Wypalona - Marta Bacic - ebook
NOWOŚĆ

Wypalona ebook

Marta Bacic

0,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Utracona magia. Zakazane pożądanie. Dwór fae, w którym nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Czeluść odebrała Ravennie to, co czyniło ją sobą – magię. Teraz czarodziejka zrobi absolutnie wszystko, by ją odzyskać. Ostatnią nadzieję widzi w Erycjum, krainie fae. Jednak gdy ekscentryczny wampir wciąga ją do królewskiego pałacu, sprawy się komplikują.

Plan był prosty: zdobyć artefakt fae i zniknąć. Zamiast tego wypalona czarodziejka trafia w sam środek politycznych gierek, dworskich sekretów i niebezpiecznych pokus. Między uwiedzeniem księcia a powracającym uczuciem z przeszłości Ravenna musi zdecydować, komu zaufa, i jaką cenę jest gotowa zapłacić, by odzyskać swoją moc.

Ta historia przeniesie cię do świata fae, gdzie każdy krok może prowadzić do zbawienia… bądź zguby.

Nowelka z Kolekcji romantasy Inanny

Tylko dla dorosłych czytelników

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 124

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wypalona

Marta Bacic

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Prolog

1

NOTA COPYRIGHT

📖 Informacja o wersji demo

Lista stron

Strona 1

Strona 2

Strona 3

Strona 4

Strona 5

Strona 6

Strona 7

Strona 8

Prolog

Nad drzwiami górowała podziurawiona figura podstarzałego maga, z którego głowy sterczało kilka świeżych strzał. W sam środek szyldu z napisem „Pod Zdechłym Wróżem” wbito siekierę. Ktoś musiał nie trafić w nieszczęsną postać. Uśmiechnąłem się do siebie. Mimo że nie przepadałem za ludźmi, to czasem doceniałem ich humor. Zupełnie inaczej patrzyli na śmierć – ale mieli też inną perspektywę. Żyli inaczej. Krócej, intensywniej i… głupiej. Wszedłem do karczmy.

Rozejrzałem się po zaniedbanym wnętrzu i popatrzyłem na grupkę mocno wstawionych mężczyzn. Nawet na mnie nie zerknęli. Pospiesznie oceniłem trunki za szynkwasem i zdusiłem w sobie rozczarowane westchnienie. Bieda z nędzą.

I wtedy zobaczyłem ją.

Była… Ach. Czarne jak noc wilgotne włosy skręciły się lekko, a usta kobiety kusiły karmazynem użytej szminki. Potrząsnąłem głową. Przecież to jakiś człowiek… A mimo wszystko nie mogłem się ruszyć, nie mogłem przestać chłonąć ją wzrokiem, nie mogłem opanować przyspieszającego serca. Wziąłem głębszy wdech. Myślałem, że już zdołam się wyrwać z hipnotycznego transu, ale zamiast obrócić się na pięcie, zapomnieć o wszystkim i pójść do moich towarzyszy, zbliżyłem się mimowolnie kilka kroków do szynkwasu. Do niej.

– Wszystko w porządku, panie? – Z boku dobiegł mnie głos Mavena. Fae, którego długie uszy przed wścibskimi spojrzeniami ludzi ukrywał dopasowany kaptur, uniósł brew. – Coś podejrzanego?

Wzruszyłem ramionami i podążyłem w jego kierunku, ale zamarłem w pół kroku. Kobieta podeszła do grupki mężczyzn i zarzuciła włosami, a gdy do moich nozdrzy doleciał zapach jej skóry, poczułem, jak krew odpływa mi z mózgu. To… nie było normalne. To nie byłem ja! Ja się tak nie zachowuję! Maven przyjrzał mi się badawczo. Zacisnąłem zęby i ruszyłem za nim.

Przenieśliśmy się do odosobnionej izby, gdzie z naszą ludzką ekipą najemników mogliśmy poczuć się swobodniej. Odsłoniłem moją prawdziwą tożsamość, odetchnąłem i wypiłem do dna podetknięty mi kufel piwa. A także drugi i trzeci… Kompletnie nie słuchałem, kto co do mnie mówi. Przez setki lat sporo widziałem i przeżyłem, ale nigdy nie straciłem kontroli nad sobą, a przynajmniej nie w taki sposób. Przed oczami wciąż miałem tylko ją. Przerzuciłem się na mocniejszy trunek – padło na ohydną westmoriańską wódkę. Na chwilę się uspokoiłem.

Jak tylko alkohol uderzył mi do głowy, rozkazałem przyprowadzić kobietę do środka. Maven widział, że coś jest nie tak, ale nie śmiał zaprotestować. Już wtedy czułem w kościach, że tego pożałuję.

Zaprosiłem ją do przysłoniętej alkowy. Nie kłopotałem się nawet zamaskowaniem swojej tożsamości. Kobieta jednak wcale nie patrzyła na mnie onieśmielona, jak mógłbym się tego spodziewać. Przygryzła lekko wargę. Wymieniliśmy kilka niewiele znaczących słów, których nie było mi dane zapamiętać. Usiadła obok, a ja upajałem się jej zapachem. Musiałem się powstrzymywać, by nie przyciągnąć jej do siebie.

Zaczęła pytać: kim jestem, co tutaj robię. Ja za to milczałem. Jak dureń. Rześki wiatr z uchylonego okna rozwiał jej włosy, podrywając również ze stołu mapę, którą odruchowo złapałem i przygniotłem jednym z naczyń. Kiedy kobieta się nachyliła i położyła dłoń na moim kolanie, przeszył mnie prąd. I wtedy to zrozumiałem.

To była cholerna więź.

W jakiś sposób zdiagnozowanie, czemu tak się czuję, dodało mi kurażu.

– Nie jesteś zbyt rozmowny – skwitowała i zmarszczyła brwi, po czym przeszła na język fae. – Nie znacie redyjskiego tak dobrze?

– Większość nawet pomniejszych fae zna więcej języków, niż człowiek jest w stanie nauczyć się przez całe swoje krótkie życie – odpowiedziałem w redyjskim. – Myślałem, że tylko wasza arystokracja uczy się jeszcze tego języka… Ale jeżeli należałabyś do takowej, co robiłabyś sama w takim miejscu?

Kobieta uśmiechnęła się szeroko i niby przypadkowo potarła kostką o moją nogę. Prawie zadrżałem.

– To samo mogłabym powiedzieć o tobie i zapytać co fae tutaj robi. A co do języka… Posiadam wiele talentów. I miałam szczęście do dobrych nauczycieli.

Skinąłem głową. Chciałem sięgnąć po butelkę, ale kobieta mnie ubiegła – chwyciła alkohol i uzupełniła kieliszek, po czym podała mi naczynie.

Nasze dłonie się zetknęły, a w jej ciemnych tęczówkach zauważyłem błysk. Poczułem ulgę. Chciała tego samego.

Odstawiłem wciąż pełny kieliszek i z namaszczeniem ucałowałem jej dłoń. Z karminowych ust wydobyło się ciche jęknięcie. Nie wytrzymałem. Musnąłem dłonią jej policzek. Przymknęła na chwilę powieki, jakby rozkoszowała się dotykiem. Pocałowałem ją tak lekko, jak tylko potrafiłem, a ona przylgnęła chętnie ustami do moich… Każda komórka w moim ciele oszalała. Upajałem się aksamitem jej warg, zupełnie jakbym zapomniał o całym świecie. Niestety nie trwało to długo.

Kobieta zerwała się. Zanim zdążyłem mrugnąć, wylała na moje spodnie kieliszek wódki i strąciła zapaloną świecę, po czym popędziła w stronę okna i wyskoczyła.

Oszołomiony wpatrywałem się w otwarte okno. Otrząsnąłem się i magią uspokoiłem ogień. Kątem oka zauważyłem, że spod naczynia zniknęła mapa przełęczy. Zakląłem pod nosem.

Stanąłem w oknie i odprowadziłem wzrokiem znikający w ciemności zarys kobiecej sylwetki. Maven położył mi dłoń na ramieniu, już szykował się do pościgu, ale powstrzymałem go gestem. Oczywiście, że każdy fae by ją dogonił.

Szkopuł w tym, że ja nie chciałem, by ją dopadł. Musiała mieć swoje powody, by to zrobić. Najwyraźniej zmierzała na nasze ziemie.

A ja postanowiłem ją tam odnaleźć.

No cóż. Kto by pomyślał.

Zadurzyłem się.

1

Zupełnie inaczej wyobrażała sobie Erycjum czy, jak to podobno mówią fae, Ericirae.

Tym, co uderzyło ją najbardziej po przekroczeniu granicy, były barwy. Zieleń na tych ziemiach wydawała się ciemniejsza, a noce mroczniejsze. Zakładała, że królestwo rządzone przez mistycznych fae okaże się zupełnie inne. W każdym aspekcie. Spodziewała się egzotyki… Może nie tropików, ale jakiejś dawki unoszącej się w powietrzu beztroskiej magii. A co, jeżeli moc fae była rozdmuchana do niebotycznych rozmiarów w legendach, a tak naprawdę nic tam nie znajdzie? W końcu fae, którego znała, zajmował się fechtunkiem i potrafił wykonać ledwie kilka magicznych sztuczek.

Wiedziała, że z każdym dniem jej szanse nieubłaganie malały.

Potrząsnęła głową. Nie mogła się teraz poddać, szczególnie po tym, jak przedostała się przez Przełęcz Vicini. Wmawiała sobie, że najgorsze już za nią. Poprawiła skórzaną torbę. Syknęła i złapała się za zabandażowane przedramię, które wciąż pulsowało bólem. Oczyszczenie rany po gargolidach zajęło jej wieki… i kosztowało mnóstwo krzyku. Miała szczęście w nieszczęściu, że trafiła na znane jej z ksiąg zioło i zdołała zneutralizować truciznę. A do tego udało jej się nie zostać zeżartą przez jakąś bestię, kiedy opatrywała ranę i darła się wniebogłosy z bólu.

Szaruga zmierzchu znacząco ograniczała widoczność w ten najbardziej irytujący sposób, kiedy wydaje się, że jeszcze coś widać, a tak

naprawdę dostrzeżenie czegoś trochę dalej graniczy z cudem. Zauważywszy niewyraźną ścieżynę, skręciła z traktu. Ostrożnie przedarła się przez ostępy i gdy jej oczom okazały się ruiny kamiennej chatki, odetchnęła z ulgą. Chociaż słomiany dach był dziurawy jak ser, ściany z otoczaków wciąż wyglądały solidnie.

Mogła spędzić w tej chacie noc pod warunkiem, że nie natknie się na innych niechcianych gości – chyba że będzie w stanie ich się pozbyć.

Tak bardzo nie ufała samej sobie. Czuła się słaba.

BYŁA słaba.

Jednak to nie oznaczało, że nie potrafiła sobie poradzić. Wciąż pozostawała Ravenną Morwynn, a to zobowiązywało.

Przynajmniej tak sobie wmawiała.

Podkradła się do chaty i wybrała okno, przed którym rosło najmniej zielska. Wyciągnęła sztylet z pochwy na udzie, po czym zerknęła ostrożnie do środka. W nozdrza uderzył ją zapach zgnilizny. Wnętrze wydawało się opustoszałe: pojedyncze krzesło leżało na podłodze pokryte pajęczyną, a na stole leżały wyschnięte resztki czyjejś strawy. Magini cofnęła się do lichych drzwi i powoli je otworzyła, a stare zawiasy skrzypnęły głośno. Skrzywiła się – właśnie straciła całą potencjalną przewagę. Pospiesznie zlustrowała zaniedbane pomieszczenie, ale nie zauważyła żadnego śladu życia. Przeszła do drugiej izby, gdzie stał siennik zakryty niechlujnie rzuconą derką. Kupa gratów piętrzyła się w rogu, ale na nich też zebrał się kurz.

Ravenna odetchnęła z ulgą. Pusto.

Schowała ostrze i zrzuciła plecak na względnie czysty kawałek podłogi. Może nie pachniało tu najlepiej, ale przynajmniej chroniły ją cztery ściany. Przez chwilę się zastanawiała, czy nie wyrzucić siennika, który okazał się dosyć zatęchły, ale w końcu wzruszyła ramionami. Wolała jeszcze nie forsować ręki.

Zabarykadowała drzwi wejściowe krzesłem i urządziła sobie legowisko w kącie. Usiadła na nim i zajęła się konsumpcją jednej z ostatnich porcji suszonego mięsa. Parsknęła cicho pod nosem. Pomyśleć, że w tak krótkim czasie jej standardy zmieniły się diametralnie – zapleśniałe lokum wydawało się bezpieczną przystanią, a jedzenie o smaku i teksturze podeszwy odżywczą kolacją.

Oczywiście, że tęskniła za luksusami cytadeli w Mistwell, chociaż nigdy już nie będzie tam mile widziana… Wypalonych magów skutecznie eliminowano. A jeżeli do tego dowiedzieliby się, co tak naprawdę chciała zrobić…

Wygody wygodami – jeszcze bardziej tęskniła za samą magią. Za tym poczuciem mocy pod koniuszkami palców, cokolwiek by robiła. Za bezpieczeństwem, jakie dawała.

Wzięła kilka łyków wody z bukłaka i położyła się, wycieńczona.

***

Spojrzała na swoje drżące dłonie… Zdążyła już wykrzesać z siebie ostatnie iskry mocy, a zmęczenie powodowało, że nogi miała jak z ołowiu. Uniosła wzrok na kolejną falę ciemnijców, która właśnie wypełzała z Czeluści, a lęk uderzył w nią jak obuch. Czarne, zdeformowane ciała wspinały się po sobie z przenikliwym skowytem. Pierwsze ciemnijce wyrwały się z kotłującej się na krawędzi Czeluści chmary. Przystanęły, oszołomione przestrzenią i światłem, aż w końcu zauważyły cel na horyzoncie i wygłodniałe ruszyły przed siebie.

W najśmielszych snach nie oczekiwała, że będzie ich tu tak wiele. Coś… Coś się zmieniło.

Zaszczękała zębami. Zerknęła na rozczłonkowane zwłoki, leżące kilka metrów za nią, otoczone całą masą spopielonych ciemnijców, znad których jeszcze unosił się dym. To wszystko na nic. Nawet jednej kobiety nie potrafiła uratować… A do tego sama zaraz podzieli jej los. Może lepiej byłoby po prostu wyprzedzić wydarzenia i się spopielić, zamiast zostać rozszarpaną na strzępy…?

Nie, wiedziała, że nie może się poddać. Ara by ją wyśmiała.

***

Ravenna otworzyła oczy i zamrugała kilkukrotnie. Początkowo nie mogła się ruszyć, sparaliżowana strachem, jak zawsze, kiedy koszmar powracał. Ale czemu obudziła się tak wcześnie? Przeważnie docierała do samego punktu kulminacyjnego okropnego snu.

Uniosła się, a jej wzrok powoli przyzwyczajał się do nocnej ciemności. W nieśmiałym blasku księżyca wpadającym przez dziurę w dachu dostrzegła zarys krzesła, które dalej blokowało drzwi. Nasłuchiwała jeszcze chwilę, po czym odetchnęła. Nic się nie stało.

Już miała położyć się z powrotem, gdy dostrzegła błysk.

Błysk zadowolonych, czarnych oczu.

Rozchyliła lekko usta. Bladoskóry, szczupły mężczyzna siedział w kuckach na stole i przypatrywał się jej z żywym zainteresowaniem.

Zerwała się na równe nogi. Intruz uśmiechnął się szeroko, odsłaniając długie kły.

– Cholera – wymsknęło się Ravennie, a mężczyzna zachichotał.

– Nie trafiłaś. Me imię to Silas. Silas Orrothassian.

Wampir zeskoczył ze stołu i poprawił swój czarny garnitur, a po chwili zgiął się w ukłonie. Światło odbiło się od jego lśniących, fioletowych włosów, które sięgały mu prawie do pasa. Ravenna spojrzała w stronę prowizorycznej poduszki. Miała tam srebrną szpilę…

Silas zacmokał dwukrotnie z irytacją.

– To, żem krwiopijca, wcale nie znaczy, że można tak bezczelnie mnie ignorować. – Zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu i przechylił głowę, wyraźnie rozbawiony.

Uniosła brew. Jeżeli chciałby ją wypić, zdążyłby to zrobić już ze trzy razy. Może lubił podchody z ofiarami?

– Ravenna – szepnęła ochrypłym głosem. Odchrząknęła. – Ravenna Morwynn – powtórzyła głośniej i również się skłoniła, zmniejszywszy tym samym dystans między nią a ukrytą srebrną szpilą.

Serce dudniło jej coraz mocniej, a krwiopijca musiał to przecież czuć. Już miała rzucić się w stronę poduszki, ale zanim zdążyła choćby mrugnąć, wampir dopadł do niej i złapał ją za nadgarstek lodowatą dłonią.

– Nu, nu, nu. Myślisz, że twoje srebro nie capi na kilometr? Ładnie to tak atakować niewinnego wampira? Sądziłem, że ludzie mają ten, jak to mawiacie… Kodeks horrorowy. Nie zabijać posłańca i tak dalej. – Wampir obdarzył ją kolejnym szerokim uśmiechem.

Ravenna przełknęła nerwowo ślinę. Jakiego, kurwa, posłańca?,pomyślała.

– Honorowy – poprawiła go i skinęła głową, a ten ją puścił. – Masz rację. Nie wiedziałam, że jesteś posłańcem. Przepraszam.

Silas odchylił klapę marynarki i rzucił w nią… skórzaną rękawiczką.

Jej własną rękawiczką.

– Twoja? – zapytał bez ogródek, a Ravenna, choć zaskoczona, przytaknęła. – Doskonale! Mam propozycję nie do odrzucenia.

Ravenna zmarszczyła brwi. Ściskała mocno swoją zgubę… No tak. Przeklęte Westmore.

– Trafiłeś tu po zapachu?

– Nie, sprawdziłem adres w spisie nielegalnej ludności – parsknął wampir. – Oczywiście, że po zapachu. Jestem krwiopijcą. Nie zadawaj nędznych pytań, wystarczy, że wyglądasz jak siedem nieszczęść. – Ravenna chciała zaprotestować, ale ten uniósł ostrzegawczo palec wskazujący. – Nie przerywaj.

W ostatniej chwili powstrzymała chęć przewrócenia oczami.

– No dobrze, więc cóż to za propozycja? – Zmarszczyła lekko brwi. – A przy okazji, chciałabym trochę lepiej widzieć mojego honorowego posłańca.

– No tak, ludzie nie widzą w ciemności. Mea culpa. – Silas uderzył się w czoło, po czym teatralnie wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki niewielką kulę. Przerzucił ją do drugiej dłoni, pstryknął, a przedmiot się otworzył. Malutki ogień rozświetlił delikatnie izbę.

Ravenna skinęła głową, ale Silas zaraz się zamachnął i wrzucił kulę do paleniska. Kobieta odskoczyła, zaskoczona. Spodziewała się, że lichy ogień zgaśnie, tymczasem wilgotne drewno prawie natychmiast zajęło się płomieniami. Uniosła brew.

Wampir zarzucił włosami, poprawił haftowaną na fioletowo marynarkę i odchrząknął. W głowie Ravenny panował chaos i chociaż powinna kombinować, jak się z tego wywinąć, to złość wzięła górę nad rozsądkiem. Gotowała się na samą myśl, że jest bezradna.

Bo niegdyś to on by uciekał przed nią w podskokach, zanim zdążyłby się wymądrzyć chociaż raz.

– Szanowny Książę Lord Eristanti chciałby zaprosić panią… – wampir zastanowił się chwilę – …Ravennę Morwynn, właścicielkę zagubionej rękawiczki, do pałacu w Lindinis, by towarzyszyła mu w świętowaniu równonocy jesiennej.

– Że co? – wydusiła. Mało brakło, a musiałaby zbierać swoją szczękę z podłogi. Czy ten fioletowy pajac sobie z niej kpił? Przecież nie była jakąś księżniczką, żeby…

Otworzyła szerzej oczy. No tak. Ognistowłosy fae, który chciał ją pożreć nawet samym spojrzeniem, to sam Eristanti. A teraz posłał za nią, żeby dołączyć zaginioną zabawkę do kolekcji.

Jakie było prawdopodobieństwo, że w Westmore natknie się na jakiegokolwiek fae? No, prawie żadne. A co dopiero na samego Eristantiego! Zdusiła westchnienie.

Ale przecież…

Czy nie było to po jej myśli?

Wzięła się w garść i posłała wampirowi uprzejmy uśmiech.

– Ale… ale równonoc to ludzkie święto? – zapytała naiwnie.

Silas wzruszył ramionami.

– No a ty jesteś człowiekiem, co nie? Ty będziesz świętowała równonoc. My rocznicę Przełomu. – Zanim zdążyła udać zdumienie, że świętują powstanie Czeluści, mimo że doskonale wiedziała, że niegdyś to fae ją otworzyły, wampir znowu pogroził jej palcem. – Nu, nu, nu. Skoro Eristanti cię zaprasza, to znaczy, że jesteś nie w ciemię bita. Nie przypadłaby mu do gustu jakaś damulka, co nie ma o niczym pojęcia. Poza tym rozmawiasz ze mną na naszych ziemiach, więc nie rżnij głupa, że nic o nas nie wiesz. Jak sądzisz, ilu Redyjczyków spotkałem u nas? Niewielu. Ale ci, co się do nas przedostali, byli przygotowani. Nie mieli wyboru, bo ci nieprzygotowani zatrzymywali się na przełęczy.

Serce zabiło jej mocniej, kiedy została skarcona jak dzieciak.

– Niech będzie. A co ja z tego będę miała?

– Postaram się dopilnować, żebyś przeżyła swoją wizytę w Ericirae.

Prychnęła i uciekła wzrokiem, by się chwilę zastanowić.

Wprawdzie chciała dostać się do stolicy, jednak posiadłość dziedzica w Lindinis również mogła skrywać co nieco… A jeżeli nie, to może uda jej się załapać jakiś statek na południe. To nie było głupie. Wciąż miała kilka mikstur, dzięki którym mogłaby mu się wymknąć.

Uniosła wzrok na wampira, który uśmiechał się krzywo. Zapewne wiedział, że Ravenna nie może się nie zgodzić.

Nie wiedział jednak, że dostanie się do gniazda żmij tak bardzo było jej na rękę.

– Nie śmiałabym odmówić.

NOTA COPYRIGHT

Wypalona

Copyright © Marta Bacic

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2025 r.

ebook 978-83-7995-870-2

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska | proAutor.pl

Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Najtaniej kupisz na www.madbooks.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl