Zamęt - Kamila Bryksy - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zamęt ebook i audiobook

Bryksy Kamila

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Najgorsza prawda to ta, z którą nie chcesz się zmierzyć

W gdańskim ogrodzie zoologicznym znika dwunastoletni chłopiec. Żeby znaleźć Maksa, jego rodzice będą musieli stanąć twarzą w twarz z tym, co przed sobą ukrywają i o czym chcieliby zapomnieć.

W jeden dzień życie tej rodziny wywróci się do góry nogami. A może nigdy nic nie było w nim na właściwym miejscu?

Kto wie, gdzie jest Maks? Kto mówi prawdę, a kto kłamie? Kto sieje zamęt?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 296

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Andrzej Hausner

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewa32111

Dobrze spędzony czas

Ciekawa.
00



PROLOG

DZISIAJ, 22.00

Walę w drzwi po raz kolejny. Jeszcze chwila, a któryś z sąsiadów wyjdzie na korytarz. Nie ma to żadnego znaczenia. Nie interesuje mnie w tym momencie, kto mnie zobaczy i co sobie pomyśli. Mogą nawet zadzwonić na policję. Wszystko mi jedno. Zresztą to ja powinienem był wybrać numer sto dwanaście już kilka godzin temu.

– Otwieraj! – krzyczę, chociaż wiem, że moje wrzaski nie powodują żadnej reakcji po drugiej stronie.

Nikogo nie słyszę. Czuję, jak pot spływa mi po plecach. Koszulka przykleja mi się do ciała. Drżę ze zmęczenia, ze strachu, z gniewu.

Żałuję każdej sekundy tego dnia. Wszystko zrobiłem źle.

Opieram spocone czoło o drzwi z numerem dwieście dwadzieścia cztery i czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Zaciskam dłonie w pięści. Nie mam już siły uderzać nimi po raz kolejny.

Słyszę jakiś szmer. Ktoś jednak jest po drugiej stronie.

– Otwieraj! – krzyczę znowu, ale mój głos nie brzmi już tak pewnie jak przed chwilą. Jest coraz słabszy, zachrypnięty. Nasłuchuję.

Dźwięk przekręcanego w zamku klucza sprawia, że moje serce zaczyna walić jeszcze szybciej, chociaż wydawało mi się, że pracuje już ponad siły.

Cisza. Zamieram w bezruchu, czekając na to, co zrobi osoba stojąca po drugiej stronie. Nic się nie dzieje.

Naciskam klamkę i otwieram drzwi. W przedsionku jest ciemno. Boję się zrobić krok do środka, ale przecież nie mam wyjścia. Przesuwam dłonią po ścianie z lewej strony. Po omacku szukam włącznika światła. Pomieszczenie wreszcie się rozświetla, ale nadal panuje tu półmrok.

Widzę ją. Siedzi na podłodze obok komody. Skulona. Rękoma oplotła nogi i drży niemniej niż ja. Ten widok mnie zaskakuje. Przez telefon emanowała pewnością siebie. Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, kiedy z pomieszczenia obok dochodzą dziwne dźwięki. Próbuję się skupić na tym, co słyszę. Znam tę melodię. Znam te słowa.

Moją uwagę przykuwa jednak coś innego. Jej dłonie. Mają krwistoczerwoną barwę.

Dopiero teraz spostrzegam, że siedzi w kałuży krwi.

Robi mi się słabo. Przytrzymuję się framugi. Piosenka, którą słyszę zza zamkniętych drzwi pokoju, jest coraz głośniejsza. Ktoś tam jest? Dźwięk staje się nie do zniesienia. Zasłaniam uszy dłońmi.

Czy to tylko moje zmysły szaleją od nadmiaru stresu i bodźców?

Ona nic nie mówi. Nawet na mnie nie patrzy. Kuli się jeszcze bardziej.

Ostatkiem sił robię kilka kroków przed siebie. Przytrzymuję się ściany. Naciskam klamkę. Nie wiem, co zobaczę za tymi drzwiami. Boję się.

Niech ten dzień wreszcie się skończy.

Nagle słyszę odgłos kroków. Ktoś biegnie korytarzem. Stukot butów staje się coraz głośniejszy.

– Widzę, że jesteśmy w komplecie – słyszę za plecami głos, a potem trzask i dźwięk przekręcanego w zamku klucza.

MAKS

DZISIAJ, 11.15

Trzymam w rękach wydrukowany przez tatę plan zoo. Jadąc tutaj, zaznaczyłem na mapce zwierzęta, które koniecznie chcę zobaczyć. Pokazałem to tacie, a on powiedział, że na wszystko się zgadza i że mam prowadzić tam, dokąd chcę.

Może to głupie, ale chciałem, żeby on też powiedział, jakie zwierzęta go interesują. Fajnie, że pojechaliśmy dokądś razem, ale wydaje mi się, że tata wcale nie cieszy się z tej wizyty w zoo.

Koledzy mi czasami mówią, że zachowuję się jak dziecko, bo fascynują mnie zwierzęta, dinozaury i kosmos. To podobno zainteresowania przedszkolaków. Może tata też tak uważa? Myśli, że jestem dziecinny? Nie chcę, żeby miał o mnie takie zdanie.

Podchodzę do płotu oddzielającego mnie od żyraf i zebr, które mają wspólny wybieg. Siadam na drewnianej ławce ustawionej tyłem do płotu. Zamiast obserwować najwyższe ssaki na ziemi, przyglądam się tacie. Chciałem mu opowiedzieć o tym, że serce żyrafy waży aż jedenaście kilogramów. Że żyrafa może zjeść nawet sześćdziesiąt kilogramów pożywienia dziennie, a jej język ma aż czterdzieści pięć centymetrów. Że na głowie żyrafy znajdują się ossikony, a nie rogi, jak wszyscy myślą. To wypukłości kostne pokryte skórą.

Powtarzam w głowie kolejne informacje o żyrafach, którymi chciałem się podzielić. Czy to w ogóle tatę zainteresuje?

Nie sądzę, że moi koledzy znają takie słowo jak ossikony. Te fakty o żyrafach są przedstawione na tablicy informacyjnej przed wybiegiem, ale żadne dziecko nie zatrzymuje się, żeby je przeczytać. Tylko jedna starsza pani zrobiła zdjęcie tej tablicy i chwilę się jej przyglądała. Chyba nikogo poza mną nie ciekawią takie rzeczy.

Robi mi się smutno. Czy coś jest ze mną nie tak?

Mija mnie meleks, którym można przemieszczać się po zoo, zamiast chodzić na piechotę. Prowadzący pojazd zagaduje dzieci o kapibary. Nie rozumiem, czemu wszyscy się teraz nimi ekscytują. Tak samo jak wombatami. Na szczęście tych drugich nie ma w gdańskim zoo, bo inaczej na pewno ustawiłaby się do nich wielka kolejka. Lepiej byłoby, gdyby wszyscy zaczęli fascynować się oryksem szablorogim. Tylko dzięki programom ochrony udało się sprawić, że znowu żyje w naturze. Jeszcze kilka lat temu był uznawany za gatunek wymarły w stanie dzikim. Przecież to jest fascynujące!

Chyba jednak mam rację. Tata zabrał mnie tutaj, chociaż sam nie miał na to ochoty. Cały czas patrzy w telefon. Znowu opowiadałem mu dzisiaj o Minecrafcie. Grze, w którą grają teraz wszyscy, ale tym też tata nie wydawał się zainteresowany. Chciałem mu zaimponować. Opowiedzieć o czymś, co nie jest dziecinne. W tej grze można atakować potwory i budować własny świat. Mnie to nie fascynuje, ale wszyscy o tym mówią. Myślałem, że tatę również to zaciekawi.

Chowa telefon do kieszeni i się rozgląda. Chyba mnie nie widzi. Wiem, że tata nie lubi tłumów ani hałasu. Często nie potrafi się wtedy skupić. Czasami musimy wyjść z centrum handlowego, bo jest tam dla niego za dużo dźwięków. Mama się denerwuje, że jak idą razem na koncert albo do teatru, to tata musi cały dzień przed wyjściem odpoczywać, a po powrocie – długo spać. Mnie to nie dziwi, też nie lubię hałasu.

– Maks?! – woła tata, a ja nie mogę powstrzymać śmiechu. Przecież patrzy w moim kierunku, ale naprawdę mnie nie widzi.

Rozgląda się dookoła. Chyba nie wie, co ma zrobić. W sumie ma rację, mogłem przecież pójść wszędzie, kiedy nie patrzył.

– Maksymilian! – krzyczy jeszcze raz. Teraz widzę, że jest już zdenerwowany.

– Tato, przecież tutaj jestem! – wołam i macham, a on szybko do mnie podchodzi.

– Cały czas tutaj byłeś? – pyta zakłopotany.

– Tak, nie ruszyłem się ani o krok – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Chodź, pójdziemy obejrzeć te szympansy. Opowiesz mi o nich coś więcej? – pyta i obejmuje mnie ramieniem.

Czyli jednak źle pomyślałem. Tata mnie słuchał. Mówiłem mu dzisiaj przy śniadaniu o książce, którą czytałem. Dowiedziałem się, że DNA szympansów jest w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach takie samo jak DNA ludzi. Niesamowite!

Teraz tata chce posłuchać, co jeszcze wiem na ten temat. Uśmiecham się szeroko, kiedy idziemy razem alejkami.

To jednak będzie miły dzień.

IGA

DZISIAJ, 11.15

Co za koszmar. Ten sen i poranek. Boli mnie głowa. Nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Tak bardzo chce mi się spać i pić. Zaschło mi w gardle. Przymykam oczy i czuję, że jeszcze chwila, a znowu zasnę. Nie wiem, która jest godzina. Jest tak cicho i ciemno. Może to środek nocy?

Nie słyszę Maksa ani Kuby. Pewnie jeszcze śpią. Ja też powinnam odpocząć, ale nie chcę zasypiać. Nie zamierzam znowu być uczestniczką tego sennego koszmaru, który zafundował mi mój umysł.

Wrzaski, mocne światło, tłum ludzi i ja, krążąca po labiryncie, z którego nie mogę się wydostać. Ściany ze szkła, w których widzę siebie jak w lustrze. Tracę orientację. Czy ja już tędy szłam? Odwracam się, ale nie mam pojęcia, dokąd iść. Chcę krzyczeć, ale z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk. W tafli szkła widzę, że otwieram usta, nic jednak nie słychać. Próbuję mocniej. To na nic. Nigdy się stąd nie wydostanę.

Obracam się na drugi bok, a pościel nieprzyjemnie szeleści. To dziwny dźwięk, nie znam go. Czuję, jak ból głowy narasta, aż zaczynają mi pulsować skronie. Masuję je przez chwilę palcami. Może jednak powinnam zasnąć? Jestem tak bardzo zmęczona. Nie wiem, jak długo spałam. A może wcale?

Zdarzały mi się noce, kiedy przez kilka godzin leżałam z zamkniętymi oczami i nie mogłam zasnąć. Balansowałam na granicy snu i jawy, jakby moje ciało nie chciało się poddać i odpłynąć w krainę Morfeusza. Zamiast odpocząć, byłam w stanie ciągłej gotowości do działania. Mogłam wstać nawet w środku nocy, nie przespawszy ani minuty, i iść do pracy. Podobno tak moje ciało reagowało na stres.

Skoro teraz czuję się senna, to może jednak zaryzykuję i pozwolę sobie na odpoczynek? Tylko że ten koszmar wcale nie sprawia, że się odprężam. Wręcz przeciwnie. Czuję, że moje ciało jest wyczerpane.

Sen był tak realistyczny, jakby dział się w rzeczywistości. Nienawidzę takich koszmarów. Szczególnie że kilka razy przyśniło mi się coś, co potem wydarzyło się naprawdę.

Albo to mój umysł dopasował wszystko do prawdziwego życia. Uzupełnił elementy układanki tak, żeby ze sobą współgrały. Trudno mi to pojąć.

Labirynt, z którego nie mogę wyjść, śnił mi się nie pierwszy raz. Kupiłam sobie kilka miesięcy temu książkę o snach i sprawdziłam, co to oznacza. Zagubienie, skomplikowana sytuacja życiowa, chaos.

Nie dość, że dzieje się to na jawie, to jeszcze musi mnie dręczyć w nocy.

Ból głowy trochę zelżał. Czuję, że powieki stają się ciężkie. Jest mi coraz trudniej zapanować nad sennością.

Proszę, tylko nie labirynt. Niech nic mi się nie śni.

KUBA

DZISIAJ, 11.40

– Czy widział pan mojego syna? – pytam mężczyznę stojącego obok mnie, ale on od razu kręci przecząco głową i odwraca wzrok. – Był tutaj przed chwilą. Musiał pan zwrócić na niego uwagę. Dwunastoletni chłopiec.

Mężczyzna ignoruje mnie i idzie przed siebie. Może to nie był Polak? Może mnie nie zrozumiał?

– A pani? Widziała pani chłopca? Czarne krótkie spodenki, beżowa koszulka. Dwanaście lat.

– Dzieci, proszę pana, to trzeba pilnować – odpowiada opryskliwie kobieta i ciągnie za rękę swoją córkę.

Dziewczynka wygląda, jakby była w wieku Maksa. Uśmiecha się do mnie przepraszająco. Żal mi tego dzieciaka.

– Nie prosiłem o poradę wychowawczą – mówię głośno, ale nie sądzę, że ta kobieta cokolwiek zrozumie.

Ciekawe, jak ona by się zachowała, gdyby nie wiedziała, gdzie jest jej córka. Chociaż tak kurczowo trzyma ją za dłoń, że pewnie nie wypuszcza jej nigdy samej z domu. Biedne dziecko.

Kilka osób odwraca się na dźwięk moich słów. Wymieniają spojrzenia.

– Szukam syna, stał tutaj przed chwilą. Ma dwanaście lat – wyjaśniam.

– Jak wygląda? – pyta miłym głosem jakaś kobieta.

Powtarzam, w co był ubrany Maks. Mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem, bo kiedy mówię to po raz kolejny, już nie jestem pewien, czy włożył dzisiaj beżową koszulkę z grafiką z Minecrafta. Opowiadał mi wiele razy o tej grze komputerowej, ale nadal nie rozumiem, co go w niej tak fascynuje.

Czy to na pewno była beżowa koszulka? A może jednak niebieska? Muszę się skoncentrować. Może on znowu gdzieś tu stoi, a ja go nie widzę.

– Maks! To nie jest śmieszne! – wołam, licząc na to, że syn się za chwilę pojawi.

– To zgubił się czy się schował? – słyszę głos kobiety, która przed chwilą udzielała mi nieproszonej porady.

– Może powinien pan zapytać kogoś z pracowników zoo – odzywa się jakiś mężczyzna.

– Pan go nie widział? – dopytuję.

Kręci przecząco głową i odchodzi. Mówi coś do kobiety, która idzie obok niego, a ta spogląda na mnie przez ramię. Kiedy widzi, że na nią patrzę, odwraca głowę.

Rozglądam się wokół. Wszędzie jest pełno dzieciaków, ale nigdzie nie widzę niebieskiej czapki z daszkiem na głowie chłopca sięgającego mi mniej więcej do ramienia. Jest niebieska, tego jestem pewien. Sam mu ją kupiłem podczas delegacji kilka miesięcy temu.

„Spokojnie”, powtarzam do siebie kilka razy w myślach. „Opanuj się. To duży chłopak, na pewno gdzieś tu jest”.

Spoglądam w kierunku wybiegu, gdzie właśnie rozpoczęło się karmienie. Pracownik zoo wyciąga z wiadra ryby, a jego koleżanka opowiada zwiedzającym o życiu pingwinów przylądkowych.

Ruszam szybkim krokiem w kierunku ich wybiegu. Maksa pewnie zaciekawiły pingwiny.

Rozglądam się ponad głowami dzieci ubranych w identyczne zielone kamizelki odblaskowe. To chyba wycieczka z przedszkola. Zachowują się bardzo głośno. Jestem już zmęczony tym hałasem, a przyszliśmy tutaj niedawno. Wizyta w zoo w wakacyjny weekend to nie był dobry pomysł.

Nigdzie nie widzę mojego syna.

– Pingwiny przylądkowe zamieszkują wybrzeża Afryki Południowej, spotkać je można… – dochodzi do mnie wesoły głos kobiety. Mikrofon, do którego mówi, nieprzyjemnie trzeszczy. Dzieci krzyczą, pokazując palcami pingwiny. Nauczycielka próbuje zapanować nad grupą. Ten hałas nie pozwala mi się skupić.

Nie miałem pojęcia, że pingwiny żyją w Afryce. Czy Maks to słyszał? Na pewno będzie tym zafascynowany. Gdzie on, do cholery, jest?

– Dorosłe osobniki mają nawet sto dwadzieścia centymetrów wzrostu i żywią się głównie… – Pracownica zoo kontynuuje opowieść o zwierzętach.

Maks ma chyba dziesięć centymetrów więcej od tych pingwinów. Tak mi się wydaje, chociaż nie jestem pewien. Iga kupuje mu ubrania. Gdzie on się podział? Dokąd poszedł?

– Widzicie pingwina, który jest cały biały? Przywitajcie się z Kokosanką. To wyjątkowa członkini stada naszych pingwinów. Wykluła się w dwa tysiące osiemnastym roku i jest albinosem. To jedyny taki pingwin mieszkający w ogrodzie zoologicznym na świecie!

Co ja mam zrobić? Czy jest tu jakiś monitoring? Czuję, jak robi mi się gorąco. Ile czasu już go nie ma? Dziesięć minut? Serce wali mi coraz szybciej. Wrzaski dzieciaków, które cieszą się, kiedy pingwin łapie w locie rybę, nie pomagają. Nie mogę się skoncentrować.

Gdzie jest mój syn? Rozglądam się, ale nigdzie go nie widzę. Jak to możliwe? Przecież był tutaj jeszcze przed chwilą.

Pokaz karmienia się zakończył. Wycieczka poszła w głąb ogrodu zoologicznego, a przy barierce zostało tylko kilka rodzin. Nigdzie nie widzę Maksa. Ruszam z powrotem pod wybieg dla małp.

Niebieska czapka. Chłopiec wkłada rękę przez kraty wybiegu dla danieli. Przyspieszam.

– Maks! Maksymilian! – krzyczę coraz głośniej, ale on nie reaguje.

Jakaś kobieta łapie go za ramię i odciąga od płotu. Dobrze, że to zrobiła. Co to za pomysł, żeby przekładać rękę przez kraty? Zwariował. Przecież nigdy nie zachowywał się tak nieodpowiedzialnie.

Dziecko się odwraca. Zatrzymuję się. To nie jest mój syn. Klnę w myślach.

Zawsze się mnie pilnował. Ma już dwanaście lat, umie sobie sam poradzić, ale do jasnej cholery, przez dwanaście lat nigdy go nie zgubiłem. Nawet kiedy był biegającym wszędzie trzylatkiem. Zawsze wiedziałem, gdzie jest.

Odszedłem od niego tylko na moment. Przy klatce z małpami było za głośno. Chciałem się skupić na wiadomości, którą pisałem. To było dla mnie ważne.

Wróciłem w miejsce, w którym go zostawiłem. Nie było mnie może pięć minut, a on dokądś poszedł. To do niego zupełnie niepodobne. Żałuję, że nie pozwoliłem mu zabrać ze sobą telefonu. Mieliśmy spędzić czas razem. Bałem się, że będzie patrzył przez cały dzień w ekran, zamiast ze mną rozmawiać. Ciągle widzę go ze smartfonem w ręku, więc chciałem, żeby ten dzień wyglądał inaczej.

Maks ma już swoich znajomych i świat, do którego nie dopuszcza rodziców. Ostatnio coraz częściej orientuję się, że traktuję go jak dziecko, a to nastolatek. Rozmawialiśmy o tym kilka tygodni temu z Igą.

– Świetny przykład mu dałem – mamroczę do siebie, myśląc o tym, że przecież to ja ciągle zerkałem na wiadomości i odszedłem od Maksa, żeby dalej wymieniać esemesy. Teraz też, rozglądając się za nim, ani na chwilę nie schowałem komórki do kieszeni.

Co mam zrobić? Stać tutaj i czekać, aż sam się pojawi? A może nie przyjdzie? Może ktoś go porwał? Nie, to niemożliwe.

Tu jest tłum ludzi, a takie sytuacje chyba nie zdarzają się w ciągu dnia, w zatłoczonym ogrodzie zoologicznym. Mój umysł podsuwa mi kolejne czarne scenariusze. Przestaję myśleć racjonalnie. To jest dwunastolatek. Bardzo zaradny chłopak. Na pewno dokądś poszedł i zaraz wróci. Może do toalety? Po co ja tak panikuję? Mógł przechodzić obok mnie i powiedzieć, że dokądś idzie, a ja byłem za bardzo skupiony na pisaniu wiadomości, żeby go usłyszeć.

Maks nigdy nie zrobiłby niczego nieodpowiedzialnego. Powinienem po prostu tu na niego poczekać.

Jednak minęło trochę czasu. Wydaje mi się, że gdyby poszedł do toalety, to już by tutaj wrócił. Nie wiem, co mam robić. Odchodzę od zmysłów.

Przesuwam palcem po rysie, która biegnie przez cały ekran mojego telefonu. To pamiątka po wczorajszej kłótni z Igą. Dobrze, że smartfon dalej działa.

Biorę głęboki oddech. Wybieram numer mojej żony.

IGA

DZISIAJ, 12.20

– Powtórz, coś przerywa – mówię do telefonu, a dźwięk mojego głosu mnie zaskakuje. Jest zachrypnięty, słaby. Nie wiem dlaczego, przecież wczoraj czułam się dobrze.

Próbuję zwiększyć głośność, ale losowe wciskanie przycisków, z półotwartymi oczami, nie przynosi rezultatów. Obudził mnie dzwoniący telefon, czyli jednak zasnęłam. Nie wiem, która jest godzina.

Kuba się rozłącza. Mrużę oczy, bo ekran emituje światło, które drażni moje źrenice. W końcu przyzwyczajam się do jasności. Podnoszę się i siadam na brzegu łóżka. Znowu ten nieprzyjemny dźwięk szeleszczącej pościeli. Dziwnie się czuję. Kręci mi się w głowie.

Dotykam bosymi stopami podłogi. Moje ciało przeszywa chłód. Zastygam w bezruchu, ale moje serce – wręcz przeciwnie. Bije tak szybko, jakbym właśnie biegła w maratonie.

Postawiłam stopy na zimnych kaflach, a w naszej sypialni mamy drewnianą podłogę. Obok łóżka, po mojej stronie, leży miękki dywanik, który przywieźliśmy z wakacji w Krakowie.

Momentalnie zaczyna mnie boleć głowa. Pulsują mi skronie. Dotykam dłońmi pościeli i materaca. Nic nie wydaje się znajome.

Gdzie ja jestem?

W pomieszczeniu panuje zupełna ciemność. Włączam latarkę w telefonie i się rozglądam. Podnoszę się z łóżka. Moje nogi drżą. Czuję, jak ogarnia mnie panika.

Gdzie są drzwi? Jak stąd wyjść? Dlaczego tak bardzo boli mnie głowa? Zahaczam o coś nogą. To kabel od lampy, która teraz upada z hukiem na podłogę. Odskakuję w ostatnim momencie, ale wokół mnie leżą kawałki szklanego klosza. Błyszczą w świetle latarki.

Nie jestem w swoim domu. Obudziłam się w miejscu, którego nie znam. Nie wiem, jak tutaj trafiłam. Boję się.

Zaciskam dłoń na telefonie i nasłuchuję. Cisza. Żadnych dźwięków. Chociaż wydaje mi się, że dochodzi do mnie szum samochodów. To znaczy, że jest tutaj jakaś ulica. Nie jestem zamknięta w domu na odludziu.

Dłoń drży, kiedy wybieram numer Kuby. Z trudem dotykam ekranu, próbując trafić w odpowiednie miejsca. Głos w słuchawce informuje mnie, że jego telefon jest niedostępny. Włącza się poczta głosowa. Próbuję kolejny raz, ale numer jest ciągle zajęty. Pewnie Kuba oddzwania do mnie. Jeśli będziemy robić to jednocześnie, nigdy nie porozmawiamy. Dobrze, że jest tutaj zasięg.

Idę, ostrożnie stawiając stopy, w kierunku jedynego dźwięku, jaki do mnie dochodzi. Słyszę klakson, a po nim pisk opon na asfalcie. Pewnie ktoś hamował awaryjnie. Łapię za ciężki materiał zasłon i jednym ruchem odsłaniam okno. Mrużę oczy.

Gdzie ja jestem? Nie poznaję tego miejsca. Rozglądam się po pomieszczeniu. To chyba kawalerka, bo pośrodku salonu stoi rozłożona kanapa, na której się obudziłam. Oprócz niej zmieściły się tutaj szafa i telewizor. Jest też aneks kuchenny. Białe drzwi prowadzą pewnie do łazienki. Są zamknięte.

Obudziłam się w małym mieszkaniu, w bloku, pośrodku miasta. To już wiem, ale niewiele to zmienia. Co tutaj robię? Kto mnie tu przyprowadził?

Jestem w swoich ubraniach, obok kanapy leży moja torebka. Zaglądam do środka. Są tam klucze od mieszkania i portfel z dokumentami. Nie zostałam okradziona. Nie widzę jednak nigdzie moich butów. To bez znaczenia. Muszę stąd jak najszybciej wyjść, choćby boso. Naciskam klamkę drzwi wejściowych. Zamknięte. Przekręcam górny zamek. Dalej nic.

Robi mi się gorąco. Spoglądam na zamknięte białe drzwi, za którymi prawdopodobnie znajduje się łazienka. Może ktoś tam jest? Obserwował mnie, kiedy spałam, a gdy się obudziłam, schował się w środku?

Zastygam w bezruchu. Cisza. Żadnego szmeru. Chyba wyobraźnia podpowiada mi zbyt wiele.

Otwieram z impetem białe drzwi i zapalam światło. Tak jak myślałam, to łazienka. Jest pusta. Pod prysznicem widzę moje skórzane sandały. Stoją oparte o ścianę, jakby ktoś je umył i zostawił do wysuszenia.

Nic z tego nie rozumiem. Wybieram po raz kolejny numer Kuby. Znowu zajęte. Co mam zrobić? Do kogo zadzwonić? Na policję? I co im powiem?

Spoglądam w lustro. Oprócz swojej potarganej fryzury i rozmazanego tuszu do rzęs widzę przyczepioną kartkę.

Dlaczego mam taki mocny makijaż? Nie maluję się na co dzień. Jedynie wtedy, gdy wychodzimy do teatru albo na spotkanie ze znajomymi. Sięgam po kartkę i zerkam na ekran wibrującego telefonu. To Kuba, w końcu oddzwania.

– Co się dzieje?! – pyta, wyraźnie zdenerwowany. – Dzwonię do ciebie, nie odbierasz, potem nie masz zasięgu. Gdzie ty jesteś?!

– Ja… nie… ja… – Nie wiem, co mam mu powiedzieć. To, co właśnie przeczytałam na karteczce przyczepionej do lustra, bardzo mnie zaskakuje. – Czemu dzwonisz? Coś się stało? – pytam wreszcie, chociaż jeszcze przed chwilą to ja chciałam mu powiedzieć, że wydarzyło się coś złego.

Wychodzę z łazienki, uważam, żeby nie nadepnąć na kawałki szkła. Opadam ciężko na kanapę. Opieram czoło o dłoń, a drugą ręką przyciskam do ucha telefon.

– Kuba, co się dzieje? – powtarzam kolejny raz. Chcę jak najszybciej skończyć tę rozmowę.

Słyszę, jak bierze głęboki oddech.

– Maks mi zniknął. Nie mogę go znaleźć. Możesz tutaj przyjechać? Iga, nie wiem, co mam robić.

– Gdzie jesteś? O czym ty w ogóle mówisz? – Kładę dłoń na klatce piersiowej.

Od kilkunastu minut serce bije mi tak mocno i szybko. Boję się, że zaraz zemdleję albo dostanę zawału.

– Przecież ustaliliśmy, że jedziemy rano do zoo, zapomniałaś? Iga, odszedłem od niego na chwilę, oglądał małpy. Na sekundę się odwróciłem. To nie jest, do jasnej cholery, małe dziecko, nie ma już pięciu lat. Dokąd on poszedł?

– Kiedy to ustaliliśmy? Kto wymyślił, że rano, beze mnie, pojedziecie do zoo? Która jest w ogóle godzina?

– Jeszcze przed moim wyjazdem. Przecież miałem spędzić z Maksem cały weekend, jak tylko wrócę. Sama to zaproponowałaś. Mówiłaś, że mamy iść sami. Iga, trzy razy powtarzałaś, że chcesz mieć czas na pracę. Powtarzałaś, że nie masz kiedy rysować.

Wydaje mi się, że to ostatnie zdanie wypowiedział z wyrzutem. Jakby to była moja wina, że Maks zniknął mu z oczu. Poza tym nie mogę sobie przypomnieć, żebyśmy w ogóle ustalili takie plany na weekend.

– Gdzie go ostatni raz widziałeś?

– Odwróciłem się na chwilę. Musiałem coś załatwić, sprawy biznesowe, to nie mogło poczekać. Jak wróciłem, to już go nie było. Obszedłem ten wybieg i te obok, naokoło, nigdzie go nie ma. Możesz tu przyjechać? Gdzie ty w ogóle jesteś?

– Znajdź go – mówię stanowczo, ignorując jego pytanie.

– Stoję dokładnie w tym miejscu, w którym go zostawiłem. Czekam, może wróci.

– Czekasz? Dzwonisz do mnie, zamiast działać? Znajdź kogoś z obsługi, niech sprawdzą monitoring i go wywołają przez jakiś megafon! To jest zoo, na pewno mają wszędzie kamery. Maks nie mógł daleko pójść. Pewnie go coś zaciekawiło. To jest mądre dziecko.

– Wiem o tym.

– Znajdź go. – Rozłączam się.

Próbuję się skupić. Powinnam jechać do zoo czy od razu na policję? Kuba powinien czekać tam, gdzie widział Maksa ostatni raz, czy biegać po zoo i go szukać? Co mamy zrobić?

Nie dość, że spędziłam noc poza domem, chociaż tego nie planowałam, to jeszcze nie wiem, gdzie jest moje dziecko.

Trzymam w dłoni znalezioną w łazience kartkę. Ze złością zgniatam ją w kulkę i wciskam do kieszeni spodni.

Muszę się uspokoić.

Sięgam po szklankę stojącą na półce nad blatem kuchennym. Nalewam zimną wodę z kranu i wypijam ją duszkiem. Otwieram okno na oścież, opieram się dłońmi o parapet. Czuję, jak każdy mięsień w moim ciele się napina. Zaciskam zęby. Oddycham płytko, co z pewnością nie pomaga mi się uspokoić.

Wczorajszy wieczór nagle przelatuje mi przed oczami. Słowa, twarze ludzi, śmiechy, krzyk.

Tylko że te obrazy nie składają się w logiczną całość. Nie ma ciągu następujących po sobie zdarzeń. Zamiast tego w mojej głowie są tylko jakieś strzępy myśli, urywki.

Byłam na imprezie. Już pamiętam, zrobiłam sobie makijaż przed wyjściem z mieszkania. Kilka pociągnięć kredką do oczu, cień do powiek, tusz, szminka. Wybiegłam z domu i wsiadłam do autobusu. Co było potem?

Co ja zrobiłam? Gdzie jest Maks?

KUBA

DZISIAJ, 12.25

Rozglądam się cały czas. Wskakuję na murek i próbuję dojrzeć, czy w kolejnej przechodzącej obok zgrai dzieci nie zaplątał się mój syn. Tym razem to jakaś grupa z kolonii. Mają identyczne czapki i koszulki.

Przychodzi mi do głowy myśl, że może Maks spotkał kogoś znajomego z klasy i się z nim zagadał. Opowiadał mi dzisiaj o Franku, tym swoim najlepszym koledze.

Nie lubię jego matki – zawsze omiata mnie oceniającym wzrokiem od stóp do głów, kiedy odbieram Maksa ze szkoły. Za każdym razem na siłę próbuje nawiązać ze mną rozmowę i zawsze chwali, jakim wspaniałym chłopcem jest mój syn. Przecież wiem, że jest wyjątkowy.

„Tyle zawdzięczamy Maksowi. Stał za Frankiem murem, kiedy nabijali się z niego chłopcy ze starszej klasy. Masz prawdziwego bohatera w domu. To pewnie po tacie, prawda?” – przypominam sobie jej ostatnie słowa, po których nastąpił sztuczny uśmiech. Złapała mnie wtedy za ramię, tak jakby to, że nasze dzieci się przyjaźnią, miało sprawić, że my też będziemy sobie bliscy. Odnoszę wrażenie, że zawsze czeka, bym ja, w ramach rewanżu, pochwalił jej syna. Nie znam go, nie wiem, co miałbym o nim powiedzieć.

Nigdzie nie widzę Maksa. Rozglądam się po latarniach i ogrodzeniach, próbując zlokalizować kamery monitoringu i jakiegoś pracownika, którego mogę poprosić o pomoc.

Idę w kierunku toalet. Liczę na to, że może syn czeka w kolejce. Przyglądam się stojącym tam dzieciom. Przeciskam się przez sznur ludzi i wchodzę do środka, ignorując niewybredne komentarze pod moim adresem.

– Szukam syna – rzucam w kierunku ludzi, którzy tutaj stoją.

Nie interesuje mnie zupełnie, co o mnie sądzą. Ich dezaprobata nie ma w tym momencie znaczenia.

– Maks, jesteś tutaj? – wołam, stojąc w środku.

Nikt nie odpowiada.

Wychodzę szybko, unikając kontaktu wzrokowego z oburzonymi moim zachowaniem ludźmi.

Idę przed siebie i co chwilę odnoszę wrażenie, że widzę swoje dziecko. Nagle wszyscy chłopcy są podobni do Maksa. Odchodzę od zmysłów.

Dlaczego nie kupiłem mu czapki w innym kolorze, niż nosi większość dzieciaków w jego wieku?

Wyświetlam na telefonie jego zdjęcie i podchodzę do kilku osób, które siedzą na murku.

– Nie mogę znaleźć syna, widział go pan?

Mężczyzna przygląda się dłuższą chwilę zdjęciu Maksa, ale kręci przecząco głową. Kobieta obok niego uśmiecha się przepraszająco.

– Do jasnej cholery! – krzyczę, a ona się odsuwa.

Mężczyzna marszczy brwi i spogląda na mnie tak, że jestem pewien, iż jest gotowy zeskoczyć z murka i powalić mnie na ziemię. Widzę, jak napiął szczękę. Żyła na jego szyi pulsuje.

– Przepraszam, jestem zdenerwowany – wyjaśniam, a właściwie mamroczę pod nosem, i idę dalej.

Co ja robię? Przecież normalnie tak się nie zachowuję. Przeszkadza mi ten hałas. Nie mogę się skupić. Dlaczego te dzieci tak krzyczą? Jak dobrze, że Maks nie jest chłopcem, który biega po domu i się wydziera. A może w grupie rówieśników też jest taki?

Ocieram pot z czoła, a mokre dłonie wycieram w spodnie. Idę przed siebie, kolejny raz mijając wybieg dla pingwinów. Na szczęście teraz, kiedy pokaz karmienia się skończył, jest tu spokojniej.

Dochodzę do głównej bramy. Obok znajduje się część gastronomiczna. Przechodzę wzdłuż ławek, na których tłoczą się dzieciaki jedzące lody i frytki. Nie sądzę, że znajdę tam Maksa.

Iga od jego najmłodszych lat dba o to, żeby zdrowo jadł, co – o dziwo – sprawiło, że jako dwunastolatek sam unika fast foodów i słodyczy. Nie wierzyłem, że tak będzie, a jednak Iga miała rację. Nie tylko w tym temacie. Wracam tą samą drogą pod wybieg dla małp. Cały czas uważnie się rozglądam.

Znowu wyświetlam na telefonie zdjęcie syna i pokazuję je każdej dorosłej osobie, która mnie mija.

– Mój syn, dwanaście lat, był tutaj pół godziny temu. Widział go pan? – pytam wszystkich po kolei. Mówię głośno, żeby zwrócić na siebie uwagę. Przechodzący rzucają okiem na ekran i kręcą głową.

Znowu dostaję wiadomość. Klnę, ale tym razem w myślach. Przeczytam ją później. Nie mam teraz czasu zajmować się nie swoimi problemami.

– Ja go chyba widziałam – słyszę za plecami głos kobiety.

– Gdzie był? Dokąd poszedł? – pytam z nadzieją, że za chwilę ten koszmar się skończy i pójdziemy z Maksem na lody. Największe, jakie tu mają. Iga nie musi o tym wiedzieć.

– Wie pan, widziałam takiego chłopca; nie mam pewności, czy to pana syn, ale był bardzo podobny.

– Gdzie go pani widziała? – dopytuję ze zniecierpliwieniem.

– Przy wejściu. To znaczy on wychodził. Zwróciłam uwagę, bo szedł sam i był zapłakany. Ale zanim zdążyłam zareagować, zniknął mi z pola widzenia.

– Wyszedł z zoo? – pytam, nie dowierzając.

Kobieta kiwa twierdząco głową.

– To niemożliwe – mówię stanowczo. – Na pewno by tego nie zrobił, znam swoje dziecko. Rzeczywiście musiała go pani z kimś pomylić.

– Proszę mi pokazać jeszcze raz to zdjęcie.

Podaję kobiecie telefon, a sam się rozglądam. Maks musi tu gdzieś być.

– Teraz jestem pewna, że to on. Ta czapka. Już wiem, co zwróciło moją uwagę. Mój syn ma taką samą. Kupiliśmy ją w Krakowie. Ciekawy zbieg okoliczności.

Marszczę brwi. Może rzeczywiście go widziała? Ale przecież Maks nigdy nie oddaliłby się ode mnie sam. I z jakiego powodu miałby płakać?

– Może powinien pan zgłosić się na policję? Powiadomił pan pracowników zoo?

Kręcę przecząco głową.

– Syn nie ma telefonu? Smartwatcha? A może czeka na pana przy samochodzie? Albo wrócił do domu? Może ma jakichś kolegów? Syn zna miasto? Może poszedł do miejsca, które lubi?

Czuję się skołowany. Nie znajduję żadnego powodu, dla którego Maks miałby wyjść z zoo beze mnie. Czapkę kupiłem mu we Wrocławiu, nie wiem, czy takie same sprzedają w innych miastach. Nawet nie znam nazwy tego sklepu. Zobaczyłem ją w witrynie i mi się spodobała.

To rzeczywiście zaskakujący zbieg okoliczności.

Kobieta mi się przygląda.

– Może przejdę się razem z panem w kierunku bramy? – proponuje, a ja się zgadzam.

Czy dostrzegam uśmiech na jej twarzy? Nie rozumiem, z jakiego powodu miałaby się uśmiechać.

– Marika, długo to jeszcze zajmie? – pyta mężczyzna, który do tej pory stał kilka metrów od nas. Teraz pojawił się nagle za moimi plecami.

– Idź, dogonię cię – mówi kobieta, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Czuję ulgę, że nie jestem sam w tej sytuacji, chociaż nie wiem, czy ta nieznajoma będzie mi w stanie w czymkolwiek pomóc.

Mężczyzna waha się jeszcze przez chwilę, a potem rusza przed siebie szybkim krokiem. Zastanawiam się, gdzie jest ich syn. Ten, który ma taką samą czapkę jak mój Maks. Czy to nie dziwne, że wybrali się do zoo bez niego? Może się rozdzielili? Może przyjechali tutaj z większą grupą znajomych?

Kobieta lawiruje pomiędzy ludźmi, a ja idę za nią. Nie bywam tutaj często. Właściwie nie pamiętam, kiedy odwiedziliśmy zoo ostatni raz. Maks był chyba w przedszkolu. Ta kobieta musi przychodzić tu częściej, skoro dobrze zna drogę.

– Proszę spojrzeć. – Wskazuje na główną bramę. – Tutaj się mijaliśmy. My wchodziliśmy, a pana syn wychodził.

Maks nigdzie by sam nie poszedł. Od miejsca, w którym widziałem go ostatni raz, do bramy trzeba przejść kawałek. Nie mógł się w żaden sposób znaleźć tutaj przypadkiem.

– Musiała pani go z kimś pomylić.

Kręci głową.

– Jestem na sto procent pewna, że to był on. No, może na dziewięćdziesiąt osiem. Niczego w życiu nie można być pewnym na sto procent, prawda?

Unoszę brwi i patrzę na nią zaskoczony. O czym ona mówi?

– Podejdźmy zapytać kogoś z obsługi. Może też widzieli pana syna. Wtedy będzie miał pan pewność.

Nie mam innego pomysłu, więc znowu wyciągam telefon i wyświetlam zdjęcie Maksa.

– Ten chłopiec wychodził z zoo trzydzieści, może czterdzieści minut temu. Pan kasował nasze bilety, a on przechodził tamtędy. Widział go pan, prawda? – Kobieta wskazuje na ekran mojej komórki, a kiedy młody mężczyzna z obsługi nie reaguje na jej sugestie, zabiera smartfon z mojej ręki i powiększa zdjęcie Maksa. – Niech pan się przyjrzy. Szedł tędy. Widziałam go.

– Skoro pani go widziała, to nie wiem dlaczego… To znaczy nie przyglądam się, kto wchodzi i wychodzi, bo nie ma to… – Pracownik milknie. Chyba nie wie, co powiedzieć i jak zareagować na zachowanie tej kobiety.

Nie dziwię mu się. Też bym się zestresował na jego miejscu i próbowałbym powiedzieć coś wymijającego, byleby nie zostać wplątanym w jakąś aferę.

– Proszę się jeszcze raz przyjrzeć. Miał niebieską czapkę i koszulkę z grafiką z Minecrafta. Beżową, tak? – Kobieta spogląda na mnie.

– Granatową. Nie, beżową. Tak, na pewno beżową – odpowiadam, chociaż wcale nie jestem pewien.

Nie wiem. Nie zwróciłem na to uwagi. Nie przypuszczałem, że będę musiał dzisiaj przywoływać z pamięci jego ubiór.

– Nie widziałem tego chłopca – mówi pracownik i odwraca się, żeby zeskanować bilety kolejnej rodzinie, która postanowiła spędzić tutaj popołudnie.

– To może pójdziemy razem na parking? Mówiłam panu, syn może czekać przy samochodzie. Może nie wiedział, gdzie pan jest, zaczął pana szukać, zgubił się…

– To niemożliwe – przerywam kobiecie. – Mój syn to bardzo odpowiedzialne dziecko. Nie wyszedłby stąd beze mnie. Prędzej ja bym się zgubił w tym zoo niż on.

Nie zabrzmiało to dobrze. Sam przedstawiłem siebie w niekorzystnym świetle.

– Dobrze, w takim razie powinniśmy poprosić kogoś o pomoc – mówi i zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, woła do kobiety ubranej w koszulkę polo z logo zoo.

– Co się stało? – pyta pracownica ogrodu, podchodząc do nas.

Redakcja: Katarzyna Wieczorek

Korekta: Gabriela Niemiec, Beata Buko

 

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska

 

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-78-6