Opowiem Ci o zbrodni - Katarzyna Bonda, Igor Brejdygant, Wojciech Chmielarz - ebook

Opis

Najsłynniejsze polskie „pióra kryminalne” – Katarzyna Bonda, Igor Brejdygant, Wojciech Chmielarz, Marta Guzowska, Małgorzata i Michał Kuźmińscy, Katarzyna Puzyńska i sześć wybranych przez nich prawdziwych zbrodni, które wstrząsnęły Polską. Na podstawie książki powstał scenariusz programu TV, w którym narracja jest prowadzona przez samych pisarzy.

Sześć tragedii i próba zrozumienia sytuacji, które do nich doprowadziły. Każdy z autorów przeanalizował okoliczności towarzyszące przestępstwom – rozmawiając z profilerami, patologami, psychologami, specjalistami-kryminologami czy analizując akta – i opisał wybraną historię. Wszyscy zrobili to w charakterystyczny dla siebie sposób, posługując się językiem, do którego przyzwyczaili swoich czytelników. Mamy różne punkty widzenia i rozmaite sposoby podejścia do tematu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 230

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (842 oceny)
334
266
191
43
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
IceFlowers

Dobrze spędzony czas

W zasadzie prawie wszystkie historie były mi znane z kanału Crime+Investigation. Nowością była dla mnie historia dziewczyny z dwoma kasztanami w kieszeni, która pojawiła się w nieodpowiednim miejscu jak i czasie.
20
Marcowababcia

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka dla fanów crime. Bardzo polecam! Będę czytać kolejne książki autorów. Szczególnie spodobała mi się narracja Chmielarza. Chyba się z nim przeproszę :)
00
Gosia1203

Dobrze spędzony czas

Dla fanów true crime polecam. Różne style w jakich opisane są historię to niekoniecznie forma dla mnie, jedne przyjemniej się czyta, przez inne ciężko przebrnąć.
00
Viol82

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam!!
00
annakostro

Nie oderwiesz się od lektury

jedno opowiadanie ciężko jest czytać, dziwne stylistycznie poza tym świetna książka
00

Popularność




Redakcja: ANNA KĘDZIOREK
Korekta: EWA TAMARA ŁUKASIK
Okładka copyright © AETN Poland sp. z o.o.
Projekt okładki: Dark Crayon; Typo 2 JOLANTA UGOROWSKA
Zdjęcie na okładce: Fotolia
Fotografie: Telewizja CI Polsat/Artur Wyrzykowski (s. 17, 41, 45, 87, 91, 137, 141, 181, 185, 227, 231, 275) Adam Wołosz (s. 6, 14, 21, 28, 33, 36, 42, 52, 59, 76, 81, 88, 98, 107, 118, 138, 149, 158, 171, 174, 182, 196, 207, 214, 228, 240, 250, 265, 276, 278–279)
Produkcja: LESZEK MARCINKOWSKI
Projekt wnętrza, skład i łamanie: TYPO 2 JOLANTA UGOROWSKA
Książka przygotowana we współpracy z Firmą wydawniczą SEZAMM Małgorzata Maruszkin www.sezamm.pl
Copyright © Kompania Mediowa sp. z o.o., 2018
Cytat na s. 18 za: Sándor Márai, Żar, Czytelnik, Warszawa 2016 Cytat na s. 180 za: Milan Kundera, Żart, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014 Wszystkie prawa zastrzeżone/All rights reserved
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-951569-1-5
Wydawca: Kompania Mediowa sp. z o.o. ul. Macedońska 74, 02–761 Warszawa, Polskawww.kompaniamediowa.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla tych, którzy o zbrodnichcą dowiedzieć się czegoś więcej

WSTĘP

MICHAŁFAJBUSIEWICZ

Całe swe zawodowe życie miałem do czynienia ze zbrodnią i złem. Niestety, wszystkie te dramaty, które przedstawiałem telewidzom, wydarzyły się naprawdę. Nieraz zazdrościłem twórcom literatury kryminalnej, że w swoim świecie fikcji mogą zaintrygować czytelnika niecodziennymi bohaterami, surrealistycznymi morderstwami, meandrami sztuki śledczej, których odpowiedniki trudno znaleźć „w realu”. Ja zawsze balansowałem na linie, mając świadomość, że wśród żywych są bliscy ofiar, mordercy, a także ich rodziny. Nieraz musiałem walczyć ze swymi zapędami jako twórcy scenariusza i reżysera, które skłaniały mnie do naginania rzeczywistości tak, aby uatrakcyjnić filmową opowieść, ubarwić ją „pod telewidza”, który przecież lubi się bać, ale uwielbia też rozwiązywać zagadki kryminalne. Zawsze jednak mówiłem sobie: „stop”. I kolejny raz z zazdrością patrzyłem na autorów kryminałów, których ograniczała tylko wyobraźnia. Ja tworzyłem prawdziwy do bólu przekaz z popełnionych zbrodni (często realizowany dokładnie w tych miejscach, w których do nich doszło) w telewizyjnym „Magazynie Kryminalnym 997”, który był pierwowzorem dla wielu późniejszych programów o tej tematyce. Przyświecała nam też swego rodzaju misja, zajmowaliśmy się bowiem tylko takimi sprawami, w których nie złapano mordercy – w przeciwieństwie do książkowych kryminałów, gdzie zło zostaje przykładnie ukarane, a zabójcy, dzięki znamienitym śledczym – złapani.

I oto po latach, dzięki niezwykłemu pomysłowi dziennikarzy z kanału telewizyjnego CRIME & INVESTIGATION POLSAT, powstał cykl programów zatytułowany „Opowiem ci o zbrodni”, który na swój sposób zmusił autorów kryminałów do zderzenia się z rzeczywistością. Tego swoistego wyzwania podjęła się czołówka polskich twórców. Ponieważ chodzi tu o telewizję, pisarze musieli wejść też w nowe role: prowadzących-narratorów, a zarazem gospodarzy telewizyjnego studia. Nim jednak do tego doszło, twórcy programu „Opowiem ci o zbrodni” przedstawili elicie pisarzy kryminalnych kilkadziesiąt spraw (głośnych i znanych zbrodni), które w swoim czasie wstrząsnęły Polską. Pisarze mogli z tego różnorodnego wachlarza dramatycznych zdarzeń wybrać temat, który najbardziej ich zainteresował. Spektrum było ogromne, obejmowało bowiem okres ponad czterdziestu ostatnich lat. W efekcie dość długich prac przygotowawczych udziału w tym nowatorskim spojrzeniu na zbrodnię i niecodziennego sposobu opowiedzenia o niej podjęli się: KATARZYNA BONDA, IGOR BREJDYGANT, WOJCIECH CHMIELARZ, MARTA GUZOWSKA, MAŁGORZATA i MICHAŁ KUŹMIŃSCY orazKATARZYNA PUZYŃSKA. Jak widać, są tu nazwiska pisarzy o ugruntowanej pozycji wśród czołówki autorów powieści kryminalnych, ale też takich, którzy dopiero niedawno posmakowali sukcesu w tym zawodzie.

Trzymacie Państwo w ręku pierwszy efekt prac związanych z tym projektem – tomik mini opowiadań, czy też nowel, opisujących wybrane zbrodnie. Od razu zastrzegam, że nie są to reporterskie lub dziennikarskie relacje, w każdej bowiem z tych opowieści czuć „pazur” autora kryminałów. Mają więc Państwo wyjątkową okazję powrotu do spraw, które zapewne znacie bądź o nich słyszeliście – jednak powrotu w formie nietuzinkowych relacji. Autorzy pokazują morderców i ich ofiary trochę inaczej niż zwykle, a przede wszystkim podejmują próbę odpowiedzi na pytanie: DLACZEGO? Żadne z tych opowiadań nie jest podobne do pozostałych, każde ma odmienny styl narracji i prowadzi czytelnika do pointy różną drogą. Jedyne, co je łączy, to brak gliny-komisarza (z pokrętnym życiorysem), który wreszcie trafi na ślad mordercy – jak na klasyczny kryminał przystało. Tu nie ma kluczenia – jest za to próba swoistej wiwisekcji, odpowiedzi na fundamentalne pytanie: co popycha człowieka do popełnienia zbrodni? Niektórzy autorzy nawet na nie odpowiadają, udowadniając przy tym, jak prymitywne i małostkowe nierzadko motywy kierują przestępcami przy planowaniu zbrodni.

Co zawiera zbiorek „mini-kryminałów”, który oddajemy w Państwa ręce?

Autorka bestsellerów, dziennikarka i scenarzystka KATARZYNA BONDA powróciła do głośnej sprawy z 1997 roku – zabójstwa maturzysty Tomka Jaworskiego. Chłopak został porwany z plenerowej imprezy towarzyskiej przez grupę zwyrodnialców, której przewodziła dwudziestoczteroletnia matka trójki dzieci. Ten okrutny mord warszawiacy oprotestowali w jednym z pierwszych w Polsce czarnych marszów przeciw złu i bestialstwu. Bonda skupiła się na postaci negatywnej bohaterki tego dramatu, wykorzystując wcześniejsze dziennikarskie rozmowy, które przeprowadziła z morderczynią w więzieniu.

Niegdysiejszy dziennikarz, dziś wzięty autor kryminałów, WOJCIECH CHMIELARZ, zdradził mi, że od dzieciństwa wiedział, iż zostanie pisarzem zajmującym się tą tematyką. Nie ukrywał, że był pod wpływem telewizyjnego „997”. Autor wybrał do programu – a zarazem do tej publikacji – wstrząsającą sprawę z 2008 roku, kiedy to była prostytutka „po przejściach” morduje swego partnera, czyhając na jego majątek. W zbrodni pomaga jej o dwadzieścia lat młodszy kochanek. Chmielarz stara się prześledzić losy morderczyni, która kiedyś była nienaganną matką i żoną...

Kolejny autor, a właściwie autorka, to KATARZYNA PUZYŃSKA. Ta filigranowa pisarka od lat związana jest z okolicami Bydgoszczy, dlatego też, pisząc kryminały, osadza swych bohaterów w miejscowych realiach (okolice Brodnicy). Nic więc dziwnego, że wybrała zbrodnię, która wydarzyła się przed laty w Bydgoszczy. Dwudziestosiedmiolatek, potajemnie kochający się w sąsiadce, uroczej dwudziestodwuletniej studentce szkoły muzycznej, na wieść, że dziewczyna ma wyjść za mąż za innego – morduje ją. Puzyńska, jak przystało na psychologa z zawodu, znajduje w tym dramacie paralelę do tragicznej zbrodni popełnionej z miłości i zazdrości przez bohatera słynnego dramatu Szekspira – Otella.

TajemniczaMARTA GUZOWSKA powieści kryminalne pisze od pięciu lat, odnosząc znaczne sukcesy na niełatwym rynku czytelniczym. W prezentowanym zbiorku opisuje zbrodnię, którą śląski biznesmen zleca bandytom-nieudacznikom: zabójstwo swego wspólnika. Zbrodnia zostaje wykryta po latach. Ale Guzowska większość swego życia poświęciła archeologii i to dlatego w tym dramacie mniej interesuje ją zło i złoczyńcy, a bardziej działania śledczych, które doprowadziły do ujawnienia prawdy. Porównuje je do prac wykopaliskowych prowadzonych przez archeologów.

Przypominający z wyglądu filmowego amanta IGOR BREJDYGANT, od niedawna dopiero piszący kryminały w formie książkowej, wybrał do przeprowadzenia swoistej wiwisekcji sprawę z Tatr, gdzie zaledwie trzy lata temu młody góral chciał sprawdzić, „jak to jest kogoś zabić”. Pod wpływem oglądanych na YouTube wywiadów z seryjnym mordercą sprzed ponad trzydziestu lat z USA zamordował szesnastolatka z Zębu. Brejdyganta od dawna – choć najczęściej na niwie filmowo-telewizyjnej (scenariusze, reżyseria) – fascynują postacie morderców. W zamieszczonym tu opowiadaniu również stara się wniknąć do duszy i umysłu zabójcy, próbując odpowiedzieć na pytanie, co popchnęło go do tej zbrodni.

Ostatni z grona autorów to nader interesująca para pisarzy, wzajemnie się uzupełniających – małżeństwo MAŁGORZATA i MICHAŁ KUŹMIŃSCY. Ona jest antropologiem kultury, on – dziennikarzem i blogerem. Wybrali zapomnianą już sprawę sprzed ponad czterdziestu lat, kiedy to na oczach prawie całej wsi, tuż po pasterce, zostaje zamordowana niewinna rodzina. Zmowa milczenia mieszkańców Zrębina w Świętokrzyskiem jest dla autorów tylko punktem wyjścia – przekopując opasłe tomiska akt sądowych, usiłują znaleźć korzenie tej zbrodni.

Sądowe lub policyjne akta były bardzo ważnym – a właściwie dla prawie wszystkich autorów tej niezwykłej publikacji jedynym źródłem wiedzy o opisywanych sprawach. Sprawach, w których nie ma mowy o fikcji, tak lubianej przez pisarzy kryminalnych. Sprawach, w których musieli opierać się tylko na nagich faktach. Czy podołali temu nowemu dla siebie zadaniu? Warto przeczytać zawarte w tym tomie opowiadania, aby się przekonać.

A jeśli chcecie Państwo zobaczyć, jak nasi pisarze sprawdzili się w nowych dla siebie rolach telewizyjnych prezenterów, musicie zobaczyć program „Opowiem ci o zbrodni” na kanale TV CRIME & INVESTIGATION POLSAT.

ŁASKA

KATARZYNABONDA

.

KATARZYNABONDA

Urodzona w 1977 roku w Białymstoku. Najpopularniejsza autorka powieści kryminalnych w Polsce. Z wykształcenia dziennikarka i scenarzystka. Obecnie mieszka w Warszawie. Wszystkie jej powieści zyskały status bestsellerów. Jest autorką trylogii kryminalnej z Hubertem Meyerem: Sprawa Niny Frank, Tylko martwi nie kłamią, Florystka, dokumentów kryminalnychPolskie morderczynie i Zbrodnia niedoskonała oraz podręcznika Maszyna do pisania. Ogromną popularność oraz prestiżowe nagrody przyniosła jej seria z profilerką Saszą Załuską: Pochłaniacz, Okularnik, Lampiony, Czerwony Pająk. Pochłaniacz otrzymał Nagrodę Publiczności na Międzynarodowym Festiwalu Kryminałów w 2015 roku, a Okularnik – nagrodę Bestsellery Empiku 2015. Prawa do wydań zagranicznych zostały dotąd sprzedane do dwunastu krajów, zakupiły je największe wydawnictwa na świecie, m.in. Hodder & Stoughton i Random House.

„To, co nieprzepracowane, wraca w postaci Przeznaczenia”.

Lecz fakty są niekiedy tylko żałosnymi konsekwencjami.

Człowiek nie grzeszy tym, co uczynił,

ale zamiarem, który doprowadził do tego czy tamtego.

Wszystko jest zamiarem.

Sándor Márai, Żar

Rzeka w czerwcu przypominała jej o pierwszej ciąży. Miała piętnaście lat i uciekała z domu przed ojczymem na łachę. Wystawiała brzuch do słońca, trwała tak aż do zachodu. Wyobrażała sobie białą suknię, kościół pełen ludzi. Kwiaty, ryż, może tort z dwiema figurkami z marcepanu – jak na filmach. Dalej jasne mieszkanie w bloku, z centralnym ogrzewaniem, więc nigdy już nie będzie miała brudnych dłoni od węgla. Flaszki w barku. Ciastka w kredensie. Koniecznie serwety haftowane krzyżykami na stole. Parująca zupa w wazie z porcelany. Żadnych siniaków, zadrapań i śladów od uderzeń. Odkurzać będzie codziennie, obiecywała sobie. I uciekała w marzenia. Bo, że po porodzie jej życie się zmieni, była przekonana. Grzesiek zwykle był przy forsie, miał gest. Niczego jej nie będzie żałował. Tysiące razy myślała o tym, jak triumfalnie opuszcza tę norę, w której przyszło jej się wychowywać. A jej przyszły mąż – zbój, oszust i złodziej – na odchodne wali ojczyma w mordę, za wszystkie niegodziwości, których doznała, aż posypią się nieliczne zęby jej kata.

To były ostatnie chwile, kiedy wierzyła, że ma szanse żyć inaczej niż jej babka i matka. Że to w ogóle jest możliwe. Dziś minęło dziesięć lat, a ona urodziła Grześkowi jeszcze dwójkę dzieci. Nigdy nie założyła białej sukienki. Ślub wzięła w urzędzie z takim jednym kolegą, który chciał się uwolnić od wojska, bo w międzyczasie Grzesiek poszedł siedzieć, a dziecko powinno mieć ojca. Założyła połyskliwą, fioletową spódnicę z kreszu, przyjęcie zrobili w jej rodzinnym domu. Zaraz po ceremonii ojczym podbił oko matce, a Monikę próbował zgwałcić i udusić, bo uznał, że ukradła mu pięćdziesiąt złotych. Jej małżonek udał, że niczego nie widzi. Kiedy zrobiła awanturę, wypił z ojczymem kilka flaszek na zgodę, a potem spali jak bracia, odwróceni do siebie plecami, na jednym tapczanie. Po dwóch miesiącach Monika zorientowała się, że wzięła sobie pod dach alkoholika i zamiast marzeń o innym życiu powinna nauczyć się radzić sobie z tym, jakie ma. Wrócili do siebie z Grześkiem, ale zaraz odwiesili mu stare wyroki, więc jak wszystkie kobiety w jej rodzinie była sama. Podczas kolejnych ciąż nie bywała już nad rzeką. O niczym nie myślała, starała się przetrwać. Legalnie przepracowała dwa miesiące. Głodowe stawki, ale przynajmniej uczciwie zarobione pieniądze, myślała. Przy wypłacie okazało się, że i tak nie płacili za nią ubezpieczenia.

– Skoro mam kręcić, to przynajmniej dla siebie – rzuciła pracodawcy w twarz i odeszła z kasą pancerną oraz kodem do jej otwarcia.

Chyba niezła była w oszustwach, bo nigdy jej nie złapali: wyłudzenia kredytów, otwieranie lipnych kont, fałszerstwa dokumentów. Potem samochody ściągane z Niemiec, handel spirytusem i „dokumentami” z łóżka na Stadionie Dziesięciolecia. Jakoś dawała radę z tego żyć. Jeszcze paczki Grześkowi do więzienia woziła. Miała odkurzacz, ale starego typu. Ciągnął tyle prądu, że rzadko go włączała. Powinna zrobić sobie nowe okulary, w tych ledwie co widziała, ale wciąż były pilniejsze potrzeby. Pieniędzy starczało akurat na fajki i jedzenie dla dzieci. Teraz już nie łudziła się, że miłość ją zbawi. Dawno temu przestała wierzyć w cuda. Godziła się z tym, co rzuci jej los. Nie oczekuj niczego, bądź gotowa na wszystko. Jest dziś pogoda, wódka, zaczęły się wakacje. Jest dobrze. Była dumna, że zawsze widzi tę pełną połowę szklanki.

– Pijesz czy się modlisz?

Poczuła kopnięcie w brzuch, a potem słońce przysłonił cień. Nabrała powietrza, wypuściła i zdusiła w ustach przekleństwo. Nie widziała wyraźnie, ale rozpoznała postać po gwałtownych gestach. Szmidt stał z wyciągniętą w jej kierunku butelką. Na dnie było jeszcze wódki na trzy palce. Mieniła się tęczowo w słońcu.

– Nie dajesz rady? – zakpiła.

– Ciepła – burknął, udając, że nie widzi jej zeza.

Usiadła, czując na sobie jego łakome spojrzenie. Zawsze, kiedy był pijany, miał ochotę na seks. Dziś nie miałaby nic przeciwko temu. Praktycznie nie pamiętała już, jak to jest się do kogoś przytulić. Z klientami się nie liczy. Grzesiek nauczył ją oddzielać miłość od służbowego rżnięcia. Dzieciaki przedwczoraj zawiozła do matki. Miała prawo zaszaleć. Ku uciesze kompanów jednym haustem wypiła resztkę z butelki. Poprawiła ramiączko od kostiumu kąpielowego, tak, by Szmidt mógł zobaczyć fragment jej piersi i uśmiechnęła się zalotnie. Ale on już nie patrzył w tę stronę. Wyrwał jej z rąk szkło i rzucił do wody, jakby puszczał kaczkę.

– Zrywamy się – mruknął Kobus. Nazbyt gwałtownie, by nie wyczuła w jego głosie zazdrości. Połechtało to jej próżność. Chłopak miał zaledwie dziewiętnaście lat i znała go od szczyla. Mieszkał klatkę dalej. Po sąsiedzku zajmował się jej dziećmi, organizował kasę, pomagał w drobnych naprawach w domu. Wpadał na obiad jak do siebie. Płakał czasem, zwierzał się. Umiała go rozśmieszyć. Nie awansował nigdy na jej absztyfikanta. Była dla niego jak ciotka, zastępcza matka. Choć wiedziała, że on myśli o niej inaczej.

– Coś bardzo dziś nerwowy?

Założyła okulary. Świat znów był 3D.

– Jest ekipa z Łomianek na Młocinach. Mam sprawę do jednego koleżki. Może wieczorem będzie hajs na balety.

Skinęła głową, zwinęła kocyk. Kiedy otworzyła bagażnik wozu, zobaczyła trzy kije do bejsbola. Wysłużone, jeden pękł wzdłuż perforacji.

– Przeżyje? – zażartowała, figlarnie wyjmując zapalonego papierosa z ust Kobusa. Nie zaprotestował. Zaciągnęła się głęboko.

– Zależy, czy będzie strugał gieroja.

Zanim Tomek wyszedł z domu na ognisko, musiał zjeść obiad z trzech dań. Jadwiga trzymała wazę na podgrzewaczu, by zupa nie wystygła. Wyjęła świąteczną zastawę, upiekła ulubione ciasto syna. Pomodlili się przed posiłkiem. W trakcie rodzinnej biesiady zadzwoniły wszystkie ciotki, by pogratulować maturzyście zdanego egzaminu. Jadwiga nie chciała zapeszać, więc nie powiedziała rodzinie, że syn złożył też dokumenty na wydział architektury i przeszedł już pierwszą selekcję. Była pewna, że dostanie się na wymarzony kierunek. Oceny w szkole miał bardzo dobre. Matematyka to dla niego pestka, a rysunki w szkicowniku zapierały dech w piersiach. Czasami wchodziła do jego pokoju i potajemnie przeglądała te prace. Choć Bóg nakazuje skromność, nie tłumiła dumy. Dziękowała Najwyższemu za taki dar, jaki miało ich dziecko. Wiedziała, że to nieczęsto się zdarza. Kiedy tylko przyjdą wyniki, urządzą przyjęcie. To już ustalone.

Syn pieczołowicie szykował się do wyjścia. Założył nowe dżinsy, spryskał się wodą kolońską ojca. Kiedy zadzwonił telefon, pierwszy podbiegł do aparatu. Prawie nic nie mówił, słuchał. Zapewnił, że zaraz będzie, i faktycznie zaczął się śpieszyć. Jadwiga obserwowała go i zastanawiała się, czy za tymi przygotowaniami nie kryje się jakaś dziewczyna. Nie miałaby nic przeciwko. To był już ten czas. Ona sama w wieku Tomka była już zaręczona z Walentym. Mąż też chyba myślał o tym samym, bo delikatnie zapytał syna o płeć rozmówcy. Wymienili z Jadwigą spojrzenia. Tomek spłonił się i odparł, że to tylko Jarek – jego przyjaciel i kuzyn. Rodzicie znali chłopca, odetchnęli z ulgą.

– Wrócę późno. Nie czekajcie.

Ojciec wcisnął synowi dodatkowy banknot na drogę. Kiedy Tomek wyszedł, włączyli telewizję i usiedli w fotelach. Tego dnia zapowiadali dobre kino nocne.

Szmidt brawurowo prowadził swojego fiata 125, choć kiedy wysiadł, z trudem utrzymywał się w pionie. Kobus szturchnął go szyjką od butelki, by trzydziestolatek nabrał animuszu. Szmidt chwycił wódkę i podniósł do góry niczym trofeum. Rozległ się zachęcający aplauz. Przy ławie siedziała grupa wyrostków w dresach. Też byli wypici. Na widok Kobusa jeden z nich wstał i wskazał Monice miejsce obok siebie.

– Robert – przedstawił się.

– Szymon – odparła, wzbudzając kolejną salwę śmiechu.

Dopiero wtedy zrozumiała, że szydzą z jej zeza. Zaczerwieniła się po czubki uszu i uderzyła w potylicę tego, który rechotał najgłośniej. Kobus postawił na stole kilka butelek. Młodzi przyjęli gościniec. Monika wypięła pierś odzianą jedynie w skąpe bikini.

Obejrzała się, czy wziąć bluzkę, bo wokół stołu roiła się chmara meszek, ale Szmidt zamknął już auto. Nie chciała go drażnić. Siedziała więc prawie goła przy stole, piła równo z mężczyznami i coraz głośniej zaśmiewała się z przygód młodych wilczków z Łomianek. Kiedy się ściemniło, a w butelkach pojawiło się dno, atmosfera zaczęła się zagęszczać. Poza Kobusem nikt nie chciał stawiać. Szmidt wyciągnął kieszenie na lewą stronę, by udowodnić, że jest kompletnie spłukany; inni też nie mieli pieniędzy. Wszyscy patrzyli na ognisko pod lasem. Dzieciaki miały jeszcze sporo piwa i kiełbasek. Część rozeszła się w parach po krzakach.

– Jeść się chce – rzucił do kolegów znacząco Robert. Sięgnęli po kije leżące pod ławkami. Monika poczuła, że w staniku jest jej zimno. Na polanę wjechał ford transit.

Jarek zajął miejsce na pniaku obok Tomka. Mdliło go już od wypitego piwa i zjedzonych kiełbasek.

– Wracamy?

Tomek wpatrywał się w grupę dziewcząt siedzących po drugiej stronie. Ta, wokół której kręciły się pozostałe, nie była nadzwyczaj urodziwa, ale wyróżniała się ekscentrycznym strojem. Jarek słyszał, że między nimi coś kiedyś było i Tomek chciałby, by nadal trwało, ale może to były tylko szkolne plotki.

– Za chwilę – odrzekł przyjaciel.

Jarek zdjął plecak, wyciągnął sweter i założył go przez głowę. Dopiero wtedy zauważył metkę pod szyją. Nie dość, że włożył ciuch na lewą stronę, to jeszcze tyłem do przodu. Matka powiedziałaby, że to zły znak. Była zabawnie przesądna. Jarek machnął ręką, jakby odganiał jej wróżby: ciemno, nikt nie zauważy.

– Ona ma chłopaka. Wiedziałeś?

Tomek niestrudzenie dłubał patykiem w ziemi.

– Kolo studiuje na AWF–ie. Ma samochód.

Tomek wstał.

– A ty dokąd? – zaniepokoił się Jarek. Nie otrzymał odpowiedzi. Za ramię chwyciła go koleżanka dziewczyny w oryginalnej katanie.

– Patrz, będzie dym.

Jarek spojrzał na dresiarzy przy stołach. Powyciągali kije spod ławek i zaczynali się między sobą szarpać. Blondynka w bikini stała w pewnej odległości, paliła papierosa i patrzyła wprost na nich. Kiedy spotkał jej spojrzenie, pochylił głowę.

– Wiesz, gdzie jest najbliższa budka telefoniczna? – odwrócił się do spostrzegawczej koleżanki, ale zorientował, że przy ognisku siedzi sam. Natychmiast przerzucił sweter na prawą stronę.

To miał być piękny początek wakacji, a może i romans. Dziewczyna podobała się Markowi od dawna, ale uparcie odmawiała spotkania. Poszli coś zjeść, rozmawiali. Ona głównie słuchała. W sumie to wielka zaleta. Rzadko dziś zdarzają się tak dobrze wychowane panienki. Nie była już młoda, ale miała dziewczęcy uśmiech, coś w gestach, co go ujmowało. Nie przypominała wcale jego byłej żony. Zgrabna, inteligentna, raczej ostrożna. Kiedyś, dawno temu, jeszcze w szkole, chodził z kimś podobnym. Pewnie dlatego chciał przedłużyć ten wieczór. Połowa czerwca, ale już upalnie, niebo praktycznie bez chmur. Szykowała się magiczna noc. Pojechał z nią do lasku młocińskiego, niby na spacer, choć oboje wiedzieli, że nie wysiądą z auta. Ona miała sandałki na obcasie, a on nie mógł skupić się na niczym innym niż jej opalone uda. Włączył klimatyzację, pochylił się, by ją pocałować, kiedy rozległ się huk i szyba po jej stronie zamieniła się w szklaną pajęczynę. Ona wtuliła się w niego. Przez milisekundę myślał, że to przyjemne, po to przecież tutaj przyjechali, ale potem rozum wrócił; starał się osłonić ją przed odłamkami. Trwali tak kilka, kilkanaście sekund, nie dłużej. Sam nie wiedział, ile był w tym szoku, bo kiedy zobaczył kilka kijów do bejsbola wdzierających się do wnętrza auta, niczym głowy hydry szukające ofiary, dalej działał już odruchowo. Uruchomił silnik, szarpnął wsteczny i wręcz staranował czerwonego, starego fiata 125, który usiłował zajechać mu drogę. Nie myślał o uszkodzeniach, blachach, ludziach. Wiedział, że musi stąd uciec. Uratować siebie i ją. Dziewczyna już nie krzyczała, ale wciąż była roztrzęsiona. Tusz z rzęs spływał jej po policzkach w atramentowych strugach. Poprosiła, by wysadził ją na najbliższej stacji benzynowej. Był wtedy pewien, że nigdy więcej jej nie zobaczy. Odwiózł ją pod sam dom, sam zaś ruszył na komisariat. Facet we fiacie nie odpuści tak łatwo. Od kilku uderzeń transitem Marka odpadł mu zderzak, cały przód miał skasowany. Marek nie chciałby, aby tamten wyprzedził go ze złożeniem zawiadomienia. Policjanci nie uwierzą wtedy, że to tamten atakował.

– Bierz któregoś dzieciaka.

– Co?

– Bierz, mówię. Tam, w lesie są.

– Pojebało cię?

– Zadzwonimy do jego matki, ojca, dziadka i zapłacą za zderzak. Normalka. Okup.

– Schowały się do lasu, skurwysyny.

– Wyjdą – Robert pokiwał kijem. Spojrzał na kolegów, którzy mieli pełne ręce fantów: plecaków, portfeli, ciuchów zdartych z maturzystów. – Wykurzymy ich. Przyjdą jak mrówki do cukru.

– Poeta, kurwa – prychnęła Monika. – Czas leci. Ruchy. Tymi blaszakami studenciaków nie zapłacę za zderzak.

– Ty lepiej, Szymon, pilnuj samochodu.

– Pierdol się. Mam pomysł. I daj fajkę, bo się z lekka zakurwiłam.

Mężczyźni rozpierzchli się, wrzeszcząc, rzucając groźby. Monika ruszyła za nimi.

– Hej, nie bójcie się – odezwała się, kiedy ludzie z Łomianek zagonili maturzystów w głuszę. – Chcemy tylko porozmawiać.

W lesie panowała idealna cisza. Ciemno jak oko wykol. Licealiści siedzieli w czarnej otchłani niczym trusie.

– Nic wam się nie stanie – kontynuowała Monika łagodnie. Do jej monologu dołączyli mężczyźni. – Poszukujemy tylko tego gościa od transita. On nas interesuje.

– Obiecujesz? – padło z krzaków.

Monika obejrzała się za siebie, starając się zlokalizować licealistę.

– Znasz tego gościa? – zagrzmiał silny głos Kobusa. A kilku innych mężczyzn dorzuciło: – Wyłaź.

Jarek leżał twarzą do ziemi, bojąc się ruszyć. Pod brzuchem miał skotłowane swoje rzeczy: wybebeszony plecak, notatnik, długopisy, portfel. Między liśćmi słyszał przyspieszone oddechy. Nie widział twarzy, ale mógł ręczyć, że to dziewczyny. Gdzieś w oddali jedna z trudem tłumiła szloch. Liczył, że ktoś ją uspokoi, bo jeśli nie – z pewnością zdradzi resztę. Kilku chłopaków weszło na drzewa. Mieli szczęście, że było już ciemno, a tamci nie mieli latarek. A może mieli? Wystarczyłoby, żeby podjechali autem bliżej na polanę i zaświecili reflektorami. Jeśli obława potrwa dłużej, z pewnością wyłapią wszystkich. Jarek czołgał się w kierunku jezdni, choć wiedział, że tuż obok, za linią krzaków, czekają agresorzy z kijami. Nagle przypomniał sobie, gdzie jest ta budka. Nie miał żetonów, ale numer alarmowy jest przecież bezpłatny.

– Obiecujesz? – usłyszał głos Tomka.

– Wyłaź – padło w odpowiedzi.

Jarek wykrzywił twarz w grymasie rozpaczy. A potem zerwał się na równe nogi i rzucił biegiem, by jak najszybciej zawiadomić policję o napadzie.

Bagażnik był przerdzewiały i śmierdziało w nim moczem. Leżał na kijach do bejsbola, trzonku od siekiery i workach, w których były jakieś metalowe przedmioty. Kant jednego z nich boleśnie wbijał mu się w brzuch. Czuł, że rozbita warga wciąż krwawi. Twarz miał wtuloną w mokre ciuchy tej kobiety. Był pewien, że zapach jej potu zapamięta do śmierci. Ostry, piżmowy. Tak pachną drapieżniki w rui. W ustach miał knebel ze szmaty unurzanej w ropie. Dławił się, zapowietrzał. Momentami zdawało mu się, że się dusi. Ucho pulsowało, nos spuchł jak balon, dwa zęby z przodu chyba się ruszały. Stracił czucie w rękach. Zasznurowali mu nadgarstki drutem, na głowę wsunęli worek, ale spadł, kiedy wciskali jego głowę do bagażnika. Nie przejęli się tym. I tak widział ich twarze, kiedy atakowali na polanie. Nie walczył. Może dlatego nie związali mu nóg, wrzucili jak pakunek, zatrzasnęli wieko i jechał tak teraz w tej tymczasowej trumnie, nie mogąc się ruszyć. Starał się przewidzieć ich następne działania. Wierzył, że jeśli dostaną pieniądze, wypuszczą go. Podskakiwał na wybojach, auto z pewnością nie miało sprawnych amortyzatorów. Z trudem rozchylił powieki zlepione zakrzepłą krwią i zdało mu się, że dostrzega niedużą dziurę w karoserii. Gdyby nie był skrępowany, mógłby wsunąć w nią palec. Było czarno, ale skupił się na tej granatowej plamce nieba i zaczął się modlić. Jeśli Bóg go nie usłyszy, przynajmniej na chwilę będzie bliżej mamy.

Bródno to część Targówka, jednej z osiemnastu dzielnic Warszawy. Na powierzchni zaledwie dwudziestu czterech kilometrów kwadratowych mieszka tutaj ponad sto dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Przez wielu analityków teren ten był uznawany za jeden z najniebezpieczniejszych, głównie w ocenie samych mieszkańców, którzy za powód wskazywali: przemoc, uzależnienia i anonimowość, ponieważ większość widokówek z Targówka, będącego dziś jedną z sypialni Warszawy, przedstawia bloki mieszkalne. I chociaż to jedna z bardziej zielonych dzielnic, z dobrą infrastrukturą handlowo-usługową (wszystko można załatwić na piechotę), doskonałą komunikacją miejską i zapleczem medyczno-urzędowym, zła sława nie wzięła się znikąd. Mieszkania, zwłaszcza na Bródnie, gdzie stoją jedne z najstarszych lokali wielorodzinnych, były tak tanie, że nabywała je specyficzna klientela.

Szmidt zaparkował przed klatką Moniki, Kobus otworzył bagażnik. Chłopiec zataczał się, kiedy prowadzili go do wejścia. Z daleka mogło to wyglądać na powrót z zakrapianej imprezy. Tomek dostrzegł w kilku oknach poruszające się firanki. Poczuł przypływ nadziei.

– Tam mieszka moja ciotka – ożywił się nagle i wskazał ostatnią klatkę wieżowca. – Może ona da wam pieniądze. Nie wiem, ile potrzebujecie.

Monika podeszła do niego i chwyciła go za ramię. Miała już na sobie bluzę jednego z mężczyzn. Sięgała jej do kolan.

– Tam mieszka ktoś z twojej rodziny? – upewniła się. – Byłeś tu już kiedyś?

Skinął głową.

– Mogę zadzwonić domofonem – zapewnił skwapliwie.

Monika zatkała chłopcu usta.

– Nic nie mów – powtórzyła bezgłośnie. – Nic, kurwa, o tym.

Tomek zamrugał, nie rozumiejąc.

– Co jest, Monia – Szmidt obłapiał już Monikę w pasie. Wiedziała, że skoro jest miły, po przyjściu zaciągnie ją do łóżka. Ale ona nie miała już ochoty. Nowa wiadomość zmieniała całą sytuację.

Uśmiechnęła się do Tomka. Wzięła go pod rękę.

– Prześpisz się, a rano zadzwonimy.

Leżał przywiązany do kaloryfera. Nie widział już zupełnie nic. Krew zakrzepła i ściągnęła mu twarz niczym maska. Właściwie nie czuł już nawet żaru gaszonych na jego ciele papierosów, kopniaków, wyrywanych włosów. Wcześniej był wdzięczny tej kobiecie, że go uratowała przed gwałtem lokówką, ale teraz chciał jedynie, by to się skończyło. Miał dość.

– Czy pani wie, na jakim ognisku jest syn i gdzie?

– Tak wiem, ale o co chodzi?

– Czy pani wie, że był wypadek i jest uszkodzony ford transit? Jakim samochodem przyjechał pani syn?

– Syn nie ma samochodu. O co chodzi?

Zadzwonili już wszędzie. Nie potrafili uzyskać pieniędzy, ale też nie mieli odwagi puścić go wolno. Wiedzieli, że ich rozpozna. Niepotrzebnie wspominał o ciotce. Bali się, że jeśli go wypuszczą, sami pójdą siedzieć. Wściekli na siebie, na niego, na ten cholerny zderzak i faceta z transita, uderzali raz za razem – ale on wciąż żył. To tylko pogarszało sprawę. Wiedział, że go zabiją. To jednak, że coś jest nieuniknione, nie oznacza, że nas nie zaskakuje, kiedy się wydarza. Dlatego gardził swoimi katami. Nie potrafili podjąć żadnej decyzji. Byli amatorami, którzy bali się jeszcze bardziej niż on.

Czwarta rano. Jarkowi udało się dotrzeć do budki telefonicznej, zawiadomić policję. Potem złapał okazję i wrócił do domu.

– Z tobą wszystko w porządku?

– Tomek? – ucieszył się Jarek. – Tak, u mnie okej. A z tobą bardzo źle?

Długa cisza, szmery. Dalej prawie szept:

– Bardzo.

– Jedziesz do szpitala?

– Nie.

Rozmowę przerwano.

Jadwiga i Walenty stawili się na komisariacie kilka minut po dziwnym telefonie. Komenda była wypełniona poturbowanymi maturzystami, którzy czekali na złożenie zeznań. Tomka wśród nich nie było. Policjanci ustalili, że większość licealistów wróciła do domu przed północą. Reszta około piątej nad ranem. Tomka nikt nie widział. Jego koledzy nie mieli pojęcia, co się z nim stało. Jarek w tym czasie był w swoim domu. Nie powiedział rodzicom, nie zawiadomił rodziców Tomka. Może już był po kąpieli i spał.

– Pewnie nic się nie stało i syn wróci rano – pocieszał przerażonych rodziców jeden z policjantów.

– Nie on, nie Tomek. Pan go nie zna – rozpłakała się Jadwiga.

Monika była cała poobcierana, posiniaczona, bo Szmidt potrafił być w seksie brutalny. Kiedy skończyli, poszła do toalety i skrzywiła się – pomieszczenie było całe zbryzgane krwią chłopca. Trzeci dzień katowali go w jej mieszkaniu i miała tego dosyć. Nigdy tego nie posprząta! Zawołała Kobusa i wręczyła mu nóż.

– On nas wyda na psiarni – wyciągnęła chleb, kiełbasę. Przesunęła w kierunku sąsiada.

– Jego ciotka mieszka w ostatniej klatce. Jak go wypuścimy, nawet jeśli uda się wynegocjować okup, to dzieciak i tak nas przypucuje. Mnie, ciebie...

Kobus ugryzł kawałek kiełbasy, odciął pajdę chleba. Posypały się okruchy.

– Tępy – rzekł z dezaprobatą, podnosząc nóż do oczu.

Monika sięgnęła do szuflady, wyjęła ostrzałkę.