Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 504 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakazany owoc - Erica Spindler

Historia grzechu w dusznej scenerii Nowego Orleanu: zakazane namiętności, grzech pierworodny i odkupienie. Losy trzech kobiet...

Lily Pierron: właścicielka legendarnego domu schadzek w Nowym Orleanie. Gotowa zapłacić każdą cenę za szczęśliwą przyszłość swej córki, przyszłość wolną od niechlubnego dziedzictwa kobiet z rodu Pierron.

Hope Pierron St. Germaine: wyrzekła się matki i zerwała z nią wszelkie więzy. Za dnia wytworna i pobożna małżonka bogatego właściciela hotelu i troskliwa matka Glorii, w nocy oddaje się wyuzdanym namiętnościom, ociera o świat przestępczy.

Gloria St. Germaine: nieświadoma mrocznych rodzinnych tajemnic ponosi konsekwencje zła i występku, o których istnieniu nie ma pojęcia. Uparta i lekkomyślna, znajduje swoją zakazaną miłość - mężczyznę w przedziwny sposób związanego z losami jej rodziny. Nie wie, że matka zrobi wszystko, by zniszczyć tę miłość.

Opinie o ebooku Zakazany owoc - Erica Spindler

Fragment ebooka Zakazany owoc - Erica Spindler

Strona tytułowa

Erica Spindler

Zakazany owoc

Tłumaczyła Klaryssa

PROLOG

Vacherie, Luizjana, 1959

Hope Pierron siedziała przy oknie swojej sypialni na drugim piętrze i spoglądała na leniwy nurt Missisipi. Uśmiechnęła się do siebie. Podniecona i zdenerwowana, panowała w pełni nad swoimi odczuciami. Całe życie czekała na ten dzień. Kiedy wreszcie nadszedł, nie mogła sobie pozwolić na najmniejszy błąd, wiedziała, że musi zachować zimną krew.

Przycisnęła dłoń do rozgrzanej słońcem szyby. Miała ochotę wypchnąć ją, wydostać się, uciec precz, ku wolności. Ile razy w ciągu czternastu lat zamknięcia w tym domu z czerwonej cegły ogarniało ją podobne pragnienie? Przemienić się w ptaka, rozwinąć skrzydła, odlecieć.

Od dzisiaj nie będzie musiała tęsknić za skrzydłami. Dzisiejszy dzień przyniesie jej wolność. Wolność i wyzwolenie od stygmatu grzechu. Od matki i ludzi, którzy ją otaczali.

Dzisiaj urodzi się na nowo.

Przymknęła powieki. Myślała o przyszłości, ale przed oczami przesuwały się obrazy z przeszłości, z lat spędzonych w znienawidzonym domu z czerwonej cegły. Zbudowany w 1917 roku Pierron House przy River Road był jednym z przejawów kultury południowej Luizjany. Jej babka Camellia, pierwsza madame Pierron, przeniosła się tutaj z córką i dziewczętami na krótko po likwidacji Storyville, dawnej nowoorleańskiej dzielnicy uciech.

O dziwo, nikt nie protestował, nikt się nie obruszał, nawet wtedy gdy w domu zaczęli pojawiać się mężczyźni. Po prostu akceptowano istnienie przybytku, tak jak akceptowano sierpniowe upały i moskity – z pełną rezygnacji niechęcią i uprzejmym lekceważeniem.

Tego zresztą można było się spodziewać w Luizjanie, gdzie jedzenie, picie i inne potrzeby ciała stanowiły element tego samego powszedniego obrządku, co msza i spowiedź. Luizjańczycy przyjmowali brzemię pokutne z taką samą joie de vivre, z jaką odnosili się do rozmaitych przyjemności życia, jedno i drugie pojmowali w bardzo specyficzny, sobie tylko właściwy sposób. Pierron House był dla nich zarówno symbolem pokuty, jak i rozkoszy.

Sam budynek, klasycystyczna bryła z dwudziestoma ośmioma doryckimi kolumnami od frontu i biegnącymi wokół elewacji galeriami, był zadziwiającym dziełem architektury. Kiedy oświetlało go popołudniowe słońce, jaśniał, jak na ironię, dziewiczą bielą, zdawał się otoczony aureolą świętości. Gdy słońce zachodziło, blask aureoli znikał i złudzenie świętości pryskało. Dom ożywał muzyką Jelly Roll Mortona, Tony Jacksona i im podobnych, po pokojach niósł się śmiech mężczyzn, którzy pojawiali się tutaj, by kupić zakazany owoc, i kobiet, które oferowały go na sprzedaż.

Co wieczór, przez całe swoje życie, Hope musiała słuchać tych śmiechów, co wieczór, z przygnębiającą regularnością, obserwowała, jak dziewczęta pracujące u jej matki prowadzą swoich gości na górę po krętych schodach. Wyłożone miękkim czerwonym chodnikiem stopnie wiodły do sześciu przestronnych sypialni na piętrze, gdzie pyszniły się jedwabie, brokaty i gdzie stały szerokie, wygodne łoża.

Łoża tak pomyślane, by mężczyzna czuł się tutaj jak król – albo jak bóg, jeśli noc należała do udanych.

Od kiedy sięgała pamięcią, wiedziała, co dzieje się w sypialniach. Tak jak miała świadomość, kim i czym jest – córką dziwki, naznaczonym grzechem dzieckiem przypadku.

Ukryta w ciemnych zakamarkach, podglądała z mieszaniną zgrozy i fascynacji, co robią mężczyzna i kobieta, kiedy zamykają się w sypialni. Bywało, że zaciskała wówczas mocno uda, a oddech stawał się przyspieszony.

Po takich tajemnych, mrocznych seansach ogarniały ją wyrzuty sumienia i szukała dla siebie kary. Wiedziała, że dopuściła się czegoś występnego, grzesznego. O grzechach dowiadywała się podczas mszy i na lekcjach katechizmu. Wysłuchiwała chrześcijańskich nauk samotnie; żadne dziecko nie odważyło się do niej zbliżyć. Poza murami kościoła, w salonach Pierron House, grzeszne zachowania były wszak aprobowane, nawet pochwalane, szczególnie przez mężczyzn, którzy śmiali się nocą, a w dzień odwracali wzrok.

Skrzypnęły schody prowadzące do jej sypialni. Hope odwróciła głowę od okna, utkwiła wzrok w drzwiach. W chwilę później w progu stanęła jej matka.

Lily Pierron była absolutną pięknością, jak wszystkie kobiety z jej rodziny. Jej twarz i figura zdawały się nie poddawać upływowi czasu, miała te same kruczoczarne, lśniące włosy, które Hope pamiętała jeszcze z dzieciństwa. Dziewczęta szeptały za jej plecami, że Lily ma pakt z diabłem. Że wszystkie Pierron podpisały cyrograf.

Wszystkie z wyjątkiem Hope. Nie była ani w połowie tak piękna, jak matka – włosy miała ciemnobrązowe, nie czarne jak Lily, błękitne oczy pozbawione były tej intensywności, co u matki.

Tak, nie była tak piękna, bo nie ciążył nad nią mroczny Cień.

– Cześć, mamo – szepnęła ze smutnym, łagodnym uśmiechem na ustach.

Lily odwzajemniła uśmiech i weszła do pokoju.

– Wydajesz się taka dorosła. Ledwie cię poznałam.

Hope poczuła, że serce zaczyna jej bić gwałtowniej.

– To tylko ja.

Matka pokręciła głową ze śmiechem.

– Wiem, kochanie, ale mnie się wydaje, że jeszcze wczoraj byłaś małym dzieckiem.

A mnie się wydaje, że spędziłam w tym domu całą wieczność.

– I ja mam takie wrażenie, mamo.

Lily podeszła do łóżka, na którym leżała otwarta walizka. Z trudem panowała nad sobą. Chyba nawet nie zauważyła, że oczy córki są zupełnie suche, że nie drży jej głos, nie trzęsą się dłonie. Hope zastanawiała się, co też powiedziałaby matka, jak by zareagowała, gdyby się dowiedziała, że jedynaczka zamierza odejść na zawsze i nigdy jej już więcej nie widzieć.

– To ostatnia? – zapytała Lily. – Samochód powinien przyjechać lada moment.

– Ostatnia. Resztę zniosłam już do holu.

Lily umieściła jeszcze kilka drobiazgów w walizce i zamknęła wieko. Podniosła załzawione oczy na córkę.

– Wszystko gotowe do... drogi – słowa uwięzły jej w gardle.

Hope z ociąganiem podeszła do matki. Ujęła dłonie Lily i podniosła je do policzka.

– Wszystko będzie dobrze, Memphis nie jest tak daleko.

– Wiem, tylko że... – matka wciągnęła powietrze. – Nie wiem, jak dam sobie radę bez ciebie. Jesteś najwspanialszą... czymś najlepszym, co dostałam od życia. Będzie mi ciebie bardzo brakowało.

Hope objęła matkę, uśmiechnęła się z przymusem, po czym ukryła twarz na ramieniu Lily.

– Mnie też będzie ciebie brakowało. Bardzo. Może nie powinnam jechać. Może powinnam zostać, pomóc ci...

– Wykluczone! – Lily ujęła twarz córki w dłonie. – Nie możesz skończyć jak ja. Nigdy na to nie pozwolę, słyszysz? Masz szansę, żeby wydostać się stąd. Uciec. Zawsze tego chciałam. Dlatego dałam ci na imię Hope – Nadzieja. Zawsze byłaś moją nadzieją na lepszą przyszłość. Nie możesz tutaj zostać.

Tym razem Hope nie musiała przymuszać się do uśmiechu.

– Będziesz ze mnie dumna, mamo. Przekonasz się.

– Wiem, kochanie. – Lily opuściła ręce. – W St. Mary’s czekają na ciebie. Pamiętaj, przyjeżdżasz z Meridian w stanie Missisipi, jesteś córką zamożnych ludzi.

– Rodzice wyjechali za granicę – dopowiedziała Hope i nerwowo splotła palce. Po raz pierwszy zdradziła się ze swoim zdenerwowaniem. – Co będzie, jeśli prawda wyjdzie na jaw? Może się okazać, że w mojej klasie będzie jakaś dziewczyna z Meridian, a wtedy...

– Nikt nie dojdzie prawdy. Mój przyjaciel wszystko sprawdził, wszystkiego dopatrzył. W szkole nie ma ani jednej uczennicy z Missisipi. Nawet dyrektorka wie tyle tylko, że do St. Mary’s przyjeżdża Hope Penelope Perkins. Nikt nie będzie kwestionował twojej wersji. Lepiej już?

Hope przez chwilę wpatrywała się w twarz matki, po czym skinęła głową. „Przyjacielem”, o którym wspomniała Lily, był nikt inny tylko sam gubernator Tennessee. Znała go od lat, znała też jego rozmaite ciemne sprawki. Mroczne tajemnice, które miała zabrać ze sobą do grobu. Za tego rodzaju lojalność trzeba niekiedy płacić – najlepiej przysługami.

W lepkiej popołudniowej ciszy rozległ się dźwięk klaksonu. Hope ze ściśniętym sercem podbiegła do okna. Na podjeździe stał mikrobus kursujący na lotnisko. Tom, domowa złota rączka, i kierowca pakowali już walizki do bagażnika.

Lily stanęła za córką.

– Mój Boże, już czas. – Położyła dłonie na ramionach Hope, przytuliła policzek do jej włosów.

Hope ogarnęła radość, jakiej dotąd nie znała. Była prawie wolna. Jeszcze kilka minut i nigdy więcej nie zobaczy już ani matki, ani tego znienawidzonego domu. Musiała się hamować, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem.

Matka westchnęła, opuściła ręce, cofnęła się o krok.

– Pora iść.

– Tak, mamo. – Hope wzięła walizkę i ruszyła w stronę schodów, Lily za nią. W holu zebrały się dziewczęta. Każda chciała uściskać i ucałować Hope. Jedna przez drugą życzyły jej szczęścia, przypominały, żeby pisała.

Najmłodsza – niewiele starsza od Hope – podała jej jabłko: błyszczące, czerwone, dojrzałe.

– Na wypadek gdybyś zgłodniała – powiedziała cicho, ze łzami w oczach.

Wzięła owoc, choć palił dłoń niczym żrący kwas. Miała ochotę odrzucić go precz i uciec. Powstrzymała się, podniosła wzrok, spojrzała z uśmiechem w oczy dziewczyny.

– Dziękuję, Georgie. Jesteś kochana, że o mnie pomyślałaś.

Wyszła na zewnątrz, matka szła obok. Znad rzeki czuć było ciepły, leniwy powiew wiatru. Owiewał Hope, otulał, a odpływając, zabierał ze sobą odór domu, odór przeszłości. Jej przeszłości.

Matka wzięła ją w ramiona i mocno uścisnęła.

– Moja kochana, maleńka. Tak bardzo mi będzie ciebie brakowało...

Hope miała nieodpartą ochotę wyrwać się z objęć matki, pobiec do czekającego auta. Przemagając się, pozwoliła matce na ostatni pocałunek. W duchu przysięgała sobie, że już nigdy więcej nie poczuje na skórze jej brudnego dotyku.

Dotknięcie grzechu.

Kierowca chrząknął. Dzięki Bogu, pomyślała Hope i uwolniła się z ramion Lily.

– Muszę już jechać, mamo.

– Wiem. Zadzwoń zaraz, jak tylko dotrzesz na miejsce. – Lily z trudem powstrzymywała łzy.

– Zadzwonię. Przyrzekam – skłamała Hope.

Ruszyła w kierunku samochodu, licząc kroki. Z każdym następnym czuła, że zostawia za sobą kolejny fragment przeszłości. Rzeczy minione odpadały płatami, niczym kawałki zbutwiałej materii ze starego, cuchnącego odzienia.

Kierowca otworzył drzwiczki. Zatrzymała się na moment i spojrzała przez ramię na Dom, na matkę stojącą w cieniu, na dziewczęta zbite w progu w ciasną gromadkę. Uśmiechnęła się z satysfakcją.

Dzisiaj narodziła się na nowo, jako Hope Penelope Perkins.

Uwolniła się od Cienia.

Jabłko wysunęło się jej z dłoni. Pozwoliła mu upaść i wsiadła do samochodu.

CZĘŚĆ I Hope

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nowy Orlean, Luizjana, 1967

Powietrze wypełniał obezwładniający, słodki zapach kwiatów. Zmieszany ze szpitalnymi woniami oddziału położniczego stawał się nie do zniesienia, ale bukiety napływały nieustannie – kolejne świadectwa radości z powodu narodzin pierwszego dziecka Philipa St.Germaine III.

Radości w pełni zrozumiałej, jako że noworodek miał być dziedzicem rodzinnej fortuny, kontynuatorem rodowych tradycji i rodowego nazwiska. Przyszłym właścicielem luksusowego, szacownego hotelu wybudowanego w 1908 roku przez pierwszego Philipa St.Germaine.

Tak, urodziło się dziecko, przed którym świat miał stać otworem.

Hope spojrzała na oseska leżącego w koszyku obok jej łóżka. Ogarniała ją rozpacz i rozczarowanie, tak gorzkie, że nie umiała sobie poradzić z własnymi uczuciami. Przez ostatnie miesiące modliła się o chłopca. Odmawiała różaniec, odprawiała pokuty, składała śluby. Była tak pewna, iż jej prośby zostaną wysłuchane, że nie zastanawiała się nawet nad imieniem dla dziewczynki.

Prośby nie zostały wysłuchane. Zamiast błogosławieństwa spadło na nią przekleństwo.

Urodziła córeczkę, nie synka. Jak jej matka i babka, jak wszystkie kobiety w rodzinie Pierron, od wielu, wielu pokoleń.

Hope wciągnęła głęboko powietrze, w gardle wzbierał bolesny ucisk. Doścignęła ją w końcu rodzinna spuścizna. A już gotowa była uwierzyć, że udało się jej umknąć, że wyzwoliła się z zaklętego kręgu. Przez osiem lat, które minęły od chwili, gdy opuściła dom na River Road, udało się jej zrealizować wszystkie plany. Uwolniła się od matki i od stygmatu dziwkarskiego bękarta, wyszła za mąż za Philipa St.Germaine III, bogatego człowieka z tak zwanej dobrej rodziny, i była teraz jedną z pierwszych dam Nowego Orleanu.

Zostawiła przeszłość za sobą, lecz nie mogła od niej uciec. Dzisiaj okazało się, że dosięgła ją klątwa ciążąca nad jej nazwiskiem.

Jej maleńka córeczka była piękna: jasna skóra, bystre błękitne oczy, aksamitne ciemne włosy. Jak wszystkie Pierron powinna umieć w przyszłości zdobywać mężczyzn podbojem i zniewalać ich. I ona będzie nosić w sobie mroczny Cień. Cień, który miał oznaczać grzeszne życie i wiekuiste potępienie.

Hope wzdrygnęła się. Czyż sama nie odczuwała obecności Cienia? Walczyła z nim, usiłowała trzymać go na uwięzi, a jednak bywały chwile, kiedy brał górę, dominował nad jej wyborami, kierował decyzjami.

Do pokoju wszedł Philip z błogim uśmiechem na twarzy i ogromnym naręczem róż.

– Kochanie, ona jest piękna. Wspaniała. – Nachylił się i pocałował Hope w czoło, ostrożnie, by nie obudzić śpiącej córeczki. – Jestem z ciebie bardzo dumny.

Hope odwróciła twarz w obawie, by nie wyczytał z jej rysów, co czuje, by nie odgadł, jak bardzo jest zrozpaczona.

Philip przysiadł na krawędzi łóżka.

– Co się z tobą dzieje, kochanie? – zapytał z troską w głosie. – Wiem, że chciałaś dać mi syna, ale to nie ma żadnego znaczenia. Nasza mała jest najcudowniejszym dzieckiem pod słońcem.

Po policzku Hope spłynęła jedna, samotna łza, której nie zdołała powstrzymać.

– Nie płacz, skarbie. – Przygarnął ją do piersi. – To naprawdę żaden powód do rozpaczy, uwierz mi. Poza tym będziemy jeszcze mieli dzieci. Całe mnóstwo.

Nie mogła tego słuchać. Philip nie wiedział o czymś, o czym ona wiedziała aż za dobrze: nie mieli mieć już więcej dzieci. Jak wszystkie kobiety w jej rodzinie, skazana na poronienia, nie donosi już żadnej następnej ciąży. Między innymi na tym też polegała klątwa: Pierron rodziły od pokoleń tylko jedno dziecko i zawsze była to córka. Córka, która przejmowała Dom i grzeszną spuściznę.

Hope zacisnęła palce na miękkim materiale mężowskiej marynarki. Tak bardzo pragnęła podzielić się z nim bolesnymi myślami, ale wiedziała, że byłby wstrząśnięty, dowiadując się prawdy o swojej uwielbianej żonie. I swojej ślicznej córeczce.

Nigdy nie może się dowiedzieć. Przełknęła z trudem ślinę i wtuliła twarz w ramię Philipa, wdychając zapach deszczu, który przylgnął do jego ubrania, o wiele bardziej znośny niż duszne powietrze w pokoju.

Nikt nigdy nie może się dowiedzieć.

– Tak żałuję, że moi rodzice nie dożyli tej chwili i nie mogą zobaczyć małej – szepnęła z wystudiowaną boleścią w głosie. – Nie mogę... nie mogę się z tym pogodzić.

– Wiem, kochanie. – Tulił ją jeszcze przez chwilę w ramionach, po czym odsunął się nieco i spojrzał jej w oczy z nieznacznym uśmiechem. – Mam coś dla ciebie. – Wyjął z kieszeni marynarki niewielkie pudełko obciągnięte delikatnie wyprawioną granatową skórką. Na wieczku widniał znak najlepszego jubilera w Nowym Orleanie. Hope otworzyła puzderko drżącymi dłońmi. Wewnątrz, na białym aksamicie, połyskiwał naszyjnik z pereł.

– Och, Philipie. – Wyjęła naszyjnik i przytuliła do policzka. Poczuła miły chłód klejnotów na skórze – Są wspaniałe.

Philip spojrzał na małą, która zaczęła się wiercić w wymoszczonym kocykiem koszyku.

– Pewnego dnia będą jej. Pomyślałem, że to odpowiedni prezent.

Cała radość Hope prysła w jednej chwili. Włożyła naszyjnik z powrotem do pudełka. Jej mąż już uwielbia córkę, pomyślała z rezygnacją. Już padł na niego urok idący z Cienia, a ten głupiec niczego się nie domyśla.

– Nasza mała wywołała sensację w szpitalu. Zbiegły się pielęgniarki ze wszystkich pięter, żeby ją podziwiać. Trzeba ci było widzieć, jak się tłoczyły jedna przez drugą przy oknie sali noworodków. – Położył dłoń na dłoni żony, uścisnął ją. – Boże, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Dziecko poruszyło się znowu, zakwiliło i zaczęło płakać. Hope zesztywniała na myśl, że powinna przystawić teraz córeczkę do piersi. Mała coraz głośniej domagała się jedzenia, już zanosiła się płaczem.

Philip stropił się, nie bardzo wiedząc, jak się zachować i co myśleć. Nie rozumiał reakcji żony.

– Hope, kochanie... ona jest głodna. Trzeba ją nakarmić.

Pokręciła głową i wcisnęła się głębiej w poduszki. Twarz małej poczerwieniała, nabrzmiały złością płacz wzmagał się z każdą chwilą. Wykrzywiona buzia stała się raptem brzydka i przerażająca, niczym twarz ze złych snów.

Cień. Mroczny Cień miał już to dziecko w swoim władaniu.

Philip mocniej zacisnął palce na dłoni żony.

– Skarbie... ona cię potrzebuje. Musisz ją nakarmić.

Kiedy Hope ani drgnęła, wziął dziecko na ręce i zaczął nieporadnie kołysać, ale mała nadal płakała w głos, darła się na całe gardło. Podał córeczkę żonie.

– Musisz.

Hope potoczyła błędnym wzrokiem po pokoju, szukając drogi ucieczki. Z każdego kąta wyzierał Cień, wszystko przypominało jej, jaka była głupia, jak nierozumna.

Nie uwolniła się od spuścizny domu Pierron. Nigdy się nie uwolni.

To potrzask, pomyślała z rozpaczą. Nie ma nadziei. Tkwiła w potrzasku. Tak jak przed laty.

– Nie mogę. – W jej głosie wzbierała histeria. – Nie chcę.

– Kochanie...

Do pokoju weszła pielęgniarka.

– Co się stało, pani St.Germaine?

– Nie chce jej nakarmić – powiedział Philip, szukając wsparcia u siostry. – Nie chce jej wziąć na ręce. Nie wiem, co robić.

– Pani St.Germaine... – Głos pielęgniarki brzmiał sucho, rozkazująco. – Córka jest głodna. Musi ją pani nakarmić. Przestanie płakać, kiedy...

– Nie! – Hope podciągnęła kołdrę pod brodę i wpiła w nią palce tak mocno, że zaczęły drętwieć. Drżała na całym ciele w ataku niezrozumiałej paniki. – Nie mogę. – Spojrzała na męża, po policzkach popłynęły jej łzy. – Proszę, Philipie, nie zmuszaj mnie. Nie mogę. Nie jestem w stanie. Nie nakarmię jej.

Patrzył na nią, jakby nagle wyrosły jej rogi.

– Hope? Co się z tobą dzieje? To nasze dziecko, kochanie. Ona cię potrzebuje.

– Nic nie rozumiesz... ty nie... – ostatnie słowa uwięzły jej w gardle. Ukryła twarz w poduszce i zaczęła szlochać. – Idź stąd. Zostaw mnie samą... proszę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Philip August St.Germaine wiódł życie pozbawione trosk, tak bardzo wolne od wszelkich kłopotów, że aż godne pozazdroszczenia. Pochodził z dobrej rodziny, otaczał się dobrymi przedmiotami, był zdrowy, wysportowany, przystojny. Wykształcenie zdobywał bez najmniejszego wysiłku, co po części zawdzięczał wrodzonej inteligencji, po części zaś urokowi osobistemu, który nabywa się przez wychowanie.

Prawdę powiedziawszy, Philip nigdy na nic nie musiał pracować. Dobre oceny, powodzenie u dziewcząt, wygodny byt, wszystko przychodziło mu niejako samo, w sposób niewymuszony. Wszystko otrzymywał na srebrnej tacy, podane z uśmiechem. Tak, bez wstrząsów i dramatycznych zmagań z losem, mijał Philipowi rok za rokiem.

Ani trochę nie była naszemu bohaterowi nieznośną owa lekkość bytu, nie przeszkadzało mu, iż nie nadaje kształtu swojej egzystencji i żadnych po temu nie musi podejmować wysiłków. Przeciwnie, co mu życie przyniosło, przyjmował z łaskawą wdzięcznością jako sobie należną daninę od losu. Potrafił się użalić nad nieszczęśnikami, co skazani są nieść na swoich barkach nieznośne brzemię biedy i wszelkich utrapień, nigdy też nie skąpił – bo szczodrą miał rękę – ofiary na Kościół, którą traktował jako dziękczynienie za dotychczasową pomyślność i swego rodzaju ubezpieczenie na przyszłość.

Szczerze musimy powiedzieć, że jeszcze trzydzieści sześć godzin wcześniej, Philip August St.Germaine III trwał w dufnym, acz usprawiedliwionym przekonaniu, że nie może go spotkać nic szpetnego, żaden cień zasnuć pogodnego horyzontu życia.

Teraz, stojąc przy oknie sali noworodków i obserwując, jak jakaś obca kobieta karmi jego śliczną córeczkę, odczuwał całą śmieszność swego zadufania. Jego sielski świat nagle się rozpadł.

Ostatnie półtora dnia było niczym senny koszmar, z którego nie mógł się obudzić. Jego uwielbiana żona, zawsze łagodna i pełna spokoju, zmieniła się w kogoś obcego, kogo nie poznawał, kto napawał go lękiem.

Podniósł rękę do skroni ociężałym ze zmęczenia ruchem. Nie chodziło nawet o to, że lżyła go najgorszymi słowy, o jakich znajomość nigdy by jej nie posądzał. Także nie o to, że wykrzyczała mu w twarz, jak go nienawidzi, kiedy dopominał się, by wybrali imię dla małej.

Nie. Najgorsze w tym wszystkim było jej spojrzenie – spojrzenie osoby owładniętej przez siły, których nie pojmował i które napawały go lękiem. Kiedy patrzyła na niego w ten sposób, czuł, że dotychczasowe życie skończyło się bezpowrotnie.

Philip włożył ręce do kieszeni i przyglądał się swojej córeczce, łapczywie pijącej mleko z butelki. Już teraz była uderzająco podobna do matki. Nie rozumiał, dlaczego dziecko napawało Hope takim przerażeniem, dlaczego tak strasznie się wzbraniała przed wzięciem go na ramiona. Przetarł piekące z niewyspania oczy. Co takiego widziała w małej, czego on nie mógł dostrzec?

Gdyby tylko potrafił zrozumieć reakcje swojej żony, gdyby mógł czytać w jej myślach, może zdołałby jej pomóc. Może wówczas jego świat wróciłby do normy.

Zachowanie Hope było dla niego całkowitym zaskoczeniem. Tak bardzo czekała na dziecko. Ciążę zniosła wyjątkowo dobrze. Nie męczyły jej poranne nudności, nie odczuwała nagłych zmian nastrojów. Wiele rozmawiali o dziecku, układali plany na przyszłość. Poza niezachwianym przekonaniem, że urodzi chłopca, traktowała swoje macierzyństwo zupełnie normalnie.

A teraz to... Philip wstrząsnął się. Co zrobi, jeśli ją straci? Co pocznie, jeśli się okaże, że kobieta, którą dotąd kochał ślepą, bezrozumną miłością, przeistoczy się w kogoś obcego i niepojętego? Jak sobie poradzi w nowej sytuacji?

Salowa skończyła właśnie karmić małą i położyła ją do łóżeczka, ale Philip już tego nie widział. Zatopiony we wspomnieniach przywoływał pierwsze dni znajomości z Hope. Przyjechał do Memphis w interesach i zobaczył ją po raz pierwszy u wspólnych przyjaciół. Zaśmiała się, przechylając lekko głowę, a wtedy włosy opadły jej miękko na policzek. Miał ochotę dotknąć ich, podnieść do warg jedwabisty kosmyk. Sam dźwięk jej głosu wprawiał go w podniecenie.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Miał wrażenie, że nieznajoma odgaduje bez trudu jego myśli i że sprawiają jej one przyjemność. W tym samym momencie zakochał się w niej jak wariat. Historia prosta i skomplikowana zarazem.

Nie rozstawali się ze sobą przez cały jego pobyt w Memphis. Opowiedział jej o sobie wszystko, ona też mu się zwierzała. Głęboko poruszyła go historia tragicznej śmierci rodziców Hope w czasie podróży do Włoch, współczuciem przejął fakt, że w wieku siedemnastu lat została zupełnie sama na świecie.

Było w niej coś, co sprawiało, że czuł się silny i ważny. Pragnął osłaniać ją przed całym światem, chronić przed kłopotami i problemami, wprowadzić w bezpieczny krąg, w którym toczyło się jego życie.

Gdyby był mniej przezorny, nie tak rozważny, oświadczyłby się z miejsca, już w czasie pierwszego spotkania. Tymczasem czekał sześć długich, rozpaczliwie długich tygodni.

Rodzina i przyjaciele uważali, że oszalał. Zmienili zdanie, kiedy poznali Hope. I oni ulegli jej nieodpartemu czarowi. Nawet zwykle krytyczni i wymagający wobec ludzi rodzice Philipa uznali, że nie mógł lepiej wybrać.

Nie miało to zresztą żadnego znaczenia. Gdyby nawet mieli zastrzeżenia, i tak zignorowałby ich zdanie i postawił na swoim. Za każdą cenę.

Noc poślubna była dla niego niezapomnianym, niepowtarzalnym przeżyciem. Kochali się wtedy bez żadnych zahamowań, śmiałość Hope zaskakiwała go, uderzała do głowy i oszałamiała, a przy tym była w niej jakaś niepojęta niewinność.

Czasami miał wrażenie, że jego życie toczy się od jednej miłosnej nocy do następnej, a dni są tylko koniecznymi pomostami pomiędzy nimi. Żadna kobieta przed Hope nie weszła aż tak głęboko w jego życie.

– Tu pan jest. – Głos lekarza wyrwał Philipa z zamyślenia. Harland LeBlanc odebrał w swoim życiu kilkanaścioro St.Germaine’ów i chociaż miał już sześćdziesiąt lat, nadal był uważany za najlepszego położnika w Nowym Orleanie. Przy całej trudnej sytuacji pewną pociechę stanowił fakt, że Hope jest w dobrych rękach.

– Masz piękną córeczkę, Philipie. Chyba nigdy jeszcze nie widziałem tak ślicznego dziecka.

Philip spojrzał na LeBlanca, potem na salę.

– Pomimo to Hope nie może jej znieść. Dotąd nie wzięła jej na ręce. Nie chce nawet rozmawiać o imieniu dla małej.

– Wiem, że to trudne... ale...

– Trudne? – W głosie Philipa zabrzmiała nuta sarkazmu. – Nie wiesz, bo i skąd, nie było cię przy tym, kiedy zaczęła mnie przeklinać. Rzucała obelgi, krzyczała, że mnie nienawidzi. A wszystko dlatego, że chciałem wybrać imię dla naszej córki. Jak ona na mnie wtedy patrzyła... to jej lodowate spojrzenie. Nigdy nie przypuszczałem, że ujrzę Hope właśnie taką.

Doktor położył dłoń na ramieniu Philipa przyjacielskim gestem.

– Wierz mi, naprawdę rozumiem, jak musisz się teraz czuć. Wiele razy spotkałem się z podobnymi reakcjami. To minie. Wszystko będzie dobrze, Philipie.

– Taki jesteś tego pewien? – Philip przeciągnął dłonią po czole. – A jeśli nie minie? Nie chcę jej stracić, nie zniósłbym tego. Jest dla mnie wszystkim. Jest... – Nagle zrobiło mu się głupio, że zwierza się LeBlancowi ze swoich intymnych spraw. – Odwrócił wzrok, ale mówił dalej: – Kocham swoją żonę, Harlandzie. Czasami wydaje mi się, że aż za bardzo.

– To, co teraz przeżywa Hope, zdarza się częściej, niż myślisz. Mnóstwo kobiet dopada depresja poporodowa, czasami tak ciężka, że kończy się odrzuceniem dziecka, rozbiciem rodziny. Albo jeszcze gorzej.

Philip spojrzał uważnie na LeBlanca.

– Jeszcze gorzej?

– Owszem. Brzmi to strasznie, wiem, ale matka w depresji potrafi nawet zabić swoje dziecko.

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że Hope mogłaby... zabić naszą córeczkę.

– Oczywiście, że nie – zapewnił Harland pospiesznie. – Myślę jednak, że powinna u nas zostać jeszcze kilka dni. Musimy ją poobserwować. Upewnić się.

Upewnić się? Dobry Boże, o czym?

Philip dopiero teraz naprawdę się przeraził. Harland, uznawany za jednego z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie, doświadczony lekarz, który stykał się w swojej praktyce z różnymi przypadkami, musiał być poważnie zaniepokojony stanem Hope, skoro wspomniał o obserwacji.

Coś podejrzewał, czegoś się obawiał, ale nie znał przecież Hope tak dobrze, jak jej mąż. Philip był przekonany, że niepotrzebna jest żadna obserwacja. Wystarczy, by Hope wróciła do domu, do normalnego trybu życia, żeby znowu znalazła się w otoczeniu swoich bliskich.

– Naprawdę uważasz, że to konieczne, Harlandzie? Moim zdaniem Hope powinna jak najszybciej wyjść ze szpitala. W domu szybko odzyska dawną formę. Jestem tego pewien.

– A jeśli nie? Przyczyną depresji są gwałtowne zaburzenia hormonalne. Hope nie panuje nad swoimi reakcjami. One nie wynikają z jej złej woli. – Doktor pokręcił głową. – Boję się, że jeśli za wcześnie wypiszę ją ze szpitala, to stanie się coś naprawdę złego. Nie chcę brać na siebie takiego ryzyka. – Spojrzał na Philipa. – A ty, weźmiesz na siebie taką odpowiedzialność?

Coś naprawdę złego? Philip z trudem przełknął ślinę.

– Nie, oczywiście, że nie.

– Sam widzisz. Twoja żona bardzo cię teraz potrzebuje. Powiadasz, że ją kochasz. Masz okazję dowieść swojej miłości.

Tak, powinien zapomnieć o swoich egoistycznych lękach, o własnym rozczarowaniu. Jest potrzebny Hope. Ich córeczce. Musi być silny.

– Co mogę zrobić? Powiedz mi, Harlandzie.

– Po prostu bądź przy niej. Okaż jej wyrozumiałość... serdeczność. Wiem, że to trudne, ale tłumaczę ci, że Hope nie panuje nad swoimi emocjami. Jest w tej chwili tak samo przerażona, jak ty. Może nawet bardziej. Potrzebuje czasu. Potrzebuje dużo cierpliwości i miłości.

Philip spojrzał na śpiącą córeczkę. Zdawała się tak bezbronna, krucha, że serce mu się ścisnęło. Mała powinna być z matką, w domu.

– A jeśli miłość nie wystarczy? Co wtedy, Harlandzie?

Lekarz milczał przez chwilę, wreszcie westchnął.

– Musi wystarczyć, mój drogi. Nie ma innego lekarstwa.

ROZDZIAŁ TRZECI

Hope obudziła się przerażona. Z trudem chwytając powietrze, rozejrzała się po tonącym w półmroku pokoju, jakby oczekiwała, że zobaczy wnętrze sypialni na drugim piętrze Pierron House.

Odetchnęła z ulgą. Nie. Jest w szpitalu w Nowym Orleanie. Z dala od domu przy River Road. Dom należy do przeszłości. Do przeszłości kogoś innego. Ona nazywa się przecież St.Germaine.

Wciągnęła głęboko powietrze. Powoli otrząsała się z sennego koszmaru. Śniło się jej, że jest znowu w Domu i skulona w ciemnym kącie podgląda kochającą się parę. I że kobieta w łóżku to jej córka. Lecz kiedy mała dziwka obejrzała się przez ramię, jakby czuła, że ktoś ją obserwuje, Hope ujrzała własną twarz.

Zacisnęła kurczowo palce na kołdrze, usiłując uwolnić się od sennej mary. W pełni zdawała sobie sprawę, co się z nią dzieje, wiedziała, dlaczego każdej nocy nękają ją koszmary z przeszłości.

Dopadł ją Cień, od którego, jak myślała, dawno się uwolniła. Drwił z niej. Pewny swej wygranej, zapraszał, by się z nim zmierzyła.

Nie! Hope podniosła drżące ręce do twarzy. Nie może dopuścić, by Cień zwyciężył. Zbyt wiele wysiłku kosztowało ją, by osiągnąć punkt, w którym się znalazła, by teraz miała skapitulować.

Objęła mocno kolana ramionami i zaczęła się kołysać. Czuła kompletny zamęt w głowie. U kogo szukać pomocy? Komu mogłaby zaufać? Philip powoli tracił cierpliwość. Rodzina i przyjaciele zachowywali się dziwnie: pełni dystansu, podejrzliwi. Widziała w ich oczach zdziwienie i dezaprobatę. Jeszcze trochę i ktoś w końcu dojdzie prawdy o jej przeszłości. Jeszcze trochę, a fikcja, którą stworzyła, pryśnie z hukiem.

Musi zaakceptować swoje dziecko. Musi zachowywać się jak czuła, kochająca matka. Jakby nie dostrzegała zła drzemiącego w jej córce, jakby nie widziała, że dorodny owoc zżera robak.

Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Jak ma wziąć małą na ręce, nie okazując wstrętu? Czy będzie w stanie ukrywać rozpacz, udawać miłość? Nie. Wiedziała, że nie potrafi udawać, że to ponad jej siły.

Odrzuciła kołdrę i wstała z łóżka. Podeszła boso do uchylonych drzwi, wyjrzała ostrożnie na pusty szpitalny korytarz. Z sąsiedniej sali dochodził kobiecy płacz i ciche szepty pocieszenia.

To pani Vincent, której dziecko umarło zaraz po porodzie. Hope usłyszała o nieszczęściu tego dnia po południu od Philipa. Przekazał żonie smutną wiadomość, jakby chciał jej powiedzieć: powinnaś się cieszyć, że nasza córeczka jest silna i zdrowa. Tymczasem ją ogarnęła zazdrość, poczuła, że wolałaby być na miejscu pani Vincent. Śmierć małej rozwiązałaby wszystkie jej problemy.

Ale Pierron rodziły silne córki. Cień dawał im moc. Nigdy nie umierały.

Muszę uciekać, pomyślała gorączkowo. Muszę się wydostać z tego przeklętego szpitala, zaczerpnąć świeżego powietrza. Muszę uciec od czujnych spojrzeń, od nieznośnego współczucia, od czuwających nad nią lekarzy i pielęgniarek. Muszę znaleźć kogoś, kto by zrozumiał i potrafił pomóc.

Kościół. Tam znajdzie wsparcie. Zwróci się do księdza. On powinien zrozumieć.

Przy konfesjonale będzie bezpieczna. Zawierzy swoje problemy tajemnicy spowiedzi.

Nie zastanawiając się dłużej, podeszła po omacku do szafy, wyjęła ubranie. Przez całe życie znajdowała pociechę w Kościele, był jej wsparciem i opoką w najtrudniejszych chwilach. Tak będzie i teraz. Ksiądz na pewno jej powie, co powinna robić.

A jeśli tym razem ksiądz nie będzie w stanie pomóc? Co wtedy pocznie, gdzie pójdzie?

Była tak przerażona, że nie mogła oddychać, myśleć, działać. Musi się opanować, nie może się rozsypać. Nie może pozwolić, by dosięgnął ją Cień.

Wzięła głęboki oddech, podeszła do telefonu, wezwała taksówkę, po czym wzięła torebkę i na palcach podeszła do drzwi. Miała szczęście – w dyżurce pielęgniarek nadal nie było nikogo. Uśmiechnęła się do siebie, wymknęła na korytarz i szybko przeszła do windy. Oby Philip jak najdłużej nie wiedział, że opuściła samowolnie szpital. Próbowałby ją zatrzymać. Podobnie jak lekarze. Nikt nie rozumiał, co się z nią dzieje.

Zjechawszy na parter, skierowała się w stronę podwójnych szklanych drzwi. Stojący przy wyjściu ochroniarz zajęty był rozmową z recepcjonistką. Obydwoje zerknęli obojętnie na Hope i wrócili do błahej konwersacji.

Po chwili stała już na podjeździe szpitala. Wilgotne nocne powietrze otoczyło ją niby ciepły kokon. Odetchnęła głęboko, szczęśliwa, że wreszcie wydostała się na wolność.

Zanurzyła się w mrok. Mokry chodnik połyskiwał srebrzystą poświatą księżyca, z liści drzew na twarz Hope spływały ostatnie krople deszczu.

Ulicą przejechał tramwaj, jakiś przechodzień krzyknął coś do kierowcy mijającego go samochodu. Po gałęzi dębu przemknęła zabłąkana wiewiórka, szukająca miejsca na nocleg.

Przy krawężniku zatrzymała się taksówka.

– Do Katedry św. Ludwika – rzuciła Hope, wsiadając do środka. Wierni, którzy chcieli ustrzec się grzechów i wyznać już popełnione, do późna w noc mogli się spowiadać w świątyni na Jackson Square, najstarszym, budzącym prawdziwą bojaźń bożą przybytku wiary w Nowym Orleanie, znajdującym się, jak na ironię, w samym centrum dzielnicy burdeli i nocnych klubów.

Hope zacisnęła kurczowo dłonie. Wnętrze taksówki cuchnęło papierosami i pleśnią. Mrukliwy kierowca nie próbował, na szczęście, wdawać się w konwersację, więc w milczeniu przyglądała się imponującym rezydencjom Górnego Miasta. Minęli śródmieście, wjechali do Vieux Carre, starej dzielnicy francuskiej, i po chwili byli już pod katedrą.

Tu poprosiła, by kierowca na nią zaczekał, wysiadła i spojrzała w rozgwieżdżone niebo, na potężne wieże świątyni. Dwa razy dźwigana z gruzów, surowa, majestatyczna budowla stanowiła uderzający kontrast z lekką, kapryśną architekturą otaczających ją domów. Dla Hope była zawsze symbolem wsparcia, a jej surowość równoważyła beztroskę zamieszkujących niegdyś Vieux Carre Kreoli.

Stukając obcasami o bruk, ruszyła w kierunku portalu. Znad przepływającej nieopodal Missisipi doszedł ją pojedynczy odgłos syreny jakiegoś statku, z Bourbon Street niosły się dźwięki dixielandu i sprośne śmiechy.

Kiedy weszła do katedry, otoczyła ją cisza. Cisza, która napawała otuchą i przynosiła ukojenie. Z Hope opadł histeryczny niepokój ostatnich dni. Tutaj Cień nie miał do niej dostępu. Tutaj, w kościele, powinna znaleźć odpowiedź na swoje problemy.

Zanurzyła palce w święconej wodzie, przeżegnała się i ruszyła w stronę konfesjonałów pomieszczonych w pobliżu prezbiterium.

Przyklęknęła przy pierwszym, zaciągnęła za sobą szczelnie kotarę, pochyliła głowę ku kratce, za którą niewyraźnie majaczyła twarz kapłana.

– Przebacz mi, ojcze, bo zgrzeszyłam. Ostatni raz u spowiedzi byłam dwa tygodnie temu...

– Jakie grzechy popełniłaś, moje dziecko?

Hope nerwowo splotła palce. Serce biło jej tak mocno, że z trudem mogła oddychać.

– Ja... nie przyszłam, żeby się wyspowiadać. Potrzebuję rady. Ja... – słowa uwięzły jej w gardle, na powrót ogarnęła ją mroczna rozpacz i lęk. – Nie mam do kogo się zwrócić. Jeśli ksiądz mi nie pomoże, nie wiem, co się ze mną stanie. Będę zgubiona. – Ukryła twarz w dłoniach i rozszlochała się. – Proszę, niech mi ksiądz pomoże.

– Uspokój się, moje dziecko. Oczywiście, że ci pomogę. Opowiedz mi, co cię trapi.

– Kobiety z mojej rodziny to złe istoty, grzesznice. Sprzedają swoje ciała. Tak było zawsze, od pokoleń. Jakaś klątwa ciąży nad nami. – Otarła łzy z policzków. – Ja się ustrzegłam, ale boję się o duszę swojej maleńkiej córeczki. Widzę, że i nad nią zaciążył ten sam Cień, co nad moją matką, babką... Bardzo się lękam, ojcze.

Ksiądz milczał przez chwilę, po czym przemówił spokojnym, mocnym głosem:

– Nad wszystkimi nami ciąży cień ciemności, moje dziecko. Ewa ofiarowała Adamowi jabłko, a on je przyjął, i od tamtej chwili żyjemy w grzechu. Każdy z nas jest nieczysty, ale Bóg zesłał nam swego Syna – Odkupiciela naszych win. Chrystus jest obietnicą zbawienia.

Ksiądz poruszył się, zaszeleściła alba, zadzwoniły paciorki różańca.

– Musisz pomóc swojej córce, pokazać jej drogę, nauczyć ją, jak zwyciężać Szatana.

– Jak, ojcze? – Hope nachyliła bliżej głowę. – Jak mam jej pomóc?

– Jesteś jej matką. Możesz uczynić z niej kobietę o silnym charakterze. Tylko ty jesteś w stanie tego dokonać. Pokaż jej, jak żyć, naucz odróżniać dobro od zła, to, co święte, od tego, co zbrukane. Bóg zesłał ci dziecko, żeby wypróbować moc twojej wiary. To dziecko może stać się twoją chlubą albo twoją klęską...

Serce Hope zabiło mocniej. Nagle zobaczyła przed sobą jasny, wyraźnie naznaczony cel. To nie Bóg wystawiał ją na próbę, lecz Ciemność.

Zacisnęła dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły się w ciało. Niech ją jej mroczny Cień wodzi na pokuszenie, niech drwi z niej i szydzi. Ona nie ulegnie, nie odda mu córki. Wypleni ziarno zła ze swojego dziecka, jak wypleniła je z własnej duszy.

To dziecko może być jej chlubą albo jej klęską.

Chlubą, pomyślała. Dziecko będzie jej Glorią.

CZĘŚĆ II

ROZDZIAŁ CZWARTY

Nowy Orlean, Luizjana, 1979

Victor Santos miał piętnaście lat i bardzo mu odpowiadało życie w nowoorleańskiej Vieux Carre. Nigdzie, gdzie mieszkał wcześniej, nie było tak jak tutaj. Dzielnica noc i dzień tętniła życiem, zawsze coś się tu działo, zawsze znalazł się ktoś, z kim można było zamienić słowo. Lubił odgłosy Carre, charakterystyczne zapachy starego kwartału miasta, domy ze spękanym, zawsze wilgotnym tynkiem, fantazyjne balkony z kutego żelaza.

Nade wszystko zaś Santos, którego tylko matka nie nazywała tym imieniem, lubił ludzi. Dzielnica przyciągała osobników różnych ras i różnej maści: złych, dobrych, odstręczających. Fascynowali go zwłaszcza ci, którzy ciągnęli nocą na Bourbon Street, czy byli to wieczni balowicze w poszukiwaniu zabawy, czy wiedzeni ciekawością kolekcjonerzy przeżyć osobliwych.

Psycholog z poradni szkolnej do znudzenia powtarzał jego matce, że Dzielnica to nie miejsce dla dziecka: za dużo w niej mieszka „elementu”. Niechybnie i ją włączyłby do tej kategorii, gdyby wiedział, że jest tancerką, specjalistką od „tańca egzotycznego”, nie zaś kelnerką, jak mu wmówiła.

Santos miał go za nadętego, wszystkowiedzącego bubka. Trwał w przekonaniu, że uliczne dziwki, rozmaici łazikowie i inny ludek, który wymykał się porządkowi społecznemu, ma więcej serca niż sztywniacy pokroju jego tatusia. W swoim krótkim życiu zdążył zrozumieć, że ci, którzy dostali bolesne cięgi od losu, nie potrafią chować w sercu nienawiści.

Przeszedł przez jezdnię i przystanął, żeby zamienić kilka słów z Bubbą, wykidajłą w Club 69 na Bourbon Street, gdzie tańczyła jego matka.

– Cześć, Santos – zawołał barczysty bramkarz. – Masz zapalić? Skończył mi się towar.

Santos ze śmiechem uniósł puste dłonie.

– Odpuść se. Chcesz się przejechać? Nie słyszałeś, że to zabija?

Chłopak poklepał Santosa przyjaźnie po ramieniu, po czym zajął się parą turystów, którzy zatrzymali się przed klubem i wyciągali szyje, by zobaczyć coś z trwającego właśnie show.

Victor ruszył przed siebie i skręcił z Bourbon Street w St. Peter’s. Tym sposobem mógł skrócić drogę i zaoszczędzić kilka minut. Obiecał matce, że w drodze do domu odbierze zamówione wcześniej sandwicze z krewetkami.

Na myśl o ogromnych, piętrowych kanapkach ślinka napłynęła mu do ust, przyspieszył więc kroku, acz bez przesady. Sierpień w Nowym Orleanie nie sprzyjał pośpiechowi. Słońce co prawda już zachodziło, ale chodniki były nadal rozgrzane jak patelnia, a od betonu szły fale gorącego powietrza. Wilgotność przekraczała dziewięćdziesiąt procent i uniemożliwiała niemal oddychanie. Tydzień wcześniej na ulicy padł koń ciągnący powozik obwożący turystów – kolejna ofiara nowoorleańskich upałów.

– Hej, Santos! – Zza pleców dobiegł go kobiecy głos. – Dokąd się tak spieszysz?

Zatrzymał się i odwrócił z uśmiechem.

– Cześć, Sugar. Idę do Central Grocery odebrać sandwicze, potem do domu. Mama czeka. – Jeszcze pół roku wcześniej Sugar tańczyła w klubie z matką Santosa. Musiała zacząć zarabiać na ulicy, kiedy odszedł jej chłopak, zostawiając ją samą z trójką dzieci.

– Tak, twoja matka lubi sandwicze, założę się, że ty też. Rośniesz, to i pewnie jesz za dwóch. – Zaśmiała się i poklepała Santosa po policzku. – Pozdrów matkę. Powiedz jej, że Brown Sugar jakoś sobie radzi.

– Powtórzę. Na pewno się ucieszy.

Santos patrzył chwilę za dziewczyną, po czym kręcąc głową, ruszył dalej. Sugar należała do tej kategorii osób, którą naprawiacze świata, jak szkolny psycholog Santosa, określali krótko: „wywiera zły wpływ”. Tymczasem w opinii chłopca dziewczyna robiła po prostu, co mogła, by utrzymać rodzinę. Pieski los, pomyślał. Czasami człowiek nie ma innego wyjścia, jeśli chce przeżyć.

Oczywiście w Dzielnicy trafiali się też łajdacy, jak wszędzie. Generalnie Santos dzielił ludzi na trzy kategorie: tych, którzy mają szczęście, którzy go nie mają i wreszcie na tych, którzy nieustannie za szczęściem gonią. W oczach chłopca między tymi trzema grupami przebiegał wyraźny podział. Podział ekonomiczny, mówiąc najprościej.

Szczęściarze mieli najłatwiej. Cieszyli się życiem i nie przejmowali pozostałymi grupami, pod warunkiem że ich przedstawiciele nie psuli szczęściarzom dobrego samopoczucia. Najbardziej kłopotliwi byli wieczni poszukiwacze szczęścia, zawsze głodni władzy i pieniędzy, gotowi uczynić wszystko, by zdobyć jedno i drugie, choćby po trupach.

Santos uważał się za twardziela, ale nie chciał należeć do poszukiwaczy. Dostał dobrą szkołę. Jego ojciec był właśnie taki: wiecznie za czymś gonił, wiecznie był nienasycony, szedł przez życie jak taran, nie zważając na innych, niszcząc słabszych. Jakby to miało uczynić go potężniejszym.

Ojciec... Santos skrzywił się z niesmakiem na to słowo. Samuel „Willy” Smith nie pozostawił mu po sobie nic oprócz złych wspomnień. Był śmieciem, ale uważał się za lepszego od swojej latynoskiej dziewczyny. Kiedy zaszła w ciążę, nie zaproponował małżeństwa, nie dał dziecku swojego nazwiska. Nazywał Victora i jego matkę „meksykańskimi brudasami”, wykrzykiwał, że nie są nic warci.

Santos do dziś pamiętał, jaką ogromną ulgę odczuł pewnego ranka, kiedy do ich drzwi zapukał szeryf z informacją, że Willy Smith nie żyje; ktoś poderżnął mu gardło w czasie bójki w barze. Czasami wspominał ojca i życzył mu wówczas miłego pobytu w piekle.

Zatopiony w rozmyślaniach, dotarł wreszcie do sklepu i zanurzył w jego chłodnym wnętrzu. Odebrał sandwicze, zamienił kilka słów z ekspedientką i kilka minut później był z powrotem na ulicy z brązową torbą na zakupy pod pachą. Mieszkał z matką na Ursuline Street, w małym mieszkaniu na pierwszym piętrze. Dom był schludny, czynsz niski, ale doskwierał brak klimatyzacji. Zainstalowali wprawdzie niewielkie klimatyzatory w sypialniach i dzięki nim mogli przetrwać letnie miesiące, jednak w kuchni i bawialni panował czasami taki upał, że posiłki jadali w łóżku.

Przeskakując po dwa stopnie, wbiegł na piętro i wpadł do mieszkania.

– Jestem, mamo! – zawołał od drzwi.

W progu sypialni pojawiła się matka ze szczotką do włosów w dłoni, z grubą warstwą makijażu na twarzy. Twierdziła, że kiedy tańczy, lubi być mocno umalowana. Kosmetyki stanowiły rodzaj maski, pod którą się ukrywała, występując na scenie. Miała wtedy odczucie, że oglądający ją mężczyźni patrzą na kogoś innego, na inną osobę. Mówiła też Santosowi, że faceci, którzy przychodzą do klubu, chcą, żeby wyglądała tandetnie. Jak dziwka. To ich kręciło.

Santos miał na ten temat własne zdanie. Zżymał się, że matka musi uprawiać podły zawód i marzył o tym, żeby mogła zerwać ze swoim zajęciem.

Zamknęła drzwi sypialni, skąd szybko uciekało chłodne powietrze.

– Witaj, kochanie. Jak minął dzień?

– W porządku. – Santos założył łańcuch w drzwiach. – Przyniosłem sandwicze.

– Świetnie, bo umieram z głodu. Chodź, zjemy w moim pokoju. Gorąco dzisiaj jak w piekle.

Zasiedli na podłodze i zabrali się do jedzenia. Victor pałaszował z apetytem, ale nie spuszczał oka z matki. Pół Indianka – jak sama przypuszczała, z plemienia Cherokee – pół Meksykanka, miała ciemne włosy, ciemne oczy i egzotyczną twarz o wysoko podniesionych kościach policzkowych. Odkąd pamiętał, zawsze widział lgnące do niej spojrzenia mężczyzn, kiedy wychodzili razem na miasto – matka w dżinsach, uczesana w koński ogon, bez makijażu.

Był do niej podobny, tak mówili wszyscy znajomi. Ilekroć spoglądał w lustro, dziękował Bogu za to podobieństwo. Nie zniósłby, gdyby każdego ranka, patrząc na swoje odbicie, musiał przypominać sobie Willy’ego Smitha.

– Dzwoniła dzisiaj pani Rosewood.

No tak, pomyślał, nowa szkolna psycholożka, następna naprawiaczka świata.

– Wspaniale. Tylko jej nam jeszcze brakowało.

– W przyszłym tygodniu zaczynasz szkołę. Musimy zrobić zakupy. – Matka odłożyła sandwicza i wytarła usta serwetką.

Zesztywniał. Wiedział, co to oznacza. Dzisiaj, jutro albo pojutrze matka przyprowadzi „przyjaciela”. Nagle znajdą się pieniądze na ubranie, na wizyty u lekarza, na książki. Nienawidził tego.

– Niczego nie potrzebuję.

– Nie? – Ugryzła kolejny kęs i popiła piwem. – A te pięć centymetrów, które urosłeś przez lato? Nie sądzisz, że stare spodnie będą za krótkie?

– Nie przejmuj się. – Zmiął opakowanie po sandwiczu i wrzucił do pustej torby na zakupy. – Zaoszczędziłem trochę forsy z tego, co zarobiłem. Sam sobie kupię ubranie.

– Musisz iść do dentysty. Pani Rosewood mówi, że twoje oceny...

– Co ona wie? – przerwał ze złością, zerwał się na równe nogi i zmierzył matkę wściekłym spojrzeniem. – Czy ten stary babsztyl nie może zostawić nas w spokoju?

Lucia też się podniosła, rozzłoszczona nie mniej niż syn.

– O co ci chodzi, Victorze?

– Szkoła to strata czasu. Nie rozumiem, dlaczego nie miałbym rzucić tego w diabły.

– Bo nie możesz i kwita. Nie rzucisz szkoły, nie pozwolę, rozumiesz? Musisz się uczyć, skoro chcesz się wydostać z tego bagna. Jeśli rzucisz szkołę, to skończysz jak twój ojciec. Tego chcesz?

Victor zacisnął pięści.

– To bez sensu, mamo. Wiesz, że nie jestem taki jak on.

– Więc dowiedź tego. Skończ szkołę.

– Wyglądam na szesnaście lat. Mógłbym zacząć pracować. Potrzebujemy pieniędzy.

– Nie potrzebujemy. To, co mamy, w zupełności wystarcza.

– Jasne.

Lucia poczerwieniała, słysząc sarkazm w głosie syna.

– Chciałeś coś powiedzieć? Brakuje ci czegoś?

Nie odpowiadał, wbił wzrok w podłogę, na której leżały pośród papierów resztki niedojedzonej kolacji. Co za obrzydliwy bałagan. Całe ich życie tak wyglądało: nieuporządkowane, poplątane, zabałaganione. W piersi wzbierał mu gniew, poczucie zawodu, bezradności. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, a eksploduje.

– Mów – przynaglała Lucia, szturchając go palcem w ramię. – Chcesz mieć nowy sprzęt stereo? A może nowe dżinsy? Kolorowy telewizor do swojego pokoju?

Podniósł głowę i spojrzał matce w oczy z zawziętą, nieustępliwą miną.

– Może chcę, żebyś nie musiała wykręcać tych swoich numerów za każdym razem, kiedy masz mi kupić nową parę butów albo zaprowadzić mnie do lekarza.

Cofnęła się o krok, jakby zdzielił ją w twarz. Zbladła.

Victor, skruszony, wyciągnął ku niej rękę.

– Nie powinienem tego mówić, mamo. Przepraszam.

– Nic nie mów. – Cofnęła się o krok. – Skąd wiesz o moich... numerach?

Przeczesał włosy palcami, zły, że zaczął tę niepotrzebną rozmowę.

– Daj spokój, mamo, przecież nie jestem ślepy. Ani głuchy. Dzieckiem też już nie jestem. Wiem od dawna.

Patrzyła na niego przez chwilę, po czym odwróciła się i podeszła do okna. Mijały sekundy dłużące się niby minuty, Lucia ciągle milczała.

Santos postąpił krok w stronę matki, lecz zatrzymał się, klnąc w duchu. Dlaczego w porę nie ugryzł się w język? Dlaczego nie udał, że o niczym ni

e wie? Nie mógł już cofnąć wypowiedzianych słów, a milczenie matki bolało bardziej niż razy zadawane przez ojca.

– Czego się spodziewałaś? – zaczął tym razem już spokojnie. – Za każdym razem, kiedy musisz mi coś kupić, przyprowadzasz do domu jakiegoś „przyjaciela”, który znika po godzinie, dwóch i nigdy więcej się nie pojawia.

Lucia spuściła głowę.

– Przepraszam.

Przemógł się wreszcie, podszedł do niej, objął i wtulił twarz w jej pachnące włosy. Kiedy w nocy wróci z pracy, będzie śmierdziała papierosami i starymi capami, którzy ją obmacywali.

– Za co przepraszasz? – wykrztusił.

– Że jestem... dziwką. Na pewno myślisz...

– Nie jesteś! Jesteś najwspanialsza na świecie! – Głos uwiązł mu w gardle, dopiero po chwili mógł mówić dalej. – Nie wstydzę się ciebie. Wściekam się, bo wiem, jak tego nienawidzisz. Zawsze potem chodzisz nieswoja, masz smutną twarz. Najgorsze, że robisz to dla mnie. Jak mam się czuć, kiedy wiem, że z mojego powodu pozwalasz różnym facetom... – nie mógł dokończyć zdania.

– Przepraszam – powtórzyła cichym, łamiącym się głosem. – Nie chciałam, żebyś wiedział. Myślałam... Inaczej sobie wyobrażałam nasze życie. Twoje życie. Zasługujesz na lepszą matkę, Victorze.

– Nie mów tak. – Objął ją mocniej. Dałby wszystko, żeby móc chronić matkę, bronić, opiekować się nią. – Nie masz za co przepraszać. Ja tylko chciałbym... gdybym rzucił szkołę, nie musiałabyś już tego robić.

Odwróciła ku niemu mokrą od łez twarz.

– Zrobiłabym dla ciebie wszystko, Victorze. Nie widzisz? Jesteś dla mnie najważniejszy. Przyrzeknij mi, że nie rzucisz szkoły. – Wpatrywała się z napięciem w oczy syna. – Przyrzeknij, proszę.

Santos wahał się przez moment, wreszcie skinął głową.

– Dobra. Zostanę w tej budzie, przyrzekam.

– Dziękuję – powiedziała z wątłym uśmiechem. – Zawsze dotrzymujesz obietnic. Zawsze dotrzymywałeś, od dziecka. – Pokręciła głową. – Czasami zastanawiam się, skąd u ciebie, dziecka takich rodziców, tyle honoru, tyle godności.

– Pewnego dnia zaopiekuję się tobą. I nie będziesz już więcej musiała nakładać na twarz tej tapety. Nie będziesz musiała zarabiać tak, jak zarabiasz teraz. Masz na to moje słowo.

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Victor, kochanie, wychodzę.

Santos oderwał wzrok od ekranu telewizora stojącego na komodzie w jego pokoju i spojrzał na matkę.

– Do zobaczenia.

Lucia założyła torebkę na ramię.

– Podniesiesz się i pocałujesz matkę na do widzenia? – Roześmiała się, widząc kwaśny grymas na twarzy syna. – Wiem, jesteś zbyt dorosły na pieszczoty.

Podeszła do niego i ucałowała go w czubek głowy, po czym przeczesała palcami włosy.

– Znasz zasady?

Santos wzniósł oczy do nieba.

– Rany, co wieczór to samo.

– Nie bądź taki mądry. Powtórz, co masz robić.

– Zamknąć drzwi na łańcuch – zaczął z rezygnacją. – Nikomu nie otwierać. Choćby przyszedł do nas sam Pan Bóg.

Matka stuknęła go lekko w głowę.

– I nie wychodzić z mieszkania, chyba żeby wybuchł pożar.

– Jasne.

– Nie patrz tak na mnie. To nie żarty. Po ulicach kręci się pełno łobuzów. Już nie wiem, kogo bardziej się bać: ich czy urzędników. Merry, dziewczyna z klubu, opowiadała, że zabrali jej synka. Ci z opieki społecznej odkryli, że zostawia go samego na noc. No i tyle widziała dzieciaka.

– Tak, tylko że ona ćpa, a jej mały ma dopiero sześć lat. – Santos opuścił nogi na podłogę i podniósł się z łóżka. – Nam to nie grozi, mamo. Nie martw się tak strasznie.

– A pewnie, mój panie. Mam piętnaście lat i zjadłem wszystkie rozumy, tak? – Nachyliła się ku niemu z rękami wspartymi na biodrach. – Kiedy byłam w twoim wieku, też byłam strasznie mądra. W głowie mi się nie mieściło, że mogłabym zarabiać na życie, kręcąc tyłkiem przed obcymi facetami. Nie wiedziałam nawet, że istnieją takie kobiety. – Pokiwała głową z zadumą. – Ale tak to jest. Jeden głupi krok może spieprzyć człowiekowi całe życie. Pamiętaj o tym, zanim znowu pomyślisz, że wszystko już wiesz.

Jeden głupi krok... Matka mówiła o Willym Smisie i nieplanowanej ciąży. Rodzina ją wydziedziczyła, Willy traktował jak worek treningowy. Rzeczywiście, gorzej nie mogła wybrać. Tyle że w efekcie tego głupiego kroku urodził się on.

Zrobiło mu się smutno.

– Będę uważał, mamo.

– Bardzo cię proszę. – Pogłaskała go delikatnie po policzku. – Nie wyobrażam sobie, że mogłabym cię stracić. Nie zniosłabym tego.

Chciał powiedzieć to samo, ale zrobiło mu się głupio: jest w końcu facetem, nie będzie się rozklejał, nawet wobec matki.

– Nie stracisz mnie – mruknął tylko, ściskając jej dłoń. – Zawsze będziemy razem.

Uśmiechnęła się i wskazała głową na drzwi.

– Pora na mnie. Wiesz, jak Milton się wścieka, kiedy przychodzę spóźniona.

Santos odprowadził ją do wyjścia. Na końcu korytarza odwróciła się jeszcze i pomachała mu na pożegnanie, on zaś poczuł nagle dziwny ucisk w gardle. Zawsze tak oszczędny w okazywaniu uczuć, tak oschły, chciał teraz za nią pobiec, uścisnąć ją, ucałować i powiedzieć, jak bardzo ją kocha.

Co by zrobił, gdyby ją stracił?

Wybiegł na korytarz i zatrzymał się w pół kroku. Głupio. Jest za stary na takie czułości. Nie potrzebuje matczynych pieszczot. To dobre dla małych dzieci.

Zaśmiał się do siebie. Te jej opowieści, przestrogi, ciągłe zatroskanie działały mu czasami na nerwy. Jeszcze trochę, a każe mu wierzyć w Babę Jagę i dziada z worem, który mieszka w szafie i zabiera niegrzeczne dzieci. Ubawiony własnymi wizjami, zamknął drzwi na łańcuch, wrócił do pokoju i wydobył buty spod łóżka. Teraz musi odczekać kilka minut.

Zerknął na zegarek. Jeszcze trochę. Niech matka dotrze do klubu, wtedy będzie mógł wyjść i zobaczyć się z kumplami. Spotykali się co wieczór w opuszczonej szkole przy Esplanadzie, w północnej części Dzielnicy.

W uszach dźwięczały mu jeszcze słowa Lucii o ludziach z opieki społecznej, ale szybko odsunął je na bok. Matka za bardzo się przejmuje, traktuje go jak małe dziecko. Przez całe lato, każdego wieczoru zrywał się z chaty i widywał z chłopakami. W czasie roku szkolnego spotykał się z nimi w weekendy. Musiał tylko pilnować, żeby wrócić do domu przed Lucią i nie włazić w oczy glinom patrolującym ulice. Przyrzekł matce, że będzie uważał na siebie i dotrzymywał słowa. Nigdy nie dał się złapać.

Dokładnie po dziesięciu minutach wyszedł z mieszkania i zanurzył się w gorącą nowoorleańską noc. Zaklął pod nosem. Pomimo późnej pory powietrze było tak duszne i parne, że nie dało się oddychać. Otarł pot z karku. Tak właśnie wygląda lato w Nowym Orleanie, czego nie zrozumie nikt, kto tutaj nie mieszkał – ani chwili chłodu, nieznośny żar w dzień i w nocy, ani chwili ulgi, nawet po zachodzie słońca.

I tak od maja do września. W sierpniu ludzie byli tak wymęczeni, że snuli się po mieście jak muchy. Turyści, z którymi Santos czasami rozmawiał, nieodmiennie pytali, jak on to znosi. Śmiał się z tego. Nowoorleańczycy nie próbują „znosić” upałów, po prostu są do nich przyzwyczajeni. Dla Santosa była to znacząca różnica.

Uniósł wysoko głowę i wciągnął powietrze przez nos. Zachód słońca nie przyniósł, co prawda, ochłody, ale powietrze się zmieniło. Zmieniła się też atmosfera w Dzielnicy – w sposób tyleż subtelny, co dający się wyraźnie wyczuć, jak wyraźnie da się wyczuć różnicę między zapachem kwiatów i perfum, tak jak uderza w oczy różnica między światłem dziennym i sztucznym.

Ze zmierzchem zniknęli w swoich domach kupcy, sklepikarze i biznesmeni, a w ich miejsce na ulicach pojawiły się nocne ćmy. Te dzieliły się na dwie kategorie – na ludzi marginesu i ludzi, nazwijmy ich tak, krawędzi. Matka Santosa, na przykład, należała do tej pierwszej grupy. Przez swoje pochodzenie i swoje zajęcie nie pasowała do standardu porządnej Amerykanki, choć bardzo chciała nią być. Ludzie krawędzi przeciwnie – sami decydowali się na taką egzystencję, świadomie odrzucali amerykański model życia wyznaczany przez jednorodzinny dom pod miastem, samochód i pracę od dziewiątej rano do piątej po południu.

Gdzieś z balkonu płynęły smutne dźwięki bluesowej muzyki, z innego dochodził gwar rozmów. Santos szedł pospiesznie, wybierając mniej ludne ulice i ciemne zaułki, by nie natknąć się, broń Boże, na kogoś ze znajomych, kto mógłby donieść matce, że włóczy się nocami po mieście.

Z restauracji na rogu dobiegał brzęk garnków, w powietrzu snuł się nęcący zapach gotowanych langust, a może innych skorupiaków. Minął zaplecze knajpy, przeszedł koło śmietnika i zmarszczył nos. W upale wystarczyło dzień, dwa nie opróżnić pojemników z odpadkami i nęcący zapach langust zamieniał się w przyprawiający o mdłości smród.

W pobliżu szkoły zwolnił kroku. Tutaj, w biednej okolicy, gdzie co chwila zdarzały się przestępstwa, ktoś kto szybko szedł lub biegł, wzbudzał natychmiast podejrzenia patroli policyjnych. Spieszysz się, młody człowieku, znaczy, że coś masz na sumieniu i teraz uciekasz.

Zaszedł pod stary budynek szkolny od tyłu, upewnił się, że nikt go nie widzi, i zanurkował w gęstwinę zdziczałych oleandrów. Dotarł do otwartego okna, przez które zawsze dostawał się do środka, podciągnął się na parapecie i po chwili był wewnątrz. Gdzieś z głębi opuszczonej rudery doszedł go odgłos śmiechów: jego kumple są już na miejscu.

Nagle zajaśniał płomyk zapałki. Santos odwrócił się gwałtownie. Malec zwany Harcerzykiem – nadali mu to przezwisko, bo jako najmłodszy stał zwykle na czatach, wypatrując gliniarzy i meneli, wkraczających na terytorium zagarnięte przez chłopców – czaił się w kącie z zadowoloną z siebie miną.

– Co jest grane, młody? – warknął Santos. – Wystraszyłeś mnie jak jasna cholera.

Harcerzyk zapalił papierosa i zaciągnął się fachowo.

– Przepraszam. Spóźniłeś się dzisiaj.

– Czekałem, aż matka wyjdzie z domu.

– W porządku. Dobrze, że to ty. – Harcerzyk wskazał opartą o ścianę metalową rurkę. – Już myślałem, że będę musiał komuś dojebać. Trzeba pilnować zastępu, nie?

I chłopak rzeczywiście pilnował, Santos o tym wiedział. Większość jego kumpli, Harcerzyka nie wyłączając, żyła na ulicy. Część, jak Santos, pozbawiona opieki dorosłych, wymykała się z domów i łazikowała po nocach. Grupa to rozrastała się, to znowu topniała. Ktoś się przyłączał, po kilku dniach znikał, wracał do domu albo lądował w pogotowiu dla niepełnoletnich. Tylko Santos i paru innych stanowili od samego początku jej niezmienny trzon.

– Gdzie chłopaki?

– W sali głównej. Lenny i Tish podprowadzili karton krabów z ciężarówki. Jeszcze ciepłe. W każdym razie były pół godziny temu.

– Idziesz?

– Nie. Popilnuję.

Santos skinął głową i ruszył w stronę sali głównej. W ogromnym budynku wybrali sobie cztery sale na swoje spotkania i każdej nadali inną nazwę: był klub teatralny, sala sztuk i rzemiosł, sala seksu i sala główna.

Ta ostatnia mieściła się na pierwszym piętrze, na końcu długiego korytarza. Kiedy tam dotarł, zastał kolegów zajadających się krabami, roześmianych, upaćkanych jedzeniem jak świnie.

Żyleta, najstarszy z grupy, pierwszy zauważył Santosa i przywołał go gestem dłoni. Nazywany Żyletą z oczywistych powodów, najdłużej spośród chłopaków żył na ulicy. Z gruntu dobry, nie ufał nikomu, ale tego właśnie nauczyła go ulica. Santos czuł, że Żyleta wkrótce wypadnie z grupy. Skończył szesnaście lat i był gotów gdzie indziej szukać sobie miejsca.

– Spisaliście się dzisiaj. – Santos przybił piątkę z obydwoma bohaterami wieczoru i zasiadł na podłodze. Zaczęli rozmawiać.

Chłopcy przerzucali się wiadomościami o znajomych. Oto ludzie z opieki społecznej znowu namierzyli Bena i odesłali do jego rodziny zastępczej, oto jakiś alfons straszył Claire, bo chciał, żeby dla niego pracowała. Doreen przyłapała Sama w łóżku z Leą, Tygrys i Rick wyjechali niedawno z Nowego Orleanu, szukać szczęścia w południowej Kalifornii...

Dopiero po dłuższej chwili Santos zauważył, że jest z nimi dzisiaj nowa dziewczyna. Siedziała z boku, nie brała udziału w rozmowie, nie sięgała po zdobyczne kraby. Skulona, milcząca, mocno obejmowała ramionami kolana i trzymała nisko głowę. Santos szturchnął Harcerzyka, który zszedł z czatów, żeby coś zjeść i usiadł właśnie obok. Wskazał na nową.

– Kto to?

– Tina – mruknął Harcerzyk. – Claire ją przyprowadziła. Przez cały wieczór powiedziała może dwa słowa.

– Widać, że zielona. Na gigancie?

– Chyba tak.

Nie chyba, tylko na pewno, pomyślał Santos, przyglądając się Tinie. Dziewczyna miała wymalowane na twarzy rozpacz i zagubienie. Była śmiertelnie przerażona. Spuściła oczy, przygryzała cały czas dolną wargę, jakby bała się, że za chwilę usta zaczną jej drżeć i rozpłacze się. Nie wiedział, skąd i przed czym uciekła, ale gotów był założyć się o swój marny wakacyjny zarobek, że musiała mieć poważne powody.

Było mu jej serdecznie żal, jak zresztą pozostałych przyjaciół. Przez lata zdążył nasłuchać się opowieści, przy których metody wychowawcze jego ojca wydawały się naprawdę łagodne.

Rozebrał kraba, wyssał delikatne mięso z szyjki, sięgnął po następnego. Za każdym razem, kiedy stykał się z nowym nieszczęściem, jeszcze bardziej doceniał matkę i własne życie.

Wrócił myślami do wieczornej rozmowy. Przypomniał sobie, jak bardzo się wstydziła, że syn wie, w jaki sposób dorabia, kiedy brakuje w domu kasy. Może nie była idealną matką, ale kochała go. Żyli biednie, ale mieli siebie nawzajem. W rozmowach z kumplami uświadamiał sobie, jakie to ważne, by w złym, brutalnym świecie mieć kogoś, kogo się kocha i na kim można się oprzeć.

Kiedy kraby się skończyły, część dzieciaków zbiła się w mniejsze grupki. Ktoś drzemał w kącie, reszta poszła w miasto i tylko Tina trwała nieporuszona na swoim miejscu. Zalękniona, niepewna, sama.

Santos wstał i podszedł do niej.

– Cześć – zagadnął z uśmiechem. – Jestem Santos.

Podniosła na niego wzrok i zaraz spuściła oczy.

– Cześć.

W jej głosie słyszało się łagodność, niemal słodycz. I lęk. Zbyt łagodny, zbyt słodki głos jak na dziewczynę z ulicy. Szybko stwardnieje, pomyślał, nabierze ostrych tonów. O ile przetrwa.

Usiadł obok niej, ale nie za blisko, żeby nie wystraszyć jej jeszcze bardziej.

– Masz na imię Tina?

W odpowiedzi skinęła tylko głową, jakby nie chciała wdawać się w rozmowę.

– Harcerzyk mówi, że Claire cię tu przyprowadziła.

Ponownie skinęła głową.

– Wkrótce się przekonasz, że Harcerzyk wie wszystko o wszystkich. To po pierwsze. Po drugie, jesteśmy zgraną załogą, u nas człowiek zawsze może liczyć na innych.

Widząc, że nadal milczy, Santos pomyślał, że powinien zostawić ją w spokoju. Podniósł się z podłogi.

– Jak będziesz czegoś potrzebowała, daj mi znać. Postaram się pomóc, jeśli tylko będę mógł.

Dopiero teraz uniosła twarz i popatrzyła na niego dłużej. Oczy i policzki miała mokre. Była bardzo ładna – ciemnoblond włosy, duże niebieskie oczy. Musiała być w wieku Santosa, może trochę starsza.

– Dziękuję – szepnęła.

– Nie ma za co. – Uśmiechnął się ponownie. – Do zobaczenia.

– Zaczekaj.

Przystanął w pół kroku.

– Ja... – Przez chwilę zmagała się ze sobą, żeby wykrztusić to, co zamierzała powiedzieć. – Ja nie wiem, dokąd... mam iść. Nie mam pojęcia, co ze sobą począć. Czy mógłbyś... mi pomóc?

– Spróbuję. – Wątpił, czy będzie w stanie zapewnić jej to, o co prosiła: bezpieczne miejsce do spania, uwolnienie od lęku. Usiadł z powrotem.

– Dokąd chciałabyś pójść, Tino?

– Do domu – szepnęła ze łzami w oczach i mocno zacisnęła dłonie. – Ale nie mogę.

– Skąd jesteś?

– Z Algiers. Moja matka i...

Ciszę nocy rozdarło raptem wycie syren policyjnych. Ostatnie słowa Tiny utonęły w hałasie.

– O, Boże! – Dziewczyna zerwała się na równe nogi, rozejrzała nieprzytomnie jak zwierzę schwytane w potrzask.

Santos też wstał.

– Uspokój się. Wszystko w porządku. To tylko...

Znowu wycie. Suki musiały przejeżdżać w pobliżu budynku, bo biało-niebieskie światło kogutów omiotło wnętrze sali, prześlizgując się po spękanych murach jak w jakimś złowrogim kalejdoskopie. Santos miał przez chwilę wrażenie, że szkołę otoczyły oddziały specjalne.

– Nie! – Tina zatkała uszy. – Nie!!!

– Wszystko w porządku, Tino. Nic się nie dzieje. – Santos położył jej dłoń na ramieniu. Przerażona, odwróciła się gwałtownie, szarpnęła i rzuciła na oślep w kierunku drzwi.

Pobiegł za nią, złapał ją przy samym wyjściu. Zaczęła się wyrywać, krzyczeć, kopać, młócić pięściami, jak człowiek ogarnięty histerią.

– Puść mnie, puść, słyszysz! Masz mnie puścić!

– Zrobisz sobie krzywdę. – Uchylał się, jak mógł, przed jej ciosami. – Niech cię cholera, Tino... Schody są...

– Zaraz tu przyjdą... to on ich nasłał. On!

– Jaki on? – Santos złapał ją za ramiona i mocno potrząsnął. – Nikt tu nie przyjdzie. Nikt nie zrobi ci krzywdy. Posłuchaj, nie słychać już syren. Pojechali.

Przestała się szamotać, ale wciąż drżała, nieprzytomna z przerażenia.

– Nic nie rozumiesz. Nic nie rozumiesz – powtórzyła. – Przyśle ich... powiedział, że ich przyśle.

Po chwili wreszcie się uspokoiła. Zupełnie wyczerpana, osunęła się w ramiona Santosa, on zaś zaprowadził ją w kąt sali, gdzie pod ścianą leżał jakiś stary materac.

– Chcesz o tym porozmawiać?

Nie odpowiadała przez długą chwilę, ale Santos miał wrażenie, że chce mu opowiedzieć o sobie. Że musi zebrać siły, uporządkować myśli i że zaraz zacznie.

– Myślałam, że to po mnie – zaczęła głuchym głosem. – Myślałam, że... to on ich przysłał.

– Myślałaś, że szukają cię gliny?

Skinęła głową i skuliła się jeszcze bardziej.

– Dlaczego? – mruknął Santos bardziej do siebie niż do dziewczyny. – Mówisz, że to on ich nasłał na ciebie. To znaczy kto?

– Mój ojczym. On też jest gliną. Groził mi, krzyczał, żebym nie próbowała uciekać, bo i tak mnie znajdzie. Znajdzie, a potem...

Nie dokończyła. Santos mógł się tylko domyślać, czym facet mógł jej grozić, skoro była tak śmiertelnie wystraszona. Do tej pory też musiał się z nią obchodzić okropnie, inaczej nie uciekłaby z domu. Sukinsyn.

Santos splótł palce, oparł brodę na dłoniach.

– Mieszkam z mamą. Jest fajna, ale ojciec był strasznym kutasem. Lał mnie. Już nie żyje. Domyślam się, że twój ojczym jest niewiele lepszy.

– Nienawidzę go – powiedziała z zaciekłością. – On... mnie dotyka.

Santos zesztywniał na te słowa.

– I dlatego uciekłaś.

– Miałam do wyboru: albo uciec, albo skończyć ze sobą. – Usiadła na materacu, wyprostowała się. Jej twarz mówiła, że naprawdę zastanawiała się nad samobójstwem. – Zabrakło mi odwagi.

– Mówiłaś o tym komuś?

– Matce, ale mi nie uwierzyła. Powiedziała, że kłamię, że jestem... małą ladacznicą.

Santos zaklął pod nosem. Nie był zaskoczony opowiadaniem Tiny, słyszał już niejedną taką historię.

– Nie mogłaś zwrócić się do nauczycielki, sąsiadki, do kogokolwiek?

– On jest gliną, pamiętaj. Kto by mi uwierzył, skoro własna matka nie chciała mnie słuchać?

– Przykra sprawa – westchnął Santos, ściskając mocniej jej dłoń.

– Beznadziejna. – Tina odwróciła głowę. – Żałuję, że stchórzyłam, że nie miałam odwagi połknąć tych proszków. Miałam je już w ręku... i nie mogłam.

– Nie mów tak. Cieszę się, że tego nie zrobiłaś. – Spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się blado. – Zobaczysz, wszystko będzie dobrze, Tino.

– Na pewno. Nie mam forsy, nie mam dokąd pójść... – Ukryła twarz w dłoniach i znowu zaczęła płakać. – Boże, tak strasznie się boję. Nie wiem, co robić. – Opuściła ręce i spojrzała na Santosa bezradnie. – No powiedz, co ja mam teraz robić?

On też nie wiedział. Nie potrafił jej pomóc, nie umiał poradzić. Mógł tylko pocieszać. Objął ją więc mocno i trzymał w ramionach, póki się nie wypłakała. W sali zrobiło się cicho. Reszta towarzystwa już wyszła, każdy w swoją stronę. Zostali tylko we dwoje. Przypomniał sobie, że matka niedługo wróci do domu. Jeśli go nie zastanie, już po nim.

– Muszę iść, Tino – powiedział z żalem, wypuszczając ją z objęć. – Ja...

– Nie zostawiaj mnie. – Chwyciła go kurczowo za rękę. – Okropnie się boję. Pobądź ze mną jeszcze trochę, proszę. Nie idź jeszcze, Santos.