Zielony kuferek. T. 3 - Zygmunt Bukowski - ebook

Zielony kuferek. T. 3 ebook

Zygmunt Bukowski

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Kolbudach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 382

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Zygmunt Bukowski

Zielony kuferek

tom 3

Autobiografia: 1978 - 2007

Pruszcz Gdański 2008

 

Opracowanie i posłowie

Donat Niewiadomski

Opracowanie fragmentów w języku kaszubskimWanda Kiedrowska

Na okładce płaskorzeźba Zygmunta Bukowskiego pt. Mleczarz

Fotografie wykonaliHenryk Kleinzeller i Zygmunt .Bukowski

Sponsorzy

Szkoła Podstawowa im. Zygmunta Bukowskiego w Czerniewieks. Gerard BorysJarosław Pająkowski

© Copyright by Zygmunt Bukowski

©AGNI 2008

Wydawca:

Firma Fotograficzno-Poligraficzna AGNIul. Wita Stwosza 5, 83-000 Pruszcz Gdańskitel: 058/682-34-65, www.agni.com.pl

ISBN 9788360176214

Druk, skład, łamanie:

Firma Fotograficzno-Poligraficzna AGNI iAMACPruszcz Gdański - 2008

 

- 2008-

 

W dniu 18 października 1978 roku Ryszard Borzęcki, mieszkający w ten czas w dworku Klowiter, przybiegł do nas z samego rana, z zapartym tchem oznajmiając niebywałą i wielce radosną wiadomość, iż Polak Karol Wojtyła został Papieżem. Chociaż usłyszeliśmy to już w porannych wiadomościach, to jeszcze raz wspólnie ucieszyliśmy się tą duchową nowiną.

Jak pamiętam, w drugą niedzielę adwentu zbudziłem się wcześnie, ledwie poranek począł bladym różem wstającej zorzy nakrywać przeczystą biel zaśnieżonych pól. Kładąc coraz wyraźniejszy cień naszej jodły w pożogę pałających diamentów, przybierał na sile we wstającym słońcu. Niebawem jego naga połowa, wydęta z brzemiennego pagóra, ubrawszy się w ognistą koronę, mocą pełnego blasku uderzyła w szczytowe okno naszego domu, zalewając sypialnię spotęgowanym światłem, odbitym od śniegu. Róża - już w półsennym czuwaniu - trafiona jego mocą, z wielką ostrożnością uniosła powieki, by je natychmiast zmrużyć i przez szparki przysłonięte rzęsami, jak przez grzebień hebanowy, badała siłę złotego ognia, jaką mogły tylko przyjąć jej szmaragdowe tęczówki i przepastne źrenice. Uczyniwszy ten zwiad, wnet wstąpiła w rzeczywistość danego nam dnia i rzekła: - Zygmunt, czy ty wiesz, jak mi wezbrany pokarm w piersi dokucza? Jakby tysiące szpileczek ją kłuło, a Sebcio nie chce jej tknąć, gdyż spróbował już pokarmu z butelki.

Żartując odparłem, że sam się stanę oseskiem i opróżnię jej piersi. Żona śmiejąc się przyłożyła odciągacz i wessała sutek głęboko w szklaną trąbkę, a natychmiast strużki cieniuteńkie, niczym jedwabne nici poskręcane w świderki, z wielkim impetem poczęły uderzać o ściankę, tworząc na niej maleńkie mleczne obłoczki i napełniając spiesznie wybrzuszenie naczynia. Cisza w chwilę podniesienia słońca była tak wielka, iż słyszałem siłę uderzeń mlecznego wodotrysku o szklany kielich. Wtem stojący w dużym pokoju zegar z miodną tarczą i wciąż bijącym sercem, zaczął napełniać mieszkanie kaskadą srebrzystych dźwięków. Gdy pogłos niosący się po pokojach znów utulał się w kolebie wahadła, Różanousta uwolniła pierś z tego welgnięcia w pochłaniacz i rozległ się dźwięk z siłą rozdartego pocałunku. Czyż nie wtedy pojawiła się myśl - jaką siłę woli miał św. Józef, kiedy mu-siał się wyzbywać tego cudownego podarku, jaki daje sakrament małżeństwa.

Mały Sebastian słysząc te dźwięki otworzył usteczka i zaczął nimi wodzić po skraju okrycia, szukając podświadomie matczynej piersi. Zbudziwszy się, stanął w narożniku łóżeczka i wyciągając rączęta zawołał:

- Mama, opa - weź mnie.

W taki to sposób nasze najmłodsze dzieciątko znalazło się między nami, a całowane przez Różę śmiało się rozkosznie, budząc starszych synów śpiących w dziecinnym pokoju. W domu już panował nastrój świąt Bożego Narodzenia, gdyż piernik wcześnie upieczony, by skruszał, tęgą woń roznosił po całym mieszkaniu. A zapach kiełbas i świeżo uwędzonej szynki zawłaszczał piwnice, gdzie nad piekarnikiem znajdowała się wędzarnia. W takim nastroju, w tle wielkich kryształów śniegu, jakie skrzyły się za oknem, rozmowa toczyła się wokół wymarzonych prezentów.

W krzątaninie codziennych obowiązków, wzmożonych przed świętami, wnet nastał ostatni tydzień adwentowej ciszy. Dni pochmurne były tak krótkie i szare, jakoby mroczności opanowały przestwór. W tej adwentowej mglistości, ścielącej się nad śniegami, Róża zajęła się wypiekiem ciast. Rozczyn żółty i pachnący jak miód lipcowy rósł w dzieży spiesznie i wybrzuszał nakrycie niczym sukienkę na brzuchu brzemiennej niewiasty. Sklepienie piekarnika, lizane płomieniem palących się polan, nabierało ognistego rumieńca, ogłaszając gotowość przyjęcia ciasta, ozdobionego kruszonką i makowców pozwijanych w pęczniejące cygara. Niebawem ten uczynek rąk mojej Gołąbki znalazł się pod sklepieniem żarem dyszącej świątyni.

W pewien adwentowy wieczór, kładący na czarne szyby drobiny śniegu, przyszli przebierańcy z życzeniami i kolędą, z wielką gwiazdą kręcącą się nad stajenką, w której u żłóbka płonęła różowa świeczka, a w półmroku Jezusek wyciągał rączęta i pastuszkowie klęczeli na mchu. Po zaśpiewaniu kilku już mało znanych kolęd i złożeniu życzeń odeszli, a ja przeczuwałem, że to ostatni, którzy nawiedzili nasze domostwo. Istotnie, tak się stało, gdyż w naszej okolicy zamieszkało dużo ludzi ze wszystkich stron Polski, także zza Buga. W wielu przypadkach w ogóle nie wpuszczali kolędników do chałup bądź szczuli ich psami.

Podarki świąteczne w roku 1978 były wyjątkowo bogate, przyjmowane z nieskrywaną radością i zadawalające wszystkich. Róża za sprzedane przeze mnie do Niemiec rzeźby otrzymała płaszcz skórzany, kołnierz ze srebrnego lisa, czapkę futrzaną i złoty pierścionek z różowym oczkiem. Adam ze Zbyszkiem spodnie sztruksowe z Peweksu. Tomaszek kolejkę elektryczną, a Sebastian klawiszowe organki.

Wigilie w naszym domu, jak już wspominałem, miały zawsze uroczysty nastrój. Ta była jednak szczególnie wyjątkowa, gdyż obok choinki stała moja pierwsza szopka, uhonorowana III nagrodą w konkursie Ludowe i artystyczne rękodzieło wsi i małych miast. Była to obórka, zespolona ze stodołą, nad którą górowały trzy wysmukłe świerki. Koronę środkowego przenikała gwiazda z welonem, swym najdłuższym promidłem wskazująca Dzieciątko w żłóbku, opromienione rubinową gwiazdką, zbiegłą z elektrycznego oświetlenia choinki, szczodrze okrytej anielskim włosem. Przed laty taką widziałem, zawisłą nad borem przy dworku Kocota.

W przypływie wzruszenia wskazując szopkę powiedziałem synom:

- Gdy nas zabraknie, zawsze w Wigilię stawiajcie ją u tego Bożego drzewka, by przypominała wam Tę, być może najświętszą w waszym dzieciństwie.

Przy uroczystej wieczerzy przeczytałem również wiersz Wigilijne powroty. O tym, jak w majestacie ciszy zapala się pierwsza gwiazdka na stygnącym błękicie. Rzeczywiście, takowa zaskrzyła się na rąbku zamarzającej szyby. Róża powiedziała wówczas:

- To chyba na twoje życzenie tu przywarła? - i z Sebastiankiem podeszła do okna.

Dziecko zauroczone rozbłyskiem gwiazdeczki próbowało paluszkiem wydłubać ją z tego giezłeczka, które w podmuchu północnego zaborczo zawłaszczyło szyby, chociaż grzało centralne i dodatkowo piec kaflowy. Ta niedorzeczność małego braciszka wywołała spontaniczny śmiech pozostałych synów. W ten szczególny wieczór zapatrzeni w żłóbek i płonącą jodełkę śpiewaliśmy najstarsze kolędy, by synowie w pamięci przenieśli je w następne pokolenia. Od Świąt Bożego Narodzenia do Trzech Króli, jak to było w zwyczaju jeszcze naszych dziadków, śledziliśmy uważnie dni, co miały się pokrywać z pogodą poszczególnych miesięcy w danym roku. Wierząc w ich korzystne wróżby wstąpiliśmy w Nowy Rok 1979.

