Be Mine, Baby - Rebecca Baker - ebook
NOWOŚĆ

Be Mine, Baby ebook

Rebecca Baker

2,9

729 osób interesuje się tą książką

Opis

Muszę spłacić długi hazardowe mojego zmarłego ojca.
Jednak człowiek, któremu winna jestem te pieniądze, jest moim nowym szefem i wcale nie chce gotówki. On chce mnie…
A potem nadchodzi prawdziwa katastrofa: jestem z nim w ciąży, a on żeni się ze swoją byłą. Co teraz?

Ojciec Brittany zostawił po sobie nie tylko pogrążoną w żałobie żonę, ale i stertę długów u niewłaściwych ludzi. Ci ludzie żądają teraz spłaty!

Brittany jest w kropce. Dlatego rzuca wszystko i leci do Vegas, by porozmawiać z wierzycielami. Zostaje jednak wystawiona do wiatru, a zamiast nich spotyka tajemniczego i pociągającego Daniela Moore'a.

Jest on zaledwie kilka lat starszy od Brittany i jest synem dawnego kolegi jej ojca od pokera.

Po kilku koktajlach przy barze między tą dwójką zaczyna potężnie iskrzyć. Czy to sprawka alkoholu, czy jego uroku, że już w windzie nie mogą oderwać od siebie rąk?

Po powrocie do Nowego Jorku Brittany przeżywa niemały szok, gdy zostaje jej przedstawiony nowy szef: to Daniel Moore.

Mężczyzna przyznaje, że jej ojciec był winien pieniądze jemu i jego ojcu, po czym składa Brittany ofertę co najmniej dwuznaczną.

Brittany nie wie, co robić — a na dodatek spóźnia jej się okres. Ale to nie wszystko: z brukowca przypadkiem dowiaduje się o zaplanowanym na jutro ślubie Daniela z jego byłą, znaną w całym mieście prezenterką telewizyjną.

Czego Daniel tak naprawdę od niej chce?
Czy jest dla niego tylko środkiem do celu?
I co on powie, gdy dowie się o ich wspólnym dziecku?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,9 (23 oceny)
7
2
1
7
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
chili555

Z braku laku…

Strata czasu.Dryń dryń🤪
10
aska_kowalska

Z braku laku…

Tragedia. Nic do niczego nie pasuje.
00
MilenaB92

Nie polecam

Bez komentarza!
00
AgnieszkaZz122

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna, tak dla rozrywki. Dużo się dzieje, szybko się czyta. Cała seria jest w porządku:)
00
dbasia2000

Nie polecam

Nie da się tego czytać, przykro mi
00



Be Mine, Baby

Układ z szefem

Rebecca Baker

Spis treści

Opis1.Rozdział 1 Brittany2.Rozdział 2 Daniel3.Rozdział 3 Brittany4.Rozdział 4 Daniel5.Rozdział 5 Brittany6.Rozdział 6 Daniel7.Rozdział 7 Brittany8.Rozdział 8 Daniel9.Rozdział 9 Brittany10.Rozdział 10 Daniel11.Rozdział 11 Brittany12.Rozdział 12 Daniel13.Rozdział 13 Brittany14.Rozdział 14 Daniel15.Rozdział 15 Daniel16.Rozdział 16 Brittany17.Rozdział 17 Brittany18.Rozdział 18 Daniel19.Rozdział 19 Brittany20.Rozdział 20 Daniel21.Rozdział 21 Brittany22.Rozdział 22 Daniel23.Rozdział 23 Brittany24.Rozdział 24 Brittany25.Rozdział 25 Daniel26.Rozdział 26 Brittany27.Rozdział 27 Daniel28.Rozdział 28 Brittany29.Rozdział 29 Daniel30.Rozdział 30 Brittany31.Rozdział 31 Daniel32.Rozdział 32 Brittany33.Rozdział 33 Daniel34.Rozdział 34 Brittany35.Rozdział 35 Daniel36.Rozdział 36 Brittany37.Rozdział 37 Daniel38.Rozdział 38 Daniel39.Rozdział 39 Brittany40.Rozdział 40 Daniel41.Rozdział 41 Daniel

Opis

Muszę spłacić długi hazardowe mojego zmarłego ojca. Jednak człowiek, któremu winna jestem te pieniądze, jest moim nowym szefem i wcale nie chce gotówki. On chce mnie… A potem nadchodzi prawdziwa katastrofa: jestem z nim w ciąży, a on żeni się ze swoją byłą. Co teraz?

Ojciec Brittany zostawił po sobie nie tylko pogrążoną w żałobie żonę, ale i stertę długów u niewłaściwych ludzi. Ci ludzie żądają teraz spłaty!

Brittany jest w kropce. Dlatego rzuca wszystko i leci do Vegas, by porozmawiać z wierzycielami. Zostaje jednak wystawiona do wiatru, a zamiast nich spotyka tajemniczego i pociągającego Daniela Moore'a.

Jest on zaledwie kilka lat starszy od Brittany i jest synem dawnego kolegi jej ojca od pokera.

Po kilku koktajlach przy barze między tą dwójką zaczyna potężnie iskrzyć. Czy to sprawka alkoholu, czy jego uroku, że już w windzie nie mogą oderwać od siebie rąk?

Po powrocie do Nowego Jorku Brittany przeżywa niemały szok, gdy zostaje jej przedstawiony nowy szef: to Daniel Moore.

Mężczyzna przyznaje, że jej ojciec był winien pieniądze jemu i jego ojcu, po czym składa Brittany ofertę co najmniej dwuznaczną.

Brittany nie wie, co robić — a na dodatek spóźnia jej się okres. Ale to nie wszystko: z brukowca przypadkiem dowiaduje się o zaplanowanym na jutro ślubie Daniela z jego byłą, znaną w całym mieście prezenterką telewizyjną.

Czego Daniel tak naprawdę od niej chce? Czy jest dla niego tylko środkiem do celu? I co on powie, gdy dowie się o ich wspólnym dziecku?

Rozdział 1 Brittany

— Musisz rozpiąć guziki bluzki, jeśli chcesz coś osiągnąć w tym mieście, mała!

— Słucham? — odpowiadam cicho. Przez chwilę zastanawiam się, czy to jakiś koszmar, z którego zaraz się obudzę, czy po prostu przesłyszałam się. Ale nic z tych rzeczy. Naprawdę tu stoję. Poświęciłam przerwę obiadową, żeby obejrzeć ten lokal, a tu coś takiego.

— No dalej, Tiffany! To na pewno zwiększy twoje szanse — dodaje z krzywym uśmiechem na twarzy, wyjmuje prawą dłoń z kieszeni spodni, a ja z przerażeniem patrzę, jak ta ręka powoli zbliża się do mnie, podczas gdy serce wali mi w piersi jak oszalałe. Włoski na karku stają mi dęba, każda komórka mojego ciała krzyczy: NIE!

— Mam na imię Brittany — odpowiadam zdecydowanie zbyt cicho i cofam się o krok, by zachować bezpieczny dystans między mną a panem Linckiem. Mr. Linck jest właścicielem małego, pustego lokalu użytkowego, w którym właśnie się znajdujemy. Sklep mieści się w bocznej uliczce, na styku dzielnic Manhattan i Queens. Przez moment zastanawiam się, czy zakleił jedyną witrynę gazetami tylko po to, żeby nikt z zewnątrz nie widział, co dzieje się w środku.

— Brittany, Tiffany, wszystko jedno — odpowiada, machając ręką. — Nie chcę się z tobą żenić — dodaje wyraźnie niewzruszony, wzruszając ramionami, jakby moje imię i tak nie miało dla niego znaczenia. — Mam tylko dobre intencje i zamierzam zwiększyć twoje szanse na wynajęcie tego miejsca. Wiesz, ile kobiet się zgłosiło i chce wynająć ten lokal? — dorzuca, patrząc na mnie, jakbym była małą, głupią dziewczynką, której musi właśnie wyjaśnić, ile to jest jeden plus jeden.

— Chyba wcale nie chcę wiedzieć — odpowiadam, słysząc szum własnej krwi w uszach. Rozlewa się we mnie nieprzyjemne gorąco. Chcę stąd po prostu wyjść. Natychmiast!

Bez słowa odwracam się i szybkim krokiem ruszam w stronę drzwi. W tym samym momencie przychodzi mi do głowy kilka celnych ripost, którymi powinnam była poczęstować tego obrzydliwca. Cięty język w takich sytuacjach nigdy nie był moją mocną stroną i za każdym razem przeklinam się za to w duchu.

— Szkoda, chętnie bym ci go odstąpił — słyszę za plecami. Odwracam głowę, mając już dłoń na klamce, i z ulgą stwierdzam, że nie poszedł za mną, lecz z rękami w kieszeniach stoi w tym samym miejscu i tylko patrzy za mną.

Nasze spojrzenia się spotykają. Znów nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. Gdy Mr. Linck ponownie wykrzywia twarz w tym swoim uśmieszku, odwracam się, otwieram drzwi i wychodzę na zewnątrz. Z ulgą wciągam w płuca świeże powietrze, spoglądam na zegar wyświetlający godzinę nad wejściem do pobliskiej apteki i widzę, że mam jeszcze około dziesięciu minut, by wrócić punktualnie do pracy.

Mimo burczenia w brzuchu postanawiam iść prosto do biura, myśląc o kawałku szarlotki, który tam na mnie czeka i którym poczęstuję się w wolnej chwili. O ile mój szef na to pozwoli. Bo on jest takim samym dupkiem jak ten typ tutaj i na pewno znowu zrobi awanturę, jeśli będę jadła przy stanowisku pracy albo jeśli spóźnię się choćby o kilka minut, mimo że dziś po południu nie spodziewa się ani jednego klienta, a ja zawsze oddaję resztę pracy terminowo.

Właściwie nie zdziwiłabym się, gdyby ci dwaj byli kumplami. Mogę sobie wręcz wyobrazić, jak mój szef po pracy obgaduje swoje klientki, które reprezentuje jako adwokat w sądzie, i przy drinku z panem Linckiem w jakimś podejrzanym barze w bocznej uliczce debatuje nad tym, czy ich piersi są prawdziwe, czy z silikonu.

— Ach, Brittany, mam już dosyć tego gówna! Niedługo sprzedam tę budę, wyniosę się na wyspy Pacyfiku i będę obrabiał dziesiątki młodych kobiet w hamaku przed moją chatką na plaży — oświadcza mi mój szef co najmniej raz dziennie. Samo w sobie jest to wystarczająco obrzydliwe, ale przynajmniej do tej pory nie przystawiał się do mnie w tak prymitywny sposób jak ten pan Linck.

Jestem poniekąd dumna z faktu, że nigdy dotąd nie zareagowałam na podobne wynurzenia szefa i obecnie nawet nie odrywam wzroku od monitora, kiedy znowu zaczyna swoje wywody. Poza tym zastanawiam się, kto w ogóle miałby kupić taką kancelarię. Szef nie słynie z uprzejmości wobec klientów. To z pewnością nie byłby dobry interes dla potencjalnego nabywcy.

To całe machismo jest też powodem, dla którego chciałabym jak najszybciej zrealizować swój pomysł na małe biuro podróży dla singli. Przez lata pracowałam jako asystentka prawna w różnych kancelariach dla różnych szefów. Każdy z nich miał jakieś skrzywienie: jeden brał koks z klientami podczas spotkań, inny miał skłonność do alkoholizmu i tak dalej. Ale wszystkich łączyło jedno: myśleli tylko o tym, co mają w spodniach. Czy to kwestia zawodu prawnika? A może tego miasta? Czy po prostu miałam dotąd pecha? Nie wiem, z czego to wynikało i nie zamierzam tego dochodzić.

Przez te wszystkie lata starałam się oszczędzać i odłożyłam już wystarczająco dużo pieniędzy, by w końcu spełnić marzenie o własnym biznesie. Moje oszczędności wystarczą akurat na opłacenie czynszu za pierwszy rok w takim lokalu jak ten, na podstawowe wyposażenie i na to, bym nie musiała jeść suchego chleba z masłem, gdyby coś poszło nie tak.

