Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Maj 1968 roku. Sonia przylatuje z Paryża do Gdańska – miasta, które zna jedynie z opowieści zmarłej matki, Rity. Próba odnalezienia przeszłości i wyjaśnienia rodzinnych tajemnic prowadzi ją do spotkania z paroma osobami. Na miejscu Sonia musi skonfrontować się z historią, która okazuje się inna, niż zakładała, oraz z prawdą o swoim pochodzeniu i losach Rity. Wyprawa do Polski staje się dla niej szansą na odzyskanie tożsamości, której szukała przez lata.
Izabela Żukowska – powieściopisarka i muzykolog. Autorka cyklu kryminałów o śledztwach komisarza Franza Thiedtke oraz takich powieści, jak Skazy czy Titanic zatonął dwa razy. Jest również współtwórczynią książek Hotel Bristol. Na rogu historii i codzienności oraz Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 133
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Izabela Żukowska
Seria: Saga Gdańska (t. 3)
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Złodziejka czasu
Seria: Saga Gdańska (t. 3)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Anna Kuciejewska
Projekt okładki:
Magdalena Zawadzka Auresusart
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68254-48-8
Maj 1968 roku
Aby dwudziestego siódmego maja Sonia znalazła się na pokładzie samolotu, który z Warszawy zabrał ją do Gdańska, musiała dwa dni wcześniej wyruszyć z Paryża do Monachium. Tam zatrzymała się na jedną noc i następnego ranka odwiedziła grób matki, choć wizyty na cmentarzu zawsze wpędzały ją w ponury nastrój. Nie wyobrażała sobie jednak, by wyruszyć do Gdańska bez krótkiej rozmowy, a właściwie monologu, w którym opowiedziała jej o swoich planach. Sonia była przekonana, że matka nie byłaby z nich zadowolona, ale wiedziała, że nie może wyruszyć w tę podróż, po prostu wsiadając do samolotu, który tego samego popołudnia zabrał ją do Berlina Zachodniego. Gdy w końcu znalazła się na lotnisku w Warszawie, była zmęczona, ale powoli zaczynało ogarniać ją podniecenie, z powodu którego zamiast zapaść w drzemkę na pokładzie samolotu do Gdańska, nerwowo spoglądała na zegarek, odliczając minuty do momentu, gdy znajdzie się w końcu u celu swojej podróży.
Nigdy dotąd nie była w Gdańsku, ale miała wrażenie, że zna to miasto, jakby odwiedzała je wielokrotnie. Patrzyła na nie oczami swojej matki, która ciągle opowiadała o młodości spędzonej nad Motławą. Matka zawsze używała niemieckich nazw. Nigdy nie mówiła Gdańsk, tylko Danzig, więc początkowo miasto, którego Sonia nie mogła odnaleźć na mapie, wydawało się miejscem z bajki, mityczną Atlantydą, która zapadła się w wodach Bałtyku wraz z wyjazdem matki do Niemiec. Teraz miała odwiedzić je osobiście, wybrać się w miejsca uwiecznione na kilku fotografiach ocalonych z zawieruchy wojennej. Sonia była przeciwna wszelkim wojnom. Rita, jej matka, uważała, że są sytuacje, w których nie można działać pokojowo. Kłóciły się o to nieraz. Sonia dziwiła się, że matka nie potępia jednoznacznie wszelkich zbrojnych konfliktów, mając za sobą przejścia, o których jej czasem z niechęcią opowiadała. W końcu to wojna doprowadziła do tego, że musiała opuścić swoje ukochane miasto, by potem tułać się po całym kraju, urodzić dziecko, którego nie chciała i prowadzić życie, którego nie planowała. Kiedy w Paryżu Sonia brała udział w ulicznych protestach, krzycząc „Amerykanie do domu” i wznosząc flagę Wietkongu, myślała o matce i o tym, przez co musiała przejść z powodu imperialistycznych ciągot swoich rodaków. Nie chciała, by świat znowu pogrążał się w wojennym chaosie, i dała się porwać studenckim protestom, które wybuchły we Francji zaledwie kilkanaście dni wcześniej, Studiowała na Sorbonie. Zanim zamknięto uczelnię, by przerwać studenckie rozruchy, wieszała na jej korytarzach plakaty z podobizną Che Guevary i protestowała przeciwko aresztowaniu członków Komitetu Narodowego Wietnamu. Nie uważała się za komunistkę, choć wokół coraz głośniej brzmiały hasła, by Piątą Republikę przekształcić w państwo socjalistyczne. Radykałowie uruchamiali nawet wyobraźnię, krzycząc o Związku Radzieckim, ale tego nie popierała, domyślając się, przez co przeszła jej matka, gdy wojska radzieckie weszły w czterdziestym piątym roku do Gdańska. Nie podobał się jej kapitalistyczny konsumpcjonizm, to, że życie stało się tak wartościowe, jak ostatni model Citroëna, ale przeczuwała, że marksistowski determinizm prowadzący nieuchronnie od kapitalizmu do socjalizmu i komunizmu nie jest słuszną drogą. Żałowała, że nie może wziąć udziału w ogromnym zgromadzeniu, które studenci razem z robotnikami ze związków zawodowych i członkami partii antygaullistowskich zwołali na dwudziestego siódmego maja na Stadionie Charléty. Przez głowę przemknęło jej nawet, by odwołać wyjazd, ale wiedziała, że kolejnej okazji może już nie być. Przygotowania do podróży zabrały jej kilka tygodni. Formalności, wizyty w polskiej ambasadzie, gdzie musiała tłumaczyć, po co niemiecka studentka z Paryża, której matka urodziła się w przedwojennym Gdańsku, chce odwiedzić to miasto, bilety, rezerwacje hoteli. W ostatnim momencie zdecydowała się na zamianę samolotu z Paryża do Monachium na pociąg w obawie, że wobec pustych dystrybutorów na stacjach benzynowych we francuskiej stolicy, przestaną też odlatywać z niej samoloty. Poza tym tak długo planowała tę podróż, że nie mogła się teraz wycofać. Opuściła więc ogarnięty chaosem Paryż, ciągle odczuwając ból w kostce, którą skręciła w czasie prawdziwych walk z policją na barykadach ustawionych w Dzielnicy Łacińskiej, i udała się w podróż, która miała stanowić powrót do źródeł. W głowie kłębiły się jej pytania, na które matka nigdy nie udzieliła odpowiedzi. Teraz, kiedy Rity już nie było, Sonia chciała je w końcu uzyskać. Żywiła nadzieję, że uda jej się odnaleźć wszystkie w Gdańsku, mieście, o którym wiedziała tak wiele, nie wiedząc jednocześnie nic. Szybko się o tym przekonała.
Gdy samolot wylądował, niebo zasnuwały ciężkie chmury. Siąpił deszcz. Sonia nie miała parasola. Jakiś mężczyzna zaoferował jej, by przeszli razem do budynku lotniska. Wcisnęła się pod jego parasol, dziękując po angielsku. Mężczyzna nie mówił ani po angielsku, ani po francusku czy niemiecku, ale uśmiechem odpowiedział na jej uśmiech.
Poczekalnia lotniskowa mieściła się w małej przybudówce obok hangaru. Od strony pasa startowego rozciągały się puste łąki. Sam pas był dość krótki, co wynikało zapewne z faktu, że nie lądowały tu duże odrzutowce, które wymagały odpowiedniego rozpędu, by wzbić się w niebo, i dość długiego pasa, by wyhamować po lądowaniu. Pasażerowie musieli przejść zaledwie kilkadziesiąt metrów, by z samolotu dotrzeć do budynku lotniska, które z pewnością w niczym nie przypominało paryskiego Orly, otwartego siedem lat wcześniej arcydzieła architektury nowoczesnej z własnym kinem, ruchomymi schodami i otwierającymi się samoczynnie drzwiami z wielkich tafli szkła. Obok budynku lotniska znajdował się mały placyk, przy którym zaparkowało kilka taksówek. Sonia wsiadła do jednej z nich i pokazała kierowcy adres hotelu wypisany na kartce. Taksówkarz skinął głową i powiedział coś po polsku. Pokręciła swoją przecząco, mówiąc po niemiecku, że nie rozumie. Mężczyzna zaczął powtarzać jej słowa, miała nadzieję, że mówi w jej ojczystym języku, ale zapytał tylko:
– Dollars, Reichsmark, franki?
Zaprzeczyła.
– Złotówki – odpowiedziała zdziwiona.
Nikt nie powiedział jej, że w komunistycznym kraju może płacić zachodnioniemiecką walutą. Taksówkarz był zawiedziony. Wymamrotał coś po polsku i uruchomił silnik samochodu, który przypominał amerykańskie krążowniki lub radzieckie limuzyny, ale z tyłu na karoserii widniał chromowany napis „Warszawa”.
Tuż za lotniskiem zaczynały się bloki mieszkalne. Kilkupiętrowe budynki z czerwonej cegły, rozciągnięte wzdłuż ulicy, kojarzyły jej się z tym, co znała z rodzinnego Monachium. Poczuła się nieco pewniej. Jednak żadne z miejsc, które mijali, nie przypominało tych z fotografii spoczywających w walizce. W strugach deszczu miasto wydawało się szare i smutne. Ludzie, skryci pod parasolami, wciśnięci w kołnierze płaszczy, przemykali ulicami jak duchy. Po rozedrganym ostatnimi wydarzeniami Paryżu, gdzie ludzie biegli przed siebie w prawdziwie rewolucyjnym ferworze, a rozsierdzony tłum stawał naprzeciwko uzbrojonych policjantów, Sonia miała wrażenie zupełnego bezruchu, spokoju, który zaskoczył ją, bo ciągle nie ostudziła własnych emocji.
Wjechali w szeroką, wysadzaną wysokimi lipami aleję. Po lewej stronie stały otoczone ogrodami przedwojenne wille. Po prawej, w parku, trwały prace budowlane. Środkiem biegły tory tramwajowe. Ruch był nieduży, Sonia nie rozpoznała żadnej ze znanych sobie marek samochodów. Po lewej minęli radziecki czołg, który ustawiono jako pomnik. Gdy dojechali do końca alei, na dużym pustym placu stały rusztowania, na których zawieszone były hasła wypisane na czerwonym tle, a wśród towarzyszących im portretów zauważyła podobizny Marksa i Lenina. Potem minęli wiadukt i Sonia dostrzegła zarys miasta, które wspominała jej matka. W oddali widać było masywną wieżę Kościoła Mariackiego, którą rozpoznała natychmiast. Po prawej stronie wznosił się dworzec kolejowy zbudowany na początku wieku z czerwonej cegły. Sonia zgubiła fotografię, na której matka stała na jego tle z ojcem, dziadkiem Sonii. Matka nie opowiadała o nim wiele poza tym, że zginął w czterdziestym piątym roku w Gdańsku. Fotografia stanowiła jedyną pamiątkę po dziadku i Sonia nie mogła sobie wybaczyć, że przepadła.
Taksówka zatrzymała się przed budynkiem naprzeciwko dworca. W ciągnących się wzdłuż całej budowli podcieniach znajdowało się wejście do hotelu Monopol, w którym Sonia zarezerwowała pokój. W lobby przebywało kilku gości. Z cichego gwaru wyłowiła obok polskiego niemiecki. Wyglądało na to, że do hotelu trafiło starsze małżeństwo z Bawarii. Na jednej z ustawionych z boku kanap siedział mężczyzna i czytał „Le Figaro”. Sonia pomyślała, że nie jest tak źle, choć przed wyjazdem nasłuchała się wielu strasznych opowieści o rzeczywistości za komunistyczną granicą.
Pokój też zaskoczył ją pozytywnie. Miał łazienkę i widok na dworzec i plac przed hotelem. Włączyła radio, z którego popłynęła rytmiczna muzyka. Rozpakowała walizkę i napełniła wannę wodą, po czym zanurzyła się w niej z przyjemnością. Zamknęła oczy i pomyślała, że chwilę odpocznie. W końcu jeszcze dwa dni temu próbowała obalić stary, skostniały francuski system społeczny, a teraz znalazła się w jednym z krajów, które miały być wzorem do naśladowania dla francuskich radykałów i ultralewicowców.
Obudził ją dźwięk telefonu. Zorientowała się, że spała dłużej niż chwilę, bo woda w wannie zrobiła się zupełnie chłodna, a w radiu muzykę zastąpił męski głos. Wstała i zawinęła się w ręcznik. Po krótkiej chwili telefon odezwał się ponownie. Spodziewała się tego, bo była umówiona.
Kwadrans później weszła do hotelowej restauracji. Przy jednym ze stolików siedziała młoda kobieta, może trochę starsza od niej, ale z pewnością nie mająca więcej niż trzydzieści lat. Była szczupła, miała długie, jasne włosy, które opadały jej na ramiona i olśniewający uśmiech, w którym odsłaniała równe, białe zęby. Nosiła zrobiony ręcznie na drutach szeroki, kolorowy sweter i wyglądała jak amerykańska hippiska.
– Dzień dobry, jestem Joanna Bielecka – powiedziała po niemiecku, wyciągając na powitanie rękę.
– Sonia Bruhl.
Uścisnęły sobie dłonie i usiadły. Pojawił się kelner i odezwał po polsku.
– Nie rozumiem, o co mu chodzi – stwierdziła Sonia. – Ale po podróży mam ochotę na solidny obiad. Zapraszam cię, tylko bardzo proszę, zamów sama, bo ja zupełnie nie wiem, co on mówi.
Po kilku minutach na stole znalazły się talerze z zupą pomidorową. Choć była zbyt wodnista, Sonia zjadła ją ze smakiem.
– Ostatni raz jadłam wiele godzin temu na lotnisku w Berlinie Zachodnim – powiedziała, by się usprawiedliwić.
Joanna Bielecka miała w najbliższych dniach pełnić rolę jej tłumaczki i przewodniczki. Była znajomą Polaka, którego Sonia poznała w Paryżu. Kiedy podjęła decyzję o podróży do Polski, napisała do niej list z zapytaniem, czy pomogłaby w odszukaniu pewnego człowieka, zamieszkałego prawdopodobnie w Sopocie. Po czterech tygodniach przyszła odpowiedź. Joanna, rodowita Gdynianka, sprawdziła sopocką książkę telefoniczną, w której znalazła adres i telefon mężczyzny wskazanego przez Sonię. Imię i nazwisko się zgadzały, adres był polski, więc Sonia nie miała pewności, czy to adres, który miała od matki, bo po wojnie wszystkie ulice dostały nowe, polskie nazwy. Postanowiła jednak zaryzykować, przyjechać do Gdańska i spotkać się z człowiekiem, który – taką przynajmniej żywiła nadzieję – pomoże jej w odpowiedzi na dręczące ją pytania.
– Wiesz już, kim jest ten Tadeusz Madejski? – zapytała Joanna, pochylając się nad bryzolem wołowym.
– Wiem, że pomógł mojej matce, zanim wyjechała po wojnie do Niemiec – odpowiedziała Sonia. – To jego zdjęcie.
Sięgnęła do torebki i wyjęła z niej dużą kopertę. Znalazły się w niej wszystkie fotografie, które udało się ocalić z gdańskich czasów jej matki, Rity Bruhl.
– Piękna kobieta – powiedziała Joanna, trzymając w dłoniach portret matki, zrobiony w czterdziestym trzecim. – Właściwie dziewczyna, bo chyba była tu bardzo młoda.
– Miała siedemnaście lat. A tu zdjęcie z Tadeuszem Madejskim. – Sonia podała jej fotografię, na której młoda Rita Bruhl stała obok ciemnowłosego mężczyzny.
– To w Sopocie – stwierdziła Joanna i wskazała budynek w tle. – To Grand Hotel, stoi do dziś i wygląda zupełnie tak samo. A kim jest ta dziewczynka? – zapytała, wskazując kilkuletnie dziecko, które mężczyzna trzymał za rękę.
– Nie wiem – odpowiedziała Sonia. – Myślę, że to może być jego córka.
– Tak, są do siebie podobni. – Joanna przekrzywiła głowę, jakby to miało pomóc w lepszemu przyjrzeniu się postaciom na fotografii. – Jeśli to jego córka, to niebawem ją poznamy. – Uśmiechnęła się szeroko, oddając zdjęcie Sonii i sięgnęła do kieszeni spodni. – Tu mam jego numer telefonu. Możemy od razu do niego zadzwonić. Obok hotelu jest budka telefoniczna, Idąc tu, sprawdziłam, że działa. Możemy zadzwonić stamtąd.
– Możemy zadzwonić z mojego pokoju. Mam tam telefon – zaproponowała Sonia.
Joanna uśmiechnęła się.
– Nie, lepiej zadzwonić z budki. Wierz mi – skwitowała.
Sonia zapłaciła za obiad i wyszły z restauracji.
– Kiedy jechałam dziś taksówką z lotniska, kierowca pytał mnie, jaką walutą będę płacić. Czy u was można płacić każdymi pieniędzmi? – zapytała Sonia, gdy schodziły na parter szeroką klatką schodową ozdobioną malowidłami przedstawiającymi gdańskie zabytki.
– Nie – Joanna znowu się roześmiała. – Miał nadzieję, że dasz mu kilka marek. Dla ciebie to niewiele, a u nas za parę marek można przeżyć miesiąc.
– Miesiąc?
– Tak. Tutaj każdy, kto przyjechał z zachodu Europy, jest bardzo bogatym człowiekiem. – Joanna powiedziała poważnie.
– Ale ja nie jestem bogata – zaprotestowała Sonia.
– Tutaj jesteś. Uważaj na cinkciarzy. Kręci się ich tutaj mnóstwo.
– Na kogo?
Wyszły z hotelu. Nadal padało, ale w podcieniach było sucho.
– Na ludzi nielegalnie handlujących walutą. Dolarami, markami, frankami. Jak cię zaczepią, mów, że nic nie rozumiesz.
Sonia rzeczywiście nie bardzo rozumiała. Pomyślała tylko, że od wymiany pieniędzy są banki, ale nic już nie powiedziała, bo znalazły się przy budce telefonicznej. Ktoś w środku rozmawiał i musiały chwilę poczekać. Ciągle siąpił majowy deszcz i po chwili oczekiwania Joanna zaczęła pukać w szybę budki. Gdy mężczyzna, który był w jej wnętrzu, obejrzał się w jej stronę, uniosła rękę i popukała się w zegarek na przegubie. Mężczyzna wzruszył ramionami, odwrócił się do nich plecami i rozmawiał jeszcze kilka minut. Po tym, jak opuścił budkę, weszły razem do środka. Jasne włosy Joanny lśniły od drobnych kropli deszczu. Sonia strzepnęła wodę z ramion.
Joanna wyjęła z torebki małą, czerwoną portmonetkę i sięgnęła do niej. Wrzuciła monetę do aparatu i wybrała numer.
– Dzień dobry. Nazywam się Joanna Bielecka i dzwonię w imieniu pani Sonii Bruhl, która przyjechała z RFN i chciałaby się spotkać z panem Tadeuszem Madejskim. Czy to może pan? – powiedziała po polsku, gdy po drugiej stronie odezwał się męski głos. – Halo? Słyszy mnie pan? – zapytała, bo w słuchawce zapadła cisza.
– Tak, słyszę – odpowiedział mężczyzna. – W imieniu kogo pani do mnie dzwoni?
– W imieniu Sonii Bruhl, córki Rity Bruhl. Mówi, że znał pan kiedyś jej matkę i chciałaby z panem o niej porozmawiać.
– Tak, rzeczywiście. – Mężczyzna po drugiej stronie odchrząknął. – Rzeczywiście znałem kiedyś Ritę Bruhl.
– Czy spotka się pan z Sonią Bruhl? Ona przyjechała do Gdańska specjalnie w tym celu.
– A jej matka, Rita? Jest z nią?
– Nie, niestety. Rita Bruhl zmarła rok temu w Monachium.
W słuchawce zapadła cisza.
– Halo? Proszę pana? – Joanna Bielecka pomyślała, że mężczyzna się rozłączył.
Sonia przyglądała się jej w napięciu.
– Tak, jestem. Jak się pani nazywa?
– Joanna Bielecka. Jestem tłumaczką.
– Tak. Niech panie do mnie przyjdą. Zapraszam jutro o szesnastej. Mieszkam w Sopocie.
– Wiem, mam pana adres z książki telefonicznej. Dziękuję w imieniu pani Bruhl. Będziemy jutro o szesnastej. – Joanna odwiesiła słuchawkę na widełki aparatu i powtórzyła Sonii treść rozmowy.
Rozstały się i Sonia postanowiła wrócić do hotelu.
Spotkały się następnego dnia, w sobotę. Nadal było chłodno, ale przynajmniej przestało padać.
– Chciałabym odnaleźć miejsca z fotografii – zaczęła Sonia, wyjmując z torby znajomą kopertę.
Joanna przejrzała zdjęcia.
– To jest przed Grand Hotelem w Sopocie. Możemy tam pójść po spotkaniu z panem Madejskim – zaproponowała, oddając fotografię, którą oglądały poprzedniego dnia. – To pani Rita. – Podała Sonii zdjęcie siedemnastoletniej Rity Bruhl. – A to jest nad Motławą – stwierdziła, przyglądając się kolejnej fotografii, która przedstawiała młodą Ritę i drugą, nieco starszą od niej kobietę. W tle widać było kominy cumujących przy nabrzeżu statków, a dalej charakterystyczną sylwetę Żurawia.
– A to? – zapytała Sonia, pokazując zdjęcie, na którym były tylko solidne, czteropiętrowe kamienice z początku dwudziestego wieku.
– To? – Joanna przyglądała się fotografii długą chwilę. – Nie wiem. Te kamienice chyba już nie istnieją.
Więcej zdjęć Sonia nie miała. Poszły więc nad Motławę.
– Gdańsk bardzo dobrze się zachował – stwierdziła Sonia, gdy znalazły się na Długiej. – Myślałam, że był bardzo zburzony, i nie sądziłam, że będzie tu coś poza nowymi budynkami. Mama opowiadała mi o ruinach, w które Rosjanie zamienili Gdańsk.
– To Niemcy zburzyli Gdańsk – obruszyła się Joanna. – Znasz chyba historię drugiej wojny światowej?
– Oczywiście, że znam – zmieszała się Sonia. – Ale moja matka przeżyła tę wojnę i mówiła mi, że to Rosjanie podpalali kościoły, niszczyli zabytkowe budynki i zabijali cywilów w Gdańsku.
– Gdyby Niemcy nie wywołali wojny, to nie byłoby tych zniszczeń – ucięła Joanna.
W milczeniu dotarły do kamienicy, której dolną część stanowiły cztery przejazdy bramne. Gdy przeszły przez jeden z nich, znalazły się nad rzeką. Jej brzeg od strony miasta był zabudowany, ale po jej drugiej stronie ciągnęły się ruiny porosłe chaszczami.
– Tak właśnie wyglądało całe miasto, kiedy skończyła się wojna – powiedziała Joanna, wskazując ruiny. – To wszystko, co widziałaś, zbudowano w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Co nadawało się do odbudowy, odbudowano, ale generalnie większość trzeba było postawić na nowo.
– Mam nadzieję, że to też kiedyś odbudują. – Sonia wskazała ruiny po drugiej stronie rzeki.
– Pokaż zdjęcia. Porównamy to, co na nich uwieczniono, z tym, co jest teraz – zaproponowała Joanna bardziej ugodowo.
Sonia sięgnęła po kopertę i odszukała zdjęcie matki z nieznaną kobietą. Stanęły z Joanną na moście, który prowadził od bramy na gorszy brzeg rzeki, i porównały to, co utrwalono na fotografii z tym, co miały przed sobą.
– Ten brzeg wygląda prawie tak samo – stwierdziła Joanna. – Zobacz, tu i tu jest Żuraw, taki słynny gdański dźwig z piętnastego wieku – wyjaśniła i stuknęła palcem w zdjęcie, a potem wskazała budynek górujący nad innymi po zachodniej stronie rzeki. – Drewniana część spłonęła, ale zostały mury z cegły. Dziesięć lat temu wszystko odbudowano i teraz to zabytek.
Sonia jeszcze raz przyjrzała się fotografii i pomyślała, że to dziwne znaleźć się w miejscu, w którym wychowała się jej matka. Do tej pory była przekonana, że dobrze ją znała, ale teraz przyszło jej do głowy, że tak naprawdę niewiele wiedziała o życiu, które Rita prowadziła, zanim córka przyszła na świat. Sonia uświadomiła sobie, że choć matka często opowiadała o Gdańsku, to o swoim życiu w nim mówiła tak naprawdę niewiele.
– Może popłyniemy do Sopotu statkiem? – zapytała Joanna.
– Słucham? – Sonia w pierwszym momencie nie zrozumiała.
– Możemy popłynąć do Sopotu statkiem wycieczkowym, chcesz? – Joanna wskazała mały statek cumujący niedaleko na przystani po zachodniej stronie rzeki.
Na pokładzie było już trochę ludzi. Marynarz przy małym trapie przerzuconym na pokład sprawdzał bilety. Joanna zapytała po polsku, czy mogą kupić je na statku, marynarz kiwnął głową.
– Kupimy bilety na pokładzie – powiedziała po niemiecku do Soni.
Marynarz zagrodził im drogę.
– Niemki? – zapytał.
– Tak – odparła Sonia.
– Bilety trzeba kupić w kasie. Odpływamy za trzy minuty – powiedział po niemiecku.
– Ale mówił pan, że… – próbowała oponować Joanna.
– A pani nie mówiła, skąd jesteście – odparł marynarz.
– Akurat ja jestem z Gdyni – odparowała Joanna ze złością.
– To powinna pani lepiej dobierać koleżanki. Do kasy.
Sonia nie zrozumiała, o co chodzi. Joanna pociągnęła ją w stronę okienka znajdującego się kilka metrów dalej. Musiały stanąć za dwiema kobietami, które zaczęły zastanawiać się, czy chcą wsiąść na statek, czy raczej wolą zostać na lądzie. Zdenerwowana Joanna rzuciła do nich, by się pospieszyły. Kobiety zmierzyły ją krytycznie wzrokiem i odeszły urażone. Joanna kupiła bilety i w ostatniej chwili udało się im wejść na pokład.
– Wyciągnie nam pan teraz trap spod nóg? – rzuciła Joanna do marynarza, który przyglądał się im krytycznie.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
Godzinę później statek zacumował przy drewnianym molo. W oddali widać było ten sam budynek, który znajdował się na jednym ze zdjęć.
– To Grand Hotel. Mówiłam ci wczoraj.
– Też odbudowany?
Joanna się roześmiała.
– Nie, akurat w Sopocie nie było wiele do odbudowania – odpowiedziała. – To kurort. Nie rozegrała się tu żadna wielka bitwa.
– Czyli wszystko wygląda tu tak, jak wyglądało dwadzieścia lat temu? – dopytywała Sonia.
– No, może nie wszystko. – Joanna wskazała kobietę w białym fartuchu, która sprzedawała wodę z saturatora. Za nią stał duży, nowoczesny budynek z tarasem przykrytym łamanym dachem, który znajdował się na piętrze. – Ale tak naprawdę niewiele się zmieniło. Wystarczy skręcić w bok z Monciaka.
Kilka kolejnych minut spędziła na tłumaczeniu Soni, co znaczy ta dziwna nazwa i dlaczego ulica zamieniona niedawno w deptak jest dziś taka ważna. W tym czasie przeszły przez plac, który z jednej strony zamykał nowoczesny budynek z tarasem na piętrze, z drugiej – parterowe pawilony, w których mieściły się sklepy i lokale gastronomiczne. Kilka drzew dawało cień, część placu przeznaczono na zadbane zieleńce.
– Plac Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. – Sonia, kalecząc polski, odczytała napis na jednej z tabliczek zawieszonych na fasadzie małego domku stojącego za modernistycznym gmachem, który, jak głosił neon, nosił nazwę Alga.
Joanna pociągnęła ją dalej.
– Myślisz, że Tadeusz Madejski mieszka w tym samym miejscu, co kiedyś? – zapytała Sonia, gdy były na wysokości Kina Polonia.
– Za chwilę sama go zapytasz.
– A jeśli nie będzie chciał nic powiedzieć? Jeśli przyjechałam niepotrzebnie? W Paryżu tyle się teraz dzieje. Strajki, rozruchy. Walczymy o zmianę, wiesz? Świat się zmienia i ci, którzy ciągle tkwią w poprzedniej epoce, muszą to zrozumieć i zaakceptować. Nie byłam pewna, czy zostawiać to wszystko, żeby tu przyjechać.
Joanna zatrzymała się. Sonia zrobiła jeszcze kilka kroków, wyrzucając z siebie nerwowo kolejne zdania, by dopiero po krótkiej chwili zorientować się, że Joanna nie idzie obok niej. Zatrzymała się i odwróciła. Joanna przyglądała się jej uważnie. Na jej pięknej twarzy, którą częściowo zakrywały duże okulary słoneczne, nie było uśmiechu.
– Coś się stało? Dlaczego się zatrzymałaś? – zapytała Sonia.
– Jesteś strasznie zdenerwowana, co? – Joanna odpowiedziała pytaniem. – Boisz się tego spotkania? Nie wiem, co spotkało twoją matkę albo co ona zrobiła, ale boisz się, jak ten człowiek zareaguje, kiedy cię zobaczy. Jeśli to coś złego, nie miałaś z tym nic wspólnego. Nie musisz się denerwować.
– Nie? Ten człowiek na statku uważał inaczej – rzuciła Sonia, a widząc zaskoczenie na twarzy Joanny, dodała: – Tak, zrozumiałam, o co mu chodziło.
Joanna chwyciła ją za ramię i pociągnęła za sobą.
– O co ci chodzi? To boli. – Sonia usiłowała się wyrwać. – Możemy po prostu pójść tam spokojnie?
– Ten Tadeusz Madejski pewnie mówi trochę po niemiecku. – Joanna zwolniła uścisk. – Rozmówisz się z nim, dowiesz się, czego chcesz się dowiedzieć, i będziesz to miała za sobą. Wrócisz do tego swojego Paryża, czy gdzie tam mieszkasz, i zostawisz za sobą przeszłość.
– Jacques zapewniał mnie, że jesteś miła. – Sonia rozcierała ramię.
– Jestem. Przecież zgodziłam się ci pomóc. – Joanna wzruszyła ramionami i ruszyła przed siebie.
Sonia pobiegła za nią. Przed torami kolejowymi, które przecinały Monciak, skręciły w prawo. Stały tutaj kilkupiętrowe, okazałe kamienice z początku wieku. Im dalej były jednak od głównej ulicy, tym zabudowania stawały się mniej reprezentacyjne. W końcu dotarły do wąskiego mostka, który przerzucono nad niedużym, zalesionym wąwozem.
– Jesteś pewna, że dobrze idziemy? – Sonia zatrzymała się i spojrzała w dół.
Joanna była już po drugiej stronie.
– Idziesz? – zawołała.
Ulica, na której się znalazły, była zaniedbana, ale malownicza. Po obu jej stronach stały stare wille, otoczone dzikimi ogrodami. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej był tętniący życiem kurort, tutaj ciszę zakłócał jedynie śpiew ptaków. Zatrzymały się przed dużą kamienicą, której prawdopodobnie nie remontowano od wojny, ciągle jednak wyglądała jak spełnienie nieprzyzwoitych fantazji architekta z licznymi wykuszami, dwiema wieżyczkami, ozdobnymi werandami na pierwszym i drugim piętrze i fragmentami fasady, które ozdobiono ryglowaniem na wzór tradycyjnego muru pruskiego.
– To tutaj – powiedziała Joanna.
Sonia uniosła głowę. Przyglądała się chwilę kamienicy, po czym zdecydowanym ruchem pchnęła furtkę i weszła na teren posesji. Joanna podążyła za nią.
Mieszkanie Tadeusza Madejskiego znajdowało się na pierwszym piętrze. Wspięły się tam drewnianymi schodami, które skrzypiały przy każdym kroku. Sonia zapukała.
Mężczyzna, który im otworzył, miał lekko posiwiałe włosy, ale bez wątpienia był człowiekiem z fotografii, którą Sonia miała przy sobie. Przyglądał się jej chwilę w milczeniu. Sonia odniosła wrażenie, że był wzruszony.
– Dzień dobry. Jestem Joanna Bielecka. To ja wczoraj do pana dzwoniłam – zaczęła Joanna. – A to właśnie jest Sonia Bruhl, która chciała się z panem spotkać.
– Tak, poznałbym – odparł Madejski i otworzył szerzej drzwi. – Proszę, zapraszam do środka.
Znalazły się w wyłożonym drewnianą boazerią korytarzu, obszernym, choć zastawionym regałami z książkami.
– Proszę, proszę tutaj. – Madejski wskazał drzwi, duże, masywne, zapewne wstawione w czasie, gdy kamienica powstawała.
Weszły do jasnego pokoju. Pomieszczenie było na tyle duże, że na środku ustawiono duży stół z krzesłami, pod ścianą znalazła się zabytkowa sofa obita przetartym materiałem i stary, dębowy kredens, w kącie stał zdobiony kaflowy piec, a pod jednym z dużych okien ustawiono mały telewizor. Na stole czekały już szklanki w metalowych koszyczkach, duża patera z szarlotką i talerzyki do ciasta. W wazonie czerwieniły się świeże goździki.
– Proszę, żona przygotowała. – Mężczyzna zrobił gest zapraszający do stołu.
Zdjął okulary, przetarł je chusteczką, włożył z powrotem. Wyglądał na zmieszanego.
Sonia i Joanna usiadły przy stole.
– Proszę poczekać, już idę po żonę. Chciała panie poznać – powiedział Madejski i wyszedł.
Wrócił po krótkiej chwili razem z drobną, dużo młodszą od siebie kobietą w obcisłej, beżowej sukience do kolan.
– Zofia Madejska – przedstawiła się, ściskając dłonie Joanny i Sonii.
– Piękne mieszkanie – pochwaliła Joanna. – I piękne miejsce.
– Trochę za bardzo słychać pociągi, tory kolejowe są tuż-tuż – odparła Zofia i sięgnęła po paterę, by nałożyć szarlotkę. – Mam nadzieję, że będzie paniom smakować.
– To popisowe ciasto mojej żony – odezwał się Madejski.
Joanna przetłumaczyła, Zofia roześmiała się do Sonii i postawiła przed nią talerzyk ze sporym kawałkiem ciasta.
– Czy mówią państwo po niemiecku? – zapytała Joanna, powtarzając pytanie Soni.
– Niestety nie – odpowiedziała Zofia.
– Ja spróbuję, coś chyba jeszcze pamiętam. – Tadeusz Madejski odezwał się po niemiecku z twardym, słowiańskim akcentem.
Madejska przypomniała sobie o dzbanku z herbatą i wyszła.
– Cieszę się, że będziemy mogli porozmawiać osobiście – powiedziała Sonia.
– Tak. Ja też cieszę się z tego spotkania. – Mężczyzna próbował zachować spokój, ale pod tą maską kryło się mocne wzruszenie. – Jak mnie znalazłyście?
– W książce telefonicznej – rzuciła Joanna znad szarlotki.
Roześmiali się.
– No, tak, rzeczywiście. Proste metody są najskuteczniejsze. Zawsze powtarzam to w pracy. Ale chodzi mi raczej o to, jak pani dotarła do mnie. Skąd się pani o mnie dowiedziała – zwrócił się do Sonii.
– Proszę mi mówić po imieniu. Tak będzie wygodniej – odparła Sonia. – Mama opowiadała mi, że pomógł jej pan, zanim opuściła Gdańsk.
– Tak, rzeczywiście. Pomogłem. – Madejski na ułamek sekundy zapadł się w sobie.
W drzwiach pojawiła się Zofia. W dłoniach trzymała smukły, porcelanowy dzbanek z herbatą. Napełniła nią szklanki i zajęła puste miejsce przy stole.
– A może z okazji spotkania napijemy się nalewki? – zaproponowała. – Tadeusz, zajmij się tym. Sąsiad robi znakomitą wiśniówkę – dodała, zwracając się do Joanny.
Madejski wstał, podszedł do kredensu, wyjął kieliszki i butelkę z wiśniówką. Rozstawił kieliszki i napełnił je nalewką.
– To za spotkanie. – Uniósł kieliszek. – Prost! – zwrócił się do Sonii.
Wypili nalewkę. Madejski usiadł z powrotem przy stole.
– Skąd pani przyjechała? – zapytała Madejska.
Joanna szybko przetłumaczyła Sonii pytanie i, nie czekając na jej odpowiedź, powiedziała:
– Z Francji. Z Paryża.
– Powiedz, że pochodzę z Monachium – odezwała się Sonia.
– Z Monachium? – Madejski zapytał po niemiecku. – Tam zamieszkała Rita?
– Tak. Po wyjeździe tułała się trochę po kraju. Ja urodziłam się w Berlinie, ale kiedy miałam dwa miesiące, pojechałyśmy do Monachium i tak już zostało.
Madejski pokiwał głową.
– Opowiedz mi, co działo się z Ritą – poprosił. – Czy to prawda, że zmarła?
– Tak, dwa lata temu. Chorowała na serce.
– Przykro mi. Była jeszcze bardzo młodą kobietą, prawda? Pamiętam, że była znacznie młodsza ode mnie.
– Miała czterdzieści lat.
– A ojciec?
– Ojciec? – zdziwiła się Sonia. – Nie wie pan?
– O czym?
– Przepraszam, nie będę o tym mówić. Myślałam, że pan wie.
Tadeusz Madejski sięgnął po butelkę wiśniówki. Nalał sobie kieliszek i wypił do dna.
– O czym nie wiem? – zapytał.
– Mama była zupełnie sama, bo jej rodzice zginęli w czterdziestym piątym w Gdańsku. Ale to pewnie pan wie – powiedziała, nie odpowiadając na pytanie.
– Kiedy się urodziłaś? Chodzi mi o dokładną datę.
– Osiemnastego sierpnia czterdziestego szóstego.
Sonia przyjrzała się uważnie Madejskiemu, który poczerwieniał na twarzy.
– Po co przyjechałaś do Gdańska właśnie teraz? – zapytał.
– Chciałam poznać miejsce, o którym mama często opowiadała mi w dzieciństwie. Myślałam nawet, że ona nigdy stąd nie wyjechała, to znaczy mentalnie nigdy go nie opuściła. Spędziła tyle lat w Monachium, ale nie było dnia, żeby nie mówiła o swoim życiu w Wolnym Mieście.
– Opowiadała ci o mnie?
– Tak.
– Co mówiła?
– Że dzięki pana pomocy przeżyła kilka miesięcy po wojnie, do czasu, gdy wyjechała do Niemiec.
– Tylko tyle?
– Tak… – Sonia zawahała się. – Mówiła, że okazał jej pan dobroć, chociaż była Niemką.
– Po co chciałaś się ze mną spotkać?
Sonia zaczynała czuć się zmieszana. Miała poczucie, że to, co miało być rozmową o dawnych czasach, zamienia się w przesłuchanie.
– Nie rozumiem – odpowiedziała niepewnie.
– Dlaczego chciałaś się ze mną spotkać? Chciałaś mnie o coś zapytać? O coś konkretnego?
Zofia Madejska, choć nie rozumiała tego, o czym rozmawiają jej mąż i Sonia Bruhl, umilkła i przyglądała się im w napięciu.
– Tak. Chciałam się dowiedzieć, czy pan wie coś o tym, jak moja matka została zgwałcona – powiedziała Sonia głucho.
Joanna zbladła. Madejski jeszcze bardziej poczerwieniał.
– Jak to zgwałcona?
– No, jak to się stało, że przyszłam na świat.
Mężczyzna wypił szybko kolejny kieliszek.
– Nie wiem nic o żadnym gwałcie – rzucił ze złością i wstał. – Chyba musicie już iść.
– Nie. Jeśli nie chce pan mówić o tym, jak zgwałcił ją ten sowiecki żołnierz, to musi mi pan przynajmniej powiedzieć, kim jest ta dziewczynka. – Sonia zaczęła grzebać w torbie.
Trzęsły się jej ręce i nie mogła znaleźć koperty z fotografiami.
Tadeusz tłumaczył żonie po polsku, że wizyta dobiegła końca, a oni nie mają już o czym rozmawiać. Kobieta oponowała. Joanna próbowała łagodzić sytuację.
– Mam – głos Sonii przerwał harmider w pokoju.
Wyjęła pożółkłe zdjęcie z koperty i położyła je na stole przed Madejskim.
– Na tym zdjęciu jest moja matka i pan. Wiem już, gdzie zostało zrobione. Chcę jeszcze wiedzieć, kim jest ta dziewczynka – powiedziała.
Zofia sięgnęła po fotografię i przyglądała się jej długą chwilę. Potem oddała ją mężowi i przepraszając, wyszła z pokoju. Madejski oddał zdjęcie Sonii.
– To siostra twojej matki – powiedział.
– Siostra? Nigdy nie mówiła mi, że miała siostrę.
– Przybrana siostra. Miała na imię Sonia. A właściwie nazywała się Klementyna Gruszecka. Trafiła do twoich dziadków z polskiej rodziny w trzydziestym dziewiątym. No, to teraz wiesz już, co chciałaś. Możecie iść. Żegnam.
Podszedł do okna, odwrócił się do nich plecami, wcisnął ręce w kieszenie spodni i utkwił wzrok w oknie sąsiedniej kamienicy.
Plaża ciągnąca się na północ od Grand Hotelu, była prawie pusta. Bliżej hotelu stały kosze plażowe, jednak tylko kilka było zajętych. Pogoda, choć zbliżał się koniec maja, nadawała się najwyżej na spacery brzegiem zimnego morza, na tradycyjne plażowanie jednak zdecydowanie było za chłodno. Usiadły na piasku blisko płotu, którym ogrodzono budowę. Po drugiej stronie powstawał kolejny po Aldze kurortowy kombinat. Jednak teraz było tam zupełnie cicho, jakby nikt nie pracował.
Joanna rozejrzała się, po czym rozwinęła gazetę i wyjęła z niej butelkę czystej, którą kupiły po drodze w delikatesach na Monciaku. Sonia chciała kupić wino, ale Joanna wytłumaczyła jej, że od polskiego jabola rozboli ją przyzwyczajony do francuskich frykasów brzuch, a wódka dobrze im zrobi po tym, co wydarzyło się u Madejskich. Teraz Joanna otworzyła butelkę i podała Sonii. Ta, nieprzyzwyczajona do wysokoprocentowych alkoholi, najpierw przyłożyła do gwintu butelki nos, powąchała, a potem skrzywiła się z obrzydzeniem.
– Nie chodzi o to, żeby wąchać. – Joanna pokręciła głową i wzięła butelkę od Sonii.
Przyłożyła ją do ust i pociągnęła kilka solidnych łyków. Gdy oddała towarzyszce butelkę, jej oczy zaczerwieniły się i nabrały niezdrowego blasku.
– Pij, dziewczyno, pij! – zachęciła. – Na trzeźwo nie dojdziemy, co ten Madejski sobie myślał.
Sonia pociągnęła ostrożnie. Wódka paliła w przełyku, aż zakaszlała. Joanna tylko się roześmiała, wzięła butelkę i pociągnęła z niej jeszcze raz. Potem oddała ją Sonii i położyła się na piasku, uśmiechając z zadowoleniem.
Sonia poczuła, jak alkohol rozgrzewa ją od środka. We Francji piła tylko wino, w Niemczech, w tajemnicy przed matką, wypijała kufel piwa. Wódka była czymś nowym. Nie smakowała jej, ale szybko poczuła, że skutecznie spełniała swoją rolę jako pomoc w zakrzywieniu rzeczywistości. Pociągnęła z butelki jeszcze raz i położyła się obok Joanny. Patrzyła na przepływające nad nią chmury i słuchała szumu fal. Nie miała pojęcia, ile czasu tak leżały, ale kiedy otworzyła oczy, zobaczyła nad sobą twarz pochylającego się nad nią mężczyzny. Zerwała się na równe nogi i zaczęła budzić Joannę.
Mężczyzna miał na sobie mundur i okazał się milicjantem.
– Co panie tu robią? Picie alkoholu na plaży jest surowo zabronione – powiedział.
Sonia nie zrozumiała, na szczęście Joanna otworzyła oczy i widząc milicjanta, wstała, korzystając z pomocy Soni.
– Panie władzo – odezwała się Joanna – nie robiłyśmy nic złego. Koleżankę rzucił narzeczony, zrobiło nam się smutno i… sam pan rozumie. Przecież władza też ma serce.
Milicjant zrobił groźną minę.
– A koleżanka co, że tak nic nie mówi?
– No, ona w ogóle nie mówi – stwierdziła stanowczo Joanna. – To znaczy jest niemową, biedaczka. Była dzieckiem, kiedy wybuchła koło niej niemiecka bomba. Tak się przestraszyła, że od tamtej pory nie powiedziała słowa.
– Coś ona za młodo mi wygląda na niemieckie bomby, ale niech wam będzie. – Milicjant machnął ręką. – Tylko wyrzućcie już tę butelkę. A swoją drogą – pochylił się w stronę Sonii – ten pani narzeczony to kompletny łamaga. Żeby taką wystrzałową dziewczynę zostawić. – Przyłożył dwa palce do daszka czapki, po czym sięgnął po gwizdek, zagwizdał z całej siły i pobiegł w stronę starszej pani, która weszła na plażę z jamnikiem.
– O co mu chodziło? – zapytała Sonia.
Joanna streściła krótko słowa milicjanta. Sonia śmiała się do łez, słysząc jej opowieść.
– Nie ma się z czego śmiać – powiedziała poważnie Joanna. – Gdyby okazało się, że jesteś Niemką z RFN-u, wylądowałybyśmy obie w areszcie.
– Z powodu picia na plaży?
– Nie, z powodu podejrzenia o szpiegostwo.
Oczy Sonii zrobiły się duże i okrągłe jak dwa złote Krugerrandy.
– W tym kraju wszyscy Niemcy z RFN-u są podejrzani o szpiegostwo – wyjaśniła Joanna.
– A z NRD nie? Bo są komunistami?
– Oczywiście, że dlatego, że są komunistami. Wy, na Zachodzie, w ogóle nie macie pojęcia, co to znaczy żyć w komunistycznym kraju.
– Mam wielu znajomych, którzy są komunistami. – Sonia powiedziała urażona.
– I co? Rozmawiacie o Marksie przy winie? – zapytała Joanna kpiąco.
Sonia tej kpiny nie zrozumiała.
– Czasami przy winie, a czasami przy kawie – odparła.
Joanna zaczęła się śmiać.
– Nie ma się z czego śmiać – powiedziała Sonia poważnie. – Komunizm sowiecki jest błędny, ale idee Marksa są słuszne. Kapitalistyczny konsumpcjonizm już się wyczerpał. Teraz czas na wartości socjalistyczne.
– Rany, chyba rzeczywiście dużo dyskutujecie przy tym winie. – Joanna przewróciła oczami. – Brzmisz jak enerdowska pionierka na zebraniu partyjnym.
– Ty się śmiejesz, ale na świecie ta rewolucja już trwa – stwierdziła Sonia z przekonaniem.
Joanna pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Nie zrozum mnie źle, ale wy, w tej Francji, nad winem i kawą, nie macie pojęcia o życiu w komunizmie, więc proponuję, żebyśmy zajęły się powodem twojego przyjazdu. Co chcesz teraz zrobić? Będziesz szukać tej przybranej siostry swojej matki, Sonii? Imię masz chyba po niej.
Rzeczywiście, Sonia dopiero teraz o tym pomyślała. Matka nigdy słowem nie wspomniała o przybranej siostrze, ale najwyraźniej tamta Sonia była na tyle ważna w jej życiu, że postanowiła jej imię nadać swojej córce.
– Jestem na nią zła – powiedziała i zdziwiła się, że mówi to na głos, bo chciała o tym tylko pomyśleć.
– Na kogo? – zdziwiła się Joanna.
– Na Ritę, na moją matkę – odparła Sonia. – Z jednej strony opowiadała mi szczegółowo o mieście, w którym spędziła pierwszych dwadzieścia lat życia. O gotyckich kościołach, hanzeatyckich kamienicach, statkach na Motławie i plaży w Brösen.
– W Brzeźnie – poprawiła ją Joanna. – Teraz ta dzielnica nosi nazwę Brzeźno.
– Jakkolwiek się teraz nazywa, moja matka spędzała tam czas latem, kiedy była jeszcze małą dziewczynką. Opowiadała mi o lecie na plaży, o sklepach, ulicach, o Tygodniu Sportu w Sopocie i o kwiatowym corso, a nie powiedziała słowa, że miała siostrę, której w dodatku najwyraźniej zawdzięczam imię. Jak on powiedział? Klementyna jak?
– Klementyna Gruszecka.
– I jeszcze, że mój dziadek odebrał ją polskiej rodzinie w trzydziestym dziewiątym? To chyba jakaś pomyłka. Mój dziadek był zwykłym żołnierzem. Nie mógł tak po prostu odebrać dziecka jakiejś rodzinie.
– Niemcy robili wtedy różne rzeczy, które dziś nie mieszczą się nam w głowie – zauważyła Joanna.
– Jeśli była młodsza od Rity, to teraz może mieć trzydzieści kilka lat. Musi gdzieś tu mieszkać. – Sonia rozejrzała się po parku, przez który szły wolnym krokiem. – To znaczy gdzieś w pobliżu. Nie rozumiem, dlaczego ten Tadeusz Madejski tak się zachował. Na pewno wszystko wie. Może jest w kontakcie z Klementyną? Czy ja powiedziałam coś, co go tak zdenerwowało?
– Może przypomniałaś mu o czymś, co się wtedy wydarzyło. – Joanna wzruszyła ramionami. – W każdym razie nie będzie już chyba chciał spotykać się z nami. Takie sprawiał wrażenie.
– Tak, i to mnie martwi. Zła jestem na niego i na siebie też, że nie wyciągnęłam od niego wiadomości, po które przyjechałam. On na pewno dużo wie, na pewno pamięta, co się wtedy działo. Ta siostra mocno mnie zaintrygowała. Pomożesz mi ją odnaleźć?
– Tak, ale pod warunkiem, że już nie będziesz walczyć o socjalizm – powiedziała zdecydowanie Joanna.
Sonia spojrzała na nią zdziwiona.
– Wy, we Francji, chcecie walczyć o socjalizm, a my, tu w socjalizmie, walczymy o wolność i prawdę – wyjaśniła Joanna. – Jeśli myślisz, że przyjechałaś do tej części świata, w której panuje społeczna równość, to mocno się mylisz. I my tu też urządzamy demonstracje i dostajemy pałką po głowie.
Joanna opowiedziała o wydarzeniach marcowych w Warszawie, o demonstracji gdańskich studentów, którzy chcieli dowiedzieć się, co dzieje się w stolicy, bo ani prasa, ani radio i telewizja nie informowały o protestach po zdjęciu z afisza sztuki teatralnej, którą uznano za skandalicznie antyradziecką. Mówiła o studentach wyrzucanych z uczelni, o wyrokach sądów i o nastrojach antysemickich, które wzbierały na skutek propagandy rządzących i doprowadziły do tego, że coraz więcej ludzi wyjeżdżało z kraju bez możliwości powrotu.
Sonia usiadła na ławce i słuchała tego w coraz większym zdumieniu.
– Nie wiedziałam – powiedziała w końcu. – Gazety w Paryżu pisały tylko o naszych wystąpieniach, o tym, co działo się na ulicach i na uniwersytetach. Ale o tym, co dzieje się tutaj, w ogóle się nie wspomina. Kiedy mówiłam, że jadę do Polski, przestrzegano mnie, że to niebezpieczne, ale właściwie nikt nie wyjaśniał dlaczego. To było takie powtarzanie jeden po drugim, ale nikt z przestrzegających nigdy tu nie przyjechał.
– Może jakby przyjechało tu więcej tych twoich kolegów socjalistów, przestaliby walczyć o nowe porządki. Potrzymaliby ich trochę w naszym areszcie i od razu przekonaliby się, co to znaczy żyć w państwie o najlepszym ustroju na świecie.
– A wy wiecie, co dzieje się na świecie? – zapytała Sonia.
– Głównie to, co dzieje się w Związku Radzieckim – uśmiechnęła się Joanna. – Albo w NRD, Czechosłowacji czy Jugosławii. Ale dowiadujemy się tylko o tym, o czym mamy się dowiedzieć. A o tym decyduje pierwszy sekretarz partii.
– Rządzącej partii? – upewniła się Sonia i wzruszyła ramionami. – U nas też tak jest.
– U was można wybrać partię, która będzie rządzić, prawda? A my mamy tylko jedną słuszną partię, które nie potrzebuje, żeby ją wybierać. Niby wszystko wygląda normalnie, ale nic takie nie jest.
– Jak ci się tutaj tak nie podoba, to dlaczego nie wyjedziesz? – Sonia była już zmęczona tą rozmową, do tego coraz bardziej bolała ją głowa. – Ja nie chciałam mieszkać w Niemczech. Dlatego teraz studiuję w Paryżu.
– Wiesz jak trudno dostać paszport? – Joanna zaczęła się śmiać, czym jeszcze bardziej rozdrażniła Sonię. – To prawie niemożliwe!
– Najwyraźniej nic już nie rozumiem. Pomożesz mi wrócić do hotelu? Musimy znowu płynąć statkiem?
– Nie, oczywiście że nie. Możemy pojechać kolejką. – Joanna spoważniała.
– W takim razie chodźmy na stację. Zastanowimy się, jak odnaleźć tę Klementynę.
Następnego dnia umówiły się dopiero późnym popołudniem. Sonia obudziła się rano z tak wielkim bólem głowy, że ledwie podniosła się z łóżka. Siły wystarczyło jej na tyle, by wygrzebać z torebki dwie aspiryny. Popiła je wodą z kranu, która miała dziwny, basenowy posmak i postanowiła poleżeć, dopóki ból nie zelżeje. Obudziła się w południe. Otworzyła oczy i stwierdziła z zadowoleniem, że ból głowy minął, więc wstała. Odsunęła zasłony i otworzyła okno. Było dość chłodno, ale uderzenie świeżego powietrza dobrze jej zrobiło.
Na placu przed hotelem ustawiono na dużych rusztowaniach dwie tablice. Ponieważ nie było na nich żadnych znanych jej symboli czy rysunków, a jedynie napisy, Sonia nie zatrzymywała na nich dłużej wzroku. Zauważyła tylko, że w pobliżu tablic zebrała się kilkuosobowa grupa osób, które chyba nie zgadzały się z tym, co na nich napisano, bo wznosili okrzyki, a jeden z nich sięgnął po kamień i rzucił nim w tablicę. Sonia zamknęła okno, wzięła prysznic i zeszła na śniadanie. W restauracji okazało się, że jest już za późno na śniadanie, więc zamówiła rosół, a potem postanowiła się przejść.
– Lepiej dziś zostać w hotelu – powiedziała łamaną angielszczyzną recepcjonistka, gdy oddawała klucz od pokoju.
Nie zrozumiała. Recepcjonistka wskazała przeszklone drzwi prowadzące z hotelowego lobby na plac. Sonia zauważyła, że na zewnątrz zgromadził się spory tłum ludzi.
– Demonstracja – wyjaśniła kobieta. – Lepiej nie wychodzić.
Sonia po wydarzeniach w Paryżu, gdy na ulicznej barykadzie rzucała kostką brukową w policję, nie bała się demonstracji. Miała w sobie raczej przekonanie, że jeśli ktoś demonstruje na ulicach, musi mieć ku temu słuszny powód, bo dobrowolne stanięcie naprzeciw uzbrojonych funkcjonariuszy wymaga determinacji i wiary w to, co się robi. Pomyślała też, że obraz spętanego przez komunistyczną władzę społeczeństwa, który prezentowała jej poprzedniego dnia Joanna, nie jest do końca prawdziwy, skoro ludzie mogą tu demonstrować.
Uśmiechnęła się do recepcjonistki i wyszła z hotelu.
Na placu zgromadziło się już kilkaset osób. Większość z nich otoczyła rusztowania z tablicami. Wykrzykiwali coś, gdy kilku młodych mężczyzn podbiegło do rusztowań i zaczęło nimi potrząsać, jakby chcieli je przewrócić. Jednocześnie w stronę dworca płynęły tłumy ludzi, którzy nadchodzili od strony ulicy Długiej. Część odwracała głowy i szła dalej, ale byli też tacy, którzy się zatrzymywali, by dołączyć do demonstrantów.
Sonia podeszła bliżej. Ludzie byli wściekli. Jakaś kobieta koło czterdziestki coś do Sonii krzyknęła, ale ta mogła tylko pokiwać głową. Postanowiła, że nie będzie się odzywać, a już na pewno nie po niemiecku. Nie wiedziała, o co chodzi, więc nie była pewna, czy demonstrujący nie protestują przeciwko czemuś, co mogłoby się wiązać z Niemcami lub wojną. W końcu była w miejscu, w którym to wszystko się zaczęło.
Ludzie zgromadzeni wokół rusztowań zaczęli wykrzykiwać jakieś hasła. Sonia wyłowiła z tych krzyków tylko słowa Gdańsk i komunizm, ale – sądząc po emocjach – nie była to demonstracja w obronie tego ostatniego. Ktoś rzucił kamieniem w tablice. Potem poleciały kolejne, Ludzie rzucali z coraz większą siłą. Młody mężczyzna wspiął się na jedno z rusztowań, które zachwiało się i niebezpiecznie przechyliło. Kilku innych pociągnęło za metalowe rurki i konstrukcja przewróciła się z łoskotem. Demonstranci zaczęli odrywać plansze, potem je połamali i zabrali się za drugie rusztowanie. Sonia zauważyła, że całe zajście na fotografiach uwieczniał jakiś mężczyzna. Gdy się odezwał, usłyszała, że mówi po angielsku z amerykańskim akcentem.
Tymczasem tłum przewrócił drugie rusztowanie, zerwał kolejną tablicę, połamał ją i rzucił na resztki pierwszej. Ktoś wyciągnął zapałki i po chwili na środku placu zapłonęło ognisko. Ludzie cofnęli się o kilka kroków w obawie przed długim jęzorem ognia. Po kilku minutach z oddali dobiegł dźwięk syreny straży pożarnej.
Sonia zauważyła, że nie tylko Amerykanin fotografował zajście. Wśród zebranych stał też niepozorny mężczyzna, który próbował robić zdjęcia, trzymając aparat pod połami rozpiętego płaszcza. Stojący obok niego człowiek zauważył to i natychmiast zaczął krzyczeć. Tłum zwrócił się w stronę fotografującego, który zrobił krok do tyłu, a potem rzucił się do ucieczki. Część demonstrantów ruszyła za nim. Uciekający przebiegł tuż koło Soni, która zdążyła dostrzec strach na jego szarej twarzy. Potem przebiegł pościg, który sprawił, że Sonia zakręciła się wokół własnej osi i omal nie upadła. Pomogła jej jakaś stojąca obok kobieta. Powiedziała coś po polsku, ale Sonia tylko uśmiechnęła się do niej uspokajająco. Kobieta powiedziała coś jeszcze, jakby chciała się upewnić, że wszystko w porządku. Sonia w odpowiedzi pokiwała głową i pomyślała, że za chwilę będzie musiała się przyznać, że nie rozumie, a wtedy mogą ją uznać za prowokatorkę albo konfidentkę i też będzie musiała salwować się ucieczką. Z ulgą zauważyła więc, że kilkanaście metrów dalej jakiś młody człowiek zaczął krzyczeć na tych, którzy stali najbliżej ogniska. Kobieta, która jej pomogła i ciągle stała tuż obok, odwróciła wzrok w stronę, w którą wskazała Sonia. Do krzyczącego mężczyzny podeszło kilku stojących najbliżej. Zaczęła się szarpanina. Mężczyzna upadł. Ktoś krzyczał, jakaś kobieta próbowała odciągnąć jednego z atakujących. Mężczyzna wykorzystał moment nieuwagi, zerwał się z ziemi i pobiegł, szukając schronienia w hotelu. Pozostali pobiegli za nim. Wpadli do lobby, ale szybko wyszli na zewnątrz, wyprowadzeni przez starszego mężczyznę w garniturze, który najwyraźniej był pracownikiem hotelu.
Na parking przed wejściem do hotelu po krótkiej chwili wjechał milicyjny samochód. Z jego wnętrza wysiadł oficer, za którym wysypało się kilku umundurowanych funkcjonariuszy. Sonia pomyślała, że teraz zacznie się to, co przeżyła już w Paryżu, ale ku jej zdumieniu, kiedy tłum zauważył milicję i zaczął wznosić nieprzyjazne okrzyki, milicjanci zapakowali się z powrotem do samochodu i szybko odjechali. Demonstranci zaczęli się śmiać i okrzykami żegnali oddalający się milicyjny wóz.
Jednak to nie był koniec. Tłum zmalał. Tablice dopalały się na środku trawnika. Emocje nieco opadły. Sonia spojrzała na zegarek, przypominając sobie o spotkaniu z Joanną. Miała zamiar opowiedzieć jej o tym, czego właśnie była świadkiem. Dochodziła piętnasta trzydzieści pięć.
Właśnie wtedy zauważyła duże milicyjne samochody, które ustawiły się tak, by zablokować główną ulicę. Ze środka wysypywali się uzbrojeni milicjanci, którzy błyskawicznie utworzyli szpaler i ruszyli w stronę pozostałych na placu demonstrantów. Część ludzi rozbiegła się, kryjąc w bocznych uliczkach, część ukryła się w przejściu podziemnym prowadzącym na dworzec kolejowy. Jednak część pozostała i ci pobiegli w stronę uzbrojonych w pałki milicjantów.
Sonia cofnęła się w stronę hotelu. Nie weszła jednak do środka, tylko obserwowała wydarzenia, stojąc w jego podcieniach. Demonstranci wykrzykiwali coś do milicjantów. Do tych ostatnich dołączyli kolejni. Jednocześnie na tyłach demonstracji zaczęła się szamotanina. Sonia zrozumiała, że część znajdujących się na placu ludzi to byli zwykli tajniacy, którzy czekali tylko na odpowiedni moment, by powyłapywać co bardziej aktywnych uczestników całego zajścia, zakuć ich w kajdanki i oddać umundurowanym milicjantom, którzy odprowadzali zatrzymanych do swoich ciężarowych aut. I wtedy poczuła, że ktoś od tyłu łapie ją za rękę i mocno ściska. Pomyślała, że to Joanna, ale wtedy usłyszała trzask kajdanek i poczuła, że ma ręce skrępowane za plecami.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Sonia
Joanna
Tadeusz
Tadeusz
Rita
Tadeusz
Sonia
Tadeusz
Rita
Tadeusz
Tadeusz
Rita i Tadeusz
Rita
Sonia i Tadeusz
Rita
Tadeusz
Sonia i Tadeusz
