Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Gdy czegoś naprawdę pragniesz, nie powstrzyma cię żaden żywioł
Szamańskie legendy o władcach żywiołów, walczących z ludźmi opętanymi przez zło, Raven znała do tej pory jedynie z opowieści ciotki. Gdy na jednej z imprez poznaje bliżej Raphaela, szefa miejscowego gangu i zarazem największego przystojniaka w szkole, jej życie staje się pasmem trudnych do racjonalnego wytłumaczenia zdarzeń. Odkrywa w sobie niesamowitą moc, która ją fascynuje i przeraża jednocześnie. Stając się coraz bardziej świadoma czekającego ją przeznaczenia, porzuca zwyczajne życie, jakie do tej pory prowadziła i uczy się panować nad demonami – tymi na zewnątrz i tymi czającymi się w niej samej… Ale czy dziedzictwo, które nosi w sobie, nie okaże się dla niej pewnego dnia przekleństwem?
O ile to było możliwe, wiatr zawiał z jeszcze większą siłą. Deszcz przemoczył nas do suchej nitki. (…)
– Jezu, kobieto, opanuj się.
Zmarszczyłam brwi. A temu o co znowu chodzi?
– Zaraz będzie tu powódź stulecia, jak się nie będziesz kontrolować.
– O czym ty, do diabła, mówisz? Naćpałeś się czy co?
– Raven, nie uważasz, że to dziwne? Kiedy ty się smucisz, leje jak z cebra, chociaż zapowiadali trzydzieści stopni w cieniu. Twoje oczy zmieniają kolor. Widzisz aury ludzi. Twojego tatuażu nie widzą inni…
– O czym ty bredzisz? – weszłam mu w słowo. – Tobie też się zmienia kolor oczu. Tak czasem się zdarza, że kiedy człowiek jest smutny, pada deszcz. Skoro nikt nie widzi mojego tatuażu, to skąd o nim wiesz? Wczoraj ktoś podrzucił mi jakieś prochy i najwidoczniej tobie też! – musiałam krzyczeć, chociaż nasze twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Wiatr wiał tak mocno, że niektóre drzewa były zgięte wpół.
Klaudia Wiktoria Streich
Urodziła się w 1999 roku w Nowym Dworze Gdańskim. Dorastała w Krynicy Morskiej. Jest absolwentką Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej. Aktualnie mieszka w Gdańsku. Przygodę z literaturą rozpoczęła jako uczennica gimnazjum – wtedy pojawił się pomysł stworzenia świata „Władców Żywiołów”. Uwielbia zwierzęta, a w szczególności psy. Nie cierpi stać w miejscu, więc rozwija się w różnych dziedzinach: rysunku, malarstwie, grafice komputerowej, fotografii oraz w pisaniu.
„Władcy Żywiołów. Woda i Wiatr” to jej debiut literacki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 593
Rok wydania: 2022
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
(…) Piątka bogów postanowiła stworzyć człowieka. Idiszke [bogini ziemi] stworzyła mu ciało, Auken [bóg wód], Leek [bóg płomieni] oraz Hingen [bóg powietrza] skonstruowali ludzką psychikę. Widja miała ożywić człowieka, jednak Hingen miał inne spojrzenie na ludzki żywot. Uważał on, iż człowiek powinien być w pełni podporządkowany woli bogów. Auken i Leek twierdzili, by człowiek jako najdoskonalszy twór bogów, był im podobny i posiadał wolną wolę. Rozżalony Hingen uciekł od bogów. W tajemnicy ulepił z gliny własnego człowieka. Nie był on tak doskonały jak twór Idiszke. Nie posiadał oczu, bardziej przypominał zwierzę niż boga. Gdy Widja miała ożywić człowieka, Hingen podstępnie podstawił jej swojego stwora, który miał być posłuszny tylko jemu. Widja tchnęła w niego życie. Tak powstał pierwszy sługa Hingena. Złość bogów nie miała granic. Przepędzili oni podstępnego Hingena w inny wymiar wraz z jego sługą. Zapieczętowali Przejście, wiążąc go na wieki. Ten poprzysiągł swój powrót i zemstę.
Szamańska legenda „Jak powstał świat”
Tarzała się po mokrej ziemi, rozdzierając gardło. Rozrywała moje bębenki błaganiami o litość. Zatkałam dłońmi uszy. Deszcz uderzał w moje ciało niczym karabin maszynowy. Chciałam jej pomóc, uspokoić. Nie mogłam znaleźć źródła jej bólu. Podbiegłam do niej. Wrzasnęła po raz kolejny, wyciskając łzy z oczu, mieszając je z kroplami deszczu. Bladą twarz szpecił grymas cierpienia, jakby była torturowana od stuleci. Głupia myśl.
– Błagam… przestańcie!!! – wrzask przemienił się w szloch.
Kolejna fala mordęgi zamarła jej na ustach, kiedy dotknęłam skóry. Ale… dlaczego?
Pomimo błota jej jasne włosy lśniły jak gwiazdy. Wyraźna fala ulgi pojawiła się na dziecięcej twarzy. Otworzyła oczy. Aż westchnęłam z wrażenia. One były białe. Przezroczyste. Nieskazitelne.
– Eliza… jak ty…? – wybełkotała zaskakująco mocnym głosem. Potem wyrzuciła jednym tchem potok słów: – Musisz uważać, Oni znaleźli sposób, żeby zmienić historię. Rosną coraz szybciej w siłę. Musisz wrócić do pozostałych, szykują armię…
– Zaczekaj – przerwałam. – Nie jestem Eliza, tylko Raven.
Nieznajoma rozszerzyła oczy ze zdziwienia i zaczęła mi się przyglądać. Świdrowała mnie wzrokiem, jak gdyby chciała zobaczyć moją duszę. Może zresztą tak było. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Równocześnie odskoczyłyśmy od siebie jak oparzone.
Tęczówki… ona miała żółte, świecące jak światło, słoneczne tęczówki. Boże, znowu zaczęła wyć z bólu. Zwijała się, jęczała, bełkotała niewyraźnie jakieś słowo. Chyba „knahi”. Byłam przekonana, że już na zawsze ten widok zachowa mi się w pamięci. Znowu dotknęłam jej ramienia i tak samo jak za pierwszym razem ból minął. Tak, jakbym była jej lekarstwem, ochroną.
– To nie może być prawda! To za szybko! – darła się na mnie, jakbym zrobiła coś złego. – Znajdź Elizę, powiedz, że jesteś Knahi, powiedz jej, że historia się zmieni, że Dayla cię przysłała. Nie możesz się Ich bać, Oni się żywią twoim strachem – mówiła z powagą w głosie przewyższającą jej wiek. Gdybym cokolwiek rozumiała, pomyślałabym, że od tego zależy jej życie.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Kim są „Oni”? – Nie jestem Knahi, tylko Raven. Raven – powtórzyłam wyraźnie i dobitnie. – Gdzie są twoi rodzice? Jesteś przemarznięta i mówisz kompletnie bez sensu. Chodź, zaprowadzę cię do mojego dziadka, on zna tu wszystkich.
Zignorowała mnie. Wyglądała, jakby czegoś słuchała, ale na pewno nie mnie.
– Znaleźli mnie – szepnęła. O zgrozo, ten szept był gorszy od jej wrzasków. – Uciekaj! Nie mogą cię zobaczyć!
Wyszarpała rękę z mojego uścisku. Natychmiast padła na ziemię w kolejnej dawce agonii, ale to trwało chwilę, ułamek sekundy, mrugnięcie okiem. Nie było jej. Nie było wrzasków, płaczu, jęku, bzdur. Niczego i nikogo.
– Dayla! Dayla, gdzie jesteś?! – wołałam. Nic, cisza.
Rozejrzałam się jeszcze raz. Ludzie tak po prostu nie znikają. Ona musi gdzieś być…
6 lat później…
Zmierzyłam krytycznym wzrokiem dziewczynę w lustrze. No cóż, nie wyglądała najgorzej. W porywie mogę stwierdzić, że nawet kusząco. Czyli jak typowa suka. Jej koszulka więcej pokazywała, niż zakrywała. Sięgała ledwo do pępka ze srebrnym kolczykiem w kształcie klucza, tył miała obszyty koronką. Krótkie spodenki jeansowe (z naciskiem na „krótkie”) były specjalnie poszarpane. Czarne sandałki na obcasie automatycznie wydłużały i tak już długie, i według opinii wielu, zgrabne nogi. Dziewczyna przeciągnęła ręką po kasztanowych włosach, tak jak ja. Ale wciąż nie mogłam uwierzyć, że to ja. Wizerunek, jaki musiałam stworzyć, był czasem zbyt wymagający. Moje niebieskoszare oczy podkreśliłam jeszcze grubszą kreską. Nałożyłam błyszczyk i zeszłam na dół.
Lindsay już na mnie czekała. Gdybym była lesbijką, ona byłaby moją kochanką. Poważnie. Miała urodę supermodelki. Figurę zresztą też. Niczego jej nie brakowało. W małej czarnej z wyciętymi plecami i z tymi figlarnymi kocimi oczami podbije resztę męskiej rasy, która się przed nią ukryła.
– Wow, Raven Barton ogarnęła się w piętnaście minut, to wydarzenie muszę zapisać w pamiętniczku. – Linds uśmiechnęła się do mnie kpiąco.
– Z tego, co pamiętam, twierdzisz, że pamiętniki piszą tylko brzydkie dziewczyny, które nie mają faceta. – Odwzajemniłam uśmiech. – Mówiłam ci już, jak bardzo jesteś głupia?
Powtarzałam jej to, od kiedy otworzyła mi drzwi. Urządzała przyjęcie pod nieobecność swoich rodziców. Niesamowicie głupie, ryzykowne, nieodpowiedzialne i nierozważne, zważywszy na fakt, że jej rodzice są… cóż, specyficzni. Na temat dyskotek, na których jest alkohol, reagują dość impulsywnie. Zresztą nie potrzeba nawet alkoholu, wystarczy, że dwoje ludzi stanie obok siebie bliżej niż pół metra.
– Powiedziała ta, która zjechała dmuchaną zjeżdżalnią z drugiego piętra w środku zakończenia roku. – Pokazała mi język.
Skacz! Skacz! Tłum podekscytowanych nastolatków wrzeszczy do mnie. Moje nagie stopy drażni sztuczna guma. Nie mogę patrzeć przed siebie, słońce strasznie razi moje oczy.
– Barton, na miłość boską, złaź stamtąd! – przez okrzyki przebija się donośny głos dyrektora.
Skaczę, krzycząc: „do boju kangury!”. Moja sukienka podwija się z każdej strony. Śmieję się jak szalona. Turlam się po trawie, która łaskocze mnie w nagą skórę na ramieniu. Podnoszę głowę i z przerażeniem widzę, że zawodnicy postanowili pójść w moje ślady. Wszyscy, naraz.
– Nie mogłam się wycofać. Tu chodzi o honor. Halo, ziemia do Raven! – Zaczęła mi pstrykać przed oczami. – Przestań żyć w obłokach.
Zamrugałam szybciej. Linds, przede mną stoi Linds.
– Nadal nie jestem w stanie pojąć, jak cała szkoła mogła milczeć – kontynuowałam z wyrzutem.
Miesiąc temu, cały jeden wielki miesiąc temu, założyła się z Becky – czytaj wróg numer jeden, zdzira i kłamca w przebraniu podstępnej żmii – o to, że zrobi najlepszą imprezę w historii szkoły. Wiedzieli wszyscy, tylko nie ja. Taki Becky postawiła warunek. „Sikała w gacie ze strachu” (słowa Linds, nie moje, mnie tam przecież nie było!), myśląc, że pomogę Linds. Jasne, żebym pomogła, gdybym WIEDZIAŁA!
– Dowiedziała się, jak pomogłaś Benowi rozkręcić zabawę. Benowi, który siedzi w książkach całe dnie i kocha się w nauczycielce angielskiego. Takie rzeczy zostają w ludziach. Ktokolwiek pisnąłby ci słówko, zakład anulowany. Wszyscy najwidoczniej chcieli przyjść na moją imprezę! – Skakała po kuchni jak mała dziewczynka, która zaraz otworzy wymarzony prezent. Pokręciłam głową z niedowierzania i rozbawienia.
– Pomagałam ludziom, co nie oznacza, żeby wykluczać mnie z zakładu!
– Poza tym – ciągnęła, stając w miejscu – nazwała nas pustymi dziwkami, sądzisz, że pozwolę, by ktokolwiek mnie i ciebie nazwał dziwką? Niech się cieszy, że nie wytarłam jej twarzą chodnika.
– Wątpię, by jej to zaszkodziło. Tapeta by ją uratowała. – Mlasnęłam z obrzydzeniem. Jak można nakładać tyle pudru? Jedno opakowanie na godzinę, nie żartuję.
Pokiwałyśmy zgodnie głowami.
– No tak – zaśmiała się chytrze i zatarła ręce. – Już nie mogę się doczekać wygranej.
Gdy moja Linds wygra – a wygra na pewno – Becky wisi mojej przyjaciółce przysługę. Jeśli jednak jakimś cudem Lindsay nie wygra, to ona usługuje jej przez miesiąc. Jasne. Pewnie dodawałaby jej środki na przeczyszczenie. Nie żeby była mściwa. W gruncie rzeczy Linds jest najmilszą osobą, jaką znam.
– Muszę cię uprzedzić. – Spojrzałam na nią niepewnie. Bóg jeden wie, co wymyśliła. – Masz załatwiony taniec z Erikiem. I chłopaki od alkoholu bardzo chcą cię poznać.
– Znowu się mną posłużyłaś? – w moim głosie wcale nie było słychać wyrzutu. Ani trochę.
Po co ja w ogóle pytam? Oczywiście, że tak. Na twarzy nie miała ani cienia skruchy. Bycie szkolną szmatą ma swoje zalety, ale chyba dostrzegam coraz więcej minusów. Między innymi to, że twoja przyjaciółka posługuje się plotkami częściej niż ty. Skandal!
– Nie każę ci się z nimi umawiać, tylko zatańczyć – zrobiła minę zbitego szczeniaka. – Nie odmówisz, prawda?
Westchnęłam, wznosząc oczy do nieba. Jakbym miała jakieś wyjście.
– Nie, ale przyjdzie dzień, kiedy upomnę się o swoje! – Pogroziłam jej palcem.
Pisnęła i przytuliła mnie. Uwielbiałam ją, nawet kiedy namawiała mnie do rzeczy, których nie cierpiałam. Przynajmniej wybrała najlepszego DJ-a. Eric może skończył dopiero pierwszą klasę liceum, ale potrafił wyczyniać cuda z muzyką.
– Czas na kulminacyjne pytanie – zrobiłam dramatyczną pauzę. – Gdzie twoi rodzice? I Mike?
Zaczęła wykręcać palce. O nie, robiła to wyłącznie przy naprawdę niedorzecznych pomysłach.
– A co, tęsknisz za nim? – zdobyła się na nonszalancję. – Pilnuje starych.
Zatkało mnie.
– Co robi? Linds, coś ty znowu wymyśliła?!
Już po nas. Oni ją zabiją, wyślą na Antarktydę i założą pas cnoty. Nie przesadzam.
– Nie panikuj. Zorganizowałam rodzicom randkę. Powiedziałam tacie, żeby zaprosił mamę na kolację, niech ją zabierze do kina i niech wynajmą sobie noc w hotelu. – Uniosła ręce i zaczęła gestykulować. – Mamie w końcu należy się trochę rozrywki – uśmiechnęła się jednoznacznie. Ohyda. Myśl o seksie rodziców przyjaciół zawsze będzie mnie brzydzić. – Mike ich pilnuje, na wypadek gdyby znowu się pokłócili i nagle zechcieliby wracać. Za sto dolców zrobiłby wszystko.
– Jesteś szalona.
– I wspaniała. – Posłała mi całusa. – Za to mnie kochasz.
Wielbienie samej siebie przerwał jej dzwonek do drzwi. Zmarszczyłam czoło, było zdecydowanie za wcześnie na gości. Poszłyśmy otworzyć. Na progu czekał Ethan, nasz znajomy z salonu tatuażu. Rok temu skończył szkołę i postanowił zrobić gap year. Co on tu robił z ogromną, czarną torbą?
– Nareszcie – zwróciła się do niego Linds. W jej stylu nie było miejsca na zwykłe „cześć”.
– O co chodzi? – spytałam trochę zbita z tropu. Ethan ma prawo bawić się z nami, ale po jaką cholerę miałby przychodzić teraz?
– Przekupiła mnie – powiedział beztrosko. – Mam robić hennę. Bo przecież to wydarzenie musi być wyjątkowe.
– Hej, to moje słowa – wtrąciła Linds.
– I mój pomysł – zawtórowałam.
– Stary, więc się nie liczy, a mnie pomaga – roztrzepanie w jej głosie zawsze mnie rozbraja.
Zaprowadziła chłopaka na patio. Niedługo po nim zjawił się Eric wraz ze swoją ekipą, ludzie od dmuchanych materacy i chłopaki od alkoholu. Eric posyłał cały czas w moją stronę lubieżne uśmiechy. Gdybym mogła, starłabym go z jego twarzy, nie dając mu szans na wyjaśnienia. Ale to wieczór Linds, mogę ten jeden raz zachować się jak dama i sprowadzić chłopaka na manowce. Nie moja wina, że wszyscy widzą we mnie tylko plotki. A one nie są subtelne. W żadnym stopniu.
Nie powiem, moja przyjaciółka jest genialna. Wykorzystała swój ogromny basen, w którym spokojnie mogłaby trenować drużyna pływacka, no dobra, dwie drużyny, wypełniając go po brzegi kolorowymi pontonami. Eric miał swój kącik tuż nad basenem, a Ethan pod ścianą domu. Wszędzie były stoły, z piwem, wódką, ponczem i czego dusza nastolatka sobie jeszcze zażyczy. Pierwsi ludzie zaczęli się schodzić parę sekund po tym, jak skończyłyśmy wieszać lampiony na werandzie. Pół godziny później nie dało się przejść przez tłum napalonych nastolatków. Muzyka dudniła, a chłopaki wrzucali bez jakichkolwiek skrupułów dziewczyny do wody. Ogólnie rzecz biorąc, przyszła większa część uczniów naszej szkoły. Nawet z przyszłych i byłych czwartych klas.
– Witaj, piękna. – Podszedł do mnie jakiś koleś.
– Piękna ma pazurki – odgryzłam się.
– Czy kocica poświęci dla mnie jeden taniec? – Zdecydowanie nie wyczuł aluzji.
– Kocica woli tygrysy, a nie malutkie kotki. – Spojrzałam znacząco na jego spodnie i odeszłam.
Czasem miałam siebie dość. A raczej swojej reputacji. Czemu postawiłam na typ suki? Zauważyłam Linds biegnącą w moją stronę. Wzięłam kolejny łyk piwa i wyszłam jej naprzeciw.
– Nie uwierzysz! Nie uwierzysz! NIE UWIERZYSZ! – Podskakiwała jak mała dziewczynka. – Raphael przyszedł!
Zakrztusiłam się. Klepała mnie ze śmiechem po plecach.
– Po jaką cholerę on tutaj?! – musiałam krzyczeć przez głośną muzykę. Dobrze, że dom Grandów jest na obrzeżach miasta. Przynajmniej sąsiadami nie musieliśmy się przejmować.
– To naprawdę najlepsza impreza w historii szkoły!
Rozumiałam jej radość, co nie zmieniało faktu, że nie znosiłam gościa. Jest o rok starszy, przeleciał prawie każdą dziewczynę w Veland i jest królem dupków. Cholerny arogant. Jedyne zasady, jakie uznaje, to swoje, o ile w ogóle je ma. Nie jest typem imprezowicza. Jeżeli już gdzieś przyjdzie, jest to fenomen. Są tylko dwie opcje, dlaczego się zjawił. Albo Linds zrobiła najlepszą imprezę, albo jakaś biedna dziewczyna znajdzie się w jego ramionach. Brr.
Nie ominął mnie taniec z Erikiem. Pomimo tego, że jest o rok młodszy i zapewne uważa mnie za szmatę, jest całkiem uroczy na swój sposób. Chłopaki od piwa, czyli Sam, Justin i Max, okazali się całkiem spoko. Właściwie siedziałam z nimi już od godziny na parkingu. Ich jeep był świetny, a poza tym stąd widzieliśmy idealnie patio.
– Najlepsze jest to, że nie wiadomo, czy jej starzy przyjdą i nie urządzą jatki – powiedział Sam.
– Jeśli przyjdą, mamy przesrane – dopowiedziałam złowieszczym tonem. – Jej rodzice znajdą każdego, znajdą ich opiekunów i zatrują nam akta.
– Ktoś lubi igrać z ogniem – zaśmiał się Justin.
– Kto to? – Max wskazał na… No nie, tylko nie on! – Jest całkiem niezły.
– I kocha kobiety – rzuciłam krótko. Max był gejem. Nawet gdyby Raphael też nim był, trzymałabym go z dala od chłopaka. – Właściwie one też go kochają.
– Poza tobą. – Max mnie szturchnął.
– Nie gustuję w facetach bez gustu.
