Długa noc - Wojciech Chmielarz - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Długa noc ebook i audiobook

Wojciech Chmielarz

4,4

508 osób interesuje się tą książką

Opis

Długa jesienna noc w Warszawie. W Komendzie Stołecznej Policji na kolejne przesłuchanie oczekuje mężczyzna, który jest świadkiem w sprawie zabójstwa. Co do tej pory powiedział? Co zataił? Do czego nie chce się przyznać? Młoda dziewczyna po raz pierwszy w życiu wychodzi na ulicę, żeby zarobić na utrzymanie. Ciągle się waha, ale potrzebuje pieniędzy dla swojego małego syna. Kogo spotka tej nocy? Jaką decyzję podejmie? Po mieście w białym, terenowym samochodzie krąży mężczyzna, który wie, że to jest jego ostatnia noc na wolności. Ma tylko jeden cel. Zabić tak wiele osób, jak to tylko możliwe. Kto jeszcze padnie jego ofiarą? I jest jeszcze komisarz Jakub Mortka, który staje przed największym wyzwaniem w swoim życiu. A stawką są najbliższe mu osoby. Jak daleko jest się w stanie posunąć, żeby ich ocalić? To będzie Długa noc. Dla nich wszystkich. Najważniejsza noc w ich życiu.

Długa noc to szósta część cyklu o komisarzu Jakubie Mortce, ale też nowe otwarcie dla kolejnych powieści. Po kilku latach pracy w Hadze komisarz Mortka wraca do Polski. Wiele się zmieniło: dawna podwładna jest teraz jego zwierzchniczką, są nowi ludzie i nowe przepisy. Stare przyzwyczajenia Mortki nie wszystkim będą się podobać, bo komisarz najbardziej lubi działać solo. Najważniejsze jednak, że jest dalej skuteczny i być może powrót „na chwilę” okaże się zmianą na dłużej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 34 min

Lektor: Janusz Zadura

Oceny
4,4 (1573 oceny)
882
479
155
40
17
Sortuj według:
agatab93

Z braku laku…

Czasem nie warto kontynuować na siłę dobrej historii. Cykl o komisarzu Mortce był świetny, z radością zabrałam się za kontynuację, a tutaj taki zawód. Nuda, nuda, nuda, całe rozdziały poświęcone wyłącznie opisowi gry komputerowej, zero niepewności i zaskoczeń z poprzednich części. Ledwo przebrnęłam.
102
Kotwbutach102

Z braku laku…

Przeczytałem wszystkie książki Chmielarza.Królowa głodu sobie odpuściłem,nie moje klimaty.Brakuje klimatu poprzednich tomów,relacji,wyrazistych postaci.Pandemia w tle trochę na siłę.Wątek syna Mortki super a zakończenie zaskakujące."Sucha"jakaś taka niewyraźna a jej podwładni to ludzie bez polotu i głębi.Przeczytałem,bo do tej pory Chmielarz mnie nie zawiódł ale tym razem mam wrażenie,że to zbiór opowiadań o pandemii,Hadze,synach i byłej żonie oraz Mortce.
51
rollo105

Nie polecam

mocno się zawiodłem, zero akcji, nie polecam
52
Balijka1976

Całkiem niezła

Lubię Mortkę w tym wydaniu. Zawsze go lubiłam. Nie szukam.jednnak polityki w książkach. Z ideologią się zgadzam, ale sposób jej przekazania nie podobał mi się. Łopatologicznie to wyszło w moim odczuciu. Tak jakby autor liczył, że odbiorca będzie słabo rozgarnięty.
52
myszolow

Z braku laku…

Chyba najmniej ciekawa książka tegoż autora.
20

Popularność




Wydawca, redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta IDA ŚWIERKOCKA, ALEKSANDRA PTASZNIK
Projekt okładki i stron tytułowych MICHAŁ PAWŁOWSKI
Zdjęcie na okładce © Ryoji Iwata / Unsplash
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Wojciech Chmielarz Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022
Warszawa 2022 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67262-18-7
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 [email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

PROLOG

Chłopcy po skończonej robocie usiedli przy ognisku. Chociaż kupa suchych liści i patyków, które paliły się tak, że dawały więcej dymu niż ognia, ledwo zasługiwała na tę nazwę. Michał naciągnął kaptur na głowę i wbijał wzrok w ekran migającej jak stroboskopowa lampa komórki. Andrzej założył bezprzewodowe słuchawki i słuchał muzyki, wpatrzony w przestrzeń przed sobą. Mortka natomiast stał kilkanaście metrów za nimi i myślał o tym, że ten dom jest po prostu za duży. Rodzice mogli wędrować po nim całymi dniami i prawie się nie spotykać. Ojciec siedział w swoim gabinecie, czytał i układał pasjansa, matka większość czasu spędzała w kuchni i ogrodzie. Zresztą też tak ogromnym, że do sprzątania przed zimą potrzebowali pomocy. Szczęśliwie, akurat był w Polsce, chociaż zdziwiła go ich prośba. Na porządki jego zdaniem było zdecydowanie zbyt wcześnie. Jeszcze bardziej się zdumiał, kiedy niemal zaraz po rodzicach zadzwoniła do niego Ola.

– Weźmiesz ze sobą chłopaków – oznajmiła.

Nie skojarzył jej telefonu z przeprowadzoną przed godziną rozmową.

– Gdzie?

Gorączkowo próbował sobie przypomnieć, czy coś im wcześniej obiecał. Ale nic mu nie przychodziło do głowy. Zapomniał? Wydawało się to mało prawdopodobne. Kiedy już przyjeżdżał do kraju, każdy dzień miał zaplanowany prawie co do godziny. Wszystko wpisane w kalendarz. I ten papierowy, który nosił w torbie, i ten w komórce.

– Do dziadków. Sprzątać w ogrodzie. Jedziesz do swojego ojca jutro, nie?

– No tak.

– No to ich weźmiesz.

– A skąd w ogóle ten pomysł?

– Od nich.

– Od moich rodziców? Przecież sam to ogarnę.

– Od Andrzeja i Michała.

– Naprawdę? – zdziwił się.

Westchnęła do słuchawki.

– Kuba – powiedziała – z tobą to może i prawie nie mają kontaktu, ale wierz mi, dbam o to, żeby regularnie rozmawiali z dziadkami. Z jednymi i z drugimi. Uważam, że to ważne. Zadzwonili do dziadka, dziadek powiedział im o ogrodzie, zaoferowali pomoc. Jutro jadą z tobą.

– Ale w obecnej sytuacji? Myślisz, że to mądre?

– Twój tata się zgodził, a jest cholernym lekarzem, nie? Poza tym będziecie przecież cały czas na dworze, prawda?

– Tak, ale...

– Kuba! – przerwała mu ostro, wyraźnie zirytowana. – Oprócz tego, że chcą się spotkać z dziadkami, dobrze by było, żeby spędzili trochę czasu z własnym ojcem. Nie uważasz?

Co miał jej odpowiedzieć? Nie chciał przyznać, że w ich towarzystwie czuł się nieswojo. Mieli mało wspólnych tematów, jeszcze mniej wspomnień. Odwiedzili go dwa razy w Hadze. Pokazał im miasto, zabrał nad morze i na wycieczkę do Amsterdamu. Kiedyś w wakacje jeździli wspólnie na tydzień w góry lub nad jezioro, ale kilka lat temu zaczął się ten czas, kiedy zamiast spędzać lato z rodzicami, woleli jeździć na obozy ze znajomymi albo szlajać się od jednego pola namiotowego do drugiego. Nie byli dla niego obcymi ludźmi, do takiego stwierdzenia by się nie posunął, ale w gruncie rzeczy niewiele ich łączyło.

Ojciec trącił go lekko w ramię i podał mu kubek z gorącą herbatą.

– Na pewno nie chcesz piwa? – zapytał, sam trzymając w dłoni puszkę Tyskiego.

– Przecież wiesz, że będę prowadzić.

– Po jednym podobno można.

– Podobno – mruknął Mortka.

Wziął herbatę i upił łyk. Ojciec stanął obok niego. Niewiarygodne, ale był od niego wyższy. Mortka nie rozumiał, jak to możliwe. Dzieci przecież powinny przerosnąć rodziców. Andrzej już od dawna patrzył na niego z góry. Teraz był wielkim napakowanym facetem, który sprawiał wrażenie, jakby wciąż się do tego nie przyzwyczaił. Michał był drobniejszy, szczuplejszy, delikatniejszy. Ola mówiła, że ich syn ma palce pianisty. Ojciec powtarzał, że to ręce chirurga, i uśmiechał się przy tym zadowolony. Miał pewnie nadzieję, że wnuk pójdzie w jego ślady. Przy całej swojej chudości Michał przerastał Kubę już o pięć centymetrów. I tak, z całej czwórki to Mortka był tym najniższym.

– Myślisz o tym, jak spieprzyłeś?

– Słucham?

Ojciec wyciągnął rękę z piwem i palcem wskazał najpierw na Andrzeja, a potem Michała.

– To. Jak to spieprzyłeś. Ojcostwo.

– Nie – odpowiedział Mortka.

Nie wiedział, co napadło ojca, że wyskoczył z takim tekstem, ale wiedział, do czego to doprowadzi – do kolejnej kłótni, a on ani jej nie chciał, ani jej nie potrzebował. W sumie ten dzień potoczył się lepiej, niż się spodziewał. W samochodzie niewiele mówili, ale słuchał kawałków, które na przemian puszczali ze Spotify Andrzej z Michałem. To było prawie jak rozmowa. Na miejscu rodzice miło ich przywitali. Zjedli obiad na dworze, popracowali, a teraz był przyjemnie zmęczony. Chciał zachować to wspomnienie dobrego jesiennego dnia.

Ojciec pociągnął z puszki i skrzywił się, jakby piwo mu nie smakowało.

– Kłamiesz – powiedział. – Ale nie przejmuj się. Każdy to spierdolił, mniej lub bardziej. To jeden z uroków ojcostwa, nie? Nikt cię tego nigdy nie uczył, nie wiesz, co masz zrobić, starasz się być trochę lepszy od swojego ojca, ale nikt ci nie mówi, czy to dobra droga, czy zła. Najgorsze jest to, że tych wszystkich błędów, które popełniłeś, nie da się naprawić. Zostają na zawsze. Niby moja praca powinna mnie nauczyć, jak sobie z tym radzić, bo wiesz, w medycynie jest tak samo. Spierdolisz, szczególnie na stole operacyjnym, to musisz z tym żyć i tyle. Tworzysz różne strategie obronne, zakładasz maskę cynika, traktujesz pacjentów jak worek mięsa, a wszystko po to, żeby nie myśleć o tym, co mogłeś zrobić lepiej. Ale z dziećmi... Z dziećmi tak się nie da. Nie da się zbudować tego muru, udawać, że nic się nie stało. Spierdoliłeś, to spierdoliłeś. Nieustannie widzisz konsekwencje swoich błędów, ale wiesz, co jest naprawdę piękne?

– Co?

– Koniec końców okazuje się, że nie spierdoliłeś aż tak bardzo. A te błędy, które popełniłeś... albo wydawało ci się, że popełniłeś... no, w każdym razie wyszły wszystkim na dobre.

Mortka powoli skinął głową. Przez chwilę zastanawiał się, czym była cała ta przemowa. Radami rodzicielskimi? Przeprosinami? Przecież ojciec przez długie lata dawał do zrozumienia, jak bardzo jest zawiedziony wyborami zawodowymi swojego syna. Wreszcie Kuba uznał, że najbliżej temu było do stwierdzenia „jestem z ciebie dumny”.

Stuknęli się, ojciec puszką, on kubkiem z herbatą. Michał poruszył się na pieńku. Wstał, otrzepał spodnie, znowu usiadł. Przez cały ten czas nawet nie zerknął w ich stronę, nieustannie wpatrzony w ekran komórki.

– Faktycznie w tej Holandii tak strasznie? – zapytał ojciec.

Mortka skinął głową.

– Kolega zmarł na ten syf – powiedział po chwili. – Louis. Belg. Młody facet. Sprawny. Biegał maratony, takie hobby. W domu miał szafę z medalami z całego świata. Zachorował i zajęło to ledwo dwa tygodnie. Był człowiek, nie ma człowieka.

– Ale uważasz tam na siebie?

– Pracujemy zdalnie na tyle, na ile się da.

Ojciec zaśmiał się krótko.

– Policjanci pracujący zdalnie. Łapiesz złodziei zza ekranu komputera?

– Złodziei i morderców – potwierdził z uśmiechem Mortka.

Przez chwilę stali obok siebie w milczeniu. Herbata przyjemnie grzała policjanta w ręce. Zastanawiał się, czy jego synom nie jest zimno, bo chociaż przez cały dzień świeciło słońce, jakby jeszcze było lato, teraz, pod wieczór, temperatura gwałtownie spadła. Ale miał tyle zdrowego rozsądku, że nie zwrócił im uwagi, by cieplej się ubrali.

– U nas był spokój w sumie – odezwał się ojciec. – Mało osób chorowało. Jasne, strach był, ale miałem nadzieję, że przejdzie bokiem.

– Wiem. Śledziłem te liczby.

– Jak wszyscy, Jakub, jak wszyscy. Ale teraz... Robi się kiepsko. Będziemy mieć tu Bergamo. I to razy dwa.

– W powiecie? W województwie?

– W Polsce – sprecyzował ojciec. – Cały kraj zamieni się w jedną wielką umieralnię.

– Może nie będzie tak źle – odezwał się ostrożnie.

– A co? Też uwierzyłeś w to pierdolenie, że wirus jest w odwrocie? – Ojciec roześmiał się krótko. – Nie. Pozmiatane jest, Kuba. Nawet jakbyśmy cały kraj teraz zamknęli, jak w marcu, to nic nie da. Poszły konie po betonie.

– To na siebie uważajcie – powiedział i natychmiast zrozumiał, jak idiotycznie zabrzmiała ta rada. Jakby po prostu machnął ręką na to wszystko, co powiedział ojciec. – Ja muszę wracać do Holandii, ale może mogę coś zrobić...

Ojciec pokręcił głową.

– Damy sobie radę z matką. Tylko że... – Zawiesił głos.

– Że co? – zapytał zaniepokojony Mortka, bo po minie ojca widział, że nie ma co liczyć na dobre wiadomości.

– Dzwonił Mirek Kluska. Kojarzysz go?

– Twój kolega z pracy?

– No. Jest teraz dyrektorem szpitala. I pytał, czybym nie wrócił do roboty. Na tydzień, dwa. Może miesiąc, góra. Bo wiesz... jeszcze się na dobre nie zaczęło, a już im brakuje ludzi.

– Muszą być naprawdę zdesperowani, skoro wydzwaniają do emerytów.

– No właśnie...

– Ale ty nie pójdziesz, prawda?

Ojciec nie odpowiedział. Wolał się schować za puszką Tyskiego.

– Chryste! Ojciec! – krzyknął Mortka. – Nie chcę ci wypominać wieku, ale jesteś stary. Jesteś w cholernej grupie ryzyka! I chcesz iść w sam środek tego pierdolnika? Odbiło ci?! Ty masz w ogóle jeszcze prawo do wykonywania zawodu?

– Daj mi spokój, Jakub. Myślisz, że matka już mi nie wierciła dziury w brzuchu? Ludzie zaraz będą umierać, rozumiesz? Setkami, może nawet tysiącami. Dzień w dzień. Jeśli mamy uratować choć paru, to potrzebujemy lekarzy. A ja, tak się składa, jestem lekarzem.

– Emerytowanym.

– Ale lekarzem, Kuba.

– Tato...

– Powiedz mi, Kuba – przerwał mu ojciec. – Gdybyś wiedział, tak jak ja, co się wydarzy. Gdybyś wiedział, co trzeba zrobić. Jak byś się zachował?

Tym razem to policjant się nie odezwał. Chociaż znał odpowiedź na to pytanie. Nawet nie musiał się nad nią zastanawiać. Po prostu od razu, automatycznie, pojawiła się w jego głowie. Tacy przecież byli. Ojciec i syn. Zawsze robili to, co było trzeba. Bez względu na koszty.

A potem dotarła do niego jeszcze jedna rzecz. Że ojciec zaprosił ich tutaj nie po to, żeby posprzątać ogród, ale żeby się pożegnać. Chciał po raz ostatni zobaczyć syna i wnuków. Był przekonany, że jeśli wróci do pracy w szpitalu, to nie wyjdzie stamtąd żywy. Ale i tak wracał.

– Wiesz co... jednak napiłbym się tego piwa – powiedział Mortka.

Ojciec uśmiechnął się pod nosem.

– Już ci przynoszę. – Zrobił krok w kierunku domu, ale zaraz się zatrzymał, odwrócił i nieśmiało wskazał na Andrzeja i Michała.

– Tak. Dla nich też – potwierdził Mortka. Pomyślał, że na to zasługują. Na to wspomnienie jesiennego wieczoru, kiedy siedzą w czwórkę dookoła ogniska i piją piwo.

Być może po raz ostatni.

1

Przebudziła się z płytkiej drzemki. Z zewnątrz dochodził ją monotonny szum warszawskiej ulicy i po raz kolejny zaniepokoiło ją to, że tutaj nikt nie strzela. Nie wiedziała, czy dlatego, że aż tak bardzo przyzwyczaiła się do wybuchów i odgłosów wojny, czy raczej bała się podświadomie, że i tu ludzie rzucą się sobie do gardeł, powietrze zrobi się ciężkie od dymu płonących budynków, a ulice spłyną krwią.

Długo tam wytrzymała. Aż pewnego dnia, po kolejnym bombardowaniu, w drzwiach od tego prowizorycznego schronu, gdzie ukrywała się z rodziną i sąsiadami, przynajmniej tymi, którzy przeżyli, stanął mężczyzna z kałasznikowem w ręku. Nawet nie wiedziała, z jakiej grupy był. Od pewnego momentu zresztą nie miało to żadnego znaczenia. Ani jedno słowo, ani jeden dźwięk nie wydobył się z jego gardła, kiedy skierował lufę w ich stronę, a jego palec dotknął spustu. Skrywał się za chustą, tak że nie widziała jego twarzy. Tylko białka oczu. I po tych oczach widziała, że w tym momencie ten mężczyzna nie jest już człowiekiem. Zmienił się w bezrozumnego upiora, sługę w królestwie śmierci.

Nie nacisnął spustu. Jego klatka piersiowa eksplodowała czerwienią, kiedy trafił go pocisk snajpera schowanego gdzieś wśród ruin setki metrów dalej.

Bali się wyjść ze schronu, przekonani, że jeśli tylko się wychylą, oni również staną się celem strzelca. Który przed chwilą ich uratował, ale nie z troski o ich życie, tylko dlatego, że przede wszystkim pragnął zabijać. Tkwili więc tak bez ruchu przez kilka długich godzin, z martwym żołnierzem leżącym w otwartych drzwiach. Dopiero kiedy zapadł zmrok, jej brat z kolegą odciągnęli gdzieś ciało. A ona tamtej nocy podjęła decyzję, że czas dołączyć do wartkiego strumienia ludzi i uciec z tego przeklętego kraju i zniszczonego miasta.

Jej droga była kręta, dziwna, części jej nie pamiętała, ale w końcu trafiła do Polski, do Warszawy. Miasta, w którym jeszcze nikt nie strzelał na ulicach, a ludzie może i patrzyli na nią wrogo, jednak żaden z nich nie był upiorem.

Usłyszała pukanie do drzwi i od razu wiedziała, kto to. Tylko on stukał tak delikatnie, tak nieśmiało. Jakby miał wyrzuty sumienia, że ją odwiedza. Podniosła się z łóżka. Podeszła do lustra i przejrzała się. Byli tacy, którzy chcieli, żeby witała ich w seksownej bieliźnie. Byli też tacy, którzy żądali, żeby otwierała im naga. Ten był inny. Dla niego ubierała się skromnie, przynajmniej jak na standardy tej pracy. Czarne spodnie, obcisłe, ale bez przesady, bluzka w kwiaty z długimi rękawami. Rozpinała górne guziki, żeby pokazać rowek piersi i koronkę stanika. Czasami mu to odpowiadało, czasami prosił, żeby zapięła. Makijaż delikatny. Ledwo kilka pociągnięć. Podobało mu się jej „naturalne piękno”, jak mówił. Ważne dla niego było, żeby ładnie pachniała.

Poprawiła włosy i otworzyła drzwi. Popatrzył na nią przez chwilę, a potem bez słowa wszedł do mieszkania. Obszedł je, rozglądając się, jakby widział je po raz pierwszy, aż wreszcie usiadł z westchnieniem na stojącym w kącie fotelu. Zaczął się wiercić, jakby coś wbijało mu się w pośladki.

– Dzień dobry – powiedziała. – Chciałbyś coś do picia?

Pokręcił przecząco głową.

– Jak ci minął dzień? Dobrze? Jesteś zadowolony?

Milczenie.

– Zmęczony, prawda? Pozwól, że się tobą zajmę.

Zbliżyła się do niego, ostrożnie stawiając kroki. Klęknęła tuż przed nim. Ale nie po to, żeby zrobić to, czego zazwyczaj na początku żądali wszyscy mężczyźni. Ten nie lubił pośpiechu. Do tej pory zresztą z nim nie spała. Najczęściej chodziło mu tylko o to, żeby spędziła z nim czas. Rozmawiała z nim. Usługiwała mu. Dotykała. I teraz to właśnie robiła. Delikatnie gładziła dłońmi jego uda w czułej i niewinnej pieszczocie.

Chwycił ją za przegub i zacisnął palce tak mocno, że zabolało. Zbliżył do niej twarz. Poczuła jego kwaśny oddech na swoim policzku. Pomyślała, że to dziwne. Zawsze pachniał miętą, jakby mył zęby tuż przed przyjściem.

– Nie chcę tutaj – powiedział po prostu. – Jedźmy do mnie.

Skinęła głową na znak, że się zgadza. To nie byłby przecież pierwszy raz. Odwiedzała go wcześniej. Za każdym razem jechali do niego jego samochodem. Po wszystkim odwoził ją do mieszkania. Jej opiekun nie miał nic przeciwko. Facet płacił za godzinę. Jeśli chciał wydawać pieniądze na to, żeby ją wozić po mieście, to jego sprawa.

Mieszkał w starym, ale ładnym domu pod Warszawą. Wiedziała, że jest żonaty, ma dzieci, chociaż zawsze chował zdjęcia swojej rodziny. Zabawki pozostawione na korytarzu, ślady po kredkach na ścianach i damskie kosmetyki w łazience były jednak wystarczającą wskazówką.

– Dobrze – odparła.

Puścił ją. Powoli podniosła się z podłogi.

– Włóż kurtkę. Na zewnątrz jest zimno – poradził.

Ubrała się i zeszli na dół. Założył czapkę z daszkiem, która zakrywała mu twarz. Przeszli na parking dwa bloki dalej. Wsiedli do jego samochodu, starego terenowego wozu z odrapanymi drzwiami.

Pojechali, ale teraz zachowywał się inaczej niż zazwyczaj. W ogóle się nie odzywał, a przecież zawsze rozmawiali. To były spokojne opowieści o niczym. On zaczynał, ale zwykle to ona mówiła. Opowiadała o swoim dniu, pogodzie, samopoczuciu, o tym, co jadła na śniadanie, co na obiad albo nawet o tym, jak sprzątała w mieszkaniu przed jego przyjściem. On słuchał, lekko się przy tym uśmiechając. Kiedy przerywała, zachęcał, żeby mówiła dalej. Teraz jednak milczał spięty, z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy tak mocno, jakby chciał ją złamać. Emanowało z niego coś dziwnego, nieprzyjemnego, wrogiego. Jakiś mrok. Coś, czego nigdy wcześniej od niego nie czuła.

Zatrzymał się na skrzyżowaniu. Pochylił się do przodu, żeby zobaczyć, czy coś nie jedzie z boku, i w tym momencie jego kurtka się podwinęła, a ona dojrzała schowany za paskiem na plecach ciemny kształt pistoletu. Przypomniała sobie, jak wiercił się na fotelu w jej mieszkaniu. Już wtedy broń wbijała mu się w ciało.

Serce dziewczyny zaczęło mocniej bić, a w gardle zrobiło się sucho. Po co mu była broń? Dlaczego przyniósł do niej pistolet?

– Możesz się zatrzymać? – zapytała.

– Po co?

– Chciałabym... chciałabym coś kupić. Bo zapomniałam.

– Czego?

– Picia. Chciałabym kupić coś do picia.

– Napijesz się u mnie w domu.

– Coli. Proszę, zatrzymaj się, bo chciałabym się napić coli. Proszę...

Poczuła, że do oczu napływają jej łzy, a jej głos zaczyna się łamać. Mężczyzna skrzywił się, na jego twarzy jak w kalejdoskopie odmalowywały się kolejne emocje. Gniew, zniecierpliwienie, strach, wahanie.

Zwolnił i wrzucił kierunkowskaz. Terenowy wóz powoli wtoczył się na stację benzynową. Mężczyzna zaparkował go z dala od samego budynku i dystrybutorów z paliwem. Potem, z ociąganiem, wyłączył silnik.

Zrobił to, o co poprosiła, zatrzymał się. Pozwoli jej wysiąść z samochodu i pójść do sklepu. A skoro tak, to nie miał wobec niej złych zamiarów. Inaczej przecieżby jej nie wypuścił. Poczuła wstyd, że źle o nim pomyślała. Zawsze był dla niej taki dobry, najlepszy ze wszystkich tych, którzy ją odwiedzali. Ale przyniósł broń. Działo się coś złego. Dlatego był taki spięty. Obcesowy. Nieprzyjemny.

Odpięła pasy, sięgnęła po klamkę, jednak zawahała się w ostatniej chwili. Skoro nie chciał jej zrobić krzywdy, nie było po co wychodzić z samochodu. Zresztą i tak nie miała pieniędzy.

Mężczyzna siedział bez ruchu z lekko pochyloną głową i wzrokiem wbitym w deskę rozdzielczą.

– Coś się stało? – zapytała, bo poczuła, że chce mu pomóc. – Coś złego? Dlatego nosisz ze sobą broń?

Kiedy wymówiła ostatnie słowo, obrócił się gwałtownie. Wystarczyło tylko, że spojrzała w jego oczy. Były takie same, jak oczy tamtego mężczyzny, daleko od Warszawy, który stanął z kałasznikowem na progu ich schronu. To były oczy upiora. Oczy sługi śmierci.

2

Były różne rodzaje ciszy, ale Barbara nienawidziła ich wszystkich. Nie od zawsze, od niedawna, bo wcześniej czuła się w niej tylko nieswojo. Kiedy o tym opowiadała mężowi, on tylko uśmiechał się pod ciemnym wąsem i mówił, że to z powodu jej wychowania. I faktycznie, wychowała się w niewielkim mieszkaniu z trójką braci i siostrą. Zawsze był u nich harmider, zawsze coś się działo, zawsze ktoś się kłócił. Jej mama śmiała się, że jeśli jest cicho, to znaczy, że ktoś umarł.

– A teraz żyjesz jak człowiek – ciągnął z dumą jej mąż. – Spokój masz. Ciesz się nim.

Ale nie potrafiła. Dlatego tak bardzo uradowała się, kiedy pojawił się Łukasz. Jego krzyk, bieganie po całym mieszkaniu, zabawy, nawet płacz – to wszystko sprawiało, że była szczęśliwa. Karol na odwrót. Zamykał się w swoim gabinecie, a kiedy z niego wychodził, to z zatyczkami wciśniętymi głęboko w uszy. Pewnego dnia uznał, że Łukasz jest już w tym wieku, kiedy można od niego wymagać. No to wymagał. Ciszy i spokoju, bo tatuś pracuje. Jej syn miał wtedy cztery lata. A potem, dwa mgnienia oka później, był już nastolatkiem i sam się chował w swoim pokoju, sam tworzył wokół siebie kokon ciszy, zakładał słuchawki, słuchał tej swojej muzyki, pisał, rysował, milczał i łamał jej serce.

Barbara pragnęła kolejnego dziecka, ale Karol nie chciał się zgodzić. A jak on się na coś nie zgadzał, to tego nie było.

A potem Łukasz umarł, a ona znienawidziła ciszę.

Najgorsza była ta w jego pokoju. W dawnym pokoju, bo ledwo go pochowali, to Karol przyprowadził do domu jakichś ludzi, których nigdy nie widziała, i kazał im zabrać wszystkie meble. Większość rzeczy popakował w worki i wyrzucił na śmieci, ubrania oddał Caritasowi. Jej pozwolił zostawić sobie tylko kilka pamiątek.

– Tak będzie lepiej – tłumaczył.

– Jak to lepiej? Co lepiej?

– Lepiej dla ciebie – powiedział, przybierając ten nieznośny, dydaktyczny i pełen wyższości ton, a jej od razu łzy napłynęły do oczu, bo przypomniała sobie, jak Łukasz go parodiował, kiedy byli pewni, że Karol ich nie słyszy. Groziła mu wtedy palcem, ale szeroki uśmiech sam pojawiał się na jej twarzy, a zaraz po nim dziewczęcy chichot. – Żebyś nauczyła się żyć dalej. Bo przed tobą przecież jeszcze tyle szczęśliwych dni. Wiem, że jeszcze tego nie widzisz, ale wierz mi, tak będzie. Każda rana się kiedyś zasklepi.

Chciała go wtedy uderzyć. Jak śmiał mówić takie rzeczy, jak takie słowa były w stanie w ogóle przejść mu przez gardło? Ale oczywiście go nie uderzyła. Jej cały bunt sprowadził się do tego, że tym razem nie pokiwała potulnie głową. On zaś, zupełnie nie zauważając gniewu, który w niej buzował, pogłaskał jej dłoń, wziął kubek z gorącą herbatą i wrócił do swojego gabinetu.

Potem powiedział, że mogą coś w tym pokoju zrobić. Może warsztat dla niej. A może powinni komuś wynająć. Na samą myśl o tym chciało jej się wymiotować. Nie wyobrażała sobie, żeby w pokoju jej syna mógł zamieszkać ktoś inny. Zresztą to było niemożliwe. Karol nie zniósłby kogoś obcego w swoim domu. Z trudem przecież znosił Łukasza. Tak więc pokój był pusty i niepodzielnie panowała w nim cisza. Cisza, której nienawidziła, ale w której tkwiła godzinami. Zamykała się bowiem w pomieszczeniu, gdzie kiedyś żył jej syn, siadała na podłodze, wpatrywała się w puste ściany i szukała wzrokiem ostatnich śladów jego istnienia.

Pukanie do drzwi. Skrzywiła się. Nienawidziła ciszy, ale nie lubiła, kiedy ktoś ją naruszał. Nie ruszyła się. Nic nie powiedziała.

Znowu pukanie. Tym razem bardziej natarczywe. Zamknęła powieki. Miała nadzieję, że ktokolwiek stoi po drugiej stronie drzwi, zniecierpliwi się i po prostu sobie pójdzie.

Nie poszedł.

– Czy ktoś może otworzyć?! – krzyknął Karol ze swojego gabinetu.

Zauważyła, że od pewnego czasu przestał używać zatyczek. Zabolało ją to. Mocno. Nie było już Łukasza, powiedział jej tym gestem, nie było już nikogo, kto mógłby mu przeszkadzać, więc zatyczki powędrowały do kosza.

– Otworzy ktoś?! – krzyknął powtórnie.

Ktoś. Niby kto? Byli przecież tylko oni dwoje.

Pukanie, które zmieniło się w walenie.

– Baśka!

Nie wstała. Otoczyła głowę ramionami.

Walenie.

– Cholera jasna! Idę! Idę!

Usłyszała jego kroki na korytarzu. Podszedł do drzwi. Walczył przez chwilę z zamkami, aż wreszcie udało mu się je otworzyć.

– Tak? Słucham? – powiedział, a w jego głosie usłyszała zaskoczenie.

– Pan Karol Gunther? – Młody głos. Męski. Przytłumiony lekko przez noszoną na twarzy maseczkę.

– Przecież sami wiecie.

– Słucham?

– Przychodzicie mi do domu, znacie mój adres. Kogo innego spodziewaliście się tutaj zastać? Conchitę Wurst?

– Różne rzeczy się zdarzają, proszę pana. Różni panowie już nam drzwi otwierali.

– Co to niby ma znaczyć?

– Nic. Pan Karol Gunther?

Jej mąż westchnął z irytacją.

– Tak, to ja.

– Poprosimy z nami na komendę.

– Po co?

– W sprawie zabójstwa pana Tymoteusza Kota.

– Powiedziałem wam już wszystko, co wiedziałem. Nie mam nic do dodania.

– Rozumiemy, ale prowadzący sprawę chciałby o coś jeszcze dopytać.

– Niby o co?! Przecież wszystko wam już powiedziałem, kurwa!

Chwila milczenia.

– Proszę pana, ale to nie nasza wina. My tylko robimy, co nam kazano. Jest prośba, żeby przyszedł pan na komendę i odpowiedział na kilka pytań. I tyle.

– Ale jakich pytań?

– A o tym to może pan już porozmawiać z prowadzącym, kiedy się spotkacie.

– Nie mam czasu.

– Proszę pana, my rozumiemy, że pan już wiele razy o tym wszystkim opowiadał. Ale naprawdę prowadzący coś tam musi uściślić. I dlatego bardzo pana prosi, żeby pojawił się pan na komendzie – kontynuował młody głos.

– Jeszcze prosi – dorzucił trochę starszy.

– A to niby co znaczy?

– No to, że staramy się po grzeczności. Ale jak trzeba będzie, to i karę możemy nałożyć, a nawet przymusowo doprowadzić. Ale po co robić awanturę?

– Nie mogę iść.

– Dlaczego, proszę pana?

– Żonę mam zawieźć do lekarza.

– Właśnie dzisiaj?

– Dzisiaj. Pan wie, jak teraz się trudno umówić na wizytę w tej pieprzonej pandemii? Nie może nam ten termin przepaść.

– Poradzę sobie – odezwała się, wyłaniając się z pokoju syna.

Przed nią w otwartych drzwiach stało dwóch policjantów. Jeden młodszy, drugi trochę starszy. Na twarzach mieli czarne maseczki, tak że widziała tylko ich oczy.

– Kochanie?

– Już dzwoniłam do Kasi – powiedziała. – Obiecała, że mnie zawiezie. Możesz iść z panami policjantami.

To było oczywiste kłamstwo. Nie dzwoniła do Kasi, swojej przyjaciółki, nie miała przecież kiedy, ale nie czuła z tego powodu wyrzutów sumienia. Zresztą ta wizyta u lekarza też była wymyślona. Karol rzucił pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy, żeby tylko nie iść z policjantami. A teraz, kiedy na nią patrzył, dostrzegła złość za brudnymi szkłami jego okularów i poczuła coś na kształt gorzkiej satysfakcji.

– Panie Karolu...

– Wezmę tylko kurtkę – mruknął niezadowolony i zaczął grzebać w szafie.

– To nie zajmie długo – rzucił jeden z policjantów. Nie wiadomo czy do niego, czy do niej.

– Pojedziemy pańskim samochodem – dodał drugi, ten starszy.

– Co takiego? – zdziwił się Karol, wkładając buty.

– Kolega musi jechać wspomóc inny patrol, zabiera radiowóz. Pojedziemy pana wozem, dobrze?

– Mogę sam pojechać.

– No, ale ja muszę z panem. Jeszcze papiery podpisać na komendzie.

– I przypilnować mnie, czy na pewno dotrę na miejsce, co?

Policjant nie odpowiedział. Karol skończył się ubierać i pokręcił z dezaprobatą głową.

– Kurwa – mruknął. – Co za kraj.

Wyszedł, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem. Trzasnął tylko z całych sił drzwiami. A potem w mieszkaniu znowu zapanowała cisza.

3

Justine patrzyła na niego z rozbawieniem, kiedy odbierał przesyłkę od kuriera. Pokwitował odbiór, zamknął drzwi i zaniósł ją do dużego pokoju. Położył paczkę na stole, a potem nachylił się nad nią, żeby przeczytać znajdujący się na boku opakowania tekst.

– Boys will be boys, prawda, Jacques?

Podniósł głowę i spojrzał na nią pytająco.

– Co takiego?

– Chłopcy muszą mieć swoje zabawki – sprecyzowała i wskazała na pudło.

Poczerwieniał lekko, jakby właśnie złapała go na podjadaniu słodyczy przed obiadem. Pomyślała, że to bardzo urocze.

– To nie dla mnie – powiedział.

– Nie dla ciebie? – zdziwiła się. – Wyglądasz tak, jakbyś właśnie zamierzał to rozpakować.

– To dla moich synów.

– Chcesz im dać rozpakowane?

Zmarszczył brwi, szukając w głowie odpowiednich słów. Justine była pod wrażeniem, jak szybko przyswoił sobie język. Kiedy pojawił się w Hadze, ledwo potrafił mówić po angielsku. Szczerze mówiąc, wiele osób zastanawiało się, w jaki sposób w ogóle trafił do Europolu, ale szybko nadgonił, a potem nauczył się jeszcze francuskiego. Oczywiście ciągle mówił z paskudnym akcentem, od którego bolały zęby, wciąż popełniał błędy i momentami potrzebował czasu, żeby ułożyć to, co chciał powiedzieć, w poprawne zdanie, jednak mogła się z nim porozumieć w swoim języku i doceniała ten trud. Nawet jeśli nie zrobił tego tylko ze względu na nią.

– Kupiłem to, żeby móc z nimi grać.

Uśmiechnęła się szeroko.

– Och! Ojciec roku z ciebie!

Spojrzał na nią z ukosa. Klepnęła go lekko w ramię.

– No już, przestań się boczyć, Jacques, i wytłumacz mi, o co chodzi.

Przewrócił oczami.

– Spotkałem się ze swoimi chłopakami – powiedział. – Jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy rozmawiać. Co nie zdarza się aż tak często. Opowiadali o jakiejś grze, więc powiedziałem im, że w sumie też w to parę razy grałem. Żeby, wiesz, podtrzymać temat. A oni zaproponowali, żebyśmy pograli kiedyś razem, przez sieć. I w sumie...

– Musiałeś sobie kupić konsolę?

– Tak.

– Och, mój dzielny mężczyzno – powiedziała i zarzuciła mu ramiona na szyję. – Będziesz się teraz musiał poświęcić dla dzieci i grać na konsoli. Czy znajdziesz jeszcze czas dla swojej Justine?

Pochylił się nad nią. Powąchał jej włosy, a potem jego usta powędrowały niżej i pocałował ją w szyję. Westchnęła i przycisnęła się do niego mocniej.

– Co to za gra? – zapytała.

– Jakieś tam Call of Duty – zamruczał w odpowiedzi.

Odsunęła się od niego.

– Warzone? – zapytała.

– Warzone – potwierdził zaskoczony.

Puściła go i zdjęła jego dłonie ze swoich bioder.

– W takim razie musisz jak najszybciej podłączyć konsolę i ściągnąć tę grę – oznajmiła.

– Dlaczego?

– Bo powiedziałeś swoim synom, że już w nią grałeś, prawda?

– No tak.

– No to jeśli nie chcesz wyjść na wielkiego kłamczucha, to zanim zaczniesz z nimi biegać po planszy i udawać żołnierza, musisz nabić parę leveli i nauczyć się kilku rzeczy. Ale nie martw się, pomogę ci.

– Ty?

– Uhm... – potwierdziła i położyła dłoń na jego policzku. Pogładziła go lekko i poczuła na skórze igiełki twardego zarostu. – Jest kilka rzeczy, których o mnie nie wiesz, Jacques.

– Na przykład?

– Na przykład tego, że Werdańsk to mój drugi dom, kochanie.

Zmarszczył brwi.

– Co to jest Werdańsk?

– Miejsce, które pokochasz, Jacques. I które znienawidzisz – dodała i poklepała pudełko z konsolą. – Bierzmy się do roboty. Przed nami długa noc, kochanie.

4

– Kiedy wrócisz?

– Nie wiem.

– Czemu nie wiesz?

– Bo nie wiem. To nie jest normalna robota od dziewiątej do siedemnastej. Takie sytuacje mogą się zdarzyć. Wiedziałaś o tym, kiedy braliśmy ślub, bo ci mówiłem.

– Mówiłeś mi też, że będziesz przy mnie zawsze wtedy, kiedy będę cię potrzebować.

– To prawda.

– Teraz cię potrzebuję. Marysia cię potrzebuje.

– Bo?

– Co bo?

– Dlaczego mnie potrzebujesz. Dlaczego akurat teraz?

– Bo źle się czuję.

– Ty czy Marysia?

– Ja.

– Co się dzieje?

– Mojego męża, nie ma, kurwa, w domu! To się dzieje! A ja jestem sama, z małym dzieckiem i...

Przerwała i w słuchawce słyszał tylko, jak łapie oddech za oddechem.

– Mam tu jeszcze obowiązki – odezwał się cicho. – Wrócę tak szybko...

– Wal się.

Rozłączyła się, zanim zdążył dokończyć. Odsunął komórkę od ucha i przez długi czas wpatrywał się w ekran, na którym, pod ikonkami aplikacji, kryło się zdjęcie żony z córką.

– Skończyłeś się już modlić do tego telefonu? – odezwał się ostry głos z boku.

Odwrócił się na krześle w stronę drzwi. W progu stała jego szefowa. Chuda jak zawsze. W białej koszuli, lekko rozpiętej, tak że mógł dostrzec srebrny krzyżyk zwisający z szyi, i w gustownym, brązowym wełnianym kostiumie, którego krój tak bardzo, jak to tylko możliwe, naśladował męski garnitur. Podinspektor Anna Suchocka. Sucha, jak nazywali ją podwładni. Ale tylko wtedy, kiedy byli pewni, że ich nie słyszy. Naczelnik Wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw.

– Ja tylko...

– Skończyłeś?

– Tak.

– W takim razie idziemy.

Wsadził komórkę do kieszeni. Wziął z blatu biurka przygotowaną wcześniej teczkę z materiałami i poszedł za przełożoną. Opuścili skrzydło, w którym znajdował się ich wydział, i szybko przeszli do części z pokojami przesłuchań. Podinspektor Suchecka wskazała mu na drzwi do jednego z nich.

– Klient jest tam.

– Okej.

– Nie spierdol tego, Maciek.

– Nie spierdolę.

– Dobry chłopak.

Weszła do pomieszczenia obok, tego z lustrem weneckim. Zdołał jeszcze zajrzeć do środka. Dostrzegł stojącego niemal pod ścianą mężczyznę, którego nigdy wcześniej tu nie widział. Jego twarz kryła się w cieniu i Maciek nie miał szans dobrze mu się przyjrzeć.

– Kurwa... – mruknął do siebie. Wziął głęboki oddech, chwycił za klamkę, a potem stanowczym krokiem wszedł do pokoju przesłuchań.

Było to niewielkie pomieszczenie, całe pomalowane na nieprzyjemny szary kolor. Mieściły się tu tylko ustawiona w rogu kamera, stół i dwa krzesła. Na jednym z nich siedział przesłuchiwany. Ponadpięćdziesięcioletni mężczyzna z lekką nadwagą, czarnym wąsem, okularami na nosie i z rzadkimi włosami. Spod grubego bordowego swetra wystawał kołnierz koszuli w kratę.

Położył teczkę na stole. Odsunął krzesło, tak by jego nóżki głośno zaszurały po podłodze, i zajął miejsce naprzeciwko mężczyzny. Otworzył teczkę, wyjął z niej jeden, następnie drugi dokument, po czym wbił w nie wzrok, jakby odnalazł w nich coś ciekawego, coś, co wcześniej przegapił. Zmarszczył brwi i zaczął czytać tekst, który tak naprawdę znał już niemal na pamięć.

Po chwili mężczyzna poruszył się na krześle. Potem chrząknął. Policjant podniósł palec, dając przesłuchiwanemu do zrozumienia, żeby jeszcze poczekał. Odliczył w myślach do trzydziestu i dopiero wtedy odłożył kartkę z powrotem do teczki z dokumentami. Spojrzał na siedzącego naprzeciwko niego mężczyznę i uśmiechnął się lekko.

