Willa Pod Jodłami - Bogna Ziembicka - ebook
BESTSELLER

Willa Pod Jodłami ebook

Bogna Ziembicka

4,3

48 osób interesuje się tą książką

Opis

Jaga i Mela są siostrami, których drogi rozeszły się jakiś czas temu. Teraz jednak Jaga w jednej chwili traci swój szczęśliwy świat – zdradza ją ukochany, musi odejść z pracy. Wyjeżdża z Krakowa do wiejskiego letniego domu i próbuje zacząć wszystko od nowa. Tymczasem jej siostra, Mela, ceniona chirurg, powoli przekonuje się, że nie każdy mężczyzna to drań. Gdy prawie udaje się jej ułożyć sobie życie, siostra prosi ją o pomoc. Drogi Jagi i Meli po raz wtóry splotą się w pięknym podkrakowskim domu, zwanym przez miejscowych Willą Pod Jodłami. Kobiety przekonają się, jak ważna jest przyjaźń. Zrozumieją, że największym darem, jaki można otrzymać od innego człowieka, jest życzliwość i zrozumienie.

Wiele rzeczy popycha człowieka do działania: ambicja, bieda, żądza, strach, nienawiść, zazdrość. Ale najsilniejszym bodźcem jest miłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Opowieść o dwóch siostrach i dwóch drogach poszukiwań sposobu na życie i miłość. Pochwała życia na uroczej prowincji z dala od korporacyjnego stresu i rywalizacji o stanowiska.Czyta się lekko bo akcja biegnie wartko a autorka nie zanudza moralizatorstwem.Gorąco polecam miłośniczkom rodzimej ,dobrej powieści obyczajowej... i czekam na dalszy ciąg!
30

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano

Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną –

Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

 

Robert Frost, Droga nie wybrana

(przeł. Stanisław Barańczak)

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

Chciałam ci tego ranka przynieść moje róże,

Ale bukiety jednak stały się tak duże,

Że pękły wstążki, w które chciałam je owinąć.

 

I wszystkie róże z mojej uleciały dłoni

Ku morzu, wiatr wraz z falą w nieznane je goni

I przecież nie powrócą już, bo wszystkie zginą.

 

Marceline Desbordes-Valmore, Róże Saadi

(przeł. Jadwiga Dackiewicz)

 

 

Tamtego czerwcowego dnia tylko pogoda stanęła na wysokości zadania: chmury, od tygodnia nisko wiszące nad ziemią, nagle znikły i niebo zrobiło się błękitne jak podwiązka, którą Mela dostała na szczęście od koleżanek z roku. Poza tym wszystko było nie tak. Stokrotki, które fryzjerka, pani Małgosia, wplotła jej rano we włosy, więdły w oczach („Może jednak zdecyduje się pani na ogrodowe? Polne kwiaty to zawsze ryzyko”), więc w końcu je wyjęła, jedną po drugiej, prawie rujnując fryzurę. Suknia z długimi rękawami („Bufki? Wykluczone! Do kościoła rękaw co najmniej do łokcia!”) była za ciepła na ten słoneczny dzień. I choć od kilku tygodni nawet po domu chodziła w szpilkach („Szpilki, oczywiście że szpilki. Przy twoim wzroście…”), czuła się niepewnie na niebotycznych obcasach. Jeszcze ten idiotyczny długi welon („Z gołą głową? Oszalałaś?”), w którym jej teściowa brała ślub („To nasza tradycja od pięciu pokoleń”).

– Możecie zobaczyć pannę młodą! – zawołała Jaga, szeroko otwierając drzwi sypialni. – Tadam!

– Och, córeczko, wyglądasz prześlicznie! – Matka podniosła rękę, robiąc taki ruch, jakby ocierała łzy wzruszenia.

Oczy miała suche i zaczerwienione z niewyspania – rano przyleciała z Toronto. Samolot się spóźnił i nie zdążyła do urzędu stanu cywilnego.

– Co zrobiłaś ze stokrotkami? – spytała pani Kulesza. – Ja miałam stokrotki…

– Mamuniu, proszę! – Marek przytulił swoją matkę i pocałował ją w policzek. – Wygląda pięknie w twoim welonie. Prawie jak ty w dniu ślubu.

Pani Kulesza spojrzała na syna rozkochanym wzrokiem.

Mela mimowolnie zacisnęła zęby, zaraz jednak się uśmiechnęła. Da radę. Z uśmiechem na ustach wypełni wszystkie punkty programu, tak skrupulatnie zaplanowanego przez matkę Marka. To tylko dwa dni. W poniedziałek rano jadą w podróż poślubną, potem Marek wprowadzi się do niej i będą sami. Sami! Już nie mogła się doczekać.

Rodzice Marka nalegali, by wprowadzili się do nich („Taki duży dom! Mielibyście tu tyle miejsca!”), lecz Mela twardo obstawała przy swoim. Wytrzymała próby przekupstwa („Odpiszemy wam połowę u rejenta i damy pieniądze, żebyście mogli urządzić się po swojemu”), groźby („Mareczek nie będzie miał warunków do pracy, zawali staż, a ty studia”), lamenty („Zobaczysz kiedyś, jak serce boli, gdy dziecko wyfruwa z gniazda”), wymówki („Wszystko na mojej głowie! Ty byś poszła do ołtarza w dżinsach, a gości zaprosiła na piwo. W ogóle cię nie obchodzi, co ludzie powiedzą”).

Mela nigdy nie myślała o tym, jak będzie wyglądał jej ślub. Nie miała Barbie Panny Młodej, nudziły ją opowieści koleżanek ze studiów o wybieraniu wzoru zaproszeń, sukni, kwiatów, restauracji. W sumie dobrze, bo teraz i tak o wszystkim decydowała jej przyszła teściowa – od daty ślubu („W maju? Oszaleliście? Musi być miesiąc z literą »r«!”) do listy gości („Mareczku, musisz zaprosić kuzynkę Lusię i Henia, lubienie czy nielubienie nie ma tu nic do rzeczy”). „Pozwól jej, Mela – prosił Marek. – Niby zrzędzi, ale tak naprawdę jest w swoim żywiole”.

– To co, błogosławieństwo? – sztucznie ożywionym głosem spytał ojciec Marka. Co chwila ocierał pot z czoła i chyba marzył o wyjściu z tego ciasnego mieszkanka. I o napiciu się czegoś wreszcie. – Moja droga, wyglądasz ślicznie. – Mrugnął do Meli.

Ślub miał być tradycyjny, „polski” – jak z naciskiem powtarzała matka Marka. Żadnego podwójnego nazwiska („Melania Kulesza to pięknie brzmi”). Żadnej jazdy osobno do kościoła („Naprawdę chcesz sam prowadzić, Mareczku? Do kościoła powinien wieźć Cygan, to gwarancja szczęścia”). Żadnego nowomodnego odprowadzania panny młodej do ołtarza przez ojca („Zresztą twój ojciec nie żyje, więc nie ma o czym mówić”). Obie rodziny – matka i siostra Meli, rodzice Marka, jego babcia, trzy ciotki z mężami i stryj z żoną – miały wyruszyć z mieszkania panny młodej, w kościele zaś miała się zebrać reszta rodziny Marka i przyjaciele państwa młodych.

– Tak, błogosławieństwo. Chodźcie tu, moje dzieci! – Dowodzenie znowu przejęła pani Kulesza. – Pani Agato! – zawołała do matki Meli. – Prosimy do nas.

Marek pomógł Meli uklęknąć. Mela zauważyła kątem oka, jak jej siostra przewraca oczami, i starała się włożyć całe serce w tę sztuczną ceremonię. To był jej ślub, ona mogła wydziwiać, Jaga na pewno nie. Już wystarczyło, że nazywała jej teściową „Pani Upierdliwa”.

Babcia i rodzice Marka z namaszczeniem czynili znak krzyża, mówili o świętości rodziny i życzyli młodej parze długich lat wspólnego życia. Matka Meli ograniczyła się do uściskania młodych. Nie była religijna. Odkąd została wdową, do kościoła chodziła dwa razy w roku – na pasterkę i na rezurekcję.

– Nie wypada, żebyśmy sobie mówili na pan i pani – powiedziała pani Kulesza do matki Meli, ledwie młodzi wstali z kolan. – Co ludzie pomyślą? Że się nie znamy?

Tak właśnie było – matka Meli znała Marka, bo chodził z Melą od początku jej studiów, ale jego rodzinę widziała pierwszy raz w życiu. Wcześniej tylko kilka razy rozmawiała przez telefon z jego rodzicami.

– No to brudzio! – ożywił się pan Kulesza. – Macie tu chyba coś mocniejszego?

Marek spojrzał na matkę i Mela znów poczuła, jak ogarnia ją złość. Był uzależniony od matczynej akceptacji. Czasem wydawało jej się, że żyją w trójkącie. Nawet kiedy się kochali, miała wrażenie, że Marek myśli, co by powiedziała matka, gdyby teraz zobaczyła „swojego małego mężczyznę”. Wbijała mu paznokcie w plecy, żeby mu przypomnieć o swoim istnieniu.

Dopiero gdy pani Kulesza lekko skinęła głową, Marek powiedział:

– Mamy szampana. Mela, daj jakieś ładne kieliszki.

„Ładne kieliszki”? Pomieszkiwał u niej od roku – nie miał odwagi wyprowadzić się z domu – i dobrze wiedział, że w szafce stoi tylko sześć najtańszych kieliszków z pedetu.

„Nie będę po nich zmywała, gdy tu wrócimy. Nie od tego chcę zacząć to nowe życie” – pomyślała, otwierając szufladę i wyjmując paczkę plastikowych kubków.

– Popatrz na Panią Upierdliwą. Oczy jak pięć złotych – szepnęła jej do ucha Jaga.

Matka Marka wlepiła oczy w kubki, jakby coś takiego widziała pierwszy raz w życiu. Już otwierała usta – pewnie by zaprotestować, gdy stryj Marka zawołał:

– Klawo! Prawie jak musztardówki w studenckich czasach! Polewaj, Marek!

Pani Kulesza miała tylko maturę i każdą wzmiankę o studiach traktowała jak osobisty przytyk. Rzuciła szwagrowi niechętne spojrzenie i z ociąganiem sięgnęła po szampana.

– Tekla – powiedziała, próbując się stuknąć plastikowym kubkiem z matką Meli.

– Agata. Wszyscy mówią mi Aga.

Mela nie wzięła kubka z szampanem. Wysunęła się z tłumu gości. Otwierała drzwi na balkon, gdy usłyszała za plecami:

– Przynieść ci wody?

Odwróciła się.

Mateusz, najbliższy przyjaciel Marka, teraz jego świadek na obu ślubach. Nierozłączni od wózka głębokiego do matury.

– Nie, dziękuję. Muszę tylko na chwilę wyjść na powietrze.

Uśmiechnął się do niej, ujął jej rękę i porozumiewawczo ją uścisnął.

Wymknęła się na balkon i nie bacząc na kokardę z tyłu sukni, oparła się o chłodną ścianę. Nie widziała, jak Mateusz wraca w głąb mieszkania i podnosi dłoń do twarzy, ukradkiem szukając na niej zapachu Meli.

Pasiasta biało-niebieska markiza lekko falowała na wietrze. Zawsze przywodziła jej na myśl plażowy parawan. Mela zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że jest daleko od tych obcych ludzi bez trudu przechodzących od namaszczonego błogosławieństwa do bruderszaftu, że siedzi na piasku jak podczas ostatnich wakacji z rodzicami nad morzem.

Właśnie wtedy poznała Marka. Była z rodzicami i Jagą w Łebie, on miał praktyki w powiatowym szpitalu w Lęborku. Przypomniała sobie, jak ojciec zrzędził, że musi w upał wozić ją po lekarzach. „Z tobą zawsze są kłopoty. Złamałaś tę kostkę czy tylko skręciłaś? W końcu zdałaś na medycynę, powinnaś wiedzieć”. Potem Marek codziennie po dyżurze przyjeżdżał do Łeby, oglądał jej skręconą kostkę, a gdy wreszcie mogła zdjąć gipsowy opatrunek, chodzili na spacery, trzymając się za ręce…

– … zwierza mi się ze wszystkiego. To takie dobre dziecko! – Mela usłyszała nagle głos teściowej.

Otworzyła oczy. Pani Kulesza ze swoją siostrą stała tuż przy drzwiach balkonowych. Mela mocniej przywarła do ściany, lecz one, zajęte rozmową, jej nie zauważyły.

– Jego profesor zawsze powtarza: „Nóż przed żoną”. I tak powinno być, no powiedz sama, Marysiu. Przecież Mareczek musi teraz myśleć przede wszystkim o swojej karierze. Po co mu ten ślub! – Pani Kulesza zniżyła głos. – Wyobraź sobie, że ona zażądała, żeby zrezygnował ze stypendium w Stanach. W Stanach! Gdzie mają najlepszą chirurgię na świecie!

– I co? Zgodził się?

– W pierwszej chwili tak. Jak o tym usłyszałam… Myślałam, że serce mi pęknie. Jej oczywiście nikt nie zaproponował stypendium, więc czemu on miałby jechać, prawda?

– Egoistka.

– Mało powiedziane.

– Ale przemówiłaś mu do rozumu?

– I to jak! Jedzie we wtorek.

– We wtorek?! Przecież mówili o podróży poślubnej. O miesiącu miodowym w Portugalii.

– Portugalia sralia! Ona to wymyśliła! Chciała zabrać mojego Mareczka na koniec świata, żeby całkiem go przekabacić.

– Ale nie z tobą takie numery, co, Tekluniu?

Pani Kulesza zaśmiała się skrzekliwie.

Kiedyś Mela zobaczyła ją, jak w czerwonej chustce na głowie pieli rabatki, i uderzyło ją podobieństwo do podstępnej Pajęczycy Tekli z Pszczółki Mai. Zasłoniła wtedy usta dłonią, żeby powstrzymać chichot. Teraz przycisnęła ręką brzuch – żołądek ścisnął się boleśnie.

– Moi drodzy! – rozległ się głos pana Kuleszy. – Pora do kościoła!

Mela się nie ruszyła. Czuła mdłości. Ciało jest szybsze niż mózg – on potrzebował więcej czasu i dopiero po chwili to, co usłyszała, w pełni do niej dotarło.

„Nóż przed żoną. Stypendium. We wtorek”.

– Marek, zgubiłeś żonę?! – zawołał pan Kulesza. Wypił dwa kubki szampana, oczy mu błyszczały, twarz się zaczerwieniła.

– Nie mów tak, to przynosi pecha. Jeszcze nie jest jego żoną – skarciła go Pajęczyca.

– No jak to. Przecież słyszałem, jak rano uroczyście oświadczył, że wstępuje w związek małżeński i uczyni wszystko, żeby ich małżeństwo było zgodne, trwałe…

– Prawdziwy ślub jest w kościele, nie w urzędzie – przerwała mu Pani Upierdliwa.

Mela słyszała ich rozmowę, ale się nie poruszyła, jakby to, co działo się w jej mieszkaniu, wcale jej nie dotyczyło.

„Czy to możliwe, że chce wyjechać na dwa lata i nic mi nie powiedział?” – myślała.

Drzwi balkonowe się otworzyły.

– Szukają cię.

Mela podniosła głowę i napotkała pytający wzrok Mateusza.

– Słyszę. – Próbowała się uśmiechnąć.

– Co się stało? Źle się czujesz?

– Nic mi nie jest.

Obok Mateusza pojawił się Marek.

– Co tu robicie? Spiskujecie? – spytał. – Macie jakieś niewyraźne miny.

Mela chwyciła Marka za rękaw marynarki.

– Musimy porozmawiać.

Nachylił się i pocałował ją w policzek.

– Mamy na rozmowy całe życie. Teraz musimy jechać. – Objął ją ramieniem, gestem posiadacza. – Zguba się znalazła! – oznajmił.

Pan Kulesza zaczął bić brawo.

– Gorzko! – zawołał. – Gorzko!

Żona spojrzała na niego takim wzrokiem, że powinien na miejscu paść trupem.

– To jeszcze nie wesele – syknęła. – Uspokój się.

– Jedźmy, bo się spóźnimy – powiedział Marek. – Pogadamy w aucie – szepnął do Meli.

Pozwoliła się prowadzić jak cielę na rzeź.

– Kwiaty, zapomniałaś o kwiatach! – Matka wcisnęła jej do ręki bukiet białych róż.

Mela chciała czerwone, ale Marek zamówił białe, bo dla jego matki czerwone były krzykliwe, wręcz ordynarne.

Jeszcze nigdy droga z drugiego piętra na ulicę nie wydawała się Meli taka długa. Kurczowo ściskała poręcz. Bała się, że zemdleje albo poślizgnie się na wysokich obcasach i runie w dół. Może zresztą tak byłoby lepiej.

Ktoś otwierał przed nią drzwi auta. Oderwała oczy od chodnika. Mateusz. Patrzył na nią z niepokojem.

– Mela… – zaczął.

– Mateusz, odsuń się. – Przy aucie pojawiła się Jaga. Zebrała welon i ułożyła na kolanach siostry. – Jeszcze chwila i skończyłabyś jak Isadora Duncan. – Zatrzasnęła drzwi.

Marek ruszył z piskiem opon.

– Przejedziemy się kawałek. Damy im czas, żeby spokojnie dojechali do kościoła. My powinniśmy przyjechać na końcu – powiedział.

Włączył radio. Z głośników popłynął basowy rytm.

– Nie ma balu bez metalu – zaśmiał się.

Mela siedziała nieruchomo, patrząc przed siebie. Czy to, co usłyszała na balkonie, było prawdą?

Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej była pewna, że matka Marka wszystko zmyśliła. Zobaczyła Melę na balkonie i powiedziała o stypendium niby do siostry, ale naprawdę po to, żeby dokuczyć jej. Tylko dlaczego wymyśliła takie głupie kłamstwo, które od razu wyjdzie na jaw?

Mela wyciągnęła rękę i zgasiła radio.

– Czy to prawda, że we wtorek lecisz do Stanów? – spytała.

Z Chopina do kościoła Świętego Szczepana nawet okrężną drogą było niedaleko, nie miała czasu owijać w bawełnę.

– Mama ci powiedziała? A tak ją prosiłem!

Mela przez chwilę nie mogła złapać tchu. Czuła się tak, jakby ktoś uderzył ją pięścią w brzuch.

– Wyjeżdżasz za dwa dni i nic mi nie powiedziałeś? A nasza podróż poślubna? – Spojrzała na Marka.

On patrzył na drogę.

– Odwołałem rezerwację. Pojedziemy za rok, na Karaiby. Co się odwlecze… – Zaśmiał się sztucznie. – Portugalia jest przereklamowana.

Mela miała pustkę w głowie. To się nie działo naprawdę. Z całej siły ściskała bukiet, jakby chciała, żeby jakiś cierń wbił jej się w rękę i żeby w końcu się obudziła. Lecz florystka starannie oczyściła łodygi róż.

– Zatrzymaj się.

– Tutaj nie mogę.

– Zjedź na jakiś przystanek, gdziekolwiek.

Odwrócił głowę i spojrzał na nią. W jego oczach mignął niepokój.

– Dobrze. Chcesz wody?

– Nie.

Skręcił z Alej w Reymonta, minął park Jordana i wjechał na parking przy hali Wisły.

Mela otworzyła drzwi auta.

– Zaczekaj! Porozmawiajmy w środku, nie na upale.

Nie słuchała go. Wysiadła, rzuciła bukiet na przednie siedzenie, oparła się ręką o dach i oddychała głęboko.

Poczuła, jak Marek ją obejmuje.

– Już dobrze, Ptaszku Nieboraszku – zamruczał. – Przepraszam, że ci nie powiedziałem. Ale powiedz sama, co by to zmieniło?

Odwrócił ją twarzą do siebie i przytulił.

– Kocham cię i chcę dla ciebie dobrego życia. W Houston jest pięknie. A warunki pracy nieporównywalne z tutejszymi, sama wiesz…

– Kiedy się zdecydowałeś?

Milczał chwilę.

– W kwietniu.

– W kwietniu?! Trzy miesiące to ukrywałeś?! Rozmawiałeś ze mną o Portugalii, wiedząc, że nie pojedziemy?!

Gwałtownie się odsunęła i uderzyła go pięścią w pierś.

– Spokojnie, Ptaszku Nieboraszku. – Ujął jej dłoń i pocałował. Znów przyciągnął ją do siebie. – Tak ci zależy na tej Portugalii?

– Nie chodzi o Portugalię, tylko o kłamstwa!

– Zaraz kłamstwa… Znasz przecież profesora Gilowskiego. Już się krzywił na nasze małżeństwo, a gdy mu powiedziałem, że nie chcę tego stypendium… Nie wiem, czy dałby mi skończyć specjalizację, a jeśli nawet, to potem z kliniką musiałbym się pożegnać.

– Są inne szpitale. Profesor Kowalski przyjąłby cię z otwartymi ramionami.

– Tak, masz rację. Ale wyobraź sobie: w Houston robię drugi stopień specjalizacji, przenosimy się do Kalifornii i zaczynam praktykować jako chirurg plastyczny. Na początek dom z basenem, potem kupię ci willę Rudolfa Valentino.

– Nie mam amerykańskiej wizy. Ty dostałeś? – zapytała spokojnie.

Najpierw chciała go zabić, później się rozpłakać, teraz gniew gdzieś zniknął, łzy wyparowały. Czuła się tak, jakby w jej żyłach płynęła lodowata woda zamiast krwi.

– Tak. Przy takim stypendium…

– Ja nie mam stypendium i jeszcze rok studiów – przerwała mu.

Zagryzł wargę.

– Myślałem o tym. Mogłabyś polecieć z Jagą i mamą do Toronto, a stamtąd przyjechać do mnie, do Houston. Granicę kanadyjską łatwo przekroczyć.

– Wiesz, że to nie takie proste. I co bym tam robiła? Załatwisz mi pracę salowej? Na czarno?

– W Ameryce też można studiować medycynę.

– Zapłacisz za moje studia? Najlepiej na Harvardzie?

– Po dwóch, trzech latach na pewno będzie mnie stać.

– Czyli mam sobie załatwić pracę w jakimś sklepie, przeczekać kilka lat, gotując ci obiady i zapominając, czego się nauczyłam…

Ujął jej twarz w dłonie.

– Nie mów tak. Kocham cię. Wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko. – Zajrzał jej w oczy. – Coś wymyślimy. Jedźmy do kościoła, jutro pogadamy i ułożymy plan.

Odsunęła się. Słońce przypiekało, lecz tego nie czuła, jakby miała włączoną wewnętrzną klimatyzację.

– Nigdzie nie pojadę, póki mi nie powiesz, jak naprawdę to sobie wyobrażasz.

– Ptaszku…

– Nie nazywaj mnie tak!

– Okej, okej! – Podniósł ręce do góry. – Najlepiej by było, gdybyś pojechała z mamą i Jagą do Kanady…

– Nie wybieram się tam.

Westchnął ciężko.

– Aleś ty uparta.

Milczała, więc mówił dalej:

– Jak chcesz, możesz skończyć studia w Krakowie. W międzyczasie złożysz podanie o wizę i za rok do mnie przyjedziesz. Rok szybko zleci, a ja będę na ciebie czekał.

– Naprawdę? – spytała kpiąco. – Po co ci ten ślub, jeśli tak ci komplikuje życie?

– Przecież wiesz, że sprawa stypendiów wypłynęła w lutym. Goście byli już zaproszeni, restauracja zamówiona…

– Nie wierzę! Nie mogłeś mi powiedzieć, że chcesz jechać, że pobierzemy się później, bo twoja mama zaprosiła gości?

– Dla ciebie to nie ma znaczenia, dla niej tak. Ona jest inna niż ty albo twoja matka, której nie chciało się przyjechać na nasz ślub choćby dzień wcześniej i spóźniła się na cywilny…

– Uszczęśliwiłbyś swoją mamusię, gdybyś przełożył ślub, a najlepiej w ogóle ze mną zerwał!

– Nie mów tak! Ona zawsze marzyła o córce.

– Nie jestem jej córką! Ma swojego synusia i to musi jej wystarczyć!

Stali naprzeciwko siebie i krzyczeli jak tajscy bokserzy obrzucający się obelgami, żeby zdobyć przewagę jeszcze przed walką.

– Robimy z siebie widowisko – powiedział Marek.

Parking był pustawy, ale jacyś ludzie stali koło aut i na chodniku, gapiąc się na nich. Może myśleli, że to happening albo nietypowa ślubna sesja fotograficzna z ukrytą kamerą.

– Nie obchodzi mnie to! Obchodzą mnie twoje krętactwa i że tak ważną decyzję podjąłeś za moimi plecami.

– Mam cię pytać o zgodę przy każdym drobiazgu?! Tak sobie wyobrażasz małżeństwo? Poza tym jeszcze nie jesteś moją żoną.

– Dla ciebie też ważny jest tylko ślub kościelny, jak dla Pani Upierdliwej?

– Nie nazywaj jej tak!

Marek wiedział, że przezwisko wymyśliła Jaga, i kiedyś nawet poprosił Melę, żeby zakazała siostrze tak mówić o jego matce.

– Będę ją nazywała, jak mi się zachce. Wiesz, że mnie nienawidzi.

– Nie histeryzuj. Wsiadaj do auta. Jedziemy – powiedział zimno.

– Nigdzie z tobą nie jadę.

– Doskonale. Weź taksówkę albo lepiej przyjdź pieszo. Masz wprawę z dzieciństwa, prawda?

Wsiadł do auta, trzasnął drzwiami. Czekał chwilę, lecz widząc, że Mela stoi bez ruchu, włączył silnik i odjechał.

Nogi się pod nią ugięły. Uklękła na kamiennych płytach i zasłoniła twarz rękami.

Wolałaby, żeby ją pobił na tym parkingu. Żeby ją wrzucił do bagażnika i tak zawiózł do kościoła. Ale żeby jej nie przypominał koszmaru z dzieciństwa. Strachu, którego nie umiała wymazać z pamięci.

Miała wtedy siedem, może osiem lat. Siedziała na tylnym siedzeniu obok Jagi, która marudziła, bo chciała do mamy na kolana. Wracali do domu z obiadu u dziadków. „Zajmij się siostrą – powiedział ojciec. – To jej kwękanie działa mi na nerwy”. Mela wzięła z siedzenia gumową piłkę i chciała rzucić do Jagi, ale samochodem szarpnęło i trafiła ojca w głowę. Jaga roześmiała się głośno. Zachęcona tym Mela zsunęła się z siedzenia i zaczęła szukać piłeczki na podłodze. „Siadaj!” – warknął ojciec. Mela znalazła piłkę i tym razem wycelowała w niego. Trafiła w kark. „Zrób tak jeszcze raz, to cię wysadzę”. „Zlób tak, zlób!” – prosiła Jaga. Mela nie namyślała się długo: piłka znów się odbiła do ojcowskiej łysiny. Jaga klaskała, obie się śmiały. Ojciec zwolnił, podjechał do krawężnika, wyskoczył z samochodu, otworzył tylne drzwi, chwycił Melę pod pachy i postawił na chodniku. Nim się zorientowała, co się stało, auta już nie było.

Stała, tak jak ją zostawił, przytupując dla rozgrzewki. Zaczął padać drobny śnieg, więc wyjęła z kieszeni czapkę, z drugiej rękawiczki. Zapalił się zielony neon na Elbudzie. Wiedziała, gdzie jest, jak trafić do domu, lecz jeszcze nigdy nie szła sama tak daleko. No i tata będzie się złościł, gdy tu wróci, a jej nie będzie.

Ale ojciec nie wracał. Poszła więc przed siebie, najpierw chodnikiem, potem bitą drogą koło starej cegielni. Droga była pusta. Gdy się obejrzała, w świetle padającym z okna samotnego domu zobaczyła swoje ślady na świeżym śniegu. Pyzaty księżyc wyszedł zza chmur. Zaiskrzył się śnieg na łąkach, rozbłysły tory kolejki wożącej kamień wapienny ze skałek do Solvayu. Wiedziała, że musi skręcić w prawo i iść wzdłuż torów. Nie było tu domów, ale księżyc świecił jasno i wydawało się, że się uśmiecha, jakby chciał dodać jej odwagi.

Poczuła ciepły zapach Wilgi. Nad rzeką unosiła się mgła. Zatrzymała się i patrzyła na ciemną wodę i stary most. Zawsze się go bała. Dzieci opowiadały sobie, że straszą na nim duchy topielców. Zebrała się na odwagę, chwyciła się poręczy, zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że trzyma ją za rękę Anioł Stróż, taki jak na obrazku nad jej łóżkiem, w jasnej sukni, z białymi skrzydłami, prowadzący dzieci przez most nad przepaścią. Otworzyła oczy, dopiero gdy poręcz się skończyła. Była po drugiej stronie Wilgi, widziała światła domów za mostem. Przy domu po lewej rosła morwa. Latem droga była zasłana jej owocami. Mela przypomniała sobie ich słodko-cierpki smak. Zachciało jej się pić.

Nagle usłyszała za plecami dudniące kroki. Odwróciła się bez tchu, serce waliło jej jak młotem. Jakaś ciemna postać leciała w jej stronę. Mela krzyknęła, nogi wrosły jej w ziemię ze strachu, a to coś było coraz bliżej, wyciągało ręce, żeby ją złapać…

„Mela? Dziecko, co ty tutaj robisz?”

Anioł Stróż nie zawsze jest błękitnookim blondynem w jasnych szatach i ma skrzydła. Wtedy miał na sobie kożuch i czapkę z nutrii. Ale mocno chwycił ją za rękę i zaprowadził do domu.

Tego czerwcowego dnia był wysokim brunetem w letnim garniturze, jedwabnej koszuli i wąskim wiśniowym krawacie. Podniósł ją z ziemi i zaprowadził do auta.

– Pojechałem za wami, bo byłaś jakaś dziwna… Słyszałem was… Wybacz…

Mela bez słowa uniosła ręce i odpięła welon. Najchętniej zostawiłaby go tutaj, na parkingu, ale pięć pokoleń kobiet, które szły w nim do ślubu, patrzyło na nią karcąco.

Mateusz wziął welon, zwinął go i wrzucił na tylne siedzenie.

– Nie chcesz jechać do kościoła? Zawieźć cię do domu?

Pokręciła głową.

– Mieszkam w Cracovii. Może tam?

– Dobrze.

Skuliła się na fotelu, zasłoniła twarz rękami.

Gdy Mateusz wyjechał na Reymonta, zobaczył w lusterku, jak auto Marka skręca na parking.

„Za późno, przyjacielu. Teraz jest moja. Nigdy ci jej nie oddam”.

 

 

 

 

 

 

 

1

 

 

teraz są kwita

i każde idzie swoją drogą

a w sercu jad

albo

 

teraz są kwita

jedno leży jedno idzie precz

a w sercu strach

 

Ernst Jandl, kwita

(przeł. Krzysztof Jachimczak)

 

 

Wyjazd integracyjny był jak wykład z ekonomii politycznej socjalizmu w poprzednim systemie – i wykładowcy, i studenci dobrze wiedzieli, że to od początku do końca bzdura, że piękne teorie nie mają żadnego związku z życiem, ale cóż, zaliczyć trzeba. Przed rokiem jedna z koleżanek Jagi zaszła w ciążę, by nie brać udziału w tym cyrku. Jaga nie posuwała się tak daleko. Miała inny system: udawała entuzjazm, zgłaszała się na ochotnika do najdurniejszych konkursów, potem wieczorem udawała zmęczoną, szybko zmywała się z imprezy, zabierając jakąś butelkę, zamykała się w pokoju na klucz, włączała telewizor, żeby znieczulić mózg, i przy winie odreagowywała stres.

Czemu właściwie pomyślała o czymś tak odległym jak ekonomia polityczna socjalizmu? Bo linoleum, stare biurka, metalowa kratka na paprotkę na ścianie i płytki PCV sprawiły, że przypomniało jej się dawne biuro taty. Lubiła tam przesiadywać, uwielbiała opowieści o kawałach, jakie robił z kolegami w laboratorium chemicznym, o sposobach przeszwarcowania się przez egzaminy z do niczego nieprzydatnych przedmiotów, takich jak ekonomia polityczna czy wojsko, a jeszcze bardziej jego powiedzonka. „W gospodarce socjalistycznej jest jedna stała cecha: przejściowe trudności”. „Pięciu wrogów socjalizmu to kapitalizm i cztery pory roku”. „Tak, Gomułka miał rację, dni kapitalizmu są policzone, ten ustrój umiera, ale w jakich warunkach!” „Drogi do socjalizmu to droga benzyna, droga wędlina i drogi towarzysz Gierek”.

Jaga była oczkiem w głowie taty. Gdy umarł, skończyło się dzieciństwo. Mama pojechała do Kanady, a Jagę zostawiła pod opieką Meli, niby dlatego, że musi zdać maturę. Tak jakby w Ameryce nie było szkół! Mela nie chciała jechać, w Krakowie miała Marka i swoje studia, ale czy ktoś zapytał Jagę, czego ona chce? Nie, zdecydowały we dwie, nie licząc się z jej zdaniem. Nigdy im tego nie wybaczy.

Poczuła, jak krew napływa jej do twarzy, jak mimowolnie zaciskają się zęby. Złość była jednak lepsza niż tęskne wspomnienia. Jest w końcu na polu bitwy. Mocniej ścisnęła marker, wysunęła się zza drzwi i ostrożnie ruszyła korytarzem wyłożonym zielonymi płytkami PCV. Może uda jej się znaleźć flagę i jej drużyna wygra?

„Dlaczego nasza flaga jest biało-czerwona? Biały kolor oznacza, że się poddaliśmy, a czerwony ma nam przypominać komu”. Zaśmiała się sama do siebie. Szybki w masce zaszły parą i minęło kilka sekund, nim odzyskała wzrok.

Zobaczyła jakiś ruch koło schodów, wstrzymała oddech i wsunęła się do pokoju. Dwa biurka, dwie szafy, krzesła pod ścianą. Na palcach przebiegła po brudnym parkiecie i otworzyła jedną z szaf. Miała szczęście – połowę zajmowały półki, ale w drugiej połowie był drążek, kilka spłowiałych fartuchów na wieszakach i kłąb zielonego materiału.

Przykucnęła w rogu szafy, przykryła się zielonym pluszem.

Skrzypnęły drzwi, potem podłoga. Ktoś wszedł do pokoju.

Jaga wstrzymała oddech. Serce biło jej szybko. Przyciskała marker do piersi, jakby to była prawdziwa broń, a człowiek, który się zbliżał, stanowił prawdziwe zagrożenie.

Wydawało jej się, że tkwi w bezruchu całą wieczność, ale pewnie minęło kilka minut. Nogi zaczęły jej cierpnąć i już miała zmienić pozycję, gdy ktoś szarpnięciem otworzył drzwi szafy. O mało nie krzyknęła.

Usłyszała stukot przesuwanych wieszaków, potem ktoś chwycił za plusz. Chciał go jednym ruchem poderwać do góry, lecz materiał był cięższy, niż się spodziewał.

– Cholera jasna!

Jaga jakby czekała na ten okrzyk. Wyskoczyła spod pluszu, błyskawicznie uniosła marker.

– Mam cię! – wrzasnęła, naciskając spust.

Klik! Klik! Klik! Jakby ktoś uderzał w klawisze maszyny do pisania.

Na piersi napastnika wykwitły żółte plamy. Jaga dopiero teraz zobaczyła szeroki czerwony pas na jego kombinezonie i odetchnęła z ulgą – trafiła wroga, nie swojego.

– Dobra, dostałam.

Kobieta zdjęła maskę. Jaga zobaczyła jasne włosy i piegowatą twarz.

Weronika z gdańskiego oddziału.

– Jakby mnie ptak obrobił – powiedziała z obrzydzeniem, rzucając Jadze złe spojrzenie.

Paintball jest głupi, żadna kobieta nie lubi biegać w grubych ciuchach i masce, udając, że markery i żelatynowe kulki z farbą to śmiercionośna broń, ale jak już przyjdzie co do czego, w każdym budzi się tygrys.

Jaga wyjęła z kieszeni żółtą wstążkę z wydrukowanym swoim imieniem. Zawiązała ją Weronice na ramieniu.

„Jesteś trupem” – pomyślała, ale nie powiedziała tego głośno.

Teraz mogła dać się zabić. Zdobyła punkty dla drużyny, wystarczy poświęceń na dziś.

Z zazdrością pomyślała o Kamilu. Szczęściarz! Pewnie pije sobie kawę na balkonie, a może jeszcze nie wstał z łóżka. Że już wyzdrowiał, to pewne. Poranny numerek nie pozostawiał wątpliwości w tej kwestii. Uśmiechnęła się z czułością. Był taki stęskniony po kilku nocach spędzonych z dala od niej, na kanapie. Wabiła go do łóżka, ale dopiero dziś dał się skusić. Chciała się zarazić grypą, lecz przede wszystkim chciała czuć jego bliskość, zapach, obejmujące ją mocne ramię. Gdyby teraz zadzwoniła po taksówkę, za pół godziny byłaby w domu…

W tym roku wyjazd integracyjny organizował ich oddział. Narzekań na to i dodatkowej roboty było co niemiara, Jaga jednak starała się zobaczyć plusy tej sytuacji. Po pierwsze, odpadała podróż do Warszawy albo Gdańska i dla ich oddziału wyjazd trwał tylko półtora dnia. Po drugie, udało się przekonać Mariolę, szefową HR, by zgodziła się na intensywną sobotę – paintball w dawnej bieżanowskiej fabryce drożdży, zwiedzanie kopalni w Wieliczce, impreza do białego rana we dworze w Mogilanach – i wypoczynkowe niedzielne przedpołudnie, przeznaczone na trzeźwienie. Dzięki temu już koło drugiej powinna być w domu. Weźmie prysznic, pójdą do łóżka…

Gdzieś na piętrze rozległ się terkot markera. Jaga z westchnieniem poprawiła maskę.

– No to idę walczyć dalej – powiedziała trochę do siebie, trochę do Weroniki.

Jej głos zadudnił w masce. Poczuła się prawie jak Lord Vader.

– Krzyżyk na drogę – mruknęła Weronika pod nosem, ale Jaga usłyszała.

Kiedy przyjechała z Kanady i szukała pracy, Mateusz odradzał jej ROVIGO. „Znam tę firmę, tam prawie wszyscy mają rozwidlone języki” – powiedział. Rozumiała walkę w swoim oddziale, bo było o co się bić. Duże pieniądze zawsze rozpalają emocje. Ale Weronika? Gdańsk zajmował się głównie alginatami dentystycznymi, Kraków przemysłowymi, no i nie podbierze jej przecież klientów z Pruszcza. Chociaż czemu nie? Może nie wszystko zagospodarowali? Zleci to Kamilowi, on ma nosa, potencjalnego klienta wyczuje na kilometr.

Kamil… Kto by pomyślał, że tak szybko się wdroży. Na rozmowie kwalifikacyjnej na pytanie, co wie o ROVIGO, wyrecytował fragment wiersza Herberta: „STACJA ROVIGO. Niejasne skojarzenia. Dramat Goethego albo coś z Byrona”. Chyba już wtedy się w nim zakochała. A to, że musieli się ukrywać, że był to sekretny romans, niesamowicie ją kręciło.

Firma miała ścisłe przepisy dotyczące „zakazu spoufalania się”. Teoretycznie nie wolno zabraniać pracownikom decydowania o swoim życiu prywatnym, w praktyce biurowy romans, jeśli został odkryty i góra go nie zatuszowała, oznaczał pożegnanie z ROVIGO. Mimo to podjęli ryzyko i prawie od roku mieszkali razem. Nikt o tym nie wiedział, do pracy przyjeżdżali osobno i osobno z niej wracali. Udawali nawet, że się nie lubią.

Gdzieś trzasnęły drzwi, ktoś krzyknął i to przywołało ją do rzeczywistości. Może jednak Żółci powinni wygrać tę bitwę?

Cicho jak kot ruszyła schodami na piętro. Pusty korytarz. Położyła palec na spuście i zajrzała do pierwszych drzwi. Pustka, tylko samotne biurko. Przeszukała je na wszelki wypadek, lecz flagi nie znalazła.

Ukradkiem wyjrzała przez okno. Przed budynkiem zbierali się zabici, w kombinezonach poplamionych żółtą i czerwoną farbą. Próbowała policzyć, z której drużyny jest ich więcej. Na punkty Żółci chyba wygrywali. Ale najważniejsza była flaga.

Sunąc plecami przy ścianie, doszła do następnego pomieszczenia. Duża sala, w środku krótkie ścianki – kiedyś były tu rozsuwane drzwi. Jedno skrzydło stało oparte o ścianę. W głębi rząd szaf… Coś z jednej wystaje? Kawałek błękitnego materiału. Flaga?

– No proszę! – powiedziała cicho i puściła się biegiem.

Była już przy szafie, gdy usłyszała trzask markera i poczuła uderzenie w plecy.

– Mam cię!

Odwróciła się zaskoczona. Ktoś z przeciwnej drużyny ukrył się za urwanymi drzwiami i jak pająk w sieci czatował na zdobycz. A była tak blisko!

– Dostałam – przyznała niechętnie, pozwalając sobie zawiązać czerwoną wstążkę na ramieniu.

„JĘDREK”. Więc to Jurny Jędruś ją wyeliminował.

„Pewnie zrobili tę kryjówkę specjalnie dla niego, może nawet Mariola go tu przyprowadziła i wymyśliła tę pułapkę z flagą” – pomyślała Jaga ze złością, choć wiedziała, że prezes jest typem sportowca i nigdy by się do czegoś takiego nie posunął, a szefowa HR jest za tępa, żeby obmyślić zasadzkę.

Naprawdę zależało jej na wygranej w tej głupiej grze? Zamiast płakać, że była o krok od zwycięstwa, powinna się cieszyć, że wreszcie zdejmie tę okropną maskę i kombinezon!

Bitwę wygrali Czerwoni. „Schowałam się w łazience, stanęłam na sedesie i zerkałam górą…” „A wtedy władowałem w niego całą serię…” „Skradał się korytarzem, ale mnie nie zauważył…” „Zobaczyłam, że jakaś noga wystaje spod biurka…” W autokarze był gwar, wszyscy mówili naraz, jak na szkolnej wycieczce.

– Pamiętaj, jesteś moją zdobyczą! – powiedział prezes, przechodząc koło siedzenia Jagi.

To samo powtórzył przy kolacji. Usiadł obok niej przy długim stole.

– Kto wymyślił ten paintball? Ty? – zapytał, dolewając jej wina.

– Zrobiliśmy burzę mózgów. Program jest dziełem zbiorowym.

– Naprawdę dobry. I świetna organizacja – pochwalił. – Twoje zdrowie! – Stuknął się z nią kieliszkiem.

„Ciekawe, czy byłby taki zadowolony, gdyby jego drużyna przegrała” – pomyślała Jaga.

– Studiowałaś w Toronto, prawda?

– Tak, w Rotman School of Management.

– Najlepsza szkoła biznesu w Kanadzie. I najdroższa. Miałaś kredyt studencki?

Nawet gdyby miała, przyznanie się do tego byłoby głupotą. Pracownik spłacający kredyt jest pokorny, bo utrata pracy to dla niego katastrofa. Można go pomijać przy podwyżkach i awansach, dawać mniejsze premie.

– Nie. Cała rodzina mamy od lat mieszka w Kanadzie. Zrzucili się na moje studia. Mam obywatelstwo, a dla Kanadyjczyków są tańsze niż dla cudzoziemców.

– Ale urodziłaś się w Polsce?

– Tak.

– Kiedy wyjechałaś?

– Po maturze. – Może pod wpływem wypitego wina, a może dlatego, że tak uważnie słuchał, mówiła dalej: – Mój tata umarł, gdy byłam w trzeciej klasie liceum. Mama wtedy wyjechała, a ja zostałam w Krakowie ze starszą siostrą… Powtórzyła się historia rodzinna, bo moi dziadkowie wyjechali w pięćdziesiątym szóstym, w czasie odwilży, ale ubecja nie wierzyła, że wrócą, i dała paszporty tylko dwójce dzieci, a trzecie, moja mama, zostało jako zastaw. Nie widzieli się prawie dwadzieścia lat.

– Straszne! – wzdrygnął się. – Rozdzielać rodzinę! I stawiać rodziców przed takim dylematem.

– Mama była najmłodsza, miała dopiero sześć lat, ale też najładniejsza, a babcia uważała, że ładny zawsze sobie poradzi.

– Sześcioletnia dziewczynka miała sobie poradzić sama?

– Nie została sama. Wtedy jeszcze żyła moja prababcia.

– Ty pewnie jesteś podobna do mamy? – Mrugnął do Jagi.

Czyżby z nią flirtował?

– Tak mówią. – Uśmiechnęła się.

– Twoja babcia miała rację: ładna dziewczynka nie zginie. – Znowu dolał jej wina. – Po wyjeździe mamy na pewno było ci ciężko. Dwuletni kurs MBA to też nie w kij dmuchał. Ale dałaś radę.

Pokiwała głową.

– Córka znajomych myśli o Uniwersytecie w Toronto. Mogłabyś z nią porozmawiać, opowiedzieć, jak tam jest?

– Oczywiście.

– Super! Wstąp do mnie po kolacji. Dam ci jej numer.

Kelnerzy wnieśli tort udekorowany papierową flagą firmy.

Prezes wstał.

– Kto zawsze zwycięża?! – zawołał.

– RO-VI-GO! RO-VI-GO! – Wszyscy zerwali się z miejsc.

– Kto jest najlepszy w naszej branży?!

– RO-VI-GO! RO-VI-GO!

Jaga nie przepadała ani za takimi sztuczkami motywacyjnymi, ani za tortami, ten jednak był znakomity: na cienkim biszkopcie krem czekoladowy z chrupkami, galaretka z malinami i bita śmietana. Kamilowi na pewno by smakował.

Po kolacji podeszła do jednego z kelnerów.

– Tort był pyszny. Sami pieczecie czy zamawiacie?

– Teraz zamawiamy. Nasz cukiernik ma urlop. Chce pani wizytówkę firmy?

– Poproszę. I jeśli można, to kawałek takiego samego na wynos.

Po chwili kelner wrócił z wizytówką i małym pudełkiem.

– Ile płacę? – spytała Jaga, otwierając torebkę.

– Na koszt firmy. Mamy nadzieję, że się państwu u nas podoba i że państwo do nas wrócą.

– Ja na pewno.

– Proszę zadzwonić wcześniej, nasz cukiernik przygotuje tort specjalnie dla pani.

W pokoju Jaga schowała pudełko do lodówki. Tęsknie spojrzała na łóżko. Czuła, że za dużo wypiła, lecz na drzemkę nie było czasu.

Wzięła gorący prysznic, potem stała jeszcze chwilę pod zimnym strumieniem wody. Poczuła się lepiej.

Sukienka na wieczór wisiała na wieszaku. Jaga kupiła ją specjalnie na ten wyjazd: warszawianki zawsze zawyżały poziom i trzeba było się starać, aby im dorównać.

Umalowała się, upięła włosy. W pokoju nie było dużego lustra, zatrzymała się więc w korytarzu, gdzie wisiało ogromne lustro w pięknej starej ramie.

– Wyglądasz fantastycznie!

Jaga się roześmiała.

– Myślałam, że lustro do mnie przemówiło!

Damian z IT podszedł bliżej.

– Gdyby było zaczarowane, powiedziałoby: „Tyś, Jaguniu, najpiękniejsza jest na świecie”.

Wziął ją za rękę, okręcił, potem objął. Zrobili kilka tanecznych kroków do muzyki dobiegającej z parteru.

– Chodź na taras. Widać z niego Tatry. – Skierował się w tańcu w stronę schodów.

– Za chwilę. Muszę wstąpić do prezesa.

– Randka z Jurnym Jędrusiem? Łamiesz mi serce! Wyzwę go na pojedynek. Niech mnie zastrzeli.

– Tylko nie umieraj dziś w nocy. Nie mam czarnej sukienki.

– A wiesz, że Andzia jest w pomarańczowej? Widziałem ją przed chwilą i zamurowało mnie.

Andzia Cierpiętnica pracowała w dziale finansowym. Gdy Jaga natykała się na nią w kuchni, rezygnowała z kawy i uciekała, zanim Andzia zalała ją falą narzekań – na pogodę, na pracę, na męża, dzieci, teściów… Cały świat sprzysiągł się przeciwko niej.

– Bo?

– Bo myślałem, że pomarańczowe ubrania nosi się tylko w Guantanamo.

– Ćwiczysz złośliwość czy to wrodzony talent?

Roześmiał się, potem w tańcu odsunął Jagę na odległość ramion.

– Pogadajmy lepiej o tobie. Wyglądasz bosko w tej sukience.

– Kocham mówić o sobie, ale może kiedy indziej. Prezes czeka.

– Pamiętaj, że jest żonaty.

– Nikt nie jest doskonały.

– Do tego nieprzewidywalny, a instrukcja obsługi zaginęła.

– Dam sobie radę.

– Ludzka zdolność do samooszukiwania się jest nieograniczona.

Zrobiła jeszcze jeden obrót i puściła jego rękę. Posłała mu w powietrzu całusa, a gdy zniknął na schodach, zapukała do pokoju prezesa.

Otworzył jej w szlafroku.

– Przepraszam, musiałem wykonać parę telefonów i nie zdążyłem się przebrać.

– Nic nie szkodzi.

– Wejdź. Napijesz się czegoś? Whisky, koniak?

– Dziękuję. Za dużo już dziś wypiłam.

– To może kawy?

– Chętnie.

Nalał jej kawy z termosu. Postawił filiżankę na stoliku, usiadł na fotelu, jej wskazał drugi.

– Wyglądasz jak milion dolarów.

– Dziękuję.

– Krakowski oddział ma świetne wyniki, a twój dział jest jednym z najlepszych. Powiem wprost: ktoś taki jak ty przydałby mi się w Warszawie.

Jaga milczała zaskoczona.

– Nie masz tutaj żadnych zobowiązań, prawda? Mama za granicą… Chyba że jakiś narzeczony?

– Nie – odrzekła stanowczo.

Czyżby ktoś się dowiedział o Kamilu i doniósł kierownictwu?

– To dobrze, to bardzo dobrze… – Zatarł ręce. – Może jednak kropelkę koniaku?

– Nie, dziękuję.

– Daj się namówić. Nie lubię pić sam.

Przysunął sobie tacę z butelką hennessy i kieliszkami.

– Twoje zdrowie!

Jaga tylko umoczyła usta.

– Warszawa oznacza oczywiście wyższe stanowisko i dużo większą pensję. Firma wynajmie ci mieszkanie, pokryje koszty przeprowadzki…

– Bardzo dziękuję, naprawdę jestem wdzięczna za propozycję, ale to poważna decyzja, muszę się zastanowić.

Czy Kamil chciałby mieszkać w Warszawie? Pewnie tak, podobno wszyscy radomianie marzą o przeprowadzce do Warszawy, a Kamil był właśnie z Radomia. Musiałby odejść z ROVIGO, poszukać innej pracy, lecz tam możliwości były nieporównanie większe niż w Krakówku.

– Rozumiem. Dam ci dwa tygodnie. Pod koniec września jest konferencja w Londynie, chciałbym, żebyś ze mną pojechała.

Coś w jego głosie, jakaś intymna nuta, obudziło jej przytłumioną alkoholem czujność.

– Jakie byłyby moje obowiązki? – spytała nieco sztywno. – Chcesz stworzyć nowy dział?

– To zależy od ciebie. – Uśmiechnął się.

– Ode mnie?

– Tak. Wypijmy za twoją nową pracę! – Uniósł kieliszek.

Jaga wyprostowała się na fotelu.

– Nie wiem, czy dobrze rozumiem…

– Jesteś mądrą dziewczynką, na pewno dobrze rozumiesz.

Wyciągnął rękę i położył na jej dłoni. Miał zadbane, miękkie ręce z nieskazitelnym manikiurem.

– Bardzo cię lubię, Jaga…

„Na karierę metoda to robienie loda” – przypomniała sobie powiedzonko Danki z HR.

Zerwała się z fotela. Brakowało jej tchu.

– Ja ciebie też, ale nie w ten sposób – wydusiła z siebie.

– Bo mało mnie znasz. Przeprowadź się do Warszawy, zobaczysz, jaki jestem hojny, wspaniałomyślny, dowcipny, jak lubię dobrą zabawę… Nie chcę się przechwalać, ale żadna moja kobieta się nie skarżyła.

„Moja kobieta”? Jaga nie wierzyła własnym uszom.

– Przepraszam cię, Jędrek, ale mógłbyś być moim ojcem. To byłoby…

Urwała, lecz się domyślił, co chciała powiedzieć.

– Zboczenie? – Uśmiechnął się. – Ale bardzo przyjemne, zapewniam.

– Przestań albo oskarżę cię o molestowanie!

– Naprawdę? – Roześmiał się. – Coś ci się pomyliło. To tylko propozycja biznesowa. W naszej firmie nie ma molestowania. Pierwszy skręciłbym kark łajdakowi, który by skrzywdził pracownicę. U nas się nie gwałci. Mamy najwyższe standardy etyczne.

Wypił koniak jednym haustem i znowu sobie nalał.

Jaga była już przy drzwiach.

– Szkoda, że się nie zgodziłaś. Nie wiesz, co tracisz. – Wstał z fotela. – Niech ci tylko nie przyjdzie do głowy rozpowiadać o naszej rozmowie. – Głos mu się zmienił, pobrzmiewały w nim teraz twarde nuty. – Musiałbym wtedy opowiedzieć, jak przyszłaś do mojego pokoju z własnej woli, wstawiona, w sukience, która więcej odkrywa, niż zakrywa…

Ręce tak jej się trzęsły, że z trudem nacisnęła klamkę u drzwi. Nie otworzyły się – były zamknięte na klucz. Nie zauważyła, kiedy je zamknął. Przekręciła klucz i wyszła na korytarz.

Z dołu dobiegały odgłosy zabawy: muzyka, śmiech, głośne rozmowy.

Kręciło jej się w głowie. Opierając się ręką o ścianę, doszła do swojego pokoju. Długo nie mogła trafić kluczem do zamka. W końcu udało jej się otworzyć drzwi, zanim ktoś ją zobaczył. Bezwładnie upadła na łóżko, lecz zaraz się zerwała, bo poczuła mdłości. Ostatkiem sił dobiegła do łazienki.

Myślała, że torsje nigdy się nie skończą. Za dużo jedzenia, za dużo alkoholu. I ta ohydna rozmowa… Naprawdę to wszystko powiedział czy jej się przyśniło?

Siedziała na posadzce, oparta o muszlę, i czuła, jak po twarzy płyną jej łzy.

W końcu się pozbierała. Przepłukała usta, umyła zęby.

Twarz, którą zobaczyła w lustrze nad umywalką, nie była jej twarzą: zaczerwieniona, poplamiona szminką i tuszem.

Rozebrała się i wcisnęła ubranie do kosza. Wiedziała, że ta sukienka, te szpilki, ta bielizna zawsze będą jej przypominać prezesa w szlafroku i jego propozycję. Jak śmiał ją tak potraktować! Myśli, że kobiety w firmie są jego własnością?!

Poszła do pokoju i wyjęła z torebki telefon. Zadzwoni do Kamila i wszystko mu opowie. Nie, na odległość nawet on nic nie poradzi. Po prostu nikomu nic nie mówiąc, pojedzie do domu. Na samą myśl, że miałaby zobaczyć prezesa, że on usiądzie przy niej na śniadaniu, znowu zrobiło jej się niedobrze.

Starła wymiociny z brzegu muszli, spuściła wodę, znów umyła zęby. Oddałaby pół królestwa i rękę księżniczki za kubek gorącej herbaty. Znalazła w lodówce butelkę kryniczanki, a przy okazji pudełko z tortem, o którym zdążyła już zapomnieć. Wyobraziła sobie, jak Kamil ją pociesza, i poczuła się lepiej.

Wzięła prysznic, ubrała się, spakowała, zamówiła taksówkę. Poprosiła, by kierowca zaczekał przy bramie.

Wyjrzała na korytarz. Znowu poczuła się jak podczas paintballu. Ostrożnie zeszła po schodach. Reklamówka z pudełkiem przeszkadzała jej i szeleściła. Miała ochotę ją zostawić, ale wiedziała, że Kamil ucieszy się z tortu, i mocniej ją chwyciła.

Na parterze dudniła muzyka. Jaga mogłaby trzasnąć drzwiami, nikt by nie usłyszał.

Zeszła po frontowych schodach, mocniej chwyciła walizkę i pobiegła aleją przez park. Podeszwy trampek miękko odbijały się od ziemi. Po chwili zwolniła, odetchnęła głęboko. Noc była ciemna, bezksiężycowa. Pachniały lipy.

Jaga obejrzała się przez ramię. Dworu nie było stąd widać. Gdzieś daleko na południu niebo przecięła błyskawica. Niech piorun spali Jurnego Jędrusia i jego firmę!

Taksówka już czekała koło bramy. Jaga podała kierowcy adres i siedziała z zamkniętymi oczami, nie myśląc o niczym.

Gdy dojechali na Ruczaj, było po jedenastej. Jaga podniosła głowę i spojrzała na swoje okna. Świeciło się w sypialni. Lampa przy łóżku. Może Kamil czyta albo przy zapalonej zasnął.

„Nie będę go budzić, jeśli śpi. Jutro mu wszystko opowiem” – postanowiła, jadąc windą na górę.

Cicho otworzyła drzwi i zamarła w progu. Coś było nie tak.

Zapach.

Jeszcze raz pociągnęła nosem. Damskie perfumy. I… zapach seksu.

W świetle z korytarza zobaczyła na komódce kolorowy indyjski szal. Znajomy, ale nie jej.

Postawiła walizkę na podłodze, reklamówkę z tortem położyła na komódce i wzięła szal do ręki. Bawełna była miękka, jaskrawe kolory błyszczały w półmroku.

Podniosła szal do nosa. Znała te perfumy.

Przymknęła drzwi i ruszyła w stronę sypialni. Nie musiała iść na palcach, w trampkach była cicha jak kot.

Minęła kuchnię. Garnek na płycie, dwa brudne talerze na szafce przy zlewie, poza tym idealny porządek.

Teraz wyraźnie słyszała muzykę. Marvin Gaye. Ich płyta do kochania.

Serce waliło jej jak szalone, gdy stanęła przy drzwiach sypialni. Patrzyła na zapaloną lampę na stoliku przy łóżku. Wybrała ją, bo klosz z kremowego papieru ryżowego dawał łagodne, ciepłe światło. Niedopite wino w dwóch kieliszkach było rubinowe. Butelka miała kolor butelkowy.

„No tak, butelka jest koloru butelkowego. A coś ty, głupia, myślała”.

Z tej odległości nie mogła przeczytać napisu na brązowej etykiecie, ale dobrze znała to wino: Baron de Ley, jej ulubione.

Kamil zmienił pościel – rano była ta w niebieskie paseczki, teraz kremowa z koronką. Na jej tle ładnie odcinały się ciemne włosy młodej kobiety i jej opalone ramiona.

Kamil nazywał ją Śpiącą Królewną, bo niczego nie ogarniała. Drugi miesiąc pracowała w recepcji, a ciągle nie kojarzyła twarzy z nazwiskami, myliła nazwy działów, źle sortowała pocztę. Pani Elwira, która niedługo przechodziła na emeryturę i miała ją przeszkolić, załamywała ręce, a Kamil przy każdej okazji wyśmiewał Śpiącą Królewnę: „Wszystko trzeba jej tłumaczyć trzy razy, jak krowie na rowie”. W łóżku jednak nie była śpiąca.

Serce Jagi zwolniło. Nadal mięła w rękach indyjski szal, ale zdenerwowanie znikło.

„To mi się nie śni. To się dzieje naprawdę”.

Jeszcze raz ogarnęła wzrokiem lampę, butelkę, kieliszki, pościel i w końcu zmusiła się do zobaczenia tego, na co naprawdę patrzyła.

Biały tyłek wypinał się rytmicznie. Jaga widziała ciemny rowek między krągłymi pośladkami.

Stopy Kamila. Długie, wąskie, piękne. Jego twarz napięta w oczekiwaniu na orgazm.

Jaga na chwilę zamknęła oczy.

„Boże, spraw, żeby to nie była prawda!”

Nie wierzyła w Boga i może dlatego jej prośba nie została wysłuchana.

Otworzyła oczy. Nic się nie zmieniło. Lena klęczała nad Kamilem i z zapałem ssała jego członek. Musiała robić to dobrze, bo jęczał z odchyloną głową i zamkniętymi oczami.

Jaga patrzyła. W końcu odwróciła się na pięcie. Z komódki w przedpokoju wyjęła kluczyki do samochodu. Rzuciła na podłogę szal, który cały czas ściskała w ręce. Wzięła walizkę. Już miała wyjść na korytarz, gdy przypomniała sobie o torcie.

Chwyciła reklamówkę, ale się rozmyśliła. Nie dałaby rady przełknąć tego ciasta.

Otworzyła pudełko i wytrząsnęła tort na podłogę. Galaretka rozprysła się na szalu, na parkiecie, na ścianie.

Cicho zamknęła za sobą drzwi.

W windzie na szczęście nie było nikogo. Tylko jej biała twarz straszyła z lustrzanej ściany.

Zjechała do podziemia. Na kolumnie koło ich garażu było zamontowane okrągłe lustro drogowe.

„Zwierciadełko, zwierciadełko, powiedz przecie, kto najpiękniejszy jest na świecie? – spytała w myśli i sama sobie odpowiedziała: – Jesteś piękna, Jaguniu, jak gwiazda na niebie, ale Śpiąca Królewna jest tysiąc razy piękniejsza od ciebie”.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Bogumiła Ziembla-Ziembicka, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

 

Zdjęcie na okładce: © Elena Elisseeva/Shutterstock

 

 

Redakcja: Anna Sidorek

Korekta: Maria Armata, Wydawnictwo JAK

Skład i łamanie: Andrzej Choczewski, Wydawnictwo JAK, www.wydawnictwojak.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-469-3

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.