Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Czasem jedno kliknięcie wystarczy, by obudzić coś, co miało nigdy nie wrócić…
„Na samą myśl o tym człowieku krew mnie zalewa. Nigdy, przenigdy nie miałam problemów z innymi lokatorami, ale ten… Och! Nie ma dnia, w którym oczyma wyobraźni nie odcinam mu głowy”. Ponoć z sąsiadem najlepiej wychodzi się… z klatki. A co jeśli ten nieokrzesany troglodyta w wirtualnej rzeczywistości okaże się czarującym mężczyzną?
Jeden blok, dwoje sąsiadów i kilkaset wysłanych maili. W dzień nie potrafią na siebie patrzeć, w nocy nie potrafią przestać do siebie pisać. Ona i on – oboje dźwigają bagaż przeszłości, złych decyzji, wypalenia. W realnym świecie dzieli ich każdy szczegół. Online łączy wszystko, o czym boją się mówić na głos. Nie wiedzą tylko, że wysłane wiadomości trafiają bliżej niż myślą, a miłość… mieszka tuż obok.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 247
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 6 godz. 15 min
Lektor: Gaya Rosa
Tę książkę dedykuję wszystkim tym, którym
kiedykolwiek zdarzyło się
odpowiedzieć:
„U mnie spoko, wszystko gra”,
choć wcale tak nie było.
Według Wikipedii żałoba to „tradycyjne uzewnętrznione odzwierciedlenie” tego, co się dzieje z kimś, kto stracił kogoś bliskiego.
Słownik języka polskiego definiuje to jako „smutek po śmierci kogoś bliskiego” bądź „określony czas po śmierci bliskiej osoby, w którym nosi się odpowiedni strój i nie uczestniczy w życiu towarzyskim”.
Według obu źródeł żałoba trwa pewną bliżej nieokreśloną jednostkę czasu. Tradycje ludowe przekazywane z pokolenia na pokolenie mówią o miesiącu, półroczu czy roku w zależności od stopnia pokrewieństwa.
Ale jak wrócić do normalności?
Jak dalej żyć, kiedy wszystko przypomina mi o tobie…
Oddałbym duszę, by choć przez chwilę móc cię zobaczyć, usłyszeć, dotknąć. Nie do wyobrażenia jest ból, który czuję, odkąd cię nie ma.
Mówią, że czas leczy rany, a ból w końcu minie.
Zapewniają, że lada moment się pozbierasz i staniesz na nogi.
Mówią… ale to tylko puste słowa. W dodatku nieprawdziwe.
– Jestem taka naiwna!
– Kama, przede wszystkim uspokój się i przestań się mazać. Masz, pij!
Moja przyjaciółka Aśka próbuje załagodzić sytuację, podtykając mi pod nos kieliszek wina. Wypijam jego zawartość duszkiem, choć wiem, że to wcale nie pomoże. Nie w obecnej sytuacji.
– Tyle miesięcy, a ja nic! – lamentuję. – Jak mogłam być taka głupia?! Że też się nie zorientowałam wcześniej…
– Może to był tylko ten jeden raz…
Po minie kumpeli widzę, że nawet ona nie wierzy w to, co mówi. Błażej mnie zdradził. Koniec kropka. Tu nie ma co analizować, czy był to raz, czy też nie. Zdrada to zdrada.
– Dobra, to, co powiedziałam, było idiotyczne.
– Cholera, przecież ja przynajmniej raz w tygodniu piszę o zdradach! „Jak wywęszyć zdradę”, „Czy on ma kochankę?”, „Pięć oznak, że on kogoś ma”… Jak mogłam nie połączyć kropek! – Prycham.
– No tak, to by tłumaczyło te jego nadgodziny.
– Nadgodziny, zmianę fryzury, karnet na siłownię, nowe koszule! – wymieniam, czując, jak złość mnie zalewa. – Co za…
– Łajdak! – kończy za mnie Asia.
Ma rację. Wstrętny, podły łajdak. Jak on tak mógł?!
– Bardzo żałuję, że cię wtedy namówiłam…
– Mówię ci, Aśka, dziewięć lat razem i nic! – warczę. – Zero deklaracji, zero emocji, zero więzi! W ogóle się nie posuwamy!
– A bez „ogółu” to się niby posuwacie? – Asia bez cienia zawstydzenia powątpiewa w moje życie seksualne.
W odpowiedzi burczę pod nosem mało wyszukane przekleństwo, choć i tak wiem, że ona tego nie usłyszy. O tej godzinie w Elektrowni Powiśle panuje już spory zgiełk. Sięgam po swój telefon i zerkam na ekran. Brak nowych wiadomości. Ze złości wypijam całego drinka.
Od przeszło trzech miesięcy Błażej spędza długie godziny w biurze. Ponoć robi to po to, by nasze wspólnie założone wydawnictwo nie upadło. To nasze jedyne „dziecko”. Marzyliśmy o tym, odkąd się poznaliśmy. Ja, świeżo upieczona dziennikarka oraz felietonistka, i on, z wykształcenia historyk, znawca literatury, dziennikarz. Mieliśmy wspólne zainteresowania, pasje, chęci rozwoju i nawracania społeczeństwa na tory wyśmienitej literatury.
Zapewne jego intencje są dobre… ale do szału doprowadza mnie fakt, że daliśmy się skomercjalizować, że zamiast wydawać poważną i wartościową literaturę, publikujemy i piszemy do gównianych magazynów dla kobiet oraz poradników, które nic dobrego nie wnoszą, a jedynie wyolbrzymiają już i tak wygórowane oczekiwania wobec ludzi.
– Nie tak to sobie wyobrażałam – mówię i ciężko wzdycham. – Błażej uważa, że to nie jest najlepszy moment na dziecko, że nie mamy płynności finansowej, że on jeszcze nie czuje potrzeby… Ale co ze mną?! Ja chcę iść dalej! Nie chcę być bez końca jego dziewczyną, zresztą po tylu latach to brzmi idiotycznie. Mam trzydzieści osiem lat! To ostatni gwizdek, za chwilę będzie już za późno na dzieci…
– Dzieci są przereklamowane.
– I mówi to kobieta, która przez prawie godzinę nie może się pożegnać ze swoimi, by wyjść z przyjaciółką na drinka.
– Dlatego wiem, co mówię! Dzieci robią sieczkę z mózgu. – Aśka śmieje się głośno. – Poza tym teraz kobiety mogą rodzić dzieci i po czterdziestce, nie tak jak nasze babki, więc jak będziecie oboje gotowi, to dacie radę.
– Ech… Mam wrażenie, że się od siebie odsunęliśmy. Albo się nie widujemy przez pracę, albo nie gadamy ze sobą, bo jesteśmy zmęczeni po pracy.
– Oj, dobra, nie zrzędź! Jesteście razem dziewięć lat, macie chwilowo małe kłopoty zarówno w pracy, jak i w związku, ale nie wy pierwsi i nie ostatni.
– No to mnie pocieszyłaś – burczę, posyłając jej krzywe spojrzenie.
– Bo to nie miało być pocieszenie. – Aśka się rozsiada i zakłada nogę na nogę. – Nakreśliłam ci twoją sytuację, ale to od ciebie zależy, co z tym zrobisz.
– Nie rozumiem. Co masz na myśli?
– Mężczyźni w odróżnieniu od kobiet są zadaniowcami. Mają problem, to go rozwiązują. Dla nich to proste i logiczne. – Z zaciekawieniem przysłuchuję się jej teorii. – Dla niego sprawą numer jeden jest teraz wasze – Aśka dosadnie podkreśla to słowo – wspólne dzieło, czyli wydawnictwo. Wpadł w wir pracy, a co za tym idzie, odsunął się od ciebie, nie okazuje ci uczuć, nie chce rozmawiać o pierdołach. Nie robi tego z premedytacją. On po prostu działa z jak najlepszymi intencjami, ale faceci nie opanowali jeszcze tej sztuki podziału uwagi. Przynajmniej nie do tego stopnia co kobiety. – Puszcza mi oczko i upijając łyk mocnego jak cholera drinka, skinieniem głowy wskazuje siedzącego nieopodal mężczyznę.
Przystojny brunet, dobrze ubrany – jej typ. Jak to Aśka mawia: mimo dwójki małych dzieci i męża w domu nie straciła poczucia estetyki i nadal lubi zawiesić oko na czymś interesującym, a raczej na kimś.
– No okej, już nieco bardziej rozumiem, ale co ja mam zrobić?
– Znam masę pracoholików, ale nie znam takiego, który by odmówił niespodziewanego numerku w pracy. – Aśka przechyla głowę i posyła mi wymowny uśmiech. – Szczególnie po godzinach, gdy nikogo już nie ma w biurze i można zaszaleć.
– A ja niczego nie żałuję! Dobrze, że to zrobiłam! Dobrze, że tam poszłam! Inaczej nigdy bym się nie dowiedziała, że od miesięcy pieprzy tę pindę z księgowości! – Ostatnie słowa wypowiadam, ledwo dysząc, a potem ponownie zanoszę się płaczem. – Tyle lat… Zmarnowałam tyle lat… Głupia! Chciałam ratować nasz związek… Chciałam urozmaicić… – Głośno wydmuchuję nos. – Byłam gotowa rodzić mu dzieci, a on…
Gdy po raz kolejny wpadam w histerię, Aśka kręci głową i sięga po butelkę wina.
– Jezu, daj mi siłę to przetrwać – szepcze do siebie i przechyla butelkę.
– Wszystko słyszałam!
– I dobrze! Musisz wziąć się w garść – oznajmia. – To, że Błażej i ta pinda z księgowości to para kanalii, już ustaliłyśmy. Teraz trzeba się zająć prawdziwymi problemami. Co z wydawnictwem?
– Nie wiem. Nie wrócę tam! – Pociągam nosem. – Nie mogę na niego patrzeć. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego.
To jedyne, co wiem. Nie chcę już nigdy więcej oglądać Błażeja. Niedobrze mi na samą myśl o nim, o tym, że miałabym się z nim spotkać w biurze, o wspólnych zebraniach, podejmowaniu decyzji.
– Okej, ale co z wydawnictwem? Sprzedacie je? Błażej spłaci ciebie?
Patrzę jej w oczy i nie potrafię powstrzymać łez.
– Jestem idiotką! Naiwną idiotką! – lamentuję. – Wszystko było zapisane na niego. Wszystko! Twierdził, że tak będzie lepiej, prawnie ominiemy dużo papierologii, że zaraz i tak weźmiemy ślub. Ja włożyłam w to wszystkie swoje oszczędności. Boże, jaka ja byłam głupia! – wyję.
– Spokojnie, większość zakochanych kobiet to naiwne idiotki! Pisałaś o tym nawet artykuł – żartuje. – Nie wolno się od razu poddawać. Trzeba tylko spokojnie pomyśleć! – Przyjaciółka chwyta w dłonie moją twarz i patrzy mi w oczy pełne łez. – Na bank przy formalizacji mieliście notariusza. Potwierdzenia wypłat z banku też możemy uzyskać.
Mimowolnie potakuję głową. Ma rację. Byłe pary potrafią walczyć w sądzie o rower czy kanapę.
– Potrzebuję dobrego adwokata i mieszkania do wynajęcia – oznajmiam rzeczowo. Nie mogę zalegać w mieszkaniu przyjaciółki bez końca. Nie żeby było mi źle, wiem jednak, że Asia ma swoje życie, swoją rodzinę, męża, dzieci, nie potrzebuje jeszcze mnie do niańczenia.
– I to mi się podoba! – Asia zaciera ręce. – Jutro pogadam z ojcem. Mamy w firmie niezłego prawnika. Mieszkanie też ci znajdę.
Cała ona. Mistrzyni ciętej riposty, złotych porad oraz tajników księgowości, pracująca w firmie budowlanej ojca i męża. Choć Aśka jest młodsza ode mnie siedem lat, mam wrażenie, że przebija mnie zarówno swoim mentalnym wiekiem, jak i życiowym doświadczeniem. Wychuchana córeczka z dobrego domu, której szalonych historii życia towarzyskiego nigdy nie poznali jej przemili rodzice. Na szczęście. Dziś przykładna żona i matka dwójki słodkich dzieciaczków. To dzięki historiom wziętym z jej „poprzedniego” życia jako singielki udało mi się napisać niejeden artykuł.
– Zobaczysz, wszystko się ułoży – zapewnia szczerze i czule mnie przytula. W tym samym momencie z sąsiedniego pokoju dobiega nas płacz. – O, widzisz, mówiłam, że dzieci są przereklamowane.
Zerkam na zegar. Na tarczy siódma trzydzieści. Jeszcze pół godziny tego cyrku i spieprzam na chatę. Wojtek, mój radiowy kumpel, kończy wątek z naszym dzisiejszym rozmówcą, jednym z topowych raperów młodego pokolenia, którego nowy kawałek jest hitem na TikToku albo – jak to młodzież mawia – tiktokowym viralem, cokolwiek to znaczy. Nie mogę narzekać, nie jestem znużony czy też zażenowany. Rozmowa przebiega płynnie i przede wszystkim interesująco. Czego, szczerze mówiąc, się nie spodziewałem, zważywszy na różnicę pokoleniową między nami.
Wojtek ciągnie temat o tym, że to fani definiują artystę, a w przypadku naszego gościa trudno odkryć, kim jest naprawdę. Dlatego się wcinam:
– Można powiedzieć, że twoje kawałki to rodzaj literatury rapu lub, jak co poniektórzy wolą mawiać, polskiego hip-hopu. A ty sam? Jesteś bardziej publiczny i rozrywkowy czy jednak bardziej intelektualny?
– To chyba zależy od dnia.
– A w jakim nastroju dzisiaj się obudziłeś? Podobno szybko się wkurwiasz. – Zza szyby dostaję ostrzeżenie od Gumy, dźwiękowca. – Ups, przepraszam, irytujesz. – Wznoszę dłonie w pokojowym geście, rozbawiając naszego gościa, bo dzisiejszy odcinek obfituje w przekleństwa, choć już na korytarzu przed nagraniem dostaliśmy reprymendę od szefa, tak na zaś. Razem z Wojtkiem tworzymy niekonwencjonalny, mało komercyjny autorski program i większość uwag szefa mamy, co tu dużo mówić, po prostu w dupie. Nie znajdzie nikogo, kto mógłby nas zastąpić. Dlatego też rozsiadam się wygodnie i melodyjnym głosem pytam: – Więc kiedy dziś się obudziłeś w naszym pięknym nadwiślańskim katolickim kraju, byłeś bardziej…
– Intelektualny – odpowiada poważnie nasz gość, po czym zaczyna się śmiać. – Pomyślałem: kurwa, młody, dostałeś zaproszenie od dwóch starych rekinów, Miśka i Wojtasa, nie spieprz tego. Cieszę się, że tu jestem. Serio, to wiele dla mnie znaczy.
– Starych?! Fatalnie ci idzie! – Wybucham śmiechem. – Powiedz mi, patrząc na to, że obracasz się wśród dzisiejszej młodzieży, owładniętej TikTokiem, Instagramem i Pornhubem, jak to możliwe, że tak gładko przechodzisz z… przepraszam, że to powiem. – Ciężko wzdycham, udając zafrasowanie. – Tak właściwie to nie przepraszam, nie jest mi przykro.
– Chryste, Misiek, już się martwiłem o ciebie! – wtrąca Wojtas.
– Mówiąc wprost, robisz z siebie kretyna w swoich social mediach, komunikując się ze swoimi fanami, i dziwi mnie, jak gładko przechodzisz do, może nie do końca kurtuazyjnej, ale jednak rozmowy na poziomie z dwoma, jak sam powiedziałeś, starymi rekinami.
– Udzielałeś już wywiadu komuś takiemu? – Wojtek podchwytuje temat.
– Zawsze udzielam wywiadów komuś starszemu – odpowiada. Niedziwne, ma dziewiętnaście lat. – Ale wy dwaj chyba jesteście najstarsi.
Wybucham śmiechem, widząc minę Wojtka, który dopiero załapał, do czego doprowadził.
– Szczególnie Wojtula, nasz radiowy emeryt. – Parskam. – Wiesz o co mi chodzi? – zwracam się ponownie do naszego gościa. – Potrafisz być poważny, potrafisz zaciekawić nas, dwóch facetów, którzy słyszeli już chyba wszystko, od ludzi ze sceny zarówno muzycznej, jak i patologicznie brzmiąc, celebryckiej. Szczerze? Nie spodziewałem się tego. Jestem pozytywnie zaskoczony.
– Ja również. Bałem się, że mnie tu żywcem zeżrecie.
– Już rozumiem ten motyw rekinów – żartuje Wojtas.
– Nie masz wrażenia, że robienie z siebie debila jest sprzedajne? – pytam, choć znam odpowiedź. Tak, jest. Sam to poniekąd robię na co dzień. – Dzisiejszy świat kreuje na celebrytów idiotów. To się klika. To się sprzedaje.
– Henryk Sienkiewicz daje lajka! – Nasz gość się zaśmiewa, a ja coraz bardziej go lubię.
– Ale rozumiesz, o co mi chodzi? My, ja, Wojtas i nasze pokolenie, raczej już nie mamy szans w takich mediach zrobić kariery, wybić się. Wyobraź sobie, że… no, nie wiem… załóżmy, że w domowym zaciszu piszę o miłości i pewnego dnia odważyłbym się wyrecytować na TikToku swój wiersz. I co?
Dźwiękowiec puszcza odgłos pierdnięcia. Wojtek i nasz gość parskają śmiechem. Znamy się aż za dobrze.
– No właśnie. Shit. Ginę między laskami świecącymi cyckami i kolesiami z nagimi klatami ze światłem za plecami, bo inteligencja się nie sprzedaje. Tam właśnie brak poziomu to estetyczny wyznacznik, IQ nie ma żadnego znaczenia.
– Misiek, jak ty mi imponujesz! Znasz wszystkie najnowsze virale z TikToka! – nabija się mój kumpel.
Kończymy odcinek, żegnam naszego gościa i wychodzę ze studia. Wreszcie mogę zdjąć maskę. Idę na zewnątrz i odpalam fajka. Jest dopiero dziesiąta, a ja już jestem wykończony. Przebodźcowany – jak to modnie teraz się mówi. Marzę tylko o tym, by walnąć się do łóżka, a jednocześnie nie mam najmniejszej ochoty wracać do tego miejsca, które społeczeństwo dumnie i sentymentalnie nazywa domem.
Zaciągam się dymem, choć od dawna nikotyna nie sprawia mi przyjemności. Zresztą wszystko jest jakieś bez smaku.
– Ty, tiktoker, poczęstuj szlugiem. – Ze szklanego budynku wychodzi Wojtas z dwoma kubkami kawy. Następuje szybka wymiana, jak pomiędzy klawiszem a więźniem. – Znowu mnie wystawiłeś i uciekłeś, nim szef przylazł i zaczął się pruć.
– Nadal się dziwię, że jeszcze mu się chce powtarzać te same gadki o – palcami rysuję w powietrzu znak cudzysłowu – braku kultury i ubogim słownictwie. Kurwa, nas słuchają małolaty, a nie zgredy jak on.
Upijam łyk mocnej kawy, ale jej smak też nie powala. Wyciągam komórkę i wchodzę w skrzynkę odbiorczą. Zalega w niej kilkanaście nieodebranych wiadomości. Wybieram pierwszą z brzegu, widząc jednak już sam początek melodramatycznego esemesa, blokuję telefon.
– Co za gówno – marudzę pod nosem, odpalając kolejnego papierosa.
– Słuchaj, Misiek…
Rzucam okiem na kumpla. Jest spięty, to nie wróży nic dobrego.
– Moja siostra nakręciła mi namiary na spoko terapeutę. Może byś spróbo…
– Obawiam się, że po spotkaniu ze mną to on będzie potrzebował terapeuty.
– Ej, może nie byłoby tak źle. W najgorszym razie byłaby to długoterminowa znajomość. To kobieta.
Jak grzecznościowo powiedzieć kumplowi, żeby się ode mnie odpierdolił i w dupę sobie wsadził ten numer do psychiatry?!
– Dobra, luz, rozumiem. Nie chcesz, to nie. – Wojtas zaciąga się po raz ostatni i wraca do budynku, lecz nim znika za drzwiami, woła: – Musisz się w końcu ogarnąć!
Drapiąc się po chyba najdłuższej brodzie, jaką w życiu miałem, pokazuję mu środkowy palec.
– Nie chodzi mi tylko o ten twój menelski wygląd i wiecznie zachlaną lub skacowaną mordę. – Wojtas rzuca mi swoje najgorsze spojrzenie. To pełne litości. Kurwa mać. – Ogarnij łeb, bo inaczej możesz zapomnieć o kontakcie z córką.
Jedyne, co lubię w swojej pracy, to to, że kończę ją o takiej godzinie, kiedy inni jeszcze są w biurach, sklepach czy warsztatach lub dawno już śpią. Co oznacza jedno. Wracając do mieszkania, nie ma ryzyka, że na kogoś wpadnę, i nie muszę się spinać i silić na łzawe gadki o niczym. Gówno mnie interesuje zarówno życie innych, jak i to, co o mnie myślą.
Tego dnia, niestety, mam pecha. Gdy zbliżam się do otwartych drzwi klatki, zauważam jakąś laskę, która lata od auta do bloku z kartonami. Najwidoczniej właśnie się wprowadza. Widać po niej, że ledwo sobie radzi z ciężarami. Jest zasapana i spocona jak po maratonie. Drobna blondyna w pudrowym dresiku.
Cholera, tylko nie to! Zerka w moją stronę. Widzę po jej minie, że szuka odpowiedzi, pomocy, wybawcy, rycerza na, kurwa, białym rumaku. Nie ze mną te numery! Nie mam zamiaru pomagać, dlatego przyspieszam kroku i natychmiast wchodzę do klatki, zamykając za sobą wejściowe drzwi. Chyba milion razy wciskam guzik windy, jakby miało to sprawić, że przyjedzie szybciej. Nareszcie! Drzwi się otwierają w momencie, gdy słyszę, jak ktoś wchodzi do bloku. Natychmiast wsiadam i naciskam zamykanie. Oby nie zdążyła.
Uff! Udało się. Metalowa puszka zamyka się w ostatniej chwili. Blondyna z tobołami zostaje na parterze. Jeden zero dla mnie.
– Na szczęście udało się! – woła z uśmiechem od ucha do ucha i wkracza do windy.
Kurwa mać!
– Dzień dobry – świergocze z taką radością, że uszy mi więdną.
Burczę coś w odpowiedzi. Nie rozumiem ludzi, którzy jeszcze przed jedenastą są tacy radośni i pełni życia. Ja nawet po pięciu kawach nie mam w sobie tyle werwy. Blondyna wpycha wielki karton i wciska guzik na panelu, po czym zerka na mnie niebieskimi, wielkimi jak u krowy na pastwisku oczami.
– O! Będziemy bliskimi sąsiadami. – Dumnie wskazuje swoje piętro. Piętnaste, jedno wyżej niż ja. – Pan pode mną.
Słysząc jej słowa, parskam śmiechem, choć nie zamierzałem. Najwidoczniej dopiero po chwili dociera do niej, co powiedziała, a raczej jak to brzmiało, bo jej twarz i dekolt oblewa czerwony rumieniec. Prawdziwa kobieta, najpierw mówi, potem myśli.
– To znaczy… Chciałam… powiedzieć…
– Zrozumiałem aluzję – wchodzę jej w słowo. W tym samym momencie winda zatrzymuje się na moim piętrze. – Dzięki, ale nie skorzystam z zaproszenia.
Włażę do mieszkania, odpalam kolejnego fajka i rozglądam się po tych kilkunastu metrach kwadratowych.
Ja pierdolę, jaki burdel.
Nie mając najmniejszej ochoty na sprzątanie, puszczam na maksa klasykę z warszawskiego podwórka – WWO Każdy ponad każdym – wyjmuję z lodówki whisky i robię to, co od pewnego czasu umiem najlepiej.
Upadlam się. Zalewam się w trupa.
Co za buc! To była pierwsza myśl o moim nowym sąsiedzie. Wtedy nie wiedziałam, że słowo „buc” nie oddaje tego, kim naprawdę jest, a raczej jaki potrafi być.
Jedne z najważniejszych mądrości, jakie przekazała mi mama, nim wyprowadziłam się z rodzinnego domu do dużego miasta, dotyczyły przyjaźni. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Kilka banalnych słów, które zyskują na wartości, gdy bieda dotyczy nas samych. Ja miałam to szczęście posiadać przyjaciół na piątkę z plusem. Oprócz Aśki, która w ekspresowym tempie umówiła mnie z adwokatem, miałam jeszcze do pomocy Rafała, jej męża. Dzięki nim, a raczej gównie dzięki niemu, udało mi się odzyskać i przewieźć swoje rzeczy pod nowy adres bez komplikowania sobie życia słuchaniem ckliwych historii Błażeja rodem z tureckiego serialu. Nie miałam na to najmniejszej ochoty. To był definitywny koniec „nas”. Zaczynałam od nowa. Cokolwiek to miało znaczyć.
Niestety, pożegnanie z pracą było o wiele trudniejsze, niż sądziłam. Za namową prawnika przystałam na trzymiesięczny okres wypowiedzenia z możliwością zdalnej pracy, tak bym, jak to Aśka powiedziała, nie musiała więcej oglądać twarzy tej kanalii Błażeja oraz jego kochanki księgowej. Udało mi się także odzyskać zainwestowane w wydawnictwo pieniądze. Na więcej nie miałam co liczyć. Na wszystkich najważniejszych umowach figurował wyłącznie podpis Błażeja. Owszem, mój adwokat zapewnił, że jest szansa procesowania się o moją część w firmie, ale musiałabym się przygotować na wielomiesięczną, a może nawet wieloletnią batalię w sądzie. A na to nie miałam ochoty. Trudno, jeśli zdaniem innych przegrałam, niech tak będzie. Mam to gdzieś. Chcę tylko spokoju.
– Rozumiem i nie rozumiem – stwierdza Asia, której właśnie skończyłam tłumaczyć, co by mnie czekało, gdybym wytoczyła proces Błażejowi. – Rozumiem, z jakich powodów tego nie chcesz, ale, cholera, to są lata twojej pracy, twoje „dziecko”.
Na te słowa do oczu napływają mi łzy, zaraz wybuchnę płaczem. Co zresztą w ostatnich tygodniach zdarza mi się nagminnie. Podobnie jak słuchanie najrzewniejszych piosenek stulecia. Mój gust muzyczny poleciał na łeb na szyję. Zaliczyłam dno, a raczej bagno fonograficzne.
– Dobra, dobra, już zamykam gębę! – Asia w pokojowym geście unosi obie dłonie, po czym sięga po trójkącik pizzy. – Zmieńmy temat. Jak tam nowe mieszkanko? Zaaklimatyzowałaś się?
– Mieszkanie daje radę, a ja, o dziwo, całkiem nieźle zaadaptowałam się do niewielkiego metrażu. Musisz koniecznie do mnie wpaść. Mam już sofę… i wino! – Mrugam okiem i również sięgam po kawałek pizzy ociekającej tłuszczem z włoskiej pepperoni. Aż dziw bierze, że coś tak cieniutkiego, smakującego jak kawałek nieba może być aż tak kaloryczne! To powinno być karalne.
Asia z premedytacją i miną, której mogłyby jej pozazdrościć aktorki filmów porno, zajada się ciągnącym serem.
– Będziemy miały za to specjalne miejsce w piekle! – nabijam się.
– Oj tam, oj tam. Ja tylko staram się ich motywować.
Czy wspominałam, że znajdujemy się w galerii handlowej i ową pizza zajadamy się, siedząc na wprost siłowni? A dokładniej siedzimy tuż przed szybą, za którą na bieżniach wypacają kalorie uzależnieni od sportu nadludzie. Nie bez powodu nazywam ich nadludźmi – kto przy zdrowych zmysłach biega przed ósmą w poniedziałek?!
– No dobra, a jak ten menelowaty wirtuoz, który mieszka pod tobą? Dalej uprzykrza ci życie?
Na samą myśl o tym człowieku krew mnie zalewa. Nigdy, przenigdy nie miałam problemów z innymi lokatorami, ale ten… Och! Nie ma dnia, w którym oczyma wyobraźni nie odcinam mu głowy.
– To prostak! Buc! Palant!
– Oho…
– To, że puszcza głośno muzykę, to nic! Każdego dnia i najczęściej też w nocy tłucze się po mieszkaniu, wali jakimiś przedmiotami, chyba o ściany, wydziera się. – Zduszam złość w zarodku i o wiele ciszej mówię: – Myślę, że to pijak. Widziałam, jak wynosi do śmietnika torbę pełną pustych butelek. Zresztą śmierdzi od niego jak z gorzelni… I pali jak smok. Nawet u siebie czuję smród fajek.
Aśka parska śmiechem.
– To nie jest zabawne! Przez niego nie mogę pracować we własnym domu i muszę to robić tu. – Rozkładam ramiona, wskazując galerię handlową. – Mam dosyć faceta, a nawet go nie znam!
– To mu to powiedz.
– No coś ty! Nie chcę mieć problemów. Jestem nowa w bloku, nie mam zamiaru chodzić z łatką czepialskiej sąsiadki.
Moja przyjaciółka wybucha gromkim śmiechem, a ja zdaję sobie sprawę, jak dobrze wychowali mnie rodzice. Wpoili mi bycie miłą i grzeczną dziewczynką, co zaowocowało sympatyczną, nieumiejącą się wykłócać o swoje dorosłą kobietą.
– Dobra, skończmy ten temat. Lepiej pomóż mi napisać tekst, bo muszę go oddać do jutra.
– Dawaj, co dziś bierzemy na tapet? Singielki? Związki? Rozgrzej go w pięć minut? Dwadzieścia cztery gorące propozycje na wieczór?
– „Seks oralny: siedem wskazówek, jak zrobić to lepiej” albo „Zaskocz go! Pięć wyjątkowych pozycji o poranku”. – Gdy kończę zdanie, na mojej twarzy nie pojawia się nawet cień uśmiechu. Totalny profesjonalizm albo raczej pogodzenie się z faktem, jakie głupoty wypisuję za pieniądze.
– Serio? – Aśka wywraca oczami, zdając sobie sprawę, że te tematy to chłam. – Zauważyłaś, że prawie nigdy nie piszesz o kobietach? Wiecznie tylko „czego on chce”, „jak zadowolić mężczyznę”, „ zrób mu to czy tamto”.
– Uważasz, że to, że nie piszę o kobietach, to jedyny problem?
– Och… – Macha dłonią. – Rozumiem, że treść poczytnych artykułów to dla ciebie najniższa półka, a raczej bawienie się w piwnicy ze zwłokami. – Za wszelką cenę staram się nie wzruszyć ramionami. – Lecz co jak co, ale seks zawsze będzie się dobrze sprzedawał. A jeśli mnie pamięć nie myli, to nie wygrałaś w totka i nadal musisz pracować.
– Dobra – przyznaję apatycznie. – Zacznijmy od porannych pozycji, bo do piątku mam napisać kilka równie cudownych porad, jak schudnąć w dwa tygodnie i w co się ubrać, gdy masz w biodrach więcej niż przeciętna nastolatka…
To był męczący dzień… Nie! Prawdę mówiąc, to były męczące tygodnie. Na co dzień udaję, że pozbierałam się do kupy. Że rozstanie spłynęło po mnie i od teraz w różowych okularach na nosie na środku salonu tańczę do dźwięków I’m Every Woman Whitney Houston.
Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej przygnębiająca. Owszem, wraz z przeprowadzką i zakończoną sprawą w sądzie poczułam przypływ energii, jednak samotne wieczory, wiecznie chillowanie przy Netfliksie oraz zamawianie nieopłacalnej porcji dla jednej osoby dobijały mnie. Początkowo użalałam się nad sobą, jedząc lody z podwójną bitą śmietaną i płacząc przy klasycznych komediach romantycznych, jak Notting Hill, Bezsenność w Seattle czy Kiedy Harry poznał Sally. Po pewnym czasie, zadziwiająco zbieżnym z trudnością zapięcia guzika w spodniach, postanowiłam wziąć się za siebie. Na nowo polubiłam się z aktywnością fizyczną. Każdego wieczoru zamiast zajadać się kolejną porcją słodkich kalorii, wykonywałam serię ćwiczeń dla wyjątkowo opornych. Dni mijały, zakwasy pojawiały się coraz rzadziej, a endorfiny sprawiały, że czułam się coraz lepiej… Jak również wyglądałam. To ten efekt uboczny, na który czeka się wyjątkowo ochoczo.
Na fali tych nienajgorszych emocji postanowiłam zrobić coś, o czym jeszcze do niedawna myślałam, że już nigdy nie będę musiała tego robić. Zaktualizowałam swoje CV i rozpoczęłam rozsyłanie dokumentów do przeróżnych wydawnictw, nawet do tych, o pracy w których skrycie marzyłam, a dotychczas nie odważyłabym się powiedzieć o tym na głos.
Niestety, szybko się zorientowałam, że zgubienie kilku centymetrów w pasie jest o wiele łatwiejsze niż znalezienie pracy marzeń.
Wody… Wody… Chociaż kilka kropli…
Uczucie piachu pod powiekami, kapeć w mordzie i ból głowy tak silny, jakby miniaturowy krasnal kilofem napieprzał w mój łeb, to pierwsze, co mnie wita. Z ledwością podnoszę się z lepkiej od wódy podłogi i szukam rozmazanym wzrokiem czegoś do picia. Slalomem ruszam do równie upieprzonej co salon kuchni. Nachylam mordę pod kran i niczym zwierz łapczywie zaspokajam pragnienie. Na koniec szybkie obmycie twarzy lodowatą wodą.
– Ja pierdolę… – Wzdycham, rozglądając się po skromnym metrażu. – Gdybyś to widziała, to chyba byś mi łeb urwała… albo co innego.
Kręcę głową i odpalam fajka. Zerkam na tarczę zegara. Piąta rano. Za kwadrans muszę być już w drodze do roboty. Jeśli moje wyliczenia są dobre, to zasnąłem, a raczej odcięło mnie po sporej ilości wódy jakoś koło trzeciej.
– Eee, nie jest najgorzej. Dwie godzinki snu. Walnę tylko kawę i będzie zajebiście.
Idioto, kogo ty chcesz oszukać? Chyba nie samego siebie?
Chwilę po piątej przekręcam klucz w zamku. Na parterze mijam się z emerytem z trzeciego piętra, który ze swoim równie starym co on jamnikiem wraca już ze spaceru. Musiałbym być pierdolnięty, żeby o takiej porze wychodzić z czworonogiem. Nie dziwi mnie fakt, że gość nie wita mnie staropolskim „dzień dobry”, bo sam tego nie robię, ale tym razem dziad mierzy mnie dziwnym spojrzeniem. Nie przypominam sobie, żebym mu jakoś wyjątkowo zalazł za skórę, chociaż… Trudno, nie on pierwszy, nie ostatni.
Przyspieszam kroku i wychodzę z klatki na równie ponure co moja dusza ursynowskie podwórko.
– Spóźniłeś się. – Wojtas wita mnie z irytującym uśmiechem.
– A ty jesteś brzydki. Czy poranną wymianę uprzejmości mamy za sobą?
Zbijamy piątkę.
– Ja pierdolę, Misiek, śmierdzisz wódą.
Zbywam jego słowa lekceważącym machnięciem dłoni.
– Kurwa, trzęsą ci się łapy. – Wojtek nie odpuszcza. – Jak ty zamierzasz pracować?! Chcesz, żeby stary wyjebał cię na zbity pysk?
– Nie przesadzaj. Guma, masz miętówkę?! – wołam do dźwiękowca.
– Chyba musiałbyś wpieprzyć całe opakowanie pasty do zębów. Kurwa, czy ty do reszty…
– Jezu, nie przesadzaj i przestań się drzeć, łeb mi pęka – syczę. – Co?! Że ja niby pierwszy przyszedłem do pracy lekko wczorajszy?! – Zaczynam się śmiać. – To jakaś zbrodnia wypić wieczorem po ciężkim tygodniu małego…
– Jest, kurwa, wtorek. – Ton Wojtasa jest jak wiadro lodowatej wody.
Dłuższą chwilę zajmuje mi przetrawienie tej informacji. Wtorek… WTOREK! To jest dzień… kolejny po poniedziałku. Kurwa…
Nie jestem patusem, nie chleję, bo nie potrafię żyć bez wódy. Ja po prostu… miałem męczący dzień… I jechałem metrem z gościem, który przekonywał kumpla, że pizza hawajska to dar zesłany z niebios. Ty zawsze zamawiałaś hawajską, choć nigdy nie rozumiałem, jak można jeść ten shit. Gdy wysiadałem z metra, na peronie wisiał baner z zapowiedzią bajki, na którą chciała pójść do kina nasza Julcia. Zadzwoniłem. Twoja matka to z całą pewnością bliska krewna Lucyfera. Nigdy jej nie lubiłem. Z wzajemnością. Tylko ty nas spajałaś… albo chociaż próbowałaś. Dziś jest gorzej, niż bywało kiedykolwiek przedtem. Nie pozwala mi się spotykać z Julką. Kurwa, ona nawet nie daje mi pogadać z małą przez telefon! Wkurwiłem się. Wiesz, jaki jestem. Zawsze za szybko wybuchałem i… wybucham. Ty miałaś sposoby, by temu zapobiec. Ja nie potrafię.
Wróciłem do domu i walnąłem małego drinka na ukojenie skołatanych nerwów. No, chyba nikt nie będzie się ze mną kłócił, że tego potrzebowałem. Potem wypiłem drugiego, bo pierwszy nie do końca mnie uspokoił. Kolejny jakoś sam przepłynął przez gardło. Wiesz, jak to jest. Sama mówiłaś, że jak się ma na coś smaka, to nie da rady tego niczym innym zastąpić… Hm, chociaż tobie bardziej chodziło o camembert i białe wino niż o wódę bez popity.
Byłem pewien, że to wystarczy, położę się na kanapie i zasnę. Nadal nie śpię w naszym łóżku. Jakoś nie mogę. Ale… ta świergocząca radośnie niczym księżniczka z bajek Disneya blondyna z piętnastego piętra urządziła sobie koncert najbardziej rzewnych kawałków z lat dziewięćdziesiątych, co zresztą, odkąd się wprowadziła, robi często. Przy Toni Braxton wymiękłem. Musiałem zapić Un-break My Heart, bo inaczej bym zdechł. A później jakoś poszło…
– Pssst!
Zresztą ona albo wyje do księżyca przy tych kiczowatych melodiach, albo… i sam nie wiem, co jest gorsze… pieprzy się jak jakaś seksoholiczka. W życiu nie słyszałem, żeby jakakolwiek kobieta tak stękała i jęczała. Do tego musi mieć jakoś fatalnie ustawione łóżko, bo non stop coś wali. Sama rozumiesz, że musiałem ją zagłuszyć. Ziomek z ursynowskiego podwórka, Pezet, idealnie wpasował się w klimat. Seniorita przypomniała mi stare, dobre czasy.
– Misiek! – Wojtas boleśnie kopie mnie pod stołem.
O kurwa! Jesteśmy na żywo na antenie. Mamy gościa, a ja… zupełnie odpłynąłem. Ja pierdolę. Skup się, idioto! O czym gadaliśmy?! Co powiedział Wojtas? Albo nasz gość. Myśl, Misiek, myśl!
– W swoich numerach poruszasz tematy polityki i tego, co się dzieje obecnie w Polsce – zagaduję, licząc, że ujdzie mi to na sucho, nawet jeśli przed momentem Wojtas pytał, ile kanapek zjadł nasz gość na śniadanie.
– Wiem, o co zaraz zapytasz. Czy dojrzałem do tego i czy mam odpowiednią wiedzę, bo przecież dotychczas nie interesowałem się polityką, ale…
– Ona interesowała się tobą – przerywam facetowi. – Zapytam wprost. Czy jesteś przykładem postawy obywatelskiej, czy masz wyjebane i ciśniesz bekę?
Widzę uśmiech na twarzy Wojtasa. Uff, udało się.
– Wiesz, że miałeś dzisiaj wyjątkowy fart – podsumowuje mnie Wojtas, gdy jaramy szluga.
– Fart to może ty masz, ja po prostu jestem inteligentny i potrafię działać pod presją w każdej sytuacji – ironizuję.
Mój kumpel z pełną powagą mierzy mnie wzrokiem. Na jego twarzy nie ma nawet cienia uśmiechu.
– Jak długo jeszcze zamierzasz grać błazna?
Spuszczam głowę i wydmuchując dym z ust, mruczę mało wygórowane przekleństwo na temat tego, gdzie aktualnie mam jego opinię na mój temat.
– Stary, przecież znamy się nie od dziś. Obaj wiemy, że to – wskazuje na mnie dłońmi – to nie jesteś ty. Jestem w stanie naprawdę wiele zrozumieć, ale… kurwa, Monia nie ży…
– Nie waż się o niej mówić – warczę oschle.
Wojtas przeciera twarz.
– Tak się dłużej nie da. Ja nie dam rady.
Zerkam na niego z miną cynika na twarzy, bo niby z czym on tak nie da rady, do cholery?! To nie on został sam, to nie jego życie poturbowało, to nie on jest poszkodo…
– Nie zamierzam dłużej chronić ci dupy w robocie i ściemniać wszystkim wkoło, że masz gorszy dzień, jesteś introwertykiem, stronisz od towarzystwa albo że jesteś skupiony na wywiadzie i się odcinasz, żeby zebrać myśli, gdy ty w tym czasie najzwyczajniej w świecie śpisz, bo zachlałeś kolejny dzień z rzędu.
Czuję, jak złość się we mnie kumuluje, i niewiele myśląc, mówię:
– Nikt ci nie każe mnie bro…
– Moja Gosia spotkała w niedzielę Julkę z babcią.
Złość, którą jeszcze przed momentem czułem, się rozpływa.
– Młoda podobno pytała o ciebie – kontynuuje Wojtas. – Kiedy ją zabierzesz do siebie i takie tam.
– Gdyby miała zdrowych na umyśle dziadków, to byłaby u mnie non stop.
– A dziwisz się im?!
– Kurwa! Chyba nie będziesz bronił tych…
– Misiek, spójrz na siebie! Jesteś wrakiem na dnie, jak „Titanic”, tylko zatopionym w wódzie. Nie powierzyłbym ci złotej rybki, a co dopiero dziecko.
– Wiesz co?! Pierdol się!
Gdy docieram do mieszkania, jestem na granicy, ledwo wytrzymuję sam ze sobą. To koszmar. Moja głowa już od dłuższego czasu jest miejscem, z którego nie mogę uciec, choć bardzo bym tego chciał. Stałem się kimś, a raczej wszystkim tym, czego zawsze szczerze nienawidziłem. Mam dosyć tego. Siebie również. To potworne żyć z kimś, kogo nawet się nie lubi. Kogo uważa się za niewystarczającego. Kto dał dupy na całej linii. A musisz na tę osobę codziennie patrzeć w lustrze.
Od natłoku myśli cholernie boli mnie głowa. Przeszukuję kuchenne szafki, by namierzyć cokolwiek, co uśmierzyłoby ból i choć odrobinę mnie wyciszyło. Chwilę później odnajduję lekarstwo. Wybór jest trudny. Apap czy absolut?
Kiedy w mojej głowie trwa głosowanie, na telefon przychodzi wiadomość od Gośki, żony Wojtka.
Zadzwoń do Julki!
Dałam jej słowo, że to zrobisz!
Łykam tabletkę przeciwbólową. Daję sobie jeszcze pięć minut, by nieco ochłonąć. Muszę zadzwonić. Gdyby to ode mnie zależało, rozmawialibyśmy z Julcią codziennie. To nie podlega żadnej dyskusji, ale przed nami jest spora przeszkoda, której aktualnie nie mam siły pokonać.
Cholera! Gdybyś to słyszała… te gadkę, że nie mam siły… Kurwa, dostałbym od ciebie takiego kopa na rozpęd, że w dwie minuty byłbym po Julkę.
Głęboki wdech i wydech. Wybieram numer do strażnika bram piekła albo, jak kto woli, mojej byłej teściowej – choć prawidłowo rzecz ujmując, matki mojej byłej konkubiny. Zielona słuchawka…
– Halo? Słucham.
– Dzień dobry, Tereso. – Po drugiej stronie cisza, aczkolwiek domyślam się, że moja rozmówczyni mnie słyszała, choć bardzo by nie chciała. – Zdaję sobie sprawę, że nasza wczorajsza rozmowa… hm… – Jak kulturalnie jej powiedzieć, że wkurwia mnie na maksa, ale chcę się widywać ze swoim dzieckiem, więc przymknę oko na jej głupie pierdole… Ech. – No, nie wyszła tak, jak powinna. Chciałbym porozmawiać z Julcią. Jest wtorek, po piętnastej, więc na pewno nie jest już w przedszkolu. Jest wtorek, wiem to, wiem!
– Niestety, nie ma jej – oznajmia spokojnie moja była teściowa, ale ja jej nie wierzę. Zawsze była i nadal jest manipulantką. – Julka jest z dziadkiem na spacerze.
Gdy Teresa kończy zdanie, dobiega mnie śmiech Julki. Teraz wiem, że kobieta kłamie jak z nut.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
