To mogła być ona - Lisa Jewell - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

To mogła być ona ebook i audiobook

Lisa Jewell

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

63 osoby interesują się tą książką

Opis

Są miejsca, do których nigdy nie powinno się wracać.

Jane Trevally spaceruje z psami po swojej wiejskiej posiadłości, gdy znikąd pojawia się mały biały terier. Jest sam. Nie ma przy nim właścicielki – nastoletniej dziewczyny, która niedawno wynajęła domek w tej okolicy.

Gdy dziewczyna zostaje uznana za zaginioną, Jane postanawia odwieźć psa do jego zarejestrowanego właściciela w Londynie. Trop prowadzi do Thornwood – podupadłego domu ukrytego w odludnej części Hampstead.

Już od progu Jane wie, że popełniła błąd. Zna to miejsce. I zrobiłaby wszystko, żeby nigdy więcej go nie zobaczyć.

Mężczyzna, który otwiera drzwi, nie jest tym, którego pamięta. Twierdzi, że nic nie wie o zaginionej nastolatce. Ale przez okno Jane dostrzega kobietę o spojrzeniu pełnym lęku.

Wspomnienia sprzed dwudziestu pięciu lat wracają z całą mocą. Jane jest przekonana, że Thornwood skrywa odpowiedzi – dotyczące losu zaginionej dziewczyny, jej własnej traumatycznej przeszłości i sekretów, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 429

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 3 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin Władyniak

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Zaczytana36

Nie oderwiesz się od lektury

Jane w trakcie spaceru ze swoimi psami natyka się na zagubionego teriera. Kobieta jest bardzo zdziwiona, bo wiedziała, że opiekunka psa nigdy nie spuszczała go z oka. Nigdzie jej jednak nie ma, a nikt z pytanych przechodniów nie widział jej w ostatnim czasie. Wszystko wskazuje na to, że te ślady po kobiecie doprowadzą Jane prosto do miejsca, o którym od wielu lat tak skrupulatnie próbowała zapomnieć. Do mrocznej posiadłości Thornwood, w której sekrety sprzed dwudziestu pięciu lat tylko czekają na odkrycie. „To mogła być ona” Lisy Jewell to kolejne dzieło spod pióra autorki, które bez reszty wciągnęło mnie w skomplikowany świat bohaterów. Sposób, w jaki autorka odkurza ich trudne wspomnienia, o których starają się zapomnieć, przypomina pracę skrupulatnego chirurga. Przeglądając ich umysły, odsłania ona najgłębsze zakamarki ich pamięci, a także przeżyte w przeszłości traumy, które co rusz rzucają na sprawę nowe światło. Natomiast napięcie na kartach owej historii są dawkowane z ogromn...
00



Tytuł oryginału: It Could Have Been Her

Copyright © Lisa Jewell, 2026

Copyright © for the Polish translation by Joanna Zalewska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa

Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Aleksandra Trzyszczyk

Korekta: Mirosław Ruszkiewicz, Mirosław Krzyszkowski

Projekt okładki i strony tytułowe: Daniel Rusiłowicz

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-91-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Prolog

4 CZERWCA 2005 R.

Spodobała mi się ta dziewczyna. Miała ładny uśmiech. Była sympatyczna. Dało się wyczuć, że nas lubi. Pytała o wiele kwestii związanych z domem. Od jak dawna tu mieszkamy, kiedy go wybudowano i czy znamy jego historię. Tatuś był dla niej bardzo miły, jak dla wszystkich nowo poznanych ludzi. Mamusia była, rzecz jasna, nieprzyjemna. Zresztą jak zawsze. Moja starsza siostra tylko się na nią gapiła, jakby nigdy wcześniej kogoś takiego nie widziała. Ja – przeciwnie. Rozglądałem się dookoła, byleby tylko nie skierować na nią oczu, bo patrzenie na nią wprawiało mnie w dziwne zakłopotanie, a nie chciałem, żeby uznała mnie za dziwaka.

– A to co za…? – Wskazała na moją koszulkę.

Mój ulubiony T-shirt, dostałem go od rodziców na urodziny. Z przodu miał nadrukowany czerwony nos i wielkie niebieskie usta, a do kieszonki przypięty był plastikowy kwiatek z pompką na dole. Napełniało się ją wodą i prosiło ludzi, by powąchali roślinkę, żeby w tym momencie móc nacisnąć gruszkę – zwykle ukrytą w kieszeni – i prysnąć im wodą prosto w twarz. Tyle że wtedy w środku nie było wody, bo nie spodziewałem się gości. Gdybym wiedział, na pewno bym ją napełnił. Choć właściwie to chyba i tak bym tego nie zrobił, bo ta dziewczyna była naprawdę ładna i nie chciałem sprawić jej przykrości, gdyby uznała, że to przecież wcale nie jest zabawne.

– Ach… – Starałem się brzmieć na wyluzowanego. – To moja koszulka klauna. Zbieram wszystko, co ma związek z klaunami.

Opowiedziałem jej o cyrku, który przyjeżdżał na Heath każdego lata, o tym, że to był mój ulubiony czas w roku. Potem pokazałem jej, jak działa sztuczka z psikającą wodą, a ona uśmiechnęła się i powiedziała:

– Fajne.

Opowiedziała nam, że właśnie ukończyła studia z zakresu technologii muzycznej i chce zostać inżynierem dźwięku. Tata wspomniał, że to dość niezwykłe, bo to raczej męska branża, a dziewczyna odparła, że to jej nie zniechęci. Tata się roześmiał, a mama tylko westchnęła, jakby to wszystko było dla niej strasznie nudne.

Dziewczyna zdradziła nam, że umie grać na gitarze, a moja siostra powiedziała, że też się uczy, więc przez chwilę o tym rozmawiały, a ja spędziłem ten czas, patrząc na dziewczynę i oddając się emocjom. Czułem silny napływ krwi w lędźwiach, piekło mnie tam i mrowiło, jakbym cały spiął się w oczekiwaniu na dotyk. Wtedy dziewczyna spojrzała na zegarek. Stwierdziła, że musi już iść. Miała spotkać się z przyjaciółmi na drinka w pobliskim pubie, a już była spóźniona.

Zauważyłem, jak tata rzuca mamie spojrzenie. Choć byłem tylko dzieckiem, rozumiałem je doskonale.

– Na pewno nie dasz się skusić, by zostać trochę dłużej? – zaproponował tata. – Annie zrobiła sernik.

– O, jaki? – zapytała z błyskiem w oku.

Tata znów spojrzał na mamę. Ta odpowiedziała:

– Z truskawkami. Dziewczyna się uśmiechnęła.

– Właściwie to moi znajomi pewnie i tak nie liczą, że się pojawię. Mówią na mnie „Claire-Widmo”.

Dziewczyna została.

1

Ósmego maja dwa tysiące dwudziestego szóstego roku Jane Trevally robi coś przerażającego.

Zaprasza do swojego domu agentkę nieruchomości.

Dom Jane to rozpadająca się, georgiańska rezydencja o nazwie Rosebery Hall, odziedziczona po rodzicach, którzy zmarli wskutek chorób wywołanych alkoholem. Odeszli w odstępie zaledwie ośmiu miesięcy, gdy Jane miała dziewiętnaście lat. Jej młodszy brat zmarł dziesięć lat później na skutek udaru ponarkotykowego. Obecnie Jane Trevally jest jedyną właścicielką tego wielkiego, dziwacznego gmaszyska na wsi, które wymaga miliona funtów nakładu, po to tylko, by przestało obracać się w ruinę.

Główny budynek mieści dziesięć sypialni na piętrze, a na parterze osiem ogromnych pomieszczeń połączonych w jedną całość. W teorii, gdyby nie wynędzniałe perskie dywany walające się licznie po wysłużonych podłogach, dałoby się przejechać na rolkach z jednego końca domu na drugi. Na tyłach posesji stoi rząd trzech małych domków, które Jane od lat planuje przerobić na apartamenty pod wynajem. Obecnie budynki są w opłakanym stanie i lada chwila mogą się całkowicie rozpaść. Jest też ziemia – pięć akrów trawników i lasu oraz dzika łąka, która w czasach dzieciństwa Jane służyła za wybieg dla pięciu osłów i trzech lam. Nigdy nie zdobyła się na to, by po ich śmierci sprowadzić na łąkę kolejne zwierzęta i teraz teren zarasta gąszczem jeżyn i głogu.

Powinna się tego wszystkiego pozbyć, spieniężyć majątek i oddać go w ręce kogoś, kto ma czas, serce i środki, by przywrócić mu dawny blask. To jej rodzice zapoczątkowali degradację posiadłości, nie inwestując w nią ani grosza. Zamiast porządnych remontów szli w prowizorkę: łatanie przecieków, zasłanianie ubytków, przykrywanie wszystkiego tanimi tapetami i lichymi dywanami. Jane zrobiła niewiele, by zatrzymać ten proces.

W ciągu ostatnich trzydziestu lat dwukrotnie wychodziła za zamożnych mężczyzn, którzy mieli już własne rodziny i obaj kazali jej podpisać intercyzę. Wydała większość pieniędzy z ugód po tych nieudanych małżeństwach. Przekazała środki schroniskom dla psów, budowlańcom, monterom rusztowań i dekarzom. A teraz ma już tylko to: kupę cegieł i zaprawy, garść wspomnień, wszechobecną wilgoć, materace przesiąknięte moczem i tanie perskie dywany. Ten mały zakątek Dorset to wszystko, co naprawdę do niej należy. No, poza jej czterema psami.

Serce łomocze Jane w piersi, kiedy młoda, olśniewająca Chloe Flint krąży po domu – tym samym, którego Jane w równym stopniu nie znosi i kocha – i snuje opowieści o różnych typach kupujących. Wspomina inne, podobne nieruchomości, które sprzedała, mówi o oryginalnych oknach ze szprosami, o wynajmie wakacyjnym, o idealnym miejscu na basen w ogrodzie z równym trawnikiem. Jane kiwa głową i się uśmiecha, jest ujmująca, pozwala tej miłej dziewczynie wierzyć, że naprawdę, no naprawdę zamierza sprzedać ten dom, i że jest całkiem, całkiem zwyczajna, zupełnie normalna i sympatyczna, tak jak wygląda: przeciętna kobieta sprzedająca zaniedbany dom, który nie jest już tym, czego chce ani potrzebuje. A tymczasem w środku krzyczy bezgłośnie: wyjdź, teraz, proszę, błagam, wyjdź – jej serce przyspiesza, oddech sprawia ból. A gdy tylko Chloe opuszcza dom, zostawiając za sobą jeszcze trochę pogodnych słów o wycenach, mailach i wieńczące „jesteśmy w kontakcie”, Jane zamyka za nią drzwi i wybucha płaczem.

Godzinę później, kiedy udaje jej się jakoś dojść do siebie, zabiera psy na spacer wśród ostatnich kęp wiosennych dzwonków. Słońce nad jej głową prześwituje przez zielony dach z liści, a pupile pędzą ścieżką kilka kroków przed nią. Ma cztery psy – żadnych suczek – i ponieważ nigdy nie miała własnych dzieci, to właśnie zwierzęta są całym jej światem. Zresztą podejrzewa, że nawet gdyby miała potomstwo, niewiele by się w tej kwestii zmieniło. Ma za to całkiem liczną gromadkę pasierbów – pięcioro, a ponadto jeszcze jedno „przyszywane wnuczę” – dzięki czemu dobrze rozumie różnicę między czystą, bezwarunkową miłością psa a bardziej złożoną, zmienną i nierzadko bolesną więzią łączącą rodzica z dzieckiem.

Wyciąga telefon z kieszeni i włącza aparat. Chce uchwycić piękno kontrastu między ciemniejącymi, przekwitającymi dzwonkami, czarną ziemią, zielenią liści i głębokim, rudym odcieniem sierści Briana, jej labradora o lisim umaszczeniu.

– Brian! – woła do czworonoga. – Popatrz na mnie! Brian odwraca się w stronę obiektywu tylko na chwilę.

Jane udaje się zrobić zdjęcie, po czym labrador znów znika, by dogonić resztę stada.

Jane wkłada słuchawki i odnajduje podcast, którego słuchała wcześniej – jak zwykle true crime, zawsze true crime – a potem rusza dalej, podążając za stłumionym szelestem i głuchym odgłosem łap jej psów na ścieżce, która się przed nią snuje. Po chwili jednak wciska pauzę i wyciąga z uszu AirPodsy, ponieważ słyszy szczeknięcie jednego z psów. Czy to Bluto? Podbiega bliżej i ze zdumieniem spostrzega w samym środku grupy małego, białego psiaka. Jej psy są duże, w ziemistych barwach, więc ten drobny, jasny intruz pośród nich wygląda jak nagły rozbłysk światła.

Przybysz czuje się najwyraźniej całkiem pewnie wśród większych czworonogów. Sprawia wrażenie, jakby po prostu miał ochotę na zabawę, ale Jane wie, że Reggie, jej najstarszy i ulubiony podopieczny, nie reaguje na takie propozycje zbyt łagodnie, więc przywołuje swoich pupili i kuca przy małym psie.

– O cholera, kogo my tu mamy? – mruczy, szukając jednocześnie adresówki przy obroży. Pochyla się i wącha jego sierść. Próbuje wyczuć zapach ciepłego, kochającego domu, lecz uderza ją jedynie woń wilgotnej ziemi. Pod palcami, zamiast pełnego brzuszka, czuje wyraźnie zarysowane żebra.

To chyba west highland terrier. Raczej nie spotyka się takich rasowych psów błąkających się samopas po okolicy. Jest przy tym nieprawdopodobnie łagodny i aż rwie się do lizania po rękach.

Jane prostuje się i obraca wokół własnej osi, wypatrując kogoś, do kogo ten słodki uciekinier mógłby należeć.

– Halo! – woła. – Czy jest tu ktoś, kto zgubił małego, białego pieska? Mam go tutaj!

Czeka chwilę, aż jej głos do kogoś dotrze, ale wokół panuje specyficzna, głęboka cisza, która zawsze spowija to miejsce. To jeden z powodów, dla których wciąż tu jest, pięćdziesiąt pięć lat po tym, jak przyszła na świat w tamtym ogromnym, okropnym, a zarazem pięknym i zimnym domostwie. Urodziła się w łóżku rodziców, przy asyście prywatnej położnej i zostawiła na materacu krwawą plamę, która widnieje tam do dziś. Trzyma ją tutaj właśnie ta cisza. Jane już wie, że dzisiaj w lesie porośniętym dzwonkami nie ma nikogo poza nią. Nie ma wątpliwości, że ten pies nie jadł co najmniej od poprzedniego dnia, a może i dłużej. Rozumie, że teraz to ona jest za niego odpowiedzialna. Wzdycha, wyciąga z kieszeni zapasową smycz i przypina ją do obroży znajdy.

– No tak… – Kobieta pochyla się, by podrapać psa za uszami. – Wygląda na to, że musimy zabrać cię do domu i porządnie nakarmić.

Wchodzi bocznym wejściem do sieni, gdzie ściąga psom szelki i smycze, zrzuca kalosze i puchową kurtkę, po czym naciąga grube, podszyte futrem skarpety termiczne, w których chodzi po domu. Daje stadu poprowadzić się do kuchni, wprost do misek. Napełnia je nieprzyzwoicie drogą, surową papką, którą zamawia co miesiąc i przechowuje w zamrażarce. Dla czworonożnego gościa znajduje mniejszą miseczkę, wsypuje do niej trochę suchej karmy i stawia ją za rogiem, żeby nikt mu nie przeszkadzał.

Jane przygląda się jedzącemu psu, a potem sprawdza godzinę. Piętnasta pięćdziesiąt osiem. Jeszcze zdąży zabrać go do weterynarza, namierzyć chip i ustalić właściciela. Wyobraża sobie, że jest nim jakaś starsza osoba, która nagle umarła i nikt o tym nie wie. Ale przecież Jane zna wszystkich ludzi z pobliskiej wioski – a tym bardziej ich psy – i jest pewna, że ten westie nie należy do nikogo stąd. Nigdy wcześniej go nie widziała.

*

Miejscowa weterynarz nazywa się Hester. Wbrew temu, czego można by się spodziewać po lekarzu pracującym na wsi, jest szalenie emocjonalna wobec zwierząt. Teraz zbliża twarz do pyszczka białego psa i czochra go za uchem.

– Bidulek – szepcze mu prosto w nos. – Biedny, kochany śmierdziuszek.

Potem bierze czytnik chipów i przesuwa nim nad chudym ciałkiem psiaka.

– Aha, bingo – rzuca. Na ekranie komputera wyskakują dane. – No, witaj, Hugo!

– Hugo? – powtarza Jane.

– Tak. Tak dokładnie to Hugo Tucker… Z… – Hester przewija dane myszką. – Tak, według bazy Hugo Tucker należy do pana Tuckera, który mieszka w Londynie, kod pocztowy NW3.

– Naprawdę?

– Tak – potwierdza Hester. – Co ty, u licha, robisz tutaj, na samym końcu świata, panie Hugo Tucker?

– Może ktoś go ukradł?

– To całkiem prawdopodobne. W tym całym Londynie kradną psy na potęgę, prawda? Wciąż o tym czytam. Albo ktoś go adoptował i nie przerejestrował chipu. Tak czy inaczej, spróbuję się tam dodzwonić.

Po dłuższej chwili dźwięk łączenia urywa się. Hester wzdycha i odkłada słuchawkę.

– No cóż. – Hester zbiera myśli. – Wygląda na to, że będzie trzeba zabrać go dziś do domu.

– Czekaj – przerywa Jane. – Mój pasierb mieszka niedaleko Hampstead. Pozwól, że ja wezmę Hugo i przy okazji odwiedzę Dextera.

– Jeśli jesteś pewna, że to nie problem…

Jane przytakuje. Hester zapisuje adres na kartce i wręcza ją kobiecie, a ta bez patrzenia chowa papierek do kieszeni.

– Podam mu jeszcze płyny – dodaje Hester. – A potem… szerokiej drogi. Tylko dawaj mi znać, co z nim, dobrze?

Nocą Hugo Tucker śpi w łóżku z Jane. Układa się szybko i posłusznie, odpływa wciśnięty między Reggiego a Bluto. Jane ma wrażenie, jakby ten pies był tu od dawna, od początku. Postanawia, że jeśli jutro nie uda jej się odnaleźć pana Tuckera z Hampstead, Hugo zostanie z nią na zawsze.

2

Nazajutrz, w zielonej dzielnicy Belsize Park, Jane staje przed progiem Dextera. Jej ulubiony pasierb wita ją z jasnoblond włosami zaczesanymi do tyłu i podtrzymanymi szeroką, lajkrową opaską. Ma na sobie za dużą bluzę dresową, króciutkie szorty i zabawne kapcie przypominające jamniki. Twarz młodego mężczyzny promienieje na widok psiaka u stóp Jane. Natychmiast kuca, żeby się z nim przywitać.

– Mój Boże, jakiś ty piękny – szepcze. Po chwili podnosi wzrok na macochę. – Jest cudowny. Jane, zostaw go sobie!

– Chciałabym – wzdycha. – Ale nie mamy wyjścia.

Wpuścisz mnie?

Dexter mieszka z najlepszym przyjacielem w wysokim, półtorapokojowym mieszkaniu, które opłaca jego ojciec – drugi były mąż Jane, Tony. Dexter to jego najstarsze dziecko, właśnie skończył dwadzieścia trzy lata i mimo życia w niebywałych luksusach jest jednym z najkochańszych i najpoczciwszych ludzi, jakich Jane kiedykolwiek poznała. Miał zaledwie osiem lat, gdy wyszła za jego ojca. Był wtedy chudym chłopcem o koślawych kolanach i aparycji urwisa, z koszmarną egzemą i szopą nieokiełznanych, białych włosów. Połączyła ich miłość do rodzinnego pupila, mopsa o imieniu Garibaldi, którego nikt inny zdawał się nie lubić. Od tamtej pory są sobie bardzo bliscy.

Mieszkanie to jedno wielkie pobojowisko. Wszędzie widać ślady po ostatniej nocy. Brudne kieliszki, lusterka do makijażu, poplamione chusteczki, butelka wódki, niedopite prosecco, lepka szklanka po drinku i karton soku ananasowego z osiedlowego sklepu.

– Tylko coś na siebie włożę – rzuca Dexter. – Moment.

Jane mierzy wzrokiem panujący wkoło rozgardiasz i walczy z odruchem, by zacząć to wszystko ogarniać.

– O której ty właściwie poszedłeś spać? – woła w stronę sypialni.

– O trzeciej… może o czwartej. Sam nie wiem.

Jest jedenasta. Jane nie może wyjść z podziwu, że Dexter w ogóle zdołał doczłapać do drzwi, a co dopiero wyglądać tak świeżo i aż rwać się do wyjścia. Mężczyzna wraca po chwili w tej samej bluzie, oversizowych dżinsach i z czapką z daszkiem na głowie.

– Możemy ruszać – oznajmia.

Adres nabazgrany na kartce od Hester brzmi dziwnie znajomo: „Thornwood, Vale of Health, NW3”.

W myślach Jane migotają powidoki: jakiś obcy dom nocną porą, wiktoriańska latarnia, narastający lęk… Nie potrafi jednak przypisać tych obrazów do żadnej konkretnej sytuacji. Dopiero gdy z Dexterem mijają serce dzielnicy Hampstead i kierują się w stronę Vale of Health, pamięć powoli zaczyna wracać.

– O… – wymyka się jej, kiedy idą w kierunku zabudowań. – Chyba już tutaj…

Urywa nagle, wstrzymując oddech.

– Co jest? – dopytuje Dexter.

– Nic, nic…

*

Mężczyzna. Wysoki. Bar w Soho.

Jane miała dwadzieścia dziewięć lat. Był rok dwutysięczny i właśnie odeszła od męża, wicehrabiego. Została singielką ze złamanym sercem i desperacją w oczach. Pamięta, jak bardzo była wtedy chuda, bo przez całe tygodnie prawie nic nie jadła. Jest całkowicie pewna, że tamtego wieczoru była kompletnie pijana, a może nawet zanosiła się płaczem. A on, ten mężczyzna, był od niej starszy, prawdopodobnie po czterdziestce, i wyglądał jak postać z czarnobiałego filmu.

– Pasowałoby ci imię w stylu Horace – wypaliła. – Albo Cecil.

On jednak się nie przedstawił, uśmiechnął się tylko i postawił jej kolejnego drinka.

– Dlaczego jesteś taka smutna? – zapytał, a ona opowiedziała mu o wicehrabim, który okazał się wielkim rozczarowaniem, bardziej zainteresowanym kolegami ze szkolnych lat niż swoją żoną i swoimi osieroconymi przez matkę dziećmi.

– I teraz znów zostałam sama – podsumowała. – Tragiczna sierota rzucona na pastwę wielkiego świata, bez żadnego punktu oparcia.

– Jesteś bardzo ładna – powiedział. – I niezwykle czarująca. Daję głowę, że zaraz ktoś cię poderwie.

Dopiero wtedy dostrzegła jego obrączkę i zapytała o nią.

– Ach, to – odparł. – Tak. Jestem żonaty. Szczęśliwie.

Od blisko dziesięciu lat.

– Więc dlaczego ze mną rozmawiasz?

– Sprawiałaś wrażenie kogoś, kto właśnie potrzebuje przyjaciela.

Wyjawił jej, że pracuje w domu towarowym na West Endzie. Wspomniał, że właśnie szukają nowego personelu i że mógłby załatwić jej rozmowę o pracę na stanowisku ekspedientki.

– Nie sądzę, bym nadawała się do obsługi klientów – odrzekła. – Skończyłoby się na samych zażaleniach i zwolnieniu po tygodniu.

Spojrzał na nią z ironicznym rozbawieniem.

– Tak się składa, że nasza au pair właśnie odeszła, wróciła do Brazylii. Wspominałaś, że mieszkałaś wcześniej z małymi dziećmi, prawda?

Jane przytaknęła, a on kontynuował:

– Mam dwójkę maluchów, uroczy dom i żonę, która niezbyt przepada za prowadzeniem gospodarstwa. Co byś powiedziała na to, żeby zostać kimś w rodzaju pomocy domowej? Albo niani?

Jane zaśmiała się, jednak szybko spoważniała.

– Mówisz poważnie? – zapytała z niedowierzaniem.

– Jak najbardziej – odparł. – Może pojedziesz ze mną do domu? Poznasz moją żonę, zobaczysz, jak mieszkamy i sama ocenisz, co o tym myślisz.

Jane poczuła wtedy impuls niepokoju, odległy sygnał ostrzegawczy gdzieś w podświadomości. Nie potrafiła tego do końca nazwać. Ale pamięta też dreszcz czegoś innego – mrocznego i autodestrukcyjnego. Miała ochotę rzucić wszystko w diabły, bo czuła się wówczas całkowicie bezwartościowa. Nie widziała przed sobą żadnej przyszłości, której mogłaby się uchwycić. Żadnej matki, ojca, brata, męża czy pracy i zero pojęcia o tym, kim właściwie jest. Pamięta, że jej poczucie własnej wartości czaiło się gdzieś poza zasięgiem, zbyt daleko, by mogła po nie sięgnąć i otrzeźwieć z pytaniem: „Co ja wyprawiam?”.

I tak oto ona i ten wysoki, szarmancki, bezimienny mężczyzna, którego przez całą noc uparcie nazywała Cecilem, siedzieli obok siebie w milczeniu na tylnych siedzeniach taksówki. Do dziś żywo pamięta to dziwne wrażenie, gdy zostawiała za sobą tętniące życiem, pełne wódki i narkotyków, naładowane adrenaliną centrum piątkowego Londynu, by dwadzieścia minut później znaleźć się w sennej, dickensowskiej osadzie. Był to świat ciasnych, oświetlonych latarniami alejek i rzędów niepasujących do siebie domków, sprawiający wrażenie zupełnie odciętego od reszty rzeczywistości.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała.

– Hampstead – wyjaśnił.

– To wcale nie jest Hampstead – rzuciła, wciąż mając przed oczami rozświetloną, miejską enklawę pełną barów, pubów i butików.

Wyjaśnił jej, że Vale of Health zostało odcięte od reszty osady w osiemnastym wieku, by posłużyć jako azyl przed zarazą. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, było zamieszkane przez najpopularniejszych pisarzy i artystów tamtej epoki, lecz stało się cichym ustroniem, otoczonym z każdej strony przez dzikie ostępy błoni o nazwie Hampstead Heath.

– Jak długo tu mieszkasz?

– Piętnaście lat – odrzekł. – Dom należał do mojej teściowej. Zmarła kilka miesięcy temu i teraz jest mojej żony… i mój.

Pamięta, jak kręciło jej się w głowie od tej zawrotnej mieszanki alkoholu, ekscytacji i strachu, który poczuła, gdy taksówka powoli wpełzała w wąską uliczkę, niemal rozpływając się w mroku.

Kiedy dotarli na miejsce, Jane dostrzegła drewniany płot biegnący wzdłuż linii rozległych błoni. Dalej nie było już nic.

– Wow – szepnęła. – Wygląda jak dom na samym końcu świata.

– Czasami można odnieść wrażenie, że rzeczywiście nim jest – potwierdził mężczyzna.

Przeszli przez zieloną furtkę na niewielki podjazd, który niemal w całości zajmował zaparkowany w poprzek wojskowy jeep z otwartą paką. Ojciec Jane miał kiedyś podobnego grata, który latami gnił pod ich domem, rdzewiał i straszył okolicę.

Na dźwięk ich kroków w oknie pojawiła się ładna kobieta z czarnymi włosami ściętymi w cieniowanego boba. Jej ciemne oczy przyglądały im się czujnie. Na ten widok Jane zaczęła trzeźwieć. Gdy podchodzili do drzwi, usłyszała jeszcze pomruk odjeżdżającej taksówki i nagle poczuła przemożną chęć, by zawrócić i biec, zatrzymać auto, walić w szyby i błagać, żeby kierowca zabrał ją do domu. Ale wtedy bezimienny mężczyzna dotknął delikatnie jej łokcia.

– Chodź, przedstawię cię – powiedział.

I tak oto Jane, jak to często bywało w jej głupim, źle pokierowanym życiu, znów dała się wciągnąć w cudzą opowieść. Tylko dlatego, że nigdy nie miała własnej. Weszła więc za tym postawnym mężczyzną do środka. Przedstawił ją żonie, z którą Jane wymieniała niezręczne uprzejmości, podczas gdy on przygotowywał dla niej drinka. Jej wspomnienia z tamtej chwili są dziś zamazane, to tylko plamy kolorów, pojedyncze detale: brązowa meblościanka pełniąca funkcję stanowiska komputerowego, zdjęcia chłopca i dziewczynki, obojga w wieku ośmiu czy dziewięciu lat, szary kot, abażur w charakterystyczny kwiatowy wzór. Obraz tej kobiety też się zaciera, ale Jane pamięta jej wielki pierścionek zaręczynowy, zaciśnięte usta i tę oślepiającą i ogłuszającą świadomość, że nie powinno jej tu być. Że na rozstaju dróg wybrała niewłaściwą ścieżkę.

I właśnie wtedy, gdy mężczyzna podawał jej martini, z góry dobiegł krzyk i głuchy łoskot. Jane wzdrygnęła się tak gwałtownie, że wytrąciła mu kieliszek z dłoni.

– Cholera – rzucił pod nosem ze złością.

– Strasznie przepraszam… Kobieta zerwała się na równe nogi.

– Dzieci – mruknęła. Żadne z nich nie ruszyło jednak na górę. Nie było słychać płaczu.

– Zrobię ci następnego – zapowiedział mężczyzna.

– Właściwie to… chyba jednak podziękuję. Myślę, że…

– Bzdura – uciął z taką stanowczością, że Jane aż zadrżała. – Zrobię ci kolejnego.

Podszedł z powrotem do szafki, a ona uśmiechnęła się nerwowo do jego żony. Kobieta odwzajemniła to dziwnym, ostrzegawczym spojrzeniem. Jane nie potrafiła wyczuć, czy było ono przyjazne, czy wręcz przeciwnie. Pamięta jednak, że zapadła długa cisza i to właśnie w tej ciszy ułożyła plan.

– Pozwolicie, że wyjdę na zewnątrz? – zapytała. – Zapalić papierosa?

Pamięta, że nie czekała na pozwolenie. Pamięta dotyk paska torebki, który mocno zacisnęła w pięści, i to gwałtowne uderzenie adrenaliny, przez które serce o mało nie rozsadziło jej klatki piersiowej. Pamięta tego wysokiego mężczyznę idącego w jej stronę z nowym drinkiem w dłoni. Wpatrywał się w nią intensywnie.

– Zostań – powiedział, wyciągając do niej kieliszek. – Wypij swoje martini.

– Nie zajmie mi to długo – oświadczyła, starając się zabrzmieć beztrosko. – Nie potrafię pić drinka bez nikotyny, sam wiesz, jak to…

– Zostań – powtórzył. Pamięta dotyk jego drugiej dłoni na swoim nadgarstku, to uczucie bycia przyciąganą do niego, i pamięta żonę, która weszła nagle między nich.

– Puść ją – rzuciła do mężczyzny. – Dzieci się obudziły.

Jane poczuła, jak napięcie opada. Mężczyzna rozluźnił uścisk, a potem całkowicie go zwolnił.

Gdy stała przed drzwiami wejściowymi, ręce drżały jej tak mocno, że ledwo zdołała odpalić papierosa. Spojrzała w górę, w stronę ciemnych okien na piętrze, zastanawiając się nad tym krzykiem i łoskotem, ale wszystko utonęło w mroku i ciszy. Wtedy, gnana nagłym impulsem i narastającą paniką, na palcach przemknęła przez trzeszczący żwir. Bezszelestnie odsunęła skobel furtki i dopiero w tamtej chwili, tuląc torebkę kurczowo do piersi, pognała przed siebie ile sił w nogach.

Teraz obserwuje w aplikacji kropkę zbliżającą się do domu o nazwie Thornwood i nagle, w ułamku sekundy, dopada ją to samo dławiące przeczucie. Już wie, jeszcze zanim go widzi: to jest ten sam dom.

3

Do ogrodzenia przybita jest drewniana tabliczka z napisem „Thornwood”, której Jane nie kojarzy z tamtej odległej nocy. Przy słupku obok bramy znajduje się plastikowy przycisk. Jane kładzie na nim palec i z wnętrza domu dobiega cichy, metaliczny dźwięk staroświeckiego dzwonka elektrycznego. Widzi, jak Hugo natychmiast reaguje – nasłuchuje, rozgląda się uważnie, a w jego gardle zaczyna narastać stłumione warknięcie.

Słychać otwierające się drzwi, a chwilę później zza podniszczonego jeepa, który wciąż stoi na podjeździe przed domem, odzywa się jakiś mężczyzna.

Na widok pojazdu Jane aż zapiera dech. Skoro jeep tu jest, to znaczy, że i jego właściciel nadal tu przebywa.

– W czymś pomóc? – dobiega ich męski głos.

Dexter i Jane wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.

– Ach, tak – odzywa się Jane. – Dzień dobry. Czy zgubił pan może psa?

Zapada krótka cisza, po której słychać ciężkie kroki na żwirze. Po chwili mężczyzna otwiera bramę i przygląda im się uważnie. Jane przygotowuje się na spotkanie z tamtym człowiekiem z przerażającej nocy sprzed lat… ale to nie on. To ktoś zupełnie inny.

Mężczyzna ma około pięćdziesięciu lat, jest przeciętnego wzrostu i wygląda dość niechlujnie. Ma długie, siwiejące włosy, przerzedzone na czubku głowy i związane w kucyk. Nosi wypłowiały T-shirt z logo zespołu Ramones, czarne bojówki i zniszczone czarne trampki. W wytatuowanej dłoni trzyma kubek. Jego wzrok kieruje się na Hugo.

– No ja pierdolę – rzuca, odkładając kubek na murek i kucając przy psie. – Gdzieś ty się, kurwa, podziewał?

Hugo ewidentnie cieszy się na jego widok. Wtula się w dłonie mężczyzny i macha ogonem jak szalony. Jane dostrzega jednak w jego zachowaniu nutę dezorientacji, jakby sam nie do końca rozumiał, co się dzieje.

– Jak on ma na imię? – dopytuje z naciskiem.

– Hugo – odpowiada mężczyzna, prostując się. – Zniknął parę dni temu. Myślałem, że ktoś go podwędził. Gdzie go znaleźliście?

– Niedaleko mojego domu – informuje chłodno. – Na wybrzeżu.

Mężczyzna wygląda na zaskoczonego.

– Na…? – zaczyna, ale urywa i potrząsa głową. – Gdzie dokładnie?

– Brighton – mówi szorstko. – Tuż pod miastem.

Czuje, jak Dexter rzuca jej zdziwione spojrzenie, ale postanawia je zignorować.

– No cóż – kontynuuje mężczyzna. – Dzięki, że go odprowadziliście. Wszystko z nim w porządku?

Jane przytakuje.

– Zabrałam go do weterynarza. Był lekko odwodniony, ale poza tym nic mu nie jest.

– Jestem wam coś winien? – pyta i odruchowo sięga do kieszeni spodni. – Za wizytę?

Jane kręci głową.

– Nie, naprawdę. W porządku. Wycofuje rękę z kieszeni i przytakuje.

– No to dzięki. Naprawdę to doceniam. – Wzdycha i schyla się do psa. – Chodź, stary. Idziemy do środka.

– A tak w ogóle, mam na imię Jane. A to mój pasierb, Dexter. Mieszka niedaleko, więc gdyby kiedyś potrzebował pan kogoś do opieki nad psem, chętnie pomoże…

Dexter energicznie potakuje, lecz mężczyzna już się cofa, kładzie dłoń na bramie i szykuje się do jej zamknięcia.

– Jasne – odpowiada. – Dzięki. Jak mówiłem, doceniam.

– Długo pan tu mieszka? – dopytuje Jane. Wzrusza ramionami.

– Jakieś dziesięć lat… mniej więcej.

– A ten jeep? Należy do pana?

– Nie. Do byłego męża właścicielki domu. A co? Chce go pani kupić? Jest na sprzedaż.

– Och… nie – wyjaśnia. – Dziękuję. Po prostu… wydał mi się znajomy. Mój tata miał kiedyś podobny. Kiedy byłam mała.

Mężczyzna kiwa głową, po czym odwraca się. Brama się zamyka, a on i pies znikają im z pola widzenia.

4

Jane zaprasza Dextera na kawę i ciasto w dzielnicy Hampstead Village. Wisi między nimi gęsta cisza.

– Wszystko w porządku? – dopytuje Dexter.

Jane dzieli muffinkę o smaku słonego karmelu na cztery części i jedną wkłada do ust. Słodycz działa natychmiast, przynosząc przyjemną ulgę.

– Niekoniecznie – przyznaje. Następnie bierze głęboki oddech i zaczyna snuć przed Dexterem historię nocy, którą pamięta jako tę, gdy niewiele brakowało, by straciła życie. Od lat wraca do tej opowieści jak do swojego popisowego numeru.

– Czy wspominałam ci o tej nocy, kiedy trafiłam do domu obcego faceta, a potem byłam przekonana, że za chwilę mnie odurzy i być może zabije, więc w popłochu stamtąd uciekłam?

To zawsze wywoływało śmiech. W jej głowie ta anegdota zdążyła skurczyć się do jednego zdania, krótkiego wycinka życia, lecz teraz nagle odzyskuje pełne rozmiary. Wraca wszystko, czego wtedy doświadczyła: chłód na skórze, puste oczy bezimiennego mężczyzny, jego zjawiskowo piękna żona o zaciśniętych ustach, która bez słowa pomaga jej uciec, huk i krzyk gdzieś nad głową, szelest drzew na nocnym wietrze, gdy biegnie na oślep przez Vale, aż do jasnych świateł miasteczka.

Teraz opowiada o wszystkim bardzo dokładnie, bez przemilczeń, a na twarzy Dextera rozgrywa się prawdziwy spektakl emocji.

– Ja pierdolę, Jane – odzywa się, gdy jego macocha kończy opowiadać. – I to na pewno był ten sam dom?

– O Jezu, tak, absolutnie. Jak zobaczyłam tego jeepa, nie miałam już żadnych wątpliwości.

– Ale to nie był ten sam mężczyzna?

– Nie. Facet miałby teraz koło siedemdziesiątki, tak sądzę. Wtedy był bardzo elegancki, świetnie ubrany, bardzo wysoki. Ale słyszałeś, jak gość tłumaczył, że ten jeep był własnością byłego męża właścicielki? To na pewno ta sama kobieta, ta ładna żona. Dom pewnie nadal należy do niej. Może w końcu pozbyła się tamtego starego zboczeńca.

– A ten gość, pan Tucker? Nigdy wcześniej go nie widziałaś?

– Nie. Tamtej nocy byliśmy tylko we troje. No i to krzyczące dziecko na górze.

– To dziwaczny zbieg okoliczności – zauważa Dexter. – Wręcz upiorny.

– Wiem – przyznaje Jane, choć ma wrażenie, że jej życie zawsze funkcjonowało w taki sposób. Jakby od początku istniał w nim dziwny schemat, niewidzialne nici łączące zdarzenia i prowadzące ją dalej, od jednej dziwnej sytuacji do drugiej.

– Więc tak – podsumowuje. – Historia z Hugo jest już oficjalnie za nami.

– Trochę mnie to zasmuca – mówi Dexter.

– Mnie również. – Jane widzi w myślach białego pieska zwiniętego w kłębek na jej łóżku, śpiącego spokojnie między jej psami, i kiwa głową.

Wtedy dzwoni jej telefon. To Hester, weterynarz.

– Jane! Cześć! Dobrze, że cię złapałam! Nadal masz Hugo?

– Nie. Właśnie zostawiliśmy go u jego właściciela. Coś się stało?

– Nie. Nic się nie stało. To znaczy z psem wszystko w porządku. Ale właśnie usłyszałam coś dziwnego od Helen Yaxley. Wiesz, tej od osłów. Ma na swojej działce taką przybudówkę na wynajem i mieszkała tam teraz młoda kobieta, która przyjechała tydzień temu z małym, białym psem. Helen nie zna jego imienia, ale powiedziała, że to chyba west highland. Tak czy inaczej, zajrzała tam dziś rano. Tylne drzwi były otwarte. Rzeczy dziewczyny nadal były w środku. Na blacie stał kubek z herbatą. Bielizna rozwieszona do wyschnięcia, świeżo uprana. W kuchni niedojedzone śniadanie… I żadnego śladu po dziewczynie ani po psie. Policja już tam jedzie. Pomyślałam, że powinnaś o tym wiedzieć. Może przekazać właścicielowi? Może to ktoś, kogo zna?

Jane upuszcza widelec na talerz i patrzy na Dextera z nagłym napięciem.

– Tak. Dobrze. Oczywiście. Wrócimy tam. Powiemy mu. A ta dziewczyna… jak ona się nazywała? Helen mówiła?

– Tak – odpowiada Hester. – Rose. Rose White.

5

STUART, DZIESIĘĆ LAT WCZEŚNIEJ

Widać to po niej. To jasne jak słońce, mimo starannie zaczesanych włosów, marynarki i małego, białego pieska u jej stóp. Jest wtorek, ledwo po dwunastej. Może i próbuje udawać przed światem, że pije lemoniadę, ale obydwoje doskonale wiemy, że w stojącej przed nią szklance jest też wódka. I to podwójna. Widzę to w jej spojrzeniu, ten żałosny błysk ulgi, gdy alkohol rozchodzi się po żyłach. Widzę oczami wyobraźni, jak przez cały poranek odliczała godziny, minuty i sekundy, aż wybije południe, aż wskazówki zegara miną magiczną granicę dzielącą wzbudzające zgorszenie picie od rana od zwykłego wyjścia do pubu na tyłach Hampstead.

Pije tutaj, a nie w domu, bo dzięki temu nie pije sama – pije z innymi ludźmi, którzy też piją. Oni nie są tacy jak ona i wie o tym, ale mimo wszystko czuje się dzięki temu normalniej. Mniej jak ktoś, kto ma problem. A ona go ma. Widzę to po niej na pierwszy rzut oka. Wiedziałem, gdy tylko na nią spojrzałem. Podnoszę z baru świeżo nalane piwo i niosę je w stronę stolika, przy którym siedzi.

– Fajny pies – zagaduję. – Westie? Przytakuje.

– Ile ma?

– Prawie rok.

– Ach tak – kontynuuję. – Czyli jeszcze szczeniak. I to jaki grzeczny. Aż dziwne, że jeszcze nie ciągnie cię do wyjścia.

Przyglądam się psu, kuflowi z piwem i jej samej.

– Można się dosiąść?

Widzę jej przerażone spojrzenie, które wcale mnie nie dziwi – jestem obcym facetem, który we wtorkowe południe zagaduje do niej w lokalnym pubie. Jej wzrok przebiega drogę od kufla piwa do mojej twarzy, ku drzwiom i z powrotem.

– Po co?

– Pomyślałem, że zawsze to chyba raźniej pić w towarzystwie niż w samotności?

– Przecież nie piję w sa…

Przechylam głowę na bok. Rzucam wymowne spojrzenie na jej szklankę.

– Dziękuję, nie trzeba – oznajmia. – Poradzę sobie.

– Nie ma problemu – zapewniam. – Jakbyś zmieniła zdanie, będę tam.

– Nie zmienię – kończy rozmowę zaciśniętymi ustami wykrzywionymi w wymuszonym uśmiechu, do którego wytresowali ją rodzice, chorobliwie dbający o to, jak postrzegają ich inni.

Zabieram piwo do stolika po drugiej stronie pubu i przez chwilę przeglądam telefon. Nie mija pół godziny, a ona znów jest przy barze. Zamawia następnego drinka. Przez dopasowany żakiet widać, jak wąskie i napięte są jej plecy. Widzę wystające łopatki. Zwracam też uwagę na jej niemodne, zdarte buty. To nie żadna bogata mamuśka z Hampstead, oj nie, ale jest całkiem ładna. Około trzydziestki. Wysławia się z klasą.

Nim wybije piętnasta, ma za sobą już cztery kolejki i ledwo trzyma się na nogach. Widzę, jak sprawdza godzinę na telefonie i idzie do baru zamówić podwójne espresso. Wypija je na dwa razy, zabiera psa, torebkę oraz płaszcz i wychodzi. Nie idę za nią. Już ją przejrzałem. Poszła odebrać dziecko ze szkoły. Po drodze będzie ssać miętówki albo żuć gumę. Inne matki będą o niej szeptać za jej plecami. Dojdzie do domu, pewnie z jeszcze jedną kawą w ręku, i sprzeda mężowi czy partnerowi bajeczkę o tym, jak wspaniale spacerowało się z psem po parku. Daję głowę, że jutro znów tu będzie.

Ja również.

6

– Panie Tucker? To znowu my, Jane i Dexter. Możemy jeszcze na słówko?

Drzwi się otwierają i pan Tucker staje obok wojskowego jeepa. Mierzy ich nieufnym spojrzeniem, opierając skrzyżowane ramiona o lekko wydatny brzuch.

– Wszystko w porządku? – pyta.

– W zasadzie to i tak, i nie. Właśnie dzwoniła do mnie weterynarz, która zajmowała się pana psem. Powiedziała, że Hugo przebywał w pobliskim domku na wynajem pod opieką młodej kobiety, która nagle zniknęła. Tak się zastanawiałam… To znaczy… wiem, że według pana Hugo został skradziony, ale czy to możliwe, żeby zabrał go ktoś, kogo pan zna?

Jane obserwuje twarz mężczyzny i widzi, jak w mgnieniu oka malują się na niej kolejne emocje: konsternacja, strach, gniew, niepokój. Po chwili jednak jego oblicze odzyskuje pierwotny, spokojny wyraz. Tucker potakuje.

– Dziwne – stwierdza i opiera się plecami o bok jeepa, wciąż z rękami splecionymi na brzuchu. – Naprawdę dziwne. – Unosi dłoń i machinalnie pociera kilkudniowy zarost. – Nie. Na pewno nie.

Oczy Jane wędrują ku hulajnodze z różowosrebrnymi frędzlami przy kierownicy. Pan Tucker podąża wzrokiem za jej spojrzeniem.

– To po mojej pasierbicy – rzuca. – Jest już dorosła. Jane przytakuje.

– Ta dziewczyna podobno ma na imię Rose.

– Nie znam żadnej Rose. Ale chyba właśnie znaleźliśmy naszą złodziejkę psów.

– Na to wygląda – zgadza się Jane. – I zakładam, że skoro policja zajmuje się sprawą, mogą się z panem skontaktować? Prędzej czy później?

– Policja?

– Zgadza się. Moja sąsiadka zgłosiła jej zaginięcie. Tej dziewczyny, Rose.

Kącik ust mężczyzny drga ledwo zauważalnie.

– No tak – mówi. – Jasne. Chyba.

– Mogę przekazać im pana dane? Jeśli chce pan pociągnąć sprawę kradzieży psa?

– Nie. Nie trzeba. – Drapie się po karku. – To nieistotne. To pewnie moja wina. Powinienem był lepiej pilnować, żeby nie wychodził z domu. Może ta dziewczyna… Rose? Może myślała, że pomaga. Może chciała go uratować. Hugo jest już w domu i koniec końców to najważniejsze.

Uśmiecha się, ale to tylko sztywna i nieustępliwa maska.

Powoli rozplata ramiona i prostuje się.

– Dzięki za informacje. Miłego dnia.

Mężczyzna odwraca się i odchodzi w stronę domu, a kiedy drzwi zaczynają się za nim zamykać, Jane – przez krótką jak błysk chwilę – dostrzega w korytarzu kobietę w średnim wieku. Widzi jej profil i oczy zwrócone w ich stronę. Na jej twarzy maluje się coś żałosnego, jakiś cień dawnego nieszczęścia. A potem drzwi zamykają się ostatecznie.