– Po co mnie tutaj wezwaliście? – zapytał tamten tonem, który wyrażał równocześnie podenerwowanie i rezygnację.

– Pan Karol Gunther?

Mężczyzna zacisnął szczęki, poczerwieniał na twarzy i mruknął coś cicho pod nosem.

– Mógłby pan powtórzyć? – poprosił policjant. – Do protokołu.

– Wydaje mi się, że powinniście już wiedzieć, kim jestem, nie?

– Och! – Funkcjonariusz uśmiechnął się szerzej, a potem rozłożył ręce, jakby chciał wyjaśnić nieporozumienie. – Doskonale wiem, jak się pan nazywa. Po prostu wydało mi się to śmieszne.

– Co takiego wydało się panu śmieszne?

– Że ktoś z pana poglądami tak się właśnie nazywa. Gunther... To nie jest polskie nazwisko, prawda?

Mężczyzna zadrżał lekko.

– Moi przodkowie sprowadzili się do Polski ponad dwieście lat temu. Położyli wielkie zasługi dla polskiej, polskiej powtarzam, edukacji w Kaliszu. I to w trakcie rozbiorów. Zakładali i pomagali prowadzić kółka samokształceniowe, działali na wsi i w miastach. Walczyli podczas pierwszej wojny światowej, tłukli się z bolszewikami i ginęli podczas drugiej wojny. Naszą ciężką pracą i krwią zapracowaliśmy na to, żeby nazywać się Polakami. I nazwisko nie ma nic do tego. A pańscy przodkowie? Co takiego robili?

– Nic. Pewnie przerzucali gówno – odpowiedział policjant. – No to ustaliliśmy, że nazywa się pan Karol Gunther, jest pan zatrudniony na wyższej uczelni, ale z tego, co widzę, nie na żadnej dobrej, prawda?

– To prywatna uczelnia, ale...

– Żadna dobra. Tyle mi wystarczy. Filozof?

– I historyk.

Maciek się skrzywił.

– Miałem kiedyś takiego kumpla. Opowiadał wszystkim, że świetnie zna się na piłce nożnej i na siatkówce. Na każdy z tych tematów gówno wiedział. No ale może w świecie akademickim jest trochę inaczej.

– Sprowadził mnie pan tu, żeby mnie obrażać?

Funkcjonariusz zrobił minę tak zdziwioną, że kiedy zobaczył swoje odbicie w lustrze weneckim, aż sam sobie uwierzył.

– Nie! Oczywiście, że nie! Zaprosiliśmy pana tutaj, żeby porozmawiać o śmierci Tymoteusza Kota.

– Po raz kolejny powtórzę, bo tłumaczyłem to już pańskim kolegom, nie mam w tej sprawie nic więcej do dodania. Powiedziałem wam wszystko, co wiedziałem.

– Zgadza się, ale musi pan zrozumieć, że pewne rzeczy chcieliśmy uściślić. Wyszły przecież na jaw nowe dowody.

Karol Gunther pochylił się lekko do przodu.

– Nowe dowody? Jakie?

W tym momencie w kieszeni policjanta zadzwonił telefon. Wyjął komórkę i nie patrząc nawet, kto dzwoni, odebrał.

– Tak, słucham. O co chodzi?

Nikt nie odpowiedział. Po drugiej stronie usłyszał tylko odgłos przerywanego połączenia, a później ciszę.

– Tak – kontynuował. – Rozumiem, ale jestem w środku przesłuchania i... Rozumiem... Rozumiem... To naprawdę nie może poczekać? Tak. Tak, jasne.

Skończył udawaną rozmowę i schował telefon do kieszeni. Pokręcił głową z symulowanym niezadowoleniem, a później pospiesznie spakował dokumenty do teczki. Zamknął ją, włożył pod pachę i wstał.

– Przepraszam, ale mam pilną sprawę – rzucił tylko przez ramię, kierując się w stronę wyjścia.

– Czyli mogę iść do domu?

– Nie. Proszę na mnie poczekać. To zajmie tylko chwilę.

Opuścił pokój przesłuchań i przeszedł do pomieszczenia obok. Sucha właśnie chowała telefon do kieszeni. Towarzyszący jej mężczyzna przypatrywał się przez lustro przesłuchiwanemu. Miał ponad czterdzieści lat. Policjant próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek go spotkał, ale nic nie przychodziło mu na myśl.

– Co teraz? – zapytał.

– Teraz poczekajcie. Dajcie mu dwadzieścia minut, może nawet pół godziny. Niech sobie pomyśli o tych nowych dowodach – odezwał się mężczyzna.

– Kim jest ten facet? – spytał policjant.

Podinspektor Suchecka uniosła wysoko brwi.

– Facet? Jaki facet? – Teatralnie rozejrzała się dookoła. – Przecież tutaj nikogo nie ma, Maciek.

– Ale...

– Nikogo tutaj nie ma. Rozumiesz?

Pokiwał głową i zerknął na zegarek.

– Pół godziny? W takim razie pójdę do siebie – stwierdził. – Jest jeszcze trochę papierkowej roboty w związku z tym gwałtem.

– Zgwałceniem – odezwał się mężczyzna.

– Co takiego?

– Nie ma takiego przestępstwa, jak gwałt. Jest zgwałcenie. Artykuł bodajże – zawiesił na moment głos i zmarszczył brwi, przypominając sobie odpowiedni numer – sto dziewięćdziesiąt sześć Kodeksu karnego – dokończył zadowolony.

Policjant posłał Suchej kolejne pytające spojrzenie.

– Idź – rzuciła.

– To co z tym zgwałceniem? – dopytywał mężczyzna.

Policjantka zgrzytnęła zębami. Przez chwilę się wahała, a potem znacząco spojrzała na Macieja.

– Co jest? – zdziwił się. Coraz mniej rozumiał z tej sytuacji, która już od początku mu śmierdziała.

– Co z tym zgwałceniem? – powtórzyła pytanie mężczyzny, chociaż doskonale znała tę sprawę.

– Dzisiaj w godzinach porannych doszło do gwałtu w Lesie Bielańskim. Kobieta wyszła na spacer z dzieckiem. W pewnym momencie minął ją biegacz. Nie zdążyła się przyjrzeć jego twarzy, a kiedy zawrócił, miał już założoną maseczkę. Uderzył ją kilka razy, zaciągnął w krzaki i tam zgwałcił. Potem uciekł. Kobieta jest poważnie poturbowana. Wylądowała w szpitalu.

– Dziecko? – zapytał mężczyzna.

Maciej zerknął na przełożoną, a ona dała mu znak, żeby mówił dalej. Kontynuował więc.

– Spało przez cały czas w wózku. Dzieciak ma niecały rok, więc i tak nic by nam nie powiedział.

– Kobieta nie widziała jego twarzy, ale strój owszem. Zapamiętała go?

– Tak – odpowiedział niechętnie policjant. – Czarno-czerwona kurtka, czarne spodenki, chusta na szyi i długie białe skarpety do biegania. Te skarpety szczególnie rzucały się jej w oczy. Niestety o tej porze w lesie było niewiele osób. Nikt kogoś takiego nie widział. Monitoring też go nie zarejestrował. Facet pewnie wybiegł jakoś bokiem, z dala od kamer. Ale szukamy.

– Sprawdziliście Instagram? – zapytał mężczyzna.

– Co takiego?

– Instagram. Hasztag bieganie, hasztag bieganiewarszawa, hasztag lasbielanski, hasztag runningwarsaw. Coś takiego. Jeśli ma zamknięty profil albo wrzucił to w relacje, nic nie znajdziecie, ale jeśli ma otwarty, ta kobieta powinna go rozpoznać po stroju.

Policjant prychnął pod nosem.

– Ten gościu nie może być aż takim idiotą.

– Nie dowiesz się, dopóki nie sprawdzisz.

Maciej zerknął znacząco na przełożoną. Nie wiedział, kim jest ten facet, ale irytował go, pakując mu się z butami w robotę. O Suchej krążyły różne historie. Jako naczelniczka bywała wredna i cholernie wymagająca, ale jedno należało jej przyznać. Dbała o swoich ludzi i zawsze stawała za nimi. Pomyślał, że teraz mogłaby pokazać temu nieznajomemu, gdzie jest jego miejsce. Czekało go jednak zaskoczenie.

– Zajmij się tym – powiedziała.

– Co takiego?

– Nie udawaj głuchego, Maciek. Zajmij się tym! Wyciągnij komórkę, wpisz te jebane hasztagi i zobacz, czy wyskoczy ci nasz klient.

– Ale to pewnie będą dziesiątki, jeśli nie setki zdjęć! Z których i tak nic nie wyniknie. A ja mam jeszcze prowadzić to przesłuchanie!

– To zleć komuś. I to już, bo nasz klient – wskazała na siedzącego po drugiej stronie Gunthera – nie będzie na ciebie czekać całą noc.

Chciał zaprotestować, ale zanim zdążył zebrać słowa, drzwi otworzyły się i do środka wszedł Czarek Wodecki, młody policjant, świeżo przyjęty do wydziału. Tak bardzo przejęty swoją nową rolą, że brał wszystkie możliwe nadgodziny i wszędzie chodził z bronią w kaburze. Trochę się z niego nabijali z tego powodu. Dyszał lekko.

– Tutaj pani jest! Mamy problem.

– Jaki problem?

– Doszło do incydentu na jednej ze stacji benzynowych w okolicy Radości, nie? Chyba padły strzały.

– Chyba?

– To przy ulicy było. Głośno było. Nasi nie są pewni. W każdym razie byli na stacji, jedli hot dogi i wtedy podbiegła do nich przerażona dziewczyna. Prawie naga i z rozbitym czołem. Opatrzyli ją i chcieli dowiedzieć się, co się stało, ale ona ani be, ani me po polsku. No to przywieźli ją tutaj, bo myśleli, że może u nas z nią ktoś pogada.

– I pogadał?

– No nie, bo ona nie umie też po angielsku. To jakaś Francuzka jest i tylko po ichszemu gada. No a u nas nikt po francusku nie potrafi.

– I co? Myślałeś, że ja niby po żabojadzku nawijam?

Czarek cały poczerwieniał.

– No nie, ale może pani inspektor zadzwoni po kogoś, żeby sprowadzić tłumacza...

– Ja znam francuski – odezwał się stojący z tyłu mężczyzna.

– Naprawdę? – zdziwiła się naczelniczka.

Potwierdził skinieniem głowy.

– Porozmawiam z nią, jeśli chcesz. Dowiem się szybko, co się tam stało.

– Mógłbyś?

Mężczyzna po raz ostatni zerknął na Gunthera i skinął głową.

– Ciągle mamy przecież dwadzieścia minut, prawda?

5

– Pierdoleni, kurwa, jebani ich w dupę Polacy! – ryczał po francusku Maurice, machając przy tym rękami na wszystkie strony. Był wysoki, bardzo szczupły i zupełnie łysy. Wyglądał jak marionetka, którą bawi się jakiś szalony lalkarz.

Mortka właśnie szedł do swojego biura. Francuz go zauważył. Zamilkł gwałtownie, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Znali się od kilku lat. Początkowo pracowali w jednym zespole, potem jednak okazało się, że Polak bardziej przyda się gdzie indziej, ale nawet wtedy mieli okazję parę razy współpracować. Maurice zajmował się przestępczością narkotykową, a on specjalizował się w MOCG.

Maurice znieruchomiał. Mortka dostrzegał na jego twarzy wszystkie procesy myślowe, które właśnie zachodziły w jego głowie. Francuz najpierw zastanawiał się, czy tamten go zrozumiał. Potem przypomniał sobie, że Polak całkiem przyzwoicie mówi po francusku. Dlatego pobladł i zagryzł wargę, zrobiło mu się głupio. Najwyraźniej jednak po chwili znów pomyślał o tym, co spowodowało jego wybuch, bo poczerwieniał.

– Pierdoleni Polacy – powtórzył. Nie machał już rękami, mówił ciszej, choć na tyle głośno, by Mortka go usłyszał.

Komisarz minął Maurice’a i poszedł do siebie. Zajął miejsce przy biurku. Upił łyk zimnej już gorzkiej kawy, po czym wrócił do czytania raportów na temat grupy przestępczej, która dawała się we znaki Szwedom. Jej członkowie jeździli po całym kraju, najczęściej odwiedzali niewielkie miejscowości. Wynajmowali dom lub włamywali się do takiego opuszczonego, gdzieś na uboczu. Mieszkali tam trochę, żeby zbadać teren, zebrać informacje, a potem brali się do roboty. Napady na sklepy i stacje benzynowe, kradzież pieniędzy z bankomatów, włamania, czasami inna działalność przestępcza. A później opuszczali teren, zanim miejscowa policja zdążyła się zorientować, co się właściwie dzieje. Przenosili się do innego miasteczka, kilkaset kilometrów dalej, i zabawa rozpoczynała się od nowa. W skład grupy wchodzili głównie ludzie z Europy Środkowej i Wschodniej, w tym Polacy. Dlatego do zespołu, który monitorował takie organizacje, chętnie wzięto Mortkę, także ze względu na znajomość języka. Obecnie tego rodzaju grupy miały utrudnione działanie – z powodu pandemii ludzie spędzali więcej czasu w domach. Mortka jednak obawiał się, że na długo to ich nie powstrzyma. Przestaną zwracać uwagę na to, czy ktoś jest w budynku, czy nie, zaczną postępować bardziej brutalnie. I nieuchronnie pojawią się trupy. Ale może jeszcze nie w tym roku.

Sięgnął po telefon. Znalazł numer Pera, swojego partnera po szwedzkiej stronie, którego nigdy osobiście nie spotkał, ale wymienili setki mejli i przegadali dziesiątki godzin na wideokonferencjach. W Europolu korzystali z nich już wtedy, kiedy nikt nawet nie słyszał o covidzie.

– Szezdź, Kuba – odezwał się Per, próbując mówić po polsku.

– Hej, Per.

– Dzwonisz z dobrymi czy złymi wiadomościami? – zapytał Szwed, przechodząc na angielski.

– Raczej z dobrymi. Sprawdziłem sobie aktywność naszej grupy z ostatnich miesięcy.

– I?

– Od pewnego czasu wyraźnie zmierzają na południe. Wydaje mi się, że wracają do domu.

– Teraz? Dlaczego?

– Pierwszy listopada. Święto zmarłych, Per. Najbardziej rodzinne ze wszystkich świąt w Polsce.

– Czyli, że niby chcą znicze zapalić?

– A potem jest jedenasty listopada, nasze narodowe święto. A ponad miesiąc później to już Boże Narodzenie. Podejrzewam, że zamierzają zostać w Polsce co najmniej do przyszłego roku.

– Kuba, chyba jesteś o nich zbyt dobrego zdania. To są przecież przestępcy!

– Tak, Per, to przestępcy, ale przede wszystkim emigranci zarobkowi. Wyjechali pracować do Szwecji, w Polsce zostawili swoich bliskich i rodziny. Robili u was przez całe wakacje. Planują pewnie kolejne skoki w okresie zimowym, kiedy pojedziecie na narty do Austrii, Francji czy gdzie wy tam jeździcie. A w Polsce siedzą ich żony, partnerki i suszą im głowy, kiedy wreszcie wrócą i spędzą trochę czasu z rodziną. Listopad i grudzień to będą ich wakacje, Per. Jeśli mam rację, do stycznia macie ich z głowy.

Per przez prawie minutę milczał. Mortka jednak zdążył go już poznać i wiedział, że Szwed przetrawia teraz hipotezę polskiego kolegi. I nie odezwie się, dopóki nie przemyśli dokładnie wszystkiego, co właśnie usłyszał.

– No dobra – powiedział w końcu. – Co w takim razie powinniśmy według ciebie zrobić?

– Ja bym wziął promy pod lupę. Pewnie będą wracać do Polski z fantami. Wtedy ich złapiemy.

– To będzie wymagać współpracy z Polakami.

– Mogę zorganizować spotkanie.

Per znowu milczał. Myślał.

– Dobra. Tak zrób. Sześć, Kuba.

– Hörs snart, Per.

Rozłączył się. Przez chwilę rozważał, czy napisać teraz mejla do oddziału straży granicznej w Świnoujściu i Gdańsku, ale uznał, że może zrobić to po lunchu. Szczególnie że umówił się z Justine.

Zastał ją już na stołówce. Siedziała przy jednym stoliku z Maurice’em. Mortka wziął kotleta mielonego, który smakował prawie jak ten w Polsce, ziemniaczane purée z dodatkiem jakichś ziół oraz gotowane warzywa i poszedł do Justine. Miał wrażenie, że gdy Maurice go zauważył, zaczął szybciej jeść. Jego talerz był jednak do połowy pełen, więc nie miał szans, żeby dokończyć posiłek, zanim Polak do nich dojdzie. Zrezygnowany, odłożył widelec.

– Ça va, Justine.

– Ça va, Jacques!

Wstała i pocałowała go w oba policzki. W pracy nie afiszowali się z tym, że ze sobą sypiają, ale wszyscy wiedzieli albo przynajmniej się domyślali. Usiadł naprzeciwko niej, upił łyk napoju. Potem odkroił kawałek kotleta i powoli przeżuł, wędrując wzrokiem po sali. W końcu zawiesił go na Francuzie.

– Powiesz mi wreszcie, o co chodziło? – zapytał. – Czy będziemy tak siedzieć i udawać, że nic się nie stało?

Maurice wydął wargi.

– O co chodzi? – zainteresowała się Justine.

– Spotkałem go, jak chodził po korytarzu, krzycząc różne rzeczy o Polakach.

Pokiwała ze zrozumieniem głową. Najwyraźniej ona wiedziała, co spowodowało zachowanie kolegi.

– I tak się pewnie dowie – rzuciła Maurice’owi.

Ten sięgnął po kieliszek z wodą, wypił trochę, po czym wytarł usta leżącą nieopodal serwetką.

– Dostaliśmy cynk – powiedział. – Duży transport narkotyków. Sama chemia, warta pewnie miliony euro. Idzie z Ukrainy.

– Dokąd?

– I to było właśnie ciekawe – przyznał Francuz. – Ktoś, jakiś duży gracz, zamówił, opłacił i zorganizował potężny przemyt narkotyków, a my nie mieliśmy pojęcia, kto to jest. Zostało mało czasu, organizujemy spotkania, uruchamiamy wszystkie nasze kontakty na Węgrzech, Słowacji, w Polsce, potem Niemczech, Austrii i tak dalej, bo przecież nie wiemy, gdzie ten transport pójdzie.

– Rozumiem.

– Wszystko jest obgadane. Bierzemy go na celownik. Każdy po swojej stronie zakłada niejawną obserwację. Kiedy tylko ciężarówka przekracza granicę, transport przejmuje kolejna służba. Spora międzynarodowa operacja i mnóstwo, mnóstwo wysiłku po naszej stronie, żeby to ustawić i skoordynować. Wszystko po to, żeby dowiedzieć się, gdzie te narkotyki mają trafić i jak dokładnie wygląda kanał przerzutowy. Gruba sprawa. I co robią Polacy?

– Zgubili ten transport – domyślił się Mortka.

– Gorzej. Zatrzymali ich. – Maurice aż zatrząsł się ze złości. – Merde... Skąd się u was bierze ta niekompetencja?

Komisarz przez kilka sekund grzebał widelcem w purée, jak przedszkolak próbujący ukryć mięsko pod kartoflami.

– To nie niekompetencja – powiedział wreszcie.

– Proszę cię... – Zirytowany Francuz machnął ręką.

– Komendanci wojewódzcy są rozliczani z ilości przejętych narkotyków – zaczął tłumaczyć Mortka. – Jeśli przejęli ich za mało, dostają żółtą kartkę. A jeśli dostaną drugą żółtą kartkę, to wylatują. Ten, który wydał rozkaz, żeby przejąć transport, pewnie miał już jedną na swoim koncie.

Maurice zamrugał kilka razy z niedowierzaniem.

– To niemożliwe – stwierdził. – Chcesz powiedzieć, że zawaliliście ważną międzynarodową operację dla wyników wykrywalności?

Mortka pokiwał głową.

– To idiotyzm!

– Ale tak to u nas działa. Facet miał nóż na gardle, a wy daliście mu jak na tacy ciężarówkę wypełnioną narkotykami. Zobaczysz, pewnie dostanie jeszcze jakieś odznaczenie za wyróżniającą się służbę. A że przy okazji zawalił waszą operację? Haga jest daleko, Warszawa blisko.

Francuz poderwał się i zaraz opadł bezwładnie na krzesło, jak balon, z którego nagle uleciało powietrze.

– Polska policja to jakaś dysfunkcyjna organizacja, zarządzana przez same barany! – wykrzyknął. – Tak się przecież nie da pracować!

Mortka nabrał trochę ziemniaków na widelec.

– Właśnie dlatego, Maurice, już od lat siedzę w Europolu. I wierz mi, będę tu tak długo, jak to tylko możliwe.

6

– Naprawdę umiesz mówić po francusku? – zapytała Sucha, kiedy szli ramię w ramię, prowadzeni przez młodego policjanta do pokoju, gdzie czekała na nich napadnięta turystka.

– Tak – potwierdził.

– Kazali ci się tam nauczyć?

Pokręcił przecząco głową.

– Większość spotkań mamy po angielsku. Jak trzeba, to załatwiamy tłumacza. Ale na początku trafiłem do zespołu, gdzie oprócz mnie było dwóch Francuzów, jeden Belg, oczywiście francuskojęzyczny, i do tego Hiszpan, ale z jakichś nadgranicznych rejonów. Dlatego też płynnie posługiwał się francuskim. Jeśli chciałem tam jakoś funkcjonować, musiałem się nauczyć chociaż podstawowych zwrotów. A potem to już poszło.

– Nauczyłeś się jeszcze jakiegoś języka?

– Trochę hiszpańskiego. Parę słów po szwedzku.

– A holenderski?

Uśmiechnął się.

– Nie było potrzeby. W Hadze wszyscy mówią po angielsku.

Doszli na miejsce. Mortka zerknął przez uchylone drzwi. W środku, na krześle siedziała dziewczyna o potarganych kruczoczarnych włosach i oliwkowej cerze. Jej fryzura była w nieładzie, czoło straszyło nieudolnie założonym opatrunkiem, a na policzkach rozmyty makijaż mieszał się ze śladami krwi.

– Dajcie mi z nią pogadać samemu.

– To wbrew procedurom – zauważył Wodecki.

– A zrozumiesz coś z tego, o czym będziemy rozmawiać? – zapytał go Mortka. – Znasz coś poza merci i bon voyage?

– No nie.

– To po co masz tam wchodzić? Sucha... – Młody policjant zrobił wielkie oczy, kiedy tajemniczy mężczyzna zwrócił się do naczelniczki nielubianym przez nią przezwiskiem. – Twoja decyzja. Mogę tam wejść, ustalić szybko, co się stało, i wrócić do ciebie z informacjami. Tak, łamiemy procedury i nie możemy zostawić śladu w papierach, ale przynajmniej będziesz wiedziała, czy to jakieś nieporozumienie laski z Erasmusa czy coś poważnego.

– Po prostu to załatw, okej?

Mortka skinął głową i wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Czarek Wodecki przestąpił z nogi na nogę. Nigdy nie był jeszcze w takiej sytuacji, sam na sam z naczelniczką wydziału. Nie wiedział, jak powinien się zachować. Zacząć luźną pogawędkę? Zdawać raport ze spraw, którymi się zajmuje? Do tego widział, że dzieje się coś dziwnego. Pojawia się jakiś obcy facet, nikt go nie zna i nikt tu go nigdy nie widział, a ten zachowuje się tak, jakby komenda stołeczna była jego drugim domem, a naczelniczka dawno niewidzianą ciotką. Nie, ciotką nie. Do ciotki ma się przecież jakiś szacunek. On się do niej zwracał raczej jak do kuzynki. Już dorosłej, ale takiej, którą się nie raz i nie dwa widziało, jak mała sikała pod krzakami.

Wodecki poczuł ulgę, kiedy obok nich pojawił się Maciej Zych. Maciek pracował w wydziale dłużej od niego. Lepiej znał szefową i wiedział, jak się zachować w tej sytuacji. Wodecki mógł więc zrobić dwa kroki w tył i udawać, że go tu nie ma. Przynajmniej tak długo, aż ten mężczyzna nie skończy rozmowy z tajemniczą Francuzką.

– Co ty tu robisz? – zapytała podinspektor. – Miałeś się zająć Instagramem.

– Zająłem się – potwierdził. – Znalazłem frajera, który to ogarnie, ale jak wspominałem, to setki zdjęć. Sam tego nie będę robił. A teraz chcę się dowiedzieć, o co chodzi z tą dziewczyną. Czy faktycznie strzelano do naszych czy nie?

– Nie strzelano do naszych – sprostował Wodecki, zanim zdążył ugryźć się w język. Jeśli faktycznie chciał być niewidoczny, nie powinien się przecież odzywać. – Po prostu chyba słyszeli strzał. Na stacji. Potem przybiegła do nich ta dziewczyna. A samochód, którym chyba przyjechała, odjechał.

– Strasznie dużo „chyba” w tej relacji – powiedziała surowo naczelniczka.

– To się szybko wydarzyło. Nasi nie do końca się zorientowali, co się właściwie stało.

– Bo byli zbyt zajęci wpieprzaniem hot dogów z sosem tysiąca wysp, co? – zadrwiła.

Wodecki tylko wzruszył ramionami, by podkreślić, że nawet jeśli, to przecież nie jest jego wina.

Stali tak potem w milczeniu przez kilka minut. Zniecierpliwiony Wodecki podszedł do drzwi i przyłożył ucho. Zerknął na naczelniczkę, żeby sprawdzić, jak ona na to zareaguje. Nawet się nie poruszyła, więc przymknął powieki i skupił się na słuchaniu. Wychwytywał dwa głosy, męski i żeński, ale żadnego znajomego słowa. Ani merci, ani bon jour. Potem usłyszał odgłos odsuwanego krzesła, a następnie kroki. Odskoczył od drzwi, które zaraz się otworzyły, i mężczyzna wyszedł na korytarz. Twarz miał skupioną, wyglądał na zdziwionego i niezadowolonego zarazem.

– Nie potrzebujesz tłumacza z francuskiego, tylko z arabskiego – powiedział od razu. – Ta dziewczyna to Syryjka. Po francusku mówi fatalnie. Udało mi się mniej więcej wyciągnąć, co tam się wydarzyło, ale to pewnie połowa z tego, co ma do powiedzenia.

– Skąd Syryjka w Warszawie? – zdziwiła się szefowa.