Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
27 osób interesuje się tą książką
W Donlonie sny mogą cię zabić.
Kiedyś ośmiu potężnych magów stworzyło Donlon, magiczną enklawę w sercu angielskiego stolicy. Teraz jeden z nich powrócił i chce przejąć władzę nad tym, co powstało dzięki jego magii. Jako mistrz magii umysłu łatwo przekonał wielu do swojej wizji, sięgając do ich pragnień… i ich snów. Próbujący go powstrzymać funkcjonariusze Scotland Yardu nie wiedzą, gdzie czai się zagrożenie ani kto naprawdę jest ich sojusznikiem. Ceną, jaką zapłacą, może być coś znacznie więcej niż życie.
Kruki z Tower ostrzegają przed niebezpieczeństwem, które nadciąga ku Świątyni Westminsterskiej. Jeśli czarnoksiężnik przejmie drzemiące w niej moce, nikt go nie zatrzyma. Problem w tym, że Ava Carey nie ma w Świątyni wielu przyjaciół, a Arcykapłanka nie cofnie się przed niczym, aby zachować wpływy i wzmocnić magię swojej rodziny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdzie i Urszuli Szerszeń
Wyjątkowo utalentowanym artystkom, które tworzą takie fanarty, że na ich widok aż chce się pisać
The dreamer dies, but never dies the dream
Dana Burnet
Donloński Pałac Westminsterski płonął tak wiele razy, że od lat nazywano go Pogorzeliskiem. Pożary – echa tych, do których dochodziło w Londynie – wybuchały tu niemal od powstania Donlonu, z czasem stawały się coraz częstsze, niezależnie od podjętych środków bezpieczeństwa. Odkąd dzika moc zaczęła wyciekać z Big Bena, magia Pałacu zdestabilizowała się i z czasem uczyniła usuwanie zniszczeń nie tylko nieopłacalnym, ale też bezcelowym i niebezpiecznym. Niektóre fragmenty budynku zawsze wyglądały tak, jakby niedawno płonęły, inne pozostawały nietknięte, a jeszcze inne zmieniały się pod wpływem niespokojnej magii – raz przypominały Pałac Westminsterski z dwudziestego pierwszego wieku, kiedy indziej ten, którym był w początkach swojego istnienia. Bywało, że niektóre skrzydła stawały się ruinami tylko po to, by kolejnego dnia wyglądać na świeżo wyremontowane i zamieszkane. Czasem Pałac przekształcał się w coś zupełnie nowego: być może z przeszłości, które się nie wydarzyły. Czasem pożar, mniejszy lub większy, znów ogarniał budynek, ale większość zniszczeń zwykle szybko znikała, bez udziału kogokolwiek z zewnątrz.
Nad pałacowym kompleksem górował Big Ben, który od niemal wieku to zatrzymywał, to cofał w nim czas, przez co wiele lat temu wydano zakaz zbliżania się do budynku. Ava złamała ten zakaz kilkakrotnie i widywała donloński Pałac Westminsterski w różnym stanie: raz czy dwa wyglądał jak w czasach swojej świetności, zwykle był częściowo zrujnowany, a przed paru laty zdarzyło się nawet, że gdy go opuszczała, na piętrze jednego ze skrzydeł wybuchł pożar. A jednak uważała, że dopiero teraz Pogorzelisko w pełni zasłużyło na swoją nazwę. Popiół spowijał dziedziniec, mury pokrywała sadza, na dolnych piętrach nie ocalało ani jedno okno, runął fragment jednej ze ścian, zasypując pobliską ziemię gruzami. Nawet Jadeitowa Wieża, do tej pory opierająca się wszystkim pożarom, które przetaczały się przez kompleks, była osmalona, a wiodące do niej drzwi spłonęły. Na ten widok Avę zabolało serce; nie potrzebowała potwierdzenia, że Luka nie żyje, ale gdy patrzyła ku miejscu, gdzie tyle razy go spotykała, świadomość jego śmierci uderzała ze zdwojoną mocą.
W Pogorzelisku brakowało teraz nie tylko Luki. Znikła też tutejsza magia, do tej pory tak potężna, że zdawała się wręcz napierać na Avę ze wszystkich stron. Czas płynął swoim rytmem, nie pojawiały się dziwne obrazy, nic nie próbowało mieszać w głowie nieostrożnego gościa. Ruiny były już tylko ruinami, pozbawionymi choćby śladów magicznej aury. Nawet wieża Big Bena, która do niedawna pochłaniała każdego – czy raczej niemal każdego, oni w końcu wyszli żywi – śmiałka, który się zbliżył, zdawała się… zwyczajna. Nie emanowała mocą, tarcza zegara nie błyszczała dziwnym blaskiem, nie zdawała się poruszać w mroku panującym nad Donlonem.
Ava przyklękła na dziedzińcu i przesunęła palcem po popiołach. Noc, chmury i mgła sprowadziły na to miejsce nieprzenikniony mrok, a magia Pogorzeliska nie przeszkadzała jej już w rozmowie z ciemnością. Trzy tygodnie po bitwie, gdy najpierw Scotland Yard, a potem także naukowcy z Uniwersytetu przeszukali ruiny i dodatkowo potwierdzili, że miejsce zostało pozbawione mocy, wokół znów ustawiono podstawowe zaklęcia ochronne i chwilowo pozostawiono Pogorzelisko samo sobie. Nikt nie kręcił się w pobliżu, co Careyowie sprawdzali cierpliwie przez dwie ostatnie doby na różne sposoby, pośród których jej cienie były tylko jednym z zastosowanych rozwiązań. Na dziedzińcu znalazła się sama – tak było najłatwiej – ale nie przyszła tu w pojedynkę; jeśli nawet Arthur nie zdołałby zorientować się, że coś jest nie tak, nocą na pewno odkryłaby to matka, też czekająca w pobliżu głównej bramy… czy raczej tego, co z niej zostało.
Ava powinna być bezpieczna.
Mimo to kreśliła znaki w popiele bardzo powoli, pełna oporów przed zapadnięciem się w ciemność. Pogorzelisko może stało się zwykłymi ruinami, ale ona wciąż pamiętała, ile magii było tutaj kiedyś. To było miejsce niedawnej bitwy, miejsce, które długo zajmował Richard Woodville, i zarazem miejsce należące do Londona Layamonta.
– Obawiam się, że Richard przedsięwziął pewne środki ostrożności.
Ramiona dziewczyny zesztywniały, a palce odruchowo wygięły się w geście mającym postawić tarczę… ale czarodziejka niemal natychmiast rozprostowała je z powrotem. Szybki rzut oka wystarczył, aby rozpoznać mężczyznę. Ava Carey mogła stawiać ochronne zaklęcia, ile by tylko zechciała, jednak w walce jeden na jeden nie miała żadnych szans z Londonem Layamontem, jednym z założycieli Donlonu.
Może przywołała go samymi myślami? Pozostawało mieć nadzieję, że tym razem też nie planował walczyć.
Wypuściła powietrze z płuc i nakreśliła kolejny znak.
– Richard nie odnajduje się najlepiej w dwudziestym pierwszym wieku, ale nie jest ani głupi, ani słaby – kontynuował London. – Umie odgadnąć, o czym marzą ludzie, i przekonać ich, że on te marzenia spełni. Nieszczęśliwi są dla niego łatwym celem. Niedocenianie go to poważny błąd.
– Dwa razy omal mnie nie zabił, panie Layamont. Zapewniam, że doceniam jego możliwości.
Za pierwszym razem przeżyła prawdopodobnie tylko dlatego, że Richard Woodville wciąż był osłabiony i oszołomiony. Nie zależało mu też wtedy na jej śmierci. Była dla niego przypadkową osobą, jednym z mieszkańców Donlonu, którymi pragnął władać, kimś noszącym w sobie okruchy magii dawnego przyjaciela; nie uświadomił sobie jeszcze, że właśnie przez nią „coś poszło nie tak” i nie zdołał przejąć mocy Avallen. Chyba nawet nie brał pod uwagę, że czarodziejka… że dwie czarodziejki mogły częściowo pokrzyżować mu plany.
Za drugim razem… Tak naprawdę nie miała pojęcia, jak by się to skończyło, gdyby London się nie wtrącił. Wierzyła – chciała wierzyć – że mieli szansę poradzić sobie z Richardem, ale było ich wtedy czworo, wszyscy doskonale wyszkoleni do walki. On zużył dużo energii w rytuale, który odprawiał przy Big Benie, a i tak dotrzymywał im pola.
Ava nie potrzebowała napomnień Londona. Przesunęła dłoń i zamknęła krąg.
– Ale?
– Nie bardzo rozumiem?
– Nie przerwałaś – wyjaśnił London. Obszedł ją i przykucnął naprzeciwko niej, tuż poza granicą znaków. – Zakładam, że jest jakieś ale.
– I tak muszę spróbować – stwierdziła. Uniosła głowę, by spojrzeć w oczy Londona, srebrzyste jak u wszystkich jego potomków. Protoplasta rodu Layamontów wyglądał poza tymi oczami zwyczajnie, tak zwyczajnie, że minęłaby go na ulicy i nie zwróciła na niego uwagi. – Poza tym po prostu ci nie ufam. Dlaczego miałabym zrezygnować, bo twoim zdaniem się nie uda?
Nie liczyła szczególnie na powodzenie. Tak, miała nadzieję, wiedziała jednak, że ta jest matką głupich, i obiecała sobie, że nie będzie rozczarowana, jeżeli mrok nie przyniesie jej niczego przydatnego. Ale szansa jedna na sto to wciąż było więcej niż zero na sto – a tyle by ich miała, gdyby bała się choćby spróbować.
London uśmiechnął się, a Ava z trudem powstrzymała wzdrygnięcie. Jego podobieństwo do Arthura Layamonta było ulotne, kryło się w kolorze tęczówek i kształcie ust, ale gdy się uśmiechnął, stało się wyraźniejsze.
– Charlie był znacznie… cichszy niż ty, ale upór masz po nim, młoda damo.
– Upór mam po matce – sprostowała. Charles Carey był dla niej kimś z kart podręczników do historii, może i przodkiem, ale nie istotniejszym niż szereg innych, pozbawionych imion, twarzy, tożsamości. Dzieliło ich zbyt wiele pokoleń, aby naprawdę mogła go przypominać, a przynajmniej w to wierzyła.
– Jestem pewien, że to wyjątkowa kobieta – stwierdził London, wstając.
– Czego ode mnie chcesz?
Podniosła się, nie odrywając od niego spojrzenia. Miała ochotę powiedzieć wiele, wiele rzeczy, ale to był dobry moment na uważanie na słowa i nieprowokowanie rozmówcy. London Layamont kiedyś był potężnym magiem, teraz jednak stał się kimś, może nawet czymś więcej.
W ostatnich miesiącach Ava uświadomiła sobie w pełni, że magia Donlonu odmieniała niektóre ze swoich dzieci tak, że wręcz przestawały już być ludźmi. Kruczarka, Luka, nawet Maurice stawali się potężniejsi niż inni czarodzieje, ale płacili za to cenę. To, że London w przeciwieństwie do nich wyglądał zupełnie normalnie, o niczym nie świadczyło. Ba, zdawało się Avie jeszcze bardziej niepokojące.
– Niewiele i bardzo wiele zarazem. Na razie chciałbym, żebyś nie umarła zbyt szybko.
Och, proszę, błagam, tylko nie więcej tajemniczego albo poetyckiego bełkotu w stylu „wiem, ale nie powiem”, pomyślała Ava, z trudem gryząc się w język, by nie powiedzieć tego na głos. Takie zachowanie pasowało do Luki, było wręcz częścią jego magii. Do pewnego stopnia pasowało do Kruczarki i jej szaleństwa. Ale fakt, że London sam tu przyszedł, zaczął rozmowę i bawił się w zagadki i niedopowiedzenia, tylko ją drażnił.
– Masz zamiar mnie stąd wypuścić?
– Dziedziniec jest otwarty.
– Sekunda, w której nas zamknąłeś, niekoniecznie.
W ciszy i pustce Pogorzeliska nie było łatwo się zorientować, że coś jest nie tak, ale Ava była prawie pewna, że chmury nad nimi przestały się poruszać. Poza tym nie było mowy, aby matka nie zorientowała się nocą, że dwadzieścia metrów od niej pojawił się ktoś, kogo nie powinno tutaj być.
I to było cholernie przerażające. London już raz zatrzymał dla nich czas, ale zrobił to świeżo po rytuale odprawionym przez Richarda, zabierając dla siebie całą moc Big Bena i – prawdopodobnie – Pałacu Westminsterskiego. Warunki były wtedy inne, sytuacja ekstremalna, poza tym Ava, zajęta pożarem, który zaczął się po wybuchu magii, nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Fakt, że mógł to powtórzyć tylko po to, żeby z nią porozmawiać, nie wróżył dobrze.
Nie na darmo w księgach historycznych ostał się jego przydomek, Chodzący przez czas.
London roześmiał się, a Ava, która nigdy nie przejawiała skłonności do niepotrzebnej agresji, pomyślała, że byłoby cudownie mu przywalić.
– Nie próbuj tego – powiedział, machając dłonią w stronę znaków. – Jeszcze nie. Magia zasnęła, ale jej wspomnienie pozostało, a tutejsza ciemność jest głęboka. Mogłabyś się w niej zgubić. Poza tym, znając Richiego, zostawił tu po sobie kilka niespodzianek i możliwe, że niektórych nie pochłonął ogień.
– Specjaliści ze Scotland Yardu i Uniwersytetu niczego nie znaleźli.
– Ufasz im pod tym względem?
Zawahała się nad odpowiedzią. Tak, ufała większości specjalistów z komisariatu, wierzyła w ich umiejętnoś-ci i w to, że stoją po tej samej stronie. Rzecz w tym, że „większość” nie oznaczała „wszystkich”. Poza tym Richard nie tylko sam był potężny, ale zdołał też zgromadzić kilku utalentowanych zwolenników.
Ludziom z Uniwersytetu nie ufała za to zupełnie. Mieli niesamowite umiejętności, ale znała dobrze raptem jedną czy dwie pracujące tam osoby. Może do niektórych Richard Woodville szeptał w snach? Może ktoś celowo coś zataił, aby funkcjonariusze nie wtrącali się im w badania? Arcymag zdawał się stać po ich stronie, ale nawet tego Ava nie mogła być pewna. Oboje służyli Donlonowi z oddaniem – ona z powodu przysiąg, które składał każdy pracownik Scotland Yardu, on, bo wybrało go samo miasto – jednak mogli mieć zupełnie inną wizję tej służby.
– Bardziej niż tobie – oświadczyła w końcu, ale jej twarde postanowienie, by przynajmniej spróbować poszukać śladów w ciemności, się zachwiało. Instynkt samozachowawczy Avy może czasem szwankował, wbrew pozorom nie lubiła jednak ryzykować niepotrzebnie.
– Chyba za mną nie przepadasz. Czym na to zasłużyłem? Czyżbyś obwiniała mnie za to, co zrobił Richard? – spytał London, przekrzywiając nieco głowę. Na jego ustach błąkał się uśmiech, jakby to go rozbawiło.
I Ava dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, że miał rację. Nie zastanawiała się wcześniej nawet, co myśli o Londonie Layamoncie, bo był dla niej bardziej abstrakcją niż żywym człowiekiem – kimś, kogo znała tylko z kart podręczników i spotkała raz, w dziwacznych okolicznościach. A jednak niechęć istniała i była bardzo osobista, tkwiła gdzieś w podświadomości.
– Luka cię kochał – powiedziała. Chociaż kilka lat w Scotland Yardzie nauczyło ją panowania nad emocjami i brała udział w paru naprawdę paskudnych sprawach, a to uodparniało, z trudem opanowała się na tyle, by głos jej nie zadrżał. – A ty pozwoliłeś mu tutaj umrzeć w ogniu.
Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego wyciągnął z kieszeni papierosy, odpalił jednego prostym zaklęciem i zaciągnął się dymem. Wyraz jego twarzy nie zdradzał żadnych emocji, choćby odrobiny żalu za chłopcem, którego zatrzymał przy sobie, by ktoś go strzegł, gdy zapadał w letarg, i by ktoś czekał na niego, kiedy budził się i poznawał obcy sobie świat.
– Luka od bardzo dawna żył w pożyczonym czasie – wyjaśnił w końcu, a jego ton pozostał równie obojętny jak spojrzenie srebrzystych oczu. – Było mu przeznaczone umrzeć wiele lat temu i przy życiu utrzymywała go tutejsza magia. Był częścią Pałacu Westminsterskiego, a Pałac… można powiedzieć, że umarł, gdy walczyliście w tamtej wieży. Co twoim zdaniem powinienem zrobić?
Być może naprawdę nie mógł ocalić chłopca. Może powinna uznać to wręcz za swego rodzaju pocieszenie, że London, Richard czy Kruczarka nie byli aż tak potężni, by zrobić wszystko, czego zapragną. Ale jego absolutny brak żalu, ta cała obojętność, wkurzały ją. Wkurzała ją myśl, że z perspektywy Londona Luka był nikim, ona była nikim, wszyscy byli pionkami w jego wielkiej grze… Wkurzało ją to jeszcze bardziej, bo mimowolnie zastanawiała się, czy patrzył tak na świat, bo był draniem, czy może magia Donlonu i upływ czasu zmieniły go, tak jak zmieniłyby każdego.
Czy istniała możliwość, że zmienią też ją?
– Mogłeś powstrzymać Richarda wcześniej – stwierdziła, na co z ust Londona wydobyło się westchnienie, jakby był dorosłym rozmawiającym z dzieckiem, które niczego nie rozumie. Być może z jego perspektywy tak to zresztą wyglądało. Dla kogoś, kto żył kilkaset lat, Ava była dzieciakiem ledwo odrosłym od ziemi.
– Pewne rzeczy są bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać.
– Chętnie posłucham wyjaśnień.
– Dlaczego miałbym ich udzielić?
– To ty dzwonisz – wytknęła. London uniósł brwi, najwyraźniej nie wyłapując kontekstu, a Ava uniosła dłoń, po kolei odginając palce. – Sam do mnie przyszedłeś, trzymasz mnie tutaj zamkniętą w czasie, ty spytałeś, czemu cię nie lubię i co moim zdaniem powinieneś zrobić. Nie chcesz odpowiadać, w porządku. Nie chcesz rozmawiać, nie ma sprawy, nie próbowałam cię szukać. Nie chcesz, żebym użyła tutaj magii, dobrze, dziś nie będę próbować. Po prostu mnie wypuść.
Layamont wydmuchał kłąb dymu. Czarodziejka obserwowała, jak ten ulatuje w górę i rozpływa się powoli, choć nie wiał wiatr, a chmury pozostawały nieruchome. Jej rozmówca długo nie odpowiadał, a ona musiała przywołać całe swoje opanowanie, by nie pokazać po sobie nerwowości, bo… być może przesadziła. I pomyśleć, że nie tak dawno temu sama ostrzegała kilkakrotnie Ellie, by nie wkurzała Kruczarki!
Ale przy Londonie znacznie łatwiej było się jej zapomnieć niż przy Kruczej Czarodziejce. O dziwo też, mimo mrocznej aury, u niej dużo łatwiej było szukać Avie pomocy. Kruczarka może była szalona i nieprzewidywalna w zachowaniu, ale jednocześnie po niej Ava nie spodziewała się żadnych gierek ani wciągania w pułapki.
Poza tym Richard Woodville ją zabił. To naprawdę była dobra motywacja do wspierania tych, którzy z nim walczyli.
– Karmiłem Pałac Westminsterski swoją magią przez większość pierwszych dekad mojego życia. Potem… Powiedzmy, że związałem się też z mocą Big Bena. Nie byłem w pełni sił, dopóki nie zabrałem tutejszej magii, a jej zabranie to coś, czego nie zrobiłbym, gdyby sytuacja nie była ekstremalna. Donlon utracił jeden ze swoich filarów, co gorsza w chwili, w której dwa inne uległy pewnym przemianom i wciąż są niestabilne. Poza tym walka dwóch osób, które wplotły swoją moc w centralny rdzeń tutejszej magii, odbiłaby się na mieście w bardzo zły sposób. Czy taka odpowiedź cię zadowala?
– Nie wiem – odparła Ava szczerze po chwili wahania. Jego słowa brzmiały prawdopodobnie, ale po prawdzie, mógłby jej tutaj opowiedzieć największe bzdury, a ona i tak nie wiedziałaby, że zmyśla. Nie była naukowcem, tylko kimś specjalizującym się w prowadzeniu śledztw i w starciach jeden na jeden. I chyba wolałaby, żeby ją okłamywał. Wszyscy wiedzieli, że magia Donlonu szaleje z miesiąca na miesiąc coraz bardziej, ale do tej pory nie byli pewni, czy miasto naprawdę utraciło jeden ze swoich rdzeni. – Nie spodziewałam się, że mi w ogóle odpowiesz. Myślałam, że powiesz coś wymijającego albo będziesz tajemniczo milczał.
– Kobiety – westchnął znów London, pokręcił głową, a potem rzucił niedopałek na ziemię. – Uważaj z sięganiem do ciemności rdzeni Donlonu. Nawet tych, które umarły. Nie jesteś gotowa na to, co może zrobić z tobą magia tego miasta.
– Co…
Nie zdążyła dokończyć. W jednej sekundzie London Layamont stał przed nią, w kolejnej była już sama. Wpatrywała się w ciemność, ale od razu wiedziała, że nie ma szans go wypatrzeć, że już go tutaj nie ma. Opuściła głowę i metodycznie zatarła podeszwą nakreślone znaki. Zmarszczyła brwi, zamierając na chwilę, gdy nie dostrzegła niedopałka, ale zaraz wróciła do przerwanej czynności.
Być może próbował ochraniać kolegę, ale nie zaszkodziło najpierw spróbować sprawdzić wiarygodności jego słów.
Poza tym bardzo chciała spytać Arthura Layamonta, czy on i jego daleki przodek mieli aż tak podobny gust, czy może London faktycznie nosił jego koszulę.
Kruk wylądował wprost na ramieniu Avy Carey, wczepił się pazurami w kurtkę i bezlitośnie pociągnął ostrym dziobem za jasny kosmyk włosów czarownicy. Kolejny ptak przeleciał z drugiej strony, blisko, prawie muskając skrzydłem jej policzek.
– No przecież biegnę! – wydyszała.
Odpowiedziało jej krakanie dochodzące gdzieś z przodu, głośne, ponaglające. Kruk, który przysiadł na jej ramieniu, poderwał się do lotu i skręcił w jedną z bocznych uliczek, wskazując drogę.
Ava przełknęła cisnące się na usta przekleństwo – nie chciała tracić na nie oddechu. Gnała po chodniku, śliskim o tej porze roku, lśniącym w błękitnym blasku zaklętych lamp, a chłodne powietrze wdzierało się do płuc i wbijało w nie setkami lodowych igiełek. Gardło się ściskało, w ustach pozostawał metaliczny posmak. Biegła tak już dobre dziesięć minut, tak szybko, jak tylko mogła, w chłodną, zimową noc, niepewna dokąd i dlaczego. Wiedziała tylko, że gdzieś działo się coś złego. Coś, czego nie sięgnęły jej cienie, ale co zobaczyły ptaki Kruczarki.
I że jeśli nie dotrze na miejsce na czas, to prawdopodobnie stanie się coś jeszcze gorszego.
W pełnym pędzie poślizgnęła się na lodzie i wyciągnęła przed siebie dłonie, odruchowo chcąc zamortyzować upadek. Jej cień oderwał się od ziemi i schwycił ją, zanim uderzyła o chodnik, a kruk zaskrzeczał z pobliskiej lampy; brzmiało to prawie, jakby się śmiał. Tym razem Ava nie zdołała powstrzymać przekleństwa, ale pozbierała się niemal natychmiast i pomknęła dalej, posyłając do przodu cienie.
Była pewna, że nie zdoła już poruszać się szybciej. I tak mknęła po donlońskich ulicach z prędkością, jakiej mógłby pozazdrościć jej niejeden sportowiec, chociaż najpierw przy głównej arterii, ruchliwej nawet późną porą, musiała lawirować między ludźmi, powoli wylegającymi na ulice, a gdy skręciła w mniej uczęszczaną okolicę, podłoże stało się śliskie, zaś zimne powietrze i gruba kurtka nie ułatwiały utrzymania tempa. Już w połowie drogi zostawiła mocno z tyłu brata, też przecież wysportowanego, ale niemającego tego komfortu, że cienie chwycą go, gdyby miał upaść. Nie zważała na to, że Lance wołał, by poczekała – nie odważyła się na to, poganiana stale przez kruki. Mimo to, gdy jej cienie sięgnęły ludzi w uliczce kilkanaście metrów dalej, Ava odkryła, że jakimś cudem jednak da radę biec szybciej.
Wypadła zza rogu, już w biegu splatając zaklęcie. Zdołała zaskoczyć dwóch mężczyzn, wlekących półprzytomną kobietę. Jej czar został wprawdzie pochłonięty przez ochronną barierę, prawdopodobnie pochodzącą z amuletów, ale rozbił ją w srebrzysty pył, zaś cienie obu przeciwników, posłuszne woli Avy, poderwały się, by opleść ich nogi. Carey nie zwolniła i runęła ku jednemu z mężczyzn, w tej samej chwili, w której wypuścił trzymaną dziewczynę i uniósł dłonie, by wypuścić własny czar. Nie zdążył. Jej cios trafił go prosto w nos, a sądząc po trzasku, kość została złamana.
Czasem pięść bywała szybsza niż zaklęcia – i to był jeden z tych przypadków.
Napastnik upadł w ślad za swoją niedoszłą ofiarą, wprost w objęcia cienia. Drugi mężczyzna posłał ku Careyównie ogniste zaklęcie, ale zdążyła postawić tarczę. Choć płomień nie tknął Avy, ta cofnęła się odruchowo i uniosła ręce, próbując zakryć twarz; na moment wybita z równowagi, poczuła nagłe mdłości, bo wspomnienie ucieczki przed ogniem w Pałacu Westminsterskim wciąż było aż nazbyt żywe w jej pamięci. Mężczyzna spróbował wykorzystać jej dekoncentrację i zaatakował dokładnie w ten sam sposób, co ona przed chwilą – uniósł pięść i wyprowadził cios, ale Ava w ostatniej chwili umknęła na bok. Ten moment wybrał jeden z kruków, aby zapikować i wczepić się pazurami w twarz agresora.
Mężczyzna zawył z bólu, a czarownica kopnęła go z całej siły w żebra, tak mocno, że poleciał na ścianę. Ptak odleciał, kracząc triumfalnie, a Carey płynnym ruchem obróciła się, posyłając zaklęcie ku pierwszemu z przeciwników, który próbował właśnie wstać z ziemi. Czar sprawił, że przetoczył się po chodniku kilka metrów.
Całe starcie nie trwało dłużej niż dwie minuty, a jednak gdy Ava zablokowała kolejne zaklęcie posłane przez mężczyznę spod ściany, pomyślała, że musi się spieszyć. Hałas mógł kogoś zwabić, a to mogło oznaczać kłopoty. Nie wiedziała też, co dzieje się z kobietą leżącą bez życia na ziemi.
Na całe szczęście zadyszany Lance Carey dobiegł wreszcie na miejsce, a rzucony przez niego czar ostatecznie posłał na chodnik także drugiego z przeciwników.
– Ava!
– Skuj go! – zażądała, a potem doskoczyła do mężczyzny pod ścianą. Wyciągnęła z kieszeni kajdanki, a gdy zacisnęła je na przegubach wyrywającego się wciąż człowieka, te rozbudowały się, pokrywając całe dłonie włącznie z palcami. Jeśli ktoś nie był mistrzem w danej dziedzinie magii, pokryte runami kajdanki ze Scotland Yardu uniemożliwiały rzucanie zaklęć.
– Szlag. To Frank Montgomery – rzucił za jej plecami Lance, gdy zdarł szalik z twarzy mężczyzny.
Ava zamarła na moment. Frank Montgomery prowadził znajdującą się w pobliżu kamienicy Careyów księgarnię, którą Ava często odwiedzała. Znała go prawie całe swoje życie i był jedną z ostatnich osób, które podejrzewałaby o porywanie dziewcząt z bocznych uliczek.
Kruk zakrakał ponaglająco.
– Ogłusz go lepiej.
Zdarła kaptur z głowy człowieka, którego skuła, i z pewną ulgą odnotowała, że jest jej obcy. Wciąż usiłował się uwolnić, do tego stopnia, że jeszcze chwila, a wyrwałby sobie rękę ze stawu. Nie wydał z siebie przy tym żadnego dźwięku. Ava mocniej przycisnęła go do ziemi, szepcąc słowa zaklęcia, aż liny oplotły mężczyznę od stóp do głów. Potem puściła go wreszcie i rzuciła się ku nieprzytomnej dziewczynie. Uklękła, by najpierw ostrożnie sprawdzić, czy oddycha i nie ma żadnych obrażeń, a potem uniosła ją lekko do pozycji półleżącej.
Kruk nawoływał nad nimi, po chwili dołączyły do niego drugi i trzeci.
– To Charlotte Parr – powiedziała do brata, czując, jak przenika ją chłód, i to wcale nie przez to, że klęczała na oblodzonym chodniku.
Charlotte była kapłanką ze Świątyni Westminsterskiej, bezpośrednią potomkinią Anny Parr, jednej ze stworzycieli Donlonu. I jeśli poprowadziły ich do niej kruki Kruczarki, to oznaczało, że próba porwania była związana z Richardem. Avie do głowy przychodziło przynajmniej kilka powodów, dla których Woodville mógł potrzebować Charlotte, i żaden z nich się jej nie podobał.
Ostrożnie odgarnęła włosy z twarzy dziewczyny. Siniak pokrywał prawy policzek, ale nie było innych, dostrzegalnych obrażeń. Zanim zdążyła zrobić cokolwiek więcej, kruk sfrunął z dachu i pociągnął ją szponami za włosy tak boleśnie, że omal nie upuściła Charlotte.
– O co ci chodzi? – syknęła z irytacją.
Ptak pofrunął w głąb uliczki, a Ava wypuściła w ślad za nim cień. Kilka sekund później z jej ust wyrwało się przekleństwo.
Zmierzały ku nim cztery osoby, a skoro kruki o tym ostrzegały, nie byli to przypadkowi przechodnie. Carey wypuściła powietrze z płuc, błyskawicznie kalkulując szanse.
Zbliżał się ranek. Znajdowali się na osiedlu mieszkalnym. Jeśli wybuchnie tutaj regularne starcie, ktoś na pewno się wtrąci lub wezwie funkcjonariuszy, a tym razem Careyowie nie działali z pełnym błogosławieństwem władz Scotland Yardu. Jasne, wyszliby z tego bez szwanku, ale czekałoby ich sporo tłumaczeń. Nie wspominając już o tym, że nie miała pewności, kto nadchodził. Jeśli ci ludzie okazaliby się lepiej wyćwiczeni w walce niż Montgomery, to rozprawienie się z nimi nie byłoby banalnie proste. Noc mijała i mieszkańcy zaczynali wychodzić do pracy – starcie pomiędzy kamienicami narażało cywili na niebezpieczeństwo.
– Cholera. Dasz radę wziąć Franka? – spytała, unosząc Charlotte. Na jej szczęście, kapłanka była drobna.
– Co?
– Idą posiłki.
– Cholera – powtórzył za nią Lance. – Jeśli przerzucę go przez ramię, zwrócimy na siebie uwagę.
Ava zacisnęła szczęki. No tak. Znowu: brak pełnego błogosławieństwa, działanie półoficjalne. Jedna nieprzytomna dziewczyna w ramionach postaci w kapturze nie powinna wywołać niczyjej reakcji, bo ludzie lubili być ślepi, a większość i tak uzna, że chłopak niesie nieprzytomną partnerkę. Ale dwie nieprzytomne osoby zostaną zapamiętane.
– Bierz Charlotte i leć przodem – odparła, przekazując mu kapłankę.
– Nie ma mowy.
– Zabiorę kajdanki – syknęła, już się pochylając. Nie miała zamiaru zostawiać tak oczywistej wskazówki co do tego, na kogo wpadli niedoszli porywacze. Szaliki, kurtki i kaptury na szczęście utrudniały rozpoznanie Careyów. – No leć! Dogonię cię. Nie planuję z nimi walczyć.
Na szczęście posłuchał. Lance był mocniej zbudowany od niej, a przez to silniejszy fizycznie, ale ona umiała biegać dużo szybciej, w dodatku teraz obciążał go ciężar Charlotte. Ava złapała kajdanki i pośpiesznie przejrzała zawartość kieszeni jednego z mężczyzn. Zabrała portfel, ale nie zdążyła już obszukać drugiego człowieka. Kruk usiadł jej na plecach, gdy się pochyliła, kracząc wściekle, więc wyprostowała się i pognała w ślad za bratem. Zagęściła za nimi ciemność – nie na tyle, by ktoś zorientował się, że coś jest nie tak, ale wystarczająco, aby ci, którzy przybiegną tu za kilka sekund, mieli problemy z dostrzeżeniem czegoś w mroku zimowego poranka.
– Co z nią? – spytała, gdy dogoniła brata kilkaset metrów dalej.
Zwolnili oboje. Długi bieg i walka sprawiły, że byli zadyszani. Ava miała wrażenie, że jej płuca pełne są małych igiełek, i w dodatku kostka zaczęła dawać o sobie znać, nadwyrężona albo wtedy, gdy Carey się potknęła, albo gdy wymierzała kopniaka.
– Chyba ogłuszono… ją zaklęciem. Musiałbym… się zatrzymać… żeby sprawdzić – odparł Lance, z trudem chwytając oddech. – Są za nami?
– Zostawiłam z tyłu cień, a kruki też chyba w razie czego nas ostrzegą – powiedziała Ava, spoglądając na bladą twarz Charlotte. Dziewczyna poruszyła się lekko w ramionach Lance’a, ale nie otworzyła oczu.
Carey sięgnęła do kieszeni po telefon komórkowy, ale nie miała większych nadziei, że zadziała. W Donlonie nowoczesne technologie czasem szwankowały, ale w ciągu ostatnich miesięcy zjawisko przybrało na sile. Smartfony prawie nigdy nie łapały zasięgu, laptopy często nie chciały się uruchamiać, telewizory niby działały, ale czasem gubiły sygnał i nawet zazwyczaj godny zaufania MAGnet płatał figle.
– Biegnę do najbliższej budki telefonicznej, spróbuję ściągnąć kogoś, żeby podjechał tu autem – rzuciła do brata, zanim wystrzeliła do przodu. Ze względu na fakt, że Donlon na wszelki postęp pozwalał z pewnymi oporami, a nowinki technologiczne przyjmowały się w magicznym mieście albo wcale, albo z kilkuletnim opóźnieniem, gdy stawały się absolutną normą w Londynie, budki wciąż były nieodłącznym elementem krajobrazu.
Szczęśliwie, już po trzech sygnałach po drugiej stronie odezwał się Marcus. Nie zadawał pytań – Careyów wychowywano tak, by nie domagali się natychmiastowej pomocy, jeśli sytuacja nie była awaryjna, i by reagowali błyskawicznie, kiedy ktoś o tę pomoc prosi. Pytania – zwykle dużo, dużo pytań, bo przesłuchiwanie mieli we krwi – mogły poczekać na później.
Zgarnął ich z ulicy dziesięć minut później. W samą porę, bo ruch zaczynał się już nasilać i wkrótce nie tylko miasto miały opanować poranne korki, ale też idąc z nieprzytomną Charlotte, ściągali coraz więcej spojrzeń.
– Jak bardzo jest źle w skali od jednego do dziesięciu? – spytał Marcus, gdy wpakowali się do samochodu. Obejrzał się przez ramię i spojrzał na Charlotte ze zmarszczonym czołem. Minę miał poważną, nietypowo dla siebie, bo zwykle należał do tych nielicznych ludzi gotowych żartować nawet na miejscu zbrodni.
– W tej konkretnej sytuacji chyba jakieś sześć, ale nie mam wszystkich danych – odparła Ava, zatrzaskując drzwi. Zapadła się w fotelu pasażera, nagle zupełnie pozbawiona sił, gdy już nie musiała wciąż mieć się na baczności i posyłać na wszystkie strony cieni, mających ostrzec przed zagrożeniem. – Chyba że pytasz tak ogólnie, bo jak ogólnie, to myślę, że ze stabilnego od paru tygodni dwanaście na dziesięć powoli idziemy na trzynaście. Jeszcze nie apokalipsa, ta nadejdzie, jeśli przekroczymy piętnastkę.
– A, jak sześć, to wszystko w porządku – ocenił Marcus, a napięcie znikło z jego głosu. Znał kuzynkę na tyle, by wiedzieć, że gdyby było bardzo źle, nie mówiłaby w ten sposób. – Czy właśnie pomagam w porwaniu?
– A jeżeli tak?
– Postaram się o naprawdę dobre alibi?
– Zapobiegliśmy porwaniu – wtrącił Lance z tylnego siedzenia, wciąż trzymając w ramionach Charlotte. – Wydaje mi się, że jej stan jest stabilny, wyczuwam na niej tylko czar oszałamiający i powinna niedługo się obudzić, ale byłbym spokojniejszy, gdyby obejrzał ją medyk.
– Wolałabym nie ściągać Patience – mruknęła Ava, poważniejąc. – Mogę zadzwonić z domu po Erin, ale dotarcie trochę jej zajmie.
– A Ellie będzie potem marudzić, jeśli okaże się, że Erin nie była potrzebna – uzupełnił Lance z westchnieniem. – Zastanowimy się na miejscu.
– Czyli jak rozumiem, nie zabieramy niedoszłej ofiary porwania na komisariat? – spytał Marcus, ale odpowiedział sobie sam, nim Ava zdążyła otworzyć usta. – Czuję na sobie twój wzrok, młoda. Pracuję w policji od jedenastu lat, w porządku? To taki odruch, wiesz, przestępstwo, ofiara przestępstwa, przestępstwa się zgłasza… Wiem, wiem, Cromwell i w ogóle. Czekam, aż wreszcie odpuści.
– Nie pokazuje się w Scotland Yardzie od dwóch tygodni, więc to pewnie kwestia czasu – rzuciła. I to była naprawdę ogromna satysfakcja, że ich plan pozbycia się komendanta działał bez zarzutów. Cromwell, mimo całego swojego uporu, po tym, jak trzeci raz spędził noc zamknięty we własnym gabinecie, poszedł wreszcie na zwolnienie lekarskie, i nagle wszystko zaczęło działać na komisariacie sprawniej. – A jeśli ofiara przestępstwa będzie chciała zgłosić to przestępstwo, to grzecznie zabierzemy ją na komisariat i zbierzemy zeznania, ale na razie…
– …wolałabyś, żeby nie przechwycił jej ktoś od mojego ulubionego, pozbawionego gustu modowego komendanta, zanim ją podpytamy. Nawet jeśli łamiemy właśnie ze trzy punkty regulaminu. Nie żebym się tym przejmował, podkreślam tak dla porządku – dokończył Marcus. – I nie byłbym taki pewny tej kwestii czasu. Podobno Cromwell umówił na dziś egzorcystę.
– Żartujesz.
– Chciałbym… Nie, nie chciałbym, bo czekam na te egzorcyzmy Scotland Yardu i już szykuję popcorn – powiedział kuzyn, skręcając pod kamienicę Careyów. – Wyjaśnicie mi dokładnie, co się stało?
– Wracaliśmy z nocnego dyżuru, w połowie drogi dopadły nas ptaki Kruczarki, pobiegliśmy za nimi, na miejscu znaleźliśmy Franka Montgomery’ego i jeszcze jednego gościa, ciągnącego Charlotte Parr – zrelacjonował Lance.
– Franka?! – Marcus z wrażenia omal nie najechał na krawężnik. – Tego Franka z księgarni za rogiem? Tego, który wiecznie gubi własne okulary i sprzedałby duszę za krówki śmietankowe?
– Może Woodville zaoferował mu bardzo dużo krówek śmietankowych – odparła Ava, a jej głos stał się ponury.
Mogła zrozumieć, czym Richard skusił Edwarda, Percivala, Jeannette i Matthiasa Standforda. Miał wiele do zaoferowania: moc, zemstę, przywrócenie świetności rodziny, udział w kształtowaniu nowego ładu. Edward chciał potęgi, rodzina Percivala straciła wszystko, Standford liczył na odzyskanie pozycji, Jeannette obwiniała elity z Buckingham o to, że ich złe decyzje doprowadziły do śmierci jej męża.
Ale Carey nie rozumiała, co miało przyciągnąć do Woodville’a Franka, który zdawał się całkiem zadowolony ze swojego życia. Ani po co ściągnęli miłego księgarza z sąsiedztwa, mężczyznę o przeciętnych umiejętnościach magicznych, bez wpływów, wielkich pieniędzy i znajomości… Chociaż nie, tego ostatniego mogła się domyślić. Woodville nie próbował już skusić tylko pojedynczych, najbardziej utalentowanych jednostek – budował całą sieć, w którą chciał ich schwytać.
– Gdzie zabierzemy tę śpiącą królewnę?
– Do mojego pokoju – zdecydowała Ava, gdy weszli do budynku. – Obudziłam kogoś poza tobą?
Do niedawna na stałe w kamienicy mieszkali tylko dziadek i owdowiały Cygnus, ojciec Marcusa i Jamesa. Ava i Lance zostawali tutaj często, traktując miejsce jako swój drugi dom. Teraz, gdy sytuacja zrobiła się bardziej napięta, i oni, i Marcus z chłopakiem, wcześniej mieszkający w kawalerce w Londynie, osiedli w kamienicy Careyów na stałe.
– Murtagha, ale kazałem mu dalej spać – odparł Marcus szeptem i przemknął po schodach na piętro.
Charlotte poruszyła się lekko w ramionach Lance’a akurat, gdy Ava miała zamiar ruszyć do jednego ze stacjonarnych telefonów, by zadzwonić po Erin. Powieki kapłanki zatrzepotały, potem z jej ust wydobyło się jęknięcie. Marcus pośpiesznie otworzył drzwi sypialni Avy, a Lance wpadł do środka i ułożył dziewczynę na łóżku. Odsunął się niemal natychmiast, cofając pod ścianę, a Ava bez słowa przejęła jego miejsce u boku Charlotte. Kobiety, które padły ofiarą przemocy, zwykle bezpieczniej czuły się w damskim towarzystwie, poza tym, choć Charlotte była ładnych kilka lat od Avy młodsza, to powinna ją kojarzyć.
Kapłanka otworzyła oczy. Rozejrzała się zdezorientowana i spróbowała usiąść, ale opadła z powrotem na poduszki, a jej twarz przybrała spanikowany wyraz.
– Jesteśmy ze Scotland Yardu – powiedziała szybko Ava, przyklękając przy łóżku. – Jesteś bezpieczna. Jestem Ava Carey. Pracuję z Polaris Parr. Może mnie pamiętasz… Augustus Parr przedstawił nas sobie kiedyś podczas obchodów Dnia Założenia.
Augustus był znajomym jej rodziców, medykiem, zatrudnionym w donlońskim szpitalu. Niestety, niewiele miał wspólnego z samymi władzami Świątyni i nie był też na tyle blisko z Careyami, żeby mogli ten kontakt wykorzystać.
– Gdzie jestem?
– W kamienicy Careyów. Jeśli chcesz jechać na komisariat albo do Świątyni Westminsterskiej, zawieziemy cię tam – zapewniła Ava najłagodniejszym głosem, jaki potrafiła z siebie wydobyć. Pilnowała, by się nie poruszać. Lance stojący dalej pod ścianą i Marcus, który zajął fotel, też praktycznie zamarli i nie odzywali się, gdy przesunęło się po nich spojrzenie Charlotte. – Coś cię boli? Potrzebujesz uzdrowiciela?
– Ja… – Charlotte usiadła, tym razem bardzo powoli. Objęła się ramionami i skupiła wzrok na Avie. – Głowa. Ale nie, chyba nie… Jak się tu znalazłam?
„Kruki przekazały nam, że jesteś w niebezpieczeństwie, więc pobiegliśmy ci na ratunek, i wygląda na to, że próbowali cię porwać ludzie Richarda Woodville’a”, pomyślała Ava, ale znały się o wiele za słabo, żeby mogła pozwolić sobie na taką odpowiedź.
– Zobaczyliśmy, jak jacyś mężczyźni ciągną cię po ulicy, więc interweniowaliśmy. Musieliśmy… szybko uciec, bo pojawił się ktoś jeszcze.
– Nie złapaliście ich?
– Przykro mi – powiedziała Ava szczerze, bo była zła na siebie, że nie zdołali dorwać napastników. Bogowie jej świadkami, że bardzo chciała zadać im kilka pytań; do tej pory ci nieliczni zwolennicy Woodville’a, których schwytali, nie byli zbyt pomocni. – Musieliśmy się przede wszystkim upewnić, że będziesz bezpieczna. Charlotte, czy jesteś w stanie opowiedzieć nam, co się stało?
Kapłanka zawahała się, przeniosła spojrzenie na Lance’a, a potem na Marcusa. Ava nigdy nie przejmowała się nieco niekonwencjonalnym wyglądem kuzyna, który włosy farbował na najbardziej jaskrawy odcień niebieskiego, a na szyi miał tatuaż, ale teraz z pewnym niepokojem pomyślała, że mógł nie wzbudzić w Parrównie zaufania.
– Wolałabyś, żebyśmy wyszli? – spytał Marcus, uśmiechając się do dziewczyny. Uśmiech miał bardzo ładny, a wyraz twarzy przyjazny i może to pomogło, bo Charlotte się zmieszała.
– Nie, nie trzeba – zapewniła. – Byłam u mojej znajomej, potrzebowała pomocy uzdrowiciela. Kiedy skończyłam ją leczyć, zrobiło się późno, więc przenocowałam u niej, ale chciałam wrócić przed porannym nabożeństwem i…
Wzdrygnęła się. Ava miała ochotę ją przytulić, nie zrobiła tego jednak – byli w trudnej do ocenienia, na wpół służbowej sytuacji, a podczas czynności nawet przedstawiciele Scotland Yardu z Donlonu, mający dużo większe uprawnienia od niemagicznej policji, musieli uważać z takimi gestami. Nie drgnęła więc i milczała, dając Charlotte czas na uspokojenie.
– Jeden z nich po prostu złapał mnie od tyłu i przyłożył mi coś do twarzy – podjęła kapłanka, odruchowo unosząc dłoń do ust. – Pewnie środek nasenny. Dałam radę rzucić zaklęcie i mnie puścił, ale już było mi słabo, i od razu złapał mnie ten drugi… Uderzył mnie i nie pamiętam nic więcej. Straciłam przytomność, nie wiem, czy od czaru, czy od tego środka…
– Rozpoznałaś któregoś z nich?
Charlotte pokręciła głową.
– Nie. Nie znam ich. To znaczy, tak myślę. Nie widziałam twarzy.
– Mogłabyś podać nam dane tej znajomej? – spytała Ava, a Marcus wychylił się z fotela ku szufladzie biurka, by zapisać podane imię, nazwisko, adres, a potem też imię narzeczonego przyjaciółki i wreszcie godzinę, o której Charlotte pojawiła się w mieszkaniu. Ava zadała jeszcze kilka standardowych pytań: czy kapłanka wiedziała, dlaczego ktoś mógłby chcieć ją porwać (nie), czy ostatnio miała wrażenie, że ktoś ją śledził albo dziwnie się zachowywał (nie), co robiła poprzedniego dnia (zajmowała się chorą kapłanką), czy często odwiedzała koleżankę (zwykle nie, ale ostatnio bywała tam z powodu jej przewlekłej choroby), i wreszcie, czy wydarzyło się coś, co ją szczególnie zaniepokoiło.
– Nie – odpowiedziała Charlotte, jakby odruchowo, i niemal natychmiast zmieniła zdanie: – Tak. To znaczy nie jestem pewna.
W tym momencie rozdzwonił się telefon stacjonarny. Ava drgnęła, bo w najlepszym wypadku zbliżała się siódma, więc dzwonienie o tej porze nie zwiastowało niczego dobrego. Lance na szczęście niemal natychmiast wypadł z pokoju, a ona zmusiła się do uspokajającego uśmiechu.
– Każdy szczegół może mieć znaczenie – zapewniła.
– Agatha… Od paru dni nie widziałam Agathy. Agathy Mayferd – wyjaśniła Charlotte, wyraźnie się plącząc. Wyłamywała sobie palce i coraz niespokojniej wodziła spojrzeniem pomiędzy Avą i Marcusem, a Careyówna pomyślała, że kapłanka chyba zaraz się rozpłacze. – To nowicjuszka. Pomagała mi przy leczeniu wiernych. Myślałam… myślałam, że po prostu odwiedza rodzinę… Nikogo nie spytałam. Powinnam była spytać? Co, jeśli ktoś ją zabrał?
– Sprawdzimy to – obiecała Ava. Nie zmieniła miny ani o jotę, ale pomyślała, że jeśli to Woodville chciał porwać pannę Parr, Agatha Mayferd prawdopodobnie już znalazła się w jego szponach. Pytanie, czy faktycznie ją porwano. A jeżeli tak, to dlaczego? Może jednak poszła za nim dobrowolnie i to dzięki niej mieli informacje o Charlotte Parr?
Carey sporządziła w głowie listę zadań.
Sprawdzić Agathę.
Zapewnić bezpieczeństwo Charlotte.
Sprawdzić Franka.
Dowiedzieć się, czemu Parr stała się celem.
Bułka z masłem.
– Ava? – Lance wsunął głowę z powrotem do pokoju. Dziewczyna obejrzała się przez ramię i od razu wiedziała, że coś jest bardzo nie tak. Znała swojego brata zbyt dobrze, aby nie wyłapać napięcia na jego twarzy.
– Coś się dzieje?
– Dzwonił Cassian. Muszę do niego pojechać.
– Mam jechać z tobą?
– Zostań z Charlotte. Wrócę maksymalnie za pół godziny – rzucił krótko Lance, zanim się wycofał.
– Za moment będę z powrotem, dobrze? – obiecała Ava, bo po prostu nie było mowy, aby pozwoliła wyjść bratu, nie mając pojęcia, co się dzieje. Podniosła się i ruszyła do drzwi spokojnie, ale zaraz za progiem przyspieszyła i rzuciła się ku schodom, by dopaść Lance’a już na parterze.
Sam fakt, że tak szybko zszedł na dół, był niepokojący. Lance zazwyczaj chodził niespiesznym krokiem, jeśli akurat sytuacja nie wymagała pośpiechu.
– Co jest?
– Cassiana też dopadły kruki – powiedział Lance. – Nic mu nie jest, ale najwyraźniej próbowano porwać dziś kogoś jeszcze.
Ava zacisnęła dłoń na poręczy schodów. Stała na najniższym stopniu i w pierwszej chwili, gdy Lance wspomniał o „dopadnięciu Cassiana”, nogi omal się pod nią nie ugięły. Wypuściła powietrze z płuc, tylko połowicznie uspokojona zapewnieniem, że Cassianowi nic nie jest. Braywood może nie był tym typem człowieka, który twierdziłby, że nic mu nie dolega, gdy akurat się wykrwawiał, ale na pewno nie chciałby ich przez telefon nadmiernie martwić. Mógł nie powiedzieć wszystkiego.
– Kolejna kapłanka?
– Nie mam pojęcia. Dowiem się szybciej, jeśli do niego pojadę.
– Zadzwoń, gdy tylko się czegoś dowiesz – zażądała.
Wszystko w niej wyrywało się, aby iść z bratem, ale nie mogła być w dwóch miejscach na raz, a nie chciała prosić Marcusa, żeby ogarnął sprawę Charlotte. Sama nie wiedziała, co teraz zrobić z tą zdenerwowaną, bladolicą dziewczyną o zielonych oczach, którą chciał dostać w swoje ręce Richard Woodville. Czy powinna jej powiedzieć, kto mógł na nią czyhać? Zachęcać do trzymania się procedur i ubiegania się o ochronę Scotland Yardu – gdy oficjalnie komendantem wciąż był tam zwolennik Richarda, a Ava nie mogła być pewna, czy nie ma i innych zdrajców w szeregach? Zaoferować pomoc nieoficjalnie?
Przesunęła palcami po skroni. To była jedna z tych chwil, gdy bardzo, bardzo chciałaby, aby jakiś dorosły, mądry człowiek powiedział jej, co trzeba robić. Rzecz w tym, że ona też była dorosła, a chociaż łatwo mogłaby znaleźć kogoś mądrzejszego od siebie, to już odrębnymi kwestiami było to, czy tej osobie wolno by jej było zaufać i czy ten ktoś znalazłby wyjście z sytuacji.
Przymknęła oczy, a cienie same owinęły się wokół jej dłoni, przemknęły po szyi i pogładziły włosy, jakby chciały ją uspokoić. Ava odetchnęła kilka razy, rozgoniła ciemność z powrotem do kątów i wspięła się na piętro, już z paroma pomysłami, co dalej. Który z nich zostanie wdrożony w życie, zależało w dużej mierze od Charlotte.
Gdy otworzyła drzwi swojej sypialni, Charlotte wciąż siedziała na jej łóżku, ale przesunęła się w jego nogi, bliżej fotela, który zajął Marcus. Brudny płaszcz, w którym ją tutaj przynieśli, trzymała na kolanach. Carey z kolei pochylał się teraz ku kapłance i coś jej opowiadał; najwyraźniej te cztery minuty, jakie Ava spędziła poza pokojem, wystarczyły, aby Marcus przekonał ją, że nie powinna przejmować się jego fryzurą i tatuażami.
Spojrzał na kuzynkę, a w jego oczach czaiło się nieme pytanie: jak bardzo jest źle? Uśmiechnęła się lekko i kiwnęła tylko głową. „Nie tak bardzo”.
– Charlotte, musimy zdecydować, co dalej – powiedziała Ava, przenosząc spojrzenie na kapłankę. Przeszła przez pokój i usiadła po drugiej stronie łóżka. – Nie mamy na to dowodów, ale biorę pod uwagę, że ludzie, którzy usiłowali cię porwać, współpracują z Richardem Woodville’em.
Dziewczyna uniosła dłoń do ust, a jej wargi ułożyły się w literę „o”. Oczywiście, że rozpoznała nazwisko Richarda, które ostatnio często gościło w prasie, przeżywającej w Donlonie prawdziwy renesans, odkąd po Czerwonym Poniedziałku MAGnet nie zawsze funkcjonował należycie. Niektórzy mieli go za szarlatana, inni za potwora, byli tacy, którzy uważali, że tylko podszywał się pod stwórcę miasta. Nie brakowało jednak i głosów powtarzających, że być może Richard Woodville powrócił, aby uratować Donlon.
– A-ale… Dlaczego ja? Ja nic nie zrobiłam!
– Nie ma pewności – podkreśliła Ava, chociaż w istocie była wściekle pewna, że Kruczarki nie interesowałyby zwykłe porwania, a powiązanie Charlotte ze Świątynią i Anną Parr nie było przypadkiem. – Mogli chcieć czegoś się od ciebie dowiedzieć. Mogłaś być przypadkową ofiarą. Niezależnie od wszystkiego, najlepiej, abyś w najbliższym czasie nie chodziła nigdzie sama, zwłaszcza po zmroku. Świątynia Westminsterska ma potężne zaklęcia ochronne. Tam powinnaś być bezpieczna, ale też lepiej, jeśli będziesz unikała… Hm, sytuacji w rodzaju „kapłanko, potrzebuję porady duchowej na osobności”.
– Dam ci nasze numery. Stacjonarny, a poza tym mój i Avy. Na wypadek, gdyby coś się stało. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy – dodał Marcus, wydzierając kartkę z notatnika Avy, by pośpiesznie zanotować na niej rządki cyfr.
– Gdybyś absolutnie musiała wyjść, ktoś z nas chętnie będzie ci towarzyszył – uzupełniła Ava. – Być może, jeśli pojedziemy teraz złożyć oficjalne zawiadomienie, Scotland Yard przyzna ci ochronę. Postaramy się przepchnąć wniosek, ale nie mogę tego zagwarantować.
Charlotte zakołysała się na boki, niespokojna. Rzuciła szybkie spojrzenie na Marcusa, jakby liczyła, że Carey coś jej podpowie, ale ten milczał. Ava podejrzewała, że po prostu nie wiedział, co powiedzieć.
Gdyby to były normalne okoliczności, a raczej normalne na tyle, na ile cokolwiek w Donlonie mogło być normalne, oboje nalegaliby na załatwianie wszystkiego oficjalnymi kanałami. Nawet jeśli Charlotte nie chciałaby współpracować, wyciągnęliby karty „atak na funkcjonariuszy”, „opór przy aresztowaniu” i ich ulubioną: „podejrzenie magicznego terroryzmu”, która pozwalała magicznej policji Donlonu na bardzo, bardzo wiele.
Nie wspominając o tym, że skoro toczyło się śledztwo w sprawie Woodville’a, mieli wręcz obowiązek zgłosić podejrzenia, że ta sytuacja ma z nim coś wspólnego.
Teraz jednak Ava czuła, że Charlotte będzie znacznie bezpieczniejsza w Świątyni Westminsterskiej niż na komisariacie, przynajmniej do momentu, gdy oficjalnie pozbędą się Cromwella.
– Mogę najpierw porozmawiać z moją przełożoną? – spytała w końcu Charlotte.
– Jasne – zapewniła Ava.
To było proste. Trudniejsza była decyzja co do tego, kto ma zabrać dziewczynę do Świątyni. Ava bardzo chciała zrobić to sama, ale równie mocno pragnęła dowiedzieć się, co spotkało tej nocy Cassiana. Wbiła spojrzenie w Marcusa, który uniósł pytająco brwi, gdy wyłapał natarczywy wzrok kuzynki.
– No co? Ja nic nie robię.
– Będzie w porządku, jeśli Marcus będzie ci towarzyszył, czy wolisz jechać ze mną? – zapytała Ava. Nie wiedziała, na ile komfortowo Charlotte czułaby się w aucie z kimś zupełnie obcym, ale jeżeli byłaby skłonna się zgodzić, to czarodziejka musiała zaufać kuzynowi.
Żaden Carey nigdy nie jest sam, powtórzyła w myślach jedno z ulubionych powiedzeń rodzinnych, a potem w jej głowie odezwało się echo głosu Cassiana.
„Nie musisz robić wszystkiego, Avie”.
Marcus miał trzy lata doświadczenia więcej od niej, był doskonałym tropicielem, dobrym śledczym, umiał oczarowywać ludzi i ukończył wszystkie wymagane kursy magii bojowej z wzorowymi rezultatami. Pewnie poradziłby sobie z kapłankami nie tylko równie dobrze, ale nawet lepiej niż ona.
– Och… – Charlotte zawahała się, ale kiwnęła głową. – Dobrze. Tylko… mogłabym najpierw zadzwonić? Chciałabym… dać znać, czemu jeszcze nie wróciłam.
– Pewnie. Chodź, telefon jest przy schodach – zgodził się Marcus, wstając z fotela. Zdawał się zadowolony z jej decyzji, a Ava też kiwnęła głową z aprobatą. Miała dziwne wrażenie, że prośba tak naprawdę była swojego rodzaju testem, czy pozwolą jej na kontakt z kimś z zewnątrz. I doskonale, bo jeśli Richard wziął tę dziewczynę na cel, lepiej, żeby zachowywała ostrożność.
– Postaraj się dowiedzieć, czy arcykapłanka zechciałaby się spotkać z którymś z nas – szepnęła kuzynowi na ucho, nim wyszedł.
– Co królowa rozkaże – oświadczył Marcus, robiąc przy tym komiczną minę, zaraz jednak spoważniał i poklepał ją po ramieniu. – Popytam o Agathę. Z Cassem okej?
– Podobno tak.
– Nie martw się, młoda, Cass jest twardszy, niż się wydaje. No, lecę odwieźć naszą zagubioną księżniczkę moim czarnym rumakiem na czterech kołach. Widzimy się niedługo.
*
To nie był najlepszy poranek w życiu Arthura Layamonta.
Prawdopodobnie mógłby znaleźć się nawet na liście tych najgorszych – może nie załapałby się na pierwszą piątkę, ale na pierwszą dziesiątkę już jak najbardziej. A nawet nie wypił poprzedniego wieczora dużo – dwa piwa z najpopularniejszego magicznego browaru na Wyspach, usytuowanego w jednej z angielskich enklaw. Napięta sytuacja w Donlonie zmusiła go do ograniczenia alkoholu niemal do zera, bo głupio byłoby, gdyby na przykład Richard Woodville postanowił zaatakować pałac Buckingham, a Arthur byłby zbyt pijany, aby wziąć udział w całej zabawie. Byli więc z Cassianem pod tym względem rozsądni, ale już nie na tyle, aby pójść spać o ludzkiej porze. Braywood nie miał kolejnego dnia służby, Arthur, wciąż zawieszony w obowiązkach, dysponował wręcz nadmiarem wolnego czasu, skorzystali więc z tego, że telewizja akurat nie szwankowała – do późna oglądali mecz, a potem długo jeszcze siedzieli, gadając o głupotach.
To było ich pierwsze od dobrych trzech tygodni czysto towarzyskie spotkanie, bez omawiania planów i informacji odnośnie do Woodville’a. Od tygodnia nie stało się nic, co wymagałoby od nich pilnej interwencji; szukali w tym czasie, oczywiście, badali tropy, ale to było raczej sprawdzanie ślepych uliczek niż cokolwiek wymagającego faktycznej akcji. I oczywiście, że wszystko musiało zjebać się akurat tego ranka, gdy spać poszli jakoś przed czwartą.
Zaczęło się chwilę po piątej od stukania.
Arthur nie uniósł nawet powiek, schował tylko głowę pod poduszkę. Stukanie jednak nie ustawało, wręcz stało się coraz bardziej natarczywe; nie głośniejsze wprawdzie, ale brzmiało, jakby do drzwi pukała nie jedna, lecz kilka osób.
– Kurwa, Cass, twoi sąsiedzi mają tupet – jęknął Layamont. – Dlaczego nie piliśmy u mnie? Mam większe mieszkanie i ściany zaklęte, by nie przepuszczały hałasu.
– Bo dalej nie kupiłeś mebli – odparł zaspany Cassian.
Nie żeby ten brak mebli robił naprawdę wielką różnicę, skoro mieszkanie Braywooda było malutkie i obaj i tak skończyli, śpiąc razem na rozłożonej kanapie. Prawda była taka, że po prostu przyzwyczaili się do spotykania się tutaj.
– Otwórz lepiej, bo jeśli zrobię to ja i okaże się, że to ktoś po szklankę mleka, mogę dokonać morderstwa – mruknął Arthur, unosząc nieco poduszkę, by spojrzeć na swój zegarek. – Jest pieprzona piąta trzy.
To oznaczało, że przespali w najlepszym razie półtorej godziny, i wyjaśniało, dlaczego Layamont czuł się, jakby coś próbowało rozłupać mu czaszkę od środka. Poprzedniego dnia niestety też nie spał za długo, do późna siedział nad papierami, które przysłał mu pewien historyk, zachęcony przez Arthura bardzo dużą łapówką do podzielenia się wynikami swoich prac.
– Uch…
Sprężyny zatrzeszczały, kiedy Cassian dźwignął się do pozycji siedzącej. Nie wstał jednak, a wkurwiające stukanie nie milkło.
– Artu…
– Co znowu?!
– To nie sąsiad.
– Więc kto, do cholery? – Layamont wreszcie odrzucił poduszkę, usiadł i spojrzał tam, gdzie Braywood, czyli w okno połaciowe nad ich głowami.
Siedziało na nim kilka kruków i wszystkie tłukły dziobami w szybę.
– Chyba chcą wejść do środka? – spytał oszołomiony Cassian. Przetarł oczy, jakby nie dowierzał temu, co widzi.
– Tak, wpuśćmy je, żeby zadziobały nas na śmierć – burknął Arthur, podnosząc się z kanapy.
Ptaki, widząc, że zostały zauważone, przestały dobijać się do okna, za to przemieściły się tuż nad miejsce, gdzie znajdowała się klamka, jakby naprawdę chciały powiedzieć „wpuśćcie nas!”.
– Może powinniśmy sprawdzić… Eee… Czy któryś z nich nie ma jakiegoś liściku?
– Z sowami je mylisz? – prychnął Layamont, ale otrząsał się powoli ze snu, chociaż jego organizm zdecydowanie domagał się powrotu do łóżka. I wreszcie dotarło do niego, że słowa Cassiana wbrew pozorom nie były takie głupie, nawet jeżeli żaden z kruków nie przyniósł liściku. – To ptaki Kruczarki. Może je tu przysłała.
– Świetnie – westchnął Cassian. – Wolałem, jak Kruczarka gadała z Avą. Nie umiem mówić po ptasiemu. Czemu nie poszły do niej? Avie lepiej sobie radzi z dziwadłami. Jestem za normalny na takie rzeczy.
– Ava pewnie jeszcze siedzi w Scotland Yardzie – mruknął Arthur. – Uwaga, przygotuj się. Otwieram okno, jeśli nas zaatakują, to musisz je walnąć zaklęciem…
– Wiesz, co zrobi z nami Kruczarka?!
– Nie wiem, ale wolę pomartwić się tym później, niż mieć wykolone oczy – burknął i przesunął klamkę, by pchnąć okno w górę.
Ptaki ich nie zaatakowały. Dwa z nich wpadły jednak do środka niemal natychmiast, przemknęły obok Arthura i pofrunęły wprost ku malutkiemu przedpokojowi. Oszołomiony Layamont ruszył za nimi i przekonał się, że oba usiadły pod wejściowymi drzwiami. Jeden z nich zakrakał ponaglająco, a drugi poderwał się w górę i przez kilka sekund bił skrzydłami powietrze prawie przed twarzą Arthura. Ten cofnął się odruchowo i wpadł na Cassiana.
– Chyba chcą, żebyśmy gdzieś poszli… – wymamrotał Braywood niepewnie, a kruk przysiadł mu na ramieniu i dziobnął go lekko w ucho.
Arthur tkwił w bezruchu przez parę sekund. Miał ochotę powiedzieć, że żadne pierdolone ptaki nie będą mu dyktowały, kiedy i gdzie ma wychodzić. Pewnie kilka miesięcy temu nawet by tak zrobił.
Jego rodzina pochodziła z Donlonu i tutaj się urodził, ale jego matka nie cierpiała tego miasta, kiedy więc ojciec postanowił osobiście nadzorować powstanie nowego hotelu w Birmingham, przeprowadzili się tam. Potem Arthur chodził do Avallen – ono jednak stanowiło jakby osobne królestwo samo w sobie. Parę ostatnich lat Layamont przepracował w innym mieście. Tak naprawdę spędził więc w Donlonie niespełna dwa lata, robiąc kursy i staże, i ten okres trochę zatarł się w jego pamięci.
Na szczęście po kilku ostatnich miesiącach zaczął już rozumieć, jak działa tutejsza magia i że Kruczarka nie jest kimś, kogo można ignorować.
Zwłaszcza jeśli obiecała pomóc w walce z magiem, który chciał przejąć władzę nad miastem. Skoro zawracała im głowę, musiało chodzić o coś związanego z Woodville’em.
– Świetnie, po prostu świetnie – westchnął, szukając butów. Gdy się pochylił, kruk usiadł mu na głowie. – Zostaw mnie, wstrętne ptaszysko, nigdzie nie wyjdę boso – syknął.
Na zewnątrz było zimno, ślisko, paskudnie i zaczynała podnosić się mgła – żadna nowość w Donlonie. To wszystko nie ułatwiało szybkiego poruszania się, ale kruki dopadły ich niemal od razu za progiem i Arthur miał dziwne wrażenie, że jeżeli uznają, że ich ofiary nie biegną dość żwawo, to zachęcą je do większego zaangażowania dziobaniem.
– Dokąd one nas ciągną? – wysapał Cassian po jakichś dziesięciu minutach przemieszczania się truchtem po mieście. Na ulicach wciąż panował względny spokój: większość sklepów i lokali była zamknięta, do pracy wychodzili zaledwie pojedynczy ludzie, a ruch w Donlonie zawsze był trochę mniejszy niż w Londynie.
– Wyglądam ci na jasnowidza? Jakby podały nam adres, wezwałbym taksówkę.
Na pewno nie prowadziły ich do Tower, kierowali się w przeciwną stronę, coraz bardziej oddalając się od rzeki. Zbliżali się do odpowiednika londyńskiego Soho. Donlońska dzielnica pod wieloma względami różniła się od tej niemagicznej, ale i tutaj mieściły się liczne kluby, sklepy, targowisko, na niektórych ulicach w apartamentach mieszkali bogacze, na innych ci najgorzej sytuowani mieszkańcy Donlonu, nie brakowało tutaj też ludzi o imigranckich korzeniach. Prawdopodobnie przez stereotypowe wyobrażenia na temat tego obszaru czasem w okolicy pojawiały się widmowe chińskie smoki, poruszające się po niebie, a latarnie Reda zmieniały tutaj uparcie kształty, przybierając postać chińskich lampionów, i niekiedy płonęły nie błękitnym, a czerwonawym światłem, choć nigdzie indziej nie dało się zmienić ich barwy.
Arthur naprawdę nie miał żadnego pomysłu, co takiego mogły wypatrzeć tutaj ptaki Kruczarki, by zdecydowała się ściągnąć na miejsce właśnie ich. Gdy zerknął na zegarek (omal się przy tym nie potykając), i odkrył, że biegli już kwadrans, zaczęło go kusić, aby się zatrzymać i zacząć głośno domagać się wyjaśnień. Powstrzymała go głównie myśl, że pewnie wyglądałby strasznie głupio, stojąc i krzycząc na kruki.
Skręcił w uliczkę i wtedy jakiś mężczyzna wpadł na niego z takim impetem, że obaj polecieli na chodnik. Arthur zadziałał odruchowo, jeszcze zanim zdążył się zastanowić nad tym, co robi. Przetoczył się tak, by przycisnąć napastnika do ziemi, i unieruchomił mu ręce. I dopiero kiedy ten zaczął się szarpać, wzywając pomocy, Layamont zrozumiał, że wcale nie został zaatakowany – to był jakiś młodzik, chyba jeszcze przed dwudziestką.
– Pomocy!!! Pomocy!!!
– Merlinie, przestań się drzeć! Już cię puszczam! – syknął, po prostu się podnosząc. Był zły na cały świat za ten głupi przypadek, który ich opóźnił, kosztował go bolesne uderzenie w tył głowy i przez który w dodatku ubłocił sobie nowy płaszcz.
Chłopak też się poderwał, natychmiast się potknął i byłby wylądował z powrotem na chodniku, gdyby Cassian nie nadstawił rąk, aby go schwycić. Spanikowany młodzik dzięki temu nie poleciał na łeb, na szyję, ale że spróbował odepchnąć Braywooda, i tak wyrżnął kolanami o oblodzony chodnik. Coś chrząsnęło, chłopak znowu krzyknął, tym razem z bólu, a Arthur skrzywił się, bo nabrał przekonania, że panikarz właśnie się uszkodził.
– Hej, hej, spokojnie – rzucił Cassian, unosząc wysoko dłonie w geście poddania. Spojrzał na chłopaka, potem na Arthura, a wreszcie na kruki, które przysiadły na jednym z pobliskich budynków. Sklepy na parterze były zamknięte, ale w oknie na pierwszym piętrze zapaliło się światło. Braywood zerknął na Arthura, jakby niepewny, co robić. Było jasne, że coś jest tutaj nie tak, i bardzo chciał pomóc.
Ale Arthur był tym mniej miłym z ich dwójki i uznał, że skoro Kruczarka wzywała ich na jakąś misję, to było ważniejsze niż problemy przypadkowego chłopaka.
– Idziemy dalej – zarządził, obracając się, i czekał, aż kruki wskażą dalszą drogę. Jak na złość jednak, żaden z ich przewodników, a była ich aż piątka, się nie poruszył.
– Cze-czekajcie! – jęknął chłopak, chwytając Cassiana za nogę, gdy ten próbował ruszyć ku Arthurowi. Braywood pochylił się i dość stanowczym gestem odczepił od siebie młodzika, po czym chwycił go pod pachy, pomagając mu wstać. – Nie chcecie… mnie napaść?
Zachwiał się lekko i podparł o ścianę; najwyraźniej jego kolano odmawiało posłuszeństwa. Powietrze łapał z trudem, słowa wypowiadał z przerwami, jakby tak jak oni miał za sobą długi bieg.
– Nie wyglądasz na kogoś, kogo byłoby warto napadać – rzucił Arthur, po czym ze zniecierpliwieniem spojrzał na jednego z kruków. – No co? Ruszcie się wreszcie!
– Ktoś próbo… wał… wciągnąć mnie do au… ta, jak wracałem z klubu… Uciekłem w wąską uli… czkę… ale go-gonią mnie… N-nie wiem, czy ich… zgubiłem…
Arthur odwrócił się, znów spoglądając na chłopaka. Wcześniej nie przyjrzał się mu dokładnie, w bladym świetle latarni i podczas szarpaniny nie było to łatwe. Teraz dostrzegł, że jego ubranie musiało być brudne, zanim na siebie wpadli, co więcej – kurtka na lewym ramieniu była porwana.
Jeden z kruków wylądował na ramieniu chłopaka. Ten spanikował i niemal znów się przewrócił, próbując zgonić ptaka. Arthur i Cassian wymienili tylko spojrzenia.
Kruki chciały więc ochronić tego młodzika.
– Poczekaj tutaj, sprawdzimy, czy za tobą idą – oświadczył Arthur i ruszył w stronę, z której nadbiegł ich nowy podopieczny.
Ułożył palce w kilka znaków, przygotowując na wszelki wypadek tarczę, i pożałował, że nie zdążył włożyć rękawiczek. Dłonie zesztywniały mu od zimna i czar nie wyszedł tak silny, jak powinien. Rzucił go w samą porę, bo zza rogu wypadł rosły mężczyzna w kapturze nasuniętym na głowę.
To mógł być przypadkowy przechodzień, więc Arthur nie wypuścił ku niemu zaklęcia. Przesunął się jednak, by zastąpić mu drogę, a ten niemal natychmiast uniósł ręce, składając je w bardzo charakterystyczny gest zaklęcia. Layamont je znał i wiedział, że ma bardzo, bardzo mało przyjemny efekt.
W porządku, zatem żaden przypadkowy przechodzień.
Arthur rzucił się do przodu i świat wokół zwolnił – tylko odrobinę, ale dodatkowa sekunda w walce była na wagę złota. To drobna manipulacja, po którą Arthur od zawsze sięgał wręcz instynktownie, bez namysłu. Uderzył napastnika pięścią w twarz, a potem w brzuch, uniemożliwiając mu dokończenie zaklęcia i posyłając go na ziemię.
Czas znów przyspieszył, a o barierę uderzył inny czar. Przeciwników było więcej.
Cassian przybiegł w ślad za Arthurem i posłał zaklęcie w drugiego z napastników, który zjawił się w uliczce. To zostało odbite, ale Layamont niemal natychmiast rzucił własne i tym razem mężczyznę odrzuciło w tył. Braywood ustawił barierę, która pochłonęła następny atak, wyprowadzony przez pierwszego z przeciwników, a Arthur bezlitośnie kopnął mężczyznę próbującego się podnieść prosto w żebra.
Chwilę później zatoczył się, czując nieprzyjemny nacisk w głowie.
Któryś z tej dwójki był mentalnym magiem – pewnie niezbyt silnym, skoro wcześniej ofiara zdołała im uciec, ale wystarczająco mocnym, aby było to problematyczne. Ataków tego typu niemal nie dało się powstrzymać zwykłymi zaklęciami ochronnymi i jeśli nie miało się do tej magii talentu, obrona przed nimi wymagała skupienia – a o to niełatwo, kiedy równocześnie atakuje cię ktoś inny.
Ale pierwszą myślą Arthura Layamonta nie było to, że to jakiś słaby czarodziej specjalizujący się w magii umysłu, który dołączył do Richarda z nadzieją, że dzięki niemu rozwinie swoją moc.
Jego pierwsza myśl brzmiała: Percival Fitzroy.
Oparł się mentalnemu atakowi bez trudu dzięki zalewającej go fali gniewu i determinacji.
Ten mężczyzna, któremu przywalił, nie mógł być Percivalem. Za mocno zbudowany, inaczej się poruszał, poza tym Arthur nie wierzył, że nie zdołałby z bliska rozpoznać swojego najlepszego przyjaciela i największego wroga. Rzucił się więc w półmrok bocznej uliczki, by dopaść drugiego z niedoszłych porywaczy. Nie myślał teraz nawet o zaklęciach, formułach, gestach – chciał go dorwać i udusić gołymi rękami. Uniknął zaklęcia i dosłownie skoczył na mężczyznę, powalając go na chodnik, a potem wyprowadził cios, pierwszy, drugi, trzeci… Przeciwnik krzyknął z bólu, próbując osłonić się rękami i…
…do ogarniętego szałem umysłu Arthura dotarło, że to był głos kobiety.
Zamarł, z ręką uniesioną do kolejnego uderzenia. Pracował w policji i wbrew temu, co sądzili niektórzy, nie siedział za biurkiem dzięki rodzince – zresztą nigdy nie chciał siedzieć za biurkiem – i zdarzało się, że musiał aresztować kobiety. W ich świecie niektóre z nich były znacznie silniejsze od mężczyzn; jedna z najlepszych funkcjonariuszek na jego poprzednim komisariacie miała pięćdziesiąt lat, metr pięćdziesiąt wzrostu, była chuda jak szczapa, specjalizowała się w wodnej magii i nikt nie chciał jej wkurzyć. W całej swojej służbie, nie licząc walki na Moście Donlońskim, najbardziej oberwał podczas akcji trzy lata temu, kiedy próbował aresztować pewnego podejrzanego o terroryzm czarodzieja i został nieoczekiwanie zaatakowany przez jego żonę, świetną w rzucaniu czarów telekinetycznych. Podczas pracy w magicznej policji zasada „nie stosuję przemocy wobec kobiet” prowadziła w najlepszym wypadku do wydalenia ze służby, w najgorszym – do grobu. A ta konkretna kobieta władała jedną z najbardziej podstępnych form magii i zaatakowała jego umysł.
Mimo to wszystko wzdrygało się w nim przed uderzeniem dziewczyny, która właśnie zaczęła płakać z bólu i błagać, żeby przestał.
– Cholera jasna – zaklął, puszczając jej kołnierz. To było cholernie głupie, zdał sobie sprawę z tego niemal natychmiast, ale zanim zdążył wymyślić, w jak najbardziej delikatny sposób ją unieruchomić, pobliska lampa, jedyna w pobliżu, rozbiła się z trzaskiem, pogrążając uliczkę w ciemności.
Napastników było jednak trzech.
Kobieta znów zaatakowała go mentalnie. Arthur cofnął się odruchowo, a jego głowa eksplodowała bólem. Nie trwało to długo, ale kiedy minęło, czarodziejka nie leżała już na ziemi i Layamont zobaczył tylko ruch w ciemności – ktoś znikał za zakrętem. Zanim zdążył ruszyć w pogoń, usłyszał z tyłu trzask, a potem przekleństwo Cassiana, więc rzucił się z powrotem ku przyjacielowi.
– Cass?!
– Jestem cały! – zawołał Cassian. – Ale miałem go zakuć, jak lampy eksplodowały, i, cholera, wyrwał mi się.
Arthur pewnie ruszyłby za nimi, bo choć było ich trzech, to dwójka oberwała do tego stopnia, że nie powinna stanowić wyzwania. Kruk jednak wybrał akurat ten moment, aby odezwać się gdzieś za ich plecami. Layamont obejrzał się i zobaczył śmiertelnie bladego chłopaka, o którym już prawie zdążył zapomnieć, podpierającego się wciąż o ścianę. Ten widok trochę go otrzeźwił.
Wspomniał o aucie. Ktoś mógł właśnie tutaj podjeżdżać od drugiej strony, a kruki wyraźnie nie tyle chciały, aby złapali tę trójkę, ile raczej, by zapewnili bezpieczeństwo temu tutaj. Arthur czasem uważał na kursach policyjnych, a te, które dotyczyły ochrony ludzi, miały jeden motyw przewodni: twoim priorytetem jest podopieczny. Może tamci próbowali ich odciągnąć, żeby ktoś mógł dorwać chłopaka…
– Hej, młody. Jak się nazywasz?
– Ja… eee…
– Tak, ty, a kto inny? – spytał zniecierpliwiony Arthur, ruszając ku niemu. – Jakiś pomysł, dlaczego całkiem nieźle wyszkoleni magowie próbowali cię porwać?
– Peter Grey – przedstawił się chłopak. – Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nikt by im za mnie nie zapłacił, nie mam złamanego pensa. Przysięgam, nie mieszam się w żadne porachunki, nie mam długów… To znaczy wiszę kumplowi pięćdziesiąt funtów, ale kto nasyłałby na mnie zbiry za pięćdziesiąt funtów?!
– Zdziwiłbyś się – westchnął Layamont. Adrenalina opadała i teraz był po prostu bardzo, bardzo wkurzony. – Tu nie jest bezpiecznie. Cass? Jakiś pomysł, gdzie go zabrać?
– Chyba do mnie?
– Nie jestem pewny, czy tam będzie bezpiecznie.
– Hotel?
Arthur jęknął. Sugestia była dobra, nawet bardzo dobra. Sam nie tak dawno proponował Cassianowi, aby ten przeniósł się do specjalnych apartamentów w Camelocie, hotelu Layamontów – znacznie lepiej chronionych niż mieszkanie Braywooda, którego bariery miały niestety parę słabych punktów. Tam mogliby spokojnie porozmawiać, a chłopak prawdopodobnie mógłby tam też zostać, jeśli okazałoby się, że potrzebuje schronienia.
Tyle że w tej chwili dziadek i ojciec byli na Arthura mocno zirytowani. A poza tym, chociaż prawdopodobnie żadnemu z nich nie musiałby wyjaśniać, dlaczego udostępnił lokal najlepszemu przyjacielowi, o tyle wpuszczenie do prywatnego skrzydła Camelotu przypadkowego dzieciaka na pewno wywołałoby parę pytań.
– Na piechotę to prawie godzina stąd, a ten tu… Peter… chyba nie bardzo może chodzić.
– Spróbuję – obiecał szybko Peter. – Nie będę was opóźniał, tylko mnie tu nie zostawiajcie. Może komisariat? To przecież trzeba zgłosić. Chociaż nie, Merlinie, nie komisariat! – zmienił zaraz zdanie, co wydało się Arthurowi trochę podejrzane, ale uznał, że powody mogą poznać później.
– Możemy pójść do mnie i… wezwać taksówkę, żeby pojechać do Camelotu? – zaproponował Cassian.
Pechowo Arthur przyjechał do niego komunikacją miejską. Nie zamierzał ryzykować, bo jego auto rzucało się w oczy i ostatnio, gdy zaparkował je przed kamienicą Cassiana, próbowano je ukraść.
– Znajdźmy telefon i zadzwońmy do Careyów – powiedział z pewną rezygnacją. – Cass, musisz kupić sobie wreszcie auto.
– Nienawidzę prowadzić w korkach i we mgle. A poza tym ty też powinieneś kupić sobie auto. Takie normalne, nie to, które masz ty jeden w całym Donlonie, więc każdy z daleka wie, kto jedzie…
– Nawet mnie nie wkurzaj – westchnął Layamont. – Proszę z nami, panie Grey. Po drodze może szanowny pan nam opowie, co dokładnie się stało?
Po tym, jak w kamienicy Careyów wreszcie pojawili się Lance i Cassian, którzy opowiedzieli o nieudanej próbie porwania Petera Greya, Ava postanowiła zachować się rozsądnie, to jest – zamiast popędzić do Scotland Yardu albo hotelu Layamontów, zjadła coś i poszła się zdrzemnąć na cztery godziny. Później jednak, chociaż tego dnia w teorii miała wolne, wróciła na komisariat.
Peter Grey, chwilowo przebywający w gościnie w Camelocie, nie chciał zgłaszać sprawy – jak przyznał, dociśnięty przez Arthura, z prostego powodu: miał przy sobie parę nielegalnych substancji („do własnego użytku, przysięgam, i to żadne mocne rzeczy, kolega załatwił, nie zadaję się z żadnymi dealerami, nie dlatego mnie napadli!”). To w tej chwili mało interesowało Avę. Dużo bardziej obchodził ją fakt, że Grey pomagał prowadzić kursy przy Galerii Donlońskiej.
Był malarzem, po ukończeniu Avallen dostał stypendium i przez dwa lata brał udział w kursach malarskich, organizowanych przez rodzinę Songów, właścicieli Galerii. Teraz, zgodnie z warunkami stypendium, sam pracował jako asystent podczas kursu dla artystów z całej Europy. Współprowadzącym kurs był jeden z Songów, a Peter wynajmował mieszkanie z innym pracownikiem Galerii. Miał więc powiązania z rodziną wywodzącą się z linii jednej z założycielek, Cassandry Bird, i dostęp do Galerii, będącej jednym z rdzeni.
Peter po zajęciach wyszedł do klubu, opuścił go nad ranem i został napadnięty, kiedy wracał do siebie. Zdołał wyrwać się napastnikom i podczas ucieczki wpadł na Arthura i Cassiana.
Charlotte Parr ze Świątyni Westminsterskiej.
Peter Grey z Galerii Donlońskiej.
Wiedzieli, że Richarda interesują rdzenie. Caleb Blythe już wcześniej obstawiał, że obierze za cel Galerię, choć wtedy ostatecznie padło na Pogorzelisko. Najwyraźniej teraz, po Avallen, Moście i wieży Big Bena, Richard faktycznie zainteresował się dwoma kolejnymi rdzeniami magii.
– Cześć. Wpadłaś zobaczyć egzorcyzmy?
Ava uniosła głowę znad papierów, które właśnie przeglądała. Komputer znów szwankował, a ona usiłowała sprawdzić, czy ktoś zgłosił zaginięcie Agathy Mayferd. Wyglądało na to, że nie, chociaż kapłanka, z którą rankiem rozmawiał Marcus, obiecała, że przyjrzą się tej sprawie i że przekaże prośbę do arcykapłanki.
– Jakie egzorcyzmy? Co, kto, jak, dlaczego? Mamy znowu jakieś opętanie? – spytała, obrzucając nieco nieprzytomnym spojrzeniem Jamesa Careya, który oparł się o jej biurko. Przez dwie doby zdołała przespać ledwo kilka godzin, a jej sny były pełne koszmarów i nie wystarczyło to niestety, aby umysł Avy pracował na najwyższych obrotach.
James Carey był mężczyzną wielkim, a przynajmniej takie określenie jako pierwsze przychodziło Avie na myśl. Większość Careyów była wysoka, ale on był najwyższą osobą na komisariacie. Z natury mocno zbudowany, spędzał na siłowni przynajmniej dziesięć godzin w tygodniu, i kochał równie gorącą miłością pączki oraz koktajle proteinowe.
– Marcus ci nie powiedział? – zdumiał się kuzyn i przechylił w jej stronę, kolejne słowa wypowiadając półgłosem. – Cromwell wraca dziś ze zwolnienia i po klątwołamaczach i specjaliście od zaklętych przedmiotów ściągnął egzorcystę. Uważa, że skoro to nie klątwa i że jeśli w jego gabinecie niczego nie zaklęto, to pokój może być nawiedzony. Przez ducha Thomasa Doherty’ego.
– Jemu już kompletnie odbiło – odparła z niedowierzaniem Ava. – Tak wiesz, totalnie i absolutnie. Marcus coś wspominał, ale wyleciało mi z głowy, i no… myślałam, że mnie wrabia? On czasem lubi opowiadać takie historie. Pamiętasz, jak miałam dziesięć lat i wmówił mi, że nasz strych jest nawiedzony i to stąd te wszystkie dziwne stukania, a to był po prostu wiatr?
– Pamiętam. – James uśmiechnął się mimowolnie. – Dostał potem szlaban, bo postanowiłaś przeprowadzić się na strych i przeniosłaś tam masę swoich rzeczy, zanim ktoś się zorientował.
– Hej, bardzo chciałam spotkać jakiegoś ducha – odparła obronnym tonem Ava. – Właśnie przeczytałam taką książkę o dziewczynce, która zaprzyjaźniła się z duchem i… Dobra, nieważne. Tym razem Marc mówił poważnie, tak?
– Cromwell naprawdę umówił na dziś egzorcystę. Na początku wydawał się całkiem rozsądny, ale chyba to, co się tu ostatnio dzieje… źle na niego wpłynęło.
Omal nie przewróciła oczami. Tak, Cromwell na początku mógł uchodzić za rozsądnego, był tylko ten drobny fakt, że dogadał się z Richardem Woodville’em. Ava nie miała pojęcia, co potężny czarodziej mu zaoferował, zwłaszcza że ich komendant nie pochodził z Donlonu i z żadnego z założycielskich rodów, ale ktoś, kto uległ, zupełnie nie nadawał się na szefa Scotland Yardu.
