62 osoby interesują się tą książką

Opis

Kiedy jesteś sierotą wojenną świat ma dla ciebie głównie pogardę, odrzucenie, brutalność i ból. Czasem, jeśli akurat masz szczęście, obojętność. Jeśli natomiast do tego jesteś dziewczynką, szczęście ma twoja przybrana rodzina. Zawsze może ubić interes i sprzedać cię na żonę jakiemuś zamożnemu staruchowi.

Rin doświadczyła tego wszystkiego. Jest nikim, jej życie nie ma dla nikogo żadnego znaczenia, nikogo też nie obchodzi jej los. Jeśli chce wydostać się z rynsztoka, w którym się wychowała, ma tylko dwie drogi. Pierwsza wiedzie przez łóżko obmierzłego starca. Druga, przez bramę Akademii Sinegradzkiej – elitarnej szkoły wojskowej. Aby podążyć tą drugą drogą, Rin zrobi wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy. A nawet więcej.

To nie jest historia o potędze nauki, sile przyjaźni czy starciach wielkiej magii.

To jest historia o kołach czasu, które nieustępliwie i bezlitośnie mielą ludzkie losy. I o dziewczynie, która zniszczyła cały mechanizm. Kamieniem, bo na miecz była za biedna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 745

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozbierz się.

– Co? – Rin aż zamrugała.

Urzędnik zerknął na nią znad swojej książeczki.

– Obowiązkowa procedura zapobiegania ściąganiu. Jeśli już musisz, idź do niej. – Wskazał na drugą stronę pomieszczenia, gdzie czekała jego koleżanka.

Rin z całych sił zaplotła ramiona na piersi i podeszła do urzędniczki. Moment później została wprowadzona za parawan i bardzo drobiazgowo przeszukana. Egzaminatorzy chcieli mieć pewność, że nie przemyca ściągawki w żadnym z naturalnych otworów ciała. Na koniec wciśnięto jej do ręki bezkształtny niebieski worek.

– Załóż to – poleciła urzędniczka.

– Czy to naprawdę konieczne? – Podzwaniając zębami, Rin zaczęła się rozbierać.

Fartuch egzaminacyjny okazał się na nią stanowczo za duży; dłonie ginęły w fałdach materiału i Rin musiała kilka razy podwinąć rękawy.

– Tak, konieczne. – Urzędniczka wskazała dziewczynie gestem ławkę. – Przed rokiem aż u dwanaściorga kandydatów znaleźliśmy wszyte w ubrania ściągawki. Musimy się zabezpieczyć. Otwórz usta.

Rin posłusznie wykonała polecenie.

Urzędniczka obejrzała jej język, unosząc go cienkim pręcikiem.

– Żadnych odbarwień, to dobrze. Oczy szeroko otwarte.

– Po co ktokolwiek miałby się narkotyzować przed egzaminem? – zdziwiła się Rin, kiedy urzędniczka zajrzała jej pod powieki. Odpowiedź nie padła.

Zadowolona kobieta odprawiła Rin skinieniem na korytarz, gdzie w niezbyt zdyscyplinowanym szeregu czekali pozostali kandydaci na studentów. Dłonie mieli wolne, a twarze jednakowo ściągnięte niepokojem. Nie przynieśli ze sobą na egzamin żadnych przyborów – ostatecznie pióra można było wydrążyć i ukryć w nich ruloniki z rozwiązaniami zadań.

– Ręce przez cały czas będziecie trzymać na widoku – zadysponował urzędnik, który wyszedł właśnie przed uczniów. – Rękawów nie wolno opuszczać poniżej łokcia. Od tego momentu przestajecie ze sobą rozmawiać. Kto będzie musiał się wysikać, podniesie rękę. Z tyłu sali znajdziecie wiadro.

– A jak srać mi się zachce? – spytał jakiś chłopak.

Urzędnik zmierzył go przeciągłym spojrzeniem.

– No co? – rzucił chłopak tonem usprawiedliwienia. – Egzamin ma trwać dwanaście godzin.

– We wzmiankowanej sytuacji – mężczyzna wzruszył ramionami – postaraj się zrobić swoje po cichu.

Rin była od samego rana zbyt zdenerwowana, by przełknąć choć kęs. Mdłości dostawała już na samą myśl o jedzeniu. Pęcherz i jelita miała puste. Pełen był tylko jej umysł, niemal do rozpuku wypchany oszałamiającą wielością matematycznych wzorów, wierszy, rozpraw i ważnych dat historycznych, które miała przelać na karty egzaminacyjnego kajetu. Była gotowa.

W sali egzaminacyjnej przygotowano miejsca dla setki kandydatów. Ławki ustawiono w schludne rzędy po dziesięć. Na blatach czekały ciężkie kajety, kałamarze i pędzelki pisarskie.

W większości pozostałych prowincji Nikan trzeba było odcinać od świata całe ratusze, by pomieścić tysiące chętnych przystępujących rokrocznie do egzaminu. Małe Tikany było jednak niewielką wioską w Prowincji Koguta, zamieszkaną głównie przez chłopów i obszarników. Tutejsze rodziny zdecydowanie bardziej potrzebowały rąk do pracy w polu niż wykształconych na uniwersytetach darmozjadów. W Tikany od zawsze wystarczała ta jedna jedyna sala.

Rin weszła w ślad za pozostałymi uczniami i zajęła wyznaczone miejsce. Wyobraziła sobie, jak muszą wyglądać z góry: równiutkie kwadraty złożone z czarnych czupryn, identycznych niebieskich fartuchów i brązowych drewnianych stołów. Ujrzała w duchu mrowie bliźniaczych sal rozsianych po całym kraju, pomyślała o tysiącach oczu wpatrzonych z nerwowym wyczekiwaniem w wodne zegary.

Zęby Rin dzwoniły nieprzerwanie, wpadły w obłąkańcze staccato, które – była pewna – musieli słyszeć wszyscy dokoła. I nie trzęsła się wyłącznie z zimna. Ze wszystkich sił zacisnęła szczęki, lecz osiągnęła tyle tylko, że dygotanie rozeszło się po całym ciele, ogarniając dłonie i kolana. Pędzelek drżał w jej dłoni, spryskując blat czarnymi kropelkami.

Chwyciła go mocniej i nakreśliła na okładce egzaminacyjnego kajetu swoje nazwisko w pełnym brzmieniu. Fang Runin.

Nie ją jedną dręczyły nerwy. Już w tej chwili spod tylnej ściany sali dolatywały odgłosy wymiotów. Rin chwyciła się za przegub, zamknęła palce na śladach oparzeń, zaczerpnęła głęboki haust powietrza. Skup się.

Stojący w rogu zegar wodny odezwał się cichym kurantem.

