Zielony kuferek. T. 1 - Zygmunt Bukowski - ebook

Zielony kuferek. T. 1 ebook

Zygmunt Bukowski

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Kolbudach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 160

Rok wydania: 2003

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Zygmunt Bukowski

Zielonykuferek

Autobiografia 1936-1956

Kociewski Kantor EdytorskiTczew 2003

 

Książkę wydano przy pomocy finansowejUrzędu Gminy w Trąbkach Wielkich

Na okładce

Dom w Trzepowie,akwarela wykonana przez autora w 1949 roku

Redakcja

Roman Landowski

Redakcja technicznaHalina Rudko

Copyright byZygmunt Bukowski2003

ISBN 83-85026-70-3

Od wydawcy

Zygmunt Bukowski, znany ludowy rzeźbiarz, zamieszkały na północnym pograniczu kociewskim, w literaturze uwiecznił swoją twórczość jako poeta. W tej dziedzinie należy do czołowych polskich przedstawicieli nurtu chłopskiego, wielokrotnie nagradzany w Ogólnopolskich Konkursach Literackich im. Jana Pocka i w wielu innych. Talentu swego pióra użyczył także dramaturgii, pisząc sztukę teatralną Privisa.

Twórczość poetycka Bukowskiego, regularnie przekazywana przez autora w kolejno wydawanych zbiorach, doczekała się już wyboru w oddzielnym tomie W gęstwinie słów wiernych, dokonanego przez niemal stałego recenzenta, autora z Mierzeszyna, Donata Niewiadomskiego.

Jako prozaik Zygmunt Bukowski ujawniał się bardzo ostrożnie, drukując w czasopismach - przeważnie na łamach Kociewskiego Magazynu Regionalnego - swoje autobiograficzne opowiadania. Jedno z nich - Torf, także doczekało się laurów konkursu literackiego. Opowiadania te, zebrane w całość i uporządkowane chronologicznie, złożyły się na niniejszą książkę. Jest to proza bardzo osobista, ujawniająca szczegóły życia z okresu młodości autora. W czasie lektury okaże się jednak, że nie jest to zwyczajny życiorys, bowiem tekst przekazany tzw. prozą poetycką, czyni z tej autobiografii wartość zbliżoną do literatury beletrystycznej. Użyte metafory mogą się niekiedy wydawać sentymentalne, ale taki jest charakter psychicznego wnętrza autora.

Zielony kuferek przybliża sympatykom twórczości Zygmunta Bukowskiego - tej rzeźbiarskiej jak i poetyckiej - jego życie z lat 1936-1956. Była to młodość trudna, ale piękna, otoczona przyrodą i marzeniami o przyszłości. W otoczeniu swoich najbliższych Bukowski szukał miejsca w swoim przyszłym artystycznym świecie. Ci, którzy znają wiersze autora lub uczestniczyli w wystawach jego prac „malowanych dłutem” przyznać muszą, że doświadczenia owej młodości odcisnęły widoczny ślad w jego twórczości, przepełnionej ciepłem, intymnością i pełnej liryzmu.

Dzieciństwo

Matuś wydała mnie na świat 30 kwietnia 1936 roku, kiedy księżyc w zenicie nocy w wielkiej poświacie był. Nastąpiło to w miejscowości Wysin, na wybudowaniu koło Janka Myszkra, gdzie dzisiaj tylko głazy z fundamentów świadczą, że był tu dom, w którym stała moja kołyska. Stąd w świadomości pierwszej zachowałem słoneczne podwórko, staw wysklepiony pogodą nieba, kaczęta na nim puszyste jak bazie i ten cudowny wiosenny dzień, kiedy matka do rąk żółty kwiatek mi podała i tak trafnie wtenczas maleńkim słońcem go nazwała.

Jak mi wiadomo z opowiadań matki, wkrótce przeprowadziliśmy się do rodziców ojca, gdyż dziadek mój, po odejściu syna Lucjana do Gdyni, nie mógł dać sobie rady na gospodarstwie.

Z tego czasu dobrze zapamiętałem jedynie powrót z gościny od cioci Wandy. Leżąc na wozie, otulony sianem, patrzyłem na gwiazdy, które przeświecały przez nagie jeszcze gałęzie wiekowych lip. Rodzice już wtedy rozmawiali o wojnie. Szczególnie niepokoiła się matka, wybuchając raz po raz płaczem. W połowie października, kiedy klony przy ganeczku wpięły w swoje korony pąsowe i złote kokardy, wróg przyszedł do naszego domu, waląc kolbami w drzwi, choć były otwarte. My - przygotowani już na to, siedzieliśmy w kuchni z tobołkami na plecach, stłoczeni wokół rodziców. Jakże wyraźnie zapamiętałem tych strasznych okupantów, celujących automatami w nasze przestraszone oczy, patrzących sępio spod hełmów, krzyczących - Raus! Raus!

Kiedy ruszyliśmy wyjściem gościnnym na drogę, mama poleciła mi bym zawrócił i zabrał sukienkę młodszej siostry, wiszącą na haczyku przy piecu. Gdy podskakiwałem by ją zdjąć, żołnierz grzebiący w szufladach komody usłyszał szmer, lecz ja już z sukienką w białe bociany na czerwonym tle pędziłem korytarzem, porywając jeszcze z kosza duże rumiane jabłko. Wtem uczułem ból - to przeklinający żołdak poczęstował mnie kopniakiem. Odeszliśmy nieco od zagrody, kiedy usłyszałem pierwszy strzał okrutnej wojny, a potem przeraźliwy skowyt naszego psa.

Gdy dochodziliśmy do Wysina zobaczyliśmy wieś okoloną wojskiem i karabiny maszynowe gotowe do strzału. Po nocy spędzonej w kościele, przewieziono nas samochodem wojskowym do stacji kolejowej Głodowo. Tam ujrzałem ogromne rzesze ludzi z bagażami, gnanych do wagonów przez żołnierzy i rozwścieczone wilczury. Potem pamiętam tylko płacz, lament i trzask ryglowanych zamków. Kiedy pociąg ruszył, na peron wywlókł się czarny gęsty dym, a butni władcy kręcili się w nim jak diabły w piekle, śmiejąc się iście szatańsko.

Noc i dzień pociąg dudnił złowrogo przyklaskując na złączach szyn, wioząc nas donikąd. Obłąkana kobieta jadąca w naszym przedziale była bardzo agresywna, szczególnie atakowała dzieci, mó-

Wygnanie, płaskorzeźba polichromowana, 1988, lipa, wym. 60 x 30 cm, własność autora

 

wiąc że to kapuściane głowy. Wreszcie nieszczęsną związano, ale jej przeraźliwy krzyk trwał nadal. Wczesnym rankiem pociąg zatrzymał się na małej stacji Platerów, a ktoś z eskortujących oznajmił, że jesteśmy u celu podróży. Na dworcu już czekały chłopskie wozy - jakże odmienne od pomorskich. Były długie i wąskie, a konie stały w chomątach z kabłąkowatą duhą nad kłębem. Kobiety w dziwnych, wzorzystych strojach częstowały nas pajdami chleba nadzianymi burakami ćwikłowymi. Samej jazdy z Platerowa do Kisielewa nie pamiętam, natomiast przewózka do Michałowa utkwiła w mym umyśle głęboko. Ziemia w tym czasie była już przykryta pierwszym śniegiem. Zamieszkaliśmy u Truchymiaków. Gospodyni tego domu była bardzo pyskata i wredna. Wyzywała nas ciągle od głodnych Pomorzaków. Wtedy też dostałem po raz drugi kopniaka, za to tylko, że z głodu jadłem ziemniaki, które były uparowane dla świń.

Dzięki Bogu mieszkaliśmy tam zaledwie kilka tygodni. Potem było jeszcze czternaście przeprowadzek, nim osiedliliśmy się w tak zwanym Belwederze, blisko majątku Kocota. Był to obszerny, budowany z bali dom, którego właścicielem był nie znany mi z nazwiska profesor z Warszawy. Parter tej budowli był jeszcze w stanie surowym. Nam przydzielono wielką izbę, którą ogrzewał tylko tak zwany żelaźniak. Zima z 1939 na 1940 rok była mroźna. Pamiętam jak rano zobaczyłem pod oknami pokaźną zaspę, a przez szczelinę między balami wiatr nawiewał do izby drobiny sypkiego śniegu. Jedynie dwie pierzyny, które zabraliśmy z Pomorza, ratowały nas przed zamarznięciem.

Cierpieliśmy tam wielki głód. Zimą było zawsze najtragiczniej, szczególnie w pierwszych latach wysiedlenia. Ojciec chodził żebrać i najmował się do najcięższych prac. Gdy został zatrudniony w majątku Kocota, żyło nam się nieco lepiej. Latem mieliśmy owoców pod dostatkiem, gdyż ojciec zajmował się inspektami i sadem. W lipcu 1940 roku urodził się mój najmłodszy brat - Henryk. Dzień jego narodzin był słoneczny i ciepły. Gdy zaczął się poród, ojciec kazał nam wyjść z mieszkania i patrzeć na dach, kiedy bocian wpuści do komina dzieciątko. Po pewnym czasie usłyszeliśmy płacz narodzonego. Zawołani przez ojca, weszliśmy i ucałowaliśmy wszyscy nowego braciszka.

Jesienią 1940 roku przeprowadziliśmy się do stojącego obok domku gospodarczego. Był cieplejszy i otynkowany na zewnątrz i wewnątrz. Zimą, gdy nie było pracy w majątku, ojciec reperował buty okolicznym mieszkańcom. Matka robiła na drutach swetry i skarpety. W niedzielę przychodziły zapłakane wieśniaczki prosząc, by ojciec pisał listy do różnych urzędów niemieckich. Chciały się dowiedzieć, gdzie znajdują się ich dzieci, wywiezione na roboty w głąb Rzeszy. Ponieważ ojciec doskonale pisał po niemiecku, przychodziły odpowiedzi informujące o miejscu pobytu ich córek i synów. Wdzięczne kobiety przynosiły za to żywność, a czasami i wełnę na skarpety. Uczynność rodziców powodowała, że życzliwość tamtych ludzi do nas wzrastała z każdym miesiącem. Gdy przestał nam dokuczać głód, przyszła do naszego domu straszna choroba. Z wyjątkiem ojca chorowaliśmy wszyscy na tyfus plamisty. Matka przechodziła to najgorzej. Siostry zgubiły włosy, a młodsi bracia nie mogli chodzić. Chociaż niemieckie władze nakleiły na naszej chałupie czerwony plakat informujący, że nie wolno nas odwiedzać, grożąc karą śmierci, ludzie, pod osłoną nocy, przychodzili do okna, przynosząc jedzenie, często już przyrządzone.

Po strasznej zimie przyszła rychła i ciepła wiosna. Siostrom odrosły włosy, jeszcze piękniejsze niż miały przedtem. Osłabieni tyfusem, powoli wracaliśmy do pełni sił. Pomimo okrutnej wojny, która toczyła się wokoło, w naszej leśnej głuszy było dosyć spokojnie, tylko od czasu do czasu do majątku Kocota przychodzili partyzanci, by się zaopatrzyć w żywność. Latem było tam jak w raju. Dworek Kocota z trzech stron okalały wielkie sady, a od północy przylegał stary las. W dolinie znajdowały się cztery stawy rybne, przedzielone groblami, w których stawidła ciągle śpiewały przelewającą się wodą, dostarczaną przez źródlany strumyk. Pomimo wciąż groźnie buczących samolotów lecących na wschód i dokuczliwej wszawicy, czułem się tam szczęśliwy. Każdy dzień przynosił tyle zdarzeń, tyle nowych odkryć - roślin, zwierząt, gniazd w gęstwinach... Byłem po prostu zachwycony życiem przyrody.

Pod opieką matki chodziliśmy do lasu po szyszki, grzyby i jagody. Wiosną las zaśnieżony zawilcem zdawał się niebem na ziemi.

W tamtych okolicach miałem też pierwszy kontakt z rzeźbą. Było to podczas przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej przez moją siostrę w parafii Ruskowo. Jak pamiętam, wczesnym rankiem ruszyliśmy w drogę, gdyż do tego kościoła było ponad dziesięć kilometrów. Poszycie lasu parowało po nocnej ulewie. Smugi słońca wpierały się pomiędzy pienne szczeliny, kładąc na drogę coraz wyrazistsze cienie wysmukłych sosen, a ptaki w tym zielonym majowym niebie śpiewały Panu najpiękniejsze ranne pieśni. Żywiczne kropelki lśniły w słońcu jak promienne monstrancje rwące swe promyki na cętki, na wykrzykniki... Witki wierzby w złotych baziach zdawały się Maryją Ostrobramską, a przylaszczki - błękitnym podnóżkiem nieba. Szliśmy boso, gdyż moje buty były o wiele za małe, a siostry za duże.

W kościele matka posadziła mnie pod amboną, bym z bliska mógł zobaczyć siostrę przyjmującą komunię. Mnie jednak bardziej interesowały figurki wyrzeźbione na ścianach ambony. Podziwiałem Ewangelistów, ich brody, szaty i księgi, które trzymali w dłoniach. W drodze powrotnej zadręczałem mamę pytaniami, z czego te figurki są wykonane. Podjęte po przyjściu do domu pierwsze próby rzeźbienia skończyły się głębokim skaleczeniem kciuka, na którym mam do dzisiaj pamiętną bliznę.

Z frontu dochodziły coraz to lepsze wieści. Klęska armii niemieckiej pod Stalingradem napełniała umęczony lud nadzieją. Lecz nadal spadały na naszą okolicę pociski V1. W pobliskim lesie jeden z takich pocisków wyrwał tak wielki dół, że kościół w Sarnakach z wieżą mógłby się w nim skryć.

Wiosną w 1944 roku było coraz wyraźniej słychać wystrzały z potężnych haubic i wycie rosyjskich katiusz. W noc lipcową, poprzedzającą wyzwolenie, burza spotęgowała grozę strasznej walki, jaka toczyła się na przeprawie przez rzekę Bug. Noc była tak jasna od błysków piorunów i wybuchów pocisków, jak słoneczny dzień. W tym piekielnym zgiełku słychać było coraz wyraźniej okrzyki ura! Ura! Była to najstraszniejsza noc w moim życiu. Z ulewnym deszczem woda wpłynęła do naszego schronu. Staliśmy wszyscy zanurzeni w niej po pas. Nad ranem, kiedy wsiąkła w piaszczysty grunt, posnęliśmy, zmęczeni na mokrych siennikach. Ze snu wyrwały mnie okrzyki: Raus! Raus, Banditen! W wejściu do schronu zobaczyłem niemieckiego żołnierza trzymającego w ręku granat. Oczy miał zaczerwienione, a hełm ustrojony kłosami żyta. Na mój przeraźliwy krzyk zbudziła się matka. Padając żołnierzowi do nóg tłumaczyła, oczywiście w języku niemieckim, że tu są same dzieci i kobiety. Po chwili wojak wsunął granat z powrotem za pas, lecz nadal trzymał automat gotowy do strzału. Wreszcie kazał nam wszystkim opuścić ziemiankę. Gdy zobaczył ojca, chciał strzelać, lecz i w tym przypadku język niemiecki ocalił ojcu życie.

Ledwie weszliśmy do naszego domu, nagła seria pocisków przeszyła jego drewniane ściany. Kto strzelał - czy ów żołnierz, czy seria ta pochodziła z innej broni! Siedzieliśmy ukryci w małej piwniczce pod kuchnią. Około godziny 1100 usłyszeliśmy rżenie koni i wiwaty - Hura! Przez okno zobaczyliśmy żołnierzy rosyjskich i polskich otoczonych już gromadą ludzi. Radość niepojęta ogarnęła wszystkich, czapki leciały w górę, kobiety i dziewczęta zrywały róże z klombów pańskiego ogrodu i wręczały żołnierzom. Tak przyszła do nas wolność, w pogodne, ciepłe, lipcowe południe. Na drogach wszędzie leżały trupy. W majątku Kocota cofający się Niemcy zabili wielu cywilów. Ja sam byłem świadkiem cierpień kilku konających fornali, którymi opiekowała się matka. Jęczeli boleśnie i ciągle wołali - „pić”. Darliśmy prześcieradła, aby tamować krew wypływającą z przestrzelonych ciał. Ich oczy błędnie wpatrzone w niebiosa zamykała matka, mówiąc do mnie, że ich męka się skończyła. Tuż za majątkiem, w brzezinie, zobaczyliśmy wiele trupów rosyjskich i niemieckich żołnierzy przeszytych bagnetami, a jeden z nich miał lufę karabinu w brzuchu.

Pierwsze dni wolności na tamtych terenach były nadal tragiczne. Grasowały różne bandy, dochodziło do krwawych starć z nową władzą. Za współpracę z Armią Krajową Rosjanie pacyfikowali całe wioski.

W początkach kwietnia 1945 roku wszyscy mieszkańcy Michałowa ze łzami w oczach żegnali nas, wyjeżdżających na Pomorze. Podróż trwała pięć dni i pięć nocy. Jechaliśmy w bydlęcym wagonie. Pociąg wlókł się ze względu na uszkodzone torowiska i wysadzone wiadukty. W czasie tej podróży w naszym wagonie urodziło się dziecko. Gdy w Warszawie pociąg przeprawiał się przez Wisłę, drewniany most chwiał się pod nim i skrzypiał. Ludzie drżącym głosem odmawiali różaniec. Myślałem, że runiemy do wody. Widziana z okien pociągu stolica była jednym wielkim gruzowiskiem.

Pamiętam dobrze długi postój w Kutnie. Spragnieni podróżni ustawiali się w długiej kolejce, by dostać rdzawej wody, która lała się z pękniętej rury. Skutek ugaszenia pragnienia był fatalny. Dostaliśmy wszyscy strasznej biegunki. Dziura w podłodze była nam nieodzownym ustępem. Gdy załatwiali się dorośli, osłaniali się zasłoną z koca. Dzieci czekające na swoją kolej często robiły w majtki i spodnie.

W Chojnicach do naszego wagonu weszło dwóch podpitych żołnierzy rosyjskich. Bagnetami rozcinali nasze tobołki. Znaleziony bimber pili prosto z butelki. Pijani już mocno rozsunęli drzwi i strzelali, to do dzikich kaczek na jeziorze, to na wiwat, śmiejąc się i śpiewając żołnierskie piosenki.

W Kościerzynie na dworcu byliśmy przed południem. Wśród cywilów kręciło się wielu rosyjskich i polskich żołnierzy. Do ojca przyczepił się mały, krępy lejtnant. Mówił: - Majesz gorzałku? Ponieważ był bardzo nieustępliwy, matka dała mu trochę machorki, lecz kiedy zobaczył pełną skrzyneczkę - zabrał wszystko, dając nam za to bochenek czarnego chleba. Gotowane jajka, którymi częstowała go mama, całe wkładał do ust i spluwał skorupami.

Po wyjściu za Kościerzynę mama zemdlała z wyczerpania, a po ocuceniu nie miała siły iść dalej. Pokładliśmy się wszyscy w przydrożnym rowie i zasnęliśmy przemęczeni długą i uciążliwą podróżą. Do siostry ojca, mieszkającej w Liniewku, dotarliśmy o zachodzie słońca. Ciocia z wujkiem, zobaczywszy nas z daleka, wyszli nam naprzeciw. Witaliśmy się długo i serdecznie, a łzy radości spływały nam po policzkach.

Po tym emocjonalnym przeżyciu matka znów zemdlała, była blada jak kreda i długo nie mogła przyjść do siebie, więc ojciec i wujek zanieśli ją do domu na rękach. Jej długi i gruby warkocz, który zwijała w kok, rozsunął się i wlókł po ziemi. Zauważyłem to, ująłem splecione włosy w dłonie i niosłem. Tak weszliśmy do zawsze gościnnego domu moich chrzestnych rodziców. Po tygodniowym wypoczynku wujek zawiózł nas do Wysina. Tam na ojcowiźnie gospodarzył już brat ojca - Lucjan, któremu dziadek jeszcze przed wojną zapisał gospodarstwo.

Po miesiącu przeprowadziliśmy się do Trzepowa, gdzie ojciec objął poniemieckie gospodarstwo. Mieszkali tu jeszcze Niemcy, zajmujący połowę domu. Były właściciel gospodarstwa nazywał się Hugo Brauer. Mama była zadowolona i szczęśliwa, że w końcu jesteśmy na swoim. Mówiła nam: - Tutaj nigdy nie będziecie cierpieć głodu. Pamiętam jak upiekła po raz pierwszy chleb. Bochenki były rumiane, pachnące i ozdobione złotą siateczką pęknięć. Żegnając znakiem krzyża jeszcze ciepły bochenek, kroiła zgrabne kawałki. Chleb był puszysty i jasny, jak lipcowy miód. Po raz pierwszy jedliśmy do syta.

Na Wielkanoc zostały ubielone wszystkie izby, a kuchnia pomalowana na kolor błękitny. Matka z pomocą mojej siostry Janiny zawiesiła firanki, umyła podłogi i wyszorowała ceglaną posadzkę w kuchni. Mieszkanie stało się uroczyste i świąteczne, a my czuliśmy się tak, jakby ten dom zawsze był nasz. Jako licznej rodzinie

Rodzice chrzestni: ciocia Józefa i wujek Leon Potulscy z dziećmi

 

przydzielono nam krowę. Była ładna, w biało-myszate łaty. Cieszyliśmy się z niej bardzo. Mama mówiła: - Teraz mleka i masła będzie pod dostatkiem.

Dni płynęły szczęśliwie. Zasadzone kartofle zaczęły wschodzić, zasiane przez ojca zboża zielenią okryły zagony, chociaż na polach leżały rozbite czołgi i roztrzaskane samoloty. Do wioski przybywało ludzi. Pozostali Niemcy niechętnie odstępowali swoje domostwa przybyszom. Były kłótnie i strzelaniny. Nasz Hugo był znośny, tylko jego matka rządziła nadal jak na swoim. W sierpniu 1945 roku Niemcy, którzy nie uciekli przed frontem, zaczęli wyjeżdżać do Niemiec. Nasz Brauer także wyjechał. Byli i tacy co przyjmowali obywatelstwo polskie.

Kiedy pierwsze wonne siano zapełniło strych nad oborą, matka zaczęła chorować. Gdy męczyły ją bóle skrywała się tam, by nas nie martwić. Z tygodnia na tydzień choroba atakowała coraz bardziej. Szybko posiwiały jej włosy, policzki zaczęły się zapadać, a pięk-

Dom w Trzepowie

Akwarela wykonana w 1949 roku

 

ne ciemnoniebieskie oczy, pełne anielskiej dobroci, ciągle błyszczały od gorączki. Gasła i mizerniała jak kwiat podcięty przez nieostrożność. Zaczęły się bóle, nad którymi już nie panowała. Po ataku leżała z głową wysoko uniesioną na poduszkach, a łzy płynęły ciągle spod jej zamkniętych powiek. Siedmioro nas małych dzieci klęczało u jej łóżka, modląc się do Matki Bolesnej o ratunek. Wszystko zdawało nam się żałobne, pełne smutku - tylko zegar tykał miarowo, jakby nic go nie obchodziła nasza straszna rozpacz.

Nastąpiły dni koszmarne i noce bezsenne. Znachorki zalecały różne zioła i mikstury. Matka nadal miała silne boleści i nie mogła jeść. Ojciec postanowił zawieźć chorą do doktora. Lekarz mieszkający w Skarszewach stwierdził krwawiące wrzody żołądka. Zycie matce mogła uratować tylko operacja, jednak szpitale w tym czasie nie były jeszcze czynne. Po żniwach zrobiło się jeszcze smutniej na polach, a w domu ciągle trwał nie kończący się koszmar.

Ojciec, za namową krewnych, wybrał się do Piaseczna, by przywieźć uzdrawiającej wody ze świętego źródełka. Długo nie było go

 

Matka Gertruda

(1908-1945)

Rysunek ołówkiem wykonany przez Zygmunta Bukowskiego

 

w domu, gdyż w drodze popsuł mu się rower. Pod wieczór drugiego dnia nareszcie wrócił. Żyliśmy głęboką wiarą, że woda od Świętej Panienki uleczy biczowaną nieustannym bólem. Cud jednak się nie zdarzył. Coraz częściej w wielkich cierpieniach przeraźliwie krzyczała i prosiła o ratunek. Myśmy wszyscy dygotali jak liście osiny i nie chciało nam się żyć. Miałem ciągle koszmarne sny. Śniło mi się, że mama jest słońcem, które za chwilę zajdzie za chmurę, że za moment zgaśnie. Że jest pięknym zielonym drzewem, które piorun rozdarł na dwoje. W połowie września słabość zabrała głos najukochańszej istocie. Leżała wyschnięta, jak strużyna na słońcu, tylko błyszczące, zapadłe głęboko oczy mówiły, że nasza rodzicielka żyje jeszcze pełna boleści.

Nastąpił listopad, ziemia pokryła się białym puszystym śniegiem. Ze starszym bratem nakrywałem kopce, kiedy przybiegła nasza siostra Teresa krzycząc, że matka kona. Byliśmy tam przy niej wszyscy w jednej chwili, płacząc na głos przed łóżkiem. Matka już żegnała się z nami, patrząc błędnie w sufit. Zgasła wieczorem 14 listopada, za kwadrans ósma.

Trzy dni potem wynieśliśmy ją z domu pełnego smutku, na przydomek wyścielony jedliną. Wóz z kłonicami wzniesionymi do nieba przyjął ją na katafalk dennicy. Ruszyliśmy w mglisty poranek. Krople wody, unoszone z mokrego asfaltu przez wolno toczące się koła, opadały jak nasze łzy na jego czarną, smolistą szarfę, na którą kładły się cienie starych lip.

Żałobna msza odbyła się w małym przywidzkim kościele. Jeszcze dzisiaj widzę głęboki dół wykopany w glinie i słyszę grudy ziemi walące w wieko trumny niczym zjadliwy grzmot. Nad siódemką małych sierot płakał smutny listopad. Jakże wtedy ciężko było odejść i pogodzić się z tą pustką, z tym trwaniem pozbawionym ogniska.

Tak pochowaliśmy matkę, która przeżyła zaledwie 37 lat. Miała na imię Gertruda.

Bez matki

Po pogrzebie matki wnet rozjechali się krewni. W domu nastąpiła przerażająca pustka, tylko trzask płonących polan zdradzał, że toczy się życie. Ojciec załamany utratą ukochanej, siedział za stołem z głową w dłoniach i wzrokiem wybiegłym w zaświaty patrzył w zaparowane kuchenne okno. Po zmizerowanej i bladej twarzy spływały mu nigdy dotąd nie widziane, strużki łez. Pierś wznosiła się i opadała, jakby dławiący nadmiar żalu z niej uchodził.

Dobiegał końca krótki listopadowy dzień. Kres skrwawiony łuną zwolna pochłaniały stłoczone nad nim obłoki. Wreszcie zdławiły szkarłatną wstęgę, przeszytą rozpalonym mieczem w miejscu, gdzie skryło się słońce. Mrok szybko gęstniał i ze zdwojonym smutkiem począł zalegać dom pogrążony w grobowej ciszy. Jasia, z braku nafty, zapaliła gromnicę, w której blasku matuś odeszła w nie znane nam światy. Wtedy uklękliśmy wszyscy przed obrazem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i zaczęliśmy odmawiać różaniec za jej duszę. Podczas modlitwy co raz to jedno z nas cichło, a potem wybuchało głośnym płaczem, aby dać upust wezbranej rozpaczy.

Po pacierzu ojciec powiedział:

- Tera musita sie słuchać jeden drugiego.

Biorąc najmłodszego na kolana dodał:

- A Janina będzie wam matką.

Dla mnie noc bezsenna ciągnęła się w nieskończoność. Leżałem przy oknie i patrzyłem na gwiazdy, wśród których wznosił się księżyc, niczym złoty koszyk, napełniony czarno-granatową żałobą po ledwo widoczny pałąk.

Pytałem w myślach: - Mamo, gdzie teraz z okrutnych cierpień wyzwolona twoja dusza. Łzy nabiegały do oczu, a gwiazdy przez nie widziane wydłużały kolce, iż niebo zdawało się ognistym ogrójcem, cierniową koroną, wtłaczaną na głowę obolałą od płaczu po rozstaniu się z jedyną, na zawsze. Zegar wybijał kolejne godziny, o 500 jednak musiałem zasnąć, gdyż nie słyszałem, jak wydzwaniał następną. Wstałem o świcie, obudzony krzątaniną w kuchni.

Jasia, przejęta rolą matki, rozpalała już ogień. Biały dym buchał przez fajerki, a ona dmuchała z całej siły. Wreszcie słomiany wiecheć zajął się żywym ogniem i wesoły płomień począł dąć w komin. Ojciec w oborze zadawał siano łaciatej i ciepłym mlekiem poił cieliczkę, mającą zaledwie tydzień.

Po kilku mroźnych dniach nastąpiła zełga, czyli odwilż. Pierwszy śnieg szybko topniał. Uroczyste białe pola znowu stały się szare, porankami zaścielone mgłą. W niedzielę poszedłem z ojcem do kościoła. Ksiądz Kunemund w kazaniu krótko nawiązał do pogrzebu matki, wtrącając wiele słów po niemiecku. W czasie podniesienia skupiony patrzyłem na hostię. Widziałem w niej wtenczas Chrystusa jako Dobrego Pasterza z jagniątkiem w ramionach.

W drodze powrotnej pytałem taty, czy widział to co ja. Odpowiedział:

- Chyba ci się przywidziało.

I dodał:

- Hostia zawsze jest biała.