Save me, Billionaire - Uratuj mnie, miliarderze (Billionaire Romance #1) - Rebecca Baker - ebook

Save me, Billionaire - Uratuj mnie, miliarderze (Billionaire Romance #1) ebook

Rebecca Baker

2,8

113 osoby interesują się tą książką

Opis

Jestem bezdomna, prześladowana i zdesperowana.
Mój nowy szef – miliarder – miał być moim wybawieniem.
Zamiast tego budzi we mnie mroczne pragnienia, które mogą nas oboje zniszczyć.

Dno ma swoją nazwę: spanie w samochodzie, podczas gdy mój psychopatyczny eks mnie ściga. Potrzebuję tej pracy jak powietrza.

Nate Brockton szuka sekretarki. Nie kochanki, nie rozproszenia – wyłącznie profesjonalizmu. Po skandalu z udziałem jego ojca ma żelazne zasady: nigdy nie mieszać pracy z kobietami.

Jestem idealna. Ambitna, zdystansowana, gotowa dać z siebie wszystko. Dokładnie taka, jakiej szuka.

Tyle że nie przewidział, co z nim robię.

Każde ukradkowe spojrzenie parzy moją skórę. Każdy przypadkowy dotyk wyzwala iskry. Sposób, w jaki chwyta moje nadgarstki, gdy mi coś pokazuje – dominujący, zaborczy, wszystko, tylko nie profesjonalny.

Walczy z tym. Widzę to w jego zaciśniętej szczęce, w tym, jak utrzymuje dystans. Ale jego mroczne instynkty przebijają przez fasadę.

Kiedy mój eks mnie odnajduje, a Nate zabiera mnie do siebie, wszystkie zasady legają w gruzach.

Jedna noc. Jeden błąd. Konsekwencje, których żadne z nas nie przewidziało.

Bo Nate Brockton kontroluje wszystko – swoją firmę, emocje, całe życie.
Wszystko oprócz mnie.
I to doprowadza go do szaleństwa.

Teraz jestem uwięziona między mężczyzną, który chce mnie zniszczyć, a tym, który chce mnie posiadać.

I nie wiem, który z nich jest bardziej niebezpieczny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 251

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,8 (6 ocen)
1
1
2
0
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ajra2016

Nie polecam

bezdomny Kopciuszek spotyka rozpieszczonego księciunia , o niczym
00


Podobne


Save me, Billionaire - Uratuj mnie, miliarderze

Układ z konsekwencjami

Rebecca Baker

Spis treści

Rozdział 1Rozdział 2Rozdział 3Rozdział 4Rozdział 5Rozdział 6Rozdział 7Rozdział 8Rozdział 9Rozdział 10Rozdział 11Rozdział 12Rozdział 13Rozdział 14Rozdział 15Rozdział 16Rozdział 17Rozdział 18Rozdział 19Rozdział 20Rozdział 21Rozdział 22Rozdział 23Rozdział 24Rozdział 25Rozdział 26Rozdział 27Rozdział 28Rozdział 29Rozdział 30

Rozdział 1

Nate

To wszystko należało do mnie. Gabinet, budynek, firma — wszystko na moje nazwisko. Trudno było mi w to uwierzyć. Nawet błądząc po apartamencie CEO, nie mogłem pojąć swojego szczęścia. Mój ojciec wypadł z gry, a ja wszedłem na jego miejsce. Tak po prostu zostałem katapultowany na stanowisko lidera i stałem się jednym z najmłodszych wpływowych biznesmenów w kraju.

Mogłem zadzwonić do prezesa dowolnej firmy z listy Fortune 500 i zaprosić go na lunch. Stawaliby na głowie, żeby mi się przypodobać, rozwijając czerwony dywan przy najmniejszym sygnale zainteresowania z mojej strony. Moje nazwisko pojawiło się w Wall Street Journal wraz z historią o tym, jak zarobiłem swój pierwszy milion.

Wydawało się, że to było wieki temu, ale w rzeczywistości minęło zaledwie dziesięć lat. Pracowałem dla rodziców aż do ich rozwodu. To, co ojciec stracił w batalii sądowej, ja zyskałem. Mama przekazała mi całe przedsiębiorstwo, powierzając mi pieczę nad setkami tysięcy pracowników i nieruchomościami we wszystkich pięćdziesięciu stanach.

Miałem dryg do tego interesu. Choć nie byłem przyzwyczajony do roli CEO, miałem za sobą przynajmniej dziesięć lat stażu jako kadra kierownicza średniego szczebla. To oznaczało, że potrafiłem uprawiać politykę nie gorzej niż najlepsi z nich. Znałem wszystkie grube ryby w firmie, ich upodobania i antypatie, i wiedziałem, jak przeciągnąć ich na swoją stronę. Atmosfera w budynku była wręcz elektryzująca. Wszyscy wiedzieli, że to mój pierwszy dzień, i palili się do tego, by zobaczyć, w jakim kierunku poprowadzę organizację.

Musiałem jeszcze zasiąść do ksiąg, żeby zrozumieć, co ojciec zrobił nie tak. Wiedziałem dokładnie, gdzie leżały jego błędy, i wcale nie chodziło o finanse. Był notorycznym zdrajcą, a wszystko zaczęło się właśnie tutaj, w tym gabinecie.

