Zbędni - Wojciech Chmielarz - ebook + książka

Zbędni ebook

Wojciech Chmielarz

4,7

514 osoby interesują się tą książką

Opis

Pewnej nocy Jan pod wpływem alkoholu śmiertelnie potrąca dziewczynę. Na co dzień opiekuje się polem namiotowym i bezskutecznie walczy z nałogiem, a tamtego wieczoru po raz kolejny pijany wsiada do samochodu. Strach przed przyznaniem się do niezamierzonego morderstwa jest większy niż jego uczciwość. Zakopuje dziewczynę w lesie, ale dręczony wyrzutami sumienia przegląda prasę, rozpytuje i szuka. Kim była ta kobieta? I dlaczego nikt jej nie szuka?

Pochodzący z Belgii Jules, jedyny gość pola namiotowego, mieszka w kamperze i mimo okropnej pogody nie wyjeżdża z Polski. Po co tu jest i kim jest odwiedzająca go osoba?

W Kowarach aspirantka Maria Szulej szuka zaginionej dziewczynki. Ktoś porwał Karolinę, ale nie zgłoszono żądania okupu. Tymczasem rodzina wynajmuje detektywa, by szukał dowodów przeciw matce dziecka.

Coś dziwnego dzieje się także w nowym pensjonacie Aliny i Mirka. Jedna z pensjonariuszek pojawia się i znika. Posiłki stawia się pod jej drzwiami, a kobietę otacza aura tajemnicy. Czemu mieszka tu już od tylu tygodni? Pensjonatu nie opuszcza natomiast dorosły syn właścicieli. Boi się wszystkiego, a najbardziej karzącej go za najmniejsze przewinienie matki.

Oto świat jest pełen sekretów, mroku i występku. Czy ujawniona w końcu prawda zdoła wszystkich wyzwolić?

Bohaterowie powieści Wojciecha Chmielarza desperacko walczą o to, by zapomnieć o przeszłości. Ich życie to kombinacja porażek, błędów, niespełnionych ambicji, zrujnowanych marzeń. Jednak za dawne pomyłki każdy musi słono zapłacić. Pierwszorzędny thriller o zbrodni, odkupieniu i nieznośnej przypadkowości losu.

Jakub Demiańczuk, „Polityka”

U Chmielarza człowieczeństwo poddawane jest nieustającej próbie. Kiedy w małym miasteczku w Karkonoszach znika mała dziewczynka, na jaw zaczynają wychodzić sekrety jego mieszkańców. Hipnotyzująca i bezkompromisowa! Jedna z najlepszych książek napisanych przez Wojtka!

I pamiętaj, drogi czytelniku, sprawdź dokładnie hotel, w którym zamierzasz spędzić swój urlop!

Literaccy

Bohaterowie powieści Wojciecha Chmielarza są tylko pozornie zbędni. Czytając, otwieramy się na ich słabości, próbujemy zrozumieć, ale nie odpuszczamy im win. Tylko oni sami mogą sobie wybaczyć to, czego wybaczyć sobie nie potrafią. Są nam niezbędni do poznania prawdy.

Łukasz Wojtusik, podcast Alfabet Wojtusika

Postaci, których pozornie nic nie łączy. Wojciech Chmielarz jednak genialnie splata ich losy w jedną morderczą intrygę. Lektura nieodkładalna.

Marta Bratkowska, „Książki. Magazyn do Czytania”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 513

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (153 oceny)
116
25
10
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Szafar1

Nie oderwiesz się od lektury

jeden z lepszych kryminałów roku 2024
20
Zaczytana-1984

Nie oderwiesz się od lektury

Mistrzostwo ! uwielbiam kryminały pana Chmielarza, ale ten jest wyjątkowo intrygujący
20
Kasia105

Nie oderwiesz się od lektury

Sztos !
20
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] “Zbędni” Wojciecha Chmielarza to opowieść, która zabiera nas w małe karkonoskie miejscowości, już po sezonie turystycznym, i odsłania kilka postaci, pozornie całkowicie zwyczajnych ludzi z ich własnymi, nieobcymi nam problemami. Od początku wyraźnie czuć, że każdy z nich skrywa jakieś większe czy mniejsze sekrety, coś, co nie chce, by wyszło kiedykolwiek na jaw. Początek jest mocno klimatyczny, gęsty od napięcia charakterystycznego dla thrillera, by już za chwilę bardzo gładko wejść w kryminał - mamy tu nietypowe śledztwo, a nawet dwa, a sami prowadzimy jest jedno, dodatkowe, próbując odkryć tajemnicę pewnej dziwnej rodziny. Im dalej się w tę opowieść zgłębiamy, tym mamy poczucie, że owszem, wiemy więcej, tylko jak to wszystko łączy się w całość? W sposób bardzo rozważny i przemyślany, opowiedziany bardzo plastycznym, choć przyjemnie codziennym językiem. Finał raz po raz zaskakuje, wnosi też niewielki element sensacji, delikatnie filmowy. Czytelnik po lekturze ma ...
20
Malwi68

Nie oderwiesz się od lektury

"Zbędni" Wojciecha Chmielarza to mistrzowsko skonstruowany wielowątkowy kryminał, który wciągnął mnie od pierwszych stron. Autor z niesamowitą precyzją łączy losy różnych bohaterów, tworząc napięcie, które trzyma w niepewności aż do samego końca. Główny wątek Jana, który po pijanemu potrąca dziewczynę i postanawia ukryć ten straszliwy czyn, jest wyjątkowo poruszający. Chmielarz doskonale ukazuje walkę bohatera z własnymi demonami i konsekwencjami jego decyzji. To postać, której losy budzą silne emocje i skłaniają do refleksji nad moralnością i odpowiedzialnością. Wątek aspirantki Marii Szulej poszukującej zaginionej dziewczynki to kolejny element, który dodaje książce głębi. Chmielarz świetnie oddaje napięcie związane z poszukiwaniami, a także złożoność relacji rodzinnych, które wychodzą na jaw w trakcie śledztwa. Nie mogę nie wspomnieć o tajemniczym Julesie i jego zagadkowej obecności na polu namiotowym. Jego postać dodaje historii dodatkowej warstwy tajemnicy i niepokoju. Wątek pe...
10

Popularność




Wy­dawca, re­dak­tor pro­wa­dzący ADAM PLUSZKA
Re­dak­cja KA­RO­LINA MA­CIOS
Ko­rekta KINGA KO­SIBA, BE­ATA WÓJ­CIK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych MI­CHAŁ PAW­ŁOW­SKI
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Zdję­cie na okładce GU­STAVO RA­MI­REZ / Getty Ima­ges
Ła­ma­nie
Co­py­ri­ght © by Woj­ciech Chmie­larz Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2024
War­szawa 2024 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-68121-23-0
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

1

A to był taki piękny, kurwa, wie­czór, po­my­ślał Ja­siek ze łzami w oczach, pa­trząc na le­żące na dro­dze ciało ko­biety.

Pra­co­wał cały dzień, w sią­pią­cym desz­czu sprzą­tał te­ren kem­pingu. Se­zon się skoń­czył, tylko ten Belg, ale on nie prze­szka­dzał. Pra­wie nie wy­cho­dził ze swo­jego kam­pera, nie wia­domo, co wła­ści­wie tam ro­bił.

Ja­siek krą­żył więc po kem­pingu w po­szu­ki­wa­niu ostat­nich śla­dów lata, które wrzu­cał do śmieci. W naj­dziw­niej­szych miej­scach znaj­do­wał pu­ste puszki po pi­wie, bu­telki po wódce, wy­pa­lone pa­pie­rosy i zu­żyte pre­zer­wa­tywy. Łącz­nie sie­dem wor­ków, wy­peł­nio­nych po brzegi, któ­rych za­war­tość na­le­żało jesz­cze przej­rzeć i po­se­gre­go­wać. Za­jęło mu to po­nad dwie go­dziny.

Po­tem dał psu jeść. Pies był stary. Miał już dwa­na­ście lat. Albo i wię­cej, bo nikt prze­cież tego do­kład­nie nie li­czył, nikt mu nie wy­pra­wiał uro­dzin z mię­snym tor­tem i pa­rów­kami za­miast świe­czek. Mie­sza­niec la­bra­dora, wielki, czarny jak noc. Wzięli go, żeby pil­no­wał te­renu poza se­zo­nem. Daw­niej cią­gle darł się jak opę­tany, kiedy po­ja­wiał się ktoś obcy, te­raz zda­rzało mu się to dużo rza­dziej. Przez lata się po­sta­rzał, zro­bił się le­niwy. Do tego miał pro­blemy z bio­drami. Nie bie­gał, ale truch­tał i przy każ­dym ru­chu wi­dać było, że spra­wia mu to ból. Ja­siek ukry­wał go przed wła­ści­cie­lami. Na szczę­ście oni rzadko się po­ja­wiali. Mieli inne biz­nesy. Więk­sze, waż­niej­sze, przy­no­szące wię­cej pie­nię­dzy. A gdyby zo­ba­czyli zwie­rzaka, na pewno ka­za­liby go uśpić, pie­przy­liby coś o tym, że po co im pies stró­żu­jący, który nie po­trafi bie­gać.

– Co oni, kurwa, wie­dzą? – mruk­nął Ja­siek, sie­dząc na roz­ło­żo­nej kurtce, pa­ląc pa­pie­rosa i ob­ser­wu­jąc je­dzą­cego kun­dla.

Pies pod­niósł łeb i spoj­rzał na niego ciem­nymi oczami, jakby chciał do­py­tać, o co mu wła­ści­wie cho­dzi, a po­tem pod­biegł nie­zgrab­nie i ude­rzył czule łbem w pierś męż­czy­zny, prze­wra­ca­jąc go na zie­mię. Ja­siek stęk­nął ci­cho, pa­pie­ros wy­padł mu z ust. Przez chwilę tak le­żał, czu­jąc, jak woda prze­siąka mu przez weł­niany swe­ter, i gła­skał psa po gru­bym karku.

– No już, już – po­wie­dział wresz­cie, od­py­cha­jąc go od sie­bie.

Wstał, po­tar­mo­sił jesz­cze kun­dla za uszami i wró­cił do pracy.

Po­my­ślał, że po ca­łej tej ha­rówce za­słu­guje na to, by zro­bić dla sie­bie coś do­brego. Wsiadł do wy­słu­żo­nego ci­tro­ëna i po­je­chał do Ko­war, żeby zjeść obiad w tam­tej­szym ba­rze. Za­mó­wił ham­bur­gera z fryt­kami, a po chwili za­sta­no­wie­nia – piwo. Uznał, że jedno mu nie za­szko­dzi. Był wiel­kim fa­ce­tem. Poza tym miało być do po­siłku, a i tak pew­nie jesz­cze po­sie­dzi i za­pali pa­pie­rosa, po­roz­ma­wia z ko­le­gami, któ­rzy po­woli za­częli się scho­dzić, rów­nie zmę­czeni jak on po ca­łym dniu ro­boty.

Wy­pił sześć, cho­ciaż nie do końca pa­mię­tał, kiedy i dla­czego. Bo na­prawdę pla­no­wał wy­pić tylko jedno – do po­siłku – ale przy­szedł Wójt. Wy­szli na ze­wnątrz, roz­ma­wiali o pier­do­łach i o tym, że Jaś­kowi kiep­sko cho­dzą ha­mulce. Wójt za­chę­cał go do wi­zyty w warsz­ta­cie, obie­cy­wał, że coś za­ra­dzą, i to ta­nio. Ja­siek po­wie­dział, że przy­je­dzie, ale skła­mał. Nie prze­le­wało mu się i uznał, że wy­star­czy, jak bę­dzie jeź­dził wolno. Po­tem wró­cili do środka i Wójt za­czął na­ma­wiać go na ko­lejne piwo. Ja­siek od­ma­wiał, cał­kiem długo, aż zi­ry­to­wany męż­czy­zna wy­cią­gnął port­fel, za­mó­wił dwa bro­wary i po­sta­wił przed nim pe­łen ku­fel. Ja­siek nie miał zwy­czaju od­ma­wiać dar­mo­wego trunku.

A po­tem było trze­cie, bo do­brze się ga­dało. Poza tym w gar­dle dra­pało go po ko­lej­nym pa­pie­ro­sie. I czwarte, bo za­grali w bi­lard, a jak tu grać w bi­lard, skoro nie ma ni­czego do pi­cia. Piąte, bo ja­kiś de­bil za­czął ga­dać o po­li­tyce, a ta­kie roz­mowy za­wsze Jaśka iry­to­wały, a nic nie uspo­ka­jało tak jak piwo. Wresz­cie szó­ste, bo wszy­scy roz­cho­dzili się już do do­mów i trzeba się było po­że­gnać.

Plan miał taki, że naj­pierw przej­dzie się ko­war­skimi ulicz­kami. Nie­da­leko, może prze­ma­sze­ruje w dół i w górę sta­rówki, do urzędu mia­sta i z po­wro­tem, otrzeź­wieje tro­chę. Ale znowu za­częło sią­pić. Prze­klęta kar­ko­no­ska mżawka. Lo­do­wata, gę­sta, prze­ni­ka­jąca do szpiku ko­ści. Wsiadł więc do sa­mo­chodu, od­pa­lił sil­nik, na­sta­wił ogrze­wa­nie na maksa i obie­cał so­bie, że nie bę­dzie się śpie­szył. Zresztą nie miał da­leko, a do tego drogą głów­nie przez las, gdzie ni­gdy ni­kogo o tej po­rze nie było. By­leby tylko tam do­je­chać.

Ru­szył spo­koj­nie. Je­chał nie wię­cej niż trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na go­dzinę. Ści­skał mocno kie­row­nicę, wy­chy­lał się lekko do przodu i marsz­czył brwi, ma­jąc na­dzieję, że to po­może na roz­chwiany, roz­ma­zu­jący się ob­raz przed oczami. Bek­nął prze­cią­gle. Cie­płe po­wie­trze z na­wiewu ude­rzało go pro­sto w twarz.

Wkrótce wy­je­chał na ob­wod­nicę Ko­war. Tam lekko przy­śpie­szył, bo o tej po­rze droga była pra­wie pu­sta, a on chciał jak naj­szyb­ciej do­trzeć do domu i po­ło­żyć się spać.

Kiedy mi­jał skrzy­żo­wa­nie nie­da­leko sta­cji ben­zy­no­wej Circle K, za­uwa­żył sto­jący tam ra­dio­wóz z włą­czo­nym kie­run­kow­ska­zem. Po­li­cjanci ru­szyli, gdy prze­je­chał obok nich. Ja­siek na­tych­miast za­czął się po­cić. Ner­wowo zer­kał w tylne lu­sterko, na ja­sne re­flek­tory ja­dą­cego za nim sa­mo­chodu. Dla­czego byli bli­sko? Nie­mal sie­dzieli mu na zde­rzaku! Co po­wi­nien te­raz zro­bić? Zje­chać w bok, żeby ich prze­pu­ścić? Ale to wy­da­wa­łoby się prze­cież po­dej­rzane. Nie je­chali na sy­gnale ani nic ta­kiego. Przy­śpie­szyć? Ale czy wtedy nie prze­kro­czyłby pręd­ko­ści? Albo mo­głoby się wy­dać, że przed nimi ucieka? A może zwol­nić? Sam nie wie­dział. Przez mo­ment roz­wa­żał, czy po pro­stu nie za­trzy­mać się na po­bo­czu i nie uda­wać, że chce mu się siku (w su­mie nie mu­siałby uda­wać), ale nogi zro­biły mu się mięk­kie i bał się, że kiedy wy­sią­dzie z sa­mo­chodu, od­mó­wią mu po­słu­szeń­stwa i wy­łoży się jak długi na as­falt. Czyli mógł tylko je­chać przed sie­bie. Pełną za­krę­tów, nie­równą, ciemną drogą pro­wa­dzącą na Prze­łęcz Ko­war­ską. Z sie­dzą­cymi mu na ogo­nie po­li­cjan­tami, co do któ­rych był pe­wien, że cze­kają tylko na je­den jego błąd, żeby włą­czyć sy­gnał i za­trzy­mać go do kon­troli dro­go­wej.

– Ja pier­dolę – wy­mam­ro­tał.

Plecy miał całe mo­kre, dło­nie śli­zgały mu się po kie­row­nicy. Się­gnął po paczkę pa­pie­ro­sów, żeby za­pa­lić jed­nego i w ten spo­sób się uspo­koić. Sa­mo­chód jakby sam zje­chał w prawo i nie­mal ude­rzył w ba­rierkę, która od­dzie­lała drogę od stro­mego zbo­cza. Ja­siek od­bił w ostat­niej chwili. Szybko spoj­rzał w lu­sterko, pewny, że po­li­cjanci za­uwa­żyli nie­bez­pieczny ma­newr i za­raz każą mu się za­trzy­mać.

Ale nic ta­kiego się nie stało.

Po pro­stu da­lej za nim je­chali. Jakby ich to ba­wiło. Jakby zbie­rali do­wody. Pew­nie mieli w środku ja­kąś ka­merkę. Po­li­czą jego błędy, wszyst­kie zła­mane przez niego prze­pisy, a po­tem go znisz­czą, zmiaż­dżą i prze­mielą.

– Kurwa – wark­nął.

Po­czuł do nich nie­na­wiść. Miał ochotę za­ha­mo­wać gwał­tow­nie. Nie zdą­ży­liby się za­trzy­mać, wal­nę­liby w tył jego sa­mo­chodu. Był cie­kaw, jak by im się to spodo­bało.

Po­wstrzy­mała go jedna z nie­licz­nych roz­sąd­nych jesz­cze ko­mó­rek w jego mó­zgu. Za­ci­snął zęby.

Prze­stał na mo­ment my­śleć o po­li­cjan­tach i za­czął w du­chu prze­kli­nać Wójta. Gdyby nie on, nie wpa­ko­wałby się w te kło­poty. Zjadłby obiad, wy­pił jedno piwo i wró­cił do sie­bie. Tyle. Ale Wójt mu­siał go na­ma­wiać, wier­cić mu dziurę w brzu­chu, po­sta­wił na­wet tego bro­wara. Jakby źle Jaś­kowi ży­czył. Jakby spo­dzie­wał się, że coś ta­kiego się zda­rzy.

A może to on na­słał na niego po­li­cjan­tów? Za­dzwo­nił do nich albo wy­słał ano­ni­mowy cynk, że Ja­siek wy­pił tro­chę za dużo?

Za­czął zwal­niać, za­nim jesz­cze do­je­chał do Prze­łę­czy Ko­war­skiej. Od­dy­chał płytko, serce mocno mu wa­liło, do tego chciało mu się si­kać. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, co pierw­sze pęk­nie – serce czy pę­cherz.

Wrzu­cił kie­run­kow­skaz w lewo i skrę­cił w wą­ską le­śną drogę pro­wa­dzącą na kem­ping.

Po­li­cjanci po­je­chali pro­sto.

Ode­tchnął głę­boko kilka razy. Po­czuł, jak roz­koszna ulga roz­pływa się po jego ciele. Za­czął się gło­śno śmiać i wa­lić jak osza­lały w kie­row­nicę.

Przy­śpie­szył, bo chciał być już w domu. Droga była wą­ska i nie­równa, oświe­tlały ją tylko re­flek­tory jego ci­tro­ëna, ale znał ją na pa­mięć. Pa­mię­tał każdą dziurę i mógł do­je­chać do celu na­wet z za­mknię­tymi oczami.

I chyba na­wet je za­mknął. Może dla­tego, że tak gło­śno się śmiał. A może fala ulgi i go­rące po­wie­trze wie­jące mu pro­sto w twarz spra­wiły, że za­snął na mo­ment, na do­słow­nie kilka se­kund, po­ko­nany przez zmę­cze­nie, stres i al­ko­hol.

Nie wi­dział jej.

Nie po­winno jej tu­taj być. Nie w środku nocy. Nie o tej po­rze.

Nie wi­dział jej.

Tylko usły­szał, jak ude­rza w nią roz­pę­dzo­nym sa­mo­cho­dem.

Huk, jakby ktoś wal­nął w ma­skę wiel­kim młot­kiem.

Krzyk­nął, prze­stra­szony. Otwo­rzył oczy. Zo­ba­czył jesz­cze, jak ko­bieta leci w górę, jakby po­de­rwana przez ogromną siłę, a po­tem ude­rza głową w pień ro­sną­cej nie­opo­dal so­sny.

Za­ha­mo­wał gwał­tow­nie. Pas wbił mu się bo­le­śnie w pierś.

Sie­dział w wo­zie. Nie wie­dział, jak długo. Sil­nik pra­co­wał mia­rowo, a on pa­trzył na le­żącą przed nim na dro­dze ko­bietę w ciem­nym dre­sie. Nie­na­tu­ral­nie po­wy­gi­naną, z dziw­nie prze­krzy­wioną głową, roz­pusz­czo­nymi wło­sami, które uło­żyły się tak, że przy­po­mi­nały te­raz au­re­olę, i strużką krwi wy­pły­wa­jącą z ust.

– Pa­nie Boże... spraw, żeby to była sarna... – Usły­szał swój głos i do­piero wtedy wy­siadł.

Szedł na mięk­kich no­gach, za­ta­cza­jąc się, z tru­dem sta­wiał ko­lejne kroki. Kiedy był już przy niej, opadł na ko­lana. Jego cia­łem wstrzą­snął dreszcz.

– Pro­szę pani... Pro­szę pani... – po­wie­dział i na­gle bek­nął.

Zro­biło mu się nie­do­brze. Na czwo­ra­kach po­ko­nał dwa me­try i zwy­mio­to­wał bo­le­śnie na mo­krą zie­mię. Wy­da­wało mu się, że za chwilę straci przy­tom­ność.

Od­wró­cił się. Ude­rzył się otwartą dło­nią w twarz i wró­cił do ko­biety. Chwy­cił ją za ra­miona. Uniósł ją i po­trzą­snął nią mocno.

– Pro­szę pani... Pro­szę pani... – po­wta­rzał, ale jej głowa la­tała jak u szma­cia­nej lalki.

Odło­żył ją, przy­ło­żył dwa palce do jej szyi i przy­ci­snął mocno. Nic nie po­czuł. Ale czy to co­kol­wiek zna­czyło? Czy przy­kła­dał palce we wła­ściwe miej­sce?

Na­chy­lił się, ale nie usły­szał jej od­de­chu. Klatka pier­siowa rów­nież się nie uno­siła.

Po­de­rwał się gwał­tow­nie z ziemi. Od­biegł kilka me­trów w las i na­gle po­czuł, że wła­śnie te­raz musi od­dać mocz, bo nie wy­trzyma już ani se­kundy.

I tak wła­śnie zro­bił.

Co te­raz? – za­sta­na­wiał się, kiedy mocny stru­mień ude­rzał o le­śną ściółkę. Po­wi­nien za­dzwo­nić na po­go­to­wie, po­li­cję. Spro­wa­dzić po­moc.

Ale po co po­moc, skoro ona już nie żyła?

Bo tak się robi!

Ale je­śli za­dzwoni na po­li­cję, to go za­trzy­mają. Wsa­dzą do wię­zie­nia!

Dla­czego mie­liby to zro­bić? Prze­cież to jej wina! To ona włó­czyła się nocą po le­sie! To jej nie po­winno tu być!

Ale ty je­steś na­pier­do­lony jak szpa­del! Ile piw wy­pi­łeś?! Ile piw wy­pi­łeś?!

Sie­dem.

Bo było jesz­cze jedno. To ostat­nie przed za­mknię­ciem. Na szybko.

Sie­dem.

Wsa­dził so­bie pięść do ust i za­gryzł ją mocno, aż po­czuł krew na ję­zyku. Wtedy na mo­ment otrzeź­wiał.

Skoń­czył si­kać i wró­cił do ko­biety. Chwy­cił ją pod pa­chy, prze­cią­gnął z drogi do lasu, rzu­cił ciało gdzieś pod na wpół uschnię­tym świer­kiem i wsiadł do sa­mo­chodu. Uru­cho­mił sil­nik i ru­szył.

Prze­je­chał za­le­d­wie kil­ka­na­ście me­trów, za­nim się za­trzy­mał.

Nie mógł jej prze­cież tu­taj zo­sta­wić. Ktoś ją w końcu znaj­dzie. Za bli­sko drogi, na­tych­miast sko­ja­rzą, że tylko on te­raz tędy jeź­dzi. To bę­dzie aż za pro­ste.

Wrzu­cił wsteczny i cof­nął. Otwo­rzył ba­gaż­nik. Po­szedł do lasu, od­na­lazł świerk, za­brał ciało ko­biety i wrzu­cił je do sa­mo­chodu.

Resztę le­dwo pa­mię­tał.

Na pewno był na kem­pingu. Po­trze­bo­wał na­rzę­dzi. Wziął ze skła­dziku fo­lię, ło­patę i ki­lof. Po­tem je­chał. Naj­pierw tą samą ciemną, nie­równą drogą, którą tak do­brze znał, a która tak okrut­nie go zdra­dziła. Na Prze­łęcz Ko­war­ską, a póź­niej przez las, w stronę gra­nicy z Cze­chami na prze­łę­czy Okraj. Tam droga się roz­ga­łę­ziała i po­je­chał w lewo, w dół, na Lu­bawkę, i ja­kąś ścieżką, na któ­rej ni­gdy nie był, a która za­pro­wa­dziła go na po­lanę. Tam wy­siadł. Zna­lazł miej­sce na skraju lasu, wy­ko­pał dół, wsa­dził do niego ciało owi­nięte w fo­lię i je za­ko­pał. Rzu­cił na grób ga­łę­zie oraz pa­pro­cie wy­rwane z ziemi.

Kiedy wró­cił na kem­ping, był wy­koń­czony. Bo­lało go całe ciało, wszyst­kie mię­śnie, krę­ciło mu się w gło­wie. Po­ło­żył się od razu do łóżka, na­wet nie wziąw­szy prysz­nica, ale tylko prze­wra­cał się z boku na bok, szlo­chał albo wył w po­duszkę.

Nie po­tra­fił za­snąć.

W końcu wstał i wy­szedł na dwór w sa­mym T-shir­cie, ale po­mimo mżawki nie było mu zimno. Ru­szył pro­sto do kam­pera Belga. Bez za­sta­no­wie­nia za­ło­mo­tał w drzwi. Raz i drugi, z ca­łych sił, aż wóz za­dy­go­tał. Do­piero wtedy do­tarło do niego, co wła­śnie robi. W pierw­szej chwili chciał ucie­kać, ale usły­szał ruch w czę­ści miesz­kal­nej po­jazdu i wie­dział już, że na to za późno. Cze­kał jak na wy­rok.

Drzwi otwo­rzyły się i sta­nął w nich Belg. Był łysy i ni­ski – nie miał chyba na­wet me­tra sie­dem­dzie­się­ciu – dość okrą­gły z po­wodu nad­wagi, te­raz w sa­mych bok­ser­kach i bia­łym T-shir­cie. Na wi­dok Jaśka o dziwo się uśmiech­nął.

– O! Pan też nie może spać! – po­wie­dział po an­giel­sku.

– Nie. Nie mogę – od­parł Ja­siek. Kilka lat prze­pra­co­wał na zmy­wa­kach i bu­do­wach w Wiel­kiej Bry­ta­nii, znał więc tro­chę ję­zyka.

Przez mo­ment tak stali. Belg pa­trzył na niego wy­cze­ku­jąco, a on prze­łknął ślinę i prze­je­chał ję­zy­kiem po su­chych war­gach.

– Ja chcia­łem za­py­tać... czy ma pan może... No, czy ma pan może piwo?

Belg uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Wzniósł pa­lec, w ten spo­sób ka­żąc mu po­cze­kać, a po­tem znik­nął we wnę­trzu kam­pera i za­raz wró­cił z dwiema zim­nymi bu­tel­kami.

– Piwo! – po­wie­dział, wrę­cza­jąc mu obie. – Do­bre! Bel­gij­skie!

– Dzięki – mruk­nął za­wsty­dzony Ja­siek. Ukło­nił się nie­zdar­nie, od­wró­cił się i od­szedł.

– Do­bre! Bel­gij­skie! – za­wo­łał za nim Belg, a po­tem do­dał jesz­cze po pol­sku: – Smacz­nego!

Ja­siek wró­cił do sie­bie. Otwo­rzył pierw­szą bu­telkę i wy­pił jej za­war­tość dusz­kiem. Po­tem drugą, już wol­niej, ale i tak szybko.

Do­piero wtedy udało mu się za­snąć.

Kiedy obu­dził się ran­kiem na­stęp­nego dnia, ko­bieta już na niego cze­kała.

trzy ty­go­dnie póź­niej

2

Alina Mro­wiec za­par­ko­wała przed ho­te­lem, nie wy­sia­dła jed­nak z wozu. Przez długą chwilę sie­działa ze zga­szo­nym sil­ni­kiem i przy­glą­dała się kan­cia­stej bryle bu­dynku. Skrę­cało ją na samą myśl, że ma wejść do środka. Się­gnęła do schowka, ale nie zna­la­zła tam tego, czego szu­kała. Za­częła grze­bać wśród do­ku­men­tów, książki ser­wi­so­wej, opa­ko­wań chu­s­te­czek i zwy­kłych śmieci, z se­kundy na se­kundę co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wiona, aż wresz­cie jej palce od­na­la­zły paczkę pa­pie­ro­sów. Wy­cią­gnęła ją i na­tych­miast po­czuła ukłu­cie wy­rzu­tów su­mie­nia. Nie po­winna pa­lić, a już szcze­gól­nie w sa­mo­cho­dzie. Bę­dzie wa­lił ty­to­nio­wym smro­dem. Tyle lat su­szyła Mir­kowi głowę, żeby rzu­cił pa­le­nie, i te­raz wyj­dzie na hi­po­krytkę. Trudno, po­my­ślała. Otwo­rzyła paczkę. Była pu­sta.

– Kurwa – wy­rwało jej się.

Za­ci­snęła po­wieki tak mocno, że aż za­tań­czyły pod nimi róż­no­ko­lo­rowe plamy.

Zmięła w dło­niach opa­ko­wa­nie po pa­pie­ro­sach i rzu­ciła je na pod­łogę, od strony pa­sa­żera. Z tyl­nego sie­dze­nia za­brała to­rebkę i wy­sia­dła. Ru­szyła w stronę ho­telu, ale za­trzy­mała się po przej­ściu kil­ku­na­stu me­trów. Za­wró­ciła. Otwo­rzyła auto i pod­nio­sła z pod­łogi paczkę, a po­tem wy­rzu­ciła ją do ko­sza usta­wio­nego tuż przy oszklo­nych drzwiach w gór­skim stylu.

Otwo­rzyli z mę­żem ho­tel w 2019 roku, w naj­gor­szym moż­li­wym mo­men­cie. Le­dwo zdą­żyli się ja­koś roz­re­kla­mo­wać i roz­ru­szać dzia­łal­ność, a za­częła się pan­de­mia. Za­mknięto ich na ja­kiś czas, póź­niej ob­ło­żono mi­lio­nem ob­ostrzeń, a gdy już za­częto je zdej­mo­wać, przy­szła in­fla­cja.

Ale naj­gor­sze było jesz­cze przed nimi.

Sta­rała się o tym wszyst­kim nie my­śleć, bo kiedy tylko za­czy­nała, miała wra­że­nie, że się topi, za­le­wana na prze­mian fa­lami smutku, roz­cza­ro­wa­nia i roz­go­ry­cze­nia.

Ho­tel wy­bu­do­wali na działce, którą zna­leźli wy­soko w gó­rach, z pięk­nym wi­do­kiem na Ko­tlinę Je­le­nio­gór­ską i za­lew So­snówka. Był to roz­le­gły dwu­pię­trowy bu­dy­nek w stylu gó­ral­skim, z dwoma skrzy­dłami. Co nie miało wiel­kiego sensu, bo w Kar­ko­no­szach ni­gdy prze­cież nie było gó­rali, tych pol­skich przy­naj­mniej, ale bali się, że je­śli styl bę­dzie na­wią­zy­wał do nie­miec­kiej prze­szło­ści re­gionu, klienci nie przy­jadą. Te­raz więc stał tu, w po­ło­wie drogi po­mię­dzy Bo­ro­wi­cami a Kar­pa­czem, jakby żyw­cem prze­nie­siony z Za­ko­pa­nego.

We­szła do środka. Ob­casy szpi­lek za­stu­kały we­soło o ka­mienną pod­łogę i od razu zro­biło jej się odro­binę le­piej. Lu­biła ten dźwięk, uspo­ka­jał ją. Przy­wi­tała się kiw­nię­ciem głowy z dziew­czyną pra­cu­jącą w re­cep­cji. Ta uśmiech­nęła się sze­roko i dy­gnęła. Alina za­pa­mię­tała, że pla­kietka z imie­niem na piersi pra­cow­nicy jest prze­krzy­wiona. Póź­niej zwróci jej na to uwagę.

We­szła do biura. Le­dwo zdą­żyła się ro­ze­brać i po­wie­sić kurtkę na wie­szaku, roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

– Pro­szę! – za­wo­łała.

Przed Aliną po­ja­wiła się Do­rota Wi­jas. Była od niej młod­sza o dwa lata. Wy­cho­wały się na jed­nym po­dwórku. Z cza­sem wy­je­chała, naj­pierw na stu­dia do Wro­cła­wia, po­tem do pracy do Nie­miec, gdzie zna­la­zła męża, z któ­rym – jak sama czę­sto we­soło wspo­mi­nała – spę­dziła pięć naj­pięk­niej­szych lat swo­jego ży­cia i sie­dem naj­gor­szych. Roz­wio­dła się i wró­ciła do Pol­ski, naj­pierw do Wro­cła­wia, a po­tem do Je­le­niej Góry, żeby opie­ko­wać się chorą matką. Szu­kała pracy i Alina ją za­trud­niła. Do­rota nie miała od­po­wied­niego wy­kształ­ce­nia, ale nad­ro­biła to na wie­czo­ro­wych kur­sach. Dla Aliny waż­niej­sze było to, że do po­mocy przy pro­wa­dze­niu ho­telu po­trze­bo­wała ko­goś za­ufa­nego. A kto mógł być bar­dziej za­ufany niż dziew­czyna, z którą wspól­nie cho­dziły kraść owoce z sadu są­siada i sie­dząc w ciem­nym po­koju, ćwi­czyły po­ca­łunki?

– I co tam, Do­rotka? – za­py­tała, si­ląc się na uśmiech.

Do­rota zro­biła nie­szczę­śliwą minę i wy­cią­gnęła przed sie­bie do­ku­menty trzy­mane w dłoni. Nie­które były jesz­cze w ko­per­tach.

– Co to ta­kiego?

– We­zwa­nia do za­płaty.

– Od kogo?

– Wła­ści­wie od wszyst­kich, ale naj­bar­dziej rzuca się Ko­lar­ski. Dzwo­nił jesz­cze dzi­siaj i opo­wia­dał, że do sądu nas po­zwie. Gro­ził ko­mor­ni­kiem i tak da­lej.

– Ko­lar­ski? – zdzi­wiła się Alina. – Prze­cież je­ste­śmy mu winni ja­kieś gro­sze.

– Tro­chę po­nad je­de­na­ście ty­sięcy – po­wie­działa Do­rota.

Ko­lar­ski zaj­mo­wał się u nich ad­ap­ta­cją przy­zie­mia jed­nego ze skrzy­deł, w któ­rym pla­no­wali zro­bić spa i nie­wielki ba­sen. Pro­jekt na ra­zie wstrzy­mali. Mieli do dys­po­zy­cji tylko ga­bi­net ko­sme­tyczny z pod­sta­wo­wymi za­bie­gami dla go­ści – ma­sa­żami i tym po­dob­nymi. Li­czyli, że w cza­sie fe­rii bę­dzie spore ob­ło­że­nie i po zi­mie ru­szą ze spa od nowa. Było od nich bli­sko do sto­ków w Kar­pa­czu, do Bo­ro­wic zresztą też. Byle do zimy, po­wta­rzała so­bie czę­sto, wtedy się od­kują.

– Za­dzwo­nię do niego, po­roz­ma­wiam z nim i ja­koś to za­ła­twię.

– No nie wiem, czy da radę, Alinko. Ze mną nie roz­ma­wiał, tylko wrzesz­czał do te­le­fonu i nie dał mi na­wet dojść do słowa.

– Bo to fu­riat jest, ale ja mam na niego swoje spo­soby – od­parła, przyj­mu­jąc od niej do­ku­menty.

Gdy Do­rota po­że­gnała się i znik­nęła z ga­bi­netu, Alina za­jęła miej­sce przy biurku. Po­bież­nie przej­rzała pa­piery, które przy­nio­sła ko­le­żanka, ale już po kil­ku­na­stu se­kun­dach stwier­dziła, że nie ma na to siły.

Nie z sa­mego rana. Nie bez kawy.

Odło­żyła do­ku­menty na biurko. Z pełną pre­me­dy­ta­cją zo­sta­wiła też na nim ko­mórkę. Przez chwilę chciała po­być sama ze swo­imi my­ślami.

Po­szła do ja­dalni, która mie­ściła się w jed­nym ze skrzy­deł ho­telu. Co prawda miała eks­pres do kawy u sie­bie, ale po pierw­sze, kawa z niego mniej jej sma­ko­wała, a po dru­gie, gdyby zo­stała w ga­bi­ne­cie, to za­miast zła­pać od­dech, wzię­łaby się pew­nie do pracy. Po trze­cie wresz­cie, w ja­dalni były wiel­kie okna i wspa­niały wi­dok na pa­no­ramę Ko­tliny Je­le­nio­gór­skiej. Wła­śnie głów­nie z jego po­wodu zde­cy­do­wali się wy­bu­do­wać obiekt w tym miej­scu. Co prawda mu­sieli wy­ciąć kil­ka­na­ście drzew, ale było warto.

– Dzień do­bry, pani Alino – przy­wi­tała się z nią jedna z pra­cow­nic. Ko­lejna dziew­czyna. Pla­kietka na jej piersi, tym ra­zem za­wie­szona po­praw­nie, mó­wiła, że ma na imię Iwona. Za­trud­nili ją przed wa­ka­cjami.

– Dzień do­bry. Przy­go­tu­je­cie mi kawkę? – za­py­tała.

– Już się robi.

W ja­dalni za­jęty był tylko je­den sto­lik. Para eme­ry­tów, któ­rzy przy­je­chali tu­taj cho­dzić po gó­rach, ja­dła wła­śnie późne śnia­da­nie. Alina kie­dyś z nimi roz­ma­wiała i opo­wia­dali jej o tym, że uwiel­biają je­sień w Kar­ko­no­szach. Uwa­żali, że tu­taj to naj­pięk­niej­sza pora roku. Ona wo­lała lato, wio­snę, a na­wet zimę, ale zgo­dziła się z nimi, kie­ru­jąc się za­sadą, że klient ma za­wsze ra­cję.

Uśmiech­nęła się do nich uprzej­mie, kiedy ją za­uwa­żyli. Star­sza ko­bieta po­ma­chała ra­do­śnie ręką, jakby były naj­lep­szymi ko­le­żan­kami. Męż­czy­zna, si­wo­włosy i po­marsz­czony jak przej­rzałe jabłko, tylko uniósł lekko dłoń.

Za­jęła miej­sce i po­pa­trzyła na wy­sta­wiony bu­fet. Na pół­mi­skach cią­gle le­żały wę­dliny, wa­rzywa i sery. Pod­grze­wa­cze pra­co­wały pod tac­kami z pa­rów­kami i ja­jecz­nicą. Alina po­my­ślała, że znowu przy­go­to­wali za dużo je­dze­nia. Tyle zmar­no­wa­nych pie­nię­dzy... Ale prze­cież nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na to, żeby go­ście wy­cho­dzili po śnia­da­niu głodni. Po­my­ślała, że musi za­cząć le­piej pla­no­wać. A może da się zna­leźć tań­szych do­staw­ców? Co prawda od dawna pró­bo­wała to zro­bić, ale było jesz­cze kilka miejsc, do któ­rych nie dzwo­niła.

– Byle do fe­rii – po­wie­działa sama do sie­bie.

– Słu­cham, pani Alino?

Nie usły­szała, kiedy Iwona zna­la­zła się tuż przy niej z fi­li­żanką kawy.

– Nie, nic – od­parła i mach­nęła lek­ce­wa­żąco ręką, jakby od­ga­niała mu­chę.

– Dla pani biała, jak za­wsze? – upew­niła się dziew­czyna, sta­wia­jąc przed nią fi­li­żankę.

– Tak, biała. Dzię­kuję.

– Bar­dzo pro­szę, pani Alino.

– A po­wiedz mi, Iwonko – za­trzy­mała dziew­czynę, która miała już od­cho­dzić – jak śnia­da­nie? Wszy­scy go­ście już byli?

– Wszy­scy już ze­szli – po­twier­dziła pra­cow­nica i za­wa­hała się. – Z wy­jąt­kiem... Pani wie... No... no... tej...

– Któ­rej?

– Je­de­nastki.

No tak, je­de­nastka. Ko­lejny bo­le­sny skurcz w oko­licy żo­łądka.

– Dzię­kuję ci.

– To ja pójdę po­móc w kuchni.

– Oczy­wi­ście.

Dziew­czyna ode­szła. Eme­ryci koń­czyli po­si­łek. Męż­czy­zna wy­cie­rał wła­śnie usta w chu­s­teczkę, po czym po­ło­żył ją na ta­le­rzu. Jego żona piła ostat­nie łyki her­baty. Wstali, szu­ra­jąc krze­słami, a kiedy prze­cho­dzili obok Aliny, ko­bieta znów do niej po­ma­chała, tym ra­zem na po­że­gna­nie. Wła­ści­cielka ho­telu od­po­wie­działa tym sa­mym ge­stem.

Wrzu­ciła do swo­jej kawy dwie kostki cu­kru ze sto­ją­cej nie­opo­dal cu­kier­nicy, za­mie­szała ły­żeczką i wy­piła łyk. Nie sma­ko­wała jej. Po­cząt­kowo my­ślała, że to coś z na­po­jem. Już chciała za­wo­łać Iwonę, ka­zać jej prze­czy­ścić eks­pres, kiedy do­tarło do niej, że z kawą jest wszystko w po­rządku. To w jej ustach, na ję­zyku, po­ja­wił się kwa­śny po­smak.

Od­su­nęła od sie­bie fi­li­żankę. Oczy­wi­ście wie­działa, skąd to się wzięło. Je­de­nastka i ko­bieta miesz­ka­jąca tam od trzech ty­go­dni. Rzadko scho­dziła do ja­dalni. Mo­gło się na­wet wy­da­wać, że ni­gdy nie opusz­czała po­koju, cho­ciaż mu­siała to ro­bić, bo z par­kingu re­gu­lar­nie zni­kał jej sa­mo­chód. Ale nikt nie wi­dział, kiedy to ro­biła. Po­ru­szała się po obiek­cie jak duch.

Alina pod­nio­sła się i po­szła do kuchni. Przy­wi­tała się szybko z pra­cu­ją­cymi tam ko­bie­tami, po­pro­siła o tackę i wró­ciła z nią do bu­fetu. Po­sta­wiła na niej duży ta­lerz z ja­jecz­nicą, ciem­nym i ja­snym chle­bem, pa­rów­kami, se­rem, wę­dli­nami i wa­rzy­wami, mi­seczkę pełną owo­ców, ku­be­czek jo­gurtu na­tu­ral­nego, srebrny dzba­nu­szek z mle­kiem i fi­li­żankę z dwiema kost­kami cu­kru. Przy­go­to­wała też kawę i na­lała soku do szklanki. Po­pa­trzyła na tackę. Sporo tego było, ale prze­cież nie wie­działa, co ko­bieta je i na co bę­dzie miała ochotę, mu­siała więc za­brać wszyst­kiego po tro­chu.

Ze śnia­da­niem w rę­kach prze­szła do dru­giego skrzy­dła, wdra­pała się na pierw­sze pię­tro i szybko zna­la­zła się przed wej­ściem do po­koju nu­mer 11. Po­pra­wiła so­bie tackę tak, by ta zna­la­zła się mię­dzy drzwiami a jej brzu­chem, i przy­trzy­mu­jąc ją tylko jedną ręką, za­pu­kała. Naj­pierw de­li­kat­nie.

– Pro­szę pani! – za­wo­łała.

Nie było żad­nej od­po­wie­dzi.

Za­pu­kała gło­śniej i za­raz zro­biło jej się nie­przy­jem­nie. Po­my­ślała, że ta­kie na­tar­czywe wa­le­nie w drzwi jest jed­nak nie­sto­sowne.

– Pro­szę pani! – po­wtó­rzyła.

Na­słu­chi­wała, ale nie do­cho­dził do niej ża­den dźwięk.

– Nie­ba­wem za­my­kamy ja­dal­nię, więc przy­nio­słam pani coś do je­dze­nia! Po­my­śla­łam, że może by pani chciała...

Nie do­koń­czyła, bo nie miała po­ję­cia jak. Serce biło jej te­raz szyb­ciej niż zwy­kle. Dło­nie za­czy­nały się ro­bić śli­skie od potu i przy­szło jej do głowy, że jesz­cze tro­chę, a tacka jej się wy­śli­zgnie.

Po dru­giej stro­nie drzwi cią­gle pa­no­wała ci­sza.

A je­śli ona się za­biła, po­my­ślała na­gle. Je­śli po­łknęła za dużo ta­ble­tek albo się po­wie­siła. Albo znajdą ją, le­żącą w wan­nie, z pod­cię­tymi ży­łami.

Nikt by się prze­cież nie zdzi­wił, prawda?

Po­trzą­snęła głową, żeby od­go­nić od sie­bie te ob­razy. Nie. Może po pro­stu nie było jej w po­koju. Może znowu się wy­mknęła. Alina pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, czy wi­działa na par­kingu czer­woną mazdę, ale mózg zło­śli­wie nie pod­su­wał żad­nych ob­ra­zów.

Odło­żyła tackę na pod­łogę.

– Pro­szę pani – po­wie­działa, tym ra­zem ci­szej, tro­chę nie­śmiało, ale cią­gle na tyle gło­śno, że ktoś po dru­giej stro­nie po­wi­nien ją usły­szeć. – Zo­sta­wiam tackę z je­dze­niem pod drzwiami. Pro­szę nie kło­po­tać się z jej od­no­sze­niem, tylko zo­sta­wić ją w po­koju. Sprzą­taczki za­biorą.

Przez chwilę za­sta­na­wiała się jesz­cze, czy po­winna coś do­dać, ale nic nie przy­cho­dziło jej do głowy.

Ru­szyła z po­wro­tem do ja­dalni i zim­nej już pew­nie kawy. Za­trzy­mała się przy scho­dach pro­wa­dzą­cych na dół, bo wy­da­wało jej się, że usły­szała ja­kiś szmer. Od­wró­ciła się. Tacka, którą zo­sta­wiła przed je­de­nastką, znik­nęła. Czyli ko­bieta była w środku i naj­wy­raź­niej wszystko było z nią w po­rządku.

Alina po­czuła ulgę. W su­mie to jed­nak do­brze, że tamta jej nie otwo­rzyła. Nie była pewna, jak by się za­cho­wała, gdyby rze­czy­wi­ście sta­nęły w twa­rzą w twarz. Czy mia­łaby dość od­wagi, żeby spoj­rzeć jej pro­sto w oczy? I czy by­łaby go­towa na to, co może w nich zo­ba­czyć?

3

Drew­niane schody na klatce sta­rej ka­mie­nicy na ko­war­skiej sta­rówce ci­cho skrzy­piały pod bu­tami aspi­rantki Ma­rii Szu­lej. Sama klatka zo­stała nie­dawno od­no­wiona. Ściany, kie­dyś odra­pane, ozdo­bione wul­gar­nymi na­pi­sami, te­raz były po­kryte grubą war­stwą ja­sno­be­żo­wej farby. Z ja­kie­goś po­wodu ża­den z miesz­kań­ców nie wy­ko­rzy­stał fla­ma­strów, żeby na­pi­sać, kto lub co jest chu­jem, albo na­ry­so­wać mę­skie przy­ro­dze­nie, choć wcze­śniej zda­rzało się to na­gmin­nie. Be­żowy ich od­stra­sza czy co? – po­my­ślała i uśmiech­nęła się pod no­sem.

Po­li­cjantka za­trzy­mała się na pół­pię­trze, żeby prze­pu­ścić scho­dzącą z góry sta­ruszkę z la­ską i kil­koma re­kla­mów­kami za­wi­nię­tymi w kłę­bek. Chwilę póź­niej sta­nęła przed drzwiami miesz­ka­nia, któ­rego szu­kała. Z we­wnątrz do­cho­dził pol­ski hip-hop, pusz­czany tak gło­śno, że na­wet ona sły­szała, co pod­miot li­ryczny za­mie­rza zro­bić z ko­lej­nymi su­kami, które twarde jak be­ton ży­cie sta­wia na jego dro­dze. Za­ło­mo­tała za­ci­śniętą pię­ścią, a po­tem oparła się o dzwo­nek. Wy­soki, świ­dru­jący dźwięk na­wet dla niej był nie do znie­sie­nia. Tym w środku pew­nie roz­ta­piał mózg. I tak jak się spo­dzie­wała, naj­pierw usły­szała czyjś krzyk i prze­kleń­stwa, po­tem szyb­kie kroki, aż wresz­cie drzwi się otwo­rzyły.

– Co jest, kurwa?! – wrza­snął wście­kle Do­nio i za­raz zrze­dła mu mina, kiedy zo­ba­czył sto­jącą na­prze­ciwko Szu­lej. – Co jest, kurwa, pani wła­dzo? – za­py­tał już ci­szej i odro­binę uprzej­miej.

Miał dzie­więt­na­ście lat, łysą głowę i sze­ro­kie barki. Krótki rę­kaw od­sła­niał ży­la­ste, umię­śnione ra­miona, biały T-shirt kon­tra­sto­wał z czar­nymi spodniami od dresu. Oczy Do­nia po­ru­szały się ner­wowo, ale on już tak miał. Czę­sto mru­gał, jakby cier­piał na nie­zdia­gno­zo­waną krót­ko­wzrocz­ność.

– Mogę wejść, Do­nio? – za­py­tała.

– A ma pani... ten... no, na­kaz?

– Do­nio – spoj­rzała na niego po­błaż­li­wie – a jak ko­le­dzy do cie­bie przy­cho­dzą, to też im ka­żesz naj­pierw po­ka­zy­wać na­kaz?

– No nie.

– A ja je­stem prze­cież twoją ko­le­żanką, Do­nio. Od ko­le­żanki chcesz na­kaz do­stać? No nie wy­głu­piaj się – po­wie­działa i po pro­stu we­szła do miesz­ka­nia. Chło­pak mi­mo­wol­nie od­su­nął się, by zro­bić jej miej­sce.

W środku pach­niało ku­rzem, sta­ro­ścią, ro­so­łem go­to­wa­nym ty­siąc razy i – przede wszyst­kim – ma­ri­hu­aną. Szu­lej prze­szła do du­żego po­koju, gdzie wo­kół stołu sie­działo trzech chło­pa­ków. Po­li­cjantka znała wszyst­kich, na­wet le­piej, niżby so­bie ży­czyła. Mi­siek, Łysy i Mati. Ka­ta­log ich wy­stęp­ków był rów­nie mało ory­gi­nalny jak ich ksywki. W po­koju do do­tych­cza­so­wej pa­lety do­łą­czył nowy za­pach – woń ta­niego od­świe­ża­cza do po­wie­trza. Szu­lej zwró­ciła jesz­cze uwagę na sze­roko otwarte okno, wy­peł­nioną po­piel­niczkę oraz bu­telki z pi­wem na stole. Po­de­szła do wieży i wy­łą­czyła ją, czym prze­rwała wo­ka­li­ście w po­ło­wie opo­wieść o ko­lej­nych week­en­do­wych pod­ry­wach.

– Pani wła­dzo! – za­pro­te­sto­wał je­den z chło­pa­ków.

– A ty, Mati, już peł­no­letni je­steś, że piwo pi­jesz? – za­py­tała.

Chło­pak wy­szcze­rzył sze­roko zęby.

– Je­stem! Od dwóch mie­sięcy! Do­wo­dzik po­ka­zać?

Mach­nęła ręką. Ona przy­glą­dała się im, a oni jej. Czte­rech chło­pa­ków wyż­szych od niej o głowę, ma­syw­niej­szych i sil­niej­szych. Po­my­ślała, że kie­dyś, na po­czątku służby, może by się bała w ta­kiej sy­tu­acji, ale te­raz wie­działa, jak so­bie z nimi po­ra­dzić. Poza tym to oni, po­mimo har­dych min lub drwią­cych uśmiesz­ków, byli prze­stra­szeni. Wi­działa to w ich oczach.

– Co jest, pani wła­dzo?

– Po ro­wer przy­szłam, Do­nio.

– Ale po jaki ro­wer? – za­py­tał ze źle uda­wa­nym zdzi­wie­niem.

– Po je­den taki na­prawdę za­je­bi­sty ro­wer – od­po­wie­działa. – Je­den z tych, co kosz­tują tyle, ile mały sa­mo­chód. Z prze­rzut­kami i łań­cu­chem, ramą z włókna szkla­nego czy z czego oni ją tam te­raz ro­bią. Ale przede wszyst­kim w żół­tym ko­lo­rze. Przy­szłam więc po żółty ro­wer.

– Ja nie wiem, o co cho­dzi!

– O ro­wer, Do­nio.

– Jaki, kurwa, ro­wer?!

– Na pe­dały.

Tak jak się spo­dzie­wała, trójka sie­dząca przy stole za­re­cho­tała ra­do­śnie.

– Słu­chaj, Do­nio – po­wie­działa. – Przy­je­chał do na­szego mia­steczka pe­wien pan aż z sa­mego Gdań­ska. I przy­wiózł ze sobą za­je­bi­sty, drogi i żółty ro­wer, żeby po­jeź­dzić po gó­rach. Ale po­peł­nił błąd, bo za­trzy­mał się przy Car­re­fo­urze, żeby ku­pić coś do pi­cia. No i wy­obraź so­bie, że w tym cza­sie ktoś mu ten ro­wer ukradł. Żeby nie po­wie­dzieć: za­je­bał. Nie­źle, nie?

– A kłódki nie miał? – za­py­tał z ka­napy Mi­siek.

– Ktoś mu ją prze­ciął.

– To trzeba było se ku­pić lep­szą.

– A wiesz, że to samo so­bie po­my­śla­łam, Mi­siek? Że jak so­bie ku­pu­jesz ro­wer za kil­ka­na­ście ty­sięcy zło­tych, to stać cię na po­rządną kłódkę. No, ale co zro­bić! Wy­szło, jak wy­szło.

– A co ja mam z tym wspól­nego?! – wy­rzu­cił z sie­bie Do­nio.

– To, że ty ten ro­wer ukra­dłeś.

– Ja?! No co pani!

– Do­nio! Prze­cież lu­dzie cię wi­dzieli!

– Jacy lu­dzie?!

– Wszy­scy! Ci, co tam cho­dzą, za­kupy ro­bią, sie­dzą na ła­wecz­kach. Wszy­scy lu­dzie!

– To pier­dolą głu­pio, bo ja żad­nego ro­weru nie mam.

Szu­lej prze­wró­ciła oczami. Mi­nęła Do­nia, wy­szła z du­żego po­koju i po­de­szła do ko­lej­nych drzwi. Otwo­rzyła je sze­roko, a po­tem te­atral­nym ge­stem wska­zała na za­ba­ła­ga­nione wnę­trze i żółty spor­towy ro­wer sto­jący nie­opo­dal łóżka.

– Nie mam, kurwa, po­ję­cia, skąd on się tam wziął – po­wie­dział Do­nio, a z du­żego po­koju do­biegł ich re­chot ko­le­gów.

– Oczy­wi­ście, że nie masz – zgo­dziła się i ciężko wes­tchnęła. – Po­wiedz mi, Do­nio, co ty z nim chcia­łeś zro­bić. Na OLX-ie sprze­dać? Bo to jest drogi, spe­cja­li­styczny ro­wer, a nie ja­kieś gówno z mar­ketu. Tego się nie pusz­cza za parę stó­wek, a jak się pusz­cza, to od razu wia­domo, że lewy. Fa­cet do tego jest praw­ni­kiem, więc jest cięty. I ma kum­pla in­for­ma­tyka, który ma za­raz za­ło­żyć mo­ni­to­ring wszyst­kich por­tali au­kcyj­nych.

Chło­pak mil­czał.

– Chcę, żeby do cie­bie do­tarło, bę­cwale, że ja ci tu­taj przy­sługę wy­świad­czam – po­wie­działa Szu­lej i spoj­rzała na niego ba­daw­czo, jakby chciała się upew­nić, że zro­zu­miał.

We­szła do po­koju, z obrzy­dze­niem omi­nęła brudną bie­li­znę le­żącą na pod­ło­dze, chwy­ciła za ro­wer, wy­krę­ciła nim i bez słowa wy­pro­wa­dziła go z miesz­ka­nia. Do­nio to­wa­rzy­szył jej ze spusz­czoną głową i nie od­zy­wał się już ani sło­wem. Gdy za­mknął za nią drzwi, po­my­ślała, że mógłby przy­naj­mniej po­dzię­ko­wać. Gdyby jej się chciało, na­prawdę mo­głaby spro­wa­dzić na niego spore kło­poty. Ale jej się nie chciało. Znała Do­nia i jego ko­le­gów od lat. Za­cho­wy­wali się jak ty­powi mło­dzi i znu­dzeni fa­ceci, któ­rzy pró­bują ja­koś żyć w ta­kim mia­steczku jak Ko­wary. Tro­chę ło­bu­zują, cza­sami wda­dzą się w ja­kąś bójkę, cza­sami szczają w miej­scu pu­blicz­nym, tro­chę han­dlują trawką, ale za parę lat znajdą wresz­cie po­rządną ro­botę, będą mieli dziew­czynę, uspo­koją się i ustat­kują. Trzeba ich było tylko pil­no­wać, pro­fi­lak­tycz­nie szturch­nąć raz czy dwa, ale wsa­dza­nie ich do wię­zie­nia albo na­wet w za­wiasy ozna­czało pro­sze­nie się o kło­poty i za­kłó­ce­nie de­li­kat­nego na­tu­ral­nego pro­cesu do­ra­sta­nia.

Pod­nio­sła ro­wer, za­ska­ku­jąco lekki jak na swoje ga­ba­ryty, i za­rzu­ciła go so­bie na ra­mię. Ze­szła po scho­dach i już po chwili była na ulicy. Za­pięła do końca po­la­rową kurtkę i już chciała po­je­chać, ale sie­dze­nie znaj­do­wało się za wy­soko.

Aspi­rantka Szu­lej była ni­ska i pu­cu­ło­wata. Zda­wała so­bie sprawę, że z po­wodu krótko ostrzy­żo­nych wło­sów i mi­ni­mal­nego ma­ki­jażu (je­śli w ogóle ja­kiś no­siła) z da­leka można ją było po­my­lić z chłop­cem z nad­wagą.

Ob­ni­żyła sio­dełko. Te­raz już mo­gła ru­szać.

Zje­chała w dół ulicą 1 Maja, przez nie­malże całe mia­sto, żeby skrę­cić w Zam­kową, nie­da­leko sta­rej fa­bryki dy­wa­nów, a póź­niej w lewo – w Grab­skiego. Po kil­ku­set me­trach do­tarła do ko­mi­sa­riatu. Mie­ścił się w no­wym bu­dynku, wy­bu­do­wa­nym kilka lat wcze­śniej. Szary, lekko de­pre­syjny klo­cek wy­glą­dał, jakby prze­nie­siono go żyw­cem z osie­dla dom­ków sze­re­go­wych, prze­ma­lo­wano i lekko prze­ro­biono, ale przy­naj­mniej nie mu­sieli sie­dzieć jedno na dru­gim, jak w sta­rym ko­mi­sa­ria­cie na Sien­kie­wi­cza.

Wpro­wa­dziła ro­wer do środka, mi­nęła dy­żurkę i wtedy na jej dro­dze sta­nął ko­mi­sarz Je­rzy Grzy­bow­ski, ko­men­dant ko­mi­sa­riatu. Szu­lej za­wsze ko­ja­rzył się z ty­po­wym wu­jem na pol­skim we­selu – z krót­kimi si­wymi wło­sami, buj­nym wą­sem pod no­sem i zbyt małą ko­szulą, która z tru­dem opi­nała ro­snący brzuch. Ko­war­scy po­li­cjanci na­zy­wali go Grzy­bem, ale bez zło­śli­wo­ści, bo ko­men­dant był ra­czej lu­biany. Sam jed­nak nie prze­pa­dał za swoją ksywą i po­tra­fił się ze­mścić kiep­ską roz­pi­ską, kiedy usły­szał, że ktoś go tak na­zywa.

– Co ty tu­taj ro­bisz, Szu­lej? – za­py­tał na jej wi­dok. – Prze­cież dzi­siaj masz wolne.

Pod­nio­sła ro­wer i od­wró­ciła go tak, żeby mógł mu się do­brze przyj­rzeć.

– Służba nie drużba, pa­nie ko­men­dan­cie. A to ko­lejny suk­ces pol­skiej po­li­cji!

Grzyb zmarsz­czył brwi, jakby w pierw­szej chwili nie zro­zu­miał, co po­li­cjantka ma na my­śli, a po­tem się roz­po­go­dził.

– A! To ro­wer fa­ceta z Trój­mia­sta.

– Tak jest.

– Pew­nie się ucie­szy. Pra­wie się po­pła­kał, jak skła­dał za­wia­do­mie­nie o kra­dzieży. My­śla­łem, że się ze­szcza w tę ly­crę. Kto go zwi­nął?

Szu­lej zro­biła minę nie­wi­niątka i wzru­szyła ra­mio­nami.

– Nie wiem, sze­fie.

– Jak to nie wiesz?

– Tak po pro­stu. Zna­la­złam go przed wej­ściem do ko­mi­sa­riatu. Ktoś go mu­siał tam pod­sta­wić. Zło­dziej pew­nie się zo­rien­to­wał, że nie bę­dzie ła­two go opchnąć, i po­sta­no­wił od­dać.

– I po­sta­wił przed ko­mi­sa­ria­tem? – W gło­sie ko­men­danta za­brzmiała zło­śliwa nuta.

– Tak jest – po­twier­dziła Szu­lej.

– Zda­jesz so­bie sprawę, że mamy tu­taj ka­mery, przed wej­ściem i na par­kingu, więc mogę te­raz pójść i spraw­dzić, kto go pod­sta­wił?

Spoj­rzał na nią wy­cze­ku­jąco, a ona po­czuła, że mi­mo­wol­nie się czer­wieni. Co ją pod­ku­siło, żeby po­wie­dzieć, że stał przed ko­mi­sa­ria­tem? Mo­gła prze­cież wy­brać do­wolne miej­sce w ca­łych Ko­wa­rach. Po­wie­dzieć, że za­uwa­żyła go pod skle­pem, kiedy prze­jeż­dżała obok. Za­miast tego wy­my­śliła jedno z naj­głup­szych kłamstw.

– No, ale ja mia­łam na my­śli stary ko­mi­sa­riat. Ten na Sien­kie­wi­cza.

– Aha... Stary ko­mi­sa­riat – po­wie­dział ko­men­dant i po­dra­pał się po po­liczku. – Wiesz co, Szu­lej? Od­daj ten ro­wer jed­nemu z chło­pa­ków i niech da znać temu ko­le­siowi z Gdań­ska, że zguba się zna­la­zła.

– Tak jest.

– I jesz­cze jedno, Szu­lej.

– Tak?

– Zda­jesz so­bie sprawę, że ża­den z tych dup­ków nie do­ceni tego, co te­raz ro­bisz?

Nie od­po­wie­działa.

– Nie będę w tym grze­bał tylko dla­tego, że dzi­siaj jest dzień, jaki jest. Ale od­pa­lisz mi jesz­cze raz taki głupi nu­mer i bę­dziesz miała kło­poty. Zro­zu­mia­łaś?

– Tak – po­wie­działa ci­cho.

– To od­daj te­raz ten ro­wer chło­pa­kom i spier­da­laj na cmen­tarz.

Zro­biła to, co jej ka­zał. Za­pro­wa­dziła ro­wer do po­koju kry­mi­nal­nych i po­roz­ma­wiała z jed­nym z ko­le­gów, który obie­cał, że skon­tak­tuje się z fa­ce­tem z Gdań­ska. W prze­ci­wień­stwie do Grzyba nie za­da­wał nie­po­trzeb­nych py­tań. Nie dzi­wiła mu się. Ostat­nie ty­go­dnie ca­łej lo­kal­nej po­li­cji dały mocno w kość. Pew­nie cie­szył się, że przy­naj­mniej je­den te­mat spadł mu z głowy.

Kiedy wy­cho­dziła z ko­mi­sa­riatu, Grzyb wy­ło­nił się jesz­cze na mo­ment ze swo­jego ga­bi­netu.

– Szu­lej! – za­wo­łał za nią.

– Tak, pa­nie ko­men­dan­cie? – za­py­tała, od­wra­ca­jąc się po­woli. Przez głowę prze­szło jej, że jed­nak zmie­nił zda­nie i po­sta­no­wił wziąć ją na dy­wa­nik. A po­tem co? Po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­jące? Na­gana?

– Jesz­cze raz... – za­czął Grzyb i za­raz prze­rwał, chrząk­nął, jakby coś wpa­dło mu do gar­dła – moje kon­do­len­cje.

Jego słowa albo ton, ja­kim je wy­po­wie­dział, z praw­dzi­wym współ­czu­ciem, a może sam fakt, że były tak nie­ocze­ki­wane, spra­wiły, że w jej oczach sta­nęły łzy. Chciała po­dzię­ko­wać, ale na­gle po­czuła, że nie ma na to siły. Ski­nęła tylko głową i wy­szła.

4

Ja­siek otwo­rzył oczy i przez długą chwilę le­żał w bez­ru­chu, czu­jąc, jak wnętrz­no­ści prze­wa­lają mu się z jed­nej strony ciała na drugą. W końcu zmu­sił się, żeby wstać, i pod­trzy­mu­jąc się ścian ho­len­der­skiego domku, w któ­rym – jak za­wsze rano o tej po­rze roku – było cho­ler­nie zimno, do­padł do to­a­lety i zwy­mio­to­wał do ubi­ka­cji. Tak jak to ro­bił co­dzien­nie od trzech ty­go­dni.

Za­raz po wy­padku obie­cał so­bie, że ni­gdy nie weź­mie al­ko­holu do ust. Wy­trzy­mał w tym po­sta­no­wie­niu całe dwa dni. Te­raz pił wię­cej niż wcze­śniej, tyle że już nie jeź­dził sa­mo­cho­dem. I nie od­wie­dzał swo­jego ulu­bio­nego baru w Ko­wa­rach. Po pro­stu ku­po­wał piwo w skle­pie, naj­tań­sze i naj­moc­niej­sze, ja­kie aku­rat było, i chlał sa­mot­nie przy stole, słu­cha­jąc ra­dia lub oglą­da­jąc ja­kiś głupi pro­gram w te­le­wi­zji. W ca­łym domku śmier­działo prze­tra­wio­nym al­ko­ho­lem, wy­pa­lo­nymi pa­pie­ro­sami i kwa­śnym po­tem. Nie żeby Jaś­kowi to prze­szka­dzało. Przy­zwy­czaił się, wła­ści­wie le­dwo to czuł.

Kiedy skoń­czył wy­mio­to­wać, wstał, spu­ścił wodę, a po­tem pod­niósł się i prze­płu­kał usta. Przyj­rzał się so­bie w lu­strze. Schudł od czasu wy­padku, ale uro­sły mu włosy i broda, ob­fi­cie prze­pla­tane si­wi­zną. Oczy miał pod­krą­żone, skórę bladą. Na czole po­ja­wił mu się wielki, czer­wony pryszcz. Przez mo­ment chciał go wy­ci­snąć, ale mach­nął ręką. Jak już jest, niech bę­dzie. No i znowu spał w ubra­niu. W tym sa­mym ciem­nym weł­nia­nym swe­trze, który no­sił od kilku dni, i brud­nych dżin­sach. Nie pa­mię­tał, kiedy po raz ostatni zmie­niał skar­petki i bie­li­znę. Ale ja­kie to miało zna­cze­nie? Dla kogo miałby się stroić?

Wy­szedł z domku, a po dro­dze za­brał ze sto­lika paczkę pa­pie­ro­sów. Sta­nął na tra­wie, te­raz po­kry­tej buj­nie li­śćmi spa­da­ją­cymi z oko­licz­nych drzew. Po­my­ślał, że po­wi­nien zgra­bić te­ren, na wy­pa­dek gdyby po­ja­wili się wła­ści­ciele kem­pingu. Ale w su­mie po co mie­liby te­raz przy­jeż­dżać? Wia­domo, że po se­zo­nie nic się tu­taj nie dzieje.

Ja­siek pra­co­wał na kem­pingu już od bli­sko dzie­się­ciu lat. Wła­ści­wie od sa­mego po­wrotu z Wiel­kiej Bry­ta­nii. W se­zo­nie ro­bił wszystko – sprzą­tał, ob­słu­gi­wał klien­tów, do­ko­ny­wał pro­stych na­praw, dbał o sprzęt i pil­no­wał po­rządku. Poza se­zo­nem w su­mie było tak samo – też ro­bił wszystko, tylko że pracy było mniej. Za­ra­biał nie­wiele, ale do­stał do­mek ho­len­der­ski, w któ­rym mógł miesz­kać przez cały rok. Jemu to pa­so­wało. Pie­nią­dze za­wsze mógł do­ro­bić – na­jąć się do re­mon­tów czy in­nych na­praw. By­wało, że rą­bał i ukła­dał drewno lub sprzą­tał star­szym lu­dziom w obej­ściach. Kilka osób miało jego nu­mer te­le­fonu i dzwo­niło, jak była fu­cha. Ja­siek pra­co­wał su­mien­nie, ci­cho i nie brał za wiele.

Wy­cią­gnął pa­pie­rosa, wsa­dził go so­bie do ust i za­pa­lił. Za­cią­gnął się głę­boko i roz­ko­szo­wał się słod­kim dy­mem, który draż­nił mu płuca, gar­dło i usta. Kem­ping znaj­do­wał się w oko­li­cach Ko­war, na gra­nicy lasu w Ru­dach Ja­no­wic­kich. Oprócz kilku dom­ków ho­len­der­skich stały tu bar, te­raz za­mknięty, to­a­lety z ła­zien­kami, bu­dy­nek go­spo­dar­czy, w któ­rym trzy­mali na­rzę­dzia, ko­siarki i inne nie­zbędne sprzęty, i drugi, znaj­du­jący się nie­mal przy sa­mym le­sie, w od­da­le­niu od reszty kom­pleksu. Była to prze­pom­pow­nia, na te­re­nie kem­pingu znaj­do­wał się bo­wiem otwarty ba­sen, pra­wie dwu­dzie­sto­pię­cio­me­trowy, do któ­rego wodę po­bie­rano z prze­pły­wa­ją­cej nie­opo­dal gór­skiej rzeczki. Miesz­kańcy po­ło­żo­nego ni­żej Ogo­rzelca, szcze­gól­nie rol­nicy, pro­te­sto­wali prze­ciwko tej in­we­sty­cji, bo oba­wiali się, że za­brak­nie dla nich wody, ale wła­ści­ciele długo wal­czyli i osta­tecz­nie po­sta­wili na swoim.

To wła­śnie tego wszyst­kiego w mie­sią­cach je­sien­nych, zi­mo­wych i wcze­sno­wio­sen­nych, kiedy w oko­licy nie było żad­nych go­ści, pil­no­wał Ja­siek.

– Dzień do­bry, pa­nie Ja­siek! – za­wo­łał nie­zgrab­nym pol­skim Belg, nad­cho­dzący od strony ba­senu.

Ja­siek ski­nął mu głową. Miał na­dzieję, że to wy­star­czy, ale Belg, ubrany w pra­wie nowy dres, wła­śnie skrę­cał w jego kie­runku. Męż­czy­zna na­brał w zwy­czaju uci­nać so­bie z nim krót­kie po­ga­wędki, ile­kroć się mi­jali. Przed pra­wie czte­rema ty­go­dniami przy­je­chał tu swoim kam­pe­rem, jed­nym z tych więk­szych i now­szych, bar­dziej luk­su­so­wych, ja­kimi zwy­kle przy­jeż­dżają do Pol­ski tu­ry­ści z Za­chodu. Opo­wia­dał, że nie­dawno stra­cił żonę. Ich wspól­nym ma­rze­niem była taka po­dróż przez Eu­ropę Środ­kową i Wschod­nią, ale ni­gdy nie udało im się go speł­nić. Belg po­sta­no­wił więc wy­ru­szyć w drogę sam, żeby w ten spo­sób uho­no­ro­wać jej pa­mięć. Ja­siek nie ro­zu­miał tego za­cho­wa­nia. Dla niego ra­czej wy­glą­dało to tak, że męż­czy­zna cze­kał, aż mał­żonka zej­dzie z tego świata, żeby cie­szyć się wy­prawą sa­mot­nie. Ale to nie była jego sprawa. Pod­łą­czył kam­pera do me­diów i po­brał opłatę. Jesz­cze bar­dziej jed­nak dzi­wiło go to, że Belg nie ru­szył w dal­szą drogę. Zo­stał na kem­pingu i nie wy­glą­dało na to, żeby pla­no­wał go opu­ścić w naj­bliż­szym cza­sie. Wy­po­ży­czył w Je­le­niej Gó­rze auto, zwy­kłego kil­ku­let­niego volks­wa­gena polo, żeby jeź­dzić nim na za­kupy. Dla Jaśka było to do­dat­kowe utra­pie­nie, mu­siał bo­wiem dbać o to, żeby to­a­lety i sa­ni­ta­riaty dzia­łały, za­miast za­mknąć je do wio­sny na cztery spu­sty. Belg mógłby się myć i za­ła­twiać u sie­bie w kam­pe­rze, ale wo­lał ko­rzy­stać z kem­pin­go­wej in­fra­struk­tury.

– Dzień do­bry – po­wie­dział Ja­siek, kiedy ten zna­lazł się tuż przy nim.

– Jak się panu spało? – za­py­tał je­dyny gość kem­pingu, prze­cho­dząc na an­giel­ski.

– Do­brze.

– I nic panu nie prze­szka­dzało? Żad­nych dziw­nych ha­ła­sów pan nie sły­szał?

– Nie. A czemu?

– A bo ja sły­sza­łem – od­parł Belg. – To wy­cie, jakby szcze­ka­nie. Strasz­nie gło­śne. Ja kiep­sko sy­piam, od kiedy żona mi zmarła. Oka nie mo­głem zmru­żyć.

– To pew­nie znowu sarny – po­wie­dział Ja­siek.

– Znowu sarny – po­wtó­rzył za nim męż­czy­zna.

Ja­siek kiw­nął po­nuro głową. Po raz ostatni za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem, a po­tem rzu­cił go pod nogi i przy­dep­tał bu­tem.

– Cho­lerne sarny – mruk­nął za­my­ślony Belg. – Nie wiem, czemu tu­taj przy­cho­dzą. Kiedy wy­sze­dłem na ze­wnątrz, tylko sły­sza­łem, jak ucie­kają. I tak za każ­dym ra­zem. Mo­głyby się w końcu na­uczyć, żeby tu nie pod­cho­dzić.

– Dużo ich tu­taj w oko­licy i nie są za mą­dre.

– A nie da się ich ja­koś od­stra­szyć? – za­py­tał Belg. – Może trzeba bramę na noc za­my­kać.

– Za­my­kam – po­wie­dział po­nuro Ja­siek. – Przez płot prze­ska­kują.

– A tego two­jego psa się nie boją?

– Naj­wy­raź­niej.

Wzrok Belga po­wę­dro­wał w stronę ogro­dze­nia: zwy­kłej dru­cia­nej siatki, ale jed­nak dość wy­so­kiej. Przyj­rzał się jej po­dejrz­li­wie, a po­tem wzru­szył ra­mio­nami.

– Jak pan może spać przy ta­kim ha­ła­sie, pa­nie Ja­siek? – za­py­tał.

Ja­siek po­czuł, jak na po­liczki za­czyna wy­pły­wać mu ru­mie­niec wstydu. Bo co miał po­ra­dzić temu Bel­gowi? Żeby upi­jał się do nie­przy­tom­no­ści jak on i wtedy żadna sarna nie bę­dzie mu prze­szka­dzać?

– Mam mocny sen.

– Po­zaz­dro­ścić. A tak poza tym, pa­nie Ja­siek, wszystko w po­rządku?

– W po­rządku.

– No to do­brze. Mi­łego dnia, pa­nie Ja­siek! Mi­łego! – po­wtó­rzył na ko­niec Belg i klep­nął go kilka razy w ra­mię.

Kiedy od­cho­dził, Ja­siek śle­dził go wzro­kiem, roz­złosz­czony i zi­ry­to­wany. Przez chwilę było do­brze. Przez chwilę był spo­kojny i zdo­łał na­wet za­po­mnieć. A ten Belg wszystko znisz­czył. Naj­chęt­niej ka­załby mu się pa­ko­wać i go stąd wy­wa­lił, ale nie mógł tego zro­bić. Nie był wła­ści­cie­lem, a tam­ten pła­cił w euro. Co prawda nie­wiele, bo było poza se­zo­nem, ale prze­cież na tym po­le­gała praca Jaśka, żeby ob­słu­gi­wać go­ści. Na­wet późną je­sie­nią.

Zer­k­nął do wnę­trza paczki. Zo­stały mu jesz­cze trzy pa­pie­rosy. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, czy nie wy­pa­lić ko­lej­nego dla uko­je­nia ner­wów, ale zre­zy­gno­wał. Zro­biło mu się na­gle zimno. Poza tym bał się, że wy­pali wszyst­kie trzy, za­nim zdąży po­je­chać do mia­sta po nową paczkę, piwo i coś do je­dze­nia.

Obej­rzał się za sie­bie, przez jego ciało prze­szedł nie­przy­jemny dreszcz. Nie chciał wra­cać do domku ho­len­der­skiego. Nie na trzeźwo. Ale tam zo­sta­wił klu­czyki od sa­mo­chodu. Poza tym był już głodny.

Po­sta­no­wił jed­nak wy­pa­lić jesz­cze jedną fajkę. By na­brać sił.

Kilka mi­nut póź­niej wszedł do swo­jego domku i przez trzy se­kundy wy­da­wało mu się, że tego dnia ma szczę­ście. Ale po­tem ją za­uwa­żył. Sie­działa sztywno przy stole, z rę­kami uło­żo­nymi na bla­cie, i uśmie­chała się uro­czo, ale jed­nak drwiąco. Ona. Ko­bieta, którą prze­je­chał trzy ty­go­dnie temu i po­cho­wał w le­sie za­le­d­wie parę ki­lo­me­trów stąd.

– Gdzie by­łeś? – za­py­tała we­soło.

Po­czuł, że za­czyna mu się krę­cić w gło­wie, a w jego oczach mi­mo­wol­nie po­ja­wiły się łzy. Otarł je po­śpiesz­nie wierz­chem dłoni. Nie chciał, żeby to za­uwa­żyła.

– Na dwo­rze by­łem – po­wie­dział ci­cho, strze­la­jąc oczami na boki, jakby bał się, że w domku jest jesz­cze ktoś, kto mógłby ich pod­słu­chać. A wła­ści­wie jego. Bo może był sza­lony, ale nie głupi. I wie­dział, że tak na­prawdę jej nie ma.

– Po co?

– Za­pa­lić.

– Prze­cież mo­żesz pa­lić tu­taj.

Ale ba­łem się, że ty tu­taj bę­dziesz, po­my­ślał, nie po­wie­dział tego jed­nak na głos.

– Chcia­łem się prze­wie­trzyć – mruk­nął, idąc do czę­ści ku­chen­nej, żeby zro­bić so­bie kawę. Do­lał wody do czaj­nika elek­trycz­nego, pstryk­nął prze­łącz­nik. Wy­cią­gnął z szafki nad głową puszkę z kawą. Się­gnął do zlewu po ku­bek, prze­płu­kał go i wy­lał fusy. Po­tem na­sy­pał dwie czu­bate łyżki mie­lo­nej kawy i za­lał je go­rącą wodą.

Od­wró­cił się, ma­jąc na­dzieję, że już jej tam nie bę­dzie, ale cią­gle sie­działa przy stole i przy­glą­dała mu się, za­cie­ka­wiona.

– Chcia­ła­bym za­pa­lić – po­wie­działa.

– Aha – mruk­nął, cho­wa­jąc się za kub­kiem go­rą­cym od wrzątku.

– Ale trudno pa­lić, jak się nie żyje, nie?

Ręka mu za­drżała. Ku­bek pra­wie wy­padł z dłoni. Ja­siek od­sta­wił go na blat i ode­tchnął głę­boko. Co miał te­raz zro­bić? Znów ją prze­pro­sić? Zro­bił to, kiedy po­ja­wiła się po raz pierw­szy. Pła­kał i prze­pra­szał, prze­pra­szał i pła­kał. Bez żad­nego efektu.

– Coś już wia­domo? – za­py­tała, zmie­nia­jąc te­mat.

– O czym?

– O mnie – od­po­wie­działa we­soło i po­trzą­snęła głową, a ko­smyki jej wło­sów za­tań­czyły ra­do­śnie. – My­ślisz, że już ktoś mnie zna­lazł? My­ślisz, że już wie­dzą, kim je­stem? I, przede wszyst­kim, czy my­ślisz, że ktoś dzi­siaj do cie­bie przyj­dzie, żeby za­dać kilka py­tań?

Pa­trzyła na niego wy­cze­ku­jąco, a jego na­gle ude­rzył w noz­drza smród wła­snego ciała, jakby to była ja­kaś ma­ni­fe­sta­cja wy­rzu­tów su­mie­nia. Znowu za­chciało mu się wy­mio­to­wać, ale w żo­łądku nic już nie było. Dla­tego tylko stał, oparty o zlew, za­ci­ska­jąc zęby i cze­ka­jąc, aż tor­sje miną. Po­tem pod­szedł do sta­rego od­bior­nika ra­dio­wego, tak wie­ko­wego, że miał jesz­cze od­twa­rzacz ka­se­towy, i włą­czył ra­dio. A po­tem po­gło­śnił na maksa.

– To nic nie da. – Usły­szał jej głos, mocny i wy­raźny, jakby stała tuż obok niego, a prze­cież nie ru­szyła się na­wet o krok od sto­lika. – Ja i tak tu zo­stanę.

5

Da­rek skro­lo­wał roz­mowę, którą od­był na What­sAp­pie z Ju­nio­rem. Ju­nior był jego kum­plem z Wro­cła­wia, gdzie ra­zem stu­dio­wali biz­nes i ad­mi­ni­stra­cję. Po­znali się już na pierw­szym roku, kiedy wy­kła­dowca rzu­cił im na głowę wspólny pro­jekt. Mieli przy­go­to­wać pre­zen­ta­cję na te­mat wy­jąt­kowo nud­nej firmy, która ro­biła ja­kieś rury z two­rzyw sztucz­nych. Za pro­jekt do­stali le­dwo za­li­cze­nie, ale w trak­cie jego przy­go­to­wa­nia szybko zła­pali wspólny ję­zyk, bo oka­zało się, że wiele ich łą­czy. Da­rek po­cho­dził z Kar­ko­no­szy (tak opo­wia­dał nowo spo­tka­nym lu­dziom – wo­lał nie wspo­mi­nać im o Ko­wa­rach, bo uwa­żał, że to dziura i wstyd tam miesz­kać), na­to­miast Ju­nior ze Świe­ra­dowa-Zdroju. Ro­dzice ich obu dzia­łali w branży tu­ry­stycz­nej i ho­te­lar­skiej. Ale na tym po­do­bień­stwa się koń­czyły, bo o ile ro­dzice Darka nie­ustan­nie opo­wia­dali o tym, że chcą na­uczyć go ży­cia i sza­cunku do pie­nię­dzy, że po­wi­nien być ko­wa­lem wła­snego losu, a oni wolą dać mu wędkę za­miast ryby, o tyle ro­dzice Ju­niora nie mieli ta­kich dy­dak­tyczno-die­te­tycz­nych za­pę­dów. Dla­tego kiedy Da­rek li­czył pie­nią­dze od pierw­szego do pierw­szego, jeź­dził ko­mu­ni­ka­cją miej­ską i nie­ustan­nie roz­glą­dał się za ja­ki­miś fu­chami, dzięki któ­rym mógłby za­ro­bić ła­two parę stó­wek, Ju­nior roz­bi­jał się ube­rami lub spor­tową re­nówką, wy­da­wał tyle pie­nię­dzy w ba­rach, jakby jego port­fel nie miał dna, i ge­ne­ral­nie ko­rzy­stał z uro­ków stu­denc­kiego ży­cia. Bo kiedy – za­uwa­żał fi­lo­zo­ficz­nie – miałby się ba­wić, jak nie te­raz?

Tym ra­zem Ju­nior na­pi­sał do Darka, żeby opo­wie­dzieć mu o tym, jak całą ekipą wy­brali się na mia­sto. Zła­pali ko­le­sia, który oka­zał się gra­czem dru­żyny fut­bolu ame­ry­kań­skiego Pan­thers Wro­cław. Fa­cet był wielki, świet­nie zbu­do­wany i ro­iło się wo­kół niego od pa­nie­nek. Ju­nior sta­wiał mu ko­lejne drinki i piwa, po­dzie­lił się też bia­łym prosz­kiem, który aku­rat za­plą­tał mu się w kie­szeni, a fut­bo­li­sta po­sta­no­wił się od­wdzię­czyć i opo­wia­dał dziew­czy­nom, że Ju­nior też gra z nim w dru­ży­nie. Trzeba jed­nak po­wie­dzieć, że Ju­nior nie miał syl­wetki spor­towca, a już na pewno syl­wetki ko­goś, kto gra w fut­bol ame­ry­kań­ski. Nie szko­dzi – ko­leś z Pan­thers Wro­cław opo­wia­dał, że Ju­nior jest u nich qu­ater­bac­kiem, który nie musi być taki wielki, bo przede wszyst­kim ma dużo my­śleć i cel­nie rzu­cać piłką. Był w tej gadce na tyle prze­ko­nu­jący, że na­wet sam Ju­nior nie­mal uwie­rzył w swoją wielką ka­rierę fut­bo­li­sty.

Skoń­czyło się więc na tym, że wy­lą­do­wał u jed­nej pa­nienki, prze­ko­na­nej, że idzie do łóżka z gra­czem Pan­thers Wro­cław, i zro­bił z nią wszystko (pod­kre­ślił to słowo), co tylko chciał. A naj­lep­sze było to, że zmył się nad ra­nem i la­ska nie znała jego na­zwi­ska ani nie miała jego nu­meru te­le­fonu. Układ ide­alny.

Da­rek nie uwie­rzyłby w tę hi­sto­rię. I wcale nie dla­tego, że Ju­nior był kłamcą czy mi­to­ma­nem. Nie­stety, więk­szość jego opo­wie­ści znaj­do­wała po­kry­cie w rze­czy­wi­sto­ści. Nie uwie­rzyłby w nią, bo tak by­łoby mu po pro­stu ła­twiej, ale Ju­nior do swo­jej re­la­cji do­łą­czył zdję­cia z tam­tej im­prezy na do­wód, że wszystko to wy­da­rzyło się na­prawdę. Roz­mowę za­koń­czył: „Szkoda, bra­chu, że cię z nami nie było”.

Kiedy Da­rek to prze­czy­tał, miał ochotę za­wyć i rzu­cić te­le­fo­nem o ścianę. Nie zro­bił tego, bo wie­dział, że ro­dzice nie da­liby mu kasy na nowy. Mu­siałby ku­pić ze swo­ich, ale jego stać było tylko na ko­mórkę z bu­dże­to­wej półki, a z czymś ta­kim wsty­dziłby się po­ka­zać na stu­diach, gdzie każdy no­sił w kie­szeni aj­fona czy fla­gowca jed­nego z czo­ło­wych pro­du­cen­tów.

No, ale też to nie był na ra­zie jego pro­blem, bo utknął w Ko­wa­rach, w ro­dzin­nym domu, po­sta­wio­nym po­nad trzy­dzie­ści lat temu – a więc sporo przed jego na­ro­dzi­nami – na obrze­żach mia­sta. Żeby to jesz­cze ja­kaś willa była, a nie zwy­czajny jed­no­pię­trowy dom z ga­ra­żem, kan­cia­sty, tro­chę za­nie­dbany i zwy­czaj­nie brzydki. I z wnę­trzem wy­ję­tym jakby z re­klamy sa­lonu me­blo­wego z lat dzie­więć­dzie­sią­tych – je­dyny wy­ją­tek sta­no­wiło parę rze­czy ku­pio­nych w Black Red White. Dar­kowi było wstyd, ile­kroć tu­taj przy­jeż­dżał, bo by­wał u swo­ich zna­jo­mych z Wro­cła­wia, któ­rzy miesz­kali w pięk­nych, od­re­mon­to­wa­nych po­nie­miec­kich wil­lach albo w świeżo wy­bu­do­wa­nych prze­stron­nych apar­ta­men­tach. Po­ja­wił się też u Ju­niora na ja­kiejś im­pre­zie, kiedy jego ro­dzice wy­je­chali na kon­gres go­spo­dar­czy do Tur­cji, i gdy tylko tam wszedł, na­tych­miast po­czuł za­wiść. No­wo­cze­sna willa była naj­lep­szym do­wo­dem na to, że na­prawdę im się po­wo­dzi. A sta­rzy Darka? Oj­ciec, in­for­ma­tyk, jako pod­wy­ko­nawca ro­bił spore pro­jekty dla firm we Wro­cła­wiu. Czę­sto tam jeź­dził i trze­pał sporą ka­siorę. Matkę po­chła­niały in­te­resy na miej­scu – kem­ping pod Wro­cła­wiem i nie­dawno wy­bu­do­wany ho­tel. Ale za­miast cie­szyć się swoim suk­ce­sem, po­ka­zać, co udało im się osią­gnąć, żyli na ta­kim sa­mym po­zio­mie jak ich są­sie­dzi: na­uczy­cielka w miej­sco­wej szkole i pra­cow­nik urzędu mia­sta w Je­le­niej Gó­rze. Je­dy­nym wy­jąt­kiem był sa­mo­chód sta­rego. Przez kilka mie­sięcy wier­cił matce dziurę w brzu­chu, że to prze­cież jego wi­zy­tówka, i w końcu po­zwo­liła mu ku­pić coś droż­szego. Aha, i ze­ga­rek jesz­cze miał, Lon­gi­nesa, któ­rego ku­pił po­ta­jem­nie. Chyba ni­gdy jej się nie przy­znał, ile kosz­to­wał, a ona się na tym nie znała. Trak­to­wał go jak ja­kąś re­li­kwię. Da­rek nie raz i nie dwa wi­dział go, jak sie­dzi w fo­telu i pal­cem wska­zu­ją­cym gła­dzi szkiełko. Czuł się wtedy, jakby przy­ła­pał ojca na ja­kiejś dziw­nej for­mie ma­stur­ba­cji.

Chło­pak tego wszyst­kiego po pro­stu nie ro­zu­miał i bar­dzo, ale to bar­dzo za­zdro­ścił Ju­nio­rowi. Jemu matka nie po­wta­rzała w kółko: „mu­sisz pra­co­wać, in­we­sto­wać, prze­my­śli­wać wy­datki”. Rzy­gał już tym.

Po raz trzeci prze­czy­tał opo­wieść ko­legi i odło­żył te­le­fon na biurko. Le­żał na łóżku w swoim po­koju na pię­trze, gdzie na ścia­nie wi­siał pla­kat z Harry’ego Pot­tera z pod­pi­sem Da­niela Radc­liffa, opra­wiony w an­ty­ramę. Do­stał go od mamy na sie­dem­na­ste uro­dziny. Wku­rzył się wtedy, ale nie dał nic po so­bie po­znać. Dawno prze­cież wy­rósł z ba­jek o na­sto­let­nim cza­ro­dzieju, a tam­tego roku li­czył na drona. Albo na nowe play­sta­tion. Albo mac­bo­oka. Ale nie, do­stał pla­kat, który iry­to­wał go za każ­dym ra­zem, kiedy na niego spo­glą­dał.

Pod­niósł się i nie­chęt­nie zszedł na dół. Nie lu­bił swo­jego po­koju. Za bar­dzo przy­po­mi­nał mu o wszyst­kich jego fru­stra­cjach. Ale jesz­cze bar­dziej nie lu­bił z niego wy­cho­dzić. Tylko że zgłod­niał.

Ru­szył do kuchni, po­woli, roz­glą­da­jąc się do­okoła, bo bał się spo­tka­nia z mamą. Na szczę­ście naj­wy­raź­niej nie było jej w domu. To do­brze, po­my­ślał. Pew­nie po­je­chała już do pracy. Przy­go­to­wał so­bie mi­skę płat­ków i pla­no­wał zna­leźć coś do oglą­da­nia na Net­fli­xie, ale w sa­lo­nie na ka­na­pie sie­dział oj­ciec z lap­to­pem. Był śred­niego wzro­stu, miał lekką nad­wagę i cał­ko­wi­cie siwe włosy na gło­wie, choć nie prze­kro­czył jesz­cze pięć­dzie­siątki. No­sił kra­cia­ste ko­szule, la­tem z krót­kimi rę­kaw­kami, i oku­lary w gru­bej opra­wie. Go­lił się na gładko. Nie miał żad­nych ta­tu­aży. Nie upra­wiał spor­tów, poza oka­zjo­nal­nym bie­ga­niem. Da­rek po­my­ślał, że gdyby kto­kol­wiek szu­kał ucie­le­śnie­nia nudy, to jego oj­ciec nada­wałby się ide­al­nie.

A jed­nak... – po­ja­wiło się w jego gło­wie, ale za­raz prze­rwał tę myśl, zbyt prze­stra­szony tym, do czego mo­głaby go do­pro­wa­dzić. Mimo to po­czuł nie­przy­jemny chłód, jakby ciało wie­działo to, do czego nie chciał przy­znać się umysł.

Spró­bo­wał się wy­co­fać, wró­cić do swo­jego po­koju i po­oglą­dać coś na kom­pu­te­rze, ale wtedy oj­ciec pod­niósł głowę i ich spoj­rze­nia na­gle się spo­tkały.

– Cześć – po­wie­dział, a ką­ciki jego ust unio­sły się lekko w zmę­czo­nym uśmie­chu.

– Cześć – od­parł Da­rek.

– Już wsta­łeś.

– Ano.

– Śnia­da­nie so­bie zro­bi­łeś?

Chło­pak po­ka­zał mi­seczkę z płat­kami, którą trzy­mał przed sobą. Oj­ciec skrzy­wił się lekko.

– Mało jak na ta­kiego chłopa jak ty. Zro­bić ci coś wię­cej? Może ja­jecz­nicę przy­go­tuję, co?

– Nie. Nie trzeba. Nie je­stem głodny. To zna­czy nie aż tak.

– Aha. – Oj­ciec po­dra­pał się po bro­dzie. – Je­śli ci to wy­star­czy, to wy­star­czy.

– To ja już pójdę do sie­bie – po­wie­dział Da­rek. – Nie chcę ci prze­szka­dzać.

– Nie prze­szka­dzasz – mruk­nął oj­ciec, za­my­ka­jąc lap­topa. – Wła­śnie skoń­czy­łem ro­botę.

Da­rek za­wa­hał się. Nie­zręcz­nie by­łoby te­raz wyjść. Po­sta­wił mi­seczkę na sto­liku o szkla­nym bla­cie, przy­su­nął so­bie skó­rzany fo­tel i za­czął jeść. Cze­ko­la­dowe płatki były we­dług niego zbyt słod­kie. Wo­lałby, żeby mama ku­piła ra­czej ja­kieś owsiane z ba­ka­liami, ale ona cią­gle trak­to­wała go jak dziecko. Po­dob­nie jak oj­ciec. Cho­lera, po­my­ślał, ja­kie to krę­pu­jące jeść, kiedy stary tak na niego pa­trzy. Jakby chciał się upew­nić, czy Da­rek nie po­bru­dzi so­bie T-shirtu. De­ner­wo­wała go też ci­sza, która za­pa­dła w sa­lo­nie, dla­tego się­gnął po pi­lota, uru­cho­mił te­le­wi­zor, a po­tem Net­flixa. Po­cze­kał, aż roz­le­gnie się cha­rak­te­ry­styczny dźwięk apli­ka­cji, wszedł na swój pro­fil i za­czął ska­kać po ko­lo­ro­wych iko­nach se­riali, pro­gra­mów i fil­mów. Żad­nego jed­nak nie włą­czył. Na­gle stra­cił ochotę na oglą­da­nie.

Po­my­ślał, że to ża­ło­sne i cho­ler­nie nie­spra­wie­dliwe – sie­dzi w ro­dzin­nym domu w Ko­wa­rach i prze­gląda Net­flixa jak ja­kiś prze­gryw, pod­czas gdy Ju­nior sza­leje we Wro­cła­wiu w to­wa­rzy­stwie gra­czy Pan­thers Wro­cław, bawi się i wy­rywa ko­lejne pa­nienki.

– Tato... – za­czął ostroż­nie.

– Tak? – Oj­ciec za­marł w pół ru­chu, bo wła­śnie się­gał z po­wro­tem po lap­topa.

– Bo tak so­bie po­my­śla­łem...

– No?

– Że może ja bym już wró­cił do Wro­cła­wia, co?

Oj­ciec opadł na ka­napę, która pod jego cię­ża­rem wy­dała z sie­bie nie­przy­jemny, chro­po­waty dźwięk, jakby w środku za­miast mięk­kiej gąbki znaj­do­wał się żwir.

– Le­piej nie – od­parł wresz­cie.

– Ale tato!

– Wiesz, jak jest.

– Tato! Ale przez to, że ja tu­taj sie­dzę, cały se­mestr stracę!

– Wiem – mruk­nął oj­ciec. – Ale mama uważa, że po­wi­nie­neś zo­stać w domu, do­póki wszystko się nie uspo­koi.

– Ale prze­cież się uspo­ko­iło! Patrz, ile czasu mi­nęło, i nic się nie dzieje! W TVN24 na­wet się o tym nie za­jąkną. Wiem, bo spraw­dzam.

Oj­ciec za­marł na mo­ment i lekko po­bladł.

– Ale nie przez wy­szu­ki­warkę?

– Nie. Wcho­dzę na strony główne por­tali i pa­trzę po na­głów­kach.

– Aha. – Męż­czy­zna uspo­koił się tro­chę. – Bo wiesz, że jak spraw­dzasz przez wy­szu­ki­warkę, to hi­sto­ria zo­staje. I nie tylko u cie­bie na kom­pu­te­rze, ale...

– Wiem, tato – żach­nął się Da­rek. – Roz­ma­wia­li­śmy o tym.

– Tak. Roz­ma­wia­li­śmy. Słu­chaj. – Oj­ciec po­pra­wił się na ka­na­pie, która znowu za­chrzę­ściła. – Może na por­ta­lach już nie wisi, ale po­li­cja cią­gle szuka. Wiem, że ci ciężko, ale po­trze­bu­jemy te­raz wszy­scy tro­chę cier­pli­wo­ści i zim­nej krwi. Poza tym cho­dzi nam o to, żeby nie zwra­cać na sie­bie uwagi.

– A my­ślisz, że co bar­dziej zwraca uwagę?! To, że sie­dzę u was, cho­ciaż po­wi­nie­nem być na stu­diach, czy to, że wra­cam do Wro­cła­wia, tak jak po­wi­nie­nem?! Prze­cież kum­ple mnie py­tają, dla­czego nie cho­dzę na za­ję­cia! I co ja mam im po­wie­dzieć?! Wy­mówki mi się koń­czą, a oni nie za bar­dzo wie­rzą, że matce w tym je­ba­nym ho­telu po­ma­gam! Żeby mnie ona tam jesz­cze za­bie­rała, to mia­łoby to sens! Ale nie za­biera! – wy­buch­nął.

Po­tem przez chwilę sie­dział, czu­jąc, jak całe ciało mu drży, po­liczki są czer­wone, a w uszach aż szumi mu ze zło­ści. Oj­ciec na­to­miast tkwił, nie­po­ru­szony, na jego twa­rzy od­czy­tać można było tylko żal, że jed­nak po­pro­sił syna, żeby usiadł w sa­lo­nie, za­miast po­zwo­lić mu zjeść w spo­koju u sie­bie.

– Słu­chaj – za­czął po kilku se­kun­dach ostroż­nie. – Ja się z tobą może na­wet zga­dzam. Może i do­brze by było, gdy­byś po­je­chał do tego Wro­cła­wia, wró­cił na stu­dia, ale...

– Ale?

– Wiesz, jaka jest mama. Jak coś so­bie wbije do głowy, to jej tego nie wy­bi­jesz. Ona uważa, że po­wi­nie­neś zo­stać jesz­cze tro­chę w domu, a skoro tak uważa, to co mamy zro­bić? – za­py­tał oj­ciec i roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

Da­rek za­zgrzy­tał zę­bami, a po­tem wstał z fo­tela i za­brał ze sobą mi­skę.

– Jesz­cze wszyst­kiego nie zja­dłeś – za­uwa­żył oj­ciec.

– Już mi się nie chce – od­po­wie­dział chło­pak.

– Da­rek...

– Co, tato?

– Wró­cisz do Wro­cła­wia. Zo­ba­czysz, stra­cony se­mestr to nie jest żadna wielka tra­ge­dia.

Za­klął bez­gło­śnie. Stał ple­cami do ojca, więc ten tego nie wi­dział.

– Tak – po­wie­dział. – Pew­nie masz ra­cję, tato.

Wsta­wił mi­skę do ku­chen­nego zlewu i po­szedł do sie­bie. Po­ło­żył się na łóżku, a po­tem przez długi, długi czas roz­my­ślał, kogo bar­dziej nie­na­wi­dzi – matki czy ojca.

Oj­cem gar­dził, z ca­łego serca. Ale od­po­wiedź na to py­ta­nie była prze­cież pro­sta. Matki.

6

Ju­les wró­cił do kam­pera, włą­czył te­le­wi­zor i przez kil­ka­na­ście mi­nut oglą­dał sta­cję in­for­ma­cyjną. Oczy­wi­ście mó­wili po pol­sku, pra­wie ni­czego więc nie ro­zu­miał, ale li­czyły się dla niego ob­razki. Przy­glą­dał się re­la­cji z ja­kie­goś wy­padku sa­mo­cho­do­wego, pro­gno­zie po­gody, a po­tem kon­fe­ren­cji pra­so­wej pre­miera i in­nych po­li­ty­ków obozu rzą­dzą­cego. Nic cie­ka­wego.

Wy­łą­czył te­le­wi­zor i usiadł na łóżku. Noce ro­biły się co­raz zim­niej­sze. Co prawda jego wóz miał ogrze­wa­nie ga­zowe, ale był prze­zna­czony ra­czej do let­nich niż je­sienno-zi­mo­wych po­dróży, dla­tego no­cami Ju­les opa­tu­lał się nie tylko koł­drą, lecz także wszyst­kimi ko­cami, które tylko mógł zna­leźć. Roz­wa­żał na­wet wi­zytę w skle­pie spor­to­wym i za­kup śpi­wora, miał jed­nak na­dzieję, że mi­nie jesz­cze tro­chę czasu, za­nim przyjdą praw­dziwe mrozy.

Za oknem roz­cią­gał się wi­dok na te­ren kem­pingu. La­tem wy­peł­nio­nego na­mio­tami, przy­cze­pami i in­nymi wo­zami, a te­raz pu­stego. Za nie­licz­nymi drze­wami i krze­wami wi­dać było je­dy­nie be­to­nową dziurę ba­senu. Nad­zorca za­bez­pie­czył ją kil­koma słup­kami, po­mię­dzy któ­rymi roz­wie­sił pla­sti­kowy łań­cuch. Po­łowę z tych słup­ków prze­wró­cił już zresztą gór­ski wiatr i nikt tego nie na­pra­wił. Ju­les’a zu­peł­nie to nie dzi­wiło. Nad­zorca nie prze­mę­czał się w pracy. Wy­da­wało się, że jego głów­nym zmar­twie­niem jest to, skąd ma wziąć ko­lejne piwo. Ewen­tu­al­nie ba­wił się tro­chę z psem, któ­rego tu trzy­mał. Nie wia­domo po co, bo zwie­rzak le­dwo czła­pał.

Za ba­se­nem Belg do­strze­gał jesz­cze be­to­nową budkę prze­pom­powni, płot i wresz­cie las. To był cał­kiem przy­jemny wi­dok. Po­do­bało mu się to, że pa­nuje tu­taj taki spo­kój. Nikt nie przy­jeż­dżał, nikt nie­po­trzeb­nie się nie włó­czył, nie ro­bił za­mie­sza­nia. Ju­les mógł po­być tro­chę sam ze swo­imi my­ślami.

Ale naj­pierw obo­wiązki. Się­gnął po te­le­fon i wy­brał nu­mer z li­sty kon­tak­tów. Po kilku dzwon­kach usły­szał w słu­chawce głos Leo.

– Cześć, tato.

– Cześć, synku. Masz chwilę?

– No jak ode­bra­łem, to chyba mam, nie?

– My­śla­łem, że może je­steś w pracy.

– Je­stem, je­stem, ale wiesz, jak jest. Nie prze­mę­czamy się tu­taj.

Ju­les uśmiech­nął się pół­gęb­kiem. Dumny był z syna, który do­ro­bił się po­zy­cji wy­soko po­sta­wio­nego urzęd­nika w unij­nej ad­mi­ni­stra­cji. I wbrew temu, co Leo sam opo­wia­dał, ciężko pra­co­wał. Skoń­czył prawo, zdo­był nie­zli­czone cer­ty­fi­katy, na­grody, wy­róż­nie­nia. Bar­dzo im­po­no­wał tym Ju­les’owi, który miał wy­kształ­ce­nie za­wo­dowe. To, że udało mu się za­pew­nić sy­nowi wa­runki do zdo­by­cia tych wszyst­kich dy­plo­mów, uwa­żał za jedno ze swo­ich ży­cio­wych osią­gnięć.

– To za co my wam pła­cimy, co? – za­żar­to­wał, co było sta­łym ele­men­tem ich sy­now­sko-oj­cow­skich prze­ko­ma­rza­nek.

– Za na­sze do­bre sa­mo­po­czu­cie – od­po­wie­dział Leo. – Gdzie je­steś te­raz, tato?

Za­wa­hał się nad od­po­wie­dzią. Mógłby skła­mać, tylko po co? Co by mu to dało? I czy ja­koś by się na nim nie ze­mściło?

– Cią­gle w Pol­sce.

– Ach... W tym sa­mym miej­scu? – za­py­tał Leo.

– W tym sa­mym – po­twier­dził. – Tro­chę tu­taj utkną­łem.

Wie­dział, że syn przy­gryza te­raz dolną wargę, jak za­wsze, kiedy zbiera siły, by za­dać nie­zręczne py­ta­nie.

– Ale wszystko w po­rządku? Bo sie­dzisz tam już cał­kiem długo, a mó­wi­łeś, że pla­nu­jesz...

– Tak – prze­rwał mu Ju­les. – Pla­no­wa­łem. Ale wiesz, Leo, ciężko się po­dró­żuje bez two­jej mamy.

Po­zwo­lił, żeby te słowa wy­brzmiały. Za­pa­dła po­mię­dzy nimi ci­sza, ale nie było w niej nic nie­zręcz­nego. Ju­les wie­dział, że Leo po pro­stu jej po­trze­buje, żeby upo­rząd­ko­wać my­śli, uczu­cia i wspo­mnie­nia.

– Może do cie­bie przy­je­dziemy, co? – za­py­tał nie­ocze­ki­wa­nie syn. – Ja, So­fia i Elise.

– Co? Nie! Prze­cież to ka­wał drogi! – za­pro­te­sto­wał.