiadomo, jak długo budynek pozostanie jednym z dowodów w sprawie o morderstwo. „Mamo, ty nadal, mimo tego, co tam się stało, chcesz kupić ten dom? Ten, który wygląda jak ze skansenu?”, pytała Monika, gdy Ruta przesłała jej w końcu zdjęcia drewnianej chaty w Wiłkupiach. Chciała. W niewytłumaczalny dla siebie sposób naprawdę go chciała. Choć… Po jakimś czasie od tamtej podróży do Wisztyńca Ruta wreszcie przypomniała sobie, skąd zna ten wyrzeźbiony w drewnie wzór. Wróciła do niej okładka Baśni i podań litewskich, czytanych jej w dzieciństwie przez mamę. Były na niej las i rzeka, w zieleniach, brązach i granatach, a na obramowaniu widniały tajemnicze znaki – dopiero później Ruta poznała słowo „motyw”. I wtedy, na drodze wijącej się przez las przypominający puszczę, znowu go ujrzała.
– Cholera! – rzuciła w przestrzeń radiowozu, bo pochłonięta myślami minęła postać stojącą na poboczu. Spojrzała w lusterko i włączyła wsteczny bieg. Skręciła kierownicą, zjechała z asfaltu na pobocze i zaparkowała.
Mężczyzna w spodniach, które wyglądały na dół od garnituru, i koszuli z krótkimi rękawami w kratkę, podszedł do niej. Pokiwał głową z uznaniem.
– Profesjonalnie pani komendant zaparkowała. Jak mężczyzna.
Teraz gdy mogła mu się lepiej przyjrzeć, uznała, że jest starszy, niż przypuszczała. Mógł mieć ponad siedemdziesiąt lat. I nie wyczuła od niego alkoholu. Wyczuwała za to tradycyjny ogląd rzeczywistości, z którym nie zamierzała dyskutować. Można mieć rację albo relację – ostatnio często przypominała sobie to powiedzenie. I póki sprawa nie była naprawdę istotna, póty stawiała na relacje.
– Piotr Staśkiewicz, to ja do pani komendant dzwoniłem. Niżej mieszkam, z drogi widać moje obejście. Tutaj przyjechałem na rowerze, żeby rundkę kontrolną zrobić.
Ponieważ patrzyła na niego pytająco, dopowiedział:
– No, jak to mówią, pańskie oko konia tuczy. Zresztą, nie będę okłamywał policji, to dla ruchu i zdrowotności. Co i raz daję sobie jakieś zadania, żeby tylko nie gnuśnieć.
– To pana tereny?
– Tamte, tak. I tu. O, i jeszcze tamten kawałek. – Mężczyzna wykonał kilka ruchów rękoma, po których Ruta mniej więcej wiedziała, ile ziemi znajduje się w jego posiadaniu.
– A jezioro? Chyba tam? – Teraz ona wysunęła przed siebie dłoń, wskazując na zagajnik, który mieli za plecami.
– Tam, właśnie. Kawałek drogi niby jest, ale jechać nie ma co, bo zaraz się kończy, zresztą potem trzeba odbić i górką, między sklepikami…
– Sklepikami? – powtórzyła Ruta. Musiała się przesłyszeć, choć Staśkiewicz mówił głośno i wyraźnie.
– Tak się tutaj mówi na piwniczki. Takie magazyny wykopane w ziemi. Z daleka można je poznać po ułożonych kamieniach.
Kiwnęła głową.
– No to chodźmy.
Mężczyzna ruszył, ona za nim. Rzeczywiście, pierwszy odcinek prowadził wyjeżdżonym, zapewne przez traktory, duktem, ale po chwili skręcili w prawo i weszli na niewielkie kamienne wzniesienie.
– O, sklepiki są tutaj. A pani komendant wie, że tu wielkie życie było?
Pokiwała głową.
– Dwór – odpowiedziała.
– O, no proszę, widać, że zaczyna pani być nasza. Dwór tu stał, Rekoszów. Jestem stary, ale nie aż tak, żeby go pamiętać. Na fotografii widziałem, piękny był, drewniany, z modrzewia zrobiony. W stylu, jak to się mówi, zakopiańskim.
– Zakopiańskim? – Ruta się zdziwiła, ale przypomniała sobie niedokończoną willę nad jeziorem Wiżajny, którą od lat nie mogli się podzielić rozwiedzeni małżonkowie.
– Kto bogatemu zabroni? – zaśmiał się Staśkiewicz. – Ja to jeszcze pamiętam, że za dzieciaka potrafiłem pokazać, jak to wszystko było rozplanowane i ułożone. Wtedy nadal można było wypatrzyć aleję wzdłuż sadu i jeziora. I kolumny stały, takie wielkie, robiły wrażenie. A potem natura przyszła jak po swoje. Chaszcze, chwasty. Tam gdzie dawniej spacerowali goście, dziś rosną samosiejki.
Ruta się rozejrzała.
– Nie zgadłabym, że to tu. Raczej bym obstawiała, że było tu jakieś miejsce Jaćwingów. Kurhan.
