Wyprawa Onufrego Clinkera - Tobiasz Smollett - ebook + książka

Wyprawa Onufrego Clinkera ebook

Tobiasz Smollett

0,0
64,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Wyprawa Onufrego Clinkera” to powieść epistolarna, ale nie jedna z wielu, jakie powstały w XVIII wieku, ale epistolarna powieść drogi. I w dodatku arcydzieło gatunku, rozpisane nie na dwa czy trzy głosy – ale aż na pięć! Wojna siedmioletnia już się skończyła, jest – tu historycy literatury nie są zgodni – rok 1763, 64 albo 65, imć Mateusz Bramble, jego bratanek Jery Melford, siostra Tabita, siostrzenica Lydia oraz Winifreda, pokojówka Tabithy – wyruszają w podróż przez kurorty i gorące źródła Wielkiej Brytanii: od Gloucester, przez Bath, Londyn, Harrogate, Durham, Edynburg do Glasgow i z powrotem. W listach dzielą się z przyjaciółmi swymi spostrzeżeniami i wrażeniami, opisują swoje odkrycia i przygody, bo fabuła „Wyprawy…” obejmuje m.in. polowanie na męża, nieślubne dziecko i uroczego dziwaka, porucznika Obadiah Lismahago. Oprócz niej znajdziemy także rozważania na temat oświecenia, metodyzmu, wolności prasy, ale też sfałszowanego mleka albo niejadalności narodowej potrawy Szkocji. „Smollett wyróżnia się absurdalnym poczuciem humoru – pisał Walter Scott. – Jego wyobraźnia zdaje się szaleć, mnożąc przed bohaterami kolejne absurdalne wypadki”. Albo – dodajmy – każąc poczciwej pokojówce Wini robić błędy i mylić słowa. Byron w „Wędrówkach Childe Harolda” napisał o „podwójnej radości” podziwiania krajobrazu z ukochaną osobą. W „Wyprawie Onufrego Clinkera” radość ta jest pięciokrotna, bo czytelnik ogląda XVIII-wieczną Wielką Brytanię z pięciu radykalnie różnych perspektyw.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 728

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktor prowadzący: Hubert Musiał

Okładka i karty tytułowe: Piotr Tarasiuk

Redakcja: Sylwia Majcher

Korekta: Maria Więckowska

W toku prac redakcyjnych zrezygnowano z tłumaczenia nazw geograficznych, nazw własnych oraz imion (z wyjątkiem głównych bohaterów), a także dokonano poprawek o charakterze ortograficzno-interpunkcyjnych zgodnie z obowiązującymi zasadami pisowni (z wyjątkiem pisowni nazw mieszkańców miast wielką literą).

Wydawca dołożył wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich do opublikowanych tekstów. Osoby, których danych nie udało się nam ustalić, prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected].

Na okładce wykorzystano rycinę Louisa Léopolda Boilly’ego Grimaces (1823) ze zbiorów Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.

Na wyklejce wykorzystano rycinę Johna Setteringtona View of the Antient Town Castle Harbour and Spaw of Scarborough (1735) ze zbiorów Historic England.

Na czwartej stronie okładki wykorzystano karykaturę Honoré Daumiera Le passé – Le présent – L'Avenir (1834) ze zbiorów Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.

Wydanie drugie, przejrzane Warszawa 2026

© Copyright by The Estate of Agnieszka Glinczanka

© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2026

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

ISBN 978-83-8442-131-4

CZĘŚĆ PIERWSZA

Na stronie tytułowej części pierwszej akwaforta Charlesa Grigniona Kawiarnia w Bath (w centrum Mateusz Bramble serdecznie obejmowany przez kontradmirała Baldericka), rycina z powieści Wyprawa Onufrego Clinkera (Londyn 1793) ze zbiorów British Museum w Londynie.

DO DOKTORA LEWISA

Doktorze!

Pigułki są do niczego – mógłbym równie dobrze łykać kule śniegowe gwoli ochłody nerek. Mówiłem Ci tyle razy, jak trudno jest ruszyć mnie z miejsca, a do tego czasu powinienem już chyba nieźle znać swój organizm. Dlaczego więc tak się upierasz? Proszę tedy, przyślij mi nową receptę. Jestem tak obezwładniony i takich doznaję męczarni we wszystkich członkach, jak gdyby łamano mnie kołem. W rzeczy samej cierpię równie na duszy, jak na ciele. Jak gdybym nie miał dosyć własnych udręk, tych dwoje dzieci pozostałych mi po siostrze stanowi wieczne źródło nowych zmartwień. Co sobie ludzie myślą, żeby płodzić dzieci na utrapienie swych bliźnich? Pewien niedorzeczny przypadek, który przytrafił się wczoraj mojej siostrzenicy Liddy, tak mnie zalterował2, że spodziewam się położyć do łóżka z nowym atakiem podagry. Może w następnym liście będę mógł Ci to dokładnie opisać. Jutro rano wyruszę do Hot Well w Bristolu3 i obawiam się, iż wypadnie mi tam pozostać dłużej, niżbym sobie życzył. Po otrzymaniu niniejszego listu wyślij tamże Williamsa z moim wierzchowcem i szpontonem4. Powiedz Barnesowi, żeby wymłócił te dwie stare sterty i wysłał zboże na jarmark. Niech je rozprzeda biedocie po cenie o pół szylinga na buszlu5 niższej od rynkowej.

Dostałem małoduszne pismo od Griffina, w którym proponuje mi, że się publicznie pokaja i zapłaci koszty. Nie potrzeba mi jego kajań ani też nie chcę grosza jego pieniędzy. To zły sąsiad i nie chcę mieć z nim nic do czynienia; ale ponieważ jest dusigroszem, powinien zapłacić za swą bezczelność: niech da pięć funtów biednym z parafii, a wycofam powództwo; Ty tymczasem możesz powiedzieć Prigowi, żeby wstrzymał wszelkie kroki. Niech wdowa po Morganie weźmie tę krowę aldernejską6 i czterdzieści szylingów na przyodziewek dla dzieci, ale nie piśnij o tym żywej duszy ani pół słówka – zwróci mi, kiedy będzie mogła. Życzę sobie, abyś pozamykał na klucz wszystkie moje szuflady i przechował klucze aż do naszego zobaczenia się; a nie zapomnij zabrać do siebie i pilnować żelaznej skrzynki z moimi papierami. Kochany Lewisie, przebacz cały ten kłopot, który Ci sprawia,

Drogi Lewisie,

Twój serdecznie Ci oddany

M. Bramble

Gloucester, 2 kwietnia.

DO JEJMOŚCI GWYLLIM, KLUCZNICY DWORSKIEJ W BRAMBLETON HALL

Moja Gwyllim,

Kiedy ten list dojdzie do rąk imości, koniecznie zapakuj imość do kufra, który stoi w mojej komórce i przyślij nie omieszkając bristolskim dryliżansem7 następujące artykuły: pódermantel z różowym kołnierzem i zielonymi wstążkami, suknię tę adamaszkową żółtą i kostium aksamitny czarny ten z krótkim robronem8 i niebieską pikowaną spódnicę, i zielony paletot i fartuszek z koronkami i mój francuski kornet z dzyndzykami i puzderko z biżuternią. Williams niech mi przywiezie flaszeczkę z asumcją Dra Hilla i pigułki przeczyszczające dla Chowdera. Przez cały czas, odkąd wyjechaliśmy z domu, biedaczek miał okropne zatwierdzenie. Proszę imości, dbaj gorliwie o dom w nieobecności państwa. W pokoju mojego brata i w moim trzeba stale palić. Dziewczyny nic do roboty nie mają, to zasadź je, niech przendą. Polecam imości założyć kłódkę na drzwi od piwnicy i niech żaden z męskiej służby nie ma dostępu do tego mocnego piwa. A nie zapominajcie, aby zamykać wieczorem bramy, zanim się ściemni. Ogrodnik i pastuch mogą spać na dole w pralni z hakownicą i tym dużym psem, żeby domu pilnować, i mam nadzieję, że imość bendziesz miała oko na dziewczyny. Wiem ja, że ten tłumok Mary Jones lubi się zabawiać z chłopami. Daj mi znać, czyście już sprzedali cielaka po krowie aledrańskiej i ileście za niego dostali. Czy stara gęś siedzi i czy szewc już owałaszył9 Dicky’ego i jak biedne bydle zniosło tę operancję. Nic już na razie więcej nie piszę, ale pozostaję

Imości

Tabita Bramble

Glostar, 2 kwietnia.

DO PANNY MARY JONESW BRAMBLETON HALL

Kochana Molly!

Jest okazja, więc pozdrawiam ciebie i Saulę10, będąc sama w dobrym zdrowiu, czego i tobie życzę i spodziewam się, że przy tym zimnie weźmiecie mojego biednego kotka ze sobą do łóżka. Wszyscyśmy tu w Glostar mieli wielką subiekcję – Panienka Liddy o mały włos byłaby uciekła z jednym kumediantem a młody panicz i on byliby sobie zrobili co złego, ale Jegomość poprosił burmiszcza, żeby im kazał przysiąc, że się nie pobiją. Jejmość przykazała mi nie mówić o tym słowa żywej duszy; toteż i nie powiem, bo my, służba, powinniśmy wszystko widzieć, a nic nie mówić. Ale jeszcze gorsze było, że Chowder miał to nieszczęście, że się dał poturbować przez psa od rzeźnika i przyszedł do domu w okropnym stanie. Jejmość dostała historii, ale prędko jej przeszło. Wezwaliśmy doktora do Chowdera i zapisał mu fiksturę11, która mu bardzo pomogła, chwała Bogu już zdrowieje, proszę cię, pilnuj mojej skrzynki i węzełka i wsadź je pod swoje łóżko, bo mi się widzi, że imość Gwillym będzie chciała wściubiać nos w moje sekrety, teraz kiedy mnie nie ma. John Thomas jest w dobrym zdrowiu, ale markotny. Jegomość oddał jakiemuś biedakowi stary frak i Jan powiada, że to jest ograbianie go z jego ankcydęsów. Powiedziałam mu, że sam się tak godził, że nie będzie dostawał żadnych podarunków, ale on mówi, że jest różnica między podarunkami a ankcydęsami, i pewnie, że jest różnica. Wszyscy jedziemy do Hot Well, gdzie wypiję twoje zdrowie szklanką wody, pozostając

kochana Molly

Twoją pokorną sługą do usług

W. Jenkins

Glostar, 2 kwietnia.

DO SIR WATKINA PHILLIPSA, BARONETA W JESUS COLLEGE, OXON

Kochany Phillipsie!

Ponieważ nic tak mi na sercu nie leży jak przekonanie cię, że niezdolny jestem zapomnieć lub zaniedbać przyjaźni zawiązanej na uniwersytecie, przeto rozpoczynam obecnie ową korespondencję, którą obaj przy rozstaniu obiecaliśmy sobie prowadzić. Rozpoczynam ją wcześniej, niżem zamierzał, dlatego abyś był w stanie zbijać wszelkie przypadkowe wersje, jakie mogą być z krzywdą dla mnie rozpowszechniane w Oxfordzie w związku z niemądrą kłótnią, w którą zostałem zamieszany z powodu mojej siostry, od pewnego czasu przebywającej tutaj na pensji. Kiedym tu przyjechał wraz z wujem i ciotką (naszymi opiekunami), aby ją zabrać, zastałem ją piękną, wysoką siedemnastoletnią dziewczyną o przyjemnej powierzchowności, ale uderzająco prostoduszną i zupełnie nieznającą świata. Usposobienie to oraz brak doświadczenia naraziły ją na umizgi pewnego osobnika – nie wiem, jak go nazwać – który ujrzał ją na jakimś przedstawieniu i z właściwą sobie dufnością i zręcznością wynalazł sposób, aby zawrzeć z nią znajomość. Najzupełniej przypadkowo przejąłem jeden z jego listów, a ponieważ obowiązkiem moim było zdusić tę znajomość w zarodku, wziąłem sobie za zadanie odszukać go i powiedzieć mu bez ogródek, co sądzę o tej sprawie. Fircykowi nie spodobał się mój ton, zachował się też nader zuchowato. Chociaż jego stanowisko w świecie (nawiasem mówiąc, wstydzę się je wymienić) nie dawało mu prawa do żądania zbytnich względów, to jednak – ponieważ zachował się z dużą dozą kawalerskiej fantazji – dopuściłem go do przywileju szlachcica i gdyby nam nie przeszkodzono, coś byłoby najpewniej z tego wynikło. Krótko mówiąc, rzecz się rozniosła i – nie wiem, jakim sposobem – narobiła dużo hałasu. Odwołano się do sprawiedliwości, musiałem dać słowo honoru etc., i jutro rano wyruszamy do bristolskiego Zdroju, gdzie spodziewam się odwrotną pocztą otrzymać twoją odpowiedź. Dostałem się do rodziny oryginałów, których, być może, spróbuję któregoś dnia opisać gwoli twej rozrywki. Moja ciotka, jejmość Tabita Bramble, jest czterdziestopięcioletnią panną, nadzwyczaj wysztywnioną, próżną i śmieszną. Wuj jest osobliwego gatunku humorystą, wiecznie zrzędzącym i tak niemiłym w obejściu, że wolałbym zrezygnować z wszelkich praw dziedzicznych do jego majątku niż być zmuszonym dotrzymywać mu towarzystwa. Być może, co prawda, że to męczarnie, jakie cierpi skutkiem podagry, skwasiły mu humor i że nauczę się bardziej go lubić po bliższym poznaniu. To pewna, że cała jego służba i wszyscy sąsiedzi ze wsi kochają go, a nawet uwielbiają; wszakże powodu tej miłości jak dotąd pojąć nie mogę.

Pozdrów ode mnie Griffy’ego Price’a, Gwyna, Mansela, Basseta i całą resztę moich dawnych walijskich kolegów. Pokłoń się w mym imieniu naszemu zaściełaczowi łóżek, złóż powinne służby kucharzowi i, proszę Cię, opiekuj się Pontem, moim biednym pieskiem, przez pamięć na jego dawnego pana, który jest i pozostanie na zawsze,

Twoim oddanym przyjacielem

i uniżonym sługą

Jer. Melfordem

Gloucester, 2 kwietnia.

DO PANI JERMYNW JEJ DOMU, W GLOUCESTER

Droga Pani!

Ponieważ własnej matki nie mam, ufam, że pozwoli mi Pani wylać przed Nią smutki mego biednego serca – Pani, która zawsze, odkąd tylko powierzono mnie Jej opiece, pełniła względem mnie rolę dobrotliwej rodzicielki. Doprawdy, o doprawdy, zacna moja wychowawczyni może mi wierzyć, kiedy zapewniam Ją, że mi nigdy myśl niecnotliwa w głowie nie postała i że z pomocą łaski Bożej nigdy nie zachowam się w sposób, który by rzucił cień na staranną edukację, jaką mi Pani dała. Wyznaję, żem zawiniła przez brak roztropności i doświadczenia. Nie powinnam była słuchać tego, co mówił ten młody człowiek, i obowiązkiem moim było powiedzieć Pani o wszystkim, ale wstyd mi było o tym wspomnieć, a poza tym on zachowywał się tak skromnie i z takim uszanowaniem, taki się zdawał smutny i bojaźliwy, żem się nie mogła zdobyć na nic takiego, co by wpędziło go w zmartwienie i desperację. Co do poufałości, to zapewniam uroczyście, żem mu ni razu nie udzieliła łaski pocałunku, a jeżeli chodzi o te parę listów, któreśmy pomiędzy sobą wymienili, to wszystkie one są w rękach wujaszka i ufam, że nie zawierają nic przeciwnego niewinności i czci niewieściej. Jestem nadal przekonana, że nie jest on tym, czym się być wydaje; czas to okaże... Tymczasem będę się starała zapomnieć o znajomości, która takie niezadowolenie budzi w mojej rodzinie. Odkąd mnie z takim pośpiechem od Pani zabrano, płaczę bez ustanku i nie biorę do ust nic prócz herbaty; nie zmrużyłam też oka ni razu przez trzy noce z rzędu. Ciotunia w dalszym ciągu łaje mnie surowo, ilekroć jesteśmy same, ale mam nadzieję z czasem ją ułagodzić pokorą i posłuszeństwem. Wujaszek, który z początku był tak okropnie rozgniewany, wzruszył się mymi łzami i niedolą i jest teraz uosobieniem tkliwości i współczucia, mój brat zaś pogodził się ze mną, gdy obiecałam zerwać wszelkie stosunki z tym nieszczęsnym młodzieńcem. Ale pomimo całej ich pobłażliwości nie będę miała spokoju, póki się nie dowiem, że moja kochana i zawsze przeze mnie czczona wychowawczyni przebaczyła swojej biednej, niepocieszonej, opuszczonej,

kochającej a pokornej służce

aż do śmierci

Lidii Melford

Clifton, 6 kwietnia.

DO PANNY LETYCJI WILLISW GLOUCESTER

Najdroższa moja Letty!

Tak się boję, iż list ten nie zostanie Ci bezpiecznie doręczony przez woźnicę Jarvisa, że proszę Cię na wszystko, napisz do mnie zaraz po otrzymaniu go, adresując kopertę do panny Winifredy Jenkins, służącej mojej ciotki. To poczciwa dziewczyna i tak była dla mnie dobra w moim strapieniu, żem uczyniła z niej swoją powiernicę. Co do Jarvisa, to z wielkim tylko strachem podjął się zawieźć mój list i paczuszkę, ponieważ jego siostra Sally omal nie straciła miejsca z mego powodu. Zaiste nie mogę go winić za jego ostrożność; postarałam się jednak, aby mu się to opłaciło. Droga moja towarzyszko i współmieszkanko, bolesny to dla mnie dodatek do innych moich utrapień, że pozbawiona jestem Twej miłej obecności i rozmowy z Tobą w okresie, kiedy Twoja wesołość i rozsądek byłyby mi tak bardzo potrzebną pociechą. Mam jednak nadzieję, że przyjaźń, którą zawarłyśmy na pensji, trwać będzie całe życie. Nie wątpię, że z mojej strony będzie ona z dniem każdym wzmagać się i umacniać, w miarę jak nabierać będę doświadczenia i nauczę się cenić wartość prawdziwej przyjaciółki. O, moja droga Letty! Cóż mam powiedzieć o biednym panu Wilsonie? Obiecałam zerwać wszelkie z nim stosunki i jeśli to możliwe, zapomnieć o nim. Ale niestety! zaczynam przekonywać się, że nie będzie to w mej mocy. Ponieważ nie przystoi bynajmniej, by portret jego pozostawał w mych rękach, gdzie mógłby spowodować więcej jeszcze kłopotu, przeto posyłam Ci go przez tę okazję, prosząc, byś albo przechowała go do lepszych czasów, albo zwróciła samemu panu Wilsonowi, który jak sądzę, postara się zobaczyć z Tobą w tym samym miejscu co zwykle. Jeżeliby okazał przygnębienie na wieść, żem mu odesłała jego wizerunek, możesz mu powiedzieć, że nie potrzeba mi portretu, skoro oryginał pozostaje wyryty w moim... Lecz nie, nie chcę, abyś nawet to mu mówiła, bo stosunki pomiędzy nami muszą się skończyć. Przez wzgląd na własny jego spokój chciałabym, aby o mnie zapomniał; a jednak gdyby tak było, musiałby być barbarzyńcą... Ale to niemożliwe – biedny Wilson nie może być niewierny i niestały. Błagam go, aby do mnie nie pisał i przez pewien czas nie próbował widywać się ze mną; z uwagi bowiem na urazę i gwałtowność mojego brata, próba taka mogłaby mieć następstwa, które unieszczęśliwiłyby nas wszystkich na życie całe. Ufajmy czasowi i przypadkowi albo raczej tej Opatrzności, która prędzej czy później niezawodnie nagrodzi tych, co kroczą drogą honoru i cnoty. Chciałabym serdecznie pozdrowić wszystkie panienki; nie trzeba jednak, aby którakolwiek z nich dowiedziała się, żeś ten list otrzymała. Jeśli pojedziemy do Bath, przyślę Ci moje skromne uwagi o tym sławnym ośrodku grzecznej rozrywki, jak też i o wszystkich innych miejscowościach, które zdarzy nam się zwiedzić. Pochlebiam też sobie, że moja droga panna Willis będzie punktualnie odpowiadać na listy

serdecznie Ją kochającej

Lidii Melford

Clifton, 6 kwietnia.

DO DOKTORA LEWISA

Kochany Lewisie!

Usłuchałem twoich wskazówek z niejakim powodzeniem i do tego czasu może byłbym już na nogach, gdyby pogoda pozwoliła mi używać konnej jazdy. W zeszły wtorek przed południem wyjechałem konno na wzgórza. Niebo, jak okiem sięgnąć, było wtedy bez chmurki, lecz zanim ujechałem milę, w mgnieniu oka dopędził mnie ulewny deszcz, który w ciągu trzech minut przemoczył mnie do nitki. Skąd się wziął, diabeł to wie, ale przykuł mnie do łóżka – jak przypuszczam – na całe dwa tygodnie. Niedobrze mi się robi, gdy słyszę, jak ludzie mówią o cudownym powietrzu na cliftońskich wzgórzach: jak może powietrze być przyjemne czy zdrowe tam, gdzie demon oparów zstępuje w postaci nieustającego dżdżu? Mój przymusowy pobyt w domu jest tym nieznośniejszy, że otoczony jestem kłopotami rodzinnymi. Moja siostrzenica miała niebezpieczny atak choroby spowodowany owym przeklętym incydentem w Gloucester, o którym Ci w poprzednim liście wspominałem. Biedaczka jest poczciwą i prostoduszną dzieweczką, miękką jak wosk i równie łatwo topniejącą. Nie żeby była głupia; talenta ma nie do pogardzenia i otrzymała staranną edukację, tzn. umie pisać, i to bez błędu, mówić po francusku i grać na klawikordzie; poza tym tańczy pięknie, ma ładną figurę i bardzo dobre usposobienie; ale brakuje jej charakteru. Wrażliwa jest – a miękka, przebóg! – Zaprawdę, ma tęskne oko i czyta romanse. Jest też jej brat, panicz Jery, chwacki młokos, pełen studenckiej porywczości i zarozumialstwa; dumny jak niemiecki graf, a gorący i prędki jak walijski góral. Co do owego fantastycznego stworu, jakim jest moja siostra Tabby, właściwości jej nie są Ci obce. Klnę się na Boga, że niekiedy myślę niemal, iż to diabeł wcielony w jej postać przybył dręczyć mnie za moje grzechy; a przecież nie jestem świadom popełnienia grzechów, które by powinny sprowadzić na mnie takie plagi rodzinne. Dlaczegóż, u diabła, nie miałbym jednym zamachem strząsnąć z siebie tych utrapień? Nie jestem poślubiony Tabby, chwalić Boga! Anim też spłodził tamtych dwoje. Niechże sobie poszukają innego opiekuna. Co do mnie, zdrowie nie pozwala mi chodzić nawet około własnych spraw; cóż dopiero nadzorować prowadzenie się wartogłowych12 chłopaków i panien. Skoro nalegasz tak poważnie na poznanie szczegółów naszej przygody w Gloucester, oto one pokrótce, a mam nadzieję, że dalszych nie będzie: Liddy była tak długo zamknięta na pensji, która – po klasztorze – jest najgorszym rodzajem zakładu wychowawczego, jaki kiedykolwiek wymyślono dla młodych panien, że stała się zapalna jak hubka: poszedłszy tedy w czasie wakacji do teatru – pfe, wstyd powiedzieć! – zakochała się w jednym z aktorów, przystojnym młodziku znanym pod nazwiskiem Wilson. Łotr ten wprędce spostrzegł, jakie wywarł wrażenie, i tak pokierował sprawą, że zdołał spotkać się z nią w pewnym domu, dokąd poszła z guwernantką na podwieczorek. To dało początek znajomości, którą podtrzymywali za pośrednictwem niegodziwej modystki robiącej kapelusze dla panienek z pensji. Kiedyśmy przybyli do Gloucester, Liddy zamieszkała z ciotką w wynajętym mieszkaniu, a Wilson przekupił pokojówkę, aby przekazała jej do rąk własnych list. Okazuje się jednak, że Jery na tyle pozyskał był już sobie zaufanie pokojówki (jaką drogą, on sam wie najlepiej), że ta zaniosła list jemu, i w ten sposób cała intryga się wykryła. Chłopiec raptus, nie powiedziawszy mi ani słowa, ruszył natychmiast na poszukiwanie Wilsona i, jak przypuszczam, potraktował go nader zuchwale. Teatralny bohater nazbyt daleko zabrnął w romantyczność, by znieść takie zachowanie; odpowiedział pięknym za nadobne, po czym nastąpiło formalne wyzwanie. Postanowili spotkać się nazajutrz rano i rozstrzygnąć spór szpadą i pistoletem. Ja nie dowiedziałem się o całej sprawie aż rankiem, kiedy to pan Morley przybył do mego wezgłowia i powiedział mi, że się obawia, iż siostrzeniec mój zamierza się bić, albowiem słyszano, jak poprzedniego wieczoru przemawiał się bardzo głośno i gwałtownie z Wilsonem w mieszkaniu tegoż młodzieńca, potem zaś poszedł i kupił proch i kule w pobliskim sklepie. Wstałem natychmiast i wypytawszy się, stwierdziłem, że właśnie wyszedł. Ubłagałem Morleya, aby zaalarmował burmistrza i skłonił go do wmieszania się jako urzędnik sądu; sam tymczasem pokuśtykałem w ślad za paniczem, którego widziałem z dala zmierzającego wielkimi krokami ku bramie miasta. Mimo całego wysiłku nie zdołałem dogonić go aż w chwili, gdy obaj nasi kombatanci zajęli już pozycje i narządzali pistolety. Szczęściem jakiś stary dom osłaniał mnie przed ich wzrokiem, tak że wpadłem na nich znienacka, nim mnie dostrzegli. Skonfundowali się obaj i usiłowali umknąć każdy w inną stronę, lecz w tym momencie nadszedł Morley z konstablami i wziął Wilsona pod straż, Jery zaś poszedł za nim spokojnie do domu burmistrza. Przez cały ten czas nie wiedziałem nic o tym, co zaszło poprzedniego dnia, a żadna ze stron nie chciała uchylić przede mną bodaj rąbka tajemnicy. Burmistrz zauważył, że wielka to bezczelność ze strony Wilsona, wagabundy, uciekać się do podobnych ostateczności ze szlachcicem pięknego rodu i fortuny; zagroził mu wyrokiem na mocy ustawy o włóczęgostwie13. Młodzieniec zaoponował z wielkim animuszem, oświadczając, iż jest szlachcicem i domaga się traktowania go jako takiego; odmówił wszakże dalszych wyjaśnień. Posłano tymczasem po dyrektora trupy, który wypytany o rzeczonego Wilsona, powiedział, iż młodzian ów zaangażował się u niego w Birmingham około pół roku temu, nigdy jednak nie chciał przyjmować wynagrodzenia; że w prywatnym życiu zachowywał się tak dobrze, iż zyskał tym szacunek i życzliwość wszystkich kolegów, publiczność zaś uznawała, że zasługi jego jako aktora są zgoła niezwyczajne. Wszystko razem wziąwszy, przypuszczam, że okaże się zbiegłym z Londynu terminatorem14. Dyrektor trupy zaofiarował się wykupić go za każdą sumę, byle dał słowo honoru, że nie będzie się bić. Młodzian był wszakże w żarliwym nastroju i za nic nie godził się na obłożenie jakimikolwiek restrykcjami. Z drugiej strony nie mniejszy upór okazała nadzieja mego rodu; aż wreszcie burmistrz oświadczył, że jeśli obaj wymówią się od obowiązku15, on natychmiast zasądzi Wilsona na ciężkie roboty jako włóczęgę. Wyznaję, iż wielce byłem rad z zachowania Jery’ego przy tej okazji: powiedział on, że jeśliby miano postąpić z panem Wilsonem w sposób tak niegodny, woli raczej zaręczyć słowem i czcią, że sprawy swej nie będzie dochodził, póki obaj pozostają w Gloucester. Wilson podziękował mu za wspaniałomyślny postępek i został zwolniony. Po powrocie do naszej kwatery mój siostrzeniec objaśnił mi całą tajemnicę. Przyznaję, że rozgniewałem się niepomiernie. Liddy, wypytana w tej materii i obrzucona bardzo ostrymi wyrzutami przez tę dziką kocicę, moją siostrę Tabby, zrazu popadła w omdlenie, następnie zaś, roztopiwszy się w powodzi łez, wyznała wszystkie szczegóły owej znajomości, oddając nam zarazem trzy listy – wszystko, co otrzymała od swego wielbiciela. Ostatni – ten, który przejął Jery – posyłam Ci w załączeniu, a skoro go przeczytasz, nie wątpię, iż nie zdziwisz się postępom, jakie jego autor poczynił w sercu prostodusznej dziewczyny nieświadomej spraw tego świata. W mniemaniu, że czas najwyższy odsunąć ją od tak niebezpiecznej znajomości, zaraz nazajutrz wywiozłem ją do Bristolu, lecz biedaczka była tak przestraszona i spłoszona naszymi groźbami i reprymendami, że czwartego dnia po naszym przyjeździe do Clifton zaniemogła i przez cały tydzień była tak chora, że przyszło nam zwątpić o jej życiu. Wczoraj dopiero Doktor Rigge oświadczył, że niebezpieczeństwo minęło. Nie możesz sobie wyobrazić, co wycierpiałem, częściowo na skutek nieopatrzności tego biednego dziecka, ale daleko więcej z obawy, że stracę ją na zawsze. Powietrze jest tu nieznośnie zimne, cała miejscowość leży na zupełnym pustkowiu. Ilekroć zejdę do Zdroju, wracam przybity, albowiem spotykam tam pół tuzina nieszczęsnych, upiornie wychudzonych, w ostatnim stadium suchot. Przetrwały one jakoś zimę, niczym egzotyczne kwiaty więdnące w cieplarni, jednako według wszelkiego prawdopodobieństwa legną w mogile, nim słońce rozgorzeje dość, by złagodzić ostrość tej niełaskawej wiosny. Jeżeli sądzisz, że wody Bath mogą mi choć trochę się przysłużyć, udam się tam, skoro tylko moja siostrzenica będzie w stanie znieść jazdę w kolasie. Powiedz Barnesowi, żem mu wdzięczny za radę, nie myślę wszakże jej słuchać. Jeżeli Davis dobrowolnie zrzeknie się gospodarki, wówczas może ją wziąć ten drugi, ale nie zacznę teraz nękać swoich dzierżawców dlatego, że nie mają szczęścia i nie mogą regularnie wpłacać czynszu. Dziwię się, że Barnes może uważać mnie za zdolnego do takiego ucisku. Co do Higginsa, ten łobuz jest notorycznym kłusownikiem, to pewna; do tego bezczelnym, skoro ośmiela się zastawiać wnyki na moim własnym pastwisku; przypuszczam jednak, iż sądził, że ma pewne prawo (zwłaszcza w mojej nieobecności) do udziału w tym, co natura – jak się zdaje – przeznaczyła do powszechnego użytku. Możesz mu grozić w moim imieniu, ile Ci się żywnie podoba, ale jeśli zawini ponownie, daj mi znać, nim uciekniesz się do sprawiedliwości. Wiem, że wielki z Ciebie myśliwy i że lubisz sprawiać radość licznym przyjaciołom; nie potrzebuję Ci chyba przypominać, abyś korzystał z moich gruntów; jednak powinienem może napomknąć, że bardziej się boję o swoją strzelbę niż o zwierzynę. Jeśli kiedy będziesz miał na zbyciu dwie lub trzy parki kuropatw, przyślij mi je dyliżansem pocztowym. Powiedz też jejmości Gwyllim, że zapomniała zapakować mi do kufra flanelową bieliznę i szerokie buty. Będę Ci od czasu do czasu sprawiał kłopot, jak zwykle, aż wreszcie kiedyś – przypuszczam – sprzykrzy Ci się korespondencja z

Twoim wiernym przyjacielem

M. Bramble

Clifton, 17 kwietnia.

DO PANNY LIDII MELFORD

Z ust panny Willis usłyszałem wyrok mej zguby... Odjeżdżasz Pani, droga Panno Melford! Wywiozą Cię, dokąd?... Nie wiem! Co ja pocznę? Gdzie znajdę pociechę? Sam nie wiem, co mówię... Całą noc miotałem się po oceanie zwątpień i lęków, niepewności i rozpaczy, niezdolny zebrać myśli, a cóż dopiero ułożyć jakowyś logiczny plan działania. Miałem nawet pokusę pożałować, żem Cię, Pani, spotkał i że byłaś tak miła, tak pełna współczucia dla swojego biednego Wilsona. A przecież taki żal byłby u mnie przejawem ohydnej niewdzięczności, jeżeli wspomnieć, jak wiele zawdzięczam Twej dobroci oraz jaką niewysłowioną przyjemność sprawiła mi Twa pobłażliwość i Twoje uznanie. Wielki Boże! Na dźwięk Twego imienia ogarnia mnie zawsze wzruszenie! Najodleglejsza perspektywa dostąpienia zaszczytu Twego, Pani, towarzystwa napełniała moją duszę jakąś rozkoszną trwogą! Kiedy zbliżała się owa godzina, me serce biło ze zdwojoną siłą, a każdy nerw drżał z emocji oczekiwania. Kiedym jednak znalazł się w Twej obecności, kiedym słyszał Twój głos, kiedym widział Twe czarujące oczy tak przychylnie na mnie spoglądające, moja pierś napełniała się rozkoszą, która całkiem odbierała mi zdolność mowy i wtrącała w istne delirium radości! Zachęcony słodyczą Twego usposobienia i serdecznością obejścia, odważyłem się wyrazić uczucia, przepełniające me serce. Ty zaś nawet wtedy nie ukróciłaś mej śmiałości – ulitowałaś się nad moimi cierpieniami i pozwoliłaś żywić nadzieję. Tłumaczyłaś sobie moje zachowanie się w sposób życzliwy; może nazbyt życzliwy... W miłości komedii grać nie umiem, to pewna; przemawiam językiem mego serca i prócz natury żadnego nie słucham suflera. A jednakże w tym oto sercu moim jest coś, czegom dotąd nie ujawnił. Pochlebiałem sobie... Ale nie trzeba – nie wolno mówić dalej... Droga Panno Liddy, na miłość boską, wymyśl Pani, jeśli to możliwe, jakiś sposób, abym mógł z Tobą pomówić, nim opuścisz Gloucester. W przeciwnym razie, nie wiem, co się... Ale oto zaczynam znów mówić szaleństwa. Będę się starać mężnie znieść tę próbę – dopóki mogę rozmyślać o Twojej, Pani, czułości i wierności, nie mam wszak powodu do rozpaczy... A przecież dziwnie jestem strapiony. Zdaje mi się, jak gdyby słońce odmawiało mi swego światła; chmura wisi nade mną i straszny ciężar przygniata mą duszę! Pani, póki będziesz tu przebywać, bez ustanku krążyć będę wokół Twego mieszkania, niczym dusza odłączona od ciała, która – jak powiadają – trzyma się blisko grobu, gdzie spoczywa jej śmiertelna powłoka. Wiem, Pani, że jeśli tylko będzie to w Twej mocy, uczynisz wszystko, do czego jest zdolne Twe ludzkie serce, Twoje współczucie, Twoje – czy wolno mi dodać? – przywiązanie, aby ukoić rozterkę niemal nie do zniesienia i mękę serdeczną, w której pogrążony jest

Twój strapiony

Wilson

Gloucester, 31 marca.

DO SIR WATKINA PHILLIPSAW JESUS COLLEGE, OXON

Hot Well, 18 kwietnia

Kochany Phillipsie!

Wyrażam Manselowi uznanie za jego wymysł, to jest: rozpowszechnianie wersji, żem się w Gloucester powaśnił z jakimś błazeńskim kuglarzem. Mam jednak zbyt wiele szacunku dla wszystkiego, co ma cokolwiek wspólnego z dowcipem, aby obrażać się o bodaj najniższego gatunku bufonadę; ufam przeto, iż Mansel i ja pozostaniemy zawsze dobrymi przyjaciółmi. Nie mogę wszakże pochwalić go za to, że umyślnie utopił mego biednego psa Ponta, ażeby obrócić Owidiuszowy pleonazm w dowcipne epitafium deerant quoque Littora Ponto16. Argument bowiem, iż wrzucił go w nurty Isis, kiedy woda była taka wysoka i wzburzona, jedynie po to, aby wytępić na nim pchły, nie wytrzymuje próby. Pozostawiam jednak biednego Ponta jego losowi i mam nadzieję, że Opatrzność zatroszczy się o to, by Manselowi zgotować śmierć bardziej suchą.

Ponieważ u Zdroju nie ma nic takiego, co można by nazwać towarzystwem, spędzam tu czas zupełnie jak na wiejskim wygnaniu. To jednak daje mi możność obserwować dziwactwa w charakterze mego wuja, który jak się zdaje, obudził Twoją ciekawość. Prawdą jest, że nasze usposobienia, które zrazu działały na siebie odpychająco jak ocet i oliwa, teraz, ubite razem, zaczynają się ze sobą łączyć. Kiedyś skłonny byłem uznawać go za skończonego cynika i mniemać, że tylko konieczność zaspokojenia życiowych potrzeb może go zmusić do współżycia z ludźmi. Obecnie jestem innego zdania. Uważam, że jego stetryczałość wynika częściowo z cierpień fizycznych, częściowo zaś z naturalnego nadmiaru duchowej wrażliwości; przypuszczam bowiem, że jak ciało, tak i umysł bywa niekiedy obdarzony chorobliwym przewrażliwieniem.

Niedawno ubawiła mnie setnie pewna rozmowa, jaka miała miejsce w Pijalni pomiędzy nim a słynnym doktorem L...17, który przyjechał do Zdroju zapolować na pacjentów. Wuj uskarżał się na fetor wywołany olbrzymimi ilościami błota i szlamu, jakie rzeka, przy niskim stanie wód, pozostawia pod oknami Pijalni. Zauważył, że wyziewy, powstające z tego paskudztwa, nie mogą nie szkodzić słabym płucom rozlicznych suchotników przybywających tu pić wody. Doktor, który usłyszał tę uwagę, podszedł doń i zapewnił, że się myli. Powiedział, że ludzie na ogół tak dalece ulegają wulgarnym przesądom, iż nawet przy pomocy filozofii bywa trudno wyprowadzić ich z błędu. Po czym, odchrząknąwszy trzy razy, przybrał prześmiesznie uroczystą minę i zagłębił się w uczone studium o naturze smrodu. Mówił, że smród, czyli fetor, oznacza nic innego jak tylko silne działanie na nerwy węchowe; że zjawisko to może stosować się do substancji o najbardziej przeciwstawnych właściwościach; że w języku holenderskim stinken oznacza zarówno najobrzydliwszy odór, jak i najprzyjemniejszy aromat; jak to widać z dokonanego przez Van Vloudela przekładu owej pięknej ody Horacego Quis imilta gracilis18 etc. Słowa: liquidis perfusus odoribus19 tłumaczy on: van civet & moschata gestinken20. Dalej, że jednostki różnią się toto coelo21w swoich poglądach na zapachy, które w istocie rzeczy są równie dowolne jak sądy o pięknie; że Francuzom przyjemność sprawia zapach psującej się żywności pochodzenia zwierzęcego, tak samo jak afrykańskim Hotentotom i dzikusom z Grenlandii, i że Murzyni na wybrzeżach Senegalu nie tkną ryby, póki owa nie zgnije. Miały to być mocne argumenty przemawiające na korzyść tego, co zazwyczaj zwane bywa smrodem, ponieważ ludy te żyją w stanie natury, nieskażonej zbytkiem, niewypaczonej przez kaprysy i zachcianki. Twierdził dalej, że ma powody sądzić, iż zapach kału, potępiony na skutek uprzedzenia jako smród, w istocie jest ogromnie miły dla organów powonienia, każdy bowiem, kto twierdzi, że mdli go od zapachu cudzych ekskrementów, własne wącha ze szczególnym upodobaniem. O potwierdzenie prawdziwości tej tezy odwołał się do wszystkich obecnych pań i panów. Mówił, że mieszkańcy Madrytu i Edynburga znajdują szczególne zadowolenie we wdychaniu tamtejszego powietrza, które jest zawsze przesycone kałowymi wyziewami; że uczony Dr B.22 w swoim traktacie O trzech sposobach trawienia wyjaśnia, w jaki sposób lotne wyziewy z jelit pobudzają i wzmagają funkcjonowanie organizmu zwierzęcego23. Zapewniał, że ostatni wielki książę Toskanii z rodu Medyceuszów, który wyznawał filozofię wyrafinowanej zmysłowości, tak rozkoszował się tą wonią, że kazał sporządzać esencję z gnoju i używał jej jako najcudniejszej perfumy; że wreszcie on sam (doktor), będąc przypadkowo przygnębiony lub zmęczony obowiązkami zawodowymi, znajdował natychmiastową ulgę i niezwykłe zadowolenie, schylając się nad stęchłą zawartością stolca, podczas gdy służący mieszał mu ją pod nosem. Efekt ten nie powinien nas dziwić, skoro zważymy, że substancja ta obfituje w też same lotne sole, które tak chciwie wąchają najwątlejsi chorzy, skoro zostaną wydobyte i wysublimowane przez chemika. – Do tego czasu całe towarzystwo trzymało się już za nosy; doktor jednak, nie zważając zgoła na ten sygnał, wykazywał w dalszym ciągu, że liczne smrodliwe substancje są nie tylko przyjemne, lecz zbawienne, a więc asafetyda24 i inne lecznicze gumy, żywice, korzenie i zielone części roślin, nie mówiąc już o spalonym pierzu, ściekach garbarni, knotach świec itp. Krótko mówiąc, używał wielu uczonych argumentów, aby siłą przekonywania odwieść słuchaczy od zmysłów; od smrodu przeszedł do obrzydliwości, o których twierdził, że jest to również pojęcie błędne, ponieważ przedmioty nazywane w ten sposób są niczym innym, jak tylko pewnymi postaciami materii składającymi się z tych samych elementów, które wchodzą w skład wszelkich stworzonych substancji, jakiekolwiek by one były; że w najobrzydliwszym produkcie natury filozof dopatrzy się jedynie ziemi, wody, soli i powietrza, których mieszaninę stanowi. Dalej, że jeśli o niego chodzi, wypicie najbrudniejszej wody z rowu nie sprawiłoby mu większej przykrości niż wychylenie szklanki wody z Hot Well; o ile tylko będzie pewien, że nie ma w niej nic trującego. Zwracając się następnie do mego wuja: „Łaskawy panie – rzekł – zdajesz się pan być usposobienia puchlinowego i wkrótce zapewne mieć będziesz zdeklarowaną ascites25... Gdybym był obecny przy tym, jak będą ci spuszczać płyn, dałbym ci przekonywający dowód mych twierdzeń, wypijając bez wahania wodę wydobytą z twego brzucha”. Damy skrzywiły się na to oświadczenie, a wujaszek, mieniąc się na twarzy, powiedział mu, że nie pragnie podobnych dowodów jego filozofii. „Rad bym jednak wiedzieć – rzekł – co skłania pana do przypuszczania, że mam puchlinowe usposobienie?” „Łaskawy panie, daruj – odrzekł doktor – widzę, że twoje nogi obrzękły w kostkach, a ponadto zdajesz się pan posiadać facies leucophlegmatica26. Być może wprawdzie, że choroba twoja jest natury edematycznej27, czyli podagrycznej, może to też być lues venera28. Jeśli masz powód pochlebiać sobie, łaskawy panie, że chodzi o to ostatnie, w takim razie podejmę się uleczyć cię za pomocą trzech małych pigułek, nawet jeśli choroba jest w najwyższym stopniu zastarzała. Panie, jest to arcanum, które sam odkryłem i sporządziłem z nieskończonym trudem. Panie, ostatnio wyleczyłem w Bristolu kobietę – pospolitą prostytutkę, łaskawy panie, która miała wszystkie najgorsze objawy tej choroby, takie jak: nodi, tophi oraz gummata, verrucae, cristae Galii29 – liszajowata wysypka, a raczej weneryczna świerzbiączka na całym ciele. Gdy zażyła drugą pigułkę, panie, świadczę się Niebem! była gładka jak moja dłoń, a trzecia uczyniła ją zdrową i świeżą jak nowonarodzone dziecię”. „Panie! – zawołał wuj cierpko – nie mam powodu pochlebiać sobie, że moja choroba podpada pod działanie pańskiego środka. Ale pacjentka, o której mówisz, może nie jest w gruncie rzeczy tak zdrowa, jak ci się zdaje”. „Pomyłka jest niemożliwa – odparł filozof – gdyż obcowałem z nią trzykrotnie; zawsze w ten sposób upewniam się o skuteczności moich kuracji”. Po tej uwadze wszystkie damy wycofały się w inny kąt sali, a niektóre zaczęły spluwać. Co do wujaszka, to choć z początku był oburzony wywodem doktora o jego skłonności do puchliny, po owym zabawnym wyznaniu nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, a mając – jak sądzę – na celu ukaranie owego oryginała, powiedział mu, że widzi na jego nosie brodawkę, która wygląda nieco podejrzanie. „Nie pretenduję do znawstwa w tych sprawach – rzekł – ale słyszałem, że brodawki bywają nieraz wynikiem owej choroby, a wygląda, iż ta na pańskim nosie dobrała się do samej chrząstki, której, mam nadzieję, nie grozi odpadnięcie”. L...n zdał się nieco skonfundowany tą uwagą i upewnił wuja, że jest to tylko zwykła narośl na naskórku, lecz kość pod spodem jest zupełnie zdrowa. Dla potwierdzenia tego odwołał się do dotyku, prosząc wuja, by pomacał rzeczone miejsce. Wujaszek odparł, że mieszanie się do czyjegoś nosa jest sprawą tak delikatną, iż odmawia tej czynności; na co doktor, zwracając się do mnie, nalegał, bym ja zechciał wyświadczyć mu tę łaskę. Uległem więc jego prośbie i dobrałem się doń tak ostro, że kichnął i łzy pobiegły mu po policzkach, ku niemałej uciesze całego towarzystwa, zwłaszcza zaś mego wuja, który pierwszy raz, odkąd z nim przestaję, wybuchnął śmiechem i zauważył, iż owo miejsce zdaje się być bardzo wrażliwe. „Panie – zawołał Doktor – jest to z natury rzeczy miejsce wrażliwe; lecz aby usunąć wszelki cień wątpliwości, pozbędę się tej brodawki jeszcze dziś wieczorem”.

To rzekłszy, skłonił się wielce uroczyście wszystkim dokoła i odszedł do swego mieszkania, gdzie przyłożył sobie do brodawki lekarstwo wypalające. Kaustyk30 rozszedł się w taki sposób, że powstało dość poważne zapalenie, któremu towarzyszył olbrzymi obrzęk. Kiedy więc doktor pojawił się następnym razem, cała jego twarz ukryta była w cieniu tego potężnego ryja, a żałosna skwapliwość, z jaką tłumaczył ten nieszczęsny wypadek, była nieopisanie komiczna. Bardzo byłem rad z napotkania oryginału postaci, której podobizny w opisach nieraz nas obu śmieszyły, a najwięcej dziwi mnie to, że rysy, jakie jej zwykle w owych portretach nadają, okazują się tam raczej złagodzone niż wyolbrzymione.

Ponieważ mam jeszcze coś więcej do powiedzenia, a list ten urósł do niesłychanych rozmiarów, więc pozwolę Ci teraz na małe wytchnienie, a najbliższą pocztą będę Cię trudził na nowo. Pragnąłbym, aby Ci przyszło do głowy odwzajemniać te dubeltowe salwy

zawsze Twojemu

J. Melfordowi.

DO SIR WATKINA PHILLIPSAW JESUS COLLEGE, OXON

Hot Well, 20 kwietnia

Kochany Baronecie!

Zasiadam zatem, aby spełnić groźbę zawartą w zakończeniu mego ostatniego listu. Prawdę powiedziawszy, jestem brzemienny w pewną tajemnicę i tęsknię, aby ją wydać na świat. Dotyczy ona mego opiekuna, który – jak wiesz – jest obecnie głównym ośrodkiem naszego zainteresowania.

Parę dni temu zdało mi się, żem go przyłapał na takiej słabości, która nie licowałaby zgoła z jego wiekiem i charakterem. Przychodzi do Zdroju pewna przyzwoicie wyglądająca, a i nieszpetna, kobieta z biednym, wychudzonym dzieckiem w daleko posuniętym stadium suchot. Podpatrzyłem kilkakrotnie oczy mego wuja skierowane na jej osobę, zaś w nich wielce podejrzany wyraz; a ilekroć spostrzegł, że go obserwuję, śpiesznie odwracał wzrok z widocznymi oznakami zmieszania. Postanowiłem śledzić go baczniej i zobaczyłem, jak raz rozmawiał z nią na osobności w zakątku promenady. Na koniec, któregoś dnia idąc do Zdroju, spotkałem ją w połowie drogi pod górkę do Clifton i nie potrafiłem powstrzymać się od podejrzenia, iż udaje się do naszego mieszkania na wyznaczone spotkanie, było bowiem około pierwszej, a więc pora, kiedy moja siostra i ja przeważnie znajdujemy się w Pijalni. Przypuszczenie to podnieciło moją ciekawość; wróciłem więc bocznymi drogami i niepostrzeżony dostałem się do mego własnego pokoju, który przylega do apartamentu wuja. Rzeczywiście owa kobieta została tam wprowadzona, lecz nie do sypialni; przyjął ją w bawialni, tak iż byłem zmuszony zająć posterunek w innym pokoju, jednakże była tam w ścianie niewielka szparka, przez którą mogłem widzieć, co się dzieje. Wuj, choć nieco cierpiący na nogę, podniósł się, kiedy weszła, i podawszy jej krzesło, prosił, aby usiadła. Zapytał następnie, czy nie napiłaby się czekolady, ona jednak, wśród wielu podziękowań, odmówiła. Po krótkim milczeniu wyrzekł ochrypłym głosem, którego ton zadziwił mnie niemało: „Pani, jestem prawdziwie przejęty Twymi nieszczęściami i jeśli ten drobiazg może ci się na co przydać, proszę, zechciej Pani przyjąć go bez ceremonii”. To rzekłszy, włożył jej w rękę kawałek papieru, ona zaś rozłożyła go cała drżąca i wykrzyknęła w zachwycie: „Dwadzieścia funtów! O panie!” – i osunąwszy się na kanapkę, zemdlała. Przerażony tym atakiem i jak sądzę, bojąc się wołać o pomoc w obawie, by położenie owej nie dało powodu do niepochlebnych domysłów, wuj biegał po pokoju w rozterce, krzywiąc się przy tym okropnie. Na koniec oprzytomniał na tyle, że zrosił jej twarz paroma kroplami wody, co ją zrazu ocuciło, ale potem uczucia zmogły ją na nowo. Jęła wylewać potoki łez i wołać głośno: „Nie wiem, kim pan jesteś, ale doprawdy... Zacny panie... Hojny panie!... Niedola moja i mojego biednego umierającego dziecka… O, jeśli modlitwy wdowy, jeśli łzy wdzięczności sieroty mogą co zdziałać, miłościwa Opatrzności!... Błogosławieństwa!... Ześlij wiekuiste błogosławieństwa!...”. – Tu przerwał jej wujaszek, który wymamrotał głosem łamiącym się coraz bardziej: „Na litość boską, uspokój się Pani... Zważ... domownicy... Przebóg, czyż nie możesz się pani uspokoić?” – Ona przez cały ten czas usiłowała paść na kolana, podczas gdy on, schwyciwszy ją za przeguby rąk, starał się usadzić ją na kanapie, mówiąc: „Proszę... Już dobrze... Bądź pani cicho!”. – W tejże chwili jak nie wpadnie do pokoju nasza ciocia Tabby! – ze wszystkich zastarzałych panien najdiabelniej nieobliczalna. Wiecznie wścibiająca nos w cudze sprawy, wypatrzyła, jak owa kobieta wchodziła do domu, i poszła za nią aż do drzwi apartamentu wuja, gdzie stanęła, podsłuchując, ale prawdopodobnie nie słyszała wyraźnie nic oprócz ostatniego wykrzyknika wujaszka. Na jego dźwięk wtoczyła się do bawialni w gwałtownej wściekłości, która zabarwiła fioletem czubek jej nosa. „A pfe, Matt! – zawołała. – Cóż to za sprawki? Żeby się tak samemu hańbić i rzucać cień na całą rodzinę!” Potem, wyrwawszy banknot z ręki nieznajomej, wołała dalej: „Ach, tak! Dwadzieścia funtów! To takie znalazłeś kusicielskie sposoby? Ruszaj, kobieto, i pilnuj swego nosa! O bracie, bracie, nie wiem, co więcej podziwiać: twoje wyuzdanie czy twoją rozrzutność?”. „Boże wielki! – wykrzyknęła tamta biedna kobieta – czyż opinia tak zacnego pana miałaby ucierpieć wskutek postępku, który przynosi chlubę całej ludzkości?” Do tego czasu oburzenie zdążyło zawrzeć w wujaszku na dobre. Twarz mu pobladła, zęby szczękały, a oczy ciskały błyskawice. „Pani siostro! – zawołał grzmiącym głosem – klnę się na Boga, twoje zuchwalstwo jest nadto oburzające”. To powiedziawszy, wziął ją za rękę i otwarłszy drzwi łączące oba pokoje, wepchnął ją do tego, w którym stałem tak wstrząśnięty tą sceną, że łzy ciekły mi po policzkach. Ujrzawszy te objawy wzruszenia, rzekła: „Nie dziwię się wcale, widząc, jakeś strapiony haniebnym upadkiem tak bliskiego krewnego, człowieka w jego latach i z jego niedomaganiami! Piękne sprawki, w istocie... Osobliwy przykład, jaki daje opiekun swoim wychowankom... Co za potworność! Co za niedorzeczność! Co za obłuda!”. Aktem zwykłej sprawiedliwości wydało mi się sprostować tę omyłkę; wyjaśniłem jej zatem całą tajemnicę. Ona jednak nie dała się wyprowadzić z błędu. „Co! – rzekła – chciałbyś mnie zagadać tak, żebym przestała wierzyć moim zmysłom? Czyżem nie słyszała, jak jej szeptał, żeby była cicho? Czyżem nie widziała jej we łzach? Czyżem nie widziała, jak się z nią szamotał, żeby ją rzucić na kanapę? O, wstrętne, obrzydliwe, ohydne! Dziecko, dziecko, nie mów mi o miłosierdziu! Kto daje dwadzieścia funtów przez miłosierdzie? Aleś ty jeszcze młody... Nie znasz wcale świata... A poza tym, miłosierdzie zaczyna się w domu... Za dwadzieścia funtów mogłabym kupić sobie kompletny strój z jedwabiu w kwiaty, z obszywkami i wszystkim...” – Słowem, wyszedłem z pokoju, gdyż pogarda moja dla niej i szacunek dla jej brata wzrosły w równej proporcji. Dowiedziałem się wówczas, że owa osoba, której mój wuj udzielił tak hojnego wsparcia, jest wdową po chorążym, bez żadnych środków poza emeryturą wynoszącą piętnaście funtów rocznie. Właściciele Domu Zdrojowego wydają jej jak najlepszą opinię. Mieszka w izdebce na poddaszu i bardzo ciężko pracuje fizycznie na utrzymanie córeczki, która umiera na suchoty. Muszę ze wstydem wyznać, że czuję nieprzepartą chęć pójścia w ślady mego wuja i wsparcia tej biednej wdowy, ale mówiąc między nami, obawiam się okazania słabości, która w oczach towarzystwa mogłaby ośmieszyć

Oddanego Ci zawsze,

Drogi Phillipsie,

J. Melforda.

Adresuj następny list do Bath i pozdrów ode mnie wszystkich naszych kolegów-jezuitów31.

DO DOKTORA LEWISA

Hot Well, 20 kwietnia

Zrozumiałem Twoją aluzję. W medycynie, jak i w religii, istnieją tajemnice, których my, profani, nie mamy prawa dociekać. Niechaj człowiek nie waży się posługiwać rozumem, chyba że uczył się kategorii i umie szufladkować logikę przy pomocy trybów i figur. Ja jednak, mówiąc między przyjaciółmi, uważam, że każdy człowiek jako tako uzdolniony, będąc w moim wieku, powinien – jeżeli chodzi o własne zdrowie i majątek – być zarówno medykiem, jak i prawnikiem. Co do mnie, to od czternastu lat miałem w swym własnym ciele szpital i z najstaranniejszą uwagą zbadałem swój przypadek; można zatem śmiało przypuszczać, że znam się nieco na tej sprawie, chociażem nawet nie słuchał regularnych kursów fizjologii et caetera, et caetera. Krótko mówiąc, od jakiegoś czasu jestem zdania – nie obraź się, kochany Doktorze – iż suma wszystkich waszych odkryć medycznych sprowadza się do tego, że im więcej studiujecie, tym mniej wiecie. Przeczytałem wszystko, co napisano o gorących zdrojach, i z całości wyniosłem tyle, że woda ta nie zawiera nic prócz odrobiny soli i ziemi wapiennej, a udział tych domieszek jest tak maleńki, że ich działanie na ustrój żywej istoty może być tylko znikome; jeśli nie żadne. W tym stanie rzeczy uważam, że błazeńską czapkę trzeba by włożyć na głowę temu, kto dla tak lichych korzyści, jakie przedstawia to źródło, poświęca swój drogocenny czas, który mógłby przeznaczyć na stosowanie bardziej skutecznych środków, i naraża się na brud, smród, lodowate podmuchy i nieustające deszcze, które dla mnie miejsce to czynią nie do zniesienia. Jeśli te wody dzięki temu, iż w niewielkim stopniu działają ściągająco, pomagają nieco na cukrzycę, biegunkę i poty nocne – kiedy to wydzielanie organizmu jest nadmiernie wzmożone – czy nie muszą szkodzić w tym samym stopniu, kiedy krążenie humorów32 jest zahamowane, a więc przy astmie, szkorbucie, podagrze i puchlinie wodnej? Kiedy już mówimy o puchlinie wodnej, jest tu osobliwy, fantastyczny dziwoląg, jeden z członków twojego bractwa, który codziennie występuje z oracjami w Pijalni, jak gdyby go wynajęto do wygłaszania odczytów na wszelkie tematy. Nie wiem, co o nim sądzić. Czasami rzuci jakąś roztropną uwagę, kiedy indziej mówi jak największy prostak na świecie. Czytał bardzo wiele, lecz bez metody ani krytycyzmu, i nic zgoła nie przetrawił. Wierzy wszystkiemu, co przeczytał, zwłaszcza jeżeli jest w tym cokolwiek z cudowności; a jego konwersacja jest zadziwiającą miszkulancją33 erudycji i dziwactwa. Któregoś dnia z wielką pewnością siebie powiedział, że mój przypadek jest natury puchlinowej, czyli – jak się wyraził – leukoflegmatyczny34. Pewny to dowód, że ma on równie małe doświadczenie jak wielki tupet. Wiesz bowiem, że w moim niedomaganiu nie ma nic podobnego do puchliny wodnej. Niechby ci bezczelni nieucy o ułomnych rozumach zachowywali swe rady dla tych, którzy ich szukają. Puchlina wodna, rzeczywiście! Z pewnością nie po to dożyłem pięćdziesięciu pięciu lat, nabyłem tak wielkiego doświadczenia w mojej chorobie, radziłem się Ciebie i innych wybitnych lekarzy tak często i przez tak długi czas, żeby teraz dać się wyprowadzić z błędu przez takiego... Ale to wariat, bez wątpienia; przeto co on mówi, nie ma żadnego znaczenia. Odwiedził mnie wczoraj Higgins, który przybył tu przestraszony Twymi pogróżkami i przywiózł mi w prezencie parę zajęcy, co do których przyznał się, że je złapał na moim gruncie. Nie mogłem człowieka przekonać, ani że źle uczynił, ani że kiedyś zaskarżę go o kłusownictwo. Muszę Cię tedy prosić, abyś starannie przymykał oczy na praktyki tego hultaja, inaczej będzie mnie nękać swymi prezentami, które kosztują więcej, niż są warte. Gdybym potrafił zadziwić się czymkolwiek, co robi Fitzowen, zdumiałby mnie tupet, z jakim żąda od Ciebie, abyś zdobył dla niego mój głos przy najbliższych wyborach przedstawicieli hrabstwa – dla niego, który przy podobnej okazji był mym oponentem, a przy tym posługiwał się najmniej szlachetnymi metodami konkurencji. Możesz mu uprzejmie powiedzieć, by raczył mnie mieć za wytłumaczonego. Następny list skieruj do Bath, dokąd zamierzam przenieść się jutro nie tylko ze względu na siebie, lecz dla dobra mej siostrzenicy Liddy, której grozi recydywa. Biedne stworzenie dostało wczoraj ataku w chwili, kiedy targowałem się o parę okularów z jakimś wędrownym handlarzem-Żydem. Obawiam się, że coś tam jeszcze w tym jej biednym serduszku zostało bolesnego, co – mam nadzieję – usunie zmiana otoczenia. Napisz mi, co sądzisz o bezczelnym, śmiesznym i niedorzecznym pomyśle tego półgłówka doktora co do mojej choroby. Daleki przecie jestem od wszelkiej skłonności do puchliny wodnej, przeciwnie, w brzuchu cienki jestem jak chart, a codziennie mierząc sznurkiem nogę w kostce, przekonuję się, że obrzmienie z każdym dniem ustępuje. Od takich doktorów niech nas dobry Bóg strzeże! Nie wynająłem dotąd w Bath żadnego mieszkania, gdyż znaleźć tam można kwaterę w każdej chwili i wolę sam dokonać wyboru. Nie potrzebuję mówić, kochany Lewisie, że Twoje wskazania co do picia wód i kąpieli będą mile widziane

Przez Twego

zawsze wiernego

Mat. Bramble.

P.S. Zapomniałem Ci donieść, że prawa kostka klęśnie, co według mnie świadczy, że jest ona  e d e m a t y c z n a,  nie zaś  l e u k o f l e g m a t y c z n a. 

DO PANNY LETTY WILLISW GLOUCESTER

Hot Well, 21 kwietnia

Kochana moja Letty!

Nie zamierzałam naprzykrzać Ci się więcej, póki nie staniemy na dobre w Bath. Ponieważ jednak nastręczyła się okazja przez Jarvisa, nie mogłam jej przepuścić, zwłaszcza że mam Ci coś niezwykłego do doniesienia. O, droga moja towarzyszko! Cóż Ci mam powiedzieć? Otóż od paru dni jakiś człowiek wyglądający na Żyda handluje u Zdroju okularami, tak bacznie mi się przy tym przyglądając, żem się poczuła bardzo tym zmieszana. Przybył on wreszcie do naszego mieszkania w Clifton i kręcił się pod drzwiami, jak gdyby pragnął się z kimś rozmówić. Ogarnął mnie dziwny niepokój i zaczęłam błagać Win, aby dała mu okazję do pomówienia z nią. Biedna dziewczyna ma jednak słabe nerwy i zlękła się jego brody. Wujaszek, który potrzebował nowych okularów, zawołał go na górę i właśnie przymierzał parę szkieł, kiedy ów człowiek zbliżył się do mnie i rzekł szeptem... O Boże! Jak myślisz, co on powiedział? „Jestem Wilson”. W tej samej chwili poznałam jego rysy. Tak, niezawodnie, był to Wilson! Ale tak zmieniony przebraniem, że niemożliwością byłoby go rozpoznać, gdyby mi w tym nie dopomogło serce. Byłam tak zdumiona, tak przerażona, że popadłam w omdlenie, ale wkrótce przyszłam do siebie i ujrzałam, że on podtrzymuje mnie w fotelu, podczas gdy wujaszek w okularach na nosie biega po całym pokoju, wołając o pomoc. Nie mieliśmy sposobności do rozmowy, ale spojrzenia nasze były dostatecznie wymowne. Potem powiedziałam Win, kim on jest, i posłałam ją za nim do Pijalni, gdzie rozmówiła się z nim, błagając go w moim imieniu, aby się stąd oddalił, nim wzbudzi podejrzenia mojego wuja lub brata, jeżeli nie chce mnie widzieć umarłą ze strachu i żalu. Biedny młodzieniec oświadczył ze łzami w oczach, że ma mi coś niezwykle ważnego do powiedzenia; spytał więc Win, czy zgodzi się doręczyć mi list. Tej prośbie jednak, zgodnie z mym rozkazem, bezwzględnie odmówiła. Przekonawszy się, że trwa uparcie w swej odmowie, kazał jej powiedzieć mi, że nie jest już aktorem, lecz dżentelmenem i że w tym charakterze ujawni niebawem swoją do mnie miłość, nie lękając się krytyki ani przygany. Owszem, objawił nawet swe imię i nazwisko rodowe, które jednak – ku memu wielkiemu zmartwieniu – niemądra dziewczyna zapomniała w zmieszaniu, w jakie popadła, kiedy mój brat, który widział ich rozmowę, zatrzymał ją na drodze i spytał, jaki miała interes do tego łajdackiego Żyda. Powiedziała, że targowała się o haftkę do gorsetu, ale w takie popadła tarapaty, iż zapomniała najważniejszej części powierzonej jej wiadomości i wróciwszy do domu, dostała ataku histerycznego śmiechu. Wszystko to wydarzyło się trzy dni temu, a od tego czasu on się więcej nie pokazał, tak iż przypuszczam, że odjechał. Kochana Letty, widzisz więc, że Fortuna lubuje się w prześladowaniu twojej biednej przyjaciółki. Gdybyś spotkała go w Gloucester – albo jeśliś go już spotkała i dowiedziała się jego prawdziwego imienia i nazwiska – proszę, nie trzymaj mnie dłużej w męce oczekiwania. A jednak, jeżeli nic go nie zmusza do dalszego ukrywania się i jeżeli żywi do mnie prawdziwe uczucie, mam nadzieję, iż wkrótce oświadczy się mojej rodzinie. Przecież jeżeli w tym związku nie byłoby nic niestosownego, krewni moi nie okażą się chyba tak okrutni, aby przeciwstawiać się moim skłonnościom. O, jakież szczęście byłoby wówczas mym udziałem! Nie mogę się powstrzymać od napawania się tą myślą i sycenia swej wyobraźni tak przyjemnymi nadziejami, które przecież, być może, nigdy nie zamienią się w rzeczywistość. Czemuż jednak miałabym zwątpić o tym człowieku? Któż wie, co się stanie? Jutro wyruszamy do Bath, a ja prawie tego żałuję, ponieważ zaczynam lubować się w samotności, a miejscowość tutejsza jest urocza i romantyczna. Powietrze tu takie czyste, wzgórza tak przyjemne; janowce w pełnym kwiecie; ziemia jakby emaliowana stokrociami, pierwiosnkami i mleczami; wszystkie drzewa okrywają się listowiem, a żywopłoty już są odziane w swą wiosenną liberię; po górach snują się stada owiec, a młodziutkie, swawolne jagniątka, pobekując, igrają, pomykają i skaczą tu i tam; gaje rozbrzmiewają pieśnią kosa, drozda i makolągwy, przez całą zaś noc słodka Filomela wywodzi swe upajająco piękne trele. To znów, dla odmiany, schodzimy do źródła Nimfy Bristolu35, gdzie przed obiadem zbiera się tak miłe, swobodne i beztroskie towarzystwo; pijemy wodę tak klarowną, czystą, miękką i cudownie łagodną. Zabawa tam jest tak pogodna i ożywcza, powietrze tak łagodne, spacery tak przyjemne, widok tak ciekawy, statki i łodzie płynące w obie strony rzeki tuż pod oknami Pijalni przedstawiają zaś tak czarowną rozmaitość ruchomych obrazów, że do opisania ich potrzeba pióra znacznie wprawniejszego niż moje. Do tego, by miejscowość ta stała się dla mnie istnym rajem, brakuje mi tylko miłej towarzyszki i szczerej przyjaciółki – takiej, jaką moja kochana panna Willis była i – mam nadzieję – będzie nadal dla zawsze Jej wiernej

Lidii Melford.

Zaadresuj swój list do mnie – ciągle w podwójnej kopercie – na nazwisko Win, a głowa Jarvisa w tym, by bezpiecznie go doręczyć. Adieu.

DO SIR WATKINA PHILLIPSAW JESUS COLLEGE, OXON

Bath, 24 kwietnia

Kochany Phillipsie,

zaiste masz słuszny powód dziwić się, żem ukrył przed Tobą moje stosunki z panną Blackerby – przed Tobą, któremu opowiadałem o wszystkich innych znajomościach tego rodzaju. Prawdą jest wszakże, iż nigdy mi się o takich stosunkach nie śniło, póki Twój ostatni list nie uświadomił mi, że wywołały one skutek, którego dłużej już kryć się nie da. Szczęśliwa to jednak okoliczność, iż reputacja owej osoby nie dozna uszczerbku, lecz raczej dobrze wyjdzie na tym odkryciu, które przynajmniej udowodni, że nie jest ona tak zepsuta, jak się to większości wydawało... Co do mnie, oświadczam Ci z całą szczerością przyjaciela, iż nie tylko nie miałem z rzeczoną osobą żadnych stosunków natury miłosnej, lecz nigdy nawet w najmniejszym stopniu nie byłem jej znajomy. Jeżeli jednak jest ona naprawdę w stanie, o jakim piszesz, podejrzewam, że na dnie całej sprawy kryje się Mansel. Jego wizyty w owym przybytku nie były tajemnicą, a owe koneksje, łącznie z pewnymi życzliwymi usługami, które – jak wiesz – wyświadczył mi, odkąd opuściłem Alma Mater36, dają mi prawo uważania go za zdolnego do przyczepienia mi – za moimi plecami – tego skandalu. Tym niemniej, jeśli moje nazwisko może mu być przydatne, nie mam nic przeciw temu, aby zeń skorzystał, a jeśli owa kobieta okaże się na tyle upadłą, iż pod przysięgą obarczy mnie jego bękartem, wówczas muszę Cię prosić, abyś w moim imieniu łaskawie ugodził się z parafią. Zapłacę karę bez szemrania, a Ty bądź tak dobry i natychmiast ściągnij ze mnie potrzebną sumę. W tym wypadku działam za radą mego wuja, który powiada, że będę miał szczęście, jeżeli przejdę przez życie bez znacznie większej liczby przygód tego samego rodzaju. Stary pan powiedział mi wczoraj wieczór z dużą dozą dobrego humoru, że między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia musiał łożyć na dziewięcioro bękartów, złożonych pod przysięgą na jego karb przez kobiety, których nigdy w życiu nie oglądał. Charakter pana Bramble’a, który zdaje się ogromnie Cię interesować, z każdym dniem staje mi się lepiej znany i coraz więcej mi się podoba. Jego dziwactwa są bogatą kopalnią rozrywki; jego umysł – o ile mogę sądzić – jest nader światły, a obserwacje życia równie słuszne i do rzeczy, jak niezwykłe. Udaje mizantropa37, aby w ten sposób ukryć wrażliwość serca, które jest czułe aż do słabości. Ta delikatność uczuć czy też drażliwość czyni go lękliwym i bojaźliwym; przyznać jednak trzeba, że niczego nie obawia się tak jak niesławy i choć niezmiennie starannie wystrzega się dawania komukolwiek powodu do obrazy, to jednak wybucha przy najmniejszej oznace zuchwalstwa czy grubiaństwa ze strony innych. Chociaż na ogół wielce go szanuję, niekiedy nie potrafię powstrzymać się od bawienia się jego drobnymi kłopotami, które prowokują go do wypuszczania grotów swej satyry, ostrych i przenikliwych jak strzały Teukra38. Nasza ciotka Tabita działa na niego jak nieustające koło napędowe. Jest ona pod każdym względem uderzającym przeciwieństwem swego brata... Ale jej portret odkładam do innej sposobności.

Trzy dni temu przybyliśmy tutaj z Hot Well i wynajęliśmy pierwsze piętro pewnego domu przy Południowej Alei; punkt ten obrał wujaszek, gdyż jest blisko łaźni, a daleko od zgiełku pojazdów. Ledwo zagrzał miejsce w mieszkaniu, zawołał o swoją szlafmycę39, wygodne pantofle i flanelowy szlafrok, po czym oświadczył, że jest dotknięty podagrą w prawej stopie; choć sądzę, że nie wyszła ona poza jego imaginację. Nie upłynęło wiele czasu, a już przyszło mu pożałować swego przedwczesnego oświadczenia; albowiem nim udało się wydobyć z kufra flanelową garderobę, nasza ciotka Tabita zdołała narobić tyle krzyku i zamieszania, jak gdyby dom stanął w płomieniach. Przez cały ten czas wujaszek siedział, kipiąc z niecierpliwości, gryząc palce, przewracając oczami i mamrocząc różne wykrzykniki; na koniec wybuchnął jakimś konwulsyjnym śmiechem, po czym zanucił piosenkę; a gdy huragan minął, wykrzyknął: „Bogu niech będzie chwała!”. Był to jednakże zaledwie początek jego kłopotów. Ulubiony piesek jejmości Tabity, Chowder, który w kuchni posunął w koperczaki40 do pewnej suczki tegoż co on gatunku, popadł w spór z aż pięcioma rywalami, którzy na raz nań się rzucili i wśród ohydnej wrzawy zapędzili go na górę, do stołowego, gdzie nasza ciotka i jej panna służąca, w jego obronie chwyciwszy za oręż, przyłączyły się do koncertu, który przybrał piekielny ton. Owej bójce ledwo położyła kres interwencja naszego służącego i miejscowej posługaczki; jegomość otworzył właśnie usta, aby wyłajać Tabby, kiedy w korytarzu poniżej uliczni muzykanci zaczęli swą muzykę (jeśli można to nazwać muzyką) takim gwałtownym wybuchem dźwięków, że wuj drgnął i wytrzeszczył oczy, zdradzając oznaki oburzenia i rozterki. Miał na tyle przytomności umysłu, że posłał służącego z pieniędzmi, aby uciszył tych hałaśliwych natrętów. Odprawiono ich natychmiast, choć nie bez pewnego oporu ze strony Tabity, która uważała, że za jego pieniądze słusznie należy mu się więcej muzyki. Ledwo rozstrzygnął tę zawiłą kwestię, kiedy wprost nad naszymi głowami, na drugim piętrze, dały się słyszeć osobliwe huki i stuki, tak głośne i gwałtowne, że trząsł się cały budynek. Przyznaję, że ów nowy alarm wielce mnie rozzłościł, i nim wujaszek zdołał się na jego temat wypowiedzieć, wbiegłem na górę zobaczyć, co się dzieje. Zastawszy otwarte drzwi do pokoju, wszedłem bez ceremonii i ujrzałem obiekt, o którym nie potrafię teraz wspomnieć, nie śmiejąc się do rozpuku. Był to nauczyciel tańca ze swym uczniem, w trakcie udzielania lekcji. Mistrz, ślepy na jedno oko i chromy na jedną nogę, wodził po pokoju ucznia, który zdawał się mieć około sześćdziesiątki, garbił się niemiłosiernie, był wysoki, grubokościsty i szpetny; na głowie miał szlafmycę, kaftan zaś zrzucił dla większej zwinności ruchów. Widząc, że przeszkadza mu jakiś nieznajomy, przypasał w te pędy długą żelazną szpadę i krocząc ku mnie, wyrzekł najprawdziwszym irlandzkim akcentem: „Panie, jak-się-pan-nazywa, klnę się na moją duszę i sumienie, że wielcem ci rad, jeśli przybywasz po przyjaźni; a zaiste, zaiste, sądzę, że jesteś z pewnością moim przyjacielem, chociażem nigdy dotąd nie oglądał twej twarzy, mój kochany; boć wchodzisz jak przyjaciel, bez żadnej, ale to żadnej ceremonii...”. Powiedziałem mu, że natura mej wizyty nie dopuszcza ceremonii, że przybyłem żądać, aby czynił mniej hałasu, ponieważ o piętro niżej znajduje się chory szlachcic, któremu on nie ma prawa zakłócać spokoju tak niedorzecznymi poczynaniami. „Ejże, posłuchaj no, młody paniczu – odparł ów oryginał – może przy innej okazji poprosiłbym cię grzecznie o wyjaśnienie tego mocnego słowa «niedorzecznymi»; ale na wszystko bywa stosowna pora, gołąbeczku” – to mówiąc, minął mnie z wielką zwinnością i zbiegłszy po schodach, znalazł przy drzwiach do jadalni naszego służącego, któremu kazał się wprowadzić, aby móc złożyć swoje uszanowanie nowoprzybyłemu. Ponieważ chłopiec nie uznał za właściwe odmówić żądaniu tak groźnej figury, gość został natychmiast wprowadzony i zwrócił się do mego wuja w te słowa: „Pański uniżony sługa, zacny panie; nie jestem taki znów niedorzeczny, jak mówi pański syn, ażebym nie znał zasad grzeczności. Jestem ubogim baronetem irlandzkim, nazwisko moje brzmi sir Ulik Mackilligut z hrabstwa Galway. Jako pański współlokator, przychodzę złożyć moje uszanowanie i powitać cię na alei South Parade oraz zaofiarować najlepsze usługi tobie, twej zacnej połowicy i twej ładnej córeczce, a nawet i młodemu paniczowi, twemu synalkowi, chociaż uważa mnie za niedorzecznego osobnika. Musisz pan wiedzieć, że mam zaszczyt w dniu jutrzejszym otwierać bal w sąsiednim domu z lady Mac Manus, a żem jako tancerz nieco zardzewiał, przeto odświeżałem sobie pamięć przy pomocy odrobiny ćwiczeń, ale gdybym wiedział, że pode mną znajduje się osoba chora, raczej bym zatańczył chłopską skoczkę na własnej głowie niż najcichszego menueta41 nad twoją...”. Wujaszek, którego z początku niemało przeląkł widok owego jegomościa, bardzo uprzejmie wysłuchał jego dwornej przemowy, poprosił go, aby koniecznie usiadł; jemu podziękował za zaszczyt odwiedzin, a mnie skarcił za niedelikatne obejście się z osobą jego rangi i charakteru. Tak pouczony, przeprosiłem rycerza, który nie mieszkając42, zerwał się z miejsca i uścisnął mnie tak mocno, że ledwo mogłem oddychać, oraz zapewnił, że kocha mnie jak swoją rodzoną duszę. Nareszcie, przypomniawszy sobie o szlafmycy, w niejakiej konfuzji zerwał ją sobie z głowy i z obnażoną łysiną oddalił się, po tysiąckroć przepraszając damy. W tejże chwili dzwony z opactwa jęły bić tak głośno, że nie mogliśmy się nawzajem dosłyszeć; w dzwony te, jak dowiedzieliśmy się później, uderzono na cześć pana Bullocka, znakomitego hodowcy krów z Tottenham, który właśnie przybył do Bath kurować się na niestrawność. Pan Bramble jeszcze nie zdążył wyrzec swych uwag o miłej naturze owej serenady, kiedy jego uszy uraczył inny koncert, który go obszedł dalece bliżej. Dwaj Murzyni należący do pewnego kreolskiego szlachcica, który w tym samym domu wynajął mieszkanie, stanęli przy oknie na schodach, o jakieś dziesięć stóp od drzwi do naszej jadalni, i zaczęli ćwiczyć się na francuskich rogach. Ponieważ zaś byli dopiero w trakcie opanowywania najbardziej elementarnych zasad gry na tym instrumencie, wydawali tony tak fałszywe, że i osłu uszy by spuchły... Możesz łatwo odgadnąć, jaki wywarło to skutek na wrażliwe nerwy wujaszka, który z najcudowniejszym wyrazem śledzienniczego43