1979

W owych dniach lekko zmrożony śnieg na polach i obfita szadź na drzewach aż kusiły, by wybrać się w tę zaczarowaną krainę. Zaraz po śniadaniu mknąłem więc na nartach w przestwór ustronia, a wkoło było bajecznie, jakby majem w styczniu kwitły sady. Wątlejsze brzózki pod tym nalotem gięły się w pa-łąki i przypominały niewiasty z pian włosy płuczące. Ich czarne łatki na białej korze rzeczywiście zdradzały nagości dziewcząt w kąpieli. Gasnące słońce kładące się w purpurę barwiło te lodowate szpileczki, zmieniając je w pałające ogniem rubiny, a mnie zdawało się, że to puchary w ognistej euforii duszkiem piją boski napój, z wolna tracący klarowność w blednącym szkarłacie.

W takim dobrym zimowym nastroju po świętach znów zaszyłem się w mej izdebce na poddaszu. Dłuta jakby też wypoczęte posłusznie wchodziły w drewno, nadając mu kształt wedle mojej woli. Rzeźbiłem w wielkim zapale, by nadrobić twórcze opóźnienie. Czasem nie wiedziałem, kiedy dzień przemknął i zapadł długi zimowy wieczór, tylko małe okienko gacone śnieżynkami przypominało, że to już głęboka północ. W połowie stycznia do naszego ustronia, zawianego szalejącą zadymką, przyszła wiadomość z Warszawy, bym wziął udział w ogólnopolskim konkursie Malowany dzban, organizowanym dla twórców ludowych. A gdy Różyczka z anielskim spokojem przeczytała warunki tego przedsięwzięcia, od razu przyszła mi do głowy myśl, by wyrzeźbić pochód przebierańców.

Jeszcze tej nocy, po przebudzeniu, patrząc na księżyc w pierwszej kwadrze, który ostrym rogiem taranował obłoki, a w swej złotej kolebce kołysał gwiazdę, obmyśliłem postacie do tej płaskorzeźby, ustawiając je kolejno w alegorię ludzkiego przemijania. Po zrobieniu szkicu na lipowym balu już miałem przeczucie, że moja kompozycja będzie dostrzeżona w tym wielkim konkursie. Zaraz po obrządku porannym wchodziłem do mej pracowni na poddaszu, przykrytej grubą śnieżną pierzyną i w skupieniu wyłuszczałem postacie korowodu, idącego na tle sakralnej perełki, jaką jest XVI-wieczny kościółek w Szczodrowie.

W naglącym terminie, jak wiecie, czas mknie ze zdwojoną prędkością i niebawem wkroczył luty.

W Gromniczną zawieje gnały przez pola, wznosząc wirujące kolumny, płaszczące się w silniejszych podmuchach i nacierające jak rozwścieczona hurma, mknąca na oślep do ataku. Zapach pieczonego ciasta, które Dwuimienna piekła na Zbyszka urodziny, przenikał strop i zapełniał naszą izdebkę, na wysokości metra zgarbioną załamaniem się ścian zbiegających do szczytu kalenicy. Być może pokonywał okienko, gdzie na parapecie kładłem okruszki chleba dla zgłodniałych wróbelków, a skórki krojone w kostki dla tych pięknych krasnopiórych ptaków, jakimi są sójki. One w trwodze o przetrwanie zajadliwie walczyły o każdy kęsek, a ja domyślałem się, że znają mnie z leśnych spacerów, gdyż ich płochliwość zupełnie zanikła i przechylając główki z czarnymi wąsami u nasady dzioba patrzyły przez szybę, jak szykuję następną porcję.

W dniach mknącej przez śniegi Panienki Gromnicznej, w trakcie okrutnej zadmy, przyszedł do mnie list od najlepszego przyjaciela z zawodówki - Stefka Bacławskiego, wspominającego lata szkolne.

Drogi Zygmuncie! Nie masz pojęcia, jak ja się ucieszyłem z Twojego listu, był dla mnie dużym zaskoczeniem, chociaż bardzo często wspominałem Ciebie oraz dni spędzone z Tobą w szkole. Spoglądałem nieraz na twoją fotografię i wówczas mi się wszystko przypominało, gdyż naprawdę te 2 lata w szkole spędziliśmy jak najlepsi przyjaciele. Pamiętam, że przed sobą nie mieliśmy żadnych tajemnic, zwierzaliśmy się przed sobą nawet z drobiazgów.

W twórczej gonitwie wnet za oknem ujrzałem pola w czarnobieli tających śniegów. Wiadomo, że to przedwiośnie. Toteż cieplejsze obłoki płynęły po błękicie, a spoza kresu wyłaniały się ciemnogranatowe, zwiastujące burzę, by wzruszyć zleżałą ziemię. U zarania wiosny, kiedy bociany wracały, przyszła do nas straszna wiadomość, że 23 marca tego roku zmarła siostra Janina na wylew krwi do mózgu. Nieco później - 20 kwietnia, za namową Stefanii Liszkowskiej-Skurowej wstąpiłem do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Pani Skurowa twierdziła, iż jako twórca ludowy powinienem należeć do partii chłopskiej. Będzie jej wtedy łatwiej zorganizować dla mnie wystawę indywidualną twórczości. I rzeczywiście, takowa wnet się odbyła w WK ZSL w Gdańsku - Wrzeszczu przy ul. Małachowskiego. Z tego wydarzenia przytaczam wpis, zamieszczony w mojej księdze pamiątkowej.

Z dużym zadowoleniem uczestniczyłem w dzisiejszym spotkaniu z poezją i rzeźbą ludową Kol. Zygmunta Bukowskiego. Zarówno poezja, jak i rzeźba Kolegi oddają piękno i bogactwo kultury ludowej Waszego regionu. Korzystając z okazji życzę Koledze dalszych osiągnięć w pracy zawodowej, a przede wszystkim w twórczości artystycznej i w życiu osobistym. Edward Smolarek - NK ZSL, Wydział Oświaty, Kultury i Spraw Społecznych.

Zaraz po świętach wielkanocnych misterny uczynek mego dłuta, solidnie zapakowany, wysłałem do Stolicy. W te dni, oczekując na wiadomość z Warszawy, czułem się jak gospodarz, który z wielką troską uprawiwszy rolę, a wsiawszy w nią ziarna pewne, z nadzieją czeka na dobry plon. Tak i ja w niecierpliwości poganiałem dni leniwie pełzające, by ów dzień nastąpił. Utęskniony wtoczył się o poranku przez pogodne wrota w połowie maja. Wiadomość wielce radosną zwiastował listonosz Stefan Jaszewski, przynosząc jednocześnie należności za mleko z mleczarni Maćkowy. Róża w śliczności rumieńca zroszonego kwiatu, eksponując wzniośle każdy wyraz, oddzielając go jak zazwyczaj większą pauzą, czytała: Dnia 29 maja 1979 roku o godzinie 11 w filii Starej Kordegardy w Królewskich Łazienkach nastąpi uroczyste podsumowanie Ogólnopolskiego Konkursu pt. „Malowany Dzban”. Gratulujemy panu zdobycia II nagrody.

Wiadomość ta wzruszyła nas do łez, toteż padliśmy sobie w ramiona i tańczyliśmy ze szczęścia w naszej kuchence, aż do zawrotów w głowie. Gdy jabłonie poczęły ronić płatki, a bzy trwały w dobiegu na szczyt rozkwitu, wybraliśmy się do najbliższego miasteczka, by na tę wyjątkową uroczystość, odbywającą się w sercu Polski, kupić nowy garnitur. Wybrałem popielaty, z dodanym czarnym paskiem do spodni, ozdobionym srebrną sprzążką. Ten podobał mi się najbardziej, a moje zdanie podzielała Róża.

Jak wiecie, nie ma sposobu powstrzymania takich dni w dziewiczym pięknie. Nastąpił ów oczekiwany, wyłaniający się spoza kręgu czasu. Ekspresem „Kaszuby” pomknąłem do Stolicy. Tam nietrudno mi było trafić do Łazienek Królewskich, gdzie już od dworca głównego szli przybysze w jakże pysznych i różnorodnych strojach ludowych. Drodzy czytelnicy, wyobraźcie sobie mnie w tej ciżbie, w porządnym garniturze, wśród bajecznie kolorowego tłumu, który uściślał się i wsiąkał do wewnątrz. Pomimo że galeria była obszerna i podzielona na różne działy twórczości ludowej, to po lewej stronie natychmiast dostrzegłem rzeźby znakomicie wyeksponowane i oświetlone, przedstawiające ludzi przy pracy. Nieomal u samego początku ekspozycji zobaczyłem swoją kuźnię, gdzie kowal przy udziale dwóch pomocników naciągał rozgrzaną obręcz na drewniane koło, a nieco dalej ujrzałem mój przyzagrodowy piekarnik, gdzie matka klęcząc na łopacie wyjmowała z pieca krągłe bochny chleba, oplecione złotą siateczką pęknięć. Czynności tej przyglądały się jej maleńkie dzieci.

