Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Młody rycerz wraca do ojczyzny, pragnąc raz na zawsze porzucić życie wojownika – gdyż, choć walczył, nigdy nie nauczył się zabijać. Droga powrotna wiedzie go jednak ku miejscu, gdzie granica między światem żywych a królestwem zmarłych zdaje się zacierać. Tam odkrywa najpilniej strzeżony sekret klasztoru na Mont Saint–Michel, związany z pogańskim plemieniem, które niegdyś zamieszkiwało te ziemie. Tam też zostaje postawione przed nim pytanie: Czy martwych da się zabić powtórnie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 281
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla mojej siostry Izabeli, która razem ze mną tworzyła, przeżywała i odkrywała historie, zamieniane teraz przeze mnie w książki.Kocham Cię!
Niczym Prometeusz jesteśmy spętani
Przykuci do skały łańcuchami nowego wspaniałego świata
Zapomniany przez Boga lud
I czuję, że to wszystko, co musimy wiedzieć
Nim świat się skończy i morza skuje lód
…Like Prometheus we are bound
Chained to this rock of a brave new world
Our godforsaken lot
And I feel that's all we've ever needed to know
'Til worlds end and the seas run cold…
Dead Can Dance – Black Sun1
Trzydzieści smukłych, wysokich świec roztaczało otulające światło, dopóki starzec nie zakrył każdej z nich metalowym gasidłem. W nieuczęszczanej kaplicy, z cichym sykiem i unoszącym się zapachem wosku, rozgościł się mrok. Nareszcie opat Jourdain mógł oddać się samotnej kontemplacji, bez rozpraszających cieni. Uklęknął ostrożnie przed kamiennym ołtarzem i trwał tak, dopóki z rozmyślań nie wyrwał go odgłos ostatnich dzwonów, tuż po komplecie, obwieszczający zakonnikom porę spoczynku.
Pospiesznie zakończył modlitwę krótką litanią i wyszedł nerwowym krokiem z oratorium na równie zaciemniony, biblioteczny korytarz. Ciężkie hebanowe drzwi domknął za sobą prostą drewnianą laską, która służyła mu za jedyne prawdziwe oparcie w tych niepewnych dla klasztoru czasach. To dzięki niej był w stanie sprawnie się poruszać mimo postępującego od zeszłej zimy artretyzmu. Westchnął cicho, zerkając z tęsknotą w stronę lampki oliwnej, umieszczonej przezornie na jednym z pulpitów. Ominął długie ławy zastawione przyborami do ozdabiania rękopisów i regały uginające się pod ciężarem cennych ksiąg, odrzucając od siebie kuszącą myśl o pokrzepiającym ogniu.
Zbudowane na skalnej wyspie opactwo naraz okrył całun milczenia, a jedynym źródłem światła, które doń docierało, był delikatny blask księżyca nieubłaganie zbliżającego się do nowiu. Zakonnik zamierzał jak najprędzej dotrzeć z północnego transeptu do dormitorium. Srebrna poświata przenikała przez wąskie okna, lecz w miejscach, w których kolumny rzucały cień na posadzkę, czerń stawała się nieprzebraną otchłanią. Za każdym razem, gdy stawiał w niej niepewnie krok, miał wrażenie, że znajduje się nad krawędzią przepaści. Niepokojące uczucie szarpnięcia w piersi, jak gdyby siła grawitacji przyciągała w dół jedynie zlęknione serce.
Wypowiedz swoje życzenie.
Przyspieszył kroku, choć ból przeszywał jego płuca z każdym urywanym wdechem. Jedynie najwyższym wysiłkiem woli zdołał powstrzymać się od biegu. Nie był kimś, kto mógł pozwolić sobie na ucieczkę przed demonami. Słodko-gorzka woń kojarząca się z podgrzewanym w tyglu opium zawisła pomiędzy granitowymi ścianami.
W czasie Edrinios trzeba spalić, zniszczyć, zabić.
Nie zatrzymując się, wyjrzał z trwogą przez strzelnicę, ale pochwycił wzrokiem jedynie wierzchołki drzew, złowieszczo wynurzające się z pozornie spokojnych, połyskliwych wód. Uparcie majaczyły we mgle, przywodząc na myśl iglice wież. Las szybko rośnie, zwłaszcza na takim nawozie, pomyślał.
Oczyścić ziemię ze zła i podłości.
Jourdain schodził ostrożnie z pierwszego piętra klasztoru. Wspomagał się kosturem, by nie potknąć się na żadnym z wyżłobionych przez dziesięciolecia schodów. Dotarłszy do krużganków, otulił się mocniej wełnianym płaszczem i przyjął z wdzięcznością orzeźwiający wiatr, przesycony wilgocią i zapachem morskiej soli. Już niedaleko. Podążył ścieżką przez ogrody, które za dnia wzbudzały podziw, a teraz były ledwie widoczne, zarysowane przez błądzące światło gwiazd.
Myśmy przypływem. Myśmy odpływem.
Raptem ogarnął go osobliwy dreszcz. Mnich potrząsnął głową, usilnie próbując odpędzić nękające go echo niechcianej przeszłości. Doskonale wiedział jednak, że czego by nie uczynił, święty przybytek niebawem zostanie otoczony wiekowym borem. Kobalt morza przemieni się w błękit chabrów. Jedynie biały zawsze krwawnik zakwitnie tym razem na czerwono.
Minąwszy kamienny dziedziniec, skierował się do wschodniego skrzydła. Starając się nie naruszać spokoju przygotowujących się do snu innych członków zgromadzenia, dyskretnie otworzył skrzypiące drzwi. Czując się pewniej, wkroczył na półpiętro i odetchnął z ulgą, gdy usłyszał przytłumiony szmer dochodzący z dormitorium.
Zostały już jedynie dębowe wrota, wzmocnione metalowymi okuciami – potężna brama odgradzająca nocne mary od świtu. Gdy tylko do nich podszedł, te rozwarły się w geście powitania, niczym ramiona dawno niewidzianego przyjaciela. Młody zakonnik, który je otworzył, skłonił się lekko, wpuszczając przełożonego do środka. Jego podopieczni nadal nie spali, choć za moment będą śnić o utraconej potędze.
Mimo że myśli Jourdaina krążyły wokół tego, co ma nadejść, poczuł w głębi serca odrobinę spokoju. W pomieszczeniu pełnym jego braci, z dala od posępnych korytarzy i tańczących cieni, mógł wreszcie zaznać wytchnienia.
Nazajutrz o tej samej porze wspólnie zastawią wszystkie przejścia, zaryglują drzwi. Nikt nie przekroczy obronnych murów, a żaden z uczniów świętego Benedykta nie opuści klasztoru. To właśnie w tym celu przybył tu przed sześcioma laty, kontynuując dzieło przedwcześnie zmarłego poprzednika – by chronić największe tajemnice zakonu, podczas gdy świątynia zmieniała się w fortecę. Zdawał sobie jednak sprawę, że tym razem cena będzie wyższa niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiedział tylko, czy jest na to gotów.
Przez wieki w mej duszy hulał sztorm, gasząc żal, który próbował zapłonąć, ale ja w srebrnym blasku Arianrhod rozniecę ogień na nowo.
1 Wszystkie fragmenty tekstów utworów zawarte w powieści zostały umieszczone i zinterpretowane za zgodą artystów.
O brzasku, o brzasku
Karmazynowym, słońce wschodzi
Karmazynowym, morze mym Bogiem
Czy istoty małe, czy duże
Takie chwile przytłaczają wszystkich
Słońce wschodzi i mgła się rozwiewa
W oddali widzę długą drogę do domu
…In the morning glow, in the morning glow
Red as blood, the sun is coming up
Red as blood, the sea is my God
All creature great and small
These moments overpower us all
The sun comes up and the mist is gone
I see in the distance my long way home…
Clan of Xymox – Morning Glow
MCXCVII, 13 dzień Edrinios
Okolice Montebourg, Francja
Choć słońce raziło me oczy, podążałem przed siebie, starając się nie spoglądać w dół. Ciszę poranka przerywał beztroski śpiew ptaków, witających kolejny dzień, a trawy roiły się od odstręczająch owadów, które na szczęście wciąż nie zbudziły się do życia. Był początek marca, ale zima nie zamierzała tak łatwo ustąpić.
Wydychane niespokojnie obłoki pary niknęły w otaczającej mnie wilgotnej mgle. Wzdrygnąłem się lekko, gdy ze skraju pobliskiego lasu odezwał się potęgowany przez echo odgłos dzięcioła. Ptak wbijał dziób w spróchniałe drzewo z niemal takim samym zacięciem, z jakim moje buty uderzały o zamarzniętą glebę. Tylko ciężki jak sumienie miecz spowalniał mój krok.
Ciesz się, że nie ma tu much… – szeptał drwiąco do ucha chłodny wiatr.
Chmury spieszyły, by skryć się niepostrzeżenie za horyzontem, zsyłając cień na bezwładnie porozrzucane ciała pogrążonych we śnie żołnierzy. Śnie, którego za nic nie chciałbym przerwać, mimo iż wiedziałem, że będzie on trwać wiecznie. Z niechęcią opuściłem wzrok, by przypomnieć sobie, po co tak właściwie tu byłem.
Francuską krew zmieszaliśmy z błotem. Zwłoki poległych z naszego oddziału zebraliśmy pod osłoną nocy, by ich uroczyście pochować, wrzucając do masowego grobu. Szczęściem nie było wśród nich żadnego magnata, ot, zwykli piechurzy. W innym przypadku, zanim dowieźlibyśmy zmarłych do Anglii, pewnikiem zabraliby nas ze sobą, szerząc zgubną zarazę.
Dowódca wydał rozkaz, by dobić ocalałych, co rozumieliśmy jako ciche przyzwolenie na to, by przy tym ograbić ich z kosztowności. Na myśl o łupach odruchowo sięgnąłem do sakwy przytroczonej przy pasie. Zapełniłem ją już do połowy srebrnymi denarami. Jak dotąd na wojnie zdołałem zebrać aż tysiąc solidów. Jeśli znajdę dziś choć jednego zaszlachtowanego szlachcica, wreszcie uda mi się odejść. Nie byłem człowiekiem o przesadnie wygórowanych ambicjach, ale rwałem się bardziej do nauki niż do wojska. Może to nie do końca prawda, gdyż ciągnęło mnie nie gdzie indziej jak na poważany uniwersytet w Oksfordzie. Odpowiednia ilość pieniędzy mogła mi w tym tylko pomóc.
Schyliłem się, by ściągnąć miedziany pierścień ze sztywnych palców leżącej na ziemi, krzywo odciętej dłoni. Wyglądał na obrączkę, ale starałem się nie nadawać mu większej wagi. Teraz był po prostu kawałkiem metalu, za który mógłbym kupić świeży chleb w gospodzie.
Im wyżej wznosiło się słońce, tym mocniej raziły mnie promienie odbijające się w mieczach, sterczące niczym krzyże na cmentarzysku wczorajszej bitwy. Nie pierwszej i nie ostatniej potyczki stoczonej za ziemie angielskie w imię nieobecnego króla. Ostatnimi czasy korona najwyraźniej za mocno uciskała głowę władcy, biorąc pod uwagę jego szaleńcze decyzje, jednak tym razem przecież wygraliśmy. Podbiliśmy Montebourg.
Zadumany pochwyciłem wzrokiem przebiegającą tuż obok mojego buta szarą, polną mysz. Nie wyglądała na przerażoną. Węszyła ostrożnie, skupiona na poszukiwaniu pożywienia. Śledziłem ją spojrzeniem, aż przeszła po jednym z trupów, omijając trzewia wylewające się z rozpłatanego brzucha. Całe szczęście, że jeszcze nic nie jadłem. W akademii rycerskiej w Gloucester mówiono nam, że po trzeciej batalii przywykniemy do podobnych widoków. Ta w istocie była trzecią, ale zamierzałem uczynić ją ostatnią. Niechętnie przechadzałem się po tym ludzkim wysypisku, omijając tych, od których wyczuwałem choćby najlżejszy oddech. Poszukiwanie kosztowności to jedno, ale zwyczajnie nie miałem odwagi, by wrazić miecz w któregokolwiek z dogorywających francuskich żołnierzy. Bynajmniej nie była to tyle kwestia honoru, co zwykłego lęku przed śmiercią. Być może również strachu przed tym, kim bym się stał, gdybym to uczynił.
Oddaliłem się od reszty oddziału. Las pachniał żywicą. Jednak nawet i tu trawa chrzęściła nieprzyjemnie pod stopami. Nie była wszak okryta szronem ani skropiona rosą, a martwa od płonących strzał. Trzaskała jak spalane drewno, jak łamane kości. Nie mogłem doczekać się dzisiejszego wieczora, kiedy to rozbijemy nasz ostatni obóz w tej okolicy, a potem ruszymy do…
Nagle niemal straciłem równowagę, potykając się, jak szybko zmiarkowałem, o czyiś but. Mój wzrok spotkał się ze zmrużonymi oczami jednego z żołnierzy Filipa Augusta. Umierający skurwysyn miał jeszcze siły, by podstawić mi nogę. Leżał bezwładnie, z poobijaną twarzą o błądzącym nań przebiegłym uśmieszku. Oddychał ledwo przez otwarte, zakrwawione usta, pozbawione niemal wszystkich zębów. Jego stan, nie da się ukryć tragiczny, nie przeszkadzał mu jednak w rzucaniu mi wyzwania bezczelnym spojrzeniem. Trudno było ocenić, czy rad był, że nareszcie ktoś skróci jego cierpienia, czy ostatnim tchnieniem wciąż chciał pokazać swoją wyższość nad Anglikami. Może jedno i drugie.
Przyklęknąłem powoli, zważając na lewe kolano, w które otrzymałem pod Chauvigny cios morgenszternem. Nikt nie chciał mi w to uwierzyć, gdyż płytka rana zagoiła się szybciej niż na psie. Niekiedy jednak odczuwałem w nodze nieznośne mrowienie. Unikając wzroku rycerza, sięgnąłem po wykonane z grubej, bydlęcej skóry rękawice. Choć były przemoczone krwią, mogłem dostać za nie nawet kilka solidów. Gdy je ściągnąłem, ujrzałem jednak coś znacznie cenniejszego.
Z trudem stłumiłem w sobie radosny okrzyk, który byłby zupełnie nie na miejscu, po czym zdjąłem z niemal zmrożonych od zimna palców coś, co wyglądało na rodowy pierścień. Przyjrzałem mu się z niedowierzaniem, gdyż sprawiał wrażenie wykonanego z czystego złota. Zignorowałem dochodzący z oddali charkot, obracając sygnet z namaszczeniem. Mógł być wart naprawdę niemałe pieniądze.
Pośrodku misternie rzeźbionej oprawy osadzony był umiejętnie wyszlifowany, lśniący głęboką czerwienią rubin. Kamień okalał precyzyjnie wyżłobiony, pożerający własny ogon wąż. Pełen detali wizerunek sprawiał wrażenie ruchomego, jak gdyby gad w nieskończoność okręcał się wokół szkarłatnego klejnotu. Ukryłem go czym prędzej w skórzanej sakiewce i rozejrzałem się wokół. Na moje szczęście reszta oddziału wciąż była znacznie oddalona. Ledwie docierały do mnie urywki ich rozmów.
Odwróciłem się, by odejść, gdy umierający rycerz znów szarpnął nogą, próbując zwrócić moją uwagę. Racja, nie przeszukałem go dokładnie.
– Dobrze, że się przypominasz – mruknąłem cicho i wyciągnąłem krótki sztylet, by ostrożnie rozciąć pasy i usunąć fragmenty wgniecionej zbroi. Mógł wszak ukryć tam inne kosztowności. Po krótkich oględzinach stwierdziłem z rozczarowaniem, że pierścień był jego jedynym majątkiem. Najwyraźniej mężczyzna, którego wziąłem z początku za młodego magnata, był zaledwie jednym z chłopskich rekrutów, a kosztowną biżuterię pewnikiem ukradł. Być może nawet któremuś z angielskich szlachciców, więc jakby nie było, wróciła do swoich.
Wstając, mimowolnie zerknąłem na niego i zauważyłem, że kpiący uśmiech momentalnie zniknął z jego twarzy. Pobladł, gdy dotarło do niego, że wcale go nie dobiję. Gdy poczyniłem pierwszy krok, ten jęknął głośno, zbyt głośno jak na umierającego. Odwróciłem głowę w stronę obozu, a wtedy francuski kundel wrzasnął rozpaczliwie. Odgłos ten jednak nijak nie przypominał ludzkiego. Brzmiał jak ryk zarzynanego zwierzęcia.
Roztrzęsiony sięgnąłem po leżący przy nim miecz, wahając się pomiędzy ogłuszeniem go rękojeścią a oddaleniem się na bezpieczną odległość, skąd nie musiałbym słuchać jego potwornego lamentu. Przez moment pomyślałem o ucieczce do lasu, ale to rozwiązanie, pomimo skończonej walki, równałoby się z haniebną dezercją. Ten zaś, zauważając moje wahanie, począł upiornie jęczeć, niemal wyć, a jego głos, świdrując moje uszy, przenikał aż do czaszki i odbijał się w niej złowieszczym echem.
Dobijanie wrogów bywało aktem łaski w porównaniu z cierpieniem, na które przez własną niepewność skazywałem tego chłopaka. Wyglądał bowiem na mojego rówieśnika. Zaczęło docierać do mnie coraz więcej szczegółów, choć broniłem się całą wolą, by ich nie zauważać. Zielone, zamglone oczy. Proste, pozlepiane od potu, czarne włosy.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, jak gdyby wrosły w głąb ziemi. Wszystko wokół się rozmyło. Zostałem tylko ja i on. Zacisnąłem dłoń na rękojeści. Już prawie byłem gotów wykonać zamach, gdy…
– Kurwa! – krzyknąłem nagle.
Krew Francuza rozbryznęła się wokół, plamiąc mi buty, tułów, ręce aż po łokcie, mimo że nawet nie drgnąłem. Nie usłyszałem, że ktoś do nas podszedł. Rycerz beztrosko pogwizdywał, gdy wciągnął z głowy trupa kiścień, zostawiając w miejscu twarzy bezkształtną breję.
Moje napięte kończyny rozluźniły się nagle, a w głowie nieprzyjemnie zawirowało. Nieomal bym upadł, gdyby oprawca nie złapał mnie za kaptur kolczugi i nie postawił brutalnie do pionu.
Anthony Woodville popchnął mnie przy tym lekko w plecy, zostawiając na jasnym surkocie czerwoną smugę.
– Nigdy więcej tego nie zrobisz.
W tych słowach mojego najlepszego przyjaciela wybrzmiało coś, czego wcześniej z jego ust nie słyszałem. Nie była to ani groźba, ani prośba, a stwierdzenie. Dobitne, które wygłosił z całą pewnością, na jaką było go stać.
– Nigdy więcej – powtórzył, na co szybko pokiwałem głową, odwracając zawstydzony wzrok.
Westchnął teatralnie i obrócił mnie w stronę obozowiska, zaciskając lekko palce na moim ramieniu. Wyrzuciłem niedbale miecz, który wylądował przy resztkach głowy martwego właściciela. Mimowolnie poprawiłem swój marny półtorak przytroczony do pasa.
– Nie mogę chronić cię w nieskończoność.
Wiedziałem o tym. Miałem też świadomość, że nasze drogi wkrótce się rozejdą. Skończyłem siedemnaście lat, a co za tym idzie, musiałem opuścić zamek w Gloucester i porzucić służbę u lorda Geoffreya de Mandeville. Miałem uczynić to już zeszłej zimy, ale wszystko opóźniła kolejna wojna. Teraz pewnie wyślą mnie, skazując na jakieś walijskie zadupie, gdzie będę musiał odganiać chłopów od owiec, okazjonalnie prowadząc nędzny i zapewne krótki żywot żołnierza.
Dotychczas wszędzie podróżowałem z Anthonym. Walczyliśmy ramię w ramię, mimo że od jakiegoś czasu mieszkał w Londynie i cieszył się tam znaczącą posadą. Ja ściągałem na siebie uwagę wrogów, by on mógł ich pozarzynać. Bez niego czułem się nikim. Nie mogłem uciec z wojska. Byłem uważany za wprawnego szermierza, czy raczej tarczownika, a ponadto przysięgałem wierność koronie. Moim jedynym wyjściem było uzbieranie odpowiednio dużej sumy i tak, jak to sobie obmyśliłem, zgłoszenie przełożonemu, że chcę podjąć studia na uczelni. Zawsze byłem biegły w nauce, więc lord Geoffrey mógłby mi na to zezwolić, a ja zostałbym, powiedzmy, dyplomatą.
Wszystko to brzmiało w mojej głowie tak realnie, niemal namacalnie. Szybko odepchnąłem ciążące mi wątpliwości i obiecałem sobie, że dziś wieczór pójdę do swojego pana i powiem, że jadę do Oxfordu.
Naiwna nadzieja sprawiła, że pole bitwy wydawało się mniej odrażające. Za nami wkraczali na miejsce okoliczni chłopi, zwerbowani do posprzątania ogołoconego, francuskiego truchła. Rycerze Filipa Augusta już dawno się wycofali, by nieść do stolicy wieść o kolejnej przegranej. Zapewne ich polegli kamraci wylądują w znacznie płytszym masowym grobie, ale to już mnie nie obchodziło.
Woodville szedł posępnie, milcząc, dopóki nie zbliżyliśmy się do naszych oddziałów. Żołnierze wymieniali między sobą uwagi, które często przerywał donośny śmiech. Ich nastrój szybko udzielił się mojemu przyjacielowi. Spojrzał na mnie z wyraźną ulgą. Całkowicie odrzucił wspomnienia ostatnich walk.
– Czas wracać do domu, bracie!
MCC, 8 lipca
Otwarte wody Morza Celtyckiego
W jednym momencie mojego życia wracałem do domu niesiony nadzieją, w innym zaś odpływałem zeń być może bezpowrotnie. Gdy tam, na lądzie, słońce ledwo wychylało się zza widnokręgu, tutaj, na pełnym morzu, gasło niespiesznie w purpurze i złocie, ustępując miejsca granatowi nadciągającej nocy. Poza mną na drewnianej łodzi przebywała kobieta, z którą zaczynało łączyć mnie więcej, niż dzieliło.
– Mam uwierzyć, że jakże ceniony dowódca wojsk jednego z największych hrabstw w Anglii jeszcze trzy lata temu robił wszystko, żeby uciec z armii?
Przewróciłem oczami na ten uszczypliwy ton, choć jej melodyjny głos stanowił swego rodzaju osłodę. Był w nim spokój, podobny do delikatnych fal, miarowo uderzających o kadłub.
– A co robię teraz? Przestań się wreszcie ze wszystkich naigrywać i dorośnij, de Vere.
– Przecież dziś to zrobiłam.
– Rzeczywiście, zapomniałem. Wszystkiego najlepszego, moja pani – mruknąłem. Niby od niechcenia, ale nie mogłem zdusić w sobie nagłego ukłucia smutku, że jej dwudzieste urodziny mogłyby wyglądać inaczej. Radośniej. Bezpieczniej.
– Już za późno na życzenia, mój panie. – Udała obrażoną minę, ale zauważywszy, że czuję się niezręcznie, uśmiechnęła się zaraz i dodała szybko: – Ale i tak dziękuję!
Czasem miałem wrażenie, że rozumiała mnie lepiej niż ja sam siebie.
Morze rozpościerało się przed nami niczym niezmierzona, ciemniejąca z minuty na minutę otchłań. Zbiegliśmy z Albionu niczym zwykli banici, acz prawdziwe powody naszej ucieczki i to, do czego doprowadziliśmy w moim kraju, było teraz nieistotne. Po stokroć ważniejsze było zabicie czasu, gdy pośrodku niczego dosięgnął nas sztil.
Przemierzyliśmy już estuarium rzeki Severn, co przez silne prądy nieco się wydłużyło. Zacumowaliśmy w środku nocy przy skalistym wybrzeżu wyspy Lundy, w jej niezamieszkanej części, zważając na bandytów. Teraz zaś od trzech dni płynęliśmy skrajem Morza Celtyckiego z prędkością w porywach pięciu węzłów, dopóki nie ustał wiatr. Jeśli umiejętności nawigacyjne nas nie myliły, byliśmy w połowie drogi do Baltimore w Irlandii. Zapasów mieliśmy jeszcze na około tydzień, a choć flauta nie zwiastowała nic dobrego, to rad byłem, że dotychczas nie złapał nas niszczycielski sztorm. Kilkanaście minut temu zwinąłem trójkątny, lniany żagiel, dochodząc do wniosku, że taka pogoda utrzyma się przynajmniej parę godzin.
Jednomasztowy statek rybacki, który ukradłem w porcie w Bristolu, co prawda nie był łajbą stworzoną na takie odległości, ale nieskromnie uważałem się nie tylko za dobrego nawigatora, ale i znakomitego żeglarza. To przynajmniej wmawiałem mojej towarzyszce przed wejściem na pokład tak długo, aż sam w to uwierzyłem.
– Skoro jestem już tak stara, jak pan, to może opowiesz mi do końca tę mrożącą krew w żyłach historię? – Od początku podróży nie dawała za wygraną.
– Zważ, że jeśli zdradzę ci wszystko, przekonasz się, że część wydarzeń ma wpływ na to, co ma miejsce teraz. Nie wiem tylko, czy twój kruchy umysł będzie w stanie to ogarnąć.
– Tak, tak. Skoro twój był, to mój tym bardziej, a biorąc pod uwagę, że przed wypłynięciem z Lundy wypiłeś całą manierkę rumu, to…
– To już wywietrzało.
– Jak wywietrzało, jak mamy sztil?
Zaśmiałem się krótko. Odszedłem od zablokowanego steru i usiadłem na niewielkiej ławie naprzeciwko niej. Zanim jednak chwyciłem za wiosła, wyciągnąłem spod deski swoją torbę podróżną.
– Jeszcze te kilkanaście dni żeglugi bym z tobą wytrzymał, ale skoro wiatr może nie nadejść nawet przez parę tygodni, to marny mój żywot. – Niespiesznie rozwiązywałem rzemienie, by dostać się do skarbów, które przechowywałem w środku.
– Mój tym bardziej.
– Dobre morale jest kluczowe w trudnych sytuacjach, a historia do najprzyjemniejszych nie należy – ostrzegłem przesadnie poważnym tonem.
– Tak jest, kapitanie.
– Niech będzie, ale pamiętaj, że mówię ci to tylko dlatego, że już nigdy więcej nic ci nie opowiem.
Pokiwała powoli głową, nie odpowiadając. Przez krótką chwilę pożałowałem, że to powiedziałem, ale zaraz skarciłem sam siebie. Musimy trzymać się planu.
Kobieta otworzyła oprawiony w skórę notes, który z namaszczeniem trzymała całą drogę na kolanach. Na środku okładki przymocowane było nietypowe pióro, które nie potrzebowało do pisania dodatkowego atramentu. Cały tusz znajdował się wewnątrz, zamknięty w szklanej fiolce.
– Niebawem zupełnie zajdzie słońce i niewiele będziesz widziała, jeśli masz zamiar to wszystko notować.
– Zapalimy lampion. Zresztą dziś i tak ma być wciąż spory księżyc.
Wreszcie wyjąłem poszukiwaną przeze mnie zawartość tobołu, a dziewczyna, zauważając to, niemal wyrzuciła swój notatnik ze złością.
– Spokojnie. To z okazji twoich urodzin – powiedziałem szybko.
– Żegluga po morzu nie robi z ciebie pirata – udała oburzony ton, na co rzuciłem jej zakorkowaną butelkę rumu, którą z kolei zwinąłem z bristolskiej tawerny. Nie było to trudne, biorąc pod uwagę, że karczmarz upił się szybciej niż jego goście. Odruchowo ją złapała, po czym postawiła za sobą.
– Choć jedna osoba musi być tu trzeźwa.
– Rozumiem, że sama wszystko wypijesz?
– Nie, co parę zapisanych stron będziesz otrzymywać swój przydział.
Kiwnąłem głową, uśmiechając się lekko, po czym wydobyłem dodatkowo paczkę wywietrzałych już nieco Woodbine’ów.
– Jeśli masz zamiar jeszcze palić…
– Jesteś od zawietrznej, księżniczko.
– Przecież jest sztil!
– Skoro lepszy z ciebie marynarz ode mnie, to może się zamienimy i przejmiesz stery mojej Jolene?
– Twojej Jolene? Nazwałeś tę łajbę… Jolene? – Uniosła lekko brwi, a lazurowe oczy zalśniły w ostatnich promieniach słońca.
– Dzięki tej łajbie wrócisz do domu, więc trochę szacunku. Poza tym przecież nie nazwałbym łodzi po tobie, bo byśmy niechybnie zatonęli.
– A to ciekawe, po kim… – stwierdziła pod nosem, przeciągając wyrazy.
– Niebawem się przekonasz – odparłem, naśladując jej ton.
Przewróciła oczami, ale nic już nie powiedziała, tylko postukała wymownie piórem w księgę. Westchnąłem i zacząłem wiosłować. Zapowiadała się długa noc.
– Tylko niech skryba pamięta, by usunąć moje nazwisko.
– Czas wracać… – powtórzyłem po nim, nieco ciszej, gdy przybyliśmy już na miejsce, w którym mieliśmy rozstawić obóz. Przez chwilę mój kompan szedł i pogwizdywał, przerywając tylko wtedy, kiedy się z kimś witał. Przyjaciół miał zaś wielu. Był dobrze urodzony, lubiany, towarzyski… i marudny.
– Mam już dosyć Lovella do końca roku – rzucił nagle zirytowanym tonem.
Wyrównałem krok z Anthonym, kiedy jak na złość rozpoczął narzekanie, będące integralną częścią jego osoby, tak jak papierosy, które w tym samym momencie leniwie wyciągnął ze skórzanej sakwy. Otworzył zdobione pudełko i podstawił mi ostentacyjnie pod nos.
– Zostały mi dwa, chcesz?
Wypuściłem bardzo powoli powietrze, tworząc wokół obłoczek pary, i spojrzałem na niego wyzywająco. Dobrze wiedział, że nie paliłem, a i tak pytał mnie o to za każdym razem, chyba z nadzieją, że któregoś pięknego dnia zmienię zdanie.
– Nieważne – mruknął, zapalając Woodbine’a. Dym gryzł mnie w płuca chyba bardziej niż jego, ale starałem się nie zwracać na to większej uwagi. W końcu opuszczaliśmy Francję. Wreszcie wracaliśmy do domu. – Przysięgam, jeszcze jedna bitwa u boku tego… – Sam ugryzł się w język, dosłownie, po czym przeklął pod nosem, przewrócił oczami i uśmiechnął się do kolejnej mijanej osoby. Cały Woodville.
Zawsze szedłem dwa kroki za nim. Mimo że był zaledwie dwa lata starszy ode mnie, niecałe dwa centymetry wyższy i o niebo głupszy. Poza tym na pierwszy rzut oka prawie się nie różniliśmy. Obaj mieliśmy jasne włosy, jasne oczy i podobną budowę ciała. Kiedy jako dwunastoletni chłopiec trafiłem na zamek w Gloucester, Anthony już tam był. Należał do tych szlachetnych, choć niezbyt lotnych młodzieńców, którzy żyli marzeniami o honorowym żywocie obrońcy uciśnionych i wybawiciela wszystkich dam w opałach. Dlatego też widząc, że jako cichy i stroniący od ludzi giermek nie radzę sobie z rówieśnikami, od początku trzymał moją stronę niczym starszy brat. Z czasem coraz więcej osób brało nas za rodzeństwo z racji tych podobieństw, my zaś nieczęsto wyprowadzaliśmy ich z błędu. Zresztą w pewnym sensie się nim staliśmy. Bez wahania skoczyłbym za Anthonym w ogień, tak jak i bez chwili zastanowienia bym go weń wepchnął. Prawdziwy kochający braciszek.
– Racja, zostawmy go. W końcu wracamy do domu.
– Kogo? – Zdziwiłem się, wyrwany z zamyślenia.
– No, Lovella. A ty gdzie tam znowu błądzisz? – zapytał. Zaciągnął się z nieukrywanym zadowoleniem, po czym kontynuował, nie czekając na moją odpowiedź, za to płynnie zmieniając temat na jeden ze swoich niezmiennie ulubionych. Znów przyspieszyłem kroku, by mu dorównać. – Gdybyś chciał, zobaczyłbyś, jakie w Londynie mamy piękne dziewczyny.
Westchnąłem przeciągle, wiedząc, co się zaraz zacznie.
– Weźmy choćby naszą Betty! Nadworna mistrzyni kuchni! Stęskniłem się za jej gorącymi… wypiekami.
Przewróciłem oczami.
– Tak, tak, wiem, wasz wielki romans trwał cały tydzień. Dopóki, rzecz jasna, nie spotkałeś…
– Agnes! Tak, najbardziej brakuje mi Agnes. Co prawda jej zdaniem nasze drogi się rozeszły, ale kto wie… Może jak przywiozę jej trochę francuskich błyskotek, to znów zrobi się… ciekawie.
Odgłosy szykujących się do powrotu oddziałów skutecznie zagłuszały mi jego gadaninę. Wystarczyło, że bardziej skupiłem się na nich, by nasz marsz stał się znacznie przyjemniejszy. Miarowy stukot wymienianych podków, zniecierpliwione parskanie koni, przenikliwe dźwięki ostrzenia i polerowania mieczy, a ponad nimi rozmowy bardziej żywe niż francuscy żołnierze.
Uspokajający szelest rozkładanych namiotów na nadchodzącą, ostatnią już noc pod niebem malowniczego, acz ponurego po bitwie Montebourg.
– …poza tym w takich karczmach mają znacznie szerszą listę usług niż w Gloucester, bo, przypomnę ci, braciszku, że jesteś dorosły i nie mieszkasz już w klasztorze.
Anthony wyrzucił papierosa na ziemię i przydeptał go niby od niechcenia, zważając jednak, by nie wybrudzić swoich idealnie wypastowanych butów. Westchnął cicho i podniósł na mnie wzrok, przyglądając się z lekkim zaniepokojeniem
– Tylko mi nie mów, że ciągle myślisz o tym francuskim pomiocie…
– Nie.
– Dobrze, dobrze, porozmawiamy o nim później. – Uniósł szybko ręce w uspokajającym geście.
Czułem, że tak tego nie zostawi. Widząc moją zaciętą minę, chwilowo spochmurniał i nie wiedział, co powiedzieć, ale jak zawsze w jego przypadku trwało to parę sekund, nim znów się rozweselił, trącając mnie łokciem w bok.
– Może też w końcu się ze mną porządnie napijesz?
– Nie sądzę.
– Jak już cię przyjmą do Londynu, kretynie, przecież nie w tej chwili!
– Do Londynu?
Zatrzymałem się nagle, patrząc na niego z mieszaniną niedowierzania i złości. Musiał mieć co najmniej mylne pojęcie o moich planach, bo zaskoczony uniósł wysoko brwi, wpatrując się we mnie z wyraźnym niezrozumieniem na twarzy. Obaj szykowaliśmy się, by przerwać tę nerwową ciszę, ale wyręczył nas donośny dźwięk rogu, zapowiadający poranną zbiórkę na placu. Staliśmy tak jeszcze chwilę, patrząc na siebie wyzywająco i próbując przeniknąć wzajemnie swoje zamiary. Kiedy mój brat ponownie otworzył usta, los znów zadecydował mu przeszkodzić.
– Sir Woodville! – zawołał przechodzący obok rycerz, rzucając mu wymowne spojrzenie.
Anthony kiwnął głową i, jak na zawołanie, pospiesznie odszedł w stronę swojego dowódcy, zostawiając mnie bez słowa. Otuliłem się mocniej płaszczem i ruszyłem do swojej jednostki. Dwie bitwy w takim mrozie to przesada – podobnie jak plany budowy kolejnego zamku nad Sekwaną. Król straci go prędzej niż później. Zresztą może niebawem nie będzie mnie to już martwić. Stanąłem na końcu rzędu, nie witając się z nikim. Nie miałem zbyt wielu przyjaciół w oddziale. Nie, żebym tęsknił za towarzystwem.
Lovell vis de Loupe przechadzał się po stworzonym naprędce dziedzińcu, stawiając kroki z przesadną pewnością. Spoglądał w przestrzeń przed sobą, ale nigdy prosto na nas. Mimo to każdy czuł na sobie jego przenikliwy wzrok, jakby dostrzegał wszystko, co chcieliśmy przed nim ukryć. To była moja trzecia bitwa i każda pod jego dowództwem, a nadal nie mogłem zdecydować, czy jest najlepszym, czy najgorszym kapitanem, jakiego mógłbym sobie wyobrazić.
– Będziemy wracać przez Jullouville.
Stwierdził głosem przyzwyczajonym do posłuchu, nieznoszącym sprzeciwu. Takim, że gdyby kazał żołnierzom nasrać na środku traktu, by zmylić przeciwnika, każdy zrobiłby to bez wahania.
No, chyba nie aż tak?
Przecież żartuję, Phelix.
Anthony Woodville stał u jego boku, a przynajmniej starał się to robić, bo Lovell co rusz kroczył w inną stronę, z rękoma założonymi za plecami. W obozie zapadła chwilowa cisza, jednak wymowne spojrzenia między żołnierzami sprawiły, że z tłumu podniosły się szepty, a nawet pomruki niezadowolenia.
– Panie, przecież moglibyśmy wynająć flotę i wrócić przez Cherbourg lub Barfleur. – Tylko mój przełożony z Gloucester odważył się wypowiedzieć te słowa na głos, choć wciąż na tyle cicho, że usłyszeli go jedynie najbliżsi towarzysze.
Byliśmy wyczerpani bitwą. Montebourg leżało blisko brzegu, a mimo to lord Lovell postanowił, że wrócimy z portu, do którego przybiliśmy kilka tygodni temu, w południowo-zachodniej części Normandii.
– Chyba każdy chciałby już wrócić do domu, sir – powtórzył de Mandeville nieco głośniej, unikając wzroku paladyna.
– Tu też jest nasz dom – odparł de Loupe spokojnie, choć jego głos zgrzytał jak klinga przesuwająca się po kamieniu. Innymi słowy, nieprzyjemnie.
Żołnierz stojący przede mną splunął na ziemię.
– Od kiedy Anglia to Francja? – burknął niemal bezgłośnie, ale paladyn i tak zgromił go wzrokiem, jakby rzeczywiście to usłyszał. A może czytał w myślach?
Zerknąłem na mojego kapitana, ale teraz jego twarz pozostawała niewzruszona. Najwyraźniej de Mandeville nie miał nic więcej do dodania, podczas gdy oburzone szepty rycerzy zaczęły narastać. Nagle Lovell zatrzymał się na środku polany i po raz kolejny zapanowała grobowa cisza. Niespiesznie przesunął wzrokiem po, zdawałoby się, każdej twarzy, każdym człowieku, który zgłosił jakikolwiek sprzeciw. Nie można było odmówić mu tego, że robił wrażenie. Równocześnie odległy i zdystansowany, a zarazem walczący u naszego boku. Paladyn króla Ryszarda, najważniejsza postać w angielskiej armii.
Czarna zbroja, odcinająca się na spowitym mgłą krajobrazie, była dziełem najlepszych płatnerzy. Zdawała się pochłaniać całe światło. Mrok ten trzymał w ryzach jedynie ciężki, czerwony płaszcz z wyszytymi nań złotymi lwami – symbolami naszej korony. Zmrużone jasnobrązowe oczy zdawały się zmieniać barwę na żółtą, gdy padały nań promienie słońca.
Kiedy zatrzymał wzrok na mnie, poczułem lekkie ukłucie za mostkiem i nawet nie zauważyłem, że wstrzymałem oddech. Było w jego oczach coś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegłem, a jednak zdaje mi się, że doskonale to znałem. Czułem, że powinienem znać…
– Przy ujściu rzeki La Sinope czeka na nas niewielki, acz wielce zdesperowany oddział Francuzów – zaczął wreszcie mówić, wyraźnie cedząc każde słowo. – Chcą odciąć nam drogę powrotną po dwóch przegranych bitwach. Możecie domyślić się ich – w końcu spuścił ze mnie wzrok i zaczął wodzić nim po reszcie żołnierzy – wkurwienia. Nie odbiją oni już naszych ziem, ale zważając na to, że znają teren lepiej niż my i zapewne przygotowali się na nasze przybycie, nie chciałbym ryzykować. Ryzykować, rzecz jasna, utraty kogokolwiek z was. Dlatego, jak też mówiłem, wrócimy tam, skąd przybyliśmy, gdzie zacumowane są nasze okręty. Niech nie zwodzi was krótsza i łatwiejsza droga. Po takich najczęściej przechadza się śmierć.
Nerwowo przetarłem czoło wierzchem dłoni, zdziwiony kropelkami potu, które pojawiły się mimo panującego chłodu.
Co to miało być?
Sam chciałbym wiedzieć.
– A zatem ostatnia noc w przeklętym Montebourg, chłopcy! – Radosny głos Anthony’ego wyrwał mnie z oszołomienia. Wyglądało na to, że spotkanie dobiegło końca, bo wszyscy zaczęli się rozchodzić, zachowując resztę komentarzy i pomruki niezadowolenia dla siebie. Postałem w miejscu jeszcze chwilę, kołysząc się na piętach i starając się przyjąć beztroski wyraz twarzy, aż podszedł do mnie mój przyjaciel. – A już myślałem, że jeszcze w tym tygodniu przywita mnie pulchny tyłeczek Mary!
– Betty.
– A, racja. Betty.
Nie chciało mi się nawet komentować tego, jak przed chwilą entuzjastycznie przyklasnął Lovellowi.
– Dobrze wiesz, że jestem jego następcą – burknął, jakby czytał moje myśli.
– Chyba zastępcą. – Znów poprawiłem go, tym razem z lekkim rozbawieniem.
– Kurwa, może jedno i drugie.
Anthony dość gwałtownie szczotkował grzywę swojego destriera, który prychał nerwowo, wyraźnie niezadowolony z braku wyczucia swojego pana. Ja zaś leniwie gładziłem szyję mojej niewielkiej, karej Furii, która wbrew imieniu, jak zawsze spokojna, patrzyła na mnie zmrużonymi, brązowymi oczami. Już niedługo…
Klacz niespokojnie poruszyła głową i zastrzygła uszami. Dopiero teraz zauważyłem, że ręce drżały mi na myśl o poprzednich paru dniach wyczerpującej bitwy. Tak bardzo starałem się nie wychylać, chronić jedyne, co mam…
Wyciągnąłem wymownie dłoń po rum.
Co jest tylko moje.
– Nie byłbym pewien, czy powrót tymi lasami będzie bezpieczniejszy – rzucił ni to do siebie, ni to do nas, szczupły chłopak o popielatych włosach, który, tak jak my, zajmował się przygotowaniem konia na jutrzejszą podróż. Przynajmniej próbował. Kobyła o maści równie nijakiej, co właściciel wierciła się rozdrażniona, gdy ten próbował mocniej zacisnąć popręg przy siodle. Spojrzałem na jego zmagania z politowaniem, wyobrażając sobie, jak dostaje kopytem w łeb.
– Zwiadowcy donosili, że od pewnego czasu w tamtych stronach grasuje grupa wyjętych spod prawa bandytów – kontynuował, tym razem obdarzając nas przenikliwym spojrzeniem, niemal żądającym odpowiedzi.
– A gdzież to nie grasuje? – mruknął lekceważąco mój brat, lekko przeciągając ostatnie słowo.
Poklepałem Furię po karku i zlustrowałem dokładniej natręta. Oprócz barw angielskich nosił niebieski herb z namalowaną nań krokwią – z zewnątrz czerwoną, a w środku białą. Zdawało mi się, że widziałem go nie raz, ale nie potrafiłem skojarzyć tarczy z żadnym znanym mi hrabstwem.
– Nicolas. Nicolas z Nottingham. – Zauważył moje zainteresowanie i wyciągnął do mnie energicznie dłoń. Uścisnąłem ją bez słowa, po czym wróciłem do poprawiania uprzęży. Przez chwilę patrzył na mnie z wyczekiwaniem, ale zaraz kontynuował swoje domysły. – Ci są bardziej popularni. Ponoć przewodzi nimi niejaki Gareth z Rennes skazany kiedyś na szafot za zaszlachtowanie dzieciaka. Powyrywał mu…
– I to nie jednego – przerwał mu Woodville z wyczuwalną irytacją i zajął się sprawdzaniem powrozów przy reszcie zwierząt. Odniosłem wrażenie, że już się znają.
– Tak?
– Tak. Przeszkadzało mu, że drą japy, więc wybił cały żłobek.
Nicolas prychnął. Nie dał się jednak wyprowadzić z równowagi. Wzruszył ramionami i oparł się o siodło swojego konia, który na ten gest odsunął się lekko.
– Pomyślałem, że może sir Lovell pragnie na niego zapolować, stąd zmiana trasy.
Anthony odwrócił się nagle, płosząc siwego podjezdka. Jego uparty właściciel w porę się jednak wyprostował.
– To źle pomyślałeś.
– Ale…
– Nigdy wcześniej z nim nie jeździłeś, więc gówno wiesz. – Mój brat szybko mu przerwał.
– Dobrze, spokojnie, ja tylko…
– Żebyś się nie zdziwił, jak po prostu zajedziemy do jakiegoś burdelu pod świętojebliwym Avranches, bo zwyczajnie jest po drodze.
Na chwilę zapadła krępująca cisza. Mój przyjaciel zmierzył zdezorientowanego chłopaka chłodnym spojrzeniem, zaciskając mocno szczękę i zapewne żałując nagłego wybuchu. Ku naszemu zdziwieniu chłopak zaśmiał się nagle – głośno i szczerze. Po kilku sekundach namysłu Woodville również się uśmiechnął. Może trochę zbyt szeroko, nawet jak na siebie.
Iskry nad ogniskiem wybuchały z trzaskiem, a następnie znikały w ciemności z sykiem. Trzymałem kawałek suszonej wołowiny na patyku, a żar ciasno otulał moją twarz. Z czasem przestałem się pocić. Krople na czole wysychały, zanim zdążyły się pojawić. Gwar wokół mnie skutecznie zagłuszał niechciane myśli, ale nie mógł ich przytłumić…
W czasie Edrinios trzeba spalić, zniszczyć, zabić.
Na mojej prawej ręce powoli rósł obrzęk, jak zakażenie rozprzestrzeniające się po ciele. Rozszerzał swoje terytorium, aż w końcu objął większość skóry od palca wskazującego do kciuka. Płomienie tańczyły wokół wąskiego nadgarstka. Całą swoją uwagę skupiłem na pojawiającej się czerwonej prędze. Wąż owijał się tuż przy mankiecie karminowej koszuli, zataczając odwieczny krąg – niczym Uroboros.
Nie zamykałem oczu. Tylko on był ważny. Oczyszczający ogień.
Odbudować potęgę.
Syknąłem, gdy Anthony stanął obok, przypadkowo dotykając mnie ramieniem. Odruchowo cofnąłem rękę znad płomieni. Koniec zaostrzonego patyka był pusty jak zamyślony wzrok mojego towarzysza.
Pomimo niezbyt pokrzepiającej zmiany planów wśród zgromadzonych wokół ogniska żołnierzy dało się wyczuć ulgę i radość.
Odszedłem powoli od paleniska i usiadłem na ziemi obok nowo poznanego Nicolasa. Po chwili dołączył Woodville, zajmując miejsce po mojej prawej stronie. Poparzoną dłoń schowałem między złączone kolana.
Dowódcy postanowili rozdzielić między nas kilka antałków wina zachowanego na szczególną okazję, co dodatkowo rozluźniło atmosferę w obozie. Mnogość dźwięków i zapachów nieznacznie przytłumiała moje zmysły nawet i bez kosztowania trunku. Dym uciekający z ogniska i papierosów. Chłodny, przenikliwy wiatr. Trawa pokryta wieczorną rosą. Totus Floreo grane na przestrojonej cytarze.
– Bracie… – Anthony odchrząknął nerwowo i wyjął z płaszcza paczkę z ostatnim Woodbine’em – muszę coś ci powiedzieć.
Podejrzewałem, że będzie chciał prędzej czy później porozmawiać ze mną o feralnym poranku, ale najwyraźniej było coś jeszcze. W milczeniu wpatrywałem się w falujące płomienie, więc kontynuował.
