Zielony kuferek. T. 2 - Zygmunt Bukowski - ebook

Zielony kuferek. T. 2 ebook

Zygmunt Bukowski

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Kolbudach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 320

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Zielony kuferek

tom 2

 

Zygmunt Bukowski, rok 1957

 

Zygmunt Bukowski

Zielonykuferektom 2

Autobiografia: 1957-1977

Pruszcz Gdański 2005

Opracowanie i posłowie

Donat Niewiadomski

Opracowanie fragmentów tekstu w gwarze kociewskiej

Maria Pająkowska-Kensik

Opracowanie fragmentów tekstu w języku kaszubskim

Wanda Kiedrowska

Projekt okładki

© Copyright by Zygmunt Bukowski

Na okładce:

Płaskorzeźba Zygmunta Bukowskiego

„Zielone Świątki”

Skład i druk:

Wydawnictwo AGNI

ISBN 83-60176-15-9

W marszowym szyku

W dniu Nowego Roku 1957 znajdowałem się po południu w świetlicy z Kazimierzem Remusem i Bernardem Górskim. Nagle wszedł Janusz Sitarek i powiedział:

- Dobrze, że jesteście sami, mam dla was sensacyjny wiadomość. - Potem prawie szeptem dodał:
- Rokossowski, wielki syn narodu polskiego, uciekł do Moskwy.

Benek zapytał:

- Skąd masz te wiadomości!

Wtedy Janusz wyjrzał za drzwi, a upewniwszy się, że nie ma nikogo na korytarzu, rzekł cicho:

- Mój krewniak w stopniu sierżanta pracuje tu na radiostacji wielkiej mocy i on to wyłowił z Głosu Wolnej Europy.

W pułku trwało natomiast milczenie. My również nie ważyliśmy się pisnąć ni słówkiem, gdyż wiedzieliśmy, co by nas za to czekało. Styczeń już na samym początku bystrą Drwęcę płynącą za ogrodzeniem jednostki ściął lodem, tylko na wirażach, gdzie mknęła wartko, rozdarta niczym wielka rana, bryzgała raz po raz spienioną wodą. Ściany naszego baraku przemarzły do wnętrza i zionęły dokuczliwym zimnem. Moje łóżko znajdowało się tuż koło żelaznego okna, na którym szron urósł do wysokości ryżowej szczotki, co potęgowało władanie mrozu. Dochodziły do tego wprost szatańskie pomysły naszej podoficerki. Często przed capstrzykiem robiono nam zbiórki w ubikacji i na piecu. Czasem długo staliśmy na jednej nodze, a kto się poruszył, musiał czołgać się po podłodze nasyconej pyłochłonem, od którego kalesony i koszule na łokciach stawały się czarne i śmierdziały spalonym olejem. Kapral, który szczególnie lubował się w pompkach, był chudawy, wysoki z mocnym trądzikiem na twarzy. Z tego względu przezywaliśmy go Tryplem. Gdy mieliśmy z nim poranną zaprawę, to słyszeliśmy ciągle jego ulubione powiedzenie:

- No, elewi, a teraz, by wam fallus nie obryzgał paznokci, zaprawa małżeńska na sucho!

Polegała ona na tym, iż wspieraliśmy się tylko na palcach u nóg i dłoniach, i na jego komendę ćwiczyliśmy do upadu. Kapral wyżywał się szczególnie nad już żonatym Jurkiem Kryńskim. Podchodził do niego i mówił:

- Dawaj, dawaj ojczulku, by ci nie zesztywniał kręgosłup, abyś mógł zadowolić małżonkę, gdy przyjedzie na przysięgę!

Z jego ust padały jeszcze inne chamskie, dosadne powiedzenia. Gdy miał służbę podoficera dyżurnego wieczorem przed ogłoszeniem ciszy nocnej, ganiał nas niemiłosiernie, wynajdując pomysły z piekła rodem. Musieliśmy tylko w kalesonach skakać przez przyrząd gimnastyczny zwany koniem, a kapral Caputa śmiejąc się ironicznie mawiał:

- By wam pod kocem nie stawały antenki, macie okazję wyładować się na nienasyconej klaczy pułkowej.

Polegało to na tym, że po krótkim rozbiegu i odbiciu, trzeba było pokonać całą długość konia, zeskakując na nogi z rękami wyciągniętymi do przodu. To ćwiczenie zaliczali tylko nieliczni, gdyż podłoga nasycona olejem była śliska i padaliśmy na tyłek, co powodowało iście szatański chichot kaprala. Dwumetrowy Gdaniec miał z tym największe kłopoty, zawsze po rozbiegu zatrzymywał się tuż przed przyrządem. W końcu dopingowany przez kolegów podejmował kolejną próbę pokonania tej bestii. Aż raz skończyło się to bolesnym uderzeniem gołym kroczem w drewniany zad konia. W dodatku pękł mu guzik u kaleson. Z tego powodu wybuchł ogromny śmiech, który przerodził się jednak wkrótce w politowanie, ponieważ blady jak trup Geruś Gdaniec leżał zemdlony obok konia. Po tym fatalnym zajściu przestraszony Caputa ogłosił zaraz capstrzyk.

Wskutek takiego wysiłku zasypialiśmy szybko. Po godzinie jednak budziłem się, bo mróz zbyt dokuczliwie lizał mnie po plecach. Byłem pewien, że w tym czasie kaprale już nie przyjdą nas sprawdzać, ubierałem więc spodnie, a wyżej pasa okręcałem się prześcieradłem, nogi chowałem w słomie siennika i tak z dłońmi na kolanach, które marzły najmocniej, próbowałem zasnąć, otulając się jeszcze szczelnie kocem. Pomimo mniej już dokuczającego zimna, nie mogłem wszakże zasnąć. Patrzyłem na szron grubo okrywający drobne szybki, które w świetle księżyca lśniły zmiennością fantastycznego kalejdoskopu, bajeczny rozety, cudownym witrażem niebiańskiej świątyni. Czas nocy płynął, a mnie w półśnie zdawało się, że zdążam do nieba gościńcem usłanym perłami, że widzę zorze wstające z bezkresnego oceanu, strojące jego wody w królewską purpurę. Ramionami gładziłem kłosy zroszone, pałające rubinowymi iskrami, otulała mnie złotym kokonem dobroć matki, chroniąca od okrucieństwa tych strasznych dni. Zdawało się, iż drżę skulony na progu swego domu i widzę, jak aniołki wychylone zza krawędzi obłoku lamowanego złotą mereżką grają przecudną melodię, wołającą mnie do nieba.

Gdy oprzytomniałem, rzeczywiście drżałem z zimna, a w pułku trąbka grała pobudkę. Wiadomo było, że znów zaczyna się koszmarny dzień. Lada moment wbiegną do sali bogowie onych dni i na przemian będą się drzeć:

- Pobudka! Zbiórka!

Stawiliśmy się przed blokiem do zaprawy porannej, tym razem w koszulach, bo mróz sięgał dwudziestu stopni. Wybiegliśmy pospiesznie, popędzani przez kaprali rozstawionych co kilka metrów na korytarzu. W tym galopie Wiesiek Czuryło upadł z powodu nie dopiętych spodni, a my rozpędzeni przebiegliśmy po jego pośladkach podeszwami zasmarowanymi konserwującym czernidłem. Prócz kilku zadrapań koledze jednak nic poważnego się nie stało, ale jego tyłek wyglądał jak zad zebry w biało-czarne paski. Przed barakiem staliśmy długo na baczność. W końcu wyszedł Wójcik i powiedział:

- No co orły, drżą wam kupry z tego zimna!

Potem krzyknął:

- Biegiem na plac musztry!

Popędziliśmy, ile sił w nogach, a bąki po razowym chlebie sypały się jak grad. Kapral parskając śmiechem wołał:

- Wojsko, wojsko, a za wojskiem kupa smrodu!

Na placu apelowym wykonywaliśmy zawzięcie różne figury gimnastyczne. Wiedzieliśmy, że jego ulubionym ćwiczeniem było zakręcanie śrubek z rękami wysoko uniesionymi nad głową. Pozornie wydawało się to łatwe, ale po kilku minutach ramiona stawały się ciężkie niczym ołów i strasznie bolało w nadgarstkach. Poranną gimnastykę kończyła zawsze zaprawa małżeńska na sucho. Wójcik też rzucał się wtedy na zamarznięty ziemię i ćwiczył z nami do omdlenia ryk. Pewnego razu zza rozpiętej koszuli wyszła mu gazeta. Najśmielszy z nas elew Rzemajtys zawołał:

- Obywatelu kapralu, jakie najnowsze wiadomości w prasie!

Na te słowa wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Wójcik zgniótłszy gazetę w kłębek rzucił ja w pytającego żołnierza.

W niedzielę porucznik "Jezusek”, czyli G., zjawił się z rana na kompanii. Podoficerka już wiedziała, że spowodowała to znowu kłótnia z żony, gdyż w taki sposób wyładowywał swoją złość na żołnierzach. Kapral Caputa, stojący w drzwiach naszej sypialni, przyciszonym głosem powiedział:

- No bojcy, dzisiaj będzie zadyma.
- Wróżba kaprala wnet stała się rzeczywistością. Wódz G. z Pluty trzymającym zeszyt w ręku weszli do magazynku broni. Gdy wyszli po jakimś czasie, Pluta kazał podoficerowi dyżurnemu zrobić zbiórkę na korytarzu. Na tę komendę wybiegliśmy i stanęliśmy na baczność. Jezusek” naładowany złością powiedział:
- Tak ma wyglądać zbiórka w szkole podoficerskiej! To ospałe muły, a nie wojsko! - I dodał - Szefie, dajcie rozejść się do sal!

Kiedy jeszcze nie zdążyliśmy wejść, Pluta wrzasnął:

- Zbiórka przed blokiem!

Wreszcie po kilku treningach dowódca kompanii stanął przed dwuszeregiem i pieniąc się ze złości zaczął wykrzykiwać swoje uwagi dotyczące naszego magazynku. Broń brudna, maski pordzewiałe, hełmy nie natarte oliwą, ładownice porozrzucane... Gdy wyczytano nazwiska podpadniętych i podano przyczynę ukarania, do kompanii wbiegła żona dowódcy, wymyślając mu, by przy niedzieli zajął się lepiej dziećmi i nie dręczył żołnierzy swymi szatańskimi pomysłami. "Jezusek” na jej słowa oblał się purpurą i jąkając się zaczął mówić:

- Jeśli natychmiast nie opuścisz kompanii, każę cię wynieść.

To jeszcze bardziej rozsierdziło jego połowicę i już nie przebierając w słowach wyrzucała z siebie wszystko, co jej leżało na wątrobie:

- Ty sadysto, ty tyranie, przyszedłeś tu wylewać złość na biednych żołnierzach. Gdyby to zobaczyli ich rodzice, to by ci dobrze dupę skopali!

Porucznik próbował ująć ją pod ramię i wyprowadzić na zewnątrz. Wtedy wzburzona uderzyła go w twarz i płacząc wybiegła z kompanii. Po chwili i on zmieszany poszedł do swego biura, wzywając tam jeszcze Plutę. My zaś nadal w wielkiej konsternacji staliśmy na baczność, czekając na dalszy bieg wydarzeń. Po kwadransie wyszedł plutonowy i oświadczył, że wszyscy zostaliśmy ukarani karną musztrą. Pluta przybliżył się również do Wójcika i szepnął mu do ucha, że stary poszedł do domu. Ja i Olkowski stojąc naprzeciwko usłyszeliśmy to wyraźnie.

Potem myszatowąsy kazał rozejść się do sal, a za pięć minut chciał nas widzieć w pełnym rynsztunku. I zaczęło się - jak to rekruci mawiali - trenowanie podoficerskiego zajoba. Nie upłynęło ni minuty, a już darli się:

- Zbiórka przed blokiem! Biegliśmy ile sił w nogach, ale w ich ocenie zawsze było to za wolno i znów padała komenda, by rozejść się do sal. Jeszcze nie wbiegliśmy, a Wójcik rozwścieczony krzyczał, że jest zbiórka na korytarzu! Gdy biegliśmy kupą, Filipek rzekł, że walniemy tak, aż drzwi wylecą z futryną. Stało się jednak inaczej, Janusz Sitarek rozpędzoną masą ciał został wepchnięty na łóżko i złamał rękę powyżej łokcia. Kość obnażona weszła pomiędzy płaskowniki szczytu żelaznego łóżka, krew z przerwanej tętnicy tryskała strużką. Janusz klęczał przed łóżkiem i jęczał. Wójcik zbladł i trząsł się ze strachu, gdyż poborowi wrzeszczeli, żeby połamać jemu golenie!

Nim przyjechało pogotowie, "Jezusek” ponownie zjawił się na kompanii i zaczął uspokajać wzburzonych żołnierzy. Nazajutrz politruk Obara podał na apelu pułkowym do wiadomości, iż z powodu złego stanu zdrowia marszałek Polski Konstantyn Rokossowski odszedł na zasłużony odpoczynek. Zakomunikował jednocześnie, że ministrem obrony został mianowany generał Marian Spychalski. W efekcie tej zmiany wprowadzono polskie komendy. Przy kroku defiladowym nie trzeba już było trzymać rąk przywartych pionowo do korpusu, można było wymachiwać nimi do wysokości pasa. Zmiany dotyczyły także umundurowania oficerów. Okrągłe czapki sowieckie zamieniono na polskie rogatywki, pojawiły się również panterki. Z tego powodu przysięgę planowaną na połowę stycznia przeniesiono na 17 lutego.

Styczniowy mróz nadal atakował nasz nędzny barak. Krany w umywalni położonej bliżej ściany zewnętrznej wszystkie zamarzły, choć otulono je szczelnie warkoczem ze słomy. Jedynie znajdujące się bliżej pieca i ściany wewnętrznej skąpo sączyły lodowatą wodą, która zamarzając w polewanej rynnie wypiętrzała sople. Betonowa posadzka także pokryła się lodem, na której trudno nam było ustać w podkutych butach. Z tego względu wielu z nas padało na tyłek lub łokcie. Zdarzyło się też, że poborowy, którego nazwiska już nie pamiętam, padając wybił sobie ząb o brzeg wspomnianej rynny. Gdy po zaprawie porannej myliśmy się do pasa w tym lodowatym prysznicu, ciała paliły jakby mściwe bóstwo chłostało nas ogniem. W takich skrajnych warunkach wielu z nas zaczęło chorować. Z tej przyczyny dostaliśmy dodatkowo drugie koce. Wydający je kapral Melchior, widząc mnie tuż w kolejce, dołożył do topniejącego stosu zupełnie nowy, gruby i puszysty koc. Wiadomo, chciał, by ten akurat trafił na mnie, bo wiedział, że śpię koło tego samego okna, gdzie i on spał za rekruta. Podziękowałem za to ledwo dostrzegalnym uśmiechem, dostrzegalnym tylko kapralowi. Po niedzieli otrzymaliśmy jeszcze watowane ocieplacze, które pod mundurem chroniły nas należycie przed zimnem.

Na skutki takich warunków nie trzeba było długo czekać. Wnet na mojej szyi pojawiły się liczne czyraki, a na lewym biodrze wypiętrzały się kolejne, rozpalone do czerwoności, bolesne niczym stożki wulkanów, z których lada moment miała wyzwolić się krwawa erupcja ropy. Chodziłem obolały jak przetrącony wilk. Na apelu wieczornym podoficerowi dyżurnemu zgłosiłem swoją dolegliwość. Uważnie obejrzał mój kark, musiałem także przy wszystkich opuścić spodnie. Po wizycie u lekarza, otrzymałem dziesięć dni zwolnienia od zaprawy porannej, musztry i ćwiczeń na przyrządach gimnastycznych.

W związku z tym bolesnym wydarzeniem zostałem palaczem w pułkowej stołówce. Dyżurny elew budził mnie o piątej, czyli godzinę przed pobudką. Poprzednicy tam palący mawiali, że straszną męką jest rozpalanie mokrym drewnem w piecu. Ja jednak mając należyte doświadczenie wyniesione z domu, wiedziałem doskonale, jaka szczapa jest smolna, choć leżały one przykryte śniegiem tuż obok węgla. Wybierałem odpowiednią, rąbałem taką siekierą na drobne bierwiona i bez trudu wzniecałem ogień, a on biegł jak zapalony lont do uprzednio przygotowanego stożka. Najwidoczniej wdzięczny za tak przygotowany ucztę łapczywie zajmował co grubsze polana, wpierał się w czarne diamenty błyskając smużką złotą i śpiewał niczym podchmielony biesiadnik. Gdy płomień poczynał lubo grzać z otwartych drzwiczek, trąbka w pułku grała pobudkę i wnet z radiowęzła płynęła wzruszająca piosenka: Asturio, ziemio mych młodych lat, Asturio, ziemio jedyna. Do ciebie ja wróć chcę i wrócę jeśli nie zginę. Przyjdę, zobaczę Oviedo, chwycę karabin i granat, i pójdę się bić za moją Asturię - ojczyznę kochaną. Przyjdę i wejdę na drzewo, i zerwę kwiat pełen rosy, i dam go mojej czarnulce, aby go wpięła we włosy...

Pewnego dnia przed południem ogłoszono przez radiowęzeł zbiórkę młodego rocznika na stołówce. Przerwano zajęcia szkoleniowe i w szyku marszowym poszliśmy na wskazane miejsce. Gdy zajęliśmy miejsca w obszernej jadalni, bocznymi drzwiami wszedł dowódca jednostki, lekarz pułkowy i tak zwany „łapiduch” w stopniu plutonowego. Niósł coś w słoiku wypełnionym cieczą, coś, czego nie mogliśmy rozpoznać. Kiedy postawiono słoik na stole przed naczalstwem, dostrzegliśmy, że są w nim palce. Dowódca wtedy powiedział, że dziś w jednostce wydarzył się bardzo przykry wypadek. Poborowy z piątej baterii stał się na własne życzenie kaleką do końca swoich dni, obciął sobie siekierą trzy palce u prawej ręki. Wiemy, że nie był to wypadek, zrobił to celowo. Dlatego po wyjściu ze szpitala zostanie skierowany do karnej jednostki o zaostrzonym rygorze, gdzie dodatkową karą będzie przedłużenie mu służby o pół roku.

Po wyjściu młodego rocznika oficer polityczny kazał tam jeszcze zostać kapralom. Z przecieków dowiedzieliśmy się, że dostali dobrą reprymendę za znęcanie się nad poborowymi. Z tego względu w naszej kadrze podoficerskiej kaprale jakby trochę zaniechali praktyk sadystycznych. Po tygodniu jednak było jak przedtem, znów lotnik Czkałow, jak mawiał Caputa, wpadał do sypialni i bombardował łóżka mniej starannie zasłane. Moje stawało się częstym obiektem nalotu, ponieważ współtowarzysze wyśledzili, że ja nie paląc chowam w sienniku papierosy. Kiedy zaczęło przybywać skarg na kradzież „sportaków”, szef kazał zrobić listę niepalących żołnierzy i raz z wypłaty miesięcznego żołdu otrzymywaliśmy ekwiwalent pieniężny za tę używkę. Po tym radykalnym rozwiązaniu przestał w końcu istnieć problem kradzieży papierosów. Doszło nawet do tego, że po samych naganach radiotelegrafiści otrzymali pierwszą pochwałę od naszego Jezuska - za dobre wyniki w nauce. Nagrodą okazało się pójście do kina na film radziecki Lecą żurawie.

Postawiono jednak warunek, iż musimy się nauczyć choć jednej piosenki marszowej. Więc elew Filipek, który już coś tam pisał w cywilu, Ali Świerczyński grający w zespole akordeonistów Stoczni Gdańskiej, no i ja, wzięliśmy się do roboty. Po dwóch dniach utwór był gotowy. Piosenka zaczynała się od słów: Hej panienki posłuchajcie i gazety poczytajcie. Są tam wesołe nowiny będzie pobór na dziewczyny. Z najładniejszych brodniczanek utworzymy pułk ułanek. A te piękne z okolicy posadzimy przy łącznicy. A które nie będą chciały, będą gary szorowały. A te krzywe i garbate posadzimy na armatę i wywiezieni do Torunia i wystrzelim do pioruna.

Szef Pluta chcąc się przekonać, czy warunek został spełniony, wyprowadził nas na plac musztry i kazał śpiewać do marszu skomponowaną pieśń. Śpiewaliśmy oczywiście do miejsca, że które nie będą chciały, będą gary szorowały. O krzywych i garbatych milczeliśmy. Pluta był bardzo zadowolony z naszego śpiewu.

W niedzielę z rana zapanował wielki ruch w kompanii. Żołnierze prasowali płaszcze, polerowali guziki, przyszywali czyste kołnierzyki. Wójcik w znakomitym humorze chodził i gadał:

- No, orły, buty mają błyszczeć jak lustro, byście przy rozmowie z panienkami mogli w nich zobaczyć odbite majtki, a może i coś więcej.

Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy do kina. Dzień zdawał się wyjątkowy, uroczysty. Wreszcie po miesiącu znaleźliśmy się poza bramą koszar. W pogodzie nieba w marszowym szyku zdążaliśmy do miejskiego kina. Przekraczany drewniany most na Drwęcy grał pod naszymi podkutymi butami jak naćpany perkusista. Po minięciu mostu Wójcik dał komendę:

- Wojsko śpiewa!

Nasza dobrze wyćwiczona szkoła podoficerska szła wolno i paradnie, jakby jeden zespolony blok. Eleganckie wymachy rąk zgrywały się z rytmem podkutych butów i marszowy pieśnią. Melchior i Karol idąc obok kompanii prężyli się niczym oficerowie przed trybuną honorową. Fałdy mocno zaprasowane na płaszczach garnęły się jak fala kończąca bieg, która cofając się po odbiciu w głębi oceanu ponownie wypiętrza szmaragdowe grzywy. Dziewczęta-podlotki już od mostu szły po chodniku w takt rytmu naszej piosenki, podrzucały ciasno splecionymi na plecach warkoczami. Im bliżej kina, tym coraz więcej przybywało ładnie ubranych panienek, dumnie wypinających swoje wydatne „pomarańcze”, a oczy zwrócone ku żołnierzom płonęły ogniem. Usta rozwierały się same, by chłonąć wzruszające słowa odziane w baryton męskich głosów.

W takiej asyście ludzi, a szczególnie pięknych brodniczanek zdążających zapewnie do kościoła, płynęliśmy jakby w błękitne zaświaty. Ale wtem padła komenda Melchiora:

- Kompania! - I nim trzy potężne uderzenia kroków rozdygotały bruk, z napiętej piersi kaprala wystrzelił głos - Stój!!!

Stanęliśmy jak wryci w bazaltową kostkę, aż spod butów mocno podkutych gwoździami posypały się skry. Chwilę staliśmy tak niczym trzciny smukłe, by matki i dziewczęta mogły przyjrzeć się z bliska młodzieńcom pojmanym w jarzmo twardej i odpowiedzialnej służby. Wtedy i my w ich oczach mogliśmy zobaczyć kropelki łez, spływające strużką skrzącą po policzkach. W tej konsternacji, aż dygoczącej od napięcia, rozbrzmiała komenda:

-Spocznij!

I szyk marszowy poruszył się natychmiast jak to zboże, gdy wiatr w nie uderzy.

Po tych dniach spokojniejszych nadszedł czas wyjazdu na poligon Mokre koło Torunia, gdzie miało się odbyć nocne strzelanie z dział do czołgów. Po otrzymaniu suchego prowiantu wyruszyliśmy tam po południu w liczbie sześciu baterii z działami przyczepionymi do samochodów marki ZIS 5. Mieliśmy też radiostacje i przyrządy centralne, czyli naprowadzające pocisk. Ruszyliśmy kolumną dobrze zamaskowaną brezentowymi pokrowcami. Przed zmrokiem przekroczyliśmy Wisłę w grodzie Kopernika.

Naszej trójce radiotelegrafistów powierzono obsługę radiostacji RBM. Polecono nam przekazywać dane z dalmierza do podanego uprzednio kryptonimu, ale nasza radiostacja nawet nie zajarzyła. Wnet przybiegł Wójcik i darł się tak, aż piana pryskała mu z warg:

- Co z wami do jasnej cholery! Strzelanie rozpoczęte, a wy nie macie łączności!

Górski poczuł tłumaczyć, że basy zawilgocone i będzie trudno nawiązać łączność. Wtedy kapral wrzasnął:

- To mnie gówno obchodzi! Masz głowę i chuj, to kombinuj!

Benek mając już większe doświadczenie w tym zakresie, polecił nam rozwinąć jeszcze antenę dipolową, ale nadal nie mieliśmy łączności. Wreszcie Kazik wpadł na pomysł, by osłabione ogniwa połączyć równolegle i o dziwo radiostacja poczęła piszczeć przeraźliwie. Potencjometrem ustawiliśmy ją zaraz na podany zakres i usłyszeliśmy prawie błagalne wołanie:

- Halo! Halo! "Jawor”, tu "Jodła”, słyszysz mnie!

Wtem znów wbiegł Wójcik, wąsy drgały mu ze złości, ale słysząc z dalmierza podawane nam współrzędne, roześmiał się głośno i rzekł, że już chciał nam tak dać w dupę, że rodzona matka by nas nie poznała.

Gdy mrok otulił namokniętą ziemię i jeno wielkie miasto położone tuż z prawej strony przebłyskiwało złotym rżyskiem świateł, rozpoczęto strzelanie z ostrych pocisków do pojawiających się makiet czołgów. Pociski na podaną komendę wyły krótkimi seriami, działa ziejące ogniem nikły zaś w ciemności. Następnie, po ustaleniu trafień poszczególnych baterii, ponownie zagrzmiały i pluły ogniem, wyrzucając z siebie ceglasto świecące pociski.

W sobotę jak zwykle poszliśmy do łaźni. Tę zapamiętałem szczególnie dobrze, gdyż po manewrach cuchnęliśmy mocno potem i prochem. Po oddaniu brudnej bielizny wyszliśmy zupełnie nadzy, niczym zbawieni na obrazie Memlinga. Byliśmy w sile wieku i nasze ciała po zrzuceniu z nich zniszczonych, źle dopasowanych uniformów, wyglądały jak posągi wykute z alabastru lub odlane z mosiądzu, gdy zrosi je pierwszy deszcz. Zbyszek Olkowski kąpiący się ze mną pod jednym prysznicem, powiedział:

- Zobacz Zygmunt, jakie to palanty nami trzęsą!

Rzeczywiście, kaprale nadzy, bez dopasowanych nowych mundurów, wyglądali żałośnie. Krocza okrywali ciągle bujną pianą, by ukryć swoje niewydarzone penisy. Jedynie kapral Melchior i bez munduru wyglądał zgrabnie, wyniośle niczym posąg Dawida. Nasze męskości w tej mgle ciepłej, pachnącej szarym mydłem, zdawały się jednakie, lecz dawało się zauważyć, że potężny G. miał siusiaka jak maleńki chłopczyk, zaś pewien szeregowy został obdarzony mięsistym, długim, zwisającym w kroku przyrodzeniem.

Zbiegł styczeń i luty zaczął władać znaczniejszą zełgą mrozu. Zbliżał się dzień przysięgi. Do klubu oficerskiego zapraszano przeróżnych cudaków, by dzięki temu poprawić nastroje w jednostce. Franciszek Kapcio pochodzący z obrzeży Puszczy Kampinoskiej widząc ich wyczyny uznał, że są demonami, a nie ludźmi. Zastanawiał się, jak człowiek może łykać płomienie i buchać ogniem, rwać na piersi grube łańcuchy, gwoździe dziesięciocalowe owijać dookoła kciuka, z wysokości czwartego krzesła skakać na szkło potłuczone, chodzić boso po węglach rozżarzonych. Dla nas z Trójmiasta nie była to żadna nowość, lecz dla niego - człowieka z dzikiej ustroni - wydawało się przerażające, zwłaszcza, gdy skrzynię, do której weszła dziewczyna, przecinano piłą na pół. Kiedy wychodziła z niej cała, śmiał się jak najszczęśliwsze dziecko. Jego twarz brzydka, sinawa, z mocno wystającymi kośćmi policzkowymi i niskim czołem, stawała się wtedy ładna, a zęby lśniły bielą jak u młodego wilczka. Głos miał przy tym z lekka zachrypnięty jak u przekrzyczanego pastucha i okazywał się trochę nieporadny, dlatego w naszej kompanii uchodził za ofermę. W dodatku naśmiewano się z jego nazwiska. Zresztą, z tego względu Wójcik przechrzcił go na Gruszczyńskiego, zaznaczając stanowczo, że ma się odzywać tylko w przypadku wymienienia tego nazwiska.

Niebawem zdarzyło się, że Caputa sprawdzał obecność na porannym apelu. My odpowiadaliśmy, że jesteśmy. Gdy padło nazwisko Franciszka, zaległa cisza. Powtórzono je więc, ale Kapcio nadal milczał. Wreszcie Caputa wrzasnął:

-Ty ofiaro pułkowa, o czym ty myślisz! O dupie Maryni, o swojej Dziuni, ją i tak inny tam p..., a ty tu musisz stać na baczność.

Wtedy rozległ się pomruk żołnierzy i odezwał się Jasio Fajfer:

- Obywatelu kapralu, wczoraj podoficer Wójcik przechrzcił go na Gruszczyńskiego.

Na to Caputa od mruknął:

- Masz szczęście, bo zajebałbym cię na śmierć.

Kiedy upłynął pierwszy tydzień lutego, rozpoczęły się intensywne przygotowania do przysięgi. Szczególnie wiele czasu poświęcano musztrze, ponieważ musieliśmy należycie opanować krok defiladowy. Ćwiczyliśmy tak dużo, że wielu żołnierzy zaczęło narzekać na bolące stopy. Jackowi Molendzie dokuczał z kolei często żołądek, z tego powodu bywał na izbie chorych, gdzie poznał bliżej naszego „łapiducha”. Ten miał dobre znajomości z doktorem, który za pół litra dawał skierowania na specjalistyczne badania do Torunia. Mnie także powiedział, żebym wymyślił sobie jakąś dolegliwość, to pojedziemy razem. Zacząłem przesadnie kuleć i wręczona butelka żubrówki zadziałała bezbłędnie.

Dzień naszego wyjazdu był nadzwyczaj ciepły. Śnieg z wolna ustępował z pól, a spod niego żywą zielonością wychylały się oziminy. Woda bruzdami gnała ku łąkom, zmieniając je w duże rozlewiska. Przy rowach wierzby ogłowione strzelały w niebo snopem witek, z których pąków wykluwały się puszyste bazie. Jacek rozmawiał z sanitariuszem o trunkach, które zamierzaliśmy wypić w Toruniu. Mnie jednak zachwycała budząca się przyroda, a pociąg gnał, z przeciwka zaś wciskał się między wagony wiatr - skamlał, wył, jęczał, po czym zbiegał na pola. Patrząc przez okna zdawało się, że nie my, a Toruń zbliża się do nas. Wnet też duża fabryka pierników przemknęła przed nami i pobiegła gdzieś na złamanie karku.

W przychodni załatwiono nas szybko. U mnie stwierdzono niewielkie żylaki lewego podudzia, u Jacka silną nadkwasotę żołądka. Z tego względu lekarz zapisał mu podwójną porcję jedzenia, aby nie chodził ciągle głodny. Gdy wyszliśmy z przychodni, towarzyszący nam kapral powiedział, że z powodu tej choroby Jacek ma szansę wrócić do cywila. Taki przypadek już się nawet zdarzył.

Starówka w Toruniu zdawała mi się sennym marzeniem, widokiem z baśni, tak biła ciepłem w południowym słońcu, iż przypominała nasz piec ceglany w kuchni. Katedra z postacią Kopernika na frontonie również wywarła na mnie duże wrażenie. Patrząc na tego geniusza biegłem myślą w kosmiczne dale nie mające kresu.

Tydzień przed przysięgą poświęcono wyłącznie tej uroczystości. Uczyliśmy się na nowo słów przysięgi, której zmieniono w dużym stopniu po objęciu przez Spychalskiego dowództwa nad siłami zbrojnymi. Przeprowadzano także próby na placu zbiórki, ponieważ szkoła podoficerska miała stać pośrodku szyku. Olkowskiego i Forela wyznaczono do składania przysięgi na sztandar jednostki. G. w sobotę na próbie generalnej dostał niemal białej gorączki, gdyż Franek Kapcio nie mógł utrzymać kroku defiladowego. Przez niego powtarzaliśmy próbę chyba ze sto razy. My jednocześnie „łup”, a Kapcio ze spóźnieniem „pac, pac”. „Jezusek” darł się, by Kapcio przestał w końcu muchy zabijać! A Franek zestresowany tym bardziej mylił nogę.

Wreszcie kapral Melchior wziął się na sposób. Ujął Franka pod ramię i spokojnie maszerował z nim przed trybuną. Potem chodzili krokiem defiladowym, co wyszło całkiem przyzwoicie. Potem włączono Kapcia do jego czwórki i maszerowano tak długo, aż w końcu, jak to się mówi po żołniersku, Franek zaskoczył.

I nadszedł dzień 17 lutego - dzień uroczystej przysięgi, już przed pobudką w naszej sypialni rozbrzmiewały ciche rozmowy. Koledzy przejęci tym wydarzeniem sami wyrwali się ze snu. Po zaprawie porannej zapanował w umywalni wielki ruch. Wszyscy golili się, gdzie kto mógł, stawiając swoje kieszonkowe lusterka na parapetach, to przyklejając je do szyby. Miły zapach pasty do mycia zębów tężniał i mieszał się z wodą kolońską. Kapral Caputa skrobiąc swoją twarz zaatakowaną trądzikiem syczał z bólu jak żmija ostrzegająca przed ukąszeniem. Przez zaciśnięte zęby mówił do nas:

- Wam to sama przyjemność golić takie puszki jak na noworodka pupie, dla mnie to koszmar.

Rzeczywiście, jego twarz po takim zabiegu krwawiła z każdej krosty. Było mi go trochę żal, mimo że jego lotnik Czkałow często burzył moje łóżko sfatygowane przez poszukiwaczy papierosów.

Po śniadaniu ogłoszono zaraz zbiórkę. W jej trakcie dokonano wnikliwego przeglądu żołnierzy. Szef kompanii kazał rozpiąć haftki u kołnierzy mundurów, a Wójcik sprawdził czystość kołnierzyków i orzekł:

- Kapcio brudny, Gdaniec brudny, Czuryło i Forel także brudny - następnie krzyknął:
- Daję wam minutę na przyszycie czystych!

Potem padła komenda: „W tył zwrot” i kazano nam podnosić nogi, lewą i prawą. W ten sposób sprawdzano, czy są wszystkie gwoździe w podeszwach butów. Wtedy dostrzegłem wśród gapiów postać osobliwie ubraną - mężczyznę w baranicy i długim kożuchu, przepasanym szerokim pasem, a także w wysokich butach z juchtowej skóry. Po zmianie kołnierzyków Wójcik zaczął sprawdzać, czy wszyscy są starannie ogoleni. Zatrzymał się przed Kapciem i znów zaczął mu wymyślać:

- Oskrobałeś się jak niedołężny starzec, marsz, lepiej mi się ogolić!

Gdy Kapcio biegł, ów mężczyzna w kożuchu zastąpił mu drogę. Franek głosem wstępującego do nieba zawołał „Tato!” - a on Synu!” - i padii sobie w ramiona. Zapadła wtedy przedziwna cisza. Potem zaś obaj wybuchnęli głośnym płaczem. Cóż znaczyły dwa paski na pagonach Wójcika przy tak wielkim majestacie ojca kładącego na czole syna błogosławieństwo przekazane od chorej matki. Wielu z nas odczuło w sobie żal zalegający głazem w piersiach, wtłoczony tam przez nieludzkich, stawiających się nad prawem kaprali. Ja również poczułem na moment nieznośny ból w piersi, jakby ktoś miecz rozpalony wbił mi w serce. Kapral też wygarnął kciukiem z kącika oka łzę palącą z powodu jego niegodziwego uczynku. Wiadomo, gdy burza mknie i biją gromy, to wnet otworzy się niebo złote. Tak stało się i w tym przypadku.

Kapral Suchta rozkazał rozejść się do pułkowej świetlicy i zobaczyć, czy nie czeka tam ktoś z rodziny. Poszedłem i ja, lecz w tłumie ściskających się ludzi nie dostrzegłem spodziewanego brata ni kuzyna. Uwagę skupiłem natomiast na Jurku Kryńskim, zwanym ojczulkiem, który trzymał w ramionach swoją piękną żonę, roniącą ze szczęścia łzy gorące.

Przed dziesiątą poszczególne baterie wyruszyły na plac apelowy. Podoficerska zajęła miejsce szczególne - w środku pułku. Padła komenda do równania szyków. Ustawiliśmy się przy wyznaczonej linii. Stanęliśmy mocarnie niczym dębowy las, mur warowny, tylko automaty na piersiach kołysały się lekko w takt przyspieszonych oddechów. Wokół trybuny zgromadziły się tłumy ubranych przeróżnie cywilów, przeważały kobiety i młode niewiasty w kożuchach. Pojawiły się również starsze panie w futrzanych czapkach i eleganckich pelisach, przyozdobionych kołnierzami ze srebrnych lisów. Ręce trzymały zanurzone w puszystych mufkach. Z kolei przybyłe chłopki stały otulone w samodziałowe chusty spod których wyzierały barwne opoczyńskie pasiaki. Ujrzałem także w tej mrowiącej się ciżbie ojca Franka, przypominającego tura strzegącego stada oraz mego kuzyna Herbasza i brata Janka. Na ten widok ustąpiło zaraz przygnębienie.

Wtem porucznik Gancarczyk powiedział:

- Na moją komendę kompania łączności baczność!

Potem złożył raport szefowi sztabu. To samo uczynili poszczególni dowódcy. Szef zaś po wysłuchaniu wszystkich zameldował:

- Obywatelu majorze, 65 pułk artylerii przeciwlotniczej gotowy do przysięgi.

Działa obnażone z pokrowców, z lufami wzniesionymi do nieba, potwierdzały te słowa, tylko radary i przyrządy centralne były nadal zakryte, jako broń w owym czasie nowa i tajemnicza. Dowódca pułku stojąc na trybunie w towarzystwie przybyłej z Warszawy świty powiedział z mocnym akcentem:

- Pułk na moją komendę baczność!

I wszyscy zamarli w bezruchu jak granitowy blok pokryty zielonym nalotem szarugi. Wtedy ze śmiejących się słońcem trąb pułkowej orkiestry począł się wznosić Mazurek Dąbrowskiego, napełniający powagą podniebną przestrzeń. W tej uroczystej chwili sztandar jednostki załopotał na wietrze, by następnie z wielką pokorą pochylić się ku ziemi. Olkowski z Forelem przyklękli przed nim na jedno kolano, a dwa palce położyli na sztandar. My położyliśmy czapki na lewych dłoniach, prawe zaś wznieśliśmy jak do salutu na wysokość głowy i zaczęliśmy za szefem pułku powtarzać słowa przysięgi: ja obywatel Polski Ludowej, stojąc w szeregach wojska polskiego, przysięgam uroczyście strzec naszych granic i tajemnicy wojskowej, wraz z sojuszniczą armią Związku Radzieckiego, a gdybym nie bacząc na tę uroczystą przysięgę obowiązek wobec ojczyzny złamał, niechaj mnie dosięgnie karna ręka sprawiedliwości ludowej. Podczas tych słów groźnie brzmiących patrzyłem na lud zebrany, chusteczki chłonące szczodre łzy wzruszonych matek i żon zakwitały niczym białe bzy.

Nazajutrz po przysiędze, 18 lutego, otrzymaliśmy rozkaz wyjazdu do Podoficerskiej Szkoły Łączności w Bydgoszczy. Gdy staliśmy w pełnym rynsztunku przed blokiem, czekając na porucznika ze sztabu, pod którego dowództwem mieliśmy pojechać, nasi „bogowie” zaczęli straszyć:

- Zobaczycie, cwaniaki z Sopotu, nie na darmo tę szkołę nazwano siódmym cyrkiem łączności. Tu to było przedszkole, tam dopiero zobaczycie, co to jest wojsko.

Na to kapral Suchta powiedział:

- Nie taki diabeł straszny jak go malują.

Z pogardą spojrzeliśmy raz jeszcze na tych kretynów i poszliśmy do biura przepustek, gdzie czekał na nas ów porucznik. Idący ostatni Kazik Remus rzucił:

- Teraz możecie nas w dupę pocałować - a Górski dodał - Wy zblazowane wymoczki.

Było już jednak zbyt daleko, by mogli to usłyszeć. Poszliśmy na skróty przez park, objuczeni jak wielbłądy. W zaciszu krzewów słońce przygrzewało mocno. Porucznik pozwolił nam usiąść na ławce, ponieważ mieliśmy jeszcze sporo czasu do pociągu. Kazik wyciągnął „sportaki”, na co porucznik wyjął też swoje i nas poczęstował. Wiadomo, ja odmówiłem. Górski natomiast sztachał się raz po raz, nie mogąc się nasycić smakiem lepszych papierosów. Na peronie zrzuciliśmy plecaki z obolałych ramion. Porucznik wypytał, skąd jesteśmy i co robimy w cywilu. Nad nami rozpościerało się niebo wymoszczone drobnymi chmurkami, niczym gniazdo ptasie ze złotym jajem słońca pośrodku. Tę czystość brudził już jednak dym unoszący się z nadjeżdżającego pociągu.

Gdy maszyna buchająca parą zbliżyła się do peronu, założyliśmy plecaki na ramię. Zajęliśmy całkiem wolny przedział. Pociąg ruszył w kierunku Gdańska, przyklaskując na złączach szyn coraz spieszniej, jakby cieszył się z nami, iż zdąża na Pomorze. Podczas jazdy na dobre rozkręciła się rozmowa, pociąg zaś całą siłą pędu znikł w tunelu, po czym wystrzelił z niego niczym pocisk z lufy w jasność dnia.

I wnet Fordon przemknął za oknem, zabudowa poczęła gęstnieć i przypominać architekturę Trójmiasta. Znaleźliśmy się w grodzie nad Brdą. Pociąg wolno wtoczył się na dworzec główny. Przez okno ujrzeliśmy na peronach wiele ludzi, poruszających się szybko, niczym mrówki w zburzonym mrowisku. Jedni wsiąkali w tunele, inni z nich wychodzili, dużo znikało w wagonach pociągów stojących przy peronach.

My wysiedliśmy dopiero na stacji Jachcice przy rampie wojskowej. Tam porucznik rozkazał nam czekać aż do swego powrotu. Na wszelki wypadek zostawił nam rozkaz wyjazdu, zwłaszcza, gdyby nas dopadły „bociany”, tj. patrol garnizonowy, zwany tak z powodu noszenia białych czapek, pasów i spinaczy u butów. Po godzinie czekania weszliśmy za ogrodzenie starego cmentarza. Usiedliśmy za zasłoną bluszczu pnącego się na krzewy. Otworzyliśmy konserwy, nasz suchy prowiant na drogę, popijaliśmy piwem. Było fajnie i beztrosko, jak bywało w cywilu, gdy wino szumiało w głowie. Czuliśmy się tu bezpieczni, mieliśmy też dobry punkt obserwacyjny na peron, by zauważyć przyjście naszego wodza.

W końcu o piętnastej zjawił się porucznik. Widząc nas w dobrym humorze po jedzeniu i piwie, powiedział, iż i on wypił trochę, bo był u krewnych. Po chwili ruszyliśmy do koszar. Szliśmy wąską uliczką, a dzieciaki wołały, że idzie karawana wielbłądów. Na to porucznik odparł, że zaraz wsadzimy was do tych plecaków. Po pokonaniu kawałka drogi w tym wesołym towarzystwie, malcy nas opuścili.

W pewnym momencie porucznik odezwał się do nas:

- Dobrze że jesteście bez broni, bez tej żołnierskiej kochanki, bo trzeba o nią dbać. Gdy szaruga na dworze, to okrywa się tą dolegliwością, co niewiasty nawiedza raz w miesiącu.

Zaśmialiśmy się szczerze z tego porównania, a Górski dodał, że tak jest naprawdę, bo gdy w deszcz byliśmy na torze przeszkód, to jego karabin zrobił się cały czerwony od rdzy. W tej wesołej pogaduszce stanęliśmy u bramy

 

Zygmunt Bukowski

 

jednostki. Przełożony rzekł, że przybyliśmy oto do sławnego siódmego cyrku. Okazał wartownikowi przepustkę i weszliśmy. Był poniedziałek, 18 lutego, czwarta po południu i tak w nowej rzeczywistości zostaliśmy zamknięci na dziewięć miesięcy.

Blok szkoły, do którego weszliśmy po szerokich schodach, był już nową dwupiętrową budowlą z białą elewacją. Różnił się bardzo od pozostałych budynków koszar. Wewnątrz biegł przez całą długość korytarz. Po bokach znajdowały się tylko wnęki, czyli sypialnie żołnierskie. Nie było piętrowych łóżek jak w Brodnicy. Przed drzwiami dowódcy spotkaliśmy szefa kompanii w stopniu starszego sierżanta. Porucznik zameldował przybycie, podając jednocześnie nasze dokumenty. Kapitan uważnie je przejrzał i powiedział:

- No cóż, żołnierzyki, tu trzeba będzie się wiele uczyć, by te dwie belki siadły na pagonach.

Szef kompanii zaprowadził nas do trzeciej wnęki, licząc od tyłu. Zajęliśmy trzy łóżka po kolei, od okna. Na ich szczytach powiesiliśmy plecaki. Zamiast sienników były materace i ciepłe grube koce, wszystkie w kolorze zielonym. Zmęczeni usiedliśmy na taboretach, a tu cisza. Żołnierze w trakcie zajęć własnych w świetlicy. Po jakimś czasie przyszedł szef z kapralem i powiedział, że od dziś ten przystojniacha będzie naszym dowódcą plutonu. Wtedy kapral przedstawił się, że nazywa się Marian Niesyn.

Był to młodzieniec o bladej twarzy z oczami czarnymi jak dwie przepastne, bezdenne głębiny. Miał zęby z koroną ładnie wyprofilowaną, jąkał się lekko przy niektórych wyrazach. Po krótkiej rozmowie poszedł grać w tenisa. Wtedy zajrzeliśmy do poszczególnych salek, wszędzie panował wzorowy porządek. Pomyśleliśmy, że jest to może cisza przed burzą, ale nie, w kompanii nadal był spokój. Obejrzeliśmy umywalnię i ubikacje - wszystko eleganckie jak w wytwornym domu. Zapytaliśmy dyżurnego, co tu taki spokój. Odpowiedział, że teraz jest godzina przeznaczona na zajęcia własne. Po tym czasie spora grupa żołnierzy wyszła na korytarz, inni na zewnątrz, gdzie palili papierosy. O godzinie dziewiętnastej zarządzono zbiórkę na kolację. Szef polecił też nam pójść, gdyż i dla nas znajdzie się kawałek chleba i talerz zupy. Po kolacji poznaliśmy się z kolegami z naszej sali. Następnie odbyło się sprzątanie rejonów, a o godzinie dwudziestej apel wieczorny, capstrzyk zaś o dwudziestej drugiej. Kostki z mundurów ułożyliśmy starannie, bo mając złe wspomnienia z Brodnicy, myśleliśmy, że i tu lotnik Czkałow zaatakuje. W kompanii zaległa jednak idealna cisza. Na nowym miejscu spaliśmy spokojnie do rana.

Po tygodniu napisałem do ojca list. Była to długa rozmowa listowna, przytoczę więc słowa, które dobrze zapamiętałem: Ojcze, jesteśmy już w Bydgoszczy w siódmym pułku łączności, na szkole podoficerskiej. Warunki bytowania są tu lepsze niż macie w domu, centralne ogrzewanie, a w umywalni ciepła woda w kranach. Nauki jest dużo, ale jak wiecie, z tym radzę sobie dobrze. Obecnie mam duży siniec na lewym policzku, lecz teraz już żółknie i jest miej widoczny. Nabawiłem się go na torze przeszkód, przy skoku z okna pierwszego piętra głową w dół uderzyłem nasadą kolby w kość jarzmową. Tato, jeśli będziesz w Przywidzu, wyślijcie mi sto złotych, z łych odłożonych na okres służby wojskowej. Czas monotonnie tu pełznie niczym ślimak. Dzień zdaje się tygodniem, a tydzień miesiącem. Ojcze, byłoby można na ten temat jeszcze wiele pisać, ale wy także służyliście w wojsku, lecz w innym czasie i innej rzeczywistości, w Chełmnie koło Świecia, a ja nieco dalej.

 

Kapral Niesyn z plutonem (trzeci od lewej Zygmunt Bukowski)

 

W Bydgoszczy mieliśmy po raz pierwszy apel mundurowy, gdy zaczęły ginąć pasy. Szef kompanii z płaczliwy miną i ściągniętymi brwiami wrzeszczał:

- Jebiona mać! Jebiona mać! Syn z wojska, krowa do wojska!

Ale na nic to całe zamieszanie, pasów i tak nie odnaleziono. Ponoć sprzedawano je w mieście wyrostkom. Natomiast w dniu obierania ziemniaków było zawsze wesoło. Kaprale judząco zachęcali, aby wszyscy po kolei opowiadali kawały, przede wszystkim słone. Jeden z żołnierzy opowiedział po kaszubsku o Augustku Raputniku:

W jedny szkole bel taczi uczeń, co chódzyl ju trze lata do pierszi klasę i wiedno na uczbie wólół;

- Szkolno, jó chca szczac! Szkolno wiedza, że mó przejachac szpektor, gódó do Augustka;
- Augustku, jak mdzesz chcól jidz na wichódk, pódniese dwa palce w góra, a nie wóló tak brzedkó.

Dredzegó dnia przechódó szkólowi wizytatora, a widzące w sledny łówce mocno werosłego knópa, pódchódó do niego i pito:

- Jak sa nazywósz!
- Augustk Raputnik, panie szpektor - ódpówiódó uczeń.
- Augustku, pówiedze mie, wiele to je jeden dodać jeden!
- Dwa - ódpówiódó z bucha knóp.
- Ne dobrze. A tero rozwiąże mie tacze zadanie: Mosz sztere jaja, jó ce wezna dwa, wiele ce óstónie!

Augustk przestapuje z nodzi na noga, zdrzi w pósowa, óczama przewrócó i widzy, ze szkolno za plecama szpektora trzimó dwa palce w górze, tej wrzeszczi:

- Nasza szkolno chce szczac, bó sa glosy! Cało klasa sa śmieje, szpektor sa óbzeró i pito dali:
- Jak ce wezna ne dwa jaja, co ce óstónie, Augustku!
- Penka - wrzeszczi i śmieje sa knóp.

Przy końcu lutego na apelu porannym oficer polityczny zaczął wygłaszać chwalebne mowy o partii. Z naciskiem zaznaczył, iż podoficer wojska polskiego winien należeć do PZPR i że będzie to szczególnie brane pod uwagę przy awansie na kaprala. Chętnym żołnierzom polecił wystąpić z szeregu. Z naszego plutonu wystąpiło czterech, w sumie w całej kompanii znalazło się takich trzydziestu. Zebrania partyjne odbywały się w niedzielę do południa. Z przecieków było wiadomo, że dużo z nich stało się kapusiami. Donosili, jakie kto ma zapatrywania ideowe, sondowali, czy ma kogoś za granice), a politrucy wszystko skrzętnie notowali. Solak miał wyjątkowo brzydki charakter, prowokował nawet kłótnie i sprzeczki na temat poznańskich wydarzeń, by zorientować się, kto po jakiej jest stronie. Jednak i w wojsku powoli poczęto kruszyć betony stężałe. Szef ogłosił przed Wielkanocą, że kto jest wierzący, ma możność udania się na rekolekcje. Zgłosiło się wielu, lecz w garnizonowym kościele dostrzegłem zaledwie kilku z naszej szkoły.

Wielkanoc w tym roku przypadała 21 kwietnia. W związku z tym świętem napłynęło dużo listów i kart z życzeniami. Ja także otrzymałem świąteczne życzenia od siostry Tereni z Kłodzka, gdzie pracowała jako oddziałowa w tamtejszym szpitalu. Listy mogliśmy odbierać u dyżurnego w kompanii. W Wielki Piątek wyczytano w rozkazie dziennym, iż w Wielką Sobotę nasz pluton będzie trzymał wartę w pułku. W tym dniu dostaliśmy cztery godziny na przygotowanie do pełnienia tego zaszczytnego i jakże odpowiedzialnego obowiązku. Powtarzaliśmy z regulaminu fragmenty określające obowiązki wartownika, przede wszystkim, jak ma się zachować w szczególnych przypadkach pełnienia warty. Wiedzieliśmy już, że oficerem dyżurnym w pułku będzie porucznik Gawron znany z drobiazgowych pytań, tyczących regulaminu służby wartowniczej.

Przed czwartą stanęliśmy z naszym dowódcą warty - kapralem Niesynem przed sztabem i czekaliśmy na oficera dyżurnego. Byliśmy bardzo zestresowani, przejęci, bo czekała nas pierwsza warta w życiu. Kapral widząc nadchodzącego porucznika podał komendę:

- Służba wartownicza baczność!

Następnie krokiem defiladowym wyszedł mu naprzeciw, zatrzymał się trzy kroki przed nim i zameldował:

- Obywatelu poruczniku, pluton szkoły podoficerskiej gotowy do pełnienia służby wartowniczej.

Wtedy porucznik zasalutował i donośnie powiedział:

- Czołem służba wartownicza!

Odpowiedzieliśmy:

- Czołem obywatelu poruczniku!

Zaczęło się od przeglądu broni. Brał do ręki każdy peem, czyli pistolet maszynowy, zaglądał w lufę, w komorę nabojową, spozierał na szczerbinkę, muszkę, badał, czy jest należycie pokryta oksydą. Wnikliwie przeglądał maski, opatrunki osobiste, sprawdzał czystość onuc, a nawet bielizny. Po godzinnej odprawie wręczył dowódcy warty zalakowaną kopertę z hasłem i odzewem na czas pełnienia naszej służby. Na wartowni kopertę otwarto i kapral wszystkim oznajmił, iż naszym hasłem jest „Ruczaj”, a odzewem „Kalina”. Potem padła komenda, że pierwsza zmiana szykuje się do wyjścia. Na korytarzu zaś następna: „Ładuj broń!” Pełen magazynek naboi włożyliśmy do broni, a dwa kolejne mieliśmy jeszcze w ładownicach.

Znalazłem się w pierwszej zmianie. Z naszym dowódcą i dowódcą oddziału kończącego służbę poszliśmy zdejmować posterunki. Na ich miejsce wchodziliśmy my. Przyjmujący dowódca warty dokładnie sprawdził plomby na poszczególnych obiektach. Mnie przypadło stać przy magazynie mundurowym. Podczas drugiej zmiany zastał mnie świt, las z wolna tężejącą purpurą obejmował pnie sosen, powlekając jednocześnie kres nieba wielkim pożarem, zajmującym zaborczo pogodne niebiosa, aż wreszcie z tego źródła promieni stłoczonych wynurzył się łuk słońca, ogarniający ziemię perlistym kilimem, tkanym z tęczowych rozetek, których każde pawie oczko wielbiło tego poranka Pana Zmartwychwstałego. Czyż nie wtedy, choć daleko od domu, całą siłą wszechmocy Bożej byłem tam, gdzie w oną rezurekcję w potok szumiący zanurzałem dzban. Jedynie ci wiedzą, co w takiej chwili byli daleko od stron rodzinnych, jak boli tęsknota. Pamiętam, że wtedy moje wielkie rozdarcie koiła rozkwitająca gałązka brzozy, roniąca na mą rozpaloną twarz chłodne krople rosy. Zdawało się, iż to sama pani wiosna z naszej ustroni składa mi wizytę.

W trakcie takich to marzeń wynurzył się przede mną nasz dowódca warty z kolejną zmianą. Po świętach dni biegły leniwie, a nauka w ogóle nie chciała wchodzić nam do głów. Pewnego dnia wylegliśmy na przerwie dużą grupą przed blok i posiadaliśmy na betonowej posadzce, która nagrzana od słońca lubo grzała w tyłek. Inni cisnęli się w otwartych oknach i chłonęli zapach kwitnących jaworów. Naraz zostałem silnie uderzony w głowę i straciłem przytomność. Gdy ją odzyskałem, ziemia kolebała mi się, niczym kołyska uczepiona do stropu nieba. Kiedy zamrocz ustąpiła, zobaczyłem przed sobą roztrzaskane skrzydło okienne. Wtem poczułem, że krew zalewa mi oczy. Próbowałem wstać, ale nie mogłem ustać na nogach. Zieleń oglądana przez krew zdawała się falującym szkarłatem, podziurawionym złotymi plamkami, a w głowie dzwoniła mi potężna zawierucha spiżu. Dłonią przetarłem oczy i ujrzałem, że dwu żołnierzy trzyma mnie pod pachy. Skurcze żołądka chciały jakby wszystko wyrzucić ze mnie. Na schodach prowadzących do izby chorych nogi odmówiły mi posłuszeństwa, w oczach gęstniały płaczki jakby deszcz bluzgał po szybach. Straciłem świadomość.

Gdy oprzytomniałem w mocnym zapachu amoniaku, lekarz rzekł, że miałem szczęście, bo mało brakowało, a okno wbiłoby mi się w ciemię, co spowodowałoby niechybnie śmierć. Za kilka dni miano mi zdjąć opatrunek, a do tego czasu postanowiono zatrzymać w izbie chorych na obserwacji. Podejrzewano bowiem wstrząśnienie mózgu. Prócz pojawiających się napadów bólu głowy, czułem się dobrze. Maj tęgim zapachem żywicy z przyrostów młodych sosen wpadał do wnętrza izby. Tchnące edenem powietrze goiło jak narkotyk, wyciszało moje dzwony w głowie.

W tym dziwnym stanie nie dbałem o posiłki, nie obchodził mnie cały otaczający świat. Czułem się z tą głową w bandażach, niczym jedwabnik w kokonie, lecz zaborczy hodowca wnet mnie okradł z tej bezpiecznej otuliny i musiałem wrócić do szarej rzeczywistości życia koszarowego.

Po tygodniu dowódca szkoły oznajmił na porannym apelu, że wyjeżdżamy na tygodniowe manewry, gdzie będziemy zapewniać łączność sztabowcom wojującym palcem po mapie. Ja z Wieśkiem Asztęborskim pełniliśmy na zmianę stały ostry dyżur w namiocie oficera operacyjnego, gdzie niżsi rangą oficerowie oznaczali czerwoną obwódką na mapach tereny zajęte przez wroga. Ataki oskrzydlające naszych wojsk wytyczano zaś niebieskimi strzałkami. Wszystkie meldunki i rozkazy kodowano. Z jednym radiogramem, którego nasz specjalista nie mógł rozszyfrować, wysłano mnie do dowództwa sztabu.