Wtedy pojawiłaś się ty - Jennifer Weiner - ebook

Wtedy pojawiłaś się ty ebook

Jennifer Weiner

0,0

Opis

[PK]

Jules Strauss jest na ostatnim roku Princeton, ma pełne stypendium, znajomych zamiast przyjaciół i rodzinę, którą wstydzi się zaprosić na weekend dla rodziców. Ma nadzieję, że za pieniądze, które otrzyma za swoje komórki jajowe uda jej się ocalić ojca.

Annie Barrow poślubiła swoją sympatię z liceum i została mamą dwóch synów. Po latach spędzonych w domu i próbach utrzymania czterech osób z pensji męża wierzy, że znalazła sposób, by zapewnić rodzinie dodatkowy przypływ gotówki i życiowy cel.

India Bishop, lat trzydzieści osiem (w rzeczywistości czterdzieści trzy),zmieniła wszystko: imię, twarz, przeszłość. W Nowym Jorku zakochuje się w bogatym, starszym mężczyźnie. Wierzy, że dziecko zapewni szczęśliwe dopełnienie ich związku. Gdy jej próby zajścia w ciążę zawodzą, zwraca się w stronę technologii, jak również do Annie i Jules.

Jednak plany wszystkich bohaterek niespodziewanie się komplikują...

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

Książka dostępna w zasobach: 

Biblioteka Publiczna - Ośrodek Kultury w Brzeszczach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 441

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



nieoczekiwana historia miłosna...

JENNIFER

WEINER

BETTINA

INDIA

JULES

ANNIE

BETTINA

INDIA

JULES

JULES

ANNIE

BEITINA

INDIA

JULES

ANNIE

INDIA

BETTINA

INDIA

BETTINA

INDIA

JULES

ANNIE

BETTINA

%D

WEINER

Wtedy pojawiłaś się ty

- Stworzymy dossier: zdjęcia, dokumenty, pliki komputerowe i maile, ale musi pani być przygotowana, że pani ojciec może zastrzelić posłańca. - Musiałam wyglądać tak, jakbym nic nie rozumiała, ponieważ kontynuowała: - Może zdenerwować się na panią, a nie na Indię.

- Niewykluczone - odparłam. Palce znów powędrowały na plisy spódnicy. Zmusiłam się, żeby położyć ręce na kolanach. Trudno mi było sobie wyobrazić, żeby ojciec mógł się na mnie zdenerwować, jeśli to ja ocalę go od zawodu miłosnego, nie mówiąc już o publicznym upokorzeniu. Jeśli India odejdzie, informacja pojawi się w gazetach, a ludzie będą się śmiali prawdopodobnie tak jak wtedy, gdy mama uciekła z Babą. Na stronach plotkarskich pojawiały się skrycie zgryźliwe teksty ("Lepsza połowa KTÓREGO miliardera rzuciła swoje maleństwa i mężulka i śmignęła do Nowego Me-ksii-ku w towarzystwie swojego guru, niezwykle gibkiego jogina, który pomaga jej odblokować czakry, jeśli wiecie, co mamy na myśli, a chyba wiecie?"). Zrobiłabym, co w mojej mocy, by oszczędzić ojcu takiego szyderstwa... i sobie kolejnego roku jak ten, który musiałam przeżyć, gdy mama odeszła. Dopilnuję, żeby ojciec był bezpieczny, a rodzinna fortuna pozostała nietknięta.

- Czy mogę zapytać, dlaczego pani to robi? - Kate przeczesała palcami frędzle koca, który wisiał przerzucony przez oparcie kanapy.

Nie odpowiedziałam. Przecież nie wyjaśnię jej, jak było okropnie po tym, gdy mama odeszła.

d z tej serii:

Wó/Ąi

Wtedy pojawiłaś sią ttf

Książka jest darettt

__3

Czytelnika

JENNIFER

WEINER

Wtedy pojawiłaś się tif

%P

Z języka angielskiego przełożyła Katarzyna Różycka

Tytuł oryginału: THENCAMEYOU

Copyright © 2010 by Jennifer Weiner, Inc. Originally published by Atria Books, a Division of Simon & Schuster, Inc.

Copyright © 2013 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2013 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marek J. Piwko Zdjęcie autorki: Copyright © Andrea Cipriani Mecchi

Redakcja: Jacek Ring Korekta: Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7508-706-2

Sprzedaż wysyłkowa:

www.merlin.plwww.empik.comwww.soniadraga.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o. PI. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail: [email protected]/wydawnictwoSoniaDraga

Skład i łamanie:

Wydawnictwo Sonia Draga

Katowice 2013. Wydanie I

Dla Phoebe Pearl

- Wobec tego - mówiła Estella - musi mnie pani brać taką, jaką zostałam stworzona. Powodzenie nie jest moim powodzeniem, jak klęska nie jest moją klęską. Mimo to jedno i drugie składa się na moją osobę.

Karol Dickens, Wielkie nadzieje

CZĘŚĆ PIERWSZA Słodko-kwaśny

JULES

Mężczyzna w garniturze znów na mnie patrzył.

Był marzec mojego ostatniego roku w college'u, pogodny, chłodny wieczór, kiedy siedząc sama w części restauracyjnej centrum handlowego, poczułam na sobie, znany mi już wówczas, ciężar męskiego spojrzenia. Podniosłam wzrok znad talerza i zobaczyłam go, jak stał na końcu kolejki do baru sałatkowego i patrzył na mnie w ten sam sposób, w jaki patrzył na mnie przez ostatnie trzy tygodnie.

Westchnęłam. Centrum handlowe było jednym z moich ulubionych miejsc i nie miałam zamiaru z niego rezygnować z powodu jakiegoś dziwaka.

Odkryłam je na pierwszym roku. Gdy wyszło się z kampusu i przeszło przez Nassau Street, w kiosku w centrum miasta za okazaniem legitymacji studenckiej można było kupić ulgowy bilet i autobus zabierał cię do luksusowego centrum handlowego o luksusowej nazwie Princeton MarketFair. Były tam wszystkie sieciówki - Pottery Barn, Restoration Hardware, Gap - zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych, Victo-ria's Secret, gdzie można było kupić majtki, i Lens-Crafters, gdzie można było wybrać okulary przeciwsłoneczne, a wszystko to w rozległym, sterylnym budynku z marmurowymi podłogami i światłami o różowym odcieniu. Na jednym końcu centrum była duża, przestronna księgarnia z obitymi skórą sofami, na których można było się skulić i czytać, a na drugim kino, w którym za cztery dolary organizowano w poniedziałki przedpołudniowe seanse. Część restauracyjna mieściła się między nimi.

Niedługo po moim odkryciu dowiedziałam się, że tylko frajerzy korzystają z komunikacji publicznej. Usłyszałam, jak dwie moje koleżanki z klasy z pogardą omawiały randkę, na której była nasza wspólna znajoma. „Zabrał ją do kina. Autobusem". Chichotały, chichotały, a potem nagle odwróciły się w moją stronę w poszukiwaniu aprobaty, gdyż jako wysoka blondynka, o której względy rywalizowało dwóch chłopaków ze szkolnej drużyny, nie mogłam należeć do kategorii autobusowych dziewczyn.

Prawda była taka, że lubiłam jazdę autobusem i lubiłam centrum handlowe. Sprawiało ono wrażenie rzeczywistego, podczas gdy kampus Princeton ze swymi idealnymi, zielonymi trawnikami zdobionymi gargulcami i porosłymi bluszczem budynkami z witrażami w oknach oraz studentami, z których żaden nie cierpiał z powodu trądziku, otyłości czy choćby potarganej fryzury, był jak plan filmowy - zbyt piękny, by istnieć naprawdę. Wszyscy chodzili po kampusie, jak gdyby nigdy nie mieli cienia wątpliwości, że ich miejsce jest właśnie tutaj, nosząc swoje drogie laptopy i podręczniki, ubrani jak należy. Ludzie w centrum handlowym nie wyglądali, jakby zeszli prosto ze stronic żurnala. Ich stroje były czasem poplamione albo zbyt ciasne. Przechodzili obok witryn sklepowych, marząc o rzeczach, których nie potrzebowali i na które nie mogli sobie pozwolić: doprowadzone do ostateczności matki warczące na swoje dzieci, chłopcy wzdychający i przestępujący z nogi na nogę przed przebieralnią w Anthropologie, nastolatki wysyłające do siebie wiadomości z odległości mniejszej niż metr, z dwóch krańców stołu; grubi starzy ludzie z balkonikami, maskami tlenowymi czy na wózkach - wszyscy oni przypominali mi o domu. A poza tym niemal miałam gwarancję, że nie spotkam tam nikogo ze szkoły - na pewno nie w autobusie ani w kinie, przynajmniej w ciągu dnia, a już na pewno nikogo wsuwającego kurczaka kung pao z China Express. Być może moi koledzy z klasy przychodzili tu coś kupić, ale nigdy nie zostawali długo, dzięki czemu centrum handlowe stało się moim sekretem, miejscem, gdzie mogłam być sobą.

Zwykle w poniedziałki, gdy kończyłam lekcje o czternastej, jechałam autobusem, żeby buszować po moich sklepach, przymierzyć parę butów lub dżinsy, obejrzeć przedpołudniową projekcję filmu, który wydał mi się interesujący, a następnie zjeść obiad w części restauracyjnej lub w elegantszej restauracji z owocami morza, jeśli wpadło mi kilka dodatkowych godzin w biurze rekrutacji, gdzie pracowałam jako studentka. Za mniej niż dwadzieścia dolarów mogłam sprawić, by całe popołudnie i wczesny wieczór w przyjemny sposób zniknęły.

Ponownie podniosłam wzrok znad talerza. Mężczyzna trzymał teczkę, stał zwrócony do mnie profilem i wyglądał tak, jakby się zastanawiał, co teraz zrobić. Wiedziałam, że sytuacja może się rozwinąć na dwa sposoby: będzie się nadal gapił albo zbierze się na odwagę, by przejść po wyłożonej kafelkami posadzce i coś powiedzieć.

Kiedy miałam trzynaście lat, tata posadził mnie obok siebie i wygłosił krótką mowę.

- Powinnaś o czymś wiedzieć - powiedział. Byliśmy w pokoju dziennym, pół piętra poniżej drzwi frontowych, w pokoju ze ścianami wyłożonymi sosnową boazerią, z fiolkowo-różowym dywanem i kawowym stolikiem ze szklanym blatem, na którym leżały księgi absolwentów z całej dekady, po jednej na każdy rok przepracowany przez mojego ojca będącego doradcą ds. ksiąg absolwentów w McKinley Junior High.

- Co takiego? - To było jesienią. Miałam na sobie strój do piłki nożnej, szorty, ochraniacze na golenie i bluzę, którą włożyłam przed powrotem do domu na rowerze. Tata siedział w swym zużytym, czarnym fotelu, trzymając w ręce szklankę whisky z lodem, nadal miał na sobie płaszcz i krawat, które włożył, gdy szedł do szkoły. Mama była w kuchni i przygotowywała pieczonego kurczaka - maczała każdy kawałek w maślance i musztardzie, a następnie obtaczała w pokruszonych płatkach kukurydzianych. Ten kurczak, podobnie jak Rice-A-Roni* i posiekana główka lodowej sałaty polana sosem typu ranch, był moim ulubionym daniem i miałam jedynie ochotę wziąć gorący prysznic, włożyć spodnie od dresu i wyciągniętą koszulkę, zjeść obiad i usiąść do odrabiania lekcji. Po raz pierwszy matematyka sprawiała mi trudność i wiedziałam, że będę potrzebowała przynajmniej pół godziny, by przebrnąć przez zadane ćwiczenia.

Ojciec pochylił głowę, łyknął whisky i powiedział w kierunku węzła swego krawata:

- Mężczyźni będą na ciebie patrzeć.

Produkt Quaker Oats Company to pakowana w pudełka mieszanka składająca się z ryżu, makaronu vermicelli i przypraw. Aby przygotować potrawę, ryż i makaron podsmaża się na brązowy kolor na maśle, następnie dodaje wody i przypraw i podgrzewa na małym ogniu aż do ich wchłonięcia (ten i pozostałe przypisy pochodzą od tłumacza).

To nie była dla mnie nowość, i to już od pewnego czasu.

— To nie twoja wina, Julio — dodał, zdejmując okulary. - Mężczyźni tak robią. Może tak jesteśmy połączeni, mężczyźni i kobiety. Jesteśmy zaprogramowani, by dostrzegać siebie nawzajem.

Odrzuciłam swój koński ogon na plecy. Miałam już wtedy sto sześćdziesiąt dwa centymetry wzrostu ze stu siedemdziesięciu pięciu, które ostatecznie osiągnęłam, gęste włosy w kolorze jasnego karmelu, tej jesieni oficjalnie zmieniłam sportowy stanik na prawdziwą miseczkę B i zaczęłam szkołę średnią.1 Te wydarzenia sprawiły, że nie postrzegałam już swojego ciała jako części mnie, ale jak coś, wewnątrz czego żyłam; jak pożyczoną bluzkę, którą podkradłam z szafy mamy, coś, z czym powinnam ostrożnie się obchodzić i co przy odrobinie szczęścia pewnego dnia będę mogła zwrócić.

„Mężczyźni będą się patrzeć", powiedział mój tata, przyglądając mi się z mieszanką miłości i żalu. Czasami cytował wersy z Yeatsa: „Tylko Bóg, moja droga, mógłby kochać cię dla ciebie samej, a nie twoich złotych włosów". Czułam się wtedy dziwnie, nieco dumna, nieco zmieszana, zwłaszcza że tak naprawdę, czego być może się domyślał, mężczyźni już nie tylko patrzyli, ale pohukiwali, gwizdali i cmokali, gdy wracałam sama ze szkoły, a oni siedzieli w swych samochodach. Życiową misją jednego z moich kolegów z klasy, Tima Sathera, było strzelanie gumką mojego stanika tak często, jak się da, natomiast nauczyciel WF-u, pan Traub, oplatał mnie ramionami i przylegał do moich pleców swym odzianym w dres torsem - przelotnie, choć zdecydowanie - pomagając mi zaserwować piłkę do siatkówki. Gdy tego lata, mając na sobie ciemnoniebieski jednoczęściowy kostium kąpielowy, biegałam wokół zraszacza z dziećmi państwa Lurie, których pilnowałam, zauważyłam, jak pan Santos, sąsiad państwa Lurie, obserwuje mnie przez płot z otwartymi ustami. Kilka tygodni później mój starszy brat Greg wdał się w bójkę na basenie w parku miejskim. Gdy mama ubolewała nad jego podbitym okiem i spuchniętym policzkiem, chcąc wiedzieć, kto zaczął, Greg wymamrotał, że chłopcy gadali o mnie różne rzeczy. Mama nie zapytała go o nic więcej, a ja czułam się zażenowana i nie wiedziałam, jak mam się zachować. Czy podziękowałam Gregowi? Czy zapytałam, co chłopcy o mnie gadali, i czy zrobiłam coś, co ich sprowokowało? W końcu zdecydowałam się ani słowa na ten temat nie wspominać, udając, że nic się nie zdarzyło. To wydawało się najrozsądniejszym rozwiązaniem.

To nie chłopcy byli najgorsi, ale dziewczyny. Te, które kiedyś były moimi koleżankami. „Ona myśli, że jest taaaka ładna", usłyszałam, jak Missy Hen-ried mówi szyderczo do Beth Brock pewnego dnia przy lunchu po tym, jak Matt Blum, wpatrując się we mnie z drugiego końca stołówki, omal nie wpadł na stół. Jakbym go prosiła, żeby się gapił. Miałam lustro i obejrzałam wystarczającą ilość czasopism i programów telewizyjnych, by wiedzieć, że można było uznać mnie za ładną, a może nawet piękną. Ale piękne dziewczyny z telewizji i błyszczących stron magazynów wyglądały na szczęśliwe. Nigdy nie wydawały się samotne, a ich twarze, włosy i ciała nie były pułapkami, które trzymały je z dala od innych. Nie rozumiałam, dlaczego czuję się winna, gdy chłopcy na mnie patrzą, jak gdybym kłamała albo proponowała im coś, czego w rzeczywistości nie mam. Wiedziałam tylko, że Missy, Beth i ja należałyśmy razem do zuchów, że każdego października, w Halloween chodziłyśmy po domach z okrzykiem „cukierek lub psikus!", chichocząc w kostiumach cheerleaderek, czarownic lub Pink Ladies z Grease i pozując na ganku Missy, podczas gdy jej ojciec siłował się z kamerą. Teraz byłam ich wrogiem. Teraz one były po jednej stronie muru, a ja po drugiej.

- To co mam z tym zrobić? - zapytałam tatę. Wtedy wydawało mi się, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nasz dom był pełen książek, które przeczytał, biografii naukowców i prezydentów, powieści w twardych oprawach z pochlebnymi recenzjami z „New Yorkera", różniących się od tajemniczych historii mojej matki w błyszczących, miękkich okładkach, na których widnieli prawdziwi ludzie, a tytuły pisano wypukłą czcionką.

- Po prostu bądź tego świadoma. - Poklepał mnie po ramieniu. Dziesięć lat później, kiedy tylko czułam na sobie męskie spojrzenie - czasem delikatne jak woda, czasem jak wysoki ton bzyczącego nad moim uchem komara - przypominałam sobie ojca mamroczącego do krawata. Mojego ojca, gdy jeszcze miał się dobrze. „Kocham cię, skarbie", powiedział i uściskał mnie tak, jak rzadko kiedy to czynił od momentu, gdy moje piersi stały się większe niż ślady po ugryzieniu komara.

Nadziałam na pałeczkę wisienkę w likierze Ma-raschino. Mężczyzna w garniturze podjął decyzję, odszedł od baru sałatkowego i ruszył prosto w moim kierunku. Pomyślałam, że może mieć około trzydziestki, może czterdziestki. Mi^^Wrtą^S^ręcone włosy i ładną, wymuskaną twar;

[g7 Biblioteka

Pochyliłam się nad obiadem, mając nadzieję, że po prostu pójdzie dalej, i zaczęłam czasochłonny proces oddzielania papryczek chili od kawałków kurczaka i ananasa, zastanawiając się, czy będzie miał na tyle odwagi, żeby coś powiedzieć, czy przechadza się jedynie, by bliżej mi się przyjrzeć. Gdy ponownie podniosłam głowę, stał dokładnie naprzeciw mojego stolika na dwie osoby, nie mając ze sobą nic do jedzenia.

- Przepraszam - powiedział. - Czy chodzisz do Princeton?

Skinęłam głową niewzruszona. Miałam na sobie dżinsy i bluzę z napisem Princeton na samym środku. Zero makijażu z wyjątkiem odrobiny błyszczyka, tuszu do rzęs i eyelinera, bez których nie wychodziłam z akademika, ponieważ moje rzęsy są tak rzadkie i cienkie, że bez jednego lub dwóch pociągnięć Lash Out praktycznie ich nie widać, a moje oczy mają tak jasnoniebiesko-szary, nijaki kolor, że bez kreski prawie zlewają się z czołem, sprawiając, że moja twarz wygląda jak niedopieczony placek.

- Podoba ci się tam? - zapytał.

Znów skinęłam głową.

Podniósł teczkę i wykonał ruch, jak gdyby miał zamiar usiąść po przeciwnej stronie stołu. Odsunęłam krzesło z metalowymi nogami w tył, szykując się, by powiedzieć mu grzecznie, że muszę skończyć obiad i iść, ponieważ czekają na mnie koleżanki, kiedy on zapytał:

- Uprawiasz jakiś sport?

To było zaskoczenie. Stawiałam na Jaką masz specjalizację? albo Skąd jesteś? albo prośbę o pomoc, co było najczęstszym chwytem. W centrum handlowym chłopcy pytali, który film widziałam i czy mi się podobał lub czy mogłabym pomóc im wybrać naszyjnik albo sweter dla siostry bądź mamy. Na siłowni wskazywali na pulpit steppera, udając zdezorientowanie. Hej, wiesz jak to obsługiwać? W sklepie spożywczym potrzebowali pomocy przy wyborze makaronu lub śliwek. Na stacji benzynowej pytali o drogę, w klasie chcieli wiedzieć, czy przeczytałam zadanie domowe, czy miałam plany na weekend, czy przeczytałam jakąś książkę lub słyszałam jakiś zespół. Wiem, że to wygląda tak, jakby moje życie było nieustanną paradą mężczyzn, którzy za wszelką cenę chcieli ze mną porozmawiać, ale taka była prawda. Gdy wygląda się odpowiednio - wysoka blondynka z piersiami w rozmiarze D, szeroko osadzonymi oczami, prostym nosem i pełnymi ustami w kolorze ciemnoróżowym, nawet bez szminki - mężczyźni chcą z tobą rozmawiać. Zwykle zapraszają na randkę, a dwa razy w życiu, z czego jeden w tym właśnie centrum handlowym, zapytano mnie, czy jestem modelką.

- Hokej na trawie i lacrosse - powiedziałam. W obydwie gry grałam ostatnio w szkole średniej.

Mężczyzna usiadł nieproszony.

- Czy masz dwadzieścia jeden lat?

Zmrużyłam oczy z jedną dłonią na szelce plecaka, zastanawiając się, czy ma zamiar zaproponować mi coś nielegalnego i podejrzanego, jak seks na telefon albo striptiz. Z bliska wydawał się starszy, niż myślałam, starszy, niż powinien być, jeśli podrywał dziewczynę w moim wieku. Miał może czterdzieści pięć lat i prostą złotą obrączkę na lewej dłoni, a ja nie chciałam iść z nim na obiad ani dać mu swojego numeru telefonu, ani maila, ani powiedzieć mu, gdzie mieszkam, ani pozwolić, by kupił mi drinka albo mrożony jogurt. Chciałam jedynie skończyć obiad, wrócić do pokoju w akademiku i unikając mojego chłopaka, skulić się na łóżku z książką i liczyć dni do rozdania dyplomów. I wtedy się uśmiechnął.

- Przepraszam - powiedział. - Zagalopowałem się. Jared Baker - dodał i wyciągnął rękę przez środek stołu.

Potrząsnęłam nią szybko. Skóra jego dłoni była tak delikatna, jak wyobrażałam sobie skórę jego twarzy. Wstałam, nie zważając na to, że na talerzu miałam jeszcze połowę obiadu.

- Przepraszam, ale koleżanki prawdopodobnie na mnie czekają. - Miałam tacę w jednej ręce, a plecak w drugiej, kiedy Jared Baker powiedział:

- Czy chciałabyś zarobić dwadzieścia tysięcy dolarów?

Zatrzymałam się. Czułam mrowienie na skórze. Coś nielegalnego - pomyślałam. Na pewno.

- W jaki sposób? Przemycając narkotyki z Meksyku?

Uśmiechnął się szerzej, tak że zobaczyłam jego zęby.

- Donacja komórek jajowych.

Odstawiłam tacę z powrotem na stół.

- Usiądź - powiedział Jared Baker, podchodząc do mnie i odsuwając mi krzesło. Powiesił mój plecak na oparciu krzesła i brakowało tylko, żeby rozłożył mi serwetkę na kolanach. To było zabawne przedstawienie, jak gdyby parodia sceny, gdy mężczyzna opiekuje się żoną kruchą jak jajko. Albo niosącą kruche jajka.

- Zjedz obiad. - Zmarszczył brwi, spoglądając na mój talerz. - Ale zostaw sajgonkę. To tłuszcze nasycone.

Patrząc mu prosto w oczy, umoczyłam sajgonkę w zrobionej przez siebie mieszance chińskiej musztardy i sosu z kaczki i ugryzłam ogromny kęs. Uśmiechną! się jeszcze szerzej.

- Silny charakter - powiedział. - To dobrze. Ludzie lubią dziewczyny z poczuciem humoru.

-Mówi pan poważnie? - zapytałam po przełknięciu. - Dwadzieścia tysięcy dolarów za komórkę jajową? - Oczywiście, widziałam ogłoszenia w szkolnej gazecie, w Internecie i na ulotkach wywieszanych w klubie studenckim i bibliotece. Rodzina szuka dawczyni komórek jajowych. Pokrywamy wszystkie koszty. Proszę, pomóż spełnić nasze marzenia. Ale nigdy nie widziałam wzmianki o cenie za samą komórkę jajową i nie domyśliłabym się, że jest tak wysoka.

Jared Baker był miły, ale nie przymilny, poważny, spokojny i zadał mi więcej pytań: gdzie dorastałam? Jakie miałam oceny na koniec szkoły średniej? Czy kiedykolwiek robiłam sobie test na inteligencję? Czy ktokolwiek w mojej rodzinie chorował na raka, cukrzycę lub chorobę umysłową? Podałam mu wyniki i negatywną odpowiedź w kwestii chorób. Wyciągnął z teczki notes i zapytał, czy mam rodzeństwo, w jakim wieku była moja mama, gdy mnie urodziła, i ile ważyłam przy porodzie. Odpowiadałam ostrożnie, zastanawiając się, co chce usłyszeć i jaka historia będzie najlepiej pasowała do osoby, na którą patrzył: wysokiej, jasnowłosej, wysportowanej dziewczyny w bluzie Princeton, jedzącej samotnie tylko dlatego, że jej koleżanki skończyły wcześniej i czekają na nią w księgarni.

- Byłaś kiedyś w ciąży? - zapytał w ten sam sposób, w jaki zapytał, czy jestem wegetarianką i czy w mojej rodzinie zdarzały się choroby serca. Potrząsnęłam głową, a mój kucyk śmignął w powietrzu.

Uprawiałam seks jedynie z trzema chłopakami, co w moim wieku było żenująco kiepskim wynikiem. Zaczynałam już myśleć, że jestem jedną z tych osób, które nie za bardzo lubią seks. Może miałam szczęście. Nie będę przez całe życie cierpieć z powodu złamanego serca i uganiać się za tym czy innym chłopakiem.

- Czy jesteś singielką?

Skinęłam głową, starając się nie wyglądać na zbyt podekscytowaną i sprawiać wrażenie, że w każdy poniedziałek, gdy przychodziłam do centrum handlowego, mężczyźni zatrzymywali się w części restauracyjnej, by zaproponować mi furę pieniędzy, ale mój umysł pracował jak szalony, gdy marzyłam o tym, co zrobię z dwudziestoma tysiącami dolarów. Nie wyobrażałam sobie posiadania takiej sumy, chyba że wygrałabym na loterii lub bardzo korzystnie wyszła za mąż. Biorąc nawet pod uwagę pracę w bankowości inwestycyjnej, którą miałam zamiar podjąć po studiach, będę musiała płacić czynsz w Nowym Jorku i zacząć spłacać pożyczki, dlatego wizja posiadania pięciocyfrowej kwoty na własny użytek była nowa, niezwykła i kusząca.

Jared Baker wręczył mi wizytówkę, prostokąt z grubego papieru w kolorze kości słoniowej z wytłoczonymi na górze literami: klinika płodności Princeton. Pod spodem widniało jego nazwisko wraz z numerami telefonu i adresami e-mail.

- Bądźmy w kontakcie - powiedział. - Myślę, że byłabyś doskonałą kandydatką.

- Dwadzieścia tysięcy dolarów - powtórzyłam.

- Przynajmniej. Aha, jak się nazywasz?

- Julia Strauss - odparłam. - Koledzy wołają na mnie Jules.

- Jules - powtórzył, kolejny raz spoglądając na mnie z aprobatą i podając mi rękę.

Tak to się zaczęło: w centrum handlowym Mar-ketFair w Princeton, nad styropianowym talerzem ze słodko-kwaśnym kurczakiem i sajgonką, której nie dane mi było skończyć. Wydawało się to takie proste. Myślałam, że sprzedanie komórki jajowej będzie jak oddanie krwi, jak zaznaczenie rubryki „Dawca narządów" na prawie jazdy, jak oddanie czegoś, czego się nigdy nie chciało, a właściwie nawet niespecjalnie zauważało. Tak, na początku robiłam to dla pieniędzy. Nie chodziło o altruizm, feminizm ani żaden inny -izm. Chodziło o kasę. Nie miałam jednak zamiaru przepuścić jej na ciuchy, samochód, imprezę dyplomową, ecstasy, na podróż do Vail czy Europy ani na żadną z tysiąca błahostek, które wybraliby moi koledzy z klasy. Miałam zamiar wziąć te pieniądze i spróbować ocalić ojca, a ściśle rzecz ujmując, chciałam dać mu ostatnią szansę, by ocalił siebie.

ANNIE

Stałam w kuchni z telefonem w ręce, a serce waliło mi jak młot, aż usłyszałam, jak znajomy głos w słuchawce mówi „dzień dobry".

- Mama?

- Annie? - zapytała. Słyszałam grzmiący w tle telewizor. Mama uwielbiała swoje programy, szczególnie The View, dlatego wiedziałam, gdzie ją znajdę od poniedziałku do piątku od jedenastej do południa. - Nadal się wybierasz?

Odetchnęłam. Pamiętała. To dobrze. Nie byłam pewna, czy mama jest po prostu zapominalska, czy może to wczesne oznaki alzheimera, o której to chorobie czytałam kilka razy w Internecie, ale jeśli było coś ważnego, o czym miała pamiętać, wciąż należało jej o tym przypominać i nawet wtedy często informacja wypadała jej z głowy.

- Nancy już tu jest. Właśnie przeglądamy mój wyciąg bankowy.

Wyobraziłam sobie moją siostrę siedzącą przy stole kuchennym mamy i stukającą na kalkulatorze swoimi akrylowymi paznokciami.

- Chłopcy i ja już jedziemy. I mam dobre wieści.

- O, to super - powiedziała. - Pa, pa.

Wyłączyłam Przyjaciół z podwórka, zastanawiając się, kiedy mama zaczęła mówić bardziej dziecinnie niż moje dzieci, i popędziłam Franka Juniora, lat pięć, i Spencera, który właśnie skończył trzy, do łazienki na górze, jedynej w naszym dwupiętrowym wiejskim domu z pięcioma sypialniami w Phoenix-ville, około czterdziestu kilometrów od Filadelfii. Frank i ja kupiliśmy ten dom na aukcji pięć lat temu. To była okazja - duży, przestronny budynek zbudowany w 1890 roku na trzech akrach ziemi z, jak je nazwał pośrednik nieruchomości, „budynkami gospodarczymi", będącymi niegdyś kurnikami i boksami dla koni, oraz działającym wychodkiem zaraz obok tylnego ganku, którego drzwi były teraz zamurowane.

Frank i ja dorastaliśmy w robotniczej dzielnicy północno-wschodniej Filadelfii. Ja mieszkałam w parterowym domu z siostrą i rodzicami, a Frank z mamą i tatą mieli dom bliźniak półtora kilometra dalej. Oboje marzyliśmy o dużym domu, w którym swobodnie się urządzimy i stworzymy rodzinę: z ogrodem, w którym można hodować warzywa i kwiaty, podwórkiem, po którym będą biegać dzieci, i dużą, wiejską kuchnią z dwoma piekarnikami i sześciopal-nikową kuchenką, gdzie nasza rodzina będzie się mogła zbierać, a ja będę gotować. Kiedy wystawiono farmę na sprzedaż, wysupłaliśmy razem wystarczającą kwotę na zadatek i przekonaliśmy bank, że nas na nią stać. Ja miałam trochę pieniędzy ze spadku po babci, Frank otrzymał pomoc od rodziców, a w tamtych czasach, nie tak dawno temu, banki udzielały kredytów hipotecznych, jakby rozdawały lizaki - właściwie każdemu, kto o nie poprosił.

Byliśmy tak podekscytowani tym, co dom miał - drewnianymi podłogami, kominkami opalanymi drewnem, dużą, słoneczną kuchnią z pobielanymi ścianami, gąszczem krzewów malinowych na skraju podwórka - że prawie nie zauważyliśmy tego, czego mu brakowało - działających toalet, sprawnych urządzeń, miejsca na szafy. Nie myśleliśmy o wysokich kosztach ogrzewania i utrzymania tak dużego domu ani o tym, jak wiele czasu zajmie koszenie trawnika w lecie i ile będzie kosztowało odśnieżanie podjazdu zimą. Frank miał pracę w ochronie na lotnisku w Filadelfii, ale to nie było stałe zatrudnienie. Szkolił się na mechanika lotniczego. Planowaliśmy, że będzie awansował i dostawał podwyżki, ale oczywiście nie mieliśmy pojęcia, że gospodarka się załamie, a linie lotnicze popadną w kłopoty. Teraz jednak wydawało mi się, że znalazłam rozwiązanie, sposób, by wydobyć nas z dołka, do którego wpadliśmy, i przeskoczyć parę szczebli na drabinie, tak jak moja siostra.

- Frank Junior, ty pierwszy - powiedziałam, wskazując starszemu synowi toaletę.

Spojrzał na mnie spode łba, ze zmarszczonymi brwiami i wydętą dolną wargą.

- Potrzebuję prywatności - powiedział.

Frank Junior wyglądał dokładnie jak jego ojciec, wysoki na swój wiek, szczupły i żylasty, o orzechowym odcieniu skóry, mocno kręconych włosach i pełnych ustach. Spencer był bardziej podobny do mnie: miał jaśniejszą skórę, prostsze włosy, okrągłą twarz i słodki, pulchny brzuszek, który całowałam za każdym razem, gdy zmieniałam mu pieluchę. Ludzie, którzy widzieli naszą trójkę razem, bez Franka, nie zawsze zdawali sobie sprawę, że jestem ich mamą. Skrycie rozkoszowałam się tą chwilą, kiedy patrzyli na ciemnoskórych chłopców, a potem na kobietę o jasnej twarzy, która się nimi zajmowała, i próbowali zgadnąć, o co tu chodzi: czy jestem ich nianią, opiekunką dzieci sławnego rapera, czy jakąś samarytanką w stylu Angeliny, która adoptowała biedne, czarne dziecko z Afryki.

Zmieniłam Spencerowi pieluchę, kazałam obu umyć ręce, sprawdziłam, czy mają zasunięte rozporki, zapięte guziki, a buty zapięte na rzepy, potem owinęłam ich ciepłe, chłopięce ciałka w kurtki - był kwiecień, ale chłodny - i zapakowałam do samochodu. Moi rodzice nadal mieszkali w Somerton, gdzie się wychowałam, ale przeprowadzili się do mieszkania, które moja siostra Nancy pomogła im kupić po tym, jak wraz z mężem doszli do wniosku, że „dom zrobił się dla nich za duży".

Wiem, że powinnam być wdzięczna mojej starszej siostrze. Miała rację w sprawie domu. Trzy lata temu ojciec przeszedł zawał, lekki, ale jednak, a mama ciągle o czymś zapominała, na przykład żeby wymienić filtry w piecu, wyczyścić rynny albo odwołać dostawę gazet, gdy pojechali na wycieczkę autokarową. Jednak coś mnie drażniło w sposobie, w jaki to zrobiła, jak gdyby mąż lekarz i dyplom z Penn State oznaczały, że jest mądrzejsza niż reszta z nas, że wie wszystko najlepiej.

Ale taka jest Nancy, pomyślałam, zapinając klamry w foteliku Spencera, a potem biegnąc z powrotem do domu po serowe paluszki i kubki niekapki oraz żeby odłączyć telefon od ładowarki i złapać torebkę. Kiedyś była gruba i apodyktyczna, a potem, kiedy skończyła szkołę średnią, zaczęła pracę w gabinecie lekarskim, który przeprowadzał opaskowa-nie żołądka, poddała się zabiegowi i stała się chuda i apodyktyczna. Jeden z lekarzy się w niej zakochał, więc teraz była zamężna i apodyktyczna, mając do tego dyplom ukończenia college'u, o którym nie pozwala nam nigdy zapomnieć - pierwszy, jaki ktokolwiek w naszej rodzinie zdobył. Powinnam po prostu być wdzięczna, pomyślałam, siadając za kierownicą, że ona i doktor Scott są hojni, ale czułam gorycz zbierającą się w gardle za każdym razem, gdy Nancy słodko oferowała moim rodzicom pożyczkę albo z hukiem kładła na stole swoją platynową kartę, by zapłacić za ich benzynę lub jedzenie.

Mama czekała przy drzwiach, machając, jak gdyby nie widziała nas kilka miesięcy, chociaż w piątek jedliśmy z nią obiad. Wyglądała jak babcia z rysunków w książkach dla dzieci, niska i pulchna, z siwymi włosami zwiniętymi delikatnie w kok, zaokrągloną twarzą i różowymi policzkami. Miała na sobie dżinsową spódnicę z falbanami, białą, falbaniastą bluzkę, na nogach filcowe chodaki, a w pasie przewiązany żółto--różowy fartuszek w radosny, fantazyjny wzór. Frank Junior i Spencer popędzili w górę po betonowych schodach, prosto w jej ramiona.

-Jak się mają moi przystojniacy? - zapytała śpiewnie, tuląc ich, a mnie zrobiło się wstyd, że tak ją oceniłam. Może była niezbyt mądra i zapominalska, może spędzała dużo czasu pochłonięta waśniami i dramatami Prawdziwych pań domu* z każdego miasta, jakie stacja Bravo właśnie odwiedzała, ale kochała mojego ojca, kochała mnie i Nancy, kochała swoich wnuków, kochała Franka i udało jej się nawet pokochać doktora Scotta, który miał wygląd i osobowość wyschniętego smarka.

Mieszkanie było przytulnie ciepłe, pachnące jak odświeżacz powietrza o zapachu pieczonego jabłka i cynamonowego potpourri. Trzeba zaznaczyć, że nie było duże, a moja mama pokryła każdą możliwą ścianę i powierzchnię wyhaftowanymi obrazkami, ozdobnymi serwetkami, poduszeczkami z wyhaftowanymi

Real Housewibes - serial reality emitowany w Stanach Zjednoczonych przez stację Bravo.

inspirującymi sentencjami, świecami zapachowymi, lampami z abażurami ozdobionymi frędzlami i kolekcjami pamiątkowych śnieżnych kul, małych kieliszków i naparstków z każdego miejsca od Bran-son przez Atlantic City po Disney World. Na stoliku do kawy stały miseczki z rżniętego szklą z orzechami i owiniętymi w folię cukierkami, których kolory, zmieniające się sezonowo, były obecnie pastelowe, z okazji Wielkanocy. W łazience dodatkowe rolki papieru wetknięto pod spódniczki lalek w staromodnych ubraniach, z jasnymi jak przędza włosami. Było tam nawet zrobione na szydełku, naciągane, ozdobne opakowanie na pojemnik z odświeżaczem powietrza. Gdy odwiedziliśmy rodziców po raz pierwszy, Frank powiedział, że salon wygląda jak sklep z pamiątkami.

- Upiekłam ciasteczka! - krzyknęła mama w momencie, gdy Spencer włożył do nosa cały orzech pistacjowy w łupince, a Frank Junior wepchnął do ust garść bladoróżowych M&M's-ów. Szybko wyciągnęłam pistację z nozdrza Spencera, spojrzałam karcąco na Franka, zebrałam miseczki z miętówkami i karmelkami, czekoladkami Harshey's Kisses i żelkami Swedish Fish i odstawiłam z dala od nich.

Odwróciłam się od kominka, na którym przez cały rok wisiały bożonarodzeniowe skarpety, i zobaczyłam moją siostrę, jak stoi w kuchennych drzwiach i przygląda mi się.

- Cześć, Nance.

Skinęła głową. Gdy była w szkole średniej, miała różowe policzki jak nasza matka, delikatne, łatwo plączące się jasnobrązowe włosy, ładną, słodką twarz o łagodnych rysach, a ciało pulchne jak kilka poduszek związanych razem. Trudno mi było traktować ją poważnie, gdy mówiła mi, w co mam się ubrać i co robić w ciągu dnia, kiedy w nocy zasypiałam, słysząc, jak płacze z powodu jakiejś przykrej uwagi, którą sobie wymyśliła lub, co zdarzało się częściej, rzeczywiście usłyszała.

Teraz nosiła rozmiar dwa, a od jej pośladków i brzucha można było odbijać ćwierćdolarówki. Pracowała na pół etatu jako księgowa i recepcjonistka w gabinecie doktora Scotta i spędzała większość czasu, ćwicząc, kupując ubrania uwidaczniające jej nowe ciało i, jak powiedziała Mary Sheehan, koleżance z klasy, na którą wpadłyśmy podczas świątecznych zakupów w centrum handlowym Franklin Mills, „planując kolejne wakacje".

- To było trochę niegrzeczne - powiedziałam jej, gdy zatrzymałyśmy się w części restauracyjnej. Ja jadłam precla, a ona sączyła wodę mineralną z butelki.

-Ale to prawda - odparła, wzruszając swymi wąskimi ramionami. - Zapytała, co robię, więc jej powiedziałam.

Ugryzłam kęs, żeby nie powiedzieć czegoś mądrego albo nie podkreślić, że Nancy i doktor Scott, którzy nie zdecydowali się na dzieci, nie wynajmowali jachtu, by popływać wokół greckich wysp, ani nie spędzali weekendów w Paryżu. Pomysł Scotta na przyjemne spędzenie czasu zaczynał się i kończył na sąuashu, a pracą, w cudzysłowie, Nancy było znajdowanie ośrodków, które organizowały konferencje medyczne i miały korty do sąuasha o oficjalnych wymiarach. W ten sposób doktor Scott mógł grać w swoją grę i wliczyć cały wyjazd w koszty.

Twarz mojej siostry była beżowa, gładka, bez cienia porów, a jej włosy, które chemicznie prostowała co trzy miesiące, opadały wzdłuż policzków jak sztywne zasłony. Usta miała uszminkowane, na powiekach cienie, a jej dżinsy wyglądały na zupełnie nowe. Miała na sobie czarny sweter wpuszczony w spodnie ściśnięte czarnym skórzanym paskiem ze srebrną klamrą i czarne kozaki na wysokim obcasie. Odwróciłam się, by ukryć uśmiech. Wyglądała jak Oprah wwożąca na scenę wózek z tłuszczem; biała, chuda Oprah, pełna samozadowolenia i pewności siebie typowej dla prowadzącego talk-show. Uściskałam ją, czując się zaniedbana w moich dżinsach (niewyprasowa-nych), swetrze (niewpuszczonym w spodnie) i kozakach, które nie były ani skórzane, ani na obcasie, za to wiązane, z gumową podeszwą i wyświechtanym, sztucznym futerkiem, idealne na błotnistą wiosnę w Pensylwanii, ale na pewno nie zasługujące na miano modnych. Kiedyś to ja byłam ta ładna, ta szczupła (przynajmniej w porównaniu z Nancy), ta modna. Ale zostało mi dodatkowe cztery i pół kilograma po każdym z chłopców, a na nowe ubrania nie miałam pieniędzy. Dzisiaj to, co wkładałam na siebie, musiało być praktyczne, a mnie ledwie starczało czasu, żeby przeczesać włosy, a co dopiero je ułożyć albo co trzy miesiące płacić za to komuś trzysta dolarów. Wyglądałam zwyczajnie: kobieta średniego wzrostu, nieco puszysta, z jasnobrązowymi włosami zwykle związanymi w koński ogon i niebiesko-zielonymi oczami, zwykle bez cieni do powiek czy tuszu do rzęs, kobieta z torbą na pieluchy przerzuconą przez ramię i paczką cheeriosów w kieszeni, która mogłaby być ładna, gdyby miała trochę więcej czasu.

- Mama mówiła, że masz jakieś wieści - powiedziała. - Znowu jesteś w ciąży? - Pogłaskała się po nosie, nadając pytaniu wystarczająco silną nutę niesmaku, żebym ją usłyszała, ale nie na tyle wyraźną, żebym mogła jej to wytknąć. Mama stała przy piekarniku, pilnując ciasteczek i wypatrując oznak wrogości między nami.

- Nie, nie jestem w ciąży. - Starałam się, by mój glos brzmiał przyjaźnie, podczas gdy myślałam: nie tylko ty masz plany. Nie tylko ty masz marzenia. - Ale to jest część tego, o czym chciałam ci powiedzieć, mamo.

- O co chodzi? - Mama wyjrzała z kuchni.

- Daj mi chwilę. - Usadziłam chłopców przed telewizorem w salonie mamy, powtarzając sobie, że pół godziny jakiegoś pouczającego programu było złem koniecznym. Zwykle starałam się ograniczać czas, który spędzali przed telewizorem, wyganiając ich na świeże powietrze, by pobiegali, jak często się dało. „Musisz wybiegać chłopców jak psy", powiedziała mi mama, gdy Frank Junior miał zaledwie dwa lata. Pomyślałam wtedy, że to okropne sformułowanie, ale kiedy zaczął chodzić, zrozumiałam, co miała na myśli. Niestety, w mieszkaniu moich rodziców nie było gdzie biegać. Większość mieszkańców była w podeszłym wieku i maleńkie, prostokątne tarasy, na które wychodziło się z kuchni, to wszystko, co mieli. Plac zabaw wyglądał ponuro, z zardzewiałą huśtawką, zepsutą huśtawką wahadłową i pojedynczą obręczą do koszykówki. Był tam basen, ale jedyny raz, gdy próbowaliśmy z niego skorzystać, ratownik nakrzyczał na chłopców za bieganie, rozbryzgiwanie wody, skakanie „na bombę" i nieodpowiednie użycie podłużnych gąbek nauczyciela wodnego aerobiku, a wszystko to w ciągu dziesięciu minut od naszego przybycia. Nigdy więcej tam nie poszliśmy.

Gdy wróciłam do kuchni, mama nalewała kawę. Nancy siedziała przy stole, który był nakryty obrusem w fantazyjne wzory. Na środku stołu stał bukiet suszonych róż („Wyjaśnij mi różnicę pomiędzy »suchymi« a »zwiędłymi«" - powiedział Frank, widząc wianek mojej mamy z suszonymi czerwonymi papryczka-mi) i ceramiczna solniczka i pieprzniczka w kształcie Minnie i Mickey Mouse. Nancy założyła nogę na nogę i spiczastym noskiem jednego z butów zataczała małe kółeczka zdradzające jej irytację.

- A więc co to za wielka nowina? - zapytała.

- Zostanę surogatką. - To nie była do końca prawda. Prawdą było to, że dziś rano telefonicznie mnie poinformowano, iż zostałam przyjęta do programu Kliniki Płodności Princeton. Informacje o mnie były teraz dostępne dla jej klientów na stronie internetowej. Przy odrobinie szczęścia już niedługo jakaś klientka sprawdzi mój profil, przeczyta esej, nad którym tak się napracowałam, obejrzy zdjęcia, które poprzycinałam i wyretuszowałam, i poprosi, żebym urodziła jej dziecko.

- Aha - powiedziała Nancy, bawiąc się zamkiem przy kozaku. Miałam nadzieję, że rodzina się ucieszy z mojej decyzji, ale nic z tego. Siostra, jak zwykle, wyglądała na znudzoną i lekko nieprzyjazną, a mama, jak zwykle, na zdezorientowaną.

- To znaczy - zaczęłam, ale Nancy się wtrąciła, pochylając się i przybierając swoją najlepszą pozę w stylu „siostra z dyplomem college'u wygłosi mowę", co stało się jeszcze bardziej irytujące, odkąd poślubiła doktora i czuła, że ma wystarczające kompetencje, by wypowiadać się we wszystkich kwestiach związanych ze zdrowiem.

- To znaczy, że urodzi dziecko parze, która nie może go mieć.

- Lub samotnej matce - dodałam tylko po to, by zamknąć Nancy usta i pokazać, że nie zna wszystkich odpowiedzi. - Albo parze gejów.

- Och - powiedziała mama. — No cóż, to miłe.

- Nie robi tego, żeby być miła - stwierdziła Nancy. Wyciągnęła z torby iPhone'a, jeden z najnowszych, i zaczęła stukać w ekran pomalowanym paznokciem, jak ptak dziobiący ziarno. - Robi to dla pieniędzy.

- To nie do końca prawda - odparłam. Ton mojego głosu był lekki, ale gotowałam się z wściekłości. Jak zwykle Nancy przedstawiła to tak, jakby chodziło jedynie o te pięćdziesiąt tysięcy dolarów, które mi zapłacą, i jak zwykle... miała rację. Od lat szukałam sposobu, by zarobić pieniądze, będąc w domu z chłopcami, klikając na wszelkie oferty typu „Zarób setki $$$ w domu", które wyskakiwały w Internecie, zastanawiając się, czy dam radę sprzedawać kosmetyki albo produkty Amwaya w czasie tych dziewięćdziesięciu minut przez trzy dni w tygodniu, kiedy Frank Junior był w przedszkolu, a Spencer spał. Złożyłam podanie o przyjęcie jako pomoc nauczyciela w przedszkolu, ale płacono jedynie osiem dolarów za godzinę, co zważywszy na koszty benzyny i opiekunki, oznaczało, że gdybym tę pracę przyjęła, traciłabym pieniądze. -Tak, zapłacą mi, ale nie tylko o to chodzi. Naprawdę chcę komuś pomóc.

- To miłe. - Mama odeszła w stronę zlewu. Wzięła do ręki rolkę ręczników papierowych, na których każdy listek ozdobiony był rzędem wędrujących różowo-niebieskich kaczek. Zastanawiałam się, czy myślała o tym, by jakoś upiększyć pojemnik na ręczniki, przyczepiając do niego brzeg z pomponików lub oklejając go papierem z motywem tańczących mle-czarek.

- Ile ci zapłacą? - zapytała Nancy, nie podnosząc głowy znad ekranu.

- Dlaczego chcesz to wiedzieć? — zapytałam uprzejmie, co według Ann Landers należy zrobić, gdy ktoś zada nam niegrzeczne pytanie. Nigdy nie pytałam Nancy, ile zarabia, pracując dla swojego męża, odbierając jego telefon i mówiąc lakonicznie, niemal agresywnym tonem, oraz planując ich wyjazdy na sąuasha.

- Dużo - odparłam, gdy nic nie odpowiedziała. -Współpracuję z jednym z najlepszych programów na wschodnim wybrzeżu.

- Skąd wiesz, że są najlepsi? Bo tak napisali na swojej stronie? - Nancy przeczesała dłonią zasłony włosów i przechyliła głowę, obdarzając mnie tym samym zdziwionym, pytającym spojrzeniem, co prezenterka porannego show, gdy pytała turystę, który odciął sobie rękę, czy nie powinien był poinformować kogoś, gdzie się wybierał, zanim utknął w szczelinie kanionu.

- Mają wysoki procent skuteczności i bardzo zadowolonych klientów.

- Więc na czym to polega? - zapytała mama, siadając z nami przy stole z kawą.

- Czekam, aż jakaś para mnie wybierze. Komórka jajowa zostanie zapłodniona w laboratorium...

- Jakie to romantyczne - zakpiła Nancy.

- ...a potem umieszczona w macicy. Dziewięć miesięcy później urodzę dziecko i oddam jego rodzicom.

Na czole mamy pojawiła się zmarszczka.

- Och, kochanie. Czy to nie będzie trudne?

- To nie będzie moje dziecko - wyjaśniłam. - To raczej jak bycie niańką. Tyle że odpada sprzątanie.

- Starałam się uśmiechnąć. Mama nadal wyglądała na zmartwioną, a Nancy wróciła do wpatrywania się w iPhone'a. - Wiele kobiet to robi - kontynuowałam.

- Tysiące. Wiele z nich to żony żołnierzy. Ubezpieczenie pokrywa wszystkie koszty związane z porodem...

- Nawet jeśli to nie żołnierz jest ojcem? - zapytała Nancy.

Przygryzłam wargę. To była niepewna kwestia. Frank był w rezerwie i jego ubezpieczenie pokryje koszty mojej opieki medycznej, jeśli moje imię będzie na jego polisie, ale Leslie w klinice powiedziała mi, że lepiej nie wspominać pielęgniarkom i lekarzom, z którymi będę się widzieć, że to nie jest dziecko Franka.

- Nigdy nie mieliśmy z tym problemu - wyjaśniła Leslie. - Tricare od dawna przymyka oko na tego typu sytuacje i możemy polecić lekarzy i pielęgniarki, z którymi już wcześniej z powodzeniem współpracowaliśmy. Oni doskonale wiedzą, jak mało zarabiają mężczyźni, jak twój mąż, za tak ważną pracę, więc rozumieją, że ich żony chciałyby mieć swój wkład w rodzinny budżet. - Brzmiało to tak, jakby Leslie już wcześniej wygłaszała tego typu mowę. Nadal jednak się denerwowałam. Podejrzewałam, że dziecko urodzi się białe jak ja i jak większość par w Ameryce, które wynajmują matki zastępcze. Ktokolwiek się przyjrzy, bez trudu się domyśli, że Frank nie jest ojcem, ale... będę się tym martwić, gdy mnie wybiorą. Jeśli mnie wybiorą.

- O co ci chodzi? - zapytałam siostrę, skubiąc brzeg swetra i żałując, że nie włożyłam czegoś, w czym wyglądałabym trochę lepiej i co nie miałoby sześciu lat, co ostatecznie oznaczało, że chciałabym mieć na sobie ubranie, w którym dobrze wyglądam i które jest nowe.

- Dziewczynki - powiedziała pod nosem mama, ściskając kubek z kawą jak koło ratunkowe.

- Poważnie, Nancy. Jeśli masz jakiś problem, powiedz mi o tym teraz. - Nie żeby jej obiekcje miały mnie powstrzymać. Nancy jeździła lexusem, miała iPhone'a i platynową kartę. Zupełnie się nie orientowała, jak to jest mieszkać w wielkim, starym domu, karmić i ubierać dwóch chłopców, którzy wydawałoby się, nigdy nie przestają rosnąć ani jeść, i utrzymywać wszystko w dobrym stanie z jednej pensji, która nigdy nie wystarczała. Mogła się sprzeciwiać, mogła narzekać i być sarkastyczna, ale jeśli nie chciała dać mi pieniędzy, nic, co powie, nie zmieni mojej decyzji.

Założyła włosy za uszy, odsłaniając przelotnie kolczyki z prawdziwymi - tak, wiedziałam - perłami, które doktor Scott kupił jej na urodziny.

- Nie wiem - powiedziała w końcu. - To mi się po prostu wydaje nienaturalne.

- Jak zszycie sobie żołądka? Bo to mnie się wydawało dość nienaturalne.

Nancy odrzuciła głowę w tył, jakbym ją spolicz-kowała.

- Opaskowanie - rzuciła. - Nie zszycie, tylko opaskowanie.

- Dziewczynki - powtórzyła mama. Ona nigdy nie przerywała naszych kłótni, to ojciec miał u nas posłuch. Był piekarzem w supermarkecie, dużym, krzepkim mężczyzną o wzroście sto dziewięćdziesiąt centymetrów i wadze prawie sto trzydzieści sześć kilogramów, z czego niewielką część stanowił tłuszcz. Piekł głównie chleb, czasami bułki lub rogaliki, zostawiając innym piekarzom słodkie wypieki, na które mówił „frykasy". Wyjątkiem były nasze urodziny, kiedy wstawał wcześniej niż zwykle, by upiec i polukro-wać ciasta dla nas. A ciasta były piękne. Raz poprosiłam o małą syrenkę i tata pokrył mój tort oceanem turkusowego lukru z wystającymi, drobnymi falami z białymi grzywami rozbijającymi się o złoty brzeg, na którym syrenka z maleńkimi, nagimi piersiami zakończonymi różowymi sutkami leżała pod zieloną palmą z żelatynowego cukierka.

-To po prostu dziwne - powiedziała Nancy i rzeczywiście w jej głosie słychać było zdezorientowanie. Nieczęsto słyszałam u niej ten ton, od kiedy stała się chuda, zamężna i wszystkowiedząca na każdy temat. - Widziałam specjalny program w telewizji o kobietach w Indiach. Amerykańskie kobiety wynajmują je, by nosiły ich dzieci, głównie dlatego, że same nie mogą ich mieć, ale czasem po prostu dlatego, że nie chcą. Nie chcą przytyć, mieć rozstępów ani żadnych kłopotów. To wydaje mi się nie w porządku. Kobiety nie powinny się w ten sposób nawzajem wykorzystywać.

- Cóż, nie jestem wykorzystywana i nie urodzę dziecka dla kogoś, kto po prostu nie chce mieć kłopotu - odparłam, chociaż nie byłam całkiem przekonana, czy to prawda. Ulotki z kliniki mówiły, że pomogę bezpłodnej parze - płodność była przecież w nazwie kliniki - ale mogłam sobie wyobrazić, że jakaś bogata kobieta twierdzi, iż jest bezpłodna, i wynajmuje matkę zastępczą tylko dlatego, że chce tego lata nałożyć bikini, nie chce przegapić degustacji wina lub wyjazdu na narty. Albo, pomyślałam złośliwie, wyjazdu na sąuasha. - Mam zamiar komuś pomóc.

Obok solniczki i pieprzniczki stała drewniana miska pełna jabłek. Mama wzięła jedno i zaczęła je obierać srebrnym nożem do owoców z trzonkiem z masy perłowej, który zamówiła na QVC, kanale, który pieszczotliwie nazywała „Q". „Tylko twoja matka - powiedział Frank - nadaje imiona stacjom telewizyjnym".

- Myślisz, że możesz to zrobić? Urodzić dziecko, a potem po prostu je oddać?

Spojrzałam w stronę salonu. Chłopcy siedzieli na kanapie, a ich pełne okruszków serwetki leżały na stoliku do kawy. Frank Junior trzymał Spencera za rękę, tak jak trzymał go zawsze, gdy młodszy brat bał się w czasie filmu. Moi chłopcy. Pomyślałam o rowerze, który Frank Junior chciał mieć, czerwonym huffy z wystawy w sklepie w centrum, który odwiedzał za każdym razem, gdy towarzyszył mi przy sprawunkach. Pomyślałam o możliwości zapisania Spencera na zajęcia z przygotowania sportowego w Little Gym, które kosztowały czterysta dolarów za semestr. Myślałam o kupieniu im nowych kurtek i butów zamiast przetrząsania kartonowych pudeł w czasie zimowej wymiany używanych ubrań w kościele i o tym, że nie będę musiała się martwić, gdy zgubią rękawiczki ani gdy Frank Junior podrze rękaw swetra, który miałam zamiar przekazać później Spencerowi.

- Myślę, że będzie mi smutno, ale to nie będzie moje dziecko, tylko rodziców socjologicznych. -Określenia „rodzice socjologiczni" nauczyłam się ze stron internetowych o macierzyństwie zastępczym. - Jeśli to sobie zakoduję w głowie, wszystko będzie w porządku.

- A Frank? - Już nieraz myślałam o tym, że moja siostra jest jak kobieta, która w czasie długiej podróży samochodem nie odrywa palca od przycisku „szukaj" i przeskakując w górę i w dół listy, nie szuka muzyki, ale kłopotów. - Rozmawiałaś z nim o tym?

- Omawialiśmy to. - W mojej głowie. W zasadzie obecna rozmowa była moim sprawdzianem, jazdą próbną przed rozmową, w której powiem mężowi, co zrobiłam.

- Myślę, że to wspaniałe - powiedziała mama.

- Myślę, że to wariactwo - rzuciła Nancy.

- Masz prawo do własnego zdania - odparłam sztywno i wstałam od stołu. Ale Modna Nancy jeszcze nie skończyła.

- Znam cię - ciągnęła. - Masz miękkie serce. -Powiedziała „miękkie serce" w taki sposób, jak gdyby mówiła, że mam nieświeży oddech albo żółtaczkę typu C. - Dadzą ci dziecko do potrzymania i nie będziesz chciała jej puścić.

- Dlaczego myślisz, że to będzie dziewczynka? Urodziłam samych chłopców. - Zabrzmiało to smutniej, niż zamierzałam. Zawsze chciałam mieć dziewczynkę i miałam nadzieję, że Spencer nią będzie i że będę mogła ją ubierać w te wszystkie śliczne, małe różowe ubranka, na które patrzyłam, gdy kupowałam Frankowi Juniorowi jego dżinsy i bluzy. Zasmuciłam się nieco, gdy powiedziano mi, że urodzę drugiego chłopca, ponieważ dwójka dzieci to był nasz limit, chyba że Frank wygrałby na loterii albo ja znalazłabym sposób, by zmienić jego zdanie. Chciałabym mieć dużą rodzinę, ale nie stać nas było na nią.

- Zwłaszcza jeśli to będzie dziewczynka - powiedziała Nancy. Westchnęłam. Dzieliłyśmy pokój do momentu, gdy wyjechała do college'u. Patrzyła, jak ubieram lalki Barbie w ubranka, które sama uszyłam, i jak piekę ciasteczka dla Roxie, cocker spaniela sąsiadów, w moim piekarniku Easy-Bake. Osobą, która najlepiej na świecie wiedziała, jak bardzo chciałabym mieć dziewczynkę, była właśnie Nancy.

- Nic mi nie będzie - powiedziałam i spojrzałam na mamę. - Chcesz zabrać chłopców na pizzę? Powiedziałam im, że pójdziemy do Chuck E. Cheese.

- Dobrze, tylko wezmę płaszcz.

- Możesz pójść z nami - zwróciłam się do siostry.

Nancy przewróciła oczami.

- W tych miejscach czuję się, jakbym miała dostać ataku. I wiesz przecież, że nie jem pszenicy ani nabiału.

Ani niczego innego.

- W porządku. Do zobaczenia wkrótce.

Posadziłam chłopców z powrotem w samochodzie, czując ciężar na piersi. Chciałam jedynie, by ktoś się cieszył - cieszył się ze mną, szczerze cieszył, nie zadając pytania, nie pełen wątpliwości ani zdezorientowany... Ale w moim życiu nie było nikogo, włączając w to męża, kto spełniałby te warunki.

1

W Stanach Zjednoczonych junior high - szkoła średnia dla dzieci w wieku 13-15 lat.

BETTINA

Poznałam moją macochę - nie żebym kiedykolwiek uhonorowała tę zdzirę owym tytułem - wiosną mojego ostatniego roku w Vassar. Ojciec osobiście zadzwonił do mojego pokoju w akademiku, zamiast prosić o to asystentkę, a następnie kazać mi czekać, aż sam podejdzie do telefonu. Ważna wiadomość, pomyślałam. Coś istotnego.

- Tina - powiedział. - Chcę, żebyś poznała kogoś szczególnego.

Przysłał samochód, żebym przyjechała do domu na weekend. Jak zwykle poprosiłam Manuela, żeby odebrał mnie spod kawiarni w centrum, chociaż nie próbowałam nikogo oszukać - w erze Google i Gaw-ker wszyscy z moich znajomych, którzy włożyli odrobinę wysiłku, by wpisać moje nazwisko w wyszukiwarkę, wiedzieli, kim jestem.

Manuel zawiózł mnie do Bridgehampton. Oboje, czyli mój ojciec i India, czekali na progu domu z szarym gontem, jak w reklamie Cadillaca, Cialisu albo jednego z tych portali randkowych dla starych ludzi. Kiedy zobaczyłam go, jak stoi, obejmując jej chudą talię, od razu wiedziałam.

- To jest India - powiedział ojciec.

- Jak subkontynent? - zapytałam. India zaśmia-ła się, jak gdyby czytała tekst ze scenariusza: „Ha... ha... ha . Potem przyjechali moi bracia. Trey podjechał swoim minivanem, którego kupił, gdy urodziła mu się córeczka, z Tommym pochylonym na siedzeniu obok, jak gdyby wstydził się jechać tak beznadziejnie niemodnym pojazdem. Ojciec promieniał, rozdając uściski i przedstawiając wszystkich, a potem weszliśmy do domu na obiad.

Siedziałam cicho w dużej kuchni z pomalowaną na biało podłogą i siedziskami z poduszkami w biało--niebieskie paski i obserwowałam. Rodzice kupili ten dom, gdy miałam dziesięć lat, a mama udekorowała go w klimacie marynistycznym, wszystko w żywych błękitach i bieli, okna w kształcie iluminatorów, lniane narzuty na kanapach i sizalowe dywany na podłodze. Zastanawiałam się, czy India już marzy o zmianach, które wprowadzi, dobudówkach, które postawi, i pokojach, które doda na swój sprzęt do pilatesu i ubrania.

Kiedy skończyliśmy posiłek i ojciec z Indią oddalili się do salonu (India w swoich butach na obcasie, modnych dżinsach i tweedowym żakiecie z lamów-kami od Chanel, które włożyła na obiad składający się z hamburgerów i ciasta lodowego Carvel), moi bracia i ja podziękowaliśmy i wymknęliśmy się przez pomieszczenie dla lokaja na tylny ganek. Tommy wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i podał po jednym mnie i Treyowi. Moi koledzy z klasy zawyliby, widząc mnie palącą. Dla nich byłam Bettiną purytań-ską, Bettiną czystą. Prawda była taka, że paliłam jedynie z moimi braćmi i tylko dlatego, że była to jedna z rzadkich okazji, kiedy dopuszczali mnie do swojego kręgu i traktowali jak człowieka.

- Nie mówię, że ona jest naciągaczką1 - zaśpiewał Tommy. Trey wsunął ręce w kieszenie i zaśmiał się głośno. Zwinęłam papierosa w palcach i ogłosiłam:

- Jeśli którakolwiek część jej ciała jest naturalna, to ja jestem rumuńską królową.*

- Dorothy Parker - zauważył Tommy, przechylając w moim kierunku w geście toastu butelkę piwa, którą porwał z lodówki. - Ładnie.

Tommy pstryknął zapalniczką i osłaniał płomień dłonią, dopóki mój papieros się nie zapalił. Zaciągnęłam się, wypuściłam smugę dymu w kierunku rozgwieżdżonego nocnego nieba i wyraziłam swoją jed-nowyrazową ocenę nowej przyjaciółki naszego ojca:

- Zdzira.

- Daj spokój, Bets - powiedział Tommy. - Może nie jest taka zła.

- O, jest taka zła - zapewniłam go. Znałam ten typ. India - nie żebym choć na sekundę uwierzyła, że było to jej prawdziwe imię - starała się podczas posiłku, pytając Tommy'ego o jego zespół, Dirty Bir-dy, Treya o jego córeczkę, a mnie o mój staż w domu aukcyjnym Christie's przy wycenie europejskich obrazów. Pokazała nam, że wie coś o nas, gdzie mieszkamy, co lubimy i jakie mamy hobby: że Tommy gra na basie i na gitarze, a ja kolekcjonuję zabytkowe pu-derniczki i papierośnice, gdy byłam mała, zbierałam muszelki i kapsle. Była uprzejma i - przynajmniej takie sprawiała wrażenie - zainteresowana. Śmiała się („ha... ha... ha"), kiedy ubrudziła keczupem rękaw bluzki, i zerwała się od stołu, by pozmywać naczynia. Wszystko to powinno mnie uspokoić, a jednak była w niej pewna szorstkość, coś wyrachowanego, zimnego i nieprzyjaznego. Widziałam jej blizny za uszami i pod brodą. Jej skóra na policzkach była zbyt naprę-

Nawiązanie do wiersza Dorothy Parker Comment.

żona, a piersi zbyt duże w stosunku do figury. Włosy miała ufarbowane, nos poprawiony i podejrzewałam, że barwione soczewki były odpowiedzialne za lśniący odcień indygo jej oczu. Kim jesteś naprawdę? - zastanawiałam się, kiedy płukała i wycierała talerze, kontynuując swą wyuczoną, radosną paplaninę. Kim jesteś? I czego chcesz od mojego ojca?

-Założę się, że naprawdę nazywa się Tammy albo jakoś tak - poinformowałam braci. Trey tylko wzruszył ramionami, a Tommy powiedział spokojnym tonem, który doprowadzał mnie o szału:

- Chęć osiągnięcia czegoś to nie zbrodnia.

- Chęć osiągnięcia czegoś jest w porządku - odpowiedziałam. - Zrobienie sobie piersi, farbowanie włosów, poprawienie nosa, zmiana imienia i co tam jeszcze. To wszystko jest w porządku. Nie mam nic przeciwko. Ale powinna zarabiać swoje pieniądze, a nie lecieć na jego.

- Tata jest dużym chłopcem - powiedział Trey, przeglądając swój blackberry prawdopodobnie po to, żeby sprawdzić, czyjego żona nie dzwoniła, nie pisała albo nie przysłała zdjęć uwieczniających najnowsze cudowne dokonania dziewięciomiesięcznej Violet poczynione w czasie trzech minut, które upłynęły od chwili, gdy ostatni raz sprawdził telefon.

- I jest samotny - stwierdził Tommy.

Wypuściłam głośno powietrze. To była najbardziej wkurzająca kwestia. Gdyby nasz ojciec seryjnie porzucał swoje żony, zmieniając je na młodsze, bardziej seksowne modelki, wznieślibyśmy oczy do nieba i zgodzili się, że dostaje to, na co zasługuje, wiążąc się ze wszystkimi Indiami świata. Ale to mama go zostawiła. Po tych wszystkich latach na Manhattanie spędzonych jako niepracująca matka, jako wolontariusz-ka stowarzyszenia rodziców i nauczycieli i kwestarka zbierająca fundusze na badania nad rakiem i ochronę zabytkowych kościołów uległa wpływowi swojego instruktora jogi, niejakiego Michaela Essensena z Brick w stanie New Jersey, który po sześciotygodnio-wym pobycie w Bombaju nazwał się Baba Mahatma i otworzył ośrodek jogi i duchowego odosobnienia pięć przecznic od naszego mieszkania. Baba, jak nazywaliśmy go z braćmi, zaczął przelotnie pojawiać się w rozmowach mamy: „Baba mówi, że Amerykanie powinni zmienić dietę na bardziej roślinną. Baba mówi, że czyszczenie okrężnicy zmieniło jego życie". Kilka miesięcy po rozpoczęciu przez nią zajęć wracaliśmy do domu i zastawaliśmy Babę we własnej osobie siedzącego w kuchni z całym swoim uczesanym w kucyk, wytatuowanym i ubranym w spodnie do jogi splendorem, rozsiewającego swą mądrość nad czajniczkiem zielonej herbaty. „O, cześć, dzieciaki", mówiła mama, mrugając, jak gdyby starała się przypomnieć sobie nasze imiona. Baba, z wyciosanym podbródkiem, sztuczną opalenizną i falującymi lokami zainspirowanymi fryzurą Fabia, obdarzał nas pobłażliwym skinieniem głowy, dolewał im obojgu herbaty (nigdy nie proponując filiżanki mnie ani braciom) i dalej opowiadał o oczyszczaniu, głodówce czy rytuale, który w najbliższym tygodniu będzie promował. W wieku czternastu lat umiałam już przejrzeć jego gadkę, pachnące kadzidełkiem brednie, ale mama wjerzyła w każde jego słowo, przysięgając koleżankom (a w końcu też nieznajomym spotkanym na szkolnym podwórku, w gabinecie dentystycznym czy przy rybnym stoisku Russ & Daughters), że Baba jest magiczny i że jego wsparcie duchowe pozwoliło jej przetrwać huśtawki nastrojów i napady gorąca w czasie menopauzy, gdy terapia hormonalna przepisana przez najlepszych lekarzy na Manhattanie zawiodła.