Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jest tysiąc sposobów, by zrujnować ślub.
Powstanie i zawołanie „A tak przy okazji, jestem w ciąży!”, podczas gdy twój były stoi przed ołtarzem z inną, jest zdecydowanie jednym z najlepszych.
Przed ośmioma miesiącami byłam tylko nową asystentką w MorganEnterprises. Aż do tej jednej nocy, kiedy pracowałam po godzinach, a Alexander Morgan zaskoczył mnie w swoim biurze.
Jedna noc. To wszystko, co mieliśmy. Następnego dnia zostałam zwolniona. Przez dział kadr, z podaniem niejasnych powodów.
Dwa tygodnie później dowiedziałam się o jego zaręczynach. Z córką jego największego partnera biznesowego. Aranżowane małżeństwo, by zjednoczyć dwa imperia.
Gdy test ciążowy okazał się pozytywny, postanowiłam zachować to dla siebie. On dokonał wyboru i kazał się mnie pozbyć.
Ale los bywa okrutny. Bo to właśnie ja miałam zorganizować jego ślub. Idealną uroczystość dla idealnej pary.
Każdego dnia patrzę, jak się do niej uśmiecha. Podczas gdy jego dziecko rośnie pod moim sercem. Chciałam milczeć. Naprawdę.
Dopóki nie dowiedziałam się, że po ślubie zamierza przejąć firmę swojej żony i zwolnić wszystkich pracowników.
Więc stoję tutaj, w pierwszym rzędzie kościoła, i czekam na słowa księdza: „Kto zna jakiekolwiek przeciwwskazania do zawarcia tego związku…”
Czasami prawda jest najlepszym planem zemsty.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 263
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
— To ładna sukienka, Anna. Ale bardziej podobałaby mi się, gdybym widział ją obok ciebie na podłodze! Powoli podchodzi do mnie, przygląda mi się, wręcz rozbiera mnie wzrokiem. Serce mi wali, rozum krzyczy „nie”, ale ja kapituluję. Nie potrafię inaczej, chcę właśnie tego i…
***
Pikanie smartfona wyrywa mnie z myśli. Drgam mimowolnie, czując, jak na przedramionach pojawia mi się gęsia skórka. Spoglądam na telefon i odpisuję mojej przyjaciółce Isi, której niestety muszę odmówić wspólnego drinka, bo wciąż siedzę w biurze i właściwie powinnam pilnie skończyć tę sprawę, zamiast oddawać się takim mokrym fantazjom. Co jednak łatwiej powiedzieć niż zrobić. Bo mężczyzną z moich snów jest… mój szef.
Odsuwam tę szaloną myśl na bok, do wszystkich innych tego rodzaju, które nawiedzają mnie od tygodni. Nerwowo gryzę długopis i wpatruję się w liczby na ekranie. Od dwóch godzin głowię się nad ofertą dla Harold Inc i nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś przeoczyłam. Może wynika to z faktu, że co chwilę uciekam myślami do urojeń na temat mnie i mojego szefa.
— Skończ to i zmykaj do domu — mruczę do siebie pod nosem, by dodać sobie otuchy, i ignoruję dziwny ucisk w żołądku.
To zlecenie jest ważne. Cholernie ważne.
Harold Inc to nie tylko największy partner biznesowy MorganEnterprises, ale i najbardziej dochodowy. Jeśli popełnię błąd w tej ofercie, prawdopodobnie będę mogła od razu pożegnać się z posadą asystentki Alexandra Morgana. A tego nie chcę za żadne skarby.
Wzdychając, opieram się na krześle i masuję spięte ramię. Spojrzenie na zegarek mówi mi, że jest już po ósmej. Większość pracowników dawno poszła do domu.
Tylko ja tu jeszcze siedzę. Jak właściwie każdego wieczoru.
Nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę. Bo chcę być dobra. Lepsza niż dobra. Najlepsza. Jestem to winna samej sobie po tych wszystkich latach, kiedy wypruwałam sobie żyły na studiach, żeby dostać tę pracę. Nie zamierzam nawet zaprzeczać, że mój atrakcyjny szef odgrywa w tym niebagatelną rolę.
Mój wzrok nieuchronnie wędruje ku zamkniętym drzwiom gabinetu, za którymi znajduje się królestwo Alexandra Morgana. Wyszedł już jakiś czas temu. Na kolację służbową z samym starym Haroldem.
Na samą myśl o starym Haroldzie przechodzą mnie ciarki. Ten facet to rekin. Rekin biznesu najgorszego sortu. Natomiast jego córka, Miranda, wydaje się miła. Przynajmniej sprawia takie wrażenie, kiedy od czasu do czasu wpada tu z ojcem. Ale kto to może wiedzieć na pewno? Może jest tak samo wyrachowana jak jej ojciec, tylko lepiej to ukrywa albo gra niewiniątko?
Dźwięk otwierających się drzwi windy sprawia, że podskakuję.
Pospiesznie prostuję się i udaję, że pracuję w pełnym skupieniu, podczas gdy kroki stają się coraz głośniejsze.
— Pani wciąż tutaj?
Zaskoczona podnoszę wzrok i patrzę prosto w błękitne oczy Alexandra Morgana.
Jego widok, jak zawsze, zapiera mi dech.
Czarny garnitur leży na jego wysportowanym ciele jak druga skóra. Ciemny krawat jest nieco poluzowany, a ciemnoblond włosy lekko potargane, jakby kilkakrotnie przeczesywał je sfrustrowany dłonią. Wygląda niemal identycznie jak w mojej fantazji. Z tą różnicą, że nie mam na sobie sukienki, lecz czarne, dopasowane dżinsy i bluzkę.
— Oferta dla Harold Inc — wyjaśniam stłumionym głosem. — Chcę mieć pewność, że wszystko jest w porządku.
Uśmiech błąka się w kącikach jego ust. — Harold był dzisiaj wyjątkowo… męczący.
— Przykro mi — mruczę współczująco.
— W porządku. Niech mi pani pokaże, co pani do tej pory przygotowała.
Podchodzi do mojego biurka i pochyla się nad moim ramieniem, by spojrzeć na ekran.
Zapach jego wody po goleniu dociera do moich nozdrzy i sprawia, że tętno mi przyspiesza.
— Liczby wyglądają dobrze — mruczy z uznaniem. — Może mi pani dać wydruk? Chciałbym się temu przyjrzeć dokładniej.
— O-oczywiście — jąkam się i pośpiesznie sięgam po dokumenty na biurku, wkładam je do drukarki obok i czekam, aż wyjdzie papier.
Nasze dłonie stykają się, gdy po nie sięga.
Prąd przebiega przez moje ciało. Dłoń Alexandra spoczywa na mojej o moment dłużej niż to konieczne. Jego oczy szukają moich, a w jego spojrzeniu jest coś mrocznego. Intensywnego. Potem cofa rękę, jakby się oparzył.
— Dziękuję — rzuca krótko, po czym wchodzi do gabinetu i zamyka za sobą drzwi.
Patrzę za nim, wciąż czując mrowienie w miejscu, gdzie jego dłoń dotknęła mojej. To napięcie między nami kiedyś mnie wykończy. Jest tu, odkąd zaczęłam pracę sześć tygodni temu. Od pierwszego dnia. Nie wiem dlaczego, ale pamiętam to dokładnie. I z każdym dniem powietrze wydaje się gęstsze. Napięcie bardziej namacalne. Nie powinnam o tym myśleć, a już na pewno nie powinnam mieć takich fantazji. Ale nie potrafię inaczej. To się po prostu dzieje.
Pamiętam, jak pierwszego dnia podał mi rękę i mnie powitał. Jego uścisk był pewny, dłoń ciepła. Trzymał ją o sekundę za długo.
— Witamy w MorganEnterprises.
Już wtedy to poczułam. To podskórne iskrzenie. Nie w słowach. Było w jego spojrzeniu. W tym nieco zbyt długim dotyku. W ciemności jego źrenic czaiło się coś, co domagało się więcej. Tak samo jak to, że zawsze znajduje pretekst, by przejść obok mojego biurka. Nawet jeśli nie jest to konieczne, a ja mimo to zawsze cieszę się z tej bliskości i z tego, że mogę poczuć jego wodę po goleniu.
I jest jeszcze ten sposób, w jaki jego głos się obniża, gdy jesteśmy sami. Jak wypowiada wtedy moje imię. Anna. Nie Miss Meyer. Oczywiście, jest ze mną na „pan”, ale używanie mojego imienia stwarza poczucie bliskości. Te krótkie chwile w windzie, gdy spotykamy się przypadkiem. Fakt, jak staje wtedy bliżej niż to konieczne. Jak jego ramię ociera się o moje.
Tylko w zeszłym tygodniu. Wylałam kawę na bluzkę. Nic wielkiego, mały wypadek. On akurat wychodził z gabinetu.
— Och, niech pani pozwoli… — powiedział i sięgnął po chusteczkę. Jego palce musnęły wrażliwe miejsce tuż nad moim dekoltem, gdy osuszał plamę.
Wstrzymałam oddech. On też. Nasze spojrzenia się spotkały. W jego oczach było coś głodnego. Potem odchrząknął, jakby zdał sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił, i pospiesznie się wycofał.
Albo trzy dni temu. Późnym wieczorem w sali konferencyjnej, kiedy przeglądaliśmy raporty kwartalne.
— Tutaj — powiedział i pochylił się nade mną, by wskazać miejsce w raporcie. Jego klatka piersiowa musnęła moje plecy. Jego oddech owiał mój kark.
Zadrżałam. On znieruchomiał. Przez moment żadne z nas się nie poruszyło.
Napięcie było niemal namacalne. Potem zadzwonił jego telefon i chwila minęła.
To te małe momenty doprowadzają mnie do szaleństwa. Te momenty, które wcale nie są już takie małe, lecz całkiem jednoznaczne. Które kradną mi sen. Sposób, w jaki jego oczy mnie rozbierają, gdy myśli, że nie zauważam. Jak czasem przerywa w pół zdania tylko dlatego, że zakładam kosmyk włosów za ucho.
Wymowne spojrzenia znad krawędzi filiżanki kawy. Lekkie drżenie jego palców, gdy podaję mu dokumenty, jakby musiał się powstrzymywać przed dotknięciem mnie.
Cholera! Znowu to samo. Same fantazje. Tym razem nie marzenia życzeniowe, lecz minione przeżycia, które w mojej głowie za każdym razem stają się jeszcze bardziej naładowane emocjami.
Czy nie powinnam w końcu pójść do domu? Nabrać dystansu? Jest po ósmej. Gdyby ktoś mi powiedział kilka tygodni temu, że jako asystentka będę robić nadgodziny, wyśmiałabym go. Oczywiście, praca jako asystentka w MorganEnterprises to dokładnie to, po co poszłam na ekonomię. Kariera w biznesie. Prestiż. Szanse awansu. Tak to zaplanowałam. Bo tak robią wszyscy.
W brzuchu mi burczy i zastanawiam się, kiedy właściwie ostatnio coś jadłam. To było w południe. I to tylko pół kanapki z masłem orzechowym, którą zrobiłam sobie rano. A więc nawet nie porządny posiłek. Ale chciałam załatwić jeszcze z piętnaście spraw i nie znalazłam czasu na przerwę.
Instynktownie sięgam po drugą połówkę kanapki, która od południa leży w folii na mojej torebce pod biurkiem. Na chwilę zamykam oczy, by w pełni delektować się smakiem: masło orzechowe. Mój absolutnie ulubiony smak. Czasem to cud, że nie idzie mi to w biodra. Isa zawsze mówi, że ona nie mogłaby tego jeść, ale ja mam metabolizm jak silnik odrzutowy i mogłabym pewnie pochłaniać wszystko, a i tak wyglądałabym jak modelka. To oczywiście nieprawda. Isa jest w dodatku o wiele ładniejsza, ale jest dobrą przyjaciółką i po prostu chce być miła.
Gdy biorę kolejny spory kęs, moje myśli wędrują do mojego drugiego zajęcia. Tego, które miałam podczas studiów: konsultantka ślubna w agencji Ricka. To praca, którą wciąż wykonuję dorywczo. W weekendy. Bo po prostu nie potrafię z niej zrezygnować. Studia na kierunku ekonomia były decyzją rozsądkową, na którą z pewnością wpłynęło wychowanie moich rodziców. Naucz się czegoś sensownego, na czym można zarobić pieniądze. Czegoś z perspektywami, czegoś, co zapewni ci bezpieczną pracę do starości.
Ekonomia była oczywistym wyborem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Przynajmniej dopóki nie przyjęłam dorywczej pracy u Ricka. Od pierwszego dnia wiedziałam, że to miejsce dla mnie. Cudownie było towarzyszyć ludziom w planowaniu najpiękniejszego dnia w ich życiu. Usuwać nieprzewidziane przeszkody i sprawiać, by marzenia się spełniały. Rick był mną zachwycony i zaproponował mi stałą współpracę. Ale jakoś czułam, że rodzice nie finansowali mi pierwszych semestrów studiów po to, bym dmuchała balony i dobierała wiązanki kwiatów. Zwłaszcza mój nieżyjący ojciec byłby pewnie przerażony taką ścieżką kariery. Wybrałam więc rozsądek. Tę pracę tutaj, w MorganEnterprises, w której dzisiaj aż nazbyt chętnie zostaję po godzinach. Ale dorywczego zajęcia u Ricka jednak nie porzuciłam. Co prawda nie planuję już własnych wesel, ale uwielbiam pomagać mu w sezonie ślubnym.
Mój telefon wibruje. Znowu Isa. Tym razem to nie wiadomość, lecz połączenie. Spoglądam na drzwi mojego szefa, które szczelnie za sobą zamknął. Na pewno chce mnie tylko namówić na drinka, a ponieważ jest już późno i nikogo innego tu nie ma, odbieram.
— No i co, wciąż w biurze wzdychasz do swojego przystojnego szefa? — wita mnie bez ogródek.
Prawie krztuszę się ostatnim kęsem kanapki. — Iso! Nie tak głośno!
— Dlaczego? Stoi obok ciebie?
— Nie, ale… — zniżam głos do szeptu. — Nigdy nic nie wiadomo.
— Masz paranoję. — Słyszę jej uśmiech przez telefon. — Jak minął dzień z panem Ciachem?
— On nazywa się Alexander Morgan i jest… — poprawiam ją automatycznie.
— Detale, detale. Powiedz mi lepiej, dlaczego znowu robisz nadgodziny, zamiast iść ze mną na drinka.
Wzdycham i opieram się na krześle. — Oferta dla Harolda musi być gotowa.
— Gówno prawda. Zostajesz tylko dlatego, że ON wciąż tam jest.
— To nieprawda! Ja… — Reszta zdania grzęźnie mi w gardle, gdy przez szybę widzę, jak Alexander krąży po swoim gabinecie. Jego krawat jest już całkowicie rozwiązany.
— Anna? Jesteś tam jeszcze?
— Tak, sorki. — Zmuszam się, by odwrócić wzrok. — To skomplikowane.
— Co w tym skomplikowanego? Ty na niego lecisz, on leci na ciebie. Koniec historii.
— On jest moim szefem, Iso!
— I co z tego? Nie byłabyś pierwszą asystentką, która ma coś ze swoim szefem.
— Ale właśnie kimś takim nie chcę być. Asystentką, która robi karierę przez łóżko.
— Masz zbyt wysokie kwalifikacje na tę posadę i dobrze o tym wiesz. A poza tym praca jako konsultantka ślubna sprawiała ci więcej frajdy. Wiem to, znam cię.
Przygryzam wargę. — Tata przewróciłby się w grobie, gdybym to zrobiła.
— Twój ojciec nie żyje od dziesięciu lat, skarbie. I chciałby, żebyś była szczęśliwa.
— Szczęśliwa? — śmieję się gorzko. — Robiąc co? Rzucając bezpieczną pracę w MorganEnterprises, żeby zawodowo planować wesela?
— Dlaczego nie? Przecież to kochasz. Rick mówi, że jesteś najlepsza, jaką kiedykolwiek miał.
— Przecież nie mogę…
— Co? Robić tego, co sprawia ci przyjemność? Zamiast tego siedzisz do późna w biurze i śnisz o swoim szefie, po kryjomu pracując dla Ricka.
— To coś zupełnie innego — protestuję słabo, dojadając ostatni kawałek kanapki. — Praca u Ricka… to miało być tylko na czas studiów.
— A mimo to wciąż to robisz.
— Bo to… to po prostu wydaje się właściwe — przyznaję cicho. — Kiedy planuję wesele, to… wtedy dokładnie wiem, co robić. Jakby wszystko trafiało na swoje miejsce.
— W przeciwieństwie do twojej pracy tutaj?
— Tutaj to prawdziwa kariera, Isa. A nie tylko dmuchanie balonów i wybieranie kwiatków.
— To brzmi podejrzanie podobnie do twojego ojca.
Wzdrygam się. Ma rację. To niemal dosłownie jego słowa, gdy opowiedziałam mu wtedy o mojej dorywczej pracy.
„Meyerówna robi karierę w biznesie”, mówił, „mamy to we krwi”.
— Anna? — Głos Isy łagodnieje. — Nie musisz iść ścieżką, którą zaplanował dla ciebie ojciec.
— Wiem. — Przecieram zmęczone oczy. — Chodzi tylko o to, że… byłby taki dumny, gdyby zobaczył, że dostałam tę pracę.
— On nie żyje, kochana. A ty żyjesz. Ale czy żyjesz naprawdę?
To pytanie uderza we mnie mocniej, niż się spodziewałam. Czy ja żyję? Czy tylko funkcjonuję?
— Przepraszam, słońce. Nie chciałam cię tak rozbić. Właściwie chciałam tylko zapytać, czy może znowu gdzieś wyjdziemy. Za dużo pracujesz. Odskocznia jest ważna, zwłaszcza w twoim przypadku. Może nie dzisiaj, ale może jutro? A teraz idź do domu. Jest prawie dziewiąta.
Kiwam głową, choć ona nie może tego zobaczyć. — Tak zrobię.
— Obiecaj.
— Obiecuję.
Rozłączam się i wpatruję w ekran. Liczby rozmazują mi się przed oczami.
Czego naprawdę chcę? Czy ona ma rację i wciąż chcę zadowolić mojego zmarłego ojca?
Drzwi do gabinetu Alexandra otwierają się.
— Anna?
Moje serce wyrywa się z piersi.
— Mogłaby pani jeszcze na chwilę wejść?
Patrzę na niego. Znowu to samo: ten głód w jego ciemnych oczach. Czuję mrowienie na całym ciele. Wiem, na pewno chodzi o ofertę, ale w wyobraźni znowu mam na sobie tę sukienkę, którą on chce widzieć na podłodze.
Kiwam głową, niezdolna do wydobycia głosu, i powoli idę w jego stronę.
Krótko wcześniej
Siedzę w biurze i gapię się na liczby w ofercie dla Harolda, nie widząc ich tak naprawdę. Moje myśli krążą tylko wokół niej. Anny. Mojej asystentki. Kobiety, która od sześciu tygodni doprowadza mnie do szaleństwa.
Jasna cholera, chyba cierpię na chroniczny brak seksu. Wiem o tym. Ale co mam zrobić, skoro przy każdym błahym flircie, z którego mogłoby coś wyniknąć, w mojej głowie pojawia się obraz mojej asystentki?
Do diabła, jestem Alexander Morgan i właściwie powinienem pieprzyć się do upadłego z kim chcę i kiedy chcę. Tak było zawsze. Nie miałem z tym problemu. Ale to, z czym sobie nie radzę, to fizyczne pożądanie mojej asystentki. Może powinienem mu ulec? I zrobić to w końcu na biurku, dokładnie tak, jak wszyscy znają z kiczowatych hollywoodzkich filmów. To byłoby coś nowego.
Odrzucam tę myśl i znów spoglądam na ofertę. Jest dobra. Nieskazitelna. Jak Anna. Właściwie ten staruszek Harold nie zasłużył na taką ofertę. Kolacja biznesowa z nim była piekłem. Nie tylko ze względu na jego wygórowane żądania czy natrętny sposób bycia, ale dlatego, że mlaszcze jak zwierzę, zamawiając na mój koszt przepłacone ostrygi, a potem jeszcze krzywo się uśmiecha, jakby chciał powiedzieć: „Twój ojciec już wcześniej płacił za moje ostrygi i ty też za nie zapłacisz”. Rzygać się chce.
Właściwie chciałem jechać prosto do domu, gdy tylko powiedział, że możemy iść, zwłaszcza gdy zobaczyłem, że z butelki wina za 2000 dolarów, którą zamówił, wypił zaledwie pół kieliszka. Zrobiło mi się na przemian gorąco i zimno. Nie ze względu na koszty. To nic w porównaniu ze stanem mojego konta. Chodziło wyłącznie o złośliwość tego marnotrawstwa. Nie mam nic przeciwko winu za 2 tysiące dolarów, ale uważam, że dobre rzeczy należy przynajmniej doceniać, a nie nimi gardzić.
Ale nie pojechałem do domu. Przyjechałem tutaj. Do biura. I w głębi duszy wiem dlaczego. Nie z powodu oferty, nad nią Anna panuje perfekcyjnie. Z powodu niej. Chciałem sprawdzić, czy jeszcze będzie w biurze, kiedy wrócę. I była. Oczywiście, że była. Wiedziałem też, że mój staruszek wie o mojej kolacji z Haroldem. Więc nie pojawi się, jak to ma w zwyczaju, późnym wieczorem w moim biurze. Będziemy sami. Ja i…
Anna Meyer.
Zawsze ostatnia wychodzi i pierwsza przychodzi. Rozluźniam krawat, który nagle wydaje mi się za ciasny. Przez szklaną szybę widzę, jak siedzi przy swoim biurku. Rozmawia przez telefon, nieobecna duchem, żując swoją kanapkę. Mały okruszek przykleił się do jej dolnej wargi.
Przekleństwo.
Chcę ten okruszek ucałować. Chcę poczuć te pełne usta na swoich. Chcę ją wciągnąć na moje biurko i...
— Wyruchać ją — mruczę do siebie, patrząc na nią zachłannie.
Sześć tygodni. Sześć cholernych tygodni się powstrzymuję. Próbuję zachować profesjonalizm. Ponoszę sromotną klęskę i nie raz sam sobie dogadzałem, myśląc o niej. To żałosne i niegodne dyrektora generalnego.
To, jak tam siedzi w tych cholernie obcisłych dżinsach. Sposób, w jaki pochyla się nad biurkiem, gdy pracuje w skupieniu. Jak jej bluzka się napina, gdy po coś sięga.
Chcę rozpiąć tę bluzkę. Powoli. Guzik po guziku. Nie, co ja gadam, chcę ją z niej zedrzeć, a biustonosz razem z nią. Chcę zobaczyć, jak jej skóra zmienia kolor pod moimi palcami. Chcę posmakować jej miękkiej skóry. Chcę usłyszeć, jak jęczy moje imię, podczas gdy ja...
— Kurwa. — Zrywam się na równe nogi i zaczynam krążyć po biurze.
To, jak tam siedzi ze swoim niesfornym kokiem, z którego wysunęły się pojedyncze pasma. Pasma, w które chcę wbić palce, przyciskając ją do ściany i...
Zatrzymuję się przy oknie i przyciskam rozpalone czoło do chłodnej szyby, podczas gdy światła Manhattanu na dole migoczą i powoli się przemieszczają.
To błąd. Wielki błąd.
Jest moją pracownicą. Ja jestem jej szefem. Ale do diabła, jak ona na mnie patrzy. Te wielkie brązowe oczy. Sposób, w jaki jej źrenice się rozszerzają, gdy nasze spojrzenia się spotykają. Jak wstrzymuje oddech, gdy podchodzę zbyt blisko. A podchodzę blisko. Ciągle. Znajduję absurdalne preteksty, żeby przejść obok jej biurka. Dotykam jej niby przypadkiem w windzie. Pochylam się nad nią, gdy coś mi pokazuje, tylko po to, by poczuć jej perfumy.
Ta sprawa z plamą po kawie w zeszłym tygodniu... Poczułem jej ciepłą skórę pod palcami. Widziałem, jak gęsia skórka rozchodzi się po jej dekolcie.
Chcę widzieć tę gęsią skórkę na całym jej ciele. Chcę czuć, jak drży pod moimi dłońmi. Chcę...
— Kurwa, tak, chcę jej i powinienem w końcu wziąć to, co mi się należy — przeklinam cicho.
Powietrze w biurze robi się coraz duszniejsze. Czy to tylko moje złudzenie?
Przez szybę widzę, jak kończy rozmowę telefoniczną. Wygląda na zamyśloną. Bezbronną. A potem przesuwa językiem po wargach i okruszek znika.
Cholera, nie wytrzymam.
Chcę jej. Tu i teraz.
Moja ręka spoczywa już na klamce, zanim naprawdę dociera do mnie, co robię.
— Nie rób tego — ostrzega mnie wewnętrzny głos. — Odpuść sobie. — Ale ten głos jest cichy i nieistotny. Nie wiem, co jest słuszne. W tym biznesie nauczyłem się wszystkiego od podstaw. Mężczyzna na moim stanowisku bierze to, co mu się należy. I tak czekałem zbyt długo. Dziś jest ten dzień. Całe piętro było puste, kiedy wróciłem. Dzisiaj jest idealnie. Nikt nie usłyszy jej krzyków. Nikt oprócz mnie. I będę się tym rozkoszował. Do samego końca.
Otwieram drzwi i spoglądam na nią:
— Czy mogłaby Pani jeszcze na chwilę wejść? — Z trudem panuję nad głosem. Wydaje się głębszy niż zwykle, ale może tylko mi się zdaje.
Waha się, patrzy na mnie i widzę w jej spojrzeniu, jak bardzo jest gotowa, gdy wstaje, potakuje głową i rusza w moją stronę.
Wchodzi do mojego biura. Niepewnie. Ostrożnie. Mała złocistobrązowa smuga masła orzechowego przykleiła się w kąciku jej ust. To musi być masło orzechowe. Bo w niektóre dni zdaje się odżywiać tylko nim i zawsze zamyka oczy, biorąc pierwszy kęs. Prawie tak, jakby miała mały orgazm. To oczywiście nieprawda, ale nie panuję nad swoimi myślami. I nad tym, że chcę jej to zafundować. I to od tygodni. Chcę usunąć resztkę masła orzechowego, ale próbuję zachować spokój. To byłoby zbyt pochopne. Chcę zacząć powoli. Mieć pewność. Dlatego milczę.
— Oferta dla Harolda? Czy wszystko z nią w porządku? Mam jeszcze alternatywną wersję, gdyby Pan… — pyta. Jej głos lekko drży i urywa, podając mi papier.
— Wszystko z nią jest idealnie. Proszę usiąść. — Wskazuję na krzesło przed biurkiem i odbieram od niej dokument. Nasze palce na chwilę się stykają. Wzdryga się, jakby się oparzyła. Obchodzę biurko i siadam, by dać jej trochę przestrzeni.
— Jak udała się kolacja? — pyta, siadając. Jej głos brzmi chrapliwie.
— Harold to mlaszczący idiota. — Odchylam się na fotelu, obserwując ją. — Zamówił butelkę wina za 2000 dolarów i prawie jej nie tknął.
— Typowe dla niego. — Wykrzywia kąciki ust. Masło orzechowe lśni w świetle lampki biurkowej.
— Więc tak jak mówiłem: oferta wygląda dobrze — stwierdzam, kartkując dokumenty. — Nawet bardzo dobrze.
— Dziękuję. — Lekki uśmiech przemyka przez jej twarz. — Trzykrotnie sprawdzałam liczby.
— Oczywiście, że tak. — Wstaję, podchodzę do niej i opieram się o biurko tuż przed nią, tak że musi patrzeć na mnie z dołu. — Pani nigdy nie popełnia błędów, prawda, Miss Meyer?
Lekko się rumieni.
— Owszem. Czasami.
— Na przykład?
— Ja... — Przygryza dolną wargę. — Powinnam była dzisiaj wcześniej pójść do domu i… — Wygląda, jakby chciała coś dodać, ale nagle milknie.
Powietrze między nami wręcz wibruje.
— Dlaczego wciąż tu Pani jest? — pytam cicho.
— Oferta... — zaczyna.
— Była gotowa od wielu godzin. — Pochylam się. — Proszę spróbować jeszcze raz.
Wdycha drżąco powietrze.
— Panie Morgan, ja...
— Alexander — przerywam jej. — O tej porze jestem Alexandrem.
Jej oczy się rozszerzają.
— Alexander — powtarza. Moje imię brzmi jak aksamit na jej języku.
— Dlaczego wciąż tu jesteś, Anno?
Milczy. Jej palce nerwowo bawią się rąbkiem bluzki.
Kurwa. Nie wytrzymam. Teraz albo nigdy…
— Masz coś tutaj — mówię nagle, wskazując na kącik jej ust.
— Co? — Zdezorientowana przesuwa dłonią po twarzy, ale nie trafia w odpowiednie miejsce.
— Pozwól. — Wyciągam rękę, delikatnie gładząc kciukiem kącik jej ust. Masło orzechowe jest ciepłe i lepkie. Jej oddech zamiera.
Powoli, nie spuszczając wzroku z jej rozszerzonych źrenic, podnoszę kciuk do ust i go oblizuję.
— Masło orzechowe — mruczę. — Słodkie.
Cichy jęk wyrywa się z jej gardła.
— Anno — mówię cicho. — To ostatnia szansa, żeby wyjść.
Siedzi nieruchomo.
Jej oczy więżą moje spojrzenie. Mały mięsień drga w jej szczęce.
— Anno — szepczę, kładąc wolną dłoń na jej policzku. Jej skóra jest miękka, niemal zbyt miękka. — Powiedz mi, czego chcesz.
Przełyka ciężko ślinę, jej wzrok przemyka na moje usta.
— Ja... — szepcze, jej głos jest ledwie słyszalny — powinnam już iść.
— Powinnaś? — Moje palce przesuwają się wzdłuż jej szyi, czując pod dotykiem przyspieszone tętno. — Czy może chcesz jednak zostać?
Jej oczy na chwilę się zamykają, gdy delikatnie gładzę jej krtań. Cichy jęk wyrywa się z jej piersi. — Alexander... — szepcze moje imię, a sam jego dźwięk sprawia, że dreszcz przebiega mi po plecach.
Pochylam się bliżej, mój oddech miesza się z jej oddechem. — Anno — powtarzam jej imię, moje usta są centymetry od jej ust. — Powiem ci, czego ja chcę… — szepczę. — Chcę ciebie. Tu i teraz.
Ledwie wypowiadam te słowa, a w jej spojrzeniu widzę, że czuje to samo. I wtedy moje usta pochłaniają jej. Pocałunek jest głodny, wymagający, cała nagromadzona tęsknota ostatnich tygodni wyładowuje się w tej jednej chwili. Jej dłonie wbijają się w moje ramiona, przyciągając mnie bliżej. Czuję lekkie drżenie jej ciała, żar, który od niej bije.
Na chwilę odrywam się od jej ust, błądzę wzrokiem po jej zarumienionej twarzy.
— Na pewno? — pytam, choć znam już odpowiedź.
Przymyka powieki i potakuje. — Na pewno.
Z cichym pomrukiem podnoszę ją i sadzam na biurku. Stos papierów zsuwa się, lądując z cichym szelestem na podłodze.
— Zostaw je — mruczę, gdy chce się po nie schylić. — One nie są ważne.
Jej palce wplatają się w moje włosy, ściągając moją głowę do siebie. Nasze usta spotykają się ponownie, dziksze, bardziej nieokiełznane niż wcześniej. Rozpinam jej bluzkę guzik po guziku, moje dłonie przesuwają się po jej gładkiej skórze. Jęczy, gdy moje dłonie obejmują jej piersi po tym, jak zręcznie rozpiąłem biustonosz. Biustonosz zapinany z przodu. Jakże przezornie.
Biuro, światła miasta, wszystko wokół nas wiruje. Istniejemy tylko my, żar naszych ciał, przyspieszone bicie naszych serc. Rozbieram ją z ubrań, sam też się ich pozbywam. Jej skóra lśni w świetle lampki biurkowej, a ja nie mogę się powstrzymać, by jej nie dotykać, nie gładzić, nie całować.
Jej dłonie wędrują po moich plecach, paznokcie lekko drapią skórę.
— Alexander — szepcze, jej oddech jest urywany. — Proszę...
Nie potrzebuję dalszych zachęt. Przesuwam ją na krawędź biurka, rozchylam jej nogi i przesuwam dłonią wzdłuż jej słodkiej, wilgotnej szczeliny, która jest tak idealnie wydepilowana. Bawię się nią, patrząc jej prosto w oczy, gładząc ją. Ona jęczy, poddaje się chwili, chwyta za mojego członka i chce mi pokazać, co potrafi. Ale nie pozwalam na to. To by mnie tylko jeszcze bardziej doprowadziło do szaleństwa. Zamiast tego przysuwam się bliżej niej. Pomiędzy jej idealne uda i wchodzę w nią, wypełniając ją sobą. Głośny krzyk wyrywa się z jej gardła, mieszanka bólu i rozkoszy. Więżę jej spojrzenie, widzę pasję w jej oczach, oddanie.
Poruszamy się razem, najpierw powoli, potem coraz szybciej, coraz dziczej. Biuro staje się sceną naszego pożądania, biurko miejscem naszej pasji. Jej paznokcie wbijają się w moje ramiona, jej nogi oplatają moje biodra. Szepczę jej imię raz po raz, podczas gdy fale rozkoszy we mnie narastają.
Telefon dzwoni przeszywająco, wyrywając nas z wiru namiętności. Ignoruję go, zatapiając twarz w szyi Anny, wciąż się w nią wbijając. Dzwonek w końcu cichnie.
— Alexander... — jęczy, jej ciało się napina. Czuję, jak zaciska się wokół mnie, jak osiąga swój szczyt.
Zaledwie kilka sekund później podążam za nią, moje ciało drży pod wpływem własnej ekstazy. Opadam na nią, mój oddech jest ciężki i szybki.
Leżymy tak, spoceni i wyczerpani, nasze ciała splecione ze sobą. Ciszę w biurze przerywają tylko nasze ciężkie oddechy. Zsuwam się z niej i kładę obok na biurku.
Spojrzenie na podłogę pokazuje mi rozrzucone papiery oferty dla Harolda.
— Nie przejmuj się tym — mruczę, przyciągając Annę do siebie. — To teraz nieważne. W tej chwili liczymy się tylko my i jeszcze tu nie skończyliśmy. Jeszcze długo nie — mówię, biorąc ją za rękę i prowadząc do skórzanej kanapy w rogu, na której chcę powtórzyć tę grę. Bo dzisiejsza noc należy do mnie. Chcę słyszeć, jak krzyczysz moje imię. Znowu i raz jeszcze.
— Alexander… — mówi cicho między pocałunkami, siedząc nago na moich udach. — To takie nierozsądne.
— Owszem, Anno. Ale właśnie dlatego jest to tak wyjątkowe. A jutro będzie po prostu zwykły dzień. Jak każdy inny.
— Chcesz powiedzieć… — szepcze, a ja nie jestem pewien, czy nie popełniłem błędu sugerując, że nie chcę rozmawiać o tym, jak i czy ta sprawa będzie miała ciąg dalszy.
— Chcę powiedzieć, że tej nocy jesteśmy tylko my. Ty i ja. I chcę się tym w pełni nacieszyć, Anno. Z tobą.
Patrzy na mnie przez kilka chwil, nic nie mówi. Ale potem przytakuje, zdaje się zgadzać i znów mnie całuje. Tym razem z języczkiem. Jest najwyraźniej tak samo zdecydowana jak ja, by uczynić tę noc niezapomnianą i nie myśleć o jutrze.
Czuję, że znów jestem gotowy, a mój twardy członek napiera na jej wejście. Porusza się umiejętnie i sekundy później znów jestem w niej. Siedzi na mnie, poruszając się w górę i w dół, ja trzymam ją za biodra, całując na zmianę jej usta i kołyszące się piersi, podczas gdy zbliżamy się do kolejnego szczytu, a ja zastanawiam się, dlaczego do diabła tak długo z tym czekałem. Jest jeszcze lepiej, niż to sobie wymarzyłem.
Chwytam jej cudowny tyłek obiema rękami, czując, jak wszystko we mnie się napina i że zaraz znów nadejdzie koniec.
— Anno — jęczę. Ona też wyrzuca z siebie moje imię, ma rumieńce na policzkach.
— Chcę spróbować czegoś innego. Gotowa?
Nie wie, co nastąpi. Ale potakuje głową, a ja jestem pewien, że tej nocy wspólnie przekroczymy jeszcze niejedną granicę.
Następnego ranka
Zapach świeżej kawy wypełnia moją małą kuchnię. Stoję przy oknie, spoglądam na budzącą się do życia dzielnicę Lower East Side i nie mogę przestać się uśmiechać. Światło wschodzącego słońca odbija się w oknach budynków naprzeciwko.
— Ale z ciebie idiotka — mruczę do siebie, siorbiąc z filiżanki. Kawa jest za gorąca. Prawie parzę sobie język. Ale nawet to nie jest w stanie zepsuć mi dobrego humoru.
Wydarzenia minionej nocy przesuwają mi się przed oczami jak film. Jego dłonie na mojej skórze. Jego usta. Sposób, w jaki on... Czuję, jak na twarz wypływa mi rumieniec, i odstawiam filiżankę, myśląc o tym, jak leżałam na jego biurku, a on we mnie wchodził. Co więcej, tyłek wciąż mnie piecze po tym, co zrobił ze mną później. O mój Boże, to było naprawdę... absolutny OBŁĘD!
— Weź się w garść, Anna — upominam samą siebie. — To był jednorazowy wyskok. — Nie powiedział tego wprost, ale jego słowa były wystarczająco jasne. Tej nocy liczymy się tylko my. Nie jutro. Nie pojutrze. Tylko ta jedna noc. I co to była za noc.
Przechadzam się po swoim małym mieszkanku, które właściwie składa się tylko z salonu z aneksem kuchennym i malutkiej sypialni. Meble to zbieranina wszystkiego — mieszanka Ikei i znalezisk z pchlego targu. Ale to mój dom i dokładnie tak mi odpowiada. Przy okazji biorę kęs kanapki z masłem orzechowym, którą zostawiłam na talerzu w przedpokoju, i nie mogę przestać myśleć o tym, jak zlizał ten krem prosto z moich ust. Tak to się zaczęło.
Odpędzam tę myśl i przeglądam się w dużym lustrze. Obracam się w lewo i prawo. Szukam widocznych śladów po ostatniej nocy. Na szyi mam mały, czerwony ślad. Przesuwam po nim palcami i drżę na samo wspomnienie, jak powstał.
— Do jutra — powiedział, gdy się żegnaliśmy. Tak zwyczajnie. Prawie od niechcenia. Jakby nic się nie stało. Jakbyśmy przed chwilą nie...
Dzwonek telefonu wyrywa mnie z zadumy. Isa. Oczywiście.
— No, trzymasz się? Ale piękny poranek, no nie? — witam ją.
— Wyśpiewaj wszystko! — żąda bez owijania w bawełnę. — Brzmisz o wiele za dobrze jak na tę porę.
Śmieję się. — Co masz na myśli?
— Och, proszę cię! Dobrze wiesz, co mam na myśli. Zazwyczaj zawsze piszesz, jak wrócisz do domu. A nie napisałaś. Przez całe godziny. No i?
— No i co?
— Anna Meyer! Znam cię od czasów studiów. Nie pogrywaj ze mną. Coś się wydarzyło? Z nim?
Przygryzam wargę. — Może...
— O mój Boże! — Piszczy tak głośno, że muszę odsunąć telefon od ucha. — Szczegóły! Natychmiast!
— Nie przez telefon — odpowiadam, rzucając okiem na zegarek. — Przerwa obiadowa? W Joey's?
— Naprawdę chcesz mnie trzymać w niepewności aż do tej pory?
— No. — Uśmiecham się szeroko.
— Jesteś okrutna. — Wzdycha teatralnie. — No dobra. Joey's o 12:30?
— Idealnie.
— I było dobrze?
Zamykam oczy, przypominam sobie jego dłonie na mojej skórze, jego usta na mojej szyi, sposób, w jaki jęczał moje imię... — Tak — szepczę.
— O rany — jęczy Isa. — Do południa umrę z ciekawości, wiesz o tym?
— W takim razie lepiej pośpieszę się do pracy — droczę się z nią.
— Anna...
— Tak?
— Uważaj na siebie, dobrze? Wiesz, jacy są faceci tacy jak on.
Te słowa uderzają we mnie mocniej, niż powinny. — Wiem — mówię cicho. — To była tylko jedna noc. Od początku było to jasne.
— Ale?
— Żadne ale. — Zmuszam się do uśmiechu, którego ona nie widzi. — Wszystko gra. Do później!
Rozłączam się, zanim zdąży powiedzieć coś więcej. Jej ale odbija się echem w mojej głowie, gdy szykuję się do wyjścia.
