Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
66 osób interesuje się tą książką
Z pamięcią bywa różnie... zwłaszcza przed ślubem
Lilianna Maria Sawka, znana producentka muzyczna, ma dwa poważne problemy.
Po pierwsze, z pełną mocą służbowego SUV-a wjechała w słup energetyczny, odcinając prąd kilku przydrożnym gospodarstwom. Po drugie, na skutek szoku, siły wyższej albo wyjątkowego pecha, straciła pamięć.
I umknął jej fakt, że za parę tygodni wychodzi za mąż.
Czasu do ślubu z Tymonem Korneckim, popularnym muzykiem, zostało niewiele, a im bardziej kobieta stara się odzyskać wspomnienia, tym więcej ma wątpliwości. Zwłaszcza że obrazy, które zaczynają do niej powracać, kierują ją ku komuś zupełnie innemu.
A to dopiero początek kłopotów, bo z połączenia polskiej wsi, gór, muzyki, przyjaźni, odrobiny szaleństwa i totalnego chaosu mogą wyniknąć tylko dwie rzeczy.
Naprawdę wielka katastrofa albo… wielka miłość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WSZYSTKIM, którzy choć raz w życiu mieli ochotę
rzucić to wszystkoi wyjechać… w Beskidy!
„Frezje czy róże, Lilka, to chyba nie jest trudne pytanie?”
Wszystko zależy od okoliczności. Statystyczna panna młoda odpowiedziałaby na wiadomość w ciągu ułamka sekundy, podając równocześnie kolor wstążki, adres kwiaciarni i temperaturę, w jakiej trzeba przechowywać bukiet, żeby wytrzymał całą imprezę. W tym momencie kobieta za kierownicą nowej terenówki – mającej tyle wspólnego z jazdą po zapuszczonych leśnych drogach, co produkty „fit” z dietą, na jakiej spędziła ostatnie kilka miesięcy, żeby zmieścić się w wybraną przez sztab stylistek z najlepszego salonu w Warszawie sukienkę – uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, jakie kwiaty będą w wiązance. Ani ile metrów koronki i jedwabiu krawcowa zużyła, żeby wyglądała jak marzenie. Nie wiedziała, czy sukienka opnie jej biodra, spływając w dół, czy będzie ciągnął się za nią tren, a nawet czy we włosy wepnie welon. Dlatego siłą przyzwyczajenia odesłałaby swoją siostrę do firmy zdzierającej z ludzi krocie, żeby wszystko załatwić. O ile oczywiście w tym momencie stary słup elektryczny nie wgryzałby się centymetr po centymetrze w silnik, co Lilianna obserwowała w zwolnionym tempie jak na filmie, czując silne uderzenie poduszki powietrznej, które odebrało jej na chwilę dech.
Pójdę do piekła – zarejestrowała ostatnią myśl przed utratą przytomności, żałując tego, jak perfidnie okłamała księdza w rodzinnej parafii, byleby tylko usprawiedliwić swoją obecność w Będówku.
***
– Pacjentka dwadzieścia dziewięć lat. Przyjęta po zdarzeniu drogowym…
Zielony kolor uspokaja, ale nie ma pewności, czy z tego właśnie powodu malują szpitalne ściany na taki odcień, a lekarze krążą po korytarzach w uniformach podobnego koloru. Idąc tym tropem, można by założyć, że kitle mają pasować do śnieżnobiałych sufitów, ale podobnie – dowodów na taki stan rzeczy nie zarejestrowano. Jedno natomiast pozostawało pewne i niezmienne – łóżka były tak samo niewygodne, a pościel szorstka, jak zapamiętała to Lilianna z czasu, gdy spędziła okrągły tydzień w powiatowej placówce na obserwacji po spektakularnym skoku z dachu starej stodoły prosto w kupę siana, którą usypała z dzieciakami sąsiadów chwilę wcześniej. Kto wie, czy gdyby nie skończyło się szlabanem dla całej grupy, kobieta nie reprezentowałaby z dumą swojego kraju w skokach do basenu na igrzyskach olimpijskich.
– Dzie… – wychrypiała, czując nieznośną suchość w gardle – dzie…
– Chce pani coś powiedzieć? – ożywiła się starsza pielęgniarka towarzysząca lekarzowi stojącemu przy łóżku. Podeszła do pacjentki i nachyliła się, żeby ta nie musiała zbyt głośno mówić.
– Dzie… naście… – wydusiła dumna z siebie kobieta, unosząc lekko głowę. Może kosztowało ją to prawie wszystkie siły, ale chyba zgodzimy się, że są takie momenty w życiu każdego człowieka, kiedy trzeba być precyzyjnym.
– I to chciała nam pani koniecznie powiedzieć?
Chociaż lekarz dyżurny na co dzień starał się zachowywać neutralność i profesjonalizm, przynajmniej na gruncie zawodowym, nie zdołał ukryć sarkazmu w głosie.
– Ważne… – stęknęła jeszcze, zanim przymknęła oczy i zadowolona odpłynęła za sprawą kolejnej kroplówki do krainy słodkiego paracetamolowego snu.
Pamiętała pojedyncze sceny składające się w wyjątkowo kiepsko zmontowany teledysk, niemający większego sensu. To, że ekran na desce rozdzielczej wyświetlał złą godzinę, i chociaż prosiła, czego była stuprocentowo pewna, żeby ktoś zadzwonił do serwisu, mijały tygodnie, a ona spóźniała się na wszystkie spotkania. Skład smoothie, które piła w samochodzie, wracając do domu. Pamiętała nazwy folderów na pulpicie służbowego komputera rzuconego na tylne siedzenie i wszystkie teksty mantr z zajęć jogi. Pamiętała, że wprawiały ją w jeszcze większą frustrację, kończącą się wykrzykiwanymi w miękkie poduszki przekleństwami. Losowe strzępki informacji bez większego sensu, a jednak dające pewien komfort. Dlaczego określenia „służbowy”, „mój samochód” i „cholerne do niczego nienadające się sample” wydawały się jej zupełnie normalne, pewna nie była.
I te kwiaty. Szlag by to trafił.
Zapomniałam? Nie zapomniałam? Umyślnie zignorowałam i wyrzuciłam z pamięci, zanim myśl zalęgła się na dobre, zabierając potrzebne miejsce? – zastanawiała się Lilianna, gapiąc się w sufit, co było aktualnie jej jedyną rozrywką.
Choć może trudno w to uwierzyć, nie miała bladego pojęcia, jakaż to myśl, uderzając w nią z pełną mocą na trasie z zapomnianego przez Boga i ludzi Będówka, stała się przyczyną wypadku. Nie było to w końcu żadne roztargnienie, zmęczenie czy nawet nadmierna prędkość.
Lilianna Maria Sawka, chociaż aktualnie tego nieświadoma, wjechała w słup energetyczny w przypływie zupełnie nagłej, choć całkiem uzasadnionej paniki.
Jak to szło? Rutyna zabija.
Szkoda tylko, że tak powoli.
