Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu - Gregory Maguire - ebook
NOWOŚĆ

Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu ebook

Gregory Maguire

4,3

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Niezwykła historia, która wciąga i zmusza do myślenia. Już nigdy więcej nie będziecie patrzeć na krainę Oz tymi samymi oczami.

Kiedy w klasycznej opowieści L. Franka Bauma Dorotka triumfuje nad Złą Czarownicą z Zachodu, poznajemy tylko jej część historii. A gdyby tak spojrzeć na te wydarzenia z perspektywy tajemniczej Czarownicy? Skąd się wzięła? Jaką drogę wybrała? Dlaczego stała się taka zła?

W świecie stworzonym przez Gregory’ego Maguire’a zwierzęta mówią i walczą o swoje prawa obywatelskie, Manczkinowie starają się wejść do klasy średniej, a Blaszany Drwal pada ofiarą przemocy w rodzinie. W tym świecie mała zielonoskóra dziewczynka o imieniu Elfaba wyrośnie na osławioną Złą Czarownicę z Zachodu. Bystra, zjadliwa i nierozumiana zmusi was do ponownego przemyślenia swoich przekonań na temat natury dobra i zła.

Na podstawie powieści Gregory’ego Maguire’a powstał musical Wicked, który odniósł niebywały sukces.

Niewiarygodny wyczyn literacki. Maguire stworzył jedną z największych bohaterek w literaturze fantasy.

„Los Angeles Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 639

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Gregory Maguire Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu Tytuł oryginału Wicked. The Life and Times of the Wicked Witch of the West ISBN Copyright © 1995 by Gregory MaguireAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021 Adiustacja Adriana Staniszewska, Monika Stanek Projekt okładki i stron tytułowych Maciek Wolański Rysunek mapy Copyright © Douglas Smith Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Ta książka jest dla Betty Levin i dla wszystkich tych, którzy nauczyli mnie kochać i obawiać się dobroci.

 

 

Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali tę książkę jako pierwsi. Byli to: Moses Cardona, Rafique Keshavjee, Betty Levin i William Reiss. Ich rady okazały się bardzo pomocne, a wszelkie niedoskonałości, jakie pozostały w tekście, wynikają z mojej winy.

Chciałbym również podziękować Judith Regan, Mattowi Roshkowowi, Davidowi Groffowi i Pameli Goddard za entuzjazm, z jakim przyjęli „Wicked”.

Na koniec chciałbym wyrazić swoją wdzięczność przyjaciołom, z którymi gawędziłem na temat zła w ciągu ostatnich dwóch lat. Są oni zbyt liczni, by ich wszystkich wymienić z nazwiska, dlatego ograniczę się do kilku. Byli to: Linda Cavanagh, Debbie Kirsch, Roger i Martha Mock, Katie O’Brien i Maureen Vecchione, paczka z Edgartown w Massachusetts i mój brat, Joseph Maguire, od którego pożyczyłem kilka pomysłów. Będę mu wdzięczny, jeśli mnie za to nie pozwie.

Ci bardzo dziwni ludzie chcieliby uchodzić za dużo gorszych, niż są w istocie.

— Daniel Defoe, A System of Magick

Tak zwani wielcy ludzie są dla wydarzeń historycznych etykietami dającymi nazwę wydarzeniu i tak samo jak etykiety nader mało mają wspólnego z samym wydarzeniem. Każde ich działanie, które im samym wydaje się zależne od ich woli, w sensie historycznym nie zależy od ich woli, lecz pozostaje w związku z całym biegiem historii i jest od wieków z góry określone.

— Lew Tołstoj, Wojna i pokój, TŁum. Andrzej Stawar, Wyd. TPPR „Współpraca”, Warszawa 1988, tom II, s. 11

— Cóż — powiedziała Głowa. — Oto moja odpowiedź. Nie masz prawa spodziewać się, że odeślę cię do Kansas, chyba że w zamian zrobisz coś dla mnie. W tym kraju każdy musi płacić za wszystko, co otrzymuje. Jeśli chcesz, żebym użył magicznej mocy, żeby odesłać cię do domu, musisz wpierw sama coś dla mnie zrobić. Pomóż mi, a ja pomogę tobie.

— Co mam zrobić? — spytała dziewczynka.

— Zabić Złą Czarownicę z Zachodu — odpowiedział Oz.

— L. Frank Baum, CzarnoksiĘŻnik z Krainy Oz, TŁum. Paweł Łopatka, Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2008, s. 66

Prolog

Na drodze brukowanej żółtą kostką

Półtorej mili ponad krainą Oz Czarownica unosiła się na wietrze niczym zielony, poderwany z ziemi liść. Wokół niej rozbłyskiwały białe i purpurowe letnie błyskawice. Na dole widać było ostry zakręt drogi z żółtej kostki — wyglądał zupełnie jak luźna pętla na szubienicy. Choć jej nawierzchnię zniszczyły zimowe burze i łomy agitatorów, nadal wiodła niezmordowanie prosto do Szmaragdowego Miasta. Czarownica widziała, jak podróżni suną po niej z mozołem, jak omijają wzniesienia miejsca, przeskakują dziury, a potem, kiedy droga znów staje się łatwa, podskakują z radości. Wydawali się zupełnie obojętni na los, jaki ich czeka. Ale nie do Czarownicy należało uświadamianie ich.

Przytrzymując się miotły jak poręczy, zstąpiła z nieba niczym jedna z jej latających małp. Przysiadła na najwyższej gałęzi wierzby. Poniżej, pod pokrywą liści, odpoczywała na ziemi jej zwierzyna. Czarownica wsunęła sobie miotłę pod pachę. Schyliła się i cicho, powolutku, zaczęła zsuwać w dół, aż znalazła się ledwie sześć metrów nad wędrowcami. Zwieszające się nisko gałęzie falowały na wietrze. Czarownica patrzyła i słuchała.

Wędrowców było czworo. Widziała dużego Kota — Lwa? — i błyszczącego drwala. Blaszany Drwal wyciągał wszy z grzywy Lwa, a ten pomrukiwał i wiercił się wyraźnie zdenerwowany. Strach na Wróble leżał na wznak i zdmuchiwał dmuchawce. Dziewczynki nie było widać za falującą zasłoną z wierzbowych gałęzi.

— Powiadają, że ta siostra, która jeszcze żyje, jest kompletnie szalona — odezwał się Lew. — To Czarownica. Ma spaczony umysł i jest opętana przez demony. Całkiem sfiksowana. Niezbyt to sympatyczny widok.

— Wykastrowano ją przy urodzeniu — wyjaśnił spokojnie Blaszany Drwal — bo urodziła się hermafrodytą, a może w ogóle chłopcem.

— Tak, tak, ty to wszędzie widzisz kastrację, na każdym kroku — mruknął Lew.

— Ja tylko powtarzam, co ludzie gadają — zaprotestował Blaszany Drwal.

— Każdy ma prawo do własnej opinii — parsknął Lew lekceważąco. — Ja tam słyszałem, że brakowało jej matczynej miłości. Była maltretowana jako dziecko. Uzależniła się od leków przez chorobę skóry.

— Nie miała szczęścia w miłości — wpadł mu w słowo Blaszany Drwal. — Tak jak i my — dodał i położył rękę na piersi, jakby pogrążył się w żalu.

— To jest kobieta, która woli towarzystwo innych kobiet — stwierdził Strach na Wróble, siadając.

— To wzgardzona kochanka żonatego mężczyzny.

— Sama jest żonatym mężczyzną.

Czarownica była tak zaskoczona, że omal nie puściła gałęzi. Nigdy nie obchodziły jej plotki, jednak od tak dawna ich nie słyszała, że te żywo wyrażane opinie nic nieznaczących stworzeń zdumiały ją głęboko.

— To despotka. Niebezpieczny tyran — powiedział Lew z przekonaniem.

Blaszany Drwal pociągnął go za grzywę mocniej, niż to było konieczne.

— Dla ciebie wszystko jest niebezpieczne, ty tchórzu. Słyszałem, że stoi na czele ruchu wyzwoleńczego jakichś Winkulców.

— Kimkolwiek jest, na pewno opłakuje śmierć siostry — odezwała się dziewczynka, a jej poważny głos był zbyt głęboki, zbyt szczery jak na kogoś tak młodego. Czarownica poczuła gęsią skórkę.

— Nie zaczynaj jej współczuć. Ja tego nie potrafię — parsknął Blaszany Drwal ciut cynicznie.

— Ale Dorota ma rację — wtrącił się Strach na Wróble. — Żałoba nie omija nikogo.

Czarownica poczuła lekkie rozdrażnienie z powodu tych spekulacji. Obeszła pień drzewa, chcąc zobaczyć dziewczynkę. Wiatr się wzmagał. Strach na Wróble zadrżał i oparł się o Lwa, który przytulił go czule.

— Burza na horyzoncie — powiedział.

W oddali rozległ się grzmot.

— Na… horyzoncie… widać… Czarownicę — wyskandował Blaszany Drwal, łaskocząc Lwa.

Lew spłoszył się, jęknął i przewrócił się na Stracha na Wróble. Blaszany Drwal padł na nich obu.

— Przyjaciele, czy nie powinniśmy się strzec tej burzy? — spytała dziewczynka.

Wiatr uniósł wreszcie zasłonę zieleni i Czarownica ją zobaczyła. Mała przysiadła, podciągnęła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Wcale nie była delikatna. Nie, to była duża wiejska dziewczyna, ubrana w kraciastą biało-niebieską sukienkę i fartuszek. Na kolanach trzymała obrzydliwego małego psa, który kulił się i skomlał.

— Burza zbudzi w tobie strach. To normalne po tym, co przeszłaś — stwierdził Blaszany Drwal. — Spróbuj się uspokoić.

Czarownica zacisnęła palce na gałęzi drzewa. Nadal nie widziała twarzy dziewczynki, tylko jej silne ręce i czubek głowy, z włosami zaplecionymi w warkocze. Czy należało traktować ją poważnie, czy może była tylko dmuchawcem porwanym przez wiatr? Czarownica czuła, że gdyby tylko mogła zobaczyć jej twarz, poznałaby odpowiedź.

Ale kiedy przesunęła się na gałęzi, dziewczynka obróciła się, znów ukrywając buzię.

— Burza się zbliża, i to szybko. — Wiatr porwał niespokojne uczucia pobrzmiewające w jej głosie. Mówiła ochryple i gwałtownie, jak ktoś, kto walczy ze łzami. — Znam burze, wiem, co potrafią zrobić!

— Tu jesteśmy bezpieczni — zapewnił Blaszany Drwal.

— Na pewno nie — odparła dziewczynka. — To drzewo jest najwyższym punktem w okolicy i jeśli piorun uderzy, to właśnie tutaj. — Przytuliła mocniej psa. — Czy nie mijaliśmy po drodze szopy? Chodźcie, szybko. Strachu na Wróble, jeśli piorun uderzy, ty spłoniesz najszybciej. Chodźcie!

Poderwała się i pobiegła niezgrabnie naprzód, a jej towarzysze ruszyli za nią w narastającej panice. Kiedy zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, Czarownica wreszcie zobaczyła, ale nie twarz dziewczynki, tylko jej buty. Buty swojej siostry. Nawet w zapadającym zmroku błyszczały jak żółte diamenty i żarzące się krople krwi, i rogate gwiazdy.

Gdyby najpierw zobaczyła te buty, nie byłaby w stanie wysłuchać rozmowy dziewczynki i jej towarzyszy. Ale mała cały czas chowała stopy pod spódnicą. Czarownica poczuła pożądanie. Te buty powinny należeć do niej! Czyż nie wycierpiała już dość, czyż nie zasłużyła na nie wreszcie? Miała ochotę rzucić się z góry na dziewczynkę i zerwać jej buty z zuchwałych stóp.

Ale burza, przed którą po drodze brukowanej żółtą kostką coraz szybciej zmykali wędrowcy, niepokoiła Czarownicę dużo bardziej niż dziewczynkę i Stracha na Wróble, którego mogła spalić błyskawica. Czarownica musiała się bowiem chronić przed działaniem złośliwej, podstępnej wilgoci. Musiała się schować między wystające korzenie wierzby, gdzie woda nie mogła jej zagrozić, i poczekać, aż burza minie.

Czarownica jednak wróci. Trudny klimat polityczny Krainy Oz pokonał ją, wyczerpał, odrzucił — unosiła się niczym siewka, niezdolna nigdzie zapuścić korzeni. Z pewnością jednak to Kraina Oz była przeklęta, a nie ona. Bo choć skrzywiła jej życie, czy nie dała jej również siły?

To bez znaczenia, że wędrowcy uciekli. Czarownica może poczekać. Spotkają się znowu.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

I – Manczkinowie

Korzenie zła

Myślę, że to będzie dzisiaj. Zobacz, jak opuścił mi się brzuch — powiedziała żona z pościeli.

— Dzisiaj? To dla ciebie typowe. Wszystko, co robisz, jest przewrotne i niewłaściwe — odparł mąż, drażniąc się z nią. Stał w progu i wyglądał na zewnątrz: na jezioro, pola i porośnięte lasem wzgórza za nimi. W oddali widział kominy Pospiesznych Granic i unoszący się z nich dym, znak, że szykują tam poranny posiłek. — To najgorszy możliwy moment dla moich duszpasterskich obowiązków. Jakżeby inaczej.

Żona ziewnęła.

— Nie mamy chyba wyboru. Przynajmniej tak słyszałam. Ciało czeka odpowiednio długo, a potem samo podejmuje decyzję. Jeśli nie możesz się z tym pogodzić, kochany, lepiej usuń się z drogi, bo ono teraz działa po swojemu i nic go nie powstrzyma. — Uniosła się z poduszki, patrząc na niego ponad wielkim brzuchem. — Czuję się, jakbym była jego zakładniczką. Albo zakładniczką tego dziecka.

— Wykaż trochę samokontroli. — Podszedł do niej i pomógł jej usiąść. — Myśl o tym jak o ćwiczeniu duchowym. O powściąganiu zmysłów. O wstrzemięźliwości, cielesnej i moralnej.

— Jak o samokontroli? — powtórzyła, po czym roześmiała się i przesunęła na brzeg łóżka. — Nie zostało mnie dosyć, żebym mogła coś kontrolować. Jestem tylko nosicielem tego pasożyta. Gdzie ja się właściwie podziałam?

— Pomyśl o mnie. — Jego ton się zmienił. Mówił serio.

— Freksie, kiedy wulkan jest gotów do wybuchu, żaden pastor na świecie nie skłoni go modlitwą do spokoju.

— Co pomyślą moi koledzy po fachu?

— Zbiorą się i powiedzą: „Bracie Frexsparze, pozwoliłeś swojej żonie urodzić wasze pierwsze dziecko, kiedy twoja wspólnota miała do rozwiązania poważny problem. Jakże nierozważnie postąpiłeś! To oznaka braku autorytetu. Zwalniamy cię ze stanowiska”. — Żartowała sobie z niego, bo nie było tu nikogo, kto mógłby go zwolnić. Najbliższy biskup mieszkał za daleko, by zwracać uwagę na postępowanie jakiegoś unionistycznego pastora na prowincji.

— to po prostu niewłaściwy moment.

— Mam wrażenie, że połowa winy spada na ciebie — odparła.

— Istotnie, choć mnie to zastanawia.

— Doprawdy? — roześmiała się, odrzucając głowę w tył. Linia jej szyi, od ucha do wgłębienia poniżej gardła, przypominała Freksowi elegancką srebrną łyżkę wazową. Nawet nieporządna, prosto ze snu i z ogromnym brzuchem, była majestatycznie piękna. Jej włosy były jasne i lśniące, niczym wilgotne, opadłe liście dębu na słońcu. Obwiniał ją za to, że urodziła się wśród uprzywilejowanych, i podziwiał jej wysiłki, by to odrzucić. I przez cały czas ją kochał, naprawdę.

— Chcesz powiedzieć, że się zastanawiasz, czy jesteś ojcem? — Złapała się oparcia łóżka. Frex chwycił ją za drugą rękę i pociągnął. Stanęła na nogach. — Czy może kwestionujesz koncepcję ojcostwa w ogóle? — Stała niczym olbrzymia wyspa na nogach.

Bardzo powoli podeszła do drzwi, śmiejąc się z własnych rozważań. Słyszał jej śmiech w wychodku, gdy zaczynał gotować się do dzisiejszej bitwy.

Uczesał brodę i posmarował pomadą włosy. Zapiął na karku klamerkę wykonaną z kości i skóry, żeby włosy nie opadały mu na twarz, bo dziś jej wyraz musi być czytelny z daleka. Nie może być żadnych wątpliwości co do znaczenia jego słów. Poczernił brwi sadzą i posmarował policzki odrobiną czerwonego wosku. Pomalował wargi. Przystojny pastor przyciąga więcej wiernych niż skromny.

Melena płynęła przez podwórko, nie ciężko, jak kobiety w ciąży, ale jakby była nadmuchana, jakby była wielkim balonem wlokącym po ziemi sznurek. W jednej ręce niosła patelnię, a w drugiej kilka jajek i wąsate końcówki jesiennego szczypiorku. Nuciła pod nosem, ale urywanie. Frex miał jej nie słyszeć.

Kiedy zapiął już górne guziki ciemnej sutanny i zatrzasnął klamerki sandałów na nogawkach, wyciągnął z ukrycia — spod komody — raport, który przesłał mu pastor z wioski Trzy Uschnięte Drzewa. Ukrył ciemne kartki pod szarfą. Chował je przed żoną, obawiając się, że będzie chciała z nim iść, żeby się zabawić, jeśli to będzie zabawne, albo poczuć strach, jeśli będzie straszne.

Odetchnął głęboko, przygotowując płuca na całodniowe wygłaszanie kazań. Melena zanurzyła w patelni drewnianą łyżkę i zamieszała jajka. Z drugiej strony jeziora dobiegał dźwięk krowich dzwonków, ale go nie słuchała. Słuchała czegoś innego, czegoś, co działo się w środku niej. To był dźwięk bez melodii, niczym muzyka snu, pamiętana ze względu na swój efekt, a nie na harmoniczne wzloty i upadki. Wyobrażała sobie, że to dziecko w jej brzuchu nuci z radości. Wiedziała, że to będzie muzykalny chłopiec.

Usłyszała Freksa w głębi domu, jak zaczyna improwizować, rozgrzewać się, przywoływać potoczyste frazy argumentacji, przekonywać samego siebie o własnej słuszności.

Jak szła ta piosenka, którą wiele lat temu, w pokoju dziecięcym, śpiewała jej Niania?

Nad ranem urodzone,

nieszczęście niedostrzeżone;

bachor popołudniowy

nieszczęsny jest i pechowy;

urodzone wieczorem,

nieszczęsnem będzie i chorem.

Nocą na świat przychodzi

poranny los już nadchodzi.

Mimo wszystko wspominała tę piosenkę jako żart, z sympatią. Nieszczęście to naturalny kres życia, ale przecież i tak rodzimy dzieci.

Nie, Niania odezwała się niczym echo w myślach Meleny (i jak zwykle wygłaszała własne opinie). Nie, nie, ty mała, śliczna, rozpieszczona lafiryndo. Wcale nie rodzimy dzieci ot tak, to oczywiste. Rodzimy dzieci tylko wtedy, gdy jesteśmy na tyle młode, że nie wiemy, jak ponure jest życie. Kiedy już się o tym przekonujemy — a my, kobiety, uczymy się powoli — usychamy i rozsądnie przestajemy sprowadzać na ten świat dzieci.

Ale mężczyźni nie usychają, zaprotestowała Melena. Do śmierci mogą dawać życie.

Och, my uczymy się powoli, ale oni nie uczą się wcale, wyjaśniła Niania.

— Śniadanie — powiedziała Melena, przekładając jajecznicę na drewniany talerz. Jej syn nie będzie tak tępy jak większość mężczyzn. Wychowa go tak, by stał się zaprzeczeniem postępującego procesu nieszczęścia.

— To dla naszej społeczności moment kryzysu — recytował Frex.

Jak na człowieka, który potępia uciechy tego świata, jadł bardzo elegancko. Uwielbiała patrzeć na skomplikowaną arabeskę, jaką przy jedzeniu tworzyły jego palce i dwa widelce. Podejrzewała, że pod tym szlachetnym ascetyzmem kryje się tęsknota za łatwym życiem.

— Każdy dzień to wielki kryzys dla naszej społeczności — powiedziała niedbale, tak jak to robią mężczyźni. Kochany tępak nie usłyszał nawet ironii w jej głosie.

— Stoimy na rozdrożu. Nadciąga bałwochwalstwo. Tradycyjne wartości znajdują się w niebezpieczeństwie. Prawda broni się w twierdzy, a cnota zostaje odrzucona.

Nie mówił do niej, tylko ćwiczył tyradę przeciwko zbliżającemu się spektaklowi przemocy i magii. We Freksie czaiła się rozpacz, lecz w przeciwieństwie do większości mężczyzn potrafił ją opanować i wykorzystać w swojej pracy. Melena z trudem usiadła na ławce. W jej głowie śpiewał, bez słów, cały chór. Czy to normalne przy porodzie? Chciałaby móc zapytać o to te wścibskie miejscowe kobiety, które przyjdą dziś po południu powarczeć cicho na jej stan. Ale nie śmiała. Wprawdzie nie potrafiła się pozbyć swego ślicznego akcentu, który one uważały za afektowany, ale mogła przynajmniej ukryć swą ignorancję w tak podstawowych sprawach.

Frex zauważył jej milczenie.

— Nie jesteś zła, że zostawiam cię dziś samą?

— Zła? — uniosła brwi, jakby nigdy wcześniej taka myśl nie przyszła jej do głowy.

— Historia kuśtyka na nogach maluczkich, gdy równocześnie działają większe, odwieczne siły — wyjaśnił Frex. — Nie można uczestniczyć i w jednym, i w drugim.

— Nasz syn może nie należeć do maluczkich.

— To niewłaściwa pora na sprzeczkę. Chcesz mnie oderwać od mego świętego zadania? Dziś w Pospiesznych Granicach staniemy w obliczu prawdziwego zła! Nie mógłbym żyć dalej, gdybym to zignorował. — Naprawdę tak myślał i właśnie to jego zaangażowanie sprawiło, że się w nim zakochała. Ale, co oczywiste, to również za nie go nienawidziła.

— Zagrożenia się pojawiają… i będą pojawiać się jeszcze wielokrotnie. — To były jej ostatnie słowa na ten temat. — Twój syn urodzi się tylko raz, a jeśli te ruchy w moim brzuchu są jakąś wskazówką, myślę, że zrobi to dzisiaj.

— Będziemy mieć inne dzieci.

Odwróciła się, żeby nie widział wściekłości na jej twarzy.

Ale nie potrafiła chować do niego urazy. Być może na tym polegał jej moralny upadek. (W zasadzie nie przejmowała się specjalnie moralnymi upadkami; posiadanie pastora za męża to dość religijności jak na jedną parę). Pogrążyła się w ponurym milczeniu. Frex bawił się jedzeniem.

— To diabeł — westchnął. — Diabeł nadchodzi.

— Nie mów takich rzeczy w dniu, kiedy ma się urodzić nasze dziecko!

— Mam na myśli pokusę, która pojawi się w Pospiesznych Granicach. Wiesz doskonale, o czym mówię, Meleno!

— Słowa to słowa, a co zostało powiedziane, to zostało powiedziane! Nie wymagam od ciebie całej uwagi, Freksie, ale potrzeba mi jej choć trochę. — Głośno odstawiła patelnię na ławkę, która stała przy ścianie chaty.

— Spójrz na to z innej strony. Jak sądzisz, przeciwko czemu będę dziś występować? Jak mam przekonać moje stadko, by odwróciło się od tego spektaklu fałszywego bałwochwalstwa? Zapewne wrócę dziś do domu pokonany przez bardziej widowiskową atrakcję. Ty dziś coś osiągniesz, zostaniesz matką, a mnie czeka klęska. — Jednak kiedy to mówił, wyglądał dumnie. Klęska w walce o moralność najwyraźniej dawała mu satysfakcję. Jak można ją było porównywać z ciałem, krwią, zamieszaniem i bieganiną związanymi z rodzeniem dzieci?

Wstał wreszcie, gotów do wyjścia. Znad jeziora poderwał się wiatr, przychylając od góry kolumny dymu unoszącego się z kominów. Wyglądają jak leje wody spływającej do odpływu, pomyślała Melena.

— Bądź zdrowa, moja ukochana — powiedział Frex, choć zdążył już przybrać się w publiczną powagę, od czoła po czubki butów.

— Jasne — westchnęła Melena. Dziecko kopnęło ją mocno i znów musiała iść do wychodka. — Bądź dziś święty, a ja będę o tobie myśleć, ty mój moralny kręgosłupie, ty moja zbrojo chroniąca przed grzechem. Postaraj się nie dać zabić.

— Niech się dzieje wola Nienazwanego Boga — zaintonował Frex.

— I moja również — odparła bluźnierczo.

— Skieruj swoją wolę ku temu, co jej przystoi — nakazał.

Teraz był pastorem, a ona grzesznicą. Niespecjalnie odpowiadał jej ten układ.

— Do widzenia — powiedziała i wybrała smród wychodka, zamiast machać mężowi, póki nie zniknie jej z oczu na drodze do Pospiesznych Granic.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki