Za granicą - Wojciech Chmielarz - ebook + książka

Za granicą ebook

Wojciech Chmielarz

4,0

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Upalne lato, bezkres chorwackiego nieba, beztroska, plaża i morze – tak wygląda raj, do którego przyjeżdżają na wakacje Daria z Markiem. Mieli mieć czas tylko dla siebie i syna, ale na miejscu poznają Szwedów: Johana i jego dużo młodszą seksowną żonę Verę. W dodatku Marek dostaje nagłą lukratywną propozycję zawodową i pogrąża się w pracy. W tym czasie Daria zbliża się do nowo poznanych ludzi. I z dnia na dzień jest nimi coraz bardziej zafascynowana. Pewnego wieczoru zostaje zaproszona do nich na kolację. Późnej atmosfera szybko staje się duszna od niewypowiedzianych pragnień, pożądania, zazdrości i poczucia odrzucenia. Chorwackie słońce rozpala zmysły i doprowadza ludzi do szaleństwa.

Które z nich ulegnie mu jako pierwsze? Jedno jest pewne – nie wszyscy wrócą do domu. Nie wszyscy przeżyją. To pierwsze i ostatnie takie lato w ich życiu.

W którym momencie fascynacja drugą osobą zamienia się w obsesję? Jak daleko można się posunąć, żeby zdobyć to, czego się pragnie? Czy pożądanie może smakować zemstą?

Opowieść o opętaniu i odrzuceniu, o tym, że nasze pragnienia mogą zniszczyć życie, a to, co wydaje się spełnieniem marzeń, szybko może stać się przekleństwem.

Wojciech Chmielarz (ur. 1984) – autor kryminałów, dziennikarz, laureat Nagrody Wielkiego Kalibru (2015) i Wielkiego Kalibru Czytelników (2019), dziewięciokrotnie nominowany do tej nagrody. Autor cyklu powieści o komisarzu Jakubie Mortce: Podpalacz (2012), Farma lalek (2013), Przejęcie (2014), Osiedle marzeń (2016), Cienie (2018), Długa noc (2022), cyklu gliwickiego: Wampir (2015), Zombie (2017) i Wilkołak (2021), postapokaliptycznej powieści Królowa Głodu (2022) oraz thrillera psychologicznego Żmijowisko (2018), za który otrzymał nagrodę Złotego Pocisku i Grand Prix Warszawskiego Festiwalu Kryminału. Po nim ukazały się kolejne thrillery – Rana (2019) i Wyrwa (2020) oraz powieści sensacyjne: Prosta sprawa (2020) i Dług honorowy (2021). Dwie jego powieści – Żmijowisko i Wyrwa – zostały zekranizowane. Mieszka z rodziną w Warszawie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1072 oceny)
443
347
175
80
27
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
KamPau

Z braku laku…

Jedna z gorszych książek tego autora. Nudna i przewidywalna. Niemniej cenię sobie twórczość Chmielarza i liczę na to, że był to tylko wypadek przy pracy.
132
ewagestwa

Nie polecam

Wg mnie najgorsza książka Pana Chmielarza:wymęczona, przeciągnięta,przegadana, wiele nic nie znaczących opisów, takich na siłę, dla mnie duże rozczarowanie.
112
aasia81

Całkiem niezła

Hmm.. to było dziwne i zdecydowanie wolę inne książki p. Chmielarza. Przez ponad pół książki czekałam aż coś wreszcie się wydarzy, a jak wreszcie się wydarzyło, było to tak irracjonalne i niedorzeczne,, że chciało mi się śmiać. Jakaś czarna komedia pomieszana z thrillerem kategorii C.
71
KotMadrala

Z braku laku…

Taka naiwna powiastka młodego licealisty. Sorki ale nie polecam....
40
Anitana123

Z braku laku…

Uwielbiam tego autora; ale to niestety najgorsza jego książka. W połowie aż sprawdziłam okładkę czy aby na pewno czytam Chmielarza. Potem wreszcie coś się w fabule zaczęło dziać i dobrnęłam do końca. Ale do połowy kulawizna straszna.
40

Popularność




Wy­dawca, re­dak­tor pro­wa­dzący ADAM PLUSZKA
Re­dak­cja KA­RO­LINA MA­CIOS
Ko­rekta MAŁ­GO­RZATA KU­ŚNIERZ, BE­ATA WÓJ­CIK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych MI­CHAŁ PAW­ŁOW­SKI
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Zdję­cie na okładce © Garry Kni­ght
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie
Co­py­ri­ght © by Woj­ciech Chmie­larz Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2023
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67674-91-1
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

gru­dzień 2022

1

Od Chor­wa­cji gor­sze było tylko Chile, a przy­naj­mniej tak to wy­glą­dało na ma­pie. Pa­sek lądu cią­gnący się wzdłuż wy­brzeży Oce­anu Spo­koj­nego, tak wą­ski, że kiedy się za­mach­niesz, do­rzu­cisz ka­mie­niem do mo­rza. W Chor­wa­cji można przy­naj­mniej uciec w głąb kraju, scho­wać się za góry, za­ko­pać gdzieś w do­li­nach i Ad­ria­tyk oglą­dać tylko na zdję­ciach. Ale ja­kiś czas temu Ma­teo za­czął się ba­wić Go­ogle Earth i oka­zało się, że Chile w naj­szer­szym miej­scu ma pra­wie pięć­set ki­lo­me­trów sze­ro­ko­ści, a śred­nio tro­chę mniej niż dwie­ście. Plus mi­nus tyle samo, ile z jego domu do Za­grze­bia. Czyli wy­cho­dziło na to samo, cho­ciaż Chile miało przy­naj­mniej Andy. Ma­teo nie mógł się zde­cy­do­wać, który z tych dwóch kra­jów jest gor­szy. Tak w Chile, jak i w Chor­wa­cji prze­szka­dzało mu jedno – bli­skość mo­rza. Nie­na­wi­dził Ad­ria­tyku. Lu­bił so­bie wy­obra­żać, że gdzieś po dru­giej stro­nie globu ja­kiś młody Chi­lij­czyk jest rów­nie ne­ga­tyw­nie na­sta­wiony do Pa­cy­fiku. Gdyby kie­dyś spo­tkali się w ja­kimś ba­rze, mie­liby na pewno wiele wspól­nych te­ma­tów do roz­mowy.

Od domu ro­dzin­nego do brzegu mo­rza Ma­teo miał około dwu­stu me­trów. Co waż­niej­sze, jego oj­ciec był ry­ba­kiem, jego star­szy brat był ry­ba­kiem i naj­wy­raź­niej on sam, przy­naj­mniej w tym mo­men­cie, też był ry­ba­kiem, po­nie­waż znaj­do­wał się na ku­trze i wsłu­chany w mo­no­tonny dźwięk sil­nika cze­kał, aż wy­cią­garka wcią­gnie sieć na po­kład.

Na ku­trze prze­szka­dzało mu wszystko, po­czy­na­jąc od ko­ły­sa­nia. Nie miał na szczę­ście pro­blemu z cho­robą mor­ską. Gdyby cier­piał na tę przy­pa­dłość, oj­ciec pew­nie by się go wy­rzekł, ale Ma­teo i tak nie czuł się kom­for­towo. W końcu czło­wiek jest zwie­rzę­ciem lą­do­wym, tłu­ma­czył so­bie, a jego na­tu­ralne śro­do­wi­sko to twarda zie­mia pod sto­pami. Tu­taj każda fala po­ru­sza­jąca ku­trem przy­po­mi­nała Ma­teo o cze­ka­ją­cej pod nim mor­skiej ot­chłani. I ja­sne, za­toka Kvar­ner to nie ża­den Rów Ma­riań­ski, ale co za róż­nica, czy uto­niesz w miej­scu, które ma kil­ka­dzie­siąt czy kilka ty­sięcy me­trów głę­bo­ko­ści?

Praca była ciężka, nie­przy­jemna. Wy­ma­gała du­żego wy­siłku i wsta­wa­nia o po­rze, kiedy inni fa­ceci w jego wieku kła­dli się spać po do­brej im­pre­zie. A po­tem kilka, kil­ka­na­ście go­dzin na ma­łym ku­trze, gdzie mu­sieli bar­dzo uwa­żać, żeby na sie­bie nie wpaść. Wresz­cie za­pach. Ma­teo ro­zu­miał, że są lu­dzie, któ­rym mor­ska bryza wy­daje się naj­cu­dow­niej­szą wo­nią pod słoń­cem, ale dla niego praca na ku­trze ko­ja­rzyła się ra­czej z za­pa­chem sma­rów, smro­dem ben­zyny i wresz­cie z ry­bami. Po po­wro­cie z mo­rza za­wsze spę­dzał w ła­zience co naj­mniej go­dzinę, ale na­wet jak się wy­szo­ro­wał, miał wra­że­nie, że cią­gle nimi cuch­nął.

Przy­czyna nie­chęci Ma­teo do pracy na mo­rzu mo­gła być też inna, bar­dziej pro­za­iczna. Jego oj­ciec był po­staw­nym męż­czy­zną, ma­ło­mów­nym, su­ro­wym i nie­przy­jem­nym w oby­ciu. Wiele wy­ma­gał od sie­bie, a jesz­cze wię­cej od Ma­teo i Zo­rana. Kiedy byli w trójkę na ku­trze, od­zy­wał się tylko po to, żeby na nich na­krzy­czeć.

Nie obi­jaj się! Nie za to ci płacę! – wrzesz­czał, cho­ciaż pła­cił rzadko i je­śli w ogóle, to nie­przy­zwo­icie mało.

Je­steś tu­taj, żeby pra­co­wać czy żeby so­bie w du­pie pal­cem ma­chać?!

Myj ten po­kład po­rząd­nie, bo za­raz za­cznie pizdą śmier­dzieć!

Cią­gnij sieć, bo nam ryby za­raz wszyst­kie spier­dolą!

Ma­teo go jed­nak ko­chał, na­wet je­śli za nim nie prze­pa­dał. Rzecz w tym, że oj­ciec stra­cił nogę na woj­nie. Co prawda no­sił pro­tezę i po­ru­szał się cał­kiem spraw­nie, ale wszy­scy w mia­steczku o tym wie­dzieli. Dla­tego dzie­ciaki ze szkoły śmiały się z Ma­teo, że ma ojca pi­rata. Sam już nie pa­mię­tał, dla­czego tak go to draż­niło. Wie­lo­krot­nie bił się z tego po­wodu, a że był wtedy ra­czej drob­nej bu­dowy, naj­czę­ściej wra­cał do domu z za­krwa­wio­nym no­sem, po­si­nia­czony i po­obi­jany. I pa­mię­tał swój żal do ojca, że nie wy­brał so­bie in­nego za­wodu. Ta­kiego, w któ­rym nie na­zy­wano by go pi­ra­tem.

