Farma lalek - Wojciech Chmielarz - ebook + audiobook + książka

Farma lalek ebook i audiobook

Wojciech Chmielarz

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Odnalezione w starych sztolniach ślady makabrycznej zbrodni prowadzą komisarza Mortkę do świata, w którym ludzie traktowani są jak towar.

W karkonoskich Krotowicach ginie jedenastoletnia Marta. To już drugi przypadek zaginięcia w ciągu ostatnich miesięcy. Policja podejrzewa pedofila, ale trop okazuje się fałszywy. Wkrótce Marta, cała i zdrowa, zostaje odnaleziona w starej kopalni uranu. Niestety, wraz z dziewczynką śledczy odkrywają ciała czterech niezidentyfikowanych kobiet.

Komisarz Jakub Mortka do sennego miasteczka zostaje zesłany w ramach kary za niesubordynację, a pobyt w Krotowicach ma być okazją do odpoczynku i refleksji. Zamiast tego śledczemu przyjdzie się zmierzyć nie tylko z makabryczną zbrodnią, ale także z niedoświadczeniem lokalnych funkcjonariuszy, małomiasteczkowymi uprzedzeniami i niechętną do współpracy z policją społecznością romską.

 

Farma lalek to druga – po Podpalaczu – część cyklu z komisarzem Jakubem Mortką.

[blurby]

Chmielarz (…) zna realia policyjnej pracy i umie o niej pisać. Ale nie to przede wszystkim zwraca uwagę w jego książkach, lecz ich pedantyczna konstrukcja, a także subtelne wyczucie, z jakim autor umie sportretować niespokojnego ducha współczesności. Mroczna historia o brutalnych morderstwach kobiet w podkarkonoskim miasteczku to klasa europejska.

Piotr Kofta, wprost.pl

Fakt, że Podpalacz był dobrą książką, nie wynikał ze szczęścia początkującego. Chmielarz po prostu potrafi pisać.

Ewa Wrona, portalkryminalny.pl

Swoją drugą po Podpalaczu powieścią Chmielarz udowadnia, że z powodzeniem można go zaliczyć do tych autorów kryminałów, którzy nie tylko tworzą interesującą fabułę o zbrodni i śledztwie, ale też problematyzują to, co opisują, dając czytelnikowi do rozważenia kilka istotnych kwestii społecznych czy psychologicznych.

Bernadetta Darska, kultura.onet.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 451

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 37 min

Lektor: Janusz Zadura
Oceny
4,6 (554 oceny)
395
125
29
5
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Rozalka2023

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo dobra!
10
nikaiakin

Dobrze spędzony czas

ciekawe
00
menttallcat

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca i ciekawa fabuła. Moim zadaniem lepsza niż pierwsza część.
00
Dominikpalkij

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
GlusioChn

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca
00

Popularność




Re­dak­torka pro­wa­dząca DO­MI­NIKA PO­PŁAW­SKA
Ko­rekta MAŁ­GO­RZATA KU­ŚNIERZ, JAN JA­RO­SZUK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych MI­CHAŁ PAW­ŁOW­SKI
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Zdję­cie na okładce © mi­le­hi­gh­tra­ve­ler / iStock by Getty Ima­ges
Ła­ma­nie
Co­py­ri­ght © by Woj­ciech Chmie­larz Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2023
War­szawa 2023 Wy­da­nie trze­cie
ISBN 978-83-67510-38-7
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla ro­dzi­ców

Żadna firma nie jest sa­mo­wy­star­czalna i nie ma nie­wy­czer­pa­nych za­so­bów, ale naj­czę­ściej ma nie­ogra­ni­czone po­trzeby, kon­ku­ru­jące o rzad­kie za­soby przed­się­bior­stwa. Dla­tego prace, które inni mogą wy­ko­nać ta­niej i sku­tecz­niej, trzeba zle­cać na ze­wnątrz, bo ina­czej firmy mar­no­tra­wi­łyby swoje za­soby.

Mark J. Po­wer, Ke­vin C. De­so­uza, Carlo Bo­ni­fazi, Out­so­ur­cing. Pod­ręcz­nik spraw­dzo­nych prak­tyk, przeł. To­masz Rzy­choń

PRO­LOG

Dżin­sowa kurtka marki jed­nej z nie­miec­kich firm odzie­żo­wych, ide­alna na ka­pry­śną gór­ską wio­snę, zo­stała wy­pro­du­ko­wana w ra­mach out­so­ur­cingu w Chi­nach, a do Pol­ski tra­fiła w kon­te­ne­rze z uży­wa­nymi ubra­niami. Te­raz no­siła ją je­de­na­sto­let­nia dziew­czynka z blond wło­sami za­ple­cio­nymi w dwa war­ko­cze. Wiel­kie błę­kitne oczy upo­dab­niały dziew­czynkę do po­staci z ja­poń­skiej kre­skówki. A w szcze­gól­no­ści do bo­ha­terki jed­nego z tych nie­grzecz­nych fil­mów anime, które męż­czy­zna sie­dzący w te­re­no­wym bmw tak lu­bił oglą­dać, kiedy wie­dział, że jest sam i nikt mu nie bę­dzie prze­szka­dzać.

Męż­czy­zna wziął łyk red bulla, prze­łknął i na­tych­miast po­czuł, że gar­dło znów robi mu się su­che z eks­cy­ta­cji, a pe­nis tward­nieje, na­pie­ra­jąc na roz­po­rek zbyt cia­snych spodni.

Dziew­czynka sie­działa na skraju drogi, ba­zgrząc pa­ty­kiem po ziemi i ocie­ra­jąc nos dżin­so­wym rę­ka­wem. Chyba pła­kała, co spra­wiało, że cała sy­tu­acja ro­biła się jesz­cze bar­dziej pod­nie­ca­jąca.

Czy się zgu­biła? Czy za­raz ktoś po nią przyj­dzie – tata, mama, star­szy brat? Może zo­sta­wili ją dla prze­stra­chu, bo była nie­grzeczna, a te­raz dys­kret­nie pil­nują, ukryci za drze­wem?

Męż­czy­zna wło­żył puszkę z na­po­jem do spe­cjal­nego uchwytu za­wie­szo­nego przy sa­mo­cho­do­wym oknie, uwa­ża­jąc przy tym, żeby nie wy­lać ani kro­pli na ta­pi­cerkę. Wy­chy­lił się lekko do przodu, by zba­dać oko­licę. Nie za­uwa­żył ni­kogo do­ro­słego. Je­dyna para tu­ry­stów ze­szła w dół do­bre dzie­sięć mi­nut temu. Było dość wcze­śnie rano, tak nie­wielki ruch mimo ład­nej po­gody wy­da­wał się więc zro­zu­miały. Ostatni dom w mie­ście stał dwa­dzie­ścia me­trów da­lej, a jego okna za­sła­niał gę­sty ży­wo­płot.

Nikt ich nie wi­dział. Męż­czy­zna po­czuł, że na­pię­cie na­ra­sta. Miał ochotę wy­cią­gnąć pe­nisa ze spodni i na­tych­miast za­cząć się ma­stur­bo­wać.

Po­wstrzy­mał się z tru­dem. Się­gnął po puszkę, wy­pił ostatni łyk, po czym zgniótł ją i wy­rzu­cił za pół­otwarte okno. Wziął dwa głę­bo­kie od­de­chy i z mocno bi­ją­cym ser­cem uru­cho­mił sil­nik.

Dziew­czynka pod­nio­sła główkę, do­piero kiedy bmw za­trzy­mało się nie­cały metr od niej, a męż­czy­zna otwo­rzył drzwi od strony pa­sa­żera. Uśmie­chał się przy­jaź­nie.

– Cześć – rzu­cił we­soło.

Nie od­po­wie­działa. Ścią­gnął oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

– Zgu­bi­łaś się?

Chwy­ciła moc­niej pa­tyk i za­częła wbi­jać go szybko w zie­mię, two­rząc nie­re­gu­larny wzór z nie­wiel­kich dziu­rek.

– Dla­czego mil­czysz? Mama cię nie na­uczyła, że na­leży od­po­wia­dać, jak do­ro­śli py­tają?

Bąk­nęła coś, czego w pierw­szej chwili nie zro­zu­miał.

– Słu­cham? Mo­żesz po­wtó­rzyć?

Wes­tchnęła ci­chutko, a jemu prze­szedł dreszcz po ple­cach. Była taka ma­lutka, taka sek­sowna.

– Mama mó­wiła, że nie wolno mi roz­ma­wiać z nie­zna­jo­mymi.

Był przy­go­to­wany na ta­kie stwier­dze­nie.

– Twoja mama ma ab­so­lutną ra­cję. Ale ja nie je­stem nie­zna­jo­mym.

Spoj­rzała na niego i zmarsz­czyła brwi.

– To jak się na­zy­wam? – za­py­tała.

Ro­ze­śmiał się, roz­ba­wiony jej bez­czel­no­ścią i by­stro­ścią.

– Nie wiem, ko­cha­nie – przy­znał. – Ale znam twoją mamę. A naj­le­piej to znam wiesz kogo?

– Kogo?

Pa­trzyła na niego z wy­cze­ki­wa­niem.

– Pa­nią ze sklepu – za­ry­zy­ko­wał.

– Pa­nią Ma­riolkę?

– Oczy­wi­ście, że pa­nią Ma­riolkę. Je­stem jej do­brym przy­ja­cie­lem, wiesz? Bar­dzo czę­sto ro­bię u niej za­kupy i so­bie roz­ma­wiamy. Cza­sami przy­cho­dzi do nas twoja mama i dys­ku­tu­jemy wspól­nie, nie­kiedy to na­wet o to­bie. Wła­ści­wie to... – za­wie­sił na chwilę głos, zwięk­sza­jąc jej cie­ka­wość – ...po­win­naś mnie pa­mię­tać ze sklepu.

– Nie pa­mię­tam.

– By­łaś tam nie­dawno z mamą, ja­dłaś ba­tona. Przy­po­mi­nasz so­bie?

Za­sta­na­wiała się przez chwilę. Tym­cza­sem męż­czy­zna drżał we­wnątrz z nie­po­koju. Czy po­łknie przy­nętę? Czy jego mała rybka da się schwy­tać? Dała. Po­ki­wała głową ener­gicz­nie, a on uśmiech­nął się lekko.

– No wła­śnie. Jak we­szłaś z mamą, to wła­śnie roz­ma­wia­łem z pa­nią Ma­riolką, po­tem za­bra­łem swoje za­kupy, mia­łem ta­kie dwie wiel­kie czer­wone torby, po­że­gna­łem się, po­wie­dzia­łem „dzień do­bry” two­jej ma­mie i wy­sze­dłem. Pa­mię­tasz już?

– Może... – po­wie­działa z ocią­ga­niem.

– Tak wła­śnie było. Za­py­taj mamę, jak wró­cisz do domu.

Kiw­nęła głową. Męż­czy­zna się­gnął do torby scho­wa­nej za przed­nim sie­dze­niem i wy­cią­gnął ko­lejną puszkę z red bul­lem.

– Chcesz?

Spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie, ale tym ra­zem mniej nie­uf­nie niż wtedy, kiedy do niej pod­je­chał. Wie­dział, że musi się po­spie­szyć. Lada mo­ment ktoś może tędy prze­cho­dzić, a wtedy cały plan, który tak długo ukła­dał w gło­wie, trafi szlag. Pę­kłoby mu serce.

Trzy­mał puszkę non­sza­lancko, jakby mu nie za­le­żało, żeby ją wzięła. Cią­gle się uśmie­chał, pa­trząc bar­dziej na drogę niż na dziew­czynkę. Ką­tem oka za­uwa­żył, że pod­cho­dzi do sa­mo­chodu, chwyta na­pój, wy­ciąga go z jego dłoni, a po­tem cofa się na­tych­miast dwa kroki, za­sko­czona ła­two­ścią, z jaką prze­pro­wa­dziła tę ope­ra­cję, oraz tym, że nie pró­bo­wał jej zła­pać. Ko­lejna ba­riera po­dejrz­li­wo­ści w jej gło­wie pa­dła.

Otwo­rzyła red bulla.

– Na­prawdę zna pan pa­nią Ma­riolkę? – za­py­tała mię­dzy ły­kami.

– Bar­dzo do­brze. Od lat u niej ku­puję.

Kiw­nęła głową.

– Co tu ro­bisz? – za­py­tał.

Wy­ko­nała nie­okre­ślony ruch ręką, wska­zu­jąc na po­bli­skie góry.

– Idziesz na wy­cieczkę?

– Tak – przy­znała nie­chęt­nie.

