Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
288 osób interesuje się tą książką
Nigdy nie zakochuj się w gwieździe futbolu, a już zwłaszcza, gdy jesteś jego asystentką…
Annie od lat jest potajemnie zakochana w swoim szefie, gwieździe futbolu Vanderze. Robi dla niego niemal wszystko i przymyka oko na jego styl życia. Gdy jednak przychodzi on ze swoją najnowszą zdobyczą i stawia o jedno zuchwałe żądanie za dużo, miarka się przebiera: Annie składa wypowiedzenie.
Gorący, seksowny Vander, złoty chłopiec futbolu, chce odzyskać Annie, ponieważ dla niego to wszystko i tak jest tylko grą. Nie lubi przegrywać, dlatego zamierza ją odzyskać za wszelką cenę.
Annie nie chce już grać w jego gierki. Nie ufa Vanderowi. Czy zdoła on udowodnić, że nie jest mężczyzną, za którego go uważa, i że naprawdę, z całego serca, pragnie jej powrotu?
Czy zdołają się w porę pogodzić, by Vander mógł razem z Brooklyn Dragons osiągnąć kolejny cel, który ma kluczowe znaczenie dla całej drużyny?
Jednak w grę wchodzi nie tylko istnienie całej drużyny. Zgodnie z mottem „teraz albo nigdy”, między Annie a Vanderem również toczy się gra o wszystko.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 315
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Annie
Zabiję go.
Zatrzaskuję drzwi lodówki z taką siłą, że szklane butelki Evian aż się zatrzęsły. Moje własnoręcznie robione bio koktajle białkowe i soki tłoczone na zimno turkoczą w środku. Ale mam to gdzieś i maszeruję do lśniącej wyspy kuchennej.
Morderstwo jest nielegalne, Annie, mówię do siebie.
Z najwyższego piętra trzypiętrowego domu w Williamsburg z widokiem na East River spływa chichot.
Ale byłoby to takie kojące.
Ten chichoczący potworek siedzi w domu Vandera już od tygodnia. W jego łóżku, pewnie też na podłodze, pod prysznicem, na tym blacie przede mną... Pośpiesznie zgarniam swoje papiery. Nic nie wskazuje na to, żeby się wynosiła, a ja mam tego naprawdę po dziurki w nosie.
Jego gosposia jest chora, kucharz na urlopie, dostawy jedzenia mają opóźnienie, a ja?
Można by pomyśleć, że mam supermoce, które czynią mnie niewidzialną. No, chyba że akurat czegoś zażyczą sobie na już — wtedy nagle wszyscy mnie widzą.
Po stalowo‑szklanych schodach zbiegają kroki i przeskakują przez posadzkę ogromnego, otwartego salonu. Zbliżają się, do kuchni, i staje przede mną jedno z najpiękniejszych stworzeń na świecie, o perfekcyjnym ciele, z perfekcyjnie zmarszczonym noskiem, jakbym była żałosną skazą na obrazie, której niestety teraz potrzebuje.
Zarzuca blond włosy na eleganckie ramię i wypina biodro: ma na sobie koronkowe szorty i dopasowany biustonosz w tym samym nieprawdopodobnym odcieniu zieleni, idealnie pasującym do jej oczu, po czym wzdycha: — Szukałam cię.
Jedyna rzecz, która u Marii nie jest doskonała, to jej charakter. Imię ma co prawda po Matce Boskiej, ale świętą na pewno nie jest, więc powinnam się cieszyć. Ma niecałe 1,80 wzrostu — idealnie, by móc patrzeć na mnie z góry. I właśnie tak robi. Zawsze. Przy każdej okazji. Z ogromną pogardą.
Zabij i ją!
Mój mózg potrzebuje terapii. Może i kaftana bezpieczeństwa. Ale przyklejam uprzejmy, profesjonalny uśmiech. — Oto jestem, Maggie. W czym mogę Pani pomóc?
— Proszę to wyprać!
Unosi dłonie, trzymając tęczę delikatnych strzępków materiału.
Rozglądam się, żeby się upewnić, że wciąż jestem w tym stuleciu i nikt nie stoi za mną. — Słucham?
— Ręcznie. Osobno!
W tej samej chwili do pokoju wpada Mr. Tight End, czyli Vander Jones. Spocony, o skórze w kolorze złocistego brązu, wygląda jak bóg. Bez kitu, naprawdę tak jest. Dresowe spodnie Vandera wiszą nisko na smukłych biodrach, a moje ciśnienie wystrzeliwuje w kosmos.
Może i jest oszałamiający, ulubieniec świata zawodowego futbolu amerykańskiego, milioner — pewnie nawet i bez tego astronomicznego kontraktu i reklam. Ma 1,90 wzrostu, jakby był zrobiony wyłącznie z kształtnych, gorących mięśni, a mimo to właśnie teraz ląduje na samym dnie listy rzeczy, które mi się podobają.
Ta rzekoma Miss Perfect nie zostanie tu na zawsze, a ja jestem jego cholerną osobistą asystentką, stoję u jego boku i nie ulegam swoim morderczym zapędom. Z pewnością stanie po mojej stronie, kiedy mu powiem, czego ona chce.
Vander ledwie na mnie zerka, podchodzi do lodówki. — Annie?
— Tak? — wyciskam to słowo z gardła.
— Następnym razem powinniśmy mieć jagody goji. I ziarna kakaowca. Brakuje ich w tych koktajlach.
— Zostawię wiadomość twojej gosposi.
— I co z tym? — pyta Maria i rzuca przede mną na wyspę swoje wykwintne koronki. — Do piątej po południu. Chcę założyć neonowy róż. Wyglądam obłędnie w neonowym różu, prawda, kochanie?
Vander zatrzymuje się w pół ruchu przy odkręcaniu butelki i marszczy brwi. — Eee, no, jasne.
Złożę wymówienie.
Zaraz po podwójnym morderstwie.
— Nie będę prać Pani rzeczy, Maggie. Nie zajmuję się praniem. — Choć parę razy robiłam to dla Vandera. Raz czy dwa. W awaryjnej sytuacji. Ale pracuję dla Vandera, a nie dla niej. Jedno egocentryczne, piękne stworzenie w moim życiu w zupełności mi wystarczy, a na nią nie lecę. Na niego za to... Boże, nienawidzę siebie za to, jak na sam jego widok mięknę.
— Vander! — dąsa się.
Przygniatam do siebie te wszystkie durne papiery, bo autentycznie boję się, że zaraz przywalę tej kobiecie. Może i jest supermodelką, ale człowiekiem — fatalnym.
Przeczesuje dłonią zbyt długie, ciemnoblond włosy i rzuca mi spojrzenie, które znaczy mniej więcej tyle: Czy mogłabyś to załatwić?
Moje spojrzenie chciałoby odpowiedzieć czymś, co pewnie zaprowadziłoby mnie do więzienia, ale tę część zostawiam dla siebie. Zamiast tego mówię coś kompletnie przyziemnego: — Nie mam czasu prać jej ubrań. I nie zamierzam tego robić.
Zerka na nią, potem na mnie i dzwoni mu telefon. Wyciąga go z tylnej kieszeni dresów. — Muszę odebrać. Po prostu to zrób. Proszę, Annie?
Po czym znika.
Triumfalne spojrzenie to już za wiele. — O piątej — mówi Maria, obraca się na swoich idealnych stopach i pokazuje mi swój idealny tyłek, odmaszerowując.
Gapię się na strzępy materiału na blacie przede mną.
Coś się we mnie łamie.
Ustawiam piekarnik na 250 stopni, chwytam bieliznę wartą tysiąc dolarów szczypcami — nie dotknę jej gołą ręką — kładę na blasze i nastawiam minutnik. Godzina i dziesięć minut powinny wystarczyć.
Potem zabieram swoje rzeczy.
Pieprzyć Pana i Panią Perfekt. Pieprzyć Vandera za to, że wybrał ją, a nie kobietę, która organizuje każdy najmniejszy detal jego żałosnego, egocentrycznego życia.
Marszowym krokiem idę do drzwi jego apartamentu, zatrzymuję się i wykrzykuję dwa perfekcyjne słowa.
— Odchodzę.
******
Stoję na dole, w foyer jego wartego miliony apartamentu i wzdycham. Taki jest Vander Jones: bogaty, piękny i kompletnie nieświadomy tego, co dzieje się w świecie poza ligą futbolu amerykańskiego.
Robię w tył zwrot, jadę windą na jego piętro i otwieram drzwi. W powietrzu unosi się gryzący swąd topniejącej koronkowej bielizny. Wyciągam z szuflady w kuchni papier — ten, którego zawsze używam — i długopis, i piszę:
Ja, Annie North, składam wymówienie ze stanowiska osobistej asystentki Vandera Jonesa.
Potem podpisuję się pod tym zdaniem, datuję ten krótki liścik i zostawiam go na środku wyspy.
W drodze do drzwi zatrzymuję się i odwracam. Na podłodze leżą jaskrawoczerwone jedwabne majtki. Chcę mieć pewność, że zrozumie przekaz. Zgarniam taśmę klejącą, papier i marker, biorę majtki szczypcami i kieruję się do pralki.
Kiedy kończę, wychodzę po raz drugi i ostatni.
******
— Annie?
Prostuję się i przestaję popychać jedzenie po talerzu w restauracji w SoHo, kiedy dociera do mnie, że Circe mówi do mnie. — Przepraszam, nie słuchałam.
— Nie przepraszaj mnie — mówi i się uśmiecha. Jej warte miliony dolarów oblicze z cudownymi kośćmi policzkowymi, ciemną skórą, zachwycającymi oczami i ustami, o których śnią mężczyźni na całym świecie, to czyste piękno, zapakowane w wspaniałego człowieka. — Właśnie opowiadałam ci nudną historię. Wszystko u ciebie w porządku od czasu... no wiesz?
— Od kiedy powiedziałam Vanderowi, że koniec z tym wariactwem? — Wzruszam ramionami. — Tak. Jest dobrze. Po prostu planuję następny krok i ogarniam rodzinne sprawy. Moja siostra i mój siostrzeniec i... Myślisz, że sobie poradzi? W sensie: to Vander i zawsze spada na cztery łapy, ale to też Vander i... chodziłaś z nim, wiesz, o co mi chodzi.
— Kochanie. — Odkłada widelec. — Byłam z nim tylko krótko. Najlepsze w tym było to, że poznałam ciebie.
Policzki mi płoną. Byłabym o tę kobietę zazdrosna, gdyby nie była taka miła. — Najlepsze było to, że ułatwiłaś mi pracę.
Jednym z moich zadań u Vandera jest zrywanie za niego z kobietami, bo jemu się nie chce. Fakt, że jestem zadurzona w tym dupku, to najżałośniejsza rzecz na mój temat. To i ten smutny fakt, że tak długo u niego zostałam. Myślałam, że będzie inaczej niż u rockowych i filmowych gwiazd, ale to to samo, tylko bez narkotyków. A Vander płacił o wiele więcej.
Płacił.
Już dla niego nie pracuję.
— Byłaś moim pierwszym zerwaniem. — Biorę do ręki szklankę wody i unoszę ją w jej stronę w geście toastu.
Przewraca oczami. — Żeby było uczciwie: to ja chciałam, żebyś zerwała z nim za mnie.
— Powinnam była uznać to za znak, skoro ktoś tak wspaniały jak ty chce go spuścić na szczaw.
— Vander nie jest zły, po prostu jesteśmy zbyt podobni i muszę poznać kogoś spoza mojego świata. Nadal to jest mój cel — mówi.
— Ostatnio nie poszło najlepiej? — pytam Circe.
— Powiedzmy, że miał fetysz stóp, który obejmował spocone skarpetki i Nutellę. Zakończyłyśmy randkę przed czasem. — Pochyla się do przodu. — Vander o tym wie?
— Że spocone skarpetki i Nutella to nie moja bajka? — pytam.
— Nie, Annie, że rzuciłaś pracę.
— Tak, oczywiście. To znaczy, powiedziałam mu i nie ma mnie u niego.
Circe rzuca mi spojrzenie.
Wzdycham. — Zostawiłam wiadomość.
Wciąż tylko na mnie patrzy.
— Uprażyłam też w piekarniku te cholerne markowe koronki.
Unosi brwi.