– Zaczynajcie – rzucił egzaminator.

Okładki setki kajetów zafurkotały niczym skrzydła zrywającego się do lotu stada wróbli.

Dwa lata wcześniej, w dniu, w którym mocą arbitralnej decyzji lokalnego sędziego pokoju wypadały czternaste urodziny Rin, przybrani rodzice wezwali ją do swojej części domu.

Prawdziwa rzadkość. Fangowie zazwyczaj ignorowali istnienie Rin, chyba że mieli dla niej akurat jakieś zadanie. Wówczas wydawali polecenia tonem, którym równie dobrze mogli zwracać się do psa. „Zamknij sklep. Rozwieś pranie. Zanieś sąsiadom tę paczkę opium i nie wracaj, dopóki nie wydębisz od nich dwakroć tyle, ile zapłaciliśmy my”.

W fotelu dla gości siedziała kobieta, którą Rin widziała pierwszy raz w życiu. Twarz nieznajomej oprószona była czymś, co wyglądało jak mąka ryżowa; jej bladość podkreślał kolor pokrywający wargi i powieki. Miała na sobie jasnoliliową suknię, ozdobioną deseniem w kwiaty wiśni, o kroju stosownym być może dla dziewczęcia dwa razy młodszego. Suknia ściskała grubą talię, nadając całości wygląd pękatego worka ze zbożem.

– To ona? – upewniła się nieznajoma. – Hmm. Trochę przyciemna. Inspektor nie zwróci większej uwagi, ale cena pójdzie przez to w dół.

Rin doznała nagle przerażającego przeczucia, że wie, co się dzieje.

– Kto to jest? – zapytała śmiało.

– Siadaj, Rin! – rzucił wujaszek Fang i wyciągnął po dziewczynę dłoń.

Rin z miejsca rzuciła się do ucieczki. Ciotunia Fang chwyciła ją za rękę i szarpnęła z powrotem. Doszło do krótkiej szamotaniny, z której zwycięsko wyszła ciotunia Fang i popchnęła Rin w stronę krzesła.

– Nie pójdę do burdelu! – wrzasnęła dziewczyna.

– Swatka Liew nie przychodzi do nas z burdelu, idiotko! – warknęła ciotunia Fang. – Siadaj. Okaż trochę szacunku.

Swatka Liew wydawała się zupełnie nieporuszona, jakby oskarżenia o sutenerstwo stanowiły codzienny element jej pracy.

– Niebawem spotka cię niesłychane szczęście, moja słodziutka – odezwała się. Głos miała promienny i fałszywie przymilny. – Chcesz może usłyszeć jakie?

– Nie! – Rin zacisnęła dłonie na brzegach siedziska i wbiła spojrzenie w czerwone usta swatki.

– Doprawdy przemiła. – Kobieta ściągnęła uśmiechnięte wargi.

Okazało się, że po długich, mozolnych poszukiwaniach swatka zdołała znaleźć w Tikany mężczyznę skłonnego wziąć Rin za żonę. Był nim pewien zamożny kupiec, zarabiający na życie importem świńskich uszu i rekinich płetw. Był dwukrotnie rozwiedziony i trzy razy starszy od wybranki.

– Cudownie, prawda? – rozpromieniła się swatka Liew.

Rin rzuciła się do drzwi. Zanim przebiegła dwa kroki, dłoń ciotuni Fang wystrzeliła w powietrze i zamknęła się na nadgarstku uciekinierki. Rin wiedziała, co się stanie w następnej kolejności. Zebrała się w sobie, szykując na pierwszy cios, na kopniaki wymierzone w żebra, takie, po których nie zostają siniaki. A jednak nie – ciotunia Fang po prostu zaciągnęła ją z powrotem na krzesło.

– Zachowuj się! – wycedziła przez zaciśnięte zęby tonem zwiastującym nieuchronną karę. Ale nie teraz, nie przed swatką.

Ciotunia Fang wolała, by jej okrucieństwo pozostało sprawą prywatną.

Nieświadoma niczego swatka Liew pokręciła głową.

– Ależ! Nie bójże się, słodziutka. Przecież to takie wspaniałe wieści!

Rin zakręciło się w głowie. Obróciła się ku swoim przybranym rodzicom.

– Myślałam – powiedziała, z trudem panując nad głosem – że jestem wam potrzebna w sklepie. – Z jakiegoś powodu nie potrafiła wykoncypować żadnego innego argumentu.

– Sklepem może się zająć Kesegi – odparła ciotunia Fang.

– Kesegi ma osiem lat.

– Dorośnie, zanim się obejrzymy. – W oczach ciotuni Fang pojawił się błysk. – A tak się składa, że twój przyszły mąż jest wioskowym inspektorem importu.

W tej chwili Rin zrozumiała. Fangowie zamierzali dobić targu: oferowali rękę sieroty w zamian za praktyczną kontrolę nad czarnorynkowym handlem opium w Tikany. Marzył im się monopol.

Wujaszek Fang głęboko zaciągnął się fajkowym dymem i wypuścił go; salon wypełnił się gęstymi, słodkimi oparami.

– To bogaty człowiek. Będziesz szczęśliwa.

Nie – to Fangowie będą szczęśliwi. Będą mogli swobodnie sprowadzać hurtowe ilości opium, nie trwoniąc pieniędzy na łapówki. Rin jednak utrzymała język za zębami, dalsze dyskusje przyniosłyby jej tylko dodatkową dawkę bólu. Stało się jasne, że Fangowie byli zdecydowani wydać Rin za mąż, choćby musieli zaciągnąć ją do sypialni pana młodego siłą.

Na Rin nie zależało im nigdy. Przygarnęli dziewczynę jako niemowlę wyłącznie dlatego, że wydany po drugiej wojnie makowej edykt cesarzowej nakazywał rodzinom posiadającym mniej niż troje dzieci adopcję wojennych sierot, które w przeciwnym wypadku zasiliłyby szeregi żebraków i złodziei.

Ponieważ w Tikany na dzieciobójców patrzono raczej krzywym okiem, Fangowie zaczęli wykorzystywać Rin do roznoszenia opium, odkąd tylko nauczyła się rachować. Niemniej, mimo wszystkich darmowych usług, jakie im świadczyła, Fangom nie podobało się, że muszą łożyć na jej wikt i opierunek. A teraz otrzymali od losu szansę, by zrzucić wreszcie z barków ten finansowy ciężar. Od tej pory już do końca życia to ów kupiec mógł płacić za strawę i przyodziewek Rin, czego nie omieszkała zauważyć swatka Liew. Wystarczyło, że dziewczyna będzie mu służyć łagodnie i czule, jak na porządną żonę przystało, że obdarzy go potomstwem i zadba o dom (w którym, co również swatka Liew dobitnie podkreśliła, znajdowały się nie jedna, a aż dwie umywalnie). O drugiej tak świetnej partii Rin, będąca wszak wojenną sierotą, bez rodziny i powiązań, nie mogła nawet marzyć.

