Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Młody milioner, Juliusz Kurdybanek, za namową ciotki, Felicji Wichury, zrujnowanej pokerowymi długami śpiewaczki operowej, zamawia u znanego artysty, Miłosza Maliny, rzeźbę niedźwiedzia na wizytówki.
Artysta ginie w tajemniczych okolicznościach w trakcie obmyślania koncepcji zamówionego dzieła.
Śledztwo w sprawie podejrzenia morderstwa prowadzi początkująca policjantka, Matylda Złocka. W dochodzenie włącza się premier, Ludwik Jasnota, przyjaciel artysty z lat młodzieńczych.
Piękna kobieta, Marcelina Nadobnik, niespodziewanie staje się bogata i ukrywa to przed otoczeniem. Premier i milioner zaczynają walczyć o jej względy.
Zrujnowana gwiazda opery, po nieszczęśliwych przejściach, planuje powrót na scenę z nowym przebojem. W chwilach wolnych od egzystencjalnych trosk udziela młodemu milionerowi rad dotyczących jednego z dwóch najważniejszych wyzwań w jego życiu – jak nauczyć kota ciszej mruczeć.
Zamówienie na rzeźbę niedźwiedzia na wizytówki, złożone przez niego początkowo żartobliwie, splata losy wszystkich bohaterów, stawiając mu ciągle nowe przeszkody na drodze do osiągnięcia drugiego celu: zdobycia wymarzonej kobiety.
Wydarzeniom przyglądają się i komentują je mamut i nosorożec, mieszkańcy pradawnej puszczy oglądający serial o ludziach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 349
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Z żalem zawiadamiam, że wszyscy bohaterowie występujący w tej powieści są fikcyjni i nie mają swoich odpowiedników w rzeczywistości. Robot Dobromił także jest wytworem fantazji. Tylko kot Rudolf i ozdoba z rzodkiewki na torcie istnieją naprawdę.
Warszawa 2022
Copyright © by Sonia NowakCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Aneta Krajewska
Projekt okładki: Patrycja Kiewlak
Zdjęcie na okładce: Freepik.com
Zdjęcie wewnątrz okładki: AI Generator
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-986-9
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
1
Lipiec był gorący. Słońce agresywnie świeciło w okna. Marcelina chętnie wyrzuciłaby ten miesiąc z upałami i komarami z kalendarza, gdyby nie otulający zapach kwitnących lip. Przed chwilą po raz kolejny zgwałciła swój umysł, przyswajając wiedzę potrzebną do pokonania problemu w pracy. Sprawozdawczość roczna przekazem elektronicznym. Tym razem wszystko poszło szybko i gładko. System techniczny nie zbuntował się, żeby inteligentce o profilu humanistycznym pokazać, kto tu rządzi.
Z radością pomyślała, że czas wyłączyć komputer przed wyjściem do domu, kiedy zadzwonił telefon.
Zawsze dzwoni właśnie w tej chwili, kiedy człowiekowi poprawia się nastrój, równo pięć minut przed zakończeniem pracy. To taki sam nietakt jak pojawienie się śmieciarki zajeżdżającej drogę ślubnej parze – pomyślała i podniosła słuchawkę.
– Kancelaria prawno-podatkowa Rympel, Paśniak i Wspólnicy. Marcelina Nadobnik, w czym mogę pomóc? – zapytała nienaturalnym dla niej profesjonalnym tonem.
– Wie pani… Ach… Spadek. I same kłopoty. Ciotka umarła. Wola boska, miała już sto trzy lata. Nie miała dzieci. Zostawiła trzy kamienice – powiedziała podniecona kobieta.
– W sprawach spadkowych specjalizuje się mecenas Zygmunt Paśniak – przerwała Marcelina, licząc na szybki finał rozmowy.
– Kochana. To długa historia. Ciotka piła. Po alkoholu obiecywała całej rodzinie te kamienice. A jest nas czworo: trzy siostry i szwagier Stasiek, mąż Basi. Basia zmarła biedna w ubiegłym roku. Normalnie do dziś nie mogę się pozbierać. Wszystkie bardzo to przeżyłyśmy. No i został sam szwagier. Pierdoła nie chłop. Nigdy nie pracował. Nie wiadomo co z nim robić. Ale chyba też ma prawo do tego spadku. Co pani myśli?
– Powinna pani porozmawiać z panem mecenasem. Ja nie mam kompetencji do udzielania porad prawnych. Wolne terminy…
– Kochana. Powiedz mi coś konkretnego, bo ja bym chciała te trzy kamienice dla siebie. Należą mi się. W końcu to ja opiekowałam się ciotką. One palcem nie kiwnęły. Nie mówiąc o tym wałkoniu, który wykończył biedną Basię.
– Wtorek szesnasta trzydzieści. Czy mam panią zapisać? Są kolejki do mecenasa Paśniaka. Ma duże doświadczenie w sprawach spadkowych.
– No pewnie. Maria Gajewska.
– Do zobaczenia. Zapraszamy we wtorek na szesnastą trzydzieści.
– Jak przyjdę, to opowiem pani resztę.
– Nie mogę się doczekać. Do widzenia.
Marcelina się rozłączyła. Poczuła lekki ucisk w gardle, który spowodowało dławiące poczucie marnowania sobie życia. Pracę traktowała jak rolę w serialu. Grała miłą, kulturalną dziewczynę, którą nie była, i nie lubiła odgrywanej przez siebie bohaterki. Uważała, że nie powinna ograniczać wyobraźni dobrymi manierami. Tysiące przeczytanych książek, dwa fakultety humanistyczne na najlepszym uniwersytecie doprowadziły ją do mentalnego anarchizmu, który przeszkadzał w docenianiu dobrej pracy za przyzwoite pieniądze.
Specjaliści z dziedziny psychologii twierdzą, że prowadzi do tego też szczęśliwe dzieciństwo spędzone nudno i leniwie z daleka od żłobka i przedszkola. Marcelina spędziła je w domu dziadków i pradziadków, słuchając anegdot przy chórze mruczących kotów przechadzających się miedzy opowiadającymi i oglądając egzotyczne obrazki w albumie o Afryce. Koty też chętnie zaglądały do tej książki, obserwacja ta wytworzyła w dziewczynce bardzo wysokie mniemanie o inteligencji tych zwierząt. Dziecko poznało przyjemność płynącą z bezczynności, swobody dysponowania własnym czasem i braku poczucia obowiązku. Takich doświadczeń nie zapomina się nigdy i w późniejszym życiu z pożytkiem lub też ze szkodą, to zależy od czasów i okoliczności, dąży się do życia w sielance.
Marcelinę, jak wszystkie dzieci, dopadł w końcu powszechny obowiązek szkolny i z całą agresywnością feudalnego systemu psuł jej nastrój. Złapała oddech na studiach: flirty, żarty, premiery teatralne, beztroska młodzieżowych imprez do rana, poprawiały jej samopoczucie, ale też wyciskały resztki życiowej witalności, której zasoby z wiekiem coraz trudniej było uzupełnić.
Potem nastała era pracy i obezwładniającej człowieka, myślącego abstrakcyjnie, cyfryzacji. To nie dawało wielkich nadziei na powrót do sielanki. Marcelina wiedziała, że dobrze jest znać siebie, mieć choćby podstawową wiedzę na swój temat. To może człowieka ocalić przed przesadnym wczuciem się w narzucaną rolę społeczną. Aby nie zapomnieć, kim jesteśmy, musimy każdą wolną chwilę spędzać na byciu sobą. Wystarczy to robić w czasie wolnym. W pozostałych sytuacjach można grać do woli wszystkie role, które pozwalają nam wyjść na swoje w życiu.
Starała się pielęgnować swoje rytuały, nazywając je dziwactwami. Uważała, że dziwactwa to przywilej starej panny. Spotykało się to z oburzeniem lub co najmniej zaskoczeniem jej bliskich, ponieważ cieszyła się wielkim powodzeniem, miała zwykle jakiegoś przyjaciela, do tego nikt już nie używał archaicznego sformułowania „stara panna” wypartego przez singielkę. Dziewczyna jednak lubiła czuć się starą panną, wielbiciele jej w tym nie przeszkadzali, bo jeżeli dziwactwa to przywilej starej panny, a ona miała swoje dziwactwa, to – jak mawiał jej przyjaciel szewc Stefan Husar – na logikę była starą panną.
Skąd ten sentyment do panieńskiego stanu? Marcelina odziedziczyła mieszkanie po ciotecznej babce Cecylii, która przez całe życie była niezamężna. Dziewczyna kochała wesołą ciotkę jak najbliższą osobę w rodzinie. Odwiedzała ją często, bo Cecylia każdy problem, niezależnie od jego wielkości i powagi, potrafiła zamienić w błahostkę. Do tego zawsze mówiła, co myśli. Na pytanie rodziny, dlaczego nie znajdzie sobie jakiegoś miłego towarzysza życia, zawsze odpowiadała, że „tego kwiata jest pół świata”, dopóki nie zdecyduje się na tego jedynego może przebierać i cieszyć się wszystkimi.
Ciotka poza radosnym usposobieniem miała jeszcze inną cenną cechę: zaradność finansową. Potrafiła odłożyć spore sumy pieniędzy, nie będąc sknerą i specjalnie nie oszczędzając na sobie. Mimo że pracę miała zwyczajną, nie zarabiała przesadnie dużo, miała ten rzadki, dla kobiet w tej rodzinie, dar odkładania pieniędzy, które potem jakby same się rozmnażały w funduszach inwestujących w dobra luksusowe, a później na lokatach. Wszystkie jej, często przypadkowe i podjęte pod wpływem emocji, decyzje finansowe przynosiły zyski. Zakupy ją nudziły, jedynym luksusem, na który sobie pozwalała, było dobre wino. To ona nauczyła Marcelinę je pić.
Zmarła niespodziewanie. Kolega odwoził ją z pracy nowym samochodem sportowym, zwykle jeździła autobusami miejskimi, zderzyli się z terenówką prowadzoną przez kierowcę na antydepresantach, zginęli wszyscy. Marcelina straciła powierniczkę trosk, bo tylko z ciotką Cecylią rozmawiała szczerze o sobie. Dziewczyna przeżyła tę śmierć jak stratę najlepszej przyjaciółki. Zaskoczenie rodziny było wielkie, kiedy okazało się, że Cecylia zostawiła testament i wszystko zapisała Marcelinie, mimo że miała bliższych krewnych. Dziewczyna kończyła właśnie studia. Wprowadziła się do ładnego dwupokojowego mieszkania przesiąkniętego energią silnej kobiety i długo zastanawiała się, czy coś w nim zmieniać.
Pewnego dnia przeglądając pudła z kapeluszami ciotki, znalazła list zaadresowany do siebie. Rozpoznała charakter pisma Cecylii.
Wiedziałam, że najpierw obejrzysz kapelusze! Dziecko! Urządź to mieszkanie po swojemu. Zmień wszystko, żeby nie mieszkać w moim grobowcu. Właśnie na to zostawiłam Ci pieniądze. W szafie, w piwnicy jest sejf. Podaję kod: 26281976. Bądź mądra i dzielna jak zawsze.
C.
Marcelina zorientowała się, że skropiła kapelusz łzami. Zamrugała, żeby się opanować.
Racja, każe mi trzymać się uroków życia – pomyślała.
Remont trwał rok. Ze ścian zniknęły wzorzyste tapety. Mieszkanie rozjaśniły pastelowe odcienie kości słoniowej i piasku na karaibskiej plaży. Ciężkie zasłony ustąpiły miejsca bambusowym roletom.
Kuchnia, w której zostały odnowione dębowe meble i pojawił się nowy sprzęt, w tym czerwony ekspres do kawy, została połączona z pokojem, tworząc przestronne pomieszczenie z wygodnymi szarymi kanapami i półką na książki do sufitu zajmującą całą ścianę.
W sypialni obok prostej drewnianej szafy, pamiątki po Cecylii, pojawiło się duże łóżko. Marcelina miała wielką niechęć do codziennego ścielenia i składania łóżek, dlatego kupiła takie, którego nie można złożyć. Poza dwiema dużymi drewnianymi szafami została też kolekcja trzydziestu czterech kapeluszy ciotki. Dziewczyna ciągle zadawała sobie pytanie kiedy i dokąd Cecylia je nosiła, bo w odwiedziny do krewnych przychodziła zwykle w szarym albo granatowym berecie. Wszystkie nakrycia głowy pasowały na Marcelinę i zaczęła je już lubić, co było pierwszym krokiem do noszenia.
Najwięcej energii i środków wymagał remont łazienki. Pomieszczenie było dość duże, z oknem. Szary marmur pokrył ściany i podłogę. Drewniana wanna i wbudowana w ścianę owalna szafa, mieszcząca nieskończenie wiele kolorowych szlafroków, wykonane były z tego samego czarnego dębu. Na szerokim blacie szarej, marmurowej umywalki stały trzy wazoniki z Ćmielowa: żółty, pomarańczowy i niebieski, wypełnione białymi goździkami. Oświetlenie punktowo umieszczone w ścianach rozjaśniało to surowo eleganckie wnętrze. Porozrzucane resztki garderoby, różowe ręczniki i mnóstwo małych słoiczków z kosmetykami oraz butelek z perfumami odbierały jednak tej elegancji powagę, tworząc nieład prawie artystyczny. Marcelina urządziła sobie azyl, coś w rodzaju schronienia dla swojego ducha i indywidualizmu. Nie lubiła wpuszczać do swojego gniazdka ludzi, szczególnie obcych i tych, których nie darzyła sympatią, żeby nie wnosili złej energii.
Jej ulubionym dziwactwem był rytuał oczyszczania umysłu. Wolne chwile zaczynała zawsze w podobny sposób: włączała Capriccio Italien Czajkowskiego, kładła się na kanapie z kieliszkiem wina i wyobrażała sobie mamuta oraz nosorożca idących do wodopoju. Mamut był czarny, nosorożec biały. Szli wolnym, wręcz tanecznym krokiem, rozkoszując się szumem paproci i wdychając przejrzyste, świeże powietrze. Doszedłszy do wodopoju, zaczerpnęli po trochu wody, aby ugasić pragnienie, i zamruczeli z radości. Dzień był piękny jak zawsze w pradawnej puszczy. Marcelina zasnęła na chwilę. Ostatnio miała dziwny, powtarzający się sen o tym, że ktoś patrzy na nią z ukrycia.
Po godzinie wstała z łóżka. Zjadła awokado z majonezem, pomidora i garść orzechów. Nalała sobie drugi kieliszek, bardzo lubiła pić wino i chciała to robić przez cała życie, dlatego piła mało, żeby zdrowia jej nie zabrakło na dalsze biesiadowanie. Z kieliszkiem weszła do wanny pełnej piany, nie umiała oszczędzać wody, do czego zachęcano w rządowych kampaniach społecznych, ale była bezdzietną wegetarianką niemającą samochodu i to był jej wkład w ochronę klimatu. Z oddali dobiegały dźwięki Capriccio Italien Czajkowskiego, było coś podnoszącego na duchu w tej melodii, takie skradanie się do czynu, a potem marsz i taniec i tak w kółko, karuzela losu.