Następnie spostrzegłem kilka scenek rodzajowych Jarosława Furgały, zdobywcy I nagrody. Była też moja kolorowa płaskorzeźba Kopanie torfu. Położona na niej polichromia w świetle reflektorów jeszcze dobitniej podkreślała koloryt i tajemniczy czar czerwcowych bagien. Obok także moja płaskorzeźba, przedstawiająca wiejską chatę tonącą w bzach i jaśminach. Z jej drzwi wejściowych, lekko uchylonych, wyzierał kot. Przy schodach bruczek zroszony porankiem mienił się kolorami tęczy, a nad strzechą górowały sosny poetycko poskręcane przez północne wiatry porywiste.

Za ażurowym przepierzeniem znajdowała się ekspozycja o tematyce obrzędowej, z której to wielkością i precyzją wykonania wyróżniała się wspomniana płaskorzeźba, ukazująca pochód przebierańców, a tuż obok widniał dyngus na Kociewiu, przy którym zostałem „obowiązkowo utrwalony” filmową kamerą.

Proszę wybaczyć, ale daruję sobie dokładniejszy opis tych kompozycji, ponieważ zostały zamieszczone w moim albumie Malowane dłutem (Tczew 1998). Istniejącą do dziś pamiątką z tej niezapomnianej, bardzo przeżytej uroczystości, jest dyplom i wielki dzban ceramiczny niezrównanego mistrza Necla.

Po wspaniałym przemówieniu Aleksandra Jackowskiego, który przewodniczył jury, wróciłem w moje ustronie, naładowany nową twórczą pasją. Falujące łany zdawały się tkać chlebodajne pledy, przetkane chabrem, różowym kwiatem kąkolu i szkarłatem maków. Wystarczało wtedy w barwność zbóż zanurzyć ręce, a piękno można było do woli garnąć w me chłopskie strofy. Umiałem już baczniej dostrzegać zazdrośnie skryte piękno, co szczególnie tajemnie się objawiało, jakoby tylko dla mnie przy wschodzącym słońcu. Perełki rosy nawleczone na pajęczynę zdawały się koralikiem mej polnej bogini, źródełko u kwiecistej wrotni jaru - pulsem jej serca w radości. Jałowce rosnące na pagórku - stągwiami pełnymi uroczystej ciszy Majki Polnej.

Błogi czerwiec niebawem nasz niebiański zakątek napełnił wonnością polnych róż i narkotycznym zapachem dzikich bzów, które swe misterne, białe koronki upinały w bujną zieleń dojrzałej wiosny. Łubiny na miedzach spiesznie wypiętrzały swe granatowe wieżyce w odcieniach słodkiego fioletu, by na Boże Ciało mnogim okwieciem wyścielić dywan, wiodący do Bożych domków i stworzyć na ziemi namiastkę nieba. Po tym dywanie zdążał korowód aniołków, prószących kwiaty w udusznej wonności kadzideł, prowadzących kapłana z monstrancją wypromienną do kolejnego ołtarza.

O moje święte dni, gdzie zbiegłyście, do jakiej ustroni? Wróćcie się z tej wsteczności, znów chcę modlić się żarliwie jak słońce wstające, jak kropelka rosy, co do reszty się spala, nim minie poranek. Panienko Przeczysta o hebanowych rzęsach i oczętach jak przeczyste krynice, w które wtedy patrzyłem z taką ufnością, osłonięty twym chitonem nieustającej pomocy mogłem pokonać tak wiele piętrzących się przeciwności. Byłem też rozbudzony wówczas doznaniami, płynącymi z czarującej przyrody i ze zbioru W malinowym chruśniaku Bolesława Leśmiana, ofiarowanego mi przez zaprzyjaźnionego, piszącego również wiersze Ryszarda Borzęckiego - tego, który pierwszy doniósł nam w 1980 roku, że Czesław Miłosz otrzymał Nagrodę Nobla. Ryszard chociaż znacząco młodszy niż ja, posiadał wielką wrażliwość na piękno. Szczególnie cenił moje wiersze miłosne, ich świeżość w ujmowaniu treści i skondensowaną formę. On, jak i ja, pisaliśmy w tym okresie utwory o tematyce erotycznej. Ja podpatrywałem swoje Złotowłose bóstwo w przeróżnych uczynkach, pozach i zamyśleniach, a on swoją Grażynkę.

W takim wielbieniu czerwcowego ustronia i mojej Różanolicej nastąpiło wczesne lato. Był to czas obredlania kartofli na dobre, my wtedy nie mieliśmy już własnego konia. Pożyczałem z Błotni od Szymichowskich, a w zamian świadczyłem im usługi traktorem. Pewnego razu, gdy odprowadzałem Gniadego, Tomaszek siedmioletni szedł ze mną, a kiedy byliśmy ze trzysta metrów od domu, zaczął wyprzedzać nas autobus. Koń spłoszył się i stanął dęba, a synek przestraszony biegł wprost pod autobus. Widziałem już śmierć dziecka w swoich oczach, ale Bóg dał, że nie zdążył znaleźć się przed pojazdem. Uderzył główką w jego boczną ścianę i odbiwszy się od niej upadł nieprzytomny. Podbiegłem, wziąłem Tomeczka na ręce, począł odzyskiwać przytomność, a otworzywszy oczka błędnie nimi patrzał. Zrozpaczony pobiegłem z nim na rękach do domu. Gdy przechodziłem przez bramę, zapytał: - Tato, co się stało?

Nie chcąc dramatyzować z trudem dusiłem łzy i ocierałem mu z twarzy okruchy farby z autobusu. Gdy kładłem syna na tapczanie, przybiegła żona i widząc dużego siniaka wyzierającego spod jego jasnych włosów, przerażonymi oczami zapytała, co się stało? Ja początkowo skrywałem to straszne zdarzenie, ale gdy dziecko zaczęło z nami przytomnie rozmawiać, wszystko wyjawiłem. Uklękliśmy oboje obok tapczanu, a z serc płynęła dziękczynna modlitwa do Pana w Niebiosach. Tomaszek zmrużył oczęta i począł zasypiać.

W tej porze zapach schnącego siana rozwłóczył się nad łąkami, a my składaliśmy je w obłe kopy, by chronić przed deszczem. Jakże było nie ulec pokusie tej czarującej przygody, kiedy wonne, amarantowe macierzanki słały nam miękkie posłania pod strażą dzikich koprów, rumianków wonnych i dzwoneczków polnych. Po takim zadawalającym odprężeniu jakże było dobrze zasnąć pod kopą siana i po przebudzeniu znów je składać w kopy, sterczące na łące niczym zielone hełmy.

Zbliżał się lipiec, czas dojrzewania zbóż i szczególnie ciepłych dni. Prócz obowiązków, jakie tyczyły obrządków zwierzyny, byliśmy jakoby chwilowo na letnich wczasach. Pozwalaliśmy sobie na długie spacery w głąb ustronia, bacząc na zboża, jak chylą się pod ciężarem kłosów i klękają na swe brązowe kolanka. Bacząc również, jak kartofle tracą śnieżne kwiaty, a grochy zwijają swe białe pieluszki, gdy strąk chudziutki z nich wyziera. Otuleni doznaniem szczęśliwości szliśmy miedzą zbierając zioła, a na bukiet białozłoty wiatr zarzucał włosy Dwuimiennej, to przygarniał do mej twarzy, a ja chętny tej pieszczocie tym bardziej tuliłem ją do siebie. Bywało i tak, że jeszcze kilka pocałunków i wznosił się nad żyta smukły gotyk naszych rąk, zasłaniając śledzące nas tu jedynie słońce. Tak świadomie wypoczywaliśmy wśród pól i cienistych leśnych dróg, by nabrać sił do żniwnego mozołu.

W dni wolne od naglących prac polowych wyruszyliśmy na wcześniej zaplanowaną wycieczkę. W pierwszej kolejności zwiedziliśmy Duchową Stolicę Polski, czyli Jasną Górę, długo modląc się przed Cudownym obliczem Maryi, przesieczonym trzykrotnie mieczem przez mściwego innowiercę. Ja prosiłem tę Różę Duchowną modlitwą św. Bernarda, a potem własnymi słowami, by uwolniła mnie od dokuczliwej dolegliwości, jaką była niegojąca się od dwóch lat rana na nosie. Pomimo wszelkich medykamentów dostępnych w aptece i specyfików ludowych, zasklepiała się jeno i promieniowała bólem do prawego oka.

Następnie w długiej kolejce czekaliśmy do skarbca, aby przez biegnące wieki poznać historię sławnego Sanktuarium Jasnogórskiej Pani; zobaczyć wota, złożone przez bogobojnych Królów i wybitnych mężów naszej ojczyzny. Po czym zwiedzaliśmy Pieskową Skałę, grotę Łokietka i niezwykłe dziwy natury. Tam też u sołtysa pod pachnącym włoskim orzechem rozbiliśmy namiot, by rankiem ruszyć do Krakowa. Tomeczek zaprzyjaźnił się z synem sołtysa i przy pożegnaniu otrzymał od niego trzy orzechy w zielonej skórce, a sam dał mu maczugę Herkulesa, o którą tamten ustawicznie prosił. Śmiejąc się powiedział: - Teraz masz solidną pałę do obrony, gdy cię napadną z sąsiedniego podwórka.

Była to jednak miniaturka, a nie prawdziwa maczuga.

Dawna stolica przywitała nas piękną pogodą i rynkiem pełnym gołębi. Po posiłku w barze poszliśmy zwiedzać kościół Mariacki. Ołtarz Wita Stwosza wprost nas zaszokował biegłością dłuta genialnego mistrza z Norymbergi; zdumiewała także omdlewająca Maryja, przede wszystkim jej bezwładnie zwisające dłonie niczym gałązki wierzby plączącej. Witraże Mehoffera i Wyspiańskiego również tchnęły głęboką wymową i nowatorskim artyzmem. W wawelskiej katedrze największe wrażenie wywarł na nas sarkofag królowej Jadwigi. Spała Święta w białym marmurze niczym nasza Ania snem wiecznym. Zapadnięte lekko oczęta jakże przypominały nam twarzyczkę naszej Jedynej, zgaszonej w zaraniu poranka. Musiałem dać upust łzom, choć tylu przyglądało się tej nieszczęsnej, bo czułem, że serce mi pęknie.

Potem weszliśmy do podziemia, by złożyć hołd królom śpiącym w kryptach z insygniami władzy. Na płycie Józefa Piłsudskiego leżało już wiele czerwonych goździków, również i nasza wiązanka tam spoczęła. Po dotknięciu serca dzwonu olbrzyma i zrobieniu pamiątkowej fotografii na tle Złotej Kaplicy Zygmuntowskiej poszliśmy zwiedzać zamek. Pod stropem kasetonowym Sali Poselskiej, gdzie głowy sławnych władców patrzyły na nas z góry, miałem przeświadczenie, że należycie w swojej ustroni spełniam obowiązek wobec mej kociewskiej krainy, przytulonej w Tczewie do Wisły; iż dnia każdego duchem wznoszę się wysoko, by mową kwiecistą jak łąka obsiewać zagony i hartem nieustępliwej woli klejnot wykuwać ze skały, aby Mojej Boleśnie Rozdartej przydawać blasku. Arrasy - perły niderlandzkich mistrzów, jakąż były pogładą na moje serce, trzepoczące się w piersi z tylu niesamowitych doznań. W komnatach królewskich bujną wyobraźnią widziałem również toczące się życie wawelskiego dworu.

Po drodze do Zakopanego wstąpiliśmy do Wieliczki, by w tej najcudowniejszej solnicy świata nabrać w bajecznej scenerii rześkiego powietrza w płuca na dalszą drogę. Zmęczenie jednak dało o sobie znać i wnet w Bochni pod gruszą u kowala stanęły namioty. Noc przemknęła jakby chwila w mglistej pomroce i znów słońce bochnem rumianym wyjrzało spoza horyzontu.

Zakopane zdało się nam niewielką wioską, w powietrzu czuliśmy chłód ledwo co zeszłych śniegów. Po krótkim postoju i niezbędnym posiłku wyruszyliśmy w stronę Giewontu, a szczyty mocarne złudą mamiły, iż, one tuż, tuż... Potęga jednak tego masywu była wciąż przed nami. Wciąż wspinaliśmy się ku tej świątyni skalistej, wyniosłej niemalże pod kopułę nieba. Mnich zakapturzony dumał nad przeczystą krynicą Morskiego Oka, zasłuchany w śpiew srebrzystych strumieni, ściekających z wypiętrzonego ogromu, nakrytego władczą koroną lśniących diamentów skrzącego śniegu. Każdy z nas patrząc na tę mocarną potęgę granitowych kolosów widział ją odmiennie i wiązał z nią swoje wyobrażenia. Mnie jawiła się jako matecznik - gniazdo rodowe naszych orłów białopiórych, bo tylko im tam - lotnym, niebosiężnym, w tej niedostępnej krainie można było trwać. Być godłem naszej Biało-Czerwonej, tyle razy zrywającej zwycięsko pęta niewoli.

Wracając zwiedziliśmy jeszcze Łańcut, Sarnaki i z Podlasia ruszyliśmy na rodzinne Pomorze, gdzie w początkach sierpnia rozpoczęliśmy żniwa. Polegały one na tym, że wykosiliśmy tylko obrzeża, a z resztą rozprawiła się snopowiązałka. Ogromny łan żyta na długości kilometra przylegał bezpośrednio do sosnowego zagajnika. Tam też słońce w jego zaciszu paliło niemiłosiernie, choć był to poranek, żar potęgował się nie do zniesienia. Róża związawszy kilka snopków musiała uchodzić w gęstwinę drzew, bo łapały ją dreszcze. Gdy po podwieczorku spiesznie rósł cień lasu, było już dogodniej pokonywać tę drogę krzyżową. Mogłem siec bez koszuli i nie bać się, że słońce dokuczliwie opali mi ramiona i plecy. Róża także traciła nadmierne rumieńce i częściej zdejmowała bluzkę, by nagie piersi mógł owiać przyjemny chłód nastającego wieczoru. Kiedy dobrnęliśmy do kresu tej dłużyzny, przyrzekłem w drugim imieniu Marii, że zaraz po rannej mszy wyruszymy do Jeziora Przywidzkiego.

Róża w wieczornej kąpieli zmyła dzienną spiekotę i w kościółku zdawała mi się nadzwyczajnie świeża i piękna, jak w ten poranek, gdy szła ze śniadaniem do mnie, gdy kosiłem trawę na stromym zboczu. Włosy jej w kropelkach rosy lśniły w słońcu otęczą istoty niebiańskiej, a ja błyskiem kos całowałem ją po twarzy. Teraz dłonie w modlitwie złożone nurzały się w światłocieniu jak u Szkaplerznej Panienki. Z tą tylko różnicą, że były odarte z naskórka przez ściernisko.

Kiedy następnego dnia słońce wystąpiło z poranka i pięło się ku wyżynie, zostawiliśmy najmłodszych synów pod pewną opieką sióstr Róży i wyruszyliśmy na rowerach w tę niezapomnianą podróż do krańca legendarnego jeziora, gdzie na wyspie znajdował się ongiś pałac nadwiosennie pięknej Privisy, a na półwyspie tuż obok obwarowany wysokim nasypem ziemnym i częstokołem gród Privisa. Pojazdy umyślnie wybrane na tę wyprawę znamienicie sprawdzały się na wąskich, krętych i spadzistych ścieżkach. Korzenie często przez nie przebiegające wprowadzały nasze ciała w przyjemną wibrację. Cienie pstrokate od przeniknięć słońca raz po raz bezczelnie i lubieżnie łapały za kolana, na ten czas moją Privisę, a gdy pęd unosił zwiewną letnią sukienkę, wzierały pod nią głębiej, by dojrzeć w rozdrożu smukłych skrytą za szlaczkiem różowym łódeczkę, gotową przyjąć w tej samotni czar otulającej wody, ujmującej wymyślną pieszczotą każdą cząstkę jej ciała. Mnie również miły, ciepły powiew łaskotał po piersi, łapał za stłumione męskością sutki, właził pod pachy i wybiegał na plecy, skąd zbiegał niczym potok górski, pieniący się bez złości, w ciszę wąwozu, zakrytego chłodną paprocią.

W takich doznaniach, w spójni z odwiecznie odradzającą się przyrodą, tu bodajże trwającą w nieskazitelnej czystości od chrztu prawowitych władców tej bajecznej krainy, dotarliśmy do celu naszej wyprawy. Tam na płachetku złotego żwiru, wpływającego w jezioro ogonem lisa, rozebraliśmy się i stanęliśmy tak jak przyszliśmy na świat. Mieliśmy wszakże świadomość, że jesteśmy w pełni lata naszego istnienia, a tylko marzeniem cofamy się w dal ubiegłych wieków. Gdy tę myśl wypowiedziałem, moja Rusałka wynurzyła się z głębiny odbitego nieba. Do talii skrywały jej nagości włosy gładko uczesane przez wodę. Śmiejąc się spytała, czy jest tak piękna jak ongiś Privisa? Odparłem, że tamta została jedynie wydumana w mojej wyobraźni, choć nie ukrywam, że na jej podobieństwo. Ty jednak, w perlących się strużkach ociekających z nagości, jesteś nadpięknie śliczna, rzeczywista ciałem i duszą.

Zachwycony kształtem i urodą Jej cudu pobiegłem do niej w bryzgach wody, by ująć ją wpół. Ona wszakże, wyczuwając mój zamiar, plusnęła w głębinę i mknęła przez kryształowe przeźrocza niczym nimfa, a ja ruszyłem w pościg za nią jak Rusłan i zaczął się taniec zwinnych bioder, rąk po szczęście sięgających, nóg migających w srebrze powietrznych bąbelków. W takich wzajemnych splotach mknęliśmy niby rybki na tarło, aby osiągnąć szczyt upojenia i w spazmie wystrzelić nad wodę, skąd Rusałka zaczerpnąwszy powietrze ponownie pogrążała się w mgłach złoto siejących, aby w pomroce szmaragdów na falujących wodorostach słać posłanie.

Obnażona z przepaski, należnej bogini tego podwodnego pałacu, w pocałunkach czyniących zamęt w głowie, ścieliła się pod Rusłana. Wtem, z takiej bliskości, wymknęła mu się z ramion i smużąc za sobą wstążeczkę, pierwszego zakwitu pomknęła do rotundy wysklepionej diamentami, płonącymi w słońcu niezrównaną potęgą miłości. Tam na otomanie wybitej jedwabnym suknem, wzniecającym lube dreszcze, doznała spełnienia rajskiego grzechu, by dalej się ścigać w bajecznej niedorzeczności niczym złote płocie, błyskające blaskiem lśniącej łuski i czuć lubieżną nieważkość łaskocącej wody. Nieznane dotychczas pieszczoty wnet doprowadziły do ponownych rytmicznych skurczów wzajemnego uwielbienia, po czym nasyceni demoniczną rozkoszą wynurzyli się i płynęli na wznak, jakoby smukły listek wierzbiny niesiony przez fale dalej i dalej, do nieznanej jeszcze przystani.

Po wodnych igraszkach w ułudy przeźroczach wyruszyliśmy na Gromadzinek, gdzie ongiś stał gród warowny, wzniesiony na półwyspie, sięgający ponad trzydzieści pięć metrów nad poziom wody. Szliśmy zboczem łagodnie wznoszącym się od strony jeziora, czule ujęci za ręce, jak podlotki zauroczeni sobą i poznający smak pierwszego pocałunku. Zdawało nam się, a szczególnie mnie, że jesteśmy tą parą, czyli Privisą i Privisem, którzy wystąpili ze swej łodzi, wydłubanej w potężnym pniu i zdążają do prasłowiańskiej świątyni, otoczonej nieprzebytą puszczą, gdzie przy świętym ogniu stróżują dziewice. Róża ujmowana przez samosiejki topoli, gładzące ją dużymi liśćmi po udach i wyżej, śmiała się podniecona i mówiła, że nie dla nich jest jej dolinka i rękoma rozgarniała ten lubieżny napad na nasze nagości. Ja zaś dodałem, że powinny wiedzieć, iż jest to jemiołuszka przeze mnie poślubiona i ja tam mogę tylko zaglądać.

W końcu dotarliśmy na szczyt grodziska. Z tej wyżyny patrząc w dół czuliśmy się jak bogowie wyniesieni na tron Olimpu. Uniesiony objąłem żonę i powiedziałem:

- Spójrz Różyczko, czyż nie stoimy tu na najpiękniejszym skrawku świata, a ta wysepka kipiąca bujną zielenią, wpięta w błękitną głębinę jeziora niczym szmaragdowe zwierciadełko, czyż nie przypomina oczka w zaręczynowym pierścionku Privisy. U schyłku panowania Praboga stał tam też jej dwór, kryty osinowym gontem.

Róża na te słowa przywarła mocniej do mnie i podając usta do pocałunku powiedziała:

- To ty w legendzie o Przywidzu wyczarowałeś tę noc świętojańską, kiedy w dźwiękach harf złotostrunnych i w pogłosach przeczystej głębiny druhenki najbardziej urodziwe ze wszystkich grodów i podgrodzi wkładały prześlicznej wianek ślubny na skronie. Tak, wtedy, jak wiesz, mściwy innowierca z Marienburga napadł na gród odwiecznie prawowitych władców tych ziem. Ten zaś nie chcąc przyjąć poddaństwa wraz z załogą z woli królewskiego ptaka pogrążył się w pagór wyspy. A grodzisko Privisa i do dzisiaj zaznacza się pokaźnym wałem ziemnym i z lotu orła wygląda jakoby zrujnowane jego gniazdo. Dwa boczne nasypy do złudzenia przypominają skrzydła ptaka, rozpostarte w obronie i pośród wyniosłych, potężnych buków, stojących niczym kolumny, świadczą o dawnej potędze.

Tak pokrzepieni śladami sławnej ongiś krainy wróciliśmy z dawności w rzeczywistość. Pod wieczór promienne słońce poczęło się z wolna odziewać w łuny opończe i tracić ognistą koronę, by za horyzontem położyć się nagie do snu. Czas i nam było zbierać się do drogi, gdyż komarzydła nad wodą rozpoczęły śpiewny lament i żeglując spiesznie złotymi iskrami kazały wracać nam w swoje pielesze.

W owych dniach żniwa dobiegały końca. Wokół naszej zagrody nastała pustka jakoby ktoś osłonne płoty rozebrał, i wokół rozpościerały się jeno ścierniska zasłane pajęczyną i wrotycze na miedzach zapach gorzki rozsiewające w przestrzeni. Tylko obszerna stodoła po pachy tonęła w chlebowej potędze i trzy stogi za stawem, trwające jak baszty mocarne, świadczyły o niezwykłym urodzaju. U drogi zaś jarzębiny sierpniem rozpalone zdobiły tę pożniwną smutę szarych podorywek.

W takiej nostalgii nastającej jesieni z Kwidzyna przyszła radosna wiadomość, że w konkursie sztuki ludowej regionów nadwiślańskich zdobyłem II nagrodę za Madonnę Ojczystą i dzieło Trójca Święta. Załącznik pieniężny do tego ucieszył przede wszystkim żonę, bo wiadomo, chłód października już doskwierał, a naszym synom były potrzebne ciepłe okrycia.

Nastały wykopki, pogoda sprzyjała i w pierwszym tygodniu tego miesiąca zjechała się najbliższa rodzina, by nam pomagać w ciężkiej pracy. Kopaczka gwieździsta, zaczepiona do ciągnika, redlinę pewnie rozbijała w pył mglisty, który osiadał szybko i odsłaniał nam drogę usłaną bulwami świecącymi w słońcu niczym złote gwiazdy. Nad nami błękit pruły klucze dzikich gęsi, a babie lato zerwane z wrzeciona zaczepiało się na czymkolwiek na polu. Bywało, że kładło się srebrną przekreską na twarzach, wełenką z angory czule muskało nam usta, oplatało śnieguliczki bądź daremnie targało się, uwikłane w kolczastą tarninę.

Czyż nie wtedy najlepiej smakował nam obiad - kapuśniak na gęsinie, czy knedle nadziane mielonką albo czarniną z podrobami i suszonymi śliwkami. Jakże wtedy wieczór był upragniony, gdy plecy wprost mdlały od wysiłku, a słońce jak na złość zawisło nad pagórem i ani rusz nie chciało się pogrążyć w ocean purpury.

Smutny listopad jak zwykle przyniósł szarugi. Porywiste wiatry zdzierały ostatnie liście z drzew, a kalendarz przypominał nam tragiczne rocznice, gdy Bezlitosna wchodziła w nasze progi. Na cmentarzach przybywało mogił, a wokół nas coraz większa pustka. W dniu Wszystkich Świętych wśród białych i złotych chryzantem płonęły znicze jakby gwiazdy w galaktykach, uzmysławiając nam, ilu z nas jest już po tamtej stronie. W Dzień Zaduszny, gdy powtórnie odwiedzaliśmy cmentarze w Przywidzu i Pruszczu Gdańskim, mróz niewidzialny a okrutny uśmiercił już niewinne białe i złote kwiaty, pochylając ich martwe łodygi nad ciszą zgaszonych istnień. W takiej to porze na polach już nie było czym się cieszyć, a na miedzach widniały tylko poschnięte wrotycze i krzewy polnych róż, którym przygruntowy posiniaczył srogo płonące czerwienią owoce. W lesie, kędy struga złote liście niosła na strwoń, zdawało się jasno od nich jakby słońce pokładło się na ściółkę. Choć chłód dojmujący przenikał okrycie, to wielką przyjemnością było iść i nogami mieszać to runo złote, obścielone drobinkami śniegu, które zsypując się z liści wydawały dźwięki spiesznie przesypującej się klepsydry.

W tych dniach jesiennej nostalgii, kiedy modrzewie na zboczu w swym rudym igliwiu płonęły jakby zajęte pożarem, przyszła wiadomość z Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Gdańsku, że odeszła na zasłużony odpoczynek nasza kochana Funia, czyli Stefania Liszkowska-Skurowa, a nową opiekunką twórców ludowych została Krystyna Szałaśna.

Niebawem nastał grudzień. Adwentowe dni bez końca snuły ołowiane chmury, ciężkie i podszyte mgłą, czyniąc, iż dzień zdawał się chwilą, a noc nie pozwalała wykluć się z oków ciemności. Zaorane pola na długi spoczynek z lubością okryły swe nagości puszystym śniegiem, od którego nieco zelżała ponurość w naszej ustroni. Chmurka w TV zapowiedziała nadejście mrozów, a Wicherek przeciwną aurę. Ja jednak bardziej ufając kobiecie, zabrałem się za otulanie drzewek na zimę i okrywanie kopców z bulwami. Z Gdańska docierały do nas pocztą pantoflową przesadzone wieści, że wieszają tam już partyjniaków, a wiosną „zamiast liści wisieć będą komuniści”. W domu również trwały dysputy i to czasami ostre, bo Adam uczęszczający do „Conradynum” przynosił wiadomości zgoła odmienne od tych, jakie zamieszczano w prasie i telewizji. Pytałem w związku z tym, czy mu źle, że chodzi do elitarnej szkoły i dostaje jeszcze stypendium za dobre wyniki w nauce. Przed wojną, jak ojciec mi powiadał, dziadek musiał płacić, gdy syna Leona wysłał do gimnazjum w Kościerzynie.

Pełen niepokoju o losy naszej Ojczyzny napisałem wówczas wiersze: Moje skiby, Uspokojenie, Ukryć się w polach, Do Najdroższej, Złe przeczucia, Tam były zagrody, Czy podołam?, Skiba.

Przed samym Bożym Narodzeniem powstał utwór Wigilia, który przytaczam w całości:

Choć zamieć szaleje

W mojej Ojczyźnie

I zaspy podziałów

Dzielą rodaków

Wigilia przyjdzie do każdej chaty

Do domu każdego

W jej świętej godzinie Znów Maryja porodzi

W naszej szopie

Podziurawionej niezgodą

Dzieciątko do nas wyciągnie rączęta

Kruchym opłatkiem pojedna rodziny

Bo ono jedno bez winy

Wiersze tu wymienione uległy pewnemu uaktualnieniu znalazły się po latach w tomiku Ślad istnienia, opracowanym do druku przez polonistę doktora Donata Niewiadomskiego.

W tych dniach, czyli 18 grudnia 1979 roku, otrzymałem list od polonisty Ryszarda Szwocha. Pan Ryszard informował, że pragnie się ze mną spotkać w Pruszczu Gdańskim, w niedzielę, tj. 23 grudnia, o godzinie 10.30. Spotkanie z tym wspaniałym, życzliwym człowiekiem i jego niedawno poślubioną małżonką Elżbietą było prawdziwą przyjemnością. Przy kawie i szarlotce, podanych w kawiarence (była to chyba „Maleńka”), rozmawialiśmy o naszych fascynacjach literackich. Powiedziałem bez wahania, że najbardziej lubię poezje Bolesława Leśmiana, gdyż było to moje najnowsze odkrycie. Mój rozmówca odparł, że i jemu odpowiada ta twórczość, a na dowód wyrecytował kilka wersów z wiersza Dusiołek. Pamiętam, iż wtedy podał mi adres do Muzeum Regionalnego w Starogardzie Gdańskim, na który miałem przesłać swoje wiersze. Po obszernym instruktażu udzielonym mi wtedy przez pana Ryszarda wykorzystywałem każdą wolną chwilę na pisanie wierszy.

W lęku o przyszłość Ojczyzny świętowaliśmy w 1979 roku urodziny małej Dzieciny i Wielkiego Króla. Bo cóż, że narodził się w nędznej lichocie, jeśli chcieliśmy ogrzać go naszymi sercami i przyjąć za Pana. Choć wichry za oknem targały chochołem, moja otulona róża wytrzymała tę chłostę. Wierzyła, że przetrwa do wiosny i znów zwycięska zakwitnie, opierając się jak grań z granitu kolosowi na glinianych nogach.

1980

Z Nowym Rokiem 1980 wraz z życzeniami z WOK-u otrzymałem zaproszenie do wzięcia udziału w konkursie Rybak w rzeźbie ludowej, a nieco później z Warszawy przesłano mi regulamin kolejnego konkursu - Ludowe i artystyczne rękodzieło wsi i małych miast.

Jak wiecie z wcześniejszych opisów, tematyka ta bardzo mi odpowiadała, a czas także sprzyjał. Zaraz po święcie Trzech Króli zaszyłem się w mojej dziupli na poddaszu, a przez głowę mknęły mi sceny z lat już przeżytych. W takim skupieniu czatowałem na błąkające się w chaosie myśli olśnienia. Nagle obraz niekonkretny, rozrzucony, zaczął się uściślać, przybierać kształt jakby zamglony i kłaść się na połowicę lipową. Niemalże w centrum kresek splątanych zjawił się wóz wąski i długi, nieruchomy. Szprychy rzucały promieniste cienie, jakie trwają, kiedy słońce dobiega południa. Koń zmęczony długą podróżą zginał znacznie tylną nogę i ledwie dotykał krańcem kopyta ziemi. Tak powstało serce tej kompozycji, a dalej jak wiecie, by mogło ono istnieć, w drżeniu mojej dłoni rodziły się pierwszoplanowe otoczenia: płoty, chaty, wnęki wstępujące na podwórka, w załomach strzech Winogrady, ściekające wysepki mchu z krawędzi okapów i uliczki wyłożone kolorowym brukiem, wnikające w głąb wioski.

Następnie myślałem, by odpowiednim nacięciem dłuta, wgłębieniem bądź wypukłością, czy pochyleniem, oddać nastrój utrwalonej chwili. Zmysłowe odczucie piękna, ciepła i chłodu w cieniu podstrzesza, perspektywa i przemieszczające się światło słoneczne, stworzyły klimat mojej kompozycji, której tematem była sprzedaż ryb we wsi. Komponując wtenczas wykorzystywałem już świadomie pewien zasób wiedzy - szczególnie tworząc sceny obrzędowe, rodzajowe, a zwłaszcza panoramiczne. W płaskorzeźbach wnikliwa operacja dłuta zapewniała wprost szokujące doznania, zarówno mnie samemu, jak i najbardziej wybrednym odbiorcom. Postaciom uczestniczącym w toczącej się tam akcji nadawałem zdecydowany wyraz twarzy, radosny, smutny bądź zadowolony. Nadawałem także odmienny kształt każdemu listkowi, kamykowi, gruszce czy jabłku, wyzierającemu spod gałązki jesiennym rumieńcem. Stąd jako objawiający się twórca zdobyłem wkrótce niezaprzeczalne uznanie. Szybko wypracowałem swój styl. Już w Warszawie, w konkursie wcześniej wymienionym, znawcy tej sztuki spostrzegli po cięciach dłuta, że jestem artystą leworęcznym.

W tym roku wziąłem także udział jeszcze w dwóch konkursach, co zostało odnotowane w albumie Malowane dłutem. Moja poezja nie została natomiast doceniona przez krytyków literatury na Wybrzeżu, ale w dalekim Lublinie poznano się na jej wartości i 27 czerwca 1980 roku zostałem przyjęty w poczet członków ogólnopolskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Przyjęto mnie tam do Sekcji Literatury Ludowej, pozytywnie oceniając nadesłane wiersze.

W twórczym zapale dni mknęły szybko i w naszym dużym pokoju gościnnym ciągle przybywało rzeźb. Chociaż z wielką niechęcią, ale sprzedałem kilka z nich i uzyskałem znaczące sumki. Żona jednak i tak marudziła, że gościnna izba jest założona rzeźbami i nie ma gdzie przyjąć gości. W pewnej mierze zgadzałem się z tym, lecz jakże mi było mój drewniany ludek pozbawić ciepłego kąta i wypędzić na mróz, kiedy traktowałem go jak coś niezmiernie drogiego memu sercu. Porankiem wchodziłem do pokoju, gdyż wtedy było najkorzystniejsze światło, przyglądałem się swoim pracom i dostrzegałem, ile jest jeszcze nieporadności w prowadzeniu dłuta.

Dopiero po takiej lekcji samokształcącej przystępowałem do dalszego tworzenia. Miałem iście rajską ucztę, gdy z zarysu embrionalnego wyłaniały się na płaskorzeźbie postacie pierwszo-i drugoplanowe. Czułem się wtedy wniebowzięty, jak ten muzyk, kiedy trafi dźwięk słodki, niebiański, rozpływający się w rotundzie błękitu lub zamykający z hukiem grzmiący wodospad. Dłuto do perfekcji naostrzone również potrafi śpiewać, gdy po skosie żłobi ścisłą biel lipowej deski. Jakże chciało się w taką chwilę wołać w głębinę zaświatów: - Mamo! Spełnia się twoje marzenie, a moje powołanie, co wstąpiło w dziecięcą duszę już na Podlasiu w kościele w Ruskowie!

Być może, że to przedwiośnie uczyniło w głowie mojej te wzniosłości, gdy skowronek za oknem z wibrujących skrzydełek wytrząsał perlące się dźwięki.

W taki czas przyjechała do nas, wcześniej zapowiadana przez Krystynę Szałaśną, Józefa Chybowska z gdańskiego radia, by nagrać obszerny reportaż, który miał się ukazać na antenie w święta wielkanocne. Była to kobieta o niebywałej skromności i dobroci, głos miała ciepły, serdeczny, twarz pogodną, acz zmęczoną wrzeniem dużego miasta. Wprost nie mogła się nacieszyć moimi postaciami, zaklętymi w drewnie, przypominającymi jej krainę dzieciństwa, dom rodzinny, szczęśliwości dawnych dni i uroczystą ciszę ich przydomowego lasu. Dotykała pelargonii kwitnących na parapetach, mirtów, asparagusów bujnie zwisających z kwietników. Z rozrzewnieniem wyznała, iż to wszystko przywróciło jej na chwilę dni, kiedy wzrastała w domu rodziców.

Wywiad z panią Ziutą był długi i wyczerpujący, rozmawialiśmy na wszystkie zamierzone tematy. Przede wszystkim pytała mnie o zwyczaje, panujące na Kociewiu podczas Wielkiego Tygodnia, rezurekcji i samej Wielkanocy. W samo Zwiastowanie, czyli 25 marca, kiedy wróciłem z przechadzki, na której narodził się wiersz Zwiastowanie w lesie, na stole zobaczyłem list od pani Krystyny Szałaśnej, informujący o zjeździe twórców ludowych gdańskiego oddziału w Zblewie.

Czerwiec to pora szczególnie łaskawa i wznosząca przemiłe zapachy polnych róż i dzikich bzów. Obserwowałem pierwsze loty żółtodziobów w asyście rodziców, w napięciu czuwających, by nie spadł na nich z błękitnej wyżyny jastrząb - jak grom z jasnego nieba. Był to też czas redlenia kartofli, kiedy za radłem szło się bez koszuli, a wiatr puchami z osin muskał pieszczotliwie ramiona i tułów. Na bosych stopach czuło się ciepłe grudki ziemi, zsuwające się z osypywanej redliny. W borze słyszałem kukułkę, liczącą za mnie lata mego istnienia na ziemi. Zadziwiło mnie zachowanie kuropatwy, zachęcającej napastnika, by za nią ruszył w pościg, a jej maleństwa mogły się w tym czasie rozproszyć i dobrze ukryć. Chłonąłem wszędobylski zapach schnącego siana, szczególnie mocno skondensowany w stodole, gdzie kładliśmy się na popołudniową drzemkę. Leżąc śledziliśmy smugi słońca, wnikające przez szczeliny i tworzące jakoby wielką harfę skosem opartą o szczyt. W jej złotych strunach krążyły drobiny kurzu jakby nutki grające pochwałę życia. Tam w sennej pomroce tańczyliśmy oplecieni pieszczotami złotych krążków, niczym świetlistym brokatem pełgających po nagościach. Z ust spijaliśmy słodycz pocałunków.

Lipiec jak zazwyczaj spotęgował upały i zgasił na miedzach nasze wykrzykniki słońca, czyli złote dziewanny. Pochylił także zboża w pokorę, by przed kośbą uklękły na brązowe kolana, nim grzebień bagnetów uzbrojony w stalowe żyletki wypierzonym wiatrakiem wgarnie je w szczelinę planów a ubijaki spiesznym ruchem uformują zgrabny snopek. Igła zaś skoczy niespodzianie jak wąż i obwiąże go w talii sznurkiem, po czym zostanie wyrzucony pogardliwie na ściernisko. I tak w koło, aż do krańca, gdzie przepiórki wypłoszone sfruną na dalsze jeszcze łany, czekające na dożynek.

Moi drodzy czytelnicy, czy uwierzycie, że widziałem, jak się sierpem żęło zboże, potem kosą i żniwiarką łopocącą skrzydłami. A tu opisałem wam, jak snopowiązałka w ukropie, bez wytchnienia i szemrania wciąż spełnia swój uczynek. A zapewne i wy wkrótce zobaczycie, jak to kombajn sterowany komputerem wchłania łany bezlitośnie, bez jakiejkolwiek wstępnej ceremonii.

W początkach sierpnia wziąłem po raz pierwszy udział w Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Było to dla mnie wielkie przeżycie. Stoisko moje ulokowano na Długim Targu, tuż koło studni Neptuna i wnet obiegł mnie tłum turystów krajowych i zagranicznych. Zastanawiałem się, skąd ta popularność i uznałem, że chyba z powodu publikacji w prasie. Zbigniew Kosycarz, jak wiadomo najsławniejszy fotoreporter na Wybrzeżu, dużo fotografii moich rzeźb zamieszczał w „Głosie Wybrzeża” i „Dzienniku Bałtyckim”, a inni jeszcze w „Wieczorze Wybrzeża”. To zapewne wzmogło zainteresowanie moją twórczością, szczególnie uważnie obserwowano płaskorzeźby z rozbudowanymi scenami obrzędowymi i rodzajowymi. Niektórzy pasjonaci z zagranicy, wyposażeni w najnowsze kamery, u nas niestety będące rzadkością, by się popisać, kładli się na bruk i z takiej pozycji mnie filmowali. Powiedziałem wtedy do ich przewodnika, że u nas rzeźb i kobiet nie fotografuje się od dołu, na co okalający mnie tłumek gapiów wybuchnął spontanicznym śmiechem, a i oklaski się zerwały. Wnet ze swoją ekipą zjawił się Janusz Truś z TV Gdańsk i zrobił obszerny reportaż, co zwiększyło jeszcze zainteresowanie dziennikarzy moją twórczością.

Po żniwach wrzesień wszedł w pierwszą fazę, a z nim przyszły omłoty. Na umówiony dzień, jak i na wykopki, zjechała się najbliższa rodzina. Od rana pas napięty rytmicznie poklaskiwał złączem, a młocarnia wyła jak pies opuszczony, zadławiana coraz grubszymi kęsami zboża. Stasio, mąż siostry Wandzi, jako najstarszy z nas i najbardziej doświadczony, roztropnie dozował zboże i wgarniał je w zawrotnie wirujący bęben. Agnieszka - szczupła i niewielka, rozcinała snopki i kładła na stół. Józkowie - brat i szwagier, uwijali się w sąsieku, Róża zaś bogate snopy podawała na młocarnię. Prasa u piekiełka, gdzie kurz szedł na wieś, pustosłomie uściślała w baloty, a dwaj synowie Kwidzińskich odnosili je za wrota. Ja z Gierusiem worki pełne, nadęte, dźwigaliśmy do spichlerza.

I tak wszyscy, ciągle w koło, czynili ruchy wciąż te same, niczym klauni umalowani kurzem. Tylko młocarnia ze swej gardzieli dyszała plewą bezustannie, usypując wielki, miękki brzuch brzemienny, gdzie daremnie by chciano wybadać położenie w nim dzieciątka. Gdybym jeszcze miał dopełnić tę scenerię, trzeba by opisać, jak to spiesznie targane były sita, na listwach giętkich zawieszone, wykorbieniem parzystym jak u parowozu. A elewator wirnikiem oszalałym podawał ziarno z dołu, na drobniejsze sita, by dokładnie oczyszczone sortować do zasiewu.

Po Marcinie mróz ziemię zbił w twardy bazalt i niebawem pola pokrył puszysty śnieg. Świerki na zboczu okryły się w sobolowe futra. Tatarak przy stawie pod śniegiem pochylił się mocno, tylko wodne, czarne pałki jak zgaszone pochodnie górowały nad bielą. W te dni nieskalanej czystości zawitali do naszej zagrody Bronisława i Henryk Kleinzellerowie.

Aparat fotograficzny zawieszony na szyi mężczyzny dobitnie mówił o zamiarach przybywających. Ci wspaniali, skromni ludzie, wyrażający się zachwycająco piękną polszczyzną, zaraz przypadli nam do gustu. On wysoki i szczupły, wprost z bojaźnią dziecka zapytał, czy może na kliszy uwiecznić moje rzeźby. Bez wahania odpowiedziałem, że tak, dodając z aprobatą, iż cieszę się, że zostaną w ten sposób ocalone od zapomnienia. Na te słowa ów człowiek serdecznie się uśmiechnął i podziękował. Jego żona, osoba o miłej, pięknej twarzy, charakterem swoich wypowiedzi zdradzała, że jest pedagogiem i tak rzeczywiście było. Pracowała w Szkole Podstawowej w Straszynie, gdzie uczyła języka polskiego i prowadziła zajęcia plastyczne.

Przy herbacie, w trakcie miłej pogawędki, goście wyjawili główny cel swojej podróży. Kobieta nieśmiało powiedziała, że niedawno w telewizji widziała reportaż, prezentujący „mój drewniany świat”. Zachwyciła się moimi pracami i wierszem, traktującym o pragnieniu ocalenia w rzeźbie tego, „co moje oczy oglądały i co kochałem”. Chciała zorganizować w swojej szkole spotkanie ze mną, jako rzeźbiarzem ludowym naszego regionu, połączone z prezentacją moich rzeźb. Oczywiście, bardzo chętnie na to przystałem. I w taki to sposób zawarliśmy długą, serdeczną, zażyłą przyjaźń, trwającą do dzisiaj.

Przyroda wnet zasnęła w mroźnej ciszy, okryta dostatkiem śnieżnego puchu. W kraju zaś doszło do ogromnej „kotłowaniny” i strajki ciągnęły się bez końca. Drożyzna coraz bardziej doskwierała najuboższej ludności. Żądni władzy organizowali pod płaszczykiem „Solidarności” na wsiach zebrania, werbujące do tego związku. Obiecywali złote góry, zbierając przy tej okazji pokaźne wpisowe. Sam byłem świadkiem patriotycznego wiecu, gdzie pośrodku stała szklana urna i zaproszeni goście wrzucali do niej niemałe kwoty. Potem organizatorzy nagle znikali, a ich poplecznicy rozpowiadali, że komuchy ich przymknęły. W domu nadal trwały zaciekłe dyskusje między mną a synami. My po przeżyciu wojny, poniewierce i strasznym głodzie, baliśmy się wkroczenia sowieckich wojsk. Dobrze też pamiętaliśmy, co się działo w 1956 roku na Węgrzech i w Poznaniu.

W połowie listopada w Starogardzie Gdańskim, w Zakładowym Domu Kultury „Polfa”, odbył się mój wernisaż pt. Drewniany świat Zygmunta Bukowskiego, zaklęty w rzeźbie i poezji. Słowo wstępne wygłosił Ryszard Szwoch. Z ekspozycji rzeźb byłem zadowolony, nie bardzo natomiast z zaprezentowanej poezji. Młodzież recytująca wiersze została źle przygotowana, mówiła ciurkiem, bez żadnej interpunkcji, a nawet przekręcała wyrazy. Rzeźby, a przede wszystkim płaskorzeźby, wywarły na uczestnikach duże wrażenie. Wsparty duchowo i moralnie z wielkim zapałem zabrałem się do dalszej pracy, czując wzmożoną potrzebę ocalenia tradycji, przede wszystkim obrzędowej.

W początkach grudnia odbył się coroczny zjazd twórców ludowych naszego oddziału. Spotkaliśmy się w ratuszu we Władysławowie, tuż koło przystani. Pogoda była znośna, tylko chmury z ogromną szybkością mknęły po niebie jak spłoszone stada dzikich mustangów. Bałtyk w szkwale huczał grozą traumatycznie, spienione grzywy to rozbijały się o falochron, to w ataku zawziętym go przesadzały, wlewając się na dziedziniec i znów spinały się do ciosu jak krwiożercza pantera. Kutry rybackie schronione w porcie dygotały niczym kaczuszki w żółtym puchu, kiedy lis po nie się skrada. Patrząc z wyżyny piętra w tę kipiel rozwydrzoną sztormem, czułem w sobie dziwny żal, ale nie znałem jego konkretnej przyczyny.

Po przerwie ogłoszonej w naszych obradach ówczesna wicedyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Kultury - Barbara M. mówiła o literaturze, a ściślej o „Biuletynie Metodycznym Ziemia Gdańska”. Podała, co zamiarują w nim zamieścić i jakie tomiki wydać w przyszłym roku. W tym kontekście wymieniła jedynie piszącego gwarą Jana Wespę z Kociewia. Natomiast mnie oraz Antoniego Piepera i Mariana Selina z Jastarni pominęła, chociaż należeliśmy już wtedy jako poeci do Stowarzyszenia Twórców Ludowych w Lublinie.

W wyniku namowy kolegów po piórze, z pewną dozą wyrzutu zapytałem, czemu to zostaliśmy pominięci? Pani dyrektor natychmiast wstała i chcąc jak osa wbić żądło w najbardziej bolesne miejsce, stwierdziła, iż nasza poezja nie jest na tyle dojrzała, by ją drukować. Powiedziała, że to ona z racji swego wykształcenia jest odpowiedzialna za wartość publikowanych utworów i wymieniała swoje ukończone fakultety. Gdy tak przypiekła nas do żywego swym ciętym językiem, zerwał się na sali sztorm nie mniejszy niż ten za oknami ze wściekłą mocą bijący w falochrony i bryzgami fal sięgający drugiego piętra.

Antoni Pieper - rosły chłop, najstarszy z nas, wstał i ze stanowczością Kaszuba rzekł:

- Do kątka móm czekac, czej już śmerć zazera do moji checze - i spojrzawszy swym wzrokiem lekko schodzącym na ubocze, począł recytować:

Ojczyzną moją to Bałtyckie morze,

Jego szumiące, spienione bałwany,

Które czerwienią kraszą ranne zorze,

Na których ginie dzień niepokonany.

Ojczyzną moją ta rybacka chata,

Samotnie stojąca jakby duch w bieli,

Skąd dusza moja niesforna, skrzydlata,

Wzlatywała coraz wyżej, śmielej.

Od dawna miałem dolegliwości serca, a ostatnio spotęgowały je jeszcze napięcia nerwowe, związane z religią. W porze adwentu, gdy za oknem pracowni prószyły wywołujące nostalgię śnieżynki, myślami moimi zawładnęła refleksja nad Bogiem i jego dziełami. Widziałem w wyobraźni przepastny kosmos, a w nim naszą planetę wirującą i pławiącą się w nieważkości jako niebieski balonik, czy bombka świąteczna, mieniąca się w przejrzystej opończy zarysami kontynentów i ogromem wód. Z Marsa pewno byłaby widziana jako błękitna kropka nad horyzontem. Myślałem - gdzież mi przyjdzie wzlatać tchnieniem ostatnim, gdy oddam duszę należną Stwórcy, daną mi przy poczęciu. Zastanawiałem się ponownie i głębiej nad obrazami, danymi mi w dzieciństwie, kiedy widziałem matkę, klęczącą przy łóżeczku najmłodszego brata, a następnie Chrystusa w hostii w czasie Podniesienia, ziemię zaś jako dysk wirujący i zataczający łuk pod słońcem, gdy było ono w połowie drogi do południa. Wierzyłem, że Dzieciątko rośnie w Niepokalanej i z narodzeniem Jego, wskazanym przez gwiazdę w świetlistym welonie, ziemia ponownie będzie zdążać do wiosny, nie bacząc na znajdujące się na jej drodze czarne dziury pożerające gwiazdy. W dodatku ostatnio, po ufnych i gorących modlitwach przed cudownym obrazem Czarnej Madonny w Częstochowie, zagoiła się moja rana.

Opanowany takimi rozważaniami zbliżałem się do końca grudnia. A wówczas na zabawie sylwestrowej w Mierzeszynie wznieśliśmy kielichy pełne boskiego trunku, płonące pod tęczą

z lampionów niczym puchary w ognistej euforii i wszyscy zawołaliśmy:

- Wychylmy je! Wychylmy w tej wzniosłej chwili, dopóki cud życia trwa i trwa noc czarowna w zamieci brokatu, a w niej i my.

I tak w brzęku szklanic wtoczył się w bezkresne wrota kosmosu Nowy Rok 1981.

1981

Zadymki, jak zazwyczaj w tym czasie, kołtuniły ze śniegiem, że nie wiadomo było, co jest ziemią, a co niebem. Pewnego razu, gdy wracałem z Różą od sąsiadów, a zawieja jeszcze bardziej spotęgowaną zaćmą zaczęła nas osaczać, żona zanurzając ręce w rozwydrzony żywioł niespodziewanie zawołała:

- Panie! O Panie! W którą stronę do domu, w którą do Ciebie?

W rzeczy samej nie było tak źle, bo okna naszej chaty majaczyły prostokątem jasności spoza sieczącego śniegu. To zdarzenie wnet zapisałem w swoim zeszycie, oznaczonym numerem drugim, a na odwrocie pierwszej kartki zamieściłem wiersz Dziewczyna z gruszy, który teraz przytaczam:

Dziczko polna ja róż twój

W dziewczęce ciało zamienię

Naleję krwi dłutem

W pachnącą słodkość

Serce dam ci najbardziej kobiece

Z domieszką dziecinnej ufności

Wpuszczając wszystkie cnoty

Będę w czujnej ostrożności

By zdążyć ostrzem zagrodzić

Wtargnięcia złości

Usta wykroję obrysem z chwili

Gdy uroda dobiega na szczyt

Do punktu przesilenia

Wczaruję im połysk

Wiśni nabrzękłych

Dyskretną zadumę marzenia

Pragnienie pocałunku

Będzie puentą

Talentem mego trafienia

W tęczówkach szmaragdowych

Pomieszam zieleń ze słońcem

Dam im siłę uroku

Głębię wejrzenia

W centrach źrenic zaszyfruję

Zagadkę zamyślenia

W tym właśnie czasie, pod wpływem tego wiersza, powstała pierwsza wpisana w konar gruszy Madonna, zamieszczona po latach w albumie Malowane dłutem. Adorowałem ją szczególnie przez wiele tygodni. To wielkie olśnienie zrodziło niemalże całe pokłosie takich niewiast, tchniętych dłutem w smagłość gruszy i to w przeróżnych pozach, jaką mi konar swoją krzywizną bądź przegięciem podpowiadał.

Zająłem się też prozą i napisałem swoje pierwsze opowiadanie pt. Torf za które po kilku latach w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Jana Pocka otrzymałem III nagrodę. Polichromowana płaskorzeźba Kopanie torfu powstała trzy lata wcześniej. Dzisiaj wiele bym dał, żeby mogła się znaleźć w mojej kolekcji. Przecie tam, w tym zakątku dyszącym błogim czerwcem, zostały beztroskie lata chłopięce. Prócz Matki byliśmy jeszcze wszyscy razem i życie zdawało się cudem istnienia.

Po zimie zawsze od wieków nastaje wiosna i tak stało się tym razem. Mój Piętaszek, bo tak zwałem pieszczotliwie swoją żonę, zawołał:

- Zygmunt, zobacz, sroka znów w rozwidleniu topoli kleci gniazdo.

Ja na to:

- Czyż ono nie jest podobne do twego trójkącika.

Róża nie wytrzymała i nazwała mnie zbereźnikiem, ale zaraz klepnęła w ramię na zgodę i spiesznie zbiegła w dolinę, rozpostartymi ramionami tnąc powietrze niczym zniżająca lot cyranka. Dogoniłem żonę, ująłem w talii i zdyszani stanęliśmy nad stawem. Tam powitaliśmy pierwszego bociana, wypuszczającego swe długie czerwone badyle i siadającego na przeciwnym brzegu.

Niebawem czas było po zimie nawiedzić pola, aby w bruzdach zagonów wodę zastałą zluzować, dać upust rozlewiskom rozsiadłym na oziminach i udrożnić przepusty. Nimi zaś zima winna zbiegać do strug, wartkich potoków, wezbranych rzek i wlewać się do morza.