— Hej, ślicznotko, niech pani patrzy, jak idzie! — obrusza się głośno mężczyzna w średnim wieku w garniturze i z aktówką w ręku, depcząc mi przy tym po stopie, gdy wychodzi z apteki.

— Ja mam patrzeć? To była przecież pana wina — warczę na niego wściekle, czując, jak cała moja złość po tej nieudanej wizycie w lokalu uchodzi właśnie na niego. — I nie jestem pana ślicznotką! — dodaję rozeźlona.

— Najwyraźniej nie — odpowiada, unosząc brwi ze zdziwieniem. — Mało seksu, czy co, że się pani tak wydziera? — pyta, gdy odzyskuje rezon i taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów co najmniej tak samo pożądliwie jak pan Linck zaledwie kilka chwil wcześniej.

Niewiarygodne! Czy Nowy Jork, a w szczególności Manhattan, jest zamieszkany wyłącznie przez ubranych w garnitury, opętanych seksem facetów, którzy nie mają nic innego w głowie poza uprzykrzaniem życia kobietom po dwudziestce?

DRRRRYYYŃ DRRRRYYYŃ DRRRRYYYŃ

Dzwonek mojego smartfona powstrzymuje mnie przed nagadaniem mu do słuchu. Zirytowana i bez słowa zostawiam tego obrzydliwca, którego obrączka lśni w bladym świetle słońca, i zastanawiam się, czy ten pierścionek w ogóle cokolwiek dla niego znaczy.

Idąc dalej, wygrzebuję dzwoniący telefon z torebki, a serce podchodzi mi do gardła, gdy widzę na wyświetlaczu, że dzwoni mama.

— Cześć, kochanie — wita mnie mama ochrypłym głosem, a ja już po tych dwóch pierwszych słowach słyszę, jak bardzo źle się czuje.

— Hej, mamo. Wszystko w porządku? — pytam cicho, starając się nadać głosowi jak najbardziej pewny ton, który nie zdradzi nic z tego, co sama przed chwilą przeszłam. Oczywiście wiem, że od śmierci taty kilka miesięcy temu nic nie jest w porządku. Moja matka była wcześniej pełną życia kobietą, która dużo się śmiała. Ale śmierć męża, mojego ojca, zupełnie wybiła ją z rytmu. Mi samej zajęło kilka tygodni, zanim żałoba stała się jako tako znośna i nauczyłam się z tym żyć. Wciąż mam nadzieję, że u mamy ten moment też kiedyś nastąpi. Ale jak dotąd tak się nie stało. Kilka tygodni temu bardzo ostrożnie doradziłam jej, żeby z kimś o tym porozmawiała. Jednak oburzona oświadczyła, że nigdy nie pójdzie do żadnego psychologa, który pewnie chciałby jej tylko przepisać jakieś tabletki.

— Możesz wpaść? — pyta i po chwili słyszę, jak wydmuchuje nos w chusteczkę. — Chodzi o twojego ojca. Przyszedł list i... — Głos jej się łamie. Czuję, że płacze i jest w kompletnej rozsypce.

— Jaki list? — dopytuję, idąc pospiesznie dalej i zastanawiając się, czy ktoś z rodziny, kto jeszcze się nie odezwał, wysłał spóźnioną kartkę kondolencyjną z jakimś rzewnym cytatem, który wyprowadził moją matkę z równowagi. Zdarzyło się to już przecież dwa razy.

— List z Vegas... — mówi mama ochrypłym głosem i odchrząkuje. — Miał długi hazardowe. 75 tysięcy dolarów i... — mama znowu milknie.

— Co? — pytam i zatrzymuję się nagle na środku ulicy. W tym momencie ktoś znowu nadeptuje mi na stopę.

Krzywię się z bólu, nie wydając z siebie ani dźwięku, bo do tego nadeptywania na stopy zdążyłam już przywyknąć. Przestałam liczyć, ile razy już mi się to zdarzyło. Dlaczego to mnie zawsze przydarzają się takie rzeczy?

Ale potem myślę już tylko o słowach matki i zastanawiam się, jak to w ogóle możliwe.

— Chcą teraz swoich pieniędzy. Nie rozumiem tego, Brittany. I ja nie mam tych pieniędzy, ja... — zaczyna, po czym znów przerywa, bo głos jej odmawia posłuszeństwa.

— Zaraz będę, mamo — odpowiadam, starając się brzmieć tak spokojnie, jak to tylko możliwe. Oczywiście wiem, że ona nie ma tych pieniędzy. Jej mała emerytura ledwo starcza na życie.

Ale ja mam te pieniądze. Przynajmniej prawie tyle. To dokładnie kwota, którą odłożyłam na rozkręcenie własnego interesu. A co, jeśli ten list jest prawdziwy? Oczywiście nigdy nie zostawiłabym mamy w potrzebie, nawet jeśli oznacza to, że będę musiała pogrzebać marzenia o własnej firmie. — Muszę tylko zajść do biura i dać znać szefowi — odpowiadam, przełykając gulę w gardle.

— Dobrze — pociąga nosem. — Mogłabyś przynieść szarlotkę od Joeysa, tę, którą tak lubię? — To pytanie trochę mnie dziwi, bo brzmi, jakbym wybierała się na pogaduszki przy kawie.

Ale wiem, że ta szarlotka smakuje jej tak samo jak mnie. W ogóle to najlepsza szarlotka w mieście i lokal Joeysa z niej słynie. Z tego, co pamiętam, to ciasto dawało jej te nieliczne chwile, w których kąciki jej ust choć na krótki moment wędrowały do góry.

Jeśli mimo tego całego bagna mogę sprawić matce przyjemność czymś do jedzenia, to będę ostatnią osobą, która jej odmówi. Poza tym sama mam na nią ochotę, a tak się składa, że mam jeszcze kawałek w biurze, który kupiłam sobie rano w drodze do pracy.

— Dobrze, mamo — odpowiadam i żegnamy się. Burczenie w brzuchu znów daje o sobie znać, jakby mój żołądek uświadomił sobie, że musi poczekać na kolejny posiłek. Ignoruję to uczucie, spoglądam na zegar w smartfonie i widzę, że będzie cholernie ciężko zdążyć na czas. Ale przynajmniej spróbuję.

******

— Znowu spóźniona, Brittany — dobiega mnie głos z gabinetu szefa, gdy jeszcze domykam drzwi na korytarz i próbuję opanować oddech. Spoglądam na duży, analogowy zegar ścienny obok mojego biurka w sekretariacie. 13:06. Sześć minut. On tak na poważnie?

— Przepraszam, Mr. Weyers, ja... — zaczynam, ale muszę zaczerpnąć powietrza i opieram ręce na biodrach.

— Czy mogłabym dzisiaj wcześniej wyjść? Pilna sprawa rodzinna — mówię, starając się po prostu pominąć kwestię spóźnienia, bo żadne wyjaśnienia ani usprawiedliwienia i tak nigdy nic nie dawały.

— Gdybym nie lubił mieć cię w pobliżu, Brittany... — mówi, wychodząc z gabinetu z pustym talerzem w dłoni, patrzy na mnie i drapie się wolną ręką po brzuchu. — ...to przy tych wszystkich pilnych sprawach już dawno bym cię wyrzucił — dodaje i stawia talerz na moim biurku. Słowo pilnych sprawach oczywiście szczególnie zaakcentował, bo na pewno nie umknęło jego uwadze, że od śmierci mojego ojca to już chyba piąty raz, kiedy chcę wziąć wolne, żeby wesprzeć matkę.

— Wiesz, że mój ojciec zmarł i... — zaczynam i postanawiam zignorować również jego dwuznaczną uwagę, zastanawiając się jednak, czy dziś była pełnia księżyca, czy jest inny powód, dla którego właśnie dzisiaj tylu mężczyzn widzi we mnie tylko obiekt pożądania.

— Tak, tak, wiem. Dobra, idź już — przerywa mi i macha ręką w stronę drzwi, jakby w ogóle nie chciał słuchać moich wyjaśnień.

— A właśnie — mówi, gdy już się odwraca i ma zamiar poczłapać z powrotem do gabinetu. — Ta twoja szarlotka była zresztą wyśmienita. Stała tu tak samotnie, a skoro się spóźniłaś i nie mogłaś przyjąć mojego zamówienia na lunch, pozwoliłem sobie zjeść twoje ciasto. Było nad wyraz smaczne. Od Joeysa, jak mniemam?

Nie odpowiadam. Zamiast tego patrzę na talerz na moim biurku, na którym zostało tylko kilka okruchów. Nie wiem, co powiedzieć, zamurowało mnie. Dlaczego mój szef zjada moje ciasto?

Zszokowana patrzę za nim, odrzucam myśl o pełni księżyca i zastanawiam się raczej, czy to dzisiaj przypada międzynarodowy dzień dupka.

Bez słowa odwracam się na pięcie i wychodzę z biura. W takim razie po drodze do mamy wpadnę do Joeysa i kupię nowy kawałek szarlotki. Przy jej obecnym stanie brakujący kawałek ciasta mógłby stać się powodem kolejnego napadu płaczu. Ale to wszystko ma też swoje dobre strony. Kupię wtedy też kawałek dla siebie, z czego mój burczący żołądek na pewno bardzo się ucieszy.

W drodze na dół myśli kłębią mi się w głowie. Widzę przed sobą zapłakaną mamę z listem w ręku, myślę o tych 75 000 dolarów długu i zastanawiam się, czy to w ogóle możliwe. Jasne, tata był zapalonym graczem i od czasu do czasu miewał długi hazardowe. Ale aż tyle? Czy to naprawdę możliwe?

Co, jeśli to prawda? Wtedy musiałabym pracować dla pana Weyersa jeszcze przez wiele lat. Na samą myśl o tym przewraca mi się w żołądku, co zdecydowanie nie jest winą głodu.

Rozdział 2 Daniel

— Jefferson! Powiedziałem: żadnych samowolek. Czy to jasne? — warczę do smartfona, patrząc przez przyciemnione szklane fasady mojego penthouse’u. Kąciki moich ust unoszą się w uśmiechu, bo tam, naprzeciwko, jakiś tłuścioch rżnie młodą kobietę na swojej czarnej skórzanej kanapie i oboje mają głęboko gdzieś, że niemal każdy z mojego budynku i z sąsiednich wieżowców może ich oglądać.

To jest właśnie Nowy Jork. Miasto, w którym wszystko jest możliwe. Szczególnie dla mężczyzn z wypchanym portfelem. Mężczyzn takich jak ja. Najwyraźniej ten tłuścioch tam też należy do nowojorskiej finansjery, bo nawet z tej odległości widzę zarysy sylwetki tej kobiety i jestem pewien, że nigdy by do niego nie lgnęła, gdyby nie stare dobre pieniądze.

— Zaufaj mi, Daniel! Sprawa jest w toku. Mam w Vegas wszystko pod kontrolą. Ja tu prowadzę interes. Dorastałem w tym mieście i znam je lepiej niż większość ludzi. Nie masz pojęcia, co się tu naprawdę dzieje. To nic w porównaniu z Manhattanem, gdzie ty… — odpowiada butnie Jefferson.

— Zamknij się, Jefferson — przerywam mu, czując, jak zalewa mnie fala gorącej wściekłości. Ten facet naprawdę śmie mi się przeciwstawiać? Mnie?

To całe przedsięwzięcie to mój interes. Sygnuję własnym nazwiskiem pożyczanie pieniędzy na procent grubym rybom w Hazardowym Raju w Las Vegas. To doprawdy nie jest łatwe zadanie i sztuką jest obsługiwać wyłącznie bogaczy, a nie stać się przedłużeniem ramienia meksykańskiej mafii, która, ku mojemu ubolewaniu, zaczyna się tam panoszyć.

Jefferson jest tylko moim pracownikiem. Lokalnym ściągaczem długów, któremu najwyraźniej ostatnio poluzowałem smycz. Przeklinam się za to, bo przecież wiem aż nazbyt dobrze, że jako szef firmy trzeba nieustannie patrzeć pracownikom na ręce. Leniwych trzeba ciągle kopać w tyłek, żeby w ogóle cokolwiek zrobili, a gorliwych trzeba raz po raz sprowadzać na ziemię. Jefferson należy do tej drugiej kategorii. Jest gorliwy. Nadgorliwy. Wydaje mi się bowiem, że wdał się w jakieś gierki z Meksykanami. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć tej jego pewności siebie.

— Rób swoją robotę tak, jak ci kazałem. Żadnych samowolek. Zrozumiano? — upominam go, zanim zdąży cokolwiek dodać.

— Tak, tak. Już dobrze. Wyluzuj, szefie — odpowiada, a po jego słowach wyraźnie słyszę, że gwiżdże na to, co mówię mu przez telefon. Gdyby stał przede mną, przysięgam na Boga, dałbym mu fizycznie odczuć, co to znaczy tak ze mną rozmawiać.

Ale on jest w Vegas, a ja w Nowym Jorku. Postanawiam jak najszybciej polecieć do Vegas, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli, i zastanawiam się, czy Jefferson też był w armii i co powie na to, gdy za pomocą podtapiania pokażę mu, co myślę o jego samowolkach.

Zaciskam pięści, kończę rozmowę i staram się porzucić te myśli. Choć wydaje mi się to kuszące, wiem doskonale, że takie traktowanie pracowników pociąga za sobą jedynie kłopoty. Istnieje jednak mnóstwo innych sposobów, by uświadomić mu, kto tu jest szefem i kto, do cholery, ma robić to, co mu się każe.

— Hej, Daniel. Brzmisz na podnieconego. To mi się podoba — słyszę za sobą niski, kobiecy głos. Odwracam się i widzę Avę, moją byłą dziewczynę, wychodzącą z sypialni w szlafroku. Jej brązowa karnacja, którą zawdzięcza jednej z wielu sieci solariów w mieście, stanowi wyraźny kontrast dla śnieżnobiałego szlafroka, którego paskiem bawi się zalotnie, jakby chciała powiedzieć: Pieprz mnie! Pieprz mnie jeszcze raz!

Przeklinam się za to, że tej nocy uległem słabości, ale zwalam to na liczne szklanki szkockiej i whiskey, które opróżniłem, zanim Ava ni z tego, ni z owego pojawiła się w barze. Oczywiście już wczoraj, mimo zamroczonego umysłu, wiedziałem, że Ava nie zjawiła się tam przypadkiem. Ava nic nie robi przypadkiem. To typowa suka z Manhattanu i dokładnie wie, jak wykorzystać swoje fizyczne atuty.

Byłem pijany i napalony, a szybki, nic nieznaczący seks był mi akurat na rękę. Nie chciałem marnować czasu na podrywanie nowej kobiety i udawanie, że interesuje mnie paplanina o jej życiu. Chciałem po prostu seksu. Ava też tego chciała. Byliśmy partnerami od łóżka, niczym więcej. Przynajmniej z mojego punktu widzenia.

— Jeśli chcesz, możemy to robić częściej, wciąż mam ten stary pierścionek od ciebie… — zaczyna i powoli, lubieżnie rozpina szlafrok, odsłaniając swoje kształtne piersi w rozmiarze C, którymi tak ochoczo delektowałem się jeszcze dziś we wczesnych godzinach porannych.

Słowa docierają do mnie powoli przez ból głowy wywołany alkoholem. Myślenie przychodzi mi jeszcze z trudem. Robię mały krok w jej stronę i rozważam przyjęcie tego chętnego zaproszenia. Poranny seks jest zawsze lepszy niż jakiekolwiek śniadanie na kaca. Choć słowo „poranny” nie jest do końca trafne. Zegar wskazuje już 13:06. I po raz kolejny uświadamiam sobie zalety mojego ekstrawaganckiego stylu życia.

Uśmiecha się, jakby wiedziała, że wygrała. Ale wtedy zatrzymuję się, gdy słowa w końcu przebijają się do mojej świadomości. Za nic w świecie nie wpakuję się w związek z tą kobietą. Jest histeryczna, męcząca, chorobliwie zazdrosna i totalnie irytująca. Ale w łóżku to petarda. Dlaczego ona nie rozumie, że psuje wszystko, gdy tylko otworzy usta?

— Huuu-huuu!… — piskliwie wrzeszczy w tej tonacji, której tak nienawidzę, podskakując przy tym, machając i zaglądając przeze mnie w stronę okna. Przez chwilę kompletnie nie rozumiem, co się dzieje i gapię się na jej silikonowe cycki skaczące w górę i w dół.

Wtem słyszę stłumione okrzyki radości, które muszą dochodzić zza moich okien. Ale to właściwie niemożliwe, bo jesteśmy na najwyższym piętrze budynku, przede mną rozpościera się pół Manhattanu, w oddali widzę Central Park i…

Gdy się odwracam, dostrzegam przyczynę: ci cholerni pomywacze okien na swojej platformie z całym sprzętem czyszczącym właśnie uwalniają budynek od ptasich odchodów i widocznie zrobili sobie krótką przerwę, by nacieszyć się widokiem Avy. Dwu Latynosów wyje i gwiżdże, nie mogąc się opanować. Jeden wyciąga smartfona i najwyraźniej zamierza zrobić zdjęcie Avie, która oczywiście celebruje tę uwagę do ostatniej sekundy. Jak mówiłem: to suka!

Jestem pewien, że obaj później po pracy, w swoich zapuszczonych domach, będą się onanizować, bo to najlepszy materiał do masturbacji, jaki widzieli od dawna.

— Wynosić się! Cabrónes! — ryczę w ich stronę i wystawiam środkowy palec. Mój hiszpański jest marny, ale na kilka wyzwisk w zupełności wystarczy. W gruncie rzeczy wisi mi to, czy będą sobie dogadzać przy zdjęciu Avy, ale nie znoszę, gdy ktoś zakłóca moją prywatność, zwłaszcza że ci dwaj w ostatnich tygodniach coraz częściej robią sobie przed moimi oknami przerwy dłuższe niż to konieczne.

— Daj im trochę uciechy, skarbie — mówi Ava, gdy tamci odjeżdżają, odwraca się do mnie i nawet nie zadaje sobie trudu, by zapiąć szlafrok.

— To wszystko może być twoje, na zawsze — mówi, podchodząc do mnie i gładząc swoje sztucznie powiększone piersi. — Pamiętasz, co mi wczoraj wieczorem powiedziałeś? — pyta i oblizuje wargi.

Przeczucie mówi mi, że będzie źle. Czyżbym narobił jej nadziei tylko po to, żeby zaciągnąć ją do łóżka? Próbuję sobie przypomnieć, ale niezbyt mi się to udaje. Cholera, dlaczego z kobietami zawsze musi być tak skomplikowanie? Czy następnym razem nie powinienem po prostu wsunąć kobiecie dwóch stuzdolarówek w stringi i po godzinie wysadzić ją gdzieś w bocznej uliczce? Właściwie obiecałem sobie, że nie będę już tego robił. Ale teraz wydawało mi się, że oszczędziłoby mi to sporo kłopotów.

DRRRRRRRYŃ

Głośny dzwonek do drzwi rozbrzmiewa w samą porę. Dzięki temu unikam odpowiedzi. Nawet nie zaszczycając Avy spojrzeniem, podchodzę do wideodomofonu. Od razu przełączam na podgląd sprzed moich drzwi, bo wiem, że ten dźwięk dzwonka oznacza, że ktoś stoi bezpośrednio tutaj, na górze.

Zastanawiam się, kto to, do diabła, może być; stawiam na mojego przyjaciela Scotta, który jest jednym z niewielu, których portier na parterze przepuszcza do mnie na górę bez uprzedzenia, o ile nie jest to umówione spotkanie. Jednak gdy pojawia się obraz, wiem, że się myliłem.

— Słucham? — pytam, patrząc na czarno-białe nagranie kobiety, której głęboki dekolt natychmiast rzuca mi się w oczy. Zastanawiam się, czy ubrała się tak specjalnie.

— Panie Moore. Jestem Gina Andersson. Mamy umówione spotkanie. Przepraszam za spóźnienie.

— Kurwa — zaklinam pod nosem. — Kurwa, kurwa, kurwa! To musi być ta baba od PR-u, którą Scott mi załatwił. Próbuję sobie przypomnieć, jaki mamy dziś dzień tygodnia, ale nie potrafię. Spotkanie jest dzisiaj? Najwyraźniej tak, skoro kobieta stoi i czeka przed moimi drzwiami.

Spoglądam na smartfona i otwieram kalendarz, gdzie od razu znajduję wpis. Dlatego portier ją wpuścił. On też ma wgląd w moje terminy — to był mój pomysł, bo ciągłe telefony z pytaniem, czy ktoś może wejść na górę, zaczęły mnie irytować. Zatem to nie jego wina. Jeśli ktoś zawinił, to szkocka i whiskey z wczorajszego wieczoru.

— Ava — mówię surowym tonem, odwracając się do niej. — Ubieraj się. Musisz iść.

— Ale Daniel, myślałam… — mówi, a na jej twarzy widzę, że to całe gówno, które sądziłem, że mamy już za sobą, znowu się zaczyna.

— Nie dyskutuj. Idź do sypialni. Ubierz się. Mam spotkanie. Gość już czeka pod drzwiami — przerywam jej i daję wyrazem twarzy do zrozumienia, że nie zamierzam o tym rozmawiać.

— Dobrze — mówi cicho, szczelnie owija się szlafrokiem, idzie do sypialni i zamyka za sobą drzwi. Zadowolony skinam głową i ruszam w stronę drzwi wejściowych.

— Przyszłam w nieporę? — pyta panna Andersson, mrużąc oczy i przechylając głowę.

— Nie, skądże znowu. Po prostu trochę się dzisiaj zasiedziałem — odpowiadam i dopiero teraz uświadamiam sobie, że choć mam na sobie spodnie od garnituru i koszulę, to koszula nie jest jeszcze zapięta.

— Najwyraźniej — mówi, ale poza tym nie komentuje mojego wyglądu, co jest dość nietypowe dla kobiet w jej wieku. Wiem doskonale, jak działam na kobiety i zastanawiam się, czy to tylko część jej gry. Ciekawe, co by powiedziała, gdybym ją po prostu chwycił i tu, i teraz, zerżnął na moim stole w jadalni.

— No to idę, skoro mnie nie chcesz, ja… — rozbrzmiewa głos Avy za mną. Odwracam się i widzę, że założyła swoje nieco wygniecione ciuchy z wczoraj. Najwyraźniej nie zadała sobie trudu, by uczesać włosy, i chce już tylko stąd zniknąć. Uważam to za godne pochwały, ale dlaczego, u licha, ma jeszcze tupet robić mi scenę?

Milknie, gdy dostrzega pannę Andersson, być może dlatego, że wierzy, iż łączy nas coś więcej niż tylko praca. Nie czuję potrzeby wyjaśniania jej, że panna Andersson to moja menedżerka od wizerunku. A dokładniej: najlepsza menedżerka PR w mieście, przynajmniej jeśli wierzyć opinii, która ją wyprzedza. Właśnie dlatego tak bardzo zależało mi na współpracy z nią. To, że tak się to zaczyna, oczywiście nie jest optymalne, ale może wyjdzie na dobre.

Ava przechodzi obok nas bez słowa i zamyka za sobą drzwi głośniej, niż było to konieczne.

— Nad tym musimy popracować, jeśli naprawdę chce pan zostać gubernatorem Nowego Jorku — mówi panna Andersson bez cienia uśmiechu i wskazuje na drzwi. — Proszę z nią porozmawiać, najlepiej od razu. To właśnie przez pana przygody z kobietami pańska kandydatura na gubernatora w Nevadzie spaliła wtedy na panewce, prawda?

Skinam głową. Ta kobieta jest dobra, nawet bardzo. Odrobiła lekcje i dogrzebała się nawet do sprawy z Nevadą, która wydarzyła się wiele lat temu i z pewnością stanowi skazę na mojej skądinąd nieskazitelnej karierze — skazę, którą wszelkimi metodami staram się tuszować. Prawie nikt o tym nie wie. Nie mam pojęcia, jak to wywęszyła. Niemniej jednak świadczy to na jej korzyść i wierzę, że z pewnością pomoże mi w drodze do wyborczego zwycięstwa.

— Porozmawiam z nią kiedyś — odpowiadam lekceważąco. — Przejdzie jej.

— Szczerze mówiąc, panie Moore, byłoby dobrze, gdyby załatwił pan to od razu. Nie muszę tu być, mam za to wiele ofert od innych kandydatów, którzy wiedzą, jak szanować kobiety. — Patrzy przy tym na mnie przenikliwie. Jeśli to jakaś gra, to mi się nie podoba. Przez krótką chwilę rozważam, czy nie kazać jej spierdalać. Z drugiej strony odpowiada mi jej bezczelność, a dekolt sugeruje, że to wszystko może się dziś między nami skończyć w przyjaznej atmosferze. Postanawiam ustąpić jej w tym starciu. Ale tylko ten jeden raz.

— No dobrze. Już idę — wzdycham. — Proszę czuć się jak u siebie. Zaraz wracam — wyjaśniam, wskazując na salon, i zastanawiam się, czy po moim powrocie będzie czekać na kanapie ubrana tylko w bieliznę. To by było powitanie. Jakoś jednak wątpię, by była taką samą suką jak Ava.

Wychodzę za drzwi, naciskam srebrny przycisk i natychmiast otwiera się jeden z dwóch szybów windy, który chwilę później zawozi mnie na sam dół.

— Dzień dobry panu — słyszę powitanie portiera, który natychmiast podnosi się z krzesła i staje na baczność, jakbym był jego generałem, a to były ćwiczenia wojskowe.

— Czy widział pan kobietę, sukienka koktajlowa, roztrzepane włosy i… — urywam, opierając się pokusie opisania jej po silikonowych cyckach.

— Czeka na zewnątrz na taksówkę, którą jej zamówiłem — wyjaśnia i wskazuje przez drzwi wejściowe w stronę ulicy.

— Dzięki, Steve — odpowiadam i skinam głową.

— Cała przyjemność po mojej stronie, proszę pana — mówi, wciąż stojąc na baczność.

— Ava, czekaj! — wołam, gdy tylko wybiegam przez drzwi frontowe i widzę, jak Ava właśnie w tej chwili otwiera drzwi żółtej nowojorskiej taksówki i zamierza wsiąść.

Zatrzymuje się i patrzy na mnie pytająco.

— Ava, ta kobieta na górze powiedziała mi, że mam z tobą porozmawiać — zaczynam i sam nie mogę uwierzyć, jakie bzdury wychodzą z moich ust.

— Czy to znaczy, że my dwoje… — pyta Ava, a jej twarz rozpromienia się.

— To znaczy, że będę ci wdzięczny, jeśli nikt nie dowie się o tym, co wydarzyło się dzisiejszej nocy, i potrafię się za to odpowiednio odwdzięczyć — mówię, wyciągając z kieszeni spodni trzy stuzdolarówki i podając jej.

— Myślisz chyba, że jestem tylko jakąś dziwką? — wykrzykuje, bierze zamach i chce mnie spoliczkować, ale sprawnie robię unik. Stuzdolarówki mimo wszystko bierze.

— Tak, dokładnie to myślę — wołam za odjeżdżającą taksówką.

— Chrzanić to — mruczę, machając ręką, i muszę się uśmiechnąć, bo myślę, że panna Andersson z pewnością miała na myśli coś zupełnie innego. Mimo to wiem, że Ava będzie trzymać język za zębami. Zawsze tak robiła i tym razem nie będzie inaczej. A te 300 dolarów na pewno wyda na jakąś bezwartościową biżuterię albo wyzywającą kieckę, żeby dziś wieczorem wyrwać kolejnego dzianego gościa.

Odwracam się i myślami jestem już ponownie przy pannie Andersson, która czeka na mnie w moim penthousie. Mój wzrok pada na kawiarnię o nazwie Joeys, która zajmuje połowę parteru wieżowca, w którym mieszkam, i która słynie ze swoich ciast i wypieków. Wiele kobiet przysięga na ich szarlotkę, ale ja nie chcę ograniczać się do jednego rodzaju ciasta.

Wiem, że przez żołądek trafia się do serca — a w tym przypadku do czegoś innego — i próbuję przypomnieć sobie, ile to kobiet przede mną niemal rozpływało się z zachwytu, gdy po raz pierwszy spróbowały czegoś z Joeys. Szczególnie często zdarzało się to przy szarlotce.

Kieruję się do drzwi wejściowych, otwieram je i natychmiast uderza mnie ten niepowtarzalny zapach, od którego ślinka cieknie. Jestem niemal zbyt pewny siebie, wierząc, że panna Andersson i ja zrobimy dzisiaj coś więcej niż tylko omówienie kampanii wyborczej. Szarlotka z pewnością odda mi tu nieocenione usługi.

Właśnie gdy drzwi zamykają się za mną, dostrzegam kątem oka jakiś cień. W pole mojego widzenia wchodzi szatynka o lśniących zielonych oczach. Wydaje mi się skądś znajoma, jakbyśmy się już kiedyś widzieli, co jednak musi sięgać wielu lat wstecz. Będąc uprzejmym, jak tylko potrafię, przytrzymuję jej drzwi; ona najwyraźniej ma podobne odczucie, bo patrzymy na siebie przez kilka sekund.

Bez słowa, ale z przyjaznym uśmiechem, kłaniam się jej głową, odwracam i uznaję, że teraz nie jest istotne, czy ją znam, czy nie. Na górze w moim penthousie czeka jedna kobieta, a drugą właśnie kupiłem za 300 dolarów. Nowy Jork jest pełen pięknych kobiet. To właśnie jest wspaniałe w tym mieście. Dostawy zdają się nigdy nie kończyć.

Postanawiam kupić całą cholerną szarlotkę, żeby pokazać pannie Andersson, co myślę o niej i jej słodkim dekolcie. To trochę oklepane, ale kto potrafiłby mi się oprzeć? Ona byłaby pierwsza, a wątpię, żeby do tego doszło.

Rozdział 3 Brittany

Czy to nie jest przypadkiem...?

Nie. To niemożliwe, prawda?

Stoję w Joeys, w kolejce tuż za mężczyzną, który przytrzymał mi drzwi, i czekam na swoją kolej.

Jednak w tamtym momencie przy wejściu, gdy nasze spojrzenia się spotkały, przemknęło mi przez myśl, czy on poczuł to samo co ja.

