Zanim Nastanie Kres - Edyta Kene - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zanim Nastanie Kres ebook i audiobook

Edyta Kene

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

24 osoby interesują się tą książką

Opis

„Lubię go” – te słowa zmieniają wszystko.

Samir El-Mani wziął ślub bez większej refleksji. Rok życia z wybraną przez rodzinę żoną sprawił jednak, że uwierzył, iż tym razem wygrał los na loterii. U jego boku stoi kobieta czuła, oddana i lojalna. Wszystko wydaje się idealne do chwili, gdy Samir słyszy jedno zdanie, którego nigdy nie
powinien usłyszeć.

Sana, pokiereszowana traumą marokańska dziewczyna, nigdy nie wierzyła w miłość. Zna tylko przetrwanie. Gra rolę idealnej żony, bo wie, że to dla niej gwarancja bezpieczeństwa. Uczucia zostawia na później – jeśli w ogóle mają nadejść.

Na tle amerykańskiej wolności i surowych zasad religii rozpoczyna się walka o władzę, tożsamość i prawdę. Bo czasem największym grzechem nie jest kłamstwo, tylko to, że zaczynamy w nie wierz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 331

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 49 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ola Michalak i Maciej Motylski

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Historia naładowana emocjami i łamiąca wielokrotnie serce ♥️ Kocham całym serduchem i polecam👌
10



Spis Treści

Co­py­ri­ghtDe­dy­ka­cjaOd Au­tor­kiRoz­dział 1Roz­dział 2

Co­py­ri­ght © by EDY­TA KENECo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Fo­to­gra­fia na okład­ce: ca­nva.com Po­my­sł na okład­kę: Moje wy­daw­nic­two

ISBN Pa­pier: 978-83-68837-13-1 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-14-8 ISBN Au­dio: 978-83-68837-15-5

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Dedykacja

Dla Mag­dy, któ­ra sta­ła się in­spi­ra­cją tej ksi­ążki.

Two­je bli­zny są świa­dec­twem do­świad­czeń, któ­re od­ci­snęły śla­dy. Je­steś pi­ęk­na, mądra i wra­żli­wa. I pa­mi­ętaj – mi­ło­ść cza­sem musi być sa­mo­lub­na. Zwłasz­cza ta, któ­rą da­rzysz samą sie­bie.

Od Autorki

Nie ka­żdy może być sobą. Cza­sem szcze­ro­ść boli, a praw­da przy­gnia­ta ci­ęża­rem, któ­re­go nie spo­sób unie­ść. Są tacy, któ­rzy mil­czą nie z wy­ra­cho­wa­nia, lecz ze stra­chu. Któ­rzy ukry­wa­ją swo­je my­śli i uczu­cia, bo wie­dzą, że jed­no nie­ostro­żne sło­wo może spro­wa­dzić na nich gniew, ból, karę.

Nie­któ­rzy no­szą ma­ski, bo ina­czej nie prze­trwa­ją. Cza­sem kłam­stwo jest ostat­nią li­nią obro­ny, a hi­po­kry­zja – je­dy­nym ra­tun­kiem. Nie ka­żdy, kto uda­je, jest oszu­stem. Nie ka­żdy, kto mil­czy, jest win­ny.

Is­lam po­tępia hi­po­kry­zję, lecz za­ra­zem do­strze­ga tych, któ­rzy uda­ją nie z wy­bo­ru, lecz z ko­niecz­no­ści. Któ­rzy kła­mią, by oca­lić sie­bie.

Ta ksi­ążka nie jest prze­wod­ni­kiem po wie­rze is­la­mu. Nie uspra­wie­dli­wia hi­po­kry­zji, ale przy­po­mi­na, że za ka­żdym mil­cze­niem może kryć się roz­pacz, a za kłam­stwem – lęk tak wiel­ki, że od­bie­ra od­dech. Za­nim osądzisz, spró­buj zro­zu­mieć tych, któ­rym praw­da zo­sta­ła ode­bra­na.

Rozdział 1

Samir

–Uwiel­biam,gdytak o mnie dbasz. – Przy­ło­ży­łem usta do jej po­licz­ka i po­ca­ło­wa­łem.

– To prze­cież nor­mal­ne – od­pa­rła, niby ba­ga­te­li­zu­jąc przy­wóz obia­du, ale wie­dzia­łem, że sło­wa uzna­nia za­wsze ją cie­szy­ły. Tak na­praw­dę cie­szy­ło ją wszyst­ko, naj­drob­niej­sze ge­sty.

– Go­to­wa? – zmie­ni­łem te­mat, by unik­nąć wy­chwa­la­nia jej pod nie­bio­sa. Cho­ciaż po­wi­nie­nem. W ko­ńcu mia­ła mnie tyl­ko ode­brać, a wzi­ęła ze sobą moje ulu­bio­ne da­nie.

– Za parę mi­nut… Mo­że­my jesz­cze przez chwi­lę po­sie­dzieć na pia­sku? – za­py­ta­ła tęsk­nie i moc­niej wtu­li­ła gło­wę w moją klat­kę pier­sio­wą.

– Nie jest ci za go­rąco? – zdzi­wi­łem się i do­tknąłem bro­dą hi­dża­bu, któ­ry za­kry­wał jej ucho. – Pla­ża, żar z nie­ba, a ty w dłu­gim ręka­wie – za­mru­cza­łem jej do ucha.

– Masz ra­cję, bo trosz­kę mi za go­rąco – po­twier­dzi­ła uprzej­mie. – Po­win­ni­śmy wstąpić jesz­cze do skle­pu. Nie chcia­łam ni­cze­go ku­po­wać bez cie­bie.

Sana wsta­ła jako pierw­sza i za­częła się otrze­py­wać z dro­bi­nek pia­sku.

– Ale mo­głaś – za­śmia­łem się i sta­nąłem obok. – Nie do­ra­dzę, bo na­wet nie wiem, co po­win­ni­śmy im ku­pić.

Żona uśmiech­nęła się i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Mamy po dro­dze Ikeę i… – za­wa­diac­ko unio­sła pa­lec – obie­cu­ję, że nie spędzi­my tam pół dnia.

– Mam na­dzie­ję – mruk­nąłem mało po­cie­szo­ny, bo ostat­nio to nie było pół dnia, a dzień! – A czy dziew­czyn­kom nie po­win­ni­śmy dać cze­goś bar­dziej oso­bi­ste­go? – Nie do ko­ńca by­łem prze­ko­na­ny o słusz­no­ści wy­jaz­du do mo­lo­cha z do­dat­ka­mi do domu.

– Może ja­kieś świecz­ki za­pa­cho­we? – za­pro­po­no­wa­ła. Prze­szły mnie przy­jem­ne dresz­cze, gdy wsu­nęła swo­ją dłoń w moją i nada­ła tem­po kro­ków w kie­run­ku auta.

By­li­śmy ma­łże­ństwem od roku, ale ta­kich od­czuć do­świad­cza­łem za ka­żdym ra­zem i za­po­wia­da­ło się, że to mi ni­g­dy nie przej­dzie. Ma­łże­ństwo z Saną było na­głe, nie­pla­no­wa­ne. Ni­g­dy bym nie przy­pusz­czał, że usta­wio­ne może dać mi jed­no­cze­śnie żonę i przy­ja­ció­łkę. Moja wy­bran­ka była uoso­bie­niem ide­ału. Skrom­na, uprzej­ma, za­wsze po­god­na. Po pro­stu cu­dow­na.

By­łem prze­cież żo­na­ty. Wpraw­dzie moje po­przed­nie ma­łże­ństwo z po­cząt­ku też było sie­lan­ką, ale ta się sko­ńczy­ła z dniem, gdy Mo­ni­ca uzy­ska­ła zie­lo­ną kar­tę. Wte­dy szyb­ko po­ka­za­ła, na czym na­praw­dę jej za­le­ża­ło. Na pew­no nie na ży­ciu ze mną. Dla­te­go pra­gnąłem, aby Sana uzy­ska­ła pra­wa do ży­cia w Sta­nach jak naj­szyb­ciej. Za­nim do­pusz­czę ją do ser­ca i za­nim ten głu­pi or­gan przej­mie kon­tro­lę nad moim cia­łem.

Od tam­tej chwi­li mi­nęły dwa mie­si­ące, a w Sa­nie nie było żad­nej zmia­ny. Chy­ba że na lep­sze. Na­dal o mnie dba­ła. Uwiel­bia­łem wra­cać z pra­cy, gdzie w domu pach­nia­ło obia­dem, a żona wi­ta­ła mnie uśmie­chem i słod­kim ca­łu­sem. Do­ce­nia­łem ka­żde jej za­in­te­re­so­wa­nie i tro­skę, zwłasz­cza gdy pro­po­no­wa­ła ma­saż ra­mion, bo mia­łem dużo lek­cji sur­fin­go­wych i cia­ło do­ma­ga­ło się od­po­czyn­ku. I czu­łem się zwy­czaj­nie spe­łnio­nym fa­ce­tem, kie­dy ini­cjo­wa­ła in­tym­ne mo­men­ty, pod­czas któ­rych, jak twier­dzi­ła, sta­wa­łem na wy­so­ko­ści za­da­nia. Kom­ple­men­to­wa­ła mnie, a pó­źniej spe­łnio­na za­sy­pia­ła w mo­ich ra­mio­nach, jak­by były mu­rem przed kosz­ma­ra­mi, któ­re na­wie­dza­ły ją no­ca­mi.

– Za­my­śli­łeś się. – Jej głos przy­wró­cił mnie do rze­czy­wi­sto­ści. – Je­śli nie chcesz je­chać do Ikei, to mo­że­my zro­bić za­ku­py w Ho­me­Go­ods, tyl­ko zje­dzie­my kil­ka mil w bok na tra­sie do Or­lan­do.

– Nie pla­nu­ję tra­sy przez Or­lan­do – za­prze­czy­łem szyb­ko i otwo­rzy­łem auto pi­lo­tem. – Ustal­my, że mak­sy­mal­nie go­dzi­na i stam­tąd wyj­dzie­my – za­po­wie­dzia­łem z uśmie­chem, na co otrzy­ma­łem po­twier­dze­nie. – Czy­li je­dzie­my.

Jej oczy po­win­ny świe­cić bla­skiem, kie­dy we­szli­śmy do skle­pu z bzde­ta­mi. Sana za­sko­czy­ła mnie jed­nak swo­ją po­wści­ągli­wo­ścią i za­da­nio­wo­ścią. Nie roz­czu­la­ła się nad pier­dó­łka­mi i zbęd­ny­mi bi­be­lo­ta­mi. Wska­za­ła przed­mio­ty, ja za­pła­ci­łem i wy­szli­śmy.

– Wy­bra­łaś bar­dzo prak­tycz­ne rze­czy – sko­men­to­wa­łem, kie­dy pa­ko­wa­li­śmy wszyst­ko do ba­ga­żni­ka. – Za­sta­wa do her­ba­ty – wspo­mnia­łem nie­co za­sko­czo­nym gło­sem.

– Je­stem mu­zu­łman­ką – upo­mnia­ła mnie ła­god­nie.

– A ja mu­zu­łma­ni­nem – zgry­wa­łem się. – Ze­staw po­ście­li? – Wska­za­łem dło­nią na pi­ęk­ne po­szwy.

– Mu­zu­łma­nie w urządza­niu swo­ich do­mów dążą do pro­sto­ty, funk­cjo­nal­no­ści i skrom­no­ści – przy­po­mnia­ła i ob­da­rzy­ła mnie czu­łym spoj­rze­niem. – Od­rzu­ca­ją bi­be­lo­ty, któ­re mo­gły­by na­ru­szać za­sa­dy is­la­mu, w tym sprzy­jać ba­łwo­chwal­stwu, nad­mier­nej ozdob­no­ści czy kul­tom ob­cym. Za­miast tego pre­fe­ru­ją przed­mio­ty, któ­re mają funk­cjo­nal­ne lub du­cho­we zna­cze­nie, pod­kre­śla­jąc war­to­ści ta­kie jak sza­cu­nek do Al­la­ha i umiar w ży­ciu co­dzien­nym. – De­li­kat­nie pstryk­nęła mnie pal­cem w nos.

– Czy ty znasz cały Ko­ran na pa­mi­ęć? – sark­nąłem, lecz nie spodo­ba­ła mi się jej re­ak­cja. Spo­dzie­wa­łem się uśmie­chu, otrzy­ma­łem jej smu­tek.

– Ca­łkiem mo­żli­we – po­twier­dzi­ła zmie­nio­nym gło­sem i unio­sła kąci­ki ust, w oczach zaś za­szkli­ły się łzy. – Je­dźmy na spo­tka­nie z na­szą ro­dzi­ną.

Wsie­dli­śmy do sa­mo­cho­du. Od razu wpro­wa­dzi­łem ko­or­dy­na­ty, a gdy na­wi­ga­cja wska­za­ła dwie­ście mil dro­gi i praw­do­po­dob­ny czas pod­ró­ży, wie­dzia­łem, że będą to pra­wie czte­ry go­dzi­ny ci­szy.

Za­zwy­czaj na­szym tra­som to­wa­rzy­szy­ła roz­mo­wa, ale nie po chwi­lach, gdy Sana w ja­ki­kol­wiek spo­sób przy­po­mi­na­ła so­bie o ro­dzi­nie. Nie­ste­ty wzmian­ka o zna­jo­mo­ści Ko­ra­nu zbyt moc­no przy­wo­ły­wa­ła wspo­mnie­nia o ojcu. Wspo­mnie­nia, o któ­rych nie roz­ma­wia­li­śmy. Wspo­mnie­nia, któ­re na­wie­dza­ły ją w kosz­ma­rach i przy­pra­wia­ły mnie o gęsią skór­kę. Sana wy­bu­dza­ła mnie swo­imi krzy­ka­mi i rzu­ca­niem się po łó­żku. Spo­co­na, prze­ra­żo­na, za­pła­ka­na. Jesz­cze dłu­go trzęsła się w mo­ich ra­mio­nach, a ja nie wie­dzia­łem, co mia­łbym uczy­nić, by cho­ciaż odro­bi­nę ci­ęża­ru za­brać na sie­bie.

– Zayd wspo­mi­nał, że Sara ko­rzy­sta z wi­zyt u psy­cho­lo­ga – za­ga­iłem, kie­dy do­strze­głem, że Sana po­ru­sza usta­mi, słu­cha­jąc pio­sen­ki z ra­dia.

– Wiem, bo mi o tym mó­wi­ła – po­twier­dzi­ła ci­cho i ob­ró­ci­ła gło­wę w kie­run­ku okna. – Su­ge­ru­jesz, że po­win­nam rów­nież sko­rzy­stać, czy chcesz je­dy­nie wy­pe­łnić ci­szę?

– Jed­no i dru­gie. – Pró­bo­wa­łem, aby wy­szło za­baw­nie, ale chy­ba się zbła­źni­łem.

– Ci­sza cza­sa­mi jest do­bra. – Jej szept wda­rł się do mo­je­go ser­ca i za­dał bo­le­sne ci­ęcia. – Nie za­wsze war­to o wszyst­kim roz­ma­wiać.

– Roz­mo­wa mo­gła­by ci po­móc – ar­gu­men­to­wa­łem, bo prze­cież Sana jed­nym zda­niem od­rzu­ci­ła obie su­ge­stie.

Gdy zwró­ci­ła się w moją stro­nę, co chwi­lę rzu­ca­łem jej spoj­rze­nia, ma­jąc na względzie fakt, że pro­wa­dzę i po­wi­nie­nem być ostro­żny.

– Może cho­ciaż spró­buj – po­pro­si­łem i zła­pa­łem ją za dłoń. – To na­praw­dę mo­gło­by ci po­móc.

– Ty mi po­ma­gasz – szep­nęła, ale w jej gło­sie wy­czu­łem nad­miar bu­zu­jących emo­cji. – Two­ja tro­ska i obec­no­ść to naj­lep­sze, co mnie spo­tka­ło.

Moje ser­ce prze­szył pio­run, aż za­bra­kło mi tchu. Nie wie­dzia­łem, co prze­szła, cze­go do­świad­czy­ła, je­dy­nie mo­głem po­dej­rze­wać, że jej ży­cie przed ślu­bem było nie­ko­ńczącym się kosz­ma­rem. Ści­snąłem moc­niej jej dłoń i przy­sta­wi­łem so­bie do ust, po czym sca­ło­wa­łem kost­ki na pal­cach. Chcia­łem ją za­pew­nić, że zro­bię wszyst­ko, aby już ni­g­dy wi­ęcej nie czu­ła tego, co jesz­cze rok temu było jej co­dzien­no­ścią, lecz gula w gar­dle sku­tecz­nie za­bra­ła mi głos.

Sana znów za­częła po­ru­szać usta­mi w rytm słów wy­do­by­wa­jących się z ra­dia, a ja po­sta­no­wi­łem po raz ko­lej­ny dać jej czas. Jej kosz­ma­ry nie po­ja­wia­ły się ka­żdej nocy. By­wa­ło tak, że po­tra­fi­li­śmy mieć mie­si­ąc ci­szy, nie­kie­dy zda­rza­ły się dwa w ty­go­dniu. Uzna­łem, że je­śli po­now­nie się na­si­lą, wró­cę z pro­po­zy­cją kon­sul­ta­cji ze spe­cja­li­stą.

Resz­tę dro­gi nie za­ga­ja­łem do roz­mo­wy, cho­ciaż nie­na­wi­dzi­łem ci­szy – chcia­łem oka­zać sza­cu­nek żo­nie i dać jej czas na prze­tra­wie­nie wspo­mnień. Do­pie­ro gdy za­je­cha­li­śmy na miej­sce, a ja zga­si­łem sil­nik, Sana wy­da­ła z sie­bie coś na kszta­łt stęk­ni­ęcia i pi­śni­ęcia z za­chwy­tu.

– Nie po­win­nam się eks­cy­to­wać – zga­ni­ła samą sie­bie. – Ale ten dom jest uro­czy – do­da­ła z nutą en­tu­zja­zmu.

– Jest uro­czy – prych­nąłem i wró­ci­łem wspo­mnie­nia­mi do dnia, kie­dy Zayd go ku­pił.

Gdy sta­nąłem przed nim pierw­szy raz, po­my­śla­łem jed­no: brat na­praw­dę się usta­wił. Ele­ganc­ka wil­la, da­chów­ka jak we Wło­szech, pal­my jak w Mia­mi – bra­ko­wa­ło tyl­ko słu­żące­go po­da­jące­go mi drin­ka. W środ­ku? Mar­mur, wiel­kie okna, a z ta­ra­su wi­dok na rze­kę świ­ęte­go Jana jak z fil­mu o mi­lio­ne­rach. Do tego Zayd się głu­pio za­py­tał: „I co, po­do­ba ci się?”

Ja­sne, że mi się po­do­ba­ło. Tyl­ko za­sta­na­wia­łem się, czy jak usi­ądę na ka­na­pie, ktoś nie każe mi za­pła­cić za samą obec­no­ść.

Brat często pod­kre­ślał, że dom nie jest prze­sy­co­ny bo­gac­twem, lecz funk­cjo­nal­no­ścią. Jego zda­niem mar­mu­ro­we podło­gi mia­ły słu­żyć na lata, a ogrom­ne okna – do­star­czać wi­ęcej świa­tła. Dla mnie naj­zwy­czaj­niej szpa­no­wał kasą i ka­zał ro­bić wszyst­ko, co mia­ło dwu­krot­ną cenę.

– Chy­ba ktoś na nas cze­kał – wspo­mnia­łem, wska­zu­jąc na bie­gnące w na­szym kie­run­ku młod­sze sio­stry żony.

– O jej­ku – pi­snęła Sana i wy­sko­czy­ła z auta.

Przy­gląda­łem się im, po­wo­li wy­sia­da­jąc z po­jaz­du. Sta­nąłem w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści i po­dzi­wia­łem za­ży­ło­ść po­mi­ędzy sio­stra­mi, a na­wet tro­chę im tego za­zdro­ści­łem. Wpraw­dzie Zayd był do­brym star­szym bra­tem, ale zbyt często ży­łem w jego cie­niu, abym dał radę po­wie­dzieć na głos, że go zwy­czaj­nie ko­cham, i mu to oka­zać. Mie­li­śmy też młod­szą sio­strę, ale Da­lia była wy­jąt­ko­wo roz­piesz­czo­na przez ojca. Cza­sa­mi się za­sta­na­wia­łem, co zro­bić, by odro­bi­nę pod­ci­ąć jej piór­ka, w któ­re ob­ro­sła.

Po­mi­ędzy sio­stra­mi Ber­ke­na nie czu­łem ry­wa­li­za­cji. Zwłasz­cza w mo­men­cie, gdy na pod­je­ździe po­ja­wi­ła się Sara, a Sana, za­uwa­żyw­szy ją, wy­strze­li­ła jak z pro­cy i wpa­dła sio­strze w ra­mio­na. W tym cza­sie przy­wi­ta­łem się z młod­szy­mi dziew­czyn­ka­mi. Uro­sły i, co mnie za­sko­czy­ło, nie mia­ły na so­bie hi­dża­bów. Spoj­rza­łem po­now­nie w kie­run­ku Sary i uzmy­sło­wi­łem so­bie, że jej gło­wy rów­nież nie zdo­bił tur­ban. Jej leg­gin­sy były wpraw­dzie do ko­stek, ale tu­ni­ka za­kry­wa­ła je­dy­nie ra­mio­na, a wło­sy zwi­ąza­ła w lu­źny kok.

– Ależ wy­ro­sły­ście! – za­ga­da­łem do dziew­czyn.

– Je­stem rów­na z Sarą – ode­zwa­ła się czter­na­sto­let­nia Maya, czy­li naj­star­sza z naj­młod­szych. Za­gad­nęła po fran­cu­sku, więc naj­wi­docz­niej mia­ła ten sam pro­blem co ja, kie­dy prze­pro­wa­dzi­łem się do Sta­nów i bo­ry­ka­łem z trud­no­ścia­mi w ko­mu­ni­ka­cji.

Sio­stry Ber­ke­na dzie­li­łem na dwa rzu­ty. Moja żona była naj­star­sza i naj­spo­koj­niej­sza. Rok od niej młod­sza Sara, czy­li żona mo­je­go bra­ta, by­wa­ła za­dzior­na i nie­ustępli­wa jak moja mat­ka, za to mia­ła ser­ce na dło­ni. Z opo­wie­ści Sany wie­dzia­łem, że ich mat­ka po uro­dze­niu Sary nie mo­gła do­no­sić żad­nej ci­ąży. W ko­ńcu ich oj­ciec za­brał ją do le­ka­rza, a po po­noć krót­kiej te­ra­pii roz­po­czął się – jak to prze­ze mnie na­zy­wa­ny – dru­gi rzut sióstr. Ko­bie­ta po dzie­si­ęciu la­tach po­ro­nień wy­da­ła na świat jesz­cze trzy cór­ki. Rok po roku.

– I je­steś tak samo ślicz­na jak Sana – za­żar­to­wa­łem i pstryk­nąłem ma­ło­la­tę w nos.

– Ja je­stem jak Sana – wtrąci­ła odro­bi­nę na­bur­mu­szo­na Nad­ia, któ­ra nie­daw­no sko­ńczy­ła trzy­na­ście lat. – Maya ma czar­ne wło­sy i brązo­we oczy – ar­gu­men­to­wa­ła, wska­zu­jąc na sio­strę. – A ja mam mio­do­we, zu­pe­łnie jak Sana.

– Sana jest najład­niej­sza – mruk­nęła Yasmin, naj­młod­sza z naj­młod­szych.

– Dla­te­go to ja je­stem po­dob­na do Sany. – Maya wska­za­ła na sie­bie. – Na­wet Sa­mir to po­twier­dził – żach­nęła się te­atral­nie.

– Dziew­czyn­ki! – Do roz­mo­wy do­łączył Zayd, któ­re­go naj­wi­docz­niej prze­oczy­łem, a to było na­praw­dę ci­ężkie, by prze­oczyć mężczy­znę o jego wzro­ście i roz­mia­rze. – W ja­kim języ­ku mó­wi­my? – za­py­tał upo­mi­na­jąco.

– Po an­giel­sku – rzu­ci­ła za­wie­dzio­na Maya i spu­ści­ła bar­ki.

Żeby ją odro­bi­nę roz­we­se­lić, po­tar­mo­si­łem ją po wło­sach, na co za­chi­cho­ta­ła.

– Nie przej­muj się, na­wet nie za­uwa­ży­łem – szep­nąłem jej do ucha.

– Mu­szą się uczyć an­giel­skie­go. – Zayd w ko­ńcu po­dał mi rękę, a gdy się uści­ska­li­śmy, przy­ci­ągnął mnie do sie­bie i po­kle­pał po bar­ku.

– A mogą się uczyć, kie­dy wy­je­dzie­my? – za­pro­po­no­wa­łem żar­tem i pu­ści­łem do bra­ta oczko.

– Ależ mi cie­bie bra­ko­wa­ło – wes­tchnął, a kie­dy dziew­czyn­ki ru­szy­ły do star­szych sióstr, uśmiech­nął się z prze­kąsem, co ozna­cza­ło, że już się nie pil­nu­je. – Po­wiem ci, że do kie­dy żył nasz zwęglo­ny teść, to jesz­cze było się na kogo wkur­wić, a tak, po­patrz. – Wska­zał na mnie. – Mam cie­bie na za­wo­ła­nie! – Za­śmiał się wred­nie.

– Ja ci się spa­lić nie dam – sark­nąłem i otwo­rzy­łem ba­ga­żnik. – Bierz i po­móż za­nie­ść.

– A po jaki chuj to ku­po­wa­łeś? – pi­snął za­baw­nie, wy­ci­ąga­jąc pierw­szą pacz­kę. – Po­ściel? Sa­mir, może mi jesz­cze kap­ciusz­ki ku­pi­łeś?

– Pre­zen­ty są od Sany – upo­mnia­łem go. – A je­śli ci się nie po­do­ba­ją, to przy­naj­mniej uda­waj, że je­steś szczęśli­wy.

Brat prych­nął pod no­sem ni­czym kot i wy­tknął mi z nie­by­wa­łą ra­do­ścią:

– A po­noć to ja ro­bi­łem z sie­bie de­bi­la, kie­dy za­ko­cha­łem się w swo­jej wy­bra­nej żo­nie.

– Mnie by­cie de­bi­lem nie prze­szka­dza. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, czym moc­no za­sko­czy­łem bra­ta.

– Od kie­dy? – Jego ton za­czy­nał mnie iry­to­wać, a prze­cież do­pie­ro przy­je­cha­łem.

– Od kie­dy wiem, że żona ko­cha mnie ta­kie­go, ja­kim je­stem. – Po­ru­szy­łem su­ge­styw­nie brwia­mi. – Ja się nie mu­szę pil­no­wać w ra­ma­da­nie ani grać cie­lacz­ka – do­rzu­ci­łem z nutą drwi­ny. – Ale ty chy­ba się po­wstrzy­mu­jesz i je­steś… – pstry­ka­łem pal­ca­mi, szu­ka­jąc sło­wa – ide­al­ną, cho­ciaż nie­re­al­ną wer­sją sie­bie.

– To ona tak na mnie dzia­ła – upo­mniał mnie z wy­czu­wal­ną zło­ścią. – Nie gram, po pro­stu wy­zwa­la we mnie spo­kój.

Zayd nie był złym czło­wie­kiem, ale by­wał wy­bu­cho­wy. Od kie­dy po­znał Sarę, mia­łem wra­że­nie, że z mężczy­zny zro­bi­ła się cie­pła klu­cha.

– To w sy­pial­ni wie­je nudą. – Uło­ży­łem usta w pod­ków­kę, by go wku­rzyć. – Jak ty taki spo­koj­ny…

– Już mnie wkur­wiasz – wark­nął, a po chwi­li od­chrząk­nął, bo zbli­ży­li­śmy się do dziew­czyn, któ­re na zmia­nę wa­łko­wa­ły te­mat, któ­ra jest na­praw­dę po­dob­na do Sany.

– I vice ver­sa – mruk­nąłem, po czym się wy­szcze­rzy­łem. Wy­star­cza­jąco za­dzior­nie, by go zde­ner­wo­wać.

My­śla­łem, że dziew­czyn­ki będą za­in­te­re­so­wa­ne pre­zen­ta­mi, w ko­ńcu były tyl­ko dzie­ćmi. Kie­dy w na­szym domu po­ja­wiał się ktoś z po­da­run­kiem, za­wsze się eks­cy­to­wa­łem, ale nie sio­stry Ber­ke­na. Maya z Nad­ią i Yasmin obej­rza­ły swo­je pre­zen­ty, grzecz­nie po­dzi­ęko­wa­ły za pa­mi­ęć, po czym odło­ży­ły po­dar­ki i za­py­ta­ły Sarę, w czym mogą po­móc.

– Czas na grill! – za­po­wie­dział Zayd i gło­wą wska­zał ta­ras.

– Sam so­bie nie po­ra­dzisz? – prych­nąłem.

Wca­le nie mia­łem ocho­ty z nim iść. Wo­la­łem cie­szyć oczy ra­do­ścią żony, któ­ra w ko­ńcu uśmie­cha­ła się ca­łym cia­łem.

Brat po­słał mi upo­mi­na­jące spoj­rze­nie, któ­re za­pew­ne mia­ło mnie skło­nić do opusz­cze­nia anek­su ku­chen­ne­go, by tym sa­mym dać ko­bie­tom mo­żli­wo­ść swo­bod­nej roz­mo­wy.

– Zro­bi­my w tym cza­sie przy­staw­ki – wtrąci­ła Sara i za­częła wyj­mo­wać pro­duk­ty z lo­dów­ki. – Czy ktoś ma ocho­tę na sa­la­ta me­cho­uia? – wspo­mnia­ła o aro­ma­tycz­nej przy­staw­ce z pie­czo­nej pa­pry­ki i po­mi­do­rów z do­dat­ka­mi.

– Obio­rę pa­pry­kę – za­po­wie­dzia­ła Maya.

– A ja po­mi­dor­ki – wtrąci­ła Yasmin.

– Chcę po­kro­ić na­tkę pie­trusz­ki! – prze­krzy­ki­wa­ła się Nad­ia.

Ich ra­do­sne gło­sy i prze­ko­ma­rzan­ki to­wa­rzy­szy­ły mi do mo­men­tu, kie­dy nie wy­sze­dłem na ta­ras, a drzwi za mną za­su­nął uśmiech­ni­ęty Zayd.

– Na se­rio po­trze­bu­jesz po­mo­cy w na­cie­ra­niu mi­ęsa? – Wska­za­łem na mi­skę, w któ­rej le­ża­ko­wa­ły ka­wa­łki ste­ka w przy­pra­wach.

– Chcia­łem, by mo­gły swo­bod­nie po­roz­ma­wiać – upo­mniał mnie odro­bi­nę roz­złosz­czo­ny. – Jak się mie­wa Sana? Na­dal ma kosz­ma­ry?

– Ma – wes­tchnąłem po­sęp­nie. – Cza­sa­mi, nie­kie­dy częściej, ale mie­wa i nie uda­ło mi się jej na­mó­wić na psy­cho­lo­ga.

– Sara już jest za­pi­sa­na do psy­cho­lo­żki, któ­ra świet­nie zna fran­cu­ski – wspo­mniał, przy oka­zji zaj­mu­jąc się pod­pa­la­niem gril­la. – Pierw­sze spo­tka­nie mamy na żywo, ale ko­lej­ne będą on­li­ne, więc gdy­byś po­trze­bo­wał do niej kon­takt…

– To musi wy­pły­nąć od Sany – za­po­wie­dzia­łem twar­do. – Mogę jej pod­po­wia­dać, ale zmu­szać nie mam za­mia­ru.

Brat za­wie­sił dło­nie nad pod­pa­łką i uśmiech­nął się do mnie cie­pło.

– Je­steś dla niej do­bry – stwier­dził coś, co po­win­no mnie ura­do­wać, a je­dy­nie wku­rzy­ło.

– A niby dla­cze­go mia­łbym być zły?! – Unio­słem głos.

– Two­je pierw­sze prze­my­śle­nia co do tego ma­łże­ństwa…

– Bo by­łem, kur­wa, roz­go­ry­czo­ny – wark­nąłem i za­ci­snąłem oczy i pi­ęść. – Mo­ni­ca… – z tru­dem wy­mó­wi­łem imię by­łej żony – jej za­le­ża­ło je­dy­nie na po­by­cie. Gra­ła, uda­wa­ła, ma­ni­pu­lo­wa­ła mną. W kon­se­kwen­cji zdra­dza­ła.

– Ty też nie kry­łeś się z za­li­cza­niem la­sek, któ­re przy­cho­dzi­ły na lek­cje sur­fin­gu – przy­po­mniał i o mo­ich głu­pich za­gryw­kach.

– Wte­dy my­śla­łem, że je­śli ją zdra­dzę, to może coś prze­my­śli. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. – Wiem, głu­pie to było. Z cza­sem zro­zu­mia­łem, że nie da się wy­zwo­lić za­zdro­ści, je­śli ktoś cię ma zwy­czaj­nie w du­pie.

Brat za­wie­sił na mnie wzrok i dłu­go tak pa­trzył, bez słów. Pew­nie chciał coś po­wie­dzieć, ale czy mia­ło­by to sens? Czy to by coś zmie­ni­ło?

– Idę się od­lać – mruk­nąłem i, nie cze­ka­jąc na re­ak­cję bra­ta, ru­szy­łem do środ­ka.

Wcho­dząc do sa­lo­nu, za­uwa­ży­łem, że w otwar­tej części ku­chen­nej były je­dy­nie Nad­ia i Yasmin. Dziew­czyn­ki uśmiech­nęły się na mój wi­dok.

– Ja tyl­ko do to­a­le­ty – pal­nąłem, byle tyl­ko coś do nich za­ga­dać.

– Na dole jest za­jęta – po­in­for­mo­wa­ła Nad­ia i wska­za­ła pal­cem na drzwi obok mnie. – Maya tam sie­dzi, mu­sisz iść na górę.

– A do któ­rej mogę? – drąży­łem, bo cała góra mia­ła pięć po­koi i do ka­żdej przy­na­le­ża­ła nie­wiel­ka ła­zien­ka z to­a­le­tą i prysz­ni­cem. Czte­ry sy­pial­nie na pew­no były za­jęte, co ozna­cza­ło, że pi­ąty po­kój jest wol­ny dla go­ści, tyl­ko nie wie­dzia­łem któ­ry.

– Ten po­kój na­prze­ciw­ko sy­pial­ni Sary i Zay­da – wtrąci­ła Nad­ia i za­chi­cho­ta­ła. – Za­wie­si­ły­śmy na nim ta­blicz­kę „baby room”.

– Baby room? – Unio­słem brwi. – W sen­sie, że…

Dziew­czyn­ki za­częły za­baw­nie wzru­szać ra­mio­na­mi, zer­ka­jąc na sie­bie. Do tego chi­cho­ta­ły, jak­by te­mat dziec­ka, wspó­łży­cia czy oka­zy­wa­nia so­bie mi­ło­ści był dla nich za­baw­ny.

Nie otrzy­ma­łem żad­nej od­po­wie­dzi. Z za­mia­rem wy­py­ta­nia bra­ta o pro­kre­ację ru­szy­łem na górę. Oso­bi­ście nie spie­szy­łem się jesz­cze do zo­sta­nia oj­cem – uwa­ża­łem, że jest dla mnie za wcze­śnie, a przede wszyst­kim dla Sany. Rocz­ny staż ma­łże­ństwa do­star­czył mi wie­le ra­do­ści, ale wci­ąż czu­łem, że żona jest za mło­da na to, by osi­ąść w pie­lu­chach. Chcia­łem, by na­cie­szy­ła się ży­ciem tyl­ko ze mną, zwie­dzi­ła po­zo­sta­łe sta­ny. I cho­ciaż Flo­ry­dę zje­ździ­li­śmy wzdłuż i wszerz, by­li­śmy już w Geo­r­gii i Ala­ba­mie, to wci­ąż mie­li­śmy przed sobą mnó­stwo nie­odwie­dzo­nych atrak­cji.

Po­sta­wi­łem sto­pę na pi­ętrze i skie­ro­wa­łem się w stro­nę wol­ne­go po­ko­ju. Gdy sta­nąłem przed drzwia­mi, uśmiech­nąłem się na wi­dok za­baw­nej ta­blicz­ki, a w mo­men­cie, gdy usły­sza­łem roz­ba­wie­nie żony z sy­pial­ni na­prze­ciw­ko, hu­mor jesz­cze bar­dziej mi się po­pra­wił.

Nie chcia­łem pod­słu­chi­wać, na­praw­dę nie mia­łem ta­kie­go za­mia­ru, lecz py­ta­nie bra­to­wej skło­ni­ło mnie do przy­sta­wie­nia ucha i usły­sze­nia tego, co żona nie mia­ła od­wa­gi po­wie­dzieć mi oso­bi­ście.

– Czy­li go nie ko­chasz? – za­py­ta­ła ze smut­kiem Sara.

Rozdział 2

Sana

Niemo­głamna­pa­trzećsię na Sarę. Pro­mie­nia­ła. Moja młod­sza o rok sio­stra była nie­zwy­kłą ko­bie­tą, moim nie­do­ści­gnio­nym ide­ałem. Wszy­scy mó­wi­li, że je­stem od niej pi­ęk­niej­sza, bo mia­łam wi­ęcej z uro­dy mat­ki, ale ja zna­łam praw­dę. W Sa­rze był blask, któ­ry roz­sie­wa­ła wo­kół sie­bie swo­im ser­decz­nym uśmie­chem i ła­god­nym uspo­so­bie­niem. Praw­dzi­wym. Aby jej do­rów­nać, mu­sia­łam bez prze­rwy się pil­no­wać, sto­po­wać swo­je my­śli, nie wy­po­wia­dać słów, któ­re jako pierw­sze ci­snęły mi się na usta.

Kie­dy tyl­ko nada­rzy­ła się oka­zja, po­pro­si­łam Sarę o roz­mo­wę pod byle ja­kim pre­tek­stem. Ufa­łam młod­szym sio­strom, ale nie na tyle, by na­wet przy nich w ko­ńcu być sobą.

– Kie­dy zo­ba­czy­łam was bez hi­dża­bów, to o mało co nie wy­sko­czy­ło mi ser­ce – za­ga­iłam, za­trza­sku­jąc za nami drzwi jej ma­łże­ńskiej sy­pial­ni. – Przy­tul­nie tu. – Ro­zej­rza­łam się na boki. – Bo­ga­to.

– Zayd wpraw­dzie po­zwo­lił mi zde­cy­do­wać, ale był taki okres, kie­dy na­le­gał, bym nie no­si­ła hi­dża­bu – od­pa­rła i ru­szy­ła z nie­sio­ną po­ście­lą w kie­run­ku ko­mo­dy.

– Zayd? – zdzi­wi­łam się. – Kie­dy ści­ągnęłaś? – za­py­ta­łam i usia­dłam na fo­te­lu. Wpraw­dzie kie­dyś bez py­ta­nia usa­do­wi­ła­bym się na jej łó­żku, ale te cza­sy mi­nęły. Te­raz by­ły­śmy mężat­ka­mi, a łoże było in­tym­ną stre­fą jej i męża.

– W dniu przy­lo­tu – sap­nęła z re­zy­gna­cją. – Na ra­zie jest do­brze, bo nie mia­łam oka­zji spo­tkać zbyt wie­lu osób. Sąsie­dzi są mili, w wi­ęk­szo­ści to bo­ga­ci eme­ry­ci, a Ja­me­sa po­zna­łam i na­wet nie zwra­cał na mnie uwa­gi.

– Ależ ja ci za­zdrosz­czę – prych­nęłam z nie­skry­wa­ną za­wi­ścią. Sara zna­ła praw­dzi­wą mnie, przy niej nie mu­sia­łam w ko­ńcu uda­wać.

– Prze­cież mo­żesz po­wie­dzieć Sa­mi­ro­wi, że ści­ągasz – upo­mnia­ła mnie i spoj­rza­ła z przy­ga­ną.

Unio­słam obie brwi i po­pa­trzy­łam na tę na­iw­niacz­kę z po­li­to­wa­niem.

– Sa­mir się trzęsie z wście­kło­ści, kie­dy ja­ki­kol­wiek jego pra­cow­nik za­wie­si na mnie wzrok o se­kun­dę za dłu­go – oznaj­mi­łam z drwi­ną.

– I dla­te­go mia­łby ci za­ka­zać ści­ągni­ęcia hi­dża­bu? – zdzi­wi­ła się.

Rok ży­cia w ma­łże­ństwie spra­wił, że za­po­mnia­ła, kim był nasz oj­ciec i ja­kie po­win­ny­śmy być wo­bec mężów.

– Nie, Saro! – za­śmia­łam się per­li­ście. – Mu­szę po pro­stu spra­wić, aby pro­po­zy­cja wy­szła od nie­go!

Sio­stra spoj­rza­ła na mnie ze smut­kiem.

– Czy ty go ko­chasz? – szep­nęła to py­ta­nie, jak­by się oba­wia­ła, że ktoś nas usły­szy.

Nie wie­dzia­łam, co mo­głam jej od­po­wie­dzieć, dla­te­go wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

Sa­mir by­wał zmien­ny, dla­te­go ja za­wsze mu­sia­łam być sta­tecz­na. Pod­czas gdy on mie­wał lep­sze i gor­sze dni, ka­żdy mój dzień mu­siał być taki sam. Ka­żde moje za­cho­wa­nie mu­sia­ło być od­po­wie­dzią na jego zmien­no­ść. Kie­dy był we­so­ły, mia­łam ra­do­wać się wraz z nim. Gdy do­skwie­rał mu smu­tek, po­cie­szać. Kie­dy był zły – mi­ni­ma­li­zo­wać ne­ga­tyw­ne emo­cje. Mu­sia­łam grać albo przy­jąć, że moje ży­cie jest jed­ną, wiecz­nie nie­ko­ńczącą się rolą.

Czy jest miej­sce na mi­ło­ść, je­śli nie ma miej­sca na by­cie sobą?

– Czy­li go nie ko­chasz? – W jej gło­sie po­ja­wił się smu­tek i nuta wspó­łczu­cia.

– A cze­go się spo­dzie­wa­łaś? – żach­nęłam się. – To w to­bie była za­wsze nie­ko­ńcząca się wia­ra w lu­dzi, ale nie – po­kręci­łam ener­gicz­nie gło­wą i wska­za­łam na sie­bie – we mnie nie było i nie będzie. I mi­ło­ści też nie będzie.

– Nie żal ci? – Co­raz moc­niej iry­to­wał mnie jej ton. – Ta­kie­go ży­cia, ży­cia, w któ­rym na­wet nie da­jesz wam szan­sy.

– W ra­zie co, mniej za­bo­li – prych­nęłam, ma­jąc na my­śli roz­wód. Wpraw­dzie na ra­zie da­wa­łam radę, ale zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że być może kie­dyś za­brak­nie mi sił na grę. – To taka pra­ca, Saro. – Za­trze­po­ta­łam nie­win­nie rzęsa­mi. – On ma mnie chro­nić i utrzy­my­wać, a ja być do­bra, miła i po­kor­na. – Cho­ciaż taki ob­ra­łam plan swe­go ży­cia, to z tru­dem do­ko­ńczy­łam wy­po­wia­da­nie słów. Gula w gar­dle za­pie­kła i pra­wie do­pro­wa­dzi­ła do za­tka­nia prze­ły­ku.

– Gra­jąc? – zdzi­wi­ła się.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i spoj­rza­łam w bok. Nie ro­zu­mia­ła mnie, bo Zayd ak­cep­to­wał jej na­tu­ral­nie do­bre ser­ce, pod­czas gdy moje było prze­si­ąk­ni­ęte ża­lem i wspo­mnie­nia­mi z ży­cia, kie­dy nie mia­łam się komu wy­ża­lić.

– Lu­bię go – po­wie­dzia­łam w ko­ńcu coś, co mnie od­sło­ni­ło w uczu­ciach. – Jest faj­ny, przy­naj­mniej na ra­zie. Kil­ka mie­si­ęcy po ślu­bie mia­łam ja­kiś kosz­mar i wy­bu­dzi­łam się z krzy­kiem. Za­dbał o mnie, a wte­dy… – uśmiech­nęłam się krzy­wo.

– Nie mie­wasz no­to­rycz­nych kosz­ma­rów – stwier­dzi­ła zdzi­wio­na. – Sana… – wes­tchnęła.

– Dzia­ła?! – Unio­słam głos i spoj­rza­łam na nią, wy­cze­ku­jąc od­po­wie­dzi. – Za kil­ka nocy prze­ży­ję ko­lej­ny kosz­mar, po­wiem, że oj­ciec zmu­sił nas do hi­dża­bu, co… – prych­nęłam – w mo­jej sy­tu­acji jest aku­rat praw­dą, a Sa­mir sam mi za­pro­po­nu­je, że­bym go zdjęła. Ewen­tu­al­nie – prze­wró­ci­łam ocza­mi – pój­dę do psy­cho­lo­ga i opo­wiem mu ckli­wą hi­sto­rię, dzi­ęki któ­rej w re­zul­ta­cie prze­sta­nę go no­sić.

Sara pa­trzy­ła na mnie, jak­by mnie nie zna­ła.

– Je­steś hi­po­kryt­ką – szep­nęła za­wie­dzio­na.

– Nie oce­niaj mnie – syk­nęłam.

– Al­lah cię oce­ni – mruk­nęła zde­gu­sto­wa­na moim po­stępo­wa­niem.

Resz­tę wie­czo­ru sie­dzia­łam z przy­kle­jo­nym uśmie­chem na ustach i ra­do­wa­łam się z ro­dzin­ne­go spo­tka­nia. Dziew­czyn­ki do­ka­zy­wa­ły w naj­lep­sze i opo­wia­da­ły o ży­ciu w Ra­ba­cie. Z ich opo­wie­ści do­wie­dzia­łam się kil­ku szcze­gó­łów, o któ­rych Sara za­po­mnia­ła wspo­mnieć. Uczy­ła się pil­nie an­giel­skie­go, jej mała fir­ma z ręcz­nie ro­bio­ny­mi to­reb­ka­mi i port­fe­la­mi cie­szy­ła się uzna­niem i po­mi­mo zmia­ny miej­sca za­miesz­ka­nia, wci­ąż otrzy­my­wa­ła za­mó­wie­nia. Je­dy­nie Maya była odro­bi­nę me­lan­cho­lij­na, co naj­wi­docz­niej udzie­li­ło się rów­nież Sa­mi­ro­wi. Niby się uśmie­chał, ale ten uśmiech nie do­cie­rał do oczu.

Zbli­ża­ła się pó­łnoc, a mnie za­częła ogar­niać sen­no­ść. Zdzi­wi­łam się, kie­dy Sa­mir od­mó­wił noc­le­gu, cho­ciaż ta­kie były pier­wot­ne usta­le­nia – week­end spędzi­my ra­zem.

– Cze­mu nie? – drążył nie­zra­żo­ny od­mo­wą Zayd.

– Mam dziw­ne bóle gło­wy – mruk­nął Sa­mir i prze­ta­rł oczy, po chwi­li się wy­szcze­rzył. – Może i w mo­jej gło­wie znaj­dą ja­kie­goś krwia­ka i na­pi­szę po­że­gnal­ny list żo­nie? – Pu­ścił do mnie oczko.

Pierw­szy raz nie wie­dzia­łam, jak za­re­ago­wać, bo nie po­tra­fi­łam ska­te­go­ry­zo­wać jego na­stro­ju. Bo­la­ła go gło­wa, a za­ra­zem try­skał czar­nym hu­mo­rem.

– Mogę po­pro­wa­dzić auto – za­pro­po­no­wa­łam zgod­nie, żeby wie­dział, że nie będę na­ci­skać na po­byt. Wpraw­dzie nie na­cie­szy­łam się jesz­cze sio­stra­mi i po­mi­mo drob­nej po­tycz­ki słow­nej z Sarą, chcia­łam z nią po­być.

Mąż na­chy­lił się do mo­je­go ucha, a jego od­dech przy­pra­wił mnie o przy­jem­ne dresz­cze.

– Je­steś cu­dow­ną żoną – za­mru­czał po­nęt­nie. – Zmie­nię cię w po­ło­wie tra­sy.

Z ro­dzi­ną po­że­gna­li­śmy się tuż po pó­łno­cy, a klu­czy­ki do auta tra­fi­ły w moje ręce. Sa­mir usta­wił mu­zy­kę na ci­chy, zmy­sło­wy pod­kład, a po­tem, jak­by od nie­chce­nia, po­ło­żył dłoń na moim udzie. Jego pal­ce su­nęły po­wo­li po mo­jej skó­rze, le­d­wo wy­czu­wal­nym, roz­pa­la­jącym do­ty­kiem. Ka­żdy mu­śni­ęty cen­ty­metr cia­ła zda­wał się pul­so­wać pod wpły­wem cie­pła jego dło­ni. Po­win­nam była mu po­wie­dzieć, że to roz­pra­sza… ale praw­da była taka, że nie chcia­łam, by prze­sta­wał.

Kie­dy do­strze­głam, że Sa­mir przy­snął, po­sta­no­wi­łam go nie wy­bu­dzać i pro­wa­dzi­łam da­lej. Je­dy­nie włączy­łam de­li­kat­nie chłod­niej­szy na­wiew, aby dzia­łał wy­bu­dza­jąco, i po­gło­śni­łam nie­znacz­nie mu­zy­kę. Po­ran­ne, flo­rydz­kie sło­ńce świe­ci­ło mi w ple­cy, kie­dy pod­je­cha­łam pod nasz dom. Gdy­bym mia­ła pro­wa­dzić i pa­trzeć na nie, na pew­no zmo­rzy­łby mnie sen. Na szczęście się uda­ło.

– Je­ste­śmy na miej­scu – szep­nęłam czu­le i po­gła­ska­łam męża po po­licz­ku.

Le­ni­wie uchy­lił po­wie­ki, a ja za­to­nęłam w otchła­ni czar­nej tęczów­ki. Sa­mir miał nie­by­wa­łe oczy, któ­re po­mi­mo ciem­ne­go ko­lo­ru, iskrzy­ły się ni­czym dwie mrocz­ne gwiaz­dy.

– Do­je­cha­łam – zdąży­łam po­wie­dzieć.

Jego dłoń opa­dła na mój kark, a mąż złączył na­sze usta w na­mi­ęt­nym po­ca­łun­ku. Nie wy­ry­wa­łam się, cho­ciaż miej­sce na pod­je­ździe nie było przy­sto­so­wa­ne do ta­kich po­ka­zów. Obie­ca­łam so­bie jed­nak jesz­cze przed ślu­bem, że ni­g­dy nie do­pro­wa­dzę do sy­tu­acji, aby prze­ciw­sta­wić się temu, co po­sta­no­wił Sa­mir. To mi da­wa­ło gwa­ran­cję. Wszak do­pó­ki by­łam zgod­na, nie za­słu­gi­wa­łam na karę.

– Pra­gnę cię – za­mru­czał mi­ędzy po­ca­łun­ka­mi.

– Ale tak w sa­mo­cho­dzie? – za­py­ta­łam ze­stre­so­wa­na.

– Wszędzie – od­pa­rł w tej sa­mej to­na­cji, co po­przed­nio.

– Nie oba­wiasz się, że zo­sta­nie­my przy­ła­pa­ni? – Niby py­ta­łam, lecz w rze­czy­wi­sto­ści na­kie­ro­wy­wa­łam go na wąt­pli­wo­ści co do wy­bo­ru miej­sca. – Nie chcia­ła­bym, aby ktoś wi­dział moje cia­ło. – Po­kor­nie spu­ści­łam wzrok.

– Masz ra­cję – po­twier­dził i bły­ska­wicz­nie wy­sko­czył z auta. – Cho­dź! – po­na­glił mnie i otwo­rzył tyl­ne drzwi po­jaz­du.

Za­nim zdąży­łam wy­si­ąść, Sa­mir za­brał na­sze tor­by i otwo­rzył dom klu­czem. Nie cze­ka­jąc na mnie, wsze­dł pierw­szy, po czym rzu­cił nie­dba­le pa­kun­ki. Gdy sta­nęłam w pro­gu, po­ci­ągnął mnie do środ­ka, nogą za­mknął drzwi, a mnie uwi­ęził w swo­ich ra­mio­nach.

Opa­rłam się ple­ca­mi o drzwi, czu­jąc, jak ich chłód kon­tra­stu­je z go­rącem bi­jącym od jego cia­ła. Sa­mir nie cze­kał, nie py­tał – po pro­stu wpił się w moje usta z za­chłan­no­ścią, jak­by chciał na­pić się mnie do ostat­niej kro­pli. Jego dło­nie moc­no ob­jęły moją ta­lię, a po­tem prze­su­nęły się ni­żej, na bio­dra, przy­ci­ąga­jąc mnie do sie­bie w nie­mej obiet­ni­cy tego, co mia­ło na­de­jść.

Nie wiem, kie­dy ru­szy­li­śmy w głąb po­miesz­cze­nia; nie re­je­stro­wa­łam ni­cze­go poza cie­płem jego do­ty­ku i sma­kiem jego warg. Na­gle po­czu­łam za sobą blat ku­chen­ny, na któ­ry po­sa­dził mnie spraw­nym ru­chem. Moje uda same za­ci­snęły się wo­kół jego bio­der, jak­by moje cia­ło zna­ło ten ta­niec le­piej niż ja sama. Dło­nie Sa­mi­ra su­nęły pod ma­te­ria­łem mo­jej bluz­ki, a ka­żde do­tkni­ęcie zo­sta­wia­ło za sobą roz­kosz­ny ślad cie­pła.

Uło­ży­łam dło­nie na kar­ku, aby roz­wi­ązać hi­dżab, lecz mąż po­ło­żył dło­nie na mo­ich łok­ciach. Pu­ści­łam wi­ąza­nie i unio­słam wzrok na Sa­mi­ra z nie­mym py­ta­niem.

– Zo­staw jesz­cze przez chwi­lę – mruk­nął ku­sząco. Po­tak­nęłam.

Jego usta prze­nio­sły się ni­żej – na li­nię żu­chwy, po­tem na szy­ję. Naj­pierw mu­skał moją skó­rę de­li­kat­nie, igra­jąc ze mną, aż na­gle przy­gry­zł ją lek­ko, spra­wia­jąc, że z mo­ich ust wy­rwa­ło się ci­che wes­tchnie­nie. Wpląta­łam pal­ce w jego wło­sy, przy­ci­ąga­jąc go jesz­cze bli­żej, chcąc wi­ęcej, czu­jąc, że po­wo­li tra­cę kon­tro­lę nad wła­snym cia­łem.

Bla­dy wschód sło­ńca wle­wał się przez okna, rzu­ca­jąc cie­płe re­flek­sy na na­pi­ętą skó­rę Sa­mi­ra, gdy po­zby­wał się mo­ich ubrań, jak­by chciał ce­le­bro­wać ka­żdy od­sło­ni­ęty cen­ty­metr cia­ła. Gdy w ko­ńcu wzi­ął mnie w ra­mio­na i prze­nió­sł na stół, z pod­nie­ce­nia prze­szły mnie ko­lej­ne dresz­cze.

Jego dło­nie su­nęły po mo­ich udach, po­wo­li, jak­by chciał przedłu­żyć na­pi­ęcie do gra­nic mo­żli­wo­ści. Czu­łam jego od­dech na skó­rze, go­rący, ury­wa­ny, kie­dy zło­żył pierw­szy po­ca­łu­nek tuż nad ko­la­nem. Prze­su­nął się wy­żej, zo­sta­wia­jąc po so­bie wil­got­ne śla­dy, de­li­kat­nie przy­gry­za­jąc wra­żli­we miej­sca. Moje pal­ce za­ci­snęły się na kra­wędzi sto­łu, a bio­dra unio­sły od­ru­cho­wo, jak­by do­ma­ga­ły się wi­ęcej.

Sa­mir spoj­rzał na mnie spod pó­łprzy­mkni­ętych po­wiek, jego oczy przy­po­mi­na­ły dwa ża­rzące się węgle. Uśmiech­nął się lek­ko, jak­by wie­dział, jak bar­dzo mnie roz­grze­wa, za­nim klęk­nął przede mną i roz­chy­lił moje uda. Cie­pło jego języ­ka spa­dło na mnie nie­spo­dzie­wa­nie, spra­wia­jąc, że moje cia­ło za­drża­ło. Ka­żdy ruch – po­wol­ny, piesz­czo­tli­wy, a po­tem bar­dziej za­chłan­ny – do­pro­wa­dzał mnie na skraj roz­sąd­ku.

Mój od­dech stał się nie­re­gu­lar­ny. Wplo­tłam jesz­cze raz pal­ce w jego wło­sy, za­ci­ska­jąc je na nich, kie­dy fala roz­ko­szy za­częła na­ra­stać. Sa­mir nie prze­ry­wał, trzy­mał moje bio­dra nie­ru­cho­mo, zmu­sza­jąc mnie, bym czu­ła wszyst­ko do­kład­nie tak, jak za­pla­no­wał. To­nęłam w przy­jem­no­ści, ca­łko­wi­cie pod­da­na jego ustom, jego dło­niom, jemu.

***

Świa­do­mo­ść wra­ca­ła do mnie po­wo­li, ni­czym cie­płe fale le­ni­wie ob­my­wa­jące brzeg. Moje cia­ło wci­ąż było ci­ężkie od snu, po­li­czek wtu­lo­ny w zna­jo­mą po­dusz­kę, co ozna­cza­ło, że le­ża­łam w na­szej sy­pial­ni. Czu­łam cie­pło otu­la­jącej mnie po­ście­li, zna­jo­my za­pach Sa­mi­ra wy­pe­łnia­jący prze­strzeń i coś jesz­cze.

Coś in­ne­go.

Coś przy­jem­ne­go.

Coś, co mnie wy­pe­łnia­ło i da­wa­ło spe­łnie­nie.

Stęk­nęłam, a dło­nie na mo­ich bio­drach za­ci­snęły się moc­niej, pal­ce wbi­ły się w skó­rę z pew­nym ro­dza­jem in­ten­syw­no­ści, któ­rej wcze­śniej w nim nie było. A po­tem po­czu­łam, jak Sa­mir się we mnie po­ru­sza – głębo­ko, pew­nie, sta­now­czo. Moje cia­ło na­tych­miast za­re­ago­wa­ło, od­dech przy­spie­szył, a ser­ce za­bi­ło moc­niej, ale to­wa­rzy­szy­ło temu coś wi­ęcej niż tyl­ko przy­jem­no­ść. Coś, co ka­za­ło mi się za­sta­no­wić.

Sa­mir był inny. Nie było w nim tej czu­ło­ści, któ­rą zna­łam tak do­brze. Tego mi­ęk­kie­go do­ty­ku, de­li­kat­no­ści, któ­rą ob­da­rzał mnie przez pierw­szy rok na­sze­go ma­łże­ństwa. Na­wet wczo­raj. Te­raz jego ru­chy były bar­dziej zde­cy­do­wa­ne, nie­mal su­ro­we, jak­by chciał mnie sobą wy­pe­łnić, pod­po­rząd­ko­wać, przy­po­mnieć, że na­le­żę do nie­go.

Jego usta od­na­la­zły li­nię mo­je­go kar­ku, ale nie pie­ścił mnie lek­ko jak daw­niej – przy­gry­zł skó­rę, za­zna­cza­jąc swo­ją obec­no­ść w spo­sób, któ­ry prze­szył mnie dresz­czem.

I wte­dy to do mnie do­ta­rło.

Nie za­ło­żył pre­zer­wa­ty­wy.

Po­czu­łam go w so­bie ina­czej niż zwy­kle, cie­plej, bar­dziej in­ten­syw­nie, bez żad­nej ba­rie­ry mi­ędzy nami. Moje pal­ce za­ci­snęły się na po­ście­li, a w gło­wie za­częły kłębić się my­śli. Za­wsze się za­bez­pie­cza­li­śmy. Za­wsze o to dbał. Dla­cze­go te­raz nie?

– Sa­mir… – szep­nęłam, pró­bu­jąc prze­kręcić gło­wę, ale on nie po­zwo­lił mi się od­su­nąć. Jego bio­dra na­pa­rły moc­niej, sku­tecz­nie od­bie­ra­jąc mi zdol­no­ść do dal­szej roz­mo­wy.

– Ci­cho – wy­mru­czał ni­skim, za­chryp­ni­ętym gło­sem, po­chy­la­jąc się nad moim uchem. – Po pro­stu to po­czuj.

Jego dło­nie prze­su­nęły się wy­żej, przy­trzy­ma­ły mnie sta­now­czo, a ja zda­łam so­bie spra­wę, że mimo de­li­kat­ne­go nie­po­ko­ju, nie chcę, by prze­sta­wał. Moje cia­ło re­ago­wa­ło na nie­go in­stynk­tow­nie, a umy­sł roz­my­wał się w fali przy­jem­no­ści.

Ale gdzieś w tyle gło­wy wci­ąż ko­ła­ta­ła mi się myśl:

– Dla­cze­go? – spró­bo­wa­łam za­py­tać jesz­cze raz wi­bru­jącym od prze­by­te­go or­ga­zmu gło­sem.

Mąż opa­dł obok mnie i przy­gar­nął do sie­bie. By­łam tak zmęczo­na przez pod­róż i od in­ten­syw­nych do­znań w krót­kim cza­sie, że na­wet nie mia­łam siły za­rzu­cić nogi na bio­dro Sa­mi­ra, a po­win­nam ją w so­bie zna­le­źć. Lu­bił, kie­dy to ro­bi­łam.

– Co dla­cze­go? – wes­tchnął, po czym zła­pał kil­ka od­de­chów.

– Nie za­bez­pie­czy­łeś się – od­pa­rłam za­wsty­dzo­na.

Ży­cie w Sta­nach po­ka­za­ło mi otwar­to­ść wśród lu­dzi. We mnie wci­ąż tkwi­ła nie­śmia­ło­ść i cho­ciaż ko­cha­łam roz­ma­wiać z Da­lią, sio­strą Sa­mi­ra, nie po­tra­fi­łam do­rów­nać jej w nie­po­ha­mo­wa­niu.

W dniu ślu­bu mąż pod­jął de­cy­zję, że będzie­my sto­so­wać za­bez­pie­cze­nie. Zgo­dzi­łam się, cho­ciaż is­lam, któ­re­go ja się uczy­łam, ka­te­go­rycz­nie za­bra­niał sto­so­wa­nia nie­na­tu­ral­nych me­tod ochro­ny przed ci­ążą. Wte­dy Sa­mir oznaj­mił, że nie zła­mie­my za­sad, któ­re mi wpo­jo­no. Sto­so­wa­li­śmy pre­zer­wa­ty­wy z je­lit ja­gni­ęcych – na­tu­ral­ne, bio­de­gra­do­wal­ne, ale nie chro­ni­ły przed cho­ro­ba­mi prze­no­szo­ny­mi dro­gą płcio­wą. Jak stwier­dził, ide­al­ne w na­szej sy­tu­acji, bo omi­ja­ły w pew­nym stop­niu ogra­ni­cze­nia ko­rzy­sta­nia z nich przez swą na­tu­ral­no­ść.

– Sa­mir… – Po­ło­ży­łam dłoń na jego po­licz­ku. Coś było nie tak.

Mąż od­wró­cił gło­wę w moją stro­nę i de­li­kat­nie się uśmiech­nął, ale nie było w tym czu­ło­ści, tyl­ko dziw­na, nie­zro­zu­mia­ła pew­no­ść sie­bie.

– My­ślę, że czas akli­ma­ty­za­cji mo­żna uznać za za­ko­ńczo­ny – za­po­wie­dział po­wa­żnie i de­li­kat­nie unió­sł je­den kącik ust. – Miesz­ka­my tu rok, zda­łaś pra­wo jaz­dy, masz zie­lo­ną kar­tę – wy­mie­niał, jak­by czy­tał ulot­kę. – Uczysz się an­giel­skie­go, a to może jesz­cze po­trwać, więc uwa­żam, że to jest od­po­wied­ni mo­ment, aby roz­po­cząć pro­kre­ację. – Pu­ścił do mnie oczko.

Fala ark­tycz­ne­go zim­na po­ło­ży­ła swo­je mac­ki na moim kar­ku i de­li­kat­nie sma­ga­ła tę część cia­ła. Le­ni­wie, a za­ra­zem moc­no wbi­ja­jąc się w skó­rę. Za­drża­łam.

– Dziec­ko? – pi­snęłam, a przed ocza­mi sta­nął mi ob­raz mo­jej mamy.

Nie mo­głam się od nie­go uwol­nić. Nie po­tra­fi­łam wci­ąż tego za­po­mnieć. Mia­łam może czte­ry lata, a może i nie. Może mniej, może odro­bi­nę wi­ęcej. Sara spa­ła na ko­zet­ce, w któ­rej oj­ciec zro­bił ba­rier­kę, żeby nie spa­dła. Było ciem­no, a mnie prze­ra­zi­ła bu­rza, tak częsta w ma­jo­we noce. Wsta­łam z łó­żka i po­szłam do po­ko­ju ro­dzi­ców. Im bli­żej by­łam, tym bar­dziej się ba­łam. Pi­ski, ci­che łka­nie i ten okrop­ny dźwi­ęk mlasz­czące­go zde­rza­nia się dwóch ciał. Wte­dy nie wie­dzia­łam, czym jest, do­pie­ro z cza­sem zro­zu­mia­łam. Ohyd­ne sap­ni­ęcia ojca wy­mie­sza­ne z wy­mu­szo­ny­mi po­ca­łun­ka­mi, sło­wa ni­czym wark­ni­ęcia i po­now­ne łka­nie ro­dzi­ciel­ki.

We­szłam do po­ko­ju, a świat za­trzy­mał się na chwi­lę, za to moje ser­ce wy­ry­wa­ło się z pier­si. Oj­ciec du­sił ją, du­sił moją mamę. Gwa­łcił, za­kry­wa­jąc jej usta dło­nią i szep­cząc sło­wa o swo­jej wła­dzy, jej pi­ęk­nie i ich mi­ło­ści. Rzu­ci­łam się na po­moc, czym moc­no zdez­o­rien­to­wa­łam ojca. Mama zdąży­ła krzyk­nąć, bym ucie­ka­ła, a po chwi­li po­czu­łam sil­ne ude­rze­nie i bu­rzy już nie było.

Dłu­go wma­wia­łam so­bie, że to był kosz­mar. Uda­wa­łam na­wet przed mamą, że uwie­rzy­łam w jej za­pew­nie­nia, ale jako dzie­wi­ęcio­lat­ka zdo­by­łam się na od­wa­gę i za­py­ta­łam. Bo w pew­nym sen­sie to był kosz­mar. Mo­jej mamy. Tyl­ko nikt nie mógł jej z nie­go wy­bu­dzić ani uwol­nić.

– Sana? – usły­sza­łam za­nie­po­ko­jo­ny głos Sa­mi­ra.

– Tak? – szep­nęłam, bo z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­łam, o czym roz­ma­wia­li­śmy.

– Po­wie­dzia­łem: tak – za­śmiał się i zła­pał mnie za nogę pod ko­la­nem, po czym uło­żył ją so­bie na bio­drze. – Po­wie­dzia­łem, że to do­bry mo­ment na dziec­ko.

Po­tak­nęłam, czu­jąc pod po­wie­ka­mi łzy. Dziec­ko ozna­cza­ło zwie­lo­krot­nie­nie mo­je­go uza­le­żnie­nia od męża i cho­ciaż z tym fak­tem by­łam po­go­dzo­na, oba­wia­łam się, że ta mała isto­ta da za­ra­zem prze­wa­gę Sa­mi­ro­wi, któ­rą z cza­sem wy­ko­rzy­sta. Wszak dzie­ci w is­la­mie na­le­ża­ły do ojca.

– To do­bry mo­ment – po­twier­dzi­łam ni­czym do­brze wy­szko­lo­na ak­tor­ka.