Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Gawędy o świecie, który już nie istnieje, a jednocześnie jest tak dziwnie znajomy…
Wioska, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje. W powietrzu unosi się absurd, a codzienność przypomina sen – czasem śmieszny, czasem mroczny. Można tu spotkać pobożną sąsiadkę, grabarza z żoną, której nikt nie widział, lokalnego proroka spod sklepu i damę z przeszłością. Opowieści mieszkańców układają się w krętą mozaikę wspomnień i urojeń.
Wśród nich jest Tadek. Tadek Ogłada, pacjent szpitala psychiatrycznego, który słucha ludzi uważniej niż niejeden zdrowy człowiek. Pragnie im pomóc, zrozumieć ich świat, ale przede wszystkim na nowo odnaleźć siebie. Odkryć sens w życiu po życiu, porządek w chaosie i wsiąść do pociągu w stronę normalności.
Tylko… czym właściwie jest normalność? I czy wszyscy powinniśmy do niej dążyć?
„Wsobne gawędy grzywackie i inne opowieści” to książka, która wymyka się schematom. Zapis osobistej wędrówki przez pamięć, samotność i codzienność, gdzie każdy głos jest echem wewnętrznej rozmowy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 475
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Krzysztof Huber
Wsobne gawędy grzywackie i inne opowieści
Anecie Pieprzyckiej
dziękuję
Wszystkie postaci i wydarzenia są fikcyjne,
a wszelka zbieżność z faktami
może być wyłącznie przypadkowa.
Kiedy wróciłeś do miasta, którym – nie wiedzieć dlaczego – pokarał cię miłosierny Bóg, bo zbyt wiele w nim porozkładanych, rozwleczonych klamotów, których – z kolei – trudno ci się wyrzec, wyszedłeś na jego główną, najbardziej dorodną arterię, czy też – bardziej obrazowo – tętnicę, oraz przyglądając się tej przygniatającej miernocie, pomyślałeś; a właściwie wykrzyczałeś w duchu: „Ale chujnia”, po czym postanowiłeś na to nie patrzeć i zatrzasnąłeś sobie nad skronią dekiel własnego terrarium.
Trzeba stąd czym prędzej uciekać – wpadło ci do łba, kiedy usiadłszy, wyparłeś całym sobą wannową ciecz. – Ale dokąd? Wklepałeś następnie w wyszukiwarkę hasło zwieńczone tym pytajnikiem i nic. Instrument zaczął mleć twoje tęsknoty i pragnienia, tworząc wybujałe perspektywy – hybrydy wspomnień jako atrakcyjne lokale do zasiedlenia. Ścierając potem mydliny z ceramiki, wertowałeś sobie w głowie katalogi podróży, a także ich formy i terminy, a wyżymając za każdym razem filcową szmatę, redukowałeś plan o kolejne miejsce.
W ten sposób okopałeś się w tym obszarze, do pozycji stojącej, i postanowiłeś, że się przyczaisz tudzież zaczekasz.
Uniosłeś więc ciężką, żeliwną kopułę swojego królestwa ciemieniem osobistego, imiennego czerepu, wlazłszy na zydel, regulując prześwit i szparę rozmiarem podnoszenia się na palcach stóp. Wkrótce brodę, a także palce dłoni ulokowałeś w profilu krawędzi, w otulinie indywidualnego, własnoręcznego dekla, co to tworzy sklepienie twojej personalnej przestrzeni, uruchamiając zarazem osobliwy, imienny, autobiograficzny kalejdoskop.
Nagły niespodziewany sygnał alarmu powoduje, że ociężała pokrywa miażdży ci palce, a nóżka zsuwa się z tego wyimaginowanego taboretu, ciągnąc za sobą tę drugą i klops.
Leżysz więc z powrotem jak buc i wydaje się, że nic już nie sprawi, abyś mógł dźwignąć się i dojrzeć jeszcze choćby paznokcie stóp, co to za wzniesieniem brzucha, jak to zrogowaciałe, umarłe słońce, zanim w ogóle przestaniesz się orientować i zapomnisz o segmentach swojej anatomii.
– Halo, sąsiedzie… Niech pan zaczeka.
Szurając, zbliżała się do mnie znajoma niewiasta. Ale skąd ona tutaj? – zamigotała mi przed oczyma niepokojąca szarada i momentalnie ponowne, swobodne opadanie. – Ach, tak. No przecież. Nie dość, że nie siedzę na co dzień w porach roku, bo mi się zdaje, że ciągle jest jesień, to jeszcze sąsiadka co jakiś czas instruuje mnie i nagminnie o sprawach dotyczących najbliższej społeczności usiłuje przybliżyć mi, zdawałoby się, neutralną rzeczywistość, która przedrzeźnia mnie w wymiarze obiektywnym. No… niech będzie, że potrafię się w tym jeszcze odnaleźć.
– Kolęda będzie… – mówi mi na schodach, zaczepia znienacka i trzyma. – Ksiądz będzie w tym tygodniu. Co mam powiedzieć ministrantom, jak będą łazić?
Cisza, tylko odgłos moich wytrąconych kroków jako ścieżka dźwiękowa zgubienia.
– Bo trza im coś powiedzieć… No, tak czy siak?! – mówi kobieta i patrzy we mnie wnikliwie, jak zwierzę w kość. To „tak i siak” akcentuje wymachem trzepaczki do dywanu. Wte i wewte powiela zakres i diapazon. Widzę ten rozmach i skalę. Pomiędzy ten rozrzut stara się wepchać charakter mojej religijnej aktywności. I kontynuuje: – Bo chujki pukać potem będą w nieskończoność – zagaduje mnie znowu i zyga do mnie tym bieżącym wytrychem, a ja, wygrzebując się z zamyślenia:
– Niech pani powie… – Szukając czegoś szczególnego na odpowiedź, zebrałem się w kiść, a właściwie tak mi się ledwie zdawało. – Właściwie nic. Niech pani im nic nie mówi – powiedziałem, żeby nic nie mówiła tym smarkaczom, a najlepiej w ogóle żeby się zamknęła, co to nie mogło być takie proste, bo ona wnet…
– O czym pan tak ciągle myśli? – pyta mnie na tym korytarzu i dodaje: – Śmierć własną pan przegapi… Nie daj Bóg… – mówi przyczajona, bo mam wrażenie, że ta kobieta zawsze się do mnie skrada i na mnie, z tą dywanową trzepaczką i kawałkiem chodnika jako rekwizytem i przepustką do swobodnego poruszania się w ciągu komunikacyjnym budynku, jako wstępem do dalszej części kamuflażu. – Wie pan co? Właściwie chciałam zapytać, bo krzyżyk ma pan taki szczególny z podstawką, co mi go pan niegdyś pokazywał, jak sobie ze wsi przywiózł… Taki ładny…
Z nagła przyszedł mi na myśl ten mój krucyfiks, który faktycznie kilka lat wstecz żem zabrał z tej wsi po pijaku i w PKS-ie profesjonalnie nim operowałem, a nie posiadałem odpowiednich uprawnień, a który wcześniej wygrzebałem u Freda w garażu i wyprosiłem, aby czym prędzej mi go sprezentował, i w te pędy zabrałem do miasta, by nie skończyło się jak sprawa zegara z ptakiem, co mi go kiedyś dał, a potem – widząc to u mnie w chałupie – przypomniał sobie, że zapomniał, iż to zrobił.
Szukając tego zegara w pamięci, wróciłem do bieżącego bibelotu.
– Ale ten krzyż… On jest z takim ukośnym dodatkiem. Nie przeszkadza to pani? – zapytałem bez emocji i drygu zdziwienia, bo jesień nie jest porą roku dociekliwą i jesienni ludzie mają zwykle taki nieskończony ładunek beznamiętnej otwartości, a ta kobieta, Maryja Napastliwa, widać wręcz przeciwnie i do mnie, przekładając rulon chodnika spod pachy, do pozycji pionowej, wzdłuż uda i linii sylwetki, jakby to miała być jakaś musztra paradna, bo trzepaczka jednocześnie uległa innej strojnej prezentacji, a to wszystko bez żadnej komendy, i tak się naprężyła przede mną dziewucha i mówi:
– Eeee… nieee… Bo ja mam taki wiszący, a pasowałby mi taki stojący…
Nie czekając na cokolwiek, odpowiedziałem:
– To zrozumiałe… – I uśmiechnąłem się po raz pierwszy tej zimy, którą i tak mam za jesień, a ona wygaszona tą moją freudowską, bezwarunkową, humorystyczną wycieczką na wszelki wypadek dodała, i dla przejrzystości:
– W sensie na stolik, ten jest taki stojący i ładny.
Już dawno pogodziłem się z tym, że i ona również jest ze służb. I ją też, w końcu, należałoby już aresztować. Ale jak to nadać mam w tej chwili? Pozostają mi jedynie głupie tiki i mruganie. Takie tajne znaki, że już wiem, że ona to nie ona, i żeby już ją zdjęli, i żeby przysłali mi kogoś innego. Ale na razie… Przypomniałem sobie, co przed chwilą powiedziała, o tej niezauważonej śmierci… Taaa…
– Czy nie sądzi pani, że jeżeli o mnie chodzi, to już jest po fakcie? – odpowiadam rezolutnie i dodaję, kiedy spostrzegam, że buzia jej się lekko rozwiera, w nagłym zdumieniu lub podyktowana koniecznością czy też swobodną potrzebą ziewnięcia… – No – mówię w nawiązaniu. – Że rozmawia pani już z trupem. Nie czuje pani tego chłodu? – zadaję pytanie i, ni stąd, ni zowąd, przejmuję retoryczne dowodzenie na klatce i ruszając na powrót w swoją stronę, wydostaję się z tego nagłego zatrzymania. Potem, schodząc ponownie w swój rewir, czyli donikąd, mówiłem, już nie patrząc jej w twarz, a wraz ze zmianą pułapu regulowałem fonię. – Z drugiej strony nikt tak żywo nie mówi o umieraniu jak pani… – Widząc, jak wścibska baba nagle poczęła się zmniejszać, pomyślałem, że pierwsza rubież zdobyta, a kobita wreszcie zbita… z tropu. I zrazu wydałem sobie komendę: Wolno palić – pomyślałem. – Wolno palić, wolno palić… Nie… że w ogóle, tylko nie spieszyć się i przypiekać rzetelnie – tliło mi się w głowie, że należy oszczędnie gospodarować temperaturą. Żeby maszerować nikczemnie wolno i tak też intelektualnie…
– Taaa… Yyyy… – tyle wydukała, bo to był kolejny mój nokaut.
Schodząc dalej po schodach, krzyknąłem jeszcze tej pozostawianej w osamotnieniu niebodze:
– Gdzieś mi się kropidło zapodziało. No jak to tak?! Żeby w chałupie nie było nic do pokropienia łba? I talerzyk… nie wiem, gdzie leży… No jak ja mam się w tym odnaleźć?
A ona, pozostawiona jedynie w dynamicznych prześwitach mojego schodzenia:
– Czyli powiem, że pan znowu wyjechał, hę? – usłyszałem z góry z wyraźnym pogłosem i zatrzymałem się w obrębie parteru.
– Czy myśli pani, że oni tam na plebanii, w kancelarii ruchają… Przepraszam, chciałem powiedzieć: rachują te moje absencje? – I ponownie nie czekając na odpowiedź, pomyślałem, że znowuż mi się to przytrafiło, to niby przypadkowe przejęzyczenie. Za dużo znów myślę o spółkowaniu. Że też ciągle mam taką dobrą pamięć…
– Niech pani nie kłamie. – Trzymając się lustra, powierzchni, a także ostatniej poręczy. – Niech pani im powie, że ja to pierdolę. A co? Grzechu nie będzie głupiego, tego do obejścia. A przecież są i inne… delikty. I po krzyżyk niech się pani zgłosi! – krzyknąłem jeszcze w kierunku kobiety, do której jeszcze nie tak dawno i również po pijanemu dobijałem się pewnego wieczoru, w sprawie niezwłocznego podjęcia współżycia.
Pamiętam, jak w tej malignie skrzydło drzwiowe rozwarł mały człowiek – dziecko.
– Jest mamusia? – pytam gówniarza.
– Jest, ale w łazience, ubiera się – mówi mi mikroistota.
Kurwa – myślę sobie – wszystko idzie na odwrót. Nie o to mi przecież szło. Raczej lepiej, żeby była goła. Znów spóźniłem się i nie jestem w punkt, ale ona niech nie postępuje tak nierozsądnie… Trzeba, czym prędzej, to przerwać, to błąd wieczoru…
Przeraziłem się, że jak natychmiast nie przestanie, to nic się nie wydarzy i nie zadziała. Ta moja procedura i mikstura…
Musiałem coś zrobić, ale na szczęście rychło i wnet obudziłem się w końcu związany szczegółowo i na państwowym garnuszku.
Może ta kobita teraz ma do mnie żal, że tak nagle i bez uprzedzenia przestałem pić? I w tych autorskich fabułach zbudowania napięcia obecnie z tą kolędą się tak do mnie przypierdala?
Po wyjściu na zewnątrz na powrót zaczynałem w ogóle zastanawiać się, po co wyszedłem, i w takiej trwodze wpadłem z kolei na sąsiada, którego to również, i w ogóle, już dawno należałoby aresztować.
Tego przebranego za siebie człowieka to już bez zbędnego pierdolenia i paragrafu, ale na wszelki wypadek. Bo on pewnikiem wespół, w tej swojej zwyczajności i zwykłości, oto obnaża swój służbowy alert. Zresztą większość to przyczajeni agenci. Powiedział do mnie:
– Wszystkiego dobrego w nowym roku.
A ja mu na to szyfrem:
– I wzajemnie…
Nie widzę powodu obejmowania i konstruowania intrygi. Życie to mnóstwo równie pięknych, niepotrzebnych informacji. I niepraktycznych…
W obecnej sytuacji ciągle zapominam, aby przede wszystkim pamiętać o sobie, a nie całemu światu wpierw laskę robić.
Najdziwniejsza w tym wszystkim sprawa, że ten nadrealny i ułudny anturaż – jaki by on nie był – właściwie się o to nie upomina ani się nie nadstawia, a ja już (!!!) – czy to pierwszy kur zapieje, czy też wzejdzie pierwsza gwiazda – jakby pod klucz i na ostatni zapięty guzik, ląduję w takim modelowym, modlitewnym telemarku.
– No wstańże wreszcie z tych kolan i nie rób z siebie dziada, bo wygląda to, nomen omen, chujowo – mówi mi pierwszy lepszy przechodzień, kiedy, zanim obejmę rozpiętość uniwersum, obciągam i ciągnę lokalnie i panoszę się już w podszycie parku swojej dzielnicy.
Myślę sobie, że do południa dobrze by było uzyskać rozmach o zasięgu kontynentu, aby przed snem zdążyć jeszcze wyrobić się z zębami. I to nie w drzwiach, ale żeby je umyć.
A potem jeszcze zakręcić sobie tą stojącą na małym blaciku, u wezgłowia łóżka, radosną, podświetloną kulą okazałego globusa, czyli tym personalnym, codziennym planem, a zarazem bryłą mojego osobistego upokorzenia.
Ale to jeszcze nic!
Nie dość, że robię to, co robię, i to całej ziemi, a także ludzkości, to im, bynajmniej, z tego oto uroczystego powodu, wcale nie jest dobrze i miło.
Z taką oto refleksją cofam się w niwecz i wstecz.
Mój sąsiad ze wsi – Fred – pyta mnie nierzadko, a ostatnio to już przebił wszelkie rozdanie, kiedy – jak u „nobliwego” poety – podwiązując pomidory, w końcu z siebie wydusił:
– Dlaczego ty tak wszystkich zapraszasz? No powiedz mi, co jest takiego w tych ludziach, że oni muszą tu być?
Takie właśnie zadaje mi pytanie, po czym odkłada to, co pod ręką, i przechodzi płynnie do naśladowania, czy też przedrzeźniania, mojej jakże skromnej osoby, czyli – ni mniej, ni więcej – przyjmuje pozycję zasadniczą, a następnie lewą rękę – jakoś tak – chowa za grzbiet, prawą nóżkę, kreśląc półokrąg, cofa w tył, a dłoń ta prawa, wiodąca, sztywna w geście do przywitania; ukłon, a także – tutaj wedle stanu przytomności – soczysty całus w śródręcze niewieście, jak i w każdą inną rosochatą, obrzydliwą grabę. I w rezultacie, na koniec, zaczyna mówić niby mną, „Dzień dobry, Krzysztof”, moduluje głos, podkreśla i uwydatnia akcenty tudzież co rusz wydobywa się z tej roli, spozierając ukradkiem, czy przypadkiem nie za bardzo już jestem wkurwiony, ale widząc, że skoro ja mam to w dupie, to on jeszcze bardziej idzie w rolę i kreację: „Jakże mi przyjemnie i miło”, mówi komediant i nie przestaje. „Już przyjechałem. Zapraszam” – tutaj inscenizacja Fredka przeinacza się w takie nabożne zawodzenie: „Zaaapraaaa… szaaam. Aaaameeeen” – i tak kilkukrotnie powtarza tę formułkę, przechodząc od jednej wyimaginowanej postaci do drugiej, jakby to była uroczysta, wojskowa odprawa, po czym w mig pojawia mi się z powrotem przed oczyma, już we własnym ego uniformie.
– Przecież mówią już na ciebie „Krzysztof Zapraszam”! – Fred wejrzał mi w gały, a ja stałem jak ta pizda i chcąc zdjąć z siebie ten ciężar, powiedziałem:
– No, kto tak mówi? – Wypaliłem wcześniej, niż pomyślałem, że zmarnowałem kolejne pytanie, bo taki los spotyka właśnie te, na które nikt nie oczekuje odpowiedzi, a ta ewentualna nie leży w obszarze zainteresowania kogokolwiek, i zastanawiałem się jednocześnie, ile mam jeszcze takich intelektualnych wtrąceń do wykorzystania i kiedy nastąpi ich kres. Bo pewnie w całym życiu stanowią one stałą określoną wartość, więc bardziej rzeczowo i korzystnie ustawiłem się do porywistego wiatru.
– Właściwie to ja ich nie zapraszam – zacząłem po chwili namysłu, a potem już bez cedzenia przez zęby: – Ja formułuję automatyczną, ustną wizytówkę wynikającą z chronicznej tęsknoty, z trwogi niezaspokojonego nienasycenia i rozpaczy – powiedziałem w najbardziej aktualnej satysfakcji ze swojego niebanalnego komunikatu, w nadziei na zyskanie kilku chwil na spontaniczne, merytoryczne przegrupowanie.
Staliśmy więc na tej pomidorowej plantacji Freda, która liczyła łącznie sześć, góra osiem lichych krzaków – zresztą nie sposób jednoznacznie powiedzieć, bo wśród nich były i takie, które trudno było uznać za godne policzenia – i wiązaliśmy je sznurkami do wiszącego nad nimi stalowego drutu. Patrzyłem na sąsiada w tym nagłym, nieplanowanym antrakcie, o skumulowanym ładunku nieoczekiwanej, zagadkowej ciszy. Spode łba uważnie obserwowałem gospodarza, który w tej swojej pokracznej namiastce ogrodu, w trakcie codziennej krzątaniny, leniwie podlewanej berbeluchą, wił się wyraźnie przygaszony moim werbalnym, enigmatycznym rozchwianiem. Łapiąc przeto za kolejny sznurek, doskonaliłem swoje supełki do rychłego przeczytania, bo unaocznił mi się w dłoniach jakiś dziwny, nadobny alfabet. Po chwili zatrzymałem się, kiwnąłem na sąsiada zaszyfrowanym tikiem grymasu i wyczekiwałem, aż ten wreszcie to sobie odpowiednio przeliteruje i odda się takiej oto lekturze z węzłów własnego powrósła. No, a potem to wypowie…
Nooo!!! Powiedz to w końcu, do jasnej cholery – mówiłem w myślach, a także postanowiłem nieco na niego wpłynąć poprzez telepatię, czyli po prostu podpowiadać, posługiwać się takimi niedokonanymi gestami, więc rozpocząłem transmisję i nadawanie. Mówię mu:
– „Innego końca świata nie będzie…” – No, jak w tej Piosence, a ten nic, tylko drut prostuje… Ale jakby nagle przed czymś się odgonił – może to owad jakiś, giez, a może nie – więc ja jeszcze raz: – „Innego…”.
I on wówczas w swej podręcznej prostocie i na ostateczny, huczny finał, użynając kolejny kawałek sznurka, a także podkreślając to inwazyjne wydarzenie – ni z gruchy, ni z pietruchy – i nie po mojej myśli:
– Ale po chuj zapraszasz?! Nie znasz ludzi, a ty taki gościnny zawadiaka. Oni i tak nie przyjdą, a tylko się z ciebie śmieją. Patrz na to, co i z kogo masz!
Fred bowiem uważał, że człowiek stanowi potencjał użytkowy i jest tyle wart, na ile skory do zajechania i pomocy. Zrazu przypomniał mi się LutekLekkaPrzesada, który zapytał mnie kiedyś, czy nie mógłby wyciąć kilku drzew z mojej parceli, że zima idzie, a on nie ma co wrzucić do pieca i porządek przy okazji zrobi odświętny. Zgodziłem się – jasna rzecz – ja, człowiek, który to swoją wymową oralnie w końcu zaspokaja całą ludzkość oraz świat.
– Jak to?!!! – wrzasnął Fred srogo, kiedy dowiedział się o tejże transakcji i do mnie wprost: – Drzewo mu dałeś?! A co z niego masz?! Opiekuje się tobą, jak trzeba? Da ci się czasem napić, czy nakarmił cię chociaż raz? A może to mnie by się przydało coś do palenia?! – wykrzykiwał do mnie rozżalony, a ja nie rozumiałem sytuacji.
– No przecież nic nie mówiłeś – odpowiedziałem mu zupełnie zbity z pantałyku, bo nie znałem wtenczas osobliwych praw i zasad ponurej okolicy.
– Nie mówiłem, bo nie wiedziałem, że drzewa masz na zbyciu. Nie wspominałeś o tym nic – nie schodził z emocjami Fred, a ja wymachiwałem i wierzgałem tą swoją przyjezdną logiką.
– Nie wspominałem, bo w ogóle nie wiedziałem, że tam jest jakiś konkretny drzewostan, że same chaszcze i krzaki myślałem. A ty jakbyś tylko się zainteresował, to przecież bym ci dał. Nie skojarzyłem, bo cały ten twój majdan pęka już w szwach od tego barachła, które to, jak pamiętam, wrzucasz do pieca – uniosłem się nieco na koniec, a on do mnie z przygniatają szczerością:
– Ale to nie o to idzie… Tak naprawdę niczego mi nie brakuje i z pewnością nie zmarznę, a także tego jest pewnie i na pięć długich lat i zim mroźnych. Nie w tym rzecz – powiedział jeszcze, aby, jak mniemam, mi trochę sprawę rozjaśnić, ale nie dałem po sobie poznać, że zdurniałem już doszczętnie i jedyne, co mogłem, to zadać precyzyjne, mądre, zasadnicze, wyważone pytanie:
– Więc co? Taaa… – zamyśliłem się.
Takie długie to były przygotowania do zadania pytania, że wyszło jak zawsze, a sąsiad – po raz któryś już z kolei – tak wyjątkowo wnikliwie wejrzał mi w gały, mówiąc:
– A i przeto są pewne zasady i prawo nienapisane. Pamiętaj, że aby tutaj żyć z ludźmi w zgodzie, to zważ na fakt, że jak się z kimś dzielisz i coś komuś dajesz, to nie jest to wyłącznie twoja swobodna inicjatywa. To surowy klimat i nikt tutaj żadnej, jakiejkolwiek zażyłości nie traktuje tak dowolnie i bezinteresownie – wygasił chyba swój przekaz taką oto zasadniczą klamrą mój niedoszły kontrahent, a przeze mnie przeszedł dreszcz, bo zastanawiałem się, jakiż to on jeszcze interes sobie we mnie upatruje, a poza tym zrazu nałożyłem sobie sztywny, a także gruby szablon na wszelkie moje dotychczasowe tutejsze relacje.
Wówczas to po raz pierwszy zakołatała mi we łbie ta jakże odkrywcza, rewolucyjna myśl, że nie można zrobić wszystkim dobrze tak od razu.
Że to jest proces oraz metodologia i zawiła dyplomacja i że w pierwszej kolejności to unikanie wojen dotyczy każdej ze stron, a ta moja pornograficzna i obsceniczna chęć bycia pożytecznym może stać się zarzewiem obopólnej szkody.
Z roku na rok starałem się być mądrzejszy i rozczytywać nie tylko zasupłane, sznurkowe stelaże roślin.
Fred, notabene, był na tyle wyrozumiały, że czerpał z ludzi jedynie stosownie do ich bieżącego potencjału.
Kiedy co jakiś czas złaził do niego IdącyKoziołkami, z najwyżej położonego obejścia w okolicy, który za pierwszy pożywny poranny kieliszek sprzedałby – gdyby się tylko dało – każdy swój organ, który to oczywiście nie brałby bezpośrednio udziału w tym natychmiastowym, organicznym przerobie zawartości tego maleńkiego, szklanego naczynia, przynajmniej przez parę chwil od realizacji, bo potem to właściwie chuj… to on w całej swej okazałości i dobroci miarkował swoje potrzeby do stopnia żywotności kolegi. Czasem zupełnie machał ręką i czynił z codziennego przybysza jedynie stojak do rozmowy.
Pewnego razu jednak, zupełnie poirytowany kondycją prostytuującego się w ten niewyszukany sposób parobka, który z racji swojego życiowego emploi niekiedy już nie wyróżniał się niczym nawet od podłoża i – gdyby tak w końcu padł – również można by było spokojnie po nim chodzić, postanowił zerwać z nim kontrakt. I długo była cisza i spokój.
Potem, kiedy po jakimś czasie poszedłem do Freda – a ranga tychże wizyt była już na tyle powszednia, że jego rewir stał się praktycznie przedłużeniem mojego i na odwrót – widzę znowuż znajomą postać, ale coś jakby nie tak. Ktoś się tak znajomo porusza po ogródku, wśród grządek się tarmosi. No chyba to ten, co sposób jego przemieszczania był podstawą jego pierwszej, zwyczajowej, imiennej identyfikacji, bo te charakterystyczne ruchy, jakby unurzany był w jakimś niewidzialnym lepiku. Ale czy aż tak? Byłby idealnym cielesnym areałem zawładniętym prawidłami wynaturzonej pląsawicy?
Coś było jednak inaczej. Podchodzę do Freda i pytam:
– Dlaczego on ma na głowie kask? – Bo kolega z najwyżej położonej zagrody na Podgórach miał na łbie taką starą łupinę przywiązaną stosownym skórzanym wykończeniem pod brodą, a zupełnie nie skojarzyłem, że Fredek w zamierzchłej przeszłości był również behapowcem w Naftobudowie, gdzie jak tylko o tym wspominał, to wypowiadał trzy słowa, a właściwie jedno potrójne: „Kradłem, kradłem, kradłem” – i w rezultacie całe jego królestwo było namacalnym, wybujałym wspomnieniem kariery w państwowym przedsiębiorstwie.
I odnośnie do tego, o co go zapytałem, on do mnie, w takiej rzewnej tęsknocie i w żywym, służbowym nawyku:
– Nie przestrzegał BHP, no co? W końcu mi tu zejdzie, a potem to dopiero kłopot. Co miałbym go przez płot przerzucić? Lata swoje mam i jeszcze jakaś wścibska menda by mnie z nagła naszła?
Potem powiedział mi, że szukał już taczek, bo w perspektywie przeraziło go to widmo szykującego się na niego aparatu i biurokracji; a mianowicie zdarzyło się tak: Kiedy IdącyKoziołkami przechylał kieliszek, to już w konsekwencji nie zdołał opanować tej figury i ona sobie tak postępowała i pogłębiała się, i brała coraz większy rozmach, że… że aż w końcu zatrzymał się w tym pokazie i zdawało się, iż to już koniec przedstawienia, że trzeba wracać do pozycji wyjściowej, lecz w tej fizycznej potyczce sił najwyraźniej ciężar opadającego liścia spowodował, że nasz akrobata w końcu… wykurwił potylicą o wylewkę, o ten beton, co cement na niego też był oczywiście kradziony. Z Naftobudowy.
– No, myślałem, że już po chłopie. Nie mogłem go dobudzić – powiedział do mnie Fred i dodał, doprawiając to ostatnie zdanie swoim złamanym uśmiechem: – Teraz rozumiesz, że się bardzo, ale to bardzo o niego boję.
***
Gdziekolwiek zgoła zdoła jeszcze smyrgnąć lub potargać nami los lub traf ociemniały i dokądkolwiek jeszcze może ten powłóczysty tan zaprowadzić, należy również zabierać koniecznie, prócz poręczności użyteczności bieżących i tych od wszelkiego wypadku oraz siatki na motyle, a także z daszkiem czapki, ten kieszonkowy format pierwszej prezentacji jako emblemat i wizytowy bilet osobistej tożsamości, bez względu na fakt, jaka to ona może być niepraktyczna i trudna do spakowania.
Andrzejko
Kiedyś na wsi, będąc u jednego z sąsiadów, jedliśmy obiad w ogrodzie, bo to jeszcze lato było wybujałe, i w chałupie niekiedy nie sposób należycie usiedzieć.
Siorbaliśmy więc wpierw rosół, wytrącając melodię przyrody, przebijając to foniczne brzmienie much, gzów i niewytłumaczalne gaworzenie oraz rozmowy ptaków, a także szum płynącej nieopodal Wisłoki jako scaloną w jedną wiodącą myśl gawędę żywiołu, który powszedniością swojej nieuchronności daje się bezwstydnie słyszeć, ale posłuchać już tego niesporo.
Pałaszowaliśmy zatem tę zupę – jeżeli w ogóle tak nazwać można wywar z najprawdopodobniej przeznaczonego do tego celu mięsa – i obracaliśmy osobistymi sztućcami, na rozmach naszej poszczególnej, autonomicznej, aktualnej kondycji; dlatego do całej symfonii otoczenia i muzyki sielskiej codzienności doszedł jeszcze, również arytmiczny, nierównomierny, dźwięczny stukot nieusłuchanych, nieujarzmionych łyżek o utrącone brzegi talerzy.
Ja i Andrzejko jedliśmy więc ten rzeczony rosół – jako na to upragnione lekarstwo, w tęsknocie za tak z nagła utraconym zdrowiem, co ten fakt miał znamiona notorycznie powtarzającej się sekwencji – w przydomowym ogródku czy też sadzie i walczyliśmy z materią przedsięwzięcia i problemu, a poprzez źdźbła roślin, gałęzie krzewów i owocowego drzewostanu przedzierały się promienie nieprzyjaznego, intensywnego słońca.
– Aha, tak zupełnie à propos… Z piciem to ja nie mam żadnego problemu… – powiedział Andrzejko, jakby słysząc moje myśli, że aż poczułem się nieswojo i prawie trafiłbym, na powrót tą łyżką, miast do swojego dzioba, to wylewając, a jakże, zawartość, wyhaczyłbym już sobie oko, a Andrzejko mówił, jakby uległ przeświadczeniu, że faktycznie ma coś ważnego do powiedzenia. – I jedyne co, to najeść się większy ambaras – rzekł kolega, przyglądając się jednocześnie roztrzaskanym kroplom pożywnego wywaru, zogniskowanych wokół jego talerza, po czym, jak gdyby nic, rozległy się kolejne, wspomniane już hałasy tego, odbywającego się w takiej łaskawej scenerii ogrodu, treściwego posiłku.
Andrzejko był mężczyzną około czterdziestoletnim, o wiecznie uśmiechniętej, słonecznej, promiennej twarzy, i to bynajmniej nie z tego tytułu, że miał on nieprzerwany powód do entuzjazmu, radości i takiego wyuzdanego wniebowzięcia.
Jego po prostu nieustannie przyoblekał wielce odświętny, głupi, mimiczny wyraz, tak jakby ciągle był o wszystkim uroczo niepoinformowany, i dlatego też absolutnie idiotycznie musiał niekiedy wyglądać w pracy, czyli w trakcie pochówkowego obrządku, i prezentował się zapewne dość dziwnie – jak mi się zawsze zdawało – na uroczystych, nagłych lub też wyczekanych pogrzebach, oraz w pierwszej – nomen omen – fazie czy również godzinie każdej stypy, ponieważ później, za pomocą monopolowej, a także innej wódeczności wszyscy do niego dołączali w tej jego zjawiskowej, powierzchownej identyfikacji.
I trudno wtenczas już było, z tej ciżby utrafionych kaprysem niewybrednego losu żałobników, wyłowić gębę charakterystycznego, osobliwego, tutejszego, wioskowego grabarza.
Także sposobność, czy też skłonność do nadmiernie powtarzających się niedyspozycji, to była – wypisz wymaluj – ciągła seria faktów, pojedynczo i na bieżąco dokonywanych, czemu też, w wyniku ich dolegliwych konsekwencji, Andrzejko przysposabiał sobie całą teorię na temat genezy swojej nadmiernej konsumpcji jako antidotum na uciążliwe skutki wykonywania trudnej profesji, co było jednocześnie furtką do celebrowania, uznawania oraz dowartościowywania się wagą swojej funkcji.
Także – ni mniej, ni więcej – to cały Andrzejko. Właściwe imię – Andrzej, nazwisko – Kos, i razem – celem lepszego rozpoznania, jakby na tym odludziu miałoby to jakiekolwiek sensowne uzasadnienie – to brzmiało tak, a nie inaczej, ale to końcowe „s”, gdzieś się zapodziało, na dowód że język ludzi jest żywy i wyrasta ponad prawidła wymowy i urzędu, a także administracji.
– Że też tak trudno nie porozlewać czy uszczknąć choćby drobiny… – mówił zatem gospodarz, zajęty wzorem czy też rebusem z tych tłustych kropel, łatwo wsiąkających w materię surowego blatu jego ogrodowej konstrukcji.
– Ale ja nie rozumiem… Jak to można być… – Zaciął się na chwilę, a następnie próbował nawiązać: – No tym… Noo… Jeszcze we łbie się mi telepie… Ale trudno to pojąć. Jak można się do tego doprowadzić i być… Tym, no – aż wreszcie – pijakiem i menelem przebrzydłym – wydusił z siebie z satysfakcją i kontynuował: – Ja piję codziennie, ale żadną tam zapijaczoną mendą nie jestem!
Taaa… – pomyślałem i nie przyszło mi na myśl nic głupszego, więc tym, czym dysponowałem, podzieliłem się z kompanem natychmiast:
– Czyli ty po prostu tak najzwyczajniej w świecie jedynie masz takie ordynarne dreszcze i ten uśmiechnięty, ohydny ryj czerwony? – oznajmiłem, a właściwie zapytałem z wydumaną powagą, zatrzymując się niejako i patrząc w swoje odbicie w owalnym, pustym zasobie łyżki.
I on wtenczas wychwycił chyba jakąś pułapkę w przedmiocie mojego szybkiego pytania, a ja postanowiłem długo nie czekać z nokautem i wyprowadziłem kolejny retoryczny cios:
– A kiedy, twoim zdaniem, się angina zaczyna i jej dysfunkcje wszelakie biorą rozmach przykrej dolegliwości? No chyba nie z dobrocią ich skojarzenia wraz ze smutkiem ich namacalnej konsekwencji? – powiedziałem to, co powiedziałem, i zrazu sobie pomyślałem: „Czy nie za bardzo w mentory idę i mądrości, do czego uprawnienia nie mam i legitymacji? Czy nie wywyższam się zbyt natarczywie i na jakim gruncie to stawiam? Wyhamuj, mendo pierdolona, i odpuść to, co już dawno odpuszczone, i trupów zanadto przeleżanych nie wskrzeszaj” – tak właśnie sobie na koniec do siebie powiedziałem i wiosłując dalej w tym swoim rosole, spostrzegłem, jak z każdą jego falą trzęsę się odzwierciedlony w tej żółto-przeźroczystej, wzburzonej tafli zainicjowanego sztormu, jakby patrzyły na mnie te słynne jego gały, a Andrzejko, chwilowo pominięty i utrącony z afisza, nie dał długo na siebie czekać, bo doskonale w końcu wiedział, czym się różni zad od dupy:
– No nie bądź taki kierownik kapelusza i w nie swoim rondlu nie mieszaj.
Bartoszek
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Wsobne gawędy grzywackie i inne opowieści
ISBN: 978-83-8423-408-2
© Krzysztof Huber i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Jędrzej Szulga
KOREKTA: Anna Miotke
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