– Sama? – za­py­tał i na­tych­miast uj­rzał w jej oczach iskierki zło­ści. Wy­stra­szył się, że po­wie­dział coś nie tak i że za­raz ją straci. Pod­niósł dło­nie w ge­ście wy­ra­ża­ją­cym, że wła­ści­wie nic go to nie ob­cho­dzi, czy idzie sama czy z kimś. Miał na­dzieję, że dała się na to na­brać. Była jak małe fu­trzane zwie­rzątko, które bar­dzo ła­two prze­stra­szyć.

– Zmę­czy­łaś się?

– Tak.

– Bo prze­szłaś ka­wał drogi. Nie­zła z cie­bie tu­rystka.

– Aha.

– Idziesz w górę?

– Tak.

– Jadę tam wła­śnie. Pod­wieźć cię?

Mil­czała, nie po­tra­fiąc się zde­cy­do­wać. Wi­dział ma­lu­jącą się na jej twa­rzy roz­terkę – z jed­nej strony miał prze­cież miłą, przy­ja­zną twarz, znał pa­nią Ma­riolkę, a pew­nie i mamę, ale z dru­giej strony cią­gle nie po­tra­fiła mu za­ufać. Do­strze­ga­jąc to wa­ha­nie, chciał po pro­stu wy­sko­czyć z sa­mo­chodu, chwy­cić ją w pas i wrzu­cić do ba­gaż­nika. Tak by­łoby naj­le­piej. Ale wtedy ktoś mógłby usły­szeć jej krzyki. Nie, mu­siał się kon­tro­lo­wać. Pod po­wie­kami cią­gle wi­dział frag­menty ja­poń­skiego filmu ani­mo­wa­nego, w któ­rym bo­ha­terka miała ta­kie same oczy jak ta dziew­czynka. I tak słodko ję­czała. Naj­pierw się bro­niła, ale po­tem ję­czała. Ta mała też bę­dzie ję­czeć. Kiedy już prze­sta­nie krzy­czeć.

– No nic. Jak chcesz, to idź na pie­chotę – po­wie­dział, po­sta­na­wia­jąc za­grać va ba­nque i się­ga­jąc po klamkę od drzwi.

Za­trzy­mała go, kiedy już nie­mal za­mknął.

– Niech pan po­czeka.

Sko­czyła na równe nogi i wśli­zgnęła się do sa­mo­chodu. Uśmiech­nął się po raz ko­lejny i po­mógł jej za­piąć pas, przy oka­zji, niby przy­pad­kiem, mu­ska­jąc jej udo.

– To je­dziemy – po­wie­dział i wska­zał na puszkę red bulla w jej dło­niach. – Uwa­żaj, żeby nie wy­lać.

Uru­cho­mił sil­nik i ru­szył. Nie za­uwa­żył, jak z lasu wy­szła dziew­czyna z psem, która długo przy­glą­dała się od­jeż­dża­ją­cemu sa­mo­cho­dowi.

1

– Jezu, jak tu pięk­nie – po­wie­działa Ola.

Mortka po­my­ślał, że jego była żona ma ra­cję. Cie­płe ma­jowe słońce pa­dało na twarz po­li­cjanta, prze­bi­ja­jąc się przez gę­sty dach zie­lo­nych, pach­ną­cych wio­sną li­ści. Sie­dzieli w ogródku tuż przed za­byt­ko­wym po­nie­miec­kim pa­ła­cem, a za ich ple­cami roz­cią­gała się ma­low­ni­cza pa­no­rama Kar­ko­no­szy. Za­nu­rzył usta w chłod­nym pi­wie i przez chwilę, krótką jak mru­gnię­cie po­wieki, czuł się szczę­śliwy. A po­tem Adam, nowy chło­pak Oli, który sie­dział na­prze­ciwko, ale któ­rego Mortka w cu­downy spo­sób usu­nął ze swo­jego pola wi­dze­nia, mu­siał się ode­zwać.

– Wie­cie, że tu nie­opo­dal, za tym ho­te­lem, znaj­duje się fa­bryka dy­wa­nów? Ta słynna fa­bryka dy­wa­nów! – Wska­zał na pa­łac za swo­imi ple­cami, w któ­rym wy­na­jął po­koje dla sie­bie, Oli i chło­pa­ków.

– Ni­gdy o ta­kiej nie sły­sza­łem – po­wie­dział kwa­śno ko­mi­sarz, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, czy Adam i Ola za­miesz­kali w jed­nym po­koju czy jed­nak osobno.

– Ni­gdy, na­prawdę? W PRL-u dy­wany z tej ma­łej mie­ściny były praw­dzi­wym ra­ry­ta­sem. Moja mama o mało co nie zgi­nęła, kiedy pró­bo­wała ku­pić je­den.

– Co się stało? – za­in­te­re­so­wała się Ola, która wła­śnie koń­czyła do­pi­jać kawę. Wy­glą­dała pięk­nie: uśmiech­nięta, wy­lu­zo­wana, ema­nu­jąca sek­sa­pi­lem i speł­nie­niem.

– Mama do­wie­działa się dzień wcze­śniej, że rzucą dy­wany. Od czwar­tej nad ra­nem sie­działa przed skle­pem, ko­lejka gęst­niała z mi­nuty na mi­nutę, zro­bił się praw­dziwy tłum. Wszy­scy na­pie­rali na drzwi do tego sklepu, bo każdy chciał do­stać to­war. I w pew­nym mo­men­cie, mniej wię­cej wtedy, kiedy mieli już otwie­rać, ale z ja­kie­goś po­wodu nie otwie­rali, lu­dzie za­częli się pchać. A moja mama była w pierw­szym sze­regu. Do­słow­nie wci­snęli ją w szklane drzwi, które zbiły się z hu­kiem, a ona sama wpa­dła do środka. Naj­pierw o mało co jej nie stra­to­wano, a po­tem się zo­rien­to­wała, że upa­dła tuż obok wiel­kiego, ostrego jak brzy­twa ka­wałka szyby. Upa­dłaby kilka cen­ty­me­trów w prawo, a odła­mek prze­biłby jej tęt­nicę szyjną. – Adam uśmiech­nął się lekko i wy­cią­gnął szyję, żeby przyj­rzeć się opusz­czo­nym fa­brycz­nym ha­lom, które kryły się za pa­ła­cem. – Wy­obra­ża­cie to so­bie? Lu­dzie się za­bi­jali o te dy­wany.

– Do­słow­nie – do­dała szybko Ola i chwy­ciła go za rękę. Adam mruk­nął ci­cho z za­do­wo­le­niem.

– Mama do dzi­siaj ma bli­zny. Na szczę­ście tylko na dło­niach. Je­den z odłam­ków prze­szedł na wy­lot.

– Nie­sa­mo­wite.

– Te dy­wany były wtedy ma­rze­niem każ­dej pani domu. Do wszyst­kich de­mo­lu­dów je wy­sy­łano.

– A te­raz? – za­py­tał Mortka, uzna­jąc, że po­wi­nien się ode­zwać z grzecz­no­ści.

Adam pod­niósł jedną brew w ge­ście życz­li­wego zdzi­wie­nia.

– Nie wiesz? Prze­cież tro­chę tu już miesz­kasz.

– Nie mia­łem oka­zji się za­in­te­re­so­wać – od­po­wie­dział zmie­szany po­li­cjant, zły na sie­bie, że w ogóle wpadł mu do głowy po­mysł, by otwie­rać usta.

– Za­kład padł po trans­for­ma­cji. Prze­rost za­trud­nie­nia, prze­sta­rzały park ma­szy­nowy, tań­sza kon­ku­ren­cja za­gra­niczna, kon­ser­wa­tywny spo­sób za­rzą­dza­nia i men­tal­ność z po­przed­niego ustroju – wy­mie­niał jed­nym tchem Adam. – Czyli to samo co w ty­sią­cach po­dob­nych za­kła­dów, które prze­spały re­formy Bal­ce­ro­wi­cza.

Mortka po­ki­wał głową, jakby się zga­dzał, ale tak na­prawdę czuł się co­raz bar­dziej nie­swojo. Z utę­sk­nie­niem spoj­rzał na drzwi pa­łacu, gdzie kilka mi­nut wcze­śniej znik­nęli jego sy­no­wie, żeby ku­pić so­bie lody. Po­sta­no­wił, że kiedy wyjdą, weź­mie ich na spa­cer, na wy­cieczkę czy na­wet do Izby Pa­mięci Gór­ni­czej, którą mi­jał, idąc tu­taj. Do­kąd­kol­wiek, by­leby po­zbyć się to­wa­rzy­stwa tego na­dę­tego, przy­stoj­nego i bo­ga­tego dupka, który ak­tu­al­nie dy­mał jego byłą żonę i któ­rego z ca­łego serca nie­na­wi­dził.

– Jak ci tu jest, Kuba? – za­py­tała Ola.

Mortka wzru­szył ra­mio­nami.

– Nudno. Nic się nie dzieje.

– Żad­nych mor­derstw? – za­cie­ka­wił się Adam.

– Za­bójstw – po­pra­wiła go Ola i na­tych­miast się za­czer­wie­niła. – Na­wyk żony po­li­cjanta.

– A czym to się różni? Coś ko­ja­rzę ze stu­diów, ale szcze­rze mó­wiąc, te­raz bar­dziej się orien­tuję w cy­pryj­skim pra­wie po­dat­ko­wym niż w pol­skim kar­nym.

– Mor­der­stwo to za­bój­stwo po­peł­nione ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem. Inna kwa­li­fi­ka­cja czynu – wy­ja­śnił Mortka.

– A rze­czy­wi­ście – Adam pstryk­nął pal­cami tuż obok swo­jego ucha – coś mi się przy­po­mina. To nie mia­łeś tu­taj żad­nego mor­der­stwa?

– Nie.

– A za­bój­stwo?

– Jedno. Fa­cet za­bił brata...

– Po pi­jaku, no­żem ku­chen­nym, po­kłó­cili się o pie­nią­dze – do­koń­czyła za ko­mi­sa­rza Ola. – Gdy­bym do­sta­wała zło­tówkę za każ­dym ra­zem, kiedy Kuba wra­cał do domu z ta­kimi hi­sto­riami, by­ła­bym bo­gata. A tak swoją drogą, tra­fi­łam?

– Pra­wie. Nogą od ta­bo­retu, nie no­żem. Reszta się zga­dza.

Ro­ze­śmiali się wszy­scy. Adam i Ola szcze­rze, ko­mi­sarz dla to­wa­rzy­stwa. Do­pił piwo i stwier­dził, że po­wi­nien za­mó­wić na­stępne, bo ina­czej tu­taj nie wy­trzyma. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dzie­siąta rano.

– A poza tym? – do­py­ty­wał się Adam.

– Kra­dzieże, wła­ma­nia, kilka po­bić, prze­moc do­mowa, drobny han­del nar­ko­ty­kami. Nudy.

Praw­nik po­dra­pał się po no­sie.

– To co ty tu­taj wła­ści­wie ro­bisz? Bo mnie się wy­daje, że ty się tu­taj po pro­stu, wy­bacz to okre­śle­nie, mar­nu­jesz. Ola co prawda wspo­mi­nała, że masz uczyć tu­tej­szych po­li­cjan­tów spo­so­bów pro­wa­dze­nia do­cho­dzeń, no­wych me­tod, wy­mie­niać się do­świad­cze­niami...

– Teo­re­tycz­nie tak wła­śnie po­winno być.

– A prak­tycz­nie?

– A prak­tycz­nie to je­stem tu­taj za karę. I zo­stały mi jesz­cze dwa mie­siące.

Adam naj­pierw za­mru­gał zdzi­wiony, a po­tem otwo­rzył usta, żeby za­dać ko­lejne py­ta­nie, ale Ola dała mu znak, żeby mil­czał. Mortka był jej za to wdzięczny. Nie chciał mó­wić o po­wo­dach swo­jego ze­sła­nia. A na pewno nie Ada­mowi.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon ko­mi­sa­rza. W samą porę, żeby uchro­nić ich od nie­zręcz­nej ci­szy, która nie­wąt­pli­wie za­raz by za­pa­dła. Mortka wstał, wy­cią­gnął apa­rat z kie­szeni kurtki, uśmiech­nął się i od­szedł na stronę. Do­piero wtedy ode­brał po­łą­cze­nie.

– Ko­mi­sarz Mortka? – Usły­szał szcze­bio­tliwy głos dys­po­zy­torki z miej­sco­wego ko­mi­sa­riatu. Nie pa­mię­tał, jak się na­zy­wała, ale była mała, pulchna i przy­po­mi­nała mu cho­mika.

– Przy te­le­fo­nie.

– Wiem, że dzi­siaj pan nie pra­cuje, ale mamy mało lu­dzi, nie­któ­rzy po­brali urlopy, wy­je­chali z ro­dzi­nami, sam pan ro­zu­mie, ma­jówka i...

– O co cho­dzi? – prze­rwał jej.

– Jest zgło­sze­nie. Moż­liwe za­gi­nię­cie. Mała dziew­czynka. Je­de­na­ście lat. Nie wró­ciła na noc do domu.

– Gdzie?

Wy­cią­gnął no­tat­nik i za­pi­sał po­dany ad­res. Po­że­gnał się z dys­po­zy­torką i wró­cił do sto­lika z prze­pra­sza­ją­cym wy­ra­zem twa­rzy, który za­miast po­ma­gać, wy­wo­ły­wał za­wsze tylko wście­kłość Oli. Te­raz też tak się stało. Naj­pierw zbla­dła, po­tem lekko po­czer­wie­niała, po­pra­wiła włosy, a jej usta zmie­niły się w wą­ską, nie­mal nie­wi­doczną li­nię.

– Mu­szę iść – po­wie­dział Mortka, sta­ra­jąc się uni­kać wzroku by­łej żony. – Jest sprawa do za­ła­twie­nia. Po­sta­ram się szybko uwi­nąć.

– Jaka sprawa? – za­py­tała chłodno.

– Za­gi­nęła je­de­na­sto­latka.

– I aku­rat cie­bie we­zwali?

Ko­mi­sarz wy­cią­gnął przed sie­bie ra­miona, jakby tym ge­stem chciał po­ka­zać, że ni­g­dzie w po­bliżu nie wi­dać in­nego po­li­cjanta. Po­tem się­gnął po port­fel.

– Daj spo­kój – za­pro­te­sto­wał Adam. – Ja za­płacę.

Mortka uśmiech­nął się tylko, wy­jął dzie­sięć zło­tych i po­ło­żył pod pu­stym ku­flem.

– Cześć – rzu­cił i ob­ró­cił się na pię­cie.

Z ulgą opu­ścił ogró­dek piwny i zo­sta­wił za sobą stary pa­łac, Adama i Olę. Szyb­kim kro­kiem zmie­rzał pod wska­zany ad­res. Do­piero po pię­ciu mi­nu­tach in­ten­syw­nego mar­szu zo­rien­to­wał się, że nie po­że­gnał się z sy­nami.

Mortka po­my­ślał, że wszyst­kie miesz­ka­nia w blo­kach w ca­łej Pol­sce wy­glą­dają tak samo: staro, cia­sno i pach­nie w nich go­to­wa­nym ro­so­łem. To nie było wy­jąt­kiem. Le­dwo się zmie­ścił w przed­po­koju po­mię­dzy szafą, ro­we­rami i sto­sem ubrań.

Do środka wpu­ściła go mniej wię­cej czter­dzie­sto­let­nia ko­bieta o brą­zo­wych wło­sach: prze­tłusz­czo­nych, za­cze­sa­nych gładko do tyłu i zwią­za­nych w luźny koń­ski ogon. Miała na so­bie spodnie dre­sowe i czarną ko­szulkę, którą za­kry­wał po­pla­miony far­tuch ku­chenny. Za­miast po­wie­dzieć „dzień do­bry” lub coś po­dob­nego, długo przy­glą­dała się Mortce, mil­cząc po­nuro.

– Nie znam pana – stwier­dziła wresz­cie. – Na pewno jest pan po­li­cjan­tem?

– Na­zy­wam się ko­mi­sarz Ja­kub Mortka. Je­stem z Wy­działu do Walki z Ter­ro­rem Kry­mi­nal­nym i Za­bójstw Ko­mendy Sto­łecz­nej.

– Ale tu­taj jest nie War­szawa, tylko Kro­to­wice – za­uwa­żyła przy­tom­nie ko­bieta.

– Zga­dza się – od­po­wie­dział Mortka i za­czął re­cy­to­wać wy­uczoną na ta­kie oka­zje for­mułkę: – Biorę udział w po­li­cyj­nym pro­gra­mie Most. Po­lega on na tym, że po­li­cjanci od­by­wają staże u ko­le­gów z in­nych miast. Pro­gram służy wy­mia­nie do­świad­czeń, po­zna­niu pro­ble­mów kry­mi­nal­nych in­nych jed­no­stek, zdo­by­ciu wie­dzy i na­wią­za­niu kon­tak­tów, które mogą się przy­dać w przy­szło­ści. Rów­no­cze­śnie nor­mal­nie pra­cu­jemy. To ozna­cza, że mam ta­kie same upraw­nie­nia i obo­wiązki jak ko­le­dzy z kro­to­wic­kiego ko­mi­sa­riatu.

Ko­bieta roz­wa­żyła to, co wła­śnie usły­szała, a po­tem kiw­nęła głową. Ge­stem ka­zała po­li­cjan­towi iść za sobą.

Mortka prze­ci­snął się mię­dzy ro­we­rami, jed­nym dla chłopca, jed­nym dla dziew­czynki oraz jed­nym dla do­ro­słego, i sta­nął obok drzwi pro­wa­dzą­cych do du­żego po­koju. Uj­rzał w nim męż­czy­znę ze sporą nad­wagą, sie­dzą­cego na ka­na­pie w sa­mym pod­ko­szulku i bok­ser­kach. W jed­nej ręce trzy­mał puszkę z pi­wem, a w dru­giej pi­lota od te­le­wi­zora. Bez­myśl­nie ska­kał po ka­na­łach. Na­gle prze­rwał i ob­ró­cił się w stronę po­li­cjanta.

– Sama wróci – stwier­dził tu­bal­nym gło­sem. – Stara nie­po­trzeb­nie robi aferę.

– Oby – po­wie­dział ko­mi­sarz i po­szedł do kuchni. Ko­bieta cze­kała na niego, sto­jąc z za­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem w dłoni przy na wpół otwar­tym oknie. Na ku­chence ga­zo­wej rze­czy­wi­ście go­to­wał się, ci­cho bul­go­cząc, ro­sół.

– Mogę usiąść? – za­py­tał Mortka i wska­zał na sfa­ty­go­wane krze­sło obok nie­wiel­kiego stołu.

– Pro­szę, jak pan musi.

Po­li­cjant za­jął miej­sce, wy­cią­gnął dłu­go­pis i no­tat­nik. Po­ło­żył je obok po­pla­mio­nego ze­szytu, spo­mię­dzy któ­rego kar­tek wy­sta­wały białe strzępy pa­ra­go­nów.

– Pani Jo­anna Gaw­ryś? – za­py­tał.

– Prze­cież pan wie.

– To for­mal­no­ści.

– Tak. Na­zy­wam się Jo­anna Gaw­ryś.

– Zgło­siła pani za­gi­nię­cie córki?

– Marta wy­szła wczo­raj z domu przed po­łu­dniem i nie wró­ciła na noc.

– Dla­czego do­piero te­raz zgło­siła pani za­gi­nię­cie?

Ko­bieta za­cią­gnęła się pa­pie­ro­sem i wy­dmu­chała dym za okno.

– My­śla­łam, że śpi u ja­kiejś ko­le­żanki – wy­ja­śniła zmę­czo­nym gło­sem. – Cza­sami tak robi. Bywa też, że ktoś no­cuje u nas. Zwy­kle in­for­mu­jemy się o ta­kiej sy­tu­acji, wie pan, mię­dzy mat­kami, ale nie­kiedy czło­wiek jest tak zmę­czony, że za­po­mni. Zda­rzało się już tak, dla­tego się na­wet bar­dzo nie de­ner­wo­wa­łam. Ale nie wró­ciła dzi­siaj rano do domu. Ob­dzwo­ni­łam matki jej przy­ja­ció­łek. U żad­nej się nie za­trzy­mała.

– Może ko­goś pani po­mi­nęła?

– Te­le­fo­no­wa­łam do każ­dej.

– Może to ja­kaś nowa ko­le­żanka?

– Znam jej przy­ja­ciółki. Każdą jedną – prych­nęła Jo­anna Gaw­ryś. Z pa­pie­ro­sem w dłoni po­de­szła do ku­chenki, żeby za­mie­szać ro­sół. – To nie War­szawa, pa­nie po­li­cjan­cie, tu­taj się wszy­scy znają.

Mortka kiw­nął głową.

– Czy córka mó­wiła, do­kąd idzie, wy­cho­dząc z domu?

– By­łam wczo­raj w pracy. Na po­ran­nej zmia­nie na sta­cji ben­zy­no­wej. Wy­szła przed moim po­wro­tem do domu.

– A mąż?

– Stary! – wrza­snęła w stronę du­żego po­koju. – Marta mó­wiła ci, gdzie wy­cho­dzi?!

– Nie! – od­krzyk­nął męż­czy­zna. – Ile razy mam to po­wta­rzać?!

– A brat? – za­py­tał ko­mi­sarz.

– Skąd pan wie, że ma brata?

– Ro­wer chło­pięcy w przed­po­koju.

– Ach tak... – W jej oczach uj­rzał coś na kształt uzna­nia. – Ja­nek! Ja­nek!

Nikt nie od­po­wie­dział. Odło­żyła pa­pie­rosa do sto­ją­cej na pa­ra­pe­cie za oknem po­piel­niczki, prze­pro­siła na mo­ment i wście­kłym kro­kiem wy­ma­sze­ro­wała z kuchni.

– Ja­nek! Ile razy mam ci mó­wić, że jak cię wo­łam, to masz przy­cho­dzić?! Za uszy cię te­raz za­cią­gnę! – krzy­czała.

Mortka usły­szał jesz­cze, jak Jo­anna Gaw­ryś trza­ska drzwiami od po­koju dzie­cię­cego, a chwilę po­tem wró­ciła do kuchni. Wbrew swoim obiet­ni­com z pu­stymi rę­kami.

– Nie ma go w domu – po­wie­działa od razu.

Po­li­cjant zmarsz­czył brwi.

– A gdzie jest?

– Nie wiem. Duży jest. Nie mówi mi, gdzie cho­dzi.

Jo­anna Gaw­ryś we­tknęła do ust odło­żo­nego do po­piel­niczki pa­pie­rosa, ale się nie za­cią­gała. Przez chwilę wy­da­wało się, że pa­pie­ros pali się sam.

– Ile ma lat?

– Ja­nek?

– Tak.

– Trzy­na­ście.

– Wró­cił do domu na noc?

Ko­bieta aż sap­nęła obu­rzona.

– Oczy­wi­ście, że wró­cił! Za kogo mnie pan uważa, że niby na­wet nie wiem, czy moje dzieci wra­cają na noc do łó­żek?!

– Nie o to mi cho­dziło.

– To o co?

Mortka po­sta­no­wił szybko zmie­nić te­mat, za­nim wda się w bez­na­dziejną kłót­nię, z któ­rej nic nie bę­dzie wy­ni­kało.

– Ja­kie są sto­sunki Janka z Martą? – Po twa­rzy ko­biety prze­mknął gry­mas obu­rze­nia, kiedy usły­szała słowo „sto­sunki”, więc po­li­cjant szybko spre­cy­zo­wał, co ma na my­śli. – Lu­bią się? Ba­wią się ra­zem?

– Ona by chciała, on nie. To chło­piec, star­szy. Ma swoje po­my­sły. Cza­sami ją bije, ale lekko. Jak to ro­dzeń­stwo. Poza tym ona nie po­zo­staje mu dłużna. Sam pan wie, jak to jest, nie?

– Tak, wiem.

– No wła­śnie.

Ko­bieta skoń­czyła pa­lić i zga­siła nie­do­pa­łek za oknem. Mortka przy­pa­try­wał jej się przez chwilę, roz­wa­ża­jąc to, co wła­śnie zo­ba­czył i usły­szał. Jo­anna Gaw­ryś na pewno nie była do­brą matką, ale nie na­le­żała też do tych złych. Mie­ściła się ide­al­nie w ka­te­go­rii by­le­ja­ko­ści. Marta mo­gła prze­no­co­wać u jed­nej z ko­le­ża­nek lub też u ko­goś z ro­dziny, mo­gła też wpaść na ja­kiś sza­lony po­mysł, który po­trafi przyjść do głowy tylko je­de­na­sto­let­niemu dziecku, i wró­cić do domu w ciągu go­dziny lub dwóch, a cała sprawa za­koń­czy się na so­lid­nym la­niu. Bo też – Mortka w to nie wąt­pił – ro­dzina Gaw­ry­siów prawny za­kaz sto­so­wa­nia kar cie­le­snych wo­bec dzieci miała w głę­bo­kim po­wa­ża­niu. Cho­ciaż za­pewne nie prze­kro­czyli ni­gdy tej cien­kiej gra­nicy, która od­dziela ka­ra­nie od ka­to­wa­nia. Za­ra­zem jed­nak Jo­anna Gaw­ryś, w prze­ci­wień­stwie do męża, rze­czy­wi­ście przej­mo­wała się znik­nię­ciem córki. Poza tym prze­czu­cie, a ra­czej chęć zwal­cze­nia kro­to­wic­kiej nudy, pod­po­wia­dało ko­mi­sa­rzowi, żeby po­trak­to­wać tę sprawę po­waż­nie.

Spraw­dził na czy­stej kartce w no­tat­niku, czy dłu­go­pis nie jest wy­pi­sany, a po­tem wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki drugi, za­pa­sowy, tak żeby mieć go w ra­zie czego pod ręką. Uśmiech­nął się przy­jaź­nie do ko­biety.

– Bę­dzie pani taka uprzejma i od­po­wie mi jesz­cze na kilka py­tań.

Kiedy wy­szedł z bloku, ko­mi­sarz Bo­gu­sław Lupa już na niego cze­kał, oparty o ka­ro­se­rię swo­jej te­re­no­wej to­yoty RAV4. Mortce rzu­ciła się naj­pierw w oczy jedna z jego słyn­nych już kra­cia­stych ko­szul, spod któ­rej wy­sta­wał biały pod­ko­szu­lek. Lupa miał na so­bie rów­nież ja­sno­brą­zową skó­rzaną kurtkę, dżin­sowe spodnie i czarne buty à la kow­bojki. Bra­ko­wało mu tylko kow­boj­skiego ka­pe­lu­sza i wy­ka­łaczki w ustach, a można by go wziąć za za­gi­nio­nego w Kar­ko­no­szach ame­ry­kań­skiego ran­czera.

Lupa za­ma­chał do Mortki, który za­sko­czony obec­no­ścią ko­legi przy­sta­nął na mo­ment.

– Do­wie­dzia­łem się o zgło­sze­niu za­gi­nię­cia je­de­na­sto­latki. Po­dobno ty się za­ją­łeś tą sprawą. – Lupa prze­szedł od razu do rze­czy.

– Tak.

Mortka zbli­żył się do ko­mi­sa­rza. Przy­wi­tali się uści­skiem dłoni.

– Po­ważna rzecz? – za­py­tał Lupa.

– Być może.

Lupa cmok­nął ci­cho.

– Co to za dziew­czynka?

– Marta Gaw­ryś. Znasz tę ro­dzinę?

Kro­to­wicki po­li­cjant po­krę­cił dło­nią w lewo i w prawo.

– O tyle o ile. Tu­taj wszy­scy wszyst­kich znają. Mniej lub bar­dziej. Ci Gaw­ry­sio­wie nie wy­róż­niają się ni­czym szcze­gól­nym. Mie­li­śmy chyba dwa czy trzy zgło­sze­nia w spra­wie prze­mocy do­mo­wej, ale jak przy­jeż­dżał na miej­sce pa­trol, to i on, i ona, i dzie­ciaki ro­bili bu­zię w ciup. Na­wet się nie do końca orien­tuję, kto kogo miałby tam bić. On ma co prawda masę, ale ona cha­rak­te­rek.

– Za­uwa­ży­łem.

– Kiedy za­gi­nęła dziew­czynka?

– Wczo­raj rano wy­szła z domu. Nie wró­ciła na noc.

– Ja­kieś ślady, po­my­sły?

– Na ra­zie nie.

– Aha.

Mortka przyj­rzał się ko­le­dze, który ner­wowo ba­wił się klu­czy­kami od sa­mo­chodu. Ni­gdy nie wi­dział go tak prze­ję­tego i zmar­twio­nego. Ko­mi­sarz Bo­gu­sław Lupa był je­dy­nym po­li­cjan­tem w miej­sco­wej ko­men­dzie, któ­rego Mortka au­ten­tycz­nie sza­no­wał i z któ­rego zda­niem się li­czył. Wcze­śniej Lupa pra­co­wał we wro­cław­skim od­dziale Cen­tral­nego Biura Śled­czego, gdzie zaj­mo­wał się zwal­cza­niem prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Przez pe­wien czas dzia­łał jako agent pod przy­kry­ciem, wni­ka­jąc w struk­tury grup prze­stęp­czych i do­pro­wa­dza­jąc do paru bar­dzo spek­ta­ku­lar­nych w swoim cza­sie za­trzy­mań. Po kilku la­tach ta­kiej służby Lupa zdał od­znakę CBŚ i po­pro­sił o spo­koj­niej­szy przy­dział. I tak wy­lą­do­wał w Kro­to­wi­cach, z czego wy­da­wał się za­do­wo­lony.

– Co się dzieje, Bo­guś? – za­py­tał Mortka.

Lupa drgnął. Po­tem wska­zał kciu­kiem na sa­mo­chód.

– Wska­kuj. Wy­tłu­ma­czę ci wszystko po dro­dze.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Lupa za­jął miej­sce kie­rowcy. Mortka ob­szedł auto i wsiadł po dru­giej stro­nie. Ru­szyli, za­nim zdą­żył za­piąć pasy.

– To o co cho­dzi? – po­no­wił py­ta­nie Mortka.

Lupa wes­tchnął ciężko.

– Je­śli Marta na­prawdę za­gi­nęła, to by była druga dziew­czynka w tym wieku, która znik­nęła w oko­licy w ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy.

Mortka zmarsz­czył brwi.

– Czy­ta­łem wa­sze akta – po­wie­dział. – Nie było w nich zgło­sze­nia o za­gi­nię­ciu dziecka.

– Bo go nie ma. Ni­gdy nie zło­żono for­mal­nego za­wia­do­mie­nia.

– Nie ro­zu­miem.

– Pro­ste. Dziecko znik­nęło, ale ro­dzice uwa­żają, że nie ma sprawy.

– Co to za ro­dzice?

– Cy­gań­scy – od­po­wie­dział Lupa.

Mortka za­padł się głę­biej w fo­telu. W Kro­to­wi­cach miesz­kało około dwu­stu, trzy­stu Ro­mów. W mia­steczku, które li­czy około dzie­się­ciu ty­sięcy miesz­kań­ców, to nie jest dużo, ale Ro­mo­wie spra­wiali wra­że­nie, że jest ich trzy razy wię­cej. Nie­mal wszy­scy zaj­mo­wali bu­dynki ko­mu­nalne przy ulicy, którą miej­scowi ochrzcili mia­nem Har­lemu.

Mortka zo­rien­to­wał się już na po­czątku swo­jego po­bytu, że Kro­to­wice mają z tym pro­blem. Kiedy po­ja­wiła się plotka, że do mia­sta mia­łoby się spro­wa­dzić jesz­cze kil­ka­na­ście rom­skich ro­dzin, o mało nie do­szło do za­mie­szek. Przy­go­to­wy­wano de­mon­stra­cję przed ra­tu­szem, do rad­nych wy­słano ano­ni­mowe groźby, któ­rych au­tora nie udało się usta­lić.

Miesz­kańcy za­zdro­ścili Ro­mom pro­gra­mów po­mo­co­wych i so­cjal­nych, a przy tym twier­dzili, że Ro­mo­wie, po pierw­sze, nie pra­cują, po dru­gie, nie chcą pra­co­wać, a po trze­cie, są gło­śni, śmiecą, nie pil­nują swo­ich psów i dzieci oraz by­wają nie­bez­pieczni, szcze­gól­nie wtedy, kiedy są pi­jani. Za­ra­zem Ro­mo­wie wcale nie spie­szyli się do in­te­gra­cji z miej­scową spo­łecz­no­ścią i cza­sami trudno było nie od­nieść wra­że­nia, że więk­szość z nich całe dnie spę­dza na le­ni­wym włó­cze­niu się po oko­licy lub na nie­koń­czą­cych się roz­mo­wach o wszyst­kim i ni­czym. Miej­sce ta­kich dys­ku­sji można było po­tem roz­po­znać po roz­rzu­co­nych na chod­ni­kach sto­sach łu­pin pe­stek sło­necz­nika i dzie­siąt­kach nie­do­pał­ków. Re­zul­tat tego był taki, że obie spo­łecz­no­ści nie prze­pa­dały za sobą.

– Opo­wiedz mi o tej cy­gań­skiej dziew­czynce – po­pro­sił Mortka.

– Adela Si­wak, lat je­de­na­ście. Za­gi­nęła mniej wię­cej dwa ty­go­dnie przed twoim przy­jaz­dem. Ro­dzice od­mó­wili zło­że­nia za­wia­do­mie­nia.

– Jak to uza­sad­nili?

– Ni­jak. Nie ga­dali z nami.

– Tak po pro­stu?

– Tak po pro­stu.

Mortka zmarsz­czył brwi, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć od­po­wied­nie prze­pisy z Ko­deksu ro­dzin­nego i opie­kuń­czego.

– A pro­ku­ra­tor? Ku­ra­tor? Opieka spo­łeczna? Kto­kol­wiek? Nie mo­gli­ście ich przy­ci­snąć?

– Pew­nie mo­gli­śmy – od­po­wie­dział po­nuro Lupa. – Ale sam wiesz, jak jest.

– Jak jest?

– To pie­przeni Cy­ga­nie, Kuba. Nikt ci tego gło­śno nie po­wie, ale na­sta­wie­nie jest ta­kie, że jed­nego Cy­gana mniej, to je­den pro­blem mniej. Za­gi­nęła je­de­na­sto­let­nia dziew­czynka, a wszy­scy, wszy­scy mają to, kurwa, w du­pie. – Po­li­cjant ude­rzył pię­ścią w kie­row­nicę. – Cho­ciaż oczy­wi­ście w pa­pie­rach wszystko się zga­dza. Do­ku­menty krą­żyły ele­gancko z jed­nego biurka na dru­gie, aż wresz­cie wy­lą­do­wały w szu­fla­dzie. I tyle. Ale jak te­raz znik­nęła jedna z na­szych, to pew­nie wkrótce spro­wa­dzą tu pie­przony he­li­kop­ter. Chuj wie na co, jak tu wszę­dzie lasy.

Lupa nie­mal trząsł się ze zło­ści. Ta sprawa go wy­raź­nie po­ru­szyła, a Mortka dzi­wił się, że ni­gdy wcze­śniej o niej nie roz­ma­wiali. Ostat­nio spę­dzali ra­zem sporo czasu. Dwaj po­li­cjanci i To­masz No­wak, le­karz z miej­sco­wego szpi­tala, spo­ty­kali się wie­czo­rami w ba­rze o wdzięcz­nej na­zwie USA, gdzie mar­no­wali czas, pi­jąc piwo oraz oglą­da­jąc me­cze piłki noż­nej i siat­kówki. Mortki wy­da­rze­nia spor­towe za bar­dzo nie ob­cho­dziły. Nie po­tra­fił wskrze­sić w so­bie ki­bi­cow­skiego du­cha, któ­rego wy­biły mu na po­czątku służby wi­zyty na sta­dio­nie przy Ła­zien­kow­skiej, do­kąd wy­sy­łano go ra­zem z resztą od­działu pre­wen­cji i gdzie na ich głowy le­ciały w naj­lep­szym ra­zie pe­tardy i zwoje pa­pieru to­a­le­to­wego. Nie­mniej cie­szył się to­wa­rzy­stwem No­waka i Lupy. Po­ma­gało mu to le­piej znieść kar­ko­no­skie ze­sła­nie. Pod­czas dłu­gich go­dzin, kiedy sie­dzieli wpa­trzeni w te­le­wi­zor nad re­gu­lar­nie na­peł­nia­nymi ku­flami, roz­ma­wiali o pracy, ro­dzi­nie, dzie­ciach i ty­sią­cach in­nych spraw, które aku­rat wpa­dały im do głowy. Ni­gdy jed­nak nie pa­dło na­zwi­sko rom­skiej dziew­czynki.

– Nie ro­zu­miem, dla­czego ro­dzice...

– Je­ste­śmy dla nich nie­czy­ści – prze­rwał mu w pół słowa Lupa. – Mają coś ta­kiego, co na­zy­wają ro­ma­ni­pen. To ro­dzaj ko­deksu ho­no­ro­wego. We­dług niego każdy, kto współ­pra­cuje z po­li­cją, pod­pada pod wiel­kie ska­la­nie. Nie wiem, jak oni to na­zy­wają po swo­jemu. Po pro­stu taki Cy­gan sam staje się nie­czy­sty. Hańba spada na niego i na jego ro­dzinę, a on sam prze­staje być Cy­ga­nem.

– Co ta­kiego?

– Kuba, sam tego do­brze nie ro­zu­miem, ale tak wła­śnie jest. Je­śli ja­kiś Cy­gan współ­pra­cuje z po­li­cją, prze­staje być Cy­ga­nem. Nie można z nim jeść, miesz­kać, roz­ma­wiać. Wy­rzuca się go poza na­wias spo­łecz­no­ści. Do­ży­wot­nio. To naj­cięż­sza kara.

Wy­je­chali poza mia­sto i skie­ro­wali się ob­wod­nicą Kro­to­wic w stronę szpi­tala miej­skiego. Urzą­dzono go w ogrom­nym po­nie­miec­kim gma­chu umiej­sco­wio­nym na zbo­czu po­bli­skiej góry. Z ta­rasu na pierw­szym pię­trze roz­cią­gał się piękny wi­dok na Śnieżkę, a sam szpi­tal z da­leka przy­po­mi­nał luk­su­sowy ho­tel. Do­piero kiedy pod­je­chało się bli­żej, czar pry­skał – sa­na­to­rium ro­dem z Cza­ro­dziej­skiej góry zmie­niało się w ko­lejny nie­do­in­we­sto­wany za­kład opieki me­dycz­nej.

– Nie współ­pra­cują z po­li­cją – po­wie­dział Lupa ni to do Mortki, ni to do sie­bie – mają wła­sny ję­zyk, inny ko­lor skóry. Kurwa, gdyby byli choć tro­chę spryt­niejsi, to mie­li­by­śmy z nimi duży pro­blem.

– Wiem, o czym mó­wisz. Na Ma­zow­szu za­sta­na­wiamy się, co zro­bić z Wiet­nam­czy­kami.

– Też nie chcą sy­pać?

– Cza­sami my albo chło­paki z CBŚ do­rwiemy się do ja­kie­goś „ba­nana”, ale „ba­nany” ra­czej wy­pa­dły z obiegu i wie­dzą tyle co nic. A „pi­ka­chu” w więk­szo­ści na­wet nie znają pol­skiego.

Lupa ro­ze­śmiał się.

– O czym ty, kurwa, mó­wisz, Kuba? Ja­kie „ba­nany”, ja­kie „pi­ka­chu”?

– „Pi­ka­chu”. Tak jak z tej kre­skówki Po­ke­mony. Znasz?

– Tak. Znam. Moje córki to kie­dyś oglą­dały. Zbierz je wszyst­kie, co?

– Wła­śnie. Pi­ka­chu to ten mały żółty stwo­rek. Tak wła­śnie na­zy­wamy Wiet­nam­czy­ków.

– A „ba­nany”?

– Spo­lo­ni­zo­wani Wiet­nam­czycy. Żółci na ze­wnątrz, biali w środku. Jak ba­nany. W więk­szo­ści drobni przed­się­biorcy, wła­ści­ciele re­stau­ra­cji, ro­bią co naj­wy­żej małe prze­kręty na ra­chun­kach. Ro­bota bar­dziej dla skar­bówki niż dla po­li­cji.

Lupa, wciąż roz­ba­wiony, skrę­cił z ob­wod­nicy w wą­ską li­pową aleję pro­wa­dzącą bez­po­śred­nio do szpi­tala.

– Po co tam je­dziemy? – za­py­tał Mortka.

– Czas na mały wy­kład – roz­po­czął Lupa. – Cy­gań­ska dziew­czynka, która za­gi­nęła ja­kiś czas temu, to Adela Si­wak. Jej matka to Esme­ralda Si­wak. Pie­przona wa­riatka. Po­dobno kiedy była młoda, miała dwa­na­ście, trzy­na­ście lat, za­le­cał się do niej biały chło­pak. To były ta­kie koń­skie za­loty, jak to u dzie­cia­ków w tym wieku. Esme­ralda po­biła go, zła­mała mu nos i o mało nie za­tłu­kła go ce­główką, a po­tem po­ra­dziła, żeby się od­pie­przył.

– Ład­nie.

– Oj­ciec Adeli to Lu­cas Si­wak. Je­śli Esme­ralda to wa­riatka, to po­wiem tak: do­brze się do­brała z mę­żem. Fa­cet ma na swoim kon­cie bójki i po­bi­cia. Po­dej­rze­wamy go o prze­myt wódki i pa­pie­ro­sów do Nie­miec. Nic gru­bego, tyle, ile się zmie­ści do ba­gaż­nika.

– Im­port, eks­port, drobne kra­dzieże?

– Wła­śnie. To bar­dzo bru­talny i czuły na punk­cie swo­jego ho­noru typ. Do tego stop­nia, że lu­dzie, rów­nież biali, boją się prze­ciwko niemu ze­zna­wać. Po­bici przez niego, na­wet miej­scowi choj­racy, naj­pierw skła­dają za­wia­do­mie­nie, a po­tem kręcą, że nie pa­mię­tają, że nie wie­dzą, nie wi­dzieli do­brze, a może to był ja­kiś inny Cy­gan, a tak wła­ści­wie to oni nie od­róż­niają jed­nego od dru­giego.

– Chyba prze­wi­nęło mi się to na­zwi­sko w wa­szych ak­tach.

– Do­bra. Esme­ralda ma sio­strę. Lu­cillę Ko­wal. A ra­czej Ka­ta­rzynę Ko­wal, bo zmie­niła so­bie imię w urzę­dzie. Nie­zwy­kła babka. Chcieli ją wy­dać za mąż w wieku trzy­na­stu lat. Wiesz, to je­den z ich dur­nych zwy­cza­jów. Jak ro­dzina nie chce chło­pa­kowi od­dać dziew­czyny, to chło­pak ją po­rywa na noc. Na­stęp­nego dnia z nią wraca. Ale po­nie­waż jest do­mnie­ma­nie, że có­reczka stra­ciła dzie­wic­two, ro­dzice nie mają in­nego wyj­ścia, jak od­dać ją za żonę po­ry­wa­czowi. U Cy­ga­nów to nor­malne, ale Kaśka ucie­kła z domu.

– Tak, tak, sły­sza­łem o tych zwy­cza­jach... I co było da­lej z tą Kaśką?

– Przy­gar­nęła ją biała ro­dzina, która zgo­dziła się ją ukry­wać, ale za to trak­to­wała jak dar­mową słu­żącą. I przez pięć lat Kaśka im sprzą­tała, go­to­wała, pra­so­wała, myła okna. Sło­wem, za­pie­przała jak mały cy­gań­ski sa­mo­cho­dzik. A kiedy skoń­czyła osiem­na­ście lat, po­ka­zała im środ­kowy pa­lec, wy­ro­biła so­bie do­wód i wy­je­chała do Kra­kowa. Tam pra­co­wała jako kel­nerka, skoń­czyła szkoły dla do­ro­słych, po­tem stu­dia i jako pani po­lo­nistka i pe­da­gog wró­ciła do Kro­to­wic. Pra­cuje te­raz jako na­uczy­cielka w na­szej pod­sta­wówce. To ona na­uczyła mnie wszyst­kiego o Cy­ga­nach.

– Nie bała się z tobą roz­ma­wiać? – zdzi­wił się Mortka. – Ten ich cały ko­deks...

– Kaśka twier­dzi, że nie do końca jest już trak­to­wana jako Cy­ganka. Po­maga miej­sco­wej spo­łecz­no­ści za­ła­twiać sprawy w urzę­dzie, na­ma­wia ro­dzi­ców, żeby po­sy­łali dzieci do szkół. Tro­chę ją ak­cep­tują, ale jest już ra­czej ma­nu­si­pen niż Roma.

– Ma­nu­si­pen?

– To go­rzej niż Cy­gan, ale le­piej niż ga­dzio. Tak na­zy­wają bia­łych. Cho­ciaż Kaśka za­sta­na­wia się, czy przy­pad­kiem nie jest już ga­dziem. To dość skom­pli­ko­wana i płynna kwe­stia.

Mortka za­czy­nał ża­ło­wać, że nie wy­cią­gnął no­tat­nika, aby to wszystko za­pi­sać.

– Skąd w ogóle wiesz o tym za­gi­nię­ciu?

– Szkoła za­re­ago­wała, kiedy Adela prze­stała się po­ja­wiać na lek­cjach. Po­cząt­kowo uwa­żali, że to... cze­kaj, jak to było... za­prze­sta­nie re­ali­za­cji obo­wiązku szkol­nego. Ale kiedy na­wet Kaśka nie po­tra­fiła się do­wie­dzieć, co się stało z dziew­czynką, za­nie­po­ko­ili się. Po­wia­do­mili nas. Je­dy­nie oni po­ka­zali, że przy­naj­mniej tro­chę im za­leży.

– Ro­zu­miem.

– Lu­cas ma sio­strę – kon­ty­nu­ował Lupa. – Zresztą nie­jedną, bo oni się mnożą jak kró­liki. Ale te­raz cho­dzi o Sarę. Mąż Sary sie­dzi w wię­zie­niu za kra­dzież sa­mo­cho­dów. Ona opie­kuje się trójką dzieci. Tylko że te­raz leży w szpi­talu, bo ktoś ją po­bił. Bar­dzo. Ma zła­mane dwa że­bra.

– Ktoś?

– Sta­wiam na Lu­casa.

– Za co?

– Może przy­glą­dała się odro­binę za długo ja­kie­muś in­nemu męż­czyź­nie? Ho­nor ro­dziny jest naj­waż­niej­szy, więc pew­nie Lu­cas po­my­ślał so­bie, że na­pro­stuje sio­strzyczkę pię­ściami, za­nim wpad­nie jej do głowy głupi po­mysł. Albo coś ta­kiego. Temu gnoj­kowi na­prawdę wiele nie po­trzeba.

– A może to zro­bił ja­kiś inny Cy­gan?

– Je­śli ktoś inny pod­niósłby rękę na sio­strę Lu­casa, to już zna­leź­li­by­śmy jego ciało w rzece. Se­rio, Kuba, ten gość jest wa­ria­tem. Kilka lat temu nie­mal za­tłukł na śmierć fa­ceta, który po­wie­dział, że chęt­nie prze­le­ciałby jego żonę. Ro­zu­miesz? Nie, że prze­le­ciał, ale że prze­le­ciałby. Ktoś inny może na­wet wziąłby to za kom­ple­ment. Ko­leś miał pe­cha, że Lu­cas wła­śnie od­le­wał się w krza­kach i to usły­szał. To był zresztą je­dyny raz, kiedy udało nam się tego czar­nu­cha wsa­dzić za kratki.

Za­par­ko­wali na par­kingu przed szpi­ta­lem.

– Chcesz iść do Sary? – do­my­ślił się Mortka.

– Tak.

– Po co, skoro Cy­ga­nie nie roz­ma­wiają z po­li­cjan­tami?

– Jest w szpi­talu. Sama. Nikt na nią nie do­nie­sie. Poza tym, je­śli się nie mylę, ma żal do Lu­casa. Może zdra­dzi nam coś na te­mat znik­nię­cia Adeli.

Mortka rzu­cił okiem na ze­ga­rek.

– Nie wiem, czy po­win­ni­śmy... Trzeba by za­rzą­dzić po­szu­ki­wa­nia, przy­go­to­wać ak­cję, we­zwać po­siłki z Je­le­niej czy Ka­mien­nej Góry.

– Na­wet nie wiesz, gdzie szu­kać – prze­rwał mu Lupa. – Poza tym chło­paki na ko­mi­sa­ria­cie już się tym zaj­mują. Ka­za­łem im.

Mortka spoj­rzał na bu­dy­nek i po­czuł, że kur­czy mu się żo­łą­dek. Nie­na­wi­dził szpi­tali, bał się ich i, ina­czej niż w pro­sek­to­riach, czuł się w nich nie­kom­for­towo. Naj­chęt­niej zo­stałby w sa­mo­cho­dzie. Ale Lupa już wcho­dził do środka, chcąc więc czy nie, ru­szył za nim.

– Czo­łem, Bo­guś. Czo­łem, Kuba. – Dok­tor No­wak przy­wi­tał ich przy wej­ściu. Był nie­wy­so­kim męż­czy­zną o bla­dej ce­rze i wło­sach ob­cię­tych tak krótko, jakby wła­śnie wy­szedł z woj­ska. Spo­kojny i wy­co­fany, wy­glą­dał tro­chę tak, jakby za­wsze czuł się nie na miej­scu.

– Cześć, To­mek. Dzięki, że po nas wy­sze­dłeś.

– Ża­den pro­blem. Jaką ma­cie sprawę?

– Chcę po­roz­ma­wiać z Sarą.

No­wak naj­wy­raź­niej był przy­zwy­cza­jony do ta­kich od­wie­dzin, bo nie za­da­wał wię­cej py­tań. Od razu po­pro­wa­dził ich szpi­tal­nymi ko­ry­ta­rzami do wła­ści­wej sali.

Gmach wy­bu­do­wano w stylu neo­go­tyc­kim, przez co we­wnątrz bu­dy­nek wy­glą­dał jak na­wie­dzony za­mek z po­wie­ści grozy. Ostra woń de­ter­gen­tów wże­rała się Mortce w nos.

– Uprze­dzić ją o wa­szej wi­zy­cie? – spy­tał No­wak.

– Gdy­byś mógł, to le­piej nie – po­wie­dział Lupa.

– Jak chcesz.

Wkrótce sta­nęli przy drzwiach od sali. W środku znaj­do­wały się cztery łóżka, ale za­jęte były tylko dwa. Mortka zo­rien­to­wał się od razu, do kogo przy­szli – do ko­biety z pod­bi­tymi oczami, si­nia­kami na rę­kach, opa­trun­kami i za­ciętą miną, która miała od­stra­szyć po­stron­nych. Jej wście­kłe, pełne gniewu spoj­rze­nie mó­wiło, że jest go­towa zro­bić wszystko, byle tylko obro­nić do­bre imię swo­jej ro­dziny. Romni doj­rzała po­li­cjan­tów, roz­po­znała Lupę i de­mon­stra­cyj­nie ob­ró­ciła się twa­rzą do ściany. Druga pa­cjentka w po­koju, star­sza ko­bieta z opa­trun­kiem na brzu­chu, tylko pod­nio­sła wzrok znad krzy­żówki.

Sara nie od­po­wie­działa na żadne z py­tań, które jej za­dali. Pró­bo­wali przez bli­sko pięt­na­ście mi­nut. Przez ten czas ko­bieta na łóżku obok co­raz gło­śniej­szymi chrząk­nię­ciami da­wała im do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo jej prze­szka­dzają. Wresz­cie zre­zy­gno­wali. Po­że­gnali się z le­ka­rzem i wró­cili do mia­sta. Nie za­mie­nili po dro­dze ani słowa. Mortka pró­bo­wał uło­żyć so­bie w gło­wie wszystko, co usły­szał od Lupy, a Lupa z mar­sową miną sku­piał się na pro­wa­dze­niu.

Za­trzy­mali się na tym sa­mym osie­dlu, na któ­rym miesz­kali Gaw­ry­sio­wie, ale przy in­nym bloku.

– Gdzie tym ra­zem?

– Po­ga­dać z Kaśką Ko­wal – wy­ja­śnił nie­chęt­nie Lupa. – Chcę, że­byś też usły­szał, co ma do po­wie­dze­nia na te­mat sio­strze­nicy.

– A je­śli się my­lisz? Je­śli te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspól­nego? Prze­cież Cy­ga­nie wy­dają za mąż już trzy­na­sto­latki. Może Adelę też wy­dali.

– Trzy­na­sto­latki, Kuba. Nie je­de­na­sto­latki. Na­wet oni nie są tacy po­pier­do­leni.

Lupa bez słowa wy­szedł z sa­mo­chodu i ru­szył przed sie­bie. Mortka po chwili wa­ha­nia po­szedł za nim.

Przy drzwiach od klatki mi­nęli sta­ruszka, który wła­śnie wy­no­sił z piw­nicy za­pa­ko­wa­nego w wo­rek na śmieci mar­twego kota. Spod błę­kit­nej po­marsz­czo­nej fo­lii wy­sta­wały szpi­cza­ste uszy, a z dru­giej strony zwi­sał rudy ogon, który te­raz przy­po­mi­nał gru­bego wło­cha­tego ro­baka. Sta­ru­szek sta­nął przed Lupą na bacz­ność i ski­nął głową po żoł­nier­sku.

– Dzień do­bry panu ko­mi­sa­rzowi – po­wie­dział su­chym gło­sem.

– Dzień do­bry.

– Ko­lej­nego mar­twego kota wy­no­szę – wy­ja­śnił sta­ru­szek. Miał na no­sie oku­lary w gru­bej ko­ścia­nej opra­wie i z po­ry­so­wa­nymi, cho­ciaż czy­stymi szkłami. – Z na­szej piw­nicy so­bie, kurwa, umie­ral­nię zro­biły. Jak to... cmen­ta­rzy­sko słoni. Co­raz ja­kie­goś mar­twego znaj­duję. Nie­któ­rych szkoda, bo na­wet cał­kiem młode były.

– Może to trutka na szczury? – za­su­ge­ro­wał Mortka.

– Może – po­wie­dział sta­ru­szek, który chyba lu­bił zga­dzać się z in­nymi, bo na jego twa­rzy po­ja­wił się miękki uśmiech. – Ale wie pan, my okna za­my­kamy, wszyst­kie dziury za­tkane, a te cho­lery i tak włażą do środka i zdy­chają. W na­szej piw­nicy śmier­dzi już jak nie­szczę­ście od tego ko­ciego ścierwa.

Po­że­gnali się ze sta­rusz­kiem i we­szli na dru­gie pię­tro. Lupa za­dzwo­nił do drzwi po le­wej stro­nie. Otwo­rzyła im trzy­dzie­sto­let­nia ko­bieta o orien­tal­nej uro­dzie. Uma­lo­wana, w ob­ci­słym swe­trze i dżin­sach, z kru­czo­czar­nymi wło­sami wy­glą­dała jak hin­du­ska gwiazda fil­mowa. Do­piero przy ko­lej­nym spoj­rze­niu można było do­strzec man­ka­menty jej urody: wi­doczny już drugi pod­bró­dek, lekko ob­wi­słe po­liczki, a nad lewą brwią zna­mię, z któ­rego wy­ra­stały trzy dłu­gie ciemne wło­ski.

– Bo­guś! – krzyk­nęła na wi­dok Lupy i rzu­ciła się na niego z roz­po­star­tymi sze­roko ra­mio­nami. Uści­snęli się ser­decz­nie jak para do­brych przy­ja­ciół. – Wejdź­cie do środka!

Ko­bieta wzmoc­niła za­pro­sze­nie eks­pre­syj­nym mach­nię­ciem ręką.

– To mój ko­lega, Kuba Mortka, po­li­cjant z War­szawy – przed­sta­wił ko­mi­sa­rza Lupa, wcho­dząc do nie­wiel­kiego przed­po­koju.

Ko­bieta miesz­kała w ka­wa­lerce po­dob­nej do tej, którą przy­dzie­lono Mortce. Cho­ciaż oczy­wi­ście ta na­le­żąca do Romni była bar­dziej za­dbana oraz le­piej wy­po­sa­żona.

– Sły­sza­łam o panu.

– Skąd? – za­cie­ka­wił się Mortka.

Romni uśmiech­nęła się, uka­zu­jąc rząd lekko żół­ta­wych zę­bów.

– To małe mia­steczko, nie­wiele się tu­taj dzieje. Po pana przy­jeź­dzie w po­koju na­uczy­ciel­skim przez pra­wie ty­dzień o panu plot­ko­wano. Po­dobno ze­słano pana do nas za karę, bo za­bił pan czło­wieka. To prawda?

Ko­mi­sarz skrzy­wił się.

– Nie do końca – mruk­nął.

– A jak było?

– Kaśka! Prze­stań! – Lupa prze­rwał ko­bie­cie.

– Sorry, Bo­guś, ale wiesz, jaka je­stem. Walę pro­sto z mo­stu, bez ja­kichś tam pod­cho­dów. To jak było na­prawdę?

Mortka wes­tchnął i spoj­rzał z pre­ten­sją na ko­legę. Lupa tylko wzru­szył ra­mio­nami w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście.

– Za­bi­łem czło­wieka – przy­znał Mortka. – W sa­mo­obro­nie. To był pod­pa­lacz i za­bójca czte­rech osób, w tym dwójki dzieci oraz swo­jej matki. Ale nie dla­tego tu­taj przy­je­cha­łem.

– To dla­czego?

Mortka nie miał za­miaru zdra­dzać ta­jem­nic ostat­niej roz­mowy ze swoim sze­fem ob­cej ko­bie­cie.

– Za­pro­po­no­wano mi ten wy­jazd dla pod­re­pe­ro­wa­nia ner­wów i od­po­czynku. Sko­rzy­sta­łem z oferty, bo po­dob­nie jak Bo­guś, po­trze­bo­wa­łem tro­chę spo­koju. To nie była kara – skła­mał gładko.

Prze­szli do po­koju. Po­li­cjanci usie­dli na czer­wo­nej ka­na­pie usta­wio­nej na­prze­ciwko nie­wiel­kiego te­le­wi­zora i biurka, na któ­rym stał kom­pu­ter z włą­czo­nym pa­sjan­sem. Nad mo­ni­to­rem wi­siała drew­niana półka, na któ­rej uło­żono sta­ran­nie róż­no­ko­lo­rowe ma­lut­kie dzbanki. Nie­które ze szkła, inne z wy­pa­la­nej gliny lub por­ce­lany.

– Ko­lek­cjo­nuję je. Ta­kie hobby. Jak gdzieś je­stem, to mu­szę ku­pić taki dzba­nu­szek, nie­za­leż­nie od tego, czy to dzieło sztuki czy zwy­kła tan­deta – wy­ja­śniła ko­bieta. – Pan coś ko­lek­cjo­nuje, pa­nie ko­mi­sa­rzu?

– Mów mu Kuba – wtrą­cił się Lupa.

– A więc, Kuba, ko­lek­cjo­nu­jesz coś?

Mortka miał wra­że­nie, że ta dwójka zmó­wiła się wcze­śniej i te­raz go wspól­nie prze­słu­chują. Jesz­cze tylko nie wie­dział, które z nich jest do­brym, a które złym gliną.

– Nie. Nie ko­lek­cjo­nuję – od­po­wie­dział.

– Kaśka – Lupa wtrą­cił się po raz ko­lejny – tak na­prawdę przy­szli­śmy tu nie­stety służ­bowo. Chcie­li­śmy po­roz­ma­wiać o Adeli.

TwarzRomni naj­pierw za­sty­gła, a za­raz po­tem od­ma­lo­wały się na niej ból i złość. Ko­bieta za­ci­snęła pię­ści i po­de­szła do półki z dzba­nusz­kami. Wzięła je­den, małe por­ce­la­nowe ca­cuszko o po­zła­ca­nych brze­gach, i gła­dziła opuszką palca. Mortka po­my­ślał, że ten dro­biazg po­do­bałby się Oli. Za­wsze miała sła­bość do ta­kich bi­be­lo­tów. Kiedy od­wie­dzali jego ro­dzi­ców, po­tra­fiła go­dzi­nami oglą­dać ser­wisy i krysz­tały, które oj­ciec Mortki, or­dy­na­tor miej­sco­wego szpi­tala, do­sta­wał od pa­cjen­tów jako do­wody wdzięcz­no­ści lub zwy­kłe ła­pówki.

– Dla­czego? – za­py­tała.

– Mamy swoje po­wody.

Kiw­nęła głową.

– Co chce­cie wie­dzieć?

– Wszystko.

Odło­żyła dzba­nek na półkę.

– Adela była, chyba mogę już tak o niej mó­wić, bar­dzo zdolną dziew­czynką. Bar­dzo mą­drą, in­te­li­gentną. Tego nie było wi­dać po oce­nach, bo oczy­wi­ście uczyła się go­rzej niż białe ko­le­żanki. Tylko że Po­lki za­czy­nają ze znacz­nie wyż­szego po­ziomu niż my. Szcze­gól­nie tu, w Kro­to­wi­cach.

– Dla­czego szcze­gól­nie tu? – za­in­te­re­so­wał się Mortka.

– Na­prawdę mam panu opo­wia­dać o hi­sto­rii cy­gań­skiej spo­łecz­no­ści w Kro­to­wi­cach? O tym, że ko­mu­ni­ści naj­pierw za­brali nam na­sze ta­bory, po­tem nie­mal siłą za­cią­gnęli do pracy w fa­bry­kach, a po 1989 roku, kiedy te fa­bryki pa­dały, to Cy­ga­nie byli pierwsi do zwol­nie­nia? Tu­taj są ro­dziny, w któ­rych męż­czyźni od po­nad dwu­dzie­stu lat nie po­tra­fią zna­leźć sta­łej pracy. Ci bar­dziej ob­rotni już dawno wy­je­chali. Niech pan sam so­bie do­śpiewa, kto zo­stał.

– Wróćmy do Adeli – po­pro­sił Lupa.

Kiw­nęła głową.

– Była in­te­li­gentna, zdolna i chciała się uczyć. Je­stem pewna, że gdyby jej tylko po­zwo­lić i tro­chę po­móc, po­szłaby przy­naj­mniej do gim­na­zjum i li­ceum. A po­tem, kto wie, może na­wet na stu­dia. Miała dryg. Ale jej ta­tu­siowi się to nie po­do­bało. Matce zresztą też. Bo­guś, opo­wia­da­łeś Ku­bie o Lu­ca­sie i Esme­ral­dzie?

– Tak.

– To wiesz już, Kuba, czego się po nich spo­dzie­wać. Cy­ga­nie nie ce­nią wy­kształ­ce­nia, szcze­gól­nie u dziew­czy­nek. Dla Lu­casa naj­le­piej by było, żeby Adela wy­szła za mąż, kiedy skoń­czy trzy­na­ście lat, a po­tem ro­dziła dzieci rok po roku jak ja­kaś suka roz­pło­dowa. Bo to jest we­dług niego ro­ma­ni­pen. – Kiedy mó­wiła, w jej oczach po­ja­wiła się złość. – Lu­cas chciał, żeby Adela prze­stała się uczyć. Za­mie­rzał za­bro­nić jej cho­dzić do szkoły. Umiała czy­tać, umiała li­czyć, czyli już wie­działa wię­cej, niż cy­gań­ska ko­bieta wie­dzieć po­winna. Przy­naj­mniej we­dług Lu­casa. Do­szło do tego, że wy­my­kała się chył­kiem z domu, by pójść do szkoły. Do­sta­wała po­tem la­nie, i to po­tężne. Wi­dzia­łam si­niaki, inne na­uczy­cielki rów­nież. Mo­żesz pójść i spy­tać.

– Nie mo­gli­ście ja­koś za­re­ago­wać? Ko­goś za­wia­do­mić?

Za­miast mu od­po­wie­dzieć, prych­nęła zna­cząco. Mortka do­my­ślił się, co to miało ozna­czać. Ni­kogo nie ob­cho­dził los ma­łej Romni. A na­wet je­śli ktoś taki by się zna­lazł, nie miałby jak zła­mać zmowy mil­cze­nia, za którą jak za mu­rem schro­niła się rom­ska spo­łecz­ność.

– Pew­nego dnia Adela po pro­stu nie przy­szła do szkoły. I od tego czasu ani ja, ani nikt inny jej nie wi­dzie­li­śmy – do­koń­czyła Kaśka.

– Ko­mi­sarz Lupa już mi wy­tłu­ma­czył, dla­czego sprawą nie za­jęła się po­li­cja. Nikt z Cy­ga­nów nie bę­dzie roz­ma­wiał z po­li­cjan­tami, a bez za­wia­do­mie­nia lub, w naj­gor­szym wy­padku, od­na­le­zie­nia ciała nie za bar­dzo mamy moż­li­wość zro­bić co­kol­wiek. – Mortka mó­wił po­woli, ostroż­nie do­bie­ra­jąc słowa. – Chciał­bym cię jed­nak za­py­tać, czy ty sama cze­goś się nie do­wie­dzia­łaś? Je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, to­bie mo­gliby coś po­wie­dzieć, bo też je­steś Cy­ganką.

– Tłu­ma­czy­łeś mu, że to tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wane? – Ko­bieta zwró­ciła się do Lupy, który tylko kiw­nął głową. – Je­stem Cy­ganką, ale tylko dla was, dla bia­łych. Dla nich nie. By­cie Cy­ganką to nie kwe­stia ko­loru skóry.

– Tak, wiem...

– Skoro wiesz, Kuba – prze­rwała mu – to po­wi­nie­neś się też do­my­ślić, że po pierw­sze, nie mó­wią mi wszyst­kiego. A po dru­gie, Lu­cas ogło­sił, że to nie moja sprawa. I tak za­mknął dys­ku­sję. – Na­gle ro­ze­śmiała się. – Zresztą, Kuba, spójrz na mnie! – Wska­zała dło­nią na swoje nogi. – Je­stem w spodniach! U Pol­ska Roma to by pew­nie wy­star­czyło, że­bym była ska­lana! A do tego roz­ma­wiam z dwoma po­li­cjan­tami!

Mortka zmarsz­czył brwi i po­słał py­ta­jące spoj­rze­nie Lu­pie.

– Wiesz, że tu­taj miesz­kają nie Pol­scy Cy­ga­nie, tylko Ber­gitka, gór­scy? – za­py­tała.

Kiw­nął głową, ma­jąc na­dzieję, że Romni nie bę­dzie drą­żyć te­matu. Nie miał ochoty na ko­lejny wy­kład.

– Masz ja­kieś po­dej­rze­nia, co się mo­gło stać z Adelą?

– Oba­wiam się, że Lu­cas coś jej zro­bił. Może nie spe­cjal­nie. Może przez przy­pa­dek. Ude­rzył o kilka razy za dużo, kiedy spra­wiał jej la­nie. Za­wsze był po­ryw­czy. Nie po­tra­fił się kon­tro­lo­wać. – Wes­tchnęła kilka razy głę­boko. – Dla­czego py­ta­cie mnie o to wszystko?

Lupa wstał z ka­napy i strzep­nął z rę­kawa nie­wi­dzialny py­łek.

– Za­wia­do­miono nas o za­gi­nię­ciu in­nej dziew­czynki. W tym sa­mym wieku. Marta Gaw­ryś. Znasz ją?

– Tak, oczy­wi­ście. Czy te dwa za­gi­nię­cia...

Lupa prze­rwał jej, za­nim zdą­żyła do­koń­czyć py­ta­nie.

– Nie wiem, Kaśka. Po pro­stu nie wiem.

– I co o tym my­ślisz? – za­py­tał Lupa, kiedy wcho­dzili do ko­mi­sa­riatu.

Ko­mi­sa­riat po­li­cji w Kro­to­wi­cach mie­ścił się w przed­wo­jen­nej jed­no­pię­tro­wej willi let­ni­sko­wej, która kie­dyś na­le­żała do ja­kie­goś bo­ga­tego fa­bry­kanta z oko­lic Ber­lina. W 1945 roku w nie­udolny spo­sób przy­sto­so­wano ją do no­wych za­dań. Było to roz­wią­za­nie pro­wi­zo­ryczne, bo wła­dze za­po­wia­dały, że zo­sta­nie wy­bu­do­wana od­po­wied­nio wy­po­sa­żona i za­pro­jek­to­wana sie­dziba spe­cjal­nie dla ów­cze­snej mi­li­cji, ale jak zwy­kle pro­wi­zorka oka­zała się naj­trwal­sza i cią­gnęła się już po­nad sześć­dzie­siąt lat. Naj­więk­szy man­ka­ment sta­no­wiło na­wet nie to, że bu­dy­nek był za mały albo za­nie­dbany, lecz to, że z po­wodu dzie­sią­tek mniej­szych lub więk­szych re­mon­tów, któ­rych w ża­den spo­sób nie do­ku­men­to­wano, nie wie­dziano, jak do­kład­nie bie­gną rury ani gdzie są po­ło­żone ka­ble elek­tryczne. Każda naj­drob­niej­sza na­wet awa­ria zmu­szała więc kro­to­wic­kich po­li­cjan­tów do ar­che­olo­gicz­nej pracy, pod­czas któ­rej sta­rali się od­kryć, co się ze­psuło i gdzie się to ustroj­stwo wła­ści­wie znaj­duje.

Lupa z Mortką prze­szli do sek­cji kry­mi­nal­nej, która mie­ściła się na pierw­szym pię­trze bu­dynku. Pro­wa­dziły na nie strome drew­niane schody. Trzesz­czały tak bar­dzo, że wy­da­wało się, jakby za­raz miały ru­nąć z ło­sko­tem w dół, cho­ciaż ich re­mont wy­ko­nano le­dwo dwa lata wcze­śniej. Taki to był ko­mi­sa­riat – mimo że z da­leka wszystko zda­wało się tu mocne i so­lidne, w rze­czy­wi­sto­ści wy­glą­dało tak, jakby się za­raz miało roz­paść na ka­wałki lub ru­nąć przy­pad­ko­wemu funk­cjo­na­riu­szowi na głowę.

– I co o tym my­ślisz? – po­wtó­rzył swoje py­ta­nie Lupa.

– A ty? – od­po­wie­dział py­ta­niem Mortka, zaj­mu­jąc miej­sce za przy­dzie­lo­nym mu tym­cza­sowo biur­kiem. Był to stary ma­leńki me­bel, który na jego przy­jazd wy­cią­gnięto z piw­nicy i po­sta­wiono w ką­cie po­koju.

– Kuba, ja je­stem prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wana. Za­bój­stwa i ta­kie tam to twoja działka.

Mortka uśmiech­nął się lekko i za­ło­żył dło­nie za głowę.

– Dwie dziew­czynki w tym sa­mym wieku, obie za­gi­nęły w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach... Dużo po­do­bieństw. Nie­bez­piecz­nie dużo. Ale wiesz, może się oka­zać, że matka za­dzwoni do nas za go­dzinę i po­wie, że Marta wła­śnie wró­ciła do domu.

– Pew­nie masz ra­cję. Po pro­stu... Kurwa, nu­dzę się tu­taj, ro­zu­miesz? To jest taka do­bra nuda, tę­sk­ni­łem za tym, kiedy by­łem w Biu­rze, ale tro­chę od tego mi od­bija. Ta sprawa z Adelą... Wiesz, że nie­któ­rzy gli­nia­rze mają ob­se­sję w związku z nie­roz­wią­za­nymi spra­wami?

– Wiem – od­po­wie­dział i po­my­ślał, że przez po­dobną ob­se­sję zna­lazł się w Kro­to­wi­cach.

– Ja mam tro­chę tak z tą cy­gań­ską dziew­czynką. Po pro­stu chcę wie­dzieć, co się z nią stało. Ro­zu­miesz?

Na­gle Lupa mach­nął ręką. Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­jął się prze­glą­da­niem za­le­ga­ją­cych na biurku do­ku­men­tów. Mortka mil­czał, za­sko­czony tym szcze­rym wy­zna­niem. Przy­pa­try­wał się ko­le­dze. Lupa wy­glą­dał tak, jakby miał ochotę ko­goś ude­rzyć.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

– Wejść! – krzyk­nął Lupa.

Drzwi otwo­rzyły się i uj­rzeli głowę mło­dego po­li­cjanta, a do­piero za nią po­ja­wiła się reszta ciała. Mortka, który na­wet nie pró­bo­wał się na­uczyć imion i na­zwisk pra­cu­ją­cych z nim ko­le­gów, ko­ja­rzył go tylko z jed­nego wie­czora w knaj­pie, kiedy grali ra­zem w rzutki. Mortka prze­grał wtedy.

– Prze­pra­szam, pa­nie ko­mi­sa­rzu, ja à pro­pos tej dziew­czynki, któ­rej mamy szu­kać.

– Co z nią? – za­in­te­re­so­wał się Mortka.

– Tego... Znam ją, nie­da­leko miesz­kamy, sko­ja­rzy­łem więc na­zwi­sko. I tego, mam taką ko­le­żankę, wczo­raj się z nią wi­dzia­łem. Piwo pi­li­śmy z jej chło­pa­kiem, nie... Za­dzwo­ni­łem te­raz do niej, żeby tak po­ga­dać o tym, co ro­bimy dzi­siaj, i...

– Kurwa, Mar­cin, przej­dziesz w końcu do rze­czy? – rzu­cił zi­ry­to­wany Lupa.

– No, ta moja ko­le­żanka to wczo­raj tę Martę wi­działa. Była na po­ran­nym spa­ce­rze z psem i wi­działa, jak dziew­czynka wsia­dała do czar­nego bmw, te­re­no­wego ta­kiego.

– I co da­lej?

– Nic. Od­je­chali. W stronę Strugi Zdro­wia, wie pan – te­raz młody po­li­cjant zwró­cił się w stronę Mortki – tego spa, co je wy­bu­do­wali kilka lat temu.

– To bmw... Jaki mo­del?

– Pa­nie ko­mi­sa­rzu, ta moja ko­le­żanka to dziew­czyna jest. Do­brze, że cho­ciaż wie­działa, że to bmw było – wy­ja­śnił, uśmie­cha­jąc się pod no­sem.

– A nu­mery re­je­stra­cyjne?

– Nie przyj­rzała się, py­ta­łem.

– Na­wet nie wie, czy były lo­kalne czy ską­d­inąd?

Młody po­krę­cił głową.

– Szkoda – mruk­nął Mortka.

– Mogę spraw­dzić w Cen­tral­nej Ewi­den­cji Po­jaz­dów i Kie­row­ców, ile mamy za­re­je­stro­wa­nych w oko­licy czar­nych te­re­no­wych bmw – za­pro­po­no­wał po­li­cjant.

Mortka spoj­rzał py­ta­jąco na Lupę, który z ko­lei od­po­wie­dział mu tym sa­mym. Ko­mi­sarz zro­zu­miał, że to on, a nie miej­scowy ko­lega ma pro­wa­dzić tę sprawę. Wes­tchnął ci­cho pod no­sem.

– Do­brze. Słu­chaj, młody – zwró­cił się do wciąż sto­ją­cego w drzwiach po­li­cjanta. – Przy­go­tuj nam ten wy­ciąg z CE­PiK, ale naj­pierw po­jedź do tej swo­jej ko­le­żanki albo we­zwij ją tu­taj, spisz ze­zna­nia. Po­sta­raj się do­wie­dzieć jak naj­wię­cej o tym sa­mo­cho­dzie i o sa­mym zda­rze­niu: gdzie stała ta dziew­czynka, skąd ją wi­działa... – Prze­rwał na chwilę. – Nie za­pi­su­jesz tego?

– Za­pa­mię­tam, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

– Le­piej za­pisz.

Po­li­cjant ge­stem po­ka­zał mu, że nie ma dłu­go­pisu. Mortka po­rwał je­den ze swo­jego biurka i rzu­cił go funk­cjo­na­riu­szowi. Po­tem ka­zał mu wziąć czy­stą kartkę z ryzy pa­pieru do dru­karki.

– A więc tak... – Prze­rwał, żeby młody po­li­cjant miał czas roz­pi­sać dłu­go­pis, opie­ra­jąc kartkę o ścianę. – Jak naj­wię­cej o sa­mo­cho­dzie. Ko­lor, re­je­stra­cja, mo­del, typ sil­nika. Wiem, mó­wi­łeś, że to dziew­czyna, ale masz ją o to za­py­tać, może so­bie coś przy­po­mni. Po­tem kie­rowca. Czy go wi­działa, a je­śli tak, to jak wy­glą­dał, jak się za­cho­wy­wał, czy go zna. Gdzie po­je­chali. I tak, mó­wi­łeś, że po­je­chali do tego spa, ale masz ją za­py­tać, ja­sne?

– Tak, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

– To do­brze. Zo­rien­tuj się też, gdzie ona była, skąd wra­cała, dla­czego zwró­ciła uwagę na sa­mo­chód. Po­ra­dzisz so­bie?

– Ja­sne, że tak.

– To od­da­waj dłu­go­pis i spa­daj.

Po­li­cjant nie­mal pod­biegł do biurka Mortki, odło­żył dłu­go­pis i opu­ścił po­kój.

– Dy­cha, że się zje­bie – rzu­cił z uśmie­chem Lupa.

Usły­szeli, jak chło­pak zbiega po scho­dach, ale po­nie­waż nie do­szły ich od­głosy upadku, za­ło­żyli, że do­tarł na dół bez­piecz­nie.

– A my co ro­bimy? – za­py­tał Lupa.

– Po­jedźmy do Strugi Zdro­wia i ro­zej­rzyjmy się za tym sa­mo­cho­dem. Lep­szego tropu nie mamy.

Krętą drogą, która z każ­dym ki­lo­me­trem gu­biła as­falt, a zy­ski­wała wy­boje, wy­je­chali z mia­steczka i za­nu­rzyli się w po­sępny gór­ski las. Mortka oparł głowę o szybę i spod na wpół przy­mknię­tych po­wiek pa­trzył na mi­jane stoki, drzewa ce­lu­jące ko­ro­nami w błę­kit nieba i głazy, które jakby tylko cze­kały na oka­zję, żeby się sto­czyć la­winą, miaż­dżąc wszystko, co spo­tkają na dro­dze.

W końcu zza za­krętu wy­ło­nił się ośro­dek spa – sty­li­zo­wany na gór­skie schro­ni­sko dwu­pię­trowy ho­tel z wiel­kim par­kin­giem i z umiesz­czoną na ta­ra­sie re­stau­ra­cją. Ozda­biały ją roz­ło­żone pa­ra­sole z na­zwą jed­nego z po­pu­lar­nych bro­wa­rów, a z roz­pa­lo­nego grilla uno­sił się pio­nowo w górę siwy dym.

Lupa za­trzy­mał sa­mo­chód i wy­sie­dli. Na­tych­miast do­szedł ich za­pach pie­czo­nych kieł­ba­sek i kar­kówki. Mortka po­czuł, że ciek­nie mu ślina, i uświa­do­mił so­bie, że od śnia­da­nia nic nie jadł. Spoj­rzał na ze­ga­rek i stwier­dził, że naj­wyż­szy czas coś prze­ką­sić.

– Szu­kamy tego sa­mo­chodu? – za­py­tał Lupa.

– Tak, tak – od­po­wie­dział Mortka i zer­k­nął tę­sk­nie w stronę ta­rasu, gdzie brzu­chaty fa­cet w żół­tej ko­szulce od­bie­rał od ku­cha­rza dwa ta­le­rze pełne ocie­ka­ją­cego so­kami mięsa i gru­bych pajd chleba.

Za­miast jeść, prze­szli wol­nym kro­kiem przez par­king, przy­pa­tru­jąc się uważ­nie sa­mo­cho­dom. Do­mi­no­wały kil­ku­let­nie volks­wa­geny pas­saty i srebrne skody octa­vie. Te­re­nowe czarne bmw x5 zna­leźli mniej wię­cej w po­ło­wie drogi. Mortka wy­cią­gnął no­tat­nik i spi­sał nu­mery re­je­stra­cyjne. Li­tery na ta­blicy in­for­mo­wały, że auto zo­stało za­re­je­stro­wane we Wro­cła­wiu.

– Spraw­dzisz to? – po­pro­sił Lupę.

Po­li­cjant kiw­nął głową i się­gnął po te­le­fon ko­mór­kowy. Mortka tym­cza­sem upew­nił się, czy nie ma in­nego sa­mo­chodu te­re­no­wego tej marki na par­kingu. Nie było. Po­szedł do ho­telu.

Spo­dzie­wał się, że wnę­trze bę­dzie urzą­dzone w stylu gó­ral­skim, z dużą liczbą ciu­pag i głów upo­lo­wa­nych zwie­rząt na ścia­nach, ale zo­stał przy­jem­nie za­sko­czony. Re­cep­cja była ja­sna, prze­stronna, po­ma­lo­wana na ła­godną żółć, a na pod­ło­dze lśniły czy­ste brą­zowo-czarne ka­felki. Ściany ozda­biały dy­plomy i zdję­cia ce­le­bry­tów, któ­rzy od­wie­dzili Strugę Zdro­wia i któ­rym bar­dzo się tu po­do­bało, a przy­naj­mniej tak wy­ni­kało z po­spiesz­nie na­pi­sa­nych czar­nym ma­za­kiem po­dzię­ko­wań.

Mortka oparł się łok­ciami o blat re­cep­cji i za­dzwo­nił ma­lut­kim dzwo­necz­kiem. Po chwili z za­ple­cza wy­szedł młody męż­czy­zna w oku­la­rach na no­sie, z pro­fe­sjo­nal­nym, sztucz­nym uśmie­chem tuż pod nim.

– Dzień do­bry, czym mogę słu­żyć?

– Ko­mi­sarz Ja­kub Mortka, po­li­cja. – Ko­mi­sarz przed­sta­wił się i mach­nął przed twa­rzą re­cep­cjo­ni­sty le­gi­ty­ma­cją służ­bową. Męż­czy­zna sku­lił się od­ru­chowo, jakby wła­śnie pró­bo­wał so­bie go­rącz­kowo przy­po­mnieć, za co może być ści­gany.

– Dzień do­bry – po­wtó­rzył prze­stra­szony chło­pak. – Jak mogę po­móc panu wła­dzy? Coś się stało?

Pan wła­dza, po­wtó­rzył w my­ślach roz­ba­wiony Mortka. Dawno już nie sły­szał tego okre­śle­nia. A przy­naj­mniej nie wy­ma­wia­nego w ten spo­sób, śmier­tel­nie po­waż­nie, bez cie­nia szy­der­stwa.

– Szu­kam wła­ści­ciela tego sa­mo­chodu. – Ko­mi­sarz wy­cią­gnął no­tat­nik i od­czy­tał gło­śno nu­mer re­je­stra­cyjny auta.

– Coś się stało? – do­py­ty­wał się re­cep­cjo­ni­sta, który po­woli za­czy­nał od­zy­ski­wać re­zon.

– To nie jest te­raz ważne. Czy może mnie pan skon­tak­to­wać z wła­ści­cie­lem tego po­jazdu?

– Nie­stety, nie za bar­dzo. Nie mamy ta­kiej moż­li­wo­ści...

– Prze­pra­szam, ale o co cho­dzi? – ode­zwał się ktoś z boku.

Mortka od­wró­cił się na pię­cie. Stał przed nim mocno opa­lony trzy­dzie­sto­la­tek o dłu­gich ja­snych wło­sach, które spa­dały mu falą na kark. Uśmie­chał się sze­roko, jakby w ten spo­sób chwa­lił się rzę­dem nie­ska­zi­tel­nie bia­łych zę­bów. Zza czar­nego pa­ska spodni wy­le­wał mu się jed­nak brzuch. Gdyby był odro­binę młod­szy i chud­szy, można by go wziąć za mo­dela.

– A pan to?

– Grze­gorz Brat­kow­ski. Wy­daje mi się, że prze­czy­tał pan nu­mer re­je­stra­cyjny mo­jego sa­mo­chodu. Mogę zer­k­nąć?

Mortka po­ka­zał mu za­pi­sany na kartce nu­mer. Brat­kow­ski ścią­gnął z głowy oku­lary prze­ciw­sło­neczne, na któ­rych oprawce można było do­strzec na­pis Ray-Ban, i we­tknął je so­bie za koł­nierz bia­łego pod­ko­szulka.

– Tak, to mój wóz. Czyż­bym źle za­par­ko­wał?

– Nie, ale mam do pana kilka py­tań. Pan tu mieszka?

– Je­stem o coś po­dej­rzany?

– Niech pan od­po­wie na py­ta­nie.

Męż­czy­zna wzru­szył ra­mio­nami.

– Grze­siu, wra­caj do nas! – krzyk­nęła blon­dynka sie­dząca na ka­na­pie nie­da­leko. Wraz z nią byli jesz­cze jedna dziew­czyna i dwóch męż­czyzn. Wszy­scy przy­pa­try­wali się uważ­nie Mortce i szep­tali coś mię­dzy sobą. Brat­kow­ski mach­nął do nich ręką, że za­raz przyj­dzie.

– Od­wie­dzam przy­ja­ciół z War­szawy, któ­rzy aku­rat ko­rzy­stają ze spa.

– Czyli nie mieszka pan tu­taj? – upew­nił się po­li­cjant.

– Prze­cież przed chwilą po­wie­dzia­łem, że nie! Po­wie mi pan wresz­cie, o co cho­dzi?

– Co pan ro­bił wczo­raj rano? Tak do dwu­na­stej?

Brat­kow­ski uśmiech­nął się sze­roko. Od­wró­cił się, po­słał zna­czące spoj­rze­nie zna­jo­mym i prych­nął na ko­niec lek­ce­wa­żąco.

– Ja wiem? Wsta­łem, ubra­łem się i przy­je­cha­łem rano na śnia­da­nie do zna­jo­mych.

– Przy­je­chał pan ze swo­jego domu?

– No ja­sne, że ze swo­jego domu.

W tym mo­men­cie do ho­telu wszedł Lupa. Po­li­cjant od­szu­kał wzro­kiem Mortkę i pod­szedł do niego. Wy­szep­tał mu do ucha kilka słów. Ko­mi­sarz słu­chał uważ­nie, po­tem le­dwo do­strze­gal­nie ski­nął głową i scho­wał trzy­many do tej pory w rę­kach no­tat­nik do kie­szeni spodni.

– Pro­szę pana – po­wie­dział – wy­daje mi się, że by­łoby do­brze, gdyby po­je­chał pan z nami na ko­mi­sa­riat.