Rin dostanie męża, swatka pieniądze, a Fangowie monopol na handel narkotykami.

– Jejku – rzuciła Rin słabnącym głosem. Zbierało się jej na wymioty. – To wspaniale. Naprawdę znakomicie. Fantastycznie.

Twarz swatki na powrót zajaśniała.

Rin ukryła panikę, zmusiła się, by oddychać spokojnie, i wytrwała do momentu, kiedy wujaszek odprowadził gościa do drzwi. Wtedy ukłoniła się nisko Fangom, po czym jak najgrzeczniejsza ze wszystkich pasierbic wyraziła wdzięczność za to, iż zadali sobie tak wiele trudu, by zapewnić jej stabilną przyszłość.

Wróciła do sklepu. Pracowała w milczeniu do zmroku. Przyjmowała zamówienia, wypełniała księgi, dbając, by nie pominąć żadnej z niezbędnych pozycji. Kłopot z księgami rachunkowymi polegał na tym, że należało prowadzić je niezwykle starannie, zwłaszcza kreśląc cyfry. Tak łatwo przecież sprawić, że dziewiątka wyda się ósemką. Jeszcze prościej postawić jedynkę wyglądającą na siódemkę...

Długo po tym kiedy słońce zniknęło z nieba, Rin zamknęła sklep i przekręciła klucz w zamku.

Moment później wsunęła skradzioną paczkę opium pod koszulę i puściła się biegiem przed siebie.

– Rin? – Zza uchylonych drzwi biblioteki wyjrzał niski, pomarszczony mężczyzna. – Na Wielkiego Żółwia! Co ty tu robisz? Leje jak z cebra.

– Przyszłam oddać książkę – powiedziała i podała mężczyźnie nieprzemakalną torbę. – Z innych wieści, wychodzę za mąż.

– Och. Och! Co takiego?! Wejdź.

Nauczyciel Feyrik prowadził codzienne darmowe zajęcia wieczorowe dla chłopskich dzieci z Tikany, które bez jego wsparcia wyrosłyby na analfabetów. Rin nikomu nie ufała bardziej, jak właśnie Feyrikowi i lepiej niż ktokolwiek rozumiała jego słabości.

Te dwa czynniki sprawiły, że właśnie na jego osobie oparła cały plan ucieczki.

– O, nie ma wazy – zauważyła, rozglądając się po zagraconej bibliotece.

Nauczyciel Feyrik rozpalił niewielki ogień w kominku i przyciągnął przed palenisko dwie poduchy. Zaprosił gestem, by usiadła.

– Nie poszło mi. W ogóle miałem marną noc.

Nauczyciel darzył niefortunnym uwielbieniem grę w dywizje, rozrywkę niesłychanie popularną w działających w Tikany jaskiniach hazardu. Zabawa nie byłaby aż tak niebezpieczna, gdyby miał do niej choć cień talentu.

– Przecież to nie ma sensu – skomentował, kiedy Rin powtórzyła mu rewelacje swatki. – Dlaczego Fangowie mieliby z własnej woli wydać cię za mąż? Jesteś przecież znakomitym źródłem darmowej siły roboczej, czyż nie?

– Tak, ale uznali, że jeszcze bardziej przydatna będę w łóżku inspektora importu.

– Twoi przybrani rodzice są skończonymi idiotami. – W oczach Feyrika pojawiła się odraza.

– Czyli zgadzasz się? – spytała z nadzieją. – Pomożesz?

– Moja droga – westchnął – gdyby Fangowie pozwolili mi cię kształcić, kiedy byłaś młodsza, moglibyśmy się zastanowić... A powiedziałem im wtedy... Jej samej mówiłem, że widzę w tobie potencjał. Ale teraz, na tym etapie, to po prostu mrzonka. Niemożliwe.

– Ale...

Podniósł dłoń.

– Do keju przystępuje co roku ponad dwadzieścia tysięcy uczniów, a do szkół wyższych dostaje się zaledwie niecałe trzy tysiące. Pamiętaj, nie konkurowałabyś z młodzieżą z Tikany. Twoimi rywalami byliby w większości synowie i córki bogaczy, kupców i arystokratów, dzieciaki, które uczyły się i przygotowywały przez całe życie.

– Ale ja przecież też chodziłam na twoje lekcje. Ten egzamin nie może być chyba taki trudny.

Feyrik zachichotał.

– Potrafisz czytać. Umiesz posługiwać się liczydłem. Ale żeby zdać keju, to stanowczo za mało. Ten egzamin wymaga pogłębionej wiedzy historycznej, znajomości wyższej matematyki, logiki, no i klasyków...

– Wiem, wiem, cztery szlachetne przedmioty – wtrąciła niecierpliwie. – Ale ja naprawdę szybko czytam. I znam więcej znaków niż większość dorosłych w tej wiosce. A już na pewno więcej niż Fangowie. Zobaczysz, jeśli pozwolisz mi spróbować, że dotrzymam kroku reszcie twoich uczniów. Nie muszę nawet brać udziału w recytacjach. Wystarczą mi książki.

– Czytanie ksiąg to jedno – upomniał nauczyciel – a przygotowania do keju... O, to przedsięwzięcie zupełnie innej natury. Moi uczniowie szykują się do tego wyzwania, poświęcając całe życie; dziewięć godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. Ty większość czasu spędzasz w sklepie.

– I mogłabym się w nim uczyć – zaprotestowała.

– A nie musisz tam przypadkiem pracować?

– Jestem bardzo... no... wielozadaniowa.

Przez chwilę przyglądał się dziewczynie z powątpiewaniem, wreszcie pokręcił głową.

– Miałabyś tylko dwa lata. Tego nie da się zrobić.

– Ale ja nie mam innej możliwości! – oburzyła się.

W Tikany niezamężna dziewczyna, taka jak Rin, warta była mniej niż homoseksualny kogut. Teoretycznie mogłaby przeżyć życie jako posługaczka w domu bogatej rodziny – o ile wiedziałaby, kogo w tym celu przekupić. Pozostałe ewentualności sprowadzały się do rozmaitych kombinacji prostytucji i żebrania. Być może nieco dramatyzowała, ale z pewnością nie przesadzała. Owszem, mogła uciec. Skradzione opium pozwoliłoby jej wykupić miejsce w karawanie do innej prowincji... Tylko właśnie, dokąd? Nie miała przyjaciół ani krewnych; gdyby została obrabowana lub porwana, nikt nie przyszedłby jej z pomocą. Nie posiadała żadnych umiejętności, dzięki którym mogłaby zarabiać. Nigdy jeszcze nie opuściła Tikany; o życiu w mieście nie wiedziała absolutnie nic.

A gdyby została przyłapana z taką ilością narkotyku...

Posiadanie opium stanowiło w myśl panującego w Nikan prawa zbrodnię karaną śmiercią. Zaciągnęliby Rin na miejski rynek i publicznie skrócili o głowę, czyniąc z dziewczyny najnowszą ofiarę daremnie prowadzonej przez cesarzową wojny z narkotykami.

Pozostawała jej ta jedyna możliwość. I po prostu musiała przekonać Feyrika.

Wyciągnęła książkę, z którą przyszła do biblioteki.

– To Mengzi, „Rozważania o państwowości”. Pożyczyłam ją ledwie trzy dni temu, prawda?

– Prawda – przytaknął, nie zerkając nawet do księgi wypożyczeń.

Wcisnęła mu tom do ręki.

– Proszę przeczytać jakiś ustęp. Dowolnie wybrany fragment.

Nauczyciel Feyrik obrzucił Rin sceptycznym spojrzeniem, lecz postanowił widocznie zrobić jej przyjemność i otworzył książkę mniej więcej w połowie.

– „Uczucie zwane współczuciem stanowi fundamentalną zasadę...”

– „...szczodrobliwości” – dokończyła. – „Na uczuciach wstydu i niechęci ufundowana jest prawość. Uczucia skromności i pragnienia czynienia dobra są istotą...” hm... „istotą... dobrych manier. A aprobata i dezaprobata są zasadami wiedzy”.

– I cóż to wszystko oznacza? – zapytał, unosząc brew.

– Nie mam bladego pojęcia – przyznała. – Szczerze mówiąc, Mengziego ni w ząb nie rozumiem. Nauczyłam się po prostu na pamięć.

Przewertował książkę niemal do końca, wybrał jeszcze jeden ustęp i odczytał:

– „Porządek w ziemskim królestwie panuje wówczas, gdy wszystkie istoty właściwie rozumieją swoje miejsce. Wszystkie istoty właściwie rozumieją swoje miejsce, gdy wypełniają przydzielone im role. Ryba nie próbuje fruwać. Skunks nie próbuje pływać w wodzie. Pokój można osiągnąć jedynie wtedy, gdy wszystkie istoty szanują niebiański porządek”. – Zatrzasnął okładki i podniósł wzrok na dziewczynę. – A ten fragment? Rozumiesz, co z tego wynika?

Wiedziała, co nauczyciel Feyrik próbuje jej w ten sposób powiedzieć.

Nikan opierało się na wierze w ściśle określone role społeczne, w sztywną hierarchię, w której ramy ludzie wpadali już w momencie narodzin. Wszystko pod niebem miało swoje właściwe miejsce. Książątka stawały się możnowładcami, kadeci stawali się żołnierzami, a sierotki tyrające w sklepach Tikany powinny być zadowolone, że mogą na zawsze pozostać sierotkami tyrającymi w sklepach Tikany. Egzamin keju stanowił w teorii instytucję merytokratyczną, lecz jedynie członkowie najzamożniejszych warstw dysponowali pieniędzmi pozwalającymi wykształcić dzieci w stopniu umożliwiającym uzyskanie pozytywnego wyniku.

Cóż, pieprzyć niebiański porządek istnienia. Skoro przewidzianą dla Rin rolą na tym padole była rola żony obrzydliwego starucha, to zrobi wszystko, by ten scenariusz przepisać na nowo.

– Wynika tyle, że świetnie mi idzie wkuwanie na pamięć przydługich i wybitnie bełkotliwych tekstów – rzuciła.

Nauczyciel Feyrik na chwilę umilkł.

– Nie masz ejdetycznej pamięci – podjął w końcu. – Sam uczyłem cię czytać. Zorientowałbym się.

– Nie mam – zgodziła się. – Ale jestem uparta. Potrafię się przyłożyć do nauki i bardzo, ale to bardzo nie chcę wychodzić za mąż. Mengziego nauczyłam się na pamięć w trzy dni. To stosunkowo krótka rozprawa, więc na dłuższe będę pewnie potrzebować około tygodnia. Ale ile może być takich pozycji na liście lektur do keju? Dwadzieścia? Trzydzieści?

– Dwadzieścia siedem.

– W takim razie nauczę się na pamięć wszystkich. Co do jednej. Żeby zdać, więcej nie trzeba. Pozostałe przedmioty nie są wcale takie trudne; większość wykrusza się właśnie na klasykach. Sam mi to kiedyś powiedziałeś.

Oczy nauczyciela Feyrika zmieniły się w wąskie szparki, jego mina nadal wyrażała powątpiewanie, ale ze świeżym dodatkiem namysłu. Rin znała tę minę. Kalkulował. Podobnie wyglądał, kiedy próbował przewidzieć, ile może wygrać w dywizje.

W Nikan pozycja i powodzenie nauczyciela zależały od wyników osiąganych przez jego uczniów w keju. Pedagodzy, których podopieczni zasilali szeregi studentów wyższych uczelni, zyskiwali nowych klientów. Większa liczba uczniów oznaczała większe zarobki, a dla zadłużonego po uszy hazardzisty pokroju Feyrika liczył się każdy zwabiony dzieciak. Gdyby Rin dostała się do akademii, przypływ uczniów pozwoliłby mu spłacić najbardziej uprzykrzone długi.

– W tym roku niewielu jest u nas spragnionych wiedzy, prawda? – przycisnęła.

– Susza. – Skrzywił się. – To oczywiste, że nie przysyłają dzieci. Niewiele rodzin chce wydawać pieniądze na naukę, bo i tak marna szansa, że bachory zdadzą.

– Ale ja mogłabym zdać – powiedziała. – A kiedy już zdam, będziesz się mógł pochwalić uczennicą, która dostała się do akademii. Jak sądzisz, jak to wpłynie na twoją popularność?

– Rin. – Pokręcił głową. – Nie mógłbym od ciebie wziąć pieniędzy. Nie z czystym sumieniem.

W ten sposób dotknął problemu numer dwa. Dziewczyna wzięła się w garść i spojrzała nauczycielowi Feyrikowi prosto w oczy.

– Proszę się nie martwić. I tak nie miałabym czym zapłacić.

Cały aż się wzdrygnął.

– Za pracę w sklepie nie dostaję wynagrodzenia – podjęła Rin, nie pozwalając mu dojść do słowa. – Towar nie należy do mnie. Nie otrzymuję żadnego kieszonkowego. Chcę, żebyś przygotował mnie do keju za darmo, w dodatku w czasie dwa razy krótszym niż zwykle.

Nauczyciel Feyrik raz jeszcze pokręcił głową.

– Moja droga, nie mogę... to...

Czas wyłożyć ostatnią kartę. Rin wyciągnęła spod krzesła skórzaną torbę i rzuciła ją na stół. Coś wewnątrz przyjemnie miękko plasnęło o blat.

Czując na sobie rozgorączkowane spojrzenie nauczyciela, Rin wsunęła dłoń do środka i dobyła z torby ciężką, roztaczającą słodką woń paczuszkę.

Zaraz potem wyjęła kolejną. I jeszcze jedną.

– Opium najwyższej jakości. W sumie warte sześć taelów – wyjaśniła spokojnie. Sześć taelów równało się połowie sumy, jaką nauczyciel Feyrik zarabiał przez okrągły rok.

– Okradłaś Fangów – zauważył lekko nerwowym tonem.

– Przemyt to niełatwy fach. – Wzruszyła ramionami. – Fangowie wiedzą, jakie wiąże się z nim ryzyko. Paczki takie jak ta giną raz po raz. A do sędziego pokoju przecież nie pójdą.

Nauczyciel podkręcił długie wąsiska.

– Nie chcę z nimi zadzierać.

Jego obawy nie były pozbawione podstaw. Mieszkańcy Tikany nie drażnili ciotuni Fang – przynajmniej ci, którym zależało na osobistym bezpieczeństwie. Ciotunia Fang była kobietą cierpliwą i zarazem nieprzewidywalną niczym wąż. Potrafiła chować urazę przez całe lata, by zadać jadowity, zabójczy cios w najmniej spodziewanym momencie.

Rin jednak starannie zatarła za sobą ślady.

– Jeden z ich transportów został przed tygodniem skonfiskowany w porcie – powiedziała. – A ponieważ Fangowie nie mieli czasu przeprowadzić inwentaryzacji, oznaczyłam te paczki jako stracone. Nie znajdzie ich.

– Ale i tak mogą cię pobić.

– Niezbyt brutalnie. – Rin znowu wzruszyła ramionami. – Uszkodzonego towaru nikt za żonę nie weźmie.

Nauczyciel świdrował paczuszki chciwym spojrzeniem.

– Zgoda – powiedział wreszcie i sięgnął po opium.

Dziewczyna gwałtownym ruchem złapała torbę i cofnęła ją poza zasięg mężczyzny.

– Cztery warunki. Po pierwsze, będziesz mnie uczyć. Po drugie, będziesz mnie uczyć za darmo. Po trzecie, ucząc mnie, nie będziesz palić. I po czwarte, jeżeli komukolwiek powiesz, skąd to masz, dam znać wszystkim twoim wierzycielom, gdzie powinni cię szukać.

Feyrik przyglądał się Rin przez chwilę rozgniewanym wzrokiem, lecz ostatecznie potaknął skinieniem.

– Jeszcze jedno. – Odchrząknęła. – Chcę zatrzymać tę książkę.

– Byłabyś fatalną prostytutką. – Uśmiechnął się cierpko. – Ani trochę uroku.

– Nie – stwierdziła ciotunia Fang. – Jesteś nam potrzebna w sklepie.

– Będę się uczyć nocami – obiecała Rin – albo po godzinach.

Oblicze szorującej dno woka ciotuni Fang natychmiast się ściągnęło. W tej kobiecie wszystko było surowe: jej twarz stanowiła istny obraz zniecierpliwienia i irytacji; palce, czerwone wskutek wielogodzinnego sprzątania i prania; głos ochrypły od wrzasków, którymi hojnie częstowała Rin, swojego syna Kesegiego, najemnych przemytników i wujaszka Fanga, który leżał bezwładnie w zadymionym pokoju.

– Coś ty mu obiecała? – zapytała nabrzmiałym podejrzliwością tonem.

– Nic. – Rin zesztywniała.

Ciotunia Fang raptownie grzmotnęła wokiem o blat. Dziewczyna drgnęła, zdjęta nagłym strachem, że jej kradzież wyszła mimo wszystko na jaw.

– Co takiego niby nie podoba ci się w małżeństwie? – prychnęła ciotunia Fang. – Ja, kiedy szłam za twojego wuja, byłam młodsza niż ty teraz. Wszystkie dziewczyny z tej wsi wychodzą za mąż przed szesnastymi urodzinami. Masz się za lepszą od nich?

Ulga, jaka zalała Rin, była tak potężna, że dziewczyna musiała się w duchu napomnieć i pospiesznie przybrać stosownie skarconą minę.

– Nie. Nie mam się.

– Czyli co? Myślisz, że będzie ci u niego tak strasznie? – Ciotunia Fang obniżyła głos do złowieszczego szeptu. – O co tu naprawdę chodzi? Boisz się trafić do jego łóżka?

Rin nie zdążyła jeszcze nawet tej sprawy przemyśleć, lecz w tej chwili coś chwyciło ją za gardło.

Rozbawiona ciotunia Fang wykrzywiła kącik ust ku górze.

– Pierwsza noc jest koszmarem, to muszę przyznać. Weź sobie trochę waty do ust, to nie odgryziesz sobie języka. I nie płacz na głos, chyba że on ci każe. Trzymaj wzrok spuszczony i rób wszystko, co powie. Zostań jego niemą domową niewolnicą, dopóki ci nie zaufa. A potem? Potem podawaj mu opium. Zacznij od dosłownie odrobiny, chociaż pewnie kiedyś już palił. I codziennie zwiększaj porcje. Rób to nocą, zaraz po tym, jak z tobą skończy. Chodzi o to, żeby opium kojarzyło mu się z przyjemnością i władzą. Podawaj mu noc w noc więcej, aż uzależni się na dobre. Od opium i od ciebie. Niech narkotyk zniszczy jego umysł i ciało. Będziesz mieć wtedy za męża żywego trupa, ni mniej, ni więcej, ale posiądziesz w zamian jego bogactwa, pieniądze i wpływy. – Ciotunia Fang pochyliła głowę na bok. – Czy wtedy też tak przykro będzie dzielić z nim łoże?

Rin zbierało się na wymioty.

– Ale ja...

– Może ty się dzieci boisz? – Ciotunia Fang nachyliła się jeszcze bardziej. – Są sposoby, by je spędzić jeszcze w łonie. Pracujesz w aptece. Wiesz o tym. Ale musisz mu dać przynajmniej jednego syna. To scementuje twoją pozycję pierwszej żony i nie zmarnuje pieniędzy na konkubinę.

– Ale ja nie chcę – wykrztusiła z siebie Rin.

Nie chcę być jak ty, dodała w myślach.

– A kogo obchodzi, czego chcesz, a czego nie? – zapytała ciotunia Fang łagodnie. – Jesteś sierotą. Nie masz rodziny, pozycji, koneksji. I tak powinnaś się cieszyć, że inspektor nie chciał kogoś urodziwego i zadowolił się młodością. Nic lepszego dla ciebie nie zrobię. I drugiej takiej szansy nie będzie.

– No ale keju...

– No ale keju! – powtórzyła ciotunia Fang kąśliwie. – Kiedyś ty sobie wbiła te bujdy do łepetyny? Naprawdę myślisz, że wezmą cię do akademii? Ciebie?!

– Tak myślę. – Rin wyprostowała plecy i spróbowała natchnąć słowa przekonaniem.

Uspokój się, poradziła sama sobie. Nadal masz przewagę.

– A ty mi na to pozwolisz – dodała już na głos. – Ponieważ pewnego dnia władze mogą zacząć rozpytywać, skąd się bierze opium w wiosce.

Ciotunia Fang zmierzyła dziewczynę przeciągłym spojrzeniem.

– Chcesz umrzeć? – zapytała.

Rin zdawała sobie sprawę, że nie jest to czcza groźba. Ciotunia Fang z wielkim zapałem zacierała wszelkie ślady, jakie mogły doprowadzić do niej przedstawicieli prawa. Rin oglądała to w przeszłości na własne oczy. Większość życia poświęciła staraniom, by nie stać się jednym z takich śladów do zatarcia.

Dzisiaj jednak mogła się odgryźć.

– Jeżeli zaginę, nauczyciel Feyrik powie władzom, co mnie spotkało – rzuciła mocnym głosem. – I powie też o wszystkim twojemu dziecku.

– Kesegi się nie przejmie – fuknęła pod nosem ciotunia Fang.

– To ja wychowałam Kesegiego. Kocha mnie – odparła Rin. – A ty kochasz jego. Nie chcesz, by się dowiedział, czym się zajmujesz. Dlatego nie posyłasz go do sklepu. I dlatego każesz mi zatrzymywać go w pokoju, kiedy spotykasz się z przemytnikami.

To przeważyło. Ciotunia Fang otworzyła machinalnie usta i wbiła w Rin spojrzenie szeroko otwartych oczu. Rozszerzyły się jej nozdrza.

– Pozwól mi przynajmniej spróbować – podjęła błagalnie dziewczyna. – Moja nauka niczym ci nie grozi. Jeżeli zdam, wreszcie się mnie pozbędziesz. A jak nie, wydasz mnie za mąż.

Ciotunia Fang poderwała z blatu ciężki wok. Rin odruchowo spięła się na całym ciele, lecz ciotunia zaczęła po prostu szorować naczynie wściekłymi ruchami.

– Będziesz się uczyć tylko w sklepie albo wyrzucę cię na ulicę – rzuciła. – Nie chcę, by inspektor cokolwiek zwąchał.

– Zgoda – Rin skłamała jej w żywe oczy.

– A co będzie – ciotunia Fang prychnęła – jeśli się dostaniesz? Kto niby za te studia zapłaci? Może twój kochany zubożały nauczyciel?

Rin nie odpowiedziała od razu. Miała dotąd nadzieję, że Fangowie przekażą w poczet czesnego jej posag. W tej chwili jednak uświadomiła sobie, że była to idiotyczna nadzieja.

– W Sinegardzie uczą za darmo – przypomniała.

Ciotunia Fang zaniosła się głośnym śmiechem.

– W Sinegardzie! Chcesz zdawać do Sinegardu?

– Mogłabym! – Rin z dumą zadarła brodę.

Sinegardzka Akademia Wojskowa była najbardziej prestiżową uczelnią w całym cesarstwie. Tam szkolili się przyszli generałowie i mężowie stanu. Bardzo rzadko natomiast, jeśli w ogóle, przyjmowano do niej studentów z wiejskiego południa.

– Bredzisz! – znów prychnęła ciotunia Fang. – Dobrze, ucz się, jeśli wola, jeśli masz być przez to szczęśliwa. Proszę bardzo, przystąp sobie do keju. Ale jeżeli oblejesz, pójdziesz za inspektora. I będziesz mi wdzięczna.

Nocą tego samego dnia Rin usiadła na podłodze ciasnego pokoiku, który dzieliła z Kesegim, ustawiła przed sobą skradzioną świecę i otworzyła pierwszy podręcznik do keju.

Egzamin sprawdzał wiedzę kandydatów z zakresu czterech szlachetnych przedmiotów: historii, matematyki, logiki i klasyków. Cesarscy biurokraci z Sinegardu uważali, że dziedziny owe są decydujące dla rozwoju umysłów zarówno przyszłych uczonych, jak i polityków. I Rin musiała zgłębić je wszystkie do dnia swoich szesnastych urodzin. Narzuciła sobie rygorystyczny terminarz: co tydzień musiała przeczytać przynajmniej dwie książki, a codziennie uczyć się dwóch przedmiotów.

Noc w noc, zaraz po zamknięciu sklepu, gnała do domu nauczyciela Feyrika, a potem wracała do siebie, objuczona nowymi tomami. Najłatwiej przychodziła jej nauka historii. Dzieje Cesarstwa Nikan układały się w fascynującą, trzymającą w napięciu sagę o bezustannych wojnach. Cesarstwo wyrąbał przed tysiącem lat potężnymi ciosami swego miecza bezlitosny Czerwony Cesarz, który zniszczył rozsiane po całym kontynencie zakony monastyczne i stworzył zjednoczone państwo, niespotykanych wcześniej rozmiarów. To właśnie wtedy Nikaryjczycy po raz pierwszy uznali się za jednolity naród. Czerwony Cesarz doprowadził do standaryzacji języka, wprowadził na całym terytorium jednolite miary i wagi oraz połączył poszczególne obszary gigantycznego państwa systemem wygodnych dróg.

Świeżo zbudowane cesarstwo nie przetrwało jednak śmierci swojego twórcy. Liczni potomkowie i spadkobiercy Czerwonego Cesarza pogrążyli państwo w krwawym chaosie, znanym jako „era wojujących dziedzin”, w której trakcie Nikan rozpadło się na tuzin zwaśnionych prowincji.

Od tamtej pory potężny kraj był po wielokroć jednoczony, podbijany, łupiony, rozbijany i jednoczony ponownie. Nikan toczyło również wojny z chanami z północnych Rubieży i wysokimi ludźmi z Zachodu, którzy przybywali zza wielkiego morza. Przy obu okazjach Nikan okazało się terytorium zbyt rozległym, by obcy okupanci mogli zagrzać w nim miejsce na dłużej. Ze wszystkich próbujących swych sił najeźdźców najbliżej sukcesu była Federacja Mugen. Ten wyspiarski kraj napadł na Nikan w okresie najgorętszej wewnętrznej zawieruchy. Odzyskanie niepodległości kosztowało cesarstwo dwie wojny makowe i pięćdziesiąt lat krwawej władzy obcych.

Cesarzowa Su Daji, ostatnia żyjąca członkini triumwiratu, który przejął kontrolę nad państwem podczas drugiej wojny makowej, władała obecnie krainą złożoną z dwunastu prowincji, które jednak nigdy nie powróciły do stanu unifikacji, jaki narzucił im w przeszłości Czerwony Cesarz. Cesarstwo Nikaryjczyków okazało się państwem niemożliwym do podbicia. Było jednak przy tym bytem chronicznie niestabilnym i niejednolitym. Nic nie zwiastowało, by obecny okres pokoju utrzymał się przez dłuższy czas.

Jeżeli Rin wyniosła z historycznych lektur jakikolwiek pewnik, to był nim fakt, że jedyną trwałą i niezmienną rzeczą w dziejach cesarstwa jest wojna.

Drugi przedmiot, matematyka, wymagał mozolnej nauki. Nie stanowił może przesadnie poważnego wyzwania, ale był męczący i monotonny. Twórcy keju nie poszukiwali matematycznych geniuszy, lecz studentów zdolnych w przyszłości odpowiadać za buchalterię cesarstwa i sprawnie wypełniać rubryki w księgach rachunkowych. Rin zajmowała się tym u Fangów od dnia, w którym nauczyła się dodawać. Bardzo wcześnie okazało się bowiem, że ma wrodzony talent do żonglowania w pamięci dużymi nawet kwotami. Teraz musiała wprawdzie podciągnąć się nieco z niektórych, bardziej abstrakcyjnych zagadnień trygonometrii – jak uznała, przydatnych zapewne w trakcie bitew morskich – lecz doszła do wniosku, że przyswajanie tego wszystkiego stanowi zadanie dość błahe.

Dziedzina trzecia, logika, była jej całkowicie obca. Autorzy keju zadawali kandydatom logiczne zagadki w formie otwartych pytań. By nabrać wprawy, zajrzała do zbioru zadań z jednego z wcześniejszych egzaminów. Pierwsze pytanie brzmiało następująco: „Pewien uczony podróżujący często uczęszczaną drogą mija rosnącą w pobliżu gruszę. Gałęzie drzewa uginają się pod ciężarem owoców. A jednak uczony nie sięga po ani jeden. Dlaczego?”.

Pewnie dlatego, że grusza nie należy do niego, natychmiast pomyślała Rin. Mogła należeć do ciotuni Fang, która roztrzaskałaby darmozjadowi łeb łopatą. Obie te odpowiedzi zakładały jednak pewną moralność bądź okoliczności przypadkowe. Prawidłowe rozwiązanie zagadki musiało się kryć w samej treści pytania. Gdzieś w opisanej scence musiała znaleźć błędne rozumowanie lub sprzeczność.

Na właściwą odpowiedź wpadła dopiero po dłuższym zastanowieniu. Jeżeli na drzewie rosnącym przy często uczęszczanej drodze wisi tak wiele owoców, to znaczy, że coś musi być nie w porządku z samymi owocami.

Im dłużej ćwiczyła, tym częściej postrzegała kolejne pytania jako gierki. Rozgryzanie tego rodzaju problemów okazało się wielce satysfakcjonujące. Rin kreśliła patykiem na ziemi diagramy, studiowała strukturę sylogizmów, uczyła się na pamięć nazw najbardziej rozpowszechnionych błędów logicznych. Po kilku miesiącach odpowiadała na wszystkie podobne pytania błyskawicznie.

Jej największy koszmar zdecydowanie stanowili klasycy, z których uczyniła jedyny wyjątek w rozkładzie dnia i studiowała ich dzieła codziennie.

W tej części keju kandydaci musieli recytować, poddawać analizie i porównywać teksty wybrane ze z góry narzuconego kanonu dwudziestu siedmiu ksiąg. Tekstów tych nie napisano językiem współczesnym, lecz staronikaryjskim, powszechnie znienawidzonym za sprawą nieprzewidywalnej gramatyki i zwodniczej wymowy. Wśród wyznaczonych dzieł znajdowały się zbiory poezji, traktaty filozoficzne i eseje polityczne. Wszystkie wyszły spod piór legendarnych uczonych z najdawniejszych okresów historii Nikan. Zadaniem tych prac było kształtowanie moralnego kręgosłupa przyszłych urzędników cesarstwa. I były przy tym, bez jednego wyjątku, beznadziejnie wręcz zagmatwane.

Inaczej niż w przypadku logiki i matematyki, kontaktu z klasykami nie mogła ułatwić wrodzona inteligencja. Przedmiot ten zakładał fundament wiedzy, który większość podchodzących do egzaminu kandydatów budowała stopniowo od dnia, kiedy posiedli umiejętność czytania. Rin miała dwa lata na osiągnięcie tego, do czego inni dochodzili przez ponad pięć lat bezustannych studiów. Na drodze do tego celu dokonała prawdziwych cudów w dyscyplinie zwanej wkuwaniem na pamięć. Mówiła teksty od tyłu, spacerując wzdłuż krawędzi starych, okalających Tikany murów obronnych. Recytowała z podwójną prędkością, skacząc po wbitych w dno jeziora palach. Szeptała pod nosem w sklepie, warcząc z irytacji za każdym razem, gdy klienci prosili ją o pomoc. Nie pozwalała sobie na sen, o ile nie powtórzyła z pamięci bez jednego błędu wykutej w ciągu dnia partii materiału. Zrywała się ze snu, wyśpiewując słowa klasycznych dialogów, co napawało przerażeniem Kesegiego, który nabrał przekonania, że dziewczynę opętały duchy. W pewnym zresztą sensie rzeczywiście była opętana – nocami śniły się jej starożytne poematy, deklamowane przez głosy dawno umarłych ludzi, rozdygotana budziła się gwałtownie z koszmarów, w których pomyliła jedno lub dwa słowa tekstu.

„Niebiańska Ścieżka działa niestrudzenie i nie pozostawia w żadnym konkretnym miejscu nadmiaru swego wpływu po to, by każdy byt mógł dzięki niej dostąpić doskonałości... tak właśnie działa Ścieżka, ku której zwraca się wszystko pod niebem i której kłania się wszystko w morzach”.

Rin skrzywiła się i odłożyła „Dialogi” Zhuangziego na bok. Nie tylko nie miała pojęcia, o czym Zhuangzi pisze – nie była też w stanie pojąć, dlaczego autor uparł się oddać swe myśli za pomocą najbardziej irytujących sformułowań pod słońcem.

Z tych lektur w ogóle rozumiała bardzo niewiele. Kłopoty z pojmowaniem klasyków mieli jednak nawet uczeni z góry Yuelu, trudno więc było oczekiwać, że dziewczyna przeniknie ich sens i znaczenie na własną rękę. Ponieważ nie miała czasu ani wiedzy, dzięki którym mogłaby zagłębić się w teksty poważnie – i ponieważ nie zdołała wypracować skutecznych technik pamięciowych, pozwalających przyswoić dzieła na skróty – musiała po prostu zapamiętać klasyków słowo w słowo, kurczowo trzymając się nadziei, że to wystarczy.

Dokądkolwiek szła, zabierała ze sobą książkę. Uczyła się przy jedzeniu. Kiedy nachodziło ją zmęczenie, wyobrażała sobie przeróżne sceny ze swego przyszłego życia, z jego najgorszej możliwej wersji: Idziesz do ślubu w niedopasowanej sukience. Dygoczesz. A on już czeka. Gapi się na ciebie, jakbyś była soczystą świnią, dorodnym, przerośniętym tłuszczem kawałem mięcha, który on za moment sobie po prostu kupi. Już teraz rozprowadza językiem ślinę po spierzchniętych wargach. Nie odrywa od ciebie wzroku przez cały bankiet. A kiedy uczta dobiega końca, zanosi cię do swojej sypialni. Rzuca cię na pościel...

Rin zadygotała. Zacisnęła z całych sił powieki. Uniosła je z powrotem i znalazła na stronie miejsce, w którym przerwała lekturę.

W dniu swoich piętnastych urodzin Rin zgromadziła już w głowie pokaźną część literackiej spuścizny starożytnych Nikaryjczyków i większość z tych tekstów mogła wyrecytować z pamięci. Nadal jednak popełniała błędy: gubiła słowa, mieszała szyk co bardziej złożonych zdań, myliła kolejność poetyckich strof.

Zdawała sobie sprawę, że osiągnęła poziom pozwalający dostać się do kolegium nauczycielskiego bądź akademii medycznej. Podejrzewała, że mogłaby nawet pokusić się o próbę wstąpienia do instytutu naukowego na górze Yuelu, gdzie najgenialniejsze umysły cesarstwa spędzały czas na tworzeniu oszałamiających dzieł literackich i rozważaniu zagadek świata przyrody.

Na te uczelnie jednak nie było jej stać. Musiała zdawać do Sinegardu. Musiała zmierzyć się z czołówką studentów nie jednej zaledwie wioseczki, lecz całego państwa. W przeciwnym razie bite dwa lata nauki poszłyby na zmarnowanie.

Jej pamięć musiała być doskonała.

Przestała więc sypiać.

Oczy Rin napuchły i nabiegły krwią. Wskutek długich dni wkuwania bez przerwy kręciło się jej w głowie. Pewnej nocy, kiedy odwiedziła nauczyciela Feyrika, by odebrać kilka nowych tomów, w jej rozbieganym spojrzeniu widniała już tylko desperacja. Mówiąc, wpatrywała się gdzieś poza mężczyznę. Jego słowa przepływały ponad jej głową niczym obłoki, ledwie zarejestrowała, że ktoś próbuje nawiązać z nią kontakt.

– Rin! Spójrz na mnie!

Wciągnęła gwałtownie powietrze i zmusiła oczy, by skupiły się na rozmytej postaci nauczyciela Feyrika.

– Jak się trzymasz? – zapytał.

– Nie dam rady – wyszeptała. – Zostały tylko dwa miesiące i nie dam sobie rady. Wszystko, co wbiję do głowy, zaraz z niej wypływa i...

Pierś dziewczyny unosiła się i opadała bardzo żywym rytmem.

– Och, Rin.

Kolejne słowa wyrwały się z jej ust zupełnie same. Mówiła bez zastanowienia:

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Hannah Bowman jest niesamowitą agentką, redaktorką i adwokatką. Bez niej przeżyłoby znacznie więcej postaci. Cudownie wspominam wszystkich pracowników Liza Dawson Associates. David Pomerico i Natasha Bardon są fantastycznie bystrymi i pomysłowymi redaktorami, dzięki którym książka stała się nieskończenie lepsza. Również Laura Cherkas jest redaktorką obdarzoną sokolim wręcz wzrokiem i to ona znalazła w tekście stanowczo zbyt wiele błędów logicznych. Dziękuję Wam wszystkim za daną mi szansę.

Jeanne Cavelos, mój osobisty Gandalf, przekształciła mnie z osoby lubiącej pisać w prawdziwą pisarkę. Mam nadzieję, że Elijahcorn jest dla ciebie dobry. Kij Johnson jest genialna i kiedy dorosnę, chcę być taka jak ona. Barbara Webb jest z kolei niesamowicie fajna i wyluzowana (mam nadzieję, że Ethan i Nick znajdą szczęście). Niewysychającym źródłem inspiracji i motywacji były dla mnie pogawędki z dr. Johnem Glavinem. Dziękuję Wam wszystkim za dodawanie mi otuchy i energii do starań, by pisać jeszcze lepiej.

Warsztaty pisarskie Odyssey, w których wzięłam udział w 2016 roku, były dla mnie najprawdziwszą fizyczną męczarnią. Tęsknię za Wami wszystkimi! Bob, odkąd stałeś się wszechmocny, bardzo trudno mi się z Tobą skontaktować. Huw, Jae, Jake, Marlee, Greg, Becca, Caitlin – dzięki za wszystkie radosne chwile, wypijane w happy hour margarity i wspólne wielokrotne oglądanie „Pacific Rim”. Bennett: widzisz? Słowo „Scarigon” pojawiło się nareszcie w książce. Pewnego dnia jego historia zostanie opowiedziana. P.S. Kocham cię. Farah Naz, Linden, Pablo, Richard, Jeremy, Josh – jesteście lśniącymi gwiazdami, największymi pomocnikami i najlepszymi przyjaciółmi. Dziękuję, że przy mnie trwacie.

I na koniec, Mamo, Tato: kocham Was bardzo mocno. Nigdy nie zdołam się Wam odwdzięczyć za wszystkie poświęcenia, jakich dokonaliście, bym mogła żyć, jak żyję. Mogę jednak spróbować dać Wam powód do dumy. My, imigranci, umiemy ciężko pracować.

Copyright © 2018 by Rebecca Kuang Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-529-9

Tytuł oryginału: The Poppy War

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski, Robert Łakuta

Tłumaczenie Grzegorz Komerski

Ilustracja na okładce Sergei Shikin

Ilustracje Przemysław Truściński

Mapa Paweł Zaręba

Fotografia autorki © Kobi C. Felton (2019)

Projekt okładki Szymon Wójciak

Redakcja Karolina Kacprzak

KorektaAgnieszka Pawlikowska

Skład wersji elektronicznej [email protected]

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.ple-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow