Wiadomość od (nie)znajomego - Aleksandra Pakuła - ebook + audiobook + książka

Wiadomość od (nie)znajomego ebook i audiobook

Pakuła Aleksandra

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czasem jedno kliknięcie wystarczy, by obudzić coś, co miało nigdy nie wrócić…

„Na samą myśl o tym człowieku krew mnie zalewa. Nigdy, przenigdy nie miałam problemów z innymi lokatorami, ale ten… Och! Nie ma dnia, w którym oczyma wyobraźni nie odcinam mu głowy”. Ponoć z sąsiadem najlepiej wychodzi się… z klatki. A co jeśli ten nieokrzesany troglodyta w wirtualnej rzeczywistości okaże się czarującym mężczyzną?

Jeden blok, dwoje sąsiadów i kilkaset wysłanych maili. W dzień nie potrafią na siebie patrzeć, w nocy nie potrafią przestać do siebie pisać. Ona i on – oboje dźwigają bagaż przeszłości, złych decyzji, wypalenia. W realnym świecie dzieli ich każdy szczegół. Online łączy wszystko, o czym boją się mówić na głos. Nie wiedzą tylko, że wysłane wiadomości trafiają bliżej niż myślą, a miłość… mieszka tuż obok.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 247

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 15 min

Lektor: Gaya Rosa

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Motto

Tę książkę dedy­kuję wszyst­kim tym, któ­rym

kie­dy­kol­wiek zda­rzyło się

odpo­wie­dzieć:

„U mnie spoko, wszystko gra”,

choć wcale tak nie było.

Prolog

Według Wiki­pe­dii żałoba to „tra­dy­cyjne uze­wnętrz­nione odzwier­cie­dle­nie” tego, co się dzieje z kimś, kto stra­cił kogoś bli­skiego.

Słow­nik języka pol­skiego defi­niuje to jako „smu­tek po śmierci kogoś bli­skiego” bądź „okre­ślony czas po śmierci bli­skiej osoby, w któ­rym nosi się odpo­wiedni strój i nie uczest­ni­czy w życiu towa­rzy­skim”.

Według obu źró­deł żałoba trwa pewną bli­żej nie­okre­śloną jed­nostkę czasu. Tra­dy­cje ludowe prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie mówią o mie­siącu, pół­ro­czu czy roku w zależ­no­ści od stop­nia pokre­wień­stwa.

Ale jak wró­cić do nor­mal­no­ści?

Jak dalej żyć, kiedy wszystko przy­po­mina mi o tobie…

Oddał­bym duszę, by choć przez chwilę móc cię zoba­czyć, usły­szeć, dotknąć. Nie do wyobra­że­nia jest ból, który czuję, odkąd cię nie ma.

Mówią, że czas leczy rany, a ból w końcu minie.

Zapew­niają, że lada moment się pozbie­rasz i sta­niesz na nogi.

Mówią… ale to tylko puste słowa. W dodatku nie­praw­dziwe.

1 Kamila

– Jestem taka naiwna!

– Kama, przede wszyst­kim uspo­kój się i prze­stań się mazać. Masz, pij!

Moja przy­ja­ciółka Aśka pró­buje zała­go­dzić sytu­ację, pod­ty­ka­jąc mi pod nos kie­li­szek wina. Wypi­jam jego zawar­tość dusz­kiem, choć wiem, że to wcale nie pomoże. Nie w obec­nej sytu­acji.

– Tyle mie­sięcy, a ja nic! – lamen­tuję. – Jak mogłam być taka głu­pia?! Że też się nie zorien­to­wa­łam wcze­śniej…

– Może to był tylko ten jeden raz…

Po minie kum­peli widzę, że nawet ona nie wie­rzy w to, co mówi. Bła­żej mnie zdra­dził. Koniec kropka. Tu nie ma co ana­li­zo­wać, czy był to raz, czy też nie. Zdrada to zdrada.

– Dobra, to, co powie­dzia­łam, było idio­tyczne.

– Cho­lera, prze­cież ja przy­naj­mniej raz w tygo­dniu piszę o zdra­dach! „Jak wywę­szyć zdradę”, „Czy on ma kochankę?”, „Pięć oznak, że on kogoś ma”… Jak mogłam nie połą­czyć kro­pek! – Pry­cham.

– No tak, to by tłu­ma­czyło te jego nad­go­dziny.

– Nad­go­dziny, zmianę fry­zury, kar­net na siłow­nię, nowe koszule! – wymie­niam, czu­jąc, jak złość mnie zalewa. – Co za…

– Łaj­dak! – koń­czy za mnie Asia.

Ma rację. Wstrętny, podły łaj­dak. Jak on tak mógł?!

– Bar­dzo żałuję, że cię wtedy namó­wi­łam…

Dwa tygodnie wcześniej

– Mówię ci, Aśka, dzie­więć lat razem i nic! – war­czę. – Zero dekla­ra­cji, zero emo­cji, zero więzi! W ogóle się nie posu­wamy!

– A bez „ogółu” to się niby posu­wa­cie? – Asia bez cie­nia zawsty­dze­nia powąt­piewa w moje życie sek­su­alne.

W odpo­wie­dzi bur­czę pod nosem mało wyszu­kane prze­kleń­stwo, choć i tak wiem, że ona tego nie usły­szy. O tej godzi­nie w Elek­trowni Powi­śle panuje już spory zgiełk. Się­gam po swój tele­fon i zer­kam na ekran. Brak nowych wia­do­mo­ści. Ze zło­ści wypi­jam całego drinka.

Od prze­szło trzech mie­sięcy Bła­żej spę­dza dłu­gie godziny w biu­rze. Ponoć robi to po to, by nasze wspól­nie zało­żone wydaw­nic­two nie upa­dło. To nasze jedyne „dziecko”. Marzy­li­śmy o tym, odkąd się pozna­li­śmy. Ja, świeżo upie­czona dzien­ni­karka oraz felie­to­nistka, i on, z wykształ­ce­nia histo­ryk, znawca lite­ra­tury, dzien­ni­karz. Mie­li­śmy wspólne zain­te­re­so­wa­nia, pasje, chęci roz­woju i nawra­ca­nia spo­łe­czeń­stwa na tory wyśmie­ni­tej lite­ra­tury.

Zapewne jego inten­cje są dobre… ale do szału dopro­wa­dza mnie fakt, że dali­śmy się sko­mer­cja­li­zo­wać, że zamiast wyda­wać poważną i war­to­ściową lite­ra­turę, publi­ku­jemy i piszemy do gów­nia­nych maga­zy­nów dla kobiet oraz porad­ni­ków, które nic dobrego nie wno­szą, a jedy­nie wyol­brzy­miają już i tak wygó­ro­wane ocze­ki­wa­nia wobec ludzi.

– Nie tak to sobie wyobra­ża­łam – mówię i ciężko wzdy­cham. – Bła­żej uważa, że to nie jest naj­lep­szy moment na dziecko, że nie mamy płyn­no­ści finan­so­wej, że on jesz­cze nie czuje potrzeby… Ale co ze mną?! Ja chcę iść dalej! Nie chcę być bez końca jego dziew­czyną, zresztą po tylu latach to brzmi idio­tycz­nie. Mam trzy­dzie­ści osiem lat! To ostatni gwiz­dek, za chwilę będzie już za późno na dzieci…

– Dzieci są prze­re­kla­mo­wane.

– I mówi to kobieta, która przez pra­wie godzinę nie może się poże­gnać ze swo­imi, by wyjść z przy­ja­ciółką na drinka.

– Dla­tego wiem, co mówię! Dzieci robią sieczkę z mózgu. – Aśka śmieje się gło­śno. – Poza tym teraz kobiety mogą rodzić dzieci i po czter­dzie­stce, nie tak jak nasze babki, więc jak będzie­cie oboje gotowi, to dacie radę.

– Ech… Mam wra­że­nie, że się od sie­bie odsu­nę­li­śmy. Albo się nie widu­jemy przez pracę, albo nie gadamy ze sobą, bo jeste­śmy zmę­czeni po pracy.

– Oj, dobra, nie zrzędź! Jeste­ście razem dzie­więć lat, macie chwi­lowo małe kło­poty zarówno w pracy, jak i w związku, ale nie wy pierwsi i nie ostatni.

– No to mnie pocie­szy­łaś – bur­czę, posy­ła­jąc jej krzywe spoj­rze­nie.

– Bo to nie miało być pocie­sze­nie. – Aśka się roz­siada i zakłada nogę na nogę. – Nakre­śli­łam ci twoją sytu­ację, ale to od cie­bie zależy, co z tym zro­bisz.

– Nie rozu­miem. Co masz na myśli?

– Męż­czyźni w odróż­nie­niu od kobiet są zada­niow­cami. Mają pro­blem, to go roz­wią­zują. Dla nich to pro­ste i logiczne. – Z zacie­ka­wie­niem przy­słu­chuję się jej teo­rii. – Dla niego sprawą numer jeden jest teraz wasze – Aśka dosad­nie pod­kre­śla to słowo – wspólne dzieło, czyli wydaw­nic­two. Wpadł w wir pracy, a co za tym idzie, odsu­nął się od cie­bie, nie oka­zuje ci uczuć, nie chce roz­ma­wiać o pier­do­łach. Nie robi tego z pre­me­dy­ta­cją. On po pro­stu działa z jak naj­lep­szymi inten­cjami, ale faceci nie opa­no­wali jesz­cze tej sztuki podziału uwagi. Przy­naj­mniej nie do tego stop­nia co kobiety. – Pusz­cza mi oczko i upi­ja­jąc łyk moc­nego jak cho­lera drinka, ski­nie­niem głowy wska­zuje sie­dzą­cego nie­opo­dal męż­czy­znę.

Przy­stojny bru­net, dobrze ubrany – jej typ. Jak to Aśka mawia: mimo dwójki małych dzieci i męża w domu nie stra­ciła poczu­cia este­tyki i na­dal lubi zawie­sić oko na czymś inte­re­su­ją­cym, a raczej na kimś.

– No okej, już nieco bar­dziej rozu­miem, ale co ja mam zro­bić?

– Znam masę pra­co­ho­li­ków, ale nie znam takiego, który by odmó­wił nie­spo­dzie­wa­nego numerku w pracy. – Aśka prze­chyla głowę i posyła mi wymowny uśmiech. – Szcze­gól­nie po godzi­nach, gdy nikogo już nie ma w biu­rze i można zasza­leć.

– A ja niczego nie żałuję! Dobrze, że to zro­bi­łam! Dobrze, że tam poszłam! Ina­czej ni­gdy bym się nie dowie­działa, że od mie­sięcy pie­przy tę pindę z księ­go­wo­ści! – Ostat­nie słowa wypo­wia­dam, ledwo dysząc, a potem ponow­nie zano­szę się pła­czem. – Tyle lat… Zmar­no­wa­łam tyle lat… Głu­pia! Chcia­łam rato­wać nasz zwią­zek… Chcia­łam uroz­ma­icić… – Gło­śno wydmu­chuję nos. – Byłam gotowa rodzić mu dzieci, a on…

Gdy po raz kolejny wpa­dam w histe­rię, Aśka kręci głową i sięga po butelkę wina.

– Jezu, daj mi siłę to prze­trwać – szep­cze do sie­bie i prze­chyla butelkę.

– Wszystko sły­sza­łam!

– I dobrze! Musisz wziąć się w garść – oznaj­mia. – To, że Bła­żej i ta pinda z księ­go­wo­ści to para kana­lii, już usta­li­ły­śmy. Teraz trzeba się zająć praw­dzi­wymi pro­ble­mami. Co z wydaw­nic­twem?

– Nie wiem. Nie wrócę tam! – Pocią­gam nosem. – Nie mogę na niego patrzeć. Nie chcę mieć z nim nic wspól­nego.

To jedyne, co wiem. Nie chcę już ni­gdy wię­cej oglą­dać Bła­żeja. Nie­do­brze mi na samą myśl o nim, o tym, że mia­ła­bym się z nim spo­tkać w biu­rze, o wspól­nych zebra­niach, podej­mo­wa­niu decy­zji.

– Okej, ale co z wydaw­nic­twem? Sprze­da­cie je? Bła­żej spłaci cie­bie?

Patrzę jej w oczy i nie potra­fię powstrzy­mać łez.

– Jestem idiotką! Naiwną idiotką! – lamen­tuję. – Wszystko było zapi­sane na niego. Wszystko! Twier­dził, że tak będzie lepiej, praw­nie omi­niemy dużo papie­ro­lo­gii, że zaraz i tak weź­miemy ślub. Ja wło­ży­łam w to wszyst­kie swoje oszczęd­no­ści. Boże, jaka ja byłam głu­pia! – wyję.

– Spo­koj­nie, więk­szość zako­cha­nych kobiet to naiwne idiotki! Pisa­łaś o tym nawet arty­kuł – żar­tuje. – Nie wolno się od razu pod­da­wać. Trzeba tylko spo­koj­nie pomy­śleć! – Przy­ja­ciółka chwyta w dło­nie moją twarz i patrzy mi w oczy pełne łez. – Na bank przy for­ma­li­za­cji mie­li­ście nota­riu­sza. Potwier­dze­nia wypłat z banku też możemy uzy­skać.

Mimo­wol­nie pota­kuję głową. Ma rację. Byłe pary potra­fią wal­czyć w sądzie o rower czy kanapę.

– Potrze­buję dobrego adwo­kata i miesz­ka­nia do wyna­ję­cia – oznaj­miam rze­czowo. Nie mogę zale­gać w miesz­ka­niu przy­ja­ciółki bez końca. Nie żeby było mi źle, wiem jed­nak, że Asia ma swoje życie, swoją rodzinę, męża, dzieci, nie potrze­buje jesz­cze mnie do niań­cze­nia.

– I to mi się podoba! – Asia zaciera ręce. – Jutro poga­dam z ojcem. Mamy w fir­mie nie­złego praw­nika. Miesz­ka­nie też ci znajdę.

Cała ona. Mistrzyni cię­tej ripo­sty, zło­tych porad oraz taj­ni­ków księ­go­wo­ści, pra­cu­jąca w fir­mie budow­la­nej ojca i męża. Choć Aśka jest młod­sza ode mnie sie­dem lat, mam wra­że­nie, że prze­bija mnie zarówno swoim men­tal­nym wie­kiem, jak i życio­wym doświad­cze­niem. Wychu­chana córeczka z dobrego domu, któ­rej sza­lo­nych histo­rii życia towa­rzy­skiego ni­gdy nie poznali jej prze­mili rodzice. Na szczę­ście. Dziś przy­kładna żona i matka dwójki słod­kich dzie­ciacz­ków. To dzięki histo­riom wzię­tym z jej „poprzed­niego” życia jako sin­gielki udało mi się napi­sać nie­je­den arty­kuł.

– Zoba­czysz, wszystko się ułoży – zapew­nia szcze­rze i czule mnie przy­tula. W tym samym momen­cie z sąsied­niego pokoju dobiega nas płacz. – O, widzisz, mówi­łam, że dzieci są prze­re­kla­mo­wane.

2 Alek

Zer­kam na zegar. Na tar­czy siódma trzy­dzie­ści. Jesz­cze pół godziny tego cyrku i spie­przam na chatę. Woj­tek, mój radiowy kum­pel, koń­czy wątek z naszym dzi­siej­szym roz­mówcą, jed­nym z topo­wych rape­rów mło­dego poko­le­nia, któ­rego nowy kawa­łek jest hitem na Tik­Toku albo – jak to mło­dzież mawia – tik­to­ko­wym vira­lem, cokol­wiek to zna­czy. Nie mogę narze­kać, nie jestem znu­żony czy też zaże­no­wany. Roz­mowa prze­biega płyn­nie i przede wszyst­kim inte­re­su­jąco. Czego, szcze­rze mówiąc, się nie spo­dzie­wa­łem, zwa­żyw­szy na róż­nicę poko­le­niową mię­dzy nami.

Woj­tek cią­gnie temat o tym, że to fani defi­niują arty­stę, a w przy­padku naszego gościa trudno odkryć, kim jest naprawdę. Dla­tego się wci­nam:

– Można powie­dzieć, że twoje kawałki to rodzaj lite­ra­tury rapu lub, jak co ponie­któ­rzy wolą mawiać, pol­skiego hip-hopu. A ty sam? Jesteś bar­dziej publiczny i roz­ryw­kowy czy jed­nak bar­dziej inte­lek­tu­alny?

– To chyba zależy od dnia.

– A w jakim nastroju dzi­siaj się obu­dzi­łeś? Podobno szybko się wkur­wiasz. – Zza szyby dostaję ostrze­że­nie od Gumy, dźwię­kowca. – Ups, prze­pra­szam, iry­tu­jesz. – Wzno­szę dło­nie w poko­jo­wym geście, roz­ba­wia­jąc naszego gościa, bo dzi­siej­szy odci­nek obfi­tuje w prze­kleń­stwa, choć już na kory­ta­rzu przed nagra­niem dosta­li­śmy repry­mendę od szefa, tak na zaś. Razem z Wojt­kiem two­rzymy nie­kon­wen­cjo­nalny, mało komer­cyjny autor­ski pro­gram i więk­szość uwag szefa mamy, co tu dużo mówić, po pro­stu w dupie. Nie znaj­dzie nikogo, kto mógłby nas zastą­pić. Dla­tego też roz­sia­dam się wygod­nie i melo­dyj­nym gło­sem pytam: – Więc kiedy dziś się obu­dzi­łeś w naszym pięk­nym nad­wi­ślań­skim kato­lic­kim kraju, byłeś bar­dziej…

– Inte­lek­tu­alny – odpo­wiada poważ­nie nasz gość, po czym zaczyna się śmiać. – Pomy­śla­łem: kurwa, młody, dosta­łeś zapro­sze­nie od dwóch sta­rych reki­nów, Miśka i Woj­tasa, nie spieprz tego. Cie­szę się, że tu jestem. Serio, to wiele dla mnie zna­czy.

– Sta­rych?! Fatal­nie ci idzie! – Wybu­cham śmie­chem. – Powiedz mi, patrząc na to, że obra­casz się wśród dzi­siej­szej mło­dzieży, owład­nię­tej Tik­To­kiem, Insta­gra­mem i Por­n­hu­bem, jak to moż­liwe, że tak gładko prze­cho­dzisz z… prze­pra­szam, że to powiem. – Ciężko wzdy­cham, uda­jąc zafra­so­wa­nie. – Tak wła­ści­wie to nie prze­pra­szam, nie jest mi przy­kro.

– Chry­ste, Misiek, już się mar­twi­łem o cie­bie! – wtrąca Woj­tas.

– Mówiąc wprost, robisz z sie­bie kre­tyna w swo­ich social mediach, komu­ni­ku­jąc się ze swo­imi fanami, i dziwi mnie, jak gładko prze­cho­dzisz do, może nie do końca kur­tu­azyj­nej, ale jed­nak roz­mowy na pozio­mie z dwoma, jak sam powie­dzia­łeś, sta­rymi reki­nami.

– Udzie­la­łeś już wywiadu komuś takiemu? – Woj­tek pod­chwy­tuje temat.

– Zawsze udzie­lam wywia­dów komuś star­szemu – odpo­wiada. Nie­dziwne, ma dzie­więt­na­ście lat. – Ale wy dwaj chyba jeste­ście naj­starsi.

Wybu­cham śmie­chem, widząc minę Wojtka, który dopiero zała­pał, do czego dopro­wa­dził.

– Szcze­gól­nie Woj­tula, nasz radiowy eme­ryt. – Par­skam. – Wiesz o co mi cho­dzi? – zwra­cam się ponow­nie do naszego gościa. – Potra­fisz być poważny, potra­fisz zacie­ka­wić nas, dwóch face­tów, któ­rzy sły­szeli już chyba wszystko, od ludzi ze sceny zarówno muzycz­nej, jak i pato­lo­gicz­nie brzmiąc, cele­bryc­kiej. Szcze­rze? Nie spo­dzie­wa­łem się tego. Jestem pozy­tyw­nie zasko­czony.

– Ja rów­nież. Bałem się, że mnie tu żyw­cem zeżre­cie.

– Już rozu­miem ten motyw reki­nów – żar­tuje Woj­tas.

– Nie masz wra­że­nia, że robie­nie z sie­bie debila jest sprze­dajne? – pytam, choć znam odpo­wiedź. Tak, jest. Sam to ponie­kąd robię na co dzień. – Dzi­siej­szy świat kreuje na cele­bry­tów idio­tów. To się klika. To się sprze­daje.

– Hen­ryk Sien­kie­wicz daje lajka! – Nasz gość się zaśmiewa, a ja coraz bar­dziej go lubię.

– Ale rozu­miesz, o co mi cho­dzi? My, ja, Woj­tas i nasze poko­le­nie, raczej już nie mamy szans w takich mediach zro­bić kariery, wybić się. Wyobraź sobie, że… no, nie wiem… załóżmy, że w domo­wym zaci­szu piszę o miło­ści i pew­nego dnia odwa­żył­bym się wyre­cy­to­wać na Tik­Toku swój wiersz. I co?

Dźwię­ko­wiec pusz­cza odgłos pierd­nię­cia. Woj­tek i nasz gość par­skają śmie­chem. Znamy się aż za dobrze.

– No wła­śnie. Shit. Ginę mię­dzy laskami świe­cą­cymi cyc­kami i kole­siami z nagimi kla­tami ze świa­tłem za ple­cami, bo inte­li­gen­cja się nie sprze­daje. Tam wła­śnie brak poziomu to este­tyczny wyznacz­nik, IQ nie ma żad­nego zna­cze­nia.

– Misiek, jak ty mi impo­nu­jesz! Znasz wszyst­kie naj­now­sze virale z Tik­Toka! – nabija się mój kum­pel.

Koń­czymy odci­nek, żegnam naszego gościa i wycho­dzę ze stu­dia. Wresz­cie mogę zdjąć maskę. Idę na zewnątrz i odpa­lam fajka. Jest dopiero dzie­siąta, a ja już jestem wykoń­czony. Prze­bodź­co­wany – jak to mod­nie teraz się mówi. Marzę tylko o tym, by wal­nąć się do łóżka, a jed­no­cze­śnie nie mam naj­mniej­szej ochoty wra­cać do tego miej­sca, które spo­łe­czeń­stwo dum­nie i sen­ty­men­tal­nie nazywa domem.

Zacią­gam się dymem, choć od dawna niko­tyna nie spra­wia mi przy­jem­no­ści. Zresztą wszystko jest jakieś bez smaku.

– Ty, tik­to­ker, poczę­stuj szlu­giem. – Ze szkla­nego budynku wycho­dzi Woj­tas z dwoma kub­kami kawy. Nastę­puje szybka wymiana, jak pomię­dzy kla­wi­szem a więź­niem. – Znowu mnie wysta­wi­łeś i ucie­kłeś, nim szef przy­lazł i zaczął się pruć.

– Na­dal się dzi­wię, że jesz­cze mu się chce powta­rzać te same gadki o – pal­cami rysuję w powie­trzu znak cudzy­słowu – braku kul­tury i ubo­gim słow­nic­twie. Kurwa, nas słu­chają mało­laty, a nie zgredy jak on.

Upi­jam łyk moc­nej kawy, ale jej smak też nie powala. Wycią­gam komórkę i wcho­dzę w skrzynkę odbior­czą. Zalega w niej kil­ka­na­ście nie­ode­bra­nych wia­do­mo­ści. Wybie­ram pierw­szą z brzegu, widząc jed­nak już sam począ­tek melo­dra­ma­tycz­nego ese­mesa, blo­kuję tele­fon.

– Co za gówno – maru­dzę pod nosem, odpa­la­jąc kolej­nego papie­rosa.

– Słu­chaj, Misiek…

Rzu­cam okiem na kum­pla. Jest spięty, to nie wróży nic dobrego.

– Moja sio­stra nakrę­ciła mi namiary na spoko tera­peutę. Może byś spróbo…

– Oba­wiam się, że po spo­tka­niu ze mną to on będzie potrze­bo­wał tera­peuty.

– Ej, może nie byłoby tak źle. W naj­gor­szym razie byłaby to dłu­go­ter­mi­nowa zna­jo­mość. To kobieta.

Jak grzecz­no­ściowo powie­dzieć kum­plowi, żeby się ode mnie odpier­do­lił i w dupę sobie wsa­dził ten numer do psy­chia­try?!

– Dobra, luz, rozu­miem. Nie chcesz, to nie. – Woj­tas zaciąga się po raz ostatni i wraca do budynku, lecz nim znika za drzwiami, woła: – Musisz się w końcu ogar­nąć!

Dra­piąc się po chyba naj­dłuż­szej bro­dzie, jaką w życiu mia­łem, poka­zuję mu środ­kowy palec.

– Nie cho­dzi mi tylko o ten twój menel­ski wygląd i wiecz­nie zachlaną lub ska­co­waną mordę. – Woj­tas rzuca mi swoje naj­gor­sze spoj­rze­nie. To pełne lito­ści. Kurwa mać. – Ogar­nij łeb, bo ina­czej możesz zapo­mnieć o kon­tak­cie z córką.

Jedyne, co lubię w swo­jej pracy, to to, że koń­czę ją o takiej godzi­nie, kiedy inni jesz­cze są w biu­rach, skle­pach czy warsz­ta­tach lub dawno już śpią. Co ozna­cza jedno. Wra­ca­jąc do miesz­ka­nia, nie ma ryzyka, że na kogoś wpadnę, i nie muszę się spi­nać i silić na łzawe gadki o niczym. Gówno mnie inte­re­suje zarówno życie innych, jak i to, co o mnie myślą.

Tego dnia, nie­stety, mam pecha. Gdy zbli­żam się do otwar­tych drzwi klatki, zauwa­żam jakąś laskę, która lata od auta do bloku z kar­to­nami. Naj­wi­docz­niej wła­śnie się wpro­wa­dza. Widać po niej, że ledwo sobie radzi z cię­ża­rami. Jest zasa­pana i spo­cona jak po mara­to­nie. Drobna blon­dyna w pudro­wym dre­siku.

Cho­lera, tylko nie to! Zerka w moją stronę. Widzę po jej minie, że szuka odpo­wie­dzi, pomocy, wybawcy, ryce­rza na, kurwa, bia­łym rumaku. Nie ze mną te numery! Nie mam zamiaru poma­gać, dla­tego przy­spie­szam kroku i natych­miast wcho­dzę do klatki, zamy­ka­jąc za sobą wej­ściowe drzwi. Chyba milion razy wci­skam guzik windy, jakby miało to spra­wić, że przy­je­dzie szyb­ciej. Naresz­cie! Drzwi się otwie­rają w momen­cie, gdy sły­szę, jak ktoś wcho­dzi do bloku. Natych­miast wsia­dam i naci­skam zamy­ka­nie. Oby nie zdą­żyła.

Uff! Udało się. Meta­lowa puszka zamyka się w ostat­niej chwili. Blon­dyna z tobo­łami zostaje na par­te­rze. Jeden zero dla mnie.

– Na szczę­ście udało się! – woła z uśmie­chem od ucha do ucha i wkra­cza do windy.

Kurwa mać!

– Dzień dobry – świer­go­cze z taką rado­ścią, że uszy mi więdną.

Bur­czę coś w odpo­wie­dzi. Nie rozu­miem ludzi, któ­rzy jesz­cze przed jede­na­stą są tacy rado­śni i pełni życia. Ja nawet po pię­ciu kawach nie mam w sobie tyle werwy. Blon­dyna wpy­cha wielki kar­ton i wci­ska guzik na panelu, po czym zerka na mnie nie­bie­skimi, wiel­kimi jak u krowy na pastwi­sku oczami.

– O! Będziemy bli­skimi sąsia­dami. – Dum­nie wska­zuje swoje pię­tro. Pięt­na­ste, jedno wyżej niż ja. – Pan pode mną.

Sły­sząc jej słowa, par­skam śmie­chem, choć nie zamie­rza­łem. Naj­wi­docz­niej dopiero po chwili dociera do niej, co powie­działa, a raczej jak to brzmiało, bo jej twarz i dekolt oblewa czer­wony rumie­niec. Praw­dziwa kobieta, naj­pierw mówi, potem myśli.

– To zna­czy… Chcia­łam… powie­dzieć…

– Zro­zu­mia­łem alu­zję – wcho­dzę jej w słowo. W tym samym momen­cie winda zatrzy­muje się na moim pię­trze. – Dzięki, ale nie sko­rzy­stam z zapro­sze­nia.

Włażę do miesz­ka­nia, odpa­lam kolej­nego fajka i roz­glą­dam się po tych kil­ku­na­stu metrach kwa­dra­to­wych.

Ja pier­dolę, jaki bur­del.

Nie mając naj­mniej­szej ochoty na sprzą­ta­nie, pusz­czam na maksa kla­sykę z war­szaw­skiego podwórka – WWO Każdy ponad każ­dym – wyj­muję z lodówki whi­sky i robię to, co od pew­nego czasu umiem naj­le­piej.

Upa­dlam się. Zale­wam się w trupa.

3 Kamila

Co za buc! To była pierw­sza myśl o moim nowym sąsie­dzie. Wtedy nie wie­dzia­łam, że słowo „buc” nie oddaje tego, kim naprawdę jest, a raczej jaki potrafi być.

Jedne z naj­waż­niej­szych mądro­ści, jakie prze­ka­zała mi mama, nim wypro­wa­dzi­łam się z rodzin­nego domu do dużego mia­sta, doty­czyły przy­jaźni. Praw­dzi­wych przy­ja­ciół poznaje się w bie­dzie. Kilka banal­nych słów, które zyskują na war­to­ści, gdy bieda doty­czy nas samych. Ja mia­łam to szczę­ście posia­dać przy­ja­ciół na piątkę z plu­sem. Oprócz Aśki, która w eks­pre­so­wym tem­pie umó­wiła mnie z adwo­ka­tem, mia­łam jesz­cze do pomocy Rafała, jej męża. Dzięki nim, a raczej gów­nie dzięki niemu, udało mi się odzy­skać i prze­wieźć swoje rze­czy pod nowy adres bez kom­pli­ko­wa­nia sobie życia słu­cha­niem ckli­wych histo­rii Bła­żeja rodem z turec­kiego serialu. Nie mia­łam na to naj­mniej­szej ochoty. To był defi­ni­tywny koniec „nas”. Zaczy­na­łam od nowa. Cokol­wiek to miało zna­czyć.

Nie­stety, poże­gna­nie z pracą było o wiele trud­niej­sze, niż sądzi­łam. Za namową praw­nika przy­sta­łam na trzy­mie­sięczny okres wypo­wie­dze­nia z moż­li­wo­ścią zdal­nej pracy, tak bym, jak to Aśka powie­działa, nie musiała wię­cej oglą­dać twa­rzy tej kana­lii Bła­żeja oraz jego kochanki księ­go­wej. Udało mi się także odzy­skać zain­we­sto­wane w wydaw­nic­two pie­nią­dze. Na wię­cej nie mia­łam co liczyć. Na wszyst­kich naj­waż­niej­szych umo­wach figu­ro­wał wyłącz­nie pod­pis Bła­żeja. Ow­szem, mój adwo­kat zapew­nił, że jest szansa pro­ce­so­wa­nia się o moją część w fir­mie, ale musia­ła­bym się przy­go­to­wać na wie­lo­mie­sięczną, a może nawet wie­lo­let­nią bata­lię w sądzie. A na to nie mia­łam ochoty. Trudno, jeśli zda­niem innych prze­gra­łam, niech tak będzie. Mam to gdzieś. Chcę tylko spo­koju.

– Rozu­miem i nie rozu­miem – stwier­dza Asia, któ­rej wła­śnie skoń­czy­łam tłu­ma­czyć, co by mnie cze­kało, gdy­bym wyto­czyła pro­ces Bła­że­jowi. – Rozu­miem, z jakich powo­dów tego nie chcesz, ale, cho­lera, to są lata two­jej pracy, twoje „dziecko”.

Na te słowa do oczu napły­wają mi łzy, zaraz wybuchnę pła­czem. Co zresztą w ostat­nich tygo­dniach zda­rza mi się nagmin­nie. Podob­nie jak słu­cha­nie naj­rzew­niej­szych pio­se­nek stu­le­cia. Mój gust muzyczny pole­ciał na łeb na szyję. Zali­czy­łam dno, a raczej bagno fono­gra­ficzne.

– Dobra, dobra, już zamy­kam gębę! – Asia w poko­jo­wym geście unosi obie dło­nie, po czym sięga po trój­ką­cik pizzy. – Zmieńmy temat. Jak tam nowe miesz­kanko? Zaakli­ma­ty­zo­wa­łaś się?

– Miesz­ka­nie daje radę, a ja, o dziwo, cał­kiem nie­źle zaadap­to­wa­łam się do nie­wiel­kiego metrażu. Musisz koniecz­nie do mnie wpaść. Mam już sofę… i wino! – Mru­gam okiem i rów­nież się­gam po kawa­łek pizzy ocie­ka­ją­cej tłusz­czem z wło­skiej pep­pe­roni. Aż dziw bie­rze, że coś tak cie­niut­kiego, sma­ku­ją­cego jak kawa­łek nieba może być aż tak kalo­ryczne! To powinno być karalne.

Asia z pre­me­dy­ta­cją i miną, któ­rej mogłyby jej pozaz­dro­ścić aktorki fil­mów porno, zajada się cią­gną­cym serem.

– Będziemy miały za to spe­cjalne miej­sce w pie­kle! – nabi­jam się.

– Oj tam, oj tam. Ja tylko sta­ram się ich moty­wo­wać.

Czy wspo­mi­na­łam, że znaj­du­jemy się w gale­rii han­dlo­wej i ową pizza zaja­damy się, sie­dząc na wprost siłowni? A dokład­niej sie­dzimy tuż przed szybą, za którą na bież­niach wypa­cają kalo­rie uza­leż­nieni od sportu nad­lu­dzie. Nie bez powodu nazy­wam ich nad­ludźmi – kto przy zdro­wych zmy­słach biega przed ósmą w ponie­dzia­łek?!

– No dobra, a jak ten mene­lo­waty wir­tuoz, który mieszka pod tobą? Dalej uprzy­krza ci życie?

Na samą myśl o tym czło­wieku krew mnie zalewa. Ni­gdy, prze­nigdy nie mia­łam pro­ble­mów z innymi loka­to­rami, ale ten… Och! Nie ma dnia, w któ­rym oczyma wyobraźni nie odci­nam mu głowy.

– To pro­stak! Buc! Palant!

– Oho…

– To, że pusz­cza gło­śno muzykę, to nic! Każ­dego dnia i naj­czę­ściej też w nocy tłu­cze się po miesz­ka­niu, wali jaki­miś przed­mio­tami, chyba o ściany, wydziera się. – Zdu­szam złość w zarodku i o wiele ciszej mówię: – Myślę, że to pijak. Widzia­łam, jak wynosi do śmiet­nika torbę pełną pustych bute­lek. Zresztą śmier­dzi od niego jak z gorzelni… I pali jak smok. Nawet u sie­bie czuję smród fajek.

Aśka par­ska śmie­chem.

– To nie jest zabawne! Przez niego nie mogę pra­co­wać we wła­snym domu i muszę to robić tu. – Roz­kła­dam ramiona, wska­zu­jąc gale­rię han­dlową. – Mam dosyć faceta, a nawet go nie znam!

– To mu to powiedz.

– No coś ty! Nie chcę mieć pro­ble­mów. Jestem nowa w bloku, nie mam zamiaru cho­dzić z łatką cze­pial­skiej sąsiadki.

Moja przy­ja­ciółka wybu­cha grom­kim śmie­chem, a ja zdaję sobie sprawę, jak dobrze wycho­wali mnie rodzice. Wpo­ili mi bycie miłą i grzeczną dziew­czynką, co zaowo­co­wało sym­pa­tyczną, nie­umie­jącą się wykłó­cać o swoje doro­słą kobietą.

– Dobra, skończmy ten temat. Lepiej pomóż mi napi­sać tekst, bo muszę go oddać do jutra.

– Dawaj, co dziś bie­rzemy na tapet? Sin­gielki? Związki? Roz­grzej go w pięć minut? Dwa­dzie­ścia cztery gorące pro­po­zy­cje na wie­czór?

– „Seks oralny: sie­dem wska­zó­wek, jak zro­bić to lepiej” albo „Zaskocz go! Pięć wyjąt­ko­wych pozy­cji o poranku”. – Gdy koń­czę zda­nie, na mojej twa­rzy nie poja­wia się nawet cień uśmie­chu. Totalny pro­fe­sjo­na­lizm albo raczej pogo­dze­nie się z fak­tem, jakie głu­poty wypi­suję za pie­nią­dze.

– Serio? – Aśka wywraca oczami, zda­jąc sobie sprawę, że te tematy to chłam. – Zauwa­ży­łaś, że pra­wie ni­gdy nie piszesz o kobie­tach? Wiecz­nie tylko „czego on chce”, „jak zado­wo­lić męż­czy­znę”, „ zrób mu to czy tamto”.

– Uwa­żasz, że to, że nie piszę o kobie­tach, to jedyny pro­blem?

– Och… – Macha dło­nią. – Rozu­miem, że treść poczyt­nych arty­ku­łów to dla cie­bie naj­niż­sza półka, a raczej bawie­nie się w piw­nicy ze zwło­kami. – Za wszelką cenę sta­ram się nie wzru­szyć ramio­nami. – Lecz co jak co, ale seks zawsze będzie się dobrze sprze­da­wał. A jeśli mnie pamięć nie myli, to nie wygra­łaś w totka i na­dal musisz pra­co­wać.

– Dobra – przy­znaję apa­tycz­nie. – Zacznijmy od poran­nych pozy­cji, bo do piątku mam napi­sać kilka rów­nie cudow­nych porad, jak schud­nąć w dwa tygo­dnie i w co się ubrać, gdy masz w bio­drach wię­cej niż prze­ciętna nasto­latka…

To był męczący dzień… Nie! Prawdę mówiąc, to były męczące tygo­dnie. Na co dzień udaję, że pozbie­ra­łam się do kupy. Że roz­sta­nie spły­nęło po mnie i od teraz w różo­wych oku­la­rach na nosie na środku salonu tań­czę do dźwię­ków I’m Every Woman Whit­ney Houston.

Rze­czy­wi­stość jest jed­nak nieco bar­dziej przy­gnę­bia­jąca. Ow­szem, wraz z prze­pro­wadzką i zakoń­czoną sprawą w sądzie poczu­łam przy­pływ ener­gii, jed­nak samotne wie­czory, wiecz­nie chil­lo­wa­nie przy Net­flik­sie oraz zama­wia­nie nie­opła­cal­nej por­cji dla jed­nej osoby dobi­jały mnie. Począt­kowo uża­la­łam się nad sobą, jedząc lody z podwójną bitą śmie­taną i pła­cząc przy kla­sycz­nych kome­diach roman­tycz­nych, jak Not­ting Hill, Bez­sen­ność w Seat­tle czy Kiedy Harry poznał Sally. Po pew­nym cza­sie, zadzi­wia­jąco zbież­nym z trud­no­ścią zapię­cia guzika w spodniach, posta­no­wi­łam wziąć się za sie­bie. Na nowo polu­bi­łam się z aktyw­no­ścią fizyczną. Każ­dego wie­czoru zamiast zaja­dać się kolejną por­cją słod­kich kalo­rii, wyko­ny­wa­łam serię ćwi­czeń dla wyjąt­kowo opor­nych. Dni mijały, zakwasy poja­wiały się coraz rza­dziej, a endor­finy spra­wiały, że czu­łam się coraz lepiej… Jak rów­nież wyglą­da­łam. To ten efekt uboczny, na który czeka się wyjąt­kowo ocho­czo.

Na fali tych nie­naj­gor­szych emo­cji posta­no­wi­łam zro­bić coś, o czym jesz­cze do nie­dawna myśla­łam, że już ni­gdy nie będę musiała tego robić. Zak­tu­ali­zo­wa­łam swoje CV i roz­po­czę­łam roz­sy­ła­nie doku­men­tów do prze­róż­nych wydaw­nictw, nawet do tych, o pracy w któ­rych skry­cie marzy­łam, a dotych­czas nie odwa­ży­ła­bym się powie­dzieć o tym na głos.

Nie­stety, szybko się zorien­to­wa­łam, że zgu­bie­nie kilku cen­ty­me­trów w pasie jest o wiele łatwiej­sze niż zna­le­zie­nie pracy marzeń.

4 Alek

Wody… Wody… Cho­ciaż kilka kro­pli…

Uczu­cie pia­chu pod powie­kami, kapeć w mor­dzie i ból głowy tak silny, jakby minia­tu­rowy kra­snal kilo­fem napie­przał w mój łeb, to pierw­sze, co mnie wita. Z led­wo­ścią pod­no­szę się z lep­kiej od wódy pod­łogi i szu­kam roz­ma­za­nym wzro­kiem cze­goś do picia. Sla­lo­mem ruszam do rów­nie upie­przo­nej co salon kuchni. Nachy­lam mordę pod kran i niczym zwierz łap­czy­wie zaspo­ka­jam pra­gnie­nie. Na koniec szyb­kie obmy­cie twa­rzy lodo­watą wodą.

– Ja pier­dolę… – Wzdy­cham, roz­glą­da­jąc się po skrom­nym metrażu. – Gdy­byś to widziała, to chyba byś mi łeb urwała… albo co innego.

Kręcę głową i odpa­lam fajka. Zer­kam na tar­czę zegara. Piąta rano. Za kwa­drans muszę być już w dro­dze do roboty. Jeśli moje wyli­cze­nia są dobre, to zasną­łem, a raczej odcięło mnie po spo­rej ilo­ści wódy jakoś koło trze­ciej.

– Eee, nie jest naj­go­rzej. Dwie godzinki snu. Walnę tylko kawę i będzie zaje­bi­ście.

Idioto, kogo ty chcesz oszu­kać? Chyba nie samego sie­bie?

Chwilę po pią­tej prze­krę­cam klucz w zamku. Na par­te­rze mijam się z eme­ry­tem z trze­ciego pię­tra, który ze swoim rów­nie sta­rym co on jam­ni­kiem wraca już ze spa­ceru. Musiał­bym być pier­dol­nięty, żeby o takiej porze wycho­dzić z czwo­ro­no­giem. Nie dziwi mnie fakt, że gość nie wita mnie sta­ro­pol­skim „dzień dobry”, bo sam tego nie robię, ale tym razem dziad mie­rzy mnie dziw­nym spoj­rze­niem. Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym mu jakoś wyjąt­kowo zalazł za skórę, cho­ciaż… Trudno, nie on pierw­szy, nie ostatni.

Przy­spie­szam kroku i wycho­dzę z klatki na rów­nie ponure co moja dusza ursy­now­skie podwórko.

– Spóź­ni­łeś się. – Woj­tas wita mnie z iry­tu­ją­cym uśmie­chem.

– A ty jesteś brzydki. Czy poranną wymianę uprzej­mo­ści mamy za sobą?

Zbi­jamy piątkę.

– Ja pier­dolę, Misiek, śmier­dzisz wódą.

Zby­wam jego słowa lek­ce­wa­żą­cym mach­nię­ciem dłoni.

– Kurwa, trzęsą ci się łapy. – Woj­tek nie odpusz­cza. – Jak ty zamie­rzasz pra­co­wać?! Chcesz, żeby stary wyje­bał cię na zbity pysk?

– Nie prze­sa­dzaj. Guma, masz mię­tówkę?! – wołam do dźwię­kowca.

– Chyba musiał­byś wpie­przyć całe opa­ko­wa­nie pasty do zębów. Kurwa, czy ty do reszty…

– Jezu, nie prze­sa­dzaj i prze­stań się drzeć, łeb mi pęka – syczę. – Co?! Że ja niby pierw­szy przy­sze­dłem do pracy lekko wczo­raj­szy?! – Zaczy­nam się śmiać. – To jakaś zbrod­nia wypić wie­czo­rem po cięż­kim tygo­dniu małego…

– Jest, kurwa, wto­rek. – Ton Woj­tasa jest jak wia­dro lodo­wa­tej wody.

Dłuż­szą chwilę zaj­muje mi prze­tra­wie­nie tej infor­ma­cji. Wto­rek… WTO­REK! To jest dzień… kolejny po ponie­działku. Kurwa…

Nie jestem patu­sem, nie chleję, bo nie potra­fię żyć bez wódy. Ja po pro­stu… mia­łem męczący dzień… I jecha­łem metrem z gościem, który prze­ko­ny­wał kum­pla, że pizza hawaj­ska to dar zesłany z nie­bios. Ty zawsze zama­wia­łaś hawaj­ską, choć ni­gdy nie rozumia­łem, jak można jeść ten shit. Gdy wysia­da­łem z metra, na pero­nie wisiał baner z zapo­wie­dzią bajki, na którą chciała pójść do kina nasza Jul­cia. Zadzwo­ni­łem. Twoja matka to z całą pew­no­ścią bli­ska krewna Lucy­fera. Ni­gdy jej nie lubi­łem. Z wza­jem­no­ścią. Tylko ty nas spa­ja­łaś… albo cho­ciaż pró­bo­wa­łaś. Dziś jest gorzej, niż bywało kie­dy­kol­wiek przed­tem. Nie pozwala mi się spo­ty­kać z Julką. Kurwa, ona nawet nie daje mi poga­dać z małą przez tele­fon! Wkur­wi­łem się. Wiesz, jaki jestem. Zawsze za szybko wybu­cha­łem i… wybu­cham. Ty mia­łaś spo­soby, by temu zapo­biec. Ja nie potra­fię.

Wró­ci­łem do domu i wal­ną­łem małego drinka na uko­je­nie sko­ła­ta­nych ner­wów. No, chyba nikt nie będzie się ze mną kłó­cił, że tego potrze­bo­wa­łem. Potem wypi­łem dru­giego, bo pierw­szy nie do końca mnie uspo­koił. Kolejny jakoś sam prze­pły­nął przez gar­dło. Wiesz, jak to jest. Sama mówi­łaś, że jak się ma na coś smaka, to nie da rady tego niczym innym zastą­pić… Hm, cho­ciaż tobie bar­dziej cho­dziło o camem­bert i białe wino niż o wódę bez popity.

Byłem pewien, że to wystar­czy, położę się na kana­pie i zasnę. Na­dal nie śpię w naszym łóżku. Jakoś nie mogę. Ale… ta świer­go­cząca rado­śnie niczym księż­niczka z bajek Disneya blon­dyna z pięt­na­stego pię­tra urzą­dziła sobie kon­cert naj­bar­dziej rzew­nych kawał­ków z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, co zresztą, odkąd się wpro­wa­dziła, robi czę­sto. Przy Toni Bra­xton wymię­kłem. Musia­łem zapić Un-break My Heart, bo ina­czej bym zdechł. A póź­niej jakoś poszło…

– Pssst!

Zresztą ona albo wyje do księ­życa przy tych kiczo­wa­tych melo­diach, albo… i sam nie wiem, co jest gor­sze… pie­przy się jak jakaś sek­so­ho­liczka. W życiu nie sły­sza­łem, żeby jaka­kol­wiek kobieta tak stę­kała i jęczała. Do tego musi mieć jakoś fatal­nie usta­wione łóżko, bo non stop coś wali. Sama rozu­miesz, że musia­łem ją zagłu­szyć. Zio­mek z ursy­now­skiego podwórka, Pezet, ide­al­nie wpa­so­wał się w kli­mat. Senio­rita przy­po­mniała mi stare, dobre czasy.

– Misiek! – Woj­tas bole­śnie kopie mnie pod sto­łem.

O kurwa! Jeste­śmy na żywo na ante­nie. Mamy gościa, a ja… zupeł­nie odpły­ną­łem. Ja pier­dolę. Skup się, idioto! O czym gada­li­śmy?! Co powie­dział Woj­tas? Albo nasz gość. Myśl, Misiek, myśl!

– W swo­ich nume­rach poru­szasz tematy poli­tyki i tego, co się dzieje obec­nie w Pol­sce – zaga­duję, licząc, że ujdzie mi to na sucho, nawet jeśli przed momen­tem Woj­tas pytał, ile kana­pek zjadł nasz gość na śnia­da­nie.

– Wiem, o co zaraz zapy­tasz. Czy doj­rza­łem do tego i czy mam odpo­wied­nią wie­dzę, bo prze­cież dotych­czas nie inte­re­so­wa­łem się poli­tyką, ale…

– Ona inte­re­so­wała się tobą – prze­ry­wam face­towi. – Zapy­tam wprost. Czy jesteś przy­kła­dem postawy oby­wa­tel­skiej, czy masz wyje­bane i ciśniesz bekę?

Widzę uśmiech na twa­rzy Woj­tasa. Uff, udało się.

– Wiesz, że mia­łeś dzi­siaj wyjąt­kowy fart – pod­su­mo­wuje mnie Woj­tas, gdy jaramy szluga.

– Fart to może ty masz, ja po pro­stu jestem inte­li­gentny i potra­fię dzia­łać pod pre­sją w każ­dej sytu­acji – iro­ni­zuję.

Mój kum­pel z pełną powagą mie­rzy mnie wzro­kiem. Na jego twa­rzy nie ma nawet cie­nia uśmie­chu.

– Jak długo jesz­cze zamie­rzasz grać bła­zna?

Spusz­czam głowę i wydmu­chu­jąc dym z ust, mru­czę mało wygó­ro­wane prze­kleń­stwo na temat tego, gdzie aktu­al­nie mam jego opi­nię na mój temat.

– Stary, prze­cież znamy się nie od dziś. Obaj wiemy, że to – wska­zuje na mnie dłońmi – to nie jesteś ty. Jestem w sta­nie naprawdę wiele zro­zu­mieć, ale… kurwa, Monia nie ży…

– Nie waż się o niej mówić – war­czę oschle.

Woj­tas prze­ciera twarz.

– Tak się dłu­żej nie da. Ja nie dam rady.

Zer­kam na niego z miną cynika na twa­rzy, bo niby z czym on tak nie da rady, do cho­lery?! To nie on został sam, to nie jego życie potur­bo­wało, to nie on jest poszkodo…

– Nie zamie­rzam dłu­żej chro­nić ci dupy w robo­cie i ściem­niać wszyst­kim wkoło, że masz gor­szy dzień, jesteś intro­wer­ty­kiem, stro­nisz od towa­rzy­stwa albo że jesteś sku­piony na wywia­dzie i się odci­nasz, żeby zebrać myśli, gdy ty w tym cza­sie naj­zwy­czaj­niej w świe­cie śpisz, bo zachla­łeś kolejny dzień z rzędu.

Czuję, jak złość się we mnie kumu­luje, i nie­wiele myśląc, mówię:

– Nikt ci nie każe mnie bro…

– Moja Gosia spo­tkała w nie­dzielę Julkę z bab­cią.

Złość, którą jesz­cze przed momen­tem czu­łem, się roz­pływa.

– Młoda podobno pytała o cie­bie – kon­ty­nu­uje Woj­tas. – Kiedy ją zabie­rzesz do sie­bie i takie tam.

– Gdyby miała zdro­wych na umy­śle dziad­ków, to byłaby u mnie non stop.

– A dzi­wisz się im?!

– Kurwa! Chyba nie będziesz bro­nił tych…

– Misiek, spójrz na sie­bie! Jesteś wra­kiem na dnie, jak „Tita­nic”, tylko zato­pio­nym w wódzie. Nie powie­rzył­bym ci zło­tej rybki, a co dopiero dziecko.

– Wiesz co?! Pier­dol się!

Gdy docie­ram do miesz­ka­nia, jestem na gra­nicy, ledwo wytrzy­muję sam ze sobą. To kosz­mar. Moja głowa już od dłuż­szego czasu jest miej­scem, z któ­rego nie mogę uciec, choć bar­dzo bym tego chciał. Sta­łem się kimś, a raczej wszyst­kim tym, czego zawsze szcze­rze nie­na­wi­dzi­łem. Mam dosyć tego. Sie­bie rów­nież. To potworne żyć z kimś, kogo nawet się nie lubi. Kogo uważa się za nie­wy­star­cza­ją­cego. Kto dał dupy na całej linii. A musisz na tę osobę codzien­nie patrzeć w lustrze.

Od natłoku myśli cho­ler­nie boli mnie głowa. Prze­szu­kuję kuchenne szafki, by namie­rzyć cokol­wiek, co uśmie­rzy­łoby ból i choć odro­binę mnie wyci­szyło. Chwilę póź­niej odnaj­duję lekar­stwo. Wybór jest trudny. Apap czy abso­lut?

Kiedy w mojej gło­wie trwa gło­so­wa­nie, na tele­fon przy­cho­dzi wia­do­mość od Gośki, żony Wojtka.

Zadzwoń do Julki!

Dałam jej słowo, że to zro­bisz!

Łykam tabletkę prze­ciw­bó­lową. Daję sobie jesz­cze pięć minut, by nieco ochło­nąć. Muszę zadzwo­nić. Gdyby to ode mnie zale­żało, roz­ma­wia­li­by­śmy z Jul­cią codzien­nie. To nie pod­lega żad­nej dys­ku­sji, ale przed nami jest spora prze­szkoda, któ­rej aktu­al­nie nie mam siły poko­nać.

Cho­lera! Gdy­byś to sły­szała… te gadkę, że nie mam siły… Kurwa, dostał­bym od cie­bie takiego kopa na roz­pęd, że w dwie minuty był­bym po Julkę.

Głę­boki wdech i wydech. Wybie­ram numer do straż­nika bram pie­kła albo, jak kto woli, mojej byłej teścio­wej – choć pra­wi­dłowo rzecz ujmu­jąc, matki mojej byłej kon­ku­biny. Zie­lona słu­chawka…

– Halo? Słu­cham.

– Dzień dobry, Tereso. – Po dru­giej stro­nie cisza, acz­kol­wiek domy­ślam się, że moja roz­mów­czyni mnie sły­szała, choć bar­dzo by nie chciała. – Zdaję sobie sprawę, że nasza wczo­raj­sza roz­mowa… hm… – Jak kul­tu­ral­nie jej powie­dzieć, że wkur­wia mnie na maksa, ale chcę się widy­wać ze swoim dziec­kiem, więc przy­mknę oko na jej głu­pie pier­dole… Ech. – No, nie wyszła tak, jak powinna. Chciał­bym poroz­ma­wiać z Jul­cią. Jest wto­rek, po pięt­na­stej, więc na pewno nie jest już w przed­szkolu. Jest wto­rek, wiem to, wiem!

– Nie­stety, nie ma jej – oznaj­mia spo­koj­nie moja była teściowa, ale ja jej nie wie­rzę. Zawsze była i na­dal jest mani­pu­lantką. – Julka jest z dziad­kiem na spa­ce­rze.

Gdy Teresa koń­czy zda­nie, dobiega mnie śmiech Julki. Teraz wiem, że kobieta kła­mie jak z nut.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki