Zanim Nastanie Kres - Edyta Kene - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zanim Nastanie Kres ebook i audiobook

Edyta Kene

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

25 osób interesuje się tą książką

Opis

„Lubię go” – te słowa zmieniają wszystko.

Samir El-Mani wziął ślub bez większej refleksji. Rok życia z wybraną przez rodzinę żoną sprawił jednak, że uwierzył, iż tym razem wygrał los na loterii. U jego boku stoi kobieta czuła, oddana i lojalna. Wszystko wydaje się idealne do chwili, gdy Samir słyszy jedno zdanie, którego nigdy nie
powinien usłyszeć.

Sana, pokiereszowana traumą marokańska dziewczyna, nigdy nie wierzyła w miłość. Zna tylko przetrwanie. Gra rolę idealnej żony, bo wie, że to dla niej gwarancja bezpieczeństwa. Uczucia zostawia na później – jeśli w ogóle mają nadejść.

Na tle amerykańskiej wolności i surowych zasad religii rozpoczyna się walka o władzę, tożsamość i prawdę. Bo czasem największym grzechem nie jest kłamstwo, tylko to, że zaczynamy w nie wierzyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 331

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 49 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ola Michalak i Maciej Motylski

Oceny
4,6 (119 ocen)
87
21
7
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Magdalena202916

Nie oderwiesz się od lektury

No takiego zakończenia to się nie spodziewałam...💔
50
Laurka2026

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna choć bolesna historia. Popłakałam się na końcu. Polecam. To jedna z tych historii, o których nie potrafisz przestać myśleć, ale nie wrócisz do niej bo za bardzo boli. Pierwszy tom podobał mi się bardziej ale drugi jest bardziej emocjonalny.
50
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Historia naładowana emocjami i łamiąca wielokrotnie serce ♥️ Kocham całym serduchem i polecam👌
40
Kleosiaok
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Czekałam na historię Sany i przyznam że źle ją oceniłam. W pierwszej części szybki ślub ucieczka myślałam że jest egoistką. To głęboko wierząca islamka ... Pięknie opisane jej emocje, dramat który przeszla... Tyle bólu. Namacalnie opisana ciężka depresja... Tyle emocji... Piękna książka Po raz kolejny aż ściska serce jak Islam jest rystrykcyjny wręcz chory.
30
itusia

Dobrze spędzony czas

Polecam. Ciezko doe oderwac ❣️
20



Spis Treści

Co­py­ri­ghtDe­dy­ka­cjaOd Au­tor­kiRoz­dział 1Roz­dział 2

Co­py­ri­ght © by EDY­TA KENECo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Fo­to­gra­fia na okład­ce: ca­nva.com Po­my­sł na okład­kę: Moje wy­daw­nic­two

ISBN Pa­pier: 978-83-68837-13-1 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-14-8 ISBN Au­dio: 978-83-68837-15-5

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Dedykacja

Dla Mag­dy, któ­ra sta­ła się in­spi­ra­cją tej ksi­ążki.

Two­je bli­zny są świa­dec­twem do­świad­czeń, któ­re od­ci­snęły śla­dy. Je­steś pi­ęk­na, mądra i wra­żli­wa. I pa­mi­ętaj – mi­ło­ść cza­sem musi być sa­mo­lub­na. Zwłasz­cza ta, któ­rą da­rzysz samą sie­bie.

Od Autorki

Nie ka­żdy może być sobą. Cza­sem szcze­ro­ść boli, a praw­da przy­gnia­ta ci­ęża­rem, któ­re­go nie spo­sób unie­ść. Są tacy, któ­rzy mil­czą nie z wy­ra­cho­wa­nia, lecz ze stra­chu. Któ­rzy ukry­wa­ją swo­je my­śli i uczu­cia, bo wie­dzą, że jed­no nie­ostro­żne sło­wo może spro­wa­dzić na nich gniew, ból, karę.

Nie­któ­rzy no­szą ma­ski, bo ina­czej nie prze­trwa­ją. Cza­sem kłam­stwo jest ostat­nią li­nią obro­ny, a hi­po­kry­zja – je­dy­nym ra­tun­kiem. Nie ka­żdy, kto uda­je, jest oszu­stem. Nie ka­żdy, kto mil­czy, jest win­ny.

Is­lam po­tępia hi­po­kry­zję, lecz za­ra­zem do­strze­ga tych, któ­rzy uda­ją nie z wy­bo­ru, lecz z ko­niecz­no­ści. Któ­rzy kła­mią, by oca­lić sie­bie.

Ta ksi­ążka nie jest prze­wod­ni­kiem po wie­rze is­la­mu. Nie uspra­wie­dli­wia hi­po­kry­zji, ale przy­po­mi­na, że za ka­żdym mil­cze­niem może kryć się roz­pacz, a za kłam­stwem – lęk tak wiel­ki, że od­bie­ra od­dech. Za­nim osądzisz, spró­buj zro­zu­mieć tych, któ­rym praw­da zo­sta­ła ode­bra­na.

Rozdział 1

Samir

–Uwiel­biam,gdytak o mnie dbasz. – Przy­ło­ży­łem usta do jej po­licz­ka i po­ca­ło­wa­łem.

– To prze­cież nor­mal­ne – od­pa­rła, niby ba­ga­te­li­zu­jąc przy­wóz obia­du, ale wie­dzia­łem, że sło­wa uzna­nia za­wsze ją cie­szy­ły. Tak na­praw­dę cie­szy­ło ją wszyst­ko, naj­drob­niej­sze ge­sty.

– Go­to­wa? – zmie­ni­łem te­mat, by unik­nąć wy­chwa­la­nia jej pod nie­bio­sa. Cho­ciaż po­wi­nie­nem. W ko­ńcu mia­ła mnie tyl­ko ode­brać, a wzi­ęła ze sobą moje ulu­bio­ne da­nie.

– Za parę mi­nut… Mo­że­my jesz­cze przez chwi­lę po­sie­dzieć na pia­sku? – za­py­ta­ła tęsk­nie i moc­niej wtu­li­ła gło­wę w moją klat­kę pier­sio­wą.

– Nie jest ci za go­rąco? – zdzi­wi­łem się i do­tknąłem bro­dą hi­dża­bu, któ­ry za­kry­wał jej ucho. – Pla­ża, żar z nie­ba, a ty w dłu­gim ręka­wie – za­mru­cza­łem jej do ucha.

– Masz ra­cję, bo trosz­kę mi za go­rąco – po­twier­dzi­ła uprzej­mie. – Po­win­ni­śmy wstąpić jesz­cze do skle­pu. Nie chcia­łam ni­cze­go ku­po­wać bez cie­bie.

Sana wsta­ła jako pierw­sza i za­częła się otrze­py­wać z dro­bi­nek pia­sku.

– Ale mo­głaś – za­śmia­łem się i sta­nąłem obok. – Nie do­ra­dzę, bo na­wet nie wiem, co po­win­ni­śmy im ku­pić.

Żona uśmiech­nęła się i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Mamy po dro­dze Ikeę i… – za­wa­diac­ko unio­sła pa­lec – obie­cu­ję, że nie spędzi­my tam pół dnia.

– Mam na­dzie­ję – mruk­nąłem mało po­cie­szo­ny, bo ostat­nio to nie było pół dnia, a dzień! – A czy dziew­czyn­kom nie po­win­ni­śmy dać cze­goś bar­dziej oso­bi­ste­go? – Nie do ko­ńca by­łem prze­ko­na­ny o słusz­no­ści wy­jaz­du do mo­lo­cha z do­dat­ka­mi do domu.

– Może ja­kieś świecz­ki za­pa­cho­we? – za­pro­po­no­wa­ła. Prze­szły mnie przy­jem­ne dresz­cze, gdy wsu­nęła swo­ją dłoń w moją i nada­ła tem­po kro­ków w kie­run­ku auta.

By­li­śmy ma­łże­ństwem od roku, ale ta­kich od­czuć do­świad­cza­łem za ka­żdym ra­zem i za­po­wia­da­ło się, że to mi ni­g­dy nie przej­dzie. Ma­łże­ństwo z Saną było na­głe, nie­pla­no­wa­ne. Ni­g­dy bym nie przy­pusz­czał, że usta­wio­ne może dać mi jed­no­cze­śnie żonę i przy­ja­ció­łkę. Moja wy­bran­ka była uoso­bie­niem ide­ału. Skrom­na, uprzej­ma, za­wsze po­god­na. Po pro­stu cu­dow­na.

