Zapomniałam, że Cię kocham - Anna Prusik - ebook

Zapomniałam, że Cię kocham ebook

Prusik Anna

4,0

Opis

Z pamięcią bywa różnie... zwłaszcza przed ślubem

Lilianna Maria Sawka, znana producentka muzyczna, ma dwa poważne problemy.

Po pierwsze, z pełną mocą służbowego SUV-a wjechała w słup energetyczny, odcinając prąd kilku przydrożnym gospodarstwom. Po drugie, na skutek szoku, siły wyższej albo wyjątkowego pecha, straciła pamięć.

I umknął jej fakt, że za parę tygodni wychodzi za mąż.

Czasu do ślubu z Tymonem Korneckim, popularnym muzykiem, zostało niewiele, a im bardziej kobieta stara się odzyskać wspomnienia, tym więcej ma wątpliwości. Zwłaszcza że obrazy, które zaczynają do niej powracać, kierują ją ku komuś zupełnie innemu.

A to dopiero początek kłopotów, bo z połączenia polskiej wsi, gór, muzyki, przyjaźni, odrobiny szaleństwa i totalnego chaosu mogą wyniknąć tylko dwie rzeczy.

Naprawdę wielka katastrofa albo… wielka miłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 360

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (34 oceny)
17
6
6
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Monika309

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10
natipm8309

Nie oderwiesz się od lektury

polecam !
00
ignasiaczki

Dobrze spędzony czas

"Zapomniałam, że Cię kocham" – Anna Prusik Ocena: 7/10 ⭐ Czy serce może pamiętać coś, o czym umysł całkowicie zapomniał? Anna Prusik w swojej książce bierze na warsztat jeden z najbardziej emocjonalnych motywów w romansach – utratę pamięci. Liliana, odnosząca sukcesy producentka muzyczna, po wypadku budzi się w rzeczywistości, której nie poznaje. Największym ciosem jest fakt, że całkowicie wymazała z pamięci narzeczonego. Choć data ślubu zbliża się nieubłaganie, a narzeczony dzielnie walczy o jej względy, serce Liliany zaczyna bić mocniej do kogoś, kto teoretycznie powinien być już tylko cieniem z przeszłości. Motyw drugiej szansy jest tu rozegrany niezwykle ciekawie i zmusza do pytania: czy prawdziwa miłość jest w nas zakodowana? To, co wyróżnia tę pozycję na tle innych romansów, to mocno zarysowany wątek wpływu mediów społecznościowych na nasze życie. Autorka trafnie pokazuje, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od kreowania idealnego wizerunku w sieci oraz jak krucha jest nasza pryw...
00
halyna_and_books

Nie oderwiesz się od lektury

Czy zastanawiałaś/eś się kiedyś jak to jest nie pamiętać kilku lat ze swojego życia? Jakie wtedy mogą towarzyszyć emocje? Lilka, bohaterka książki doświadczyła tego na własnej skórze... Historia wciągnęła mnie od pierwszych stron. Jest to lekka, ale jednocześnie zaskakująco refleksyjna opowieść o miłości, tożsamości i o tym, jak bardzo pamięć kształtuje nasze wybory. Lilianna Maria Sawka to kobiety silna, niezależna, a jednocześnie tak bardzozagubiona w obliczu nagłej utraty wspomnień. Motyw amnezji został przez autorkę przedstawiony w świeży i emocjonalny sposób. Razem z bohaterką odkrywałam jej przeszłość kawałek po kawałku. Dzięki takiemu zabiegowi budujące się napięcie sprawiło, że tak jak wcześniej wspomniałam trudno było mi się oderwać od książki. W tej historii znajdziemy  zarówno lekki humor, jak i momenty wzruszenia. Jedynym minusem, który mi na początku bardzo przeszkadzał to zbyt duża liczba pokręconych opisów. Jakoś nie leżały mi one, wg mnie często były zbędne, dopóki...
00
malpiszon81

Dobrze spędzony czas

Ciekawa . Polecam 😍
00

Popularność




WSZYST­KIM, któ­rzy choć raz w ży­ciu mie­li ocho­tę

rzu­cić to wszyst­koi wy­je­chać… w Be­ski­dy!

Roz­dział pierw­szy:

O pan­nach mło­dych i kwia­tach

„Fre­zje czy ró­że, Lil­ka, to chy­ba nie jest trud­ne py­ta­nie?”

Wszyst­ko za­le­ży od oko­licz­no­ści. Sta­ty­stycz­na pan­na mło­da od­po­wie­dzia­ła­by na wia­do­mość w cią­gu ułam­ka se­kun­dy, po­da­jąc rów­no­cze­śnie ko­lor wstąż­ki, ad­res kwia­ciar­ni i tem­pe­ra­tu­rę, w ja­kiej trze­ba prze­cho­wy­wać bu­kiet, że­by wy­trzy­mał ca­łą im­pre­zę. W tym mo­men­cie ko­bie­ta za kie­row­ni­cą no­wej te­re­nów­ki – ma­ją­cej ty­le wspól­ne­go z jaz­dą po za­pusz­czo­nych le­śnych dro­gach, co pro­duk­ty „fit” z die­tą, na ja­kiej spę­dzi­ła ostat­nie kil­ka mie­się­cy, że­by zmie­ścić się w wy­bra­ną przez sztab sty­li­stek z naj­lep­sze­go sa­lo­nu w War­sza­wie su­kien­kę – uświa­do­mi­ła so­bie, że nie ma po­ję­cia, ja­kie kwia­ty bę­dą w wią­zan­ce. Ani ile me­trów ko­ron­ki i je­dwa­biu kraw­co­wa zu­ży­ła, że­by wy­glą­da­ła jak ma­rze­nie. Nie wie­dzia­ła, czy su­kien­ka opnie jej bio­dra, spły­wa­jąc w dół, czy bę­dzie cią­gnął się za nią tren, a na­wet czy we wło­sy we­pnie we­lon. Dla­te­go si­łą przy­zwy­cza­je­nia ode­sła­ła­by swo­ją sio­strę do fir­my zdzie­ra­ją­cej z lu­dzi kro­cie, że­by wszyst­ko za­ła­twić. O ile oczy­wi­ście w tym mo­men­cie sta­ry słup elek­trycz­ny nie wgry­zał­by się cen­ty­metr po cen­ty­me­trze w sil­nik, co Li­lian­na ob­ser­wo­wa­ła w zwol­nio­nym tem­pie jak na fil­mie, czu­jąc sil­ne ude­rze­nie po­dusz­ki po­wietrz­nej, któ­re ode­bra­ło jej na chwi­lę dech.

Pój­dę do pie­kła – za­re­je­stro­wa­ła ostat­nią myśl przed utra­tą przy­tom­no­ści, ża­łu­jąc te­go, jak per­fid­nie okła­ma­ła księ­dza w ro­dzin­nej pa­ra­fii, by­le­by tyl­ko uspra­wie­dli­wić swo­ją obec­ność w Bę­dów­ku.

***

– Pa­cjent­ka dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Przy­ję­ta po zda­rze­niu dro­go­wym…

Zie­lo­ny ko­lor uspo­ka­ja, ale nie ma pew­no­ści, czy z te­go wła­śnie po­wo­du ma­lu­ją szpi­tal­ne ścia­ny na ta­ki od­cień, a le­ka­rze krą­żą po ko­ry­ta­rzach w uni­for­mach po­dob­ne­go ko­lo­ru. Idąc tym tro­pem, moż­na by za­ło­żyć, że ki­tle ma­ją pa­so­wać do śnież­no­bia­łych su­fi­tów, ale po­dob­nie – do­wo­dów na ta­ki stan rze­czy nie za­re­je­stro­wa­no. Jed­no na­to­miast po­zo­sta­wa­ło pew­ne i nie­zmien­ne – łóż­ka by­ły tak sa­mo nie­wy­god­ne, a po­ściel szorst­ka, jak za­pa­mię­ta­ła to Li­lian­na z cza­su, gdy spę­dzi­ła okrą­gły ty­dzień w po­wia­to­wej pla­ców­ce na ob­ser­wa­cji po spek­ta­ku­lar­nym sko­ku z da­chu sta­rej sto­do­ły pro­sto w ku­pę sia­na, któ­rą usy­pa­ła z dzie­cia­ka­mi są­sia­dów chwi­lę wcze­śniej. Kto wie, czy gdy­by nie skoń­czy­ło się szla­ba­nem dla ca­łej gru­py, ko­bie­ta nie re­pre­zen­to­wa­ła­by z du­mą swo­je­go kra­ju w sko­kach do ba­se­nu na igrzy­skach olim­pij­skich.

– Dzie… – wy­chry­pia­ła, czu­jąc nie­zno­śną su­chość w gar­dle – dzie…

– Chce pa­ni coś po­wie­dzieć? – oży­wi­ła się star­sza pie­lę­gniar­ka to­wa­rzy­szą­ca le­ka­rzo­wi sto­ją­ce­mu przy łóż­ku. Po­de­szła do pa­cjent­ki i na­chy­li­ła się, że­by ta nie mu­sia­ła zbyt gło­śno mó­wić.

– Dzie… na­ście… – wy­du­si­ła dum­na z sie­bie ko­bie­ta, uno­sząc lek­ko gło­wę. Mo­że kosz­to­wa­ło ją to pra­wie wszyst­kie si­ły, ale chy­ba zgo­dzi­my się, że są ta­kie mo­men­ty w ży­ciu każ­de­go czło­wie­ka, kie­dy trze­ba być pre­cy­zyj­nym.

– I to chcia­ła nam pa­ni ko­niecz­nie po­wie­dzieć?

Cho­ciaż le­karz dy­żur­ny na co dzień sta­rał się za­cho­wy­wać neu­tral­ność i pro­fe­sjo­na­lizm, przy­naj­mniej na grun­cie za­wo­do­wym, nie zdo­łał ukryć sar­ka­zmu w gło­sie.

– Waż­ne… – stęk­nę­ła jesz­cze, za­nim przy­mknę­ła oczy i za­do­wo­lo­na od­pły­nę­ła za spra­wą ko­lej­nej kro­plów­ki do kra­iny słod­kie­go pa­ra­ce­ta­mo­lo­we­go snu.

Pa­mię­ta­ła po­je­dyn­cze sce­ny skła­da­ją­ce się w wy­jąt­ko­wo kiep­sko zmon­to­wa­ny te­le­dysk, nie­ma­ją­cy więk­sze­go sen­su. To, że ekran na de­sce roz­dziel­czej wy­świe­tlał złą go­dzi­nę, i cho­ciaż pro­si­ła, cze­go by­ła stu­pro­cen­to­wo pew­na, że­by ktoś za­dzwo­nił do ser­wi­su, mi­ja­ły ty­go­dnie, a ona spóź­nia­ła się na wszyst­kie spo­tka­nia. Skład smo­othie, któ­re pi­ła w sa­mo­cho­dzie, wra­ca­jąc do do­mu. Pa­mię­ta­ła na­zwy fol­de­rów na pul­pi­cie służ­bo­we­go kom­pu­te­ra rzu­co­ne­go na tyl­ne sie­dze­nie i wszyst­kie tek­sty mantr z za­jęć jo­gi. Pa­mię­ta­ła, że wpra­wia­ły ją w jesz­cze więk­szą fru­stra­cję, koń­czą­cą się wy­krzy­ki­wa­ny­mi w mięk­kie po­dusz­ki prze­kleń­stwa­mi. Lo­so­we strzęp­ki in­for­ma­cji bez więk­sze­go sen­su, a jed­nak da­ją­ce pe­wien kom­fort. Dla­cze­go okre­śle­nia „służ­bo­wy”, „mój sa­mo­chód” i „cho­ler­ne do ni­cze­go nie­na­da­ją­ce się sam­ple” wy­da­wa­ły się jej zu­peł­nie nor­mal­ne, pew­na nie by­ła.

I te kwia­ty. Szlag by to tra­fił.

Za­po­mnia­łam? Nie za­po­mnia­łam? Umyśl­nie zi­gno­ro­wa­łam i wy­rzu­ci­łam z pa­mię­ci, za­nim myśl za­lę­gła się na do­bre, za­bie­ra­jąc po­trzeb­ne miej­sce? – za­sta­na­wia­ła się Li­lian­na, ga­piąc się w su­fit, co by­ło ak­tu­al­nie jej je­dy­ną roz­ryw­ką.

Choć mo­że trud­no w to uwie­rzyć, nie mia­ła bla­de­go po­ję­cia, ja­każ to myśl, ude­rza­jąc w nią z peł­ną mo­cą na tra­sie z za­po­mnia­ne­go przez Bo­ga i lu­dzi Bę­dów­ka, sta­ła się przy­czy­ną wy­pad­ku. Nie by­ło to w koń­cu żad­ne roz­tar­gnie­nie, zmę­cze­nie czy na­wet nad­mier­na pręd­kość.

Li­lian­na Ma­ria Saw­ka, cho­ciaż ak­tu­al­nie te­go nie­świa­do­ma, wje­cha­ła w słup ener­ge­tycz­ny w przy­pły­wie zu­peł­nie na­głej, choć cał­kiem uza­sad­nio­nej pa­ni­ki.

Roz­dział dru­gi:

O nie­spo­dzie­wa­nych go­ściachi jesz­cze mniej spo­dzie­wa­nych wy­ro­kach

Jak to szło? Ru­ty­na za­bi­ja.

Szko­da tyl­ko, że tak po­wo­li.

Po­cząt­ko­wy spo­kój był Li­lian­nie na rę­kę. Przy­my­ka­jąc po­wie­ki, wy­li­cza­ła ko­lej­ne osią­gnię­cia ostat­nie­go ty­go­dnia: prze­spa­nie peł­nych ośmiu go­dzin zgod­nie z wy­tycz­ny­mi WHO1dla jej gru­py wie­ko­wej, zje­dze­nie z po­mo­cą sa­lo­wej kre­mu wa­rzyw­ne­go, zło­żo­ne­go głów­nie z mar­chew­ki, za któ­rą, jak się oka­za­ło, nie prze­pa­da. Prze­ko­na­nie le­ka­rza, że mo­że sa­ma iść do to­a­le­ty. Do nie­chlub­nych po­ra­żek mu­sia­ła za­li­czyć to­tal­ny brak po­my­słu na wy­tłu­ma­cze­nie so­bie po­wo­du, dla któ­re­go zje­cha­ła z dro­gi, i koł­tun, w ja­ki za­mie­ni­ły się jej wło­sy pod opa­trun­kiem na gło­wie. Ukła­da­nie w my­ślach po­ten­cjal­nych sce­na­riu­szy sku­tecz­nie wy­peł­nia­ło czas mię­dzy re­gu­lar­ny­mi punk­ta­mi na pla­nie dnia: ob­cho­dem, le­ka­mi, zmia­ną opa­trun­ków, ba­da­niem i za­sta­na­wia­niem się, kie­dy w koń­cu przyj­dzie do niej ktoś spo­za per­so­ne­lu szpi­ta­la czy funk­cjo­na­riu­szy wy­dzia­łu dro­go­we­go. Swo­ją dro­gą, wy­da­li się oni bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ni wy­po­sa­że­niem i osią­ga­mi sa­me­go sa­mo­cho­du niż usta­le­niem praw­dzi­wych oko­licz­no­ści ko­li­zji pa­cjent­ki ze słu­pem, przez któ­rą kil­ka do­mów zo­sta­ło tym­cza­so­wo od­cię­tych od prą­du. Naj­wy­raź­niej hi­sto­ria o zbłą­ka­nych kro­wach z sa­mo­bój­czy­mi za­pę­da­mi prze­ko­na­ła ich na ty­le, że­by uznać spra­wę za za­mknię­tą, na­kła­da­jąc na nią je­dy­nie man­dat za nie­za­cho­wa­nie na­le­ży­tej ostroż­no­ści. A mo­że po pro­stu lu­bi­li prze­rzu­cać tecz­ki ze ster­ty „nie­roz­wią­za­ne” na nie­wiel­ką kup­kę krzy­czą­cą „za­mknię­te”.

Wtem, po kil­ku na­stęp­nych sie­lan­ko­wych dniach słu­cha­nia po­je­dyn­czych pik­nięć do­cho­dzą­cych z roz­ma­itych urzą­dzeń przy jej łóż­ku, mo­dli­twy ko­bie­ty zo­sta­ły wy­słu­cha­ne. Na ko­ry­ta­rzu roz­brzmiał stu­kot ob­ca­sów, a drzwi sa­li otwo­rzy­ły się, uka­zu­jąc naj­pierw twarz pie­lę­gniar­ki, któ­rej Li­lian­na po­zwa­la­ła pa­lić, ko­rzy­sta­jąc z te­go, że okno wy­cho­dzi­ło na śle­pą ulicz­kę mię­dzy od­dzia­ła­mi, w za­mian za drob­ne, dzię­ki któ­rym mo­gła wy­ku­pić ulu­bio­ny ba­to­nik z au­to­ma­tu na ko­ry­ta­rzu i umi­lić so­bie co­dzien­ną ru­ty­nę zło­żo­ną z pół­go­dzin­ne­go se­an­su sta­rych sit­co­mów. Za­raz za pie­lę­gniar­ką po­ja­wi­ła się ko­bie­ta lu­stru­ją­ca ba­daw­czym wzro­kiem oto­cze­nie. Mniej wię­cej pięć­dzie­siąt kro­ków dzie­lą­cych wej­ście na od­dział od sa­li naj­wy­raź­niej nie do­star­czy­ło jej wy­star­cza­ją­cych wra­żeń, więc mu­sia­ła obej­rzeć każ­dy od­prysk far­by na ścia­nie i uby­tek w gre­sie po­kry­wa­ją­cym pod­ło­gę.

– Masz go­ścia – po­wie­dzia­ła cie­pło sa­lo­wa, po­pra­wia­jąc po­dusz­ki pa­cjent­ki, i wy­szła, zo­sta­wia­jąc ko­bie­ty sa­me.

Li­lian­na mil­cza­ła, na­słu­chu­jąc ko­lej­nych kro­ków, ale gdy po dłuż­szej chwi­li nikt in­ny się nie po­ja­wił, opu­ści­ła się nie­co ni­żej na łóż­ku, wy­pusz­cza­jąc z płuc po­wie­trze.

– Za­ję­li­śmy się wszyst­kim – rzu­ci­ła ko­bie­ta, sia­da­jąc na ob­ro­to­wym ta­bo­re­cie obok, naj­wy­raź­niej zmę­czo­na prze­cią­ga­ją­cą się ci­szą, choć ta trwa­ła za­le­d­wie kil­ka se­kund. – To­masz przy­nie­sie za­raz wa­liz­kę. Mia­łam w miesz­ka­niu w Gdań­sku tro­chę two­ich rze­czy, spa­ko­wa­łam ci. Za­dzwoń do Ga­bry­si, jak bę­dziesz mia­ła chwi­lę. Kto jest two­im le­ka­rzem pro­wa­dzą­cym? Kie­dy cię wy­pi­szą?

Fak­ty. Kon­kre­ty. To nie tak, że mat­ka Li­lian­ny by­ła po­two­rem nie­przej­mu­ją­cym się zu­peł­nie wła­snym dziec­kiem. Po pro­stu na­le­ża­ła do osób sza­le­nie prak­tycz­nych i opa­no­wa­nych – w prze­ci­wień­stwie do swo­ich có­rek. Zresz­tą, za tę rów­no­wa­gę za­pew­nia­ną w ich sza­lo­nym ży­ciu ko­cha­ły ją chy­ba naj­bar­dziej i mia­ły w no­sie, że dla po­stron­nych ob­ser­wa­to­rów pa­ni Saw­ka ja­wi­ła się ja­ko zim­na su­ka. Je­śli się nad tym za­sta­no­wić – nie by­ło po­wo­du do hi­ste­rii. Prze­cież po­za kil­ko­ma si­nia­ka­mi i stłu­cze­nia­mi nic się nie sta­ło, a sam le­karz po­wie­dział, że wcze­śniej­sze od­wie­dzi­ny by­ły­by nie­moż­li­we ze wzglę­du na kwa­ran­tan­nę ca­łe­go od­dzia­łu.

Li­lian­na po­cząt­ko­wo odu­rzo­na tym, że mi­mo wszyst­ko jest ktoś, ko­go in­te­re­su­je jej los, za­czę­ła bacz­niej przy­glą­dać się mat­ce. Mo­gła­by przy­siąc – to ona. Od stóp w be­żo­wych, la­kie­ro­wa­nych szpil­kach do czub­ka gło­wy za­koń­czo­ne­go ele­ganc­kim wią­za­niem. A jed­nak pew­na na­tręt­na myśl krą­ży­ła te­raz po jej umy­śle bez kon­tro­li. Coś by­ło nie tak. I nie cho­dzi­ło o to, co mat­ka ro­bi­ła na dru­gim koń­cu Pol­ski.

– To­masz? – Pa­cjent­ka zmarsz­czy­ła czo­ło, wy­tę­ża­jąc wszyst­kie ko­mór­ki mó­zgo­we nie­za­ję­te ak­tu­al­nie pod­sta­wo­wy­mi funk­cja­mi ży­cio­wy­mi.

Mat­ka prze­rwa­ła se­rię py­tań i przy­su­nę­ła się do łóż­ka. Po­ło­ży­ła na czo­le dziew­czy­ny dłoń za­koń­czo­ną wy­pie­lę­gno­wa­ny­mi pa­znok­cia­mi i przy­ozdo­bio­ną ide­al­nie wy­po­le­ro­wa­ną ob­rącz­ką, jak­by ten gest miał za­stą­pić dia­gno­sty­kę, ja­kiej pod­da­no Li­lian­nę. A trze­ba do­dać, że pla­ców­ka w Bu­ko­wej, nie­opo­dal Bę­dów­ka, w tym wzglę­dzie by­ła co naj­mniej przy­zwo­ita.

– Zno­wu nie jesz wa­rzyw? – spró­bo­wa­ła pa­ni Saw­ka.

– Jem, na­praw­dę… – Kwe­stia die­ty wy­da­ła się Li­lian­nie w tym mo­men­cie ma­ło istot­na, jed­nak chęć uspo­ko­je­nia mat­ki wzię­ła gó­rę.

– Już jest – prze­rwa­ła jej ko­bie­ta i od­wró­ci­ła się w kie­run­ku wej­ścia, gdzie po­ja­wił się po­staw­ny, uśmie­cha­ją­cy się ser­decz­nie męż­czy­zna z ma­łą, czar­ną wa­liz­ką. – Za­dzwo­ni­łam do kraw­co­wej i flo­ryst­ki – kon­ty­nu­owa­ła – w two­im imie­niu. Za­ak­cep­to­wa­łam fre­zje i ko­ron­kę. Po­trze­bu­jesz cze­goś? Opu­chli­zna ci zej­dzie? Mo­że umó­wię ci kon­sul­ta­cję w War­sza­wie? Mój klient ma kli­ni­kę na Mo­ko­to­wie.

Li­lian­na po­czu­ła, jak jej ser­ce za­czy­na moc­niej pom­po­wać krew, kie­dy przy­bysz naj­pierw uca­ło­wał w po­li­czek pa­nią Saw­kę, a po­tem po­cie­sza­ją­co ści­snął jej dłoń. Po­wie­dział coś, cze­go nie do­sły­sza­ła przez dud­nie­nie w klat­ce pier­sio­wej. Od­dech dziew­czy­ny przy­spie­szył, wzrok za­czął go­rącz­ko­wo prze­ska­ki­wać mię­dzy obec­ny­mi w po­ko­ju oso­ba­mi.

– Co tu się dzie­je? – Głos męż­czy­zny, któ­ry ja­ko ko­lej­ny po­ja­wił się w drzwiach, prze­rwał na­ra­sta­ją­cy w sza­leń­czym tem­pie atak hi­ste­rii Li­lian­ny.

Ten sam czło­wiek za­czął od spraw­dze­nia ci­śnie­nia dziew­czy­ny, ła­piąc ją wpraw­nie za nad­gar­stek i spraw­dza­jąc licz­bę ude­rzeń ser­ca ze swo­im ze­gar­kiem. Od­po­wie­dzia­ła mu bła­gal­nym spoj­rze­niem wy­ra­ża­ją­cym to­tal­ną dez­orien­ta­cję. Prze­mknę­ło mu przez myśl, że Li­lian­na wy­glą­da te­raz jak przy­ku­ta do środ­ka dro­gi sar­na, ga­pią­ca się pro­sto w re­flek­to­ry au­ta i nie­ma­ją­ca po­ję­cia, że czas naj­wyż­szy zejść z jezd­ni. Nie wa­hał się ani przez chwi­lę – na­tych­miast wy­pro­sił go­ści i we­zwał pie­lę­gniar­kę czer­wo­nym przy­ci­skiem nad łóż­kiem. W koń­cu to był je­go te­ren i mógł wpro­wa­dzać wła­sne za­sa­dy.

– Od­dy­chaj, Lil­ka – po­wie­dział spo­koj­nie, gła­dząc de­li­kat­nie jej dłoń.

Do­pie­ro te­raz za­re­je­stro­wa­ła, że ca­ła trzę­sie się jak osi­ka i ła­pie nie­rów­no po­wie­trze.

– Wdech… i wy­dech – in­stru­ował ją le­karz, od­li­cza­jąc se­kun­dy prze­zna­czo­ne na każ­dą czyn­ność. – Bar­dzo do­brze.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła w koń­cu. Przy­mknę­ła oczy, ma­jąc na­dzie­ję, że to ja­kiś zły sen al­bo ha­lu­cy­na­cje spo­wo­do­wa­ne nie­daw­nym wy­pad­kiem.

– Za du­żo emo­cji? – za­ga­iła pie­lę­gniar­ka, otwie­ra­jąc drzwi sa­li łok­ciem.

Cią­gnę­ła za so­bą wó­zek z róż­ne­go ro­dza­ju am­puł­ka­mi, opa­trun­ka­mi, pu­de­łecz­ka­mi i roz­ma­ity­mi jed­no­ra­zo­wy­mi na­rzę­dzia­mi, szczel­nie za­la­ko­wa­ny­mi w pla­sti­ko­wych opa­ko­wa­niach. Mó­wiąc wprost, przy­wio­zła prze­no­śny raj dla cier­pią­cych. Po­ka­za­ła męż­czyź­nie je­den z kar­to­ni­ków i za­ję­ła się przy­go­to­wy­wa­niem od­po­wied­niej daw­ki.

Li­lian­na, cho­ciaż jej ci­śnie­nie wró­ci­ło już pra­wie do nor­mal­ne­go po­zio­mu, na­dal sku­pia­ła się na od­dy­cha­niu. Ta pro­sta czyn­ność by­ła do­brą wy­mów­ką, że­by nie szu­kać po­wo­du, dla któ­re­go tak wy­pro­wa­dzi­ła ją z rów­no­wa­gi nie­daw­na wi­zy­ta. Bez sło­wa wzię­ła od pie­lę­gniar­ki ku­be­czek z ta­blet­ka­mi, któ­re roz­sta­wi­ły na ję­zy­ku cierp­ki po­smak, za­nim zdą­ży­ła je prze­łknąć.

– Pa­ni Bo­row­ska nic się nie zmie­ni­ła – mruk­nął pod no­sem le­karz, za­pi­su­jąc coś na kar­cie Li­lian­ny.

– Kto? – jęk­nę­ła dziew­czy­na, ła­piąc go za far­tuch, na co za­re­ago­wał zdzi­wio­nym spoj­rze­niem.

– Two­ja ma­ma – do­dał. – Zresz­tą. Ty też nic się nie zmie­ni­łaś. Pra­wie.

– O Bo­że… Ob­rącz­ka… – Dziew­czy­na zła­pa­ła za ko­smyk wło­sów i ner­wo­wo okrę­ci­ła go wo­kół pal­ców.

– Lil­ka, w po­rząd­ku? – Głos męż­czy­zny stał się po­waż­ny, ale na­dal za­cho­wy­wał wła­ści­wy so­bie spo­kój. W środ­ku był na wpół zde­ner­wo­wa­ny, na wpół zmar­twio­ny, ale nie dał po so­bie ni­cze­go po­znać. – Pa­ni Zo­siu – zwró­cił się do pie­lę­gniar­ki – pro­szę spraw­dzić, czy dok­tor Wo­lak już przy­szedł.

Ko­bie­ta kiw­nę­ła po­ro­zu­mie­waw­czo gło­wą i czym prę­dzej opu­ści­ła po­miesz­cze­nie, rzu­ca­jąc pa­cjent­ce współ­czu­ją­ce spoj­rze­nie. Li­lian­na od­twa­rza­ła w gło­wie wy­pa­dek, mam­ro­cząc pod no­sem zu­peł­nie nie­skład­nie. Pa­mię­ta­ła, że jej sio­stra Ga­brie­la po­je­cha­ła do Lon­dy­nu na wy­mia­nę stu­denc­ką, a ona do niej co ty­dzień dzwo­ni­ła. By­ła pew­na, że jej mat­ka, Ma­ria, przy­je­dzie, że­by przy­wieźć jej szczo­tecz­kę do zę­bów i czy­stą bie­li­znę. Nie spo­dzie­wa­ła się zo­ba­czyć jej w to­wa­rzy­stwie ob­ce­go męż­czy­zny, a już na pew­no nie z ob­rącz­ką na pal­cu.

– Jak dłu­go tu je­stem? – za­py­ta­ła, szu­ka­jąc na ścia­nach ka­len­da­rza.

– Osiem dni. Przy­wieź­li cię w ze­szły czwar­tek wie­czo­rem z do­jaz­dów­ki do sió­dem­ki – od­po­wie­dział le­karz, spraw­dza­jąc dla pew­no­ści jej kar­tę.

Cho­ciaż ra­cho­wa­nie nie by­ło moc­ną stro­ną Li­lian­ny, prze­li­cza­ła, jak dłu­go za­bra­ła­by ko­bie­cie po­dróż z Gdań­ska, za­ha­cza­jąc po dro­dze o urząd sta­nu cy­wil­ne­go, spa­ko­wa­nie jej rze­czy z do­mu i przy­jazd tu­taj, po czym do­szła do wnio­sku, że z cał­kiem spo­rą do­zą praw­do­po­do­bień­stwa jej ro­dzi­ciel­ka po­sta­no­wi­ła od mo­men­tu kie­dy po raz ostat­ni się wi­dzia­ły, spon­ta­nicz­nie wyjść za mąż, a po­tem prze­być ja­kieś sześć­set ki­lo­me­trów, że­by przy­wieźć jej wa­liz­kę z wy­praw­ką. Dla­te­go wy­da­ła się… zmę­czo­na? Tak, by­ło to bar­dzo moż­li­we, choć zu­peł­nie nie w jej sty­lu. Pa­ni Saw­ka, te­raz Bo­row­ska, za­wsze dba­ła o to, że­by świe­cić przy­kła­dem, cho­ciaż tak na­praw­dę nie chcia­ła so­bie po­zwo­lić, że­by kto­kol­wiek za­rzu­cił sa­mot­nej mat­ce z dwie­ma sza­lo­ny­mi cór­ka­mi, że o sie­bie nie dba. W mię­dzy­cza­sie zdą­ży­ła opo­wie­dzieć no­we­mu mę­żo­wi, jak wspa­nia­łym dziec­kiem jest Li­lian­na, a To­masz ją pla­to­nicz­nie po­ko­chał, co tłu­ma­czy­ło je­go szcze­rą tro­skę. Wszyst­ko się zga­dza­ło, praw­da?

Tyl­ko że to był je­dy­nie stek bzdur, ja­kie wy­kieł­ko­wa­ły w wy­bu­ja­łej wy­obraź­ni Li­lian­ny, któ­ra kur­czo­wo ła­pa­ła się na­pręd­ce wy­my­ślo­ne­go sce­na­riu­sza.

Drzwi po raz ko­lej­ny te­go dnia otwo­rzy­ły się, uka­zu­jąc tym ra­zem po­stać star­sze­go męż­czy­zny. Prze­su­nął dło­nią po kil­ku si­wych wło­sach, za­cze­sa­nych do ty­łu, jak­by mia­ły ukryć oczy­wi­stą ły­si­nę, i przy­wi­tał się z le­ka­rzem, któ­ry na­dal sie­dział przy Li­lian­nie, igno­ru­jąc fakt, że ta kur­czo­wo trzy­ma się je­go far­tu­cha.

– Dok­to­rze Mi­kul­ski. Co tu ma­my? – Wy­cią­gnął rę­kę po kar­tę pa­cjent­ki.

Li­lian­na od­wró­ci­ła się w je­go stro­nę, po raz ko­lej­ny wspi­na­jąc na wy­ży­ny sku­pie­nia. Zno­wu coś brzmia­ło zna­jo­mo. By­ła pew­na, że pa­mię­ta ko­goś o tym na­zwi­sku. Tak jak pa­mię­ta się smak gu­my ba­lo­no­wej z dzie­ciń­stwa czy pie­ro­gów bab­ci na Bo­że Na­ro­dze­nie.

– Ro­zu­miem. Na­sza ulu­bio­na pa­cjent­ka. – Ba­so­wy głos wy­peł­nił nie­wiel­ką prze­strzeń. – Po­dob­no je­ste­śmy tro­chę zdez­o­rien­to­wa­ni. – Klap­nął na sto­łek obok, od­rzu­ca­jąc do ty­łu po­ły bia­łe­go far­tu­cha, że­by na nich nie usiąść.

– Cze­mu ulu­bio­na? – zwró­ci­ła się do młod­sze­go le­ka­rza.

– Wszyst­kim tak mó­wi. Zi­gno­ruj go – szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie Mi­kul­ski.

– Pan­na Saw­ka… – prze­rwał im dok­tor Wo­lak. – Za­da­my so­bie kil­ka py­tań, do­brze?

Li­lian­na przy­tak­nę­ła, zer­ka­jąc na bok w po­szu­ki­wa­niu wspar­cia. Męż­czy­zna o zna­jo­mo brzmią­cym na­zwi­sku uśmiech­nął się, do­da­jąc jej odro­bi­nę otu­chy, po czym sku­pił się na kar­cie, wle­pia­jąc ba­daw­czy wzrok w wy­ni­ki pa­cjent­ki z ostat­nich dni. Dziew­czy­na wy­pro­sto­wa­ła się i od­wró­ci­ła do no­wo przy­by­łe­go le­ka­rza, da­jąc znać, że jest go­to­wa.

– Do­brze, za­cznie­my. – Za­ło­żył oku­la­ry w cien­kich opraw­kach, do tej po­ry spo­czy­wa­ją­cych spo­koj­nie w kie­sze­ni ko­szu­li. – Jak się pa­ni na­zy­wa?

– Lil­ka – od­po­wie­dzia­ła za­do­wo­lo­na z sie­bie, jak­by zda­ła naj­trud­niej­szy test w ży­ciu.

– Pro­szę od­po­wia­dać jak naj­bar­dziej szcze­gó­ło­wo – po­pro­sił le­karz, pa­trząc na nią znad opra­wek, przez co po­czu­ła się jak skar­co­na uczen­ni­ca.

– Li­lian­na Ma­ria Saw­ka – po­pra­wi­ła się.

– Rok i miej­sce uro­dze­nia?

– Trzy­na­sty paź­dzier­ni­ka ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go trze­cie­go ro­ku. Prak­tycz­nie schro­ni­sko na ha­li Or­nak, ale w pa­pie­rach mam Bu­ko­wą – wy­re­cy­to­wa­ła bez­błęd­nie. Na kon­kur­sie ta­len­tów dla pię­cio­lat­ków sta­nę­ła­by bez wąt­pie­nia na po­dium.

– W pa­pie­rach?

– Dłu­ga hi­sto­ria – mach­nę­ła rę­ką – ma­ma mia­ła sła­bość do wy­pa­dów w gó­ry. Na­wet kie­dy już le­d­wo cho­dzi­ła przez du­ży brzuch. Do te­go upar­ła się, że mu­si mieć po­rzą­dek w do­ku­men­tach w urzę­dzie – do­da­ła nie­co ci­szej, pusz­cza­jąc star­sze­mu pa­nu oko.

– Bar­dzo do­brze – po­ki­wał gło­wą le­karz. – Czym się pa­ni zaj­mu­je?

Li­lian­na na­bra­ła po­wie­trza, ale kie­dy chcia­ła się ode­zwać, po­czu­ła we­wnętrz­ną blo­ka­dę, jak­by zde­rzy­ła się ze szkla­ną ścia­ną. Kil­ku­krot­nie chcia­ła za­cząć, sło­wa jed­nak plą­ta­ły się jak sznu­rów­ki bu­tów rzu­co­nych w kąt. Kie­dy by­ła dziec­kiem, za­wsze mia­ła je ide­al­nie za­wią­za­ne, ale Bóg je­den wie, dla­cze­go jej się to te­raz przy­po­mnia­ło. Z pew­no­ścią ta in­for­ma­cja, jak po­wie­dzia­ła­by jej mat­ka, jest te­raz zu­peł­nie zbęd­na. Dłoń Li­lian­ny, do tej po­ry zaj­mu­ją­ca się oży­wio­ną ge­sty­ku­la­cją, zno­wu po­wę­dro­wa­ła w kie­run­ku luź­ne­go ko­smy­ka zmal­tre­to­wa­ne­go już przez nią kil­ka chwil wcze­śniej.

– Za­py­ta­łem, czym się pa­ni zaj­mu­je, pan­no Saw­ko. Za­wo­do­wo. Co pa­ni ro­bi na co dzień – spre­cy­zo­wał.

– A czym mia­ła­bym się tu­taj zaj­mo­wać? – od­par­ła nie­pew­nie.

– To py­ta­nie do mnie? – od­po­wie­dział cie­pło le­karz, rzu­ca­jąc po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie w kie­run­ku dok­to­ra Mi­kul­skie­go. – Do­brze, przej­dzie­my da­lej. Gdzie pa­ni miesz­ka?

– W Bę­dów­ku… – Z każ­dym ko­lej­nym py­ta­niem Li­lian­na tra­ci­ła pew­ność sie­bie i czu­ła, jak­by prze­gry­wa­ła w te­le­tur­nie­ju na zna­jo­mość wła­sne­go ży­cia.

– Od jak daw­na?

Dziew­czy­na jesz­cze te­go nie wie­dzia­ła, ale Wo­lak z każ­dą jej od­po­wie­dzią wy­peł­niał na an­kie­cie ko­lej­ne ru­bry­ki skła­da­ją­ce się na wy­nik. I nie miał to być je­den z tych wy­ro­ków, po któ­rych pła­cze się ze szczę­ścia i ści­ska swo­je­go praw­ni­ka.

– Od… od za­wsze.

Dok­tor po­sta­wił za­ma­szy­sty znak na pa­pie­rze i przez chwi­lę mil­czał. My­ślał – bar­dzo in­ten­syw­nie. Marsz­czył czo­ło i stu­kał dłu­go­pi­sem w pod­kład­kę, do któ­rej przy­cze­pio­ne by­ły pa­pie­ry kry­ją­ce ta­jem­ni­cę obec­ne­go sta­nu pa­cjent­ki.

W tym cza­sie Li­lian­na zwró­ci­ła się w kie­run­ku Mi­kul­skie­go, któ­re­go po­waż­ny wy­raz twa­rzy nie zwia­sto­wał nic do­bre­go.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, praw­da?

– Lil­ka. – Męż­czy­zna wy­cią­gnął z kie­sze­ni te­le­fon i za­czął cze­goś szu­kać, prze­su­wa­jąc pal­cem po ekra­nie. – Znasz te­go męż­czy­znę?

Li­lian­na ostroż­nie wzię­ła do rę­ki apa­rat i rzu­ci­ła w kie­run­ku Mi­kul­skie­go po­wąt­pie­wa­ją­ce spoj­rze­nie. Nie mia­ła po­ję­cia, do cze­go zmie­rza, po­ka­zu­jąc jej zdję­cie ja­kie­goś ar­ty­sty od­bie­ra­ją­ce­go Fry­de­ry­ka za Al­bum Ro­ku. Na­wet je­śli lu­bi­ła mu­zy­kę, cze­go by­ła nie­mal w stu pro­cen­tach pew­na, nie mu­sia­ła znać wszyst­kich wy­ko­naw­ców, a już na pew­no śle­dzić wy­ni­ków ga­li ma­ją­cej miej­sce, gdy ona le­ża­ła nie­przy­tom­na. Gdy­by Li­lian­na nie by­ła, słusz­nie zresz­tą, roz­trzę­sio­na ostat­ni­mi wy­da­rze­nia­mi, za­uwa­ży­ła­by je­den waż­ny szcze­gół. Ga­la mia­ła miej­sce rok te­mu, ale te­go mia­ła do­wie­dzieć się do­pie­ro chwi­lę póź­niej.

– To Ty­mon Kor­nec­ki – po­wie­dział po­wo­li Mi­kul­ski, wy­pa­tru­jąc re­ak­cji ze stro­ny Saw­ki, ale ta ura­czy­ła go zu­peł­nie obo­jęt­nym i ni­ja­kim wy­ra­zem twa­rzy, po czym wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Do­bry? – za­py­ta­ła, bo po­czu­ła się w obo­wiąz­ku kon­ty­nu­ować roz­mo­wę, na­wet je­śli nie mia­ła po­ję­cia, w ja­kim kie­run­ku zmie­rza.

– Ty nam po­wiedz. W koń­cu je­steś po­dob­no je­go mu­zą.

Li­lian­na par­sk­nę­ła, do­pa­tru­jąc się w ko­men­ta­rzu Mi­kul­skie­go ja­kie­goś zło­śli­we­go żar­tu, cho­ciaż wy­ko­rzy­sty­wa­nie jej obec­ne­go sta­nu dla kiep­skie­go dow­ci­pu by­ło­by wy­so­ce nie­pro­fe­sjo­nal­ne. A okre­śle­nie to nie mia­ło ra­cji by­tu na li­ście przy­miot­ni­ków, ja­ki­mi moż­na by opi­sać mło­de­go le­ka­rza. Se­kun­dy mi­ja­ły jed­nak, a je­go twarz po­zo­sta­ła nie­wzru­szo­na.

At­mos­fe­ra zro­bi­ła się nie­co na­pię­ta, jak zresz­tą by­wa w chwi­lach, gdy wszy­scy chcą się ode­zwać, ale nikt nie chce po­wie­dzieć cze­goś nie na miej­scu. Li­lian­na, utra­ciw­szy na­dzie­ję na wy­ja­śnie­nie, po co te wszyst­kie py­ta­nia, z wes­tchnie­niem prze­su­nę­ła po ekra­nie, do­cie­ra­jąc do fil­mi­ku za­łą­czo­ne­go do ar­ty­ku­łu. Na­stęp­nych kil­ka­dzie­siąt se­kund roz­trza­ska­ło ją na ka­wał­ki, a po­zo­sta­ły pył roz­pły­nął się na wie­trze.

Tym sa­mym dok­to­ro­wi Mi­kul­skie­mu uda­ło się roz­po­cząć od­li­cza­nie re­kor­do­wych kil­ku­na­stu mi­nut, gdy dziew­czy­na trwa­ła w mil­cze­niu. Być mo­że szok, ja­kie­go do­zna­ła, nie był ta­ki zły?

1 World He­alth Or­ga­ni­za­tion – Świa­to­wa Or­ga­ni­za­cja Zdro­wia

Roz­dział trze­ci:

O po­zo­rach i nie­for­tun­nych sło­wach

– Lil­ka?

Prze­pad­nij – po­my­śla­ła, sie­dząc na zie­mi, wci­śnię­ta mię­dzy umy­wal­kę a se­des, ale po­sta­no­wi­ła mil­czeć, ma­jąc na­dzie­ję, że wszy­scy za­po­mną o jej ist­nie­niu. Nie wzię­ła pod uwa­gę, że to dzia­ła­ło tyl­ko wte­dy, gdy mia­ła pięć lat, a ma­ma uda­wa­ła, że­by zy­skać chwi­lę spo­ko­ju. Mu­sia­ła usły­szeć to w ja­kimś hor­ro­rze o eg­zor­cy­zmach i przez ca­łe la­to, któ­re spę­dzi­ła w dom­ku na drze­wie, w ten wła­śnie spo­sób od­ga­nia­ła nie­chcia­nych go­ści.

Prze­pad­nij. Prze­pad­nij. Prze­pad­nij.

– Lil­ka, daj­że spo­kój. Wpuść mnie. – Głos był przy­tłu­mio­ny przez drzwi, ale sły­sza­ła wy­raź­nie każ­de sło­wo.

Od­twa­rza­ła w kół­ko na­gra­nie za­łą­czo­ne do ar­ty­ku­łu, zna­jąc już na pa­mięć każ­dy drob­ny gest, wes­tchnię­cie i sło­wo, ja­kie pa­da­ło z ust wszyst­kich obec­nych. Naj­pierw dzien­ni­karz prze­pro­wa­dza­ją­cy krót­ki wy­wiad z Kor­nec­kim ści­ska­ją­cym w dło­ni po­zła­ca­ną sta­tu­et­kę.

„Jak się czu­jesz? Świet­nie, oczy­wi­ście”. No bo jak ni­by miał­by się czuć, ja­sna cho­le­ra. Do­stał wła­śnie upra­gnio­ną przez pol­skich ar­ty­stów na­gro­dę. Je­go no­to­wa­nia sko­czą w oka­mgnie­niu, o ile jesz­cze te­go nie zro­bi­ły.

„To du­ży suk­ces”. Se­rio? Gdy­by te­go nie po­wie­dział, to by pew­nie nikt nic nie za­uwa­żył. Czy on się za­ru­mie­nił?

– Nie, nie, nie…

A te­raz wcho­dzi ona, pro­sto w je­go za­pra­sza­ją­ce ra­mio­na. Otrzy­mu­je po­ca­łu­nek zu­peł­nie nie­przy­sta­ją­cy do te­go, że ota­cza­ją ich ob­cy lu­dzie. Wi­dać jed­nak, że ani Kor­nec­ki, ani Li­lian­na nic so­bie z te­go nie ro­bią. Roz­sa­dza ich ener­gia – cho­ciaż to mo­że tyl­ko złu­dze­nie. Wszyst­ko tu błysz­czy. Od na­szy­tych na ma­te­riał krysz­tał­ków jej su­kien­ka lśni tak, że z du­żą do­zą praw­do­po­do­bień­stwa kil­ka osób wy­szło z tej ga­li śle­pych. Ja­kim cu­dem ktoś mógł­by się w czymś ta­kim w ogó­le ru­szać? Chy­ba że cho­wa­ła pod tre­nem gar­de­ro­bia­ną pod­trzy­mu­ją­cą to cu­do na miej­scu.

Za pierw­szym ra­zem nie roz­po­zna­ła się pod bu­rzą pla­ty­no­wych wło­sów oka­la­ją­cych dziew­czę­cą twarz z sze­ro­kim uśmie­chem, moc­nym ma­ki­ja­żem, bry­lu­ją­cą w to­wa­rzy­stwie dzien­ni­ka­rzy i opo­wia­da­ją­cą o ca­łym pro­ce­sie twór­czym, ale z każ­dym ko­lej­nym od­two­rze­niem na­bie­ra­ła pew­no­ści. Zer­ka­ła na swo­je od­bi­cie w lu­strze nad umy­wal­ką, mru­żąc oczy, a póź­niej sia­da­ła z po­wro­tem na zie­mi, że­by obej­rzeć na­gra­nie. Tak sa­mo mu­sie­li się czuć lu­dzie prze­cho­dzą­cy me­ta­mor­fo­zy w pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych. Wte­dy gdy z lu­stra zry­wa­ją kur­ty­nę i na­gle sto­isz przed kimś, kto wy­glą­da zna­jo­mo, ale o nie­bo le­piej. Nie wie­dzieć cze­mu, by­ła nie­mal pew­na, że wy­glą­da­ła do­kład­nie sto pięć­dzie­siąt osiem ty­się­cy zło­tych le­piej dzię­ki wy­po­ży­czo­nej na tę oka­zję suk­ni skła­da­ją­cej się z ty­się­cy krysz­tał­ków Swa­ro­vskie­go i szta­bo­wi lu­dzi, któ­rzy naj­wy­raź­niej za­ję­li się ule­pie­niem jej twa­rzy na no­wo.

Co on po­wie­dział? To przez nią. To dzię­ki niej. Jej pra­ca, jej ser­ce, jej wkład. Li­lian­ny Saw­ki – naj­więk­szej mi­ło­ści i przy­szłej żo­ny. To sło­wa, ge­sty i wes­tchnie­nia. Pier­ścio­nek na pal­cu. To wszyst­ko praw­da, cho­ciaż za nic nie mo­gła so­bie jej przy­po­mnieć.

– Ile… tych… ślu­bów… – mam­ro­ta­ła, smar­ka­jąc w pa­pie­ro­wy ręcz­nik na twar­dej, zim­nej pod­ło­dze szpi­tal­nej ła­zien­ki.

– Lil­ka, nie żar­tu­ję. – Dok­tor Mi­kul­ski naj­wy­raź­niej na­dal nie ro­zu­miał isto­ty ma­łej ko­bie­cej hi­ste­rii i spo­so­bów ra­dze­nia so­bie z nią al­bo bar­dzo wpraw­nie to ukry­wał.

– Prze­cież jest otwar­te – burk­nę­ła w koń­cu Li­lian­na, rzu­ca­jąc zwi­nię­ty pa­pier do ko­sza po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia ni­czym ra­so­wy ko­szy­karz.

– Wiem. – Męż­czy­zna za­mknął za so­bą drzwi, usiadł­szy na zie­mi na­prze­ciw­ko dziew­czy­ny i oparł łok­cie na zgię­tych ko­la­nach. – Wszyst­kie ła­zien­ki ma­ją wy­mon­to­wa­ne zam­ki.

– To cze­mu pan nie wszedł?

– Nie chcia­łem, że­byś rzu­ci­ła we mnie te­le­fo­nem. – Wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­cią­gnął przed sie­bie dłoń.

– To mar­twi pa­na bar­dziej niż mo­je zdro­wie? – Unio­sła brwi z nie­do­wie­rza­niem, ale od­da­ła apa­rat, bo i tak wszyst­ko, co tam zo­ba­czy­ła, nie mia­ło dla niej w tej chwi­li więk­sze­go sen­su.

– Wbrew te­mu, co lu­dzie my­ślą, le­ka­rze nie za­ra­bia­ją ty­le co ce­le­bry­ci, Lil­ka. – Mi­kul­ski w po­rów­na­niu do Li­lian­ny nie si­lił się na for­ma­li­zmy.

Opar­ła gło­wę o ka­fel­ki i przy­mknę­ła oczy, igno­ru­jąc je­go uwa­gę.

– A z tym, co ci do­le­ga, nie bę­dę w sta­nie ci po­móc.

Nie ma to jak usły­szeć wy­rok na pod­ło­dze szpi­tal­nej ła­zien­ki. Zde­cy­do­wa­nie mi­ja­ło się to z ro­man­tycz­ną du­szą Li­lian­ny, któ­ra w pew­nym okre­sie swo­je­go ży­cia ma­rzy­ła o by­ciu ete­rycz­ną bo­ha­ter­ką an­giel­skiej no­wel­ki. Sta­nę­ła­by wte­dy nad kli­fem, gdzie wiatr tar­gał­by jej dłu­gi­mi wło­sa­mi i szorst­kim ma­te­ria­łem wie­lo­war­stwo­wej suk­ni. Oczy­wi­ście nikt by nie py­tał, ja­kim cu­dem we­szła w niej na wzgó­rze bez cho­ciaż jed­nej kro­pel­ki po­tu na czo­le czy odro­bi­ny bło­ta na trze­wi­kach. I tak, sto­jąc i pa­trząc na bez­kres mo­rza czy oce­anu, pro­wa­dzi­ła­by we­wnętrz­ny mo­no­log o swo­im nie­spra­wie­dli­wym lo­sie, wi­zji ry­chłej śmier­ci i po­rzu­co­nych dziew­czę­cych ma­rze­niach.

Za­miast te­go ku­li­ła się przy se­de­sie, szorst­kim ręcz­ni­kiem ście­ra­jąc z za­czer­wie­nio­nej twa­rzy róż­ne­go ro­dza­ju wy­dzie­li­ny, któ­rych oszczę­dzi­my w tym opi­sie, i za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go bez skrę­po­wa­nia po­ka­zu­je się w ta­kim wy­da­niu mło­de­mu le­ka­rzo­wi o cał­kiem przy­jem­nej na jej oko po­wierz­chow­no­ści, cho­ciaż być mo­że odro­bi­nę po­zba­wio­ne­go em­pa­tii.

– Nie po­win­ni­ście te­go… – prze­rwa­ła chwi­lo­wą ci­szę – ja­koś tak bar­dziej po ludz­ku?

– Po ludz­ku? – Mi­kul­ski, jak gdy­by ni­g­dy nic, wy­tarł te­le­fon o no­gaw­kę spodni i scho­wał do kie­sze­ni far­tu­cha.

– Ta­kie wia­do­mo­ści waż­ne prze­ka­zy­wać – do­da­ła, wzno­sząc oczy ku nie­bu, bo w koń­cu odro­bi­na te­atral­no­ści jesz­cze ni­ko­go nie za­bi­ła.

– Nie mu­sisz się de­ner­wo­wać.

– Jak mam się nie de­ner­wo­wać? Zresz­tą – po­trzą­snę­ła gło­wą – wca­le się nie de­ner­wu­ję. Prze­ży­wam.

Ro­bert Mi­lul­ski wie­dział, że te­raz mu­si od­cze­kać oko­ło trzy­dzie­stu se­kund. W tym cza­sie Li­lian­na po­mam­ro­cze coś bez ła­du i skła­du, po czym zwró­ci na nie­go uwa­gę. Od­ciął się zu­peł­nie od szme­ru wy­peł­nia­ją­ce­go ła­zien­kę i pa­trzył przed sie­bie. Chy­ba że coś się zmie­ni­ło – po­my­ślał, stu­ka­jąc pal­cem o ko­la­no.

Dziew­czy­na na­prze­ciw­ko na­dal po­ru­sza­ła usta­mi, a po­tem jak na za­wo­ła­nie wle­pi­ła w nie­go wiel­kie, za­wil­go­co­ne oczy.

A jed­nak nie.

Roz­dział czwar­ty:

O nie­zna­jo­mych i ukła­dan­kach

Pra­wo Mur­phy’ego, nie­za­leż­nie od te­go, jak mo­gli­by­śmy je zde­fi­nio­wać, za­wsze ozna­cza to sa­mo – je­śli jest na to cień szan­sy, coś do­ku­ment­nie się spar­ta­czy. Je­śli Li­lian­na Saw­ka my­śla­ła, że jej naj­więk­szym pro­ble­mem bę­dzie wy­peł­nie­nie do­ku­men­tów au­to­ca­sco czy za­kry­cie si­nia­ków, bled­ną­cych nie­co dłu­żej, niż się spo­dzie­wa­ła, do­dat­ko­wą war­stwą pod­kła­du i ko­rek­to­ra, to by­ła w wiel­kim błę­dzie. Za­nim przej­dzie­my da­lej, na­le­ży zwró­cić tu uwa­gę na wy­jąt­ko­wo nie­tra­fio­ną i po­chop­ną in­ter­pre­ta­cję zna­ków.

Czar­ny kot, na­wet je­śli sto ra­zy prze­bie­gnie ci dro­gę, nie przy­no­si pe­cha. Go­rącz­ka nie­ko­niecz­nie jest złym ob­ja­wem. Kwia­ty przy­nie­sio­ne przez męż­czy­znę nie mu­szą ozna­czać cze­goś do­bre­go. Dla­te­go Li­lian­na nie po­win­na roz­świe­tlać się jak cho­in­ka bo­żo­na­ro­dze­nio­wa, kie­dy w drzwiach szpi­tal­nej sa­li po­ja­wił się, jak jej się w tym mo­men­cie wy­da­wa­ło, bo­ha­ter pew­ne­go na­gra­nia wy­ry­te­go już na do­bre w jej pa­mię­ci. Nie by­ło to szcze­gól­nie trud­ne, bio­rąc pod uwa­gę, że te­go miej­sca nie zaj­mo­wa­ło obec­nie zbyt wie­le in­nych in­for­ma­cji. Ko­bie­ta pa­mię­ta­ła oczy­wi­ście, że po krót­kiej po­ga­węd­ce z Mi­kul­skim wró­ci­ła do star­sze­go le­ka­rza, któ­ry ka­to­wał ją ko­lej­ny­mi py­ta­nia­mi bez od­po­wie­dzi. Póź­niej spa­ła – bar­dzo dłu­go.

Świat osza­lał, a ona nie po­tra­fi­ła so­bie przy­po­mnieć, dla­cze­go zna­la­zła się na­gle w ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści, za­rę­czo­na i z dłu­gi­mi blond pu­kla­mi, jak­by wpa­dła do becz­ki z utle­nia­czem. Nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go jeź­dzi sa­mo­cho­dem wiel­ko­ści swo­je­go po­ko­ju, ma­ją­cym do te­go wię­cej świa­te­łek i po­du­szek, niż ja­ka­kol­wiek na­sto­lat­ka mo­gła­by so­bie wy­ma­rzyć. Za to ostat­nie by­ła aku­rat wdzięcz­na, bo w prze­ciw­nym wy­pad­ku nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie ze słu­pem ener­ge­tycz­nym mo­gło się skoń­czyć du­żo go­rzej.

Oczy­wi­ście to za­le­ża­ło, w któ­rym miej­scu na ska­li pe­cha umie­ści­my to, że nie pa­mię­ta­ła zbyt wie­lu fak­tów ma­ją­cych fun­da­men­tal­ne zna­cze­nie dla jej co­dzien­ne­go ży­cia. Ko­niec koń­ców by­ła ak­tu­al­nie po­sia­dacz­ką mę­tli­ku w gło­wie, kil­ku otarć i si­nia­ków – nie tak źle, praw­da? Tym bar­dziej że wła­śnie zbli­żał się do niej męż­czy­zna za­sło­nię­ty przez pięk­ne bia­łe li­lie. Słod­ki za­pach bły­ska­wicz­nie wy­peł­nił po­miesz­cze­nie, a pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się od przy­ciem­nia­nych oku­la­rów wy­sta­ją­cych spod czap­ki z dasz­kiem.

Zer­ka­jąc przez szpa­rę w drzwiach ła­zien­ki, do­ko­na­ła w my­ślach szyb­kie­go prze­glą­du swo­je­go sta­nu. Świe­ży opa­tru­nek, wy­god­ny, we­lu­ro­wy dres przy­wie­zio­ny przez mat­kę i twarz, na któ­rą po­wo­li po­wra­ca­ły ko­lo­ry. Nie by­ło mo­że spe­cjal­nie ro­man­tycz­nie, ale też nie­naj­go­rzej. W koń­cu męż­czy­zna z na­grań wy­da­wał się w nią tak wpa­trzo­ny, że nie po­win­no mu prze­szka­dzać to nie­co swo­bod­niej­sze wy­da­nie. Unio­sła wzrok i cze­ka­ła, aż przy­bysz się ode­zwie, z na­dzie­ją, że dźwięk je­go gło­su bę­dzie zna­jo­my. Że w ja­kiś ma­gicz­ny spo­sób od­po­wie na wszyst­kie py­ta­nia, ja­kie ko­tło­wa­ły się jej w gło­wie. Pew­nym kro­kiem wy­szła z ła­zien­ki, pro­stu­jąc ple­cy, jak­by mia­ło to do­dać jej od­wa­gi.

A po­tem zo­ba­czy­ła obiek­tyw apa­ra­tu wy­zie­ra­ją­cy spo­mię­dzy kwia­tów i uśmiech, ja­ki po­ja­wił się w ką­ci­ku ust go­ścia. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, zła­pa­ła za klam­kę i cof­nę­ła się.

Pa­mię­ta­cie o zna­kach?

Są też ta­kie, któ­rych nie spo­sób zin­ter­pre­to­wać – nie war­to na­wet pró­bo­wać. W koń­cu kto mógł­by się spo­dzie­wać, co zwia­stu­je po­ja­wie­nie się w tym miej­scu jesz­cze jed­nej oso­by? A zwia­sto­wa­ło, mó­wiąc bar­dzo oględ­nie, za­rów­no pro­ble­my, jak i ich roz­wią­za­nie – za­le­ży, jak na to spoj­rzeć. Tak więc zza męż­czy­zny wy­ło­ni­ła się mło­da ko­bie­ta w do­pa­so­wa­nym, czer­wo­nym gar­ni­tu­rze, bia­łych sne­aker­sach i z bu­rzą fa­lo­wa­nych, kasz­ta­no­wych wło­sów oka­la­ją­cych po­cią­głą twarz. Jej wzrok, choć wy­da­wa­ło się to dziw­ne, wy­ra­żał tyl­ko dwie rze­czy – fu­rię i roz­ba­wie­nie. Ści­snę­ła moc­niej cien­ki koc, któ­rym okry­te by­ło łóż­ko Li­lian­ny, i szyb­kim ru­chem ścią­gnę­ła go z po­sła­nia. Wpraw­nie za­rzu­ci­ła ma­te­riał na nie­spo­dzie­wa­ją­ce­go się ni­cze­go fo­to­gra­fa, któ­ry za­mo­tał się w nie­go, uwię­zio­ny te­raz w pro­wi­zo­rycz­nej pu­łap­ce. Na­past­nicz­ka, kop­nąw­szy męż­czy­znę w łyd­kę, zmu­si­ła go do wy­pusz­cze­nia z rąk kwia­tów i przy­klęk­nię­cia. Szyb­kim su­sem zna­la­zła się przy Saw­ce, bez sło­wa zła­pa­ła ją za rę­kę i wy­bie­gła z po­ko­ju.

Li­lian­na nie mia­ła cza­su na ana­li­zę, ja­kim cu­dem ko­bie­cie uda­ło się nie­po­strze­że­nie wejść do środ­ka, nie wy­da­jąc żad­ne­go dźwię­ku, obez­wład­nić męż­czy­znę i z si­łą, o ja­ką by jej nie po­dej­rze­wa­ła, wy­tar­gać zdez­o­rien­to­wa­ną pa­cjent­kę z po­ko­ju. Do te­go ni­czym ra­so­wy sprin­ter gna­ła ko­ry­ta­rza­mi szpi­ta­la, cią­gnąc za so­bą Li­lian­nę, do­pó­ki nie do­tar­ły do po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze­go. Nie­zna­jo­ma za­trzy­ma­ła się gwał­tow­nie, uj­rzaw­szy klu­cze zo­sta­wio­ne w zam­ku przez ser­wis sprzą­ta­ją­cy ma­ja­czą­cy na koń­cu ko­ry­ta­rza. We­pchnę­ła do środ­ka zdez­o­rien­to­wa­ną to­wa­rzysz­kę, po czym za­mknę­ła drzwi od środ­ka, na­słu­chu­jąc od­gło­sów po­ści­gu. Po chwi­li da­ło się sły­szeć cięż­kie kro­ki i se­rię wy­jąt­ko­wo szpet­nych prze­kleństw, na co ko­bie­ta za­re­ago­wa­ła po­ka­za­niem środ­ko­we­go pal­ca w stro­nę ko­ry­ta­rza. Prze­cze­ka­ła też ner­wo­we szar­pa­nie za klam­kę i gło­śne na­rze­ka­nie pra­cow­ni­ka ser­wi­su, że zno­wu ktoś za­brał klu­cze do schow­ka.

– Co… – za­czę­ła Li­lian­na, upew­niw­szy się, że wszy­scy nie­pro­sze­ni go­ście się od­da­li­li, ale za­nim zdą­ży­ła co­kol­wiek po­wie­dzieć, prze­rwa­ła jej nie­zna­jo­ma, szu­ka­ją­ca cze­goś w ner­ce, któ­rą no­si­ła na pier­si.

– Pie­przo­ne bru­kow­ce – syk­nę­ła, krę­cąc gło­wą. – Mo­że jesz­cze zdję­cie z ba­da­nia? Pro­szę bar­dzo. Jak ją do­rwę, to jej no­gi z du­py po­wy­ry­wam. A po­tem rę­ce. Jesz­cze ten idio­ta? Czy mu­szę wszyst­ko ro­bić sa­ma? Pe­eew­nie, jedź. Czy ja ci bro­nię? Prze­cież nie mam co ro­bić. Jak od­bio­rę zdję­cia na okład­kę, na­żrę się jak świ­nia prób­ka­mi przy­sta­wek, ogar­nę na­gra­nia i ca­te­ring, bę­dę mia­ła wy­star­cza­ją­co du­żo cza­su na zaj­mo­wa­nie się two­im eks­pe­ry­men­tem spo­łecz­nym w po­sta­ci Ma­łec­kiej. Cho­ler­ny Ty­mon… – mruk­nę­ła jesz­cze, su­nąc pal­cem po ekra­nie te­le­fo­nu.

Li­lian­na przy­glą­da­ła się ko­bie­cie, nie ro­zu­mie­jąc ab­so­lut­nie nic z jej cha­otycz­ne­go mo­no­lo­gu, ale kie­dy ta pod­su­nę­ła jej pod nos smart­fon ze zdję­ciem męż­czy­zny, któ­re­go zna­ła z na­gra­nia po­ka­za­ne­go przez dok­to­ra Mi­kul­skie­go, i z kil­ku­na­sto­ma nie­ode­bra­ny­mi po­łą­cze­nia­mi, ode­tchnę­ła. Mo­że na­dal nie wie­dzia­ła, co się dzie­je, ale przy­naj­mniej nie chcia­ła jej po­rwać ja­kaś wa­riat­ka.

– Z cze­go się cie­szysz, Lil­ka? Gdy­by nie ja, two­ja obi­ta twarz by­ła­by ju­tro na okład­kach po­ło­wy szma­tław­ców z wy­ssa­nym z pal­ca ar­ty­ku­łem. Mo­że Ty­mon po­bił cię do nie­przy­tom­no­ści? Al­bo pro­wa­dzi­łaś po pi­ja­ku i wy­lą­do­wa­łaś na drze­wie? Masz ja­kieś pre­fe­ren­cje? – za­py­ta­ła ko­bie­ta, pod­no­sząc wzrok znad ekra­nu.

– Ja…

– Jesz­cze ten! – prze­rwa­ła jej, po­now­nie da­jąc znak, że­by Li­lian­na by­ła ci­cho, a sa­ma ode­szła w głąb po­miesz­cze­nia. Usia­dła na pla­sti­ko­wym kon­te­ne­rze na pra­nie i skrzy­żo­wa­ła no­gi. – Za­nim co­kol­wiek po­wiesz, za­dzwoń do Ma­łec­kiej i każ jej spie­przać do Mek­sy­ku. Co? Nie, nie żar­tu­ję. Oczy­wi­ście, że do cie­bie za­dzwo­ni­ła. Szko­da, że nie dys­po­nu­je wy­star­cza­ją­cą ilo­ścią sza­rych ko­mó­rek, że­by wie­dzieć…

Li­lian­na słu­cha­ła roz­mo­wy, rów­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu. Re­gał z de­ter­gen­ta­mi, wó­zek na środ­ki czy­sto­ści i pra­nie zaj­mu­ją­cy ca­ły kąt nie­wiel­kie­go skła­dzi­ku, far­tu­chy, mo­py i szczot­ki wi­szą­ce w rów­nym rzę­dzie na ścia­nie. Nic nie­zwy­kłe­go, nie li­cząc jej to­wa­rzysz­ki ma­cha­ją­cej dłu­gą no­gą i wy­stu­ku­ją­cą pię­tą dziw­nie zna­jo­my rytm, gdy ude­rza­ła o kon­te­ner. Lil­ka zna­la­zła na pod­ło­dze ka­wa­łek nie­za­go­spo­da­ro­wa­nej prze­strze­ni. Usia­dła i przy­cią­gnę­ła do sie­bie ko­la­na.

– Sko­ro nie mo­głeś po­dejść do te­le­fo­nu, po­win­na wsiąść w sa­mo­lot al­bo wy­słać go­łę­bia. Gów­no mnie to ob­cho­dzi. Ka­za­ła ja­kie­muś lo­so­we­mu fa­ce­to­wi z ob­słu­gi prze­ka­zać ci wia­do­mość o wy­pad­ku Saw­ki. Wiesz, co tu te­raz mam? Tak. Chce z to­bą ga­dać – zwró­ci­ła się po chwi­li do Li­lian­ny, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie te­le­fon.

Dziew­czy­na zmarsz­czy­ła brwi i wzię­ła smart­fon. Na wy­świe­tla­czu by­ło zdję­cie Ty­mo­na. Za­mar­ła.

– Je­steś tam? – usły­sza­ła i przy­ło­ży­ła apa­rat do ucha.

– Ha­lo?

– Je­zu, Li­li… – Męż­czy­zna po dru­giej stro­nie ode­tchnął z ulgą. – My­śla­łem, że tu zwa­riu­ję. Prze­su­wam na­gra­nia i do­my­kam pa­rę spraw. Ogar­nę jak naj­szyb­ciej po­wrót, ale to nie ta­kie pro­ste.

– Na­praw­dę nie trze­ba – od­po­wie­dzia­ła ostroż­nie, pa­trząc na ko­bie­tę sie­dzą­cą na kon­te­ne­rze na pra­nie. – Wszyst­ko jest pod kon­tro­lą.

Z za­sko­cze­niem stwier­dzi­ła, że na­praw­dę tak jej się wy­da­je. Co praw­da na­dal czu­ła się lek­ko oszo­ło­mio­na, ale czas spę­dzo­ny na my­śle­niu o tym, co się sta­ło, na­gra­nie i nie­ocze­ki­wa­na wi­zy­ta w ja­kiś dziw­ny spo­sób jej po­mo­gły. Pa­trzy­ła na ko­bie­tę, z któ­rą sie­dzia­ła za­mknię­ta w schow­ku, i czu­ła, że bę­dzie do­brze. Cho­ciaż je­go głos wca­le nie przy­wró­cił w ja­kiś cu­dow­ny spo­sób wspo­mnień, za­czę­ła po­wo­li łą­czyć ze so­bą ele­men­ty ukła­dan­ki. Po­trze­bo­wa­ła tyl­ko tro­chę cza­su.

– Ty­mon? – Li­lian­na sta­ra­ła się, że­by jej głos za­brzmiał pew­nie. Cho­ciaż ra­no cie­szy­ła się, my­śląc, że przy­je­chał, te­raz przy­tło­czy­ła ją ilość no­wych in­for­ma­cji. Roz­bo­la­ła ją gło­wa, choć mo­gło być to rów­nie do­brze spo­wo­do­wa­ne sza­lo­ną uciecz­ką szpi­tal­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi. – Da­my so­bie ra­dę. Nic mi nie jest. Nie zmie­niaj pla­nów – wy­re­cy­to­wa­ła, pa­trząc, jak jej to­wa­rzysz­ka prze­wra­ca ocza­mi.

– Daj mi go – po­le­ci­ła, wy­cią­ga­jąc rę­kę po te­le­fon.

– Ja­sne.

– Nie wra­caj – po­wie­dzia­ła na­tych­miast ko­bie­ta to­nem, od któ­re­go Li­lian­na sta­nę­ła na bacz­ność. Coś jej pod­po­wia­da­ło, że zna­ła go zbyt do­brze. – Te hie­ny tyl­ko cze­ka­ją, aż przy­le­cisz w pod­sko­kach do Pol­ski, że­by mo­gli że­ro­wać na nie­stwo­rzo­nych hi­sto­riach – kon­ty­nu­owa­ła, jak­by tłu­ma­czy­ła coś wy­jąt­ko­wo nie­roz­gar­nię­te­mu dziec­ku. – Pew­nie już do­bra­li się do zdjęć au­ta. Ro­bi­my tak: Saw­ce strze­li­ła opo­na na tra­sie, nic się nie sta­ło, ty koń­czysz na­gra­nia, a two­ja kró­lew­na zni­ka z ży­cia pu­blicz­ne­go, bo sku­pia się na przy­go­to­wa­niach do ślu­bu. Za­ła­twi­my kil­ka prze­cie­ków z na­szy­mi spraw­dzo­ny­mi in­for­ma­to­ra­mi. Gra? No wła­śnie, za to mi ty­le pła­ci­cie.

Li­lian­na chcia­ła o coś za­py­tać, ale prze­rwał jej dźwięk dzwon­ka te­le­fo­nu. Ko­bie­ta przed nią się­gnę­ła po sa­szet­ki i spraw­dzi­ła apa­rat.

– Mu­szę koń­czyć. Tak, prze­ka­żę. – Roz­łą­czy­ła się i na­tych­miast ode­bra­ła po­łą­cze­nie na dru­gim te­le­fo­nie. – Baś­ka Po­go­ta – za­czę­ła we­so­ło – ochro­na osób i mie­nia, kon­fe­ren­cje pra­so­we i wró­że­nie z obier­ków. Cze­kaj, dam cię na gło­śnik. Sły­szysz nas?

– Nas? – Li­lian­na po­zna­ła głos mło­de­go le­ka­rza, któ­ry po­ka­zał jej na­gra­nie z roz­da­nia Fry­de­ry­ków. – Zresz­tą, nie­waż­ne. Pa­ni Bar­ba­ro, wy­tłu­ma­czy mi pa­ni, cze­mu ochro­na mu­sia­ła wy­rzu­cić z od­dzia­łu dzien­ni­ka­rzy, a pod wej­ściem krę­cą się fo­to­gra­fo­wie, blo­ku­jąc pod­jazd dla ka­re­tek?

– Mó­wi­łam już, że­by­śmy prze­szli na ty. Spra­wa się skom­pli­ko­wa­ła, ktoś dał cynk, że Saw­ka mia­ła wy­pa­dek i wy­lą­do­wa­ła w tym za­cnym przy­byt­ku.

– Bez żar­tów – od­po­wie­dział Mi­kul­ski. – Po­zbę­dzie­cie się ich?

Baś­ka par­sk­nę­ła.

– To chy­ba ty żar­tu­jesz. Zwie­trzy­li ta­ki te­mat w środ­ku naj­nud­niej­sze­go la­ta w hi­sto­rii, więc je­śli ma­ją choć cień szan­sy na fot­kę na­szej zma­sa­kro­wa­nej pa­cjent­ki, to roz­bi­ją tu obóz. Dłu­go bę­dzie mu­sia­ła zo­stać?

– Nie mo­gę udzie­lać ta­kich in­for­ma­cji oso­bom trze­cim.

– Wiem o niej wię­cej niż wła­sna mat­ka. Dbam, że­by w po­ko­ju ho­te­lo­wym by­ła jej ulu­bio­na her­ba­ta, za­trud­niam sprzą­tacz­kę, pod­le­wam kwiat­ki, przy­naj­mniej te, któ­re jesz­cze ży­ją, i pla­nu­ję po­sił­ki. Nie je­stem oso­bą trze­cią, Ro­bert – od­po­wie­dzia­ła cał­kiem po­waż­nie, wy­wo­łu­jąc u Li­lian­ny atak kasz­lu.

Ro­bi­ło się co­raz cie­ka­wiej.

– Je­stem tu­taj – po­wie­dzia­ła w koń­cu, char­cząc. – Mo­że pan mó­wić.

– Lil­ka? – Ton Mi­kul­skie­go zła­god­niał. – Le­d­wo wró­ci­łaś i już spro­wa­dzasz kło­po­ty. I nie mó­wię o pa­ni, Bar­ba­ro – do­dał jesz­cze, za­nim wró­cił do pro­fe­sjo­nal­ne­go to­nu. – Ba­da­nia nie wy­ka­za­ły nie­pra­wi­dło­wo­ści. Je­śli cho­dzi o zdro­wie fi­zycz­ne, po­za pa­ro­ma otar­cia­mi i si­nia­ka­mi, któ­re wkrót­ce się za­go­ją, nic ci nie jest. Za­ni­ki pa­mię­ci, je­śli na­dal bę­dą trwa­ły, wy­ma­ga­ją dal­szej kon­sul­ta­cji, mo­że do­dat­ko­wej dia­gno­sty­ki, ale nie mu­sisz na ten mo­ment zo­sta­wać dłu­żej w szpi­ta­lu. Je­śli o mnie cho­dzi, mógł­bym cię wy­pi­sać na żą­da­nie choć­by dzi­siaj i mieć świę­ty spo­kój.

Baś­ka bacz­nie przy­glą­da­ła się Li­lian­nie, szu­ka­jąc za­pew­ne oznak pro­ble­mów z pa­mię­cią. Mo­że gdy­by do­pu­ści­ła ją do sło­wa, do­wie­dzia­ła­by się o nich od sa­mej za­in­te­re­so­wa­nej, ale po­sta­no­wi­ła za­cze­kać i wy­py­tać ją o szcze­gó­ły, jak tyl­ko za­że­gna ma­ły kry­zys z me­dia­mi.

– Świet­nie. Jak do­wie­dzą się, że nie ma­ją tu cze­go szu­kać, pój­dą w dia­bły. Kie­dy mo­że­my się zmy­wać?

– Je­stem na miej­scu, więc mo­gę się tym za­jąć po ob­cho­dzie.

– A nie da­ło­by się przed? – ne­go­cjo­wa­ła ko­bie­ta.

– Chce pa­ni za mnie po­ga­dać z ludź­mi, dla któ­rych mu­si być mi­ła, czy po­cze­kać go­dzi­nę? – Je­go ton wy­dał się Lil­ce prze­sad­nie su­ro­wy, ale by­ło tak tyl­ko dla­te­go, że za­po­mnia­ła, jak brzmi Mi­kul­ski, gdy na­praw­dę się zde­ner­wu­je.

– Go­dzi­na, dok­to­rze. Grzecz­nie cze­ka­my. Bez od­bio­ru! – od­po­wie­dzia­ła dziar­skim to­nem Po­go­ta i wrzu­ci­ła te­le­fon do sa­szet­ki.

Na­gle Li­lian­na po­czu­ła na ple­cach zim­ny pot. Baś­ka zgrab­nie ze­sko­czy­ła z kon­te­ne­ra i po­de­szła do niej po­wo­li, z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. Za­ło­ży­ła rę­ce na pier­si, po­stu­ka­ła pal­ca­mi w ra­mię, prze­krzy­wia­jąc gło­wę, a dziew­czy­na, na­dal sku­lo­na na zie­mi, uśmiech­nę­ła się nie­śmia­ło.

– Ma­my do po­ga­da­nia, co?

Roz­dział pią­ty:

O wiel­kich wyj­ściach i ma­łych po­wro­tach

Li­lian­na Ma­ria Saw­ka mia­ła w ży­ciu dwa pro­ble­my.

Nie­zde­cy­do­wa­nie ob­ja­wia­ją­ce się w nie­mal każ­dym aspek­cie jej co­dzien­nej eg­zy­sten­cji i uf­ność lu­dziom, któ­rych ni­g­dy wcze­śniej nie spo­tka­ła. Za­czy­na­jąc od sprze­daw­ców wci­ska­ją­cych jej naj­mniej ko­rzyst­ny abo­na­ment, po kel­ne­rów za­pew­nia­ją­cych o zni­ko­mej pi­kant­no­ści pro­po­no­wa­ne­go da­nia. Li­lian­na po­mi­mo po­wta­rza­ją­cych się sy­tu­acji mo­gą­cych sku­tecz­nie za­bić w niej wia­rę w lu­dzi po­zo­sta­wa­ła peł­na opty­mi­zmu i na­dziei. To jed­nak nie wpły­wa­ło na in­nych. Nie­zde­cy­do­wa­nie za to do­pro­wa­dza­ło do sza­łu zwłasz­cza Baś­kę Po­go­tę, spe­cja­li­zu­ją­cą się już w od­krę­ca­niu dziw­nych de­cy­zji za­ku­po­wych Saw­ki, współ­pra­cy z za­przy­jaź­nio­ną kan­ce­la­rią w kon­stru­owa­niu umów ma­ją­cych dla jej pod­opiecz­nej moż­li­wie du­żo fur­tek czy ogra­ni­cza­niu do dwóch spraw­dzo­nych opcji me­nu z je­dze­niem na wy­nos, w cza­sie gdy prze­sia­dy­wa­ły w stu­diu, do­gry­wa­jąc ostat­nie po­praw­ki do sin­gli, któ­re póź­niej ka­to­wa­ły sta­cje ra­dio­we. Na szczę­ście ist­ny rol­ler­co­aster wra­żeń, ja­ki Li­lian­na ser­wo­wa­ła jej na co dzień, wy­na­gra­dzał fakt, że w naj­waż­niej­szej dla obu kwe­stii za­wsze wy­ka­zy­wa­ła się za­rów­no pew­no­ścią, jak i od­wa­gą po­trzeb­ną do re­ali­za­cji swo­ich po­my­słów. Je­śli cho­dzi­ło o mu­zy­kę – do­sko­na­le wie­dzia­ła, cze­go chce.

Po­go­ta cie­szy­ła się, że wro­dzo­na uf­ność po­zwo­li­ła jej na za­cią­gnię­cie naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nej w szpi­ta­lu pa­cjent­ki do po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze­go. Do­ce­ni­ła na­wet, że chwi­lo­wo Saw­ka nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czy na­dal sie­dzieć na zie­mi, czy pró­bo­wać uciec. Roz­glą­da­ła się po po­miesz­cze­niu z wy­ra­zem twa­rzy wska­zu­ją­cym, że w jej gło­wie trwa za­pi­sy­wa­nie wszyst­kich „za” i „prze­ciw” dla obu opcji. Chwi­lo­wa ci­sza, cho­ciaż po­cząt­ko­wo wy­jąt­ko­wo ko­ją­ca i przy­wi­ta­na z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, za­czę­ła jed­nak po­wo­li do­skwie­rać ko­bie­tom za­mknię­tym w co­raz bar­dziej dusz­nym schow­ku. Baś­ka, choć to tak abs­trak­cyj­ne, jak tyl­ko mo­gło się wy­da­wać, nie wie­dzia­ła, o co naj­pierw za­py­tać. Li­lian­na z ko­lei nie mia­ła po­ję­cia, od cze­go za­cząć. W koń­cu ko­bie­ta wes­tchnę­ła i zdję­ła ma­ry­nar­kę, od­sła­nia­jąc na­gie ra­mio­na po­kry­te nie­bie­ski­mi ta­śma­mi sta­bi­li­zu­ją­cy­mi sta­wy. Po­tar­ła ze­sztyw­nia­ły kark, jak­by do­pie­ro te­raz przy­po­mnia­ła so­bie, że spę­dzi­ła ostat­nie kil­ka go­dzin, gna­jąc sa­mo­cho­dem do szpi­ta­la w pod­ha­lań­skiej dziu­rze na koń­cu świa­ta – a przy­naj­mniej tak w jej mnie­ma­niu wy­glą­da­ła nie­wiel­ka miej­sco­wość, gdzie zna­la­zła swo­ją pod­opiecz­ną.

– Za­ni­ki pa­mię­ci w sty­lu „nie pa­mię­tam, co obie­ca­łam zro­bić, że­byś da­ła mi spo­kój”? – za­ga­iła w koń­cu, pa­trząc na Li­lian­nę, któ­ra wsta­ła z zie­mi i otrze­py­wa­ła spodnie.

– Bar­dziej w sty­lu… – upew­ni­ła się, że wszyst­kie kłęb­ki ku­rzu zmie­cio­ne z pod­ło­gi znik­nę­ły z dre­su i pod­nio­sła wzrok – „nie mam po­ję­cia, kim je­steś, skąd wie­dzia­łaś, że mnie tu znaj­dziesz, dla­cze­go za­cią­gnę­łaś mnie do schow­ka i po­wie­dzia­łaś mo­je­mu le­ka­rzo­wi pro­wa­dzą­ce­mu… to, co mu po­wie­dzia­łaś”.

– Saw­ka. – Baś­ka po­chy­li­ła się, że­by spoj­rzeć dziew­czy­nie w oczy. – Ja­ja so­bie ro­bisz, tak?

Li­lian­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, pod­czas gdy Po­go­ta prze­szła krót­ką, acz in­ten­syw­ną dro­gę z hi­ste­rycz­ne­go chi­cho­tu, przez groź­by skie­ro­wa­ne w kie­run­ku to­wa­rzysz­ki, aż do zwąt­pie­nia. Te­raz to pa­cjent­ka za­ję­ła ho­no­ro­we miej­sce na pla­sti­ko­wym kon­te­ne­rze na pra­nie, opie­ra­jąc ple­cy o ścia­nę, do po­ło­wy po­ma­lo­wa­ną cha­rak­te­ry­stycz­ną, zmy­wal­ną far­bą w mię­to­wym ko­lo­rze. Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze, pod­świa­do­mie sta­ra­jąc się prze­rwać co­raz bar­dziej nie­zręcz­ną ci­szę.

– Mu­si­my stąd wiać – od­rze­kła w koń­cu Baś­ka, ner­wo­wo stu­ka­jąc pa­znok­cia­mi o me­ta­lo­wy re­gał na de­ter­gen­ty.

Za­nim Li­lian­na zdą­ży­ła coś po­wie­dzieć, ko­bie­ta za­czę­ła wy­wra­cać do gó­ry no­ga­mi kosz z pra­niem, za­glą­da­jąc rów­no­cze­śnie we wszyst­kie za­ka­mar­ki po­miesz­cze­nia.

– Ni­g­dzie się nie ru­szam! – Mo­że i Li­lian­na by­ła wdzięcz­na za ra­tu­nek, ale nie do koń­ca pew­na, czy po­win­na iść gdzie­kol­wiek z naj­wy­raź­niej sza­lo­ną to­wa­rzysz­ką. Gwał­tow­nie ze­sko­czy­ła na zie­mię i pew­nie sta­nę­ła na środ­ku po­miesz­cze­nia, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie żar­tu­je.

– O nie, nie, nie… – Baś­ka na­wet nie mru­gnę­ła, kie­dy usa­dzi­ła ją z po­wro­tem na kon­te­ne­rze. – Nie mam te­raz cza­su na two­je dra­ma­ty. Po­ga­da­my, jak znaj­dzie­my się przy­naj­mniej kil­ka ki­lo­me­trów od te­go miej­sca.

– Ni­g­dzie z pa­nią nie pój­dę – do­da­ła nie­co mniej pew­nie Li­lian­na, sta­ra­jąc się zdy­stan­so­wać od ob­cej ko­bie­ty.

Baś­ka tyl­ko cze­ka­ła na tę chwi­lę sła­bo­ści. Wie­dzia­ła do­brze, że nad­szedł czas na za­koń­cze­nie do ni­cze­go nie­pro­wa­dzą­cej dys­ku­sji i przej­ście do czy­nów. Wy­tar­ga­ła z ką­ta wó­zek na pra­nie i za­pra­sza­ją­cym ge­stem wska­za­ła Li­lian­nie pu­sty ku­beł, któ­ry chwi­lę wcze­śniej bły­ska­wicz­nie opróż­ni­ła ze zmię­tych prze­ście­ra­deł i po­sze­wek.

– Po mo­im tru­pie – wark­nę­ła na nią pa­cjent­ka, zer­ka­jąc ukrad­kiem na drzwi.

– Uwierz mi, Saw­ka, że za­raz za­cznę brać tę opcję pod uwa­gę. – Głos Baś­ki był pe­łen nie­zdro­wej eks­cy­ta­cji.

Ze­rwa­ła z wie­sza­ka je­den z uni­for­mów i wcią­gnę­ła go na ubra­nie. Wło­sy ukry­ła pod czep­kiem zna­le­zio­nym w szu­fla­dzie ra­zem z jed­no­ra­zo­wą ma­secz­ką, sku­tecz­nie za­sła­nia­ją­cą te­raz jej twarz. Służ­bo­wy te­le­fon po­łą­czy­ła ze słu­chaw­ką bez­prze­wo­do­wą we­tknię­tą w ucho, a ner­ka i ma­ry­nar­ka wy­lą­do­wa­ły na dnie ku­bła.

– Po­ście­lo­ne, kró­lew­no.

Cho­ciaż Li­lian­na nie wi­dzia­ła te­raz wy­ra­zu jej twa­rzy, by­ła pew­na, że ko­bie­ta uśmie­cha się sze­ro­ko, kle­piąc za­pra­sza­ją­co bok ko­sza na pra­nie.

Saw­ka, po­mi­mo pew­ne­go opo­ru przed do­bro­wol­nym wci­śnię­ciem się do cia­sne­go kon­te­ne­ra, stwier­dzi­ła po szyb­kiej ana­li­zie, że jest to du­żo lep­sza opcja od uciecz­ki ko­ry­ta­rza­mi przed po­lu­ją­cy­mi na jej zdję­cie dzien­ni­ka­rza­mi bru­kow­ców. Opar­ła się o ra­mię Baś­ki, spraw­nym su­sem wsko­czy­ła do ku­bła, gdzie uło­ży­ła się w mia­rę wy­god­nie, i przy­ci­snę­ła do pier­si zna­le­zio­ną pod no­ga­mi sa­szet­kę. Po­go­ta nie cze­ka­ła na sy­gnał czy znak z nie­ba – upew­niw­szy się, że z ze­wnątrz nie sły­chać nic nie­po­ko­ją­ce­go, otwo­rzy­ła za­mek i z im­pe­tem pchnę­ła wó­zek, gwał­tow­nie otwie­ra­jąc drzwi.

Skrzy­dło ude­rzy­ło w błą­ka­ją­ce­go się po ko­ry­ta­rzu mło­de­go fo­to­gra­fa pró­bu­ją­ce­go szczę­ścia w czę­ści szpi­ta­la, gdzie ostat­nio wi­dzia­no Saw­kę. Przy­gar­bio­ny, jak­by mia­ło to spra­wić, że sta­nie się nie­wi­dzial­ny, prze­mie­rzał wy­ło­żo­ne sza­rym li­no­leum prze­strze­nie, li­cząc na łut szczę­ścia. Baś­ka wark­nę­ła na nie­go, wczu­wa­jąc się w ro­lę sprzą­tacz­ki, nie­za­do­wo­lo­nej, że ktoś cho­dzi po świe­żo umy­tej pod­ło­dze, i sku­tecz­nie po­zby­ła się in­tru­za, nie­podej­rze­wa­ją­ce­go na­wet, jak bli­sko był swo­je­go ce­lu.

Li­lian­na sta­ra­ła się za­cho­wać spo­kój w co­raz bar­dziej dusz­nym ku­ble, ale w koń­cu mu­sia­ła uchy­lić nie­co wie­ko, że­by wbrew wo­li nie­któ­rych tu obec­nych nie udu­sić się, co do­star­czy­ło­by ga­ze­tom jesz­cze więk­szej sen­sa­cji niż jej wy­pa­dek. Przez wą­ską szpa­rę wi­dzia­ła krzą­ta­ją­cy się per­so­nel i ob­cych lu­dzi prze­ga­nia­nych co chwi­lę spod za­mknię­tych od­dzia­łów, ści­ska­ją­cych w dło­niach apa­ra­ty al­bo wy­ma­chu­ją­cych przed twa­rza­mi ochro­nia­rzy le­gi­ty­ma­cja­mi pra­so­wy­mi, jak gdy­by mia­ło to im dać prze­pust­kę na sa­lę ope­ra­cyj­ną. Szpi­tal nie był mo­że naj­więk­szym w re­gio­nie, ale po­dob­nie jak war­szaw­skie mo­lo­chy i zgod­nie z ja­kąś nie­pi­sa­ną za­sa­dą skła­dał się z dziw­nych przejść, po­kręt­nych ko­ry­ta­rzy, a do te­go wy­łą­czo­nych z użyt­ku na bli­żej nie­okre­ślo­ny czas i za­mknię­tych dla go­ści stref, przez co ko­bie­ty po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zgu­bi­ły się, tra­cąc na­dzie­ję na spraw­ne opusz­cze­nie bu­dyn­ku.

Jak to jed­nak by­wa, w aneg­do­tach opo­wia­da­nych póź­niej na im­pre­zach w gro­nie przy­ja­ciół al­bo baj­kach, ra­tu­nek przy­był wła­śnie wte­dy, gdy był naj­bar­dziej po­trzeb­ny. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Za­po­mnia­łam, że cię ko­cham

isbn: 978-83-8423-383-2

© An­na Pru­sik i Wy­daw­nic­two Ama­re 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt

ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu

wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Ama­re.

re­dak­cja: Mar­ta Gro­chow­ska

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Ama­re na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: kon­takt@wy­daw­nic­two-ama­re.pl

https://wy­daw­nic­two-ama­re.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.