A może, my­ślał, pró­bu­jąc zi­gno­ro­wać iry­tu­jące ko­ły­sa­nie ku­tra, sprawa była jesz­cze prost­sza. Nie lu­bił mo­rza, bo go nie lu­bił, i już. Lu­dzie są różni, pa­sują im inne rze­czy. Jak z ob­cią­ga­niem, uznał. Miał kie­dyś dziew­czynę, która lą­do­wała z głową po­mię­dzy jego no­gami, le­dwo roz­piął roz­po­rek. Li­zała go, pie­ściła, do­słow­nie wpy­chała go so­bie głę­boko do gar­dła, ję­cząc przy tym, jakby jego ku­tas był naj­lep­szą i naj­słod­szą rze­czą pod słoń­cem. Je­dyny pro­blem po­le­gał na tym, że po wszyst­kim chciała Ma­teo ko­niecz­nie po­ca­ło­wać, a jego to brzy­dziło, dla­tego osta­tecz­nie się roz­stali. Cho­ciaż by­wały noce, kiedy do niej tę­sk­nił. Były więc ko­biety, które uwiel­biały ob­cią­gać, i ta­kie, które ile­kroć o tym wspo­mi­nał, prze­wra­cały oczami, a je­śli już się zga­dzały, ro­biły swoje z wy­ra­zem obrzy­dze­nia na twa­rzy. Po wszyst­kim bie­gły do ła­zienki, pluły jak sza­lone do ki­bla czy umy­walki i myły go­rącz­kowo zęby, jakby ro­bie­nie la­ski było główną przy­czyną próch­nicy wśród ko­biet w wieku od dwu­dzie­stego do pięć­dzie­sią­tego roku ży­cia. Gor­szą na­wet od cu­kru.

Może więc taka też była jego re­la­cja z Ad­ria­ty­kiem, po­my­ślał Ma­teo – po pro­stu się nie lu­bili, i tyle.

Je­dyne, co mu się po­do­bało, cho­ciaż nie­chęt­nie się do tego przy­zna­wał, to wi­doki. Po swo­jej pra­wej stro­nie miał wy­spę Cres, nad ra­nem jesz­cze ciemną, szarą i spo­kojną. Po le­wej po­szar­pane za­to­kami wy­brzeże Istrii, z wy­sta­ją­cymi z wody jak zęby bia­łymi ska­łami i pla­mami win­nic na wzgó­rzach. Przed sobą świa­tła bu­dzą­cej się wła­śnie do ży­cia Ri­jeki, a za ple­cami – i cie­szył się, że nie musi pa­trzeć w tamtą stronę – wyj­ście na otwarte mo­rze.

– Chcesz ka­napkę? – za­py­tał Zo­ran i po­trzą­snął za­pa­ko­waną w pa­pier kromką chleba.

– Nie – od­po­wie­dział Ma­teo. Rzadko jadł na ku­trze. Tylko wtedy, kiedy już na­prawdę go skrę­cało z głodu. Ogra­ni­czał się za­zwy­czaj do wy­pi­cia kubka słod­kiej her­baty.

– To mogę zjeść twoją?

– Na zdro­wie, bra­cie. Tylko się po­śpiesz, bo wy­cią­garka już pra­cuje.

Zo­ran po­dzię­ko­wał mu ru­chem głowy. Ścią­gnął pa­pier z ka­napki, wy­rzu­cił go za burtę, cho­ciaż oj­ciec ta­kiego za­cho­wa­nia nie zno­sił (Mo­rze nas żywi! – krzy­czał, ile­kroć ich na czymś ta­kim przy­ła­pał. – Mo­rze trzeba sza­no­wać!), i za­brał się do je­dze­nia. Zo­ran wdał się w tatę. Rów­nie wielki, ku­dłaty i ma­ło­mówny. Za­wo­dowo też zwią­zał się z mo­rzem, cho­ciaż ło­wił na ku­trze tylko poza se­zo­nem. Późną wio­sną, la­tem i na­wet wcze­sną je­sie­nią wo­lał zaj­mo­wać się tu­ry­stami. Pły­wał z nimi wzdłuż wy­brzeża Istrii, po­ka­zy­wał ja­ski­nie, urzą­dzał wy­prawy na Wy­spy Brioń­skie. Pra­co­wał w wy­po­ży­czalni sku­te­rów wod­nych i ma­rzył, żeby na­zbie­rać dość pie­nię­dzy i otwo­rzyć kie­dyś swoją. Ma­teo z ko­lei ucie­kał od ku­tra, kiedy tylko mógł. Prze­pro­wa­dził się na stu­dia do Za­grze­bia, cho­ciaż wszy­scy na­ma­wiali go na Ri­jekę lub Pulę, bo prze­cież miałby wtedy bli­sko do domu. Tłu­ma­czył, że sto­lica, że więk­sze moż­li­wo­ści, że naj­lep­sze stu­dia w kraju, i ja­koś prze­ko­nał ro­dzi­ców. Ze stu­diów jed­nak szybko zre­zy­gno­wał, bo oka­zało się, że geo­gra­fia to nie to. Pra­co­wał raz tu, raz tam, za­cze­pił się w jed­nej knaj­pie, po­tem w dru­giej. Przez chwilę ma­rzył o tym, żeby zo­stać DJ-em, ale je­dy­nie pusz­czał mu­zykę na kilku we­se­lach. Był młody i szu­kał swo­jego miej­sca w ży­ciu – uznał, że ma do tego prawo. W se­zo­nie wra­cał do domu, jed­nak od mo­rza trzy­mał się z da­leka. Wo­lał pra­co­wać w ta­wer­nie u wuja, który w prze­ci­wień­stwie do ojca przy­zwo­icie pła­cił, a poza tym Ma­teo za­wsze do­sta­wał na­piwki.

Te­raz jed­nak po­peł­nił błąd i przy­je­chał na kilka dni w grud­niu. Nie był to jego wy­bór. Sprał pew­nego go­ścia, zresztą ku­zyna swo­jej dziew­czyny, gdy ten po­wie­dział na jej te­mat o kilka słów za dużo. Ona z ja­kie­goś po­wodu wzięła stronę krew­nego, a że krewny miał też in­nych krew­nych, Ma­teo, który był w Za­grze­biu sam jak pa­lec, wo­lał na ja­kiś czas usu­nąć się z wi­doku. No i prze­my­śleć, czy ten zwią­zek w ogóle ma sens. I czy w tym, co opo­wia­dał ku­zyn, nie było przy­pad­kiem na­wet wię­cej niż ziarno prawdy.

– Nie opier­da­lać się! Sieci, kurwa! – wrza­snął oj­ciec ze ste­rówki.

Zo­ran prze­łknął ostatni gryz ka­napki i bez słowa za­jął miej­sce po dru­giej stro­nie wy­cią­garki. Ra­zem z Ma­teo w mil­cze­niu pa­trzyli, jak wcią­gała ko­lejne me­try gru­bej liny, mo­krej i cięż­kiej od sło­nej wody. Zo­ran chwy­tał ją uzbro­jo­nymi w rę­ka­wice ro­bo­cze dłońmi i szar­pał, jakby chciał po­móc ma­szy­nie. Wy­cią­garka za­trzy­mała się na mo­ment. Oj­ciec pod­szedł do bębna, spraw­dził uło­że­nie liny i po­ki­wał z za­do­wo­le­niem głową. Po­now­nie uru­cho­mił ma­szynę i spo­mię­dzy fal wy­ło­nił się ciemny, lśniący me­ta­licz­nie łań­cuch, a za nim wresz­cie zie­lon­kawa sieć ry­backa. Ma­teo i Zo­ran przy­cią­gali ją po­wol­nymi, spo­koj­nymi ru­chami, upew­nia­jąc się, że wszyst­kie ryby i po­zo­stałe mor­skie stwo­rze­nia tra­fią na sam jej ko­niec. Kiedy tak się stało, star­szy z braci dał znak ojcu, żeby za­trzy­mał wy­cią­garkę. Po­tem za­ło­żył blo­kadę na sieć i przy­piął do niej hak od dźwigu.

– Można! – krzyk­nął.

Oj­ciec, kuś­ty­ka­jąc, pod­szedł do ko­lej­nego pa­nelu. Na­ci­snął duży zie­lony przy­cisk i dźwig po­woli uniósł sieć, która te­raz two­rzyła coś po­dob­nego do wiel­kiej sa­kiewki. W jej środku wiły się wielką srebrną masą ryby, kre­wetki, kraby. Po­mię­dzy dwiema do­ra­dami Ma­teo do­strzegł macki ośmior­nicy, ude­rza­jące to w jedną, to w drugą stronę, gdy zwie­rzę de­spe­racko szu­kało drogi ucieczki. Zo­ran kon­tro­lo­wał ruch dźwigu, kiedy ich ry­backi uro­bek prze­su­wał się z wody na po­kład, aż w końcu ude­rzył weń z mięk­kim, nie­przy­jem­nym pla­śnię­ciem. Ryby, przy­naj­mniej te, które jesz­cze żyły, za­częły ener­gicz­niej się po­ru­szać, jakby pod­jęły wła­śnie ostat­nią próbę walki o ży­cie.

– Bie­rzemy się – mruk­nął Zo­ran.

Ma­teo po­pra­wił rę­ka­wice.

– Pa­mię­taj, z nóg, a nie z ple­ców – za­żar­to­wał.

Zo­ran uśmiech­nął się krzywo.

– Na trzy?

– Na trzy – po­twier­dził młod­szy z braci.

Star­szy na­chy­lił się nad sie­cią i roz­wią­zał ją u spodu.

– Trzy.

Kiedy ją pod­nie­śli, u dołu zro­biła się spo­rej wiel­ko­ści dziura, przez którą wy­la­ty­wały ryby i cała reszta po­łowu. Za­zwy­czaj zaj­mo­wało to kil­ka­na­ście, może kil­ka­dzie­siąt se­kund, tym ra­zem jed­nak było ina­czej. Na po­kła­dzie znaj­do­wało się mniej ryb, niż po­winno być, bio­rąc pod uwagę wiel­kość sa­kwy. Cała reszta wciąż tkwiła w środku.

– Co jest?

– Coś tam się za­plą­tało.

Cho­lera, za­klął w my­ślach Ma­teo. Za­sta­na­wiał się przez chwilę, co zła­pali. Może wo­rek ze śmie­ciami, ka­wał dry­fu­ją­cego drewna, ja­kąś bla­chę, która le­żała przez dzie­się­cio­le­cia na dnie, a te­raz po­de­rwał ją prąd mor­ski czy coś w tym stylu. Ta­kie rze­czy się zda­rzały. Rzadko, bo rzadko, ale się zda­rzały. Albo znowu tra­fili na cho­lerne me­duzy. U wy­brzeży Istrii pły­wały ta­kie, które wa­żyły na­wet dzie­sięć ki­lo­gra­mów. Wcze­śniej był z nimi gi­gan­tyczny pro­blem, szcze­gól­nie la­tem, kiedy w sie­ciach ry­bac­kich znaj­do­wano tylko ich obłe ga­la­re­to­wate ciała. Lu­dzie pi­sali wtedy do rządu, pro­sili o wspar­cie i urzą­dzali pro­te­sty, skar­żąc się, że przez cho­lerne me­duzy nie będą mieli co jeść. Ale te­raz był gru­dzień, tem­pe­ra­tura wody spa­dła. Me­duz po­winno być nie­wiele.

– Moc­niej – wark­nął Zo­ran.

Ma­teo po­słu­chał brata. Szar­pali sie­cią w jed­nym ryt­mie, to w lewo, to w prawo. Była tak ciężka, że od wy­siłku omdle­wały mu ra­miona. Nie był pe­wien, ile jesz­cze tak wy­trzyma. Czuł, jak pod ubra­niem, po ple­cach, spły­wają mu strużki potu. Ile tam jest tych me­duz, po­my­ślał ze zło­ścią. Pew­nie kil­ka­na­ście.

– Rzuć­cie to! – Usły­szeli głos ojca.

W pierw­szej chwili nie zro­zu­mieli. W gło­wie szu­miała im krew. Za­ci­skali zęby, cał­ko­wi­cie sku­pieni na walce z sie­cią ry­backą.

– Rzuć­cie to! – po­wtó­rzył oj­ciec.

Ma­teo za­re­ago­wał pierw­szy. Pu­ścił i wes­tchnął z ulgą. Po nim zro­bił to brat. Roz­le­gło się nie­przy­jemne, głu­che pac­nię­cie, kiedy sieć ude­rzyła o mo­kry, po­kryty ry­bami po­kład.

– Cho­lera... – mruk­nął Zo­ran.

Ma­teo od wy­siłku za­krę­ciło się w gło­wie. Kuc­nął, pod­parł dłońmi czoło i przy­mknął po­wieki, cze­ka­jąc, aż mu się po­prawi. Kiedy otwo­rzył oczy, zo­ba­czył le­żące za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów przed nim, za­wi­nięte w ry­backą sieć ludz­kie zwłoki. A wła­ści­wie to, co z nich zo­stało, więk­szość bo­wiem zo­stała wy­żarta do go­łych ko­ści przez ryby i kre­wetki. A także kraby, z któ­rych je­den wła­śnie wę­dro­wał po­mię­dzy kęp­kami wło­sów a trzy­ma­jącą się na reszt­kach skóry szczęką. Ciało było kom­plet­nie ubrane. Koń­czyny zwią­zane srebrną ta­śmą, te­raz na­de­rwaną, pew­nie przez kraby. Wo­kół za­czął się roz­no­sić spe­cy­ficzny za­pach. Jakby smród mar­twych ryb pod­nie­siony do kwa­dratu.

Ma­teo wy­do­był z sie­bie ci­chy krzyk. Po­de­rwał się i za­nim się zo­rien­to­wał, już tkwił prze­wie­szony przez burtę i wy­mio­to­wał do Ad­ria­tyku. Żółć z jego żo­łądka uno­siła się na po­wierzchni fal, two­rząc plamy o po­strzę­pio­nych, nie­rów­nych brze­gach.

Usły­szał, jak oj­ciec kuś­tyka w jego stronę, szu­ra­jąc pro­tezą. Po­czuł jego ciężką dłoń na swoim ra­mie­niu. Stary uści­snął go, wbi­ja­jąc palce w jego mię­śnie. Był to gest bo­le­sny, ale rów­no­cze­śnie pe­łen współ­czu­cia, zro­zu­mie­nia i sym­pa­tii.

– Ja wiem, synu – po­wie­dział, a szorstki za­zwy­czaj głos drżał te­raz od emo­cji. – Ludz­kie ciało... jesz­cze w ta­kim sta­nie... Nie po­winno się ta­kich rze­czy oglą­dać...

Ma­teo po raz ostatni splu­nął żół­cią i z wy­sił­kiem pod­niósł głowę. Miał wra­że­nie, że jego szyja jest sztywna, jakby zmie­niła się w bryłę lodu. Nie miał siły nic mó­wić, dla­tego tylko do­tknął czub­kami pal­ców dłoni ojca. Ten od­po­wie­dział, kle­piąc go po ple­cach, po­tem do­kuś­ty­kał do sieci i wpa­try­wał się po­nuro w mar­twe ciało, które wła­śnie wy­cią­gnęli z mo­rza.

Ma­teo miał kilka chwil, żeby ja­koś dojść do sie­bie. Nie chciał, żeby oj­ciec lub brat zo­rien­to­wali się, że nie wy­mio­to­wał z po­wodu wi­doku mar­twego ciała. Ja­sne, to nie było nic przy­jem­nego. Chło­pak przy­pusz­czał, że bę­dzie mu się to śniło jesz­cze przez kilka ty­go­dni, jak wtedy, w Za­grze­biu, gdy ja­kiś star­szy fa­cet na sku­te­rze po­trą­cił psa. Co prawda Ma­teo na­oglą­dał się w swoim ży­ciu hor­ro­rów, na ekra­nie te­le­wi­zora czy kom­pu­tera wi­dy­wał jesz­cze gor­sze rze­czy. Przy­zwy­czaił się. Dłu­żej zej­dzie, za­nim po­zbę­dzie się z noz­drzy resz­tek tego prze­klę­tego za­pa­chu. Był pe­wien, że ta woń – ryb, kal­ma­rów, mor­skiej soli i ludz­kich zwłok – bę­dzie do niego wra­cała mie­sią­cami w naj­mniej od­po­wied­nich chwi­lach. Ale i z tym so­bie po­ra­dzi. Nie, praw­dziwy po­wód, dla któ­rego jego żo­łą­dek skrę­cił się w su­peł, przed oczami zro­biło się ciemno, a prze­raź­liwe zimno spa­ra­li­żo­wało jego mię­śnie, był inny.

Ma­teo po pro­stu wie­dział, kogo wła­śnie wy­ło­wili.

li­piec 2022

so­bota

2

Ile­kroć Da­ria spo­glą­dała na śpią­cego An­to­sia, jej żo­łą­dek skrę­cał się z nie­po­koju. Dla­tego od­wró­ciła głowę i wy­glą­dała za okno sa­mo­chodu. Wzgó­rza, plamy zie­leni, win­nice, za­nie­dbany, ale ma­low­ni­czy dom na skraju wą­skiej drogi, nie­bie­skie niebo i rów­nie nie­bie­skie mo­rze, słońce, Chor­wa­cja – ład­nie. Po­winna się tym cie­szyć, a ona po pro­stu się bała. Po­ciła się strasz­nie, jej let­nia ko­szula kle­iła się do ple­ców. Nie po­ma­gała na­wet szu­miąca w tle kli­ma­ty­za­cja.

Wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy za­częła so­bie wy­obra­żać, gdy prze­kra­czali cze­sko-au­striacką gra­nicę. Niby cały czas mieli je­chać au­to­stra­dami, więc bez­piecz­nie, ale i tak wy­obraź­nia za­częła jej pod­su­wać ko­lejne ob­razy. Naj­pierw Ma­rek je­dzie za szybko. Po­tem pęka opona. Huk, jakby obok nich wy­bu­chła bomba. A póź­niej wbi­jają się z pręd­ko­ścią po­nad stu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzinę w ba­rierkę ochronną. Zgrzyt zgnia­ta­nego me­talu, pę­ka­jące szkło, po­duszki po­wietrzne. Ich auto zmie­nia się w har­mo­nijkę, kiedy jesz­cze z tyłu ude­rza w nich cię­ża­rówka.

No wła­śnie, cię­ża­rówki! Ko­lejny po­wód do fan­ta­zjo­wa­nia. Ja­kiś kie­rowca do­staje w ka­bi­nie za­wału serca, bo za długo pra­co­wał. Ja­sne, niby mają te ta­cho­me­try, ale wszy­scy na nich oszu­kują. Li­czy się przede wszyst­kim czas, czas i czas. Byle szyb­ciej, byle prę­dzej. Dla­tego ten kie­rowca jest w dro­dze od czter­dzie­stu go­dzin, prze­mie­rza kon­ty­nent z jed­nego krańca na drugi. Trzęsą mu się ręce. Nie za­snął tylko dla­tego, że je­dzie na na­po­jach ener­ge­tycz­nych. Cała pod­łoga w ka­bi­nie za­wa­lona jest pusz­kami po red bul­lach, ti­ge­rach, blac­kach i mon­ste­rach. W ży­łach za­miast krwi pły­nie mu ko­fe­ina, co tłu­ma­czy za­wał. Albo nie! Fa­cet wciąga non stop am­fe­ta­minę! Jego nos jest cały biały, jakby miał twarz w mące. W każ­dym ra­zie w pew­nym mo­men­cie serce od­ma­wia mu po­słu­szeń­stwa. Fa­cet umiera na miej­scu, pada głową na kie­row­nicę, a cię­ża­rówka zjeż­dża na lewy pas. Tam, gdzie oni. Nie mają jak wy­ha­mo­wać, nie udaje im się uciec. Wielki tir wbija się w ich bok, a po­tem prze­bi­jają się przez ba­rierkę mię­dzy pa­sami i pę­dzą na czo­łowe zde­rze­nie!

Te wi­zje przy­cho­dziły i od­cho­dziły, ale też An­toś wtedy nie spał. Czte­ro­latka cały czas trzeba było ja­koś za­ga­dy­wać. Pusz­czała mu bajki na ta­ble­cie, śpie­wali pio­senki, grali w pro­ste gry albo po pro­stu po­ka­zy­wała mu to, co dzieje się za oknem, i opo­wia­dała o kra­jach, przez które prze­jeż­dżali. Nie miała więc czasu, żeby sku­pić się na swo­ich ma­ka­brycz­nych wi­zjach. Było dużo waż­niej­szych rze­czy do zro­bie­nia.

A po­tem prze­je­chali przez Sło­we­nię. Tam Ma­rek się zi­ry­to­wał, bo na­wi­ga­cja źle ich po­pro­wa­dziła. Za­miast je­chać na wy­brzeże Ad­ria­tyku, po­je­chali pro­sto do gra­nicy.

– Bę­dziemy mu­sieli pła­cić za jazdę chor­wac­kimi au­to­stra­dami – po­wie­dział.

– I tak by­śmy mu­sieli – przy­po­mniała mu.

– Ale mniej – mruk­nął zi­ry­to­wany.

Tłu­ma­czył, że mają wi­nietę na wszyst­kie au­to­strady w Sło­we­nii. Kosz­to­wała ich kil­ka­na­ście euro, a te­raz po pro­stu wy­wa­lili je w błoto, bo prze­je­chali pew­nie le­dwo z pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów. I jesz­cze snuł opo­wieść o tym, że wszystko do­brze usta­wił w na­wi­ga­cji i nie wie, dla­czego kom­pu­ter po­pro­wa­dził ich w ten spo­sób. Pew­nie na po­stoju coś się prze­sta­wiło. Da­ria ki­wała głową.

W Chor­wa­cji naj­pierw było pła­sko i nudno, jak na pol­skiej A2, ale po­tem do­je­chali w góry, tak piękne i ma­low­ni­cze, że na mo­ment za­po­mniała o swo­ich mor­der­czych wi­zjach. An­toś też nic nie mó­wił, tylko sze­roko otwar­tymi oczami chło­nął prze­su­wa­jące się za oknami kra­jo­brazy. Po­tem za­częły się tu­nele, które z jed­nej strony były fajne, bo Da­ria z An­to­siem ra­do­śnie krzy­czeli za każ­dym ra­zem, kiedy do ja­kie­goś wjeż­dżali i kiedy z niego wy­jeż­dżali. Z dru­giej jed­nak strony wy­obra­żała so­bie, jak by to było, gdyby z pełną pręd­ko­ścią wbili się w ścianę. I jak wielki ko­rek by po­wstał, gdyby gdzieś na środku utknął pło­nący wrak ich sa­mo­chodu.

Je­chali tak przez kilka go­dzin. Ma­rek na­rze­kał, kiedy oka­zało się, że mu­szą za­pła­cić do­dat­kowo za prze­jazd tu­ne­lem Učka, aż wresz­cie zje­chali z ciągu au­to­strad. Wtedy też An­tek za­snął i wy­obraź­nia Da­rii za­częła pra­co­wać pełną parą, bo te­raz drogi ro­biły się co­raz węż­sze, co­raz bar­dziej kręte i co­raz bar­dziej dziu­rawe. Miała wi­zję ko­li­zji z nie­mal każ­dym sa­mo­cho­dem, który nad­jeż­dżał z na­prze­ciwka, który mi­jali lub który ich wy­prze­dzał. Cza­sami nie po­trze­bo­wała in­nego po­jazdu. Wy­star­czył tylko ostrzej­szy za­kręt i już była pewna, że za­raz z niego wy­lecą, wbiją się w ja­kieś drzewo lub po­lecą w dół urwi­ska.