— I wyprałam czerwone jedwabne majtki razem z jego najlepszą białą bielizną. Właściwie nie wyprałam — tylko załadowałam pralkę i ustawiłam temperaturę. W każdym razie zostawiłam na pralce kolejny liścik, że odchodzę.
Kiwa głową z powątpiewaniem. — Aha.
— I wysłałam maila.
Circe się uśmiecha. — Wiesz, że on o tym nie wie.
— Nie — mówię — jestem pewna, że wie.
— Skoro tak mówisz.
******
Reszta tygodnia mija dość gładko. Składam podania o pracę. Na razie szukam tylko czegoś na czas określony, potem zobaczę. W moim mieszkaniu jest wolny pokój. Nie jest wielki, a w porównaniu z mieszkaniem Vandera to rudera, ale dam radę przenocować mojego małego siostrzeńca Kita i siostrę Dreę. Przylatują w przyszłym tygodniu.
Nie miałam żadnego odzewu od Vandera, co jest całkiem dobre. Naprawdę. Nie chcę od niego nic słyszeć. Te wszystkie kobiety, które brały mnie za pewnik. Było ich tyle. Bielizna była tylko kroplą, która przelała czarę.
A przecież nikogo nie zabiłam!
Zamordowałam tylko drogą bieliznę.
Ale nie jego.
Więc to na plus.
Punkt do karmy dla mnie.
Właśnie mam zrobić sobie espresso, kiedy ktoś dzwoni do drzwi. Zgarniając za ucho kosmyk, który uciekł z mojego niechlujnego kucyka, idę do wejścia. W mojej kamienicy nie ma domofonu, więc naciskam brzęczyk i otwieram swoje drzwi.
Usta mi wysychają, dłonie mi się pocą.
O, dobry Boże.
Przede mną stoi Vander Jones. Olśniewający jak zwykle, w dżinsach i trampkach z wysoką cholewką, bladoróżowym T-shircie i bluzie dresowej Brooklyn Dragons.
Kolana robią mi się jak z waty, a serce tłucze mi się w piersi.
Idzie w moją stronę ze swoim zabójczym uśmiechem, a jego ciemnobrązowe oczy ze złotymi plamkami są ciepłe i zapraszające.
Potem wyciąga zza pleców piękny pęk drogich róż. Dokładnie wiem, ile kosztowały, bo dziś rano miały zostać dostarczone jego ohydnej dziewczynie.
Wyciąga je do mnie.
— Annie — mówi tym niskim głosem, który powinien być zakazany we wszystkich stanach USA i kilku innych krajach — jak się masz?
Szukam słów. — Co? Co ty tu robisz?
— Zniknęłaś. Tutaj, do tego... miejsca. — Zawiesza głos. — Przyszedłem, żeby cię odzyskać.
Vander
Czekam, aż weźmie te głupie kwiaty i znów będzie odgrywać przede mną rolę słodkiej, kompetentnej Annie, tłumacząc, że wzięła sobie tylko kilka dni wolnego czy coś w tym rodzaju.
Przecież to ja. Stoję pod jej drzwiami. Tysiące ludzi zapłaciłyby grubą kasę za taką wizytę.
— Odzyskać… — Głos jej się urywa, a brwi na chwilę unoszą, ale wcale nie wygląda na przyjaźnie nastawioną. — Jesteś tu, żeby mnie odzyskać?
Kiwam głową. — Dokładnie.
— Jak jakieś trofeum?
— Tak. — Posyłam jej uśmiech, który zapewnił mi rzesze fanów i kontrakty reklamowe. Trofeum… Kobiety chyba lubią czuć się wyjątkowo. — Wiem, że potrzebowałaś kilku dni dla siebie, ale daj spokój, potrzebuję cię.
Krzyżuje ramiona na piersi, a jej ciemne, zielonobrązowe oczy się zwężają. Rude włosy ma w nieładzie i nie jest ubrana nawet w przybliżeniu tak, jak ktoś, kto powinien organizować mi życie, ale mogę przymknąć na to oko. Niektórzy nazywają mnie płytkim, ale ona jest tak dobra w swojej pracy, że nie mam problemu z dżinsami. Choć nie do końca dotyczy to baseballowej koszulki, którą ma na sobie. Widnieje na niej napis Manhendel Can Man Handle Me — nienawidzę tego aroganckiego dupka Manhendela, ale nikt nie jest idealny.
— Potrzebujesz mnie?
— A kto inny kupi mi mleko?
— Prawie nie pijesz mleka, Vander. Chociaż jest pełne białka i… — Przerywa, wyglądając, jakby była na siebie zła, a potem jej zmrużone oczy ciskają przeszywające spojrzenie. — Ładna koszula.
— Była w praniu. Chyba jest jeszcze trochę wilgotna. Możesz zanotować, żeby zwolnić gosposię? Jestem pewien, że nie powinna mieć takiego koloru. — Jedną ręką pociągam za materiał. — Nie, nie przypominam sobie, żebym kupował lekko różową koszulę.
— Jak myślisz, co ja tu robię? — pyta.
— Nie wiem. Przychodzisz tu, kiedy nie pracujesz? Właściwie myślałem, że jesteś zawsze, wiesz, blisko mnie. A potem nie odpowiedziałaś, kiedy wołałem cię dziś rano, bo skończył mi się sok. I w kuchni śmierdzi. Chyba coś jest nie tak z piekarnikiem.
Jej mina ponurej.
— Nieważne — mówię z najbardziej czarującym wyrazem twarzy. — Musisz wrócić i się tym zająć. Zbliża się mecz…
— I co z tego?
Marszczę brwi. — Annie, jesteś moją opoką.
— Opoką. — Mamrocze coś pod nosem i nie rusza się z progu. — Chcesz, żeby twoja opoka kupowała ci mleko?
— Tak. — Unoszę kwiaty. — Maria kupiła to beztłuszczowe świństwo, a ja…
— Zadławiła się nim? Potrzebujesz pomocy w zakopaniu ciała? Bo w tym przypadku chętnie bym pomogła.
Śmieję się. — To kolejna sprawa: musisz z nią zerwać. Nie lubię beztłuszczowego mleka. Nawet nie wiem, dlaczego wciąż tu jest, po prostu jest i to mnie wkurza.
— Może łatwiej byłoby ją zabić.
