Wojna wiwiern - S.F. Williamson - ebook + książka

Wojna wiwiern ebook

Williamson S.F.

0,0
66,50 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Język jest najpotężniejszą bronią w wojnie między ludźmi a smokami. I jedna tłumaczka może zmienić świat Kim jest Vivien Featherswallow? – to pytanie zadają sobie wszyscy ludzie i smoki w Brytanii, choć Viv sama nie zna odpowiedzi. Czy jest słynną Jaskółką, symbolem Rebelii? Tłumaczką, która odkryje nowy smoczy język? A może jest po prostu dziewczyną, która straciła miłość swojego życia, bo zachciało jej się być szpiegiem? Jedyne, co wie na pewno, to że musi walczyć. Uzbrojona w urządzenie pozwalające jej na podsłuchiwanie smoczych myśli, notatnik pełen wskazówek dotyczących nigdy nietłumaczonego języka i jej własne pragnienie pomszczenia utraconej miłości, Viv rusza na poszukiwanie hebrydzkich wiwern. Jeśli je znajdzie i przekona, aby dołączyły do wojny, Rebelia wciąż jeszcze może wygrać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 430

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 9/29/2033

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



A War of Wyverns

Copyright © S.F. Williamson 2026

All rights reserved

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2026 for the Polish translation by Sylwia Chojnacka

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: © HarperCollinsPublishers Ltd 2026

Grafika na okładce: © Ivan Belikov 2026

Adaptacja okładki: Kinga Kosmalska

Zdjęcie autorki: © Alissoyova

Redakcja: Julia Żmudka

Korekta: Beata Buko, Kinga Dolczewska

ISBN: 978-83-68543-50-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w Internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.soniadraga.pl/aura

E-wydanie 2026

JEDEN

Niebo jest ciemne i pełne smoków.

Spieszę ulicami Londynu, trzymając parasol pod kątem nie po to, by osłonić twarz przed deszczem, lecz by ją ukryć. Na ziemi leży niemal tylu Strażników Pokoju, ile jest bułgarskich Bolgorithów na niebie. Drogę zagradza mi niewielki kopczyk gruzu, pozostałość po jednym z zeszłotygodniowych ataków. Mógł powstać na skutek wybuchu bomb rebelii albo działań armii królowej Ignacii, smoczej władczyni Brytanii. Obie strony prowadzą własne, odrębne boje z premier Wyvernmire. Lecz sądząc po kamiennym słupie strąconym całkowicie z podstawy przez coś, co mogło być tylko smagnięciem ogona, stawiałabym na to drugie.

Gdy docieram do stacji metra, pierwsze promienie słońca wspinają się ponad szare gmachy, kładąc kres nocnej godzinie policyjnej w stolicy.

Rebelia działa wszak w cieniu.

Wsiadam do pociągu podziemnej kolei, a z szyi zwisa mi moja fałszywa przepustka klasowa.

Siadam naprzeciw starszego mężczyzny w nadpalonym płaszczu. Przygląda mi się spod jasnych plakatów ponaklejanych nad siedzeniami wagonu. Dwie kobiety w mundurach splatają ramiona na tle dwóch budynków – rozpoznaję biały kamień Downing Street 10 oraz czerwoną cegłę Akademii Lingwistyki Draconickiej. Otacza je wianuszek słów, zapisanych wijącym się, kobiecym krojem pisma.

Wyvernmire i Hollingsworth zjednoczone w walce przeciw rebelii

Chowam twarz we wczorajszym numerze „Pimlico Bulletin” – bezpartyjnej gazety – i natykam się na następne hasło.

– „Prawda dla każdej Klasy” – mamroczę pod nosem, przeglądając nagłówki.

Premier sprzymierza Brytanię z Bułgarami

Gdzie jest królowa Ignacia? Możliwe doniesienia na stronie 3

Zachodni smok wypatroszony na farmie w Kent: z jego drugiego żołądka wydobyto ludzkie szczątki

Otwieram pierwszą stronę i widzę czarno-białą fotografię znajomego dworu.

BLETCHLEY PARK: TAJEMNICA NARODU?

W gardle rośnie mi gula, gdy ciskam gazetę na podłogę. Wspomnienia uderzają falą: wystrzał, krew pod paznokciami, twarz ukoronowana martwymi liśćmi. Odruchowo sięgam do drewnianej jaskółki na mojej szyi. Gdyby Atlas teraz tu był, szydziłby z premier za jej wiarę, że potrafi manipulować najdzikszymi smokami Europy, by rozszerzyć swoje imperium. Za to, że sądzi, iż Brytania klęknie przed smokami, które wymordowały populację ludzi z własnego kraju. Gdyby Atlas tu był, wślizgiwałby się do gospód i wychodził z nich z nowymi ochotnikami skłonnymi dołączyć do rebelii, choć używałby przy tym jedynie odwagi i swojego krzywego uśmiechu. Ale go tu nie ma.

Bo nie żyje.

Teraz mogę jedynie kontynuować to, co rozpoczął w Bletchley Park, i pomóc wygrać wojnę Ludzko-Smoczej Koalicji. Tylko biegła lingwistka może zdobyć tajną broń, której potrzebuje rebelia.

A jeśli języki mogą uczcić pamięć Atlasa, nauczę się ich stu i wielu więcej.

Słońce już wzeszło, gdy docieram do Claridge House, domu Rity Hollingsworth. Mieszka w Mayfair, ledwie kilka ulic od Akademii Lingwistyki Draconickiej, którą założyła w wieku trzydziestu pięciu lat. Wkładam klucz w zamek służbowego wejścia. Nad moją głową, wzdłuż ściany, zwisa gruby, kolczasty ogon. Należy do Clementiusa, zachodniego smoka na dachu, jednego z nielicznych brytyjskich smoków, które nie uciekły przed narastającą obecnością Bułgarów w Londynie. Jest sekretnym strażnikiem rebelii Hollingsworth.

Idę prosto ku schodom i liczę żółte romby na wzorzystym dywanie, gdy wspinam się na kilka pięter. Hollingsworth nalega, abym przemieszczała się między moim a jej domem przed porannym szczytem. Gdyby ktoś mnie rozpoznał, moja przykrywka jako jej przybyłej w gościnę bratanicy mogłaby prysnąć. Na ścianach wiszą portrety dalszej rodziny: śliczne kuzynki i prastarzy wujowie spoglądają na cichy dom. Słyszę, jak pomywaczka w kuchni rozpala ogień i jak na najwyższym piętrze rozlega się trzask. Oczami wyobraźni widzę kanclerkę Akademii Lingwistyki Draconickiej, która wstaje z łóżka z włosami wciąż nawiniętymi na wałki.

Obraz ten jest tak niedorzeczny, że parskam śmiechem.

Cicho otwieram i zamykam drzwi gabinetu. Pokój jest ogromny, z wysokimi oknami wychodzącymi na ulicę poniżej. Pod obrazem przedstawiającym parę smoków piaskowych wylegujących się na plaży stoi wielkie biurko. W delikatnych pociągnięciach pędzla na płótnie uchwycono perłowy blask księżyca. Obok wisi ozdobne lustro i przez chwilę wpatruję się w swoje odbicie. Moje gęste włosy są obcięte tak krótko, że ledwie muskają obojczyki, a pod oczami czają się ciemne cienie, przez co skóra wydaje się jeszcze bledsza niż zwykle. Idę po bordowych dywanach ku drzwiom w rogu, mijając biurko zasłane pustymi opakowaniami po papierosach i książkami o bułgarskich smokach, z których jedna jest otwarta na spisie pojęć, gdzie widnieją słowa: krew, błękitny diament, Bolgorith. Coś przykuwa mój wzrok. Szkic wykonany czarnym piórem, częściowo schowany pod maszyną do pisania Remington.

To ja.

A pod spodem tytuł.

Vivien Featherswallow, tłumaczka draconickiego

Moje palce zastygają nad papierem, lecz go nie dotykam, jakby umysł nie dowierzał, że to prawda. Ten wizerunek różni się od rządowych listów gończych wydanych za moją osobą, tych, które Hollingsworth zbiera i codziennie pali, nim ktokolwiek je zobaczy. Moja twarz jest ładniejsza, oczy większe i łagodniejsze, podczas gdy na listach gończych mam długi, cienki warkocz i marsową minę. Żaden szkic nie jest do końca trafny, oba opowiadają historię nie do końca prawdziwą.

– Do gazet Koalicji – odzywa się głos.

Odwracam się gwałtownie. Hollingsworth stoi w progu w niebieskiej jedwabnej sukni i pasie wyszywanym srebrnymi smokami. Obrzuca mnie spojrzeniem od stóp do głów, jak czyni to każdego ranka od trzech miesięcy, oceniając mój męski prochowiec i skórzane brogsy z drugiej ręki, jakby spodziewała się, że przyjdę bez kończyny albo z włosami w płomieniach. Hollingsworth nie pojmuje mojej decyzji, by znaleźć własne lokum, zamiast mieszkać tu z nią.

– Dzień dobry – mówię, a policzki mnie palą, bo uświadamiam sobie, że zapewne podejrzewa mnie o buszowanie przy jej biurku. – Powinnam działać pod przykrywką. Po co rebelianckie gazety mają drukować mój szkic?

Uśmiecha się powściągliwie.

– Rebelia musi mieć twarz, czyż nie? Ludzie potrzebują wiedzieć, że są w dobrych rękach.

Unoszę brwi ze zdziwienia. Ja twarzą rebelii? Czy Hollingsworth zapomniała, że ledwie kilka miesięcy temu próbowałam przetłumaczyć tajny ultradźwiękowy język smoków zwany koinamensem, by wygrać wojnę dla premier Wyvernmire?

– Nie opublikujemy go, dopóki nie znajdziesz się bezpiecznie poza Londynem – odpowiada, a jej głos jest gęsty jak melasa.

Bezpiecznie poza Londynem.

Czy to znaczy, że wreszcie uważa mnie za gotową?

Znowu patrzę na słowa pod szkicem i wypuszczam cicho powietrze. Tłumaczka draconickiego. To tytuł, na który czekałam całe życie. Jest w tym coś osobliwie satysfakcjonującego: widzieć, kim jestem, wydrukowane czernią na bieli, dostać wyraźną definicję siebie, zgrabne pudełko, w które mogę się wcisnąć pośród chaosu, jakim stało się moje życie.

Drzwi w rogu prowadzą do mojego własnego miejsca pracy – gabineciku w biurze Hollingsworth, który niegdyś był schowkiem. Kładę torbę na małym, ciasnym biurku. Cztery ściany, zamykające mnie niczym dracovola w klatce, oblepione są arkuszami badań: mapami rozmaitych wysp, ręcznie spisanymi przewodnikami wymowy i listami nawyków żywieniowych. A na nich, przypięty na wierzchu, znajduje się prymitywny rysunek – Hollingsworth naszkicowała go przy mnie. Trzy bułgarskie Bolgorithy, dwa czarne i jeden czerwony.

Generał Goranov i jego rodzeństwo.

Brytania tkwi od zeszłego roku w trójstronnej wojnie domowej między ludzkim rządem, rebelią i królową Ignacią. A teraz, gdy premier sprzymierzyła się z bułgarskimi Bolgorithami, łamiąc obietnicę pokoju daną królowej Ignacii, w Londynie niemal codziennie dochodzi do ataków rebelii.

Znam jednego Bolgoritha, lecz urodził się w Brytanii. Chumana, różowa smoczyca, która podpaliła Downing Street 10, a potem podążyła za mną do Bletchley Park.

– Jeśli wyeliminujemy Goranova i jego rodzeństwo – powiedziała mi Hollingsworth kilka tygodni temu – bułgarska obecność w Brytanii się posypie.

Służba i sekretarka Hollingsworth sądzą, że przyjechałam, bo dostrzegłam sposobność, by spędzić wojnę na pracy dla ukochanej kanclerki Brytanii, zamiast szyć koszule dla żołnierzy jak inne dziewczęta Klasy Pierwszej. I nie jest to kłamstwo, przynajmniej nie całkiem. Pracuję dla Hollingsworth. Lecz mój prawdziwy powód, moja misja, nie polega na tym, by pomóc Brytanii walczyć z rebelią. Polega na tym, by pomóc rebelii walczyć z premier Wyvernmire i jej armią Bolgorithów.

Polega na nauczeniu się języka wiwern hebrydzkich.

Spotykałam już wiwerny – dzięki pracy moich rodziców nad smoczą antropologią. Lecz gatunek hebrydzki jest inny. To niewielkie, dwunożne smoki o dziedzictwie kulturowym dorównującym każdej ludzkiej wspólnocie. Podobno można je znaleźć na wyspie Canna w Szkocji, choć od lat ich nie widziano. Moim zadaniem jest dowiedzieć się o nich wszystkiego, od tradycji po mowę, tak by rebelia – gdy już je odnajdzie, a zdaje się, że Hollingsworth jest święcie przekonana, że do tego dojdzie – potrafiła jakoś się z nimi porozumieć.

I przekonać je, by pomogły rebelii wygrać wojnę.

Oczywiście ów drobny szczegół, w jaki sposób te wiwerny mogą uczynić Ludzko-Smoczą Koalicję zwycięzcą w trójstronnej wojnie domowej, nie został mi jak dotąd wyjawiony.

Siadam przy dźwiękach londyńskiego ruchu ulicznego i sięgam po skrawek papieru leżący na biurku. To liścik od Hyacinth, sekretarki Hollingsworth i kolejnej debiutantki w pracy na rzecz wojny, dzięki której uciekła od przykładnej, nużącej powinności dziewcząt Klasy Pierwszej.

Droga Pen!

Przyjęcie? We wtorek o ósmej, Churton Street 36 w Pimlico.

Ślicznie proszę.

H.

Zapraszała mnie już kilka razy, ignorując moje protesty („To po godzinie policyjnej”) i wymówki („Nie mogę zostawić współlokatorki, czuje się wtedy samotna”). Jej upór jest nieco irytujący, a zaproszenie stoi w sprzeczności z każdą zasadą podręcznika Jak być rebeliantką pod przykrywką, ale część mnie cieszy się, że Hyacinth chce się ze mną zadawać. Przez ostatnie trzy miesiące była dla mnie dobrą przyjaciółką.

Oczywiście nie mogę iść na przyjęcie. Co, jeśli ktoś mnie rozpozna?

Na biurku, tam gdzie zostawiłam go wczoraj, leży otwarty dziennik Patricka Clawtaila, oksfordzkiego tłumacza języków celtyckich i miłośnika smoków. Hollingsworth dała mi go, gdy zaczęłam u niej pracować, zaraz po tym, jak Marquis wylądował naszym samolotem na Eigg. Spędziłam zaledwie kilka dni na wyspie, gdzie mieści się kwatera główna Koalicji, nim kanclerka po mnie posłała.

Zostawienie kuzyna i mojej siostry, Ursy, było niemal tak trudne jak utrata Atlasa.

Dziennik opisuje kontakty Clawtaila z wiwernami hebrydzkimi na przestrzeni czterech lat, urywające się nagle w czerwcu 1866 roku, gdy rząd stracił go za „podżeganie do agresji między ludźmi a smokami”.

Notatnik jest oprawiony w czarną skórę i zapisany wyblakłym atramentem. Pomiędzy codziennymi wpisami, opisami wyspy i zapiskami złożonego języka wiwern hebrydzkich, który Clawtail nazwał Cànan-Channaigh, szkockim gaelickim „językiem Canny”, powrzucane są przypadkowe elementy: pióro, kępka sierści i liść, wciąż zielony, lecz od dawna pozbawiony zapachu. Człowiek ten wymyślił również angielskie słowo na ich mowę: cannairski.

Zdołałam pojąć jego podstawowe reguły gramatyczne, lecz Clawtail zapisuje strony próbami oddania znaczenia wielu skomplikowanych słów, tak wielu, że się w nich gubię. Zdaje się, że w końcu porzucił to zadanie. Późniejsze strony dziennika poświęcone są już wyłącznie kulturze i obyczajom wiwern, bez ani jednej wzmianki o języku.

Prawie nie mam nad czym pracować.

Tłumacz i jego rodzina mieli być ponoć ostatnimi ludźmi, którzy widzieli wiwerny, zanim te wycofały się w głąb lądu, gdy rząd przyszedł po Clawtailów, a choć dziennik zaczyna się entuzjazmem wywołanym możliwością badania mowy wiwern, kończy się pospiesznym, niedokończonym wpisem.

Głos za moimi plecami mówi:

– Napięcia między ludźmi a smokami w Brytanii były o krok od wybuchu, gdy to napisano.

Hollingsworth pojawia się w progu bezszelestnie, z oczyma utkwionymi w dzienniku.

– Clawtail miał w zwyczaju zabiegać o uznanie języków celtyckich, takich jak scots, szkocki gaelicki i norn, i zaczął działać w tym samym kierunku dla smoczych mów – ciągnie. – Wysłał dracovolem swoje zapiski z cannairskiego do kilku uniwersytetów, sądząc, że ochrona wiwern zapewni bezpieczeństwo jemu i jego rodzinie, lecz rząd uznał, że podkreślanie odrębnych dziedzictw ma na celu tworzenie podziałów, a zatem stanowi zagrożenie dla brytyjskiej jedności. Stracono go na Cannie za zdradę, kiedy akurat podpisywano godne pożałowania Porozumienie Pokoju.

Kiwam głową, próbując zignorować narastające rozdrażnienie. Już mi to wszystko mówiła. Clawtail był pierwszym człowiekiem, który kiedykolwiek badał smocze mowy. Stanowił osobliwość.

– Ty z tą twoją niesamowitą zdolnością uczenia się języków w imponującym tempie możesz opanować cannairski. Dlatego jesteś twarzą rebelii, Vivien. Ponieważ to ty udasz się do wiwern i poprosisz o sojusz. One są naszą jedyną nadzieją na wygranie tej wojny.

To też już mi mówiłaś, burczę w duchu. A jednak oto jestem, wciąż w Londynie, wciąż nieświadoma, czemu te wiwerny są aż tak ważne.

Nie mogę cię wysłać do wiwern, dopóki nie zostaną one odnalezione, powtarza mi Hollingsworth za każdym razem, gdy pytam, czemu nie mogłabym polecieć na Cannę już teraz.

Nie mogę się doczekać, aż tam będę, aż namówię wiwerny do pomocy i zobaczę minę Wyvernmire, gdy rebelia pokona ją i jej bułgarskie Bolgorithy. To ona jest powodem cierpienia Klasy Trzeciej, segregacji ludzi i smoków, tej wojny, która zabiła już setki. To przez nią Atlas nie żyje.

Hollingsworth podaje mi kartkę.

To moje najnowsze tłumaczenie dla Akademii, robię ich kilka dziennie na wypadek, gdyby inspektor wojenny zażądał wglądu w pracę Penelope Hollingsworth. To oświadczenie w drageoir, przesłane z Francji, potępiające sojusz Wyvernmire z bułgarskimi smokami. Kanclerka potraktowała je czerwonym piórem, skreślając i podkreślając słowa.

– Co jest z tym nie tak? – pytam.

– Twoje tłumaczenie jest zbyt dosłowne, Vivien. – Gładzi swoje srebrne, drobne loki. – Trudno oczekiwać, by je zatwierdzono.

– Zbyt dosłowne? – Wpatruję się w jej poprawki.

Smoki Trzeciej Republiki Francuskiej są oburzone rozczarowane brytyjskim sojuszem z niemoralnymi kontrowersyjnymi smokami Bułgarii.

– Ale… zmieniła pani sens – zauważam. – Źle pani przetłumaczyła to oświadczenie.

– Zinterpretowałam je inaczej niż ty, a to jest prawo tłumacza.

Szukam na jej twarzy śladu humoru, jakiegokolwiek znaku, że mnie testuje.

– Obowiązkiem tłumacza jest przekładanie w kontekście, nadanie słowom znaczenia zamierzonego w języku źródłowym albo przynajmniej zbliżenie się do niego na tyle, na ile to możliwe – przypominam. – Akademia ma obowiązek tłumaczyć i publikować wszelką korespondencję, która nadchodzi od zagranicznych smoków.

– Zapominasz, że Akademią kieruje obecnie rząd Wyvernmire – odpowiada ostro Hollingsworth. – Jej definicja obowiązku nie jest taka sama jak twoja.

Rzucam kartkę na biurko.

– Więc puści to pani płazem?

– Jeśli chcę utrzymać mój wizerunek, muszę – odpowiada.

Wraca do biurka i siada, a jej wzrok na chwilę zatrzymuje się na moim szkicu.

– Język jest bronią, Vivien. Wyvernmire używa go i ty także wkrótce będziesz. W istocie może to być ostatnia broń, jaka pozostała rebelii.

– Kiedy wyśle mnie pani na Cannę? – pytam. – Nauczyłam się mowy wiwern najlepiej, jak potrafię. Czy rebelianci już je odnaleźli?

Hollingsworth upija łyk herbaty i się krzywi.

– Zimna – mamrocze.

Przerzuca stos papierów, ignorując moje pytanie. Czuję, jak szyja oblewa mi się rumieńcem gniewu. Czy zapomniała, co mówiła, gdy mnie tu sprowadziła? „Twoje zdolności lingwistyczne są najlepszą szansą Koalicji”.

Wracam do dziennika. Lata nauki, moje języki, moje tłumaczenia, wszystko prowadziło do tego. Do nawiązania kontaktu z wiwernami hebrydzkimi i ocalenia Brytanii. Atlas wierzył, że moje języki to sposób, w jaki przejawia się moje powołanie do miłości, a ojciec powiedział mi kiedyś, że mnie ocalą.

Na co więc Hollingsworth czeka?

Oczekuje, że będę pracować dla Koalicji, a traktuje mnie jak dziecko.

Mój wzrok pada na liścik Hyacinth i zastanawiam się, czy moja czarna spódnica i sweter uszłyby za strój na przyjęcie.

Skoro Hollingsworth chce rebeliantki, to dostanie rebeliantkę.

DWA

Jednym z przywilejów bycia Penelope Hollingsworth jest to, że mogę zarekwirować dowolny automobil kanclerki prowadzony przez jej najwierniejszych Strażników Pokoju. Nie mają pojęcia, że kobieta, której służą, jest potajemnie przywódczynią Ludzko-Smoczej Koalicji. O zmierzchu żegnam się z doktor Hollingsworth, lecz ona ledwie podnosi wzrok znad biurka, mamrocząc do siebie w chmurze dymu papierosowego. Strażnik na miejscu kierowcy wita mnie skinieniem głowy i uśmiechem, gdy wsuwam się na tylne siedzenie pokryte zimną skórą, która ziębi mi nogi.

– Czyżby wycieczka na kolację, panno Hollingsworth? – pyta, kiedy silnik ryczy, budząc się do życia.

– Tak – odpowiadam. – Proszę na Churton Street, Johnstonie.

Serce trzepocze mi w piersi, lecz Johnstone nie komentuje faktu, że jestem na zewnątrz po godzinie policyjnej.

Najwyraźniej najnowsze restrykcje nie dotyczą Klasy Pierwszej.

Przyjaciel Hyacinth, George, mieszka w górnej części Pimlico, należącej do Klasy Pierwszej i graniczącej z Belgravią oraz Westminsterem, podczas gdy ja mieszkam w tej dolnej, najbliżej Tamizy. Automobil sunie ulicami Londynu, obok Hyde Parku, gdzie Strażnicy Pokoju i smoki podnoszą o zmierzchu jakiś posąg z ciężarówki. Wyglądam przez okno, gdy irlandzki Bazyliszek zarzuca lśniący biały kamień na grzbiet, i zastanawiam się, czy pracuje ze Strażnikami Pokoju, czy dla nich. Różnica jest dla smoka kluczowa. Mijamy niezliczone stacje metra i myślę o tym, że mogłabym bez trudu wsiąść do metra i dojechać nim aż do więzienia Highfall, gdzie wciąż przetrzymywani są moi rodzice i wuj. Lecz Hollingsworth kazała mi przyrzec, że tego nie uczynię. Mówi, że jedyne, co trzyma moich rodziców przy życiu, to nadzieja Wyvernmire, iż zacznę ich szukać.

Kłamstwa premier na mój temat rozeszły się wśród jej Strażników Pokoju i polityków, a wkrótce może uwierzyć w nie całe społeczeństwo. Że Ludzko-Smocza Koalicja współdziała z młodą tłumaczką, która jest przeciw Brytanii i przeciw pokojowi, z tłumaczką, która użyje swych języków draconickich, by pomóc smokom przejąć władzę.

Dzięki Wyvernmire jestem najbardziej poszukiwaną rebeliantką Londynu.

Wyciągam z kieszeni małą, kwadratową fotografię. Spogląda na mnie okrągła, rumiana twarz Ursy, okolona blond warkoczykami. Podarunek od doktor Hollingsworth, wykradziony z rządowych akt mojej rodziny. Już dawno wycałowałam z papieru wszelki połysk.

Zatrzymujemy się przed domem otoczonym kamiennymi filarami. Na zewnątrz dostrzegam Hyacinth i jej brata, Edwarda. Znam go dość dobrze, choć był podejrzliwy wobec mnie, kiedy Hy powiedziała mu, że jestem bratanicą doktor Hollingsworth. Nie sądzę, by do końca w to wierzył, ale w takim przypadku widok mnie wysiadającej z automobilu Strażników Pokoju powinien utwierdzić go w moim kłamstwie. A kłamać muszę, choć uwiera mnie oszukiwanie ich obojga. Gdyby wyszło na jaw, że asystentka kanclerki jest rebeliantką, skandal byłby ogromny i prawdziwa tożsamość Hollingsworth jako przywódczyni Koalicji zostałaby odkryta.

– Dziękuję, Johnstonie – mówię. – Nie musisz czekać.

– Pen? – woła niemal śpiewnie Hyacinth. – O rany, przyszłaś!

Wymuszam uśmiech i staram się nie poprawić spódnicy z poczucia niezręczności. Wygląda skromnie przy różowej satynowej sukni Hyacinth.

– Dobry wieczór, Penelope – odzywa się Edward z pewnym skrępowaniem.

Nosi złoty zegarek i prążkowany garnitur w mało twarzowym odcieniu żółci. Włosy ma w takim samym jasnym odcieniu blond jak siostra, jego oczy są zbyt szeroko rozstawione. Z kieszeni na piersi wystaje mu pojedynczy pędzel.

„Uważa się za głodującego artystę”, żartowała ze mną Hyacinth parę dni temu. „Dlatego ubiera się jak Klasa Trzecia”.

Nie zawracałam sobie głowy poprawianiem jej, że Klasa Trzecia nie nosi garniturów. Już wcześniej wymykałam się na spotkania z Hyacinth, ale ona nie wie, że to samo robiłam z jej bratem. Nie wie, że widuję się z nim po zmroku.

– Bez współlokatorki? – pyta swobodnie.

Waham się.

– Nie. Ona… to raczej nie jest typ imprezowiczki.

Dzwonimy, a drzwi otwiera pokojówka. Ledwie wpychamy przepustki klasowe do kieszeni płaszczy i zaraz znowu zostają nam odebrane.

– Gotowa poznać nowych znajomych, Penelope? – pyta Hyacinth. Stuka mnie w nos idealnie wypielęgnowanym palcem. – Będziesz bardzo popularna.

Pokojówka prowadzi nas cichym korytarzem oświetlonym starymi lampami gazowymi. Na tle boazerii wznosi się wysoki, groźny zegar z kukułką, a pokojówka popycha drzwi obok niego. W korytarzu rozlega się muzyka, gdy Hyacinth chwyta mnie za rękę i wciąga do środka. Głowy obracają się ku nam przez chmury dymu papierosowego, a nowoczesność kontrastuje z korytarzem, którym przyszłyśmy: żyrandol rzuca ładne światło elektryczne, kilka dziewcząt wyleguje się na zielonych aksamitnych sofach, eksponując gołe ramiona i długie nogi.

– Hyacinth, skarbie! – piszczy jedna z nich.

Dwóch młodych mężczyzn, grających w karty i z papierosami tlącymi się w ustach, podnosi wzrok na dźwięk imienia mojej kompanki. Niespodziewanie Hyacinth całuje dziewczęta, one całują ją, a potem mnie, przyciskając lepkie wargi do mojego policzka i pytając o imię, ich skóra pachnie ciepłym szampanem i drogimi perfumami. Nigdy nie spędzałam wiele czasu wśród Klasy Pierwszej, zanim poznałam doktor Hollingsworth i Hyacinth, chyba że liczy się dzielenie dormitorium z Sereną w Bletchley Park, a teraz oto stoję wśród nich. Łapię spojrzenie Edwarda, on przewraca oczami. Najwyraźniej siostra i na nim wymogła dzisiejszą obecność.

– Penelope pracuje ze mną – oznajmia Hyacinth.

– Och, kolejna sekretarka – chichocze jedna z dziewcząt.

– Właściwie to bratanica kanclerki Akademii Lingwistyki Draconickiej – odpowiada Hyacinth, a jej uwodzicielskie spojrzenie nagle się wyostrza.

Dziewczyna zapada się z powrotem w siedzenie, a ja posyłam jej przepraszający uśmiech. Hyacinth, jak się zorientowałam, ma posadę tylko dlatego, że tego chce. Jako pierwszoklasowa dziedziczka, córka właściciela prężnie działającej drukarni, ma przed sobą przyszłość żony równie zamożnego mężczyzny z Klasy Pierwszej. Na razie jednak najwyraźniej udaje, że jest inaczej.

Chłopak o potarganych włosach podchodzi do nas pewnym krokiem, a Hyacinth pozwala mu ucałować swój policzek. Czuję, że się rumienię – nie miałam pojęcia, że wśród Klasy Pierwszej taka fizyczna poufałość uchodzi za rzecz zwyczajną. Chłopak podaje mi rękę, a ja ją ściskam.

– George Beecham – przedstawia się z ciepłym uśmiechem.

– Penelope Hollingsworth – odpowiadam z wyschniętym gardłem.

A jeśli widział listy gończe z moim wizerunkiem?

– Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że przyszłam tu z Hyacinth – dodaję pospiesznie.

Patrzy na mnie z rozbawieniem.

– Skądże.

Inni chłopcy porzucają napitki i gry, by się przywitać, wszyscy eleganccy, z włosami gładko zaczesanymi do tyłu i akcentem będącym bez wątpienia skutkiem lekcji dykcji od dziecka. Wszyscy są przystojni, lecz nie w ten sposób, w jaki był Atlas. Żaden nawet nie jest temu bliski. Hyacinth wypuszcza ciche westchnienie i nagle w jej stronę wysuwa się tuzin papierośnic. Ona się nie spieszy, zawiesza wzrok na każdej, po czym wybiera papierosa z brązowego etui ze srebrnym zapięciem. Właściciel uśmiecha się z zadowoleniem, a ja unoszę brew.

– Jesteś gorszycielką – szepczę do ucha Hyacinth.

Szczerzy zęby w uśmiechu. George wciska mi w dłoń kieliszek szampana, a ja kiwam głową w niezręcznym podziękowaniu. Czy on widzi, że nie jestem jedną z nich?

Jakie pogawędki prowadzi Klasa Pierwsza?

– Uczęszczasz na uniwersytet? – pytam.

Oczywiście, że studiuje. Wszyscy mężczyźni Klasy Pierwszej coś studiują, czekając na przejęcie ojcowskich majątków.

– Studiuję prawo – mówi z przekąsem. – A ty?

Jedna z dziewcząt wybucha piskliwym śmiechem, rozlewając połowę szampana na ramię chłopaka, który ciągnie ją na sofę.

Myśl, zanim się odezwiesz, Viv.

– Pomagam kanclerce przy pisaniu artykułów Dekretu babelskiego – odpowiadam.

To nieprawda, ale brzmi imponująco. A tu, w tym wielkim domu, wśród tylu ludzi Klasy Pierwszej, nagle czuję potrzebę, by im imponować. Zawsze tak było, prawda? Imponuj rodzicom albo zostaniesz ukarana. Imponuj nauczycielom albo cię zdegradują.

George gwiżdże cicho.

– Hy mówi, że jesteś bratanicą Hollingsworth.

Kiwam głową.

– Skąd jesteś?

– Z Oksfordu – odpowiadam, kolejne kłamstwo wymyka mi się z ust. On przytakuje zamyślony.

– Mogę o coś zapytać?

Przełykam ślinę.

– Skoro twoja ciotka jest kanclerką Akademii Lingwistyki Draconickiej, która istnieje po to, by poznawać smocze mowy i je zachowywać, to czemu w ogóle pisze Dekret babelski?

Mrugam, po czym badam jego twarz, szukając choćby cienia emocji, które zdradziłyby mi, gdzie leży jego pierwszoklasowa lojalność. Uśmiecha się łagodnie.

– Nie mam nic złego na myśli. Po prostu założyła Akademię, by ułatwiać ludziom relacje ze smokami. Dlaczego więc miałaby zakazać nam mówić ich językami, skoro to właśnie temu poświęciła życie?

– Ona ich nie zakazała – wyrywa mi się. – Premier to zrobiła. Moja ciotka…

Ostrożnie.

– Moja ciotka jedynie wykonuje polecenia.

– Naturalnie – mówi życzliwie George. – Ale to zastanawiające, co Wyvernmire sobie myśli.

Czuję, że zaczynam go lubić. Biorę łyk szampana i bąbelki musują mi w ustach.

– Spotkałaś ją? – pyta. – Mam na myśli premier.

Biorę następny łyk.

– Kilka razy. Ona nie rozumie wagi smoczych mów. Sama nie posługuje się żadną.

Oczy George’a błyskają.

– A ty?

– Kilkoma – przyznaję ze wzruszeniem ramion.

Szczerzy się.

– A więc naprawdę jesteś bratanicą Hollingsworth.

Szampan rozlewa się po moim ciele przyjemnym ciepłem i nagle czuję się odważniejsza, bardziej przekonująca. Jestem rebeliantką pod przykrywką, rozmawiam na przyjęciu Klasy Pierwszej i nikt nawet nie spojrzał na mnie dwa razy. Poza George’em. Zerkam na niego spod rzęs.

– Oczywiście, że jestem – mówię słodko. – A ty znasz jakieś języki?

– Mówię trochę po francusku. Moje ulubione słowo to dépaysement.

– Co to znaczy? – pyta Hyacinth, wyrastając przy moim ramieniu.

– Być zdezorientowanym, w nawiązaniu do tęsknoty za domem – odpowiadam. – Ale to mocniejsze znaczenie. Nie umiem znaleźć słowa, które w pełni by je oddało. Dosłownie znaczy „poza krajem”.

– Jak wyobcowany albo zagubiony? – wtrąca Hyacinth.

– Prawie – odpowiadam z ożywieniem. – Ale nie całkiem.

– Czyli to słowo jest nieprzetłumaczalne?

Kręcę głową.

– Nic nie jest nieprzetłumaczalne. Pozwól, że pomyślę…

– To nieistotne – wtrąca chłopak od papierosów Hyacinth. Zdaje mi się, że ma na imię Stephen. – Nie w świetle nowego artykułu Dekretu babelskiego.

O czym on mówi?

– Ogłoszą to rano. Mój brat jest Strażnikiem Pokoju, opowiedział mi wszystko – kontynuuje Stephen. – Zrobienie z języka slavidraneishá narodowego smoczego języka Brytanii? Z mowy bułgarskich smoków? Co premier wyprawia? Angielski i wyrmeriański są językami Imperium, nie jakaś słowiańska paplanina.

Zamieram.

Slavidraneishá ma być nową narodową smoczą mową? To nie może być prawda. Wiedziałabym, Hollingsworth by mi powiedziała.

George kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Wszystko w porządku? Okropnie pobladłaś.

Pospiesznie kiwam głową.

– Dla ciebie to też nowina? – pyta łagodnie.

– Nie – niemal warczę. Spotykam jego spojrzenie i wymuszam uśmiech. – Ale reszta z was nie powinna o tym wiedzieć. – Skinieniem wskazuję Stephena. – Jeśli jego brat ma informacje, co się dzieje w gabinecie kanclerki, to skąd pewność, że rebelia tego nie wie?

– Oto, do czego dochodzi, gdy kobieta zajmuje stanowisko premiera, jak mniemam – wtrąca ze znudzeniem Stephen.

Otwieram usta, po czym je zamykam, gdy Hyacinth klepie go w ramię. On się uśmiecha i całuje ją w policzek, zanim ta zdoła go powstrzymać.

George dolewa mi do kieliszka.

– Stephen uważa, że Wyvernmire należy postawić w stan oskarżenia. Uważa, że nie nadaje się do rządzenia, a jej bułgarski sojusz i Dekret babelski są tego dowodem.

– Większość Klasy Pierwszej popiera to rozporządzenie – mówię.

Czyż nie?

Stephen posyła mi lodowate spojrzenie.

– Nie wszyscy nienawidzimy smoków.

– Oczywiście, że nie – dodaję szybko. – Ale to Klasa Pierwsza poprowadziła Wyvernmire ku władzy. To oni… – urywam i poprawiam się – my jesteśmy powodem, dla którego Brytanią rządzą teraz ograniczenia w komunikacji, choć jej różnorodność językowa ma za sobą stulecia.

– Ojciec mówi, że wszyscy jesteśmy teraz kolaborantami – odpowiada Stephen.

– Bzdura – dodaje George. – Premier kontroluje Bułgarów, nie odwrotnie.

Przełykam szampana. Ta rozmowa robi się niebezpieczna, a trunek uderzył mi do głowy. Każe mi tańczyć na ostrzu prawdy. Każe mi chcieć powiedzieć temu idiocie Stephenowi, kim jestem.

– Spotkałeś kiedyś bułgarskiego smoka? – pytam George’a. – Prawdziwego, na żywo?

Uśmiecha się kpiąco.

– Tak, w istocie. Mój ojciec ma z nimi do czynienia na co dzień.

– A rozmawiałeś z którymś?

– Tak.

Utrzymuję jego spojrzenie, gdy znów napełnia mój kieliszek.

– A leciałeś z którymś?

Oczy George’a łagodnieją i wiem, że mam go w garści.

– Oczywiście, że nie. – Uśmiecha się. – Zamierzasz mi powiedzieć, że ty leciałaś?

– Nie – kłamię.

– Słyszałam, że Wyvernmire leciała! – piszczy jedna z dziewczyn.

George kręci głową.

– Spośród wszystkich smoków bułgarskie Bolgorithy byłyby ostatnimi, które pozwoliłyby człowiekowi ich dosiąść. A Wyvernmire nie musi. Ma je, by jej strzegły, by zapewniły jej bezpieczeństwo gdzieś w mieście, kiedy układa plany bitwy, które zmiotą rebelię.

– Nie na długo – wtrąca Stephen.

Czuję, jak wszyscy w pokoju zwracają ku niemu uwagę, i widzę, jak na jego twarz wylewa się zachwyt zainteresowaniem.

– Co masz na myśli? – mówi chłodno Edward.

– Generał Goranov będzie chciał ją usunąć z drogi, czyż nie? Żeby Bolgorithy mogły przejąć stolicę.

George prycha głośno.

– Goranov wykonuje rozkazy Wyvernmire, ty skricie. Może i rządzi w Bułgarii, ale w Brytanii panują ludzie. Premier jedynie wykorzystuje Bułgarów do własnych celów. Sojusz jest starannie przemyślany i kiedy…

– Ale tu się mylisz, Beecham – przerywa Stephen. – Wyvernmire to nie premier Goranova, tylko jego marionetka. – Kpiąco wykrzywia usta. – Jak niby przekonał ją, by mianowała go Naczelnym Smokiem Państwa?

Naczelny Smok Państwa.

– Stawiają mu pomnik w Hyde Parku.

– Pen, wszystko w porządku?

Wpatruję się w bąbelki w kieliszku, a wzrok mi się rozmazuje. Wyvernmire stworzyła tytuł, suwerenne stanowisko, dla generała Goranova? Czemu oddałaby bułgarskiemu smokowi władzę nad tym, jak kraj ma być prowadzony? Czuję, że robi mi się słabo.

– Zemdleje? – szepcze ktoś.

Czy rebelia o tym wie? Czy Hollingsworth wie?

– Och, na litość boską, dajcie jej trochę przestrzeni!

Oddech Hyacinth przy mojej twarzy pachnie słodyczą.

– Kochana, wszystko dobrze? – Jej policzki są rozgrzane od ciepła albo alkoholu, a włosy skręcają się przy jej uchu.

Nie ma pojęcia, co to oznacza.

– Zabiorę ją na zewnątrz, niech zaczerpnie powietrza – mówi George.

Lecz Hyacinth kręci głową.

– Nie – oznajmia stanowczo. – Edward.

Jej brat staje przede mną i podaje mi ramię. Chwytam je i pozwalam mu wyprowadzić się na korytarz. Gdy drzwi się za nami zamykają, a pokojówka podaje mi płaszcz, ktoś podkręca muzykę. Na zewnątrz latarnie uliczne pogaszono na czas zaciemnienia po godzinie policyjnej, by utrudnić rebelii ataki. Świeże powietrze sprawia, że kręci mi się w głowie. Edward zapala papierosa.

– Chcesz?

– Tak – mamroczę.

Edward podaje mi papierosa i podsuwa ogień. Wkładam go między wargi tak, jak widywałam u Hollingsworth, i się zaciągam. Koniec papierosa żarzy się pomarańczowo, a płuca wypełnia mi dym. Panikuję, krztuszę się i łapię oddech.

– Pen, cicho – syczy Edward, zerkając w niebo.

Z łzawiącymi oczami tłumię kolejny atak kaszlu rękawem.

– To obrzydliwe – charczę.

Wyjmuje papierosa z mojej dłoni i wkłada do ust – tak, że pali dwa naraz.

Wycieram oczy.

– Ty jesteś obrzydliwy.

– Dziękuję.

Opieram się plecami o jeden z filarów i przymykam powieki.

– Czyli twoja ciotka ci nie powiedziała?

Otwieram gwałtownie oczy.

– Myślisz, że ona wie?

Edward wpatruje się w ciemne chmury i wzrusza ramionami, dwa papierosy wciąż tlą mu się między wargami.

– Ona i Wyvernmire znają się ponoć jak łyse konie. Zdziwiłbym się, gdyby nie wiedziała, że premier ustanowiła bułgarskiego smoka Naczelnym Smokiem Państwa, cokolwiek to ma znaczyć.

Nie wiesz, jak bardzo się mylisz, mam ochotę powiedzieć.

Patrzy na mnie.

– Tam w środku myślałem, że zamierzasz dać Stephenowi nauczkę.

Przewracam oczami.

– Jest ignoranckim skritem. – Milknę na chwilę. – Masz te…?

Edward klepie kieszeń, kiwając głową, po czym wyciąga plik broszur i mi je podaje. Wydrukowano je czarnym atramentem na kremowym papierze i rozkładają się w moich dłoniach jak książeczka. Parę miesięcy temu podczas zażartej debaty o rodzinnych dialektach smoków Edward i ja odkryliśmy, że żywimy jednakową pogardę dla Dekretu babelskiego, lecz żadne z nas nie śmiało powiedzieć tego wprost, dopóki prawda nie stała się aż nazbyt oczywista.

W obronie wyrmeriańskiego, głosi okładka.

Tak właśnie się buntuję. Piszę broszury broniące wagi zakazanych smoczych języków, a Edward korzysta z ojcowskiej drukarni, by je produkować. Dotąd zrobiliśmy także harpentesę, drageoir i drogarti, najpowszechniejszą indyjską smoczą mowę Brytanii, a Strażnicy Pokoju nie zbliżyli się do odkrycia, kto stoi za nielegalnymi publikacjami pojawiającymi się co dwa tygodnie.

Oto Wyvernmire zakazuje języków na prawo i lewo, nieświadoma, że to właśnie one są tym, czego używa jej najbardziej poszukiwana rebeliantka, by zniweczyć jej plany. Ten cudownie ironiczny fakt pomaga mi wstawać rano z łóżka.

Gdyby Hollingsworth wiedziała, że ryzykuję dekonspirację w taki sposób, mogłaby się dwa razy zastanowić, zanim zrobiłaby ze mnie twarz rebelii.

– Zamierzasz mi powiedzieć, jak będziesz je rozprowadzać? – pyta Edward.

– Nie. – Wsuwam broszury za pas spódnicy i dopinam płaszcz. – Dasz Hyacinth znać, że musiałam wyjść wcześniej?

– Porządnie tobą wstrząsnęło. Może lepiej, żebym cię odprowadził.

– Poradzę sobie. Dzięki, Ed.

Spieszę z powrotem przez Pimlico, trzymając się cieni, by uniknąć Strażników Pokoju pilnujących godziny policyjnej. Po drugiej stronie ulicy leży dzielnica Klasy Trzeciej. Zasypana jest znakami protestu przeciw Dekretowi babelskiemu, oklejającymi elewacje domów w takiej mnogości, że Strażnicy Pokoju nie nadążają z ich zrywaniem. Kilka miesięcy temu zdziwiłoby mnie to, bo Klasa Trzecia nigdy nie miała pozwolenia, by studiować języki na poziomie uniwersyteckim. Lecz teraz myśl, że ci ludzie mieliby nie interesować się lingwistyką ani prawem do wolności słowa, jest niedorzeczna. Drugie języki, dialekty, slang… to wszystko przychodzi naturalnie tym, którzy zamieszkują najuboższe zakątki społeczeństwa, gdzie ludzie troszczą się o siebie nawzajem, gdzie wspólnota rodzi się z rozmowy, a tygle kultur wydają nowe słowa w mgnieniu oka. Mieszkańcy z Klasy Trzeciej, odrzuceni przez Imperium, bo nie są wykształceni, zamożni ani biali, są lingwistami na swój własny sposób.

Skręcam ku Tamizie, gdy rozlega się ryk syreny łodzi rzecznej. Podnoszę wzrok akurat na czas, by zobaczyć olbrzymią sylwetkę na ścieżce przede mną. To bułgarski smok, stoi z pochyloną głową i mówi do pary Strażników Pokoju stojących w jego cieniu. Czuję uderzenie strachu. Wślizguję się w mrok pobliskich drzew i idę najciszej, jak potrafię, przyglądając się smokowi w świetle księżyca. Jest nieco większy od Chumany, zapewne samiec, a na głowie ma srebrną koronę, opadającą w trójkąt między oczami. Po części dziwi mnie, że bułgarskie smoki godzą się nosić tak jawny symbol swego sojuszu z Wyvernmire. Ich skłonność do bogactwa i ozdób niczym u sroki widocznie zwyciężyła z pogardą dla ludzi.

– Ważycie się porzucić swój posterunek? – warczy smok do Strażników Pokoju. – Od tego miejsca aż po South Bank patrole prowadzą wyłącznie Bolgorithy. Nie powinno was tu być.

Zatrzymuję się, zaskoczona jego tonem. To przecież Strażnicy Pokoju Wyvernmire.

– Mamy rozkaz przeszukać tę część Pimlico pod kątem rebeliantów – wyjaśnia jeden ze Strażników. – Smok nie zmieści się w domach.

Słychać świst jak podmuch wiatru i płomienie liżą linię nabrzeża, spowijając Strażnika Pokoju żarzącą się pomarańczową chmurą. Nie ma nawet szansy krzyknąć, bo umiera na miejscu. Padam na ziemię, próbując zdusić w sobie okrzyk. Czuję, jak mięśnie napinają mi się ze strachu, chcę uciec, lecz nie śmiem. Drugi Strażnik wpatruje się przez sekundę w Bolgoritha, po czym odwraca się i umyka. Z piersi smoka dobywa się niski pomruk, gdy odwraca się, by spojrzeć ponad Tamizą. Mija mnie, a jego długi, kolczasty ogon ciągnie się po ziemi, wzbijając chmary kurzu. Czuję kwaśny zapach palonego mięsa. Nie ruszam się, kolana mam wilgotne od trawy, czekam, aż serce przestanie mi walić. Potem chwiejnie podnoszę się na nogi i resztę drogi pokonuję biegiem, starając się nie myśleć o tym, kto może mnie obserwować z nieba. Czy Bolgorithy stoją już ponad armią Wyvernmire, skoro Goranov jest Naczelnym Smokiem Państwa?

Sweet Street okazuje się pusta, a jednak wzdrygam się, gdy popycham ciężkie żelazne drzwi prowadzące do cukrowni, ich zgrzyt w ciszy brzmi jeszcze głośniej. Wspinam się metalowymi schodami jednej z najstarszych londyńskich fabryk, aż trafiam do ogromnej, opuszczonej przestrzeni. Potem po omacku szukam zapałki i zapalam latarenkę, którą wieszam na złamanym gwoździu w ścianie. Pomarańczowa poświata rozlewa się w mroku, odsłaniając spróchniałe deski podłogi i belki krzyżujące się nade mną. W powietrzu miesza się zapach dymu, syropu cukrowego i czegoś jeszcze, nagle czuję, że szampan chlupocze mi w żołądku. Słyszę chrzęst.

– Wróciłam – wołam, zrzucając płaszcz.

Podłoga drży, a z krokwi sypie się pył, kiedy zza zardzewiałego trzymetrowego zbiornika na cukier wyłania się ogromny kształt.

Moja współlokatorka.

Chumana.

W OBRONIE WYRMERIAŃSKIEGO

Przychodzi nam teraz zwrócić się ku jednemu z najbardziej nieoczekiwanych dialektów, temu, którego nigdy nie przyszło nam do głowy bronić, z uwagi na jego status narodowego smoczego języka Brytanii oraz uznany tytuł draconickiego bliźniaka języka Szekspira… WYRMERIAŃSKIEGO.

A jednak, odkąd premier Wyvernmire zarządziła, że w rozmowie ze smokami dozwolony jest jedynie angielski, i odkąd smoki masowo opuściły stolicę kraju, wyrmeriański stał się zaledwie szeptem na wietrze. Jest językiem-duchem i jeśli nie zdołamy wyzwolić się spod ignoranckich rządów Adrienne Wyvernmire, zostanie skazany na pogrzebanie na tym samym cmentarzu co sanskryt czy aramejski albo spotka go los tego, co uczeni nazywają językiem klasycznym: będzie muzealnym trofeum, podziwianym i studiowanym obok łaciny oraz starożytnej greki, a jednak ostatecznie chowanym z powrotem do gabloty, by już nigdy nie wybrzmiał głośno.

Należący do gałęzi języków germańskich Morza Północnego, obejmującej staroangielski – a więc język starszy niż współczesny angielski – wyrmeriański nie jest jedynie smoczym językiem Brytanii, lecz jej bijącym, draconickim sercem. Wyrmeriański to język negocjacji i handlu w Royal Victoria Docks. To język brytyjskiego lotnictwa – wyrmeriańskie słowo finn, używane na określenie piór lotnych w ogonie smoka, zostało bowiem zapożyczone przez angielszczyznę w celu nazwania części usterzenia samolotu. To język, którym posługiwał się Królewski Smoczy Doradca królowej Beatrice – ten sam, który podał się do dymisji po zerwaniu Porozumienia Pokoju. To kołysanka szeptana niegdyś pisklętom zachodnich smoków, które zakładały gniazda wzdłuż Tamizy w czasach, gdy były szanowanymi członkami brytyjskiego społeczeństwa. Te pisklęta nazywano fersc, wyrmeriańskim słowem oznaczającym „nowy”. Określa ono nowość w sposób charakterystyczny wyłącznie dla niemowląt i zostało zapożyczone ze staroangielskiego, gdzie znaczyło „świeży” i „czysty”.

Lecz w Brytanii Wyvernmire nie ma miejsca na taką czystość, na taką niewinność. Nie wtedy, gdy w kraju tym zadomowiły się segregacja gatunkowa, nierówności klasowe i zbrodnie przeciw smokom.

Czy wy, Brytyjczycy, będziecie stać bezczynnie i patrzeć na unicestwienie naszego najbardziej złożonego smoczego języka, praojca brytyjskiego draconickiego? Czy też, w imię patriotyzmu i zachowania języka, podniesiecie bunt?

TRZY

Łuski Chumany w odcieniu truskawkowym lśnią w świetle lampy, śliskie od naturalnej oleistej wydzieliny chroniącej skórę przed ich szorstkimi krawędziami. Zniknęły strupy, które niegdyś ciągnęły się wzdłuż jej nóg – skutek lat spędzonych w zamknięciu w ciemnej bibliotece – a jej zęby są oblepione krwią. Gdy powiedziałam doktor Hollingsworth, że chcę mieszkać gdzieś z dala od luksusów Klasy Pierwszej, bo te przypominają mi Bletchley Park, uparła się, by Chumana mi towarzyszyła. Przeskakuję wzrokiem na truchło młodego jelenia za różowym smokiem i żołądek podchodzi mi do gardła.

A więc to stąd ten zapach.

Unoszę brew.

– Bon appétit.

Chumana obserwuje, jak idę do prowizorycznego kącika salonowego w rogu magazynu i przebieram się w koszulę nocną. Od strony rzeki dmie wilgotny wiatr, wpadający prosto przez brakującą ścianę na końcu pomieszczenia. Została wyburzona podczas ataku rebelii, zanim się tu wprowadziłyśmy. Nie możemy jej zamurować, bo to jedyne wejście do budynku, przez które Chumana się mieści. W metalowej beczce pali się niewielkie ognisko. Zerkam kątem oka, jak smoczyca wraca do zdobyczy i przytrzymując ją za poroże, zębami zdziera pasma mięsa. Zapach ciepłej krwi jest przytłaczający. Nalewam sobie szklankę wody z dzbana i siadam pośród sterty koców, patrząc, jak bułgarski smok, z którym mieszkam, miażdży czaszkę jelenia między szczękami.

– Chumano – zaczynam.

Przestaje żuć, a krew ścieka jej po brodzie, gdy leniwie przenosi na mnie wzrok.

– Wyvernmire mianowała generała Goranova Naczelnym Smokiem Państwa.

Z jej gardła dobywa się niski pomruk.

– Wiem.

Czuję ucisk w sercu. Oczywiście, że wie.

Więc czemu tylko ja nie wiedziałam?

– Dlaczego zrobiła coś takiego?

Chumana oblizuje wargi.

– Wierzy, że gdy będzie mieć u boku bułgarskiego Bolgoritha, zapewni jej to potęgę na arenie światowej.

– I zapewni?

– Zrobi z niej zagrożenie – wzdycha. – Brytania będzie znienawidzona za sojusz z Bułgarią, ale stanie się również postrachem.

– Poza tym ustanowiła język slavidraneishá narodowym smoczym językiem naszego kraju – dodaję, gdy Chumana wraca do jedzenia.

– Dziwi cię to?

– Więc brytyjskie smoki nie mogą posługiwać się własnymi językami, ale bułgarscy najeźdźcy już tak?

Między zębami Chumany głośno trzaska kość.

– Wyvernmire zrobi wszystko, co konieczne, by utrzymać kontrolę – syczy. – Odkąd zdradziła królową Ignacię, żaden brytyjski smok nie ma obowiązku pozostać wobec niej lojalny. Ignacia może odmawiać sojuszu z rebelią, ale wciąż pragnie zemsty na rządzie. A jeśli chodzi o ludzi, niższe klasy dołączają do rebelii, a Klasa Pierwsza także zaczyna podważać Wyvernmire.

– Dlatego każe Hollingsworth pisać artykuły Dekretu babelskiego – wnioskuję gorzko. – Chce wiedzieć, co wszyscy mówią.

Chumana prycha.

– Asymilacja poprzez język to ludzka taktyka stara jak świat. Być może tę wojnę stoczy się językami, nie szponami czy zębami. Dlatego Rita Hollingsworth wybrała ciebie na swoją Jaskółkę.

– Swoją Jaskółkę? – powtarzam.

– Tak cię nazywa. Tak nazywa cię rebelia. – Chumana znów podnosi głowę, a jej uśmiech jest pełen krwi. – Nie podoba ci się?

– Chce, żebym była twarzą rebelii, a nie raczy mi niczego powiedzieć – mamroczę. – Dalej nie chce mnie wysłać na Cannę. Po co mam się uczyć języka wiwern hebrydzkich, skoro nigdy nie będę miała okazji go użyć?

– A więc zakładasz, że jesteś gotowa stanąć oko w oko z watahą wiwern? – prycha Chumana.

– Czytałam opisy Clawtaila na ich temat: o ich zachowaniu, kulturze oraz środowisku, i znam już podstawowy cannairski, więc…

– Zapominasz, że to smoki, smoki ze skrzydłami, zębami i apetytem na mięso. A ty jesteś tylko dziewczyną.

– Tylko dziewczyną? – prycham. – Czemu wszyscy zapomnieli, co zrobiłam w Bletchley Park, co Atlas i ja…

Milknę, gdy wspomnienia znów wracają. Czuję, że zaraz zacisną mi na gardle zimne dłonie i mnie uduszą.

– Mogłybyśmy polecieć na Cannę razem, prawda? – ciągnę. – Możemy polecieć dziś w nocy. A jeśli ja nie zdołam przekonać wiwern, by nam pomogły, to może tobie się uda. Uznają cię za jedną ze swoich.

Kurczę się pod ognistym spojrzeniem Chumany. Wpatruje się we mnie, z jej posiłku nie zostało nic prócz kilku lśniących białych kości i czerwonej plamy na podłodze.

– Uprzejmie proszę – warczy – abyś nie porównywała mnie do wiwerny. To uparte, chimeryczne, dwunożne stworzenia.

– Ja mam dwie nogi – przypominam, przełykając śmiech. – To znaczy, że jestem uparta i chimeryczna?

– A jednak – ciągnie, ignorując mnie – lepiej, żebyś ich nie lekceważyła. Wiwerny są dumne, dumniejsze niż jakikolwiek inny gatunek. Gromadzą wiedzę tak, jak Bolgorithy zbierają bogactwa, jakby same wynalazły inteligencję i należała im się za to nagroda. Polują w stadach i są tak zwinne i metodyczne, jakby posiadały jeden umysł.

Jej oczy padają na moją twarz i czuję, jak mój uśmiech znika.

– Żadnej nie przechytrzysz i żadnej nie uciekniesz.

– Czym się różni wiwerna od smoka, poza liczbą nóg?

– Wiwernom brak samotniczej natury smoków – odpowiada Chumana. – Nie żyją wedle żadnej maksymy. To gatunek impulsywny i nieprzewidywalny, ich ciała są mniejsze, bardziej giętkie niż te smocze. Widziałam, jak jedna z nich w pogoni za ofiarą przeciska się przez najwęższą szczelinę. Podejrzewam, że te konkretne wiwerny…

– Hebrydzkie – podsuwam.

– …da się znaleźć jedynie wtedy, kiedy same tego zechcą.

– W dzienniku Clawtaila jest informacja, że wiwerny hebrydzkie mówią tylko jednym językiem. Wiedziałaś o tym?

Chumana warczy.

– Jedynym równie leniwym gatunkiem pod kątem nauki języków są bułgarskie Bolgorithy, i to tylko dlatego, że porozumiewają się w znacznej mierze poprzez echolokację.

– Leniwym. Cóż za komplement, serce mi rośnie – drwi Chumana.

– Wiesz, że nie mam na myśli ciebie – odpowiadam. – Hollingsworth twierdzi, że armia Goranova rozstawia oddziały w grupach rodzinnych, bo silna więź emocjonalna pozwala im sprawnie porozumiewać się na duże odległości. – Zerkam ukradkiem na Chumanę. – Słusznie zrobiłaś, że nam o tym powiedziałaś. Że koinamens to coś więcej niż tylko język. Wiesz, że już nigdy nie spróbuję go tłumaczyć.

Gdy nie odpowiada, podsuwam ku niej stos broszur, które dał mi Edward.

– Dostarczysz je dla mnie? Dziś w nocy?

Wciąga powietrze.

– Nikt mi nie powiedział, że mieszkanie z tobą będzie oznaczało zostanie przerośniętym dracovolem.

– Cóż, jesteś najbardziej niepozornym dracovolem rozmiaru smoka, jakiego znam.

Skinieniem głowy wskazuję srebrny kawałek metalu leżący w kącie. Chumana niechętnie wsuwa pysk pod koronę i zarzuca ją na głowę. Ze srebrnym szpicem między oczami wygląda dokładnie jak jeden ze smoków Wyvernmire. Znalazłam tę wgniecioną ozdobę na ulicy po rebelianckim ataku, a kiedy przytargałam ją tutaj, Chumana swoim ogniem ukształtowała ją tak, by wróciła do pierwotnego wyglądu. Dziwi mnie, że to nie z polecenia Hollingsworth zyskała taką koronę, bo dzięki temu nocne loty Chumany są jeszcze mniej zauważalne. Czy jej się to podoba, czy nie, smoczyca jest kluczowa dla Hollingsworth, bo tylko ona potrafi nasłuchiwać Bułgarów, gdy używają koinamensu. Rozumie jedynie najprostsze zawołania, gdyż nie jest z żadnym z nich związana, ale to wystarczy, by dowiedzieć się, gdzie wystawiają patrole albo gdzie uderzą w następnej kolejności.

Chwyta broszury w zęby i człapie ku brakującej ścianie. Idę za nią, wiatr szarpie moją koszulę nocną wokół nóg. Zerkam przez krawędź na ciemną ulicę poniżej, potem w górę, w rozgwieżdżone niebo. Chumana przerzuca stosik do szpona.

– Odsuń się – warczy. – Pamiętasz, jak nasłuchiwać Bolgoritha?

– Twoje skrzydła uderzają wolniej – mówię, kiwając głową. – Dwa machnięcia, nie trzy.

– Dobrze. Zgaś lampę.

Chumana schodzi z krawędzi i wzbija się w powietrze. Biorę gwałtowny wdech, gdy przemyka nisko, a jej skrzydła ledwie mieszczą się między rzędami budynków, po czym wzbija się z taką siłą, że krzewy przy ulicy kłaniają się pod tym podmuchem. Wracam do koców na podłodze i je odsuwam. Pod nimi leży jeszcze pięć ukrytych broszur. Wsuwam je do torby. Jutro pokażę je Hollingsworth. Najpierw będzie wściekła, ale zrozumie, jak oddana pozostaję sprawie rebelii. Zrozumie, że jestem gotowa lecieć na Cannę. Zdmuchuję lampę i się kładę.

Wilgotny wiatr przetacza się przez pomieszczenie, usiłując zerwać ze mnie okrycie. Zakopuję się w kocach tak, jak robiłam to w dzieciństwie, gdy spałam na bawełnianych prześcieradłach, a nie na deskach. Ale w cukrowni się nie boję. Wiem, że tu jestem bezpieczniejsza niż gdziekolwiek indziej w Londynie. Gdy wprowadziłyśmy się tu z Chumaną, obie wciąż poranione po bitwie o Bletchley, moje ciało reagowało na każde skrzypnięcie i jęk. Głos Atlasa nawiedzał moje sny, a patrzenie na Chumanę, taką zakrwawioną i poturbowaną, było nieznośnym przypomnieniem tego, jak się czułam. Trzymałyśmy się przeciwnych stron budynku, ja drżąca z zimna pod wilgotnymi kocami, aż pewnej nocy podłoga pode mną zadrżała i na moje ciało opadło gorące skrzydło.

– Nie możesz tak spać w nieskończoność – syknęłam wtedy z goryczą w mrok. – Będę ci tylko przeszkadzać.

– Będziesz mi przeszkadzać bardziej, jeśli umrzesz – padła odpowiedź.

Leżę nieruchomo, słuchając bicia własnego serca i odległego świstu skrzydeł na zewnątrz. Czekam, aż Chumana wróci, aż jej obecność przepędzi myśli, które wślizgują mi się do głowy za każdym razem, gdy zostaję sama; te przypominające mi, że wojna wciąż nie jest wygrana, że moi rodzice wciąż są w więzieniu i że Atlas wciąż nie żyje.

Naczelny Smok Państwa… Jak Brytania ma się kiedykolwiek wyplątać z tego bałaganu?

Ściskam jaskółkę na szyi i znów myślę o broszurach. Chcę tylko zadośćuczynić za swoje błędy: zdradę Sophie, wiarę w kłamstwa o Klasie Trzeciej, tak długie zwlekanie z dołączeniem do rebelii. Chcę tylko wykorzystać drugą szansę, którą obiecała mi Chumana, uczcić pamięć Atlasa, pomagając Koalicji. Ale pisanie o smoczych językach tego nie załatwi. Przypominam sobie, jak Chumana mnie wcześniej nazwała, i się wzdrygam.

Jaskółka?

Co by pomyśleli rebelianci, gdyby wiedzieli, że Jaskółka ukrywa się w domu w Londynie, podczas gdy oni walczą ze smokami? A teraz Goranov rządzi w kraju, a slavidraneishá jest jedynym dozwolonym smoczym językiem. Wciskam twarz w poduszkę i krzyczę. Muszę zrobić cokolwiek.

Coś ciemnego wślizguje się do cukrowni, gdy powieki mi ciążą i czuję dotkliwą pustkę, jakiej nie zaznałam od śmierci Atlasa. Praca dla Hollingsworth, posiadanie celu, było jedyną rzeczą, która trzymała to uczucie na dystans. Lecz teraz pozwalam mu zalać pustą przestrzeń wokół mnie, niech liże drewniane belki niczym zimny, cienisty płomień. Przed oczami staje mi twarz Atlasa z kroplami krwi na białej koloratce. Widzę srebrny rewolwer. Dym. Automobil pędzący między drzewami.

Straszliwe wspomnienia ogarniają mój sen i słyszę własny krzyk w chwili, gdy obok mnie pojawia się łuskowate, ciepłe ciało.

Rozlega się cichy świst płomieni.

Przez moje myśli przelatuje ptak i rozwiewa koszmary, a za jego rozwidlonym ogonem ciągnie się smuga światła.

*

Gdy się budzę, Chumana śpi obok mnie, nad wygaśniętym ogniskiem w beczce wiją się dymne smugi. Różowy świt pada na koce, a mnie podskakuje serce. Zaspałam. Wciągam na siebie ubranie, gdy poranne światło robi się coraz jaśniejsze. Hollingsworth będzie wściekła, że wychodzę po świcie. Chumana chrapie, gdy przestępuję nad jej ogonem i zbiegam metalowymi schodami. Rozpacz po wczorajszych wydarzeniach zaciągnęła mi w żołądku ciasny węzeł, który nie chce puścić. Trzymam głowę nisko, gdy wychodzę ze stacji metra i idę w stronę Claridge House. Dopóki dalej będę wiarygodnie grała rolę Penelope Hollingsworth, kanclerka z pewnością wybaczy mi spóźnienie.

Zwalniam kroku, gdy niemal depczę biały arkusz papieru, a potem dostrzegam kolejne, porozrzucane wzdłuż chodnika. Dopiero kiedy jakaś kobieta schyla się, by podnieść jeden, pojmuję, czym one są. Moje broszury, rozsiane po kilku dzielnicach. Chumana wykonała dobrą robotę.

Mężczyzna w garniturze przechodzi obok, płaszcz ma przerzucony przez ramię, a broszurę przyciśniętą do nosa. Serce mi trzepocze. Strażnicy Pokoju zbierają arkusze do płóciennych worków, ale przechodnie zdążyli już podnieść swoje egzemplarze i także czytają. Jeden Strażnik próbuje wyrwać broszurę starszemu mężczyźnie, a tamten sapie gniewnie:

– Czy czytanie też jest teraz nielegalne?

Dwójka dziewcząt w tradycyjnych bułgarskich strojach zbiera broszury z ziemi, chichocząc do siebie. Przypominają mi postacie z bułgarskiej książeczki z bajkami mamy. Przetłumaczyła mi ją na angielski, gdy byłam mała, przenosząc opowieści z Sofii do Londynu. Skoro egzemplarz mamy zaginął, a wszystkie książki w Bułgarii spalono, tamtejsze oryginalne historie zapewne przepadły na zawsze.

– To jest Anglia! – szydzi jakiś mężczyzna do dziewcząt, gdy rozmawiają. – Więc mówcie po angielsku albo wracajcie do domu!

Jedna z dziewcząt otwiera usta, by mu odpyskować, lecz na pobliskim dachu ląduje Bolgorith i obie umykają. Naciągam szalik na włosy, przechodząc przez jezdnię. Czy Wyvernmire zapomniała, że część brytyjskiej ludności stanowią ocaleni z Bułgarskiej Masakry uchodźcy wraz z dziećmi? To Bolgorithy zamordowały rodzinę mamy, moją rodzinę. Zresztą ten smok, który właśnie wylądował, mógł spalić moją babkę żywcem.

Mijam budynek, którego frontowa ściana została zniszczona, a cegły zasypały ulicę. W środku urzędnik udziela ślubu, a biały welon panny młodej faluje na otwartym powietrzu. Wysoki, piskliwy skowyt każe mi odwrócić wzrok. Na rogu Grosvenor Square zbiera się tłum. Strażnicy Pokoju i cywile oblegają ulicę, a ponad ich głowami wznosi się dym. Krew mi zastyga, gdy skowyt rozlega się ponownie i nie wiedzieć kiedy idę ku tłumowi. Smocze pisklę, niewiele większe od Yorkshire terriera, trzepocze skrzydłami na bruku. Jego błękitne łuski mienią się w słońcu, przyciągając uwagę do skręconego szpona. Potyka się, gdy Strażnik Pokoju trąca go pałką, a z jego nozdrzy ulatuje czarny dym, znak stresu. Zasycha mi w ustach. Jak inni instynktownie zadzieram głowę. Rodzic smoczęcia musi być gdzieś w pobliżu. Gdy Strażnik Pokoju szturcha pisklę ponownie, a jego koledzy się śmieją, część ludzi pospiesznie odchodzi. Gniew bulgocze mi pod skórą. Pisklę umrze ze wstrząsu, jeśli wcześniej go nie zabiją. Robię krok ku nim, a torba wypchana broszurami wali ciężko o moje udo. Węzeł w żołądku się napina, prosząc o ulgę. To moja szansa, by coś zrobić.

Smoczątko piszczy żałośnie.

– Zostawcie je w spokoju! – krzyczę.

Twarze odwracają się ku mnie, a dwóch Strażników Pokoju w hełmach sięga po pałki. Strażnik trącający pisklę robi to znów i tym razem maluch zwija się w kłębek na bruku, z zamkniętymi oczami i drżącym ogonem. Rzucam się naprzód i wyrywam pałkę z ręki Strażnika Pokoju.

– Co ty wyprawiasz?! – wrzeszczy.

Wszyscy naraz ruszają ku mnie, ale ich gniewne krzyki tłumi ogłuszający ryk, który rozdziera powietrze. Ręce same wędrują mi do góry, ludzie krzyczą. Rzucam się ku schronieniu przy wejściu do pobliskiego budynku, lecz Strażnik Pokoju szarpie mnie w tył za kaptur prochowca.

– Puść mnie! – wrzeszczę, gdy ogień liże ulicę.

Wciąga mnie pod łuk prowadzący na prywatny dziedziniec dokładnie w chwili, gdy zachodni smok zniża lot i chwyta smoczątko w szpony. Wrzuca je do rozwartej torby na swoim podbrzuszu, po czym wypuszcza kolejny strumień ognia, który pochłania wszystkich ludzi po przeciwnej stronie ulicy. Sapię gwałtownie, gorące powietrze wdziera mi się do płuc, a Strażnik Pokoju obok mnie krztusi się, wciąż trzymając mój kaptur w zaciśniętej pięści. Kule odbijają się od łusek smoka, gdy inni Strażnicy strzelają bezradnie, ale ogień nie znika, a trzask płonących automobili zagłusza krzyki.

– To twoja wina – syczę do Strażnika Pokoju. – Sprowokowałeś ją.

Próbuję wyrwać się z uścisku, ale torba zahacza o zardzewiały hak wystający ze ściany. Słychać rozdarcie, a potem broszury wysypują się na kocie łby. Strażnik Pokoju spogląda na nie, potem na mnie. Skóra cierpnie mi z przerażenia.

– Jesteś z rebelii – warczy. – Dla kogo pracujesz?

– Dla nikogo! – mówię w czarną przyłbicę. – Ja tylko…

Rozlega się wycie syreny, sygnał ataku. Za chwilę ulica wypełni się ludźmi biegnącymi do schronów przeciwbombowych, tych, z których korzystaliśmy podczas pierwszej wojny. Strażnik Pokoju przypiera mnie do ściany. W powietrzu odzywają się znajome skrzeki.

Nadciąga bułgarski patrol.

Łuk nad nami drży, pył sypie się na głowy i w wejściu pojawia się noga szeroka jak pień drzewa. Czarne szpony są oblepione krwią i brudem. Samica zachodniego smoka powoli opuszcza głowę, aż jej pysk znajduje się na wysokości naszych twarzy.

Nie mam czasu myśleć. Po prostu mówię.

– Próbowałam ocalić twoje dziecko – przemawiam do niej po wyrmeriańsku. – Proszę, ostrzeż moją przyjaciółkę, że mnie aresztują. To rebeliantka, Bolgorith, mieszka w cukrowni przy Sweet Street. Ona powie mojej szefowej, że…