Początkowy spokój był Liliannie na rękę. Przymykając powieki, wyliczała kolejne osiągnięcia ostatniego tygodnia: przespanie pełnych ośmiu godzin zgodnie z wytycznymi WHO1dla jej grupy wiekowej, zjedzenie z pomocą salowej kremu warzywnego, złożonego głównie z marchewki, za którą, jak się okazało, nie przepada. Przekonanie lekarza, że może sama iść do toalety. Do niechlubnych porażek musiała zaliczyć totalny brak pomysłu na wytłumaczenie sobie powodu, dla którego zjechała z drogi, i kołtun, w jaki zamieniły się jej włosy pod opatrunkiem na głowie. Układanie w myślach potencjalnych scenariuszy skutecznie wypełniało czas między regularnymi punktami na planie dnia: obchodem, lekami, zmianą opatrunków, badaniem i zastanawianiem się, kiedy w końcu przyjdzie do niej ktoś spoza personelu szpitala czy funkcjonariuszy wydziału drogowego. Swoją drogą, wydali się oni bardziej zainteresowani wyposażeniem i osiągami samego samochodu niż ustaleniem prawdziwych okoliczności kolizji pacjentki ze słupem, przez którą kilka domów zostało tymczasowo odciętych od prądu. Najwyraźniej historia o zbłąkanych krowach z samobójczymi zapędami przekonała ich na tyle, żeby uznać sprawę za zamkniętą, nakładając na nią jedynie mandat za niezachowanie należytej ostrożności. A może po prostu lubili przerzucać teczki ze sterty „nierozwiązane” na niewielką kupkę krzyczącą „zamknięte”.
Wtem, po kilku następnych sielankowych dniach słuchania pojedynczych piknięć dochodzących z rozmaitych urządzeń przy jej łóżku, modlitwy kobiety zostały wysłuchane. Na korytarzu rozbrzmiał stukot obcasów, a drzwi sali otworzyły się, ukazując najpierw twarz pielęgniarki, której Lilianna pozwalała palić, korzystając z tego, że okno wychodziło na ślepą uliczkę między oddziałami, w zamian za drobne, dzięki którym mogła wykupić ulubiony batonik z automatu na korytarzu i umilić sobie codzienną rutynę złożoną z półgodzinnego seansu starych sitcomów. Zaraz za pielęgniarką pojawiła się kobieta lustrująca badawczym wzrokiem otoczenie. Mniej więcej pięćdziesiąt kroków dzielących wejście na oddział od sali najwyraźniej nie dostarczyło jej wystarczających wrażeń, więc musiała obejrzeć każdy odprysk farby na ścianie i ubytek w gresie pokrywającym podłogę.
– Masz gościa – powiedziała ciepło salowa, poprawiając poduszki pacjentki, i wyszła, zostawiając kobiety same.
Lilianna milczała, nasłuchując kolejnych kroków, ale gdy po dłuższej chwili nikt inny się nie pojawił, opuściła się nieco niżej na łóżku, wypuszczając z płuc powietrze.
– Zajęliśmy się wszystkim – rzuciła kobieta, siadając na obrotowym taborecie obok, najwyraźniej zmęczona przeciągającą się ciszą, choć ta trwała zaledwie kilka sekund. – Tomasz przyniesie zaraz walizkę. Miałam w mieszkaniu w Gdańsku trochę twoich rzeczy, spakowałam ci. Zadzwoń do Gabrysi, jak będziesz miała chwilę. Kto jest twoim lekarzem prowadzącym? Kiedy cię wypiszą?
Fakty. Konkrety. To nie tak, że matka Lilianny była potworem nieprzejmującym się zupełnie własnym dzieckiem. Po prostu należała do osób szalenie praktycznych i opanowanych – w przeciwieństwie do swoich córek. Zresztą, za tę równowagę zapewnianą w ich szalonym życiu kochały ją chyba najbardziej i miały w nosie, że dla postronnych obserwatorów pani Sawka jawiła się jako zimna suka. Jeśli się nad tym zastanowić – nie było powodu do histerii. Przecież poza kilkoma siniakami i stłuczeniami nic się nie stało, a sam lekarz powiedział, że wcześniejsze odwiedziny byłyby niemożliwe ze względu na kwarantannę całego oddziału.
Lilianna początkowo odurzona tym, że mimo wszystko jest ktoś, kogo interesuje jej los, zaczęła baczniej przyglądać się matce. Mogłaby przysiąc – to ona. Od stóp w beżowych, lakierowanych szpilkach do czubka głowy zakończonego eleganckim wiązaniem. A jednak pewna natrętna myśl krążyła teraz po jej umyśle bez kontroli. Coś było nie tak. I nie chodziło o to, co matka robiła na drugim końcu Polski.
– Tomasz? – Pacjentka zmarszczyła czoło, wytężając wszystkie komórki mózgowe niezajęte aktualnie podstawowymi funkcjami życiowymi.
Matka przerwała serię pytań i przysunęła się do łóżka. Położyła na czole dziewczyny dłoń zakończoną wypielęgnowanymi paznokciami i przyozdobioną idealnie wypolerowaną obrączką, jakby ten gest miał zastąpić diagnostykę, jakiej poddano Liliannę. A trzeba dodać, że placówka w Bukowej, nieopodal Będówka, w tym względzie była co najmniej przyzwoita.
– Znowu nie jesz warzyw? – spróbowała pani Sawka.
– Jem, naprawdę… – Kwestia diety wydała się Liliannie w tym momencie mało istotna, jednak chęć uspokojenia matki wzięła górę.
– Już jest – przerwała jej kobieta i odwróciła się w kierunku wejścia, gdzie pojawił się postawny, uśmiechający się serdecznie mężczyzna z małą, czarną walizką. – Zadzwoniłam do krawcowej i florystki – kontynuowała – w twoim imieniu. Zaakceptowałam frezje i koronkę. Potrzebujesz czegoś? Opuchlizna ci zejdzie? Może umówię ci konsultację w Warszawie? Mój klient ma klinikę na Mokotowie.
Lilianna poczuła, jak jej serce zaczyna mocniej pompować krew, kiedy przybysz najpierw ucałował w policzek panią Sawkę, a potem pocieszająco ścisnął jej dłoń. Powiedział coś, czego nie dosłyszała przez dudnienie w klatce piersiowej. Oddech dziewczyny przyspieszył, wzrok zaczął gorączkowo przeskakiwać między obecnymi w pokoju osobami.
– Co tu się dzieje? – Głos mężczyzny, który jako kolejny pojawił się w drzwiach, przerwał narastający w szaleńczym tempie atak histerii Lilianny.
Ten sam człowiek zaczął od sprawdzenia ciśnienia dziewczyny, łapiąc ją wprawnie za nadgarstek i sprawdzając liczbę uderzeń serca ze swoim zegarkiem. Odpowiedziała mu błagalnym spojrzeniem wyrażającym totalną dezorientację. Przemknęło mu przez myśl, że Lilianna wygląda teraz jak przykuta do środka drogi sarna, gapiąca się prosto w reflektory auta i niemająca pojęcia, że czas najwyższy zejść z jezdni. Nie wahał się ani przez chwilę – natychmiast wyprosił gości i wezwał pielęgniarkę czerwonym przyciskiem nad łóżkiem. W końcu to był jego teren i mógł wprowadzać własne zasady.
– Oddychaj, Lilka – powiedział spokojnie, gładząc delikatnie jej dłoń.
Dopiero teraz zarejestrowała, że cała trzęsie się jak osika i łapie nierówno powietrze.
– Wdech… i wydech – instruował ją lekarz, odliczając sekundy przeznaczone na każdą czynność. – Bardzo dobrze.
– Dziękuję – powiedziała w końcu. Przymknęła oczy, mając nadzieję, że to jakiś zły sen albo halucynacje spowodowane niedawnym wypadkiem.
– Za dużo emocji? – zagaiła pielęgniarka, otwierając drzwi sali łokciem.
Ciągnęła za sobą wózek z różnego rodzaju ampułkami, opatrunkami, pudełeczkami i rozmaitymi jednorazowymi narzędziami, szczelnie zalakowanymi w plastikowych opakowaniach. Mówiąc wprost, przywiozła przenośny raj dla cierpiących. Pokazała mężczyźnie jeden z kartoników i zajęła się przygotowywaniem odpowiedniej dawki.
Lilianna, chociaż jej ciśnienie wróciło już prawie do normalnego poziomu, nadal skupiała się na oddychaniu. Ta prosta czynność była dobrą wymówką, żeby nie szukać powodu, dla którego tak wyprowadziła ją z równowagi niedawna wizyta. Bez słowa wzięła od pielęgniarki kubeczek z tabletkami, które rozstawiły na języku cierpki posmak, zanim zdążyła je przełknąć.
– Pani Borowska nic się nie zmieniła – mruknął pod nosem lekarz, zapisując coś na karcie Lilianny.
– Kto? – jęknęła dziewczyna, łapiąc go za fartuch, na co zareagował zdziwionym spojrzeniem.
– Twoja mama – dodał. – Zresztą. Ty też nic się nie zmieniłaś. Prawie.
– O Boże… Obrączka… – Dziewczyna złapała za kosmyk włosów i nerwowo okręciła go wokół palców.
– Lilka, w porządku? – Głos mężczyzny stał się poważny, ale nadal zachowywał właściwy sobie spokój. W środku był na wpół zdenerwowany, na wpół zmartwiony, ale nie dał po sobie niczego poznać. – Pani Zosiu – zwrócił się do pielęgniarki – proszę sprawdzić, czy doktor Wolak już przyszedł.
Kobieta kiwnęła porozumiewawczo głową i czym prędzej opuściła pomieszczenie, rzucając pacjentce współczujące spojrzenie. Lilianna odtwarzała w głowie wypadek, mamrocząc pod nosem zupełnie nieskładnie. Pamiętała, że jej siostra Gabriela pojechała do Londynu na wymianę studencką, a ona do niej co tydzień dzwoniła. Była pewna, że jej matka, Maria, przyjedzie, żeby przywieźć jej szczoteczkę do zębów i czystą bieliznę. Nie spodziewała się zobaczyć jej w towarzystwie obcego mężczyzny, a już na pewno nie z obrączką na palcu.
– Jak długo tu jestem? – zapytała, szukając na ścianach kalendarza.
– Osiem dni. Przywieźli cię w zeszły czwartek wieczorem z dojazdówki do siódemki – odpowiedział lekarz, sprawdzając dla pewności jej kartę.
Chociaż rachowanie nie było mocną stroną Lilianny, przeliczała, jak długo zabrałaby kobiecie podróż z Gdańska, zahaczając po drodze o urząd stanu cywilnego, spakowanie jej rzeczy z domu i przyjazd tutaj, po czym doszła do wniosku, że z całkiem sporą dozą prawdopodobieństwa jej rodzicielka postanowiła od momentu kiedy po raz ostatni się widziały, spontanicznie wyjść za mąż, a potem przebyć jakieś sześćset kilometrów, żeby przywieźć jej walizkę z wyprawką. Dlatego wydała się… zmęczona? Tak, było to bardzo możliwe, choć zupełnie nie w jej stylu. Pani Sawka, teraz Borowska, zawsze dbała o to, żeby świecić przykładem, chociaż tak naprawdę nie chciała sobie pozwolić, żeby ktokolwiek zarzucił samotnej matce z dwiema szalonymi córkami, że o siebie nie dba. W międzyczasie zdążyła opowiedzieć nowemu mężowi, jak wspaniałym dzieckiem jest Lilianna, a Tomasz ją platonicznie pokochał, co tłumaczyło jego szczerą troskę. Wszystko się zgadzało, prawda?
Tylko że to był jedynie stek bzdur, jakie wykiełkowały w wybujałej wyobraźni Lilianny, która kurczowo łapała się naprędce wymyślonego scenariusza.
Drzwi po raz kolejny tego dnia otworzyły się, ukazując tym razem postać starszego mężczyzny. Przesunął dłonią po kilku siwych włosach, zaczesanych do tyłu, jakby miały ukryć oczywistą łysinę, i przywitał się z lekarzem, który nadal siedział przy Liliannie, ignorując fakt, że ta kurczowo trzyma się jego fartucha.
– Doktorze Mikulski. Co tu mamy? – Wyciągnął rękę po kartę pacjentki.
Lilianna odwróciła się w jego stronę, po raz kolejny wspinając na wyżyny skupienia. Znowu coś brzmiało znajomo. Była pewna, że pamięta kogoś o tym nazwisku. Tak jak pamięta się smak gumy balonowej z dzieciństwa czy pierogów babci na Boże Narodzenie.
– Rozumiem. Nasza ulubiona pacjentka. – Basowy głos wypełnił niewielką przestrzeń. – Podobno jesteśmy trochę zdezorientowani. – Klapnął na stołek obok, odrzucając do tyłu poły białego fartucha, żeby na nich nie usiąść.
– Czemu ulubiona? – zwróciła się do młodszego lekarza.
– Wszystkim tak mówi. Zignoruj go – szepnął konspiracyjnie Mikulski.
– Panna Sawka… – przerwał im doktor Wolak. – Zadamy sobie kilka pytań, dobrze?
Lilianna przytaknęła, zerkając na bok w poszukiwaniu wsparcia. Mężczyzna o znajomo brzmiącym nazwisku uśmiechnął się, dodając jej odrobinę otuchy, po czym skupił się na karcie, wlepiając badawczy wzrok w wyniki pacjentki z ostatnich dni. Dziewczyna wyprostowała się i odwróciła do nowo przybyłego lekarza, dając znać, że jest gotowa.
– Dobrze, zaczniemy. – Założył okulary w cienkich oprawkach, do tej pory spoczywających spokojnie w kieszeni koszuli. – Jak się pani nazywa?
– Lilka – odpowiedziała zadowolona z siebie, jakby zdała najtrudniejszy test w życiu.
– Proszę odpowiadać jak najbardziej szczegółowo – poprosił lekarz, patrząc na nią znad oprawek, przez co poczuła się jak skarcona uczennica.
– Lilianna Maria Sawka – poprawiła się.
– Rok i miejsce urodzenia?
– Trzynasty października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Praktycznie schronisko na hali Ornak, ale w papierach mam Bukową – wyrecytowała bezbłędnie. Na konkursie talentów dla pięciolatków stanęłaby bez wątpienia na podium.
– W papierach?
– Długa historia – machnęła ręką – mama miała słabość do wypadów w góry. Nawet kiedy już ledwo chodziła przez duży brzuch. Do tego uparła się, że musi mieć porządek w dokumentach w urzędzie – dodała nieco ciszej, puszczając starszemu panu oko.
– Bardzo dobrze – pokiwał głową lekarz. – Czym się pani zajmuje?
Lilianna nabrała powietrza, ale kiedy chciała się odezwać, poczuła wewnętrzną blokadę, jakby zderzyła się ze szklaną ścianą. Kilkukrotnie chciała zacząć, słowa jednak plątały się jak sznurówki butów rzuconych w kąt. Kiedy była dzieckiem, zawsze miała je idealnie zawiązane, ale Bóg jeden wie, dlaczego jej się to teraz przypomniało. Z pewnością ta informacja, jak powiedziałaby jej matka, jest teraz zupełnie zbędna. Dłoń Lilianny, do tej pory zajmująca się ożywioną gestykulacją, znowu powędrowała w kierunku luźnego kosmyka zmaltretowanego już przez nią kilka chwil wcześniej.
– Zapytałem, czym się pani zajmuje, panno Sawko. Zawodowo. Co pani robi na co dzień – sprecyzował.
– A czym miałabym się tutaj zajmować? – odparła niepewnie.
– To pytanie do mnie? – odpowiedział ciepło lekarz, rzucając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku doktora Mikulskiego. – Dobrze, przejdziemy dalej. Gdzie pani mieszka?
– W Będówku… – Z każdym kolejnym pytaniem Lilianna traciła pewność siebie i czuła, jakby przegrywała w teleturnieju na znajomość własnego życia.
– Od jak dawna?
Dziewczyna jeszcze tego nie wiedziała, ale Wolak z każdą jej odpowiedzią wypełniał na ankiecie kolejne rubryki składające się na wynik. I nie miał to być jeden z tych wyroków, po których płacze się ze szczęścia i ściska swojego prawnika.
– Od… od zawsze.
Doktor postawił zamaszysty znak na papierze i przez chwilę milczał. Myślał – bardzo intensywnie. Marszczył czoło i stukał długopisem w podkładkę, do której przyczepione były papiery kryjące tajemnicę obecnego stanu pacjentki.
W tym czasie Lilianna zwróciła się w kierunku Mikulskiego, którego poważny wyraz twarzy nie zwiastował nic dobrego.
– Wszystko w porządku, prawda?
– Lilka. – Mężczyzna wyciągnął z kieszeni telefon i zaczął czegoś szukać, przesuwając palcem po ekranie. – Znasz tego mężczyznę?
Lilianna ostrożnie wzięła do ręki aparat i rzuciła w kierunku Mikulskiego powątpiewające spojrzenie. Nie miała pojęcia, do czego zmierza, pokazując jej zdjęcie jakiegoś artysty odbierającego Fryderyka za Album Roku. Nawet jeśli lubiła muzykę, czego była niemal w stu procentach pewna, nie musiała znać wszystkich wykonawców, a już na pewno śledzić wyników gali mającej miejsce, gdy ona leżała nieprzytomna. Gdyby Lilianna nie była, słusznie zresztą, roztrzęsiona ostatnimi wydarzeniami, zauważyłaby jeden ważny szczegół. Gala miała miejsce rok temu, ale tego miała dowiedzieć się dopiero chwilę później.
– To Tymon Kornecki – powiedział powoli Mikulski, wypatrując reakcji ze strony Sawki, ale ta uraczyła go zupełnie obojętnym i nijakim wyrazem twarzy, po czym wzruszyła ramionami.
– Dobry? – zapytała, bo poczuła się w obowiązku kontynuować rozmowę, nawet jeśli nie miała pojęcia, w jakim kierunku zmierza.
– Ty nam powiedz. W końcu jesteś podobno jego muzą.
Lilianna parsknęła, dopatrując się w komentarzu Mikulskiego jakiegoś złośliwego żartu, chociaż wykorzystywanie jej obecnego stanu dla kiepskiego dowcipu byłoby wysoce nieprofesjonalne. A określenie to nie miało racji bytu na liście przymiotników, jakimi można by opisać młodego lekarza. Sekundy mijały jednak, a jego twarz pozostała niewzruszona.
Atmosfera zrobiła się nieco napięta, jak zresztą bywa w chwilach, gdy wszyscy chcą się odezwać, ale nikt nie chce powiedzieć czegoś nie na miejscu. Lilianna, utraciwszy nadzieję na wyjaśnienie, po co te wszystkie pytania, z westchnieniem przesunęła po ekranie, docierając do filmiku załączonego do artykułu. Następnych kilkadziesiąt sekund roztrzaskało ją na kawałki, a pozostały pył rozpłynął się na wietrze.
Tym samym doktorowi Mikulskiemu udało się rozpocząć odliczanie rekordowych kilkunastu minut, gdy dziewczyna trwała w milczeniu. Być może szok, jakiego doznała, nie był taki zły?
1 World Health Organization – Światowa Organizacja Zdrowia
– Lilka?
Przepadnij – pomyślała, siedząc na ziemi, wciśnięta między umywalkę a sedes, ale postanowiła milczeć, mając nadzieję, że wszyscy zapomną o jej istnieniu. Nie wzięła pod uwagę, że to działało tylko wtedy, gdy miała pięć lat, a mama udawała, żeby zyskać chwilę spokoju. Musiała usłyszeć to w jakimś horrorze o egzorcyzmach i przez całe lato, które spędziła w domku na drzewie, w ten właśnie sposób odganiała niechcianych gości.
Przepadnij. Przepadnij. Przepadnij.
– Lilka, dajże spokój. Wpuść mnie. – Głos był przytłumiony przez drzwi, ale słyszała wyraźnie każde słowo.
Odtwarzała w kółko nagranie załączone do artykułu, znając już na pamięć każdy drobny gest, westchnięcie i słowo, jakie padało z ust wszystkich obecnych. Najpierw dziennikarz przeprowadzający krótki wywiad z Korneckim ściskającym w dłoni pozłacaną statuetkę.
„Jak się czujesz? Świetnie, oczywiście”. No bo jak niby miałby się czuć, jasna cholera. Dostał właśnie upragnioną przez polskich artystów nagrodę. Jego notowania skoczą w okamgnieniu, o ile jeszcze tego nie zrobiły.
„To duży sukces”. Serio? Gdyby tego nie powiedział, to by pewnie nikt nic nie zauważył. Czy on się zarumienił?
– Nie, nie, nie…
A teraz wchodzi ona, prosto w jego zapraszające ramiona. Otrzymuje pocałunek zupełnie nieprzystający do tego, że otaczają ich obcy ludzie. Widać jednak, że ani Kornecki, ani Lilianna nic sobie z tego nie robią. Rozsadza ich energia – chociaż to może tylko złudzenie. Wszystko tu błyszczy. Od naszytych na materiał kryształków jej sukienka lśni tak, że z dużą dozą prawdopodobieństwa kilka osób wyszło z tej gali ślepych. Jakim cudem ktoś mógłby się w czymś takim w ogóle ruszać? Chyba że chowała pod trenem garderobianą podtrzymującą to cudo na miejscu.
Za pierwszym razem nie rozpoznała się pod burzą platynowych włosów okalających dziewczęcą twarz z szerokim uśmiechem, mocnym makijażem, brylującą w towarzystwie dziennikarzy i opowiadającą o całym procesie twórczym, ale z każdym kolejnym odtworzeniem nabierała pewności. Zerkała na swoje odbicie w lustrze nad umywalką, mrużąc oczy, a później siadała z powrotem na ziemi, żeby obejrzeć nagranie. Tak samo musieli się czuć ludzie przechodzący metamorfozy w programach telewizyjnych. Wtedy gdy z lustra zrywają kurtynę i nagle stoisz przed kimś, kto wygląda znajomo, ale o niebo lepiej. Nie wiedzieć czemu, była niemal pewna, że wyglądała dokładnie sto pięćdziesiąt osiem tysięcy złotych lepiej dzięki wypożyczonej na tę okazję sukni składającej się z tysięcy kryształków Swarovskiego i sztabowi ludzi, którzy najwyraźniej zajęli się ulepieniem jej twarzy na nowo.
Co on powiedział? To przez nią. To dzięki niej. Jej praca, jej serce, jej wkład. Lilianny Sawki – największej miłości i przyszłej żony. To słowa, gesty i westchnienia. Pierścionek na palcu. To wszystko prawda, chociaż za nic nie mogła sobie jej przypomnieć.
– Ile… tych… ślubów… – mamrotała, smarkając w papierowy ręcznik na twardej, zimnej podłodze szpitalnej łazienki.
– Lilka, nie żartuję. – Doktor Mikulski najwyraźniej nadal nie rozumiał istoty małej kobiecej histerii i sposobów radzenia sobie z nią albo bardzo wprawnie to ukrywał.
– Przecież jest otwarte – burknęła w końcu Lilianna, rzucając zwinięty papier do kosza po drugiej stronie pomieszczenia niczym rasowy koszykarz.
– Wiem. – Mężczyzna zamknął za sobą drzwi, usiadłszy na ziemi naprzeciwko dziewczyny i oparł łokcie na zgiętych kolanach. – Wszystkie łazienki mają wymontowane zamki.
– To czemu pan nie wszedł?
– Nie chciałem, żebyś rzuciła we mnie telefonem. – Wzruszył ramionami i wyciągnął przed siebie dłoń.
– To martwi pana bardziej niż moje zdrowie? – Uniosła brwi z niedowierzaniem, ale oddała aparat, bo i tak wszystko, co tam zobaczyła, nie miało dla niej w tej chwili większego sensu.
– Wbrew temu, co ludzie myślą, lekarze nie zarabiają tyle co celebryci, Lilka. – Mikulski w porównaniu do Lilianny nie silił się na formalizmy.
Oparła głowę o kafelki i przymknęła oczy, ignorując jego uwagę.
– A z tym, co ci dolega, nie będę w stanie ci pomóc.
Nie ma to jak usłyszeć wyrok na podłodze szpitalnej łazienki. Zdecydowanie mijało się to z romantyczną duszą Lilianny, która w pewnym okresie swojego życia marzyła o byciu eteryczną bohaterką angielskiej nowelki. Stanęłaby wtedy nad klifem, gdzie wiatr targałby jej długimi włosami i szorstkim materiałem wielowarstwowej sukni. Oczywiście nikt by nie pytał, jakim cudem weszła w niej na wzgórze bez chociaż jednej kropelki potu na czole czy odrobiny błota na trzewikach. I tak, stojąc i patrząc na bezkres morza czy oceanu, prowadziłaby wewnętrzny monolog o swoim niesprawiedliwym losie, wizji rychłej śmierci i porzuconych dziewczęcych marzeniach.
Zamiast tego kuliła się przy sedesie, szorstkim ręcznikiem ścierając z zaczerwienionej twarzy różnego rodzaju wydzieliny, których oszczędzimy w tym opisie, i zastanawiała się, dlaczego bez skrępowania pokazuje się w takim wydaniu młodemu lekarzowi o całkiem przyjemnej na jej oko powierzchowności, chociaż być może odrobinę pozbawionego empatii.
– Nie powinniście tego… – przerwała chwilową ciszę – jakoś tak bardziej po ludzku?
– Po ludzku? – Mikulski, jak gdyby nigdy nic, wytarł telefon o nogawkę spodni i schował do kieszeni fartucha.
– Takie wiadomości ważne przekazywać – dodała, wznosząc oczy ku niebu, bo w końcu odrobina teatralności jeszcze nikogo nie zabiła.
– Nie musisz się denerwować.
– Jak mam się nie denerwować? Zresztą – potrząsnęła głową – wcale się nie denerwuję. Przeżywam.
Robert Milulski wiedział, że teraz musi odczekać około trzydziestu sekund. W tym czasie Lilianna pomamrocze coś bez ładu i składu, po czym zwróci na niego uwagę. Odciął się zupełnie od szmeru wypełniającego łazienkę i patrzył przed siebie. Chyba że coś się zmieniło – pomyślał, stukając palcem o kolano.
Dziewczyna naprzeciwko nadal poruszała ustami, a potem jak na zawołanie wlepiła w niego wielkie, zawilgocone oczy.
A jednak nie.
Prawo Murphy’ego, niezależnie od tego, jak moglibyśmy je zdefiniować, zawsze oznacza to samo – jeśli jest na to cień szansy, coś dokumentnie się spartaczy. Jeśli Lilianna Sawka myślała, że jej największym problemem będzie wypełnienie dokumentów autocasco czy zakrycie siniaków, blednących nieco dłużej, niż się spodziewała, dodatkową warstwą podkładu i korektora, to była w wielkim błędzie. Zanim przejdziemy dalej, należy zwrócić tu uwagę na wyjątkowo nietrafioną i pochopną interpretację znaków.
Czarny kot, nawet jeśli sto razy przebiegnie ci drogę, nie przynosi pecha. Gorączka niekoniecznie jest złym objawem. Kwiaty przyniesione przez mężczyznę nie muszą oznaczać czegoś dobrego. Dlatego Lilianna nie powinna rozświetlać się jak choinka bożonarodzeniowa, kiedy w drzwiach szpitalnej sali pojawił się, jak jej się w tym momencie wydawało, bohater pewnego nagrania wyrytego już na dobre w jej pamięci. Nie było to szczególnie trudne, biorąc pod uwagę, że tego miejsca nie zajmowało obecnie zbyt wiele innych informacji. Kobieta pamiętała oczywiście, że po krótkiej pogawędce z Mikulskim wróciła do starszego lekarza, który katował ją kolejnymi pytaniami bez odpowiedzi. Później spała – bardzo długo.
Świat oszalał, a ona nie potrafiła sobie przypomnieć, dlaczego znalazła się nagle w rodzinnej miejscowości, zaręczona i z długimi blond puklami, jakby wpadła do beczki z utleniaczem. Nie rozumiała, dlaczego jeździ samochodem wielkości swojego pokoju, mającym do tego więcej światełek i poduszek, niż jakakolwiek nastolatka mogłaby sobie wymarzyć. Za to ostatnie była akurat wdzięczna, bo w przeciwnym wypadku niespodziewane spotkanie ze słupem energetycznym mogło się skończyć dużo gorzej.
Oczywiście to zależało, w którym miejscu na skali pecha umieścimy to, że nie pamiętała zbyt wielu faktów mających fundamentalne znaczenie dla jej codziennego życia. Koniec końców była aktualnie posiadaczką mętliku w głowie, kilku otarć i siniaków – nie tak źle, prawda? Tym bardziej że właśnie zbliżał się do niej mężczyzna zasłonięty przez piękne białe lilie. Słodki zapach błyskawicznie wypełnił pomieszczenie, a promienie słońca odbijały się od przyciemnianych okularów wystających spod czapki z daszkiem.
Zerkając przez szparę w drzwiach łazienki, dokonała w myślach szybkiego przeglądu swojego stanu. Świeży opatrunek, wygodny, welurowy dres przywieziony przez matkę i twarz, na którą powoli powracały kolory. Nie było może specjalnie romantycznie, ale też nienajgorzej. W końcu mężczyzna z nagrań wydawał się w nią tak wpatrzony, że nie powinno mu przeszkadzać to nieco swobodniejsze wydanie. Uniosła wzrok i czekała, aż przybysz się odezwie, z nadzieją, że dźwięk jego głosu będzie znajomy. Że w jakiś magiczny sposób odpowie na wszystkie pytania, jakie kotłowały się jej w głowie. Pewnym krokiem wyszła z łazienki, prostując plecy, jakby miało to dodać jej odwagi.
A potem zobaczyła obiektyw aparatu wyzierający spomiędzy kwiatów i uśmiech, jaki pojawił się w kąciku ust gościa. Wzięła głęboki oddech, złapała za klamkę i cofnęła się.
Pamiętacie o znakach?
Są też takie, których nie sposób zinterpretować – nie warto nawet próbować. W końcu kto mógłby się spodziewać, co zwiastuje pojawienie się w tym miejscu jeszcze jednej osoby? A zwiastowało, mówiąc bardzo oględnie, zarówno problemy, jak i ich rozwiązanie – zależy, jak na to spojrzeć. Tak więc zza mężczyzny wyłoniła się młoda kobieta w dopasowanym, czerwonym garniturze, białych sneakersach i z burzą falowanych, kasztanowych włosów okalających pociągłą twarz. Jej wzrok, choć wydawało się to dziwne, wyrażał tylko dwie rzeczy – furię i rozbawienie. Ścisnęła mocniej cienki koc, którym okryte było łóżko Lilianny, i szybkim ruchem ściągnęła go z posłania. Wprawnie zarzuciła materiał na niespodziewającego się niczego fotografa, który zamotał się w niego, uwięziony teraz w prowizorycznej pułapce. Napastniczka, kopnąwszy mężczyznę w łydkę, zmusiła go do wypuszczenia z rąk kwiatów i przyklęknięcia. Szybkim susem znalazła się przy Sawce, bez słowa złapała ją za rękę i wybiegła z pokoju.
Lilianna nie miała czasu na analizę, jakim cudem kobiecie udało się niepostrzeżenie wejść do środka, nie wydając żadnego dźwięku, obezwładnić mężczyznę i z siłą, o jaką by jej nie podejrzewała, wytargać zdezorientowaną pacjentkę z pokoju. Do tego niczym rasowy sprinter gnała korytarzami szpitala, ciągnąc za sobą Liliannę, dopóki nie dotarły do pomieszczenia gospodarczego. Nieznajoma zatrzymała się gwałtownie, ujrzawszy klucze zostawione w zamku przez serwis sprzątający majaczący na końcu korytarza. Wepchnęła do środka zdezorientowaną towarzyszkę, po czym zamknęła drzwi od środka, nasłuchując odgłosów pościgu. Po chwili dało się słyszeć ciężkie kroki i serię wyjątkowo szpetnych przekleństw, na co kobieta zareagowała pokazaniem środkowego palca w stronę korytarza. Przeczekała też nerwowe szarpanie za klamkę i głośne narzekanie pracownika serwisu, że znowu ktoś zabrał klucze do schowka.
– Co… – zaczęła Lilianna, upewniwszy się, że wszyscy nieproszeni goście się oddalili, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, przerwała jej nieznajoma, szukająca czegoś w nerce, którą nosiła na piersi.
– Pieprzone brukowce – syknęła, kręcąc głową. – Może jeszcze zdjęcie z badania? Proszę bardzo. Jak ją dorwę, to jej nogi z dupy powyrywam. A potem ręce. Jeszcze ten idiota? Czy muszę wszystko robić sama? Peeewnie, jedź. Czy ja ci bronię? Przecież nie mam co robić. Jak odbiorę zdjęcia na okładkę, nażrę się jak świnia próbkami przystawek, ogarnę nagrania i catering, będę miała wystarczająco dużo czasu na zajmowanie się twoim eksperymentem społecznym w postaci Małeckiej. Cholerny Tymon… – mruknęła jeszcze, sunąc palcem po ekranie telefonu.
Lilianna przyglądała się kobiecie, nie rozumiejąc absolutnie nic z jej chaotycznego monologu, ale kiedy ta podsunęła jej pod nos smartfon ze zdjęciem mężczyzny, którego znała z nagrania pokazanego przez doktora Mikulskiego, i z kilkunastoma nieodebranymi połączeniami, odetchnęła. Może nadal nie wiedziała, co się dzieje, ale przynajmniej nie chciała jej porwać jakaś wariatka.
– Z czego się cieszysz, Lilka? Gdyby nie ja, twoja obita twarz byłaby jutro na okładkach połowy szmatławców z wyssanym z palca artykułem. Może Tymon pobił cię do nieprzytomności? Albo prowadziłaś po pijaku i wylądowałaś na drzewie? Masz jakieś preferencje? – zapytała kobieta, podnosząc wzrok znad ekranu.
– Ja…
– Jeszcze ten! – przerwała jej, ponownie dając znak, żeby Lilianna była cicho, a sama odeszła w głąb pomieszczenia. Usiadła na plastikowym kontenerze na pranie i skrzyżowała nogi. – Zanim cokolwiek powiesz, zadzwoń do Małeckiej i każ jej spieprzać do Meksyku. Co? Nie, nie żartuję. Oczywiście, że do ciebie zadzwoniła. Szkoda, że nie dysponuje wystarczającą ilością szarych komórek, żeby wiedzieć…
Lilianna słuchała rozmowy, równocześnie rozglądając się po pomieszczeniu. Regał z detergentami, wózek na środki czystości i pranie zajmujący cały kąt niewielkiego składziku, fartuchy, mopy i szczotki wiszące w równym rzędzie na ścianie. Nic niezwykłego, nie licząc jej towarzyszki machającej długą nogą i wystukującą piętą dziwnie znajomy rytm, gdy uderzała o kontener. Lilka znalazła na podłodze kawałek niezagospodarowanej przestrzeni. Usiadła i przyciągnęła do siebie kolana.
– Skoro nie mogłeś podejść do telefonu, powinna wsiąść w samolot albo wysłać gołębia. Gówno mnie to obchodzi. Kazała jakiemuś losowemu facetowi z obsługi przekazać ci wiadomość o wypadku Sawki. Wiesz, co tu teraz mam? Tak. Chce z tobą gadać – zwróciła się po chwili do Lilianny, wyciągając przed siebie telefon.
Dziewczyna zmarszczyła brwi i wzięła smartfon. Na wyświetlaczu było zdjęcie Tymona. Zamarła.
– Jesteś tam? – usłyszała i przyłożyła aparat do ucha.
– Halo?
– Jezu, Lili… – Mężczyzna po drugiej stronie odetchnął z ulgą. – Myślałem, że tu zwariuję. Przesuwam nagrania i domykam parę spraw. Ogarnę jak najszybciej powrót, ale to nie takie proste.
– Naprawdę nie trzeba – odpowiedziała ostrożnie, patrząc na kobietę siedzącą na kontenerze na pranie. – Wszystko jest pod kontrolą.
Z zaskoczeniem stwierdziła, że naprawdę tak jej się wydaje. Co prawda nadal czuła się lekko oszołomiona, ale czas spędzony na myśleniu o tym, co się stało, nagranie i nieoczekiwana wizyta w jakiś dziwny sposób jej pomogły. Patrzyła na kobietę, z którą siedziała zamknięta w schowku, i czuła, że będzie dobrze. Chociaż jego głos wcale nie przywrócił w jakiś cudowny sposób wspomnień, zaczęła powoli łączyć ze sobą elementy układanki. Potrzebowała tylko trochę czasu.
– Tymon? – Lilianna starała się, żeby jej głos zabrzmiał pewnie. Chociaż rano cieszyła się, myśląc, że przyjechał, teraz przytłoczyła ją ilość nowych informacji. Rozbolała ją głowa, choć mogło być to równie dobrze spowodowane szaloną ucieczką szpitalnymi korytarzami. – Damy sobie radę. Nic mi nie jest. Nie zmieniaj planów – wyrecytowała, patrząc, jak jej towarzyszka przewraca oczami.
– Daj mi go – poleciła, wyciągając rękę po telefon.
– Jasne.
– Nie wracaj – powiedziała natychmiast kobieta tonem, od którego Lilianna stanęła na baczność. Coś jej podpowiadało, że znała go zbyt dobrze. – Te hieny tylko czekają, aż przylecisz w podskokach do Polski, żeby mogli żerować na niestworzonych historiach – kontynuowała, jakby tłumaczyła coś wyjątkowo nierozgarniętemu dziecku. – Pewnie już dobrali się do zdjęć auta. Robimy tak: Sawce strzeliła opona na trasie, nic się nie stało, ty kończysz nagrania, a twoja królewna znika z życia publicznego, bo skupia się na przygotowaniach do ślubu. Załatwimy kilka przecieków z naszymi sprawdzonymi informatorami. Gra? No właśnie, za to mi tyle płacicie.
Lilianna chciała o coś zapytać, ale przerwał jej dźwięk dzwonka telefonu. Kobieta przed nią sięgnęła po saszetki i sprawdziła aparat.
– Muszę kończyć. Tak, przekażę. – Rozłączyła się i natychmiast odebrała połączenie na drugim telefonie. – Baśka Pogota – zaczęła wesoło – ochrona osób i mienia, konferencje prasowe i wróżenie z obierków. Czekaj, dam cię na głośnik. Słyszysz nas?
– Nas? – Lilianna poznała głos młodego lekarza, który pokazał jej nagranie z rozdania Fryderyków. – Zresztą, nieważne. Pani Barbaro, wytłumaczy mi pani, czemu ochrona musiała wyrzucić z oddziału dziennikarzy, a pod wejściem kręcą się fotografowie, blokując podjazd dla karetek?
– Mówiłam już, żebyśmy przeszli na ty. Sprawa się skomplikowała, ktoś dał cynk, że Sawka miała wypadek i wylądowała w tym zacnym przybytku.
– Bez żartów – odpowiedział Mikulski. – Pozbędziecie się ich?
Baśka parsknęła.
– To chyba ty żartujesz. Zwietrzyli taki temat w środku najnudniejszego lata w historii, więc jeśli mają choć cień szansy na fotkę naszej zmasakrowanej pacjentki, to rozbiją tu obóz. Długo będzie musiała zostać?
– Nie mogę udzielać takich informacji osobom trzecim.
– Wiem o niej więcej niż własna matka. Dbam, żeby w pokoju hotelowym była jej ulubiona herbata, zatrudniam sprzątaczkę, podlewam kwiatki, przynajmniej te, które jeszcze żyją, i planuję posiłki. Nie jestem osobą trzecią, Robert – odpowiedziała całkiem poważnie, wywołując u Lilianny atak kaszlu.
Robiło się coraz ciekawiej.
– Jestem tutaj – powiedziała w końcu, charcząc. – Może pan mówić.
– Lilka? – Ton Mikulskiego złagodniał. – Ledwo wróciłaś i już sprowadzasz kłopoty. I nie mówię o pani, Barbaro – dodał jeszcze, zanim wrócił do profesjonalnego tonu. – Badania nie wykazały nieprawidłowości. Jeśli chodzi o zdrowie fizyczne, poza paroma otarciami i siniakami, które wkrótce się zagoją, nic ci nie jest. Zaniki pamięci, jeśli nadal będą trwały, wymagają dalszej konsultacji, może dodatkowej diagnostyki, ale nie musisz na ten moment zostawać dłużej w szpitalu. Jeśli o mnie chodzi, mógłbym cię wypisać na żądanie choćby dzisiaj i mieć święty spokój.
Baśka bacznie przyglądała się Liliannie, szukając zapewne oznak problemów z pamięcią. Może gdyby dopuściła ją do słowa, dowiedziałaby się o nich od samej zainteresowanej, ale postanowiła zaczekać i wypytać ją o szczegóły, jak tylko zażegna mały kryzys z mediami.
– Świetnie. Jak dowiedzą się, że nie mają tu czego szukać, pójdą w diabły. Kiedy możemy się zmywać?
– Jestem na miejscu, więc mogę się tym zająć po obchodzie.
– A nie dałoby się przed? – negocjowała kobieta.
– Chce pani za mnie pogadać z ludźmi, dla których musi być miła, czy poczekać godzinę? – Jego ton wydał się Lilce przesadnie surowy, ale było tak tylko dlatego, że zapomniała, jak brzmi Mikulski, gdy naprawdę się zdenerwuje.
– Godzina, doktorze. Grzecznie czekamy. Bez odbioru! – odpowiedziała dziarskim tonem Pogota i wrzuciła telefon do saszetki.
Nagle Lilianna poczuła na plecach zimny pot. Baśka zgrabnie zeskoczyła z kontenera i podeszła do niej powoli, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Założyła ręce na piersi, postukała palcami w ramię, przekrzywiając głowę, a dziewczyna, nadal skulona na ziemi, uśmiechnęła się nieśmiało.
– Mamy do pogadania, co?
Lilianna Maria Sawka miała w życiu dwa problemy.
Niezdecydowanie objawiające się w niemal każdym aspekcie jej codziennej egzystencji i ufność ludziom, których nigdy wcześniej nie spotkała. Zaczynając od sprzedawców wciskających jej najmniej korzystny abonament, po kelnerów zapewniających o znikomej pikantności proponowanego dania. Lilianna pomimo powtarzających się sytuacji mogących skutecznie zabić w niej wiarę w ludzi pozostawała pełna optymizmu i nadziei. To jednak nie wpływało na innych. Niezdecydowanie za to doprowadzało do szału zwłaszcza Baśkę Pogotę, specjalizującą się już w odkręcaniu dziwnych decyzji zakupowych Sawki, współpracy z zaprzyjaźnioną kancelarią w konstruowaniu umów mających dla jej podopiecznej możliwie dużo furtek czy ograniczaniu do dwóch sprawdzonych opcji menu z jedzeniem na wynos, w czasie gdy przesiadywały w studiu, dogrywając ostatnie poprawki do singli, które później katowały stacje radiowe. Na szczęście istny rollercoaster wrażeń, jaki Lilianna serwowała jej na co dzień, wynagradzał fakt, że w najważniejszej dla obu kwestii zawsze wykazywała się zarówno pewnością, jak i odwagą potrzebną do realizacji swoich pomysłów. Jeśli chodziło o muzykę – doskonale wiedziała, czego chce.
Pogota cieszyła się, że wrodzona ufność pozwoliła jej na zaciągnięcie najbardziej poszukiwanej w szpitalu pacjentki do pomieszczenia gospodarczego. Doceniła nawet, że chwilowo Sawka nie mogła się zdecydować, czy nadal siedzieć na ziemi, czy próbować uciec. Rozglądała się po pomieszczeniu z wyrazem twarzy wskazującym, że w jej głowie trwa zapisywanie wszystkich „za” i „przeciw” dla obu opcji. Chwilowa cisza, chociaż początkowo wyjątkowo kojąca i przywitana z otwartymi ramionami, zaczęła jednak powoli doskwierać kobietom zamkniętym w coraz bardziej dusznym schowku. Baśka, choć to tak abstrakcyjne, jak tylko mogło się wydawać, nie wiedziała, o co najpierw zapytać. Lilianna z kolei nie miała pojęcia, od czego zacząć. W końcu kobieta westchnęła i zdjęła marynarkę, odsłaniając nagie ramiona pokryte niebieskimi taśmami stabilizującymi stawy. Potarła zesztywniały kark, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że spędziła ostatnie kilka godzin, gnając samochodem do szpitala w podhalańskiej dziurze na końcu świata – a przynajmniej tak w jej mniemaniu wyglądała niewielka miejscowość, gdzie znalazła swoją podopieczną.
– Zaniki pamięci w stylu „nie pamiętam, co obiecałam zrobić, żebyś dała mi spokój”? – zagaiła w końcu, patrząc na Liliannę, która wstała z ziemi i otrzepywała spodnie.
– Bardziej w stylu… – upewniła się, że wszystkie kłębki kurzu zmiecione z podłogi zniknęły z dresu i podniosła wzrok – „nie mam pojęcia, kim jesteś, skąd wiedziałaś, że mnie tu znajdziesz, dlaczego zaciągnęłaś mnie do schowka i powiedziałaś mojemu lekarzowi prowadzącemu… to, co mu powiedziałaś”.
– Sawka. – Baśka pochyliła się, żeby spojrzeć dziewczynie w oczy. – Jaja sobie robisz, tak?
Lilianna wzruszyła ramionami, podczas gdy Pogota przeszła krótką, acz intensywną drogę z histerycznego chichotu, przez groźby skierowane w kierunku towarzyszki, aż do zwątpienia. Teraz to pacjentka zajęła honorowe miejsce na plastikowym kontenerze na pranie, opierając plecy o ścianę, do połowy pomalowaną charakterystyczną, zmywalną farbą w miętowym kolorze. Wypuściła głośno powietrze, podświadomie starając się przerwać coraz bardziej niezręczną ciszę.
– Musimy stąd wiać – odrzekła w końcu Baśka, nerwowo stukając paznokciami o metalowy regał na detergenty.
Zanim Lilianna zdążyła coś powiedzieć, kobieta zaczęła wywracać do góry nogami kosz z praniem, zaglądając równocześnie we wszystkie zakamarki pomieszczenia.
– Nigdzie się nie ruszam! – Może i Lilianna była wdzięczna za ratunek, ale nie do końca pewna, czy powinna iść gdziekolwiek z najwyraźniej szaloną towarzyszką. Gwałtownie zeskoczyła na ziemię i pewnie stanęła na środku pomieszczenia, dając do zrozumienia, że nie żartuje.
– O nie, nie, nie… – Baśka nawet nie mrugnęła, kiedy usadziła ją z powrotem na kontenerze. – Nie mam teraz czasu na twoje dramaty. Pogadamy, jak znajdziemy się przynajmniej kilka kilometrów od tego miejsca.
– Nigdzie z panią nie pójdę – dodała nieco mniej pewnie Lilianna, starając się zdystansować od obcej kobiety.
Baśka tylko czekała na tę chwilę słabości. Wiedziała dobrze, że nadszedł czas na zakończenie do niczego nieprowadzącej dyskusji i przejście do czynów. Wytargała z kąta wózek na pranie i zapraszającym gestem wskazała Liliannie pusty kubeł, który chwilę wcześniej błyskawicznie opróżniła ze zmiętych prześcieradeł i poszewek.
– Po moim trupie – warknęła na nią pacjentka, zerkając ukradkiem na drzwi.
– Uwierz mi, Sawka, że zaraz zacznę brać tę opcję pod uwagę. – Głos Baśki był pełen niezdrowej ekscytacji.
Zerwała z wieszaka jeden z uniformów i wciągnęła go na ubranie. Włosy ukryła pod czepkiem znalezionym w szufladzie razem z jednorazową maseczką, skutecznie zasłaniającą teraz jej twarz. Służbowy telefon połączyła ze słuchawką bezprzewodową wetkniętą w ucho, a nerka i marynarka wylądowały na dnie kubła.
– Pościelone, królewno.
Chociaż Lilianna nie widziała teraz wyrazu jej twarzy, była pewna, że kobieta uśmiecha się szeroko, klepiąc zapraszająco bok kosza na pranie.
Sawka, pomimo pewnego oporu przed dobrowolnym wciśnięciem się do ciasnego kontenera, stwierdziła po szybkiej analizie, że jest to dużo lepsza opcja od ucieczki korytarzami przed polującymi na jej zdjęcie dziennikarzami brukowców. Oparła się o ramię Baśki, sprawnym susem wskoczyła do kubła, gdzie ułożyła się w miarę wygodnie, i przycisnęła do piersi znalezioną pod nogami saszetkę. Pogota nie czekała na sygnał czy znak z nieba – upewniwszy się, że z zewnątrz nie słychać nic niepokojącego, otworzyła zamek i z impetem pchnęła wózek, gwałtownie otwierając drzwi.
Skrzydło uderzyło w błąkającego się po korytarzu młodego fotografa próbującego szczęścia w części szpitala, gdzie ostatnio widziano Sawkę. Przygarbiony, jakby miało to sprawić, że stanie się niewidzialny, przemierzał wyłożone szarym linoleum przestrzenie, licząc na łut szczęścia. Baśka warknęła na niego, wczuwając się w rolę sprzątaczki, niezadowolonej, że ktoś chodzi po świeżo umytej podłodze, i skutecznie pozbyła się intruza, niepodejrzewającego nawet, jak blisko był swojego celu.
Lilianna starała się zachować spokój w coraz bardziej dusznym kuble, ale w końcu musiała uchylić nieco wieko, żeby wbrew woli niektórych tu obecnych nie udusić się, co dostarczyłoby gazetom jeszcze większej sensacji niż jej wypadek. Przez wąską szparę widziała krzątający się personel i obcych ludzi przeganianych co chwilę spod zamkniętych oddziałów, ściskających w dłoniach aparaty albo wymachujących przed twarzami ochroniarzy legitymacjami prasowymi, jak gdyby miało to im dać przepustkę na salę operacyjną. Szpital nie był może największym w regionie, ale podobnie jak warszawskie molochy i zgodnie z jakąś niepisaną zasadą składał się z dziwnych przejść, pokrętnych korytarzy, a do tego wyłączonych z użytku na bliżej nieokreślony czas i zamkniętych dla gości stref, przez co kobiety po kilkunastu minutach zgubiły się, tracąc nadzieję na sprawne opuszczenie budynku.
Jak to jednak bywa, w anegdotach opowiadanych później na imprezach w gronie przyjaciół albo bajkach, ratunek przybył właśnie wtedy, gdy był najbardziej potrzebny. […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Zapomniałam, że cię kocham
isbn: 978-83-8423-383-2
© Anna Prusik i Wydawnictwo Amare 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt
jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu
wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Amare.
redakcja: Marta Grochowska
korekta: Emilia Kapłan
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Amare należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: kontakt@wydawnictwo-amare.pl
https://wydawnictwo-amare.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