— Annie… — Biorę głęboki wdech, niemal wciskając jej kwiaty w twarz. — Chodź ze mną do domu.
— Jestem w domu. Ach, masz na myśli swój dom? Zwolniłam się.
Róże lekko drżą w mojej dłoni, ale nadal je trzymam. — Coś w tym stylu do mnie dotarło i jestem gotów przymknąć na to oko. Zerwij z Marią — co już by się stało, gdybyś się nie zwolniła — i możemy iść naprzód. Jesteś najlepszą asystentką na świecie, wiesz o tym.
Powiedzenie tego wydaje się właściwe.
Ale ona nie wygląda na poruszoną. Nie miałem pojęcia, że Annie jest taka bezduszna. Nie mam też pojęcia, dlaczego ta blondynka wciąż tu jest, skoro to miał być tylko jednorazowy numerek, który teraz się przeciąga. Przez ostatnie dwa tygodnie nawet nie dotknąłem tej dziewczyny w intymny sposób. Gdyby nie wyglądała tak dobrze u mojego boku na różnych imprezach, kazałbym Annie spławić ją dla mnie dzień po naszym numerku.
Chcę to powiedzieć Annie, ale coś w całym jej… zachowaniu… podpowiada mi, że to może nie być zbyt mądre.
— Postanowiłeś być wspaniałomyślny i przymknąć oko na moje zwolnienie?
— Tak!
— Żebym mogła za ciebie zerwać z tą diabelską modelką?
Wybucha śmiechem i nie myli się co do tego. Maria to jedna z moich mniej udanych decyzji. — Ona jest po prostu… — przerywam. — Nieważne. Potrzebuję cię, Annie. Mam tu dla ciebie kwiaty. Więc chodźmy. Wziąłem wolne z treningu i…
— Nie.
Stoję dwa kroki od niej, kiedy świat się rozpada. — Nie? Potrzebujesz więcej czasu?
— Nie, Vander. „Nie” w sensie: mówiłam poważnie, kiedy się zwalniałam. „Nie” w sensie: twoja żałosna imitacja uroku osobistego nie zadziała. „Nie” w sensie: nie idę z tobą.
A potem robi coś tak szokującego, że odbiera mi mowę. Nie mogę się ruszyć.
Zatrzaskuje mi drzwi przed nosem.
******
— Przestań gadać i skup się, Jones.
Rzucam wściekłe spojrzenie, gdy główny trener na mnie wrzeszczy. Spędziliśmy już cały dzień na pracy nóg, przechodzeniu przez zagrywki na boisku i odprawach, a teraz przechodzimy do blokowania.
— Chcę tylko powiedzieć, że nie wiem, co to znaczy.
Tyson Heely przewraca oczami. — Dlaczego tak ci zależy na mleku?
— Wcale mi nie zależy. — Mówię to z wielką godnością, uderzając w tarczę do blokowania, którą trzyma. — Po prostu nie wiem, dlaczego nie zaoferowała, że zajmie się problemem mleka. Nie żebym jakiś miał. Ale gdybym miał… Czy to nie jej praca?
— Mówimy o tej modelce, którą teraz posuwasz?
— Nikogo nie posuwam. A jedynym, u którego coś się posuwa, jesteś chyba ty, sądząc po tym, jak ten twój pieprzony móżdżek wielkości ziarnka grochu lata ci w głowie. Mówię o mojej osobistej asystentce.
— O tej słodkiej lasce?
— Nie, mówię o Annie. — Rzucam się na tarczę ponownie, tym razem mocno.
— No, o niej właśnie.
Annie? Słodka?
Nigdy o tym nie myślałem. Jest po prostu Annie. Kobietą, która się zwolniła. Tą, która z jakiegoś powodu nie padła przede mną na kolana i uparcie trzymała się swojego zdania.
— Jest słodka — mówi.
Biorę rozbieg, uderzam mocniej i przewracam Heely'ego. Ląduję na nim i na tarczy.
— Nie mów o niej bez szacunku. — Rozlega się gwizdek, wstaję i niechętnie podaję mu rękę.
Nie wiem, dlaczego jestem taki wściekły, po prostu jestem. To Annie on uprzedmiotawia. I…
— Pod prysznic, a potem mamy spotkanie — mówi trener.
Wchodzę do środka, biorę prysznic i przebieram się, głową będąc w połowie na treningu i w grze, a w połowie przy mojej asystentce.
Po odprawie siedzę na trybunach, patrząc na boisko. Niektórzy poszli do baru, ale nie jestem w nastroju.
Annie po prostu nie chce opuścić moich myśli. Naprawdę tego nie rozumiem.
Jestem Vander Jones.
Kobiety mnie, kurwa, kochają.
Nie mogą się mną nacieszyć.
Dobra, zdaję sobie sprawę, że czasami mogę być nieco wymagający, ale mam grę, karierę, a Annie jest od tego, żeby zajmować się wszystkim innym, na przykład wyrzucaniem denerwujących modelek, które przestały być mile widziane, wygładzaniem wszystkich spraw, które tego wymagają, i kupowaniem cholernego mleka, kiedy go chcę.
Annie zapewnia płynność i dopracowanie szczegółów.
Potrzebuję jej z powrotem.
Wyciągam telefon i dzwonię do niej. — Annie. — Używam mojego najbardziej czarującego tonu. Tego, który wyciągał mnie z różnych kłopotów, jak i w nie wpędzał.
— Vander?
— Pamiętasz moje imię, to już jakiś początek.
Wydaje z siebie cichy, pozbawiony tchu dźwięk, który wywołuje dziwne, ciepłe uczucie w moim żołądku. — Oczywiście, że pamiętam. Moja odpowiedź wciąż jest taka sama. Nie wrócę.
— Daj spokój, Annie, wiesz, że cię potrzebuję.
— Dlaczego?
Jej pytanie na chwilę odbiera mi dech. Dlaczego? Bo… — Jesteś jak belka nośna. Zawsze na miejscu, zawsze potrzebna, zapewniasz stabilność.
Milczy przez dłuższą chwilę. — Czy ty właśnie porównałeś mnie do elementu konstrukcyjnego budynku? Nudnego, ważnego i nigdy niezauważanego, chyba że się zawali, a budynek runie?
— Tak, tak, to właśnie ty i…
— Vander Jones, znajdź sobie inną belkę nośną do swojego życia.
I wtedy się rozłącza.
Jestem tak oszołomiony, że ledwo mogę oddychać, a co dopiero myśleć.
Chyba po raz pierwszy w życiu ktoś tak po prostu się rozłączył.
Biorę głęboki wdech, odkładam telefon obok siebie i opieram się na rękach, a chłodny wiatr przenika przez moją bluzę z kapturem i dżinsy. Cholera. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to to, że jest na mnie zła. Albo może ma okres.
Właściwie nie należę do tych, którzy zwalają winę na kobiece sprawy. Głównie dlatego, że Annie nigdy taka nie była. Może Maria dała jej w kość. Kiedy przypomnę sobie jej oschłe, lekko cierpkie słowa, gdy próbowałem ją oczarować, wydaje się to prawdopodobne. Rozumiem, o co jej chodzi: Mags nie jest łatwa w obejściu. Nie jest też najostrzejszą kredką w pudełku. Ale jest ładna. Zabawne, że uroda i wspaniałe ciało niekoniecznie oznaczają wybuchowe fajerwerki w sypialni.
Mimo to, odeszła. Chyba. Powiedziałem jej, że muszę się skupić na nadchodzących meczach i… Dobra, Mags coś powiedziała, ale na wszelki wypadek już jej nie słuchałem.
Drapię się po policzku, przesuwając palcami po zbyt długim zaroście. Muszę się ogolić. Muszę odzyskać jasność umysłu i dowiedzieć się, dlaczego Annie nie daje się owinąć wokół mojego palca.
Nieważne. Chwytam telefon i wstaję. Mam przed sobą mecz i na tym muszę się skupić. A Annie? Może potrzebuje trochę czasu, żeby ochłonąć.
Ale tak na poważnie: ile kosztuje mleko?
******
Jestem obolały, spocony i chociaż ledwo wygraliśmy mecz, myślami byłem zupełnie gdzie indziej.
— Słówko?
Spoglądam na mojego starego przyjaciela, Nolana. — Jeśli jesteś tu, żeby mnie przeczołgać, to Dakota już to zrobiła. Jak na taką słodką istotę, ma pazury, zęby i zieje ogniem. Jeśli doczepimy jej skrzydła i ogon, może zostać maskotką drużyny.
— Dot nie jest słodka — mówi Nolan.
— Ja myślę, że jest.
Mamrocze coś pod nosem, opierając się plecami o szafki i krzyżując ramiona. — Pewnego dnia, Jones, to coś, co nazywasz urokiem osobistym, w końcu cię zawiedzie.
Wszyscy inni już poszli. Siedzę na ławce z koszulką w ręku. Jestem w połowie przebrany, bo chcę skorzystać z mojego domowego prysznica parowego. Im szybciej tam dotrę, tym szybciej będę mógł w spokoju obejrzeć mecz i wszystkie moje koszmarne błędy. Z winem. Albo whisky. Czymkolwiek, co mam.
— Chcesz mi powiedzieć, jak bardzo byłem do bani?
Nolan tylko na mnie patrzy. — Chciałem ci powiedzieć, że muszę wracać na górę, żeby zobaczyć się z Ivy, która czeka na mnie w moim biurze, i tęsknię za nią. Nie, ale tak na serio: sam wiesz, jak słabo ci dzisiaj poszło. Cokolwiek cię trapi, załatw to i ogarnij się do następnego tygodnia, okej?
Salutuję mu, wstając, a potem zamawiam Ubera i jadę do domu.
******
Nie chodzi tylko o to, że Annie odeszła. Chodzi o to, jak do cholery mam prowadzić swoje życie. Dwa dni później mój dom to totalny bałagan. Chyba jest jakaś gosposia, ale nie wiem, kim jest ani jak się nazywa. W uroczym małym biurze, które Annie urządziła sobie na dole mojego apartamentu, są nazwiska, numery i adresy e-mail, ale jakie jest jej hasło do komputera? A co z praniem? Wyjąłem pranie w tygodniu, w którym ostatni raz widziałem Annie u siebie, co wydaje się teraz jak pięć lat temu. Ale nigdy nie obsługiwałem pralki.
Są tam przyciski i płyny i nie wiem, co z nimi zrobić. W desperacji w końcu dzwonię do Dakoty.
— Vander, chcesz mi powiedzieć, że nie umiesz robić prania?
Ledwo skrywana drwina w jej głosie rani moje ego, gdy rzucam się na moją ogromną skórzaną kanapę w kształcie litery L, która stoi w dużym, otwartym salonie. — Nie jestem jak inni faceci.
Parska śmiechem. — Można tak powiedzieć.
— Jesteś moją agentką, Dakota.
— Tak, a nie twoją matką.
Przesuwam dłonią po koszulce. — Moja matka też nie jest jak inne matki. Jestem cholernie pewien, że nigdy nie postawiła stopy w pralni, nie mówiąc już o tym, że nie wie, gdzie się ona w jej domu znajduje.
— Rozumiem, jesteś bogatym chłopcem, który do czegoś doszedł.
— Sarkazm ci nie pasuje, D!
— Jestem twoją agentką, a nie od tego, żeby głaskać twoje ego.
— To właśnie zadanie agentki — mówię.
— I przy okazji załatwia ci świetne deale, najlepsze kontrakty reklamowe i najwięcej kasy za twoje umowy. A skoro o tym mowa…
— Pranie? Nie mam już nic czystego. Zamówiłem więcej ubrań, ale to nie jest rozwiązanie.
Przeklina pod nosem. — Nie masz nikogo, kto by się tym zajął?
— Mam, Annie. Ale się zwolniła. Dostałem już kilka ładnie zapakowanych słownych kopniaków w tyłek od mojego kumpla Rhysa — mówię. Nie jestem zły na Nolana Rhysa, ma rację i wiem, że słusznie się wścieka. Może nawet była w tym nutka zmartwienia. — I potrzebuję Annie, żeby ogarnęła mi życie.
— Wyślę kogoś. Tylko ten jeden raz. — Stuka coś na swoim komputerze. — Masz torby na pranie?
— Nie wiem.
— Jesteś niesamowity, Vander. Też bym się zwolniła, ale potrzebuję cię, żeby opłacić rachunki.
— Tak się cieszę, że do czegoś się przydaję — mamroczę.
— Dobra, wyślę kogoś, żeby spakował twoje rzeczy i zawiózł je do pralni, która ci je potem dostarczy. — Przerywa. — Co zrobiłeś Annie?
— Niczego nie zrobiłem. Zwolniła się.
Wzdycha. — Porozmawiam z nią. Ten sezon jest ważny. Musisz mieć głowę na karku, tam gdzie zazwyczaj, czyli w grze.
— Wiem. I dzięki. — Już mam się rozłączyć, gdy mówię: — Hej, Dakota, możesz zlecić komuś wymianę mojego piekarnika?
— Dobranoc, Van.
Długo po tym, jak się rozłączyłem i przestudiowałem grę, chodzę w tę i z powrotem po moim salonie.
Byłem dziś wieczorem więcej niż okropny.
Nie jestem supermanem, żadnym cudownym dzieckiem, ale jestem cholernie utalentowany. Jeden z najlepszych. I wiem, że wszyscy mamy czasem złą noc.
Ale to nie był zły mecz.
To byłem ja.
Nie miałem głowy tam, gdzie powinna być.
W tym wszystkim jest jeden wspólny mianownik.
Annie.
Muszę ją odzyskać.
I potrzebuję planu.
Annie
— Jesteś pewna? — Ręce Drei nerwowo się splatają, gdy na mnie patrzy.
Moja siostra i siostrzeniec Kit przyjechali wczoraj spóźnieni, pewnie z winy jej chłopaka-darmozjada, który aż prosi się o kopniaka w tyłek.
Ta blada, nerwowa, płochliwa i zbyt chuda osoba przede mną jest zupełnie niepodobna do siostry, którą znam, i łamie mi to serce. Wciąż jest piękna, z truskawkowo-blond włosami i wielkimi niebieskimi oczami, ale jej lekki i beztroski uśmiech zastąpił przelotny i nerwowy. A Kit…
Kit nie jest już tym samym pełnym życia dzieckiem, które widziałam ostatnio dwa lata temu. W miejsce nieokiełznanego chłopca o kasztanowych włosach, którego znałam, zjawił się grzeczny i zamknięty w sobie nastolatek. Zalewa mnie poczucie winy, które rozgaszcza się w mojej głowie.
Chcę obwinić Vandera. Chcę wylać na niego swoją złość za to, że pochłaniał tak wiele mojego czasu. Ale prawda jest taka, że gdybym go poprosiła, dałby mi wolne. Ja po prostu byłam tak bardzo zajęta robieniem tego, co kocham, czyli zmienianiem chaosu w porządek i kształtowaniem jego życia w coś, co działa bez zarzutu.
Poza tym, Drea i Kit mieszkali aż w Charlottesville. Nigdy nie mogliśmy się zgrać w czasie, aż do…
Cóż, aż do teraz.
— Jestem pewna. W tej chwili nie pracuję i byłoby mi miło, gdybyśmy jako rodzina spędzili ze sobą więcej czasu.
— Annie, wszystko samo się ułoży — połyka ślinę Drea. — A my jesteśmy tu tylko na krótko.
Biorę ją za ręce i ściskam je. — Zostańcie tak długo, jak będziecie potrzebować. Moje mieszkanie jest wasze. Ja wezmę kanapę i…
— Nie, w żadnym wypadku. Będę spała z Kitem.
Puszczam ją i starannie składam leżący na sofie miękki, zielony koc, chociaż nic mu nie jest. Nie jestem przyzwyczajona do robienia sobie wolnego, przerwy — jakkolwiek by tego nie nazwać. Opieka nad bezradnym dzieckiem to zajęcie na pełen etat i długie godziny pracy.
Chociaż to dziecko jest o wiele łatwiejsze w obsłudze niż światowej sławy, wiecznie wkurzony gwiazdor rocka, z którym pracowałam wcześniej. Nie wspominając o wciągającej kokę diwie z L.A., która odmawiała opuszczenia swojej przyczepy na planie, jeśli jej latte nie zostało ręcznie przygotowane przez jej ulubionego baristę.
Ona oczywiście nie znała tego baristy, bo to ja musiałam jechać po latte i dokładnie instruować tego, kto akurat był na zmianie, jak ma je przyrządzić.
Albo ten polityk.
Nie, to dziecko, Vander, byłoby spełnieniem marzeń — i było — dopóki głupio nie zadurzyłam się w tym facecie.
Jak w zegarku brzęczy mój telefon. Kit wstaje i mi go przynosi. Jego oczy robią się wielkie, gdy widzi imię na wyświetlaczu, a moje serce zamiera.
Vander. To musi być on. Chłopak kocha futbol.
Odbieram telefon i przesuwam palcem po przycisku Odrzuć połączenie. — Ale to był…
— Wiem, kto to był. — Przesuwam dłonią po jego głowie. Jestem zdumiona, jak bardzo urósł. — Wiesz, Kit, kiedy cię ostatnio widziałam, byłeś całkiem malutki. — Opuszczam rękę, a on posyła mi przelotny uśmiech.
— Wcale nie.
— Wcale tak. Malutki, tyci Kit. Chyba jeszcze nosiłeś pieluchy.
Mruży oczy. — Mam dwanaście lat.
Uśmiecham się szeroko.
A on odwzajemnia uśmiech, jeszcze szerszy.
— Chodźcie, idziemy coś zjeść.
Moja siostra z przerażeniem spogląda na swoje ubranie. — Nie mogę. Wyglądam jak…
— Jak większość ludzi na Brooklynie. — Sięgam po płaszcz. — Lubicie meksykańskie jedzenie?
******
Vander dzwonił kilka razy, ale ignoruję wszystkie połączenia. Musi nauczyć się znaczenia słowa „zwolnienie”, tak jak ja musiałam nauczyć się znaczenia zwrotu „beznadziejna, nieodwzajemniona miłość”.
Knajpka przy Graham Avenue, do której zabieram Dreę i Kita, jest pełna życia, głośna i ma stare automaty do gier, które Kit w końcu, po długich namowach, postanawia wypróbować.
Drea obraca w dłoni swoją margaritę i przygląda się jej z zamyśleniem. Najwyraźniej nie ma na nią ochoty ani pragnienia.
Biorę łyk wody, a potem zanurzam kawałek tortilli w zielonym, ostrym sosie. — Możecie zostać tak długo, jak chcecie.
— Jesteśmy tu na wakacjach…
— Daj spokój. Przez moją pracę nie widujemy się często twarzą w twarz. Ale znam cię. Są kłopoty, prawda?
— Nie chcę o tym rozmawiać. Po prostu… — Wydycha powietrze. — Kit jest prześladowany w szkole i… w domu… — Przełyka ślinę. — To po prostu za dużo. Chcieliśmy zatrzymać się w hotelu, ale…
— Ale jestem twoją rodziną i nigdy nie pozwolę wam nocować w hotelu. Nawet gdyby to naprawdę były wakacje, a nie są. I nie musisz o niczym rozmawiać.
Spogląda w stronę Kita, który gra w jakąś grę. — Już nie pracujesz?
— Szukam nowej pracy i uwierz mi, ci bogaci i sławni faceci dobrze płacą. — Przynajmniej ci, których wybrałam, a w szczególności Vander. — To było po prostu za dużo. Szukam pracy tutaj i gdzie indziej. I… — Biorę głęboki oddech. — Niezależnie od tego, czy zostanę tutaj, czy los rzuci mnie gdzieś indziej, po prostu jedźcie ze mną, a jakoś to wszystko ogarniemy.
Drea mruga. — Związki są trudne.
— Wiem — mówię i na myśl przychodzi mi ciemnoblond bóg, który musi dorosnąć.
Jakby słyszał moje myśli, mój telefon leżący na stole przede mną rozświetla się.
Na ekranie widnieje jedno słowo.
Pilne!!!
******
Portier ledwo mnie zauważa, gdy macham do niego w przejściu. Jazda windą do apartamentu Vandera jest jednocześnie o wiele za krótka i o wiele za długa.
Ta, jasne, pilne.
Wiem, że nie powinno mnie tu być. Ale… jestem słaba, a kiedy Vander pisze wiadomość z nagromadzeniem wykrzykników, mięknę. Moja siostra była zmęczona, a jutro chcą zwiedzać, więc wysłałam je do siebie z moim kluczem.
I oto jestem.
Otwieram jego drzwi kluczami, których, jak widać, jeszcze nie oddałam, i uderza we mnie dym. Kaszląc, kieruję się do foyer, które prowadzi do otwartej części dziennej i kuchni. Na podłodze leży zdeptany czujnik dymu, a przy blacie stoi Vander z miotłą i desperackim wyrazem twarzy, który łamie mi serce.
Rozpromienia się. — Och, dobrze, że jesteś.
— Coś ty narobił?
— Ja? Próbowałem o siebie zadbać i zrobić jedzenie, to wszystko. — Potrząsa głową, patrząc na potwora z piany i dymu, który kiedyś był jego nowoczesnym tosterem.
Po prostu go omijam i otwieram okna na oścież. Vander jest tuż za mną, czuję go nawet przez dym. Wysoki, silny i dobrze pachnący. To nie jest zapach nowych perfum, których jest twarzą w reklamie, ale zapach Vandera, który znam: nuta skóry, odrobina solonego karmelu i trochę lawendy, a do tego powiew czegoś jasnego i świeżego, jak bergamotka. Lawenda nie powinna do tego pasować. Nic z tego nie powinno do siebie pasować, ale na nim to czysta alchemia, czarna magia i mam ochotę polizać jego skórę.
Jestem taka żałosna!
Odwracam się do niego i prawie na niego wpadam, usta nagle mi zasychają, a kolana miękną. Jest jeszcze bliżej, niż myślałam, a gdy dym zaczyna się rozpraszać, otula mnie jego zapach i ciepło, mimo że chłodny wiatr wywołuje na mojej skórze ciarki.
Chcę go odepchnąć, ale on delikatnie chwyta moją dłoń, jego ciepłe palce zaciskają się na moich.
— Hej, Annie.
Gorąco w jego głosie sprawia, że pożądanie spływa w dół mojego kręgosłupa, przez wnętrzności, by zebrać się głęboko, tam, między moimi udami.
— Vander. — Z braku słów tracę głos. Próbuję jeszcze raz. — Vander, próbowałeś gotować?
Wzrusza ramionami, a moja niechęć powraca, przebijając się przez otaczające mnie gorąco. — Próbowałem być przydatny — mówi.
— A twoja przerośnięta lalka Barbie nie może być dla ciebie przydatna?
— Być dla mnie przydatna, masz na myśli?
Nie, bo nie chcę, żeby obrazy jej „bycia przydatną” dla niego pojawiły się w mojej głowie. I tak jest ich już za dużo. — Ugotować obiad? Zamówić jedzenie? — pytam szybko.
— Nie ma jej tutaj. Powiedziałem jej, że potrzebuję przestrzeni, a ona powiedziała jasne, czy coś w tym stylu.
— Vander, twoje życie prywatne mnie nie interesuje. — Mój Boże, to nieprawda, chciałabym, żeby tak było. — I zrobiłeś to specjalnie?
— Masz na myśli, czy próbowałem specjalnie spalić swoje mieszkanie? Próbowałem podgrzać pizzę, która została z wczorajszej kolacji. Chyba ser się zapalił.
— Twoje ciało jest świątynią, a ty tak po prostu zamawiasz sobie wieczorem pizzę?
— To świątynia, która lubi pizzę. Świątynia pizzy. Poza tym, to była jedyna dostawa, która jeździła tak późno. W sumie to tylko chleb i ser, więc… — Jego usta wyginają się w uśmiechu, a ja prawie mdleję, jakbym była wiktoriańską damą, która właśnie powąchała sole trzeźwiące.
Wyrywam rękę, żeby stworzyć między nami dystans i rozejrzeć się. Jego mieszkanie to jeden wielki bałagan.
Żeby jakoś odwrócić uwagę od niego i jego zapachu, zaczynam zbierać puste pudełka po jedzeniu na wynos i układać je w stos, a potem przechodzę do ubrań.
— Pizzę? Pizzę potrafisz sobie załatwić, ale z mlekiem to już nie działa?
— Co mam powiedzieć? — Wzrusza ramionami, a to jest tak rozbrajające, że prawie upuszczam cholerną, nową białą koszulkę od Rag and Bone. — Jestem skomplikowanym facetem.
— Mówiąc skomplikowany, masz na myśli upośledzony?
— Możliwe.
Vander zaczyna zamykać okna, potem bierze do ręki pilota do zaawansowanej klimatyzacji i wkrótce powietrze ma przyjemną temperaturę.
Problem z Vanderem polega na tym, że jest tak bardzo świadomy siebie i swojego uroku. Zaskoczył mnie dzisiaj wieczorem. Nie spodziewałam się, że otrzymam od niego telefon alarmowy.
Rozglądam się. Apartament wymaga gruntownego sprzątania. Obliczam w głowie i wysyłam wiadomość do sprzątaczki. Odpisuje mi, że może być jutro.
Potem wysyłam kolejną wiadomość do jego osobistego szefa kuchni, który mówi, że wraca za kilka dni, ale jutro przyśle kogoś na zastępstwo.
Zamawiam też nowy toster, bo ten Vandera nie jest już tosterem, a rekwizytem z horroru. Co do piekarnika… Wysyłam sprzątaczce jeszcze jedną wiadomość, żeby poinformować ją o sytuacji i powiedzieć, żeby wyrzuciła blachę do pieczenia, a ja zamówię nową; ma mi też dać znać, jeśli będzie potrzebny dodatkowy czas lub siła robocza, a ja się tym zajmę.
Właśnie zamierzam zlecić dostawę jedzenia, gdy zatrzymuję się w pół ruchu. Mój palec zaczyna drżeć.
Vander mówi, słyszę go, ale w moich uszach szumi tak głośno, że go zagłusza.
Co ja, do cholery, tutaj robię?
Zwolniłam się i zostawiłam go z jego jędrnym tyłkiem.
— Annie? — Vander przebija się przez szum w mojej głowie, a jego duże dłonie kładą się delikatnie i stanowczo na moich ramionach, wprawiając moje ciało w drżenie. Prowadzi mnie do tyłu, aż ląduję na sofie. Siadam. — Wszystko w porządku? Potrzebujesz czegoś? Lekarza? Whisky? Wina? Zimnej pizzy?
Patrzę w te piękne brązowe oczy i śmieję się. — To najdziwniejsza lista rzeczy, jaką kiedykolwiek słyszałam.
— Hej, nie wiem, czego potrzebujesz. — Siada obok mnie, jego ramiona opierają się o oparcie sofy, a moje tętno przyspiesza. — Wróć do mnie.
Mówi to jak kochanek. To ma taką moc, że prawie rozpływam się w tym zdaniu.
Zamiast tego muszę trzymać się swojego postanowienia i jakoś mi się to udaje. — Nie.
— Daj spokój, Annie. Spójrz na to. — Wskazuje drugą ręką. — Moje życie to katastrofa bez ciebie. Poza tym, zepsułem mecz.
— Wiem, byłam tam, widziałam.
Uśmiecha się, ale pochyla się do przodu, jego czoło prawie dotyka mojego. — Jestem żałosny, zagubiony, drugorzędnym tight endem bez ciebie. Potrzebuję cię i ty to wiesz.
— Nie, Vander, ty potrzebujesz kogokolwiek. Spójrz, załatwiłam ci sprzątaczkę i jedzenie.
— To nie ty, Annie.
— I już nie będę, Vander. Proszę. — Wyciągam telefon, gdy on się odwraca i zsuwa nieco niżej na sofie, kładąc stopy na granitowym stoliku do kawy. Bierze do ręki pilota od telewizora i włącza go.
Zgrzytam zębami.
Przełącza kanały, jakby nic się nie stało.
Dupek.
— Vander. — Próbuję zabrać mu pilota. — Mam listę świetnych asystentów.
— Oni to nie ty.
— Jest Pe…
— Nienawidzę go.
— Nawet go nie poznałeś. Ale dobra… — Przeglądam listę kontaktów. — Meryl…
— Nie. Żadnych imion na M.
— Teraz jesteś po prostu dziecinny.
Pochyla się nade mną i wyrywa mi pilota, a ja głęboko wdycham jego zapach. Mógłabym położyć twarz na jego ramieniu, tak jest blisko. — Naprawdę? Ja tylko korzystam ze swoich gwiezdnych praw.
— O, Boże.
— Możesz mi mówić po prostu Vander.
Powstrzymuję śmiech, gdy on podnosi pilota do góry i zaczyna przeglądać swoje serwisy streamingowe.
— Musisz kogoś wybrać.
— Ciebie.
— Nie mnie, kogoś innego.
Naciska przycisk odtwarzania. — Słuchaj, daj mi listę, a ja ją przejrzę. Okej?
— Okej. — Wstaję.
— Zostaniesz, proszę? Możemy tu przejrzeć twoją listę.
To głupie, to idiotyczne. Ale biorę jego tablet, na którym nie zadał sobie trudu, by ustawić jakąkolwiek blokadę, i zaczynam na nim tworzyć listę. Na dużym płaskim ekranie ktoś krzyczy. Podnoszę wzrok. Zombie.
Vander uśmiecha się do mnie szeroko. — Spodoba ci się, Annie. To jest świetne.
— Nie jestem tu, żeby oglądać telewizję.
Odwraca się do mnie. — Tylko kilka minut, muszę się zrelaksować. Proszę?
Wbrew zdrowemu rozsądkowi, zgadzam się i wciągam się z nim w ten okropny film. Wkrótce śmiejemy się i komentujemy na głos. Dopiero gdy wstaję, żeby napić się wody, coś czerwonego przykuwa moją uwagę.
Serce podchodzi mi do gardła.
Nowa gaśnica, jeszcze z metką. Wciąż leży w kartonie.
Zamówił ją?
Z góry?
Jestem taką idiotką!
Wrobił mnie.
Więc chwytam swoje rzeczy, a telewizor gaśnie. Vander wstaje, gdy się do niego odwracam. — Wychodzisz?
— Tak, wychodzę. Zrobiłeś to wszystko specjalnie. Nie zaprzeczaj! Widzę nową gaśnicę.
— Annie…
— Zrobiłam ci listę i lepiej ją przejrzyj.
A potem wychodzę. Tym razem na dobre.
Vander