Raphael wszedł właśnie do domu z jakąś laską w bikini. Co one w nim widzą oprócz ładnej buźki? Niedaleko kręciła się jego świta. Ośmiu napakowanych chłopaków z naszej szkoły. Wszyscy mieli skórzane kurtki. Chodzą plotki, że należą do gangu. Jeden chłopak ma opaskę elektryczną. Według ludzi: za pobicie, napad, obrabowanie banku, szantaż dyrekcji szkolnej…
– Raven, nie męcz nas i zatańcz. – Justin zrobił niewinną minę. Rzuciłam w nim pustym kubkiem po piwie.
– Skoro tak ładnie prosicie. – Wstałam.
Weszłam na dach jeepa przy okrzykach moich nowych kumpli. Faceci. Leciał jakiś kawałek idealny do tańca brzucha. Zaczęłam się powoli kołysać. Moje szpilki stukały w dach samochodu. Spojrzałam na basen. Dostrzegłam Linds rozmawiającą z Tonym Fillansem. Wyglądał na oczarowanego i wcale mu się nie dziwiłam. Była piękna, inteligentna i miała miękkie serce, o czym wiedzieli nieliczni. Piosenka szybko dobiegła końca. Dygnęłam i z pomocą Justina zeszłam z dachu. Chłopcy oczywiście byli wniebowzięci.
– Należy mi się piwo, ekspresem – uśmiechnęłam się przebiegle.
Po jakimś czasie poszłam zobaczyć, co się dzieje. Will z Andre założyli się, który wypije więcej czystej bez popity. Ohyda. Andre wygrał, ale za cenę niezłego pawia. Podwójna ohyda. Linds dała mi komórkę, na którą w razie czego miał dzwonić Mike. Patrzyła na Tony’ego jak ja na czekoladę. Mam tylko nadzieję, że nie będzie jak z Piterem. Uznał, że plotki są prawdziwe, a ona jest łatwa. Ona natomiast uznała, że zasłużył na potężnego kopniaka w krocze. Tak, moja Lindsay znokautowała kapitana szkolnej drużyny koszykówki.
Pogrążona w myślach weszłam do domu. Ledwo skręciłam za róg korytarza, a już ktoś się ze mną zderzył. Zachwiałam się. Gdyby nie czyjeś silne ramię, pewnie poleciałabym na tyłek. Popatrzyłam w twarz mojego poniekąd wybawcy. Odskoczyłam od niego natychmiast. Cholerny kobieciarz.
– Raphael, jak miło cię widzieć – zdobyłam się na uprzejmość. Był sam. Cóż, laska w bikini już poszła w odstawkę.
Miałam go wyminąć, ale kiedy zauważyłam, jak mi się intensywnie przygląda, zmieniłam zdanie. Taksował mnie tymi brązowymi, prawie czarnymi oczami. Zawtórowałam mu, przecież nie będę tą, która odwraca wzrok. Piwo zaczęło uderzać mi do głowy.
Był niesamowicie zbudowany. Nawet w czarnym podkoszulku i jeansach można było zobaczyć zarys jego mięśni. Jak zwykle miał na sobie skórzaną kurtkę, bez tego ani rusz. Był zdecydowanie wyższy ode mnie. Ciemnobrązowe włosy miał rozczochrane. Prosty nos, pełne usta, chodzący ideał. Nic dziwnego, że prawie żadna dziewczyna nie potrafiła się mu oprzeć. Szkoda, że to tylko jedna strona medalu.
Spojrzał mi w oczy, ale tym razem jego tęczówki były jakby jaśniejsze. Wytrzeszczył gały z niedowierzania i zdziwienia. No co? Umazałam się czymś, czy coś? Nie wiem, czemu, ale to spojrzenie coś mi przypomniało. Jakbym przeżyła déjà vu, tylko że nie z nim. Dziwne. Szybko się otrząsnął.
– Raven… – zawahał się.
– Tak? – ponagliłam.
Nie odpowiedział, tylko złapał mnie za rękę i poprowadził do pokoju obok.
– Hej! – zaprotestowałam, szarpiąc się i zapierając piętami.
Łatwiej byłoby przesunąć ścianę palcem. Był silniejszy ode mnie. Świetnie. Do króla dupków i drani Raphaelowi trzeba dodać jeszcze tytuł króla świrów. Wepchnął mnie do sypialni państwa Grandów, jakbym ważyła tyle co powietrze.
– Za kogo ty się, kurna, uważasz? – Posłałam mu wściekłe spojrzenie.
Niewzruszony oparł się o drzwi, blokując je.
– Musimy poruszyć pewną kwestię.
Że co? Nie, to zdecydowanie było przegięcie. Rozumiem naprawdę dużo, ale jeśli naprawdę sądzi, że się z nim prześpię, bo zamknął mnie w sypialni, jestem pijana i mam opinię puszczalskiej, to się grubo myli.
Zamachnęłam się na tę jego śliczną twarzyczkę. Złapał moją dłoń tuż przy jego policzku. Musiał być taki zwinny?
– Nie taką kwestię – powiedział. Albo zwariowałam, albo usłyszałam w jego głosie wyrzut.
Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Zadzwonił telefon Linds. Poczułam skurcz w żołądku. Tylko NIE to. Przyłożyłam komórkę do ucha, nie spuszczając oka z mojego oprawcy. Niech nawet nie myśli, że mu to ujdzie na sucho.
– Alfa do Omegi. Kod czerwony! – usłyszałam głos Mike’a.
– Twoja Omega jest zajęta, więc mów normalnie. – Przewróciłam oczami.
– Raven, nasz tata czeka na taksówkę przed hotelem. – Od razu mnie rozpoznał, jak miło.
– Za ile dotrze do domu?
– Ojciec będzie w domu za maksymalnie godzinę.
Mało czasu, zdecydowanie za mało. Wpadłam na pewien pomysł.
– Mike – zaczęłam najbardziej przekonującym tonem – wsiądziesz do tej taksówki i do każdej innej, którą twój tata zamówi.
– Zaraz, co? A jak mnie zobaczy?!
Panika to wróg Mike, a podekscytowanie to broń.
– Nie zobaczy, jeśli wsiądziesz przed bramą – przekonywałam. – Mike, przez miesiąc możesz jeździć na moim motocyklu – dodałam szybko.
– Masz motocykl? – wtrącił Raphael.
Uciszyłam go ręką, obmyślając już plan działania. Trzeba znaleźć Lindsay.
– Dla mojej kochanej Raven i jej motoru zrobię, co się da.
– Dzięki. – Rozłączyłam się. – No to zaczynamy. Wypuść mnie.
– Nie skończyłem z tobą.
Zmrużyłam oczy. Co za bezczelny… Skąd się biorą tacy faceci?
– A ja nie mam zamiaru z tobą zaczynać – odcięłam się. Palant. – Ktoś musi uratować nam tyłki. Marnujesz mój czas.
– Nie myśl, że cię nie znajdę – ostrzegł, ale łaskawie mnie przepuścił.
Wyminęłam go i zaczęłam szukać Linds. Na szczęście była w kąciku DJ–a. Podałam jej telefon. Zrozumiała. Jej twarz zszarzała. Źle to się komponowało z brązową opalenizną.
– Nic się nie bój, damy radę – pocieszyłam ją. – Eric, daj mi mikrofon i wyłącz muzykę.
Zrobił to bez słowa, ale inni nie byli zadowoleni.
– Jak się bawicie?! – usłyszałam swój głos lecący z głośników.
Odpowiedział mi chór pisków i oklasków. Chłopacy chyba gwizdali.
– Czy to była najlepsza domówka w historii szkoły?! – krzyknęłam ponownie do mikrofonu.
Znowu pisk.
– To świetnie, bo czas się zwijać!
Buczenie.
– Tata Linds jedzie do domu!
I wszyscy wiedzą, o co chodzi. Jej mama to nic w porównaniu do ojca. On postawi na nogi całą policję i rodziców wszystkich zgromadzonych, nawet jeśli nie pili ani nie jarali. Znajdzie każdego, nie wiem jak. Powinien zostać detektywem, a nie szefem korporacji. Chociaż w sumie, czym jedno od drugiego się tak naprawdę różni?
– Posłuchajcie! – Trzeba ich jakoś ogarnąć. – Ucieczka teraz nic nie da, jeżeli znajdzie ślad imprezy. Proponuję ostatnią, szaloną grę.
Słuchali jak zaczarowani. Doskonale zdawali sobie sprawę z ryzyka.
– Podzielimy się na drużyny. Każdy idzie do tej, która mu bardziej pasuje. Drużyna Jeden opróżnia zawartość stołów. Szkoda, żeby taka ilość jedzenia i alkoholu się zmarnowała.
Niektórzy zaczęli się śmiać.
– Drużyna Dwa pomoże Ericowi złożyć i pochować sprzęt. Drużyna Trzy pomoże mi i Lindsay ogarnąć w domu. W drużynie Czwartej są tłumoki, które nic nie zrobią i zabierają się do domu. Ruchy ludzie! Mamy pół godziny!
Ludzie zaczęli biegać bez ładu i składu. Większość uciekała do samochodów. Im szybciej się zmyją, tym lepiej. Na niebie pojawiły się pierwsze promyki słońca. Dzięki Bogu, że Ethan zwinął się godzinę temu. Oddałam mikrofon, wzięłam Linds za rękę i poprowadziłam ją do domu. Dopiero w kuchni oprzytomniała.
– Raven, nie wiem, jak ci dziękować.
– Ale ja wiem, ty zajmujesz parter, a ja idę na piętro.
Poleciałam na górę. Musiałam się załatwić. Cholera! Dostałam pierwszą miesiączkę. Wiem, że to dość późno, ale żeby w taki dzień?! Linds powinna mieć gdzieś podpaski.
Z łazienką uwinęłam się raz-dwa, tak samo jak z resztą piętra. W żołądku zaczęłam odczuwać skutki każdego wypitego piwa. Strasznie kręciło mi się w głowie. Wyszłam z pomieszczenia, z korytarza skierowałam się na schody. Prawie na kogoś wpadłam. Znowu. Czy to jakiś żart? To moja pechowa noc! Czemu przede mną nie mógł stać Eric? Spojrzałam w oczy swojego prześladowcy.
– Raphael, bądź tak grzeczny i jedź już do domu. – Koniec miłej Raven.
– Zwariowałaś? Nie mogę cię teraz zostawić. Musisz mnie wysłuchać.
Zakręciło mi się w głowie tak mocno, że musiałam się przytrzymać ściany. Ponownie spojrzałam na Raphaela, tym razem z zamiarem minięcia go albo walnięcia, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ale faza! Nigdy więcej piwa. Koniec, kropka. Chłopaka otaczało coś na kształt czerwonej poświaty. Najśmieszniejsze jest to, że ten kolor jakoś do niego pasował.
– Wow, wyglądasz, jakby ktoś świecił na ciebie czerwoną latarką. Hmm, mocne to piwo – powiedziałam.
– Dobrze się czujesz? – Wyglądał na zaniepokojonego.
– A co, źle wyglądam? Idę do Linds, a tobie radzę już się zmywać. – Jak on mnie denerwuje.
Minęłam go na schodach i zeszłam na dół. Moja przyjaciółka podawała właśnie jakimś chłopakom worki na śmieci.
– To kiedy następna impreza? – spytał jeden.
– Na moim pogrzebie, jak się nie pośpieszycie – odpowiedziała.
Kiedy zamknęła za nimi drzwi, odwróciła się i spojrzała na mnie. Czy komuś udało się podrzucić mi jakieś prochy do jedzenia? Linds też miała czerwoną poświatę. Nie wytrzymałam i spojrzałam, czy czasem nikt nie świeci na nią latarką. Wiem, że to idiotyczny pomysł, ale nie wytrzymałam.
– Co ty wyprawiasz? – spytała. – Musimy się przebrać, zanim ojciec wróci.
– Tak, masz rację. Mike już wrócił? – wybełkotałam.
– Raven, ile wypiłaś? – zapytała z przestrachem Linds.
– Emm… tak z trzy… Nie, cztery owocowe. Nie. – Uniosłam ręce w geście rezygnacji. – Nie wiem. Aż tak źle?
– Już po mnie! – Była przerażona.
– Będę udawać, że śpię. Raphael był na górze.
– Co on tu jeszcze robi?! – krzyknęła i już jej nie było. Pobiegła na piętro.
Poszłam za nią na górę, ale z innym zamiarem. Musiałam się przebrać, a pokój Lindsay był na piętrze. Spotkałam ją u szczytu schodów. Nie wyglądała na zadowoloną.
– Obiecałaś! Obiecałaś, że już nigdy więcej nie weźmiesz tego świństwa! Nigdzie go nie ma, a Mike powiedział mi przed chwilą, że jego samochód mijał dwadzieścia minut temu!
Nic nie rozumiałam. Czy ona usiłuje mi powiedzieć, że mam halucynacje? To by wyjaśniało tę czerwień.
– Nie brałam nic! Przysięgam! Mogłabym się założyć, że on tu przed chwilą jeszcze stał! – Jasne, na pewno mi uwierzy.
– Nieważne. Idź się przebrać i udawaj, że śpisz. Zaraz do ciebie przyjdę.
Powiedzieć, że była wkurzona, to niedopowiedzenie roku. Wyglądała na przerażoną i wściekłą.
Poszłam do jej pokoju. Podeszłam do łóżka, gdzie leżała moja torba. Zrugała mnie jak małe dziecko, a to przecież ja doprowadzam ją zawsze do porządku. Włożyłam swój za duży T-shirt i krótkie spodenki. Zaplotłam włosy w warkocz i poszłam do łazienki w jej pokoju, żeby umyć zęby i zmyć makijaż. Nie podobała mi się taka zamiana ról. Kiedy wyszłam, Lindsay siedziała już na łóżku w niebieskiej piżamie.
– Jest już na podjeździe – zaczęła, oczywiście mówiła o swoim ojcu. – Mike powiedział mi o twoim pomyśle. Nie wiem, jakbym sobie bez ciebie poradziła. Nie powinnam tak na ciebie naskakiwać.
Skruszona Linds, a to nowość.
– Nic się nie stało. – Usiadłam obok niej. – No to opowiadaj, jak tam Tony?
– Nie uwierzysz, ale świetnie całuje. – Zrobiłam minę jak mała dziewczynka, kiedy widzi całujących się rodziców. – Jutro do mnie… – urwała.
Popatrzyłyśmy w stronę białych drzwi jej pokoju. Ktoś – pewnie pan Grand – szedł po schodach. Spojrzałyśmy na siebie. Ja położyłam się pod kołdrą, a Linds pobiegła zgasić światło. Wskoczyła do łóżka obok mnie, uśmiechnęłam się do niej. Zamknęłam oczy. Trzask naciskanej klamki. Zapaliła się żarówka.
– Raven, Lindsay, wiem, że nie śpicie.
Już po nas. Panie, miej nas pod swoją opieką.
– Za dziesięć minut widzę was w kuchni. – To powiedziawszy, ojciec mojej przyjaciółki wyszedł, nie gasząc światła.
– A było tak pięknie – westchnęła Linds.
– I będzie pięknie – obiecałam.
– Hope, ty nie wiesz wszystkiego… – Po tonie jej głosu nie spodziewałam się niczego dobrego. – Ojciec powiedział, że jeżeli urządzę imprezę pod jego nieobecność, wyśle mnie do babci na Florydę – wyznała.
– Nie pozwolę na to – zapewniłam. – Nie znajdzie śladu imprezy. Dom lśni.
Nie wyglądała na przekonaną, ale starała się mi uwierzyć. Wstałam i pociągnęłam ją za sobą. Mruczała coś pod nosem o pogrzebie i pożegnaniach. Ja myślałam o tym, jak uda mi się udawać trzeźwą, skoro nadal widzę czerwoną Linds.
Weszłyśmy do kuchni. Urządzono ją w bardzo nowoczesnym stylu. Pan Grand stał na środku pomieszczenia i lustrował nas wzrokiem.
– Nic nie mów – szepnęła moja towarzyszka.
Jezu… Nigdy więcej nie tknę alkoholu, nawet na niego nie spojrzę. Będę chodzić na manifestacje, walczyć o jego zakazanie. Zacznę nastolatków prowadzić na drogę trzeźwości i czystości. Pan Grand był otoczony czarną poświatą, wręcz mrok od niego bił, odbijał się od marmuru i przyprawiał mnie o dreszcze.
– Skąd to się wzięło na kanapie w salonie? – Tata Lindsay wskazał na końcówkę papierosa, którą trzymał w jednej ręce.
– Nie wiem – zaczęła Linds. Zerknęła na mnie, obie wiedziałyśmy, że tego nie kupuje. – Cały czas byłyśmy na górze.
– Nie ma sensu kłamać – wtrąciłam, próbując zachować pozory normalności, pijana z halucynacjami. Linds spojrzała na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa. – To moje. Linds była w łazience, kiedy zeszłam na dół. Wyczuła ode mnie nikotynę i kazała mi zjeść całą paczkę gumy, bo jej zdaniem straszne cuchnęłam. – W kłamaniu nie mam sobie równych.
– Lindsay, to prawda? – Jej ojciec świdrował ją wzrokiem.
– Tak – udało jej się wykrztusić.
Powoli przeniósł wzrok na mnie. Rany! Jego oczy wyglądały, jakby były zamglone. Jakby się urwał z nocy żywych trupów. Odskoczyłam. Linds patrzyła na mnie przerażona.
– Nie chcę cię więcej widzieć w tym domu, Raven. – Stale to powtarzał. – Wywierasz zły wpływ na moją córkę. A ty, moja młoda damo – skupił się znowu na swojej córce – marsz na górę, i żeby mi to było ostatni raz.
Mijając mnie, Linds ułożyła usta w bezgłośne „dziękuję” i „przepraszam”.
– Wiem, że to ty kazałaś Mike’owi wziąć moją taksówkę. Tak, widziałem go – odpowiedział na zdziwienie malujące się na mojej twarzy. – Nie wiem, co tu się działo, ale Lindsay to porządna dziewczyna i nie chcę, żeby cały nasz wysiłek w jej wychowanie poszedł przez ciebie na marne. Zamówię ci taksówkę.
Wykłócanie się z nim nie miało sensu, więc poszłam na górę po swoje rzeczy. Zanim weszłam po schodach, jeszcze raz na niego spojrzałam. Chyba naprawdę podrzucili mi jakoś prochy. Pan Grand wyglądał jak postać z horroru. Sama jego czarna aura była przerażająca, ale te oczy…
W pokoju Lindsay przyglądała się każdemu najmniejszemu ruchowi, jaki wykonałam. Próbowała coś powiedzieć, ale nie umiała sklecić zdania. Kiedy wszystkie moje rzeczy były w torbie, a taksówka na podjeździe, przytuliłam ją.
– Nie znam słów, żeby opisać ci moją wdzięczność. – Linds miała łzy w oczach. Zdawała sobie sprawę, że widywanie się poza szkołą będzie nie lada wyzwaniem. A mamy przecież wakacje! – Jesteś najlepsza!
– Zrobiłabyś dla mnie to samo. Zadzwoń do mnie, jeśli ci się uda. Muszę wiedzieć, jak dobrze całuje nasz drogi Tony – próbowałam ją rozweselić. Uśmiechnęła się, sukces.
– Opowiem ci wszystko. Każdy najmniejszy szczegół – obiecała. Zrobiłam minę męczennika.
– Raven, taksówka czeka! – Usłyszałyśmy krzyk z dołu.
Przeszłam przez pokój. Zerknęłam ostatni raz na moją najlepszą przyjaciółkę. Znajdę i zemszczę się na dilerze. Żeby chociaż w czerwonym jej było do twarzy! Nie wiedziałam nawet, że dragi tak długo się utrzymują w organizmie.
Ona też mi się przyjrzała i wytrzeszczyła oczy, jakby coś do niej dopiero teraz dotarło.
– Kiedy założyłaś soczewki? I czemu nic nie powiedziałaś, że zmieniasz ich kolor? – Linds jako jedna z niewielu wiedziała, że noszę okulary, ale do szkoły zakładam szkła kontaktowe.
– Bo tego nie zrobiłam… – Niezupełnie wiedziałam, o co jej chodzi.
Podała mi lusterko. Kolejna niespodzianka. Zanotować: kiedy ktoś podaje mi narkotyki, moje oczy zmieniają kolor z błękitno-szarych na perfidnie topazowy.
– To chyba przez to piwo – palnęłam.
– Nieważne, super wyglądasz. A skoro o wyglądzie mowa, czemu Raphael pożerał cię wzrokiem? – spytała ni stąd, ni zowąd.
– Bo jestem cudem natury – rzuciłam żartem.
– Mówię poważnie. Widziałam, jak zamknął cię w jaskini smoka! – Jej nastrój bardzo szybko przeszedł od żałobnego do podekscytowania.
Nie ma to jak urządzić sobie pogawędkę wtedy, gdy ojciec twojej przyjaciółki najchętniej spaliłby cię na stosie, a ty jak gdyby nigdy nic rozmawiasz sobie z jego córką o chłopakach.
– Taak. – Najlepiej zdać jej krótką relację. – Wepchnął mnie do pokoju, zablokował drzwi, powiedział, że musimy poruszyć pewną kwestię. Ja zrozumiałam, że chce się ze mną przespać. – Moja słuchaczka nie mogła doczekać się zakończenia. – Chciałam dać mu w tę arogancką twarz i wtedy zadzwonił Mike. – Wyraźnie nie takiego zakończenia się spodziewała.
– Zwariowałaś?! Chodzący bóg seksu ślini się do ciebie, a ty odsyłasz go z kwitkiem? Czemu nie przysłałaś go do mnie na pocieszenie? – była rozbawiona i zdegustowana.
– Byłaś zajęta – wypomniałam jej. – A teraz wybacz, ale sądzę, że twojemu tacie kończy się cierpliwość.
Westchnęła teatralnie, co oznaczało koniec przesłuchania. Pomachałam jej i zeszłam na dół. Wolałam nawet nie zerkać w stronę pana Granda.
Szybkim krokiem przeszłam przez podjazd i wsiadłam do taksówki. Podałam adres swojego domu. Ciekawe, czy uda mi się wejść niepostrzeżenie. Mina rodziców byłaby bezcenna, w końcu dochodziła piąta, a oni myślą, że poszłam do Linds na piżama party. Ciekawe, jak miałabym im wytłumaczyć mój wczesny powrót. Chociaż mieszkałam na drugim końcu Veland, taksówka w zawrotnym tempie pokonała tę odległość. Tata Lindsay zapłacił już wcześniej taksówkarzowi.
Najciszej jak umiałam, przekręciłam klucz od drzwi frontowych i pobiegłam do swojego pokoju. Sypialnia rodziców znajdowała się po drugiej stronie domu. Kiedy się tu wprowadziliśmy, miałam dwanaście lat i tata stwierdził, że za niedługo będę potrzebowała większej prywatności.
Rzuciłam niedbale torbę na podłogę i położyłam się spać. Ból rozsadzał mi czaszkę. Która godzina? Spojrzałam w stronę okna i od razu tego pożałowałam. Dzień był szary, ale jednocześnie straszliwie jasny. Zamknęłam oczy i opadłam bezwładnie na poduszkę. Wspomnienia minionego wieczoru stanęły mi przed oczami niczym film.
Pierwsi goście, taniec z Erikiem, rozmowy z Linds i Ethanem, jeep, Raphael… Raphael! Boże, co za kompromitacja. Zaraz, czy ja się zaczęłam właśnie przejmować tym, co on sobie o mnie pomyślał? Niedorzeczność. Jeszcze te prochy… Kiedy mogłam je wziąć?
Po kilku minutach wspominania imprezy jakoś wstałam z łóżka. Odblokowałam telefon, zegarek pokazywał trzynastą pięćdziesiąt dwa. Żadnych wiadomości od Lindsay. Może jeszcze śpi. Na biurku leżały dwie tabletki, obok stała szklanka soku pomarańczowego. No pięknie. Tak oto kończą się wakacje. Nie wierzę. Ojciec mojej przyjaciółki musiał być tak miły, żeby odbyć już pogawędkę z moimi rodzicami.
Wzięłam tabletki i duszkiem wypiłam sok. Niech się dzieje wola nieba. To niebo poznam szybciej, niż można sobie wyobrazić. Podeszłam do szafy, wyciągnęłam czarną bokserkę i jeansowe spodenki. Z toaletki wzięłam zegarek – dziadek podarował mi go na piętnaste urodziny – i założyłam go na lewą rękę.
Ja chyba śnię! Jak Ethan mógł zrobić mi tatuaż?! Jak mi to mogło w ogóle przejść przez myśl? Czy byłam aż tak pijana, żeby się naćpać i zrobić sobie tatuaże? Jak ja to ukryję przed rodzicami? W tej chwili miałam ochotę walnąć samą siebie.
Na lewym nadgarstku widniał ślad mojej głupoty. Ale całkiem oryginalny ślad, musiałam przyznać. Tatuaż przedstawiał trąbę powietrzną, obok której rozbłysła błyskawica. Całość była zamknięta w kropli spadającej do wody. Kropelka była na granicy między wodą a powietrzem, jakby nie wiedziała, co wybrać. Arcydzieło. Poniekąd szkoda, że za dwa, trzy tygodnie go nie będzie. Bo henna chyba po takim czasie schodzi.
Zdjęłam zegarek i na jego miejsce założyłam białą frotkę. Cudo na szczęście nie było duże. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z mojego jedynego schronienia. Głosy rodziców dochodziły z kuchni. Zapewne mama zaczęła robić obiad. Stanęłam przed zakrętem i zaczęłam podsłuchiwać.
– Pytam ostatni raz, nie ma innego wyjścia? – spytała mama.
– Sama widzisz, że jest coraz gorzej. Coraz więcej imprez, coraz więcej alkoholu. A w Kalifornii mają świetne szkoły.
Kalifornia?!
– Może najpierw z nią porozmawiamy. Dajmy jej szansę zadecydować. – Mama nie miała zamiaru ulec tacie. Tak trzymaj!
– Zaraz się pewnie obudzi – stwierdził.
I jak na zawołanie po kilku minutach weszłam do kuchni, ziewając (pozory to podstawa). Jak oni mogą w ogóle myśleć o przeprowadzce? Przecież dobrze się uczę. Najlepiej odstawić szopkę.
– Nie wiem, co powiedział dokładnie wam pan Grand, ale mogę powiedzieć, jak było od początku. Tylko błagam, jeżeli o czymś wam nie powiedział, to nie mówcie mu tego, bo Linds wyjedzie na Florydę! – udało mi się nawet wymusić łzy w oczach. Moje zdolności aktorskie przydałyby się niejednemu.
– Spokojnie, nic mu nie powiemy – zapewnił tata. – Rozumiemy, czemu nas okłamałaś. Nie jesteśmy z tego dumni, ale rozumiemy.
– Wytłumacz mi, proszę, co was podkusiło, żeby igrać z ogniem? – wtrąciła mama.
– Tak na marginesie, dowiedziałam się dzień wcześniej. Lindsay wolała nie ryzykować, że powiecie coś jej rodzicom, więc powiedziałam tylko część prawdy.
Mama udawała, że gotowanie ją pochłonęło i gorszą część rozmowy zostawiła tacie. Dzięki, mamo.
– To był zakład, który zresztą wygrała. Ja pomogłam jej ogarnąć dom, ale jakiś niedopałek został w salonie. Powiedziałam, że to moje, i jej ojciec kazał mi opuścić dom. – Ładnie powiedziawszy.
– Raven, to nie może tak wyglądać.
O nie! Tylko nie Raven. Wiedziałam, że mam kłopoty, ale żeby aż takie?
– Jeszcze nawet nie skończyłaś szesnastu lat, a od zimy balujesz, jakbyś była w akademiku – powiedział tata.
– Już nie będę, obiecuję. Nawet nie spojrzę na piwo. Naprawdę. Przysięgam. – Położyłam rękę na sercu.
– Hope, skarbie – zaczęła mama. Nic już nie wskóram. Znam ten ton, klamka zapadła. – Dostałam propozycję pracy w Kalifornii, a twój tata może zostać tam przeniesiony w każdej chwili. – Wzięła głęboki wdech. – Chcemy się przeprowadzić.
Nie wierzę. A jednak to powiedziała. Mam zostawić wszystkich znajomych tylko dla ich pracy? Nie, tego by mi nie zrobili. Musiało chodzić o coś więcej. Spojrzałam mamie w oczy i coś znalazłam. Nie było w nich nic innego poza strachem. Czyli choroba psychiczna znów powróciła. Za każdym razem, gdy tak się działo, wyjeżdżaliśmy na wakacje. Przez trzy lata był spokój. Mieliśmy nadzieję, że mama się wyleczyła. Jak widać nie do końca.
– Tato, a co z twoimi podopiecznymi? – spróbowałam z innej beczki. Jako psycholog był bardzo przywiązany do dzieciaków, z którymi pracował. – Wiesz dobrze, że jest duże prawdopodobieństwo, iż przed nikim nie otworzą się tak jak przed tobą.
Strzał w dziesiątkę. Ojcu zrzedła mina. Teraz kolej na mamę.
– Mamo, a co z twoimi stałymi klientami? Przecież to oni cię wypromowali. – Mama była artystką. Nikt, nawet ja, chociaż odziedziczyłam po niej talent, nie umiał wyczyniać takich rzeczy pędzlem.
– Wiem, że starasz się wzbudzić w nas poczucie winy – wtrącił tata.
Przepadłam. Nic ich nie powstrzyma. Czułam narastający we mnie gniew. Dlaczego akurat teraz? W szkole nikt do mnie nie podskoczy, bo wie, czym to się skończy. Długo na to musiałam pracować, a oni chcą to wszystko zniszczyć?
– To nie fair. Dlaczego nie zostawiacie mi wyboru?
Nie czekałam na odpowiedź. Wyszłam z domu i pobiegłam do garażu. Miałam zamiar wsiąść na motocykl i zapomnieć o całym bożym świecie. Zerwał się ostry wiatr, a z nim silny deszcz. Podeszłam do ściany, na której wieszałam zawsze kluczyki. Wieszak był pusty! No tak, a jakżeby inaczej?
Wróciłam do domu, kierując się prosto do swojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami, co mi tam, mogę się pobawić w zbuntowaną nastolatkę.
Zdjęłam frotkę i zaczęłam się przyglądać małemu arcydziełu. Włączyłam wieżę na full. Nawet nie słuchałam piosenek, tak bardzo oglądanie nadgarstka mnie pochłonęło. Dlaczego błyskawica? Huragan i kropla spadająca do wody – rozumiem, w końcu kocham deszcz i wiatr, ale piorun? Może tak się lepiej komponowało…
Teraz doszła mnie ironia sytuacji. Linds tak się bała, że pojedzie na Florydę, a to ja się przeprowadzam! Miałam ochotę się śmiać. To ci niespodzianka! Może kiedy będę odwiedzać dziadków, uda mi się jakoś z nią spotkać? W jej domu mile widziana na razie nie byłam – to było pewne. Coś się wymyśli.
Jakieś pół godziny później do moich drzwi zapukała mama. Muzyka już dawno przestała grać, głowa nadal mnie bolała. Jedynym dźwiękiem był nasilający się deszcz stukający o szybę. Leżałam na łóżku, czytając książkę. Nie miałam zamiaru otwierać. Nie miałam nawet ochoty się do niej odezwać. Po kilku sekundach i tak weszła do pokoju.
– Raven, nie możesz się boczyć cały dzień. – Zakład mamusiu? – Powinnaś coś zjeść. – Postawiła talerz z obiadem na biurku. Poczułam zapach spaghetti. Mama spojrzała na okno. – Początek lipca, a pogoda już się psuje – mruknęła.
Skierowała się do wyjścia. Czułam się podle. Wiedziałam, dlaczego to robią. Zachowywałam się jak egoistka. Tu nie chodziło o mnie, tylko o mamę. Pewnie znowu czuła, że stanie się coś złego. Tata nigdy tego nie ignorował. Kiedyś myślałam, że traktuje ją jak jakąś wyrocznię. Trochę niedorzeczne.
Mama stanęła w drzwiach. Spojrzałam na nią. Wyglądała, jakby dźwigała cały ciężar tego świata. Jak ktoś, kto doświadczył wielu przykrych rzeczy.
– Staramy się załatwić inne wyjście, ale nie obiecuję, że będzie lepsze. – I wyszła.
Usłyszałam ryk silnika. Tata pojechał do pracy. Zerknęłam na okno. Wiatr trochę osłabł, ale deszcz przybrał na sile. Ciekawe, co robi Linds. Nadal nie dostałam od niej znaku życia, a bałam się zadzwonić. Jeżeli jej ojciec ma jej telefon, nieźle się wkurzy.
Przeglądałam zdjęcia z imprezy na Facebooku. Większość fotografii przedstawiała ludzi w basenie lub na parkiecie. Kilka było robionych w domu. Niektórzy wstawili zdjęcia nowych tatuaży: różne czaszki, napisy, jakieś dziewczyny zrobiły sobie króliczki Playboya na łopatkach.
Może ja też wstawię swój? Właściwie to czemu nie? Wzięłam telefon i zrobiłam zdjęcie. Co jest? Aparat się zepsuł? Zrobiłam jeszcze raz i jeszcze raz, ale rezultat był ten sam. Na zdjęciu był nadgarstek, ale bez tatuażu. Nic nie rozumiałam.
Po jakimś czasie do pokoju weszła mama, mówiąc, że jedzie do miasta załatwić jakieś tam sprawy z inwestorami. Miałam cały dom tylko dla siebie. I co z tego? I tak nie miałam kogo zaprosić. Bez Lindsay to nie to samo. Wiedziałam, że jej nie straciłam, ale czułam się pusta. Wyprana z wszelkich emocji.
Moje rozmyślania przerwał dzwonek telefonu stacjonarnego. Pobiegłam do salonu go odebrać.
– Słucham? – powiedziałam bez jakiegokolwiek zainteresowania.
– Mówi pielęgniarka Susan Parsley z Veland Hospital, zastałam Elizabeth?
Szpital? Susan to koleżanka mamy, rozumiem, że może zadzwonić, ale ze szpitala?
– Nie, mama wyszła. Czy coś się stało?
– Raven, może lepiej, żebyś ty pierwsza się dowiedziała… – Z jej tonu nie wróżę nic dobrego. Każdy, kto zna mnie i moją mamę, wie dobrze, która z nas ma stalowe nerwy. – Twój tata miał wypadek samochodowy. Jest w ciężkim stanie. Przechodzi bardzo trudną operację, ale stracił mnóstwo krwi. Niestety jego krew jest bardzo rzadka. Może twoja jest taka sama. Byłoby dobrze, gdybyś z mamą jak najszybciej przyjechała.
Szok. Ciemno przed oczami. Ból. Nogi się pode mną ugięły. Osunęłam się na podłogę. Mój tata jest wzorowym kierowcą. Jak to możliwe, że miał wypadek?
– Raven, jesteś tam? – Zaniepokojony głos w słuchawce wyrwał mnie z odrętwienia.
– Zaraz będziemy – udało mi się wykrztusić. Rozłączyłam się.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
Władcy żywiołów. Woda i wiatr
ISBN: 978-83-8219-999-4
© Klaudia Wiktoria Streich i Wydawnictwo Novae Res 2022
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt
jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu
wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
Redakcja: Marta Grochowska
Korekta: Marta Martynowicz
Okładka: Paulina Radomska-Skierkowska
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Rek
