Zapomniałam, że Cię kocham - Anna Prusik - ebook
NOWOŚĆ

Zapomniałam, że Cię kocham ebook

Prusik Anna

3,5

66 osób interesuje się tą książką

Opis

Z pamięcią bywa różnie... zwłaszcza przed ślubem

Lilianna Maria Sawka, znana producentka muzyczna, ma dwa poważne problemy.

Po pierwsze, z pełną mocą służbowego SUV-a wjechała w słup energetyczny, odcinając prąd kilku przydrożnym gospodarstwom. Po drugie, na skutek szoku, siły wyższej albo wyjątkowego pecha, straciła pamięć.

I umknął jej fakt, że za parę tygodni wychodzi za mąż.

Czasu do ślubu z Tymonem Korneckim, popularnym muzykiem, zostało niewiele, a im bardziej kobieta stara się odzyskać wspomnienia, tym więcej ma wątpliwości. Zwłaszcza że obrazy, które zaczynają do niej powracać, kierują ją ku komuś zupełnie innemu.

A to dopiero początek kłopotów, bo z połączenia polskiej wsi, gór, muzyki, przyjaźni, odrobiny szaleństwa i totalnego chaosu mogą wyniknąć tylko dwie rzeczy.

Naprawdę wielka katastrofa albo… wielka miłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 360

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (13 ocen)
4
2
4
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Monika309

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10
PatrycjaD87

Całkiem niezła

Ksiazka moze byla by fajna ale nienawidze narracji trzecioosobowej.. nie jestem w stanie tego czytac. Po co ktos tak w ogole pisze?
11
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Historia,która czyta się w wielkim zainteresowaniem Polecam
00
Klasa5b

Nie polecam

No nie wiem nie mogę tego czytać nie porywa mnie .
00
Fizioczek

Całkiem niezła

Nie do końca do mnie przemówiła
00



WSZYST­KIM, któ­rzy choć raz w ży­ciu mie­li ocho­tę

rzu­cić to wszyst­koi wy­je­chać… w Be­ski­dy!

Roz­dział pierw­szy:

O pan­nach mło­dych i kwia­tach

„Fre­zje czy ró­że, Lil­ka, to chy­ba nie jest trud­ne py­ta­nie?”

Wszyst­ko za­le­ży od oko­licz­no­ści. Sta­ty­stycz­na pan­na mło­da od­po­wie­dzia­ła­by na wia­do­mość w cią­gu ułam­ka se­kun­dy, po­da­jąc rów­no­cze­śnie ko­lor wstąż­ki, ad­res kwia­ciar­ni i tem­pe­ra­tu­rę, w ja­kiej trze­ba prze­cho­wy­wać bu­kiet, że­by wy­trzy­mał ca­łą im­pre­zę. W tym mo­men­cie ko­bie­ta za kie­row­ni­cą no­wej te­re­nów­ki – ma­ją­cej ty­le wspól­ne­go z jaz­dą po za­pusz­czo­nych le­śnych dro­gach, co pro­duk­ty „fit” z die­tą, na ja­kiej spę­dzi­ła ostat­nie kil­ka mie­się­cy, że­by zmie­ścić się w wy­bra­ną przez sztab sty­li­stek z naj­lep­sze­go sa­lo­nu w War­sza­wie su­kien­kę – uświa­do­mi­ła so­bie, że nie ma po­ję­cia, ja­kie kwia­ty bę­dą w wią­zan­ce. Ani ile me­trów ko­ron­ki i je­dwa­biu kraw­co­wa zu­ży­ła, że­by wy­glą­da­ła jak ma­rze­nie. Nie wie­dzia­ła, czy su­kien­ka opnie jej bio­dra, spły­wa­jąc w dół, czy bę­dzie cią­gnął się za nią tren, a na­wet czy we wło­sy we­pnie we­lon. Dla­te­go si­łą przy­zwy­cza­je­nia ode­sła­ła­by swo­ją sio­strę do fir­my zdzie­ra­ją­cej z lu­dzi kro­cie, że­by wszyst­ko za­ła­twić. O ile oczy­wi­ście w tym mo­men­cie sta­ry słup elek­trycz­ny nie wgry­zał­by się cen­ty­metr po cen­ty­me­trze w sil­nik, co Li­lian­na ob­ser­wo­wa­ła w zwol­nio­nym tem­pie jak na fil­mie, czu­jąc sil­ne ude­rze­nie po­dusz­ki po­wietrz­nej, któ­re ode­bra­ło jej na chwi­lę dech.

Pój­dę do pie­kła – za­re­je­stro­wa­ła ostat­nią myśl przed utra­tą przy­tom­no­ści, ża­łu­jąc te­go, jak per­fid­nie okła­ma­ła księ­dza w ro­dzin­nej pa­ra­fii, by­le­by tyl­ko uspra­wie­dli­wić swo­ją obec­ność w Bę­dów­ku.

***

– Pa­cjent­ka dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Przy­ję­ta po zda­rze­niu dro­go­wym…

Zie­lo­ny ko­lor uspo­ka­ja, ale nie ma pew­no­ści, czy z te­go wła­śnie po­wo­du ma­lu­ją szpi­tal­ne ścia­ny na ta­ki od­cień, a le­ka­rze krą­żą po ko­ry­ta­rzach w uni­for­mach po­dob­ne­go ko­lo­ru. Idąc tym tro­pem, moż­na by za­ło­żyć, że ki­tle ma­ją pa­so­wać do śnież­no­bia­łych su­fi­tów, ale po­dob­nie – do­wo­dów na ta­ki stan rze­czy nie za­re­je­stro­wa­no. Jed­no na­to­miast po­zo­sta­wa­ło pew­ne i nie­zmien­ne – łóż­ka by­ły tak sa­mo nie­wy­god­ne, a po­ściel szorst­ka, jak za­pa­mię­ta­ła to Li­lian­na z cza­su, gdy spę­dzi­ła okrą­gły ty­dzień w po­wia­to­wej pla­ców­ce na ob­ser­wa­cji po spek­ta­ku­lar­nym sko­ku z da­chu sta­rej sto­do­ły pro­sto w ku­pę sia­na, któ­rą usy­pa­ła z dzie­cia­ka­mi są­sia­dów chwi­lę wcze­śniej. Kto wie, czy gdy­by nie skoń­czy­ło się szla­ba­nem dla ca­łej gru­py, ko­bie­ta nie re­pre­zen­to­wa­ła­by z du­mą swo­je­go kra­ju w sko­kach do ba­se­nu na igrzy­skach olim­pij­skich.

– Dzie… – wy­chry­pia­ła, czu­jąc nie­zno­śną su­chość w gar­dle – dzie…

– Chce pa­ni coś po­wie­dzieć? – oży­wi­ła się star­sza pie­lę­gniar­ka to­wa­rzy­szą­ca le­ka­rzo­wi sto­ją­ce­mu przy łóż­ku. Po­de­szła do pa­cjent­ki i na­chy­li­ła się, że­by ta nie mu­sia­ła zbyt gło­śno mó­wić.

– Dzie… na­ście… – wy­du­si­ła dum­na z sie­bie ko­bie­ta, uno­sząc lek­ko gło­wę. Mo­że kosz­to­wa­ło ją to pra­wie wszyst­kie si­ły, ale chy­ba zgo­dzi­my się, że są ta­kie mo­men­ty w ży­ciu każ­de­go czło­wie­ka, kie­dy trze­ba być pre­cy­zyj­nym.

– I to chcia­ła nam pa­ni ko­niecz­nie po­wie­dzieć?

Cho­ciaż le­karz dy­żur­ny na co dzień sta­rał się za­cho­wy­wać neu­tral­ność i pro­fe­sjo­na­lizm, przy­naj­mniej na grun­cie za­wo­do­wym, nie zdo­łał ukryć sar­ka­zmu w gło­sie.

– Waż­ne… – stęk­nę­ła jesz­cze, za­nim przy­mknę­ła oczy i za­do­wo­lo­na od­pły­nę­ła za spra­wą ko­lej­nej kro­plów­ki do kra­iny słod­kie­go pa­ra­ce­ta­mo­lo­we­go snu.

Pa­mię­ta­ła po­je­dyn­cze sce­ny skła­da­ją­ce się w wy­jąt­ko­wo kiep­sko zmon­to­wa­ny te­le­dysk, nie­ma­ją­cy więk­sze­go sen­su. To, że ekran na de­sce roz­dziel­czej wy­świe­tlał złą go­dzi­nę, i cho­ciaż pro­si­ła, cze­go by­ła stu­pro­cen­to­wo pew­na, że­by ktoś za­dzwo­nił do ser­wi­su, mi­ja­ły ty­go­dnie, a ona spóź­nia­ła się na wszyst­kie spo­tka­nia. Skład smo­othie, któ­re pi­ła w sa­mo­cho­dzie, wra­ca­jąc do do­mu. Pa­mię­ta­ła na­zwy fol­de­rów na pul­pi­cie służ­bo­we­go kom­pu­te­ra rzu­co­ne­go na tyl­ne sie­dze­nie i wszyst­kie tek­sty mantr z za­jęć jo­gi. Pa­mię­ta­ła, że wpra­wia­ły ją w jesz­cze więk­szą fru­stra­cję, koń­czą­cą się wy­krzy­ki­wa­ny­mi w mięk­kie po­dusz­ki prze­kleń­stwa­mi. Lo­so­we strzęp­ki in­for­ma­cji bez więk­sze­go sen­su, a jed­nak da­ją­ce pe­wien kom­fort. Dla­cze­go okre­śle­nia „służ­bo­wy”, „mój sa­mo­chód” i „cho­ler­ne do ni­cze­go nie­na­da­ją­ce się sam­ple” wy­da­wa­ły się jej zu­peł­nie nor­mal­ne, pew­na nie by­ła.

I te kwia­ty. Szlag by to tra­fił.

Za­po­mnia­łam? Nie za­po­mnia­łam? Umyśl­nie zi­gno­ro­wa­łam i wy­rzu­ci­łam z pa­mię­ci, za­nim myśl za­lę­gła się na do­bre, za­bie­ra­jąc po­trzeb­ne miej­sce? – za­sta­na­wia­ła się Li­lian­na, ga­piąc się w su­fit, co by­ło ak­tu­al­nie jej je­dy­ną roz­ryw­ką.

Choć mo­że trud­no w to uwie­rzyć, nie mia­ła bla­de­go po­ję­cia, ja­każ to myśl, ude­rza­jąc w nią z peł­ną mo­cą na tra­sie z za­po­mnia­ne­go przez Bo­ga i lu­dzi Bę­dów­ka, sta­ła się przy­czy­ną wy­pad­ku. Nie by­ło to w koń­cu żad­ne roz­tar­gnie­nie, zmę­cze­nie czy na­wet nad­mier­na pręd­kość.

Li­lian­na Ma­ria Saw­ka, cho­ciaż ak­tu­al­nie te­go nie­świa­do­ma, wje­cha­ła w słup ener­ge­tycz­ny w przy­pły­wie zu­peł­nie na­głej, choć cał­kiem uza­sad­nio­nej pa­ni­ki.

Roz­dział dru­gi:

O nie­spo­dzie­wa­nych go­ściachi jesz­cze mniej spo­dzie­wa­nych wy­ro­kach

Jak to szło? Ru­ty­na za­bi­ja.

Szko­da tyl­ko, że tak po­wo­li.

Po­cząt­ko­wy spo­kój był Li­lian­nie na rę­kę. Przy­my­ka­jąc po­wie­ki, wy­li­cza­ła ko­lej­ne osią­gnię­cia ostat­nie­go ty­go­dnia: prze­spa­nie peł­nych ośmiu go­dzin zgod­nie z wy­tycz­ny­mi WHO1dla jej gru­py wie­ko­wej, zje­dze­nie z po­mo­cą sa­lo­wej kre­mu wa­rzyw­ne­go, zło­żo­ne­go głów­nie z mar­chew­ki, za któ­rą, jak się oka­za­ło, nie prze­pa­da. Prze­ko­na­nie le­ka­rza, że mo­że sa­ma iść do to­a­le­ty. Do nie­chlub­nych po­ra­żek mu­sia­ła za­li­czyć to­tal­ny brak po­my­słu na wy­tłu­ma­cze­nie so­bie po­wo­du, dla któ­re­go zje­cha­ła z dro­gi, i koł­tun, w ja­ki za­mie­ni­ły się jej wło­sy pod opa­trun­kiem na gło­wie. Ukła­da­nie w my­ślach po­ten­cjal­nych sce­na­riu­szy sku­tecz­nie wy­peł­nia­ło czas mię­dzy re­gu­lar­ny­mi punk­ta­mi na pla­nie dnia: ob­cho­dem, le­ka­mi, zmia­ną opa­trun­ków, ba­da­niem i za­sta­na­wia­niem się, kie­dy w koń­cu przyj­dzie do niej ktoś spo­za per­so­ne­lu szpi­ta­la czy funk­cjo­na­riu­szy wy­dzia­łu dro­go­we­go. Swo­ją dro­gą, wy­da­li się oni bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ni wy­po­sa­że­niem i osią­ga­mi sa­me­go sa­mo­cho­du niż usta­le­niem praw­dzi­wych oko­licz­no­ści ko­li­zji pa­cjent­ki ze słu­pem, przez któ­rą kil­ka do­mów zo­sta­ło tym­cza­so­wo od­cię­tych od prą­du. Naj­wy­raź­niej hi­sto­ria o zbłą­ka­nych kro­wach z sa­mo­bój­czy­mi za­pę­da­mi prze­ko­na­ła ich na ty­le, że­by uznać spra­wę za za­mknię­tą, na­kła­da­jąc na nią je­dy­nie man­dat za nie­za­cho­wa­nie na­le­ży­tej ostroż­no­ści. A mo­że po pro­stu lu­bi­li prze­rzu­cać tecz­ki ze ster­ty „nie­roz­wią­za­ne” na nie­wiel­ką kup­kę krzy­czą­cą „za­mknię­te”.

Wtem, po kil­ku na­stęp­nych sie­lan­ko­wych dniach słu­cha­nia po­je­dyn­czych pik­nięć do­cho­dzą­cych z roz­ma­itych urzą­dzeń przy jej łóż­ku, mo­dli­twy ko­bie­ty zo­sta­ły wy­słu­cha­ne. Na ko­ry­ta­rzu roz­brzmiał stu­kot ob­ca­sów, a drzwi sa­li otwo­rzy­ły się, uka­zu­jąc naj­pierw twarz pie­lę­gniar­ki, któ­rej Li­lian­na po­zwa­la­ła pa­lić, ko­rzy­sta­jąc z te­go, że okno wy­cho­dzi­ło na śle­pą ulicz­kę mię­dzy od­dzia­ła­mi, w za­mian za drob­ne, dzię­ki któ­rym mo­gła wy­ku­pić ulu­bio­ny ba­to­nik z au­to­ma­tu na ko­ry­ta­rzu i umi­lić so­bie co­dzien­ną ru­ty­nę zło­żo­ną z pół­go­dzin­ne­go se­an­su sta­rych sit­co­mów. Za­raz za pie­lę­gniar­ką po­ja­wi­ła się ko­bie­ta lu­stru­ją­ca ba­daw­czym wzro­kiem oto­cze­nie. Mniej wię­cej pięć­dzie­siąt kro­ków dzie­lą­cych wej­ście na od­dział od sa­li naj­wy­raź­niej nie do­star­czy­ło jej wy­star­cza­ją­cych wra­żeń, więc mu­sia­ła obej­rzeć każ­dy od­prysk far­by na ścia­nie i uby­tek w gre­sie po­kry­wa­ją­cym pod­ło­gę.

– Masz go­ścia – po­wie­dzia­ła cie­pło sa­lo­wa, po­pra­wia­jąc po­dusz­ki pa­cjent­ki, i wy­szła, zo­sta­wia­jąc ko­bie­ty sa­me.

Li­lian­na mil­cza­ła, na­słu­chu­jąc ko­lej­nych kro­ków, ale gdy po dłuż­szej chwi­li nikt in­ny się nie po­ja­wił, opu­ści­ła się nie­co ni­żej na łóż­ku, wy­pusz­cza­jąc z płuc po­wie­trze.

– Za­ję­li­śmy się wszyst­kim – rzu­ci­ła ko­bie­ta, sia­da­jąc na ob­ro­to­wym ta­bo­re­cie obok, naj­wy­raź­niej zmę­czo­na prze­cią­ga­ją­cą się ci­szą, choć ta trwa­ła za­le­d­wie kil­ka se­kund. – To­masz przy­nie­sie za­raz wa­liz­kę. Mia­łam w miesz­ka­niu w Gdań­sku tro­chę two­ich rze­czy, spa­ko­wa­łam ci. Za­dzwoń do Ga­bry­si, jak bę­dziesz mia­ła chwi­lę. Kto jest two­im le­ka­rzem pro­wa­dzą­cym? Kie­dy cię wy­pi­szą?

Fak­ty. Kon­kre­ty. To nie tak, że mat­ka Li­lian­ny by­ła po­two­rem nie­przej­mu­ją­cym się zu­peł­nie wła­snym dziec­kiem. Po pro­stu na­le­ża­ła do osób sza­le­nie prak­tycz­nych i opa­no­wa­nych – w prze­ci­wień­stwie do swo­ich có­rek. Zresz­tą, za tę rów­no­wa­gę za­pew­nia­ną w ich sza­lo­nym ży­ciu ko­cha­ły ją chy­ba naj­bar­dziej i mia­ły w no­sie, że dla po­stron­nych ob­ser­wa­to­rów pa­ni Saw­ka ja­wi­ła się ja­ko zim­na su­ka. Je­śli się nad tym za­sta­no­wić – nie by­ło po­wo­du do hi­ste­rii. Prze­cież po­za kil­ko­ma si­nia­ka­mi i stłu­cze­nia­mi nic się nie sta­ło, a sam le­karz po­wie­dział, że wcze­śniej­sze od­wie­dzi­ny by­ły­by nie­moż­li­we ze wzglę­du na kwa­ran­tan­nę ca­łe­go od­dzia­łu.

Li­lian­na po­cząt­ko­wo odu­rzo­na tym, że mi­mo wszyst­ko jest ktoś, ko­go in­te­re­su­je jej los, za­czę­ła bacz­niej przy­glą­dać się mat­ce. Mo­gła­by przy­siąc – to ona. Od stóp w be­żo­wych, la­kie­ro­wa­nych szpil­kach do czub­ka gło­wy za­koń­czo­ne­go ele­ganc­kim wią­za­niem. A jed­nak pew­na na­tręt­na myśl krą­ży­ła te­raz po jej umy­śle bez kon­tro­li. Coś by­ło nie tak. I nie cho­dzi­ło o to, co mat­ka ro­bi­ła na dru­gim koń­cu Pol­ski.

– To­masz? – Pa­cjent­ka zmarsz­czy­ła czo­ło, wy­tę­ża­jąc wszyst­kie ko­mór­ki mó­zgo­we nie­za­ję­te ak­tu­al­nie pod­sta­wo­wy­mi funk­cja­mi ży­cio­wy­mi.

Mat­ka prze­rwa­ła se­rię py­tań i przy­su­nę­ła się do łóż­ka. Po­ło­ży­ła na czo­le dziew­czy­ny dłoń za­koń­czo­ną wy­pie­lę­gno­wa­ny­mi pa­znok­cia­mi i przy­ozdo­bio­ną ide­al­nie wy­po­le­ro­wa­ną ob­rącz­ką, jak­by ten gest miał za­stą­pić dia­gno­sty­kę, ja­kiej pod­da­no Li­lian­nę. A trze­ba do­dać, że pla­ców­ka w Bu­ko­wej, nie­opo­dal Bę­dów­ka, w tym wzglę­dzie by­ła co naj­mniej przy­zwo­ita.

– Zno­wu nie jesz wa­rzyw? – spró­bo­wa­ła pa­ni Saw­ka.

– Jem, na­praw­dę… – Kwe­stia die­ty wy­da­ła się Li­lian­nie w tym mo­men­cie ma­ło istot­na, jed­nak chęć uspo­ko­je­nia mat­ki wzię­ła gó­rę.

– Już jest – prze­rwa­ła jej ko­bie­ta i od­wró­ci­ła się w kie­run­ku wej­ścia, gdzie po­ja­wił się po­staw­ny, uśmie­cha­ją­cy się ser­decz­nie męż­czy­zna z ma­łą, czar­ną wa­liz­ką. – Za­dzwo­ni­łam do kraw­co­wej i flo­ryst­ki – kon­ty­nu­owa­ła – w two­im imie­niu. Za­ak­cep­to­wa­łam fre­zje i ko­ron­kę. Po­trze­bu­jesz cze­goś? Opu­chli­zna ci zej­dzie? Mo­że umó­wię ci kon­sul­ta­cję w War­sza­wie? Mój klient ma kli­ni­kę na Mo­ko­to­wie.

Li­lian­na po­czu­ła, jak jej ser­ce za­czy­na moc­niej pom­po­wać krew, kie­dy przy­bysz naj­pierw uca­ło­wał w po­li­czek pa­nią Saw­kę, a po­tem po­cie­sza­ją­co ści­snął jej dłoń. Po­wie­dział coś, cze­go nie do­sły­sza­ła przez dud­nie­nie w klat­ce pier­sio­wej. Od­dech dziew­czy­ny przy­spie­szył, wzrok za­czął go­rącz­ko­wo prze­ska­ki­wać mię­dzy obec­ny­mi w po­ko­ju oso­ba­mi.

– Co tu się dzie­je? – Głos męż­czy­zny, któ­ry ja­ko ko­lej­ny po­ja­wił się w drzwiach, prze­rwał na­ra­sta­ją­cy w sza­leń­czym tem­pie atak hi­ste­rii Li­lian­ny.

Ten sam czło­wiek za­czął od spraw­dze­nia ci­śnie­nia dziew­czy­ny, ła­piąc ją wpraw­nie za nad­gar­stek i spraw­dza­jąc licz­bę ude­rzeń ser­ca ze swo­im ze­gar­kiem. Od­po­wie­dzia­ła mu bła­gal­nym spoj­rze­niem wy­ra­ża­ją­cym to­tal­ną dez­orien­ta­cję. Prze­mknę­ło mu przez myśl, że Li­lian­na wy­glą­da te­raz jak przy­ku­ta do środ­ka dro­gi sar­na, ga­pią­ca się pro­sto w re­flek­to­ry au­ta i nie­ma­ją­ca po­ję­cia, że czas naj­wyż­szy zejść z jezd­ni. Nie wa­hał się ani przez chwi­lę – na­tych­miast wy­pro­sił go­ści i we­zwał pie­lę­gniar­kę czer­wo­nym przy­ci­skiem nad łóż­kiem. W koń­cu to był je­go te­ren i mógł wpro­wa­dzać wła­sne za­sa­dy.

– Od­dy­chaj, Lil­ka – po­wie­dział spo­koj­nie, gła­dząc de­li­kat­nie jej dłoń.

Do­pie­ro te­raz za­re­je­stro­wa­ła, że ca­ła trzę­sie się jak osi­ka i ła­pie nie­rów­no po­wie­trze.

– Wdech… i wy­dech – in­stru­ował ją le­karz, od­li­cza­jąc se­kun­dy prze­zna­czo­ne na każ­dą czyn­ność. – Bar­dzo do­brze.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła w koń­cu. Przy­mknę­ła oczy, ma­jąc na­dzie­ję, że to ja­kiś zły sen al­bo ha­lu­cy­na­cje spo­wo­do­wa­ne nie­daw­nym wy­pad­kiem.

– Za du­żo emo­cji? – za­ga­iła pie­lę­gniar­ka, otwie­ra­jąc drzwi sa­li łok­ciem.

Cią­gnę­ła za so­bą wó­zek z róż­ne­go ro­dza­ju am­puł­ka­mi, opa­trun­ka­mi, pu­de­łecz­ka­mi i roz­ma­ity­mi jed­no­ra­zo­wy­mi na­rzę­dzia­mi, szczel­nie za­la­ko­wa­ny­mi w pla­sti­ko­wych opa­ko­wa­niach. Mó­wiąc wprost, przy­wio­zła prze­no­śny raj dla cier­pią­cych. Po­ka­za­ła męż­czyź­nie je­den z kar­to­ni­ków i za­ję­ła się przy­go­to­wy­wa­niem od­po­wied­niej daw­ki.

Li­lian­na, cho­ciaż jej ci­śnie­nie wró­ci­ło już pra­wie do nor­mal­ne­go po­zio­mu, na­dal sku­pia­ła się na od­dy­cha­niu. Ta pro­sta czyn­ność by­ła do­brą wy­mów­ką, że­by nie szu­kać po­wo­du, dla któ­re­go tak wy­pro­wa­dzi­ła ją z rów­no­wa­gi nie­daw­na wi­zy­ta. Bez sło­wa wzię­ła od pie­lę­gniar­ki ku­be­czek z ta­blet­ka­mi, któ­re roz­sta­wi­ły na ję­zy­ku cierp­ki po­smak, za­nim zdą­ży­ła je prze­łknąć.

– Pa­ni Bo­row­ska nic się nie zmie­ni­ła – mruk­nął pod no­sem le­karz, za­pi­su­jąc coś na kar­cie Li­lian­ny.

– Kto? – jęk­nę­ła dziew­czy­na, ła­piąc go za far­tuch, na co za­re­ago­wał zdzi­wio­nym spoj­rze­niem.

– Two­ja ma­ma – do­dał. – Zresz­tą. Ty też nic się nie zmie­ni­łaś. Pra­wie.

– O Bo­że… Ob­rącz­ka… – Dziew­czy­na zła­pa­ła za ko­smyk wło­sów i ner­wo­wo okrę­ci­ła go wo­kół pal­ców.

– Lil­ka, w po­rząd­ku? – Głos męż­czy­zny stał się po­waż­ny, ale na­dal za­cho­wy­wał wła­ści­wy so­bie spo­kój. W środ­ku był na wpół zde­ner­wo­wa­ny, na wpół zmar­twio­ny, ale nie dał po so­bie ni­cze­go po­znać. – Pa­ni Zo­siu – zwró­cił się do pie­lę­gniar­ki – pro­szę spraw­dzić, czy dok­tor Wo­lak już przy­szedł.

Ko­bie­ta kiw­nę­ła po­ro­zu­mie­waw­czo gło­wą i czym prę­dzej opu­ści­ła po­miesz­cze­nie, rzu­ca­jąc pa­cjent­ce współ­czu­ją­ce spoj­rze­nie. Li­lian­na od­twa­rza­ła w gło­wie wy­pa­dek, mam­ro­cząc pod no­sem zu­peł­nie nie­skład­nie. Pa­mię­ta­ła, że jej sio­stra Ga­brie­la po­je­cha­ła do Lon­dy­nu na wy­mia­nę stu­denc­ką, a ona do niej co ty­dzień dzwo­ni­ła. By­ła pew­na, że jej mat­ka, Ma­ria, przy­je­dzie, że­by przy­wieźć jej szczo­tecz­kę do zę­bów i czy­stą bie­li­znę. Nie spo­dzie­wa­ła się zo­ba­czyć jej w to­wa­rzy­stwie ob­ce­go męż­czy­zny, a już na pew­no nie z ob­rącz­ką na pal­cu.

– Jak dłu­go tu je­stem? – za­py­ta­ła, szu­ka­jąc na ścia­nach ka­len­da­rza.

– Osiem dni. Przy­wieź­li cię w ze­szły czwar­tek wie­czo­rem z do­jaz­dów­ki do sió­dem­ki – od­po­wie­dział le­karz, spraw­dza­jąc dla pew­no­ści jej kar­tę.

Cho­ciaż ra­cho­wa­nie nie by­ło moc­ną stro­ną Li­lian­ny, prze­li­cza­ła, jak dłu­go za­bra­ła­by ko­bie­cie po­dróż z Gdań­ska, za­ha­cza­jąc po dro­dze o urząd sta­nu cy­wil­ne­go, spa­ko­wa­nie jej rze­czy z do­mu i przy­jazd tu­taj, po czym do­szła do wnio­sku, że z cał­kiem spo­rą do­zą praw­do­po­do­bień­stwa jej ro­dzi­ciel­ka po­sta­no­wi­ła od mo­men­tu kie­dy po raz ostat­ni się wi­dzia­ły, spon­ta­nicz­nie wyjść za mąż, a po­tem prze­być ja­kieś sześć­set ki­lo­me­trów, że­by przy­wieźć jej wa­liz­kę z wy­praw­ką. Dla­te­go wy­da­ła się… zmę­czo­na? Tak, by­ło to bar­dzo moż­li­we, choć zu­peł­nie nie w jej sty­lu. Pa­ni Saw­ka, te­raz Bo­row­ska, za­wsze dba­ła o to, że­by świe­cić przy­kła­dem, cho­ciaż tak na­praw­dę nie chcia­ła so­bie po­zwo­lić, że­by kto­kol­wiek za­rzu­cił sa­mot­nej mat­ce z dwie­ma sza­lo­ny­mi cór­ka­mi, że o sie­bie nie dba. W mię­dzy­cza­sie zdą­ży­ła opo­wie­dzieć no­we­mu mę­żo­wi, jak wspa­nia­łym dziec­kiem jest Li­lian­na, a To­masz ją pla­to­nicz­nie po­ko­chał, co tłu­ma­czy­ło je­go szcze­rą tro­skę. Wszyst­ko się zga­dza­ło, praw­da?

Tyl­ko że to był je­dy­nie stek bzdur, ja­kie wy­kieł­ko­wa­ły w wy­bu­ja­łej wy­obraź­ni Li­lian­ny, któ­ra kur­czo­wo ła­pa­ła się na­pręd­ce wy­my­ślo­ne­go sce­na­riu­sza.

Drzwi po raz ko­lej­ny te­go dnia otwo­rzy­ły się, uka­zu­jąc tym ra­zem po­stać star­sze­go męż­czy­zny. Prze­su­nął dło­nią po kil­ku si­wych wło­sach, za­cze­sa­nych do ty­łu, jak­by mia­ły ukryć oczy­wi­stą ły­si­nę, i przy­wi­tał się z le­ka­rzem, któ­ry na­dal sie­dział przy Li­lian­nie, igno­ru­jąc fakt, że ta kur­czo­wo trzy­ma się je­go far­tu­cha.

– Dok­to­rze Mi­kul­ski. Co tu ma­my? – Wy­cią­gnął rę­kę po kar­tę pa­cjent­ki.

Li­lian­na od­wró­ci­ła się w je­go stro­nę, po raz ko­lej­ny wspi­na­jąc na wy­ży­ny sku­pie­nia. Zno­wu coś brzmia­ło zna­jo­mo. By­ła pew­na, że pa­mię­ta ko­goś o tym na­zwi­sku. Tak jak pa­mię­ta się smak gu­my ba­lo­no­wej z dzie­ciń­stwa czy pie­ro­gów bab­ci na Bo­że Na­ro­dze­nie.

– Ro­zu­miem. Na­sza ulu­bio­na pa­cjent­ka. – Ba­so­wy głos wy­peł­nił nie­wiel­ką prze­strzeń. – Po­dob­no je­ste­śmy tro­chę zdez­o­rien­to­wa­ni. – Klap­nął na sto­łek obok, od­rzu­ca­jąc do ty­łu po­ły bia­łe­go far­tu­cha, że­by na nich nie usiąść.

– Cze­mu ulu­bio­na? – zwró­ci­ła się do młod­sze­go le­ka­rza.

– Wszyst­kim tak mó­wi. Zi­gno­ruj go – szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie Mi­kul­ski.

– Pan­na Saw­ka… – prze­rwał im dok­tor Wo­lak. – Za­da­my so­bie kil­ka py­tań, do­brze?

Li­lian­na przy­tak­nę­ła, zer­ka­jąc na bok w po­szu­ki­wa­niu wspar­cia. Męż­czy­zna o zna­jo­mo brzmią­cym na­zwi­sku uśmiech­nął się, do­da­jąc jej odro­bi­nę otu­chy, po czym sku­pił się na kar­cie, wle­pia­jąc ba­daw­czy wzrok w wy­ni­ki pa­cjent­ki z ostat­nich dni. Dziew­czy­na wy­pro­sto­wa­ła się i od­wró­ci­ła do no­wo przy­by­łe­go le­ka­rza, da­jąc znać, że jest go­to­wa.

– Do­brze, za­cznie­my. – Za­ło­żył oku­la­ry w cien­kich opraw­kach, do tej po­ry spo­czy­wa­ją­cych spo­koj­nie w kie­sze­ni ko­szu­li. – Jak się pa­ni na­zy­wa?

– Lil­ka – od­po­wie­dzia­ła za­do­wo­lo­na z sie­bie, jak­by zda­ła naj­trud­niej­szy test w ży­ciu.

– Pro­szę od­po­wia­dać jak naj­bar­dziej szcze­gó­ło­wo – po­pro­sił le­karz, pa­trząc na nią znad opra­wek, przez co po­czu­ła się jak skar­co­na uczen­ni­ca.

– Li­lian­na Ma­ria Saw­ka – po­pra­wi­ła się.

– Rok i miej­sce uro­dze­nia?

– Trzy­na­sty paź­dzier­ni­ka ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go trze­cie­go ro­ku. Prak­tycz­nie schro­ni­sko na ha­li Or­nak, ale w pa­pie­rach mam Bu­ko­wą – wy­re­cy­to­wa­ła bez­błęd­nie. Na kon­kur­sie ta­len­tów dla pię­cio­lat­ków sta­nę­ła­by bez wąt­pie­nia na po­dium.

– W pa­pie­rach?

– Dłu­ga hi­sto­ria – mach­nę­ła rę­ką – ma­ma mia­ła sła­bość do wy­pa­dów w gó­ry. Na­wet kie­dy już le­d­wo cho­dzi­ła przez du­ży brzuch. Do te­go upar­ła się, że mu­si mieć po­rzą­dek w do­ku­men­tach w urzę­dzie – do­da­ła nie­co ci­szej, pusz­cza­jąc star­sze­mu pa­nu oko.

– Bar­dzo do­brze – po­ki­wał gło­wą le­karz. – Czym się pa­ni zaj­mu­je?

Li­lian­na na­bra­ła po­wie­trza, ale kie­dy chcia­ła się ode­zwać, po­czu­ła we­wnętrz­ną blo­ka­dę, jak­by zde­rzy­ła się ze szkla­ną ścia­ną. Kil­ku­krot­nie chcia­ła za­cząć, sło­wa jed­nak plą­ta­ły się jak sznu­rów­ki bu­tów rzu­co­nych w kąt. Kie­dy by­ła dziec­kiem, za­wsze mia­ła je ide­al­nie za­wią­za­ne, ale Bóg je­den wie, dla­cze­go jej się to te­raz przy­po­mnia­ło. Z pew­no­ścią ta in­for­ma­cja, jak po­wie­dzia­ła­by jej mat­ka, jest te­raz zu­peł­nie zbęd­na. Dłoń Li­lian­ny, do tej po­ry zaj­mu­ją­ca się oży­wio­ną ge­sty­ku­la­cją, zno­wu po­wę­dro­wa­ła w kie­run­ku luź­ne­go ko­smy­ka zmal­tre­to­wa­ne­go już przez nią kil­ka chwil wcze­śniej.

– Za­py­ta­łem, czym się pa­ni zaj­mu­je, pan­no Saw­ko. Za­wo­do­wo. Co pa­ni ro­bi na co dzień – spre­cy­zo­wał.

– A czym mia­ła­bym się tu­taj zaj­mo­wać? – od­par­ła nie­pew­nie.

– To py­ta­nie do mnie? – od­po­wie­dział cie­pło le­karz, rzu­ca­jąc po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie w kie­run­ku dok­to­ra Mi­kul­skie­go. – Do­brze, przej­dzie­my da­lej. Gdzie pa­ni miesz­ka?

– W Bę­dów­ku… – Z każ­dym ko­lej­nym py­ta­niem Li­lian­na tra­ci­ła pew­ność sie­bie i czu­ła, jak­by prze­gry­wa­ła w te­le­tur­nie­ju na zna­jo­mość wła­sne­go ży­cia.

– Od jak daw­na?

Dziew­czy­na jesz­cze te­go nie wie­dzia­ła, ale Wo­lak z każ­dą jej od­po­wie­dzią wy­peł­niał na an­kie­cie ko­lej­ne ru­bry­ki skła­da­ją­ce się na wy­nik. I nie miał to być je­den z tych wy­ro­ków, po któ­rych pła­cze się ze szczę­ścia i ści­ska swo­je­go praw­ni­ka.

– Od… od za­wsze.

Dok­tor po­sta­wił za­ma­szy­sty znak na pa­pie­rze i przez chwi­lę mil­czał. My­ślał – bar­dzo in­ten­syw­nie. Marsz­czył czo­ło i stu­kał dłu­go­pi­sem w pod­kład­kę, do któ­rej przy­cze­pio­ne by­ły pa­pie­ry kry­ją­ce ta­jem­ni­cę obec­ne­go sta­nu pa­cjent­ki.

W tym cza­sie Li­lian­na zwró­ci­ła się w kie­run­ku Mi­kul­skie­go, któ­re­go po­waż­ny wy­raz twa­rzy nie zwia­sto­wał nic do­bre­go.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, praw­da?

– Lil­ka. – Męż­czy­zna wy­cią­gnął z kie­sze­ni te­le­fon i za­czął cze­goś szu­kać, prze­su­wa­jąc pal­cem po ekra­nie. – Znasz te­go męż­czy­znę?

Li­lian­na ostroż­nie wzię­ła do rę­ki apa­rat i rzu­ci­ła w kie­run­ku Mi­kul­skie­go po­wąt­pie­wa­ją­ce spoj­rze­nie. Nie mia­ła po­ję­cia, do cze­go zmie­rza, po­ka­zu­jąc jej zdję­cie ja­kie­goś ar­ty­sty od­bie­ra­ją­ce­go Fry­de­ry­ka za Al­bum Ro­ku. Na­wet je­śli lu­bi­ła mu­zy­kę, cze­go by­ła nie­mal w stu pro­cen­tach pew­na, nie mu­sia­ła znać wszyst­kich wy­ko­naw­ców, a już na pew­no śle­dzić wy­ni­ków ga­li ma­ją­cej miej­sce, gdy ona le­ża­ła nie­przy­tom­na. Gdy­by Li­lian­na nie by­ła, słusz­nie zresz­tą, roz­trzę­sio­na ostat­ni­mi wy­da­rze­nia­mi, za­uwa­ży­ła­by je­den waż­ny szcze­gół. Ga­la mia­ła miej­sce rok te­mu, ale te­go mia­ła do­wie­dzieć się do­pie­ro chwi­lę póź­niej.

– To Ty­mon Kor­nec­ki – po­wie­dział po­wo­li Mi­kul­ski, wy­pa­tru­jąc re­ak­cji ze stro­ny Saw­ki, ale ta ura­czy­ła go zu­peł­nie obo­jęt­nym i ni­ja­kim wy­ra­zem twa­rzy, po czym wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Do­bry? – za­py­ta­ła, bo po­czu­ła się w obo­wiąz­ku kon­ty­nu­ować roz­mo­wę, na­wet je­śli nie mia­ła po­ję­cia, w ja­kim kie­run­ku zmie­rza.

– Ty nam po­wiedz. W koń­cu je­steś po­dob­no je­go mu­zą.

Li­lian­na par­sk­nę­ła, do­pa­tru­jąc się w ko­men­ta­rzu Mi­kul­skie­go ja­kie­goś zło­śli­we­go żar­tu, cho­ciaż wy­ko­rzy­sty­wa­nie jej obec­ne­go sta­nu dla kiep­skie­go dow­ci­pu by­ło­by wy­so­ce nie­pro­fe­sjo­nal­ne. A okre­śle­nie to nie mia­ło ra­cji by­tu na li­ście przy­miot­ni­ków, ja­ki­mi moż­na by opi­sać mło­de­go le­ka­rza. Se­kun­dy mi­ja­ły jed­nak, a je­go twarz po­zo­sta­ła nie­wzru­szo­na.

At­mos­fe­ra zro­bi­ła się nie­co na­pię­ta, jak zresz­tą by­wa w chwi­lach, gdy wszy­scy chcą się ode­zwać, ale nikt nie chce po­wie­dzieć cze­goś nie na miej­scu. Li­lian­na, utra­ciw­szy na­dzie­ję na wy­ja­śnie­nie, po co te wszyst­kie py­ta­nia, z wes­tchnie­niem prze­su­nę­ła po ekra­nie, do­cie­ra­jąc do fil­mi­ku za­łą­czo­ne­go do ar­ty­ku­łu. Na­stęp­nych kil­ka­dzie­siąt se­kund roz­trza­ska­ło ją na ka­wał­ki, a po­zo­sta­ły pył roz­pły­nął się na wie­trze.

Tym sa­mym dok­to­ro­wi Mi­kul­skie­mu uda­ło się roz­po­cząć od­li­cza­nie re­kor­do­wych kil­ku­na­stu mi­nut, gdy dziew­czy­na trwa­ła w mil­cze­niu. Być mo­że szok, ja­kie­go do­zna­ła, nie był ta­ki zły?

1 World He­alth Or­ga­ni­za­tion – Świa­to­wa Or­ga­ni­za­cja Zdro­wia

Roz­dział trze­ci:

O po­zo­rach i nie­for­tun­nych sło­wach

– Lil­ka?

Prze­pad­nij – po­my­śla­ła, sie­dząc na zie­mi, wci­śnię­ta mię­dzy umy­wal­kę a se­des, ale po­sta­no­wi­ła mil­czeć, ma­jąc na­dzie­ję, że wszy­scy za­po­mną o jej ist­nie­niu. Nie wzię­ła pod uwa­gę, że to dzia­ła­ło tyl­ko wte­dy, gdy mia­ła pięć lat, a ma­ma uda­wa­ła, że­by zy­skać chwi­lę spo­ko­ju. Mu­sia­ła usły­szeć to w ja­kimś hor­ro­rze o eg­zor­cy­zmach i przez ca­łe la­to, któ­re spę­dzi­ła w dom­ku na drze­wie, w ten wła­śnie spo­sób od­ga­nia­ła nie­chcia­nych go­ści.

Prze­pad­nij. Prze­pad­nij. Prze­pad­nij.

– Lil­ka, daj­że spo­kój. Wpuść mnie. – Głos był przy­tłu­mio­ny przez drzwi, ale sły­sza­ła wy­raź­nie każ­de sło­wo.

Od­twa­rza­ła w kół­ko na­gra­nie za­łą­czo­ne do ar­ty­ku­łu, zna­jąc już na pa­mięć każ­dy drob­ny gest, wes­tchnię­cie i sło­wo, ja­kie pa­da­ło z ust wszyst­kich obec­nych. Naj­pierw dzien­ni­karz prze­pro­wa­dza­ją­cy krót­ki wy­wiad z Kor­nec­kim ści­ska­ją­cym w dło­ni po­zła­ca­ną sta­tu­et­kę.

„Jak się czu­jesz? Świet­nie, oczy­wi­ście”. No bo jak ni­by miał­by się czuć, ja­sna cho­le­ra. Do­stał wła­śnie upra­gnio­ną przez pol­skich ar­ty­stów na­gro­dę. Je­go no­to­wa­nia sko­czą w oka­mgnie­niu, o ile jesz­cze te­go nie zro­bi­ły.

„To du­ży suk­ces”. Se­rio? Gdy­by te­go nie po­wie­dział, to by pew­nie nikt nic nie za­uwa­żył. Czy on się za­ru­mie­nił?

– Nie, nie, nie…

A te­raz wcho­dzi ona, pro­sto w je­go za­pra­sza­ją­ce ra­mio­na. Otrzy­mu­je po­ca­łu­nek zu­peł­nie nie­przy­sta­ją­cy do te­go, że ota­cza­ją ich ob­cy lu­dzie. Wi­dać jed­nak, że ani Kor­nec­ki, ani Li­lian­na nic so­bie z te­go nie ro­bią. Roz­sa­dza ich ener­gia – cho­ciaż to mo­że tyl­ko złu­dze­nie. Wszyst­ko tu błysz­czy. Od na­szy­tych na ma­te­riał krysz­tał­ków jej su­kien­ka lśni tak, że z du­żą do­zą praw­do­po­do­bień­stwa kil­ka osób wy­szło z tej ga­li śle­pych. Ja­kim cu­dem ktoś mógł­by się w czymś ta­kim w ogó­le ru­szać? Chy­ba że cho­wa­ła pod tre­nem gar­de­ro­bia­ną pod­trzy­mu­ją­cą to cu­do na miej­scu.

Za pierw­szym ra­zem nie roz­po­zna­ła się pod bu­rzą pla­ty­no­wych wło­sów oka­la­ją­cych dziew­czę­cą twarz z sze­ro­kim uśmie­chem, moc­nym ma­ki­ja­żem, bry­lu­ją­cą w to­wa­rzy­stwie dzien­ni­ka­rzy i opo­wia­da­ją­cą o ca­łym pro­ce­sie twór­czym, ale z każ­dym ko­lej­nym od­two­rze­niem na­bie­ra­ła pew­no­ści. Zer­ka­ła na swo­je od­bi­cie w lu­strze nad umy­wal­ką, mru­żąc oczy, a póź­niej sia­da­ła z po­wro­tem na zie­mi, że­by obej­rzeć na­gra­nie. Tak sa­mo mu­sie­li się czuć lu­dzie prze­cho­dzą­cy me­ta­mor­fo­zy w pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych. Wte­dy gdy z lu­stra zry­wa­ją kur­ty­nę i na­gle sto­isz przed kimś, kto wy­glą­da zna­jo­mo, ale o nie­bo le­piej. Nie wie­dzieć cze­mu, by­ła nie­mal pew­na, że wy­glą­da­ła do­kład­nie sto pięć­dzie­siąt osiem ty­się­cy zło­tych le­piej dzię­ki wy­po­ży­czo­nej na tę oka­zję suk­ni skła­da­ją­cej się z ty­się­cy krysz­tał­ków Swa­ro­vskie­go i szta­bo­wi lu­dzi, któ­rzy naj­wy­raź­niej za­ję­li się ule­pie­niem jej twa­rzy na no­wo.

Co on po­wie­dział? To przez nią. To dzię­ki niej. Jej pra­ca, jej ser­ce, jej wkład. Li­lian­ny Saw­ki – naj­więk­szej mi­ło­ści i przy­szłej żo­ny. To sło­wa, ge­sty i wes­tchnie­nia. Pier­ścio­nek na pal­cu. To wszyst­ko praw­da, cho­ciaż za nic nie mo­gła so­bie jej przy­po­mnieć.

– Ile… tych… ślu­bów… – mam­ro­ta­ła, smar­ka­jąc w pa­pie­ro­wy ręcz­nik na twar­dej, zim­nej pod­ło­dze szpi­tal­nej ła­zien­ki.

– Lil­ka, nie żar­tu­ję. – Dok­tor Mi­kul­ski naj­wy­raź­niej na­dal nie ro­zu­miał isto­ty ma­łej ko­bie­cej hi­ste­rii i spo­so­bów ra­dze­nia so­bie z nią al­bo bar­dzo wpraw­nie to ukry­wał.

– Prze­cież jest otwar­te – burk­nę­ła w koń­cu Li­lian­na, rzu­ca­jąc zwi­nię­ty pa­pier do ko­sza po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia ni­czym ra­so­wy ko­szy­karz.

– Wiem. – Męż­czy­zna za­mknął za so­bą drzwi, usiadł­szy na zie­mi na­prze­ciw­ko dziew­czy­ny i oparł łok­cie na zgię­tych ko­la­nach. – Wszyst­kie ła­zien­ki ma­ją wy­mon­to­wa­ne zam­ki.

– To cze­mu pan nie wszedł?

– Nie chcia­łem, że­byś rzu­ci­ła we mnie te­le­fo­nem. – Wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­cią­gnął przed sie­bie dłoń.

– To mar­twi pa­na bar­dziej niż mo­je zdro­wie? – Unio­sła brwi z nie­do­wie­rza­niem, ale od­da­ła apa­rat, bo i tak wszyst­ko, co tam zo­ba­czy­ła, nie mia­ło dla niej w tej chwi­li więk­sze­go sen­su.

– Wbrew te­mu, co lu­dzie my­ślą, le­ka­rze nie za­ra­bia­ją ty­le co ce­le­bry­ci, Lil­ka. – Mi­kul­ski w po­rów­na­niu do Li­lian­ny nie si­lił się na for­ma­li­zmy.

Opar­ła gło­wę o ka­fel­ki i przy­mknę­ła oczy, igno­ru­jąc je­go uwa­gę.

– A z tym, co ci do­le­ga, nie bę­dę w sta­nie ci po­móc.

Nie ma to jak usły­szeć wy­rok na pod­ło­dze szpi­tal­nej ła­zien­ki. Zde­cy­do­wa­nie mi­ja­ło się to z ro­man­tycz­ną du­szą Li­lian­ny, któ­ra w pew­nym okre­sie swo­je­go ży­cia ma­rzy­ła o by­ciu ete­rycz­ną bo­ha­ter­ką an­giel­skiej no­wel­ki. Sta­nę­ła­by wte­dy nad kli­fem, gdzie wiatr tar­gał­by jej dłu­gi­mi wło­sa­mi i szorst­kim ma­te­ria­łem wie­lo­war­stwo­wej suk­ni. Oczy­wi­ście nikt by nie py­tał, ja­kim cu­dem we­szła w niej na wzgó­rze bez cho­ciaż jed­nej kro­pel­ki po­tu na czo­le czy odro­bi­ny bło­ta na trze­wi­kach. I tak, sto­jąc i pa­trząc na bez­kres mo­rza czy oce­anu, pro­wa­dzi­ła­by we­wnętrz­ny mo­no­log o swo­im nie­spra­wie­dli­wym lo­sie, wi­zji ry­chłej śmier­ci i po­rzu­co­nych dziew­czę­cych ma­rze­niach.

Za­miast te­go ku­li­ła się przy se­de­sie, szorst­kim ręcz­ni­kiem ście­ra­jąc z za­czer­wie­nio­nej twa­rzy róż­ne­go ro­dza­ju wy­dzie­li­ny, któ­rych oszczę­dzi­my w tym opi­sie, i za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go bez skrę­po­wa­nia po­ka­zu­je się w ta­kim wy­da­niu mło­de­mu le­ka­rzo­wi o cał­kiem przy­jem­nej na jej oko po­wierz­chow­no­ści, cho­ciaż być mo­że odro­bi­nę po­zba­wio­ne­go em­pa­tii.

– Nie po­win­ni­ście te­go… – prze­rwa­ła chwi­lo­wą ci­szę – ja­koś tak bar­dziej po ludz­ku?

– Po ludz­ku? – Mi­kul­ski, jak gdy­by ni­g­dy nic, wy­tarł te­le­fon o no­gaw­kę spodni i scho­wał do kie­sze­ni far­tu­cha.

– Ta­kie wia­do­mo­ści waż­ne prze­ka­zy­wać – do­da­ła, wzno­sząc oczy ku nie­bu, bo w koń­cu odro­bi­na te­atral­no­ści jesz­cze ni­ko­go nie za­bi­ła.

– Nie mu­sisz się de­ner­wo­wać.

– Jak mam się nie de­ner­wo­wać? Zresz­tą – po­trzą­snę­ła gło­wą – wca­le się nie de­ner­wu­ję. Prze­ży­wam.

Ro­bert Mi­lul­ski wie­dział, że te­raz mu­si od­cze­kać oko­ło trzy­dzie­stu se­kund. W tym cza­sie Li­lian­na po­mam­ro­cze coś bez ła­du i skła­du, po czym zwró­ci na nie­go uwa­gę. Od­ciął się zu­peł­nie od szme­ru wy­peł­nia­ją­ce­go ła­zien­kę i pa­trzył przed sie­bie. Chy­ba że coś się zmie­ni­ło – po­my­ślał, stu­ka­jąc pal­cem o ko­la­no.

Dziew­czy­na na­prze­ciw­ko na­dal po­ru­sza­ła usta­mi, a po­tem jak na za­wo­ła­nie wle­pi­ła w nie­go wiel­kie, za­wil­go­co­ne oczy.

A jed­nak nie.

Roz­dział czwar­ty:

O nie­zna­jo­mych i ukła­dan­kach

Pra­wo Mur­phy’ego, nie­za­leż­nie od te­go, jak mo­gli­by­śmy je zde­fi­nio­wać, za­wsze ozna­cza to sa­mo – je­śli jest na to cień szan­sy, coś do­ku­ment­nie się spar­ta­czy. Je­śli Li­lian­na Saw­ka my­śla­ła, że jej naj­więk­szym pro­ble­mem bę­dzie wy­peł­nie­nie do­ku­men­tów au­to­ca­sco czy za­kry­cie si­nia­ków, bled­ną­cych nie­co dłu­żej, niż się spo­dzie­wa­ła, do­dat­ko­wą war­stwą pod­kła­du i ko­rek­to­ra, to by­ła w wiel­kim błę­dzie. Za­nim przej­dzie­my da­lej, na­le­ży zwró­cić tu uwa­gę na wy­jąt­ko­wo nie­tra­fio­ną i po­chop­ną in­ter­pre­ta­cję zna­ków.

Czar­ny kot, na­wet je­śli sto ra­zy prze­bie­gnie ci dro­gę, nie przy­no­si pe­cha. Go­rącz­ka nie­ko­niecz­nie jest złym ob­ja­wem. Kwia­ty przy­nie­sio­ne przez męż­czy­znę nie mu­szą ozna­czać cze­goś do­bre­go. Dla­te­go Li­lian­na nie po­win­na roz­świe­tlać się jak cho­in­ka bo­żo­na­ro­dze­nio­wa, kie­dy w drzwiach szpi­tal­nej sa­li po­ja­wił się, jak jej się w tym mo­men­cie wy­da­wa­ło, bo­ha­ter pew­ne­go na­gra­nia wy­ry­te­go już na do­bre w jej pa­mię­ci. Nie by­ło to szcze­gól­nie trud­ne, bio­rąc pod uwa­gę, że te­go miej­sca nie zaj­mo­wa­ło obec­nie zbyt wie­le in­nych in­for­ma­cji. Ko­bie­ta pa­mię­ta­ła oczy­wi­ście, że po krót­kiej po­ga­węd­ce z Mi­kul­skim wró­ci­ła do star­sze­go le­ka­rza, któ­ry ka­to­wał ją ko­lej­ny­mi py­ta­nia­mi bez od­po­wie­dzi. Póź­niej spa­ła – bar­dzo dłu­go.

Świat osza­lał, a ona nie po­tra­fi­ła so­bie przy­po­mnieć, dla­cze­go zna­la­zła się na­gle w ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści, za­rę­czo­na i z dłu­gi­mi blond pu­kla­mi, jak­by wpa­dła do becz­ki z utle­nia­czem. Nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go jeź­dzi sa­mo­cho­dem wiel­ko­ści swo­je­go po­ko­ju, ma­ją­cym do te­go wię­cej świa­te­łek i po­du­szek, niż ja­ka­kol­wiek na­sto­lat­ka mo­gła­by so­bie wy­ma­rzyć. Za to ostat­nie by­ła aku­rat wdzięcz­na, bo w prze­ciw­nym wy­pad­ku nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie ze słu­pem ener­ge­tycz­nym mo­gło się skoń­czyć du­żo go­rzej.

Oczy­wi­ście to za­le­ża­ło, w któ­rym miej­scu na ska­li pe­cha umie­ści­my to, że nie pa­mię­ta­ła zbyt wie­lu fak­tów ma­ją­cych fun­da­men­tal­ne zna­cze­nie dla jej co­dzien­ne­go ży­cia. Ko­niec koń­ców by­ła ak­tu­al­nie po­sia­dacz­ką mę­tli­ku w gło­wie, kil­ku otarć i si­nia­ków – nie tak źle, praw­da? Tym bar­dziej że wła­śnie zbli­żał się do niej męż­czy­zna za­sło­nię­ty przez pięk­ne bia­łe li­lie. Słod­ki za­pach bły­ska­wicz­nie wy­peł­nił po­miesz­cze­nie, a pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się od przy­ciem­nia­nych oku­la­rów wy­sta­ją­cych spod czap­ki z dasz­kiem.

Zer­ka­jąc przez szpa­rę w drzwiach ła­zien­ki, do­ko­na­ła w my­ślach szyb­kie­go prze­glą­du swo­je­go sta­nu. Świe­ży opa­tru­nek, wy­god­ny, we­lu­ro­wy dres przy­wie­zio­ny przez mat­kę i twarz, na któ­rą po­wo­li po­wra­ca­ły ko­lo­ry. Nie by­ło mo­że spe­cjal­nie ro­man­tycz­nie, ale też nie­naj­go­rzej. W koń­cu męż­czy­zna z na­grań wy­da­wał się w nią tak wpa­trzo­ny, że nie po­win­no mu prze­szka­dzać to nie­co swo­bod­niej­sze wy­da­nie. Unio­sła wzrok i cze­ka­ła, aż przy­bysz się ode­zwie, z na­dzie­ją, że dźwięk je­go gło­su bę­dzie zna­jo­my. Że w ja­kiś ma­gicz­ny spo­sób od­po­wie na wszyst­kie py­ta­nia, ja­kie ko­tło­wa­ły się jej w gło­wie. Pew­nym kro­kiem wy­szła z ła­zien­ki, pro­stu­jąc ple­cy, jak­by mia­ło to do­dać jej od­wa­gi.

A po­tem zo­ba­czy­ła obiek­tyw apa­ra­tu wy­zie­ra­ją­cy spo­mię­dzy kwia­tów i uśmiech, ja­ki po­ja­wił się w ką­ci­ku ust go­ścia. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, zła­pa­ła za klam­kę i cof­nę­ła się.

Pa­mię­ta­cie o zna­kach?

Są też ta­kie, któ­rych nie spo­sób zin­ter­pre­to­wać – nie war­to na­wet pró­bo­wać. W koń­cu kto mógł­by się spo­dzie­wać, co zwia­stu­je po­ja­wie­nie się w tym miej­scu jesz­cze jed­nej oso­by? A zwia­sto­wa­ło, mó­wiąc bar­dzo oględ­nie, za­rów­no pro­ble­my, jak i ich roz­wią­za­nie – za­le­ży, jak na to spoj­rzeć. Tak więc zza męż­czy­zny wy­ło­ni­ła się mło­da ko­bie­ta w do­pa­so­wa­nym, czer­wo­nym gar­ni­tu­rze, bia­łych sne­aker­sach i z bu­rzą fa­lo­wa­nych, kasz­ta­no­wych wło­sów oka­la­ją­cych po­cią­głą twarz. Jej wzrok, choć wy­da­wa­ło się to dziw­ne, wy­ra­żał tyl­ko dwie rze­czy – fu­rię i roz­ba­wie­nie. Ści­snę­ła moc­niej cien­ki koc, któ­rym okry­te by­ło łóż­ko Li­lian­ny, i szyb­kim ru­chem ścią­gnę­ła go z po­sła­nia. Wpraw­nie za­rzu­ci­ła ma­te­riał na nie­spo­dzie­wa­ją­ce­go się ni­cze­go fo­to­gra­fa, któ­ry za­mo­tał się w nie­go, uwię­zio­ny te­raz w pro­wi­zo­rycz­nej pu­łap­ce. Na­past­nicz­ka, kop­nąw­szy męż­czy­znę w łyd­kę, zmu­si­ła go do wy­pusz­cze­nia z rąk kwia­tów i przy­klęk­nię­cia. Szyb­kim su­sem zna­la­zła się przy Saw­ce, bez sło­wa zła­pa­ła ją za rę­kę i wy­bie­gła z po­ko­ju.

Li­lian­na nie mia­ła cza­su na ana­li­zę, ja­kim cu­dem ko­bie­cie uda­ło się nie­po­strze­że­nie wejść do środ­ka, nie wy­da­jąc żad­ne­go dźwię­ku, obez­wład­nić męż­czy­znę i z si­łą, o ja­ką by jej nie po­dej­rze­wa­ła, wy­tar­gać zdez­o­rien­to­wa­ną pa­cjent­kę z po­ko­ju. Do te­go ni­czym ra­so­wy sprin­ter gna­ła ko­ry­ta­rza­mi szpi­ta­la, cią­gnąc za so­bą Li­lian­nę, do­pó­ki nie do­tar­ły do po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze­go. Nie­zna­jo­ma za­trzy­ma­ła się gwał­tow­nie, uj­rzaw­szy klu­cze zo­sta­wio­ne w zam­ku przez ser­wis sprzą­ta­ją­cy ma­ja­czą­cy na koń­cu ko­ry­ta­rza. We­pchnę­ła do środ­ka zdez­o­rien­to­wa­ną to­wa­rzysz­kę, po czym za­mknę­ła drzwi od środ­ka, na­słu­chu­jąc od­gło­sów po­ści­gu. Po chwi­li da­ło się sły­szeć cięż­kie kro­ki i se­rię wy­jąt­ko­wo szpet­nych prze­kleństw, na co ko­bie­ta za­re­ago­wa­ła po­ka­za­niem środ­ko­we­go pal­ca w stro­nę ko­ry­ta­rza. Prze­cze­ka­ła też ner­wo­we szar­pa­nie za klam­kę i gło­śne na­rze­ka­nie pra­cow­ni­ka ser­wi­su, że zno­wu ktoś za­brał klu­cze do schow­ka.

– Co… – za­czę­ła Li­lian­na, upew­niw­szy się, że wszy­scy nie­pro­sze­ni go­ście się od­da­li­li, ale za­nim zdą­ży­ła co­kol­wiek po­wie­dzieć, prze­rwa­ła jej nie­zna­jo­ma, szu­ka­ją­ca cze­goś w ner­ce, któ­rą no­si­ła na pier­si.

– Pie­przo­ne bru­kow­ce – syk­nę­ła, krę­cąc gło­wą. – Mo­że jesz­cze zdję­cie z ba­da­nia? Pro­szę bar­dzo. Jak ją do­rwę, to jej no­gi z du­py po­wy­ry­wam. A po­tem rę­ce. Jesz­cze ten idio­ta? Czy mu­szę wszyst­ko ro­bić sa­ma? Pe­eew­nie, jedź. Czy ja ci bro­nię? Prze­cież nie mam co ro­bić. Jak od­bio­rę zdję­cia na okład­kę, na­żrę się jak świ­nia prób­ka­mi przy­sta­wek, ogar­nę na­gra­nia i ca­te­ring, bę­dę mia­ła wy­star­cza­ją­co du­żo cza­su na zaj­mo­wa­nie się two­im eks­pe­ry­men­tem spo­łecz­nym w po­sta­ci Ma­łec­kiej. Cho­ler­ny Ty­mon… – mruk­nę­ła jesz­cze, su­nąc pal­cem po ekra­nie te­le­fo­nu.

Li­lian­na przy­glą­da­ła się ko­bie­cie, nie ro­zu­mie­jąc ab­so­lut­nie nic z jej cha­otycz­ne­go mo­no­lo­gu, ale kie­dy ta pod­su­nę­ła jej pod nos smart­fon ze zdję­ciem męż­czy­zny, któ­re­go zna­ła z na­gra­nia po­ka­za­ne­go przez dok­to­ra Mi­kul­skie­go, i z kil­ku­na­sto­ma nie­ode­bra­ny­mi po­łą­cze­nia­mi, ode­tchnę­ła. Mo­że na­dal nie wie­dzia­ła, co się dzie­je, ale przy­naj­mniej nie chcia­ła jej po­rwać ja­kaś wa­riat­ka.

– Z cze­go się cie­szysz, Lil­ka? Gdy­by nie ja, two­ja obi­ta twarz by­ła­by ju­tro na okład­kach po­ło­wy szma­tław­ców z wy­ssa­nym z pal­ca ar­ty­ku­łem. Mo­że Ty­mon po­bił cię do nie­przy­tom­no­ści? Al­bo pro­wa­dzi­łaś po pi­ja­ku i wy­lą­do­wa­łaś na drze­wie? Masz ja­kieś pre­fe­ren­cje? – za­py­ta­ła ko­bie­ta, pod­no­sząc wzrok znad ekra­nu.

– Ja…

– Jesz­cze ten! – prze­rwa­ła jej, po­now­nie da­jąc znak, że­by Li­lian­na by­ła ci­cho, a sa­ma ode­szła w głąb po­miesz­cze­nia. Usia­dła na pla­sti­ko­wym kon­te­ne­rze na pra­nie i skrzy­żo­wa­ła no­gi. – Za­nim co­kol­wiek po­wiesz, za­dzwoń do Ma­łec­kiej i każ jej spie­przać do Mek­sy­ku. Co? Nie, nie żar­tu­ję. Oczy­wi­ście, że do cie­bie za­dzwo­ni­ła. Szko­da, że nie dys­po­nu­je wy­star­cza­ją­cą ilo­ścią sza­rych ko­mó­rek, że­by wie­dzieć…

Li­lian­na słu­cha­ła roz­mo­wy, rów­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu. Re­gał z de­ter­gen­ta­mi, wó­zek na środ­ki czy­sto­ści i pra­nie zaj­mu­ją­cy ca­ły kąt nie­wiel­kie­go skła­dzi­ku, far­tu­chy, mo­py i szczot­ki wi­szą­ce w rów­nym rzę­dzie na ścia­nie. Nic nie­zwy­kłe­go, nie li­cząc jej to­wa­rzysz­ki ma­cha­ją­cej dłu­gą no­gą i wy­stu­ku­ją­cą pię­tą dziw­nie zna­jo­my rytm, gdy ude­rza­ła o kon­te­ner. Lil­ka zna­la­zła na pod­ło­dze ka­wa­łek nie­za­go­spo­da­ro­wa­nej prze­strze­ni. Usia­dła i przy­cią­gnę­ła do sie­bie ko­la­na.

– Sko­ro nie mo­głeś po­dejść do te­le­fo­nu, po­win­na wsiąść w sa­mo­lot al­bo wy­słać go­łę­bia. Gów­no mnie to ob­cho­dzi. Ka­za­ła ja­kie­muś lo­so­we­mu fa­ce­to­wi z ob­słu­gi prze­ka­zać ci wia­do­mość o wy­pad­ku Saw­ki. Wiesz, co tu te­raz mam? Tak. Chce z to­bą ga­dać – zwró­ci­ła się po chwi­li do Li­lian­ny, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie te­le­fon.

Dziew­czy­na zmarsz­czy­ła brwi i wzię­ła smart­fon. Na wy­świe­tla­czu by­ło zdję­cie Ty­mo­na. Za­mar­ła.

– Je­steś tam? – usły­sza­ła i przy­ło­ży­ła apa­rat do ucha.

– Ha­lo?

– Je­zu, Li­li… – Męż­czy­zna po dru­giej stro­nie ode­tchnął z ulgą. – My­śla­łem, że tu zwa­riu­ję. Prze­su­wam na­gra­nia i do­my­kam pa­rę spraw. Ogar­nę jak naj­szyb­ciej po­wrót, ale to nie ta­kie pro­ste.

– Na­praw­dę nie trze­ba – od­po­wie­dzia­ła ostroż­nie, pa­trząc na ko­bie­tę sie­dzą­cą na kon­te­ne­rze na pra­nie. – Wszyst­ko jest pod kon­tro­lą.

Z za­sko­cze­niem stwier­dzi­ła, że na­praw­dę tak jej się wy­da­je. Co praw­da na­dal czu­ła się lek­ko oszo­ło­mio­na, ale czas spę­dzo­ny na my­śle­niu o tym, co się sta­ło, na­gra­nie i nie­ocze­ki­wa­na wi­zy­ta w ja­kiś dziw­ny spo­sób jej po­mo­gły. Pa­trzy­ła na ko­bie­tę, z któ­rą sie­dzia­ła za­mknię­ta w schow­ku, i czu­ła, że bę­dzie do­brze. Cho­ciaż je­go głos wca­le nie przy­wró­cił w ja­kiś cu­dow­ny spo­sób wspo­mnień, za­czę­ła po­wo­li łą­czyć ze so­bą ele­men­ty ukła­dan­ki. Po­trze­bo­wa­ła tyl­ko tro­chę cza­su.

– Ty­mon? – Li­lian­na sta­ra­ła się, że­by jej głos za­brzmiał pew­nie. Cho­ciaż ra­no cie­szy­ła się, my­śląc, że przy­je­chał, te­raz przy­tło­czy­ła ją ilość no­wych in­for­ma­cji. Roz­bo­la­ła ją gło­wa, choć mo­gło być to rów­nie do­brze spo­wo­do­wa­ne sza­lo­ną uciecz­ką szpi­tal­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi. – Da­my so­bie ra­dę. Nic mi nie jest. Nie zmie­niaj pla­nów – wy­re­cy­to­wa­ła, pa­trząc, jak jej to­wa­rzysz­ka prze­wra­ca ocza­mi.

– Daj mi go – po­le­ci­ła, wy­cią­ga­jąc rę­kę po te­le­fon.

– Ja­sne.

– Nie wra­caj – po­wie­dzia­ła na­tych­miast ko­bie­ta to­nem, od któ­re­go Li­lian­na sta­nę­ła na bacz­ność. Coś jej pod­po­wia­da­ło, że zna­ła go zbyt do­brze. – Te hie­ny tyl­ko cze­ka­ją, aż przy­le­cisz w pod­sko­kach do Pol­ski, że­by mo­gli że­ro­wać na nie­stwo­rzo­nych hi­sto­riach – kon­ty­nu­owa­ła, jak­by tłu­ma­czy­ła coś wy­jąt­ko­wo nie­roz­gar­nię­te­mu dziec­ku. – Pew­nie już do­bra­li się do zdjęć au­ta. Ro­bi­my tak: Saw­ce strze­li­ła opo­na na tra­sie, nic się nie sta­ło, ty koń­czysz na­gra­nia, a two­ja kró­lew­na zni­ka z ży­cia pu­blicz­ne­go, bo sku­pia się na przy­go­to­wa­niach do ślu­bu. Za­ła­twi­my kil­ka prze­cie­ków z na­szy­mi spraw­dzo­ny­mi in­for­ma­to­ra­mi. Gra? No wła­śnie, za to mi ty­le pła­ci­cie.

Li­lian­na chcia­ła o coś za­py­tać, ale prze­rwał jej dźwięk dzwon­ka te­le­fo­nu. Ko­bie­ta przed nią się­gnę­ła po sa­szet­ki i spraw­dzi­ła apa­rat.

– Mu­szę koń­czyć. Tak, prze­ka­żę. – Roz­łą­czy­ła się i na­tych­miast ode­bra­ła po­łą­cze­nie na dru­gim te­le­fo­nie. – Baś­ka Po­go­ta – za­czę­ła we­so­ło – ochro­na osób i mie­nia, kon­fe­ren­cje pra­so­we i wró­że­nie z obier­ków. Cze­kaj, dam cię na gło­śnik. Sły­szysz nas?

– Nas? – Li­lian­na po­zna­ła głos mło­de­go le­ka­rza, któ­ry po­ka­zał jej na­gra­nie z roz­da­nia Fry­de­ry­ków. – Zresz­tą, nie­waż­ne. Pa­ni Bar­ba­ro, wy­tłu­ma­czy mi pa­ni, cze­mu ochro­na mu­sia­ła wy­rzu­cić z od­dzia­łu dzien­ni­ka­rzy, a pod wej­ściem krę­cą się fo­to­gra­fo­wie, blo­ku­jąc pod­jazd dla ka­re­tek?

– Mó­wi­łam już, że­by­śmy prze­szli na ty. Spra­wa się skom­pli­ko­wa­ła, ktoś dał cynk, że Saw­ka mia­ła wy­pa­dek i wy­lą­do­wa­ła w tym za­cnym przy­byt­ku.

– Bez żar­tów – od­po­wie­dział Mi­kul­ski. – Po­zbę­dzie­cie się ich?

Baś­ka par­sk­nę­ła.

– To chy­ba ty żar­tu­jesz. Zwie­trzy­li ta­ki te­mat w środ­ku naj­nud­niej­sze­go la­ta w hi­sto­rii, więc je­śli ma­ją choć cień szan­sy na fot­kę na­szej zma­sa­kro­wa­nej pa­cjent­ki, to roz­bi­ją tu obóz. Dłu­go bę­dzie mu­sia­ła zo­stać?

– Nie mo­gę udzie­lać ta­kich in­for­ma­cji oso­bom trze­cim.

– Wiem o niej wię­cej niż wła­sna mat­ka. Dbam, że­by w po­ko­ju ho­te­lo­wym by­ła jej ulu­bio­na her­ba­ta, za­trud­niam sprzą­tacz­kę, pod­le­wam kwiat­ki, przy­naj­mniej te, któ­re jesz­cze ży­ją, i pla­nu­ję po­sił­ki. Nie je­stem oso­bą trze­cią, Ro­bert – od­po­wie­dzia­ła cał­kiem po­waż­nie, wy­wo­łu­jąc u Li­lian­ny atak kasz­lu.

Ro­bi­ło się co­raz cie­ka­wiej.

– Je­stem tu­taj – po­wie­dzia­ła w koń­cu, char­cząc. – Mo­że pan mó­wić.

– Lil­ka? – Ton Mi­kul­skie­go zła­god­niał. – Le­d­wo wró­ci­łaś i już spro­wa­dzasz kło­po­ty. I nie mó­wię o pa­ni, Bar­ba­ro – do­dał jesz­cze, za­nim wró­cił do pro­fe­sjo­nal­ne­go to­nu. – Ba­da­nia nie wy­ka­za­ły nie­pra­wi­dło­wo­ści. Je­śli cho­dzi o zdro­wie fi­zycz­ne, po­za pa­ro­ma otar­cia­mi i si­nia­ka­mi, któ­re wkrót­ce się za­go­ją, nic ci nie jest. Za­ni­ki pa­mię­ci, je­śli na­dal bę­dą trwa­ły, wy­ma­ga­ją dal­szej kon­sul­ta­cji, mo­że do­dat­ko­wej dia­gno­sty­ki, ale nie mu­sisz na ten mo­ment zo­sta­wać dłu­żej w szpi­ta­lu. Je­śli o mnie cho­dzi, mógł­bym cię wy­pi­sać na żą­da­nie choć­by dzi­siaj i mieć świę­ty spo­kój.

Baś­ka bacz­nie przy­glą­da­ła się Li­lian­nie, szu­ka­jąc za­pew­ne oznak pro­ble­mów z pa­mię­cią. Mo­że gdy­by do­pu­ści­ła ją do sło­wa, do­wie­dzia­ła­by się o nich od sa­mej za­in­te­re­so­wa­nej, ale po­sta­no­wi­ła za­cze­kać i wy­py­tać ją o szcze­gó­ły, jak tyl­ko za­że­gna ma­ły kry­zys z me­dia­mi.

– Świet­nie. Jak do­wie­dzą się, że nie ma­ją tu cze­go szu­kać, pój­dą w dia­bły. Kie­dy mo­że­my się zmy­wać?

– Je­stem na miej­scu, więc mo­gę się tym za­jąć po ob­cho­dzie.

– A nie da­ło­by się przed? – ne­go­cjo­wa­ła ko­bie­ta.

– Chce pa­ni za mnie po­ga­dać z ludź­mi, dla któ­rych mu­si być mi­ła, czy po­cze­kać go­dzi­nę? – Je­go ton wy­dał się Lil­ce prze­sad­nie su­ro­wy, ale by­ło tak tyl­ko dla­te­go, że za­po­mnia­ła, jak brzmi Mi­kul­ski, gdy na­praw­dę się zde­ner­wu­je.

– Go­dzi­na, dok­to­rze. Grzecz­nie cze­ka­my. Bez od­bio­ru! – od­po­wie­dzia­ła dziar­skim to­nem Po­go­ta i wrzu­ci­ła te­le­fon do sa­szet­ki.

Na­gle Li­lian­na po­czu­ła na ple­cach zim­ny pot. Baś­ka zgrab­nie ze­sko­czy­ła z kon­te­ne­ra i po­de­szła do niej po­wo­li, z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. Za­ło­ży­ła rę­ce na pier­si, po­stu­ka­ła pal­ca­mi w ra­mię, prze­krzy­wia­jąc gło­wę, a dziew­czy­na, na­dal sku­lo­na na zie­mi, uśmiech­nę­ła się nie­śmia­ło.

– Ma­my do po­ga­da­nia, co?

Roz­dział pią­ty:

O wiel­kich wyj­ściach i ma­łych po­wro­tach

Li­lian­na Ma­ria Saw­ka mia­ła w ży­ciu dwa pro­ble­my.

Nie­zde­cy­do­wa­nie ob­ja­wia­ją­ce się w nie­mal każ­dym aspek­cie jej co­dzien­nej eg­zy­sten­cji i uf­ność lu­dziom, któ­rych ni­g­dy wcze­śniej nie spo­tka­ła. Za­czy­na­jąc od sprze­daw­ców wci­ska­ją­cych jej naj­mniej ko­rzyst­ny abo­na­ment, po kel­ne­rów za­pew­nia­ją­cych o zni­ko­mej pi­kant­no­ści pro­po­no­wa­ne­go da­nia. Li­lian­na po­mi­mo po­wta­rza­ją­cych się sy­tu­acji mo­gą­cych sku­tecz­nie za­bić w niej wia­rę w lu­dzi po­zo­sta­wa­ła peł­na opty­mi­zmu i na­dziei. To jed­nak nie wpły­wa­ło na in­nych. Nie­zde­cy­do­wa­nie za to do­pro­wa­dza­ło do sza­łu zwłasz­cza Baś­kę Po­go­tę, spe­cja­li­zu­ją­cą się już w od­krę­ca­niu dziw­nych de­cy­zji za­ku­po­wych Saw­ki, współ­pra­cy z za­przy­jaź­nio­ną kan­ce­la­rią w kon­stru­owa­niu umów ma­ją­cych dla jej pod­opiecz­nej moż­li­wie du­żo fur­tek czy ogra­ni­cza­niu do dwóch spraw­dzo­nych opcji me­nu z je­dze­niem na wy­nos, w cza­sie gdy prze­sia­dy­wa­ły w stu­diu, do­gry­wa­jąc ostat­nie po­praw­ki do sin­gli, któ­re póź­niej ka­to­wa­ły sta­cje ra­dio­we. Na szczę­ście ist­ny rol­ler­co­aster wra­żeń, ja­ki Li­lian­na ser­wo­wa­ła jej na co dzień, wy­na­gra­dzał fakt, że w naj­waż­niej­szej dla obu kwe­stii za­wsze wy­ka­zy­wa­ła się za­rów­no pew­no­ścią, jak i od­wa­gą po­trzeb­ną do re­ali­za­cji swo­ich po­my­słów. Je­śli cho­dzi­ło o mu­zy­kę – do­sko­na­le wie­dzia­ła, cze­go chce.

Po­go­ta cie­szy­ła się, że wro­dzo­na uf­ność po­zwo­li­ła jej na za­cią­gnię­cie naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nej w szpi­ta­lu pa­cjent­ki do po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze­go. Do­ce­ni­ła na­wet, że chwi­lo­wo Saw­ka nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czy na­dal sie­dzieć na zie­mi, czy pró­bo­wać uciec. Roz­glą­da­ła się po po­miesz­cze­niu z wy­ra­zem twa­rzy wska­zu­ją­cym, że w jej gło­wie trwa za­pi­sy­wa­nie wszyst­kich „za” i „prze­ciw” dla obu opcji. Chwi­lo­wa ci­sza, cho­ciaż po­cząt­ko­wo wy­jąt­ko­wo ko­ją­ca i przy­wi­ta­na z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, za­czę­ła jed­nak po­wo­li do­skwie­rać ko­bie­tom za­mknię­tym w co­raz bar­dziej dusz­nym schow­ku. Baś­ka, choć to tak abs­trak­cyj­ne, jak tyl­ko mo­gło się wy­da­wać, nie wie­dzia­ła, o co naj­pierw za­py­tać. Li­lian­na z ko­lei nie mia­ła po­ję­cia, od cze­go za­cząć. W koń­cu ko­bie­ta wes­tchnę­ła i zdję­ła ma­ry­nar­kę, od­sła­nia­jąc na­gie ra­mio­na po­kry­te nie­bie­ski­mi ta­śma­mi sta­bi­li­zu­ją­cy­mi sta­wy. Po­tar­ła ze­sztyw­nia­ły kark, jak­by do­pie­ro te­raz przy­po­mnia­ła so­bie, że spę­dzi­ła ostat­nie kil­ka go­dzin, gna­jąc sa­mo­cho­dem do szpi­ta­la w pod­ha­lań­skiej dziu­rze na koń­cu świa­ta – a przy­naj­mniej tak w jej mnie­ma­niu wy­glą­da­ła nie­wiel­ka miej­sco­wość, gdzie zna­la­zła swo­ją pod­opiecz­ną.

– Za­ni­ki pa­mię­ci w sty­lu „nie pa­mię­tam, co obie­ca­łam zro­bić, że­byś da­ła mi spo­kój”? – za­ga­iła w koń­cu, pa­trząc na Li­lian­nę, któ­ra wsta­ła z zie­mi i otrze­py­wa­ła spodnie.

– Bar­dziej w sty­lu… – upew­ni­ła się, że wszyst­kie kłęb­ki ku­rzu zmie­cio­ne z pod­ło­gi znik­nę­ły z dre­su i pod­nio­sła wzrok – „nie mam po­ję­cia, kim je­steś, skąd wie­dzia­łaś, że mnie tu znaj­dziesz, dla­cze­go za­cią­gnę­łaś mnie do schow­ka i po­wie­dzia­łaś mo­je­mu le­ka­rzo­wi pro­wa­dzą­ce­mu… to, co mu po­wie­dzia­łaś”.

– Saw­ka. – Baś­ka po­chy­li­ła się, że­by spoj­rzeć dziew­czy­nie w oczy. – Ja­ja so­bie ro­bisz, tak?

Li­lian­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, pod­czas gdy Po­go­ta prze­szła krót­ką, acz in­ten­syw­ną dro­gę z hi­ste­rycz­ne­go chi­cho­tu, przez groź­by skie­ro­wa­ne w kie­run­ku to­wa­rzysz­ki, aż do zwąt­pie­nia. Te­raz to pa­cjent­ka za­ję­ła ho­no­ro­we miej­sce na pla­sti­ko­wym kon­te­ne­rze na pra­nie, opie­ra­jąc ple­cy o ścia­nę, do po­ło­wy po­ma­lo­wa­ną cha­rak­te­ry­stycz­ną, zmy­wal­ną far­bą w mię­to­wym ko­lo­rze. Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze, pod­świa­do­mie sta­ra­jąc się prze­rwać co­raz bar­dziej nie­zręcz­ną ci­szę.

– Mu­si­my stąd wiać – od­rze­kła w koń­cu Baś­ka, ner­wo­wo stu­ka­jąc pa­znok­cia­mi o me­ta­lo­wy re­gał na de­ter­gen­ty.

Za­nim Li­lian­na zdą­ży­ła coś po­wie­dzieć, ko­bie­ta za­czę­ła wy­wra­cać do gó­ry no­ga­mi kosz z pra­niem, za­glą­da­jąc rów­no­cze­śnie we wszyst­kie za­ka­mar­ki po­miesz­cze­nia.

– Ni­g­dzie się nie ru­szam! – Mo­że i Li­lian­na by­ła wdzięcz­na za ra­tu­nek, ale nie do koń­ca pew­na, czy po­win­na iść gdzie­kol­wiek z naj­wy­raź­niej sza­lo­ną to­wa­rzysz­ką. Gwał­tow­nie ze­sko­czy­ła na zie­mię i pew­nie sta­nę­ła na środ­ku po­miesz­cze­nia, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie żar­tu­je.

– O nie, nie, nie… – Baś­ka na­wet nie mru­gnę­ła, kie­dy usa­dzi­ła ją z po­wro­tem na kon­te­ne­rze. – Nie mam te­raz cza­su na two­je dra­ma­ty. Po­ga­da­my, jak znaj­dzie­my się przy­naj­mniej kil­ka ki­lo­me­trów od te­go miej­sca.

– Ni­g­dzie z pa­nią nie pój­dę – do­da­ła nie­co mniej pew­nie Li­lian­na, sta­ra­jąc się zdy­stan­so­wać od ob­cej ko­bie­ty.

Baś­ka tyl­ko cze­ka­ła na tę chwi­lę sła­bo­ści. Wie­dzia­ła do­brze, że nad­szedł czas na za­koń­cze­nie do ni­cze­go nie­pro­wa­dzą­cej dys­ku­sji i przej­ście do czy­nów. Wy­tar­ga­ła z ką­ta wó­zek na pra­nie i za­pra­sza­ją­cym ge­stem wska­za­ła Li­lian­nie pu­sty ku­beł, któ­ry chwi­lę wcze­śniej bły­ska­wicz­nie opróż­ni­ła ze zmię­tych prze­ście­ra­deł i po­sze­wek.

– Po mo­im tru­pie – wark­nę­ła na nią pa­cjent­ka, zer­ka­jąc ukrad­kiem na drzwi.

– Uwierz mi, Saw­ka, że za­raz za­cznę brać tę opcję pod uwa­gę. – Głos Baś­ki był pe­łen nie­zdro­wej eks­cy­ta­cji.

Ze­rwa­ła z wie­sza­ka je­den z uni­for­mów i wcią­gnę­ła go na ubra­nie. Wło­sy ukry­ła pod czep­kiem zna­le­zio­nym w szu­fla­dzie ra­zem z jed­no­ra­zo­wą ma­secz­ką, sku­tecz­nie za­sła­nia­ją­cą te­raz jej twarz. Służ­bo­wy te­le­fon po­łą­czy­ła ze słu­chaw­ką bez­prze­wo­do­wą we­tknię­tą w ucho, a ner­ka i ma­ry­nar­ka wy­lą­do­wa­ły na dnie ku­bła.

– Po­ście­lo­ne, kró­lew­no.

Cho­ciaż Li­lian­na nie wi­dzia­ła te­raz wy­ra­zu jej twa­rzy, by­ła pew­na, że ko­bie­ta uśmie­cha się sze­ro­ko, kle­piąc za­pra­sza­ją­co bok ko­sza na pra­nie.

Saw­ka, po­mi­mo pew­ne­go opo­ru przed do­bro­wol­nym wci­śnię­ciem się do cia­sne­go kon­te­ne­ra, stwier­dzi­ła po szyb­kiej ana­li­zie, że jest to du­żo lep­sza opcja od uciecz­ki ko­ry­ta­rza­mi przed po­lu­ją­cy­mi na jej zdję­cie dzien­ni­ka­rza­mi bru­kow­ców. Opar­ła się o ra­mię Baś­ki, spraw­nym su­sem wsko­czy­ła do ku­bła, gdzie uło­ży­ła się w mia­rę wy­god­nie, i przy­ci­snę­ła do pier­si zna­le­zio­ną pod no­ga­mi sa­szet­kę. Po­go­ta nie cze­ka­ła na sy­gnał czy znak z nie­ba – upew­niw­szy się, że z ze­wnątrz nie sły­chać nic nie­po­ko­ją­ce­go, otwo­rzy­ła za­mek i z im­pe­tem pchnę­ła wó­zek, gwał­tow­nie otwie­ra­jąc drzwi.

Skrzy­dło ude­rzy­ło w błą­ka­ją­ce­go się po ko­ry­ta­rzu mło­de­go fo­to­gra­fa pró­bu­ją­ce­go szczę­ścia w czę­ści szpi­ta­la, gdzie ostat­nio wi­dzia­no Saw­kę. Przy­gar­bio­ny, jak­by mia­ło to spra­wić, że sta­nie się nie­wi­dzial­ny, prze­mie­rzał wy­ło­żo­ne sza­rym li­no­leum prze­strze­nie, li­cząc na łut szczę­ścia. Baś­ka wark­nę­ła na nie­go, wczu­wa­jąc się w ro­lę sprzą­tacz­ki, nie­za­do­wo­lo­nej, że ktoś cho­dzi po świe­żo umy­tej pod­ło­dze, i sku­tecz­nie po­zby­ła się in­tru­za, nie­podej­rze­wa­ją­ce­go na­wet, jak bli­sko był swo­je­go ce­lu.

Li­lian­na sta­ra­ła się za­cho­wać spo­kój w co­raz bar­dziej dusz­nym ku­ble, ale w koń­cu mu­sia­ła uchy­lić nie­co wie­ko, że­by wbrew wo­li nie­któ­rych tu obec­nych nie udu­sić się, co do­star­czy­ło­by ga­ze­tom jesz­cze więk­szej sen­sa­cji niż jej wy­pa­dek. Przez wą­ską szpa­rę wi­dzia­ła krzą­ta­ją­cy się per­so­nel i ob­cych lu­dzi prze­ga­nia­nych co chwi­lę spod za­mknię­tych od­dzia­łów, ści­ska­ją­cych w dło­niach apa­ra­ty al­bo wy­ma­chu­ją­cych przed twa­rza­mi ochro­nia­rzy le­gi­ty­ma­cja­mi pra­so­wy­mi, jak gdy­by mia­ło to im dać prze­pust­kę na sa­lę ope­ra­cyj­ną. Szpi­tal nie był mo­że naj­więk­szym w re­gio­nie, ale po­dob­nie jak war­szaw­skie mo­lo­chy i zgod­nie z ja­kąś nie­pi­sa­ną za­sa­dą skła­dał się z dziw­nych przejść, po­kręt­nych ko­ry­ta­rzy, a do te­go wy­łą­czo­nych z użyt­ku na bli­żej nie­okre­ślo­ny czas i za­mknię­tych dla go­ści stref, przez co ko­bie­ty po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zgu­bi­ły się, tra­cąc na­dzie­ję na spraw­ne opusz­cze­nie bu­dyn­ku.

Jak to jed­nak by­wa, w aneg­do­tach opo­wia­da­nych póź­niej na im­pre­zach w gro­nie przy­ja­ciół al­bo baj­kach, ra­tu­nek przy­był wła­śnie wte­dy, gdy był naj­bar­dziej po­trzeb­ny. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Za­po­mnia­łam, że cię ko­cham

isbn: 978-83-8423-383-2

© An­na Pru­sik i Wy­daw­nic­two Ama­re 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt

ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu

wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Ama­re.

re­dak­cja: Mar­ta Gro­chow­ska

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Ama­re na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: kon­takt@wy­daw­nic­two-ama­re.pl

https://wy­daw­nic­two-ama­re.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.