Marcelina nie lubiła czytać recenzji, bo rzadko podzielała opinię ekspertów, sama interpretowała sztukę.
A teraz pora pokazać światu swoje piękniejsze oblicze – pomyślała, robiąc ćwiczenia mięśni twarzy.
Ich celem było zachowanie młodości, w co Marcelina do końca nie wierzyła, sądziła, że czas musi płynąć, a to zostawia ślady w naszym ciele i umyśle, ale można usunąć napięcia doświadczane nieświadomie, niechcący. Usunąć tę minę, ten grymas twarzy spowodowany przejściowym niezadowoleniem z życia. Najlepiej służyło temu patrzenie na spokojne morze i spacerowanie po długich plażach, działało rozluźniająco na wszystkie mięśnie, ale nie zawsze było dostępne.
Teraz makijaż, który podkreślił śmiejące się, błyszczące oczy. Największy atut Marceliny. Niewielu ludzi potrafi śmiać się oczami. Wyraz błogości zadowolonej dziewczynki osiągała, odtwarzając sobie w głowie ulubioną melodię. Zawsze działało. Spryskała się werbeną z miętą. Włożyła jedwabne rajstopy. Zawsze się rolowały, trzeba było to zrobić umiejętnie. Suknia w kolorze bakłażana w asymetryczne cięcia podkreślające bardzo szczupłą sylwetkę. Nałożyć kapelusz na tę burzę kasztanowych loków to zawsze był nie lada wyczyn. Ale udało się. Szare, jedwabne rękawiczki schowała do torebki. Obuła się w pantofelki od Stefana Husara zwane pieszczotliwie przez fashionistki husarkami.
Otworzyła szufladę, żeby wydobyć swój talizman. Mały damski pistolet beretta 421. Włożyła go do torebki. Znalazła go szafie w piwnicy dziesięć lat temu. Po wprowadzeniu kodu otworzyła sejf dla kamuflażu zastawiony słoikami ogórków kiszonych.
Na dnie leżało coś błyszczącego.
Wyjęła to i przymierzyła do dłoni, pasowało idealnie, wtedy znalazła kolejny list.
Uważaj to nie zabawka. To beretta 421. Działa.
C.
Marcelina zauważyła, że zawsze kiedy nosi pistolet przy sobie, sprzyjają jej okoliczności. Ta część spadku chyba najbardziej ją wtedy zaskoczyła, ale już się oswoiła, a nawet zaprzyjaźniła z niespodziewanym prezentem.
No to jestem gotowa do wyjścia – uznała w duchu.
Pasuje tu jak palma w polu rzepaku – pomyślał pan Henio, mijając nowy apartamentowiec i parkując pod blokiem, w którym mieszkała Marcelina.
Spośród otoczonych zielenią starych bloków wyłaniał się budynek z piaskowca, metalu i szkła, który został tak surowo oceniony przez leciwego taksówkarza.
Budują takie dziwactwa dla tych nowych elit – kontynuował rozmyślania. – Teraz już nawet uczyć się nie trzeba, żeby zostać bogaczem. Wystarczy zostać celebrytą. To znaczy obierać marchewkę na ekranie albo biegać na golasa. No ale powiedzmy sobie szczerze, kiedyś też pieniądze przytrafiały się nieukom, bo mieli szczęście. Czy to jest sprawiedliwe?
Rozważania pana Henia o elitach przerwało pojawienie się Marceliny.
Ślycznotka jak z obrazka – zadumał się. – Te oczy jakieś takie błyszczące. I taka chuda jak modelka, a przy tym drobna, nie wielka jak tyczka i nie kanciasta. Do tego ten wyraz twarzy, jakby głaskała mruczącego kotka. Żadnych nerwów, bez napięcia.
A że już pięćdziesiąt lat jeździł na taksówce, to widział miliony twarzy i wiedział, co mówi.
Gdzie ona się wybiera? W tym kapeluszu i rękawiczkach. Pewnie dorabia sobie bidula do marnej pensji. Ale to już nie moja sprawa – ciągnął swoje rozważania pan Henio i tak ustawił lusterko, żeby się trochę nasycić.
Potem odjechał pod wskazany przez Marcelinę adres, na Brzozową.
2
Muu, Muuu, Muuuuuuuuu.
Rozległo się muczenie krowy, dzwonek najnowszego modelu telefonu.
Muuuuuuu.
Telefon zatrząsnął się na szklanym stoliku stającym obok lnianej, białej kanapy.
Wysportowany, młody blondyn, o zbyt chłopięcym obliczu jak na dobrze zapowiadającego się milionera, z niechęcią oderwał się od lunety. Przemknął boso przez rozległy taras, poczuł pod stopami chłodną, marmurową podłogę, potem złapał telefon i wskoczył na kanapę.
– Witek – powiedział, uśmiechając się łobuzersko, co czyniło jego twarz jeszcze młodszą. – Jestem w domu. A gdzie mam być? Mam taką dobrą pracę, że nie muszę do niej chodzić. Przyjeżdżaj. Wkładam bąble do lodówki.
– Jest ze mną ciotka Fela. Raz w tygodniu musi zobaczyć miasto, żeby nie popadła w melancholię. Wiesz, że mam do niej słabość, właściwie nie wiem dlaczego. Nie potrafię jej odmówić, wożę ją wszędzie. To chyba nici z imprezy. Jestem samochodem.
– Zostańcie na noc. Gdzieś was zakwateruję. Mam trochę wolnego miejsca. Cioci Felicji imprezy nigdy nie przeszkadzały. Przebalowała kawał życia, zanim zwaliła ci się na głowę.
– Co miałem zrobić z siostrą zmarłej matki, kiedy przegrała mieszkanie w pokera? Nie będzie przecież mieszkać pod mostem – powiedział szybko Witek, wzdychając lekko.
– Ja też ją zawsze lubiłem. Pamiętasz, kiedy byliśmy dziećmi, a ona uczyła nas śpiewać tym swoim mezzosopranem: „Dokąd biegną krasnoludki? Szukać wódki, wódki, wódki”, a dookoła wyły słowiki, robiąc jej chórki. Rodzina powinna się wspierać – skłamał Juliusz. – No, to czekam na was.
Odłożył najnowszy model telefonu na stolik, włożył szurające kapcie muzealne w stylu hygge i poszusował w głąb swojego przestronnego mieszkania, wrzeszcząc:
– Marek! Marek! Gdzie jesteś? Robimy imprezę!
Po marmurowych schodach zbiegł chudy chłopak, krótko ostrzyżony, z długą brodą, machając zamaszyście mokrą ścierką.
– Myłem okna na górze, żeby popraktykować cnotę cierpliwości, albowiem jak sądzą moi buddyjscy przyjaciele: „kto w tym wcieleniu był cierpliwy, w następnym będzie piękny” – odpowiedział Marek donośnym głosem i wyraźną dykcją młodego kaznodziei.
Chłopak miał skłonność – pewnie wrodzoną, bo gdzie w dzisiejszych czasach mógłby się tego nauczyć? – do tworzenia zdań wielokrotnie złożonych, czasem nawet anegdotycznych lub z puentą. Marek Stawiszyn był asystentem Juliusza. Zajmował się głównie sprzątaniem i gotowaniem, bo nie lubił papierkowej roboty. Juliusz podejrzewał, że chłopak coś kombinuje. Tworzy jakąś nową teorię filozoficzną albo nawet religię. Nie poruszał z Markiem tematu jego zainteresowań duchowych, bo uznał, że to prywatna sprawa pracownika. Najważniejsze, że dobrze sobie radził z domem. Na rozmowie o pracę powiedział, że woli zajmować się gotowaniem i sprzątaniem, niż jeździć tirem, albo być „krawatem” w korporacji. Juliusz dobrze mu płacił, hojnie wynagradzał też pozostałych pracowników. Ta rozrzutność charakterystyczna dla ludzi, którym łatwo poszło już na starcie, dawała młodemu milionerowi złudne poczucie, że spłaca dług zaciągnięty u Fortuny.
Po studiach ogrodniczych, za radą dziadka, założył firmę Lukrecja i wypuścił na rynek nalewkę z tataraku „Złoty Sen”, reklamując ją jako ziołowy suplement diety na bazie alkoholu, środek nasenny. Chwyciło. Można powiedzieć, że pieniądze przyszły same. Juliusz Kurdybanek z wesołego chłopca, który musiał znaleźć po studiach jakieś zajęcie – bo „jak to tak, żeby mężczyzna nie pracował, w naszej rodzinie mężczyzna musi mieć zajęcie, najlepiej prestiżowe”, marudziła babcia Ela – stał się przedsiębiorcą z pozycją w pierwszej dziesiątce na liście najbogatszych.
– To co? Ze trzy butle abyssa. Karczochy z kozim serem i…? Może suflet z ryby? Będzie trochę roboty.
Marek wyrwał szefa z zadumy.
– Idę z tobą do kuchni. Pomogę obierać karczochy. I nie szoruj tak często tych okien, bo je podziurawisz – powiedział Juliusz, klepiąc pracownika w ramię.
– Szefie, dzwonił naczelny miesięcznika „Biznes Torpeda”. Prosi o wywiad.
Juliusz przemknął kocim krokiem między łupinami a włosami karczocha w stronę lodówki. Wyjął maślankę. Rozprowadził ją w misce z mąką gryczaną i odrobiną sody i zaczął energicznie mieszać.
– Niech spada. Odeślij go do Doroty z PR.
– To ona odesłała go do mnie. Spławia go już od roku. Od publikacji listy najbogatszych.
– Nie mam mu nic ciekawego do powiedzenia. Po studiach rodzina zagoniła mnie do pracy. Reszta to przypadek.
Uuuuuuuuuuuuuuuuuu. Uuuuuuuuuuuuu.
Rozległ się dźwięk syreny strażackiej.
Marek zatkał uszy.
– Zmieńmy dźwięk tego dzwonka, bo wytrąca mnie ze stanu relaksu i skupienia – powiedział Marek. – Zaraz coś rozleję – dodał i oddalił się od blatu kuchennego, by otworzyć drzwi gościom.
Witek Kula stanął w progu z koszykiem biorabarbaru.
Wręczył go Markowi.
Tarta z rabarbaru była jego popisowym ciastem.
– Kiedy widzę twoją kwaterę, czuję się jak ofiara kapitalizmu. Pamiętam nasze studenckie dyskusje przy tanim winie. Zawsze byłeś socjalistą. Wprowadzić dochód podstawowy, ozusować maszyny wykonujące ludzką pracę, skrócić wymiar pracy do czterech dni w tygodniu.
– Premier Jasnota to testuje na administracji publicznej – odpowiedział Juliusz, witając się z przyjacielem. – Rozmawiałem o takich rozwiązaniach z moim kierownikiem od sprzedaży. Zgadnij, co mi odpowiedział? Że jak coś takiego zaproponuję pracownikom, to ze strachu się pozwalniają. Wolą klepać biedę z przyzwyczajenia.
Witek wyszedł na taras. Zbliżył się do miejsca obserwacji. Zerknął w lunetę.
– Skąd masz taki sprzęt?
– Kupiłem na Mazurach w sklepie dla szpiegów.
– Przyjacielu! Powinieneś to robić bardziej dyplomatycznie. Ustawiona prosto w okna tej rudej. Nie w gwiazdy… Fajna. Może nie jest klasyczną pięknością, ale…
Nastąpiła dłuższa pauza pozwalająca na większą zadumę i uwagę.
– No, coś w niej takiego jest, że nie można wzroku oderwać.
– Możesz sprecyzować? Ty wszystko tak logicznie potrafisz wyjaśniać – oznajmił Juliusz.
– Ha. Taka zamyślona. Zamyślona za wszelką cenę. Jakby rzeczywistość jej nie dotyczyła. Wiesz, co mam na myśli. Teraz większość kobiet rozmawia przez telefon, pisząc na laptopie, a obok szczekają dwa pudle i drze się trójka dzieci. Wiesz coś o niej?
– Nie na razie się przyglądam i nie mogę się oderwać.
– Tak całymi dniami?
– Nie da się. Ona gdzieś wychodzi. Chyba pracuje.
– Jesteś bogaty. Możesz sobie pozwolić na prywatnych detektywów, wróżkę i jasnowidza.
– I psychiatrę. Jeszcze na głowę nie upadłem. Jestem wychowany na bardziej romantycznych bajkach. Jak się do niej przyzwyczaję, to wkroczę do akcji. Na razie chcę ją lepiej poznać.
– I co jej powiesz? Tyle lat panią podglądałem, że aż się zakochałem.
– Są takie klasyczne teksty do zagajania…
UUUUUUUU. Uuuuuuuuuuuuuuuuuuu.
Witek drgnął na dźwięk syreny dzwonka.
– To ciotka Fela. Tylko się nie chwal. Tak ją podniecają romanse, że znowu nie będzie spać po nocach.
– Ty też trzymaj język za zębami. Takie podglądanie chyba nie jest legalne.
Marek otworzył drzwi. Wykonując dyskretny ukłon, poprosił ciotkę Felę, żeby czuła się jak u siebie w domu. Nie znał jej życiorysu, więc nie miał świadomości popełnionej gafy. To była ta rzadka chwila, kiedy nadmiar uprzejmości szkodzi. Fela, posyłając mu płomienny uśmiech, nie pokazała bólu po utracie swojego zawalonego antykami małego mieszkanka w dużym mieście, które niedawno przegrała w pokera. Mimo pecha powodującego ciągłe troski, a może na przekór nieszczęściom, była kobietą wciąż piękną. Dawno już przekroczyła pięćdziesiątkę, ale miała bujne ciemne włosy, fiołkowe oczy i ładne blade dłonie, którymi energicznie gestykulowała – jednym słowem teatralność w połączeniu z wystudiowaną pogodą ducha i żelazną dyscypliną w dbaniu o siebie czyniły z niej atrakcyjną „kobietę bez wieku”. Wędrowała przez długi salon, wyciągając dłonie w stronę Juliusza. Co dwa kroki przystawała, żeby mu się przyjrzeć. Kiedy dotarła do celu, odezwała się swoim mezzosopranem.
– Juliś! Pięknie tu. Brakuje ci tylko odpowiedniej kobiety i oczywiście niedźwiedzia na wizytówki.
Mówiąc ostatnie zdanie, porwała w objęcia młodego milionera jak chłopca, który dzielnie odbył pierwszą samodzielną podróż swoim nowym rowerkiem. Widząc przedłużający się uścisk, Marek zwrócił się do gości.
– Kolacja gotowa.
– Zapraszamy do stołu – dodał Juliusz, prowadząc pod rękę Felicję i wskazując jej miejsce.
Puk.
Marek strzelił korkiem szampana. Fela z zadowoleniem w oczach obejrzała zastawiony stół i zawiesiła wzrok na butelce.
– Ach. Strzał korkiem szampana to mój ulubiony dźwięk, a znam się trochę na muzyce. Czemu ta butelka taka ubłocona?
– Leżała na dnie oceanu. Abyss Millesime dwa tysiące czternaście – odpowiedział Marek, rozlewając eliksir.
– Jak ty robisz te karczochy? – spytał Marka Witek.
– Tajemnica. Musisz mieć odpowiednie bakterie w rękach, biorą się z dobrej energii, no i trochę koziego sera, najlepszy krajowy.
– Juliś – powiedziała Fela, mrucząc nad rybnym sufletem – jak ty dziarsko znosisz tę nagonkę prasową. „Milioner, wizjoner, tajemniczy”, a ty się, chłopcze, nic nie zmieniłeś.
– Nie mam fantazji do wywiadów, nie mam nic do powiedzenia tym dziennikarzom. Oni nie chcą słuchać, że coś potoczyło się samo. Chcą opisu planu i ciężkiej pracy.
– A co złego jest w twojej prawdzie? – wtrącił Witek. – Możesz im zawsze powiedzieć jakąś bajkę: niebieski smok przebiegł mi drogę, a to przynosi szczęście w interesach.
Marek dolewając trunku gościom, odpowiedział:
– Dobre. To będzie jednocześnie reklama ziół, które sprzedajemy. Każdy będzie chciał zobaczyć tego błękitnego smoka biegnącego po ścieżce rowerowej.
Felicja wstała, zabierając ze sobą kieliszek, i podeszła do abstrakcyjnego obrazu na ścianie.
– Chcesz mieć z głowy dziennikarzy? To się ożeń. Zajmą się twoją żoną. Tylko nie zapominaj, że to musi być wyjątkowa kobieta – poradziła Fela.
– Jaka? – zapytali wszyscy trzej.
– Szalona. Taka jak Tosca alba Nastasia Filipowna.
– „Ale oczy powinna mieć czarne”1 – zaśpiewali razem Juliusz i Witek.
1Toska, Giacomo Puccini.
3
Ptak był ogromny. Jego odchylona głowa dotykała prawie sufitu. Szpiczasty, rozwarty dziób mógł sugerować drapieżnika. Rozpostarte skrzydła rozświetlone przez lekki błękitny poblask rzucały długie cienie na drewnianą podłogę przestronnej pracowni. Zaczynał się duszny, letni poranek. Nagi człowiek spoglądał na olbrzyma, zadzierając głowę. Potem kilka razy okrążył go w celu przeprowadzenia wnikliwszych badań. Następnie przystanął, upił kilka łyków espresso z malutkiej, zielonej filiżanki i zadał głośne pytanie.
– Miłosz!? Co ten ptak ma na skrzydłach?
– Ekrany fotowoltaiczne. Znajomy prawnik poradził mi, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym, to lepiej sprzedam rzeźbę. No i miał rację – odpowiedział wychodzący z kuchni artysta, podgryzając rogalika z konfiturą różaną.
Był już ubrany w swoje ulubione szare kimono. Nie lubił wchodzić do miejsca pracy nagi, ale ponieważ było połączone z mieszkaniem i prowadziły tu dwa wejścia, z kuchni i przedpokoju, pozwalał przyjaciołom na wybryki paradowania bez szat w tym miejscu.
– A wygląda to zupełnie jak lodowisko dla pszczół. Niebieska tafla. Albo jak pas startowy.
– Nie podoba ci się?
– Wolałbym ten słynny ryczący automobil. Co ty wyprawiasz? Ugryzł cię w zad żarłoczny demon kapitalizmu? – zapytał golas, klepiąc artystę w ramię.
Miłosz Malina się zamyślił.
Założył dłonie na głowę, próbując przygładzić rozwiane, jasne loki i popatrzył na rzeźbę.
Przyglądał się parę sekund, następnie rozłożył ręce w geście rezygnacji.
– Nie każdemu dane zobaczyć dzieło sztuki. Niektórym brakuje do tego kompetencji i wyobraźni – powiedział lekko łamiącym się głosem.
Nie lubił wchodzić w otwarty konflikt, szczególnie z kochankami. To mu burzyło dramaturgię udanego romansu, który miał być przecież dla przyjemności.
Nie lubił też marnować energii na kłótnie, które nie prowadzą do niczego poza udowodnieniem racji przez jedną ze stron konfliktu.
– Ach. Mówisz, że nie mam stosownego wykształcenia. Obawiam się, że masz rację. A co na to opinia publiczna, krytycy sztuki? – podło pytanie doładowane złośliwością.
– Ten ptak nie startuje w konkursie piękności. Ma być moim głosem w walce z kryzysem klimatycznym. Spodobał się żonie bogatego producenta opon, potem jej koleżanki ustawiły się w kolejce po takie same. Ludzie mają prawo kupować, co im się podoba – odpalił spontanicznie Miłosz, niewiele myśląc przez lekkie zdenerwowanie.
– I zrobiłeś niezły interes. Gratuluję. Ale wiem, że to nie twój styl. Odchorujesz to. Znam cię.
Miłosz poczuł lekką duszność.
Nie mogę wiecznie zdobywać nagród w konkursach i żyć za pieniądze innych. Lepiej się czuję, kiedy stoję o własnych siłach – pomyślał i postanowił skończyć tę dyskusję, wykorzystując swój największy atut: wrodzony wdzięk.
– Dawno, dawno temu artysta mógł rzeźbić aniołki na zamówienie Kościołów i żyć sielsko jak bogaty idiota, bez problemów analitycznych. Nie zastanawiał się nad tym, czy to będzie docenione przez przyszłe pokolenia. – Podszedł do okna, otworzył je, zaciągnął się zapachem lipy, w tym miesiącu pachniało tak całe miasto, i dodał: – Może pójdziemy do kuchni i zrobimy sobie jakieś dobre śniadanie? Jajecznicę na wędzonym łososiu. Do tego wycisnę sok z pomarańczy.
Dla Miłosza rogalik był tylko preludium do śniadania. Był żarłokiem, uwielbiał dobre jedzenie, potrafił też trochę gotować. Specjalizował się w jajecznicach: z łososiem, ze szpinakiem albo z kurkami. Śniadania wychodziły mu naprawdę dobrze. Pozostałe posiłki jadł w restauracjach albo zamawiał. Czasem podrzuciła mu jakiś smakołyk kochająca mama. Mimo że była zajętą bizneswoman, zawsze znalazła czas na pilnowanie swojego jedynaka, żeby zdrowo jadł i brał się do roboty, jeśli już wybrał sobie głupi zawód artysty. Był taki zdolny, że mógł pójść na każde studia. Byłby teraz prawnikiem, lekarzem, z jego zdolnościami manualnymi nawet neurochirurgiem. Ach. Szkoda gadać. Został tym rzeźbiarzem tylko po to, żeby zrobić wszystkim na złość. A rodzice pokładali w nim takie nadzieje. Niestety, dziś nie wypada krytykować cudzych wyborów. Nawet jeśli nie słuchał dobrych rad i teraz cienko prządł, to przecież, do cholery, jego życie. No, może skończył studia z wyróżnieniem i dostał parę prestiżowych nagród, ale ciągle trzeba było mu dokładać.
– Nie zmieniaj tematu. Przemyśl to dobrze! – powiedział rozkazującym tonem golas, ciągle obchodząc ptaka.
– W głowie ci się zakręci od tego wiecznego latania wkoło niego – powiedział Miłosz zrezygnowanym tonem na myśl o powrocie do dyskusji o sztuce i przestraszony wizją, że ptak maże się przewrócić i cały dzień będzie go składał.
Na początku kariery za dużo myślał o tym, jaka powinna być rola artysty. Czy da radę uchronić się przed wpływem komercji. Dawał radę. Choć im bardziej był doceniany przez krytyków, tym gorzej radził sobie finansowo. Jakby spełniała się klątwa wypowiedziana przez matkę, że pieniędzy z tego nie będzie. Teraz kiedy zaczął całkiem nieźle zarabiać i, o dziwo, czuł się z tym lepiej niż z prestiżowymi nagrodami, osoba, od której powinien oczekiwać wsparcia, wylewała na niego falę krytyki, nie znając się zupełnie na sztuce. Dziwna sytuacja, bo przez rodzinę i kochanków nigdy nie był chwalony. Zawsze robili to obcy ludzie. Miłosz wszystkie żale dogłębnie analizował. Nie potrafił odpuścić i po prostu robić, co lubi, zwyczajnie żyć. Ciągle przygnębiał się myślą o kopiącym go najbliższym otoczeniu.
– Idę się ubrać. A potem pogadamy. Naprawdę musisz pindrzyć się przed żoną producenta opon? – Usłyszał znajomy głos.
– Nie zrodziłem się z nimfy i olimpijskiego boga. Moi rodzice dorobili się majątku na sprzedaży wózków dla dzieci. Przypomnij sobie, skąd się wywodzę. Nie żyłem jak motyl wąchający róże.
Miłosz wbrew swojej woli dał się wciągnąć w dyskusję.
Nerwy. Nie potrafię nad sobą zapanować. Dlaczego on robi wszystko, żeby wyprowadzić mnie z równowagi? – zadał sobie pytanie w myślach.
– No i zwiało tego motyla z róży na beczkę z kapustą kiszoną – powiedział złośliwiec i poszedł się ubrać.
Czy powinienem mu przywalić, żeby się uspokoił? – kontynuował rozważania. – Nie wiedziałbym jak. To nie moja natura. Nigdy chyba bym tego nie zrobił. Najchętniej bym go uśpił i obudził w lepszym nastroju. Co za kutafon. Dlaczego traktuje mnie w ten sposób?
Miłosz wszedł do kuchni i zaczął wyciskać pomarańcze na sok.
Obcy ludzie są dla mnie zawsze tacy mili. Jak ten młody milioner – pomyślał. – Przyjechał na rowerze, punktualnie co do minuty. Przedstawił się drugi raz, mimo że już to zrobił wcześniej telefonicznie, poza tym wszyscy znają go z mediów. Sympatyczny i trochę dziwak. Zamówił rzeźbę. Ha. Ha. Ha. Na początku myślałem, że żartuje. Niedźwiedzia na wizytówki! Dał mi wolną rękę co do koncepcji. „Może być abstrakcja, byle była czytelna” – powiedział. Zapłacił dużą zaliczkę. Muszę pomyśleć nad tym niedźwiedziem. Tylko żeby się nie wygadać, bo ukochany zaraz mi powie: „Jak tak dalej pójdzie, to zaczniesz rzeźbić świnki-skarbonki”. Po co ludziom takie związki? Tylko kłótnie i kłopoty – rozważał Miłosz, nalewając soku do szklanek.
Do jednej dorzucił łagodną tabletkę nasenną. Otworzył okno w kuchni i usiadł na parapecie.
Lubię kwitnące lipy – pomyślał.
Kiedy na studiach wynajmował poddasze na pracownię, okna wychodziły na ogród, w którym rosły lipy i bzy. Dom należał do emerytowanego dyplomaty Maksymiliana Jasnoty. Niezłe imprezy urządzali z jego synem Ludwikiem na tym poddaszu. Fajny chłop, trochę rozrabiaka. Dla wszystkich znajomych Ludwika Jasnoty było dużym zaskoczeniem, że zajął się polityką.
Do tego wygrał wybory i został premierem – pomyślał z podziwem Miłosz, słysząc w radiu reklamę społeczną rządu: „Nie prasuj, oszczędzisz czas i energię”. – Chyba zdobył takie poparcie dlatego, że zawsze był pewny swoich przekonań i szczery – wspominał Miłosz Ludwika Jasnotę z młodości. – Zresztą do tej pory równy z niego chłop. Utrzymuje kontakty ze wszystkimi dawnymi znajomymi. To były czasy, ta nasza młodość. Wystarczyło mi wtedy do szczęścia patrzenie przez okno na kwitnące lipy albo bzy przy śniadaniu złożonym z rogala z makiem i serem tylżyckim popijanym piwem. I kac był wówczas mniejszy. A najlepsze lekarstwo na kaca to praca fizyczna, jak wmawiał nam Maks Jasnota nazywany pieszczotliwie Padre, bo przez wiele lat był dyplomatą we Włoszech. Po imprezach gonił nas do grabienia liści, sprzątania piwnicy, raz nawet pomalowaliśmy mu gabinet. Straszył nas, że jak dalej będziemy tyle pili, sam zresztą też nie był abstynentem, to każe nam odkurzyć wszystkie książki w domu, a było ich ze dwa i pół tysiąca. Miły staruszek, dalej dobrze się trzyma. Pisze jakieś wspomnienia. Co się zmieniło i kiedy nastąpiła ta przemiana, że teraz mam dużo więcej powodów do satysfakcji, a nie potrafię się cieszyć? Ciągle jakaś spinka, wymagania, komentarze krytyczne i oceny.
Miłosz wziął głęboki oddech. Wychylił się lekko przez okno i zobaczył wysoką kobietę idącą w stronę komisariatu policji.
Madonna w stroju roboczym – pomyślał. – Piękna twarz. Regularne rysy. Powinna pozować studentom Akademii. No może stopy trochę za duże, podkreślone jeszcze białymi tenisówkami. Ciekawe, czy cierpi z powodu zbyt intensywnej urody? Ludzie mówią, że to otwiera wszystkie drzwi. Możliwe, ale jak już się nimi wejdzie i osiągnie jakiś drobny sukces, atmosfera wokół szczęśliwca się zagęszcza. Bo jak to? Nie dość, że wygląda jak anioł, to jeszcze będzie podskakiwać w stronę gwiazd? Całe otoczenie dokłada wtedy starań, żeby przywrócić równowagę według swojego kryterium sprawiedliwości. Najlepiej mieć wówczas przyjaciół, którym też się powiodło, takich na przykład jak Ludwik.
Artysta usiadł wygodniej, zaciągnął się zapachem lip i pomyślał z podziwem o nowym premierze.
Muszę przyznać, że poczułem dumę, kiedy wygrał te wybory, proponując ekologiczny program trochę z kosmosu – kontynuował rozważania. – Takie hasła nawiedzonych dzieciaków: „lasy zamiast hałasu”, „samochody z drogi”, albo starych indywidualistów: „wprowadzić zakaz terroru cyfryzacyjnego do konwencji praw człowieka”. To drugie to pomysł Padre Maksa.
Starszy pan był bardzo lubiany przez kolegów syna.
Kiedyś zrobił nam wykład o tym, że upowszechnienie się Internetu doprowadzi populistów do władzy, bo królują tam przekazy na poziomie najniższego wspólnego mianownika – wspominał. – Do tego poprawność polityczna, która nieuków nazywa uczestnikami dyskursu operującymi pierwotnie ludowymi kryteriami i nikt im nie wytyka braku argumentów, bo przesądy zawsze lepiej trzymały w ryzach społeczeństwo niż ogłupiająca prawda. A nic tak hamująco nie wpływa na rozwój jak niczym nieuzasadnione dobre samopoczucie i brak argumentów w dochodzeniu do prawdy. Padre wspominał profesora na studiach, który powiedział mu: „Panie Jasnota, nie masz pan wiedzy na dobrego prawnika, ale tak gładko prawisz dyrdymały, że wróżę ci karierę dyplomaty”. „Bez tej prawdy powiedzianej w oczy pewnie byłbym dziś kiepskim adwokatem”, mawiał Maks Jasnota.
Miłosz zawsze chętnie go słuchał, ale nie czuł się na siłach wchodzić w spory. Tematy polityczne i społeczne mało go interesowały.
Ludwik odziedziczył po nim ten dar mówienia do wszystkich zrozumiałym dla nich językiem, i to tego, co chcą usłyszeć – rozmyślał dalej. – Polityk nie może rozważać i analizować, polityk musi mieć pewność. Ta pewność spowodowała, że pokonał konserwatywnych populistów i nagle kraj ruszył w galop ku przyszłości jak na koniu wyścigowym. Może by tak zadzwonić do Padre i wynająć od niego znowu to poddasze. Gdzieś muszę ukryć mojego niedźwiedzia przed tym gderającym kutafonem. Padre zadręcza się czarnymi myślami, uważa, że za łatwo poszło, boi się, że brak doświadczenia zgubi nowego premiera. Mam jakieś przeczucie, że muszę tam wrócić. Tam będzie dobre miejsce na norę dla niedźwiedzia. Niedźwiedź na wizytówki. Jak się do tego zabrać?
Miłosz zaczął rozmyślać nad zamówioną rzeźbą.
Symbol czasów beztroski, bezkarnego marnotrawienia czasu i papieru. Chłopie, skup się – zestrofował się. – Podchodzisz do tego zbyt przedszkolnie. Czy to ma być misiaczek czy bestia? Symbol kiczu w mieszkaniu aspirującego mieszczanina czy satyra na polską gościnność? Jeśli żart, to musi mieć coś różowego. Włochaty niedźwiadek z tacą na wizytówki w różowym kapeluszu na głowie. Pysk będzie miał zamknięty, nie będzie ryczał. Chociaż może fajnie by było, gdyby jeszcze ryczał jakąś wesołą melodię. Nie. Trzeba skończyć z tą manierą otwartych dziobów, nie rozdziawiać mu pyska. Będzie spokojny. Czasy buntu już za mną. Starzeję się. Potrzebuję przemiany zapału w spokój, nowej formy twórczości. Może nadać metalowej bryle subtelne cechy niedźwiedzie, a tacę na wizytówki wmontować w grzbiet. Przekaz musi być czytelny. Nie zrobię przecież niedźwiedzia z papieru, na tacy z różowego złota. No może dla następnego klienta albo na wystawę.
– Zasnąłeś w tym oknie? – Usłyszał znajomy głos.
Ubrany w granatowy garnitur maskujący pierwsze ślady tycia czterdziestolatek podszedł do okna i podał artyście szklankę.
– Podkręciłem ci ten sok cavą musującą, będzie lepiej pasował do łososia.
Miłosz wziął szklankę do ręki i obejrzał ją, wystawiając do słońca.
Cholera tak się zamyśliłem, że go nie dostrzegłem – pomyślał. – Która to szklanka?
Na wszelki wypadek odstawił ją na stół i wziął do ręki patelnię.
– Nie zdążę zjeść. Mam spotkanie z klientem. Muszę uciekać – powiedział elegant.
Ubrany był z przesadą: zbyt pedantycznie wyczyszczone buty, krawat zawiązany za ściśle i jeszcze do tego jedwabna chusteczka w butonierce, cechującą ludzi aspirujących wyżej w strukturze społecznej.
Klepnął lekko Miłosza w ramię. Potem ulotnił się, trzaskając drzwiami.
I co ja w nim widzę? – zapytał się w myślach.
Miłosz zastanawiał się, próbując ponownie wygładzić kręcone włosy, przyciskając je rękami.
Facet jest zupełnie przeciętny, zaczyna już trochę tyć i łysieć – kontynuował rozważania. – Nie ma pojęcia o sztuce, a mądrzy się z zawziętością proroka. Rzeźby zna głównie z moich wystaw. Za granicą był dwa razy. „Po co, jeśli tak dobrze czuję się u siebie?” Widział może ze cztery muzea w swoim czterdziestoletnim życiu. A jednak go wybrałem. Uwiodłem właśnie jego. Coś mnie w nim magnetyzuje. Ta niczym niezmącona pewność siebie. Nie. To musi jakoś działać na węch, zmysłowo. Feromony, czy jak to nazywają. Uczucia nie chcą być racjonalne. Niepotrzebnie rozkładam to na czynniki pierwsze. „Panie Miłoszu, zrobi pan sobie krzywdę tym analizowaniem. Trzeba z uważnością przeżywać każdą chwilę”, tak mnie uczył psychoanalityk.
Miłosz w roztargnieniu sięgnął po odstawioną szklankę soku. Upił łyk, poszedł do pracowni. Okrążył ptaka i usiadł na kanapie. Zadzwonił do Padre w sprawie wynajęcia strychu. Staruszek zaprosił go na spotkanie. Potem artysta dopił resztę napoju i spojrzał po raz kolejny na rzeźbę.
– Trzeba przyznać, że obejrzał dokładnie tego ptaka, zanim wyraził swoje opinie – powiedział do siebie.
To był trudny poranek – pomyślał i położył się na kanapie. – Dziś już nic nie robię, odpoczywam.
Ogarnęła go senność.
4
Większość ludzi, często, nie wie, co powiedzieć, aby zachować się stosownie do sytuacji, a mimo to mówi. Zwykle to, co ich zdaniem należy wyrazić, aby zostać dobrze ocenionym przez słuchaczy.
Komendant Tadeusz Mazurkiewicz po raz kolejny był obecny na wysłuchaniu kandydata chętnego do pracy w wydziale śledczym policji. Chłopak nie robił na nim dobrego wrażenia. Wprawdzie miał nienaganną prezencję, ale coś dziwnie miękkiego w ruchach; kiedy szedł, wydawało się, że płynie. I ten strój! Trochę zbyt kolorowy jak na młodego mężczyznę. Komendant lustrował z niesmakiem pomarańczowy sweter, ale umysł analityka podpowiedział mu, że może to był ostatni egzemplarz na wyprzedaży we właściwym rozmiarze i chłopak wziął, żeby nie przepłacać, nie zważając na kolor. Rozmowę zaczęła siwowłosa pani Hela z kadr.
– Czy pracował już pan w policji lub jakimś pokrewnym zawodzie, na przykład w agencji detektywistycznej? – zapytała z nadzieją starsza kobieta, poprawiając okulary spadające jej z nosa.
– Nie, ale bardzo fascynuje mnie kino akcji. Myślę, że świetnie sprawdziłbym się w tych pościgach, strzelaninach…
– Uczył się pan strzelać? – zapytał z nadzieją w głosie Mazurkiewicz.
– Nie. Ale gotów jestem na każde wyzwanie: podstępne zasadzki, ujęcia przestępców z użyciem kontrolowanej przemocy – powiedział młody entuzjasta.
– Jakie jest pana doświadczenie zawodowe? – spytała Hela, bawiąc się długopisem.
– Prowadzę szkołę tańca. Uczę w weekendy. Pozostały czas mam do dyspozycji.
Komendant Tadeusz Mazurkiewicz zamilkł w zadumie. Młodzi, wykształceni ludzie nie garną się do pracy w policji. Tylko w powieściach kryminalnych zdarzają się takie cuda, że bystry absolwent prestiżowej uczelni zostaje gliniarzem i zasuwa za niskie wynagrodzenie, bo lubi swoją pracę. Zresztą nad czym tu się rozczulać, sam też nie przepadał za swoim zajęciem, ale dzięki wrodzonemu sprytowi był w nim dobry.
– Kiedy mógłby pan zacząć? – spytała Hela.
– Zaraz – odpowiedział z entuzjazmem kandydat.
– Po przeanalizowaniu potencjału wszystkich kandydatów i podjęciu decyzji zadzwonimy do pana – powiedziała Hela, wyciągając rękę na pożegnanie.
Komendant zrobił to samo. Gdy tancerz odpłynął za drzwi, Hela spojrzała wymownie na komendanta. Na jej twarzy malowała się rezygnacja wymieszana ze zmęczeniem. Kąciki jej ust opadały, ulegając grawitacji i tworząc podkowę ciążącą ku ziemi. Wyraźne zmarszczki palacza i długi nos wyostrzały jej rysy. Tadeusz spojrzał na nią i niespokojnie machnął ręką, aby dawne wspomnienia odpędzić jak muchy. Kiedyś, to znaczy bardzo dawno, kiedy się poznawali, próbował się z nią bliżej zaprzyjaźnić. Była wtedy beztroską, sympatyczną dziewczyną, a on zdrowym – bo teraz dokuczało mu serce – ambitnym policjantem. Aby odsunąć myśli o starzeniu i przemijaniu, zapytał:
– Mamy jeszcze kogoś?
– Tak. Zakonnicę. To znaczy uciekinierkę z klasztoru.
Hela otworzyła drzwi, zapraszając kandydatkę do służby w policji. Wysoka i bardzo szczupła dziewczyna usiadła na wskazanym miejscu, nie czyniąc przy tym żadnego hałasu, nawet drobnego szelestu. Proste włosy w kolorze jasnego miodu spadały jej na ramiona. Tadeusz wspomniał z sentymentem, że miód lipowy, którym babcia leczyła przeziębienia, był tej barwy. Szczupłą twarz o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych rozświetlały duże oczy o trudnej do ustalenia barwie. W zależności od padania światła były szare lub zielone. Żadnych śladów makijażu. Twarz była naga i piękna, choć może trochę zbyt statyczna jak na młodą kobietę. Jakby nigdy w życiu nie zrobiła żadnej miny.
– Jakie jest pani wykształcenie? – zapytała Hela, przerywając zbyt długie milczenie.
– Wyższe magisterskie. Skończyłam socjologię na uniwersytecie – odpowiedziała spokojnym głosem kandydatka.
– A doświadczenie zawodowe? – spytał komendant, wiedząc, że tym razem nie może liczyć na zadowalającą odpowiedź.
– Po studiach rok spędziłam w zakonie karmelitanek kontemplacyjnych. Nie można nazwać tego pracą. Poświęcałam się modlitwie i medytacji – odpowiedziała szczerze piękność.
– Jak wydostała się pani z tego miejsca? Słyszałam, że z zakonów klauzurowych nie ma możliwości powrotu. – Hela dała się ponieść ciekawości i chyba pierwszy raz w życiu zadała zbędne pytanie na rozmowie kwalifikacyjnej.
– Pewien zaprzyjaźniony ksiądz pomógł mi zorganizować ucieczkę. Może jeszcze nie mam doświadczenia zawodowego, ale do pracy i cierpliwości jestem przyzwyczajona – odpowiedziała dziewczyna, chcąc zmienić temat, ponieważ życie klasztorne objęte było tajemnicą.
– Dlaczego w policji?
Komendant i Hela zadali pytanie niemal jednocześnie.
– To powoduje wyjście ze strefy komfortu, a jednocześnie jest rodzajem służby dla dobra drugiego człowieka, co zaspokaja poczucie sensu w życiu – odpowiedziała wzniośle dziewczyna, zgodnie zresztą z własnymi przemyśleniami.
– Po przeanalizowaniu potencjału wszystkich kandydatów i podjęciu decyzji zadzwonimy do pani – powiedziała Hela, wyciągając rękę na pożegnanie.
Dziewczyna tak ją zaskoczyła odpowiedzią pełną misji, że Hela nie wiedziała, jak się zachować, i mechanicznie zakończyła rozmowę.
Matylda Złocka szła na przystanek autobusowy, boksując się z natrętnymi myślami. A jeśli to będzie błąd. Kolejna pomyłka. Pasmo złych decyzji, do których coś ją podkusiło. Tylko jak to coś znaleźć, złapać i wyrzucić z głowy. Zaczęło się ściemniać. Wiał lekki wiatr.
Zaraz będzie burza – pomyślała, kiedy pierwsze krople deszczu spadły na jej szary sweter.
Usiadła na ławce, chowając się pod dachem przystanku. I nagle coś jej zaczęło szeptać, żeby wstać i pospacerować. Na tym lejącym deszczu! Jakaś niczym nieuzasadniona mobilizacja zawładnęła jej umysłem.
Siedź! Nie zwracaj na to uwagi – rozkazała sobie.
Ale co takiego by się stało, gdyby jednak pospacerować? Najwyżej zmoknie.
Siedź – powtórzyła sobie.
Wtedy podjechał autobus, jakby przybył na ratunek. Matylda, wsiadając, wskoczyła w kałużę, którą chciała zgrabnie ominąć. To ją trochę rozbawiło, padła ofiarą dowcipu sytuacyjnego, a takie wydarzenia, zupełnie bez logicznego uzasadnienia, bawiły ją zawsze.
Drepcząc w przemoczonych tenisówkach, znalazła miejsce siedzące.
„Jeśli będziesz się katować natrętnymi myślami, to przyciągną sobie koleżanki, a potem zaczną się rozmnażać w tym przyjaznym środowisku i już z tobą zostaną” – przeczytała to kiedyś w magazynie psychologicznym.
Spojrzała za okno i zaczęła bezmyślnie gapić się w deszcz. Uwielbiała takie sytuacje, kiedy rzeczywistość narzucała jej spokój, z którego nie można zrezygnować. Specjalnie nie nosiła książek i gazet w torebce, żeby nie mieć zajęcia w autobusie.
Tak chyba wyglądał odpoczynek, kiedy ludzie wiedzieli, co to znaczy – pomyślała.
Przed oczami mignął jej plakat tańczącej pary. Skąd znała tego tancerza?
Popłyń w tanguSzkoła tańcaDominik Siwczuk
Ale skąd, przecież nigdy nie tańczyła. Jeszcze czego! To taka idiotyczna rozrywka, dać się podporządkować z góry narzuconemu rytmowi. Chłopak w pomarańczowym swetrze! Tak, to mógł być on. Siedział obok niej, czekając na rozmowę w sprawie pracy w policji. No to mogła przestać się martwić brakiem doświadczenia. Spokojnie.