I to bę­dzie ko­niec. Jej. Bo w każ­dej z tych wi­zji była tylko jedna ofiara śmier­telna – Da­ria. An­toś i Ma­rek za­wsze wy­cho­dzili bez szwanku. Może cza­sami Ma­rek miał drobne za­dra­pa­nia, ja­kieś si­niaki i roz­bite oku­lary, ale to tyle.

To nie było tak, że wy­my­śla­nie tych strasz­nych scen spra­wiało jej przy­jem­ność. Ro­biła wszystko, żeby je od sie­bie ode­gnać. Przy­po­mi­nała so­bie różne trudne sprawy z prak­tyki po­dat­ko­wej, my­ślała nad in­ter­pre­ta­cjami prze­pi­sów, po raz ko­lejny za­sta­na­wiała się, czy na pewno za­mknęła swoje sprawy przed wy­jaz­dem na urlop (i za każ­dym ra­zem od­po­wiedź brzmiała: tak), ale nic to nie da­wało. Same do niej przy­cho­dziły, jedna po dru­giej. Na prze­mian chciało jej się pła­kać i krzy­czeć. Po­wstrzy­my­wało ją przed tym tylko to, że naj­pierw obu­dzi­łaby Antka, a po­tem mu­sia­łaby się wy­tłu­ma­czyć ze swo­jego za­cho­wa­nia Mar­kowi. A nie wie­działa, jak mia­łaby to zro­bić, co wpę­dzało ją w jesz­cze więk­szy po­płoch. Nie była pewna, jak długo tak wy­trzyma.

– Wszystko tam z tyłu w po­rządku? – rzu­cił Ma­rek.

– Tak – skła­mała.

– Po­bla­dłaś.

– To z tego upału.

– Pod­krę­cić klimę?

– Nie. Nie trzeba.

– Może chcesz się za­trzy­mać na chwilę?

Na samą myśl roz­bo­lało ją całe ciało. Z jed­nej strony ma­rzyła o tym, żeby wresz­cie wy­siąść z sa­mo­chodu, ale z dru­giej to tylko prze­dłu­ży­łoby całą po­dróż. A ona chciała, żeby ten kosz­mar wresz­cie się skoń­czył.

– Nie, nie trzeba. Po pro­stu jedźmy.

On jed­nak za­czął zwal­niać. Da­ria po­my­ślała, że Ma­rek w swo­jej do­broci po­sta­no­wił zro­bić po­stój. Za­wsze był bar­dzo opie­kuń­czy. Cza­sami trosz­czył się o nią tak, że ro­biło się to nie­zręczne. Jakby chciał wy­na­gro­dzić jej te wszyst­kie go­dziny, kiedy nie było go w domu, bo roz­krę­cał fun­da­cję. Od­pięła pas (na­tych­miast zo­ba­czyła, jak wy­la­tuje przez przed­nią szybę i ude­rza z głu­chym łup­nię­ciem o as­falt. I znowu Mar­kowi ani An­to­siowi nic się nie stało, na­wet sa­mo­chód był cały, z wy­jąt­kiem szyby, oczy­wi­ście) i wy­chy­liła się w kie­runku męża. Chciała za­pro­te­sto­wać, ka­zać mu przy­śpie­szyć, ale wtedy zo­rien­to­wała się, że Ma­rek na­ci­ska ha­mu­lec z zu­peł­nie in­nego po­wodu.

Droga była strasz­nie wą­ska. Z jed­nej strony wy­ra­stało strome zbo­cze, z dru­giej ka­mienny mu­rek, a za nim za­ro­śla tak gę­ste, że trzeba by się przez nie prze­dzie­rać z ma­czetą. Na pra­wym skraju drogi ja­kaś dziew­czyna pró­bo­wała zła­pać stopa. Miała tro­chę po­nad metr sześć­dzie­siąt i fio­le­towe włosy. Krót­kie spodenki, le­dwo za­kry­wa­jące po­śladki, od­sła­niały opa­lone na brą­zowo nogi, ra­miączka ko­szulki były tak cien­kie, że pra­wie nie­wi­doczne. Ocie­rała spo­cone czoło dło­nią, w któ­rej trzy­mała prze­ciw­sło­neczne oku­lary. Stary, brudny i strasz­li­wie kop­cący biały opel ka­dett wy­mi­nął ją z tru­dem, nie­mal prze­jeż­dża­jąc jej po pal­cach. Ni­czym w tańcu zro­biła ob­rót o sto osiem­dzie­siąt stopni, krzy­cząc coś za kie­rowcą i wy­cią­ga­jąc w jego kie­runku środ­kowy pa­lec. A po­tem ob­ró­ciła się po raz ko­lejny, tak że znowu stała fron­tem do nich. Na ich wi­dok lekko zmarsz­czyła brwi i na­gle, za­nim zdą­żyli obok niej prze­je­chać, wy­sko­czyła na śro­dek drogi, sze­roko roz­kła­da­jąc ra­miona. Ma­rek za­ha­mo­wał gwał­tow­nie.

– Co jest... – mruk­nął pod no­sem, zi­ry­to­wany, ale chyba i lekko prze­stra­szony.

Na­ci­snął klak­son. Sto­jąca kilka me­trów przed nim dziew­czyna naj­pierw się skrzy­wiła, a po­tem prze­wró­ciła de­mon­stra­cyj­nie oczami. Przez chwilę wy­glą­dało to tak, jakby rów­no­cze­śnie ich oce­niała i za­sta­na­wiała się, co zro­bić. Naj­wy­raź­niej jed­nak miała za­miar zejść z drogi i po­zwo­lić im prze­je­chać, ale wtedy do­strze­gła wy­chy­loną do przodu Da­rię. Znowu się uśmiech­nęła, jakby były ko­le­żan­kami z daw­nych lat, które przy­pad­kiem spo­tkały się na bez­lu­dziu. Naj­pierw wy­ko­nała gest ła­pa­nia au­to­stopu, a po­tem zło­żyła obie dło­nie w bła­gal­nym ge­ście i kil­ka­krot­nie lekko się po­chy­liła, niemo pro­sząc o pod­wózkę.

– Co ona wy­ra­bia... – rzu­cił Ma­rek. Chciał znowu na­ci­snąć klak­son, ale Da­ria chwy­ciła go za ra­mię.

– Weźmy ją – po­wie­działa.

Po­my­ślała, że to naj­szyb­szy spo­sób na roz­wią­za­nie tej ab­sur­dal­nej sy­tu­acji. Co waż­niej­sze jed­nak, miała na­dzieję, że obec­ność dziew­czyny po­działa na nią uspo­ka­ja­jąco. Za­miast roz­my­ślać nad ko­lej­nymi sce­na­riu­szami dro­go­wych wy­pad­ków, spró­buje się do­wie­dzieć, kim ona jest i gdzie ją za­wieźć.

– Prze­cież na­wet nie wiemy, kto to!

– Tak działa au­to­stop.

– Wi­dzisz, że to ja­kaś wa­riatka. Nie wia­domo, co jesz­cze strzeli jej do głowy.

– To młoda dziew­czyna, która prosi o pod­wózkę. Waży pew­nie z po­łowę tego co ty. Co ona niby może nam zro­bić?

Ma­rek zer­k­nął w tylne lu­sterko, jakby szu­kał po­mocy u śpią­cego Antka, a po­tem zre­zy­gno­wany kiw­nął głową.

– Jak nam coś ukrad­nie, to bę­dzie na cie­bie – rzu­cił.

– Będę jej pil­no­wać – obie­cała.

Wy­co­fała się na tylne sie­dze­nie, a po­nie­waż Ma­rek się nie ru­szał, opu­ściła szybę. Do środka od razu wpa­dło roz­grzane po­łu­dniowe po­wie­trze. Na mo­ment ode­brało jej od­dech. Da­ria wy­chy­liła się przez okno i po­ma­chała do wciąż sto­ją­cej na dro­dze dziew­czyny.

– Chodź! – rzu­ciła. – Come!

Au­to­sto­po­wiczka prze­krzy­wiła głowę, chyba za­sko­czona, że udało jej się zła­pać pod­wózkę. Pod­bie­gła w ich stronę. Po kilku kro­kach po­tknęła się i na chwilę przy­sta­nęła, by ścią­gnąć z nóg ja­ponki. Ma­rek wy­ko­rzy­stał ten mo­ment, żeby wrzu­cić do schowka le­żący nie­opo­dal skrzyni bie­gów port­fel. Dziew­czyna już na bo­saka, ska­cząc na pal­cach jak ba­le­rina, do­pa­dła do sa­mo­chodu. Otwo­rzyła drzwi od strony pa­sa­żera i w po­śpie­chu wpa­dła do środka, jakby bała się, że spró­bują jej te­raz od­je­chać.

– Tack! – po­wie­działa, kiedy już się umo­ściła. – Dzięki – do­dała po an­giel­sku.

– Gdzie je­dziemy? – za­py­tał Ma­rek.

– Przed sie­bie! – wy­krzyk­nęła i ro­ze­śmiała się per­li­ście.

Mąż od­wró­cił się do Da­rii i rzu­cił jej cięż­kie spoj­rze­nie, jakby chciał w ten spo­sób po­wie­dzieć: patrz, w co nas wpa­ko­wa­łaś. Po­tem wrzu­cił bieg, zwol­nił sprzę­gło, przy­ci­snął pe­dał gazu i sa­mo­chód ru­szył po­woli do przodu.

– Skąd je­ste­ście? – za­py­tała dziew­czyna, krę­cąc się na fo­telu w taki spo­sób, żeby spo­glą­dać to na Da­rię, to na Marka.

Za­nim któ­re­kol­wiek z nich zdą­żyło od­po­wie­dzieć, sa­mo­chód za­czął wy­da­wać z sie­bie pisz­czące dźwięki. Ma­rek po­pa­trzył na de­skę roz­dziel­czą.

– Mu­sisz za­piąć pasy – po­wie­dział do dziew­czyny.

Wy­dęła usta nie­za­do­wo­lona, zro­biła jed­nak to, o co po­pro­sił.

– To skąd je­ste­ście? – po­wtó­rzyła swoje py­ta­nie i za­raz kla­snęła. – Nie, cze­kaj­cie. Sama zgadnę! Niemcy? Rich­tig, ja?

– Nie – od­po­wie­działa po chwili mil­cze­nia Da­ria.

– No ja­sne, że nie. Nie ma­cie tego okrop­nego twar­dego ak­centu. Włosi?

– Też nie Włosi.

– Nie wy­glą­da­cie na Wło­chów. Za ja­śni je­ste­ście. Wiem! Ci, jak oni się na­zy­wają... To słówko... Wę­grzy!

– Nie je­ste­śmy też Wę­grami – po­wie­dział Ma­rek. – Je­ste­śmy...

– Po­la­kami! – do­koń­czyła za niego dziew­czyna. – Od razu prze­cież po was wi­dać!

– Jak to od razu po nas wi­dać? – Da­ria nie po­tra­fiła się po­wstrzy­mać przed za­da­niem tego py­ta­nia.

Usta au­to­sto­po­wiczki roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu, od­sła­nia­jąc rząd rów­nych bia­łych zę­bów. Da­ria przyj­rzała jej się uważ­nie. Te­raz, kiedy sie­działa tuż obok, oka­zało się, że jest jesz­cze ład­niej­sza. Jej twarz zdo­biły drobne piegi, co współ­grało z nie­bie­skim ko­lo­rem oczu. Była szczu­pła i ema­no­wała tym szcze­gól­nym ro­dza­jem za­do­wo­le­nia z sie­bie, któ­rym cie­szą się mło­dzi lu­dzie prze­ży­wa­jący wła­śnie przy­godę swo­jego ży­cia. Da­ria zo­rien­to­wała się, że dziew­czyna nie nosi sta­nika. Kiedy wsia­dła do sa­mo­chodu, a na­wiew z kli­ma­ty­za­cji skie­ro­wany był pro­sto na klatkę pier­siową, stało się to, co mu­siało się stać – jej sutki stward­niały jak dwa ka­mie­nie. I były do­sko­nale wi­doczne pod cien­kim ma­te­ria­łem ko­szulki. Da­ria po­czuła, jak robi jej się go­rąco od spe­cy­ficz­nej mie­sza­niny za­zdro­ści i nie­za­do­wo­le­nia. Lu­biła swoje piersi i uwa­żała, że wy­glą­dają na­prawdę do­brze, ale były to piersi ko­biety, która wy­kar­miła dziecko. Jej sutki miały już inny kształt i wiel­kość, prze­stały być drobne, dziew­częce, ona jed­nak ak­cep­to­wała swoje ciało i to, jak zmie­niło się w ostat­nich la­tach. Za­zdrość brała się stąd, że za­uwa­żyła, jak Ma­rek zerka na ich to­wa­rzyszkę. Bo prze­cież on wi­dział to samo co Da­ria. Nie­za­do­wo­le­nie zaś wy­ni­kało z tego, że na­wet nie mo­gła się na niego za to zło­ścić. Sama na­le­gała, żeby za­brali tę dziew­czynę.

Tym­cza­sem au­to­sto­po­wiczka po­ło­żyła stopy na de­sce i po­stu­kała du­żym pal­cem (pa­znok­cie oczy­wi­ście miała po­ma­lo­wane) w na­klejkę na przed­niej szy­bie.

– Ma­cie tu­taj swoją flagę – wy­ja­śniła.

Da­ria aż się za­czer­wie­niła. Wy­glą­dało na to, że wy­szła na idiotkę.

– A ty skąd je­steś? – za­py­tał Ma­rek.

Po­my­ślała z iry­ta­cją, że wy­star­czą dwa sto­jące dziew­częce sutki i jej mąż od razu robi się dużo bar­dziej to­wa­rzy­ski.

– Szwe­cja – wy­ja­śniła dziew­czyna. – Sztok­holm.

– Nie wie­dzia­łem, że Szwe­dzi też tu­taj przy­jeż­dżają.

– Och! Jeź­dzimy wszę­dzie. By­leby było cie­pło! I żeby było słońce!

Dziew­czyna prze­cią­gnęła się, od­sła­nia­jąc przy tym pę­pek i ka­wał opa­lo­nego, umię­śnio­nego brzu­cha z mi­ni­malną ilo­ścią tkanki tłusz­czo­wej. Wy­dała przy tym dłu­gie, ci­che wes­tchnie­nie, jakby do­piero co wstała z łóżka.

– A wy na długo? – za­py­tała.

– Na ty­dzień – od­po­wie­działa Da­ria.

– To krótko! – zdzi­wiła się au­to­sto­po­wiczka. – Le­dwo zdą­ży­cie się roz­pa­ko­wać i już trzeba bę­dzie wra­cać!

– No tak wy­szło – po­wie­dział pół­gęb­kiem Ma­rek.

Na­gle prze­stał zer­kać na sie­dzącą obok dziew­czynę i sku­pił się cał­ko­wi­cie na dro­dze. Da­rii się to spodo­bało, po­sta­no­wiła więc po­cią­gnąć te­mat.

– A ty? Ile już tu­taj je­steś?

– Za długo.

– Przy­je­cha­łaś sama czy z przy­ja­ciółmi? – za­py­tała Da­ria, cho­ciaż od­po­wiedź była oczy­wi­sta. Przy­je­chali tu­taj pew­nie całą zgrają. Wszy­scy piękni, mło­dzi, z do­brych do­mów, z kie­sze­niami wy­pcha­nymi euro (cho­ciaż nie, w Szwe­cji chyba cią­gle mieli ko­rony). Wy­na­jęli so­bie ja­kąś wy­pa­sioną willę albo sie­dzą na polu na­mio­to­wym, bo nie­wiele im prze­cież po­trzeba. Cho­dzą na plażę, piją wino, ły­kają różne ta­bletki, dużo się ba­wią i mało śpią.

– Z mę­żem – od­po­wie­działa dziew­czyna i po­ma­chała przed twa­rzą za­sko­czo­nej Da­rii. Na ser­decz­nym palcu znaj­do­wała się złota ob­rączka, a pod nią pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy z lśnią­cym bry­lan­tem. Na oko trzy razy więk­szym od tego, który no­siła Da­ria.

Droga, wciąż tro­chę się wi­jąc, wio­dła wzdłuż wy­brzeża. Krzaki ustą­piły miej­sca gę­stemu la­sowi, choć co pe­wien czas dało się do­strzec błę­kitne mo­rze, a da­lej, po dru­giej stro­nie cie­śniny, wy­so­kie brzegi wy­spy Cres.

– Mo­że­cie mnie po­czę­sto­wać pa­pie­ro­sem? – za­py­tała Szwedka, rów­no­cze­śnie otwie­ra­jąc scho­wek sa­mo­cho­dowy. Auto wła­śnie w tym mo­men­cie pod­sko­czyło na wy­boju, a ze środka wy­le­ciał naj­pierw port­fel, po­tem paczka chu­s­te­czek, dłu­go­pis i dwa splą­tane ka­ble od ła­do­wa­rek.

– Jej! Prze­pra­szam!

Na­chy­liła się, za­częła zbie­rać rze­czy z pod­łogi i pa­ko­wać je z po­wro­tem do schowka. Po­śpiesz­nie go za­mknęła.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzyła. – My­śla­łam, że tam trzy­ma­cie pa­pie­rosy.

– Nie pa­limy – po­wie­działa Da­ria.

– Prze­pra­szam! By­łam pewna, że on... – Nie­pew­nie wska­zała na Marka. – Sorry, nie wiem, jak masz na imię.

– Ma­rek.

– No więc że Ma­rek po­ka­zał mi na scho­wek.

– Nie po­ka­zy­wa­łem na scho­wek.

– Ale zro­bi­łeś taki ruch...

– Re­du­ko­wa­łem bieg.

– Aha... No tak... Bo to ręczna skrzy­nia, tak?

– Tak.

– My mamy au­to­mat.

– No my nie.

– My­śla­łam, że po­ka­zu­jesz na scho­wek. Że tam są pa­pie­rosy... – Dziew­czyna prze­rwała na mo­ment. – Ja też nie palę – oznaj­miła nie­ocze­ki­wa­nie po kilku se­kun­dach. – Cza­sami mam ochotę, jak te­raz. Wtedy za­palę. Ale nor­mal­nie to nie. Mąż mi za­bro­nił. Ma tro­chę świra na tym punk­cie. Je­śli kie­dyś go spo­tka­cie, to nie mów­cie, że pro­si­łam was o fajkę.

– Nie po­wiemy – obie­cała Da­ria.

Przed nimi po­ja­wiła się ta­blica z na­zwą miej­sco­wo­ści, za­raz za nią po­ka­zały się pierw­sze domy, a na jezdni progi zwal­nia­jące.

– My mamy apar­ta­ment tu­taj, więc za­raz bę­dziemy mu­sieli cię wy­sa­dzić – po­wie­dział Ma­rek.

– Spoko. Też tu­taj miesz­kam – ucie­szyła się Szwedka. – To może zo­ba­czymy się kie­dyś na plaży!

– Może – po­wie­działa Da­ria, nie do końca pewna, czy by­łaby za­do­wo­lona z ta­kiego spo­tka­nia.

– Gdzie cię wy­rzu­cić? – za­py­tał Ma­rek.

– Jedź­cie jesz­cze, jedź­cie!

No to je­chali. Spo­koj­nie, góra trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na go­dzinę, nie tylko ze względu na progi zwal­nia­jące. Ma­rek roz­glą­dał się na boki, szu­ka­jąc wy­na­ję­tego przez nich apar­ta­mentu. Samo mia­steczko było nie­wiel­kie. Nie­mal wszyst­kie domy po­sta­wiono wzdłuż drogi. Więk­szość z nich wy­glą­dała na nową lub przy­naj­mniej nie­dawno od­no­wioną. Do tego zie­lone traw­niki, białe ściany i drew­niane okien­nice, a w kilku ogro­dach palmy. Prze­je­chali też obok paru do­piero bu­do­wa­nych bu­dyn­ków, nikt tam jed­nak nie pra­co­wał. Na pla­cach stały tylko be­to­niarki, pi­ra­midy ce­gieł i worki ce­mentu. Zresztą całe mia­steczko spra­wiało wra­że­nie opusz­czo­nego. Nikt nie spa­ce­ro­wał. Cho­ciaż ra­czej nie miał gdzie, bo nie było chod­nika. Nikt nie od­po­czy­wał w cie­niu drzew ani nie plu­skał się w ogro­do­wych ba­se­nach. Z ży­wych stwo­rzeń Da­ria za­uwa­żyła tylko brą­zo­wego, za­do­wo­lo­nego z sie­bie kota, który wy­grze­wał się na be­to­no­wym pod­jeź­dzie.

– Pra­wie je­ste­śmy – oznaj­mił po pol­sku Ma­rek. – To chyba tu­taj.

Skrę­cił w lewo, w stronę mo­rza, w drogę z oby­dwu stron ogra­ni­czoną ka­mien­nymi mur­kami i tak wą­ską, że Da­ria mo­dliła się, żeby nikt nie je­chał z na­prze­ciwka, bo nie bę­dzie jak się wy­mi­nąć. Po le­dwo trzy­dzie­stu me­trach do­tarli do że­liw­nej bramy. Na słupku przy­bito nie­bie­ską la­mi­no­waną ta­bliczkę z na­pi­sem „Apart­man” i czte­rema gwiazd­kami pod spodem.

– Wy tu­taj? – za­py­tała Szwedka.

Ma­rek kiw­nął głową.

– Su­per! Bo ja też! Po­cze­kaj­cie, po­mogę wam!

Otwo­rzyła drzwi i wy­sko­czyła z sa­mo­chodu. Schy­liła się, żeby za­brać swoje san­dały, a po­tem pod­bie­gła do bramy. Chwilę si­ło­wała się z zam­kiem, ale w końcu ry­giel ustą­pił i otwo­rzyła im sze­roko wjazd. Za­ma­chała trzy­ma­nymi w dło­niach ja­pon­kami, uda­jąc kon­tro­lera ru­chu na lot­ni­sku. Kiedy prze­je­chali, po­pę­dziła za nimi, żeby po kilku kro­kach skrę­cić w bok, na schody wio­dące w górę. Do­piero tam się za­trzy­mała i po­ma­chała im na po­że­gna­nie.

Po­se­sja była na tyle duża, że mie­ściły się na jej te­re­nie trzy domy. Pierw­szy znaj­do­wał się na sa­mej gó­rze, w rogu. Pro­wa­dziła do niego wą­ska ścieżka uło­żona z be­to­no­wych płyt. Był naj­mniej re­pre­zen­ta­tywny. Biała farba mocno po­sza­rzała, okna po­trze­bo­wały czysz­cze­nia, pod ścia­nami le­żały lu­zem na­rzę­dzia ogrod­ni­cze. Drugi bu­dy­nek, do któ­rego wła­śnie zmie­rzała Szwedka, albo zo­stał nie­dawno zbu­do­wany, albo przy­naj­mniej so­lid­nie od­no­wiony. Jed­no­pię­trowa willa o ścia­nach z sza­rego ka­mie­nia, z da­chem z czer­wo­nych da­chó­wek, na któ­rym po­sta­wiono kilka sło­necz­nych pa­neli, miała duży ta­ras z pa­ra­so­lami chro­nią­cymi przed słoń­cem i ze­sta­wem me­bli ogro­do­wych. Tam, na drew­nia­nym fo­telu, wpa­trzony w ekran kom­pu­tera, pa­lił cy­garo si­wo­włosy męż­czy­zna w prze­ciw­sło­necz­nych oku­la­rach i bia­łej lnia­nej ko­szuli. Szwedka pod­bie­gła do niego, oto­czyła ra­mio­nami i po­ca­ło­wała mocno w po­li­czek.

Da­lej te­ren szedł lek­kim spad­kiem w dół, ku wbu­do­wa­nym w zbo­cze trzem ga­ra­żom, par­kin­gowi i wresz­cie ostat­niemu do­mowi. Także jed­no­pię­tro­wemu. Praw­do­po­dob­nie był to prze­bu­do­wany bu­dy­nek go­spo­dar­czy, ale ładny, za­dbany. Przy­go­to­wany pod przy­ję­cie go­ści. On rów­nież po­sia­dał ta­ras, ale ze zwy­czaj­nymi pla­sti­ko­wymi me­blami.

Po­mię­dzy bu­dyn­kami ro­sła trawa, te­raz pra­co­wi­cie pod­le­wana przez trzy zra­sza­cze, a także kilka ni­skich palm i przy­cię­tych krze­wów.

Ma­rek za­par­ko­wał pod trze­cim z do­mów. Wy­łą­czył sil­nik, wes­tchnął z ulgą i ob­ró­cił się do Da­rii.

– Je­ste­śmy – po­wie­dział z uśmie­chem.

– Je­ste­śmy – po­wtó­rzyła za nim i także się uśmiech­nęła.

Po­chy­liła się do niego, on do niej i po­ca­ło­wali się. De­li­kat­nie i ostroż­nie. Po­my­ślała, że Ma­rek sma­kuje zmę­cze­niem, kawą i gumą do żu­cia.

– Po­szu­kam ko­goś, kto nam otwo­rzy.

– A ja obu­dzę An­to­sia.

Cmok­nął ją jesz­cze raz, po­śpiesz­nie i nie­zdar­nie, po czym wy­siadł z sa­mo­chodu. Da­ria na­to­miast za­jęła się sy­nem. Tro­chę bała się go ru­szać. Po prze­bu­dze­niu by­wał ma­rudny i czę­sto wpa­dał w płacz, a po­tem trudno go było uspo­koić. Naj­chęt­niej po pro­stu prze­nio­słaby go do łóżka i po­cze­kała, aż sam się obu­dzi, ale nie mieli jesz­cze klu­czy. W au­cie też nie chciała go zo­sta­wiać, bo wy­star­czyła chwila bez włą­czo­nej kli­ma­ty­za­cji i już za­czy­nało się ro­bić nie­przy­jem­nie duszno i parno. Na­wet przy otwar­tych drzwiach już po kilku mi­nu­tach byłby cały czer­wony i spo­cony.

Po­gła­skała syna po po­liczku. Po raz ko­lejny zdu­miała się, jak miękką i de­li­katną ma skórę. Po­my­ślała, że mo­głaby ca­łymi dniami po pro­stu go gła­dzić i się do niego przy­tu­lać. An­tek za­czął się wier­cić w fo­te­liku. Da­ria na mo­ment wstrzy­mała od­dech. Chło­piec otwo­rzył oczy, za­miast jed­nak zwy­cza­jo­wego gry­masu na jego twa­rzy po­ja­wił się sze­roki uśmiech.

– Je­ste­śmy? – za­py­tał.

– Je­ste­śmy – po­twier­dziła.

– Tata?

– Po­szedł po­szu­kać ko­goś, kto nam otwo­rzy drzwi.

– Aha.

Czte­ro­la­tek przy­jął to jako coś oczy­wi­stego i zwy­czaj­nego. Ziew­nął i prze­cią­gnął się. Da­ria roz­pięła mu pasy.

– Po­cze­kaj. Wy­cią­gnę cię.

Wy­sia­dła z sa­mo­chodu. Na ta­ra­sie domu po­wy­żej, opie­ra­jąc się o ka­mienny mu­rek, stał si­wo­włosy męż­czy­zna z cy­ga­rem. Przy­glą­dał się Da­rii i ich sa­mo­cho­dowi. Nie po­tra­fiła oce­nić, ile ma lat. Po­nad pięć­dzie­siąt? Sześć­dzie­siąt? Czy to on był mę­żem tej Szwedki, którą pod­wieźli? Tro­chę nie mie­ściło jej się to w gło­wie. Wy­glą­dał ra­czej na ojca tej dziew­czyny, ale ona nie wspo­mi­nała, że przy­je­chała tu z kimś jesz­cze. Da­ria ro­zu­miała, że są pary, u któ­rych róż­nica wieku jest dość spora. Nie miała nic prze­ciwko temu, jed­nak uj­rze­nie tego na wła­sne oczy spra­wiło, że zro­biło jej się dziw­nie.

– Mamo!

To nie moja sprawa, po­my­ślała. Obe­szła sa­mo­chód, na­chy­liła się do syna i po­mo­gła mu wy­siąść. Kiedy tylko sta­nął na pod­jeź­dzie, jego ma­lut­kim cia­łem wstrzą­snął dreszcz.

– Chce ci się siu­siu? – za­py­tała.

– Chce – po­twier­dził.

Ro­zej­rzała się do­okoła, ale ni­g­dzie nie wi­działa Marka. Wzięła Antka za rączkę i po­pro­wa­dziła go pod jedną z palm. Po­mo­gła mu ścią­gnąć spodnie i asy­sto­wała, kiedy si­kał. Zer­k­nęła przez ra­mię. Męż­czy­zna z cy­ga­rem cią­gle stał na ta­ra­sie. Cią­gle im się przy­pa­try­wał. Po­czuła się nie­swojo.

– Skoń­czy­łeś? – za­py­tała.

An­tek przy­tak­nął i pod­cią­gnął spodnie.

– Jaki ładny chło­piec. – Usły­szała ko­biecy głos, mó­wiący po an­giel­sku.

Od­wró­ciła się. Zo­ba­czyła, jak ścieżką z góry idzie w jej stronę star­sza Chor­watka, a za nią Ma­rek. Ko­bieta trzy­mała w dłoni pęk klu­czy, które dźwię­czały przy każ­dym jej kroku.

– Już was wpusz­czam! Już was wpusz­czam! – po­wta­rzała na prze­mian ze sło­wami: „Jaki śliczny chło­piec, jaki śliczny chło­piec”.

3

Chor­watka, ich go­spo­dyni, miała na imię Ma­rija i An­tek jej nie po­lu­bił. Ko­bieta nie­mal rzu­ciła się na chłopca. Wy­ści­skała go, wy­gła­skała i wy­ca­ło­wała, cały czas po­wta­rza­jąc, jaki jest ładny, grzeczny i cu­downy. An­tek lu­bił tu­lić się do Da­rii, cza­sami do Marka, ale już nie za­wsze do dziad­ków, a co do­piero ob­cych lu­dzi. Da­ria wi­działa, jak jej syn się krzywi, w jego oczach po­ja­wia się nie­po­kój, a ką­ciki ust za­czy­nają nie­bez­piecz­nie drżeć. Chciała mu ja­koś po­móc, od­go­nić tę pa­skudną ko­bietę, która tar­mo­siła go i ści­skała, jakby był plu­szową za­bawką, ale spa­ra­li­żo­wała ją bez­po­śred­niość go­spo­dyni i ja­ki­kol­wiek brak za­ha­mo­wań. Poza tym od razu przy­po­mniała so­bie, że prze­cież wy­naj­mują od niej dom, a głu­pio by było za­cząć wa­ka­cje od wiel­kiej awan­tury. No i pew­nie wię­cej jej nie zo­ba­czą, a An­tek za­raz za­po­mni o tym nie­mi­łym in­cy­den­cie.

W końcu ko­bieta za­pro­wa­dziła ich do domu po­dzie­lo­nego na dwa apar­ta­menty. Ten na gó­rze prze­zna­czony był dla Anki i Pio­tra, któ­rzy nie przy­je­chali, co Da­ria i Ma­rek wy­ja­śnili do­kład­nie wła­ści­cielce – jak się oka­zało, nie­po­trzeb­nie, gdyż do­sko­nale znała sy­tu­ację. Zmar­no­wali więc po pro­stu kilka mi­nut. Przez chwilę za­sta­na­wiali się, czy nie za­mie­nić miesz­kań i nie wziąć tego na gó­rze, ale uznali, że le­piej im bę­dzie na dole. Na pię­tro wcho­dziło się po ze­wnętrz­nych scho­dach, dość stro­mych. Bali się, że An­tek coś so­bie tam zrobi. Nie upil­nują go przez se­kundę i spad­nie.

Apar­ta­ment po­dzie­lono na sa­lon z kuch­nią, gdzie na ścia­nie wi­siał nie­wielki pła­ski te­le­wi­zor, dwie sy­pial­nie i ła­zienkę z prysz­ni­cem. Łącz­nie miał tro­chę po­nad czter­dzie­ści me­trów po­wierzchni. Ładny, schludny, po­ma­lo­wany na ra­do­sne, cie­płe ko­lory i ozdo­biony kwia­to­wymi wzo­rami. Sprzęty wy­glą­dały na nowe, nie miały wię­cej niż dwa, trzy lata. W miesz­ka­niu była na­wet kli­ma­ty­za­cja.

Chor­watka wy­ja­śniła im, jak wszystko działa.

– Na plażę ma­cie nie­da­leko – mó­wiła. – Wy­star­czy, że za bramą skrę­ci­cie w lewo. Tam jest ścieżka przez las i za parę mi­nut wyj­dzie­cie pro­sto na plażę. Sklep jest w głębi wio­ski, ale działa tylko do czter­na­stej. Trzeba się śpie­szyć. Jak wyj­dzie­cie na główną drogę, po dru­giej stro­nie ulicy bę­dzie ta­werna. Tam mo­że­cie zjeść, a wie­czo­rami grają mu­zykę.

– My ra­czej z tych, któ­rzy nie cho­dzą na dys­ko­teki – po­wie­działa Da­ria. – Małe dziecko, sama pani ro­zu­mie.

Chor­watka spoj­rzała na nią, jakby jed­nak nie zro­zu­miała. Da­ria przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy nie po­winna po­wtó­rzyć tego sa­mego po nie­miecku, ale nie była pewna, czy so­bie po­ra­dzi. Nie pa­mię­tała, kiedy po raz ostatni roz­ma­wiała z kimś w tym ję­zyku. Uży­wała go rzadko i ra­czej bier­nie.

– Ale tam można prze­cież przyjść z dziec­kiem – po­wie­działa Ma­rija.

Dała im kom­plet klu­czy, a po­tem po­pro­siła o do­ku­menty i re­zer­wa­cję. Da­ria po­szła do sa­mo­chodu, gdzie w to­rebce miała pasz­porty. Chor­wa­cja niby była w Unii Eu­ro­pej­skiej i żeby do niej wje­chać, wy­star­czyły do­wody oso­bi­ste, ale i tak mu­sieli wy­ro­bić pasz­port dla Antka. Na wszelki wy­pa­dek wzięli też swoje. Gdy wrę­czyła go­spo­dyni do­ku­menty, ta po­dzię­ko­wała i po­wie­działa, że za chwilę wróci, a Ma­rek wy­szedł ra­zem z nią, żeby przy­pil­no­wać ostat­nich for­mal­no­ści. Da­ria raz jesz­cze obej­rzała z Ant­kiem cały apar­ta­ment. Chło­piec był pod­eks­cy­to­wany i roz­pie­rała go ener­gia. Wdra­pał się na jedno z łó­żek, sze­ro­kie, po­dwójne, i za­czął na nim pod­ska­ki­wać. Ob­ser­wo­wała go z uśmie­chem, rów­no­cze­śnie czujna i na­pięta, go­towa rzu­cić mu się z po­mocą, gdyby przy­pad­kiem spadł.

Ma­rek wró­cił po kilku mi­nu­tach. Zo­sta­wił pasz­porty na bla­cie ku­chen­nego stołu, na­lał so­bie szklankę wody pro­sto z kranu i wy­pił ją dusz­kiem.

– To chyba będę nas roz­pa­ko­wy­wać? – po­wie­dział po chwili.

– Po­mogę ci.

– A An­tek?

– Pój­dzie z nami.

– Wo­lał­bym, żeby nie pa­łę­tał mi się pod no­gami. Przy­pil­nuj go, a ja raz-dwa wszystko przy­niosę.

Kiw­nęła głową na znak, że się zga­dza. Ma­rek przy­tu­lił ją szybko i po­ca­ło­wał w czu­bek głowy, po czym za­czął no­sić ba­gaże. Po­my­ślała, że nie mają ich aż tak dużo. Dwie spore wa­lizki i jedna spor­towa torba. Siatka z za­baw­kami na plażę. Ple­cak z przy­tu­lan­kami dla Antka. No i torba z żar­ciem. Więk­szość ku­pili w Pol­sce. Ma­ka­rony, ryż, zgrzewkę wody i dwa dwu­li­trowe soki. Po dro­dze co prawda, już w Chor­wa­cji, za­trzy­mali się w jed­nym z su­per­mar­ke­tów. Chcieli ku­pić wino. Uznali, że tu­taj bę­dzie tań­sze niż w Pol­sce, i się za­wie­dli. Ceny oka­zały się zbli­żone albo wyż­sze, ale i tak ku­pili cztery bu­telki, cho­ciaż Da­ria nie była pewna, czy da­dzą radę je wszyst­kie wy­pić. An­tek był słod­kim dziec­kiem, bar­dzo grzecz­nym, jed­nak jak każdy czte­ro­la­tek po­tra­fił dać w kość. Nie zdzi­wi­łaby się wcale, gdyby się oka­zało, że wie­czo­rami za­miast sie­dzieć na ta­ra­sie, czy­tać książki i po­pi­jać wino, będą pa­dać jak kłody.

Wkrótce wszyst­kie ba­gaże zna­la­zły się już w środku, ale Ma­rek stał jesz­cze przy sa­mo­cho­dzie. Pa­trzył w stronę ka­mien­nej willi. Da­ria zbli­żyła się do ku­chen­nego okna, które wy­cho­dziło na po­dwó­rze, i też zer­k­nęła w tamtą stronę. Na ta­ra­sie nie było już si­wego męż­czy­zny z cy­ga­rem. Po­ja­wiła się za to Szwedka, w sa­mym stroju ką­pie­lo­wym. Jak na gust Da­rii zbyt ską­pym, bo le­dwo za­sła­niał jej piersi i ty­łek. Ale te­raz chyba tylko ta­kie się ro­biło. Sama przed wy­jaz­dem cho­dziła przez pra­wie dwie go­dziny po skle­pach, szu­ka­jąc ko­stiumu, w któ­rym nie czu­łaby się naga. Au­to­sto­po­wiczka spa­ce­ro­wała po ta­ra­sie, raz czy drugi po coś się schy­liła i wszystko to ro­biła w taki spo­sób, jakby chciała się upew­nić, że Ma­rek może jej się do­brze przyj­rzeć.

– Dziwna ta dziew­czyna. – Da­ria usły­szała obok sie­bie głos męża. Za­pa­trzona w Szwedkę, nie za­uwa­żyła, kiedy wró­cił do domu.

– Która?

– Ta, którą ka­za­łaś mi pod­wieźć. I naj­wy­raź­niej fak­tycz­nie mieszka tu­taj obok. Pech.

– Pech?

– No pech. Szcze­rze mó­wiąc, nie miał­bym nic prze­ciwko, żeby już wię­cej jej nie spo­tkać.

Da­ria zmarsz­czyła brwi. Wsłu­chi­wała się w słowa męża, a na­wet bar­dziej w barwę jego głosu, szu­ka­jąc w niej ja­kie­go­kol­wiek śladu fał­szu.

– Prze­cież nic nie zro­biła.

Ma­rek wzru­szył ra­mio­nami.

– No nie wiem. Ja­koś nie przy­pa­dła mi do gu­stu. Jest... – za­wa­hał się, szu­ka­jąc w gło­wie od­po­wied­niego słowa – za bar­dzo.

– Co to zna­czy?

– Za gło­śna, zbyt ener­giczna, za dużo mówi. I wska­kuje lu­dziom przed ma­skę.

– Po­trze­bo­wała pod­wózki.

– Do mia­steczka nie było wcale tak da­leko.

– No ale jed­nak ka­wa­łek. Iść tyle w taki upał! Wy­obra­żasz to so­bie? Do tego na­wet nie miała wody. Ani żad­nego ka­pe­lu­sza.

– To mo­gła o tym po­my­śleć.

– Może za­po­mniała?

– Czemu w ogóle ją bro­nisz? – za­py­tał Ma­rek.

Da­ria za­mil­kła. Nie po­tra­fiła od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie.

– Nie wiem, co ona w ogóle ro­biła na tej dro­dze – mruk­nął, prze­cho­dząc obok. – Pójdę wziąć prysz­nic! – rzu­cił jesz­cze, ścią­ga­jąc ko­szulkę, po czym znik­nął w sy­pialni.

Sły­szała, jak chwilę roz­ma­wia o czymś z Ant­kiem, a po­tem idzie do ła­zienki i prze­kręca za­mek. Ona wró­ciła do okna. Na ta­ra­sie ni­kogo już nie było.

Spraw­dziła, co u syna. Sie­dział w sy­pialni i roz­pa­ko­wy­wał swój ple­cak. Wy­rzu­cał z niego za­bawki i ksią­żeczki, które przy­wiózł. Grzecz­nie sam się ba­wił, więc cho­ciaż ro­bił ba­ła­gan, zo­sta­wiła go w spo­koju.

Po­de­szła do drzwi ła­zienki. Przy­ci­snęła do nich ucho. Sły­szała tylko do­cho­dzący stam­tąd jed­no­stajny szum prysz­nica. Po­my­ślała, że Ma­rek dość długo się myje. Za­zwy­czaj zaj­mo­wało mu to mi­nutę, może dwie. Za­sta­na­wiała się, czy te­raz przy­pad­kiem się tam nie ma­stur­buje. A je­śli tak, to czy my­śli wła­śnie o mło­dej Szwedce o fio­le­to­wych wło­sach.

Po­trzą­snęła głową, zła na samą sie­bie. Więk­szość drogi spę­dziła na fan­ta­zjo­wa­niu o ma­sa­krycz­nych wy­pad­kach sa­mo­cho­do­wych, a te­raz prze­rzu­ciła się na wy­obra­ża­nie so­bie, że jej mąż wali ko­nia pod prysz­ni­cem, wspo­mi­na­jąc dziew­czynę, z którą spę­dzili le­dwo kilka mi­nut i któ­rej, we­dług jego wła­snych słów, na­wet nie lubi.

Po­ża­ło­wała, że Ania z nimi nie przy­je­chała. Przy­naj­mniej mia­łaby z kim po­roz­ma­wiać i czu­łaby się zu­peł­nie ina­czej – by­łaby dużo spo­koj­niej­sza i w o wiele lep­szym hu­mo­rze. Cho­ciaż te­raz też nie miała prze­cież po­wo­dów do na­rze­ka­nia. Po­mimo jej wszyst­kich wi­zji przy­je­chali cali i zdrowi na wy­ma­rzony od­po­czy­nek do Chor­wa­cji. Miała obok sie­bie uko­cha­nego męża i wy­ma­rzo­nego syna. Czego mo­gła chcieć wię­cej?

Bała się za­sta­na­wiać nad od­po­wie­dzią na to py­ta­nie, więc za­brała się do roz­pa­ko­wy­wa­nia wa­li­zek.

4

Ma­rek spę­dził pod prysz­ni­cem po­nad kwa­drans. Dużo wię­cej, niż po­trze­bo­wał i do my­cia, i do zro­bie­nia so­bie do­brze. Kiedy wresz­cie wy­szedł z ła­zienki z ręcz­ni­kiem prze­wie­szo­nym na wy­so­ko­ści bio­der i mo­krymi wło­sami, wy­glą­dał na zmę­czo­nego i zdez­o­rien­to­wa­nego. Po­szedł do ich sy­pialni i po pro­stu tam stał, wpa­tru­jąc się w łóżko.

Da­ria w mię­dzy­cza­sie przy­go­to­wała Ant­kowi zupę ze sło­ika, którą go­to­wała na szybko w Pol­sce po­przed­niego dnia. Chło­piec był głodny. Od razu, bez na­ma­wia­nia chwy­cił za łyżkę, więc zo­sta­wiła go przy stole i po­szła do męża.

– Wszystko w po­rządku? – za­py­tała.

Ma­rek drgnął, jakby się prze­stra­szył, a po­tem po­tarł czoło.

– Tak. Prze­pra­szam. Za­wie­si­łem się.

– Te­raz czy w ła­zience?

– I tu, i tu – wy­znał szcze­rze, a po­tem z wes­tchnie­niem usiadł na łóżku. – Prze­pra­szam, do­pa­dło mnie po dro­dze. Je­stem pad­nięty.

– Zro­bić ci coś do je­dze­nia?

– Nie. Dzięki. Ale mu­szę się po­ło­żyć. Kim­nąć na go­dzinę lub dwie, do­brze?

Da­ria po­gła­skała go po ra­mie­niu. Wstali w środku nocy i je­chali przez kil­ka­na­ście go­dzin z krót­kimi prze­rwami. Przez cały ten czas Ma­rek sie­dział za kie­row­nicą.

– W ta­kim ra­zie we­zmę Antka na plażę. Bę­dziesz mieć ci­szę i spo­kój.

Ma­rek zro­bił zmar­twioną minę.

– Chcia­łem iść z wami. Wiesz, być tam, kiedy po raz pierw­szy zo­ba­czy Ad­ria­tyk.

– No ale ja mu­szę coś z nim zro­bić – od­po­wie­działa. – Nie będę z nim sie­działa w domu przez dwie go­dziny, kiedy ty bę­dziesz spać.

Męż­czy­zna po­dra­pał się po gło­wie.

– Ja­sne – mruk­nął, a po­tem ro­zej­rzał się bez­rad­nie do­okoła. – Gdzie jest moja wa­lizka?

– Z po­wro­tem w sa­mo­cho­dzie. A rze­czy masz w sza­fie.

– Kiedy ty to zdą­ży­łaś zro­bić? Aż tak długo mnie nie było? – za­py­tał z uśmie­chem.

– Dość długo.

Chciała odejść, ale Ma­rek chwy­cił ją za prze­gub dłoni i przy­cią­gnął do sie­bie. Przy­tu­lił się mo­krą głową do jej brzu­cha.

– Ład­nie pach­niesz – po­wie­dział.

– W tym mo­men­cie to praw­do­po­dob­nie mie­szanka potu i od­świe­ża­cza sa­mo­cho­do­wego.

– Fan­ta­styczna mie­szanka. Mu­sisz uży­wać jej czę­ściej.

– Za­bie­raj mnie czę­ściej do Chor­wa­cji.

Ro­ze­śmiał się.

– Mamy deal.

Po­zwo­liła mu się jesz­cze przez chwilę przy­tu­lać, a po­tem po­wie­działa, że musi wra­cać do An­to­sia. Wy­pu­ścił ją nie­chęt­nie. Gdy wró­ciła do kuchni, An­tek koń­czył już jeść. Oczy­wi­ście, część zupy udało mu się roz­lać, ale i tak mniej niż za­zwy­czaj w domu. Urwała ka­wa­łek ręcz­nika pa­pie­ro­wego. Naj­pierw wy­tarła nim bu­zię chłopca, a po­tem stół. Wzięła pu­sty ta­lerz i wsta­wiła go do zlewu. W mię­dzy­cza­sie usły­szała, jak w sy­pialni Ma­rek otwiera szafę i chwilę w niej grze­bie. Kiedy do niego zaj­rzała po kilku mi­nu­tach, le­żał już na łóżku, przy­kryty prze­ście­ra­dłem, w sa­mych bok­ser­kach, i spał, lekko po­chra­pu­jąc.

– Tata?

– Tata śpi, An­to­siu – po­wie­działa Da­ria. – Nie prze­szka­dzajmy mu te­raz, do­brze?

– Ale te­raz śpi?

– Tak, jest zmę­czony, bo bar­dzo, ale to bar­dzo wcze­śnie wstał, żeby nas tu­taj przy­wieźć.

– Aha.

– A my pój­dziemy so­bie za­raz na plażę, co ty na to?

– I weź­miemy wia­derko?

– Weź­miemy wia­derko – po­twier­dziła Da­ria.

Przed wy­jaz­dem ku­pili mu ko­lo­rowy ze­staw ło­pa­tek, gra­bek, fo­re­mek, wia­derko i do tego jesz­cze pla­sti­kową ko­parkę. Strasz­nie mu się to wszystko po­do­bało i nie mógł się do­cze­kać, kiedy bę­dzie mógł się nimi po­ba­wić. Te­raz Da­ria wrzu­ciła za­bawki do torby obok ręcz­ni­ków, bu­telki wody i prze­gry­zek. Po­szła do ła­zienki, żeby prze­brać się w ko­stium ką­pie­lowy. Nie za­mie­rzała co prawda pły­wać, nie mo­gła prze­cież zo­sta­wić Antka sa­mego na brzegu, ale może uda jej się tro­chę po­opa­lać. Wzięła też książkę – z pełną świa­do­mo­ścią, że nie prze­czyta na­wet jed­nej strony. Wresz­cie wy­sma­ro­wała kre­mami z fil­trem i sie­bie, i syna. Po ca­łej tej pracy była tak zmę­czona, że naj­chęt­niej po­ło­ży­łaby się spać obok Marka. Gdyby wcze­śniej wie­działa, że ten, kto pro­wa­dzi, może się po­tem po­ło­żyć i zo­sta­wić to dru­gie z dziec­kiem, sama by sia­dła za kie­row­nicą, przy­kuła się do niej kaj­dan­kami i nie dała się od­cze­pić aż do sa­mej Chor­wa­cji.

– Idziemy? – prze­rwał jej roz­my­śla­nia pod­eks­cy­to­wany An­tek.

– Ja­sne, synku.

Za­rzu­ciła so­bie pla­żową torbę na ra­mię. Była za­ska­ku­jąco i nie­przy­jem­nie ciężka. Da­ria za­ło­żyła na nos oku­lary prze­ciw­sło­neczne, a Ant­kowi po­dała żółty ka­pe­lusz z jed­nym z bo­ha­te­rów z Psiego pa­trolu. Do­piero wtedy wy­szli.

Od razu ude­rzyła w nią fala go­rąca. Tak mocna, że aż za­krę­ciło jej się w gło­wie, a na skó­rze na­tych­miast po­ja­wiły się kro­pelki potu. Do­piero po przej­ściu kilku me­trów mo­gła nor­mal­nie od­dy­chać. Zmar­twiła się, że je­śli wszyst­kie dni tu­taj tak wy­glą­dają, spę­dzą cały urlop w kli­ma­ty­zo­wa­nym apar­ta­men­cie – wy­cho­dzić będą co naj­wy­żej wcze­śnie rano lub póź­nym wie­czo­rem.

An­tek naj­wy­raź­niej jed­nak w ogóle nie po­czuł tej prze­ra­ża­ją­cej tem­pe­ra­tury. Da­ria moc­niej ści­snęła go za rękę i szyb­kim kro­kiem po­pro­wa­dziła do furtki. Po­tem zgod­nie ze sło­wami go­spo­dyni skrę­cili w lewo i po przej­ściu góra stu me­trów we­szli na ścieżkę, która pro­wa­dziła przez gę­sty las. W cie­niu od razu zro­biło się le­piej.

Ścieżka była nie­równa, pełna wy­sta­ją­cych z ziemi wa­pien­nych ka­mieni. Nie­które zo­stały wy­gła­dzone przez czas i cho­dzą­cych tam­tędy lu­dzi, ale inne stra­szyły ostrymi kra­wę­dziami. Da­ria po­ża­ło­wała, że wło­żyła san­dały, bo dużo le­piej spraw­dzi­łyby się tu­taj te­ni­sówki. Mu­siała też pil­no­wać Antka. Nie chciała, żeby już pierw­szego dnia zro­bił so­bie ja­kąś krzywdę. Wzdłuż ścieżki, i z le­wej, i z pra­wej strony, wił się ni­ski, za­nie­dbany ka­mienny mu­rek. Wy­bu­do­wano go za­pewne dzie­siątki lat wcze­śniej. Kie­dyś jego za­da­nia może były inne, ale te­raz chro­nił ścieżkę przed tym, żeby nie za­rósł jej ten wście­kły las.

Po przej­ściu tro­chę po­nad stu me­trów usły­szała za nimi kroki. Ktoś szybko zmie­rzał w ich stronę, pra­wie biegł. Po­my­ślała, że to Ma­rek, i na­wet się ucie­szyła, ale kiedy się od­wró­ciła, za­miast męża uj­rzała Szwedkę. Dziew­czyna miała na so­bie ko­stium ką­pie­lowy, ten sam, w któ­rym Da­ria wi­działa ją na ta­ra­sie, i krót­kie szorty. Z prze­wie­szo­nej przez ra­mię torby wy­sta­wały płe­twy i ma­ska do snur­ko­wa­nia. W ręce trzy­mała me­ta­lową bu­telkę; chlu­po­tała w niej woda.

– Hej! – za­wo­łała Szwedka. – Wi­dzia­łam, jak wy­cho­dzisz z tym... – po­ka­zała na Antka pal­cem i kilka razy za­ma­chała nim w po­wie­trzu – dziec­kiem. To wa­sze?

– Eee... tak.

– Na pewno? To zna­czy... – Dziew­czyna za­śmiała się nie­zręcz­nie. – To na pewno wa­sze, nie oskar­żam was o po­rwa­nie ani nic z tych rze­czy. Przy­naj­mniej nie za­raz po przy­jeź­dzie, bo prze­cież kiedy mia­ła­byś to dziecko po­rwać. Cho­dzi mi o to, że nie wi­dzia­łam go w sa­mo­cho­dzie!

– Spał w fo­te­liku na tyl­nym sie­dze­niu.

– A! To pew­nie dla­tego. Jak ma na imię?

– An­tek.

Szwedka przy­kuc­nęła i wy­cią­gnęła dłoń do chłopca.

– Cześć, An­tek, je­stem Vera.

Mó­wiła po an­giel­sku, więc nie zro­zu­miał ani słowa. Spoj­rzał py­ta­jąco na mamę, a ta uśmiech­nęła się do niego i ski­nęła lekko głową. An­tek zro­bił krok do przodu i uści­snął dłoń Szwedki. Da­ria uświa­do­miła so­bie, że do­piero te­raz do­wie­działa się, jak wła­ści­wie na­zywa się au­to­sto­po­wiczka.

– Ja je­stem Da­ria – po­sta­no­wiła się przed­sta­wić. – A mój mąż to Ma­rek.

– Tak. Pa­mię­tam. Ma­rek, który nie ma pa­pie­ro­sów. A ty to Da­ria. Ładne imię.

– Dzię­kuję – od­po­wie­działa me­cha­nicz­nie, ale na­prawdę zro­biło jej się miło, tym bar­dziej że wła­sne imię nie wzbu­dzało w niej żad­nych więk­szych uczuć. Było ja­kie było. Gdyby sama mo­gła wy­bie­rać, po­szłaby w coś bar­dziej zwy­czaj­nego. Za­wsze lu­biła zwy­kłą „Ka­się” i nie prze­szka­dzało jej, że było ich ty­siące. Albo zde­cy­do­wa­łaby się na „Na­ta­lię”, cho­ciaż nie prze­pa­dała za zdrob­nie­niem. Wie­działa jed­nak, że mo­gła tra­fić go­rzej. Sama znała lu­dzi, któ­rzy nie zno­sili swo­ich imion i ro­bili wszystko, żeby im o nich nie przy­po­mi­nać. Za­py­tała kie­dyś ojca, dla­czego tak ją na­zwali, on jed­nak tylko wzru­szył ra­mio­nami i po­wie­dział, że mama tak wy­brała. A mo­tywy jej de­cy­zji po­zo­sta­wały ta­jem­nicą. Ta nie­wie­dza tro­chę Da­rię draż­niła i mar­twiła. Czuła, że zo­stała na­zwana tak z ja­kie­goś po­wodu, któ­rego już ni­gdy nie po­zna.

– To chodź­cie za mną. Po­pro­wa­dzę was – rzu­ciła Vera i ru­szyła pierw­sza szyb­kim kro­kiem.

Po chwili zo­rien­to­wała się, że nie mają szans za nią na­dą­żyć, dla­tego przy­sta­wała co kil­ka­na­ście me­trów i cze­kała na nich cier­pli­wie. Jej wzrok krą­żył wów­czas po zie­lo­nej gę­stwi­nie lasu, jakby znała ja­kąś kry­jącą się w nim ta­jem­nicę.

Wkrótce ścieżka za­krę­ciła po raz ostatni i wy­szli w trójkę na po­krytą drob­nymi ka­mie­niami drogę, która wio­dła wzdłuż brzegu mo­rza. Da­ria z ulgą stwier­dziła, że tu­taj jest dużo chłod­niej niż przy domu, a od Ad­ria­tyku wieje de­li­katny, miły wie­trzyk. Kiedy spoj­rzała w prawo, uj­rzała w od­dali ja­kieś budki, roz­ło­żone pa­ra­sole i le­żaki. Chciała iść w tam­tym kie­runku, ale Szwedka ją po­wstrzy­mała, chwy­ta­jąc za uchwyt torby.

– Tam – po­wie­działa i wska­zała prze­ciwną stronę.