Prosta sprawa - Wojciech Chmielarz - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Prosta sprawa ebook i audiobook

Wojciech Chmielarz

4,4

1230 osób interesuje się tą książką

Opis

Powieść sensacyjna mistrza kryminału.

Prosty zniknął. Zostało po nim zdemolowane mieszkanie, ale on sam zapadł się pod ziemię. Nie bez powodu – szukają go gangsterzy. Oraz dawny przyjaciel, który przyjechał do Jeleniej Góry, żeby spłacić dawno zaciągnięty dług.

Kłopot w tym, że wpada w sam środek niebezpiecznej gry. Nie zna jej zasad, ale wkrótce dowiaduje się, że stawka jest bardzo wysoka: Prostego chcą dorwać i jeleniogórscy gangsterzy, i czescy mafiosi.

Żeby dotrzeć do Prostego i dowiedzieć się, o co tu chodzi, jego przyjaciel będzie musiał wszystkim stawić czoła, także romskiej mafii. A pomoże mu w tym pewna analityczka z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Prosta sprawa to pełna akcji powieść sensacyjna, której fabuła dzieje się w malowniczych Karkonoszach. Napisana w czasie lockdownu i początkowo publikowana w odcinkach na profilu autora cieszyła się wielkim powodzeniem. Teraz ukazuje się drukiem w poprawionej i rozszerzonej wersji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 25 min

Lektor: Przemysław Bluszcz

Popularność




Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych MICHAŁ PAWŁOWSKI
Zdjęcia na okładce © Tim Mossholder / Unsplash
Zdjęcie autora © Wojtek Rudzki
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Wojciech Chmielarz Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66500-86-0
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

1

Czacha przykładał wielką wagę do wyglądu. W stu procentach zgadzał się ze stwierdzeniem, że tylko raz można zrobić pierwsze wrażenie. A także doskonale pamiętał, że większość komunikacji odbywa się głównie pozawerbalnie, odpowiednia aparycja oszczędza naprawdę dużo mówienia. Poza tym zawsze bardziej czuł się człowiekiem czynu niż słów i uważał, że gangster powinien wyglądać jak gangster. Nosił więc czarną skórzaną kurtkę, gruby złoty łańcuch, niebieskie dżinsy, dobre sportowe buty i okulary przeciwsłoneczne za kilkaset złotych. Do tego golił głowę, chodził na siłownię oraz brał anaboliki, żeby zbudować odpowiednią sylwetkę. Robił wszystko, by ludzie się go bali, i odnosił na tym polu spore sukcesy. Dlatego właśnie bolało go to, jak prezentował się jego szef. Nie chodziło nawet o wiek. Facet miał ponad pięćdziesiąt lat, ale przecież wszyscy się starzeli. To był naturalny proces i Czacha zdawał sobie sprawę, że on także nie młodnieje. Chodziło o wygląd. Szef ubierał się najczęściej w szorty lub stary, znoszony dres i poplamione tiszerty. Na napuchniętych z powodu cukrzycy stopach nosił klapki, a rumianą twarz ozdabiał mu nierówny siwy wąs. Chyba nigdy nie zajrzał do barbera. Cholera, nie wiadomo nawet, kiedy ostatnio odwiedził zwykłego fryzjera. Jak kogoś takiego można traktować poważnie? Pewnie nawet sam Czacha by go lekceważył, gdyby nie fakt, że facet na jego oczach bez chwili wahania zabił dwóch ludzi. Jednego zastrzelił, a drugiego tak długo walił kijem bejsbolowym, aż ten zmienił się w krwawą miazgę. Mimo wyglądu pijaczka spod sklepu monopolowego szef był groźnym i bezwzględnym człowiekiem, dlatego Czacha szedł na spotkanie z duszą na ramieniu. Szczególnie że nie miał do przekazania dobrych wieści.

Musiał wejść przez bar na zaplecze sali zabaw, następnie minąć magazyn i pokonać korytarz koło łazienki. Przed potężnymi stalowymi drzwiami gabinetu zawsze siedział jeden ochroniarz. Czacha przywitał się z nim skinieniem głowy.

– Do szefa? – zapytał ochroniarz.

– A po co innego miałbym przychodzić?

Ochroniarz wzruszył ramionami.

– Poczekaj – mruknął, po czym zniknął w środku. Po kilkunastu sekundach wrócił. – Możesz wejść.

Czacha przekroczył próg i ruszył długim, ciemnym, obskurnym korytarzem, w którym zawsze śmierdziało wilgocią. Wreszcie dotarł na miejsce. Choć znajdował się z dala od sali zabaw, wciąż dochodziły go śmiechy dzieciaków i sączące się z głośników słodkie przeboje.

Gabinet prezentował się równie niechlujnie, co sam szef. Ściany od lat domagały się malowania, meble nadawały się tylko do tego, żeby je porąbać i napalić nimi w piecu, a stojąca na biurku butelka johnniego walkera może i robiłaby wrażenie w latach osiemdziesiątych, ale teraz według Czachy była po prostu obciachowa. Śmierdziało tu chipsami i papierosowym dymem, obok biurka zaś stał wiecznie przepełniony kosz na śmieci. Jakby nikt nigdy go nie opróżniał.

Szef siedział na niemiłosiernie skrzypiącym przy każdym ruchu krześle i wpatrywał się w ekran komputera. Czacha wiedział, że jest na nim wyświetlany podgląd z kamer monitoringu. Szef lubił obserwować dziewczynki, które bawiły się w jego przybytku, a jeśli miał okazję, jeszcze bardziej lubił sprowadzać je do swojego gabinetu. Lubił młode, właściwie coraz młodsze.

Szef z żalem oderwał wzrok od ekranu, opadł na oparcie krzesła i wypił łyk energetyku.

– I co tam, Czacha? Znalazłeś go?

W jego głosie wybrzmiała groźba. Czasze stanął przed oczami mężczyzna pobity na śmierć bejsbolem. Przełknął ślinę.

– Jeszcze nie – wymamrotał.

– Co takiego?

– Jeszcze go nie znaleźliśmy – powtórzył głośniej.

Szef oparł się o blat biurka i podniósł z ciężkim westchnieniem, po czym poczłapał do Czachy. Na jego twarzy malowało się niezadowolenie, a niezadowolonemu szefowi do głowy przychodziły straszne pomysły.

Jedna część mózgu Czachy mówiła mu, że na zdrowy rozsądek nie ma się czego bać: to tylko starszy facet z nadwagą i ciałem zniszczonym przez alkohol, tytoń i cukrzycę. Młodszy, sprawniejszy i silniejszy mężczyzna, jakim był Czacha, teoretycznie powinien go bez trudu powalić. Tyle że ta druga, bardziej pierwotna część mózgu mówiła co innego. Szef może i jest już starym, wyliniałym lwem, ale ten lew ciągle potrafi kąsać, zabijać i zrobi wszystko, żeby utrzymać pozycję samca alfa. Ta część mózgu wiedziała, że lepiej z nim nie zaczynać, jeśli chce się wrócić do domu w jednym kawałku.

– Czy wy go w ogóle szukaliście? – warknął szef.

Czacha poczuł jego kwaśny oddech na twarzy.

– Szukaliśmy. Szukaliśmy wszędzie. Po całej Jeleniej i okolicach. Nigdzie go nie ma!

– Jest! Tylko nie potraficie go znaleźć!

– Może już wyjechał! Na jego miejscu dawno bym stąd zniknął!

Szef spojrzał na niego tak, jakby chciał go spoliczkować, po czym pokręcił gniewnie głową.

– On tu siedzi. Sam nie wiem dlaczego, ale tutaj siedzi. I wy musicie go znaleźć. Więc weź dupę w troki i zacznij go szukać!

Czacha milczał.

– No co się tak gapisz?! – ryknął boss.

Czacha wziął głębszy oddech i zebrał się wreszcie na odwagę.

– Może trzeba powiadomić Czechów? – powiedział nieśmiało.

Szef najpierw lekko pobladł, a potem poczerwieniał.

– Nie chcesz informować o tym Czechów – rzucił, wypluwając słowo za słowem.

– Ale oni mają większe możliwości i...

– Nie chcesz informować o tym Czechów! – wydarł się szef, teraz już tak wściekły, że aż cały się trząsł.

Odwrócił się na pięcie, chwycił butelkę johnniego walkera, nalał sobie do szklanki i wypił duszkiem. Potem otarł usta wierzchem dłoni.

– Nie znasz tych ludzi, Czacha – powiedział, odwracając się. – To nie są zwykłe pepiki. Może i śmiesznie mówią, ale to prawdziwi skurwiele. Naprawdę nie chcesz ich zawiadamiać o tym, co się tutaj stało. Nie chcemy, żeby przyjechali, bo wtedy wydarzą się straszne rzeczy. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak straszne. Rozumiesz?

Nie do końca rozumiał, jednak skinął głową. Był wstrząśnięty. Jego szef, prawdziwy twardziel, wydawał się teraz naprawdę przestraszony.

– I jest jeszcze jedna rzecz, Czacha.

– Tak?

– Jeśli oni się o tym dowiedzą, jeśli tutaj przyjadą, najpierw zjawią się u ciebie, bo to ty odpowiadasz za tę operację. Nie u mnie, u ciebie. Dlatego naprawdę dobrze ci radzę: zamiast marnować czas, weź się do roboty i znajdź Prostego!

2

W moim życiu wydarzyły się dwie, raczej rzadko spotykane rzeczy. Po pierwsze, miałem sporo gotówki. Po drugie, uznałem, że powinienem na pewien czas zniknąć z miasta. W tej sytuacji postanowiłem udać się do Jeleniej Góry i oddać wreszcie Prostemu pieniądze, które wisiałem mu od dobrych kilku lat.

Przyjechałem koło ósmej rano i zostawiłem torbę w przechowalni. Obok dworca znalazłem knajpkę, a właściwie budę z prostym żarciem. Zamówiłem hamburgera z frytkami i kawę. Jedno i drugie smakowało okropnie, ale dostarczyło mojemu organizmowi odpowiednią liczbę kalorii.

Za ladą stała ponaddwudziestoletnia dziewczyna o farbowanych kruczoczarnych włosach i imponującej kolekcji kolczyków w nosie, uszach i zapewne wszystkich innych możliwych miejscach. Zapytałem ją o adres Prostego. Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Nie może pan sprawdzić w komórce?

Wyjąłem z kieszeni nokię 3310. Dziewczyna gwizdnęła z uznaniem.

– Old school – stwierdziła. – Ale Google Maps to na tym nie ma.

– Telefon ma być do rozmawiania i wysyłania esemesów – odparłem. – Tyle mi wystarczy.

– Ale z internetem się pan nie połączy. Messengera też nie sprawdzi.

– Jeśli ktoś ma do mnie ważną sprawę, to zadzwoni.

Przyglądała mi się przez dłuższą chwilę, jakbym przyleciał z innej planety.

– Zabawny pan jest.

– Ano.

Uśmiechnęła się, odsłaniając rząd białych, drobnych zębów.

– To wie pani, gdzie jest ta ulica? – zapytałem powtórnie.

Dziewczyna sięgnęła do kieszeni spodni i wyjęła swoją komórkę. Uruchomiła odpowiednią aplikację, wpisała adres, po czym pokazała mi ekran.

– My jesteśmy tutaj, a pan chce się dostać tutaj – powiedziała.

– Aha... A pożyczy mi pani długopis?

Wzruszyła ramionami i podała pisak. Szybko przerysowałem mapę na chusteczkę, schowałem ją do kieszeni i podziękowałem, zostawiając napiwek. Pewnie pierwszy, jaki kiedykolwiek tu widzieli.

– Pana telefon tego nie potrafi, nie? – rzuciła na pożegnanie, machając swoim smartfonem.

– Nokie są nieśmiertelne – wyjaśniłem. – Bateria trzyma przez dziesięć dni. Mój aparat może spaść na ziemię, mogę nim rzucić, może wylądować w kałuży i ciągle będzie działać. Kurczę, w najgorszym wypadku mogę go nawet wykorzystać jako broń i przyłożyć nim komuś w głowę. O ilu smartfonach można to powiedzieć?

– Zrobił pan to kiedyś?

– Co takiego?

– Użył tego telefonu jako broni?

– Nie, ale chciałbym mieć taką możliwość.

Prosty, jak się okazało, mieszkał w zaniedbanej kamienicy trzy kilometry od dworca. Niegdyś ładny budynek, teraz straszył odpadającym tynkiem i niszczejącym samochodem na podwórzu.

Wszedłem na drugie piętro. Drzwi od lokalu Prostego nigdy dotąd chyba nie wymieniono, co oznaczało, że miały ponad sto lat. Z jednej strony doceniałem ich misterne zdobienia, ale z drugiej, sądząc po ich stanie, wystarczył jeden, góra dwa solidne kopniaki, żeby rozleciały się w drobny mak.

Wcisnąłem przycisk dzwonka. Raz, drugi, trzeci. Prosty nie wyglądał na człowieka, który wstaje z kurami, liczyłem się więc z tym, że będzie jeszcze spał, jednak po kilku minutach czekania pomyślałem, że coś jest nie tak. Zapukałem głośno i znowu nikt nie zareagował.

Podrapałem się po policzku. Mój plan zakładał, że oddam pieniądze Prostemu, a potem przewaletuję u niego kilka dni. Kiedy ostatni raz się widzieliśmy, serdecznie mnie do siebie zapraszał. Co prawda nie uprzedziłem go o wizycie, ale liczyłem, że nie wycofa się z obietnicy.

Po chwili postanowiłem, że powłóczę się trochę po Jeleniej, odwiedzę jakieś muzeum i wrócę późnym popołudniem. Jeśli wtedy nie zastanę Prostego, będę musiał poszukać taniej kwatery. Zanim jednak poszedłem, odruchowo nacisnąłem klamkę.

Drzwi ustąpiły.

Wślizgnąłem się do mieszkania.

W środku wyglądało jak po huraganie: szuflady i ubrania wywalone na podłogę, wyprute kanapa i fotel, stłuczone talerze i kubki. Od razu wykluczyłem rabunek, ponieważ telewizor stał na swoim miejscu, a obok komody dostrzegłem kilka złotych łańcuszków i pierścionek. Jacyś nieproszeni goście najwyraźniej czegoś tu szukali i sądząc po zniszczeniach, nie znaleźli, ale poza tym wnętrze wydawało się zadbane – meble tanie, choć raczej nowe, ściany pomalowane, porządne panele, czysta łazienka. Prosty, jakiego pamiętałem, wolał wydawać pieniądze na alkohol i papierosy, a nie na remont. Cóż, uznałem, ludzie się zmieniają. Powód tej zmiany poznałem, kiedy wszedłem do drugiego pokoju. Był mniejszy i należał do kilkuletniej dziewczynki. Na różowych ścianach wisiały rysunki – zwyczajowe scenki: zwierzątka, słoneczko, kwiatki. I oczywiście rodzice, tyle że na tych pracach, które wykonała jako młodsze dziecko, o czym świadczył ich poziom – mniej szczegółów, nierówne linie, ludziki zbudowane z samych kresek i kółek – występowała wyłącznie w towarzystwie matki. Później matka zniknęła i pojawił się ojciec. Założyłem, że to Prosty. Dopiero na ostatnich rysunkach znowu zauważyłem kobietę – teraz już ubraną na biało, w czepku pielęgniarskim z czerwonym krzyżem.

Na podłodze walały się zniszczone i wypatroszone maskotki. Nawet ich napastnicy nie oszczędzili. Przy łóżku dostrzegłem stalowy chromowany stojak – taki, jakiego używa się w szpitalu, żeby zawiesić na nim kroplówkę. Brakowało za to dziecięcych ubrań.

Spędziłem w tym mieszkaniu jeszcze około dziesięciu minut, szukając czegoś, co zdradziłoby, co stało się z Prostym, ale niczego nie znalazłem. Uznałem więc, że nic tu po mnie, bo i tak raczej nie wróci w najbliższym czasie. Kiedy już miałem się zbierać, usłyszałem, jak ktoś otwiera drzwi.

– Wiemy, że tu jesteś! Wyłaź!

Mieszkanie było niewielkie, więc ukrywanie się nie miało żadnego sensu. Poza tym nie robiłem niczego złego – po prostu przyjechałem odwiedzić kolegę. Nie ja narobiłem tego bałaganu ani też niczego nie ukradłem. Wyszedłem na korytarz. Szybko zorientowałem się, że czekający tam dwaj młodzi mężczyźni nie są z policji. Łysy w niebieskich dżinsach i czarnej skórzanej kurtce żuł gumę i bardzo starał się wyglądać na gangstera. Stojący za nim kolega wybrał wygodniejszy, sportowy strój.

– Dzień dobry – przywitałem się.

– Gdzie jest Prosty?

Zadał to pytanie agresywnym tonem, jednak postanowiłem wykazać się dobrą wolą.

– Niestety, nie mam pojęcia. Na pewno nie tutaj – odparłem zgodnie z prawdą.

– Wiemy, że nie tutaj! – ryknął łysy. – Pytamy, gdzie jest!

– A ja odpowiadam, że nie wiem. Teraz przepraszam panów, ale chciałbym wyjść.

Zrobiłem krok w ich stronę, gdy ten z przodu zastąpił mi drogę.

– Nigdzie stąd nie pójdziesz, dopóki nie odpowiesz nam na pytania!

To już była zupełnie inna rozmowa. Moja dobra wola momentalnie wyparowała. Bardzo nerwowo reaguję, kiedy ktoś próbuje ograniczyć mi swobodę.

– Nie – powiedziałem krótko.

Gość sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął z niej pałkę teleskopową. Rozsunął ją jednym zamaszystym ruchem.

– Uuu... Ostro jedziesz z frajerem, Czacha! – rzucił koleś w dresach.

– Zamknij się, Staszek.

Staszek i Czacha. Wiedziałem już, z kim mam do czynienia, jednak ja nie zamierzałem się przedstawiać. Skupiłem się na ocenie sytuacji. Czacha, wielki facet, umięśniony i sprawny, ewidentnie próbował mnie zastraszyć. W dziewięciu przypadkach na dziesięć to najbardziej racjonalny wybór, gdyż strach jest potężną bronią. Sama groźba dokonania aktu przemocy wystarczy, żeby napastnik osiągnął zakładane korzyści, a równocześnie zminimalizował ryzyko. Bo kiedy naprawdę trzeba zaatakować, nie wolno wykluczać, że coś pójdzie nie tak, bo zawsze można ponieść straty: złamać rękę, nadwyrężyć nadgarstek lub zostać ugryzionym do krwi przez przerażoną ofiarę. Tak, w dziewięciu przypadkach na dziesięć zastraszanie to najlepszy możliwy wybór.

Problem Czachy nie polegał nawet na tym, że trafił na tę jedną sytuację na dziesięć, kiedy tak nie było. Chodziło raczej o to, że jeszcze o tym nie wiedział.

Mechanizm zastraszania jest dość uniwersalny i podobny u wszystkich zwierząt. Generalnie trzeba wydać się przeciwnikowi kimś groźniejszym od niego, najlepiej udając, że jest się większym niż w rzeczywistości, oraz naruszyć jego przestrzeń osobistą. I tak właśnie zrobił Czacha. Zbliżył się do mnie, po czym stanął na szeroko rozstawionych nogach i lekko wysunął do przodu głowę, rozkładając przy tym ramiona, jakby chciał zająć całą przestrzeń wokół siebie. Paradoks polega na tym, że tak właśnie nie należy zachowywać się podczas walki. Wtedy trzeba się skurczyć i przyczaić, by stać się trudniejszym celem do trafienia, oraz zachować odpowiedni dystans, by łatwiej unikać ciosów, a równocześnie móc wyprowadzić swoje.

Czacha popełnił klasyczny błąd złego odczytania sytuacji. Trudno go winić. Zrobił tak podświadomie. Dyktowały mu to wypracowane przez miliony lat ewolucji mechanizmy biologiczne. Moją postawę – przygarbione plecy, ugięte nogi i pochyloną głowę – uznał za dowód na to, że strategia zastraszania działa. Tymczasem ja już walczyłem.

Jego wysunięta ku mnie głowa stanowiła oczywisty cel. Zbliżył się do mnie, naruszając moją przestrzeń osobistą, i tym samym znalazł się w moim zasięgu. Nie musiałem zrobić nawet jednego kroku. W tej chwili był jak worek bokserski.

Postawiłem na klasykę. Dwa proste. Najpierw lewy, potem prawy. W momencie, kiedy moja prawa pięść trafiła go w szczękę, byłem już lekko skręcony, więc wyprowadziłem lewy sierpowy. Tyle wystarczyło, żeby jego głowa odskoczyła w bok, a on osunął się po ścianie.

Staszek szeroko otworzył oczy. Potrzebował ułamka sekundy, żeby zdecydować, co zrobić – pomóc koledze czy raczej się na mnie rzucić. Nie zamierzałem mu tego ułatwiać i ruszyłem w jego kierunku. Uniósł ręce, spodziewając się, że spróbuję znowu jakiegoś bokserskiego ciosu, więc zamiast tego kopnąłem go w brzuch. Zgiął się wpół. Wtedy chwyciłem go za włosy i użyłem kolana. Usłyszałem chrupnięcie, kiedy złamałem mu nos, i kolejne, kiedy następnym ciosem wybiłem mu zęby. Uznałem, że to wystarczy. Puściłem chłopaka, a ten zgodnie z moimi oczekiwaniami poleciał na ziemię.

Wróciłem do Czachy. Zaczynał dochodzić do siebie, więc pomogłem mu wrócić do krainy snu za pomocą kolejnego prostego. Kiepsko wyglądał, zasługiwał na odpoczynek.

Przeszukałem go. Znalazłem portfel i sprawdziłem dowód osobisty. Teraz żałowałem, że nie mam ze sobą telefonu z aparatem. Musiałem polegać na pamięci. Marek Czaszkowski – to wyjaśniało, skąd wzięła się jego ksywa. Zapamiętałem adres. W drugiej kieszeni natknąłem się na pistolet. Czeską cezetkę wersję 82. Solidną dobrą broń, naładowaną, z pełnym magazynkiem. Czacha mnie zaskoczył. Nie doceniłem go. Nie sądziłem, że ma przy sobie pistolet. Najwyraźniej był kimś ważniejszym, niż zakładałem.

Broń postanowiłem zachować. Wziąłem od Czachy jeszcze pięćset złotych z portfela i sprawdziłem Staszka. U niego nie znalazłem niczego ciekawego. Zaledwie dwadzieścia złotych w kieszeni.

Zostawiłem tę dwójkę w mieszkaniu i wyszedłem z kamienicy. Potrzebowałem chwili, by ułożyć sobie ostatnie wydarzenia w głowie i przygotować plan działania na przyszłość. Przyznam szczerze, że przyjeżdżając do Jeleniej Góry, zupełnie nie spodziewałem się takiego rozwoju wypadków. Trudno było jednak nie zauważyć rzeczy oczywistych – Prosty potrzebował pomocy.

3

Poszedłem za najbliższy róg, oparłem się o ścianę i cierpliwie czekałem, obserwując otoczenie. Po około siedmiu minutach obaj wyszli z kamienicy. Zataczali się jak pijani, a Staszek chował twarz, przyciskając do niej bluzę od dresu. Zacząłem mu nawet trochę współczuć. Pomyślałem, że być może przegiąłem, ale bez przesady – przecież to oni zaczęli. Poza tym lepiej żałować, że kogoś uderzyło się za mocno, niż samemu oberwać.

Wsiedli do samochodu na jeleniogórskich numerach – oczywiście bmw, niebieskie, w miarę nowe – i odjechali. Zapewne udali się właśnie do kwatery głównej, by opowiedzieć o całym zdarzeniu swojemu szefowi. Kimkolwiek on jest. Jelenia Góra to nieduże miasto, więc prawdopodobnie dotrą tam w przeciągu kwadransa. Chyba że kwatera mieści się poza miastem, czego wolałem jednak nie zakładać. Już ten kwadrans wydawał mi się przesadnie optymistyczny. Samo składanie meldunku zajmie im kolejne dziesięć do piętnastu minut, a potem zapewne wezmą wszystkich ludzi i zaczną mnie szukać. Ale to też zajmie trochę czasu. Trzeba po nich zadzwonić, wyjaśnić, o co chodzi, przekazać niezbędne informacje, zaplanować całą akcję i wydać rozkazy. Tak więc w najgorszym wypadku zjawią się tu za godzinę, a w najlepszym za około trzy. No i będą ostrożni. Mam metr osiemdziesiąt wzrostu, ważę osiemdziesiąt pięć kilo i niczym specjalnym się nie wyróżniam, a Czacha i Staszek widzieli mnie przez minutę z kawałkiem. Wątpiłem, żeby zapamiętali wiele szczegółów dotyczących mojego wyglądu lub ubioru. Przyjechali uzbrojeni, a ja ich pobiłem i zabrałem pieniądze oraz broń, więc w naturalny sposób wszystko wyolbrzymią. Prawdopodobnie w ich opowieści będę miał około dwóch metrów wzrostu i ważył sporo ponad sto kilo. I nie chodziło nawet o to, że specjalnie skłamią. Ludzki mózg jest zadziwiającą maszyną, która lubi sama dopowiadać to, czego nie zapamiętała, żeby stworzyć spójną opowieść. A ci dwaj mogli trzymać się tylko jednej pewnej informacji: że zostali pokonani przez samotnego mężczyznę. Logiczne jest więc, że ten mężczyzna powinien być od nich większy i mieć imponującą muskulaturę. Taką opowieść podsunie im umysł. Uznałem więc, że mogę czuć się w miarę bezpiecznie.

Wróciłem do kamienicy i wszedłem na piętro Prostego, po czym zapukałem do mieszkania naprzeciwko. Po chwili usłyszałem szuranie, światło w wizjerze znikło i znów się pojawiło, nikt jednak nie otwierał ani nie pytał, kim jestem. Ja natomiast potrzebowałem odpowiedzi.

Kopnąłem z całych sił w drzwi na wysokości zamka, tam gdzie wbrew pozorom są najsłabsze. Te akurat okazały się w równie złym stanie jak Prostego, więc ich wyważenie nie było specjalnie trudne. Otworzyły się z hukiem, uderzając stojącą po drugiej stronie osobę. Usłyszałem okrzyk bólu, a gdy wszedłem do środka, ujrzałem leżącą na podłodze mniej więcej siedemdziesięcioletnią kobietę w spranym dresie i kuchennym fartuchu. Trzymała się za czoło, a spomiędzy palców ciekła jej krew.

Zrobiło mi się głupio.

Zamknąłem za sobą szybko drzwi i założyłem łańcuch. Kobieta patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach.

– Proszę się nie bać – powiedziałem. – Pomogę pani teraz wstać.

Zrobiłem krok w jej stronę, a ona się skuliła.

– Proszę pani – dodałem – jest pani ranna w głowę. Potrzebuje pani pomocy. Ktoś musi panią zobaczyć i zbadać, a tak się okazuje, że tylko ja mogę to zrobić. Nie zamierzam pani skrzywdzić. Proszę pozwolić sobie pomóc. Rozumie pani?

Wahała się, jednak najwyraźniej zdała sobie sprawę, że jest w sytuacji beznadziejnej. Nie zazdrościłem jej. Wreszcie skinęła głową.

Podniosłem ją ostrożnie i zaprowadziłem do kuchni, po czym posadziłem na taborecie pod ścianą.

– Gdzie ma pani bandaże? – zapytałem.

– W kredensie. Górna szuflada – wyszeptała słabo.

Znalazłem bandaże, wodę utlenioną i gazik, mogłem więc obmyć jej czoło i sprawdzić rozcięcie. Nie wyglądało na głębokie, nie wymagało szycia. Założyłem opatrunek, sprawdziłem, czy kobieta może wodzić wzrokiem za moim palcem, a potem wziąłem drugi taboret i usiadłem naprzeciwko niej.

– Bardzo przepraszam – zacząłem – za drzwi i za to, że panią uderzyłem. Nie chciałem zrobić pani krzywdy. Przychodząc tutaj, miałem pewne założenia, które okazały się błędne.

– Jakie?

– No cóż – powiedziałem, wzruszając ramionami. – Myślałem, że po drugiej stronie drzwi stoi mężczyzna, większy i silniejszy od pani. Co było błędem. Ale już inne założenia się sprawdziły.

– To znaczy?

Nachyliłem się w jej stronę.

– Opowiem pani, co mi się przydarzyło. Przyjechałem dzisiaj do Jeleniej Góry, żeby odwiedzić mojego przyjaciela. Zastałem jednak tylko puste mieszkanie, puste i zdemolowane. Ktoś ewidentnie czegoś tam szukał. Po dziesięciu minutach pojawiło się dwóch byczków i chociaż nie mieli do tego prawa, chcieli mnie przesłuchać. Nie udało im się to, jak pani widzi. I teraz pojawia się pytanie: skąd wiedzieli, że jestem u mojego przyjaciela?

– Nie wiem – odparła cicho.

– Widzi pani, przed wejściem do kamienicy sprawdziłem sobie okolicę. Taki nawyk. Nie zauważyłem nikogo, kto by obserwował wejście. Nic dziwnego, przecież mój przyjaciel zniknął jakiś czas temu i więcej się tutaj nie pojawił. Można zakładać, że nie wróci. Poza tym obserwacja kamienicy z zewnątrz wymaga przynajmniej dwóch ludzi zmieniających się co dwanaście godzin. W ten sposób poświęca się dość ograniczone zasoby ludzkie, podczas gdy można przeznaczyć je na poszukiwania. I wreszcie ten, kto z zewnątrz zauważyłby, jak wchodzę do środka, nie miałby pewności, że idę właśnie do mojego przyjaciela, a nie na przykład do pani, prawda?

– Nie wiem.

– Jedyne, czego by się dowiedział, to tego, że ktoś wszedł do kamienicy, czyli cholernie mało, biorąc pod uwagę zaangażowane zasoby. Dlatego lepiej i taniej zlecić obserwację komuś, kto i tak jest na miejscu i ma widok bezpośrednio na drzwi mieszkania mojego przyjaciela. Tym kimś mogłaby być na przykład starsza sąsiadka.

– Ja...

Przyłożyłem palec do ust.

– Opowiem pani, co się wydarzyło. Kazali pani pilnować mieszkania naprzeciwko. Usłyszała pani, że ktoś się do niego dobija, więc zadzwoniła pod wskazany numer, a dziesięć minut później miałem towarzystwo. Powiem szczerze, nie czułbym żalu, gdyby zadzwoniła pani po policję. W końcu nieznajomy człowiek wchodzi bez zaproszenia do pustego mieszkania sąsiada... Tak, zawiadomienie policji byłoby zrozumiałą reakcją, ale pani zadzwoniła po ludzi, którzy chcieli mnie skrzywdzić. I co ważniejsze, ludzi, którzy chcą skrzywdzić sąsiada...

Kobieta zamknęła oczy. Po chwili na jej policzku pojawiła się łza. Otarła ją wierzchem dłoni.

– Przepraszam – wyjąkała. – Oni mi kazali. Przyszli tutaj, nastraszyli. Powiedzieli, że jeśli ich nie posłucham, zrobią krzywdę mi albo mojej córce i wnuczkowi. A oni wiedzą wszystko. Gdzie ona mieszka, gdzie pracuje, do jakiej szkoły chodzi Tomek. Wszystko!

– Nie mogła pani zadzwonić po policję?

Po raz pierwszy spojrzała mi prosto w oczy.

– A pan by zadzwonił? Zaryzykowałby zdrowie swojego dziecka? Jego życie?

– Nie wiem – przyznałem szczerze. – Ja z zasady staram się trzymać z daleka od gliniarzy.

– Sam pan widzi.

– Kim są ci ludzie?

– Nie wiem, nie znam ich. Jestem spokojną osobą. Odkąd mąż zmarł, chodzę tylko na cmentarz, do kościoła, no i do córki. Nie wiem, co się dzieje. Ale kiedy tu przyszli, mieli broń i byli bardzo pewni siebie.

– Co dokładnie kazali pani zrobić?

– To, co pan powiedział: pilnować mieszkania naprzeciwko i zadzwonić do nich, jeśli ktoś tam przyjdzie. Tylko tyle.

– Rozumiem. Dlaczego szukają Prostego?

– Prostego? – zdziwiła się.

– Pani sąsiada – wyjaśniłem.

– A, Marcina. Nie wiem, to jest porządny chłopak, ułożony. Nie pije, nie imprezuje ani nie robi awantur.

Zaskoczyła mnie. Ten opis w żaden sposób nie odpowiadał takiemu Prostemu, jakiego znałem.

– Chodzi tylko do pracy i opiekuje się córką – dokończyła kobieta.

– Córką?

– Anią. Śliczna dziewczynka. Ma osiem lat. To straszne, co ją spotkało... – Pokręciła ze smutkiem głową.

– Co takiego?

– Pan nie wie? A mówił pan, że jest przyjacielem Marcina – dodała ostrożnie.

– Dawno się nie widzieliśmy.

Kobieta westchnęła.

– Zachorowała na raka – powiedziała w końcu. – Agresywnego. Straszna choroba. Musiała zostawić szkołę. Teraz pan Marcin tylko pracuje i jeździ po lekarzach.

Zgadzało się to z tym, co widziałem w mieszkaniu: stojak do kroplówek i rysunki kobiety w pielęgniarskim czepku, wciąż jednak nie wyjaśniało zagadki zniknięcia Prostego. Ani tego, co chciała od niego tamta dwójka.

– Gdzie pracuje Prosty?

– W takiej firmie zagranicznej. Australijskiej czy jakoś tak. Jeżdżą po górach i robią badania. Kopalnię uranu chcą tutaj zbudować, bo w okolicy kiedyś ruscy uran kopali i podobno ciągle jest go sporo. Ale nie wiem po co. Przecież tej kopalni nie będzie, i to jeszcze uranu! Ludzie się nie zgodzą. No kto to widział!

– On tam pracował? – zapytałem. – Jako kto?

– Mówił tylko, że jeździ z nimi po okolicy. Pomaga tam pewnie.

Na pierwszy rzut oka nic tu się nie kleiło. Prosty, którego poznałem, mógł mieć zatargi z gangsterami, ale już ten, o którym opowiadała sąsiadka, porządny ojciec chorej córki, zatrudniony w australijskiej firmie geologicznej, raczej nie. Chodziło więc o sprawę z przeszłości? Niemożliwe. Robił lewe interesy, sam mi o nich opowiadał, tyle że chodziło co najwyżej o włamywanie się do aut i upychanie fantów. Nic poważnego, a na pewno nic, co by usprawiedliwiało takie środki. Czegoś zatem najwyraźniej nie wiedziałem.

– Boję się o niego – powiedziała kobieta. – I o jego córeczkę. To dobrzy ludzie. Pan tutaj przyjechał, żeby mu pomóc? – dodała po chwili.

– Nie. Chciałem mu tylko oddać pieniądze. Kiedyś mi pożyczył.

– Ale teraz pan mu pomoże?

– Zobaczymy.

Sięgnąłem do portfela po pięćset dwadzieścia złotych zabranych Czasze i Staszkowi, po czym wręczyłem je kobiecie.

– To z przeprosinami. I na naprawę drzwi.

Wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia.

– Nie zadzwonię do nich – odezwała się.

– Słucham?

– Niech pan się nie boi, nie zadzwonię do nich. Nie powiem o pana wizycie.

Zastanowiłem się chwilę i pokręciłem głową.

– Nie, proszę do nich zadzwonić i wszystko im opowiedzieć. Dokładnie tak, jak pani kazali.

– Jest pan pewien?

– Tak. Ale lepiej nie mówić o tych pieniądzach. – Wskazałem na banknoty leżące teraz na jej podołku.

Kobieta popatrzyła najpierw na pięćset dwadzieścia złotych, a potem na mnie.

– Dlaczego?

– Bo są ich. Zabrałem im. Zarekwirowałem za to, że mnie zaatakowali.

Nie byłem pewien, ale chyba lekko się uśmiechnęła.

– Dobrze. Nie wspomnę o nich.

– Tylko niech pani mi da dziesięć minut. I jeszcze numer do firmy taksówkarskiej.

4

Taksówkarz był starszym siwowłosym facetem koło siedemdziesiątki. Nosił sweter w romby i intensywnie pachniał wodą kolońską. Z głośników płynęły dźwięki muzyki klasycznej.

– To gdzie jedziemy? – zapytał już po raz trzeci.

– Jeszcze się zastanawiam.

– Długo się pan zastanawia.

– Ale ma pan płacone za postój?

– Niby mam, ale pan marnuje w ten sposób tylko swoje pieniądze – odparł. – Powiem szczerze, jeszcze mi się nie zdarzył klient, który zamówił taksówkę tylko po to, żeby w niej siedzieć.

– Doceniam pańską uczciwość i etykę pracy.

– Ale jeszcze nie wie pan, gdzie jedziemy?

– Jeszcze nie.

Taksówkarz podrapał się po głowie i zerknął na mnie w lusterku wstecznym. Uśmiechnąłem się do niego uspokajająco i wróciłem do obserwacji ulicy. Po dwudziestu pięciu minutach, od kiedy opuściłem mieszkanie sąsiadki, przed kamienicą pojawiły się dwa samochody. Znane mi niebieskie bmw i biała mazda ze spoilerem na bagażniku. Z pierwszego wypadł Czacha, z drugiego trzech osiłków.

W pewien sposób pochlebiało mi to.

Zrobiłem w głowie kilka obliczeń. Kobieta zadzwoniła do nich po dziesięciu minutach. Potrzebowali pewnie jeszcze pięciu na reakcję i zebranie ekipy, a skoro przyjechali po dwudziestu pięciu, ich kwatera znajdowała się w promieniu dziesięciu minut.

Wyszli po kwadransie. Miałem nadzieję, że nic nie zrobili starszej pani. Nie mieli powodów – zachowała się wobec nich lojalnie, a rana na głowie dodatkowo przemawiała na jej korzyść, jednak z takimi ludźmi nigdy nic nie wiadomo. Zapamiętałem sobie, żeby później to sprawdzić.

Trzech rozbiegło się po ulicy. Prawdopodobnie Czacha kazał im mnie szukać. Skuliłem się na tylnym siedzeniu, gdy ten wsiadł do swojego samochodu i odjechał.

– Za bmw – powiedziałem kierowcy.

– Pan chyba żartuje?

– Najpierw pan narzekał, że tylko stoimy, a teraz nie chce pan jechać?

Wzruszył ramionami, po czym odpalił silnik i ruszył za Czachą.

– Proszę trzymać dystans – dodałem. – Najlepiej jechać dwa, trzy auta za nim.

– Nie wiem, czy dam radę. Nigdy nie robiłem takich rzeczy.

– Proszę się nie przejmować – uspokoiłem go. – Po prostu niech pan pilnuje tamtego wozu i jedzie tam, gdzie on.

Mocniej zacisnął dłonie na kierownicy i dodał gazu.

Po jedenastu minutach bmw zatrzymało się na parkingu przed niskim budynkiem. Kiedyś był to zapewne magazyn albo fabryka, ale teraz pozostały jedynie rampy przeładunkowe i brudne ceglane ściany. Czacha wyskoczył z wozu i zniknął za drzwiami.

– Co to za miejsce? – zapytałem taksówkarza.

– To? Sala zabaw. Otworzyli tak ze dwa lata temu. Jest tam coś dla maluchów i automaty do grania dla starszych. Flipery i konsole, na których można w tę Fifę pograć, nie?

– Do kogo należy?

Kierowca obrócił się do mnie i przyjrzał mi się uważnie.

– Pan z policji?

– Ja? Nie – odpowiedziałem szczerze, bo nie widziałem powodów, żeby kłamać. – Dlaczego pan pyta?

– Bo nie chciałbym mieć kłopotów.

– A dlaczego miałby je pan mieć?

Westchnął ciężko, znacząco, jakby właśnie spotkał się z kimś, komu musi tłumaczyć najbardziej podstawowe prawa rządzące wszechświatem.

– Niech pan posłucha – powiedziałem, opierając się o przedni fotel pasażera. – Nikt nie wie, że pan ze mną rozmawiał. I się nie dowie, przynajmniej nie ode mnie. A poza tym nawet nie znam pańskiego nazwiska. Szczerze mówiąc, nie wiem też, jakim samochodem pan jeździ. Chyba srebrnym, co?

– Białym.

– I po co mi pan mówi? Zresztą sam pan widzi: nawet na to nie zwróciłem uwagi. Nic o panu nie wiem, więc nie będę wiedział, jak pana znaleźć. Cokolwiek teraz mi pan powie, zostanie tylko między nami.

Milczał chwilę, marszcząc brwi i intensywnie się nad czymś zastanawiając, aż wreszcie po prostu machnął ręką.

– Ja to w sumie niczego nie wiem.

Uśmiechnąłem się półgębkiem.

– Pan żartuje, prawda? – odezwałem się. – Ile pan jeździ na taksówce?

– Będzie z pięćdziesiąt lat.

Gwizdnąłem z uznaniem.

– Według mnie nikt nie zna miasta tak jak taksówkarze. Z ludźmi coś się dzieje w taksówce, otwierają się bardziej niż w konfesjonale. Opowiadają kto, z kim i dlaczego, a przy okazji dowiaduje się pan, gdzie są najlepsze imprezy i burdele, kto na czym trzyma łapę. Skoro jeździ pan pięć dekad, to wie pan wszystko.

– Czemu pan tak drąży? – zapytał, ciągle się wahając.

– Mój przyjaciel ma kłopoty. Obawiam się, że przez ludzi, za którymi jechaliśmy.

– To pański przyjaciel ma naprawdę przejebane.

Uniosłem wysoko brwi. Zdziwiło mnie przekleństwo w ustach dystyngowanego starszego mężczyzny, on zaś ściszył radio i spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.

– Sala zabaw należy do pana Kazika, jeśli już musi pan wiedzieć – dodał.

– Kazika?

– Kiedyś miał pseudonim Ryba, ale od dawna nikt tak na niego nie mówi.

– Dlaczego?

– Nie lubił tego przezwiska. Ten, kto ostatni tak go nazwał, nie skończył najlepiej. Jego dentysta wysłał Kazikowi bukiet z podziękowaniem, bo zarobił na nowy samochód.

– Czym się zajmuje ten pan Kazik?

– Ja tam za bardzo nie wiem, nie interesuję się. Ale mówią, że wszystkim. Pilnuje burdeli i domówek, sprzedaje dzieciakom narkotyki i te... dopalacze. Każdy, kto w tym mieście robi coś niezgodnego z prawem, musi mu płacić za ochronę. Zresztą nie tylko u nas, bo on trzyma też łapę na Karpaczu i Szklarskiej Porębie. Cała kotlina do niego należy. I biada tym, którzy nie zapłacą. Jest lepszy w odnajdywaniu niż mundurowi. Ma w tym doświadczenie: pracował w policji dwadzieścia lat. Już wtedy podobno pobierał od panienek haracze. Od kiedy postanowił odejść na swoje, ma spokój. Plotkują, że opłaca pół komendy.

Pokiwałem z uznaniem głową.

– Jak na kogoś, kto się nie interesuje, całkiem sporo pan wie.

– Słyszy się to i owo – mruknął, spuszczając wzrok.

– I nie ma nikogo, kto by mu się sprzeciwił?

– Ano nie. To znaczy... Podobno chciał sobie Cyganów z Kowar podporządkować, ale nie dał rady.

– Tacy mocni?

– Mocni to może nie, ale wariaci. – Prychnął. – Plotki były, że poszło gorzej niż na noże. Pan Kazik trochę się chyba przestraszył. Ale co najważniejsze, oni w swoim świecie siedzą. Nie wpychają się tam, gdzie ich nie chcą. Robią swoje interesy, nie wiadomo do końca jakie, jednak pilnują się, żeby Kazikowi za bardzo na odcisk nie nadepnąć.

– No jasne.

Patrzyłem na budynek sali zabaw. Widziałem wchodzących do środka nastolatków i rodziców z dziećmi. Nic podejrzanego – kolejna atrakcja dla całych rodzin, czyli idealna przykrywka dla przestępczego syndykatu. Co takiego zrobił im Prosty, że aż tak go szukają?

– Jedziemy gdzieś jeszcze? – zapytał wreszcie taksówkarz.

– Niech mnie pan zawiezie gdzieś, gdzie napiję się dobrej kawy.

– To ja bym polecał Bristolkę na 1 Maja. Mają tam pyszne ciastka.

– Ciastek akurat nie lubię – mruknąłem. – Jedziemy.

Kierowca ruszył. Kiedy minęliśmy salę zabaw, po drugiej stronie zauważyłem zaparkowany samochód. Znajdująca się w środku kobieta miała idealny widok na wejście do przybytku. Tylko mi mignęła: kasztanowe włosy, okulary przeciwsłoneczne, szary golf. Masowała się po karku. Coś w jej postawie, jakby zmęczenie, sugerowało, że spędziła w tym aucie już sporo godzin. Pewnie gdybym zajrzał do środka, znalazłbym puste kubki po kawie i papierki po zjedzonych batonach.

– Co to był za samochód? Ten, który minęliśmy? – zapytałem.

Kierowca spojrzał w lusterko wsteczne.

– Opel astra. Czarny, jakby pan znowu nie zwrócił uwagi na kolor.

Podziękowałem. Czarny opel astra, a w środku kobieta, która z jakiegoś powodu obserwowała to miejsce. Żałowałem, że nie udało mi się lepiej jej przyjrzeć. Miałem przeczucie, że jeszcze się spotkamy.

5

Taksówkarz się nie mylił – kawa w Bristolce faktycznie była dobra. Wcześniej wszedłem do pobliskiego Empiku i kupiłem mapę okolicy. W kawiarni rozłożyłem ją na niewielkim stoliku i próbowałem zapamiętać układ miasta i nazwy najważniejszych ulic. Jakieś dzieciaki, które chyba zerwały się z lekcji, patrzyły na mnie rozbawione. Cóż, pewnie miały smartfony z mapami Google’a. Nie korzystałem z nich, bo uważałem, że rozleniwiają – podobnie jak cały internet. Kiedy żyjesz ze świadomością, że wszystkie informacje są pod ręką, że wystarczy tylko sięgnąć do kieszeni i pomazać palcem po ekranie, wówczas niczego nie musisz wiedzieć ani zapamiętać. A w chwili zagrożenia odpadają zabawy komórką i grzebanie w sieci. Musisz opierać się tylko i wyłącznie na tym, co masz w głowie.

Ale czasami nawet ja muszę skorzystać z internetu.

Kupiłem czapkę z daszkiem, okulary przeciwsłoneczne i nową bluzę. Proste przebranie, jednak na razie powinno wystarczyć. Cóż, jeśli ludzie Kazika naprawdę mnie szukali, popełniali spory błąd. Nie wiedzieli, kim jestem, skąd się wziąłem i czego chcę, nie mieli więc żadnego punktu zaczepienia. Niczym się nie wyróżniam, mój opis, jakim dysponowali, pasował prawdopodobnie do połowy mężczyzn w tym mieście. W tej sytuacji poszukiwania były stratą czasu i zasobów. Na ich miejscu ostrzegłbym po prostu wszystkich kontrahentów i wspólników oraz skupił się na ochronie kluczowej infrastruktury.

Powłóczyłem się trochę po Jeleniej Górze, jednak nie znalazłem tego, na czym mi zależało, za to znów trafiłem pod dworzec i wszedłem do budki z jedzeniem, którą odwiedziłem rano. Obsługiwała ta sama dziewczyna. Podawała właśnie klientowi wielkiego hot doga, ociekającego ketchupem i musztardą. Chłopak porwał go i popędził w stronę peronów.

– O, facet bez smartfona! – rzuciła radośnie na mój widok. – Witam ponownie! Zgłodniał pan?

– Nie. Szukam kawiarenki internetowej. Wie pani, gdzie ją znajdę?

Spojrzała na mnie tak, jakbym robił sobie żarty, a potem wybuchnęła śmiechem.

– Kawiarenka internetowa?! To one jeszcze istnieją?

– W niektórych miastach tak.

Z niedowierzaniem pokręciła głową.

– U nas chyba nie, a przynajmniej o żadnej nie słyszałam. Po co to panu?

– Muszę coś sprawdzić.

Popatrzyła na mnie z uwagą.

– Ile w takiej kawiarence płaci się za godzinę? – zapytała po chwili.

– Nie wiem, pięć złotych?

– To za pięć złotych pożyczę panu swój telefon, żeby pan sobie sprawdził, co chce. Co pan na to?

– Brzmi dobrze.

Podsunęła mi smartfona i odblokowała go, a ja rzuciłem na ladę monetę.

– Tylko proszę nie oglądać zdjęć. Są tam prywatne fotki.

– Dla chłopaka?

– Albo dziewczyny – oznajmiła. – W każdym razie nie dla pana.

– Spokojnie. Nie zamierzam naruszać pani prywatności. Proszę się nie obawiać. Chcę tylko coś sprawdzić w Google’u.

Otworzyłem przeglądarkę i wpisałem hasło „Jelenia Góra, firma geologiczna, Australia, uran”. Przejrzałem szybko wyniki – na trzecim miejscu znalazłem to, czego szukałem: stronę firmy, w której pracował Prosty. Uznałem, że to ta, bo wątpiłem, by w Jeleniej Górze działało więcej przedsiębiorstw poszukujących uranu. Bądź co bądź to dość niszowa działalność. Uruchomiłem stronę i wszedłem w zakładkę: kontakt. Sięgnąłem po chusteczkę, a gdy dziewczyna podsunęła mi długopis, przepisałem adres siedziby firmy. Mieściła się na ulicy Grodzkiej. Opłaciło się siedzenie nad mapą – wiedziałem, że to przy rynku, kilkanaście minut spacerem od dworca.

– Dzięki za telefon – powiedziałem, oddając aparat.

– Powinien pan sobie taki sprawić.

– Może kiedyś.

Pożegnałem się i poszedłem w stronę rynku. Nie śpieszyłem się, potrzebowałem chwili na zastanowienie się i ułożenie sobie ostatnich wydarzeń. Prosty okazał się zupełnie innym człowiekiem niż ten, którego znałem. Spokojny, ułożony, nie sprawiał problemów, miał dobrą pracę i opiekował się chorą na raka córką, ale z jakiegoś powodu zadarł z miejscowymi gangsterami. Zadarł na tyle, że musiał uciekać, a dla Kazika odnalezienie go stało się jednym z priorytetów. Czym mu się naraził? Nie wiedziałem, miałem za mało danych i jak dotąd żadnego pomysłu, gdzie mógłbym go szukać. Potrzebowałem planu. Potrzebowałem więcej informacji.

Dotarłem na Grodzką pod wskazany adres. Znajdowała się tam kamienica, choć nie taka, w jakiej mieszkał Prosty. Ta była zadbana, a na świeżo odnowionej fasadzie złociły się tabliczki z nazwami mieszczących się tam firm: kancelarii notarialnej, radcowskiej, biura księgowego i spółki o nazwie AUM – Australian Uranium Mining Sp. z o.o. Akurat wychodził kurier, więc wślizgnąłem się do środka, wszedłem po schodach na drugie piętro i zadzwoniłem domofonem.

– Kto tam? – rozległo się z głośnika.

– Ja w sprawie. Byłem umówiony.

– Co takiego?

– Umówiony byłem!

Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i znalazłem się w mieszkaniu zaadaptowanym na przestrzeń biurową. Białe ściany, dużo słońca i biurka, przy których siedziały dwie osoby. Młoda recepcjonistka w czarnej spódnicy i białej koszuli wyglądała, jakby dopiero co skończyła studia. I wyraźnie się nudziła, bo ucieszyła się na mój widok. W końcu wydarzyło się coś, co przerwało monotonię dnia.

– Tak? Pan w jakiej sprawie?

– Byłem umówiony.

– Z kim?

Podrapałem się po karku.

– W sumie to nie wiem. Kolega powiedział, że można u was dostać pracę.

– Pracę?

– Aha. Jako kierowca, żeby jeździć na badania.

Recepcjonistka pomyślała chwilę.

– To pewnie do Jacka – powiedziała, po czym sięgnęła do telefonu i wybrała numer. – Jacku – odezwała się do słuchawki – przyszedł pan do ciebie na rozmowę o pracę. Mówi, że jest umówiony. Tak... Umówiony. Tak... – Zasłoniła dłonią słuchawkę i kolejne pytanie skierowała do mnie: – Jak pan się nazywa?

– Michał Kowalski – skłamałem.

– Z panem Kowalskim – powtórzyła do słuchawki, a potem popatrzyła na mnie: – Jacek mówi, że nie ma żadnego umówionego spotkania.

Westchnąłem z udawaną bezradnością.

– Ale ja naprawdę... No naprawdę byłem umówiony. Specjalnie do Jeleniej Góry przyjechałem. Kolega mówi, że wszystko jest załatwione na sto procent. No naprawdę... To taki problem?

Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie pocieszająco.

– Jacku, pan mówi, że specjalnie do nas przyjechał. I że tydzień temu się umawiał i... Dobrze, przekażę.

Odłożyła słuchawkę.

– Jacek przyjdzie do pana za chwilę.

– Strasznie pani dziękuję.

– Nie ma za co.

– Chciał mnie zrzucić na drzewo, prawda? – zapytałem.

– Tak – potwierdziła szeptem, wcześniej rozglądając się, czy nikt nie podsłuchuje. – Ale nie wiem dlaczego. Przecież przez cały dzień i tak nic nie robi.

Raz jeszcze podziękowałem. Po chwili otworzyły się drzwi z boku korytarza i wyszedł do mnie młody mężczyzna w garniturze. Był chyba przed trzydziestką, miał gęste czarne włosy i nieszczery uśmiech. Wyciągnął rękę na przywitanie, a gdy podałem swoją, ścisnął ją mocno – tak jakby chciał ją zmiażdżyć. Typowa zagrywka faceta, który zawsze chce być samcem alfa.

– Jacek Kolos – przedstawił się. – Wiceprezes i szef działu HR. Zapraszam do siebie.

W jego gabinecie mieściło się jedno biurko i szafa z dokumentami. Na ekranie telewizora zawieszonego na ścianie wyświetlał się mecz piłkarski – bez dźwięku. Kolos usiadł na krześle i wskazał mi miejsce naprzeciwko.

– Pan w sprawie pracy?

– Tak.

– Przepraszam, ale nie mam takiego spotkania w kalendarzu.

– Kolega mnie umawiał. Mówił, że można u was dobrze zarobić, jeżdżąc na badania geologiczne. Bo podobno uranu szukacie.

– Naprawdę? Jaki kolega?

– Marcin... Nazwisko wyleciało mi z pamięci. Ma ksywę Prosty.

Kolos zmrużył oczy. Długo i uważnie mi się przyglądał, a potem pokręcił głową.

– Przykro mi. Nikogo takiego nie znam.

– Pracuje u was jako kierowca.

– Może był zatrudniony tymczasowo. Ja niestety go nie kojarzę i nie mogę też panu pomóc, bo nie mamy żadnych wakatów. Jeśli coś się pojawi, chętnie się z panem skontaktuję. Przyniósł pan swoje CV?

– Zostawiłem na recepcji – skłamałem.

– Są tam dane kontaktowe, prawda?

– Telefon, mejl, adres.

– Zatem będziemy o panu pamiętać i na pewno się odezwiemy.

Wstał i odprowadził mnie do drzwi.

– Trafi pan do wyjścia? – rzucił na pożegnanie.

– Bez problemu – odpowiedziałem. – Chciałem jeszcze tylko o jedno zapytać.

– Tak?

– Wy tutaj naprawdę szukacie uranu?

– Owszem. Jeśli potwierdzimy istnienie złóż, będziemy starali się o koncesję na wydobycie. To ogromna szansa dla regionu, tysiące miejsc pracy.

– Rozumiem. Bo widzi pan, nie znam się ani na uranie, ani na geologii, ale wyobrażam sobie, że taka firma powinna mieć magazyn do przechowywania próbek, może nawet laboratorium, by przeprowadzić wstępne analizy. A na pewno na ścianach powinny wisieć mapy geologiczne i topograficzne z zaznaczonymi obszarami, gdzie prowadzicie prace, jakieś wykresy czy harmonogramy. A u was tego wszystkiego nie ma.

Twarz Kolosa stężała. Poruszył szczęką w lewo i w prawo, jakby próbował właśnie zmiażdżyć coś twardego.

– Tak jak mówiłem – wycedził przez zaciśnięte zęby – odezwiemy się, jeśli zwolni się stanowisko.

Tym razem to ja wyciągnąłem dłoń, a on po chwili wahania podał mi swoją. Jęknął zaskoczony, kiedy ją ścisnąłem. Wybałuszył oczy i lekko poczerwieniał. Mogłem mu teraz połamać palce, ale ograniczyłem się do sprawienia odrobiny bólu. Też potrafiłem grać w tę grę.

– Do widzenia i czekam na kontakt – rzuciłem, puszczając go.

– Kurwa... – jęknął i przycisnął dłoń do brzucha.

Wychodząc, pomachałem radośnie do recepcjonistki. Odmachała mi, zadowolona, że mogła pomóc.

Niedaleko mieściła się knajpa. Wszedłem do środka, zamówiłem colę, burgera z frytkami i siadłem tak, żeby mieć widok na ulicę. Nie pomyliłem się. Po niecałym kwadransie pod wejście do budynku podjechało znajome mi już niebieskie bmw. Wyskoczył z niego Czacha i wbiegł do kamienicy.

No cóż, taksówkarz mówił, że Kazik macza palce w każdej przestępczej działalności w rejonie, nie sądziłem jednak, że w wolnych chwilach zajmuje się poszukiwaniem uranu. Sprawa zaczynała się komplikować, ale w sumie sam byłem ciekaw, o co w tym wszystkim chodzi.

6

Resztę dnia spędziłem w bibliotece. Książnica Karkonoska mieściła się niedaleko rynku, w tym samym budynku co filharmonia. Uznałem, że to najbezpieczniejsze miejsce przez najbliższych kilka godzin. Co prawda znajdowało się w odległości niecałych pięciu minut spacerkiem od siedziby Australian Uranium Mining, ale nie sądziłem, żeby Czacha lub inny osiłek Kazika kiedykolwiek wpadli do biblioteki. Pewnie nawet nie wiedzieli, gdzie jest. Albo czym jest.

Zacząłem przeglądać roczniki lokalnych gazet w poszukiwaniu informacji o tajemniczej firmie geologicznej. Pierwsze wzmianki na ich temat pojawiły się ponad rok wcześniej. Były to nieśmiałe zapowiedzi, że australijska firma jest zainteresowana poszukiwaniem uranu w rejonie Kotliny Jeleniogórskiej. Później opublikowano wywiad z prezesem firmy Henrym Williamsem z Sydney – doświadczonym inżynierem z branży górniczej oraz biznesmenem z wieloma sukcesami na koncie, jak informowała notka biograficzna. Williams opowiadał, że skoro Polska planuje rozwijać program energetyki jądrowej, potrzebuje własnych źródeł paliwa, zatem także własnego uranu, a złoża – co wiadomo od dziesięcioleci – znajdują się w okolicach Jeleniej Góry. Williams argumentował, że to ogromna szansa dla miasta oraz wszystkich okolicznych przedsiębiorstw. Sama kopalnia oferuje co najmniej kilkaset miejsc pracy, a wraz z firmami kooperującymi – aż kilka tysięcy. Do tego dochodzą wielkie wpływy dla gminy z podatków. Wywiadowi towarzyszył tekst na temat dawnych kopalń uranu w Kowarach. Kolejne artykuły informowały o utworzeniu przedstawicielstwa firmy w Jeleniej Górze oraz o rozpoczęciu prac nad badaniem złóż, cytując Jacka Kolosa. Przedstawiciele miasta z ogromnym zadowoleniem przyjęli te plany i sporo opowiadali o polsko-australijskiej współpracy. Wreszcie uaktywniły się organizacje ekologiczne, które zaczęły protestować przeciwko planom budowy kopalni. Odbyła się demonstracja i konferencja prasowa. Potem informacji o Australian Uranium Mining było już mniej. Pojawiały się jedynie od czasu do czasu – a to firma ufundowała sprzęt pracowni radiologicznej w szpitalu, a to zorganizowała wyjazd dla biednych rodzin. Jednak jeden artykuł prawie przeoczyłem. Niewielki tekst sprzed czterech miesięcy informował o śmierci Dariusza Gawełka z Podgórzyna, znanego w okolicy ekologa i działacza na rzecz ochrony przyrody. Według tekstu Gawełek zaginął podczas górskiej wyprawy – jego ciało znaleziono po tygodniu w okolicach Szwedzkich Skał. Miał z nich spaść. Żona, Joanna Gawełek, nie wierzyła w oficjalną wersję wydarzeń. Twierdziła, że jej mąż wcale nie wybierał się w tamte okolice. Jako doświadczony turysta znał swoje ograniczenia i nie podjąłby ryzyka wspinania się na Szwedzkie Skały. Dziennikarz na koniec wspomniał, że w ostatnim czasie Gawełek był najbardziej znany z protestów przeciw budowie kopalni uranu. Ta informacja o tyle mnie zaskoczyła, że w żadnym innym materiale dotyczącym tej kwestii nie znalazłem jego nazwiska.

Z biblioteki wyszedłem dopiero wieczorem. Odebrałem swój bagaż z dworcowej przechowalni i ruszyłem z powrotem w stronę miasta. Przechodząc obok budki z hamburgerami, zauważyłem wychodzącą z niej dziewczynę. Zamykała właśnie interes, walcząc z opornym zamkiem. Uśmiechnąłem się do niej.

– Pomóc? – zapytałem.

– Nie trzeba – rzuciła, a kiedy zorientowała się, że to ja, dodała: – Kupił już pan sobie smartfona?