Mój pierwszy odruch podpowiadał mi, że jest jednym z synów kolegów mojego ojca, których ci przyprowadzali do nas, gdy w domu moich rodziców odbywały się wieczory pokerowe. Na moich ustach pojawia się melancholijny uśmiech, gdy wspominam, jak ojciec nieustannie próbował swatać mnie z synami swoich znajomych. Nigdy się do tego wprost nie przyznał, ale jego czerwone uszy zdradzały go za każdym razem, gdy mu to wytykałam. Moje własne uszy również stawały się gorące i krwistoczerwone, gdy próbowałam kłamać. Tę cechę zdecydowanie odziedziczyłam po nim.

Ale ostatni wieczór pokerowy w naszym domu odbył się wiele lat temu. Przed śmiercią ojciec grał już tylko w Vegas i Reno. Ku wielkiemu ubolewaniu mojej mamy. Ale ona pozwalała mu na to. Wiedziała o jego raku wątroby i o tym, że lekarze rozłożyli ręce. To była tylko kwestia czasu, kiedy nas opuści. Po co więc odbierać człowiekowi skazanemu na śmierć, na ostatniej prostej jego życia, to, co poza rodziną sprawiało mu jeszcze jakąkolwiek radość?

Staram się odpędzić te myśli, bo przeczuwam, że to wspomnienie ma więcej wspólnego z telefonem od mamy. Być może teraz widzę już duchy i jestem po prostu nieco roztrzęsiona przez tę astronomiczną sumę długów hazardowych, które mój ojciec rzekomo zostawił po sobie w Vegas — i świadomość, że tylko ja mogę za to odpowiedzieć.

Tak, pewnie tak właśnie jest. Biorę głęboki oddech i rozglądam się wokół, żeby zająć czymś głowę i nie dać się zwariować.

W Joeys niemal nie ma wolnych stolików, lokal pęka w szwach, a zapach świeżych wypieków jest tak obłędny, że najchętniej zjadłoby się całą zawartość lady.

Wiadomo, że wiele barów i kawiarni w mieście rozpyla specjalne aromaty, żeby pachniało tak, jakby na miejscu pieczono świeże rzeczy, byle tylko zwabić klientów. Ale nie tutaj. W Joeys wszystko wciąż robi się ręcznie, co można bez wątpienia zaobserwować przez ogromną szybę za ladą. Widać tam kilku mężczyzn w białych fartuchach i czepkach na głowach, którzy uwijają się w piekarni, przygotowując te wszystkie pyszności, po które ludzie stoją tutaj w kolejce.

Mężczyzna przede mną robi krok w bok, żeby przepuścić klienta, który — przemykając obok — natychmiast nadeptuje mi na czubek prawego buta.

— Ałć — wyrywa mi się, czego obładowany facet jednak nie zauważa i chwilę później znika za drzwiami.

— Wszystko w porządku? — pyta mężczyzna stojący przede mną, kładąc dłoń na moim ramieniu i patrząc na mnie z troską.

Znowu to spojrzenie. Dokładnie takie samo jak przed chwilą przy drzwiach. Intensywne, a jednocześnie w jakiś sposób znajome. Moja skóra mrowi w miejscu, w którym mnie dotknął, ale to trwa tylko moment — on zaraz cofa rękę.

— Tak, wszystko dobrze. Dziękuję — mówię i czuję, że moje uszy robią się ciepłe. Co miałabym mu odpowiedzieć? Nie, moje wielkie stopy mnie denerwują? To z pewnością nie byłby odpowiedni początek rozmowy.

On potakuje głową i odwraca się, ponieważ ekspedientka za ladą pyta go o zamówienie.

Przyłapuję się na tym, że przyglądam mu się od tyłu, a mój wzrok zatrzymuje się na dłużej niż to konieczne na jego kształtnych pośladkach opiętych garniturowymi spodniami. Mój Boże, co się ze mną dzieje? Czy ja sobie tylko wmawiam, że go znam, bo po prostu diabelsko dobrze wygląda i skrycie marzę o tym, żeby zaprosił mnie na kawę?

Nie, nie jestem taką kobietą. Ja...

— Przepraszam, czy mogę? — pyta przystojny nieznajomy, przeciskając się obok mnie z całym pudełkiem ciasta na ramieniu. Ponownie na mnie patrzy. Znowu nasze spojrzenia spotykają się na dłużej, niż wymaga tego sytuacja. Potem mój wzrok wędruje niżej i widzę, że niesie właśnie całą, cholerną szarlotkę. Do tego pod pachą dynda mu plastikowa torba, w której prawdopodobnie znajdują się kolejne smakołyki. Co on planuje? Nie wygląda na człowieka, który organizuje podwieczorek z grą w bingo.

Wtedy ta chwila mija. Odwraca się, idzie w stronę drzwi, które chętnie przytrzymuje mu uśmiechnięta młoda kobieta, i po chwili znika z mojego pola widzenia.

— Proszę pani? — słyszę za sobą kobiecy głos, który dociera do mnie jakby z oddali. Wciąż patrzę w stronę drzwi, tam, gdzie on zniknął. Co ja sobie właściwie wyobrażam? Czego taki facet mógłby ode mnie chcieć? Pewnie połowa Nowego Jorku do niego wzdycha, a kobieta, którą zaraz tym wszystkim zaskoczy, jest stałą bywalczynią światowych wybiegów i...

— Proszę pani? — słyszę głos ponownie, tym razem bardziej natarczywie. — Będzie pani coś zamawiać, czy nie?

— Am... tak. Przepraszam — odpowiadam, odwracam się i napotykam wzrok sprzedawczyni, której wyraz twarzy wyraźnie daje mi do zrozumienia, że nie pochwala mojego guzdrania się.

— Poproszę dwa kawałki szarlotki i... — zaczynam, omiatając wzrokiem zawartość lady.

— Przykro mi. Szarlotka się na dzisiaj skończyła. — Ten pan przed chwilą — wskazuje ręką za mnie w stronę drzwi — zabrał ostatnie ciasto — wyjaśnia i wzrusza przepraszająco ramionami. — Czy mogę zaproponować coś innego?