Złoty latawiec - Dezső Kosztolányi - ebook

Złoty latawiec ebook

Dezső Kosztolányi

3,7

Opis

Szkoła średnia na początku XX wieku, ostatnia klasa gimnazjum. Vili Liszner, uczeń słaby, za to utalentowany sportowo, oraz Antal Novák, nauczyciel matematyki i fizyki, z sympatią odnoszący się do uczniów, lecz bardzo wymagający. Tuż przed maturą między Vilim a Novákiem dochodzi do scysji, której następstwem będą dramatyczne wydarzenia. W tle owej historii toczy się miłosna przygoda Hildy, nastoletniej córki Nováka – ekscentrycznej, zagubionej dziewczyny. 

 

Złoty latawiec stanowi największe osiągnięcie prozatorskie Dezső Kosztolányiego, mistrza węgierskiej literatury pięknej, znanego również w Polsce autora PtaszynyGrzechu słodkiej AnnyDomu kłamczuchów. To książka ceniona za niezwykły obraz „chorego, upitego winem, przenikniętego smutkiem, leniwego” prowincjonalnego miasteczka i jego mieszkańców, nazywana też powieścią antypedagogiczną i omawiana jako przykład odwiecznego konfliktu pokoleń. Tropów oraz możliwości interpretacyjnych Złotego latawca jest dużo więcej, tyle, ilu jego czytelników. Zdaniem Kosztolányiego książka to szkielet drzemiący na półce – aby zawarte w niej aluzje i koncepty nabrały prawdziwego sensu, życia wręcz, prócz autora potrzeba jeszcze drugiej duszy. Taki właśnie dialog z czytelnikiem inicjuje Kosztolányi, udowadniając przy tym, że z codziennych epizodów potrafi stworzyć rzecz głęboką – liryczną i zarazem gorzką, uniwersalną i jednocześnie zniuansowaną – powieść, w której każdy może odnaleźć coś własnego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 448

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (26 ocen)
8
9
4
3
2

Popularność




I

Pistolet wystrzelił.

Uczeń zajmujący miejsce z tyłu za biegaczem, przy linii nakreślonej wapnem, nadal trzymał lufę w kierunku nieba i wpatrywał się w obłoczek dymu, który nie od razu, ale z wolna rozpraszał się w powietrzu wczesnego poranka.

Drugi, jak tylko dostrzegł płomień, uruchomił czasomierz. Nie mógł jednak się powstrzymać, żeby nie zawołać:

– Start!

Vili już biegł.

Start był idealny. Vili podniósł się i wyskoczył niczym pantera, harmonijnie, bez jakiegokolwiek zawahania, a po kilku chwilach całym pędem gnał do celu.

Przed oczami migały mu łąki. Buty z kolcami ryły ziemię. Głowę, w którą uderzały włosy jak u Cygana, odrzucił w tył, twarz wykrzywił w grymasie, zaciskając zęby, aż mu zgrzytały z wysiłku. Ziemia dudniła.

Kiedy był mniej więcej w połowie bieżni, ten, który obserwował chronometr, jeszcze raz zawołał:

– Dawaj!

Teraz już z przymkniętymi powiekami bezwiednie pędził naprzód. Zdawało się, że pozostały odcinek przebył w ciągu sekundy. Z rozpostartymi ramionami, kiwając się na boki jak szybowiec, dotarł do celu i klatką piersiową zerwał różową papierową taśmę, rozciągniętą tam przez dwóch kolegów z klasy.

Sędzia na mecie zatrzymał wówczas większą wskazówkę czasomierza, która wygodnie spacerowała sobie po cyferblacie. Na całe gardło wykrzyczał wynik, tak żeby mogli go usłyszeć również zainteresowani widzowie stojący na murawie, członkowie klubu sportowego.

– Jedenaście i osiem!

Vili tego nie słyszał. On biegł dalej, uderzając nogami, podskakując, jak widział to u zwycięskich biegaczy w Budapeszcie, i nie obchodził go osiągnięty czas, tak jakby w ogóle nie dotyczył jego osoby. Dopiero po dłuższej chwili się odwrócił.

Zapytał z oddali:

– Ile?

Uczniowie dyskutowali o tym, że Vili, który w ubiegłym roku w Budapeszcie zdobył dla gimnazjum puchar przechodni oraz proporzec, znów poprawił rekord, i tak to jeszcze nigdy nie pobiegł.

Jednocześnie pięciu, sześciu odpowiedziało mu:

– Jedenaście i osiem, jedenaście i osiem.

Vili skierował się w ich stronę. Na łydkach pęczniały mu wyrobione mięśnie, przypominały wielkie, brzydkie guzy. Vili wcisnął sobie do ust chusteczkę.

– Na dwóch oddechach – wydyszał.

Na dwóch oddechach przebiegł setkę.

– Dobrze ci poszło, stary – odezwali się eksperci – dobrze – i tylko ich oczy mówiły, na ile dobrze mu poszło.

– Ale nie ciskaj tak nogami.

– Jasne – przytaknął Vili, bo wiedział, że popełnia ten błąd.

Vili Liszner biegał nieładnie. Jeśli chciał położyć nacisk na styl, to zawsze psuł bieg. Dobre wyniki osiągał jedynie dzięki temu, że był silny jak wół.

Jeden z jego kolegów zdjął z krzewu głogu kurtkę i narzucił mu ją na ramiona.

– Włóż ją – powiedział – zaziębisz się. Chłodno jeszcze. Na dzisiaj i tak zresztą wystarczy.

Mimo wszystko Vili zrobił jeszcze kilka przysiadów, ruszył sprintem, przebiegł całą bieżnię. Potem zwolnił miejsce dwójce przyjaciół, Pacce oraz Bandiemu Huszárowi, którzy ten dystans pokonują poniżej trzynastu, i w zasadzie mogą być uważani za sympatycznych amatorów. Przyglądał im się przez jakiś czas.

Była to zwyczajowa wiosenna robota, trening przed zawodami, w którym uczestniczyło wielu uczniów ósmej klasy. Ubrani byli w biało-niebieskie koszulki do gimnastyki oraz sportowe spodenki odsłaniające kolana, natomiast buty z kolcami miał tylko on, Vili, ponadto ci pozostali startowali na komendę, na klaskanie rąk, a nie na wystrzał z pistoletu. Ten też należał się tylko jemu.

Odebrał pistolet, wziął przyjaciół za ramiona i odciągnął ich na bok, żeby porozmawiać. Rzucało się teraz w oczy, że Vili, który zimą skończył dwadzieścia lat, przewyższał ich o głowę.

Wokoło oddychał lasek miejski wybujałymi zielonymi płucami. Gdzie Vili stąpał, tam jego buty z kolcami deptały konwalie, dziko rosnące niezapominajki, które swym bladym błękitem wybijały się z jasnobrązowych grud ziemi. Z każdego drzewa, każdego krzaka puściły się już młode pędy. Bzy tworzyły masywną ścianę i owiewały swym cierpkim tchnieniem całą okolicę.

Do tego położonego na południu miasteczka wiosna przybyła wcześniej niż gdzie indziej. W kwietniu spadł ciepły ulewny deszcz, obmył wysmukłe drzewa, spulchnił grudy, a w powstałej mgle zagotowało się płodne życie. Wyrosły młode gałązki, wykiełkowały zasiewy, z pączków w jedną noc rozwinęło się listowie, tak jak rozprostowują się zwinięte zielone jedwabne chustki, które rozpościera się gwałtownym ruchem i, chcąc nie chcąc, poddaje wiatrowi, że aż łopoczą.

Vili podążał wraz z dwoma innymi zawodnikami po murawie ku leżącej nieco niżej polanie. Tam w nieprzyjaznym półmroku szczyty topolowych pni prężyły się ku górze niczym przypory katedry, a wieńczące je liściaste korony grały w słabym wietrze zupełnie jak kościelne organy. Gałęziami podobnymi do mioteł topole szukały nieba. Dęby kłoniły się z powagą, naśladując nieprzerwany huk wodospadu. Na tej polanie starsi uczniowie zdawali się niemal dziećmi.

– Która może być godzina? – spytał Vili.

Packa, wcześniej sędziujący na mecie, zawiesił wzrok na stoperze, na którym zazwyczaj sprawdzał jedynie sekundy, ocknął się i wrócił do rzeczywistości:

– Szósta.

Vili spuścił głowę. Przypomniał sobie, co się znajduje o tam, w oddali, gimnazjum, i to, że po godzinie szóstej nastąpi siódma, a potem ósma. Odebrał czasomierz używany podczas zawodów sportowych.

To nie był zwyczajny zegarek.

Oprócz trzech wskazówek, jakie można znaleźć na każdym zegarku na rękę, na tym poruszały się jeszcze dwie: duża wskazówka, którą uruchamiano w momencie startu, i druga, rodzaj sekundnika, która przy dłuższych dystansach osobno odmierzała minuty. Dostał ten stoper od swojego ojca, starego Kálmána Lisznera, kiedy przebrnął przez egzamin w szóstej klasie.

Ale bez względu na to, jak tym chronometrem obracał i sprawdzał czas, wciąż była na nim godzina szósta.

Raptem odezwała się muzyka. Podnieśli głowy i zwrócili je tam, skąd dochodziły dźwięki. Z polany, poprzez rzadki las, rozciągał się widok na letnią restaurację. Przez drzewa przedzierały się pojedyncze promienie światła, prążkując niebo złotem.

Przed restauracją cygańska kapela grała jakiegoś walca, a ten słodko kołysał dusze, tak jak kołyszą je fale na wodzie. Zawodnicy, którzy każdego poranka od piątej do wpół do ósmej ćwiczyli w lesie, a pracowali jak w jakimś warsztacie, nie wiedzieli z początku, co to za muzyka.

W końcu wpadł na to Bandi Huszár:

– Dziś pierwszy maja.

Muzykowali Cyganie, w rozmarzeniu pochylając odkryte głowy ku skrzypcom. Te ich szczupłe postaci przeniknięte kawiarnianym dymem, przeważnie kojarzone z nocą, tu o tak wczesnej porze i w czystym powietrzu, w towarzystwie drozdów i dzięciołów sprawiały dziwne wrażenie. A oni właśnie witali wiosnę. Podobnie ogrodnik wystawił doniczki ze szklarni i sadził rośliny na grządkach, choć zwykle czekał z tym do imienin Urbana z powodu majowych przymrozków[1]. Tego roku wiosna była jednak ciepła jak lato.

Wszędzie wokół rozciągało się na piaskach miasteczko Sárszeg, płaskie niczym naleśnik.

Po godzinie szóstej na przylegającej do lasku miejskiego opuszczonej uliczce pojawił się wysoki, blady chłopak, Tibor Csajkás.

Nie przyłączył się do pozostałych, tylko chodził w tę i we w tę pomiędzy chłopskimi chałupami, których okna zdobiły rozkwitające pelargonie.

Miał na sobie ubranie w gołębim kolorze, jakiego nie wypada nosić uczniowi ósmej klasy, a jedynie kawalerowi. Cienkie jedwabiste blond włosy czesał sobie z przedziałkiem na środku. W ręce niósł filcowy kapelusz. Podręczniki zostawił w domu, wyrwał z nich tylko odpowiednie strony i wcisnął je głęboko do kieszeni. Wyglądał na człowieka, któremu brak pewności siebie. Czekał na kogoś.

Wkrótce pojawiła się ta osoba.

Z końca ulicy nadchodziła Hilda Novák, tak jak miała w zwyczaju: bez pośpiechu, ze spuszczoną głową, ze skrywaną świadomością winy.

Niedawno wstała z łóżka, uciekła od ojca, który dopiero później obudzi się w swoim gabinecie.

Kiedy dotarła do chłopaka, szybko doń przyskoczyła i szła obok niego tak, jakby wcale obok niego nie szła, na odległość dwóch kroków, w każdej chwili gotowa – gdyby zbliżał się ktoś znajomy – błyskawicznie skierować się w przeciwną stronę albo też zwrócić twarz ku chłopakowi, jakby spotkali się właśnie w tym momencie. Ściskała w rękach zeszyt z nutami do Schumanna.

Hilda bez przerwy rozglądała się na wszystkie strony, do przodu, do tyłu, na boki. Tibor zapytał ją:

– O co chodzi?

– Dużo tu ludzi.

Rzeczywiście, pierwszy maja zakłócił ich spotkanie.

Pośpieszyli w inną, krętą uliczkę. Tutaj Tibor przysunął się do Hildy, dotknął jej ręki. Dziewczyna nie oponowała.

Ozdobiony wstążką i kwiatami słomkowy kapelusz z szerokim rondem rzucał cień na jej twarz, która i bez kapelusza zdawała się ciemniejsza, a to z powodu kasztanowych włosów oraz głębokich oczu. Hilda miała na sobie dziewczęcą batystową sukienkę oraz czarne buty z wysokimi cholewkami i nieco już zdartymi obcasami. Nie uśmiechała się. Była poważna, bardzo poważna.

Tibor patrzył na jej wielkie usta, na łuki warg. Wpatrywał się w nie tak usilnie, jakby dziewczyna coś mówiła, a przecież milczała. Tylko on bąkał od czasu do czasu: „Kochana”.

Hilda pozwalała, by na jej twarz padało to jedno jedyne słowo, które chłopak był w stanie wymówić.

O niczym innym nie rozmawiali. Od dawna już nie mieli sobie nic do powiedzenia. Kto by ich zobaczył, tak razem, w milczeniu idących obok siebie, z naturalną, życzliwą obojętnością dawnych kochanków, ten by się zdumiał.

Zamienili słowo czy dwa na temat codziennych spraw, samych pozytywnych. Swoim zwyczajem Tibor zapytał:

– Nic się nie stało?

– Nie.

– Śpi jeszcze?

– Oczywiście.

– Ktoś nadchodzi – powiedział.

– Przejdź szybko na drugą stronę – rzuciła mu w odpowiedzi Hilda.

Tibor przeszedł na drugą stronę, po czym wrócił. Stale im przeszkadzano.

Jechały chłopskie wozy zaprzężone w konie, które przyozdobiono papierowymi bukiecikami kwiatów, baty zaś – wstążkami. Do lasku miejskiego ciągnęli tłumnie wycieczkowicze, obchodzący tego dnia oficjalne święto wiosny, całymi rodzinami. Mężowie i żony prowadzili za rękę małe dzieci.

Z oddali huczała już blaszanym zgiełkiem orkiestra strażacka: trąbki i cynowe talerze grały pobudkę.

Hilda wybuchła nerwowo:

– Brzydzę się.

– Czym?

– Tymi tu – powiedziała, wskazując na towarzystwo w oddali, które, już ukwiecone, wlokło się ulicą.

Znów musieli nadłożyć drogi. Za budynkiem sądu Hilda szepnęła z wahaniem:

– Muszę z tobą pomówić.

– O czym?

– Nie tutaj.

– Coś ważnego?

– Bardzo.

– Coś poważnego?

– Bardzo.

Tibor nalegał, żeby powiedziała. Hilda odmownie machnęła ręką, w zdecydowany sposób.

– Po południu. O trzeciej. U cioci Flóri.

Od razu też się pożegnała, Tibor jednak poszedł za nią, nie potrafił się od niej oderwać. Odprowadzał ją po coraz tłumniejszych ulicach aż do sklepu kupca korzennego, Kálmána Lisznera.

Tu się zatrzymali.

Przed sklepem sterczała topola – nie widzieli jej wcześniej, najwyraźniej wetknięto ją tam pomiędzy kamienie ostatniej nocy, bo dookoła leżało kilka wyrwanych kostek granitowych i kilka łopat ziemi: było to drzewko majowe, które kazał wsadzić stary kupiec korzenny, żeby rankiem zadziwić miasto.

Oboje, Hilda i Tibor, spoglądali w górę, z otwartymi ustami.

Na gałęziach topoli kołysały się zdobne chusty, jabłka, pomarańcze, wieńce fig, u szczytu zaś wisiało dziesięć butelek szampana, tak mocno prześwietlonych promieniami słońca, że oboje mieli wrażenie, jakby w środku perliła się piana. Obok nich, przy wierzchołku, w efektownych, smukłych flaszkach mieniły się likiery: zielone, niebieskie, liliowe.

Może i trochę przypominało to drzewko bożonarodzeniowe, ale od choinki było jednak bardziej zjawiskowe i ciekawsze. To pogańskie drzewko rozkwitło przecież nie w ogrzewanym pokoju, otoczone lustrami, lecz na ulicy, pod gołym niebem, i każdemu oferowało dary życia. Z jednej gałęzi w dole zwisał ludzik w ubraniu z waty, mikołaj, roznosiciel wszelkiej zarazy i zepsucia, uroczyście powieszono go teraz na powitanie maja.

Hilda i Tibor chwilę postali sobie pod drzewkiem majowym. Gdy na horyzoncie pojawił się pewien podoficer, którego Hilda znała z widzenia, powiedziała chłopakowi:

– Wracaj teraz do lasku.

– Dlaczego?

– Żeby ciebie widziano. No idź.

Bez podania ręki, bez pożegnania zostawiła Tibora.

Ten zaś zawrócił w kierunku lasku. Za nim szła orkiestra strażacka, również podążająca w tamtą stronę. Razem z nią się oddalił, pogrążony w smutku i zdenerwowany, jednakże krocząc w takt muzyki.

A tam już wywrócił się wszelki porządek.

Nadeszły hordy wycieczkowiczów, którzy, niczym oddziały szturmowe, rzucili się na krzewy bzu i w mgnieniu oka wszystkie je ogołocili. Dzieci wspinały się na drzewa, by ściągać gniazda. Krzaki przemawiały ludzkim językiem, drzewa myślały za pomocą ludzkich zwojów mózgowych i nawet w kamieniach biło ludzkie serce. Wszędzie pulsowało życie istot ludzkich, które do świata natury przyniosły własne pragnienia. Las huczał. Wszystko mu ludzie wyjedli, pokradli, ze wszystkiego ograbili. Deptali jego kwiaty, kłócąc się jedni z drugimi, odłamywali zwilżone rosą gałęzie, wdychali jego aromaty. Staruszki wciągały woń hiacyntów tak, jakby miały od tego natychmiast wyładnieć. Tymczasem na zaspanym jeszcze niebie słońce całkiem się rozbudziło. Skąpało okolicę triumfalnym potokiem ciepła, przeniknęło poprzez korony drzew ukośnie padającymi promieniami, kipiało światłem w żółtych kałużach, podgrzewało krew, łaskotało w płucach, rozkosznie swędziało w gardle, do granic napinało radość życia, w której były przekora, wyzwanie, pragnienie zarówno istnienia, jak i śmierci. I w to wszystko wtargnęła ze swoją muzyką orkiestra strażacka – jej członkowie podnieśli wprost ku wiośnie trąbki, a te lśniły i grały wraz z feerią światła.

Większość ludzi usadowiła się przy wystawionych pod drzewami stolikach, które przykryto białymi obrusami. Pośród podekscytowanego tłumu fruwali kelnerzy z białymi serwetami przypominającymi łabędzie skrzydła, każdy z piętnastoma talerzami, piętnastoma kuflami piwa, żeby nienasycone żołądki miały co jeść i pić. Wszyscy się zajadali, niczym jakaś obozująca armia, gryźli słone rogale, serdelki, popijali majowe wino, wysysali mleko ze szklanki, jakby to była matczyna pierś. Dziewczęta siedziały z chłopcami – dziewczęta w męskich kapeluszach, chłopcy pod parasolkami od słońca. Jakaś młoda kobieta uniosła wysoko bukiet jaskrów, a wtedy włosy jej się rozwiązały i swobodnie opadły. Ze świergoleniem jaskółek wymieszała się paplanina świętujących. Niemal bezszelestnie leciały ku nim w dół owady, opadały piórka. Takie to konfetti prószyło im na talerze, wpadało do ust, do nosów, a oni, śmiejąc się, wypluwali je na ziemię.

Tibor pośpiesznie zostawił za sobą cały ten harmider i wszedł w aleję drzew, gdzie gromadzili się wychowankowie ósmej klasy.

Vili leżał teraz na ziemi, w cieniu drzewa. Z pogardą zerkał na aleję – wałęsały się tam obce typy, które nigdy tu nie bywały.

Uczniowie coraz więcej rozmawiali również o nauce. Przewodził w tym Dezső Ebeczky, prymus, którego wszyscy szczerze nienawidzili. Nie dlatego, że się dobrze uczył. W końcu przecież można się dobrze uczyć. Ale uczyć się tak dobrze jak on to już obrzydliwość.

Vili przysłuchiwał się temu w milczeniu. Poślinił sobie paznokcie i całkiem je zamazał ołówkiem kopiowym, wszystkie dziesięć.

W pewnym momencie podniósł wzrok na Dezső Ebeczkyego i zapytał:

– A ciebie co tu przyniosło?

– Tak sobie przyszedłem, przyjacielu – wyśpiewał w odpowiedzi Dezső Ebeczky, który zaszczycił lasek swoją obecnością, i ostentacyjnie zaciągnął się głęboko leśnym powietrzem. – Ach, natura!

Vili nie rozumiał tego zachwytu. Owszem, jest tu trawa, są drzewa i ziemia, ale czym tu się entuzjazmować?

Żadnego z nich nie interesowała natura, a przecież sami byli jej częścią. Oni na razie spoglądali tylko do środka, we własne wnętrza, nie zaś na zewnątrz, jak czynią to ludzie starzy.

Jednakże Dezső Ebeczky zwykł pisać na piątkę wypracowania z węgierskiego na temat piękna natury. Dlatego dodał:

– Nie ma nic piękniejszego od natury.

– A arytmetyka? – droczył się Vili.

– Ta też jest ładna, przyjacielu. Wszystko jest ładne. Na właściwym miejscu.

Pojawienie się Dezső Ebeczkyego działało tak przygnębiająco, jakby co najmniej któryś nauczyciel przyłączył się do ich grona, przynosząc ze sobą wszelkie okropności i strachy gimnazjum.

Vili zmierzył wzrokiem obłożone w bibułkę książki Dezső Ebeczkyego, którym ten co tydzień zmieniał ubranko na nowe, zlustrował jego twarz świadczącą o skłonności do tycia, przypatrzył się temu facetowi, który spadł tu z jakiejś obcej planety i żył sobie szczęśliwie w dybach szkoły, z jej tablicami logarytmicznymi, pragmatyką historii, gramatyką greki, i wykrzywił usta.

Dezső Ebeczky zaś tak się odezwał:

– Czas ruszać.

Vili zaczął się ubierać. Jego rzeczy leżały na ławce.

Powoli wciągnął spodnie, które były długie i obszerne, na koszulkę gimnastyczną włożył marynarkę, która była krótka i ciasna – z rękawów wyzierały mu nadgarstki. Zrzucił ulubione buty z kolcami. Zamiast nich wsunął niezgrabne buty na grubej podeszwie, zawiązywane na sznurowadła, z którymi zresztą długo się męczył.

Na głowę wcisnął sobie sportową czapkę, bo z tą to nigdy się nie rozstawał. Kapelusza nie nosił wcale.

Wszyscy razem ruszyli.

[1] Imieniny Urbana (węg. Orbán napja) przypadają na Węgrzech 25 maja i zgodnie z tradycją jest to ostatni z zimnych ogrodników, wskazujących na czas, kiedy mogą wystąpić przymrozki. Dzień ten jest uważany za szczególnie ważny dla późniejszego zbioru winogron, dlatego też węgierscy winiarze obrali sobie Urbana za patrona i dziękowali mu, jeśli w jego święto pogoda dopisała. Gdy zaś pogoda tego dnia była zła, co wróżyło słabe zbiory winogron, gospodarze nie tylko nie składali kwiatów ani wieńców pod figurą Urbana, ale wręcz obrzucali ją kamieniami i bili laskami (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

II

W tym samym czasie do szkoły wyruszył także Antal Novák, wychowawca ósmej klasy, nauczyciel matematyki i fizyki. Podążał szybkim, zdecydowanym, rześkim krokiem.

Na jednym z rogów ulicy dołączyło do niego dwóch kolegów, starszy i młodszy. Od tego momentu trzej nauczyciele szli w jednej linii, spacerkiem, zupełnie jak młodzież szkolna, tak wespół, że niemal mogliby się wziąć za ręce. W ten piękny poranek pogrążyli się myślami w swoich nauczycielskich kłopotach.

Doktor Antal Novák, idący w środku, rytmicznie uderzał laską o asfalt. Rozkoszował się wiosną. Nie tak, jak uczniowie, bo on widział już wiele wiosen, czterdzieści cztery jak dotąd. Wiedział, że tę przyjemną rześkość powodują warunki atmosferyczne oraz korony drzew. Ale sen, kawa, blask poranka sprawiły, że nawet on, pomimo całej swojej wiedzy i nabytego doświadczenia, poweselał.

– Ciepło – wydyszał stary Tálas, profesor historii, i przystanął, żeby odsapnąć.

– Tak – zgodził się Novák – taka jest ta nasza pogoda. Zwariowana, zwariowana. Nigdy nie mamy wiosny: po zimie natychmiast przychodzi kanikuła.

– Tylko jesień jest ładna – przytaknął Tálas – długa, pogodna jesień. Węgierska jesień.

– A i ta nie zawsze – odparł Novák.

Otarł sobie czoło. Promienie słońca, które padały mu na kark, były tak gorące, że aż parzyło go tam brązowe ubranie z sukna. Rozpiął marynarkę. Zdjął również słomkowy kapelusz z pokrytej rzadkimi jasnymi włosami wysklepionej czaszki.

– Kapryśna, nieobliczalna pogoda – ciągnął Antal Novák. – Nie mamy morza. Kłopot w tym, że nie mamy morza, które regulowałoby klimat. To znaczy, o, tu jest nasze morze – powiedział, obejmując spojrzeniem piaszczystą okolicę. – Ta masa piasku, po której idziemy, była niegdyś dnem morza. A teraz to morze piasku.

Młody mężczyzna w ciemnych okularach, Ferenc Fóris, nauczyciel łaciny i greki, nie przysłuchiwał się kolegom. Już nawet nie szedł równo z nimi. O łokieć pośpieszył naprzód, żeby się nie spóźnić.

Novák nie zostawił starszego kolegi, który pełnił tu służbę już trzydziesty dziewiąty rok, a ponadto zmagał się z rozedmą płuc. Zwolnił kroku. Wziął tamtego pod ramię i go wspierał.

Nagle i Novák się zatrzymał.

– O, o! – rzucił ze zdziwieniem, orzechowobrązowymi oczami spoglądając w niebo. – Latawiec.

Wskazał laską jakiś punkt.

– Złoty latawiec – uściślił.

Obaj jego koledzy podążyli wzrokiem za laską.

Fóris zmarszczył czoło.

– To latawiec z papieru – stwierdził z lekceważeniem.

W oddali, gdzieś w okolicy lasku miejskiego kołysał się pokaźny, wspaniały latawiec, który ciągnęli za sobą, wysoko ponad drzewami, powolutku, niewidoczni jeszcze uczniowie.

– Dawno już nie widziałem latawca! – zauważył Antal Novák, patrząc w jego kierunku.

Fóris z roztargnieniem zapytał Nováka:

– A właściwie to z czego robi się coś takiego?

– Z listewki.

– Ja czegoś takiego nigdy nie robiłem.

– A przecież to proste – odrzekł Novák, który i poza szkołą lubił objaśniać, zwłaszcza kwestie przyrodnicze, w jednym, dwóch zdaniach unaoczniać teorię, która dla innych pozostawała abstrakcją. – Listewkę napinasz za pomocą żyłki, niczym łuk, w półkole, o tak. – I już kreślił na piasku, laską. – To jest jego stelaż. Następnie bierzesz giętką trzcinkę i umieszczasz ją pośrodku, o tutaj, żeby stelaż usztywnić, i ściśle wiążesz ją z tymi dwoma punktami listewki. To jest jego kręgosłup. Tu ma grzbiet, na tym zawieszasz kantar, który jest bardzo ważny przy stabilizowaniu lotu, żeby latawiec nie opadał. Jak to jest gotowe, wtedy zostaje już tylko obkleić go płótnem.

– Ten jest jednak z papieru.

– Może być i z papieru. Wszystko jedno.

– Ma taki kształt – odezwał się Tálas – jak serce.

– Zgadza się – potwierdził Novák – dlatego może tak fruwać. Również ptaki fruwają zgodnie z tą zasadą.

– Ach – westchnął stary Tálas – ileż to latawców i ja puszczałem w lasku miejskim.

Porozmawiali sobie o takich błahostkach i nawet nie zauważyli, że się uśmiechnęli. Ale nie Fóris. Jego latawiec irytował. Przede wszystkim sama nazwa. „Latawiec” brzmi po węgiersku jak „smok”, a to przywiodło na myśl Fórisowi skrzydlate węże, ziejące trucizną potwory, które powodują śmierć. W głowie kłębiły mu się mitologiczne szkielety i wraki.

Latawiec zaś kontynuował swoją drogę wysoko w powietrzu. Tyle że uczniowie zbliżali się ku szkole nie tą najkrótszą trasą, lecz ciągnąc bocznymi uliczkami; okrążyli miasto, tak że teraz znajdowali się za plecami trójki nauczycieli. Ci musieli się odwrócić.

A tymczasem latawiec zatrzymał się i pozostał w jednym punkcie.

Béla Tálas zauważył, zwracając się z tym do Nováka:

– Jest akurat nad twoim domem, Tóni.

– Zgadza się – odpowiedział Novák. – Jaki jest nieruchomy. Tam wysoko, jak się wydaje, nie wieje wiatr.

– Jak wysoko może być nad ziemią?

– Sto metrów – orzekł Novák, który miał sokoli wzrok. – Więcej niż sto. Co najmniej sto dwadzieścia.

Fóris również się odwrócił i przyglądał powiewającej dostojnie w górze bestii, po chwili zaś niecierpliwie zapytał Nováka:

– Ale od czego on tak migocze?

– Pomalowali go na złoty kolor. I świeci na niego słońce. Od tego tak migocze.

– Czymś takim zajmują sobie czas – złościł się Fóris – akurat teraz, przed egzaminami.

– Jeśli poza tym wypełniają swoje obowiązki – odparł Novák pobłażliwie – to nie szkodzi. Przynajmniej nauczą się tego.

– Czego?

– Działania latawca.

– Czyżbyś ty uczył ich działania latawca?

– Oczywiście. W ósmej klasie, przy okazji tematu elektryczności. Sam nawet chciałem im taki zrobić, ale już nie starczyło mi czasu. Benjamin Franklin, proszę ciebie, wykazał, że to, co błyska na niebie, Boża strzała, jak to się mówi, jest tożsame z elektrycznością, która świeci w twojej lampie.

– Boża strzała?

– Tak jest – Novák potwierdził swój żart, już na poważnie. – Piorun. Franklin puścił wysoko latawiec, w którego czubek wpiął igłę, ta ściągnęła na siebie ładunki elektryczne obecne w powietrzu, a gruby konopny sznurek przemókł i, krótko mówiąc, ze złego przewodnika prądu stał się dobrym przewodnikiem, odprowadził owe ładunki do ziemi. Podobno jeszcze zabiły kurę. Prócz tego, nim wynaleziono balon, to właśnie za pomocą latawców dokonywano pomiarów prędkości wiatru oraz temperatury w wyższych warstwach atmosfery. To bardzo pożyteczna rozrywka.

– W którejś z bitew morskich też puszczono latawiec – wtrącił Béla Tálas. – Ale nie wiem już w której.

– No widzicie? – zakończył Novák. – Zabawa to poważna rzecz. Zawsze symbolizuje życie. To ona wprowadza dzieci w życie. Tylko gdy się bawią, mogą się uczyć.

Fóris nie podzielał tego zdania. Zresztą też nie lubił swojego kolegi. Antala Nováka, dumę grona pedagogicznego, uważał, jak wszyscy, za człowieka ogromnej wiedzy, ale złego pedagoga. W gronie nauczycieli, na naradach kontrolnych i klasyfikujących stale się z nim zderzał, popadał w sprzeczki. Sekretnie go nienawidził.

Latawiec zbliżał się. Coraz bardziej rósł, coraz bardziej lśnił. Nabierał już wyraźnych kształtów, uwidaczniał się jego ogon, który uczniowie zrobili z papierowego łańcucha i także wyzłocili, zdolne łobuziaki. Kołysał nim prąd powietrza.

Obok głowy pokazały się dwie papierowe kity, dwa złote frędzle. Fóris zapytał Nováka:

– A to co?

– To są, mój przyjacielu, uszy latawca.

– Nie widzę jego twarzy.

– Latawiec, podobnie jak smok, nie ma twarzy.

Fóris wzdrygnął się. Novák żartobliwie szturchnął go w bok i powiedział:

– No nie bój się, Feri, przecież nas chyba nie zje. To nie taki smok.

Zaśmiali się, on i Tálas. Fóris zaś wbił wzrok w latawiec, bo ten znów stanął w miejscu, przy drzewku majowym, bezpośrednio nad sklepem korzennym Kálmána Lisznera.

Ojciec Vilego wyszedł przed sklep, żeby pozachwycać się tym rzadkim widokiem. Ręce miał wciśnięte w kieszenie spodni i tak pobrzękiwał drobniakami, dziesięcio- i dwudziestofillerówkami. Ten niewysoki i żwawy starszy pan ze szpiczastą srebrną bródką lubił młodzież. To właśnie on kilka dni wcześniej dał młodym, za darmo, mnóstwo sznurka, na którym teraz trzymali latawiec.

Do sklepu wpadł Vili. Choć był ósmoklasistą, zawsze całował ojca w rękę, ten zaś głaskał go po twarzy, jak małe dziecko. Tego Vili wstydził się przed innymi.

Od razu podszedł do stołu, gdzie obok kosza z cytrynami widać było sery przykryte kloszami ze szkła, a także batony czekolady zapakowane w celofan, i skinął na subiekta, ten zaś z zapałem przygotował zwyczajowe śniadanie panicza: nożem do krojenia szynki przeciął wzdłuż trzy bułki, posmarował je masłem, obłożył salami i plasterkami ogórka. Jedną bułkę Vili natychmiast wepchnął sobie do ust.

Kiedy znów wyszedł na dwór, dzieciaki aż piszczały. Wypuszczono w górę dwa balony, żeby za ich pomocą złapać latawiec, który mógł być na wysokości, jak sądzono, co najmniej dziesięciu tysięcy metrów, gdzie powietrze jest już tak rzadkie, że aeronautom puszcza się krew z nosa.

Na ulicę wybiegały służące z niemowlętami na rękach. Otwierały się okna. Mali posługacze, kreślący na suchym asfalcie piękne ósemki z wody, podnosili wzrok. Każda głowa kierowała się ku górze.

Tylko że zdradzieckie balony puściły się nie za latawcem, lecz w inną stronę. Dotarły tak wysoko, że niemal uderzyły w niebo, i można było się obawiać, iż rozbiją jego kryształowe sklepienie.

Na ten widok chłopcy znów zaczęli hałasować. Biegli z balonami na wyścigi, podskakiwali, wyciągając do góry ramiona, podrzucali czapki, żeby trafione nimi balony spadły na ziemię.

Ten oddalony wrzask doszedł do uszu trójki nauczycieli. Fóris przyśpieszył kroku.

– Zobaczycie, spóźnią się. Szczeniackie nicponie. Znów się spóźnią.

– Dopiero wpół do ósmej – uspokajał go Novák.

– A mimo to się spóźnią. Zawsze się spóźniają.

Latawiec ciągnięto już szybciej. A on pruł naprzód, wprost ku gimnazjum, które swoją zieloną metalową kopułą posępnie wcinało się w świeżość poranka.

– Nadchodzą już – uciszał kolegę Novák, słysząc, że ów hałas wywoływany przez uczniów, a podobny do świergotu wróbli, właśnie łagodnieje.

Nagle wesoły korowód pojawił się na wielkiej ulicy prowadzącej ku fasadzie gimnazjum. Uczniowie, tak ze stu, podnosząc wrzawę, skakali wokoło latawca, który ciął niebo trzymetrowymi złotymi skrzydłami, kiwał się w lewo i w prawo, bo ściągali go niżej, tam gdzie wieje wiatr. Trzymał go na nieskończenie długim sznurku mały uczeń o włosach jasnych jak len. Ale i ci więksi wcale się nie wstydzili. Oni też tańczyli wokół latawca, zachwycali się nim może nawet jeszcze bardziej niż ich młodsi towarzysze. Zabawiali się tym, że nawlekali na sznurek skrawki papieru, a powietrze porywało je i podciągało do góry, niemalże do samego korpusu latawca. Posyłali tam pocztę.

Przepiękny latawiec był prawdziwą atrakcją.

Fóris zdenerwował się.

– Chyba nie wprowadzą go do szkoły – zwrócił się do Nováka z pretensją w głosie i na samą myśl o tym ogarnęło go przerażenie, natychmiast więc pośpieszył w kierunku uczniów.

Ręce skrzyżował za plecami, a jego oczy, których nigdy nie dało się zobaczyć z powodu ciemnych okularów, lustrowały rewolucyjny tłum, Fóris miał bowiem zamiar przeciąć mu drogę.

– Co to ma znaczyć? – zaskrzeczał ostrym, nieprzyjemnym głosem. – Co to ma znaczyć?

Uczniowie nie przestraszyli się, kocia muzyka grała dalej. Ustała dopiero wówczas, gdy spostrzegli Antala Nováka. On nie krzyczał, ale i tak wszyscy się go bali.

Naraz zapadła cisza. Uniosły się czapki, kapelusze.

– Co tak hałasujecie? – krzyczał Fóris, teraz już sam jeden, w ciszy, którą mógł zawdzięczać swojemu koledze. – Hołota. I te duże wyrostki też. Stare osły. Ósma klasa. Oczywiście, ósma klasa! Wstydźcie się!

Malcy, jeden po drugim, przemykali chyłkiem, po wielokroć głęboko się kłaniając. Więksi rzucali tylko powitanie.

– Zmiatajcie do klas. Już po trzecim dzwonku.

Zawsze zwykł tak mówić. Lecz i teraz kłamał. Było dopiero po pierwszym dzwonku.

– Czyj to latawiec?

Zgłosił się jakiś rudzielec, trzecioklasista. Ledwie było go widać pośród pozostałych uczniów. Nie dawał sobie rady z latawcem, który go popychał to tu, to tam tak mocno, że niemal podrywał chłopaka z ziemi.

– Schowajcie to gdzieś.

Tibor Csajkás, który zawsze zachowywał się usłużnie względem nauczycieli, ścisnął w zębach przyniesioną z lasu gałąź białego bzu i wziął od trzecioklasisty kołyszący się i podrygujący latawiec. Ale i on sobie z nim nie radził. Vili wyrwał więc sznurek z ręki Tibora, pociągnął latawiec przed bramę gimnazjum i tam sprawnie przywiązał do pnia drzewa, żeby po szkole można było go zabrać do domu. Szpulkę ze sznurkiem rzucił na ziemię.

Po kilku minutach ulica opustoszała. Uczniowie weszli do gimnazjum i przedyskutowali, ileż to rozmaitych rzeczy się dzisiaj wydarzyło: w lasku miejskim strzelano z pistoletu, na śniadanie dano im słone rogale i parówki, słyszeli cygańską muzykę i orkiestrę strażacką, rozmawiali z dziewczynami, widzieli też drzewko majowe, ale latawiec, złoty latawiec, ten był najpiękniejszy.

Antal Novák smażył się na słońcu przed bramą i jako że od ósmej do dziewiątej nie miał lekcji, zapalił mocną wirginię[2]. Zawsze palił taką mocną wirginię.

On też podziwiał to cudo, które wydawało się jeszcze większe z bliska, gdy swoim cielskiem lewiatana, teraz uwiązanym, błąkało się po kopule gimnazjum, bezpośrednio nad świętym krzyżem.

– Jeszcze porwie go wiatr – przestrzegł Nováka Béla Tálas.

Novák spojrzał w górę, mrużąc oczy od słońca.

– Nie – odparł – teraz już wcale nie ma wiatru. Panuje zupełny spokój. A poza tym dobrze go uwiązali – dodał, pomacawszy grube supły sznurka na pniu.

[2] wirginia – długie, cienkie cygaro.

III

Z chwilą gdy uczniowie pozostawili za sobą ów promienny poranek i weszli do holu starego, podniszczonego budynku gimnazjum, wszystko przed nimi pociemniało.

Nic nie widzieli. Mieli wrażenie, że nagle oślepli, mieli uczucie, że wciąż jest noc.

Poza tym także marzli.

Dudniący, szeroki hol, zimny nawet przy kanikule, tchnął ku nim zapachem piwnicy i tym specyficznym, znanym od dawna odorem szkoły bijącym z zeszytów, gąbek, kredy, z pojemnika na piasek do osuszania atramentu i z samego rozcieńczonego atramentu, odorem przyprawiającym ich o mdłości.

Oślepione oczy z wolna zaczęły rozróżniać przedmiot za przedmiotem: zegar ścienny, z jego surowymi wskazówkami, materac przed salą gimnastyczną oraz przeszkloną szafę, gdzie stały gipsowe kopie rzymskich big i kwadryg. Nad nimi znajdował się rząd popiersi klasyków, których uczniowie uważali za osobistych wrogów – autorów arcydzieł literatury greckiej i łacińskiej; wszyscy mieli oblicza pobladłe, zielonkawoszare, niczym chorzy na raka.

Gergely, woźny, potrząsał dzwonkiem, dzwonił po raz drugi, kwadrans przed ósmą.

Jego twarz ożywiały kolory, nie jak w przypadku tamtych greckich i łacińskich klasyków.

Doszło też do drobnego niezdyscyplinowania. Na końcu bezkresnego, jak się zdawało, korytarza na parterze chłopcy coś ścigali. Ciskali w to coś książkami, obsadkami piór. To był szczur, który wychynął z kanału osłoniętego metalową kratą i uciekł na górę do budynku gimnazjum, tam zaś popędził wzdłuż ścian, a choć do ścigających dołączyły całe klasy, udało mu się jednak umknąć jeszcze wyżej, na drugie piętro, gdzie zniknął pod metalowymi drzwiami prowadzącymi na strych. Fóris, z pięściami przyciśniętymi do piersi, lekko przyśpieszywszy, starał się dogonić dokazujących. Młodszych ciągnął w górę za włosy przy skroniach, większym dawał solidnego kuksańca w bok.

Po trzecim dzwonku gimnazjum ucichło. Otwierały się drzwi do klas, do sal wchodzili nauczyciele. Z wielu miejsc słychać było: „Duchu Święty, Panie nasz, poddaj swej potędze nasze serca… nasze serca… abyśmy to, co piękne i szlachetne, mogli pojąć… mogli pojąć…”. Uczniowie pośpiesznie klepali codzienną modlitwę, a nauczyciele stali na podwyższeniu, ręce splótłszy na piersi, skromnie spuściwszy wzrok. Na koniec wszyscy żegnali się i siadali, nauczyciele zaś robili wpis do dziennika. Jeden z uczniów wychodził z pierwszej ławki, przystępował do nauczyciela i pochyliwszy się do jego ucha, dyktował nazwiska nieobecnych, tak poufale, jakby przekazywał mu słodką tajemnicę, która dotyczyła tylko ich dwóch. W ławkach robił się ruch, kartkowano podręczniki i przystępowano do odpytywania. Uczniowie odpowiadali ze wszystkiego na świecie: z wiedzy o Bogu, jasnymi argumentami dowodząc konieczności istnienia najwyższego Ducha, z opanowania materiału o baronie László Lisztiusie[3], z niemieckiej poetyki, z gerundium i gerundivum, z greckich czasowników zakończonych na -mi, z zagadnienia pragmatica sanctio, ze stawonogów, z obliczania procentu składanego, z napięcia powierzchniowego cieczy – wykazywali się przy tym tak dużą wiedzą, jakiej na wszystkie te tematy naraz nie mają nawet najpierwsi w świecie naukowcy i geniusze. Ale mają biedni uczniowie.

Antal Novák z rozkoszą palił sobie w pokoju nauczycielskim wirginię, można było dobrze się nią zaciągnąć. Z kolegami, którzy tak jak on mieli okienko, rozmawiał o dodatku za staż pracy. Kiedy wypalił wirginię, wstał i ruszył do pracowni fizyki, mieszczącej się w bezpośrednim sąsiedztwie ósmej klasy, przy końcu korytarza na pierwszym piętrze.

Wielkie dwuskrzydłowe drzwi oraz trzy okna w ósmej klasie otwarto, żeby zgodnie z poleceniem wychowawcy przewietrzyć salę przed rozpoczęciem lekcji. Tyle że nauczyciel, który tę lekcję miał poprowadzić, jeszcze nie nadszedł, i choć było już blisko wpół do dziewiątej, wciąż pozostawał w pokoju nauczycielskim, zatopiony w myślach. Uczniowie oczekiwali go w ożywieniu. Nikt się nie uczył. Vili wskoczył na parapet, by sprawdzić, co z latawcem, a ponieważ go stamtąd nie dojrzał, to przynajmniej podciągnął się na poprzecznej belce okna, pokazując umięśniony brzuch.

Dopisywały im humory, i to z kilku przyczyn. Po pierwsze, popołudnie mieli wyjątkowo wolne, a myśl o tej drobnej swobodzie już rano ich zelektryzowała. Po drugie, był to jedyny dzień bez matematyki i fizyki, tych dwóch okropnych przedmiotów, przed którymi nawet najlepsi uczniowie – na próżno temu zaprzeczali – także drżeli ze strachu. Po trzecie, na pierwszej lekcji była historia, której uczył poczciwy Béla Tálas, a on docierał zwykle dobrze po wpół do dziewiątej i był już tak zmęczony, że nic mu nie przeszkadzało ani niczego nie miał za złe.

Począwszy od pierwszej klasy gimnazjum wypróbowali na nim każdą psotę. Z początku buczeli, używając do tego obsadek piór, pluli w niego papierowymi kulkami, lali na jego krzesło wodę, żeby w nią usiadł, obsadkę pióra smarowali mu gumą arabską, poły wierzchniego ubrania związywali sznurkiem, a ponadto przynosili na jego lekcje żaby i myszy, które w klasie wypuszczali. Potem robili żarty bardziej wyrafinowane. Nim się pojawił, zamykali wszystkie okiennice, tak że zalegały naraz egipskie ciemności, albo szybko kucali na podłodze, by klasa zdawała się pusta. Później te uczniowskie figle podnieśli na poziom mistrzowski. Wywracali oczy białkami do góry, zupełnie jak przy lekarzu szkolnym w trakcie badania na jaglicę, i siedzieli z rękoma splecionymi na piersiach, zabawiając się tym, że sami nie widzą nauczyciela, natomiast nauczyciel widzi ich. Ostatni ich numer, już w ósmej klasie, polegał na tym, że unosili ławki dobrze umięśnionymi udami, z wolna i ostrożnie popychali te ławki naprzód, o piędź na minutę, wskutek czego przed dzwonkiem cała klasa zajmowała miejsce tuż przed katedrą, a w rezultacie nie zachowywano właściwej odległości, jaka zwykle występuje pomiędzy katedrą a ławkami, na dawne zaś miejsce klasa powracała w żółwim tempie i dopiero wówczas, gdy stary profesor wszystkich o to specjalnie poprosił. Kusiły ich w wyobraźni owe przestarzałe akty nieposłuszeństwa, które już im się zresztą znudziły, teraz jednak nadzieja uczniów na to, że się uwolnią, na powrót przywołała w udręczonych nauką ciałach wspomnienie tamtych wybryków, a strach przed czekającą ich ostatnią ciężką próbą te reminiscencje wzmocnił, tyle że był to humor wisielczy, który potęgował męki. To dlatego hałasowali. Jeszcze tylko hałas ich ekscytował, bo ten nigdy nie może się znudzić.

Hałasowali zaś nie bezładnie, lecz pięknie, rytmicznie. Vili wskoczył na stojące na podwyższeniu krzesło nauczyciela i stamtąd wybijał rytm niczym dyrygent, fortissimo i pianissimo, tak żeby wrzawa, w zależności od potrzeb, rosła bądź cichła. To on był dyżurnym. Antal Novák nawet tutaj, w ósmej klasie, nie zlikwidował tej instytucji występującej w młodszych klasach, ponieważ wiedział, że uczniowie to wciąż jednak tylko uczniowie, a poza tym wyznawał pedagogiczną zasadę, zgodnie z którą baczenie na siebie nawzajem daje uczącej się młodzieży poczucie własnej godności. Jednak ten dziwny harmider mimo wszystko uznał za przesadny. Zatrzymał się w otwartych drzwiach akurat w momencie, gdy Vili zeskakiwał z krzesła, i raczej smutno niż z gniewem powiedział:

– Panowie przeczuwają własną zgubę? Pięknie, bardzo pięknie. I to panowie, którzy jesteście dorosłymi ludźmi.

Odczekał chwilę, skinął głową.

– Tylko żebym i na maturze tak dobrze słyszał panów głosy.

Matura, matura. To było straszne.

– Kto będzie miał lekcję?

Wszyscy, jak ich było dwudziestu trzech, odpowiedzieli jednocześnie:

– Pan profesor Tálas.

Novák pokręcił głową.

– Słyszałem.

Nagana z jego strony była skierowana po części do hałasujących, po części zaś do Béli Tálasa, który tak zaniedbuje obowiązki, że choć minęło już wpół do dziewiątej, wciąż pozostawia klasę samą, bez nadzoru.

– Niech się panowie czymś zajmą.

Vili stał już grzecznie na podwyższeniu i jako dyżurny odezwał się:

– Ja im to zawsze mówię, panie profesorze. Ale oni zawsze hałasują, panie profesorze.

Novák, który wszystko widział, nie przełknął takiej bezczelności, wskazał ławkę Vilego, siódmą.

– Niech pan wraca na swoje miejsce.

Vili poszedł na miejsce. W siódmej ławce podnieśli się Bandi Huszár i Packa, by go tam wpuścić. Siedział pomiędzy dwoma kolegami, też mistrzami w biegach, a ci go strzegli jak żołnierze gwardii przybocznej.

Ledwie Novák oddalił się w kierunku pracowni fizycznej, Vili znów wstał. Nakazał ręką ciszę i półgłosem, skupiając powszechną uwagę, tak powiedział:

– Chłopaki, widzieliście to?

– Co?

– Kapelusz słomkowy. No, no – rzucił marzycielskim tonem – Tóni założył kapelusz słomkowy. Niesamowite.

Wszyscy się roześmiali. Już w drodze do szkoły uśmiechnęli się na widok tego, że Tóni Novák założył kapelusz słomkowy.

Novák miał jedną czapkę oraz dwa kapelusze. Czapkę z kuniego futra, którą dopełniały dwa ochraniacze na uszy, takie opuszczane, a którą wyciągał już pierwszego listopada, w obawie przed przeziębieniem, i nosił aż do końca lutego. Pierwszego marca pojawiał się na jego głowie filcowy kapelusz z szerokim rondem, który to kapelusz można było obserwować aż do końca kwietnia oraz jesienią, we wrześniu i w październiku. W cieplejsze zaś wiosenne dni pojawiał się czarny, dość dziwaczny kapelusz słomkowy, z pękatą koroną, i panował do samego końca lata. Wszystkie trzy nakrycia głowy uczniowie dobrze znali. Teraz zobaczyli ten jego kapelusz słomkowy, z czego wywnioskowali, że dłużej utrzyma się ładna pogoda. Spokojnie można było się kierować Novákiem. Jego talent do przewidywania pogody ceniło sobie także miasto. Z ust do ust rozchodziła się po gimnazjum nowinka dnia. Stary założył kapelusz słomkowy. Czy widzieliście już, chłopaki, słomkowy kapelusz? Jakżeby mieli nie widzieć. Novák był niesamowicie śmieszny w tym słomkowym kapeluszu. Jesienią zaś był strasznie śmieszny w filcowym kapeluszu. Zimą natomiast był strasznie śmieszny w czapce z kuniego futra.

Rejestrowali tak nie tylko jego kapelusze, lecz także każdą pojedynczą sztukę ubrania. Dwa brązowe, uszyte z wełny garnitury niemal się nie różniły co do koloru – jeden z nich był odrobinę jaśniejszy od drugiego – i Novák nosił je na zmianę, latem i zimą. Oba były lekko zmechacone, ale bardzo wytrzymałe, zdatne do tego, by chronić mu ciało przed niedogodnościami pogody. W kamizelkach nie tolerował wycięcia, zapinały się one aż po szyję, tak że dla krawata zostawał jedynie maleńki trójkąt równoramienny przestrzeni. Trzeci zestaw odzieży, odświętny czarny strój, zwykli lustrować w niedzielę w kościele i na szkolnych uroczystościach: surdut, który obijał mu się o kolana, oraz pozieleniałe spodnie, podobnie jak pozostałe powypychane na kolanach i równie rzadko oddawane do prasowania. On, który z nauk przyrodniczych znał to, co wieczne, nie brał pod uwagę mody, która jest przemijająca, przypadkowa i która nieustannie się zmienia. Nosił buty wysokie nad kostkę, z często opadającymi cholewkami, oraz długie aż po kolana białe skarpety, pobłyskujące na zewnątrz, gdy przy zakładaniu nogi na nogę podciągały mu się nogawki. Niektórzy widzieli nawet jego szelki, miało to miejsce w saunie, kiedy ubierał się w kabinie, a jeśli tamci nie kłamali i rzeczywiście można dać wiarę ich słowom, spodnie Antala Nováka były chronione przed opadnięciem i podtrzymywane przez płócienne szelki w niebieskie paski. Na te ubrania, które – z racji tego, że był nauczycielem – uczynił czymś ważnym i jakby domagał się należnego im szacunku, młodzież spoglądała z odrazą pomieszaną z zaciekawieniem. Podczas wywołujących przestrach lekcji matematyki i fizyki co odważniejsi uczniowie ósmej klasy dotykali nawet dłonią, przez moment, skraju jego marynarki, ba, Gyuszi Oláh przechwalał się, że ryzykując życie, raz nawet złapał go za spodnie, nieco powyżej uda, a miało to miejsce wtedy, gdy Novák podszedł do jego ławki i w zapale wyjaśniania, odwróciwszy się tyłem do klasy, patrzył na tablicę, na pewien wzór. Wcale zresztą nie były to zwyczajne spodnie ani marynarka, lecz spodnie nauczycielskie oraz marynarka nauczycielska, sukno zaś to sukno nauczycielskie, nieporównywalne z żadnym innym.

Co się tyczy jego krawatów, z tymi możemy się uporać jeszcze łatwiej. W szkole występowały zaledwie dwa: szary, długi, jedwabny wyrób konfekcyjny podziwiany w dni powszednie oraz czarny, również zakupiony jako gotowy, mniejszy, do surduta. Był wprawdzie jeszcze i trzeci, z białego batystu w czerwone ciapki, ale tego nie zakładał już ponad rok. Trzeba wiedzieć, że rok wcześniej kilku chłopców zaadresowało do niego następującą odkrytą kartkę pocztową: „Nasz Tóniczku, dzisiaj rano widzieliśmy ten nowy krawat w czerwone ciapki. Z uszanowaniem informujemy, że bardzo ci w nim nie do twarzy i że zagraża on twojej powadze jako nauczyciela. Prosimy, nie zakładaj go więcej, już choćby we własnym dobrze pojętym interesie”. Zamiast podpisu: „Twoi życzliwi uczniowie”. Novák tę niesmaczną kartkę pocztową podarł na strzępki. Ale następnego dnia rzeczywiście go nie założył, ku bezgłośnej wesołości całej klasy, i faktem jest, że od tamtej pory ów krawat wisiał na sznurku, na drzwiach szafy, zakończywszy swoją krótką karierę.

Z przedmiotów lubił przeważnie te duże. Na małe – pinezki, szpilki, igły, które się gubią – był zły. Pisał piórem wykonanym z metalu, pod względem kształtu prezentującym się jak łopata, ponadto olbrzymim ołówkiem, przypominającym te używane przez cieśli. Z poszetki wystawało mu kilka obsadek pióra oraz czerwono-niebieski ołówek. W kieszonce kamizelki mieścił się zegarek bez zewnętrznej przykrywki, który – z pominięciem wszelkich względów estetycznych – służył wyłącznie do mierzenia czasu, a liczba XII była na nim pomalowana karminową czerwienią, podobnie jak na termometrze liczba wskazująca gorączkę, i sygnalizowała mu, że lekcja dobiegła końca. Kieszenie marynarki były obciążone przez nawkładane tam rzeczy: kilka rozmaitych pęków kluczy, klucz do bramy, którego nigdy nie wyjmował, a więc nie zapominał wziąć z domu, mosiężne odważniki, linijki, gumową rurkę albo kawałek szkła, ewentualnie też dłuto bądź obcęgi.

Uczniowie nazywali go poufale Tónim, ale to pieszczotliwe zdrobnienie do niego nie pasowało. Przede wszystkim był człowiekiem bardzo poważnym. Poza tym nie zasługiwał na to, by z niego szydzić. Miał poglądy postępowe, liberalne, z uczniami przyjaźnił się również poza szkołą, zarazem jednak unikając spoufalania się, a niedawno gwoli podtrzymania bezpośrednich relacji wprowadził „popołudniowe herbatki”, na które zaprosił wychowanków klas wyższych. Owe popołudniowe spotkania nie wypaliły. W domu tego surowego, aczkolwiek miłego nauczyciela uczniowie zachowywali się w sposób świadczący o tym, jak bardzo są przejęci, i nie mieli śmiałości poczęstować się ciastem ani nawet się odezwać, mówił tylko Dezső Ebeczky, który poruszał głównie zagadnienia matematyczne, tymczasem pozostali podśmiewali się i nudzili na tej ochrzczonej nazwą popołudniowej herbatki dodatkowej godzinie matematyki. Novák więcej zresztą nie zaprosił uczniów do siebie. Mimo to nie zrezygnował z szukania kontaktów towarzyskich z młodzieżą i umacniania z nią przyjacielskich relacji. Sam najbardziej żartował z osoby takiego sztywnego nauczyciela jak Fóris, którego pisma humorystyczne niebezpodstawnie, zdaniem Nováka, stawiają pod pręgierzem, oraz ze swojego drugiego smutnego przeciwieństwa, Béli Tálasa, który nie baczy na własny autorytet. On, Novák, stał pośrodku, pomiędzy nimi dwoma: podzielał racje przemawiające za surowością oraz zachowywał spokój i godność. Mimo wszystko był równym gościem.

Dlaczego „równym gościem” okazuje się będący w sile wieku porządny mężczyzna, który względem każdego zachowuje się w sposób przymilny, jest pobłażliwy w stosunku do uczącej się młodzieży, prowadzi nienaganne życie, nie cechuje się kołtuństwem ani ograniczonością bądź szczególną manierycznością, nauczyciel, który może się pochwalić dwudziestoletnim już stażem pedagoga, od lat abonuje „Dzienniki Matematyczne i Fizyczne” oraz „Monitor Nauk Przyrodniczych”, ostatnio zaś wykonuje pożyteczną służbę na rzecz instytutu meteorologicznego, w ramach której śledzi burze, naukowiec, który wspaniale rozumie swoje dwie trudne specjalizacje, matematykę i fizykę, wychowawca, który zawsze jest taktowny i panuje nad sobą? – niełatwo na to odpowiedzieć. Uczniowie uważali go za „równego gościa”, zarówno ci mądrzy, jak i ci głupi, ci grzeczni i ci pozbawieni dobrych manier, i mieli rację. Tóni Novák rzeczywiście był równym gościem.

Trzeba go było tylko widzieć, jak przemierzał ulicę w tych swoich wiecznie skrzypiących, obszernych butach, z tą swoją brązową laską, w tym swoim brązowym garniturze, jak wciskał między zęby brązową wirginię i ją zapalał, a potem wchodził do szkoły, w tych samych butach, z tą samą laską, w tym samym garniturze i z tą samą wirginią, i już samo to wystarczyło, żeby człowiek się roześmiał, nie złośliwie, lecz z jakimś takim przyjemnym uczuciem politowania. Cóż to za miły facet z tego staruszka, gdy tak kładzie na blat te swoje ładne, wypielęgnowane białe dłonie i całe minuty się nimi napawa albo gdy wydmuchuje nos w chustkę w kratę, a potem tę chustkę składa tak starannie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Wy tego nie możecie pojąć. Nie sposób opowiedzieć o tym zwięźle. Uczniom kręciło się w głowach od śmiechu, który musieli w sobie dusić. Niekiedy na korytarzu wyróżnił jednego czy drugiego, zagadując do nich, a potem chwyciwszy ich za ramię, rozmawiał z nimi w sposób bezpośredni, przynajmniej on tak sądził, że w sposób bezpośredni, chłopców zaś ogarniało nawet wzruszenie, gdy tak stali z nim twarzą w twarz, ale jak tylko się od nich odwrócił, a oni zerknęli w stronę kolegów z klasy, to usta im się wykrzywiały, jakby napili się octu i dopiero po dłuższej chwili wolno im było go wypluć, śmiali się i posykiwali, rozkoszowali się tym i dokazywali we własnym już gronie. Nigdy nie stroili sobie z niego żartów otwarcie, zachowywali je dla siebie. Te uczucia względem Nováka podzielali jednakowoż wszyscy jego uczniowie.

Czy był zatem śmieszny? Musimy to ustalić. Trochę tak, ale jakżeby mogło być inaczej. Przede wszystkim dlatego, że był człowiekiem, a każdy człowiek jest śmieszny. Był śmieszny, bo na krępym tułowiu z zapuszczonym brzuszkiem nosił jakby kulę, globus, tak w ogóle nazywany głową, na tej głowie zaś widać było pęk sierści, tak swoją drogą nazywany włosami, na twarzy – dwa mrugająco-świecące koła, tak w ogóle nazywane oczami, jeden niemal szkarłatny guz, z otworami do wietrzenia głowy, tak swoją drogą nazywany nosem, ponadto czerwony kawałek mięsa, tak w ogóle nazywany ustami, nieco wykrzywiony pod brązowym wąsem, usta, jego usta, usta Tóniego Nováka, którymi zwykł mówić w szkole, ale i jeść, w sekrecie, kiedy nie widzą go uczniowie. Jeśli w trakcie objaśniania lekcji prysła na nie ślina, szybko ją wycierał, zakłopotany. Zwykł też kasłać, chrząkać, ba, niekiedy również kichać, a wtedy cała klasa życzyła mu zdrowia. Dodajmy jeszcze i to, że czasami drapał się po głowie małym palcem, grzebał sobie w uchu ołówkiem z kościaną końcówką, którym zwykł wpisywać oceny niedostateczne, i gustownie potrzaskiwał nauczycielskim notesem z błyszczącą na okładce złotą sową, ptakiem Pallas Ateny, symbolem wiedzy.

Ponadto słyszeli o nim najrozmaitsze historie, z których okropnie można było się radować. Vili na przykład informował, że u nich w sklepie Novák zakupił wczoraj szynkę z giczą, albo ktoś opowiadał, że jego stara kucharka kupowała u rzeźnika podroby – cynaderki i móżdżek – albo rybę na targu, dlatego po południu, kiedy wchodził na lekcję fizyki, cała klasa wiedziała, że na obiad były szynka, cynaderki z móżdżkiem albo ryba, i te potrawy, które zgodnie z prawami fizjologii już trawił, niemal widzieli w jego żołądku, jakby przez szklaną ścianę. W takich sytuacjach można było wręcz paść ze śmiechu, gdy przymuszając twarz do chytrego wyrazu szacunku i patrząc mu prosto w oczy, po wielokroć pytało się go w duchu: „Dobra była, ty Arbuzie, ta szynka z giczą, smakowały cynaderki z móżdżkiem, nie śmierdziała nieco ta ryba, ty Baniaku?”. Dysponował aż dwoma przezwiskami, bo żadne do niego na dobre nie przylgnęło, a uczniowie nie umieli znaleźć tego właściwego. Przezywali go Arbuzem z powodu ładnej czaszki, Baniakiem zaś właściwie nie wiadomo dlaczego. Opuszczające szkołę roczniki uczniów wcale zresztą nie przekazywały tych przezwisk młodszym pokoleniom, jak to się działo z przydomkami pozostałych nauczycieli, których udatnie i trwale piętnowano za manieryczność.

Nie budzi wątpliwości to, że stateczni obywatele, którzy się z Novákiem stykali, rodzice bądź też opiekunowie uczącej się młodzieży, nie znajdowali w tym w najwyższym stopniu zasługującym na szacunek nauczycielu niczego zabawnego i z pewnością wzruszyliby ramionami albo uznali za dziecinadę to, jak nieodparty śmiech wzbudzał w każdym z uczniów ten czy inny jego zwyczaj. Tamci jednak nie przyglądali mu się z tak bliska. Nie widywali go przez całych osiem lat, przed południem i po południu, jak siedział na podwyższeniu, na katedrze, która znajduje się na wysokości ledwie piętnastu centymetrów od podłogi, niemniej jednak daje mu straszliwy autorytet i czyni go okropnie nieprzystępnym, jakby unosił się w obłokach, a pod nim, gdzieś tam głęboko w dolinie jest klasa, rozrzucona po ławkach klasa, która z powodu tych dwóch przedmiotów nauczanych przez Nováka nieustannie odczuwa przeszywający strach i z przerażeniem, ale i przepełniona złośliwością, czeka na każde jego słowo i każdy gest. Tamci są słabszymi obserwatorami. Tylko uczniowie, ósmoklasiści, znali go naprawdę, każdy z nich lepiej zresztą niż własnego ojca, już wtedy ich zaniedbującego. Novák stał tam, podczas gdy publika nieustannie brała go w krzyżowy ogień pytań. Nie ma takiego aktora czy fetowanego śpiewaka operowego tak ostro ocenianego przez krytyków teatralnych, tych zmęczonych, rozczarowanych ludzi. Jego krytycy, uczniowie, mieli bezlitosne oczy, świeże umysły, prastare, wciąż nieokiełznane instynkty. Grał dla nich nie tylko w trakcie lekcji, lecz także potem, gdy już poszedł do domu, a oni w myślach przerabiali to, co od niego usłyszeli, u niego zobaczyli. To przedstawienie nigdy się nie kończyło. Nawet najgorsi uczniowie uważali go trochę za własnego przyjaciela, nawet najlepsi – trochę za własnego wroga. Dlatego go obserwowali. Zauważali, że jest nieco bledszy niż zazwyczaj, i przychodziło im na myśl, że zjadł słabe śniadanie. Śmiali się z tego. Zauważali i to, że jest nieco bardziej czerwony, i przychodziło im na myśl, że zjadł dobre śniadanie. I z tego też się śmiali. Śmieszne były jego sygnet z karneolem, wata w lewym uchu, to, jak brał głęboki oddech, co poprzedzało reprymendę i kazanie. W ogóle wszystko było w nim śmieszne, i jego ciało, i jego dusza też.

Tych jego dwudziestu trzech pasierbów, wychowanków ósmej klasy, z drobiazgową ciekawością rozkładało go na części, podobnie jak rozbierało na części zabawki, które niegdyś lubiło, a potem psuło, żeby sprawdzić, co tam może być w środku. W trakcie tego ciągłego współprzebywania chłopcy wkręcali się jak najbliżej niego, wnikali weń, wścibscy i zaciekawieni, niemal ciało przy ciele, i sądzili, że to, co tam znajdują, to brak szacunku lub złośliwość, a to były przecież tylko głębokie zainteresowanie, braterski uśmiech, humor, największa ludzka miłość. Unosił się nad ich głowami jako pojęcie i pojawiał się w ich rojeniach. Ciekawe, co może teraz robić? Ale na próżno znali tysiące jego naturalnych ułomności, nikt nie mógłby ich, jego uczniów, przekonać, że i on jest tylko człowiekiem jak inni, że i on urodził się i umrze, że podlega prawom przemijania. Podobnie też nie całkiem uwierzyliby w to, że może go zranić nóż. Stąd żywili wobec niego niewiele współczucia. Nie potrafili sobie wyobrazić jego przeszłości ani przyszłości. Jedynie teraźniejszość, która jest czymś pewnym i stałym. To, że kiedyś był dzieckiem i że mógł mieć też ojca i matkę, zdawało się dziwną, nieco komiczną myślą. W listopadzie przez dwa dni nie przychodził do szkoły, ktoś go zastępował. Plotkarzom, którzy obiegli miasto, udało się dowiedzieć, że jest chory. Cóż za przezabawna sprawa: Tóni leży w łóżku także w czasie lekcji. Zaśmiewali się do łez. On zresztą wcale nie był człowiekiem. Był kimś mniej i kimś więcej niż człowiekiem. On był doktorem Antalem Novákiem, wychowawcą ósmej klasy, nauczycielem matematyki i fizyki, strażnikiem pracowni fizycznej, obserwatorem burz pozostającym w służbie instytutu meteorologicznego.

Kiedy dotarł do pracowni, z tamtej strony, gdzie znajdowała się ósma klasa, rozległo się ostre „niech żyje”, co oznaczało, że do klasy wszedł nauczyciel historii. Béli Tálasowi, biedakowi, zawsze wyprawiano takie owacje, i kiedy się pojawiał, i kiedy wychodził. Starszy pan skinieniem głowy kwitował ów przejaw uznania ze strony pełnej entuzjazmu węgierskiej młodzieży. Novák się uśmiechnął.

W pracowni uderzyła go lekka, nie tak bardzo nieprzyjemna woń gazu, która rozbudziła w nim myśl o nieustającej pracy. Odpiął mankiety. Trzymając w ustach gwoździe, zabrał się do piłowania deski. Przygotowywał stojak do pewnego eksperymentu. Prace stolarskie i ślusarskie zawsze wykonywał sam.

Było bardzo gorąco. Wiosna, zamknięta w tym pomieszczeniu, wręcz szalała. Mieniła się na butelce lejdejskiej, na lisiej kicie, na wyrzutni i na sferycznych lustrach, prezentowała się tęczą kolorów, jak te widoczne na rozwieszonych na ścianach rysunkach z optyki.

Od pracy oderwał go dopiero dzwonek i wówczas poprowadził swoją lekcję w klasie szóstej, następnie zaś także w czwartej oraz w pierwszej.

Gdy promieniało południe, on podążał ulicą nie zmęczony przekazywaniem wiedzy, lecz tym orzeźwiony. Pozdrawiali go uczniowie, a on odpowiadał im przymilnie, unosząc czarny słomkowy kapelusz. Na drzewach ćwierkały wróble, bezczelnie i czarująco, jak to wiecznie młodzi adepci ptasiej społeczności.

[3] László Lisztius (Liszty, Liszti, 1628–1663) – węgierski poeta, autor m.in. eposu o klęsce pod Mohaczem, znany z burzliwego życia, które zakończył w Wiedniu, ścięty za liczne przestępstwa.

IV

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Rozdział XXIV
Rozdział XXV
Rozdział XXVI

Tytuł oryginału: Aranysárkány

© for the Polish translation and afterword by Irena Makarewicz

© for the Polish edition by Officyna s.c.

Wydanie I, Łódź 2020

Redakcja: Anna Krzywania

Korekta: Agnieszka Czerepowicka

Projekt okładki: Maciej Mraczek / maciejmraczek.pl

Wydawnictwo Officyna s.c.

93–114 Łódź, ul. Przędzalniana 99

www.officyna.com.pl, [email protected]

Zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu Petőfi Literary Museum

Publikacja powstała we współpracy z Instytutem Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka

Książka została wydana dzięki wsparciu Węgierskiego Instytutu Kultury w Warszawie.

ISBN 978-83-66511-21-7

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek