Wrona z Madenfal - Przemysław Osowski - ebook

Wrona z Madenfal ebook

Przemysław Osowski

2,4

Opis

Nikt nie opuścił Gjaladenu od pokoleń. Mgławice pochłaniają wszystko. Kształtują. Zaburzają pory roku, sieją szaleństwo wśród zwierząt, rodzą potwory z ludzkich lęków. Hjalkan dorastał w tym świecie, uwięzionym, wypaczonym, obojętnym na modlitwy. Poznaj jego spojrzenie, pełne nieugiętej ciekawości, nieufności i gniewu wobec wszystkiego, co ukrywa się w purpurowej mgle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 466

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,4 (5 ocen)
0
1
1
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
olawolniewicz

Dobrze spędzony czas

Co jest cięższe od ciszy, gęstsze od mgły i bardziej niebezpieczne niż ostrze? ⚔️ To Gjaladen. A kto odważy się w nim szukać prawdy – ten odkryje, że nie każda wrona zwiastuje śmierć… czasem niesie tajemnicę 🐦‍⬛🤫 Hjalkan, wojownik zadający zbyt wiele pytań, żyje tam, gdzie odpowiedzi nigdy nie są oczywiste. Czytelnik staje się jego towarzyszem – nie biernym, lecz takim, który musi sam odgadywać sens ukryty między wierszami. Wrona z Madenfal to tajemnicza książka, którą nie tylko się czyta, ale rozwiązuje – jak łamigłówkę. Autor, tworząc swoją powieść, nie prowadzi za rękę. Zamiast tego zostawia zagadki, rozciąga mgłę i zmusza, by zajrzeć w miejsca, gdzie inni wolą odwracać wzrok. 👀 Czytając tę książkę, niejednokrotnie byłam zmuszona wrócić do poprzednich stron, żeby dobrze wszystko zrozumieć, bo ta historia nie daje odpowiedzi – ona stawia pytania. To zdecydowanie nie jest łatwa książka, którą pochłoniesz w jeden wieczór — i dobrze! Bo zasługuje na to, aby odkrywać ją powoli. T...
10
moniklegimi

Nie polecam

Niestety, ale za dużo tu wątków, za dużo bohaterów i za dużo akcji, która się kompletnie ze sobą nie spina. Chaos. Nie dałam rady przeczytać do końca.
00
Moni_Dana

Z braku laku…

Książka ma ogromny potencjał, ale troszkę zmarnowany poprzez ogrom wątków i niekiedy brak spójności poszczególnych rozdziałów. Styl świetny, dobrze wróży na przyszłość, biorąc pod uwagę, że jest to debiut.
00

Popularność




Wrona z madenfal

Więzień Gjaladenu

Copyright © Przemysław Osowski, 2025

instagram.com/wronazmadenfal

Autor: Więzień Gjaladenu

Opracowanie redakcyjne i korekta: Daria Raczkowiak

Opracowanie graficzne: Mikołaj Staszek

Skład i łamanie tekstu: Agnieszka Makowska

ISBN: 978-83-976423-0-0

MIASTO DRUKU 2026

Prawa autorskie zastrzeżone. Reprodukcja, kopiowanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystanie w publicznych wystąpieniach wymaga zezwolenia właściciela prawautorskich.

Dla Michałka i Damianka – gwiazd, zgasłych zbyt wcześnie, a jednak wciąż obecnych w moichmyślach.

Barrowden,736 344 000 uderzeń serca temu

Osada na skalistym przylądku, najdalej wysuniętym punkcie północno-zachodniego wybrzeża kontynentu, nosiła nazwę Barrowden – choć nieliczni, którzy tam docierali, mówili o niej po prostu koniec drogi. To tam kończyły się trakty, a zaczynały jedynie mgły, głazy i bezimiennewody.

Miasteczko cuchnęło rozpadem i nędzą. Domy zbijano z czegokolwiek, co leżało w zasięgu ręki: desek wyciągniętych z rozbitych statków, łupków zerwanych z klifów i lichych modlitw, by wichura nie zdmuchnęładachów.

Po rynsztokach snuły się szczury większe niż koty, z naroślami na grzbietach żyjącymi własnym, śluzowatym rytmem. Młodzi mieszkańcy Barrowden ochrzciły je mianem grimlory. Od najmłodszych lat uczono dzieci, by nie schylać się po nic, co błyszczy w ściekach. Nikt nie wiedział, jak to możliwe, że ludzie wciąż tu żyją. Może po prostu lepiej znać potwory czające się tuż za drzwiami, niż ufać tym ukrytym w światłach odległychpałaców?

Mimo wszystko to miejsce pozostawało bezpieczniejsze niż wiele pozłacanych sal w stolicy. Bo choć cuchnęło rybami, odchodami zwierząt i zwietrzałym piwem, baron Eyvig, pan tych ziem, trzymał osadę w ryzach. Może nie okazywał zbyt wiele sprawiedliwości, lecz przynajmniej nie znał odpuszczenia. To wystarczało, by noże zostawały w pochwach. Myśli o kradzieży gasły, zanim zdążyły się rozprzestrzenić. Mówiono, że u Eyviga najpierw traci się język, potem palce, a dopiero na końcu zyskuje prawo doobrony.

Hjalkan siedział na belce, rozciągniętej nad stajnią przylegającą bezpośrednio do ściany karczmy. Jego ubranie stanowił między innymi płaszcz z grubego lnu z domieszką brezentu. Pod spodem nosił prostą koszulinę oraz grube spodnie spięte zwykłym sznurem w pasie. Miał zaledwie szesnaście zim, był bardzo wychudzony, z czujnymi oczami i wyostrzonym słuchem, przez co nic istotnego nie mogło ujść jegouwadze.

Skryty w cieniu gontowego dachu znał każdy sęk i każdą szczelinę, gdzie drewno rozszczepiało się i otwierało ku światu niczym ucho. Od lat wyłapywał stąd rozmowy – nie tylko tajne narady, lecz także bełkot pijanych żeglarzy, jęki grzesznych spotkań i płacz oszukanych. Tutejsze deski słyszały więcej niż niejedna ściana w zamku. A Hjalkan nauczył się słuchać tak, jak inni uczą się modlitwy: z pokorą i cierpliwością.

Rozwijał się zadziwiająco szybko – czas obchodził się z nim inaczej niż z resztą ludzi. Od najmłodszych lat żył w przekonaniu, że świat wokół niego jest jedynie fragmentem większej całości, a jej granice skrywają się za horyzontem. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego różnił się od innych. Być może te gęste, amarantowe pasma otaczające Gjaladen od pięciuset dwudziestu jeden lat pozostawiły w nim swójślad.

Zjawisko to mutowało wszystko, czego tylko dotknęło. Przez jego obręb nie zdołał przedostać się nikt, poza jedną istotą – Wroną, której trop prowadził do Madenfal, Miasta Kłamstw. Hjalkan wyróżniał się spośród innych jeszcze jedną cechą: potrafił porozumiewać się ze zwierzętami, zwłaszcza z ptakami. Najczęściej towarzyszyły mu sowy, pojawiające się nagle, przyciągane niewidzialną nicią. Niektórzy uważali to za dar o znaczeniu pozostającym tajemnicą, podczas gdy większość traktowała to wyłącznie jakoprzekleństwo.

W gospodzie „Pod Bawolim Łbem” panował gwar, choć tylko na parterze. Na piętrze, w bocznej izbie wychodzącej na salę główną, baron Eyvig rozmawiał półgłosem z dwoma strażnikami. Hjalkan znał ich z widzenia – Sambora i Żegotę, ludzi z gór. Nawet lód znad przełęczy nie robił na nich już wrażenia. Pierwszy zwykł podnosić brew w geście sceptycyzmu, jego towarzysz zaś marszczył czoło, gdy słyszał coś niepokojącego. Obaj jednak nie potrzebowali wiele, by rozpoznaćzagrożenie.

– Mówię ci, Eyvig, to nie wilki – mruknął Sambor. – Coś rozrywa ich jak worki ze zbożem. Nie zostawia nic... tylko kości i krzyk w oczach tych, co widzieli. A nawet jak widzieli, nie potrafią znaleźć słów, by toopisać.

– Ile ciał tym razem? – zapytał baron twardym, dociekliwym tonem. W dłoni trzymał cynowy kubek, ale niepił.

– Trzy w tym tygodniu. Czwartego coś... porwało na oczach syna. Chłopak mówił, że miało skrzydła jak płachtowce, tylko srebrzyste i… szpony – dodał Żegota. – Potworzysko musiało byćogromne.

Hjalkan przygryzł wargę. Coś skrzydlatego? – zaczął snuć domysły. Może legendy opowiadane przy ogniskach nie są tylko bajaniami. Zaś płachtowce... Mówiono, że upodobały sobie mrok górskich szczelin. Błony rozciągały się między wydłużonymi kończynami, a krawędzie przypominały rozdarte chorągwie. W locie wydawały szeleszczący dźwięk, podobny do ocierających się włókiensizalu.

Chłopak słyszał, że skóra bestii miała barwę popiołu, niemal niewidoczną w półmroku. Z jej grzbietu sterczały paskudne wyrostki. Każda zmiana światła mogła ujawnić kolejne, jeszcze bardziej przerażające szczegóły stworzenia. Głowa – wydłużona, pozbawiona oczu. Monstrum nie widzi, lecz wyczuwa ciepło, ruch i zapach. Gdy pyszczydło się rozchyla, ukazuje rząd cienkich, igiełkowatychzębów.

– I nikt nie śmiał ukatrupić skurwysyna? – rzucił Eyvig z wyraźnym rozczarowaniem, czy to na potwora, czy naludzi.

– To nie coś, z czym można mierzyć się ot tak. Nie bez przygotowania. Nie bez... – Sambor zawahał się. – …nie bez wyszkolonych tropicieli i BurzowychSzponów.

A takich policzyć można było na palcach jednej ręki. Tworzyli najznakomitszą gwardię Gjaladenu – kontynentu stanowiącego zarazem dom, jak i więzienie. Nie wyróżniała ich jedynie biegłość w walce. Każdy z nich przechodził próbę, zanim w ogóle pozwolono mu nosić znak bractwa. Jedni odnajdywali się w pościgu za celem, inni w planowaniubitew.

Od chwili, gdy ród Niebołamaczy objął panowanie, powołano Burzowych Szponów jako filar władzy i obrony. Całe swoje oddanie składali królowi; przysięga nie podlegała negocjacjom. W razie potrzeby dowodzili wojskami, ścigali wrogów korony, a niekiedy stawali także naprzeciw istotom, o których powtarzano, że w ogóle nie istnieją. Niebiescy od dawna rozpowszechniali bowiem wieści, jakoby potwory należały wyłącznie do bajań – wszystko po to, by nie wzniecać wśród gawiedzi niepotrzebnego strachu i chaosu.

Hjalkan poczuł ciarki przebiegające po karku. Od miesięcy Mgławice gęstniały na horyzoncie, snując się nad pasmem górskim niczym żywe, splątane nici, mutujące świat pod sobą. Choć czasem sięgały aż do Barrowden, prawdziwa siła tego zjawiska rozciągała się daleko poza morzami. Na kontynencie znajdowało się zaledwie kilka skupisk. Pył osiadał wszędzie – na liściach, ubraniach, niekiedy na wodzie, nadając jej złowrogi, purpurowy blask, nigdy niegasnący do końca. Osada wraz z okolicami należała do najbardziej narażonych na jegodziałanie.

Baron Eyvig zszedł na dół dopiero po chwili. Gdy ciężki but uderzył o drewnianą podłogę karczmy, rozmowy natychmiast umilkły. Spojrzał chłodno na zgromadzonych i przemówił twardym, rozkazującymtonem:

– Skrzyknijcie wszystkich. Myśliwych, kowali, nawet dziadów, którym ręce się jeszcze nie trzęsą. Jeśli mogą unieść widły albo kij – pójdą. Dzieci zostają. Pójdziemy za śladem. I nie udawajcie, że nie wiecie, o cochodzi.

– Panie... – zaczął ktoś z kąta, stary rybak o imieniu Olen. – To... to nie robota dla nas. Co jeśli to coś nie krwawi jak człowiek? Piszcie do stolicy, niech przyślą kogoś, kto się na tym zna... kto daradę.

Eyvig nie odpowiedział. Podszedł, chwycił go za brodę i uderzył pięścią w zęby. Tamten zgiął się, charcząc krwią i śliną.

– Zawsze tak było – syknął baron. – Nikogo nie obchodzą bestie czające się na uboczach, tym bardziej na krańcach świata, takich jak ten. Miastowe dusze unikają naszych próśb, żyją daleko od… – urwał. Nie chciał albo nie potrafił dokończyć myśli. – Więc dla nich takie rzeczy po prostu nie istnieją. Czas wziąć się za to paskudztwo. Żegota wyolbrzymia, to zapewne tylkopłachtowiec.

Przy stodole na skraju Barrowden rozpoczęły się przygotowania. Chłopi przynosili wszystko, co tylko zdołali znaleźć: cepy do młócenia zboża, młoty ciesielskie, topory do rąbania lodu, siekiery z wyłamanymi trzonkami, kusze o naderwanych cięciwach, a nawet grabie z wbitymi gwoździami, na modłę prostychpik.

Niektórzy owijali ramiona skórzanymi pasami, wcześniej używanymi do końskich uprzęży. Inni przywdziewali własnej roboty zbroje – kolczugi zszywane z rybackich haków, drucianych siatek i mosiężnych pierścieni. Byli i tacy, co nakładali na siebie, co tylko twarde: kurtki wypchane końskim włosiem, fartuchy z garbarni, na zaś plecy przywiązywali tarcze, ledwie trzymające się w kupie, ale zdolne odeprzeć choćby jedencios.

Żegota kazał rozdać smołowane szmaty do owijania grotów. Miały zapłonąć przy trafieniu, gdyby zaszła potrzeba podpalenia. Nikt nie pytał, czy to „coś” w ogóle się pali; każda metoda mogła przydać się do zgładzeniamonstrum.

W kącie kilku osadników wiązało pochodnie. Ktoś kuł prowizoryczne kolce na stole warsztatowym. Jakiś garbarz wręczył trzem najodważniejszym chłopinom fiolki z czymś, co nazywał krowim gniewem – mieszaniną soli, tłuszczu i proszku z gorczycy, którą wlewano zwierzętom do ran. Może nie zabije potwora, ale z pewnościąosłabi.

Stojąc w półokręgu, sprawdzali broń. Sambor, trzymając hełm z nadłamanym grzebieniem, obchodził ich jeden po drugim, oceniając, mierząc wzrokiem. Przejebane – stwierdził w myślach, nie wyczuwając ducha walki wśród zwykłych rolników. Żaden z nas niewróci.

Eyvig siedział samotnie na przewróconym pniu za stodołą. W półmroku futrzany płaszcz stapiał się z otoczeniem, sprawiając, że sylwetka mężczyzny niemal znikała z pola widzenia. Hjalkan widział jednak więcej niż przeciętny człowiek. Baron twardo trzymał się żelaznych zasad bezwzględności. Kołnierz okrycia przylegał mu ciasno do szyi, a frędzle zwisały u dołu, oblepione zaschniętym błotem. Żuł kawałek suszonego korzenia, choć smak nie miał dla niego żadnegoznaczenia.

Młodzieniaszek zwykle skradał się jak wilk, lecz teraz, gdy znalazł się kilka kroków od przywódcy, zatrzymał się i cicho odchrząknął, dając znać o swojejobecności.

– Czego? – mruknął Eyvig, nawet nie podnoszącwzroku.

– Ja… podsłuchiwałem. No, na dachu stajni – przyznał chłopak, niemal bez wstydu. – O płachtowcu. O tych, cozginęli.

Baron w końcu spojrzał na niego spod krzaczastych brwi. W jego oczach tliło się coś na kształt zmęczenia, choć nie dokońca.

– Jak zwykle. Już dawno przestałem się tym przejmować. A co więcej – zacząłem zakładać, że znasz każde słowo, jakie krąży w tychstronach.

– Chcę iść z wami. Wiesz, że nikt nie słyszy tak dobrze jak ja. Pomogę wam wytropićbestię.

Eyvig wstał i podszedł dochłopaka.

– Ludzie boją się opuszczać osadę. Trakty, którymi niegdyś ciągnęły karawany, dziś pokryte są kośćmi. Handlu brak, bo nikt nie śmie ryzykować przejazdu przez te przeklęte ziemie. Miasteczko niedomaga. Brakuje podstawowych surowców potrzebnych do przetrwania. Mąki nie ma. Dostawy zboża dawno ustały. Skór brakuje, a jedyny garbarz od dawna nie nadąża z pracą. Nie pociągnie już długo. Osadnicy boją się zapuszczać w las na polowania. – Spojrzał na Hjalkana twardym wzrokiem i kontynuował tłumaczenie: – Bez oczyszczenia traktów Barrowden uschnie na kość. Ludzie przestaną płacić podatki. Głód wyzwoli o wiele gorsze potwory niż ten, którego szukamy. Dlatego też musimy ubić toskurwysyństwo.

– Chcę pomóc – upierał siępodrostek.

– Nie boisz sięśmierci?

– Boję. Ale zostanie tutaj to gorszy strach. Przynajmniej tam będę wiedział, przed czymuciekam.

Baron uśmiechnął się kątem ust, ledwiezauważalnie.

– Te twoje sowy i słuch mogą się przydać, ale… – Splunął na ziemię. – Twoja rola kończy się na tropieniu. Sami zabijemy to plugastwo. Zrozumiałeś?

Chłopak przytaknął, szczelniej zaciskającusta.

O zmroku nie było już odwrotu. Miejscowi wierzyli, że skoro poluje się na nocne bestie, trzeba stać się częścią ich świata, podzielić mrok, w jakim żyją. W dłoniach chłopów płonęły pochodnie. Ich języki ognia tańczyły, rzucając długie, drżące cienie na otaczające stoki. Granice widzialnego świata kurczyły się do niewielkiego kręgu. Ziemia pięła się łagodnie, usiana omszałymi głazami i żwirem chrzęszczącym pod butami. Wokół rozciągało się splątane pasmo wzgórz i stromych jarów, gdzie ścieżki urywały się nagle. Każde zagłębienie mogło skrywaćśmierć.

Mgła wiła się przy ziemi, wciskała w rękawy, aż miało się wrażenie, że oddycha się przez wilgotną szmatę. Nikt nie rozmawiał – nie dlatego, że zakazano, ale dlatego, że coś w powietrzu mówiło wyraźnie: słowa to pokarm dla czegoś, co słucha w ciemności. A przecież nikt nie miał wątpliwości, co ich tu przywiodło. Nie łudzili się, że stanowią siłę. Byli tylko wozem mięsa, przynętą rzuconą na pożarcie, żeby potwór wreszcie sięodsłonił.

Wokół nich świat powoli wszystko trawił: ziemia pulsowała pod stopami, pokryta czarną mazią, z której wystrzeliwały parzące macki. Nawet liście przesuwały się jak małe, niespokojne stworzenia. Poszczególne drzewa wykrzywiały się w nienaturalnych kształtach. W szczególności sosny wyglądały na zdeformowane, pozbawione gałęzi, z pniami znaczącymi się czerwonymi smugami jak po chorobie. Wszystko wskazywało na to, że wpływ Mgławic w tym miejscu sięgał wyjątkowej siły. Miejscowi nie bardzo znali się na takich sprawach, ale Hjalkan wiedział swoje.

Eyvig szedł bez wahania. Miał przy sobie tylko topór, jednak sposób, w jaki go trzymał, nie pozostawiał wątpliwości – nikt nie chciałby się z nim minąć w ciemnym zaułku. W jednym z jarów, tak głębokim, że światło pochodni oświetlało jedynie górne krawędzie, znaleźli porzucony wóz. Koła zdążyły już wrosnąć w ziemię, mimo to deski nosiły ślady niedawnej ingerencji. Na błotnistym dnie leżał zwinięty koc i zniszczona uprząż. Widocznej krwi ani czegokolwiek, co wskazywałoby na walkę, niedostrzegli.

Sambor zamarł w pół kroku, dochodząc do pewnejkonkluzji.

– Na bogi... – wydusił niemal szeptem. – A jednak to płachtowiec...

Zerknął w niebo. Mgła rozmywała czubki drzew. Chłopi z tyłu przystanęli, zaniepokojeni jego tonem.

– Kto w ogóle widział na własne oczy takie coś? – rzucił Olen. – Ten potwór to bajania, strachy nanoc.

– Takie mrzonki, co nie zostawiają ciał, ta? – odburknął Sambor, nie spuszczając wzroku z poruszonej kępy paproci. – Już raz to ujrzałem. I wszystko wyglądało tak samo. Po prostu nie byłonikogo.

Wtedy Hjalkan przekrzywił głowę.

– Cśś... – szepnął, unosząc dłoń. – Coś słyszę.

– Co? Szelest? Pewnie kuna – parsknął jeden z chłopów z wymuszoną pewnością. – Chłopak słyszy, co chceusłyszeć.

– Nie... uderzenia skrzydeł. Coś nadlatuje.

Sowa sfrunęła z gałęzi i wylądowała na ramieniu Hjalkana, choć to nie jej trzepot przyciągnął jego uwagę. Sylwetka ptaka była niemal całkowicie granatowa, o piórach szorstkich i gęstych. Pazury lekko zacisnęły się na materiale płaszcza, oczy zaś, dwie lśniące studnie, wpatrywały się nieruchomo w ciemność przednimi.

Ludzie zamarli. Potem któryś zagadnął:

– Na świętą Zorię... co to mabyć?

– To znak – wymamrotał Olen, ściskając w palcach amulet z brzozowego drewna. – Żadne zwierzę tak nie siada bez powodu. Możejednak…

– On jest nieludź – padło cicho.

Ktoś inny powtórzył głośniej, wskazując naHjalkana:

– Nieludź!

– Długośmy mówili, że coś z nim nie tak... A teraz zobaczcie.

Sowa przekręciła głowę. Jej ślepia błądziły po zgromadzonych, niosąc ostrzeżenie przedzagrożeniem.

– Zamknąć ryje – warknął baron. – Wszyscy.

Ludzie zastygnęli. Pomruki złości tliły się jeszcze w gardłach, lecz nikt nie odważył się już słać wobec Hjalkana słównagany.

– A jeśli chłopak ma rację? – Eyvig zwrócił się do starego rybaka. – Co wtedy, hmm? Wolisz czekać, aż bestia znów zerwie kogoś z pola albo wciągnie z ganku, zanim zdoła zawołać posąsiedzie?

Olen drgnął i cofnął się o długość jednejwłóczni.

– Ja... ja tylko... chciałem powiedzieć, że... – bełkotał.

– Zamilcz. Całe życie szczekasz, Olen. Narzekasz na pogodę, na ceny ryb, na podatki. Ale jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby twoje ujadanie odpędziło śmierć. Może czas, żebyś przekuł swoje słowa w czyny. Skoro takiś mądry, skoro najwięcej wiesz i jesteś pierwszy do komentowania, to zaszczyt przedniej straży przypadnie właśnie tobie.

– Nie... panie, ja nie mogę... – Głos rybaka załamał się. – Kolana mam słabe, serce też... ja się nie nadaję.

Eyvig pozostał obojętny na prośbę.

– Widły mu dać – rzucił chłodno. – I kto się sprzeciwi, niech sam idzie przodem.

Chłopi zawahali się, ale nikt nie stanął w obronie Olena. Jedna osoba podała mu stare narzędzie do zbierania siana z ułamaną końcówką trzonka, inna lekko pchnęła go barkiem. Rybak zrozumiał, że nie ma odwrotu i ruszył w stronę ciemności.

Szedł powoli, starając się nie stracić ścieżki znikającej pod zaroślami. Gałęzie smagały go po twarzy, zostawiając czerwone ślady. Z każdą minutą cisza gęstniała, aż zaczęła przybierać kształt. Najpierw były to ledwo słyszalne szepty, potem słowa – powtarzane, natarczywe.

– Olen... Nie wracaj donich.

Zatrzymał się, przeszył go chłód. Rozejrzał się nerwowo, ale nikogo nie zobaczył. Wszyscy zniknęli. Nie było śladu kroków, szmeru rozmów, żadnego mruknięcia. Las najwidoczniej pochłonął towarzyszy.

A głos nie ustępował. Rozciągał się i zmieniał, stawał się jednocześnie miodem, szumem trawy, westchnieniem gałęzi i śpiewem czegoś, co nie znało słów, ale rozumiało myśli.

– Ciągle się naradzają... Patrzą na ciebie, kiedy myślą, że nie widzisz. Chcą cię wystawić. Będziesz kozłem. Jesteś sam. Zawsze byłeśsam.

Rybak przyspieszył, niesiony niepokojem przed czymś, co czaiło się tuż za nim, choć pozostawało niewidoczne. Chciał oddalić się od głosu – choć ten płynął zewsząd: z przodu, z tyłu, z wnętrza.

– Zostaw ich – zawodził bardziej pomruk niż mowa. – Niech idą w ciemność bez ciebie. Przeżyjesz. Dasz sobie radę. Zawsze wychodziłeś cało z najgorszego. Przetrwałeś głód. Przetrwałeś ogień, co spalił twoją wioskę, zabrał matkę i siostrę – słyszałeś ich wrzaski, ale nie mogłeś nic zrobić. Widziałeś, jak ojcu wbijają hak w gardło i wieszają go za szczękę. A jednak wciąż tu jesteś. Wytrzymasz i to.

Słowa mieszały się z dźwiękami lasu, aż trudno było rozróżnić echo od myśli. Łodygi drgały bez wiatru, mech wydawał się głębszy, bardziej miękki, gotów połknąć stopy.

– Wróć... – powiedziało coś z tyłu. Albo z przodu. Albo w głowie.

Z trudem przełknął ślinę. W gardle miał piach, nie – wodę… nie, coś gęstszego. Zrobił kilka kroków i wtedy to zobaczył. Między drzewami po lewej stronie błysnęło coś… jasnego. Może to tylko refleks księżyca na zgniłej korze, lecz poczuł, jak serce wbija mu się w żebra. Przystanął i wpatrywał się w ciemność, lecz nic już tam nie migało.

– To nie księżyc, Olen – zaszemrało coś nisko, niemal tuż przy uchu. – To oko. Wronie oko, które patrzy. Ale nie na ciebie. Jeszcze nie.

Zadrżał i ruszył dalej, szybciej. Krzewy rwały mu ubranie, gałęzie łapały za włosy. Coś dziwnego chrzęściło pod butami. Spojrzał w dół: niby tylko błoto i jakieś powyginane kości. Wyglądały jakby coś wyssało z nich wnętrze, ale pozostawiłoskorupę.

Przed nim, między drzewami, zawisła forma. Wydawała się rozpostarta. Zasłona czy skrzydło – trudno stwierdzić. Strzępiaste krawędzie także poruszały się bez wiatru. Przez moment Olen miał wrażenie, że to tylko płótno.

– Wiesz, co to jest, prawda? – syknął głos. – Czułeś to już kiedyś. Ciepło przy uchu, kiedy śpisz. Ten oddech w pokoju, gdzie nikt nieoddycha.

Coś wysunęło się ku niemu: cienka kończyna przypominająca nogę nietoperza, zgięta w osobliwy sposób. Kończyna nie dotykała ziemi.

Rybak zamarł.

Wydłużona głowa na moment wyłoniła się z mroku. Oczy nie istniały – tylko pusta, ciemna przestrzeń tam, gdzie powinny być. Pysk otworzył się szeroko, obślizgły; w jego wnętrzu błyszczały rzędy igłowych kłów

– Czuję cię – usłyszał. – Karmię się decyzją. A ty już ją podjąłeś.

Olen chciał krzyknąć, lecz gardło odmówiło mu posłuszeństwa. Mimowolnie zrobił krok w stronę cienia. Poczuł zimne, śmierdzące sapnięcie tuż przy karku. Szpony bestii zacisnęły się na nim z taką siłą, że wbiły się pod skórę. Czuł, jak rozrywają mu bark, potem rękę, a następnie nogę. Kawałki mięsa i kości odrywały się jedna po drugiej, dryfując w bezładnym chaosie okrutnegorozczłonkowania.

Mężczyzna próbował walczyć, uciekać, lecz wola została stłumiona przez bezlitosny głód potwora. Słychać było tylko szarpanie, trzaski kości i jęki rwanych więzadeł. Umysł płynął w falach bólu, fragmenty mięśni plątały się w powietrzu, tworząc gejzerkrwi.

Ciało Olena przestało być całością. Stało się porozrzucanymi, bezbronnymi częściami istnienia. Bestia pożerała go stopniowo, radowała się gasnącym krzykiem, cieknącą substancją życia i kończynami, które z każdym ugryzieniem stawały się coraz mniejjego.

Wtem wszyscy usłyszeli głosy. Te same, co wcześniej kusiły Olena – choć wtedy wydawały się jeszcze szeptami, zaledwie przebłyskami niepokoju. Szli w miejsce przyciągające ich niewidzialną siłą. Las sam układał przed nimiścieżkę.

Nagle mgła, dotąd zakrywająca niemal wszystko, zaczęła się rozstępować, odsłaniając przed nimi małą polanę. W samym jej środku, w objęciach powykręcanych drzew, leżały szczątki. Z jamy brzusznej wysypały się wnętrzności, rozciągnięte w czerwonych pasmach. Obok spoczywały kolejne ochłapy mięsiwa, strzępy ubrań zmieszane z błotem. Tu i tam sterczały połamane żebra, drgały bez wyraźnejprzyczyny.

– To… to Olen – wyszeptał Żegota.

– Raczej to, co z niego zostało – odparł Hjalkan.

Podszedł pierwszy, trzymając pochodnię wysoko, lecz światło tylko pogłębiało cienie. Jeden z chłopów upadł na kolano i zaczął odmawiać modlitwę, gubiąc się w słowach. Eyvig opuścił topór i po prostu stał z otwartymi ustami. Sambor charczał, jeszcze ktoś inny zdążył odwrócić się i zwymiotować.

I wtedy to się poruszyło. Strzępiaste, wilgotne skrzydła rozwijały się z cichym mlaśnięciem. A potemusłyszeli:

– Został pierwszym wybrańcem. Chwała Wronie. Kto chce być następny?

Bestia ryknęła i wpadła między osadników, rozdzierając powietrzepazurami.

Hjalkan, przyglądając się temu, zauważył, że dwóch z trzech, którzy otrzymali buteleczki z krowim gniewem, leżało już nieruchomo, przesiąknięci śliną kreatury. Pierwszy padł w jednym uderzeniu serca – bestia uderzyła z niespodziewaną szybkością, przecinając mu bok i rozrywając płuca. Drugi próbował uciec, ale potwór chwycił go za kark i szarpnął z całej siły, łamiąc kręgiszyjne.

W mgnieniu oka chłopak rzucił się do przodu, ślizgając się po błocie, aż dotarł do ciała wijącego się w pośmiertnych spazmach. Dłonie nieustannie drżały, lecz w końcu znalazł to, czego szukał – fiolkę wciąż przywiązaną do pasa. Odpiął ją zębami, wyczuwając ostry zapach soli i tłuszczu. W tym czasie monstrum pochylało się nad kolejną ofiarą, szarpiąc jej ramięzębiskami.

Żegota krzyczał, nawołując chłopów do walki, lecz większość opuściła broń i w panice rozbiegła się po lesie, podczas gdy mgła, na moment rozwiana, znów gęstniała wokół drzew. Zostały tylko osoby niezdolne do ucieczki oraz te, które nie zamierzały się poddać.

Sambor walczył jak opętany, wydzierając się z wściekłości. Początkowo jego grot ześlizgiwał się po chropowatej skórze, nie mogąc przebić się głębiej. Z czasem jednak zaczął wdzierać się w ciało, aż trzonek wyginał się pod siłą ciosów.

Bestia zawyła i zerwała się do ataku. Jej pazury wbiły się w brzuch Sambora, rozrywając ściany jelit, które wypłynęły jak parujące pętle. W ostatnim, pełnym bólu geście sięgnął po swoją fiolkę, ale istota nie czekała. Płachtowiec chwycił go i cisnął z całej siły w stronę drzewa. Czaszka pękła z głuchym trzaskiem, ciało bezwładnie opadło na ziemię. W powietrzu unosił się żelazisty odórśmierci.

W odpowiednim momencie, gdy monstrum znów rzuciło się na jednego z ocalałych chłopów, Hjalkan wysunął rękę, odpieczętował buteleczkę i z pełną precyzją cisnął zawartość prosto w otwartą paszczę. Początkowo nic się nie działo, lecz po chwili stworzenie cofnęło się gwałtownie, szarpiąc głową na boki. Ruchy stały się nieskoordynowane, bardzo chaotyczne. Pazury waliły w ziemię, skrzydła trzepotały. Bestia zataczała nieregularne koła, próbując wyrwać się z uścisku żrącej substancji.

– Teraz! – ryknął wtedyEyvig.

Nie musiał powtarzać. Osadnicy poszarżowali naprzód. Jeden uderzył widłami w miejsce, gdzie wydawało mu się, że znajduje się serce potworzyska. Drugi zamachnął się ciężką siekierą – ostrze wbiło się w kark, choć dość płytko. Cuchnąca posoka trysnęła w powietrze, oblewając twarz, lecz mimo to przywalił jeszcze raz, wrzeszcząc w amoku.

Baron zbliżył się powoli, mocno zaciskając dłonie na toporze. Monstrum, choć wyraźnie osłabione, usiłowało się poderwać. Eyvig uderzył z całą mocą. Płachtowiec zawył i szarpnął łbem, ale to tylko pogłębiło jego ranę. Ledwo utrzymując równowagę, próbował uciec w głąb lasu, ale jeden z chłopów podciął mu nogę długim nożem rzeźnickim. Kreatura runęła nabok.

Wtedy baron wskoczył na karczysko i zatopił topór w szyi. Ostrze zatrzymało się na kości. Wtem naparł całym ciężarem ciała, aż w końcu usłyszał chrupnięcie, a skóra wreszcie ustąpiła, choć nie całkowicie.

Płachtowiec nie zamierzał się poddawać. Z ogromną siłą odrzucił Eyviga, rozszarpując mu kawałek nogi. Ten wydał z siebie dziki, przeraźliwy wrzask i osunął się na ziemię, łamiąc rękę podczasupadku.

W ferworze walki potwór odnalazł kolejnego wsioka. Wbił pazury w biodro mężczyzny, rozrywając wnętrzności aż do kręgosłupa. Krzyk ofiary urwał się nagle, gdy bestia zacisnęła szczęki na jego szyi, odcinając oddech i życie w jednym brutalnymruchu.

Wtedy Hjalkan dostrzegł swoją szansę. Zwinny, przetoczył się pod płachtowcem, unikając śmiercionośnych szponów i paszczy rozwartej tuż nad nim. Chwycił miecz leżący w błocie i zanurzył ostrze w miękkim podbrzuszu, w miejscu, które podczas obserwacji wydawało mu się najbardziej podatne nacios.

Bestia zawyła przeraźliwie, przygniatając Hjalkana swym cielskiem. Najzwyczajniej w świeciezdechła.

Wszyscy chwycili za jej kończyny i ciągnęli, walcząc z ciężarem, by uwolnić chłopaka. Baron, mimo bólu i złamanej ręki, podszedł w krwawym znoju i wspomagał pozostałych. Po kilku próbach udało się wydostać ichwybawiciela.

Hjalkan, leżąc na ziemi, wykrztusiłtylko:

– To falkon...

Chłopi i Eyvig spojrzeli na siebie z niedowierzaniem. Żegota zachichotał:

– Nie pierdol, przecież widać, co żeśubił.

Śmiech rozlał się po polanie, łamiąc napięcie chwili. Jednak kiedy ich oczy podążyły za wzrokiem chłopaka ku górze, ponad nimi, pośród gęstej mgły, pojawiła się ogromna sylwetka. Ledwie widoczna, nie wydawała dźwięku – powoli sunęła na tle nocnego nieba. W powietrzu unosił się ciężarobecności.

Podrostek z trudem uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, że to dopiero początek. Ludzie z wioski mogli się mylić – w rzeczywistości nie chodziło o płachtowca, lecz o falkona, olbrzymiego orła dotkniętego mutacjami, o rozpiętości skrzydeł sięgającej nawet osiemdziesięciustóp.

Naprawdę istnieją – pomyślał, radując się w duchu.

TERAZ

„Lepiej zaliczać się do niektórych, niż dowszystkich.”Andrzej Sapkowski, KrewElfów.

Mgławice Gjaladenu

Hjalkan od dwunastu lat nosił tytuł Burzowego Szpona. Zwano go Tropicielem, choć nie był jedynym zajmującym się śledzeniem; mimo to właśnie z nim najczęściej łączono to rzemiosło. Dar ten płynął w jego żyłach. Brązowe włosy spływały mu swobodnie na czoło, oczy zaś w odcieniu miedzi wychwytywały najmniejsze zmiany wotoczeniu.

W utorowaniu drogi do tego znaczącego stanowiska kluczową rolę odegrał baron Eyvig, człowiek pilnujący bezwzględnego przestrzegania prawa w swoim dominium. To właśnie on dostrzegł w chłopaku potencjał, zapewnił mu pracę, a później pomógł dostać się na królewski dwór, który otworzył przed nim drzwi do nowych, wciąż nieznanychścieżek.

Hjalkan przebywał właśnie w izbie na skraju Syvandis, miejscu dalekim od pojęcia pokoju, raczej starym karczemnym zaułku przerobionym na punkt obserwacyjny. Ściany pokrywały tarcze i wypłowiałe mapy okolic, na półkach zaś stały słoje z zasuszonymi ziołami. Pod sufitem bujała się lampa olejna na łańcuchu, w jej świetle ćmy uderzałyskrzydłami.

Siedział przy owalnym blacie. Na jego powierzchni leżały rozrzucone stosy listów, a między nimi królewskie orły, zachwycające kunsztem wykonania. Na awersie każdego z nich widniał mraźnik, ptak z koroną wkomponowaną w naturalny kształt czaszki, dzierżący w szponach miecz i gałązkęoliwną.

Burzowy Szpon nie spojrzał w stronę drzwi, choć te skrzypnęły wyraźnie. Do środka wszedł Visander, niegdyś jeden z dowódców wojsk, teraz człowiek błądzący na granicy hańby. Miał na sumieniu wystarczająco, by zostać odsuniętym od obrad dywanu. Tkwiła w nim także gotowość zrobienia wszystkiego, by tylko odzyskać utraconąpozycję.

– Kazałeś mnie wezwać? – zapytał chrapliwie, przysiadając naprzeciw. – Myślałem, że o tej porze nawet cieńodpoczywa.

– Cień nigdy nie śpi – odparł Tropiciel, wciąż nie podnosząc wzroku. – A tym bardziej ten, który idzie za nami. Przyszły smutneczasy.

– Mów wprost. O co tu naprawdę chodzi? Nie kręć. Nie próbuj mnie uśpić tymi bzdurami, które rozpowiadasz na prawo i na lewo. Nikt cię nie obchodzi. Jesteś przyzwyczajony do odsuwania ludzi na bok, do traktowania ich jak części planu. Wiem, co robisz. I teraz chcesz, żebym to ja wdepnął za ciebie w jakieśgówno.

Hjalkan wciągnął powietrze. Jego prowokujący uśmiech nie objął całejtwarzy.

– Nie mówmy teraz o mnie – odpowiedział spokojnie. – Obaj wiemy, na czym ci zależy. Powiem wprost: mój pobratymiec Kylhar Skoroświt musi umrzeć. Taki jest rozkaz króla, a jego słowo nie podlega dyskusji. Jedna z moich sów podejmie trop, ty z kolei ruszysz za nią i nie wrócisz, dopóki sprawa nie znajdzie końca. Poza tym przewidzieć, dokąd uciekł, nie jest trudno. Weźmiesz ludzi, mam nawet dla ciebie kilku najemników. Jak wiesz, książę Aelryn nie żyje, co oznacza, że wiele może się rozsypać. Wrogowie tylko czekają, byzamieszać.

– Mówią, że został otruty – sprostowałVisander.

– A wkrótce będą głosić, że to sam władca za tym stoi. Tego chcemy uniknąć. Skoroświt chce obrócić lud przeciw niemu. Jeśli dadzą wiarę tym słowom, Gjaladen stanie w ogniu. Nie możemy do tego dopuścić. Gdy powrócisz z głową Buntownika, otrzymasz wszystko, o czym marzyłeś i jeszcze więcej. Nie będzie to takietrudne.

– Nie sądzę – oburzył się Visander. Nie spodobało mu się lekceważące podejście Burzowego Szpona. – Dla ciebie proste oznacza: wysyłam innych na śmierć, a sam chowam się za murami. Czy naprawdę myślisz, że nie widzę, iż kupujesz lojalność sakiewką i kilkoma pustymi obietnicami? Miałem kiedyś sztandar przy boku, wiernie stałem obok króla. A teraz pozostały jedynie blizny. Mówisz: „gdy powrócisz z jego głową, otrzymasz wszystko, o czym marzyłeś”. Co to, do diabła, znaczy? Miejsce przy obradach? Złoto? Życie, którego już prawie nie pamiętam? Nie chce zostaćwykorzystany…

– Wszystko będzie twoje. Nie rzucam słów nawiatr.

– Rozumiem, że to rozkaz i moje zdanie się nie liczy. A ty co będziesz robił w międzyczasie? Liczył pestkisłonecznika?

Hjalkan odchylił się na krześle i wreszcie spojrzał prosto w jegooczy.

– Nie mam czasu, by osobiście się tym zająć. Wkrótce wyruszę do Madenfal i będę szukał Wrony. Muszę ją odnaleźć, wierzę, że jest kluczem do przetrwania. Gdzieś za Mgławicami czeka na nas reszta świata. Naprawdę nie jesteś ciekaw, co jest pozanimi?

Cisza między nimi zgęstniała. Gdzieś w oddali zawył wiatr. Były dowódca zacisnął dłonie, czując, jak ogarnia go coś więcej niż obowiązek – żądza odzyskania dawnej wartości, pragnienie palące go od środka, odkąd popadł w niełaskę króla. Teraz los podsuwał mu szansę, jakiej nie mógł zignorować. Wystarczyło tylko wyciągnąć po nią rękę… i splamić ją krwią. Dobra... – pomyślał. Lepsze to niż chlanie wkurwidołach.

– Nim wyruszę, powiedz mi jedno – odezwał się w końcu. – O co tak naprawdę ci chodzi z tymi purpurowymi ścianami? Dlaczego nie zostawisz tych mrzonek dlaprostaczków?

– Opowiem ci historię, która być może pozwoli ci coś zrozumieć– zaczął Burzowy Szpon. – Na jednej z wyniosłych wież Madenfal żył niegdyś strażnik o czujnych oczach, nieustannie badających horyzont w poszukiwaniu wszelkich niepożądanych przybyszów. Mieszkał razem z nim jego syn, Borzym – chłopiec o wielkim sercu i dłoniach potrafiących leczyć najmniejsze stworzenia: psa z kulawą nogą, srokę ze złamanym skrzydłem, chore koty i króliki. Wszystkie zwierzęta znajdowały w nim opiekuna. Miał w sobie coś, co budziło zaufanie nawet w najbardziej zlęknionych istotach. Pewnego dnia, gdy obserwował miasto z wysokości murów, tuż obok spadła ranna wrona. Na jej czarnych piórach zauważył krew, jedno skrzydło zwisało bezwładnie. Przez wiele dni z oddaniem doglądał ptaka. Nie wiedział jeszcze, że ten jeden gest odmieni życie wielu osób. Nocą, gdy księżyc zawisł nisko nad miastem, a cisza spowiła świat, Borzym przebudził się i zerknął na posłanie wrony. Towarzysz nie należał już do zwykłych stworzeń. Oczy jarzyły się czerwienią – coś w nich zwiastowało nieszczęście. – Słowa Burzowego Szpona wywołały ciarki na skórze dowódcy, lecz mimo wszystko słuchał uważnie. – Najgorsze jednak było to, że wygląd tego ptaka pokrywał się z istotą niedawno dostrzeżoną także w obrębach Miasta Kłamstw. Na jednym skrzydle miała wypaloną runę w starym języku. Tak dawniej znakowano te, które wysyłano za Mgławice. Według całego kontynentu żadna dotąd nie powróciła. Wszyscy żywili przekonanie, że nie sposób przedostać się na drugą stronę. A jednak ta wrona przemówiła do chłopca ludzkim głosem: „Drogi Borzymie! Okazałeś serce w godzinie mej słabości, choć nie wiedziałeś, kim jestem. Jestem zwiastunem odległego świata. My, ptaki, nigdy nie zapominamy przysług. Zostawiam ci dar, srebrną trąbkę. Jeśli kiedykolwiek znajdziesz się w potrzebie, zagraj na niej, wtedy przybędę do ciebie wraz z moimi poddanymi. A teraz żegnaj!”. Po tych słowach postać rozpostarła skrzydła i zniknęła w mgnieniu oka. Mijały lata. Borzym dorósł i przejął obowiązki ojca, strzegąc murów Miasta Kłamstw. Wydawało się, że owa noc była jedynie snem, mglistym wspomnieniem dzieciństwa. Aż do dnia, gdy nadciągnęło zagrożenie – wroga armia stanęła u bram Madenfal. Rozpoczęło się oblężenie, los królestwa wydawał się przesądzony. Wtedy Borzym przypomniał sobie starą obietnicę. Przez lata traktował ją jako dziecięce bajanie, ale w obliczu takiego niebezpieczeństwa należało wykorzystać każdą szansę na ocalenie. Ze starego kufra wydobył pokrytą kurzem trąbkę, wspiął się na najwyższą wieżę i zadął w nią z całych sił. I oto nadeszło to, czego nikt nie mógł przewidzieć. Na horyzoncie uformował się czarny wir, rosnący i gęstniejący, aż całe niebo nad Madenfal spowiła ciemność. Z tej otchłani wydarły się tysiące wron. Ich skrzek rozszedł się po murach, przyprawiając zarówno obrońców jak i najeźdźców o lodowaty dreszcz. Ptaki rzuciły się na wrogie szeregi z furią burzy: dzioby wwiercały się w oczy i gardła, szpony rozdzierały skórę do kości, skrzydła smagały niczym bicze. Żołnierze padali na kolana; nie było ucieczki… jedynieplaga.

Visander zmagał się ze sprzecznością; częściowo w to wierzył, lecz nie chciał tegookazać.

– To tylko bajki – mruknąłobojętnie.

– Też tak kiedyś myślałem – odparł Hjalkan. – Ale czasami to, co uważamy za wytwór wyobraźni, okazuje się bardziej rzeczywiste niż wszystko, co znamy. Z kontynentu nie ma ucieczki. Minęły setki lat, a wciąż otaczają nas Mgławice – tajemnicze obłoki trzymające nas w uścisku. Obudź się. Gjaladen jestzamknięty.

Spis treści

Wrona z madenfal

Wrona z madenfal

Wrona z madenfal

Barrowden, 736 344 000 uderzeń serca temu

TERAZ

Punkty orientacyjne

Okładka

Spis treści

Początek treści