Biurko przykuło moją uwagę, a ja skrzywiłem się z niesmakiem. Byłem pewien, że na tym krześle i na powierzchni tego masywnego orzechowego blatu działy się obrzydliwe rzeczy. Prawdopodobnie działy się wielokrotnie, z wieloma różnymi kobietami. Nie chciałem sobie wyobrażać, jak mój ojciec posuwa swoją sekretarkę dokładnie tam, gdzie ja zamierzałem jeść lunch. Pierwszą rzeczą, która stąd wyleci, będzie to biurko.

W tej chwili jednak moja mama siedziała na nim po turecku, trzymając w wypielęgnowanej dłoni jedną z kart kredytowych ojca. Przecięła ją na pół nożyczkami, śmiejąc się złowieszczo.

Jej włosy były ufarbowane na różowo i mocno wytapirowane. Wyglądała trochę jak gwiazda rocka z lat osiemdziesiątych, choć byłem zbyt młody, by wiedzieć która konkretnie. Miała na sobie jaskrawoczerwoną szminkę, a paznokcie pomalowane na bladozielony kolor. Ubrana była jak hipiska, w legginsy i sukienkę typu babydoll. Nigdy nie widziałem jej tak swobodnej i zrelaksowanej.

Patrzyłem, jak bierze z biurka kolejną kartę i przecina ją na pół, rzucając obie części za siebie. Przedzierając się przez mały stosik kart kredytowych, bawiła się w najlepsze. Nie miałem serca dzielić się podejrzeniami, do czego owo biurko służyło przed naszym przyjściem. Aż za dobrze znała skłonności taty; nie musiałem jej ich wytykać.

Moi rodzice byli małżeństwem od prawie czterdziestu lat, na długo przed moim narodzeniem. Nie wiem, ile miałem lat, kiedy mama po raz pierwszy dowiedziała się, że tata ją zdradza, ale musiałem być mały. Po prostu ukrywała ból i nie mówiła nic, dopóki to wszystko nie stało się dla niej nie do zniesienia. Ostatnio tata został przyłapany na bzykaniu swojej sekretarki, Lauren.

To była kropla, która przelała czarę goryczy. Mama podała go do sądu i wygrała, zabierając mu gotówkę, samochód i firmę. Nie walczył z nią. Myślę, że wstydził się przyłapania, a być może był nawet gotowy na emeryturę. I tak zawsze planował przekazać mi interes; to po prostu przyspieszyło proces.

Starałem się mieć otwarty umysł i utrzymywać dobre relacje z obojgiem rodziców. Nie pochwalałem tego, co zrobił tata, ale wciąż był moim ojcem. W przyszłości mogłem potrzebować jego pomocy przy jakiejś decyzji biznesowej, więc w moim najlepszym interesie było pozostanie w przyjacielskich stosunkach. Z mamą sprawa wyglądała inaczej. Była obecna w moim życiu, czy tego chciałem, czy nie. Nie należała do osób, które przyjmują odmowę.

Już pierwszego dnia zainstalowała się na biurku mojego ojca i zrobiła sobie zabawę z niszczenia jego kart kredytowych. Nie mogłem przy niej nic zrobić. Przynajmniej nie mogłem korzystać z biurka, a biorąc pod uwagę, do czego było używane, nie chciałem mieć z nim nic wspólnego.

Stanąłem przy oknie, spoglądając na Boston. To było stare miasto, z ceglanymi budynkami i wąskimi alejkami. Kochałem je tak, jak można kochać tylko miejsce, które nazywa się domem. Dorastałem tutaj, chodząc do prywatnej szkoły w centrum, a potem na Harvard.

Oczywiście zjeździłem cały świat. Mój ojciec miał prywatny odrzutowiec i kiedy byłem nastolatkiem, miał zwyczaj zabierać rodzinę na spontaniczne wakacje. Później okazało się, że obracał wtedy stewardessy, ale w tamtym czasie o tym nie wiedziałem.

Byliśmy we Francji i we Włoszech, w Kanadzie, a nawet w Japonii. W żadnym kraju nie zostawaliśmy dłużej niż kilka dni przed powrotem, ale widzieliśmy wystarczająco dużo, bym poczuł przedsmak tego, jak wygląda reszta świata. Nie wyobrażałem sobie jednak osiedlenia się nigdzie poza Bostonem. Bajońskie koszty życia wcale mnie nie odstraszały. Nie klepałem biedy. Dorastałem w bogactwie i spadłem na cztery łapy. Jeśli ktoś mógł okiełznać tę betonową dżunglę, to właśnie ja.

Rozległo się pukanie do drzwi.

— Proszę! — zawołałem, odrywając wzrok od widoku za oknem.

Weszła Lauren, sekretarka taty, z naręczem teczek. Spojrzała na moją matkę siedzącą na biurku i spochmurniała. Uniosłem brwi, rzucając jej wyzwanie, by spróbowała to skomentować. Wybrała dyskrecję, trzymając swój cudzołożny język za zębami.

Nie była pewna, co zrobić z dokumentami, więc stała niezręcznie przy drzwiach. O nic nie prosiłem i nie wiedziałem, dlaczego je przyniosła. Nie obchodziło mnie to. Była ostatnią osobą, którą chciałem widzieć. Jeśli istniał jeden konkretny romans, który wywołał furię mojej matki, to była to właśnie Lauren. Ta kobieta była sekretarką. Czy można być bardziej banalnym? To już wystarczająco złe, że mój ojciec zadawał się z kobietami poznanymi za granicą, ale tutaj sięgnął po najbardziej oklepany schemat na świecie.

Mama nie podniosła wzroku. Skupiała się na niszczeniu finansowej linii życia mojego ojca. Byłem wdzięczny, że zdaje się nie przejmować obecnością Lauren. Nie chciałem być świadkiem babskiej furiackiej walki już pierwszego dnia.

— Czego Pani potrzeba, Lauren? — zapytałem.

— To akta Olivera — powiedziała, wyciągając je przed siebie.

Podszedłem i odebrałem je z jej rąk. — Czy to wszystko?

— Porządkuję akta klientów, żeby mógł Pan wszystko znaleźć w przyszłości — odparła, prostując się dumnie.

— Nie prosiłem Pani o to. — Nie mogłem powstrzymać jadu w głosie. Nie lubiłem jej i nie akceptowałem tego, co zrobiła mojej mamie. Lauren wiedziała, że mój ojciec jest żonaty. Poznała mnie, gdy byłem na studiach i odbywałem staż w rodzinnym interesie. Wiedziała i nic sobie z tego nie robiła, a to było niemal gorsze od zachowania mojego ojca.

Lauren zacisnęła usta. Utrudniałem jej życie, ale nie potrafiłem zmusić się do współczucia. Zasłużyła na te oschłe słowa i chłodne traktowanie. Wiedziała, że wyleci w momencie, gdy ja się tu pojawię, a jej chęć udawania profesjonalizmu odbijała mi się czkawką.

— Wie Pani, że to Pani ostatni dzień? — zapytałem dla jasności.

— Wiem — odrzekła. — Pomyślałam tylko, że zostawię Panu tu wszystko uporządkowane.

— Nie ma takiej potrzeby — odparłem.

— Dobrze. — Zacisnęła wargi, wyzywająco odrzucając włosy do tyłu. — Opróżnię biurko i do lunchu już mnie nie będzie.

— Świetnie — powiedziałem.

— Prześlę Panu grafik e-mailem — rzuciła, wychodząc energicznie z pokoju.

Mój grafik? Czy już miałem jakieś spotkania? Czy wszedłem w buty ojca bez szansy na zadomowienie się? Czy ktoś czekał teraz na zewnątrz? Wychyliłem głowę z gabinetu, żeby się rozejrzeć. Nie było tam nikogo poza Lauren.

Spojrzała na mnie znad swojego biurka, na którym stało już kartonowe pudełko. Z satysfakcją odnotowałem, że robi dokładnie to, o co prosiłem. Im szybciej się spakuje i zniknie z budynku, tym lepiej będę się czuł. Nie chciałem jednak, by wyszła bez wyjaśnienia swojej ostatniej uwagi.

— Powiedziała Pani, że wyśle mi Pani grafik e-mailem? — Podszedłem do niej i stanąłem obok jej biurka.

Właśnie miała włożyć zszywacz do pudełka, ale się rozmyśliła. — Tak.

Zszywacz mnie nie obchodził, ale widziałem, że nie należy do niej. Chwyciłem oprawione zdjęcie, na którym jako nastolatka siedziała na kucyku, i włożyłem je do kartonu. Jeśli tego nie zauważyła — pomagałem jej się pakować.

— Czy mam dzisiaj jakieś spotkania? — zapytałem.

Posłała mi nienawistne spojrzenie. — To nie moja wina.

— Co nie jest Pani winą? — zażądałem odpowiedzi.

— Niech Pan sam do tego dojdzie — fuknęła, chwytając roślinę doniczkową z rogu biurka i wpychając ją do pudełka.

W odpowiedzi podniosłem przycisk do papieru i wrzuciłem go obok rośliny. Wytrzymała mój wzrok, a jej oczy płonęły oburzeniem. Wysunęła szufladę i zgarnęła garść batoników, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie oka.

Mając dość tej durnej gierki, wróciłem do gabinetu. E-mail z grafikiem prawdopodobnie i tak się nie pojawi. Będę musiał sam do wszystkiego dochodzić na bieżąco. Zdałem sobie sprawę, że zanim zacznę się martwić o to, co działo się na meblach biurowych, będę potrzebował sekretarki.

To musiał być ktoś, z kim łatwo się współpracuje, ktoś miły i inteligentny. Chciałem osoby, która zrobi dobre wrażenie na klientach i menedżerach przychodzących na rozmowę, ale nie kogoś, kto skradnie całą uwagę. I zdecydowanie nie chciałem nikogo, kto kusiłby mnie do romansu. Nie zamierzałem iść w ślady ojca. Romans biurowy nie wchodził w grę.

Kiedy zatrudnię sekretarkę, będzie ona profesjonalistką. Będę przez cały czas zachowywał dystans, traktując ją jak współpracowniczkę i nic więcej. Jeśli będziemy musieli pracować do późna, każde z nas zostanie w swoim biurze i będziemy komunikować się przez interkom. Na pewno będzie pilnować mojego grafiku, a nie wywyższać się nade mną, jakbym nie potrafił sam umówić spotkania.

Paliłem się do pracy, ale powtórzę — moja matka siedziała na moim biurku. Spojrzałem z tęsknotą na komputer stojący tuż przy jej kolanie. Może na razie mógłbym przynieść tutaj swoje stare biurko. To było prawdopodobnie najlepsze wyjście z sytuacji. Mógłbym pracować z dala od spraw matki i ojca, zostawiając całą ich sagę na inny dzień. Zrozumiawszy, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, wyszedłem z gabinetu. Minąłem biurko Lauren i ruszyłem korytarzem, wracając do swojego starego biura.

W środku był jeden z wiceprezesów, rozmawiał przez telefon. Przerwałem mu: — Hej. Chciałbym zabrać ze sobą to biurko.

— Oczywiście — odparł bez namysłu.

— Nie mam sekretarki — przyznałem. — Mógłby Pan kogoś poprosić, żeby je przeniósł?

— Jasna sprawa. — Rozłączył się, schował telefon do kieszeni i wyszedł za mną na korytarz.

— Czy korzysta Pan z tego biura? — zapytałem.

— Jeszcze mnie nie przenieśli — odpowiedział. — Chociaż to najlepsze biuro zaraz obok biura Pańskiego taty. To znaczy, Pańskiego. — Wyglądał na zmieszanego, jakbym miał się na niego wściec za samo wspomnienie o ojcu.

— Możemy tam wstawić jedno z biurek z trzeciego piętra — powiedziałem.

— Nie ma problemu — zgodził się.

Wróciłem do gabinetu, żeby czekać na odsiecz. Miałem nowe biurko i nowe krzesło w drodze. Teraz potrzebowałem już tylko sekretarki.

Rozdział 2

Avery

Kolejka była gigantyczna, a ja znajdowałam się na samym jej końcu. Miałam na sobie swój najlepszy strój i do tej pory nie pojmowałam, jak udało mu się uniknąć pogniecenia, w przeciwieństwie do wszystkiego innego, co posiadałam. Może dlatego, że trzymałam go w pokrowcu na ubrania, powieszonym na haku za tylnym siedzeniem samochodu, podczas gdy cała reszta spoczywała w stercie na przednim fotelu.

Mieszkałam w samochodzie; oto jak nisko upadłam. Starałam się o tym za dużo nie myśleć. Nie było sensu popadać w depresję z powodu swojej sytuacji. Przecież nie zawsze będzie tak jak teraz. Potrzebowałam tylko pracy i kilku wypłat, a wtedy mogłabym wynająć własne mieszkanie. Wszystko zaczęłoby się układać, a o całym tym doświadczeniu mogłabym zapomnieć.

Kilka pierwszych nocy spędzonych pod gołym niebem było trochę przerażających. Jeździłam w kółko, aż znalazłam ustronne miejsce, a potem gasiłam wszystkie światła i blokowałam drzwi. W nocy robiło się całkiem zimno, ale na szczęście miałam śpiwór. Wmawiałam sobie, że to jak kemping. Kiedy byłam młodsza, lubiłam biwakować. To był tylko chwilowy zastój w moim skądinąd spokojnym życiu.

Wychowałam się w Bostonie i okolicach. Poszłam na studia, żeby zostać prezenterką wiadomości. To było trochę dziennikarstwa, trochę aktorstwa przed kamerą, a ja miałam naprawdę dobre oceny. Miałam nosa do historii, które ludzie chcieli usłyszeć, i dar wyjaśniania skomplikowanych faktów, co przynosiło mi same piątki. Byłam na prostej drodze na szczyt, dopóki nie przeszkodził mi huragan pod postacią mężczyzny.

Dostałam wymarzony staż w lokalnej stacji medialnej, pokonując w wyścigu o tę szansę mnóstwo innych studentów. I zakochałam się w koledze z roku, który zaproponował mi wspólne mieszkanie. Dzięki Bogu, że kupiłam samochód, kiedy jeszcze tam mieszkałam. Marcus próbował mi to wyperswadować, mówiąc, że nie muszę jeździć po Bostonie. Jest przecież komunikacja miejska, a większość ludzi po prostu chodzi pieszo. Miejsc parkingowych było jak na lekarstwo, a płacenie za dodatkowe miejsce na parkingu w jego apartamentowcu byłoby zbyt kosztowne.

Zignorowałam cały ten jego pesymizm i wybrałam idealne małe, kompaktowe auto. Po prostu chciałam mieć coś własnego, a wtedy nie sądziłam, że kiedykolwiek znajdę się w tragicznej sytuacji finansowej. Samochód był w sam raz, by przewieźć zakupy i przetransportować mnie z punktu A do punktu B. Potrzebowałam auta do pracy, ponieważ jej część polegała na wyjazdach w teren, by relacjonować wydarzenia.

Marcus widział tylko te dodatkowe czterysta dolarów miesięcznie za miejsce parkingowe w jednej z najbardziej prestiżowych lokalizacji w mieście. I zgadzałam się z nim, to był majątek, ale co miałam zrobić? Kochałam swój staż i uważałam, że pieniądze nie mają znaczenia.

To było zanim mnie wyrzucił. Przynajmniej miałam dach nad głową, więc byłam wdzięczna sama sobie, że mu się postawiłam. Z drugiej strony, gdybym była nieco bardziej uległa, może wciąż miałabym miejsce w jego łóżku. Nie żeby mi na tym zależało. Krzyżyk na drogę, mówiłam sobie. Był oszustem i kłamcą, spotykał się z innymi kobietami za moimi plecami, jednocześnie wmawiając mi, że mnie kocha.

Nie potrzebowałam go. Wkrótce spadnę na cztery łapy. Rzuciłam staż, gdy tylko Marcus mnie wyrzucił. Punkty za praktyki były super, ale potrzebowałam czegoś, co opłaci rachunki. Potrzebowałam jedzenia w żołądku i mieszkania, do którego mogłabym wracać na noc – dokładnie w tej kolejności. Moja kariera prezenterki musiała zaczekać.

Kiedy Marcus ze mną zerwał, znalazłam pracę w lokalnej kawiarni. Atmosfera była fajna, z nielimitowaną darmową kawą, którą mogłam pić litrami, ale to nie wystarczało. Potrzebowałam prawdziwej pracy z benefitami i opcjami na akcje. Potrzebowałam czegoś, w co mogłabym się wgryźć, czegoś, co da mi przynajmniej pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt tysięcy rocznie. Jedynym zajęciem, jakie przychodziło mi do głowy i które mogło zapewnić takie pieniądze, była asystentka zarządu.

Oczywiście istniały inne, bardziej dochodowe zawody, które można było wykonywać bez tytułu magistra, ale byłam zbyt nieśmiała, by tańczyć na stołach. Nie miałam zadatków na maklera giełdowego i nie potrafiłam nikomu niczego sprzedać. Mój licencjat był prawie bezwartościowy bez doświadczenia praktycznego. Poza tym rynek pracy był nasycony ludźmi o lepszych, bardziej imponujących życiorysach.

Przestępowałam z nogi na nogę, niecierpliwie sprawdzając, czy kolejka z przodu się porusza. Było tam co najmniej dwadzieścia innych kandydatek, ciągnących się od drzwi ogromnego biurowca aż na ulicę. Byłam jedną z ostatnich, co mi nie przeszkadzało. Byłam na tyle optymistyczna, by wierzyć, że każdy dostanie równą szansę. Musiałam tylko zaimponować rekruterowi i byłam pewna, że się dostanę. Żadna z pozostałych kobiet nie miała tego, co ja: siły charakteru i trzeźwości umysłu, by poświęcić pracy każdą wolną chwilę. Kogo ja oszukiwałam? Żadna z nich nie była tak zdesperowana jak ja. Wiedziałam na pewno, że co najmniej dziewięćdziesiąt procent pozostałych kandydatek miało domy i łazienki z bieżącą wodą.

Starałam się nie myśleć o „kąpieli”, którą odbyłam wcześniej tego dnia, wycierając ramiona i brzuch chusteczkami antyseptycznymi. Wciąż pachniałam lekko cytryną, ale zapach ten maskowała liliowa woń mojego dezodorantu.

To była marna szansa, ale wiedziałam, że podołam tej pracy, jeśli tylko dadzą mi szansę. Świetnie radziłam sobie z organizacją własnego czasu, byłam miła podczas odbierania telefonów, potrafiłam rozmawiać z ludźmi, dopóki nie próbowałam im niczego sprzedać, a gdybym miała pieniądze, mogłabym sprawić sobie ładną garderobę. Na razie miałam kilka rzeczy, które pomogłyby mi zrobić dobre pierwsze wrażenie. Bycie osobą występującą przed kamerą wymagało modnego wyglądu, więc estetyka nie była mi obca.

Sięgnęłam dna i dobrze o tym wiedziałam. Spadłam szybko, nie mając siatki bezpieczeństwa, i zostało mi tylko kilka tygodni, zanim będę musiała wyruszyć w inne rejony kraju. Jeśli nie znajdę sposobu na opłacenie dachu nad głową, będę musiała jechać na południe. Może uda mi się znaleźć pracę w New Jersey lub Pensylwanii, w jakimś małym miasteczku, gdzie koszty życia są znacznie niższe.

Oznaczałoby to rezygnację z marzeń i opuszczenie ukochanego miasta, ale stawało się to coraz bardziej prawdopodobne. Kolejka ruszyła, a ja poczułam przypływ ekscytacji. Kilka kroków więcej i byłam bliżej drzwi. Kolejne dwie kobiety weszły do środka, zostawiając resztę z nas na progu.

Przesunęłam wzrokiem po długim sznurze potencjalnych sekretarek, mając nadzieję, że uda mi się je przyćmić. Domyślałam się, że kilka z nich miało MBA, może niektóre pracowały dla innych CEO. Ja nie mogłam odhaczyć żadnego z tych punktów, ale miałam ikrę i wytrwałość. To było niedorzeczne. Moje szanse były marne i zdawałam sobie z tego sprawę. Powinnam po prostu odejść i zostawić tę pracę profesjonalistkom. Mimo to zostałam, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie miałam się do kogo zwrócić i nie miałam już więcej asów w rękawie. Ta praca była moją ostatnią deską ratunku. Albo ją dostanę, albo będę musiała uznać swoją porażkę.

Nie byłam pewna, dlaczego pośrednik pracy w schronisku dla bezdomnych skierował mnie właśnie tutaj. Nie była to typowa oferta dla osób bez środków do życia. Rozpoznałam to biuro jako jedno z najbardziej luksusowych w mieście. Ktokolwiek tam pracował, musiał być bogaty i prawdopodobnie nigdy nie zaznał biedy. Nie chciałam oceniać, ale wykluczając nadzwyczajne okoliczności, było mało prawdopodobne, by ktokolwiek inny pracujący w tym miejscu nie miał obecnie domu.

Nie wiedziałam dokładnie, czym się tam zajmują. To nie był bank ani zakład produkcyjny. W idealnym świecie miałabym czas na zrobienie małego rozeznania w sieci. Nie wiedziałam, co powiem na rozmowie, jeśli nie będę potrafiła porozmawiać o konkretnej branży, w której chcę pracować.

Wyglądało to na firmę zarządzającą finansami albo siedzibę międzynarodowego konglomeratu. Czując się nieprzygotowana, dotknęłam ramienia kobiety stojącej przede mną.

— Przepraszam — powiedziałam łagodnie.

Odwróciła się, uśmiechając się do mnie w sposób, który był jednocześnie przyjazny i nieco nerwowy. Ewidentnie martwiła się o zdobycie posady tak samo jak ja. Wszystkie inne kobiety w kolejce prawdopodobnie były równie zdesperowane. Przynajmniej niektóre z nich potrzebowały tego dnia jakiegoś sukcesu.

— Czy wiesz, czym zajmuje się ta firma? — zapytałam.

— Modą — odpowiedziała kobieta.

Próbowałam sobie przypomnieć, co wiem o przemyśle modowym. Na pierwszym roku miałam zajęcia z ekonomii, ale skupiały się one głównie na państwach i walutach. — Jakim rodzajem mody? — zapytałam, czując się głupio.

— Mają kilku topowych projektantów, ale zajmują się też sprzedażą masową. Wchodzą w grę ogromne pieniądze — odparła, nie robiąc mi żadnych problemów. Jeśli uznała, że jestem nie na miejscu, to tego nie skomentowała. — Przyszło mnóstwo osób.

— No tak — przyznałam. — Nie spodziewałam się aż takiej konkurencji.

— Bo to dobre stanowisko. Asystentka zarządu u CEO. — Wyprostowała się, jakby samo wspomnienie tego tytułu wystarczyło, by usztywnić jej kręgosłup.

— Wiem — odparłam. Doradca zawodowy też mi to mówił. To był jedyny powód, dla którego tu przyszłam, ponieważ taki tytuł wiązał się z wypłatą, która pozwoliłaby mi zamieszkać na swoim.

Większość ludzi w Bostonie miała współlokatora lub dwóch, ale ja byłam sama. Myślałam o odpowiedzeniu na ogłoszenia typu „szukam współlokatora”, ale myśl o zamieszkaniu z kimś obcym napawała mnie lękiem. Biedny nie może wybrzydzać, więc powinnam to po prostu przełknąć. Problem polegał na tym, że w tej chwili nie miałam nawet oszczędności, by opłacić swoją część czynszu.

Dlatego wylądowałam w schronisku, gdzie znalazłam szeroki wachlarz usług socjalnych mających mi pomóc. Niektóre były bardziej przystępne od innych. Mogłam wziąć prysznic, ale w dużej sali pełnej innych kobiet, czego nie lubiłam. Mogłam szperać w koszu z tanią odzieżą, ale ubrania tam były źle dopasowane, pełne plam i dziur. Mogłam jeść i spać za darmo, z czego korzystałam. Tylne siedzenie mojego samochodu nie zapewniało odpowiedniego oparcia dla kręgosłupa, a będąc tam sama, nie potrafiłam się zrelaksować.

Jak wielu ludzi, którzy stali się bezdomni, łatałam swoje potrzeby tym, co miałam pod ręką. To się jednak miało zmienić; czułam to. Nie wiedziałam dlaczego, ale byłam pewna, że to mój szczęśliwy dzień.

Zdecydowałam się rozpuścić swoje rude włosy tak, by opadały mi na ramiona. Większość innych kobiet była blondynkami i zdecydowała się na kucyki lub starannie uczesane koki. Potrafiłam sama zapleść warkocz i mogłam je upiąć, ale pomyślałam, że miękkie, rudawe loki nadają mi przyjazny wygląd. Zawsze, gdy wychodziłam do ludzi, nosiłam rozpuszczone włosy.

Na lewym ramieniu miałam znamię, znacznie większe niż te drobne, urocze pieprzyki, jakie ma większość kobiet. Pokrywało moją skórę ciemnofioletową plamą, uniemożliwiając mi noszenie cienkich ramiączek czy sukienek bez rękawów.

Kołnierzyk koszuli, którą miałam na sobie, zgrabnie je zakrywał. A wysoki stan spódnicy idealnie wpisywał się w biurowy styl. Jeśli szczęście mi dopisze, wyróżnię się z tłumu na tyle, by zrobić ten pierwszy krok.

Czekałam w tej okropnej kolejce dwie godziny, zanim w końcu weszłam do budynku. Rozmowy miały trwać od drugiej do piątej, a wybiła już niemal siedemnasta. Bałam się, że odprawią resztę z nas i wyślą do domu, nie dając nam szansy. Jednak za kwadrans piąta machnięto na mnie ręką, pozwolono mi wejść do windy i skierowano na dziesiąte piętro.

Jadąc na górę, przeprowadziłam ze sobą motywacyjną rozmowę. Zmiażdżę tę rozmowę. Jestem osobą, której szukają; oni tylko jeszcze o tym nie wiedzą. Miałam coś, czego nie miała żadna z tamtych piękności. Byłam zorganizowana i asertywna, wiedziałam, czego chcę od życia, i byłam głodna sukcesu. To ostatnie określenie było tym, na czym zamierzałam się oprzeć. Każdy chciał kogoś przebojowego, czy to w sprzedaży, w telewizji, czy w administracji. Udowodnię swoją wartość, dotrzymując każdego terminu i składając każdy raport, zanim w ogóle zostanę o to poproszona. Musiałam tylko przekonać o tym rekrutera.

Kiedy drzwi windy się otworzyły, stanęłam twarzą w twarz z najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałam. Miał krótkie blond włosy i niesamowite brązowe oczy. Prawie się potknęłam, nieprzygotowana na taki widok. Szybko jednak odzyskałam rezon i zamknęłam usta. Wyglądał na zmęczonego. To mogło utrudnić mi zadanie. Czy mając resztkę sił na rozmowy kwalifikacyjne, w ogóle będzie mu się chciało udawać, że moje skromne atuty robią na nim wrażenie?

Zebrałam się w sobie, zdeterminowana, by wypaść jak najlepiej. Wychodząc z windy, przedstawiłam się. — Dzień dobry — powiedziałam. — Nazywam się Avery.

Rozdział 3

Nate

Zastanawiałem się, czy nie przyłożyć mojemu najlepszemu przyjacielowi. Peter Warren, znany szerszej publiczności jako wiceprezes ds. projektowania produktu, z pełnym przekonaniem wmówił mi, że otwarte rozmowy rekrutacyjne to najlepsze rozwiązanie. Zajął się wszystkimi przygotowaniami, rozsyłając ogłoszenie wszem i wobec. Efekt był taki, że zjawiło się niemal pięćdziesiąt różnych kobiet, z których każda ostrzyła sobie zęby na to samo stanowisko.

Na szczęście Peter wyznaczył ramy czasowe. Zapowiedział, że będę dostępny od czternastej do siedemnastej i obiecał, że do tego czasu kogoś znajdę. Nie byłem jednak najlepiej nastawiony do dotychczasowych kandydatek. Można by pomyśleć, że przy takiej liczbie chętnych przynajmniej kilka okaże się coś warte, ale tym razem najwyraźniej tak nie było.

Pojawiały się kobiety piękne, pojawiały się i kompetentne, ale z żadną z nich nie poczułem najmniejszej nici porozumienia. Nie szukałem kogoś, kto będzie próbował wskoczyć mi do łóżka; potrzebowałem kogoś, kto będzie nadawał na tych samych falach. Chciałem prawdziwej partnerki, kogoś, kto będzie mnie wspierał podczas spotkań.

Chciałem móc na nią spojrzeć i porozumieć się bez słów. Gdybym potrzebował, by wyratowała mnie z opresji podczas rozmowy z trudnym klientem, albo gdybym potrzebował przerwy, by poukładać sobie myśli, ona powinna to wyczuć. Po prostu nie miałem pewności, czy którakolwiek z kobiet, które dotąd poznałem, była tak spostrzegawcza.

Z grafikiem poradziłby sobie każdy. Każdy mógłby odbierać telefony. Ja potrzebowałem kogoś wybitnego, a do tej pory nikogo takiego nie znalazłem. Wszystko zmieniło się pod koniec dnia, gdy drzwi windy się otworzyły i wysiadła z niej Avery.

Wyszedłem jej naprzeciw na korytarz, tak jak robiłem to przy wszystkich innych kandydatkach. Zadzwoniłem wcześniej do recepcji, żeby uprzedzić, iż zamierzam trzymać się ustalonego terminu i skończyć o siedemnastej. Jeśli do tej godziny nikogo nie znajdę, wrócę do bardziej konwencjonalnych metod poszukiwania sekretarki, czyli poleceń. Byłem gotów nawet kogoś podkraść, gdyby zaszła taka potrzeba.

Wciąż rozważałem, jak wybrnąć z problemu, gdy nagle widok Avery wyrwał mnie z zamyślenia. Miała długie, rude włosy, które swobodnie opadały kaskadą na ramiona i plecy. Była ubrana odpowiednio, choć niezbyt modnie. Garderoba nie stanowiła problemu. Mieliśmy mnóstwo linii odzieżowych, z których mogliśmy ją ubrać od stóp do głów. Nie musiałaby kupować ani jednej rzeczy.

To jej oczy sprawiły, że podjąłem decyzję. Była w nich iskra, która wykraczała poza korporacyjne ramy. Była wyjątkowa i doskonale o tym wiedziała. Poczułem, jak wraca mi energia, i nagle z niecierpliwością zapragnąłem z nią usiąść do rozmowy.

— Dzień dobry — powiedziała, wyciągając do mnie dłoń. — Nazywam się Avery.

— Avery — powtórzyłem, odnotowując idealną siłę uścisku jej dłoni. — Nate Brockton. Proszę mówić do mnie panie Brockton.

— Miło mi Pana poznać — odparła.

Odwróciłem się bez słowa, prowadząc ją korytarzem w stronę mojego gabinetu.

— Jestem zaskoczona, że prowadzi Pan otwarte rozmowy rekrutacyjne — zagadnęła Avery, próbując podtrzymać rozmowę.

— To był genialny pomysł mojego przyjaciela, Petera — odparłem. — Uznał, że to będzie najlepszy sposób na znalezienie właściwej osoby.

— Szczęście dla mnie — zażartowała, pozostając w pozycji stojącej, podczas gdy ja obchodziłem biurko. — Ma Pan urocze biuro.

— Pochodzi Pani z Bostonu? — zapytałem. Nie czułem potrzeby przechodzenia od razu do interesów. Chciałem wyczuć coś nieuchwytnego, tę chemię między nami, która po prostu musiała zaistnieć.

— Nie pochodzę stąd, ale mieszkam tu od dawna.

— A skąd Pani pochodzi?

— Z Wirginii — odparła. — Ale byłam wtedy bardzo mała.

— Pani rodzina tu mieszka?

Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę i od razu wiedziałem, że trafiłem w czuły punkt. Czyli dziewczyna nie chciała rozmawiać o rodzinie. Trudno ją było o to winić. Dla mnie rodzina również była bolesnym tematem, choć wszyscy wiedzieli, skąd się wywodzę.

— Przepraszam — powiedziałem. — Rodzina nie ma związku z pracą. Po prostu byłem ciekaw.

— W porządku — odparła, otrząsając się z napięcia wywołanego moim niezręcznym pytaniem.

— Proszę mi opowiedzieć o sobie — zacząłem właściwą część rozmowy, siadając, co było sygnałem do rozpoczęcia wywiadu.

— Mam licencjat z dziennikarstwa i specjalizację dodatkową z teatrologii. — Usiadła na krześle naprzeciwko mnie, trzymając się dość sztywno. — Odbyłam staż w lokalnych wiadomościach, gdzie pomagałam dziennikarzom pracującym w terenie.

— Czym konkretnie się Pani zajmowała? — Nie byłem pewien, jak specjalizacja z teatrologii miałaby mi się przysłużyć.

— Często biegałam po kawę i scenariusze, ale uczestniczyłam też w wywiadach i pomagałam w kwestiach organizacyjnych.

— Jakiego rodzaju były to kwestie?

— Na przykład, jeśli mieliśmy przeprowadzić wywiad z kimś w piekarni na temat nowych bułeczek, dzwoniłam, by umówić menedżera na rozmowę z naszymi ludźmi i dbałam o to, by przygotowano odpowiednią ekspozycję wypieków.

— Rozumiem. — To brzmiało jak zestaw umiejętności, które mogłyby być przydatne. Będę potrzebował kogoś do organizowania spotkań, a być może i podróży. Logistyka byłaby podobna, choć na znacznie większą skalę. — Ma Pani doświadczenie w prowadzeniu kalendarza?

— Tak.

— A w organizowaniu podróży służbowych?

— Tak.

— Jak szybko Pani pisze na klawiaturze?

— Pięćdziesiąt pięć słów na minutę — odparła.

Nie był to wynik oszałamiający, ale też nie najgorszy. Zresztą nie potrzebowałem maszynistki; potrzebowałem kogoś, kto pomoże mi utrzymać porządek w sprawach i będzie witał gości przychodzących do mojego biura.

— A co z programami komputerowymi? — zapytałem, czując już znużenie tymi pytaniami. Kogokolwiek zatrudnię, i tak douczy się obsługi pakietu Microsoft Office. To nie była czarna magia, a w sieci pełno jest kursów.

— Znam programy Word, Excel i PowerPoint — powiedziała. — Sprawnie poruszam się w środowisku Google i znam niektóre popularne pakiety do zarządzania projektami.

— Zna Pani pakiety do zarządzania projektami? — Wyprostowałem się, zainteresowany.

— Używaliśmy ich na uczelni — odparła, jak gdyby każda kobieta z dyplomem, którą przesłuchiwałem, powinna móc powiedzieć to samo.

— Jaką uczelnię Pani skończyła? — zapytałem.

— Lafayette.

Spojrzałem na nią badawczo, a ona wytrzymała mój wzrok. Nie wierciła się, nie odwracała oczu. Nie próbowała też odbijać piłeczki. Po prostu trzymała głowę wysoko i znosiła moje spojrzenie z godnością prawdziwej arystokratki. Byłem niemal przekonany.

— Proszę mi szczerze powiedzieć, dlaczego chce Pani tu pracować — rzuciłem.

Tym razem odwróciła wzrok. Widziałem, jak z jej ramion uchodzi determinacja i zacząłem się zastanawiać, jaka jest jej historia. Każdy miał swoje powody, by ubiegać się o tak prestiżową posadę. Spodziewałem się wyklepanej formułki o chęci bycia na bieżąco z trendami w modzie albo o rozwoju w międzynarodowej organizacji. Ale to, co usłyszałem od Avery, było znacznie bardziej osobiste.

— Związałam się z mężczyzną, który chciał, bym była kimś, kim nie potrafiłam być. Próbowałam się zmienić, by dopasować się do jego wizji idealnej dziewczyny. Zamieszkałam z nim i myślałam, że go kocham. — Pozwoliła swoim oczom spocząć ponownie na moich; jej głos był wyraźny, choć nieco cichszy. — Planowałam zostać prezenterką wiadomości, ale pomieszałam priorytety. Uznałam, że on jest ważniejszy od moich marzeń i dałam się temu porwać.

Pozwoliłem jej mówić dalej, ciekaw, dokąd to doprowadzi. Jej twarz była studium światła i cienia. Siedząc naprzeciw okna, widziałem, jak promienie słońca tańczą na jej rysach. Trzymała się dumnie, nawet gdy ujawniała swoją największą słabość. Wiedziałem wtedy, że muszę ją mieć — jako moją sekretarkę, oczywiście, nie jako kochankę. Będzie idealna do zapraszania gości do mojego gabinetu, do dbania o moje pliki cyfrowe i dokumenty papierowe. Wiedziała, co oznacza ciężka praca, i potrzebowała tej posady bardziej niż ktokolwiek inny. Zamierzała mi udowodnić, że zasługuje na każdą uwagę, jaką jej poświęcę, a wiedziałem, że takiej motywacji nie da się kupić.

— Chcę tej pracy, ponieważ walczę o to, by odzyskać samą siebie — powiedziała Avery na zakończenie. — Zeszłam ze swojej ścieżki, ale jestem zdeterminowana, by już nigdy nic mnie nie zatrzymało. Będę najlepszą asystentką zarządu, o jakiej Pan słyszał, jeśli tylko da mi Pan szansę.

Spojrzałem jej prosto w oczy i powiedziałem: — Jest Pani przyjęta.

Zamrugała zaskoczona moją nagłą deklaracją. — Naprawdę?

— Tak, naprawdę. Chodźmy do działu HR. — Podniosłem słuchawkę i wcisnąłem przycisk do działu HR. — Przysyłam Avery...