By­łem prze­cież żo­na­ty. Wpraw­dzie moje po­przed­nie ma­łże­ństwo z po­cząt­ku też było sie­lan­ką, ale ta się sko­ńczy­ła z dniem, gdy Mo­ni­ca uzy­ska­ła zie­lo­ną kar­tę. Wte­dy szyb­ko po­ka­za­ła, na czym na­praw­dę jej za­le­ża­ło. Na pew­no nie na ży­ciu ze mną. Dla­te­go pra­gnąłem, aby Sana uzy­ska­ła pra­wa do ży­cia w Sta­nach jak naj­szyb­ciej. Za­nim do­pusz­czę ją do ser­ca i za­nim ten głu­pi or­gan przej­mie kon­tro­lę nad moim cia­łem.

Od tam­tej chwi­li mi­nęły dwa mie­si­ące, a w Sa­nie nie było żad­nej zmia­ny. Chy­ba że na lep­sze. Na­dal o mnie dba­ła. Uwiel­bia­łem wra­cać z pra­cy, gdzie w domu pach­nia­ło obia­dem, a żona wi­ta­ła mnie uśmie­chem i słod­kim ca­łu­sem. Do­ce­nia­łem ka­żde jej za­in­te­re­so­wa­nie i tro­skę, zwłasz­cza gdy pro­po­no­wa­ła ma­saż ra­mion, bo mia­łem dużo lek­cji sur­fin­go­wych i cia­ło do­ma­ga­ło się od­po­czyn­ku. I czu­łem się zwy­czaj­nie spe­łnio­nym fa­ce­tem, kie­dy ini­cjo­wa­ła in­tym­ne mo­men­ty, pod­czas któ­rych, jak twier­dzi­ła, sta­wa­łem na wy­so­ko­ści za­da­nia. Kom­ple­men­to­wa­ła mnie, a pó­źniej spe­łnio­na za­sy­pia­ła w mo­ich ra­mio­nach, jak­by były mu­rem przed kosz­ma­ra­mi, któ­re na­wie­dza­ły ją no­ca­mi.

– Za­my­śli­łeś się. – Jej głos przy­wró­cił mnie do rze­czy­wi­sto­ści. – Je­śli nie chcesz je­chać do Ikei, to mo­że­my zro­bić za­ku­py w Ho­me­Go­ods, tyl­ko zje­dzie­my kil­ka mil w bok na tra­sie do Or­lan­do.

– Nie pla­nu­ję tra­sy przez Or­lan­do – za­prze­czy­łem szyb­ko i otwo­rzy­łem auto pi­lo­tem. – Ustal­my, że mak­sy­mal­nie go­dzi­na i stam­tąd wyj­dzie­my – za­po­wie­dzia­łem z uśmie­chem, na co otrzy­ma­łem po­twier­dze­nie. – Czy­li je­dzie­my.

Jej oczy po­win­ny świe­cić bla­skiem, kie­dy we­szli­śmy do skle­pu z bzde­ta­mi. Sana za­sko­czy­ła mnie jed­nak swo­ją po­wści­ągli­wo­ścią i za­da­nio­wo­ścią. Nie roz­czu­la­ła się nad pier­dó­łka­mi i zbęd­ny­mi bi­be­lo­ta­mi. Wska­za­ła przed­mio­ty, ja za­pła­ci­łem i wy­szli­śmy.

– Wy­bra­łaś bar­dzo prak­tycz­ne rze­czy – sko­men­to­wa­łem, kie­dy pa­ko­wa­li­śmy wszyst­ko do ba­ga­żni­ka. – Za­sta­wa do her­ba­ty – wspo­mnia­łem nie­co za­sko­czo­nym gło­sem.

– Je­stem mu­zu­łman­ką – upo­mnia­ła mnie ła­god­nie.

– A ja mu­zu­łma­ni­nem – zgry­wa­łem się. – Ze­staw po­ście­li? – Wska­za­łem dło­nią na pi­ęk­ne po­szwy.

– Mu­zu­łma­nie w urządza­niu swo­ich do­mów dążą do pro­sto­ty, funk­cjo­nal­no­ści i skrom­no­ści – przy­po­mnia­ła i ob­da­rzy­ła mnie czu­łym spoj­rze­niem. – Od­rzu­ca­ją bi­be­lo­ty, któ­re mo­gły­by na­ru­szać za­sa­dy is­la­mu, w tym sprzy­jać ba­łwo­chwal­stwu, nad­mier­nej ozdob­no­ści czy kul­tom ob­cym. Za­miast tego pre­fe­ru­ją przed­mio­ty, któ­re mają funk­cjo­nal­ne lub du­cho­we zna­cze­nie, pod­kre­śla­jąc war­to­ści ta­kie jak sza­cu­nek do Al­la­ha i umiar w ży­ciu co­dzien­nym. – De­li­kat­nie pstryk­nęła mnie pal­cem w nos.

– Czy ty znasz cały Ko­ran na pa­mi­ęć? – sark­nąłem, lecz nie spodo­ba­ła mi się jej re­ak­cja. Spo­dzie­wa­łem się uśmie­chu, otrzy­ma­łem jej smu­tek.

– Ca­łkiem mo­żli­we – po­twier­dzi­ła zmie­nio­nym gło­sem i unio­sła kąci­ki ust, w oczach zaś za­szkli­ły się łzy. – Je­dźmy na spo­tka­nie z na­szą ro­dzi­ną.

Wsie­dli­śmy do sa­mo­cho­du. Od razu wpro­wa­dzi­łem ko­or­dy­na­ty, a gdy na­wi­ga­cja wska­za­ła dwie­ście mil dro­gi i praw­do­po­dob­ny czas pod­ró­ży, wie­dzia­łem, że będą to pra­wie czte­ry go­dzi­ny ci­szy.

Za­zwy­czaj na­szym tra­som to­wa­rzy­szy­ła roz­mo­wa, ale nie po chwi­lach, gdy Sana w ja­ki­kol­wiek spo­sób przy­po­mi­na­ła so­bie o ro­dzi­nie. Nie­ste­ty wzmian­ka o zna­jo­mo­ści Ko­ra­nu zbyt moc­no przy­wo­ły­wa­ła wspo­mnie­nia o ojcu. Wspo­mnie­nia, o któ­rych nie roz­ma­wia­li­śmy. Wspo­mnie­nia, któ­re na­wie­dza­ły ją w kosz­ma­rach i przy­pra­wia­ły mnie o gęsią skór­kę. Sana wy­bu­dza­ła mnie swo­imi krzy­ka­mi i rzu­ca­niem się po łó­żku. Spo­co­na, prze­ra­żo­na, za­pła­ka­na. Jesz­cze dłu­go trzęsła się w mo­ich ra­mio­nach, a ja nie wie­dzia­łem, co mia­łbym uczy­nić, by cho­ciaż odro­bi­nę ci­ęża­ru za­brać na sie­bie.

– Zayd wspo­mi­nał, że Sara ko­rzy­sta z wi­zyt u psy­cho­lo­ga – za­ga­iłem, kie­dy do­strze­głem, że Sana po­ru­sza usta­mi, słu­cha­jąc pio­sen­ki z ra­dia.

– Wiem, bo mi o tym mó­wi­ła – po­twier­dzi­ła ci­cho i ob­ró­ci­ła gło­wę w kie­run­ku okna. – Su­ge­ru­jesz, że po­win­nam rów­nież sko­rzy­stać, czy chcesz je­dy­nie wy­pe­łnić ci­szę?

– Jed­no i dru­gie. – Pró­bo­wa­łem, aby wy­szło za­baw­nie, ale chy­ba się zbła­źni­łem.

– Ci­sza cza­sa­mi jest do­bra. – Jej szept wda­rł się do mo­je­go ser­ca i za­dał bo­le­sne ci­ęcia. – Nie za­wsze war­to o wszyst­kim roz­ma­wiać.

– Roz­mo­wa mo­gła­by ci po­móc – ar­gu­men­to­wa­łem, bo prze­cież Sana jed­nym zda­niem od­rzu­ci­ła obie su­ge­stie.

Gdy zwró­ci­ła się w moją stro­nę, co chwi­lę rzu­ca­łem jej spoj­rze­nia, ma­jąc na względzie fakt, że pro­wa­dzę i po­wi­nie­nem być ostro­żny.

– Może cho­ciaż spró­buj – po­pro­si­łem i zła­pa­łem ją za dłoń. – To na­praw­dę mo­gło­by ci po­móc.

– Ty mi po­ma­gasz – szep­nęła, ale w jej gło­sie wy­czu­łem nad­miar bu­zu­jących emo­cji. – Two­ja tro­ska i obec­no­ść to naj­lep­sze, co mnie spo­tka­ło.

Moje ser­ce prze­szył pio­run, aż za­bra­kło mi tchu. Nie wie­dzia­łem, co prze­szła, cze­go do­świad­czy­ła, je­dy­nie mo­głem po­dej­rze­wać, że jej ży­cie przed ślu­bem było nie­ko­ńczącym się kosz­ma­rem. Ści­snąłem moc­niej jej dłoń i przy­sta­wi­łem so­bie do ust, po czym sca­ło­wa­łem kost­ki na pal­cach. Chcia­łem ją za­pew­nić, że zro­bię wszyst­ko, aby już ni­g­dy wi­ęcej nie czu­ła tego, co jesz­cze rok temu było jej co­dzien­no­ścią, lecz gula w gar­dle sku­tecz­nie za­bra­ła mi głos.

Sana znów za­częła po­ru­szać usta­mi w rytm słów wy­do­by­wa­jących się z ra­dia, a ja po­sta­no­wi­łem po raz ko­lej­ny dać jej czas. Jej kosz­ma­ry nie po­ja­wia­ły się ka­żdej nocy. By­wa­ło tak, że po­tra­fi­li­śmy mieć mie­si­ąc ci­szy, nie­kie­dy zda­rza­ły się dwa w ty­go­dniu. Uzna­łem, że je­śli po­now­nie się na­si­lą, wró­cę z pro­po­zy­cją kon­sul­ta­cji ze spe­cja­li­stą.

Resz­tę dro­gi nie za­ga­ja­łem do roz­mo­wy, cho­ciaż nie­na­wi­dzi­łem ci­szy – chcia­łem oka­zać sza­cu­nek żo­nie i dać jej czas na prze­tra­wie­nie wspo­mnień. Do­pie­ro gdy za­je­cha­li­śmy na miej­sce, a ja zga­si­łem sil­nik, Sana wy­da­ła z sie­bie coś na kszta­łt stęk­ni­ęcia i pi­śni­ęcia z za­chwy­tu.

– Nie po­win­nam się eks­cy­to­wać – zga­ni­ła samą sie­bie. – Ale ten dom jest uro­czy – do­da­ła z nutą en­tu­zja­zmu.

– Jest uro­czy – prych­nąłem i wró­ci­łem wspo­mnie­nia­mi do dnia, kie­dy Zayd go ku­pił.

Gdy sta­nąłem przed nim pierw­szy raz, po­my­śla­łem jed­no: brat na­praw­dę się usta­wił. Ele­ganc­ka wil­la, da­chów­ka jak we Wło­szech, pal­my jak w Mia­mi – bra­ko­wa­ło tyl­ko słu­żące­go po­da­jące­go mi drin­ka. W środ­ku? Mar­mur, wiel­kie okna, a z ta­ra­su wi­dok na rze­kę świ­ęte­go Jana jak z fil­mu o mi­lio­ne­rach. Do tego Zayd się głu­pio za­py­tał: „I co, po­do­ba ci się?”

Ja­sne, że mi się po­do­ba­ło. Tyl­ko za­sta­na­wia­łem się, czy jak usi­ądę na ka­na­pie, ktoś nie każe mi za­pła­cić za samą obec­no­ść.

Brat często pod­kre­ślał, że dom nie jest prze­sy­co­ny bo­gac­twem, lecz funk­cjo­nal­no­ścią. Jego zda­niem mar­mu­ro­we podło­gi mia­ły słu­żyć na lata, a ogrom­ne okna – do­star­czać wi­ęcej świa­tła. Dla mnie naj­zwy­czaj­niej szpa­no­wał kasą i ka­zał ro­bić wszyst­ko, co mia­ło dwu­krot­ną cenę.

– Chy­ba ktoś na nas cze­kał – wspo­mnia­łem, wska­zu­jąc na bie­gnące w na­szym kie­run­ku młod­sze sio­stry żony.

– O jej­ku – pi­snęła Sana i wy­sko­czy­ła z auta.

Przy­gląda­łem się im, po­wo­li wy­sia­da­jąc z po­jaz­du. Sta­nąłem w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści i po­dzi­wia­łem za­ży­ło­ść po­mi­ędzy sio­stra­mi, a na­wet tro­chę im tego za­zdro­ści­łem. Wpraw­dzie Zayd był do­brym star­szym bra­tem, ale zbyt często ży­łem w jego cie­niu, abym dał radę po­wie­dzieć na głos, że go zwy­czaj­nie ko­cham, i mu to oka­zać. Mie­li­śmy też młod­szą sio­strę, ale Da­lia była wy­jąt­ko­wo roz­piesz­czo­na przez ojca. Cza­sa­mi się za­sta­na­wia­łem, co zro­bić, by odro­bi­nę pod­ci­ąć jej piór­ka, w któ­re ob­ro­sła.

Po­mi­ędzy sio­stra­mi Ber­ke­na nie czu­łem ry­wa­li­za­cji. Zwłasz­cza w mo­men­cie, gdy na pod­je­ździe po­ja­wi­ła się Sara, a Sana, za­uwa­żyw­szy ją, wy­strze­li­ła jak z pro­cy i wpa­dła sio­strze w ra­mio­na. W tym cza­sie przy­wi­ta­łem się z młod­szy­mi dziew­czyn­ka­mi. Uro­sły i, co mnie za­sko­czy­ło, nie mia­ły na so­bie hi­dża­bów. Spoj­rza­łem po­now­nie w kie­run­ku Sary i uzmy­sło­wi­łem so­bie, że jej gło­wy rów­nież nie zdo­bił tur­ban. Jej leg­gin­sy były wpraw­dzie do ko­stek, ale tu­ni­ka za­kry­wa­ła je­dy­nie ra­mio­na, a wło­sy zwi­ąza­ła w lu­źny kok.

– Ależ wy­ro­sły­ście! – za­ga­da­łem do dziew­czyn.

– Je­stem rów­na z Sarą – ode­zwa­ła się czter­na­sto­let­nia Maya, czy­li naj­star­sza z naj­młod­szych. Za­gad­nęła po fran­cu­sku, więc naj­wi­docz­niej mia­ła ten sam pro­blem co ja, kie­dy prze­pro­wa­dzi­łem się do Sta­nów i bo­ry­ka­łem z trud­no­ścia­mi w ko­mu­ni­ka­cji.

Sio­stry Ber­ke­na dzie­li­łem na dwa rzu­ty. Moja żona była naj­star­sza i naj­spo­koj­niej­sza. Rok od niej młod­sza Sara, czy­li żona mo­je­go bra­ta, by­wa­ła za­dzior­na i nie­ustępli­wa jak moja mat­ka, za to mia­ła ser­ce na dło­ni. Z opo­wie­ści Sany wie­dzia­łem, że ich mat­ka po uro­dze­niu Sary nie mo­gła do­no­sić żad­nej ci­ąży. W ko­ńcu ich oj­ciec za­brał ją do le­ka­rza, a po po­noć krót­kiej te­ra­pii roz­po­czął się – jak to prze­ze mnie na­zy­wa­ny – dru­gi rzut sióstr. Ko­bie­ta po dzie­si­ęciu la­tach po­ro­nień wy­da­ła na świat jesz­cze trzy cór­ki. Rok po roku.

– I je­steś tak samo ślicz­na jak Sana – za­żar­to­wa­łem i pstryk­nąłem ma­ło­la­tę w nos.

– Ja je­stem jak Sana – wtrąci­ła odro­bi­nę na­bur­mu­szo­na Nad­ia, któ­ra nie­daw­no sko­ńczy­ła trzy­na­ście lat. – Maya ma czar­ne wło­sy i brązo­we oczy – ar­gu­men­to­wa­ła, wska­zu­jąc na sio­strę. – A ja mam mio­do­we, zu­pe­łnie jak Sana.

– Sana jest najład­niej­sza – mruk­nęła Yasmin, naj­młod­sza z naj­młod­szych.

– Dla­te­go to ja je­stem po­dob­na do Sany. – Maya wska­za­ła na sie­bie. – Na­wet Sa­mir to po­twier­dził – żach­nęła się te­atral­nie.

– Dziew­czyn­ki! – Do roz­mo­wy do­łączył Zayd, któ­re­go naj­wi­docz­niej prze­oczy­łem, a to było na­praw­dę ci­ężkie, by prze­oczyć mężczy­znę o jego wzro­ście i roz­mia­rze. – W ja­kim języ­ku mó­wi­my? – za­py­tał upo­mi­na­jąco.

– Po an­giel­sku – rzu­ci­ła za­wie­dzio­na Maya i spu­ści­ła bar­ki.

Żeby ją odro­bi­nę roz­we­se­lić, po­tar­mo­si­łem ją po wło­sach, na co za­chi­cho­ta­ła.

– Nie przej­muj się, na­wet nie za­uwa­ży­łem – szep­nąłem jej do ucha.

– Mu­szą się uczyć an­giel­skie­go. – Zayd w ko­ńcu po­dał mi rękę, a gdy się uści­ska­li­śmy, przy­ci­ągnął mnie do sie­bie i po­kle­pał po bar­ku.

– A mogą się uczyć, kie­dy wy­je­dzie­my? – za­pro­po­no­wa­łem żar­tem i pu­ści­łem do bra­ta oczko.