– A, no pewnie, że Jaćwingowie tu żyli. Ale kawałek dalej. To znaczy tu pewnie też, przecież chodzili po tym terenie, u siebie byli, ale mieszkali tam, bliżej granicy. – Mężczyzna wyciągnął rękę przed siebie. – Gulberek – dodał.
– Skąd ta nazwa?
– Nie wiem, ale zawsze tak słyszałem: Gulberek. Piękne wzgórze, ścięte na płasko, jak wszystkie ich grodziska. Tam podobno była świątynia. I studnia tak głęboka, że jak się kamień rzuciło, to leciał, leciał i leciał. Trudno powiedzieć, prawda czy nie, bo nic z tego się nie zachowało. Teraz to tam krowie placki. – Zaśmiał się.
Ruta dyskretnie spojrzała na zegarek. Staśkiewicz rzeczywiście musiał prowadzić emeryckie życie i szukał sposobu na wypełnienie sobie czasu. Może i tę historię wymyślił?
– A gdzie jest to pana znalezisko? – zapytała.
– Pani w pracy, no tak. Już prowadzę.
Znowu ruszyli przed siebie. Teren był gęsto zarośnięty, czasem musieli się przeciskać między krzewami.
– Pani komendant się nie boi, znam te tereny jak własną kieszeń. O, już tam wodę widać.
Doszli na brzeg – zarośnięty, choć z widocznymi resztkami pomostu.
– To będzie… – Staśkiewicz zrobił jeszcze kilka kroków. – Tu.
Wskazał ręką w bok. Ruta podążyła wzrokiem w tamtym kierunku. Między drzewami stał namiot. A właściwie coś, co go przypominało.
– Pałatka – powiedziała.
– Pani komendant taka młoda, to chyba pałatek pamiętać nie może? – Mężczyzna się zdziwił.
– Pamiętam.
Na jakimś wyjeździe w czasach studenckich do Krynicy Morskiej, poszła na wyprzedaż asortymentu wojskowego. Oferowano tam nieużywane zapasy magazynowe. Kupiła „pelerynę namiot wojsk lądowych”, którą starszy sprzedawca nazywał właśnie pałatką. Rok produkcji: siedemdziesiąty piąty. Została w siedleckiej piwnicy, nigdy nie użyta.
– Rzeczywiście, wygląda jak pałatka, choć mnie się na pierwszy rzut oka wydało, że to jakiś kawałek materiału rozpięty na kijach. Zresztą sama pani komendant zobaczy.
Ruta podeszła bliżej. Schronienie było na tyle duże, że bez problemu mieściła się tam jedna osoba, choć raczej nie położyłaby się wygodnie. W ziemię wbito trzy kije, sądząc po kolorze kory, ścięte gdzieś w pobliżu. Do nich przymocowano sznurkiem zielony materiał, który przypominał brezent. Konstrukcja wyglądała osobliwie, jakby była garbata. Ruta przypomniała sobie, że do kupionej przez nią przed laty peleryny była dołączona cienka rurka, którą należało zamontować z przodu, a tkanina dotykała ziemi. Rozłożona pałatka ze zdjęcia, które dostała wraz z peleryną, przypominała nietoperza. Ta wyglądała jak wielbłąd.
– To jest właśnie to, z czym dzwoniłem. Bo pierwszy raz to widziałem trzy dni temu. Nie, nie trzy, cztery. Też sobie tu chodziłem…
– Tu? – Ruta się rozejrzała po gęstwinie.
– Tak, mniej więcej tu. Lubię zajść nad wodę. Taka tu cisza, że aż w uszach dzwoni. – Umilkł, przymykając oczy.
„Decybelomierz pewnie nie byłby w stanie oznaczyć w tym miejscu natężenia dźwięku”, pomyślała.
– Zresztą… – Zawahał się. – Jurek, co mieszka po drugiej stronie asfaltu, szutrówką się do niego jedzie w głąb, z drogi go nie widać, powiedział, że chyba zauważył tu w okolicy kogoś obcego. I nie był to turysta. – Staśkiewicz ostatnie zdanie powiedział znaczącym tonem.
– Migrant? – zapytała Ruta.
– Imigrant – poprawił ją. – I-migrant – zaakcentował.
– Migrant to ogólne określenie. Najpojemniejsze, bez decydowania, czy imigrant, czy emigrant, czy azylant, uchodźca…
– No właśnie. To ostatnie – przerwał jej Staśkiewicz. – Takie było podejrzenie.
– Widział go pan? Tego kogoś?
W głębi duszy wolałaby, żeby nie. Żeby ten, kto przez chwilę korzystał z tego dziwnego schronienia, odszedł i już nie wrócił. Była policjantką, przestrzegała przepisów, ale w głębi duszy była też człowiekiem, który miał problem z jasną oceną tego, co się w ostatnich miesiącach działo na tutejszej granicy i na tej drugiej, białoruskiej. Zresztą nie ona jedna – miejscowi też byli podzieleni. Widać Piotr Staśkiewicz należał do tej grupy, która wątpliwości w tej sprawie nie miała.