– Ależ mi cie­bie bra­ko­wa­ło – wes­tchnął, a kie­dy dziew­czyn­ki ru­szy­ły do star­szych sióstr, uśmiech­nął się z prze­kąsem, co ozna­cza­ło, że już się nie pil­nu­je. – Po­wiem ci, że do kie­dy żył nasz zwęglo­ny teść, to jesz­cze było się na kogo wkur­wić, a tak, po­patrz. – Wska­zał na mnie. – Mam cie­bie na za­wo­ła­nie! – Za­śmiał się wred­nie.

– Ja ci się spa­lić nie dam – sark­nąłem i otwo­rzy­łem ba­ga­żnik. – Bierz i po­móż za­nie­ść.

– A po jaki chuj to ku­po­wa­łeś? – pi­snął za­baw­nie, wy­ci­ąga­jąc pierw­szą pacz­kę. – Po­ściel? Sa­mir, może mi jesz­cze kap­ciusz­ki ku­pi­łeś?

– Pre­zen­ty są od Sany – upo­mnia­łem go. – A je­śli ci się nie po­do­ba­ją, to przy­naj­mniej uda­waj, że je­steś szczęśli­wy.

Brat prych­nął pod no­sem ni­czym kot i wy­tknął mi z nie­by­wa­łą ra­do­ścią:

– A po­noć to ja ro­bi­łem z sie­bie de­bi­la, kie­dy za­ko­cha­łem się w swo­jej wy­bra­nej żo­nie.

– Mnie by­cie de­bi­lem nie prze­szka­dza. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, czym moc­no za­sko­czy­łem bra­ta.

– Od kie­dy? – Jego ton za­czy­nał mnie iry­to­wać, a prze­cież do­pie­ro przy­je­cha­łem.

– Od kie­dy wiem, że żona ko­cha mnie ta­kie­go, ja­kim je­stem. – Po­ru­szy­łem su­ge­styw­nie brwia­mi. – Ja się nie mu­szę pil­no­wać w ra­ma­da­nie ani grać cie­lacz­ka – do­rzu­ci­łem z nutą drwi­ny. – Ale ty chy­ba się po­wstrzy­mu­jesz i je­steś… – pstry­ka­łem pal­ca­mi, szu­ka­jąc sło­wa – ide­al­ną, cho­ciaż nie­re­al­ną wer­sją sie­bie.

– To ona tak na mnie dzia­ła – upo­mniał mnie z wy­czu­wal­ną zło­ścią. – Nie gram, po pro­stu wy­zwa­la we mnie spo­kój.

Zayd nie był złym czło­wie­kiem, ale by­wał wy­bu­cho­wy. Od kie­dy po­znał Sarę, mia­łem wra­że­nie, że z mężczy­zny zro­bi­ła się cie­pła klu­cha.

– To w sy­pial­ni wie­je nudą. – Uło­ży­łem usta w pod­ków­kę, by go wku­rzyć. – Jak ty taki spo­koj­ny…

– Już mnie wkur­wiasz – wark­nął, a po chwi­li od­chrząk­nął, bo zbli­ży­li­śmy się do dziew­czyn, któ­re na zmia­nę wa­łko­wa­ły te­mat, któ­ra jest na­praw­dę po­dob­na do Sany.

– I vice ver­sa – mruk­nąłem, po czym się wy­szcze­rzy­łem. Wy­star­cza­jąco za­dzior­nie, by go zde­ner­wo­wać.

My­śla­łem, że dziew­czyn­ki będą za­in­te­re­so­wa­ne pre­zen­ta­mi, w ko­ńcu były tyl­ko dzie­ćmi. Kie­dy w na­szym domu po­ja­wiał się ktoś z po­da­run­kiem, za­wsze się eks­cy­to­wa­łem, ale nie sio­stry Ber­ke­na. Maya z Nad­ią i Yasmin obej­rza­ły swo­je pre­zen­ty, grzecz­nie po­dzi­ęko­wa­ły za pa­mi­ęć, po czym odło­ży­ły po­dar­ki i za­py­ta­ły Sarę, w czym mogą po­móc.

– Czas na grill! – za­po­wie­dział Zayd i gło­wą wska­zał ta­ras.

– Sam so­bie nie po­ra­dzisz? – prych­nąłem.

Wca­le nie mia­łem ocho­ty z nim iść. Wo­la­łem cie­szyć oczy ra­do­ścią żony, któ­ra w ko­ńcu uśmie­cha­ła się ca­łym cia­łem.

Brat po­słał mi upo­mi­na­jące spoj­rze­nie, któ­re za­pew­ne mia­ło mnie skło­nić do opusz­cze­nia anek­su ku­chen­ne­go, by tym sa­mym dać ko­bie­tom mo­żli­wo­ść swo­bod­nej roz­mo­wy.

– Zro­bi­my w tym cza­sie przy­staw­ki – wtrąci­ła Sara i za­częła wyj­mo­wać pro­duk­ty z lo­dów­ki. – Czy ktoś ma ocho­tę na sa­la­ta me­cho­uia? – wspo­mnia­ła o aro­ma­tycz­nej przy­staw­ce z pie­czo­nej pa­pry­ki i po­mi­do­rów z do­dat­ka­mi.

– Obio­rę pa­pry­kę – za­po­wie­dzia­ła Maya.

– A ja po­mi­dor­ki – wtrąci­ła Yasmin.

– Chcę po­kro­ić na­tkę pie­trusz­ki! – prze­krzy­ki­wa­ła się Nad­ia.

Ich ra­do­sne gło­sy i prze­ko­ma­rzan­ki to­wa­rzy­szy­ły mi do mo­men­tu, kie­dy nie wy­sze­dłem na ta­ras, a drzwi za mną za­su­nął uśmiech­ni­ęty Zayd.

– Na se­rio po­trze­bu­jesz po­mo­cy w na­cie­ra­niu mi­ęsa? – Wska­za­łem na mi­skę, w któ­rej le­ża­ko­wa­ły ka­wa­łki ste­ka w przy­pra­wach.

– Chcia­łem, by mo­gły swo­bod­nie po­roz­ma­wiać – upo­mniał mnie odro­bi­nę roz­złosz­czo­ny. – Jak się mie­wa Sana? Na­dal ma kosz­ma­ry?

– Ma – wes­tchnąłem po­sęp­nie. – Cza­sa­mi, nie­kie­dy częściej, ale mie­wa i nie uda­ło mi się jej na­mó­wić na psy­cho­lo­ga.

– Sara już jest za­pi­sa­na do psy­cho­lo­żki, któ­ra świet­nie zna fran­cu­ski – wspo­mniał, przy oka­zji zaj­mu­jąc się pod­pa­la­niem gril­la. – Pierw­sze spo­tka­nie mamy na żywo, ale ko­lej­ne będą on­li­ne, więc gdy­byś po­trze­bo­wał do niej kon­takt…

– To musi wy­pły­nąć od Sany – za­po­wie­dzia­łem twar­do. – Mogę jej pod­po­wia­dać, ale zmu­szać nie mam za­mia­ru.

Brat za­wie­sił dło­nie nad pod­pa­łką i uśmiech­nął się do mnie cie­pło.

– Je­steś dla niej do­bry – stwier­dził coś, co po­win­no mnie ura­do­wać, a je­dy­nie wku­rzy­ło.

– A niby dla­cze­go mia­łbym być zły?! – Unio­słem głos.

– Two­je pierw­sze prze­my­śle­nia co do tego ma­łże­ństwa…

– Bo by­łem, kur­wa, roz­go­ry­czo­ny – wark­nąłem i za­ci­snąłem oczy i pi­ęść. – Mo­ni­ca… – z tru­dem wy­mó­wi­łem imię by­łej żony – jej za­le­ża­ło je­dy­nie na po­by­cie. Gra­ła, uda­wa­ła, ma­ni­pu­lo­wa­ła mną. W kon­se­kwen­cji zdra­dza­ła.

– Ty też nie kry­łeś się z za­li­cza­niem la­sek, któ­re przy­cho­dzi­ły na lek­cje sur­fin­gu – przy­po­mniał i o mo­ich głu­pich za­gryw­kach.

– Wte­dy my­śla­łem, że je­śli ją zdra­dzę, to może coś prze­my­śli. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. – Wiem, głu­pie to było. Z cza­sem zro­zu­mia­łem, że nie da się wy­zwo­lić za­zdro­ści, je­śli ktoś cię ma zwy­czaj­nie w du­pie.

Brat za­wie­sił na mnie wzrok i dłu­go tak pa­trzył, bez słów. Pew­nie chciał coś po­wie­dzieć, ale czy mia­ło­by to sens? Czy to by coś zmie­ni­ło?

– Idę się od­lać – mruk­nąłem i, nie cze­ka­jąc na re­ak­cję bra­ta, ru­szy­łem do środ­ka.

Wcho­dząc do sa­lo­nu, za­uwa­ży­łem, że w otwar­tej części ku­chen­nej były je­dy­nie Nad­ia i Yasmin. Dziew­czyn­ki uśmiech­nęły się na mój wi­dok.

– Ja tyl­ko do to­a­le­ty – pal­nąłem, byle tyl­ko coś do nich za­ga­dać.

– Na dole jest za­jęta – po­in­for­mo­wa­ła Nad­ia i wska­za­ła pal­cem na drzwi obok mnie. – Maya tam sie­dzi, mu­sisz iść na górę.

– A do któ­rej mogę? – drąży­łem, bo cała góra mia­ła pięć po­koi i do ka­żdej przy­na­le­ża­ła nie­wiel­ka ła­zien­ka z to­a­le­tą i prysz­ni­cem. Czte­ry sy­pial­nie na pew­no były za­jęte, co ozna­cza­ło, że pi­ąty po­kój jest wol­ny dla go­ści, tyl­ko nie wie­dzia­łem któ­ry.

– Ten po­kój na­prze­ciw­ko sy­pial­ni Sary i Zay­da – wtrąci­ła Nad­ia i za­chi­cho­ta­ła. – Za­wie­si­ły­śmy na nim ta­blicz­kę „baby room”.

– Baby room? – Unio­słem brwi. – W sen­sie, że…

Dziew­czyn­ki za­częły za­baw­nie wzru­szać ra­mio­na­mi, zer­ka­jąc na sie­bie. Do tego chi­cho­ta­ły, jak­by te­mat dziec­ka, wspó­łży­cia czy oka­zy­wa­nia so­bie mi­ło­ści był dla nich za­baw­ny.

Nie otrzy­ma­łem żad­nej od­po­wie­dzi. Z za­mia­rem wy­py­ta­nia bra­ta o pro­kre­ację ru­szy­łem na górę. Oso­bi­ście nie spie­szy­łem się jesz­cze do zo­sta­nia oj­cem – uwa­ża­łem, że jest dla mnie za wcze­śnie, a przede wszyst­kim dla Sany. Rocz­ny staż ma­łże­ństwa do­star­czył mi wie­le ra­do­ści, ale wci­ąż czu­łem, że żona jest za mło­da na to, by osi­ąść w pie­lu­chach. Chcia­łem, by na­cie­szy­ła się ży­ciem tyl­ko ze mną, zwie­dzi­ła po­zo­sta­łe sta­ny. I cho­ciaż Flo­ry­dę zje­ździ­li­śmy wzdłuż i wszerz, by­li­śmy już w Geo­r­gii i Ala­ba­mie, to wci­ąż mie­li­śmy przed sobą mnó­stwo nie­odwie­dzo­nych atrak­cji.

Po­sta­wi­łem sto­pę na pi­ętrze i skie­ro­wa­łem się w stro­nę wol­ne­go po­ko­ju. Gdy sta­nąłem przed drzwia­mi, uśmiech­nąłem się na wi­dok za­baw­nej ta­blicz­ki, a w mo­men­cie, gdy usły­sza­łem roz­ba­wie­nie żony z sy­pial­ni na­prze­ciw­ko, hu­mor jesz­cze bar­dziej mi się po­pra­wił.

Nie chcia­łem pod­słu­chi­wać, na­praw­dę nie mia­łem ta­kie­go za­mia­ru, lecz py­ta­nie bra­to­wej skło­ni­ło mnie do przy­sta­wie­nia ucha i usły­sze­nia tego, co żona nie mia­ła od­wa­gi po­wie­dzieć mi oso­bi­ście.

– Czy­li go nie ko­chasz? – za­py­ta­ła ze smut­kiem Sara.

Rozdział 2

Sana

Niemo­głamna­pa­trzećsię na Sarę. Pro­mie­nia­ła. Moja młod­sza o rok sio­stra była nie­zwy­kłą ko­bie­tą, moim nie­do­ści­gnio­nym ide­ałem. Wszy­scy mó­wi­li, że je­stem od niej pi­ęk­niej­sza, bo mia­łam wi­ęcej z uro­dy mat­ki, ale ja zna­łam praw­dę. W Sa­rze był blask, któ­ry roz­sie­wa­ła wo­kół sie­bie swo­im ser­decz­nym uśmie­chem i ła­god­nym uspo­so­bie­niem. Praw­dzi­wym. Aby jej do­rów­nać, mu­sia­łam bez prze­rwy się pil­no­wać, sto­po­wać swo­je my­śli, nie wy­po­wia­dać słów, któ­re jako pierw­sze ci­snęły mi się na usta.

Kie­dy tyl­ko nada­rzy­ła się oka­zja, po­pro­si­łam Sarę o roz­mo­wę pod byle ja­kim pre­tek­stem. Ufa­łam młod­szym sio­strom, ale nie na tyle, by na­wet przy nich w ko­ńcu być sobą.

– Kie­dy zo­ba­czy­łam was bez hi­dża­bów, to o mało co nie wy­sko­czy­ło mi ser­ce – za­ga­iłam, za­trza­sku­jąc za nami drzwi jej ma­łże­ńskiej sy­pial­ni. – Przy­tul­nie tu. – Ro­zej­rza­łam się na boki. – Bo­ga­to.

– Zayd wpraw­dzie po­zwo­lił mi zde­cy­do­wać, ale był taki okres, kie­dy na­le­gał, bym nie no­si­ła hi­dża­bu – od­pa­rła i ru­szy­ła z nie­sio­ną po­ście­lą w kie­run­ku ko­mo­dy.

– Zayd? – zdzi­wi­łam się. – Kie­dy ści­ągnęłaś? – za­py­ta­łam i usia­dłam na fo­te­lu. Wpraw­dzie kie­dyś bez py­ta­nia usa­do­wi­ła­bym się na jej łó­żku, ale te cza­sy mi­nęły. Te­raz by­ły­śmy mężat­ka­mi, a łoże było in­tym­ną stre­fą jej i męża.

– W dniu przy­lo­tu – sap­nęła z re­zy­gna­cją. – Na ra­zie jest do­brze, bo nie mia­łam oka­zji spo­tkać zbyt wie­lu osób. Sąsie­dzi są mili, w wi­ęk­szo­ści to bo­ga­ci eme­ry­ci, a Ja­me­sa po­zna­łam i na­wet nie zwra­cał na mnie uwa­gi.

– Ależ ja ci za­zdrosz­czę – prych­nęłam z nie­skry­wa­ną za­wi­ścią. Sara zna­ła praw­dzi­wą mnie, przy niej nie mu­sia­łam w ko­ńcu uda­wać.

– Prze­cież mo­żesz po­wie­dzieć Sa­mi­ro­wi, że ści­ągasz – upo­mnia­ła mnie i spoj­rza­ła z przy­ga­ną.

Unio­słam obie brwi i po­pa­trzy­łam na tę na­iw­niacz­kę z po­li­to­wa­niem.

– Sa­mir się trzęsie z wście­kło­ści, kie­dy ja­ki­kol­wiek jego pra­cow­nik za­wie­si na mnie wzrok o se­kun­dę za dłu­go – oznaj­mi­łam z drwi­ną.

– I dla­te­go mia­łby ci za­ka­zać ści­ągni­ęcia hi­dża­bu? – zdzi­wi­ła się.

Rok ży­cia w ma­łże­ństwie spra­wił, że za­po­mnia­ła, kim był nasz oj­ciec i ja­kie po­win­ny­śmy być wo­bec mężów.

– Nie, Saro! – za­śmia­łam się per­li­ście. – Mu­szę po pro­stu spra­wić, aby pro­po­zy­cja wy­szła od nie­go!

Sio­stra spoj­rza­ła na mnie ze smut­kiem.

– Czy ty go ko­chasz? – szep­nęła to py­ta­nie, jak­by się oba­wia­ła, że ktoś nas usły­szy.

Nie wie­dzia­łam, co mo­głam jej od­po­wie­dzieć, dla­te­go wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

Sa­mir by­wał zmien­ny, dla­te­go ja za­wsze mu­sia­łam być sta­tecz­na. Pod­czas gdy on mie­wał lep­sze i gor­sze dni, ka­żdy mój dzień mu­siał być taki sam. Ka­żde moje za­cho­wa­nie mu­sia­ło być od­po­wie­dzią na jego zmien­no­ść. Kie­dy był we­so­ły, mia­łam ra­do­wać się wraz z nim. Gdy do­skwie­rał mu smu­tek, po­cie­szać. Kie­dy był zły – mi­ni­ma­li­zo­wać ne­ga­tyw­ne emo­cje. Mu­sia­łam grać albo przy­jąć, że moje ży­cie jest jed­ną, wiecz­nie nie­ko­ńczącą się rolą.

Czy jest miej­sce na mi­ło­ść, je­śli nie ma miej­sca na by­cie sobą?

– Czy­li go nie ko­chasz? – W jej gło­sie po­ja­wił się smu­tek i nuta wspó­łczu­cia.

– A cze­go się spo­dzie­wa­łaś? – żach­nęłam się. – To w to­bie była za­wsze nie­ko­ńcząca się wia­ra w lu­dzi, ale nie – po­kręci­łam ener­gicz­nie gło­wą i wska­za­łam na sie­bie – we mnie nie było i nie będzie. I mi­ło­ści też nie będzie.

– Nie żal ci? – Co­raz moc­niej iry­to­wał mnie jej ton. – Ta­kie­go ży­cia, ży­cia, w któ­rym na­wet nie da­jesz wam szan­sy.

– W ra­zie co, mniej za­bo­li – prych­nęłam, ma­jąc na my­śli roz­wód. Wpraw­dzie na ra­zie da­wa­łam radę, ale zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że być może kie­dyś za­brak­nie mi sił na grę. – To taka pra­ca, Saro. – Za­trze­po­ta­łam nie­win­nie rzęsa­mi. – On ma mnie chro­nić i utrzy­my­wać, a ja być do­bra, miła i po­kor­na. – Cho­ciaż taki ob­ra­łam plan swe­go ży­cia, to z tru­dem do­ko­ńczy­łam wy­po­wia­da­nie słów. Gula w gar­dle za­pie­kła i pra­wie do­pro­wa­dzi­ła do za­tka­nia prze­ły­ku.

– Gra­jąc? – zdzi­wi­ła się.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i spoj­rza­łam w bok. Nie ro­zu­mia­ła mnie, bo Zayd ak­cep­to­wał jej na­tu­ral­nie do­bre ser­ce, pod­czas gdy moje było prze­si­ąk­ni­ęte ża­lem i wspo­mnie­nia­mi z ży­cia, kie­dy nie mia­łam się komu wy­ża­lić.

– Lu­bię go – po­wie­dzia­łam w ko­ńcu coś, co mnie od­sło­ni­ło w uczu­ciach. – Jest faj­ny, przy­naj­mniej na ra­zie. Kil­ka mie­si­ęcy po ślu­bie mia­łam ja­kiś kosz­mar i wy­bu­dzi­łam się z krzy­kiem. Za­dbał o mnie, a wte­dy… – uśmiech­nęłam się krzy­wo.

– Nie mie­wasz no­to­rycz­nych kosz­ma­rów – stwier­dzi­ła zdzi­wio­na. – Sana… – wes­tchnęła.

– Dzia­ła?! – Unio­słam głos i spoj­rza­łam na nią, wy­cze­ku­jąc od­po­wie­dzi. – Za kil­ka nocy prze­ży­ję ko­lej­ny kosz­mar, po­wiem, że oj­ciec zmu­sił nas do hi­dża­bu, co… – prych­nęłam – w mo­jej sy­tu­acji jest aku­rat praw­dą, a Sa­mir sam mi za­pro­po­nu­je, że­bym go zdjęła. Ewen­tu­al­nie – prze­wró­ci­łam ocza­mi – pój­dę do psy­cho­lo­ga i opo­wiem mu ckli­wą hi­sto­rię, dzi­ęki któ­rej w re­zul­ta­cie prze­sta­nę go no­sić.

Sara pa­trzy­ła na mnie, jak­by mnie nie zna­ła.

– Je­steś hi­po­kryt­ką – szep­nęła za­wie­dzio­na.

– Nie oce­niaj mnie – syk­nęłam.

– Al­lah cię oce­ni – mruk­nęła zde­gu­sto­wa­na moim po­stępo­wa­niem.

Resz­tę wie­czo­ru sie­dzia­łam z przy­kle­jo­nym uśmie­chem na ustach i ra­do­wa­łam się z ro­dzin­ne­go spo­tka­nia. Dziew­czyn­ki do­ka­zy­wa­ły w naj­lep­sze i opo­wia­da­ły o ży­ciu w Ra­ba­cie. Z ich opo­wie­ści do­wie­dzia­łam się kil­ku szcze­gó­łów, o któ­rych Sara za­po­mnia­ła wspo­mnieć. Uczy­ła się pil­nie an­giel­skie­go, jej mała fir­ma z ręcz­nie ro­bio­ny­mi to­reb­ka­mi i port­fe­la­mi cie­szy­ła się uzna­niem i po­mi­mo zmia­ny miej­sca za­miesz­ka­nia, wci­ąż otrzy­my­wa­ła za­mó­wie­nia. Je­dy­nie Maya była odro­bi­nę me­lan­cho­lij­na, co naj­wi­docz­niej udzie­li­ło się rów­nież Sa­mi­ro­wi. Niby się uśmie­chał, ale ten uśmiech nie do­cie­rał do oczu.

Zbli­ża­ła się pó­łnoc, a mnie za­częła ogar­niać sen­no­ść. Zdzi­wi­łam się, kie­dy Sa­mir od­mó­wił noc­le­gu, cho­ciaż ta­kie były pier­wot­ne usta­le­nia – week­end spędzi­my ra­zem.

– Cze­mu nie? – drążył nie­zra­żo­ny od­mo­wą Zayd.

– Mam dziw­ne bóle gło­wy – mruk­nął Sa­mir i prze­ta­rł oczy, po chwi­li się wy­szcze­rzył. – Może i w mo­jej gło­wie znaj­dą ja­kie­goś krwia­ka i na­pi­szę po­że­gnal­ny list żo­nie? – Pu­ścił do mnie oczko.

Pierw­szy raz nie wie­dzia­łam, jak za­re­ago­wać, bo nie po­tra­fi­łam ska­te­go­ry­zo­wać jego na­stro­ju. Bo­la­ła go gło­wa, a za­ra­zem try­skał czar­nym hu­mo­rem.

– Mogę po­pro­wa­dzić auto – za­pro­po­no­wa­łam zgod­nie, żeby wie­dział, że nie będę na­ci­skać na po­byt. Wpraw­dzie nie na­cie­szy­łam się jesz­cze sio­stra­mi i po­mi­mo drob­nej po­tycz­ki słow­nej z Sarą, chcia­łam z nią po­być.

Mąż na­chy­lił się do mo­je­go ucha, a jego od­dech przy­pra­wił mnie o przy­jem­ne dresz­cze.

– Je­steś cu­dow­ną żoną – za­mru­czał po­nęt­nie. – Zmie­nię cię w po­ło­wie tra­sy.

Z ro­dzi­ną po­że­gna­li­śmy się tuż po pó­łno­cy, a klu­czy­ki do auta tra­fi­ły w moje ręce. Sa­mir usta­wił mu­zy­kę na ci­chy, zmy­sło­wy pod­kład, a po­tem, jak­by od nie­chce­nia, po­ło­żył dłoń na moim udzie. Jego pal­ce su­nęły po­wo­li po mo­jej skó­rze, le­d­wo wy­czu­wal­nym, roz­pa­la­jącym do­ty­kiem. Ka­żdy mu­śni­ęty cen­ty­metr cia­ła zda­wał się pul­so­wać pod wpły­wem cie­pła jego dło­ni. Po­win­nam była mu po­wie­dzieć, że to roz­pra­sza… ale praw­da była taka, że nie chcia­łam, by prze­sta­wał.

Kie­dy do­strze­głam, że Sa­mir przy­snął, po­sta­no­wi­łam go nie wy­bu­dzać i pro­wa­dzi­łam da­lej. Je­dy­nie włączy­łam de­li­kat­nie chłod­niej­szy na­wiew, aby dzia­łał wy­bu­dza­jąco, i po­gło­śni­łam nie­znacz­nie mu­zy­kę. Po­ran­ne, flo­rydz­kie sło­ńce świe­ci­ło mi w ple­cy, kie­dy pod­je­cha­łam pod nasz dom. Gdy­bym mia­ła pro­wa­dzić i pa­trzeć na nie, na pew­no zmo­rzy­łby mnie sen. Na szczęście się uda­ło.

– Je­ste­śmy na miej­scu – szep­nęłam czu­le i po­gła­ska­łam męża po po­licz­ku.

Le­ni­wie uchy­lił po­wie­ki, a ja za­to­nęłam w otchła­ni czar­nej tęczów­ki. Sa­mir miał nie­by­wa­łe oczy, któ­re po­mi­mo ciem­ne­go ko­lo­ru, iskrzy­ły się ni­czym dwie mrocz­ne gwiaz­dy.

– Do­je­cha­łam – zdąży­łam po­wie­dzieć.

Jego dłoń opa­dła na mój kark, a mąż złączył na­sze usta w na­mi­ęt­nym po­ca­łun­ku. Nie wy­ry­wa­łam się, cho­ciaż miej­sce na pod­je­ździe nie było przy­sto­so­wa­ne do ta­kich po­ka­zów. Obie­ca­łam so­bie jed­nak jesz­cze przed ślu­bem, że ni­g­dy nie do­pro­wa­dzę do sy­tu­acji, aby prze­ciw­sta­wić się temu, co po­sta­no­wił Sa­mir. To mi da­wa­ło gwa­ran­cję. Wszak do­pó­ki by­łam zgod­na, nie za­słu­gi­wa­łam na karę.

– Pra­gnę cię – za­mru­czał mi­ędzy po­ca­łun­ka­mi.

– Ale tak w sa­mo­cho­dzie? – za­py­ta­łam ze­stre­so­wa­na.

– Wszędzie – od­pa­rł w tej sa­mej to­na­cji, co po­przed­nio.

– Nie oba­wiasz się, że zo­sta­nie­my przy­ła­pa­ni? – Niby py­ta­łam, lecz w rze­czy­wi­sto­ści na­kie­ro­wy­wa­łam go na wąt­pli­wo­ści co do wy­bo­ru miej­sca. – Nie chcia­ła­bym, aby ktoś wi­dział moje cia­ło. – Po­kor­nie spu­ści­łam wzrok.

– Masz ra­cję – po­twier­dził i bły­ska­wicz­nie wy­sko­czył z auta. – Cho­dź! – po­na­glił mnie i otwo­rzył tyl­ne drzwi po­jaz­du.

Za­nim zdąży­łam wy­si­ąść, Sa­mir za­brał na­sze tor­by i otwo­rzył dom klu­czem. Nie cze­ka­jąc na mnie, wsze­dł pierw­szy, po czym rzu­cił nie­dba­le pa­kun­ki. Gdy sta­nęłam w pro­gu, po­ci­ągnął mnie do środ­ka, nogą za­mknął drzwi, a mnie uwi­ęził w swo­ich ra­mio­nach.

Opa­rłam się ple­ca­mi o drzwi, czu­jąc, jak ich chłód kon­tra­stu­je z go­rącem bi­jącym od jego cia­ła. Sa­mir nie cze­kał, nie py­tał – po pro­stu wpił się w moje usta z za­chłan­no­ścią, jak­by chciał na­pić się mnie do ostat­niej kro­pli. Jego dło­nie moc­no ob­jęły moją ta­lię, a po­tem prze­su­nęły się ni­żej, na bio­dra, przy­ci­ąga­jąc mnie do sie­bie w nie­mej obiet­ni­cy tego, co mia­ło na­de­jść.

Nie wiem, kie­dy ru­szy­li­śmy w głąb po­miesz­cze­nia; nie re­je­stro­wa­łam ni­cze­go poza cie­płem jego do­ty­ku i sma­kiem jego warg. Na­gle po­czu­łam za sobą blat ku­chen­ny, na któ­ry po­sa­dził mnie spraw­nym ru­chem. Moje uda same za­ci­snęły się wo­kół jego bio­der, jak­by moje cia­ło zna­ło ten ta­niec le­piej niż ja sama. Dło­nie Sa­mi­ra su­nęły pod ma­te­ria­łem mo­jej bluz­ki, a ka­żde do­tkni­ęcie zo­sta­wia­ło za sobą roz­kosz­ny ślad cie­pła.

Uło­ży­łam dło­nie na kar­ku, aby roz­wi­ązać hi­dżab, lecz mąż po­ło­żył dło­nie na mo­ich łok­ciach. Pu­ści­łam wi­ąza­nie i unio­słam wzrok na Sa­mi­ra z nie­mym py­ta­niem.

– Zo­staw jesz­cze przez chwi­lę – mruk­nął ku­sząco. Po­tak­nęłam.

Jego usta prze­nio­sły się ni­żej – na li­nię żu­chwy, po­tem na szy­ję. Naj­pierw mu­skał moją skó­rę de­li­kat­nie, igra­jąc ze mną, aż na­gle przy­gry­zł ją lek­ko, spra­wia­jąc, że z mo­ich ust wy­rwa­ło się ci­che wes­tchnie­nie. Wpląta­łam pal­ce w jego wło­sy, przy­ci­ąga­jąc go jesz­cze bli­żej, chcąc wi­ęcej, czu­jąc, że po­wo­li tra­cę kon­tro­lę nad wła­snym cia­łem.

Bla­dy wschód sło­ńca wle­wał się przez okna, rzu­ca­jąc cie­płe re­flek­sy na na­pi­ętą skó­rę Sa­mi­ra, gdy po­zby­wał się mo­ich ubrań, jak­by chciał ce­le­bro­wać ka­żdy od­sło­ni­ęty cen­ty­metr cia­ła. Gdy w ko­ńcu wzi­ął mnie w ra­mio­na i prze­nió­sł na stół, z pod­nie­ce­nia prze­szły mnie ko­lej­ne dresz­cze.

Jego dło­nie su­nęły po mo­ich udach, po­wo­li, jak­by chciał przedłu­żyć na­pi­ęcie do gra­nic mo­żli­wo­ści. Czu­łam jego od­dech na skó­rze, go­rący, ury­wa­ny, kie­dy zło­żył pierw­szy po­ca­łu­nek tuż nad ko­la­nem. Prze­su­nął się wy­żej, zo­sta­wia­jąc po so­bie wil­got­ne śla­dy, de­li­kat­nie przy­gry­za­jąc wra­żli­we miej­sca. Moje pal­ce za­ci­snęły się na kra­wędzi sto­łu, a bio­dra unio­sły od­ru­cho­wo, jak­by do­ma­ga­ły się wi­ęcej.

Sa­mir spoj­rzał na mnie spod pó­łprzy­mkni­ętych po­wiek, jego oczy przy­po­mi­na­ły dwa ża­rzące się węgle. Uśmiech­nął się lek­ko, jak­by wie­dział, jak bar­dzo mnie roz­grze­wa, za­nim klęk­nął przede mną i roz­chy­lił moje uda. Cie­pło jego języ­ka spa­dło na mnie nie­spo­dzie­wa­nie, spra­wia­jąc, że moje cia­ło za­drża­ło. Ka­żdy ruch – po­wol­ny, piesz­czo­tli­wy, a po­tem bar­dziej za­chłan­ny – do­pro­wa­dzał mnie na skraj roz­sąd­ku.

Mój od­dech stał się nie­re­gu­lar­ny. Wplo­tłam jesz­cze raz pal­ce w jego wło­sy, za­ci­ska­jąc je na nich, kie­dy fala roz­ko­szy za­częła na­ra­stać. Sa­mir nie prze­ry­wał, trzy­mał moje bio­dra nie­ru­cho­mo, zmu­sza­jąc mnie, bym czu­ła wszyst­ko do­kład­nie tak, jak za­pla­no­wał. To­nęłam w przy­jem­no­ści, ca­łko­wi­cie pod­da­na jego ustom, jego dło­niom, jemu.

***

Świa­do­mo­ść wra­ca­ła do mnie po­wo­li, ni­czym cie­płe fale le­ni­wie ob­my­wa­jące brzeg. Moje cia­ło wci­ąż było ci­ężkie od snu, po­li­czek wtu­lo­ny w zna­jo­mą po­dusz­kę, co ozna­cza­ło, że le­ża­łam w na­szej sy­pial­ni. Czu­łam cie­pło otu­la­jącej mnie po­ście­li, zna­jo­my za­pach Sa­mi­ra wy­pe­łnia­jący prze­strzeń i coś jesz­cze.

Coś in­ne­go.

Coś przy­jem­ne­go.

Coś, co mnie wy­pe­łnia­ło i da­wa­ło spe­łnie­nie.

Stęk­nęłam, a dło­nie na mo­ich bio­drach za­ci­snęły się moc­niej, pal­ce wbi­ły się w skó­rę z pew­nym ro­dza­jem in­ten­syw­no­ści, któ­rej wcze­śniej w nim nie było. A po­tem po­czu­łam, jak Sa­mir się we mnie po­ru­sza – głębo­ko, pew­nie, sta­now­czo. Moje cia­ło na­tych­miast za­re­ago­wa­ło, od­dech przy­spie­szył, a ser­ce za­bi­ło moc­niej, ale to­wa­rzy­szy­ło temu coś wi­ęcej niż tyl­ko przy­jem­no­ść. Coś, co ka­za­ło mi się za­sta­no­wić.

Sa­mir był inny. Nie było w nim tej czu­ło­ści, któ­rą zna­łam tak do­brze. Tego mi­ęk­kie­go do­ty­ku, de­li­kat­no­ści, któ­rą ob­da­rzał mnie przez pierw­szy rok na­sze­go ma­łże­ństwa. Na­wet wczo­raj. Te­raz jego ru­chy były bar­dziej zde­cy­do­wa­ne, nie­mal su­ro­we, jak­by chciał mnie sobą wy­pe­łnić, pod­po­rząd­ko­wać, przy­po­mnieć, że na­le­żę do nie­go.

Jego usta od­na­la­zły li­nię mo­je­go kar­ku, ale nie pie­ścił mnie lek­ko jak daw­niej – przy­gry­zł skó­rę, za­zna­cza­jąc swo­ją obec­no­ść w spo­sób, któ­ry prze­szył mnie dresz­czem.

I wte­dy to do mnie do­ta­rło.

Nie za­ło­żył pre­zer­wa­ty­wy.

Po­czu­łam go w so­bie ina­czej niż zwy­kle, cie­plej, bar­dziej in­ten­syw­nie, bez żad­nej ba­rie­ry mi­ędzy nami. Moje pal­ce za­ci­snęły się na po­ście­li, a w gło­wie za­częły kłębić się my­śli. Za­wsze się za­bez­pie­cza­li­śmy. Za­wsze o to dbał. Dla­cze­go te­raz nie?

– Sa­mir… – szep­nęłam, pró­bu­jąc prze­kręcić gło­wę, ale on nie po­zwo­lił mi się od­su­nąć. Jego bio­dra na­pa­rły moc­niej, sku­tecz­nie od­bie­ra­jąc mi zdol­no­ść do dal­szej roz­mo­wy.

– Ci­cho – wy­mru­czał ni­skim, za­chryp­ni­ętym gło­sem, po­chy­la­jąc się nad moim uchem. – Po pro­stu to po­czuj.

Jego dło­nie prze­su­nęły się wy­żej, przy­trzy­ma­ły mnie sta­now­czo, a ja zda­łam so­bie spra­wę, że mimo de­li­kat­ne­go nie­po­ko­ju, nie chcę, by prze­sta­wał. Moje cia­ło re­ago­wa­ło na nie­go in­stynk­tow­nie, a umy­sł roz­my­wał się w fali przy­jem­no­ści.

Ale gdzieś w tyle gło­wy wci­ąż ko­ła­ta­ła mi się myśl:

– Dla­cze­go? – spró­bo­wa­łam za­py­tać jesz­cze raz wi­bru­jącym od prze­by­te­go or­ga­zmu gło­sem.

Mąż opa­dł obok mnie i przy­gar­nął do sie­bie. By­łam tak zmęczo­na przez pod­róż i od in­ten­syw­nych do­znań w krót­kim cza­sie, że na­wet nie mia­łam siły za­rzu­cić nogi na bio­dro Sa­mi­ra, a po­win­nam ją w so­bie zna­le­źć. Lu­bił, kie­dy to ro­bi­łam.

– Co dla­cze­go? – wes­tchnął, po czym zła­pał kil­ka od­de­chów.

– Nie za­bez­pie­czy­łeś się – od­pa­rłam za­wsty­dzo­na.

Ży­cie w Sta­nach po­ka­za­ło mi otwar­to­ść wśród lu­dzi. We mnie wci­ąż tkwi­ła nie­śmia­ło­ść i cho­ciaż ko­cha­łam roz­ma­wiać z Da­lią, sio­strą Sa­mi­ra, nie po­tra­fi­łam do­rów­nać jej w nie­po­ha­mo­wa­niu.

W dniu ślu­bu mąż pod­jął de­cy­zję, że będzie­my sto­so­wać za­bez­pie­cze­nie. Zgo­dzi­łam się, cho­ciaż is­lam, któ­re­go ja się uczy­łam, ka­te­go­rycz­nie za­bra­niał sto­so­wa­nia nie­na­tu­ral­nych me­tod ochro­ny przed ci­ążą. Wte­dy Sa­mir oznaj­mił, że nie zła­mie­my za­sad, któ­re mi wpo­jo­no. Sto­so­wa­li­śmy pre­zer­wa­ty­wy z je­lit ja­gni­ęcych – na­tu­ral­ne, bio­de­gra­do­wal­ne, ale nie chro­ni­ły przed cho­ro­ba­mi prze­no­szo­ny­mi dro­gą płcio­wą. Jak stwier­dził, ide­al­ne w na­szej sy­tu­acji, bo omi­ja­ły w pew­nym stop­niu ogra­ni­cze­nia ko­rzy­sta­nia z nich przez swą na­tu­ral­no­ść.

– Sa­mir… – Po­ło­ży­łam dłoń na jego po­licz­ku. Coś było nie tak.

Mąż od­wró­cił gło­wę w moją stro­nę i de­li­kat­nie się uśmiech­nął, ale nie było w tym czu­ło­ści, tyl­ko dziw­na, nie­zro­zu­mia­ła pew­no­ść sie­bie.

– My­ślę, że czas akli­ma­ty­za­cji mo­żna uznać za za­ko­ńczo­ny – za­po­wie­dział po­wa­żnie i de­li­kat­nie unió­sł je­den kącik ust. – Miesz­ka­my tu rok, zda­łaś pra­wo jaz­dy, masz zie­lo­ną kar­tę – wy­mie­niał, jak­by czy­tał ulot­kę. – Uczysz się an­giel­skie­go, a to może jesz­cze po­trwać, więc uwa­żam, że to jest od­po­wied­ni mo­ment, aby roz­po­cząć pro­kre­ację. – Pu­ścił do mnie oczko.

Fala ark­tycz­ne­go zim­na po­ło­ży­ła swo­je mac­ki na moim kar­ku i de­li­kat­nie sma­ga­ła tę część cia­ła. Le­ni­wie, a za­ra­zem moc­no wbi­ja­jąc się w skó­rę. Za­drża­łam.

– Dziec­ko? – pi­snęłam, a przed ocza­mi sta­nął mi ob­raz mo­jej mamy.

Nie mo­głam się od nie­go uwol­nić. Nie po­tra­fi­łam wci­ąż tego za­po­mnieć. Mia­łam może czte­ry lata, a może i nie. Może mniej, może odro­bi­nę wi­ęcej. Sara spa­ła na ko­zet­ce, w któ­rej oj­ciec zro­bił ba­rier­kę, żeby nie spa­dła. Było ciem­no, a mnie prze­ra­zi­ła bu­rza, tak częsta w ma­jo­we noce. Wsta­łam z łó­żka i po­szłam do po­ko­ju ro­dzi­ców. Im bli­żej by­łam, tym bar­dziej się ba­łam. Pi­ski, ci­che łka­nie i ten okrop­ny dźwi­ęk mlasz­czące­go zde­rza­nia się dwóch ciał. Wte­dy nie wie­dzia­łam, czym jest, do­pie­ro z cza­sem zro­zu­mia­łam. Ohyd­ne sap­ni­ęcia ojca wy­mie­sza­ne z wy­mu­szo­ny­mi po­ca­łun­ka­mi, sło­wa ni­czym wark­ni­ęcia i po­now­ne łka­nie ro­dzi­ciel­ki.

We­szłam do po­ko­ju, a świat za­trzy­mał się na chwi­lę, za to moje ser­ce wy­ry­wa­ło się z pier­si. Oj­ciec du­sił ją, du­sił moją mamę. Gwa­łcił, za­kry­wa­jąc jej usta dło­nią i szep­cząc sło­wa o swo­jej wła­dzy, jej pi­ęk­nie i ich mi­ło­ści. Rzu­ci­łam się na po­moc, czym moc­no zdez­o­rien­to­wa­łam ojca. Mama zdąży­ła krzyk­nąć, bym ucie­ka­ła, a po chwi­li po­czu­łam sil­ne ude­rze­nie i bu­rzy już nie było.

Dłu­go wma­wia­łam so­bie, że to był kosz­mar. Uda­wa­łam na­wet przed mamą, że uwie­rzy­łam w jej za­pew­nie­nia, ale jako dzie­wi­ęcio­lat­ka zdo­by­łam się na od­wa­gę i za­py­ta­łam. Bo w pew­nym sen­sie to był kosz­mar. Mo­jej mamy. Tyl­ko nikt nie mógł jej z nie­go wy­bu­dzić ani uwol­nić.

– Sana? – usły­sza­łam za­nie­po­ko­jo­ny głos Sa­mi­ra.

– Tak? – szep­nęłam, bo z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­łam, o czym roz­ma­wia­li­śmy.

– Po­wie­dzia­łem: tak – za­śmiał się i zła­pał mnie za nogę pod ko­la­nem, po czym uło­żył ją so­bie na bio­drze. – Po­wie­dzia­łem, że to do­bry mo­ment na dziec­ko.

Po­tak­nęłam, czu­jąc pod po­wie­ka­mi łzy. Dziec­ko ozna­cza­ło zwie­lo­krot­nie­nie mo­je­go uza­le­żnie­nia od męża i cho­ciaż z tym fak­tem by­łam po­go­dzo­na, oba­wia­łam się, że ta mała isto­ta da za­ra­zem prze­wa­gę Sa­mi­ro­wi, któ­rą z cza­sem wy­ko­rzy­sta. Wszak dzie­ci w is­la­mie na­le­ża­ły do ojca.

– To do­bry mo­ment – po­twier­dzi­łam ni­czym do­brze wy­szko­lo­na ak­tor­ka.