– Nie widziałem, żeby była jasność. Chciałem sprawdzić, czy to prawda, czy nie. Gdyby pani komendant pytała, to ja nigdy tu nie spotkałem żadnego z tych kolorowych czy nawet białych, ale nielegalnych. I wolałbym nie, bo i po co? Ale jak Jurek powiedział, to z ciekawości poszedłem. Bardziej takiej, czy on nie zmyśla, bo u niego to już nie tak z głową, starszy jest ode mnie, a i różnie się prowadził. No i tak chodziłem, chodziłem i wychodziłem. Ale pałatka była pusta przez kolejne dni.
– Może stoi tu dłużej?
Ruta przyglądała się brezentowi. I pomyślała, że raczej nie, bo w takich warunkach pewnie byłoby po niej widać działanie sił natury.
– Jeśli tak, to kilka dni tylko. Bo w sobotę i niedzielę wnuczka przyjechała, to przy domu byłem. A w piątek przed tym weekendem nic tu nie stało. Za to w ten poniedziałek to ja tu okruchy chleba widziałem.
– W tej pałatce?
– Tak. Zajrzałem z ciekawości, a tam na wydeptanej trawie leżały okruchy chleba. Jakby kto rwał i się kruszyło. Może już był czerstwy. W pierwszej chwili pomyślałem, że na ryby może kto przyjechał. Nie od nas, bo nasi to gdzie indziej by poszli łowić, raczej jakieś dzieciaki albo turysta z miasta, co to kulki chlebowe na haczyk nabija. No albo uchodźca właśnie.
– A tu są ryby?
– Pewnie są, woda w końcu. Nie łowię, zawsze byłem na to za energiczny. No i co pani komendant sądzi?
Ruta przyglądała się namiotowi. Pomyślała, że zgłosi to Straży Granicznej. Niech oni decydują.
– Powiadomię… – zaczęła, ale w tym momencie usłyszała dzwonek swojego telefonu. Spojrzała na wyświetlacz. „Radosław Kuna”. Drgnęła. Kolega Krynickiego, lokalny agent nieruchomości, który pierwszy pokazał jej dom na wzgórzu. Zaproponował wsparcie podczas przetargu i dość swobodnie informował, że zna tu wiele osób i może pomóc w różnych sprawach. Od kilku tygodni nie mieli kontaktu, ale wiedział, że pierwszy przetarg unieważniono i Ruta przystąpiła do kolejnego. Może dzwoni w tej sprawie? Spojrzała na Staśkiewicza.
– Przepraszam. – I odebrała połączenie. – Ruta Rosieńska, słucham – zaczęła oficjalnie.
– Radek Kuna z tej strony, witam. Pani Ruto… – Tak ją nazywał, pomijając stopień służbowy. – Dzwonię, bo mam sprawę. Nie z mojego poletka, to od razu powiem. Odezwał się do mnie znajomy…
– Przepraszam, ale teraz jestem w terenie, na interwencji, więc skoro to nic oficjalnego… – weszła mu w słowo, ale i on jej przerwał:
– Oficjalne właśnie.
Zawahała się.
– Dobrze, to słucham.
Piotr Staśkiewicz oglądał ulistnienie rosnącego obok nich drzewa, ale Ruta miała wrażenie, że stara się usłyszeć, o czym rozmawia.
– Zadzwonił do mnie znajomy Antoni Mażejko. Pszczelarzem jest, mieszka w Szurpiłach. Starszy człowiek, poważny, solidny. Od lat kupuję od niego miód, pyszny, nieoszukany. On się nie ogłasza, to wszystko pocztą pantoflową działa, więc jakby pani chciała, to mogę zamówić. Choć teraz to nie wiem, jak będzie, bo zdarzyło się tam coś dziwnego. Od razu mówię, że nie byłem na miejscu, ale stary Mażejko to człowiek z poprzedniego pokolenia, głowy by nie zawracał bez potrzeby. Odezwał się do mnie, bo wie, że ja znam wszystkich, a kiedyś wspomniałem, że nową szefową posterunku też. On tam dzwonił do was, ale nikt nie odbierał, dlatego mnie poprosił o radę i pomoc. Roztrzęsiony był, słyszałem to w jego głosie. Chodzi o pszczoły. One mu poumierały. Nie wiem, czy wszystkie, ale chyba dużo. Nagle. I on podejrzewa, że zostały otrute.
– Otrute – powtórzyła Ruta, bo Kuna umilkł, czekając na jej reakcję. Kątem oka dostrzegła, że Staśkiewicz znieruchomiał, nasłuchując.
– Dlatego, że ktoś zatruł wodę w jeziorze.
Ruta przeniosła spojrzenie na granatową taflę Jeziora Sudawskiego, zwanego przez miejscowych Bobrowym.
– Tak Mażejko powiedział. Że jego pszczoły przy brzegu leżą, a woda w jeziorze czerwona jakby krew.
Minęła tablicę z napisem Rutka-Tartak. Gdy dojeżdżała do posterunku, zauważyła zaparkowanego przed nim Golfa. Zawahała się, ale włączyła kierunkowskaz i zjechała z drogi.
Drzwi były otwarte. Z kuchni dobiegały jakieś odgłosy. Ruta ruszyła korytarzem w tamtą stronę. Na wysokości lustra się zatrzymała. Lekko się wychyliła ku szklanej tafli. Spojrzała na swoje odbicie. Wyglądała dobrze. Lustro lata świetności miało za sobą, więc obraz nie był jak żyleta, ale nawet w nowszych egzemplarzach prezentowała się nieźle. Opalona, z gładką cerą. Dużo chodziła, prawie każdego dnia przed pracą robiła półgodzinny spacer szybkim tempem, weekendy spędzała aktywnie. Krok miała bardziej sprężysty, plecy prostsze. „To dlatego, że zrzuciłaś z barków różne ciężary. Przede wszystkim Arka”, stwierdziła Anka, gdy Ruta podzieliła się z nią tą obserwacją. „No i masz tam obok młodą krew”. Ruta prychnęła wtedy, późniejsze aluzje do towarzystwa posterunkowego Patryka Wasilkiewicza zbywała krótkimi: „weź”, „przestań” lub dłuższym: „nawet tak nie żartuj”. Ale…
– O. – Usłyszała. – Cześć.
Z trudem się powstrzymała, żeby nie odskoczyć od lustra. Przesunęła palcem pod okiem, zamrugała.
– Hej. – Odwróciła się w stronę posterunkowego. – Coś mi chyba wpadło do oka i drażni. – Kilka razy zacisnęła powieki. – Zatrzymałam się po sól fizjologiczną, mamy w apteczce.
– Już ci podaję.
Wasilkiewicz obrócił się i zniknął w kuchni. Ruta wzięła głębszy oddech i powoli wypuściła powietrze. „Weź”, pomyślała. „Weź się”.
– Proszę.
Posterunkowy stanął obok niej z przezroczystą ampułką w dłoni. Ruta odłamała końcówkę, przechyliła głowę i nacisnęła pojemniczek. Poczuła, jak płyn obmywa jej gałkę oczną. Kilka razy mrugnęła, pozwalając mu wypłynąć.
– Chyba już. Co za ulga. – Uśmiechnęła się, wycierając policzek wierzchem dłoni. – A ty co tu robisz?
– Wracałem od kolegi, szybciej niż myślałem, to już sensu nie było do domu jechać. Mogę cię od teraz zmienić, jak jest potrzeba.
– Potrzeba jest inna – powiedziała Ruta. – Mamy zgłoszenie w Szurpiłach.
*
– Nie wydaje mi się, żeby to był nielegalny – stwierdził Patryk. – Kontrole przecież są i niemiejscowi od razu są wyhaczani. Turysta to zwykle inaczej wygląda. Jeśli się akurat trafi. Bo tak generalnie to posucha jest. Ten kumpel, u którego dziś byłem, opowiadał mi. Jego rodzice prowadzą agroturystykę w Puszczy Romnickiej. I mówią, że w tym roku gorzej nie tylko z powodu remontu drogi. Ten to zresztą potrwa, bo muszą więcej zrywać niż zakładano. Okazało się, że tam dużo gliny, trzeba ją wywieźć, podsypać czymś innym.
– A to jakaś wiedza tajemna? Ci, co budują, nie wiedzieli o tym?
Patryk się uśmiechnął.
– Jak widać nie. Albo może myśleli, że jakoś to będzie. Najważniejsze to przetarg wygrać, a potem się zobaczy.
Ruta pokiwała głową. Do rozstrzygnięcia przetargu na chałupę w Wiłkupiach zostało jeszcze trochę czasu. Na razie była jedyną chętną. I dobrze wiedziała, co ją czeka, jeśli stanie się właścicielką tego miejsca. Nic więcej, ponad to, co już się tam wydarzyło, nie mogło jej zaskoczyć. Chyba.
– Tak sobie myślę – ciągnął posterunkowy – że to mógł być jakiś preppers. To się zrobiło modne, na Suwalszczyznę też przyjeżdżają tacy faceci. Nawet dziś o tym z Tomkiem, tym moim kumplem, rozmawialiśmy. On kiedyś organizował w puszczy obozy survivalowe, taki miał pomysł na życie. Potem przyszła pandemia, bezruch, a teraz ludzie sami się tym zajmują.
– Jeśli mają przetrwać, to muszą być zorganizowani – przyznała Ruta.
– No fakt. To może ktoś taki tam był?
– I zostawił tę pałatkę?
– Niby nie pasuje, ale może to był początkujący preppers?
Teraz uśmiechnęła się Ruta. Patryk miał poczucie humoru, co na początku ukrywał, albo inaczej – co było przykrywane spięciem, jakie czasem u niego obserwowała – jakby w pracy czuł się egzaminowany. Ale to już prawie, prawie minęło.
– Wracając, zadzwoniłam do Mariusza, żeby oni się temu przyjrzeli, jeśli chcą. To raczej dla pograniczników, nie dla nas.
– Ta zapaskudzona woda to też chyba nie dla nas?
– Pewnie nie. Zawiadomimy służby. Wody Polskie albo WIOŚ. Chyba że tam blisko jest plaża czy inne kąpielisko, to wtedy też Sanepid.
– Nie widzę obok żadnego zakładu przemysłowego, żeby ktoś miał do wody ścieki wpuszczać. – Patryk Wasilkiewicz wpatrywał się w mapę na komórce. – No ale to nie dziwi, tu nie takie okolice. Sytuacja jest nawet odwrotna, tak bym to ujął, bo jest źródełko nad jeziorem Pobondzie, zaraz by trzeba było skręcić. – Przeniósł wzrok z ekranu telefonu na prawą stronę drogi.
– Nie widziałam źródełka, a nad tym jeziorem byłam. Ładne, choć w Wiżajnach ładniejsze.
– Bo to jest małe. – Patryk znowu patrzył na ekran smartfonu. – W opiniach na Google’u piszą na przykład: „Woda lodowata pomimo upałów. Pić raczej nie polecam. Atrakcja nie jest dla wszystkich, niektórych może rozczarować (to po prostu rurka wystająca z ziemi)”.
Ruta się roześmiała. Czasem, gdy potrzebowała rozrywki, czytała właśnie recenzje na mapach. Było tam dużo internetowego dobra, naprawdę przydatne informacje, ale i sporo tekstów takich jak ten, które więcej mówiły o piszących niż o ocenianych miejscach czy usługach.
– Pamiętasz jakąś podobną sytuację w tych okolicach, że ktoś działał na szkodę środowiska? – zapytała.
Wasilkiewicz pokręcił przecząco głową.
– Nie. Tu przecież prawie nie ma ludzi. Musiałby ktoś specjalnie przyjechać z daleka, żeby truć wodę. Koło swoich domów też raczej nie, przecież sobie szkodzić nie będą, zwłaszcza że ktoś wodę ze studni bierze.
– Fakt. – Ruta pokiwała głową.
– Natomiast miała tu być wielka inwestycja, w Krzemiance, ale to dawno temu – ciągnął Patryk. – To bardzo ciekawy temat, trochę o tym czytałem. – Coraz bardziej się ożywiał. – Zaczęło się jeszcze przed wojną, to znaczy przed trzydziestym dziewiątym. Zauważono, że samoloty, które przelatują nad Krzemianką właśnie, mają problemy z kompasami, bo one zaczynają w tych okolicach wariować. W latach sześćdziesiątych powstały pierwsze odwierty i wtedy się okazało, że są tu duże złoża rud żelaza. Zapadła decyzja, że powstanie kopalnia głębinowa w okolicach Jeleniewa, czyli tam, gdzie zaraz będziemy. Ona miała się znajdować całkowicie pod ziemią, żeby nie zmieniać krajobrazu. Koszt był gigantyczny, więc wzięliśmy kredyt u Niemców. Założenie było takie, że spłacimy go tym, co będzie wydobywane. Przy okazji tych planów bardzo rozbudowano Suwałki i wtedy właśnie podjęto decyzję, że powstanie nowe osiedle, teraz się nazywa Północ. Tam chyba mieszkasz, prawda?
– Prawda. – Ruta kiwnęła głową.
– To niezłe miejsce do życia. Wszystko tam jest, bloki są niskie, jest zielono. Nieźle, prawda?
– Wolałabym Wiłkupie.
Ruta myślała o tym osiedlu przez pryzmat swojego – czyli Krynickiego – mieszkania, co od razu obniżało punktację.
– Pewnie. Co swoje, to swoje. I jak jeszcze łąka czy las za oknem. A wracając do kopalni, to planowano, że materiału do wydobycia wystarczy na trochę mniej niż pół wieku, ale to chyba pozostanie już na zawsze niesprawdzone, bo ostatecznie nawet nie rozpoczęto prac. Przemiany ustrojowe – dodał i popatrzył na Rutę tak, jakby sam był ich świadkiem.
– Tak, to wiele zmieniało – odpowiedziała. Znała tę cezurę z własnego doświadczenia.
– Potem ten temat jeszcze wracał, ale nic z tego nie wyszło, bo już się więcej mówiło o tym, jaka ta nasza Suwalszczyzna piękna i unikatowa. I że najcenniejszym dobrem jest tu przyroda, która musi zostać w swojej naturalnej postaci.
– Czerwonemu jezioru się nie udało – stwierdziła Ruta. – Dobra, jesteśmy w Jeleniewie, to teraz w prawo i mamy wypatrywać na poboczu tabliczki z pszczołą. Taki nieduży kierunkowskaz z numerem domu.
– Myślałem, że z miodem, skoro on jest pszczelarzem. Tak by było chyba sensowniej. Bardziej handlowo – orzekł Patryk.
– Kuna mówił, że on się nie reklamuje, bo ma stałych klientów i jedni drugim go polecają.
– Znaczy, dobry jest. Ale tutaj to częste.
Ruta pokiwała głową. Sama w ten sposób kupowała sery od dziewczyny, której, jak ma nadzieję, będzie sąsiadką. Daleką, ale sąsiadką.
– Jest, tam, przed drzewem – zauważył Patryk.
Rzeczywiście, na prostokątnym kawałku drewna, zakończonym z jednej strony trójkątnym wycięciem oznaczającym nakaz skrętu, była namalowana pszczoła w locie.
– Nawet ładna – ocenił posterunkowy. – Taka duża i podobna do siebie. On naprawdę musi je lubić, ale jak ktoś hoduje pszczoły, to nie dziwi.
Droga zmieniła się z asfaltowej na szutrową, zrobiła się też węższa.
– Dwa samochody się tu nie miną – stwierdził Patryk.
– Chyba nieczęsto dwa w tym samym czasie się tu zdarzają. Gdyby nie ten kierunkowskaz, to bym się zastanawiała, czy dobrze jedziemy.
SUV powoli toczył się wśród łąk, zostawiając za sobą chmurę pyłu.
– Droga się rozwidla. – Ruta patrzyła przed siebie. – My w prawo, bo tu też kierunkowskaz, ale dalej również ktoś mieszka.
– Daleko od cywilizacji, nawet jak na Suwalszczyznę. Ciekawe, jak sobie w zimie radzą. – Zainteresował się posterunkowy.
– Jeśli ktoś tak mieszka, to sobie radzi – zawyrokowała Ruta. Droga niknęła w zagajniku, by po chwili wynurzyć się na polanie. – Albo i nie – dodała, gdy zobaczyła dom, w którym mieszka pszczelarz. Mały, parterowy, z miniaturowym gankiem i ławką zrobioną z bala i ustawioną wzdłuż frontowej ściany budynku. Siedział na niej mężczyzna, który na ich widok się podniósł i powoli podszedł do radiowozu.
– Dziękuję, że pani przyjechała. I pan. Pan Kuna pomocny tu był – mówił z zaśpiewem, który sugerował, że pochodził ze Wschodu. – To ja jestem Antanas Mażejko. Antoni znaczy się.
Nie pomyliła się.
– Aspirant Ruta Rosieńska, posterunkowy Patryk Wasilkiewicz – dokonała prezentacji. – Proszę powiedzieć, co się tu wydarzyło.
Przez twarz mężczyzny przebiegł grymas bólu.
– Nieszczęście. Prawdziwe nieszczęście.
Za ich plecami rozległ się dźwięk silnika. Cała trójka obejrzała się w tę stronę. Ruta rozpoznała dużą terenówkę, należała do Radosława Kuny.
– Dzień dobry! – Agent nieruchomości przywitał się z nimi z daleka, gdy tylko energicznie wysiadł z samochodu. – Nie przeszkadzam? – zapytał, gdy podszedł bliżej. I nie czekając na odpowiedź, dodał: – Byłem w okolicy, to pomyślałem, że zajadę. Zwłaszcza że miody na mnie czekają, prawda, panie Antoni?
Mężczyzna pokiwał głową. Był niski, w wieku około siedemdziesięciu kilku lat, a może więcej. Miał rzadko dziś spotykaną budowę ciała – szerokie, proste ramiona, ciało zbite, twarde, jakby wyrzeźbione w drewnie.
– Czekają. Ale co z nowymi będzie… – Głos mu zadrżał, co w zestawieniu z jego krzepkością robiło tym większe wrażenie. – W spiżarni stoją, z karteczkami, górna półka po lewej, niech pan pójdzie, bo ja tu… – Przez chwilę się zawahał. – Gości mam.
– Mogę poczekać, nie ma problemu. – Kuna machnął ręką. – W sumie to chętnie bym zobaczył tę wodę w jeziorze. Wprawdzie z drugiej strony, ale mam nad tym jeziorem działkę w ofercie. Muszę być na bieżąco. Mogę dołączyć, pani Ruto? Miejsce zbrodni to nie jest, więc chyba… – Zawiesił głos.
Ruta kiwnęła głową.
– A mnie się wydaje, że zbrodnia była – odezwał się Mażejko. – Moi przyjaciele przecież nie żyją.
Ruta pomyślała, że to przesada, żeby tak nazywać owady. Pies, kot – okej, to przecież bliscy towarzysze, ale pszczoły? Spojrzała na gospodarza.
– Proszę nas zaprowadzić.
Antoni Mażejko ruszył ścieżką, która od domu prowadziła łagodnie w dół zbocza, żeby na chwilę zniknąć wśród drzew i zapewne wynurzyć się przy jeziorze, które według mapy miało być w dole.
– Wezmę rzeczy z samochodu – powiedziała Ruta do Patryka. – Ty już idź.
Posterunkowy ruszył za Mażejką, a Ruta cofnęła się do radiowozu. Otworzyła bagażnik i wyjęła z niego torbę.
Kuna czekał na nią.
– Niech się pani do niego nie zraża – powiedział. – On się może wydawać przesunięty, jak to się mówi, ale to dobry facet. Uczciwy i z głową u niego wszystko w porządku.
– Myśli pan, że potrzebuje adwokata? – Ruta ruszyła w stronę jeziora. Była na siebie zła, że nie zachowała się asertywnie wobec Kuny. Facet wszędzie czuł się jak u siebie. Mażejko i Wasilkiewicz właśnie wchodzili do lasu.
– Nie, na pewno. Chodzi mi tylko o to, że on ma wszystkie klepki na miejscu. Tylko te pszczoły tak bardzo kocha.
– To już wiem. „Przyjaciele”.
– A, to nie tak. – Kuna się ucieszył. – On mi to kiedyś tłumaczył, bo też się na początku dziwiłem, że on tak o owadach. Widzi pani, on ma litewskie korzenie. W Puńsku się urodził, tu przyjechał za żoną. Dawno temu, jak był młody. Ona umarła. Od kiedy go znam, jest wdowcem, drugi raz się nie ożenił.
– Biedny starszy człowiek.
– I tu znowu nie. To znaczy teraz jest biedny, bo mu smutno, ale co do finansów, to biedy tu nie ma.
– Nie wygląda na krezusa.
– Pozory mylą. On tu ma hektary ziemi, a w nich majątek. Małą część sprzedał, żeby dzieciom pomóc. Dwóch synów ma i córkę. Ziemię też im dał. Synowie tu mieszkają, pobudowali się nad tym samym jeziorem, ale z innej strony. Działkę im podarował, pieniądze chyba również, biznesy jakieś prowadzą. Córka studiuje. A on jeszcze ma tej ziemi, że ho, ho. Ale sprzedać nie chce. Kilka razy pytałem. W końcu odpuściłem.
Ruta szła ścieżką. Musiała przyznać, że było tu pięknie. Ziemia w tym miejscu, zwłaszcza z linią brzegową, musiała dużo kosztować.
– No dobrze, a co z tymi „przyjaciółmi”. Dlaczego to nie „nie tak”? – Odwróciła się w stronę Kuny.
– No właśnie, bo w końcu nie powiedziałem. Jak tylko w grę zaczynają wchodzić nieruchomości, to zapominam o wszystkim innym. On jest Litwinem, po jednym z rodziców, chyba ojcu. Nieważne. Ważne, że za dzieciaka mówił po litewsku, zresztą słychać, że ma inny akcent. Też się kiedyś zdziwiłem, że on o pszczołach tak mówi, ale mi wyjaśnił, że w litewskim to się pokrywa. Że tam wyraz przyjaciel od słowa pszczoła utworzony. Nie pamiętam tych wyrazów, to już by trzeba…
Ruta się zatrzymała, Kuna zaraz za nią. Kilka kroków przed nimi, z boku, tak, by nie zasłaniać widoku, stali posterunkowy i gospodarz. A na wprost, na ziemi i na pomoście coś się bieliło, błyszczało w słońcu. I tą bielą kontrastowało z czerwoną wodą.
Ruta się wzdrygnęła. Jej umysł nie potrafił jednoznacznie zinterpretować tego obrazu. Podeszła bliżej i wtedy zrozumiała, że patrzy nie na ziemię pokrytą błyszczącymi drobinkami, tylko na trawę zasłaną martwymi pszczołami, tak, że całkowicie przykrywały jej zieleń. A to, co tak błyszczało w słońcu, to były ich skrzydełka.
– Rany – szepnęła.
– Kur…de, rzeczywiście. Co tu się stało? – Kuna pokręcił ze zdumieniem głową.
Ruta nie miała pojęcia. Sięgnęła po aparat i zrobiła kilka zdjęć. Z oddali i w przybliżeniu, znowu opanowując dreszcz emocji. Nigdy czegoś takiego nie widziała.
– Ja je pozbieram, ale czekałem, aż pani przyjedzie. Pozbieram i pochowam – powiedział Mażejko.
– Czy to może być jakaś choroba? – zapytała Ruta.
– Nie, to żadna choroba. To ich zabiło. – Antoni Mażejko wyciągnął przed siebie rękę.
Ruta spojrzała na jezioro. Najwięcej martwych pszczół leżało tuż przy brzegu. Mrużąc oczy, można by pomylić ich skrzydełka z pianą, jaka się czasem tworzy na wodzie dobijającej do brzegu. Za nimi rozciągała się wielka czerwona plama, która stopniowo wtapiała się w granat, przy czym robiła to nierównomiernie – największe wysycenie kolorem było po obu stronach, dalej od brzegu.
Ruta podeszła bliżej. Znowu zaczęła robić zdjęcia. Kucnęła.
– I co myślisz? – Usłyszała za sobą. Posterunkowy podszedł do niej. Mażejko i Kuna zostali na swoich miejscach.
– Nie mam pojęcia. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Te pszczoły to jak z jakiegoś katastroficznego filmu – mówiła cicho, żeby mężczyźni ich nie słyszeli. – Czerwień rzeczywiście wygląda na coś chemicznego, bo nawet jak się spojrzy pod odpowiednim kątem, to widać takie błyszczące oka, jak po benzynie. A piana… Piana to chyba zjawisko naturalne. – Spojrzała na Patryka. On się wychowywał w naturze, mógł wiedzieć. Nie myliła się.
– Zwykle tak. W wodzie jest dużo naturalnych rzeczy. Glony, rośliny, liście, czasem nawozy, czy to co z pola spłynie. Im więcej tego, takich substancji odżywczych, martwych, rozkładających się, tym woda się bardziej pieni. To nie musi być nic złego, póki kolor jest biały i nie ma nieprzyjemnego zapachu.
– To tu dużo tej martwej materii organicznej musi być. – Podniosła się i przebiegła wzrokiem po tafli jeziora. – Chyba więcej niż w innych miejscach. – Sięgnęła do plecaka i wyciągnęła z niego lornetkę. – Tam gdzie był bezpośredni dostęp do jeziora, nic się nie kłębiło przy brzegu. – Mało takich zejść, ale tam czysto. Czerwieni też nie ma. – Podała lornetkę Patrykowi. I znowu spojrzała na wodę blisko nich. Czerwień rozciągała się w głąb jeziora, gdzie powoli zanikała. Ruta przeniosła spojrzenie na otaczający ich teren. Stali w miejscu, które można by nazwać zakolem. Teren przypominał tu podkowę, a oni znajdowali się w miejscu największej wypukłości. Ziemia za ich plecami była wyniesiona, oba końce „podkowy” z podobnym nachyleniem opadały ku wodzie.
– Wygląda tak, jakby ten syf spłynął ze wzniesienia – powiedziała Ruta. – Ale to nie bardzo ma sens, bo przecież po prawej mieszka Mażejko. Nie wygląda na takiego, co niszczy przyrodę. I swoje ukochane pszczoły przy okazji.
– No właśnie – zgodził się Patryk. Odsunął lornetkę od oczu i teraz przyglądał się Rucie.
– Sprawdź na mapie, czy tam, po lewej, ktoś mieszka. Stąd nic nie widać, drzewa zasłaniają.
– Już.
Patryk sięgnął po komórkę. Ruta zaś weszła na pomost. Widać było, że drewno, z którego zrobiono podest, ma swoje lata, ale jednocześnie widać było także, że ktoś dbał o to miejsce, naprawiał je i konserwował. Powoli szła na koniec, gdzie była zacumowana łódka, i rozglądała się na boki. Z prawej strony szuwary prawie dochodziły do pomostu, z lewej – rosły w pewnym oddaleniu. Deski były czyste, ale woda pod nimi – brudna. Ruta przyglądała się prześwitom. Powinna widzieć piasek na dnie, bo tutejsze jeziora były czyste. Czasami występowała piana zalegająca przy brzegu, co świadczyło o tym, że dużo w nich…
Ruta przystanęła. Zrobiła krok do przodu i lekko się pochyliła.
– Z satelity widać, że coś tam pobudowane. – Dobiegł głos posterunkowego z tyłu.
…martwego materiału biologicznego, dokończyła myśl w głowie, wpatrując się w punkt na wodzie, który przyciągnął jej spojrzenie jasnym kolorem, odcinającym się od czerwieni.
To był ludzki palec.
– Poczekaj. – Głos Marcina Krynickiego na chwilę odpłynął, robiąc miejsce dla szumu zmieszanego z tekstem płynącym z radia: „Trochę poryło mi łeb, ale wciąż jak sklep wielki. Kiedyś byłem mały, no a teraz jestem wielki. Zbudowałem królestwo”.
Ruta nie dowiedziała się, co było dalej, bo źródło dźwięku zostało wyłączone. Śpiewał Mata, tak się jej przynajmniej wydawało, bo to był jedyny raper, jakiego kojarzyła. Zdecydowanie nie jej muzyczne rejony, ale chyba rozumiała, dlaczego młodzi lubią tego chłopaka i jego piosenki. Ale do Krynickiego ten klimat zupełnie nie pasował, dlatego pomyślała, że komendant jest w samochodzie, słucha radia i dokądś jedzie. Piątek, dochodziła szesnasta, czyli to nie był powrót z pracy, bo już zdążyła się zorientować, że w ładne, przedweekendowe dni Krynicki opuszcza wielki budynek przy Pułaskiego o porach pozwalających na „korzystanie z życia”.
– Co oni teraz puszczają w tym radiu? – Krynicki wrócił, potwierdzając przypuszczenia Ruty co do jego miejsca pobytu. – Sam czasami klnę, ale żeby z tego robić muzykę? I to taką nierytmiczną. Dobra, to z czym dzwonisz? Zakładam, że to coś serio, bo mamy piątek, a piątek to już weekend. Na ryby właśnie jadę.
Ruta spojrzała na jezioro. Nadal była na pomoście. Obok niej, na deskach, leżała foliowa torebka z zabezpieczonym dowodem. Na brzegu stali Mażejko, Kuna i posterunkowy. Odesłała go do nich, kiedy tylko zeszło mu z twarzy zdumienie pomieszane z obrzydzeniem. Jej pierwszy kontakt z fragmentem ciała unoszącym się na wodzie przyniósł podobną reakcję. Choć właściwie nie – pierwsze było niedowierzanie. Niby wiedziała, co widzi, ale mózg jakby nie chciał tego przyjąć. Przyjechała tu z założeniem, że trafiła się jej sprawa dotycząca zanieczyszczania środowiska, a nie… Morderstwa? Czy jeden odcięty palec czynił całego trupa?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
